E-book
39.38
drukowana A5
71.15
Złoto Gór Czarnych

Bezpłatny fragment - Złoto Gór Czarnych


Objętość:
325 str.
ISBN:
978-83-8467-809-1
E-book
za 39.38
drukowana A5
za 71.15

Rozdział 1 — Przejście

Pod koniec lipca 1878 roku Eliasz Reed opuścił Deadwood boczną drogą, zanim ludzie Samuela Drake’a zdążyli zająć miejsce przy głównym trakcie. W mieście spędził zaledwie trzy noce. Przyjechał po pracę przy wozach, a znalazł własną twarz na pożółkłym ogłoszeniu, które ktoś przywiózł z Nowego Meksyku. Nazwisko pod rysunkiem było jego; zbrodnia, którą mu przypisano, należała do innego człowieka.

Wiatr wiał od wschodu, niosąc ze sobą pył z dalekich prerii i zapach deszczu, który miał nadejść dopiero za kilka godzin. Eliasz, okutany w stary, skórzany płaszcz, poprawił pas z rewolwerem i zwilżył spękane wargi. Jechał powoli, prowadząc zmęczonego konia wzdłuż wąskiej ścieżki, która wiła się pośród wysokich traw. Każdy krok wierzchowca wznosił w powietrze drobiny kurzu, które osiadały na butach i spodniach.

Na horyzoncie, wśród falujących traw, wyrastały czarne zarysy gór. Black Hills — Góry Czarne. Dla ludzi, z którymi przyjechał, były obietnicą złota. Dla Lakotów pozostawały domem i miejscem świętym, choć rząd ogłosił już, że ziemia należy do niego. Eliasz znał dostatecznie wiele wojskowych rozkazów, by wiedzieć, że ogłoszenie czegoś nie usuwa ludzi, ich pamięci ani krzywdy.

W saloonach Deadwood opowiadano o górach przy whisky, mieszając cudze wierzenia z obietnicami łatwego bogactwa. Eliasz nie znał lakockiego języka ani tutejszych zwyczajów. Postanowił słuchać tych, których spotka, zamiast tłumaczyć im ich własną ziemię.

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a długie cienie traw kładły się na ścieżce. Z oddali dobiegł go krzyk jastrzębia — przenikliwy, ostrzegawczy. Zatrzymał się, obejrzał za siebie. Nikt nie podążał za nim… jeszcze.

Do Belle Fourche dotarł tuż przed zmrokiem. Odszukał wskazany mu przez woźnicę bród, ale woda po ostatnich deszczach sięgała zbyt wysoko. Kilkaset kroków dalej stała prowizoryczna przeprawa używana przez okolicznych woźniców. Jej belki wyglądały źle, więc najpierw sprawdził je bez konia, a Błyska przeprowadził dopiero po upewnieniu się, że środkowe podpory stoją na miejscu.

Drewno uginało się nieznacznie. Eliasz szedł powoli, dając zwierzęciu czas na każdy krok, i dopiero przy ostatniej podporze poczuł, że ktoś mu się przygląda. Nie było w tym nic nadnaturalnego: zwykła, dobrze zapamiętana świadomość cudzej obecności.

Spojrzał w prawo — z brzegu rzeki patrzyła na niego sylwetka w pióropuszu z orlich piór. Wojownik stał nieruchomo, trzymając w dłoni włócznię. Nie krzyczał, nie groził — po prostu obserwował.

— To ziemia przodków — głos wojownika, choć cichy, dotarł do niego ponad szum wody. — Nie każdy, kto na nią wchodzi, powraca.

Eliasz skinął głową, nie próbując tłumaczyć swojej obecności. Wiedział, że w tej chwili każde słowo mogło zostać uznane za fałsz. Wojownik nie odezwał się więcej. Eliasz przeszedł na drugi brzeg, a gdy obejrzał się przez ramię, tam, gdzie przed chwilą stała postać, nie było już nikogo.

Za rzeką krajobraz zmienił się niemal natychmiast. Sosny ustąpiły miejsca gęstym zaroślom, a w powietrzu unosił się aromat ziół i dymu. Eliasz dostrzegł na ziemi odciski kopyt — świeże, prowadzące w głąb doliny. Obok nich widniały ślady bosych stóp.

Zatrzymał się przy jednym z odcisków, przyklęknął. Wilgoć ziemi wskazywała, że minęło najwyżej pół godziny, odkąd ktoś tędy przechodził.

W oddali unosiła się smuga dymu — cienka, jakby ktoś palił małe ognisko. Eliasz poczuł znajome napięcie. Wiedział, że każdy krok przybliża go do spotkania, które może zaważyć na jego dalszym losie.

Noc była blisko. W ciemniejącym lesie każde wspomnienie nabierało innego kształtu; Eliasz rozumiał już, dlaczego ludzie opowiadali tutaj o obecności zmarłych.

Zmrok rozlał się po dolinie szybciej, niż Eliasz się spodziewał. Pierwsze gwiazdy zajaśniały nad czarnymi szczytami, a z gęstwiny zaczęły dobiegać stłumione odgłosy — pękające gałązki, cichy tupot bosych stóp, poszept w języku, którego nie rozumiał.

Zatrzymał konia i położył dłoń na rękojeści rewolweru, ale nie dobył broni. Wiedział, że to byłby zły znak. W Górach Czarnych nie zaczyna się rozmowy od wymiany ołowiu — chyba że pragnie się szybkiej śmierci.

Po lewej stronie mignął błysk — odbicie ognia w metalowym grocie włóczni. Po prawej, w cieniu sosen, dostrzegł ruch — kształt zbyt duży, by był zwierzęciem.

Z cienia wysunęła się postać. Wojownik ubrany w skórę jelenia, ozdobioną frędzlami i paciorkami z kości, niósł łuk napięty do granic możliwości. Zza jego pleców wyłoniło się trzech kolejnych, każdy uzbrojony w tomahawk lub włócznię.

— Dlaczego wchodzisz na ziemię naszych przodków? — zapytał pierwszy, jego głos był spokojny, ale zimny jak stal noża.

— Szukam drogi… i prawdy — odpowiedział Eliasz po chwili milczenia. — Nie przyszedłem, by zabierać wam ziemię.

Wojownik przez chwilę patrzył mu w oczy, jakby próbował dostrzec kłamstwo. W końcu opuścił łuk, ale nie odwrócił spojrzenia.

— Prawda jest cięższa od złota, obcy. Kto jej szuka, musi być gotów zapłacić.

Skinął głową w stronę gęstwiny. Dwóch wojowników podeszło do Eliasza i gestem nakazało mu iść przed siebie. Nie mieli liny ani kajdan, ale Eliasz wiedział, że nie musieli go wiązać — każdy z nich poruszał się z cichą pewnością myśliwego, który wie, że ofiara nie ucieknie.

Szli przez gęsty las jeszcze dobrą godzinę. Wreszcie drzewa rozstąpiły się, odsłaniając polanę. W jej centrum stały tipi — białe i brązowe płótna, malowane czerwonymi i czarnymi symbolami: bizonami, orłami, błyskawicami. Pośrodku płonęło ognisko, a nad nim wisiał kocioł, z którego unosił się aromat mięsa i ziół.

Kobiety, mężczyźni i dzieci siedzieli w kręgu, spoglądając na przybysza. W ich oczach Eliasz widział mieszaninę ciekawości i nieufności. Niektórzy wojownicy wstawali, by podejść bliżej. Najbliżej ognia siedział starzec. Jego włosy były białe jak śnieg, splecione w dwa warkocze. Ubrany w koszulę z jeleniej skóry ozdobioną orlimi piórami, patrzył na Eliasza wzrokiem, który zdawał się widzieć więcej niż oczy przeciętnego człowieka.

— Nazywam się Szary Wilk — powiedział powoli. — To ziemia moich ojców i ich ojców. Powiedz, przybyszu, dlaczego twoje stopy depczą nasze święte ścieżki.

Eliasz opowiedział o trzech jeźdźcach, którzy śledzili go od miasta. Przyznał, że poszukuje go również prawo. Przed trzema laty w okolicach Santa Fe pracował przy konwoju Samuela Drake’a; odkrył wtedy, że przewożą skradzione pieniądze. Kiedy księgowy Daniel Price odmówił podpisania fałszywego spisu, zastrzelono go, a zeznanie obciążające Reeda opatrzono urzędową pieczęcią. Eliasz uciekł, zamiast czekać na ludzi, którzy sami sporządzili ten papier. Od tamtego czasu zarabiał pod cudzymi nazwiskami i coraz gorzej znosił widok własnego odbicia.

Szary Wilk wysłuchał opowieści po angielsku. Jasny Orzeł, stojący za jego ramieniem, tłumaczył jej najważniejsze fragmenty pozostałym. Nikt nie obiecał przybyszowi schronienia przed odpowiedzialnością. Najpierw chcieli się dowiedzieć, czy mówi prawdę i czy gotów jest przyjąć granice cudzej gościnności.

— Góry Czarne przyjmują tylko tych, którzy szanują ich duchy — powiedział w końcu. — Jutro zobaczymy, czy jesteś tego godny.

Tego wieczoru Eliasz dostał tipi na skraju obozu. Spał na skórach bizonów, a przez cienkie płótno słyszał odgłosy nocy — wycie kojotów, trzask ogniska, powolne uderzenia bębna, które gdzieś w oddali wyznaczały rytm.

Nim zasnął, wiedział już, że nie będzie łatwo. Próba, o której wspominał Szary Wilk, mogła oznaczać cokolwiek — od polowania, przez test odwagi, aż po coś, czego nie rozumiał, a co należało do świata duchów.

O świcie obudził go młody wojownik. Wręczył mu prosty łuk i kołczan z kilkoma strzałami. — Brakuje mięsa — powiedział młody wojownik. — Pójdziesz ze mną. Nie musisz udowadniać, że umiesz zabijać, tylko że potrafisz słuchać.

Eliasz skinął głową. Wiedział, że od tego dnia zależało, czy gospodarze zobaczą w nim pomocnego gościa, czy człowieka, który umie tylko prosić o schronienie.

Wyszli z obozu jeszcze przed wschodem słońca. Powietrze było zimne, a poranna mgła otulała dolinę jak miękki koc. Eliasz szedł obok młodego wojownika, którego imię — jak się dowiedział — brzmiało Szybka Strzała.

Ścieżka prowadziła w dół, ku rozlewiskom rzeki. Po obu stronach rosły potężne sosny, a między nimi widać było ślady — odciski kopyt jeleni, niedźwiedzie łapy i coś jeszcze… coś większego, cięższego, co poruszało się ostrożnie, jak drapieżnik na polowaniu.

Szybka Strzała przykucnął i dotknął ziemi. — Puma — powiedział krótko. — Duża. Może być głodna.

Eliasz poczuł, jak włosy stają mu dęba. Wiedział, że polowanie może przerodzić się w walkę o życie.

W ciągu kilku godzin tropili zwierzynę, posługując się gestami i szeptem. Eliasz czuł, jak jego zmysły wyostrzają się — słyszał każdy trzask gałązki, widział każdy ruch wśród krzewów. I wtedy dostrzegł go — biały ogon jelenia mignął między drzewami.

Eliasz napiął łuk, wypuścił strzałę… i trafił. Zwierzę padło, a Szybka Strzała skinął głową z uznaniem. — Duchy patrzą na ciebie przychylnie — powiedział. — Ale próba się nie skończyła.

Gdy wracali, mgła zaczęła się rozwiewać, odsłaniając strome zbocza. Wtedy usłyszeli niski pomruk. Puma. Z cienia skał wysunęło się smukłe, muskularne ciało, a złote oczy drapieżnika wbiły się w Eliasza. Puma skoczyła w stronę upolowanego jelenia, którego nieśli między sobą. Szybka Strzała krzyknął, żeby puścić zdobycz, i cofnął się za pień. Eliasz upuścił drąg o sekundę za późno; zwierzę zahaczyło pazurami o jego płaszcz i rzuciło się na mięso. Obaj zostali za drzewami. Dopiero gdy puma ponownie ruszyła ku nim, Szybka Strzała wypuścił strzałę, a Eliasz sięgnął po rewolwer. Huk spłoszył ptaki, drapieżnik zniknął między skałami i po chwili ucichł.

Przez dłuższy czas nie wychodzili z osłony. Zostawili zwierzęciu część mięsa, a resztę zabrali do obozu inną drogą. Eliasz miał rozcięty rękaw i dłonie, które dopiero teraz zaczęły się trząść; bardziej niż własną odwagę pamiętał okrzyk towarzysza. Przez chwilę obaj stali w milczeniu, ciężko oddychając. Potem młody wojownik uśmiechnął się lekko.

— Dobrze, że puściłeś drąg. Mięso można zdobyć drugi raz.

Do obozu wrócili z częścią jeleniego mięsa. Przy ognisku Szary Wilk wysłuchał relacji, nie przerywając ani słowem. W końcu wstał, podszedł do Eliasza i położył mu rękę na ramieniu.

— Możesz zostać w naszym obozie jako gość — powiedział. — Ale pamiętaj, przybyszu, że gość, który nadużyje gościnności, staje się wrogiem.

Tego wieczoru przy ognisku dzielono mięso. Kobiety śpiewały, wojownicy opowiadali historie o dawnych bitwach, a dzieci słuchały z otwartymi ustami. Eliasz siedział w kręgu, czując, że pierwszy raz od wielu miesięcy jest częścią czegoś większego niż on sam.

Przed snem obejrzał pod światło rozcięty płaszcz. Nie dostał nowego nazwiska ani rozgrzeszenia, tylko miejsce przy ogniu i pracę na następny dzień. Po raz pierwszy od dawna pomyślał, że to może wystarczyć na początek. Nad doliną wiatr poruszał sosnami; w ich szumie słyszał coś podobnego do odległej rozmowy, lecz nie wiedział jeszcze, jak jej słuchać.

Rozdział 2 — Opowieści przy ogniu

Tamtego wieczoru ognisko w centrum obozu płonęło jaśniej niż zwykle. Eliasz siedział w półcieniu, wsłuchując się w głosy Lakotów. Wokół ognia mężczyźni i kobiety tworzyli krąg — krąg, który, jak się dowiedział, był nie tylko miejscem spotkań, ale i symbolem jedności plemienia.

Szary Wilk, siedząc na skórze bizona, opowiadał historię sprzed wielu zim. Mówił o czasach, gdy Góry Czarne były wolne od białych, a stada bizonów ciągnęły się po horyzont. Opowiadał o wojnach z innymi plemionami, o przymierzach, które przetrwały pokolenia, i o złamanych przysięgach, które sprowadziły zgubę. Eliasz słuchał w milczeniu, starając się zapamiętać każde słowo. W tych opowieściach czuł echo prawdy, której nie znajdzie w księgach białych ludzi.

— Kiedy biały człowiek przybył do naszych gór — mówił Szary Wilk — niósł ze sobą stal, ogień i obietnice. Niektóre były prawdziwe, inne kłamliwe. Ale wszystkie przyniosły zmianę.

W ciszy, jaka zapadła po tych słowach, Eliasz usłyszał trzask ognia. Miał wrażenie, że płomienie odbijają w jego oczach obrazy przeszłości — widział wojowników na koniach, dym unoszący się z wiosek, a w oddali… złoto, błyszczące w ziemi.

Po opowieści Szary Wilk skinął na dwóch mężczyzn. Pierwszy był wysoki, o szerokich barkach, w skórzanej koszuli ozdobionej pazurami niedźwiedzia. Drugi — niższy, ale o bystrym spojrzeniu, ubrany w koszulę wyszywaną paciorkami.

— To jest Żelazna Ręka i Jasny Orzeł — powiedział starzec. — Żelazna Ręka dowodzi wojownikami, a Jasny Orzeł jest naszym zwiadowcą.

Mężczyźni przyjrzeli się Eliaszowi uważnie. Żelazna Ręka miał spojrzenie, które mogło przeszyć na wskroś, a Jasny Orzeł uśmiechnął się lekko, ale w jego oczach kryła się czujność drapieżnika.

— Jeśli Szary Wilk mówi, że możesz zostać, to zostaniesz — odezwał się Żelazna Ręka. — Ale wiedz, że w tych górach nie tylko biali szukają złota. Są też tacy, którzy pragną krwi.

Eliasz poczuł, że te słowa nie były ostrzeżeniem bez powodu.

Rankiem Jasny Orzeł skinął Eliaszowi, by podążał za nim. Zwiadowca poruszał się bezszelestnie po wąskiej grani, jakby znał każdy kamień z osobna. Po lewej, w dolinie, zalegał biały welon mgły; po prawej wiatr odsłaniał skrawki widoków na szmaragdowe kotliny. Gdzieś wysoko krążył jastrząb — cichy punkt w niebie, wpatrzony w ich marsz.

— Pokażę ci, jak czytać tę ziemię — rzucił Jasny Orzeł półgłosem. — To, czego nie zobaczysz oczami, poczujesz stopami.

Na skraju skalnego występu przysiadł i wskazał niewielką polanę poniżej. Na jej środku sterczał okopcony krąg kamieni: miejsce po ognisku. Przy nim — resztki puszek po fasoli, potłuczona butelka, fragment plandeki. Ziemia była rozorana końskimi kopytami.

— Biali górnicy — stwierdził Eliasz.

— Nie wszyscy górnicy robią takie śmieci — prychnął Jasny Orzeł. — Ci są pijani i pewni bezkarności.

Zwiadowca poprowadził go w dół, slalomem między sosnami. Przy ognisku przykucnęli; Eliasz widział świeże niedopałki skrętów, ślady butów z podkuciami, resztki solonej wieprzowiny. Między kamieniami tkwiły nadpalone skuwki od dynamitu. Nie na żarty.

— Kopią blisko świętych miejsc — powiedział Jasny Orzeł chłodno. — W nocy słyszeliśmy huk. Zobacz.

Prowadził kilka kroków w głąb lasku. Na gałęzi jałowca wisiały modlitewne tasiemki — porwane, nadpalone, splątane ze smolistą liną. Przy podstawie pnia ktoś wrył w korę krzywy inicjał „J”. Obok — ślad po ciężkiej podeszwie z klinowym bieżnikiem, rzadko spotykanym u wędrowców. Znał go z miast. Znał go z Deadwood.

— Jack — powiedział Eliasz bez zastanowienia.

Jasny Orzeł nie zapytał „jaki Jack”. W tych górach Czerwony Jack był imieniem, które rozumiały nawet psy. — Weź to — dodał zwiadowca i podał mu drobny, spłaszczony krążek mosiądzu. Na nim wytłoczony był ledwie czytelny napis: Pod Złamanym Koniem. Zawieszkę ktoś zerwał z drzwi, może z beczki, może z kasy.

— Ich tropy idą północą — ocenił Jasny Orzeł. — Do starych sztolni po traperach. Tam nie powinni wchodzić nawet pijani.

— Dlaczego?

— Bo te sztolnie mają pamięć. A pamięć jest jak rzeka: jeśli ją zatkasz, znajdzie nowy brzeg i zaleje to, czego nie planowałeś.

Eliasz skinął. Rozumiał go inaczej, niż brzmiały słowa; rozumiał intuicją, że kopnięty kamień może wywołać lawinę, której nie zatrzyma nikt.

— Pokażemy to Radzie Ognia — rzekł Jasny Orzeł. — Dzisiaj nocą.

Gdy słońce zjechało do samej granicy wzgórz, na środku obozu rozpalono większy ogień. Krąg wojowników i starszyzny zamknął się ciasno; kobiety i młodzi stali z tyłu, w półmroku. Dym unosił się pionowo — wieczór zapowiadał pogodę bez wiatru, dobrą na marsz, złą na długie spanie.

Żelazna Ręka przemówił pierwszy. Jego głos był niski, jakby mówił przez bęben: — Na północnym skraju zbezczeszczono tasiemki modlitw i zniszczono drzewo przodków. Widziano tam ślady ludzi Jacka z Deadwood. Kto dołączył do Jacka, dołączył do wilków, które gryzą w nocy. Nie ma między nami pokoju.

Szary Wilk milczał długo, po czym podniósł dłoń, jakby odgarniał z powietrza widmową pajęczynę. — Zanim uderzysz, zapytaj rzekę, czy nurt jest z tobą — powiedział starzec. — Zanim sięgniesz po nóż, zapytaj duchy, czy twoja ręka nie drży z gniewu, a nie z mądrości.

Jasny Orzeł pokazał zebranym mosiężną zawieszkę i opowiedział o dynamicie, puszkach, inicjale w korze. Kiedy skończył, na kręgu zapadła półminutowa cisza.

— Traktat mówił: Góry Czarne są nasze — odezwał się młody wojownik z tylnych rzędów. — Traktat był mową białych. Mowy białych to są cienkie zamarznięte rzeki: trzymają, dopóki słońce nie wyjdzie.

Szary Wilk przypomniał, że od ubiegłego roku urzędnicy powołują się na nową ustawę, którą odebrano im góry. Nie mówił o tym jak o uzgodnionej sprzedaży. Obietnicy z 1868 roku nie uważał za mniej ważną dlatego, że druga strona przestała jej dotrzymywać. Eliasz słuchał przekładu Jasnego Orła i coraz wyraźniej rozumiał, że nie przyjechał do pustej krainy czekającej na właściciela.

— Fort Laramie — mruknął Eliasz. — Widziałem, jak się podpisuje rzeczy, których nikt nie zamierza dotrzymać.

Głowy się poruszyły: w stronę białego, który mówił jak ktoś, kto pamięta. — Co o tym wiesz, Reed? — zapytał Żelazna Ręka bez złości, ale twardo.

Eliasz wziął oddech. — Widziałem ludzi z mapami, którzy sprzedawali ziemię innym ludziom z mapami. Widziałem ołów, który podpisywał, i ołów, który zamykał usta, kiedy podpis przestał pasować. Jack nie kopie tylko złota. Ktoś mu płaci, by przecierał ścieżki. Ktoś, komu zależy, żebyście zaczęli strzelać pierwsi.

Na te słowa kilka par oczu zaiskrzyło się gniewem. Szary Wilk pochylił się, dorzucił do ognia jałowcowej gałązki.

— Nie damy mu tej radości — zdecydował. — Dwie drogi: Ręka zamyka ludziom Jacka przełęcze na wschód. Zwiad idzie za świętym pękiem, który zniknął zeszłej nocy z Mahto Paha.

— Zginął pęk? — odruchowo zapytał Eliasz. Kilka twarzy uniosło się ku niemu, jakby przekroczył granicę.

Jasny Orzeł skinął. — Zniknął mały węzeł piór i kości, związany starym rzemieniem. To nie jest amulet dla oka. To pamięć. Kto go poniewiera, kala nasz język.

— Myślisz, że Jackowi potrzebny święty pęk? — zdziwił się Eliasz.

— Jackowi potrzebna jest legenda — odparł Żelazna Ręka. — Legendą się płaci ludziom, którzy boją się tylko duchów. I dynamitem.

— Pójdę ze zwiadem — powiedział Eliasz.

Nikt nie słyszał śmiechu. Nikt też nie zaprotestował. Przed wyruszeniem siadł przy ogniu z najstarszą kobietą w obozie. Nazywali ją Babką Sosną. Podała mu miskę z odwarem z bylicy i dzikiej mięty.

— Kto idzie z nami, powinien wiedzieć dwa, trzy słowa — mruknęła. — Nie dla nas. Dla duchów. Duchy lubią, gdy obcy próbuje mówić jak człowiek.

Babka Sosna nauczyła go, jak podziękować i pożegnać się w jej języku. Każde słowo musiał powtórzyć kilka razy. Nie był to klucz do cudzych myśli, tylko początek uprzejmości, którą dotąd za często zastępował milczeniem. Kiedy pomylił dwa brzmienia, staruszka poprawiła go bez śmiechu i położyła dłoń na jego przedramieniu.

— Nie udawaj, że rozumiesz więcej, niż rozumiesz — powiedziała po angielsku. — Pytanie nikogo nie hańbi.

Tego wieczoru Eliasz przerzucał w ustach nowe brzmienia, jakby sprawdzał, czy nie kłują od środka. W cieniach tipi, gdzie płomień tańczył po płótnie, słyszał swój szept, ważny tylko dla niego i dla nocy.

Gdzieś koło północy psy w obozie zaszczekały krótko, urwały, zawyły. Z ciemności na skraj kręgu ogniska wtoczył się jeździec, chwiejny, niemal zsuwający się z siodła. Koń był spieniony, na łopatkach biały od soli. Mężczyzna miał twarz zaciemnioną krwią i dymem. Zanim runął, Jasny Orzeł już był przy nim. Z pomocą Babki Sosny rozcięli koszulę; z boku sterczał grot krótkiej strzały z żelaznym zębem.

— Pióro Kruka — rozpoznał Żelazna Ręka. — Nie nasi.

Ranny uchylił powieki. — Mahto Paha… — wychrypiał. — Ogień… węzeł… zabrali w nocy… biali i ludzie z czerwonymi chustami… pijani… śmiali się…

Czerwone chusty. Taki znak nosili czasem ludzie Jacka, kiedy chcieli być widziani. — Którędy? — Jasny Orzeł pochylił się nad posłańcem.

— Przez Dziki Ścieg… do starych sztolni… jutro świt… — Głos zgasł mu w gardle. Babka przycisnęła mu policzek dłonią i wyszeptała coś, co brzmiało jak kołysanka.

W obozie zrobił się ruch jak w ulu. Żelazna Ręka rozdawał krótkie rozkazy; młodzi przynosili pęta suszonego mięsa, bukłaki, nowe cięciwy do łuków. Szary Wilk stał nad ogniskiem z przymkniętymi oczami, jakby rozmawiał z kimś, kogo nie było widać.

— Dwie garście ludzi pójdą z Ręką zamknąć przełęcz — rozstrzygnął. — Trzy cienie ruszą Dziki Ściegiem. Jasny Orzeł. Szybka Strzała. I Eliasz, który nie pyta „dlaczego”.

Nie było dyskusji. Eliasz wstał. — Pilámaya. — Słowo wyszło z niego chropawo, ale czysto. Kilka twarzy drgnęło w cieniu z uznaniem.

Przed świtem ruszyli. Dziki Ścieg był ledwie domysłem ścieżki: skokiem między dwie płyty piaskowca, prześlizgnięciem się pod zwaliskiem pnia, krótkim biegiem po wilgotnym żwirze, by nie zostawić śladu. Gdzieś daleko spłoszony jeleń przebiegł po kamieniach; gdzieś blisko trzepotało serce Eliasza, liczące kroki zamiast uderzeń.

Jasny Orzeł prowadził ich jak woda, która zawsze znajduje spadek. Na niebie blade pasma chmur żłobiły świt. Po trzech godzinach dotarli na krawędź kanionu. Poniżej, na dnie, w krzakach wierzby trzeszczały gałęzie. Ktoś rozmawiał szeptem, zrazu żartobliwym, potem krótkim i ostrym.

— Dwóch. Może trzech — odliczył Szybka Strzała, kładąc dłoń na ziemi jak na skórze bębna. — Jeden ma buty z żelazną piętą.

Eliasz wyjrzał przez szczelinę między głazami. Widział ich teraz: dwóch młodych, brudnych górników i człowiek Jacka, wyższy, o barkach drwala. Czerwona chusta przewiązana na szyi. Przy nim płócienny worek, z którego wystawał ciemny rzemień, a na końcu rzemienia — pióra, połamane, ale wciąż święte.

— Weźmiemy go bez huku — szepnął Jasny Orzeł. — Musi mówić.

Zeszli cicho jak cień. Na dwóch górników spadli z boków: krótkie uderzenie w nadgarstek, skręt barku, powietrze z piersi. Bez krzyku. Trzeci, chustka, zerwał się z przekleństwem i sięgnął po rewolwer. Eliasz był już przy nim. Złapał nadgarstek, pchnął, wbił kolano w udo. Ziemia poszła mu z butów. Rewolwer wypadł, czerwona chusta zafurkotała.

— Złamałeś moje kolano, sukinsynu… — syknął bandyta, ale w głosie nie było odwagi, lecz złość.

— Oddaj worek — powiedział Eliasz bez krzyku.

— Nie wiesz, co to jest.

— Wiem wystarczająco.

Wypluł krew. — My tylko niesiemy… szefowi. Jutro o świcie… most przy Rubasznej Przełęczy… odbiór. Jak nie przyjdziesz z resztą, on sam przyjdzie tu. I spali wszystko, co tańczysz wokół ognia.

Szybka Strzała zacisnął pięści, ale Jasny Orzeł dotknął go lekko ręką: nie teraz. Eliasz zabrał worek, położył go ostrożnie na ziemi i przykucnął. Rzemień był stary, tłusty od lat; pióra — orle i jastrzębie — poprzecierane, nadal piękne. Kości — cienkie, wypolerowane palcami wielu pokoleń. Święty pęk nie był złotem, ale ważył więcej niż złoto.

— Powiesz Jackowi — rzekł Eliasz do jeńca — że przyjdę. I że nie przyniosę dynamitu. Przyniosę słowa, których nie zrozumie. To będzie dla niego nowe.

— Że co? — bandyta parsknął pogardliwie. — Słowa? Jack słów nie je. On je ludzi.

— Tym bardziej się udławi.

Jasny Orzeł związał mężczyznę rzemieniem i wcisnął mu w usta skrawek jego własnej chusty, żeby nie wabił kłopotów. Dwóch górników zostawiono skulonych pod klonem, z ostrzeżeniem, które brzmiało prościej od piór i kości: idziecie dziś do domu. Kiedy podnieśli się na grzbiet kanionu, niebo zrobiło się o ton ciemniejsze. Na dalekim zachodzie zbierały się chmury, gęste jak stado wron. Wiatr zmienił barwę, niósł w sobie metaliczny zapach burzy.

— Rubaszna Przełęcz jest tam — wskazał Jasny Orzeł linię zębów skalnych, z której wystawała stara, kanciasta sosna. — Jest rubaszna dla ludzi z Deadwood. Dla nas bywa Głodna.

— „Jutro o świcie” — powtórzył Eliasz. — Mamy noc.

— Noc i duchy — dodał Szybka Strzała, patrząc na worek z pękiem. — Jeśli go wystawimy, może zechcą popatrzeć, kto po niego wyciąga rękę.

Eliasz przysiadł na kamieniu. Palcami dotknął rzemienia, tak delikatnie, jakby mógł go skaleczyć dotykiem. W jego pamięci przewinął się korytarz z drewnianych desek, zapach stajni, chłodny uśmiech człowieka z rudymi włosami. Czerwony Jack był cieniem, który umiał chodzić po świetle.

— Jack przyjdzie — powiedział. — Nie o pęk mu idzie. O to, żebyśmy zaczęli. Jak zaczniemy, on skończy po swojemu.

— To wymyśl konia, który nie wpada w rowy, kiedy mu je kopią — mruknął Jasny Orzeł. — Masz taki na wschodzie?

Eliasz uśmiechnął się krótko. — Mam. Nazywa się zasadzka.

Spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Burza zamruczała z daleka. Zapadła decyzja, której nie trzeba było wypowiadać: Szybka Strzała odwiezie odzyskany pęk i jeńca do obozu, a przed świtem wróci z Żelazną Ręką. Eliasz z Jasnym Orłem będą czekać nad przełęczą. Nie zamierzali ponownie wystawiać przedmiotów, dla których inni narażali życie.

— A jeśli Jack przyjdzie liczniejszy? — spytał Szybka Strzała.

— Wtedy niech nas nie widzi wszędzie — odparł Eliasz. — Tylko tam, gdzie zgodzi się patrzeć.

Na to nic już nie powiedzieli. Rozłożyli się w jarze, z którego mieli widok na przełęcz i stary most z bala — zapadnięty, naprawiany naprędce gwoździami i bluźnierstwami. Eliasz oparł głowę o chłodny kamień, zamknął oczy tylko na chwilę — i jak zwykle, kiedy sen brał go w porze czat, przychodzili umarli. Tylko że tym razem stali w półokręgu jak Rada Ognia. A pośrodku, w miejscu dla starca, siedział Jack i trzymał w dłoniach… mapę.

Papier był stary, tłusty, przebitą przez palce siatką linii. Widział na nim coś, co wyglądało jak rzeka, która nie płynie po wierzchu, lecz pod ziemią. Obudził się zimny.

— Co? — mruknął Jasny Orzeł.

— Myślę, że Jack nie sprzedaje złota. Sprzedaje drogę do niego. I że ta droga idzie nie przez wodę, ale przez kamień.

— Przez stare żyły, które nasi przodkowie znali po kolorze runa i smaku źródła — dodał Jasny Orzeł. — A których biali szukają z mapą i dynamitem.

Pierwsza kropla spadła Eliaszowi na policzek. Potem druga. Burza nadciągała, a z nią świt — ten najkrótszy z możliwych momentów, w którym świat jeszcze pamięta, kim był w nocy, a już udaje, że nim nie był.

O świcie do mostu przy Rubasznej Przełęczy przyjechało dwóch ludzi, ale żaden nie był Jackiem. Jeden z nich, rudawy Linnet, zatrzymał konia przed belką i zawołał po worek. Eliasz wyszedł z osłony na tyle, by go rozpoznano. Nie miał w rękach ani świętego pęku, ani broni.

— Rzeczy wróciły do właścicieli. Twój człowiek żyje i jest pod strażą. Powiedz Jackowi, żeby przestał posyłać swoich ludzi po cudze przedmioty.

Linnet obejrzał się na zbocze. Zobaczył Żelazną Rękę i zrozumiał, że dalsza rozmowa nie poprawi jego położenia. Zostawił na belce kartkę, którą miał wręczyć po otrzymaniu worka, po czym obaj jeźdźcy zawrócili bez strzału. W wiadomości Jack wyznaczał cenę za odstąpienie od kolejnych napadów: wolny przejazd do sztolni i udział w wydobyciu. Szary Wilk, któremu Eliasz przeczytał ją wieczorem, odmówił. Kartkę zatrzymano jako dowód wymuszenia, a jeńca przekazano przy pierwszej sposobności straży w Deadwood. Nie uzyskali pokoju, ale udaremnili napad i zachowali ślad prowadzący do zleceniodawcy.

Dwa dni po spotkaniu przy przełęczy Jasny Orzeł zaprosił Eliasza na kolejny zwiad. Chcieli sprawdzić wschodnią dolinę, gdzie kilka dni wcześniej zauważono obce ogniska.

Szli cicho, jakby każdy krok mógł zdradzić ich obecność. Eliasz próbował naśladować ruchy Lakoty — stawianie stóp na krawędziach kamieni, omijanie suchych gałęzi, zatrzymywanie się przy każdym dźwięku.

Po godzinie marszu dotarli na skraj urwiska. Stamtąd widać było niewielką dolinę, a w niej — obóz białych. Kilka wozów zaprzężonych w muły, namioty i dym unoszący się znad ognisk.

— Poszukiwacze złota — szepnął Jasny Orzeł. — Ich liczba rośnie z każdą pełnią.

Eliasz przyjrzał się uważnie. Mężczyźni krzątali się przy przesiewaniu żwiru w drewnianych korytach. Mieli karabiny oparte o wozy, a obok leżały skrzynie, zapewne pełne zapasów.

— Ilu ich jest? — spytał Eliasz.

— Za dużo, by atakować otwarcie — odparł zwiadowca. — Ale wystarczy kilku, by sprowadzić kłopoty.

Kiedy wrócili do obozu, Szary Wilk wysłuchał relacji w milczeniu. W jego oczach pojawił się cień zmartwienia. — Biali przynoszą ze sobą nie tylko chciwość — powiedział w końcu. — Zawsze idzie za nimi choroba, wojna i kłamstwo.

Żelazna Ręka uderzył pięścią w dłoń. — Jeśli pozwolimy im kopać w naszych górach, wkrótce spłyną krwią. Lepiej uderzyć, zanim zapuszczą korzenie.

Eliasz wiedział, że słowa wojownika mają w sobie prawdę, ale i gniew. Sam widział, jak gorączka złota potrafi zmienić ludzi w zwierzęta.

— Możemy ich obserwować — zaproponował. — Wiedzieć, ilu ich przybywa i skąd. To da nam przewagę.

Szary Wilk skinął głową. — Będziesz częścią tego zwiadu, Reed. Zobaczymy, czy potrafisz patrzeć i milczeć, gdy trzeba.

Dwa dni później Eliasz wyruszył z Jasnym Orłem i dwoma młodymi wojownikami — Cichym Wiatrem i Wężowym Okiem. Słońce dopiero wschodziło, a dolina spowita była złotą mgłą.

Poruszali się szybko, ale bez hałasu. Eliasz zaczynał rozumieć, że w tych górach każdy dźwięk, nawet krok źle postawionej stopy, mógł stać się sygnałem dla kogoś, kto czeka w ukryciu. Dotarli do miejsca, gdzie poprzednio widzieli obóz białych. Teraz było tam więcej namiotów i wozów. Na skraju obozowiska leżały worki z rudą, a przy jednym z wozów Eliasz dostrzegł skrzynie oznaczone wojskowym symbolem.

— To nie tylko poszukiwacze — szepnął Jasny Orzeł. — Widzisz te skrzynie? To zapasy od żołnierzy. Może i broń.

Wąż w postaci chciwości i przemocy coraz wyraźniej podpełzał w stronę Gór Czarnych.

Kiedy wracali, trafili na miejsce, które zmroziło krew w żyłach Eliasza. Przy rzece leżało ciało bizona. Nie zabito go dla mięsa — mięso pozostawiono, a zniknęła tylko skóra i głowa z rogami.

— To ostrzeżenie — powiedział Cichy Wiatr ponuro. — Ktoś chce pokazać, że nie szanuje naszych praw.

Lakoci wierzyli, że marnowanie zabitego zwierzęcia hańbi myśliwego. Jasny Orzeł powiedział to Eliaszowi bez odwoływania się do znaków: mięso było potrzebne ludziom, a pozostawiono je ptakom. Eliasz zrozumiał, że ktoś celowo prowokuje konflikt. Tego wieczoru, w wielkim tipi wodza, zebrało się kilkunastu najważniejszych wojowników i starszyzna. W środku paliło się ognisko, a dym unosił się ku otworowi w szczycie namiotu. Żelazna Ręka domagał się szybkiego ataku na obóz białych. Jasny Orzeł proponował śledzenie ich ruchów i ostrzeganie okolicznych plemion. Szary Wilk milczał długo, słuchając wszystkich głosów. Eliasz siedział z boku, ale w końcu odezwał się:

— Jeśli uderzymy teraz, mogą przysłać więcej żołnierzy. Ale jeśli pozwolimy im rosnąć w siłę, będzie za późno. Potrzebujemy sposobu, by ich odepchnąć, nie wzywając armii.

Szary Wilk uniósł wzrok. — Może twoje słowa są warte przemyślenia, Reed. Ale pamiętaj — duchy gór mają swoje zdanie, a ono bywa surowsze niż ludzkie.

Noc była bezksiężycowa, a wiatr niósł ze sobą zapach dymu. Eliasz leżał w tipi, gdy usłyszał stłumione głosy na zewnątrz. Wyszedł cicho, widząc, jak Jasny Orzeł i dwóch wojowników wraca od strony wschodu.

— Co się stało? — zapytał półgłosem.

— Obóz białych… — Jasny Orzeł zawahał się, jakby szukał odpowiednich słów. — Ktoś ich zaatakował.

Eliasz zmarszczył brwi. — Myślałem, że to nie my…

— To nie my — przerwał mu wojownik. — Zostali napadnięci przez innych białych. Najpewniej przez bandę zbiegłych więźniów lub łowców nagród.

Wieści były złe — oznaczały chaos, a chaos przyciągał jeszcze więcej przemocy.

Następnego dnia Lakoci wysłali zwiadowców, by sprawdzić miejsce ataku. Eliasz poszedł z nimi. To, co zobaczył, na zawsze wryło mu się w pamięć. Obóz białych był splądrowany, dwa wozy spłonęły, a ziemia była zbryzgana krwią. Wśród zniszczeń leżały przewrócone koryta do płukania złota. Na dnie jednego z nich Eliasz dostrzegł błyszczący pył. Podszedł, nabrał go w dłoń. Było to czyste złoto, drobne jak piasek, ale o barwie słońca.

— Teraz rozumiem, czemu tu przyszli — powiedział cicho.

Jasny Orzeł skinął głową. — Ale złoto w Górach Czarnych nigdy nie jest darmowe. Duchy każą płacić swoją cenę.

Wieczorem Szary Wilk ogłosił decyzję. — Nie będziemy jeszcze atakować. Najpierw zrozumiemy, kto naprawdę zagraża naszym górom. Ale od dziś każdy wojownik ma być gotów do drogi w każdej chwili.

Eliasz poczuł, że napięcie w obozie wzrosło. Mimo ciepła ognia w powietrzu wisiał chłód nadchodzącej burzy. Kiedy zasypiał, wiedział, że następne dni przyniosą więcej krwi niż złota.

Rozdział 3 — Cienie przeszłości

Wiatr zmienił się nagle, niosąc zapach deszczu i dymu. Eliasz stał na skraju wzgórza, patrząc na dolinę, gdzie jeszcze wczoraj widział obóz białych. Teraz unosiły się znad niej nowe kłęby dymu — tym razem były to ogniska rozstawione w wojskowym porządku.

— Żołnierze — mruknął Jasny Orzeł, który stał obok. — Przybyli, by pilnować złota.

Eliasz poczuł, jak w żołądku zaciska mu się supeł. Wiedział, co to oznacza. Gdzie pojawiali się żołnierze, tam wkrótce krew mieszała się z błotem. Tego samego dnia zwiadowcy odkryli świeże ślady koni prowadzące w stronę rzeki. Były głębokie, wyciśnięte w wilgotnej ziemi przez ciężko objuczone zwierzęta.

Eliasz ukląkł przy śladach. W jednym odcisku brakowało fragmentu piętki podkowy; podobny ślad widział przy stajni, z której wyprowadzono konia Drake’a. Nie był to dowód, tylko powód, żeby zachować większą ostrożność. Dopiero zwiadowca, który rozpoznał jeźdźca, potwierdził jego podejrzenie.

Samuel Drake był jego dawnym towarzyszem z pogranicza. Kiedyś ratowali sobie nawzajem życie, później Drake nauczył się sprzedawać ludzi razem z przewożonym towarem. Eliasz nie wiedział, czy to on wysłał pościg z Deadwood; wiedział natomiast, kto mógł doprowadzić go do człowieka odpowiedzialnego za śmierć Price’a.

— Jeśli to on… — Eliasz poczuł, jak wspomnienia wracają niczym chłodny cień.

Wieczorem zwiadowcy wrócili z wieścią, że niewielka grupa białych, prowadzona przez mężczyznę w czarnym kapeluszu, została zauważona niedaleko obozu Lakotów. Żelazna Ręka zebrał sześciu wojowników i Eliasza. Ruszyli w noc, skradając się wzdłuż rzeki. W świetle księżyca dostrzegli sylwetki obcych.

Nagle rozległ się trzask — jeden z koni nadepnął na suchą gałąź. Ciszę rozdarł huk strzału.

Bitwa była krótka, ale gwałtowna. Strzały mieszały się z okrzykami, konie rżały, a woda w rzece chlupała od kroków uciekających.

Eliasz dopadł jednego z napastników i przewrócił go w błoto. Gdy mężczyzna uniósł głowę, Eliasz zamarł — patrzył w twarz Samuela Drake’a.

Eliasz chwycił Drake’a za kołnierz i pchnął go na pień powalonego drzewa. Deszcz zaczął siąpić, a krople spływały po twarzy Samuela, mieszając się z błotem.

— Samuel Drake… — wysyczał Eliasz. — Myślałem, że gnijesz gdzieś na południu.

Drake uśmiechnął się krzywo, choć jego oczy były zimne jak stal. — A ja myślałem, że ty już dawno leżysz w płytkim grobie. Ale widzę, że trzymasz się blisko Indian… zawsze miałeś słabość do przegranych spraw.

Eliasz przycisnął go mocniej. — Co robisz w Górach Czarnych?

— To samo, co wszyscy, którzy mają trochę rozumu — odparł Drake. — Szukam złota.

Kiedy wojownicy Lakotów otoczyli ich, Samuel podniósł ręce, udając, że nie stanowi zagrożenia. — Spokojnie, nie przyszedłem tu, żeby się z wami bawić w strzelaniny — powiedział, patrząc na Szarego Wilka, który dotarł z drugą grupą, zaalarmowany strzałami. — Mam dla was propozycję.

— Mów — warknął Żelazna Ręka, trzymając napięty łuk.

— Znam ludzi w wojsku — zaczął Drake. — Wiem, kiedy przyślą więcej żołnierzy. Mogę was ostrzegać. Ale w zamian… chcę kawałek tego złota, które tu znajdziecie.

Lakoci spojrzeli po sobie. Eliasz czuł, że Samuel mówi tylko połowę prawdy. — To pułapka — powiedział Eliasz do Szarego Wilka. — On nigdy nic nie robi za darmo.

Rozmowę przerwał nagły krzyk z lasu. Jeden z wojowników padł na ziemię z raną w ramieniu. Strzała tkwiła głęboko w jego ciele.

— Do lasu! — krzyknął Żelazna Ręka.

Rozgorzała chaotyczna walka. Nieprzyjaciel był niewidoczny w mroku, ale strzały i kule świstały ze wszystkich stron. Eliasz szarpnął Drake’a, ciągnąc go za sobą w stronę osłony.

— To twoi ludzie?! — wrzasnął, próbując przebić się przez hałas.

— Nie! — odkrzyknął Samuel. — Ale wiem, kto to może być…

Gdy walka ucichła, a napastnicy zniknęli w gęstwinie, Lakoci zebrali rannych. Trzech wojowników nie wróciło. Drake w końcu powiedział to, czego Eliasz się obawiał:

— To ludzie Czarnego Kruka — powiedział Drake. — Są wśród nich Apsáalooke, są biali uciekinierzy. W mieście nazywają ich po prostu Krukami.

Jasny Orzeł nie przyjął wyjaśnienia bez zastrzeżeń. Z samego pióra nie dało się rozpoznać ludu, a Drake miał interes w tym, żeby każdy zobaczył tu dawną wojnę zamiast nowej zapłaty. Ustalili tylko, że za napadem stoi ten sam oddział, który kupował amunicję u ludzi Jacka. O resztę trzeba było pytać żywych świadków, nie znaki pozostawione na ziemi. Szary Wilk zmrużył oczy.

— Wojna nadchodzi z dwóch stron. Biali i Krukowie. Jeśli chcemy przetrwać, musimy wybrać, z kim walczyć najpierw.

Eliasz wiedział, że wybór ten może zdecydować o losie całych Gór Czarnych.

Następnego ranka Jasny Orzeł zebrał czterech najlepszych zwiadowców. Eliasz dołączył do nich, mimo że Samuel Drake ostrzegał go, by „nie pchał się w sam środek piekła”.

Szli w głąb gór, gdzie drzewa stawały się coraz gęstsze, a cisza — nienaturalna. Tylko czasem gdzieś w oddali słychać było stukot dzięcioła lub plusk strumyka.

Po kilku godzinach dostrzegli pierwsze znaki — resztki ognisk, świeże ślady butów i kopyt, a także zawieszoną na gałęzi ptasią czaszkę. Jasny Orzeł szepnął:

— To znak Kruków. Oznacza, że ich oczy patrzą na nas.

Eliasz czuł, że w tym lesie każdy ruch może być ostatnim.

Wieczorem, w obozie Lakotów, Samuel Drake siedział z Eliaszem przy ognisku. Płomienie tańczyły na jego twarzy, rzucając ostre cienie.

— Powiedz mi szczerze, Samuelu — zaczął Eliasz. — Dlaczego tak naprawdę tu jesteś?

Drake spojrzał w ogień, milcząc przez chwilę. Potem powiedział powoli: — Bo wiem, że w sercu tych gór jest coś więcej niż złoto. Coś, co może kupić całe miasto, a może nawet całą wojnę.

Eliasz zmrużył oczy. — A ty chcesz to znaleźć, zanim znajdzie to wojsko albo Krukowie.

Samuel uśmiechnął się krzywo. — Dokładnie tak. I myślę, że ty też.

Kilka dni później zwiadowcy wrócili z wiadomością, że w jednej z bocznych dolin odkryto stary szyb górniczy — porzucony, ale wciąż pełen błyszczących żył kwarcu i złotych drobin.

Szary Wilk wezwał starszyznę i wojowników. — Musimy sprawdzić, czy roboty zagrażają źródłom. Nie idziemy tam po urobek. Drake zna wejście, więc pójdzie pod naszą strażą.

Eliasz wiedział, że wyruszą tam jeszcze tej nocy. I wiedział też, że Samuel Drake, niezależnie od tego, czy dostanie pozwolenie, czy nie, pójdzie z nimi.

Góry Czarne czekały — a w ich sercu czaiła się tajemnica, która mogła rozpalić pożar, jaki pochłonie wszystkich.

Rozdział 4 — Szyb w dolinie ciszy

Noc była bezksiężycowa, a mgła sunęła po ziemi jak duchy przodków. Obóz Lakotów tętnił cichą aktywnością — wojownicy sprawdzali łuki, ostrzyli noże, poprawiali siodła na koniach.

Eliasz zapiął na piersi stary karabin, który od lat nosił jako pamiątkę po wojnie secesyjnej. Jasny Orzeł podał mu torbę z suszonym mięsem i bukłakiem wody.

— W górach nie znajdziesz nic prócz wiatru i kamieni — powiedział. — Ale jeśli znajdziesz złoto, znajdziesz i śmierć.

Wyruszyli tuż przed świtem. Cisza była tak gęsta, że każdy stuk kamienia pod końskim kopytem brzmiał jak uderzenie bębna. Po kilku godzinach marszu dotarli do miejsca, gdzie rzeka rozlewała się w płytką zatokę, a strome skały otaczały dolinę z trzech stron. Tu właśnie, według zwiadowców, znajdował się stary szyb. Wejście było zasypane częściowo osuwiskiem. Drewniane belki, które kiedyś podtrzymywały konstrukcję, były spróchniałe, a nad nimi wisiała tablica z wyblakłym napisem w języku angielskim:

„T.W. & G. — wyrobisko północne — 1875”

— Ktoś chciał, żeby wyglądało na opuszczone — mruknął Eliasz, dotykając świeżego nacięcia na podporze.

Samuel Drake spojrzał na niego z cieniem uśmiechu. — Tablica nie powie ci, ile tu jest złota. Uważaj na podpory.

Przecisnęli się przez wąski otwór i weszli do środka. Powietrze było chłodne, pachniało wilgocią i rdzą. Światło pochodni oświetlało ściany pełne żył kwarcu, w których tu i ówdzie mieniły się drobinki złota.

Lakoci patrzyli w milczeniu — dla nich to nie był skarb, ale ostrzeżenie. Eliasz natomiast czuł, jak serce bije mu szybciej.

W głębi szybu znaleźli stary wózek górniczy przewrócony na bok i skrzynie rozsypane po ziemi. W jednej z nich leżały bryłki złota, wielkości orzecha włoskiego.

— Wystarczyłoby, żeby kupić całe miasteczko… — wyszeptał Samuel.

Nagle Jasny Orzeł uniósł dłoń, nakazując ciszę. Z mroku dobiegł ich cichy dźwięk — kroki, powolne, ostrożne.

Zgasili pochodnie i przywarli do ścian. W wejściu pojawiło się co najmniej ośmiu mężczyzn z oddziału Czarnego Kruka. Niektórzy nosili mokasyny, inni wojskowe buty; dowódca miał przy pasie woreczek wypłaty opatrzony tym samym znakiem co skrzynie w wyrobisku. Wśród przybyłych Eliasz rozpoznał białego woźnicę, którego widział wcześniej u Jacka.

Pierwszy z przybyłych uniósł lampę. Nie zachowywał się jak człowiek w świętym miejscu ani jak odkrywca; sprawdzał numery skrzyń, jak robotnik rozliczany z dostawy. Kiedy dostrzegł ruch w bocznym korytarzu, sięgnął po rewolwer.

— Kto tam? Od skrzyń!

Pierwszy strzał padł od wejścia i odbił się od skały przy głowie Jasnego Orła. Dopiero wtedy Lakoci odpowiedzieli. Lampa spadła na ziemię, pogrążając połowę tunelu w ciemności. Rozległy się okrzyki bojowe, odbijając się od skał niczym echo piekła. W ciasnej przestrzeni huk wystrzałów mieszał się z jękami rannych. Eliasz uderzył kolbą karabinu w twarz napastnika, czując, jak krew pryska mu na policzek. Samuel Drake walczył obok niego z zaskakującą sprawnością, sztyletem przecinając gardło jednego z Kruków.

W ferworze walki jedna z belek podtrzymujących strop pękła z głuchym trzaskiem. Eliasz spojrzał w górę — kurz i drobne kamienie zaczęły sypać się z sufitu.

— Wynocha! — wrzasnął, popychając Jasnego Orła w stronę wyjścia.

Ale było już za późno. Fragment stropu runął, grzebiąc dwóch wojowników Lakotów i odcinając wąskie przejście. Eliasz, Samuel i trzech pozostałych znaleźli się w głębi szybu, odcięci od reszty. Mrok był niemal absolutny, tylko pojedyncza pochodnia dogasała w ręku Eliasza.

— Świetnie, stary przyjacielu — syknął Eliasz do Samuela. — Znów wpakowałeś nas w kłopoty.

— Może i tak, ale wciąż żyjemy — odparł Drake, biorąc od niego pochodnię. — A jeśli chcesz stąd wyjść, będziesz musiał mi zaufać.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy — lata zdrad, urazów i wspomnień zawisły między nimi jak ostrze noża. Potem Eliasz skinął głową.

Ruszyli w głąb szybu, szukając innego wyjścia. Kroki odbijały się echem, a każdy dźwięk w ciemności wydawał się zwiastować kolejne niebezpieczeństwo.

Po długich minutach znaleźli boczny korytarz, który prowadził stromo w górę. W połowie drogi natknęli się na skrzynię przykrytą płótnem. Odsłonili ją — w środku, oprócz narzędzi, leżał mały worek pełen złotych grudek.

Na deskach skrzyni widniało wypalone D, a pod nim resztka etykiety spółki Northern Star Consolidated. Drake zasłonił ją dłonią zbyt szybko. Eliasz zapamiętał znak, choć nie miał czasu pytać o nazwisko człowieka, któremu nawet w tej chwili Samuel wolał nie robić kłopotu. Samuel podniósł go, a jego oczy błysnęły w świetle pochodni.

— Jeśli stąd wyjdziemy, to zmieni wszystko.

Nie mieli czasu na dalsze słowa — z tyłu dobiegł ich odgłos kroków. Dwóch napastników próbowało obejść zawał bocznym wyrobiskiem.

Wydostali się na powierzchnię późnym popołudniem, wpadając prosto w rzekę mgły. Z tyłu słychać było wrzaski pościgu, ale mgła i plątanina skał osłoniły ich odwrót. Gdy zatrzymali się wreszcie na grzbiecie wzgórza, Eliasz spojrzał na Samuela.

— To złoto jest przekleństwem.

Drake uśmiechnął się szeroko. — A ja myślę, że to dopiero początek.

Do obozu wrócili po zmroku. Żelazna Ręka zapisał w pamięci imiona dwóch ludzi, których nie udało się wydobyć, i poprosił Eliasza, żeby powiedział ich rodzinom dokładnie to, co widział. Nikt nie świętował ucieczki. Drake zachował znaleziony worek, bo nie przyznał się do niego przed starszyzną; Eliasz zobaczył wybrzuszenie pod jego płaszczem i po raz pierwszy zrozumiał, jak daleko rozeszły się ich drogi.

Po wysłuchaniu ocalałych Szary Wilk pozwolił Drake’owi opuścić dolinę. Nie wiedzieli jeszcze, czy sprowadził napastników, i nie chcieli zatrzymywać go na podstawie samego podejrzenia. Dwaj wojownicy odprowadzili go do traktu z ostrzeżeniem, że nie ma zgody na powrót do wyrobiska. Eliasz patrzył za nim, wiedząc, że dług za ocalenie w tunelu nie jest tym samym co zaufanie.

Rozdział 5 — Trzy ognie

Nad ranem nad Górami Czarnymi wisiała mgła, jakby ziemia nie mogła zdecydować, czy oddychać, czy dusić się własnym oddechem. Obóz Lakotów budził się bez słów. Kobiety rozniecały żar w paleniskach, dzieci milkły na sam widok malowanych twarzy wojowników. W powietrzu pachniało szałwią, tłuszczem bizonim i mokrym dymem. Szary Wilk siedział nieruchomo przed tipi, na kolanach trzymał owiniętą w skórę fajkę pokoju. Eliasz zbliżył się bez odgłosu. Starał się nie przeszkadzać rodzinom opłakującym zabitych.

Na skraju obozu stał wóz Clary Vance, właścicielki stajni i przedsiębiorstwa przewozowego w Deadwood. Przyjechał jeszcze poprzedniego wieczoru z płótnem, mąką i opatrunkami zamówionymi przed napaścią. Prowadził go Sam Hart, dwudziestoletni pomocnik kowala Pete’a McPhersona. Chłopak umiał naprawić zamek, złożyć pęknięte koło i poradzić sobie z narowistym koniem; mniej wprawy miał w ocenianiu, kiedy należy przestać żartować. Służbę przy wozach łączył z nauką u telegrafisty Owena Warda, bo nie zamierzał przez całe życie nosić cudzych skrzyń.

Razem z nim przyjechała Mary, młoda kobieta pracująca w sklepie panny May. Znała kilka rodzin z obozu: przywoziła im towary, a Babce Sośnie pomagała wcześniej przy chorym dziecku. Nie była lekarką, potrafiła jednak oczyścić ranę, założyć opatrunek i rozpoznać gorączkę. Strzelać nauczył ją ojciec, farmer; nie miało to nic wspólnego z odwagą, a wiele z pustym spichlerzem i drapieżnikami przy zagrodzie.

Eliasz widział ją krótko w Deadwood, kiedy kupował u May suszone mięso. Teraz podała mu miskę wody i wskazała rozcięty rękaw. Zamiast pytać, czy walczył dzielnie, zapytała, kiedy ostatnio przemywał zadrapanie. Pozwolił sobie pomóc, choć odruchowo schował twarz, jakby rozpoznanie mogło go dosięgnąć również tutaj.

— Wiem, jak się nazywasz — powiedziała. — Nie wiem, co zrobiłeś. To dwie różne rzeczy.

Sam przyniósł czyste płótno, przedstawił się pełnym nazwiskiem i od razu spytał o drogę powrotną. Kiedy Jasny Orzeł powiedział, że po trakcie krążą zbrojni, Mary postanowiła zostać przy rannych. Sam nie chciał opuszczać ani jej, ani powierzonego mu wozu. Wysłali do Clary posłańca z wiadomością o opóźnieniu. Tak znaleźli się wśród ludzi, którzy przygotowywali ewakuację: nie jako drużyna Reeda, ale jako dwoje przybyszów mających własne zobowiązania.

— Krukowie wrócą — powiedział wódz, nie podnosząc wzroku. — Widzieli, jak ziemia oddaje złoto. Nikt, kto to zobaczy, nie zapomina drogi.

— Wrócą też inni — dodał Eliasz. — Żołnierze. Osadnicy. Ludzie Samuela. Wszyscy będą chcieli skorzystać.

Jasny Orzeł przysunął się bliżej. Na policzkach miał dwa cienkie pasy czerni, na piersi skórzany pancerz zszyty z dziesiątków rzemieni.

— Najpierw Kruki. Nie będziemy gonić trzech wilków naraz. Uderzymy w tego, który stoi najbliżej ogniska.

Szary Wilk skinął. Podał Eliaszowi skórzany mieszek z popiołem. — Posyp swoje buty. Ziemia nie powie o tobie więcej, niż trzeba.

W głębi obozu rozpoczął się rytuał. Stary śpiewak, którego nazywano Bawołowym Głosem, stanął przy świętych drzewcach i rozgarnął dym szałwii białym piórem. Wojownicy, jeden po drugim, podchodzili, by dotknąć berła z pazurami orła i otrzymać znak węża z ochry na ręce. Żelazna Ręka uniósł włócznię, na której zwisały kosmyki końskiego włosia — obietnica, że koń i jeździec wrócą razem.

Eliasz patrzył uważnie: cisza była cięższa niż stal. W tej ciszy rozumiał, że Lakoci nie idą po chwałę. Idą, by utrzymać oddech gór. I wiedział, że jeśli zawiodą, Góry Czarne staną się tylko nazwą na mapie kogoś innego.

Po drugiej stronie wzgórz, kilka mil na południe od doliny, rosło inne mrowisko. Kolumny wozów, szeregi namiotów Sibleya, skrzynie ze znakiem Orła i Strzał. Trąbka zagrała pobudkę, a obóz armii zafalował jak pole pszenicy na wietrze. Kapitan Whitford, z wąsami ostrzyżonymi pod linijkę, rozkładał mapę na skrzyni. Obok stał porucznik Hale, młodszy, z papierosem przylepionym do kącika ust. Nad nimi kołysała się wyblakła flaga.

— Mamy rozkaz zabezpieczyć trakty i zapobiec “incydentom” — powiedział Whitford. — Co w języku polityków znaczy: macie trzymać Indian z dala od miejsc, gdzie biali chcą kopać.

— Fort Laramie, sześćdziesiąty ósmy, panie kapitanie — mruknął Hale, strzepując popiół. — Podpisali, że te góry są święte i poza zasięgiem osadników.

— A potem ktoś znalazł błyszczący piasek w korycie potoku — odparł sucho Whitford. — I nagle wszystkie papiery okazały się napisane mlekiem.

— Od zeszłego roku mamy inną ustawę — przypomniał Hale.

— Ustawa nie daje Drake’owi prawa do mordowania ludzi — odparł kapitan. — I nie zmienia niestabilnej skarpy w dobry teren pod obóz.

Hale przed wstąpieniem do armii pracował przy pomiarach dróg. Znał skały lepiej niż większość oficerów w oddziale, ale nie uważał się za wszechwiedzącego. Na razie miał obejrzeć dolinę i wskazać miejsca, których nie należy obciążać wozami.

Na skraju obozu sierżant Malik prowadził ćwiczenia strzeleckie rekrutów do tarcz namalowanych na deskach. Huk wojskowych karabinków szarpał powietrze w rytmie marszu. Dalej kowal klepał podkowy, a kwartmistrz wydawał skrzynie z sucharami i kawą. Wzdłuż rzeki prali koszule osadnicy w kapeluszach, których oczy patrzyły już tylko w stronę gór. Do namiotu sztabowego wszedł cywil: wysoki, w ciemnym płaszczu, z uśmiechem, który nie dotykał oczu. Samuel Drake.

— Panie kapitanie — ukłonił się lekko — mam mapę, która skróci panom marsz o jeden dzień i wyprowadzi tuż nad dolinę z wodą. Z dala od zasadzek.

Whitford nie odrywał spojrzenia. — A pan czego chce w zamian?

— Tylko, by cywilna straż mogła zabezpieczać obozy górników. Jeśli Indianie będą się kręcić — wskazał niedbale mapę — dam znać wcześniej. Mniej grobów, więcej porządku.

Kapitan przestudiował rysunek dróg i potoków. Wiedział, że każdy skrót w górach ma cenę. — Dobrze. Ale jeśli poprowadzisz nas w ślepy zaułek, oddasz mi ten język, którym tak gładko mówisz.

Drake uśmiechnął się szerzej. — Lubię przejrzyste układy.

Gdy wychodził, minął oddział zwiadowców armii. Ich twarze mówiły, że szepty o Lakotach i Krukach nie są już tylko opowieścią przy ognisku. Wojna przestawała być cieniem — nabierała ciała.

Po południu Eliasz wspiął się z Jasnym Orłem na wysoki ostaniec, który Lakoci nazywali Skałą Gromu. Stąd widać było trzy doliny: jedną, w której krążyły kruki, drugą, gdzie migotały kształty białych wozów, i trzecią — cichą, z wodą jak lustro. Tam mieli schronić kobiety, dzieci i starców.

— Krukowie obchodzą od północy — wskazał Jasny Orzeł. — Uderzą o świcie, kiedy dym ognisk jest najniżej, a strzały widzą dalej niż oczy.

— A biali? — spytał Eliasz.

— Biali pójdą drogą, którą ktoś im narysuje. Zawsze znajdzie się ktoś, kto rysuje dla nich drogi.

Wracali w milczeniu. Na północnym zboczu czekał już krąg narady. Szary Wilk zajął miejsce naprzeciwko Żelaznej Ręki; między nimi położono długi kij — znak, że mówi się kolejno i bez przekrzykiwania. Starszyzna usiadła w cieniu, młodzi wojownicy stali z tyłu, dłonie położyli na oszczędnie zdobionych kolbach starych karabinów.

Eliasz przemówił, gdy wskazano mu kij: — Kruki liczą na szybkość i strach. Biali — na liczby i stal. Żaden z nich nie zna dobrze tej ziemi. Wy znacie. Złamcie im rytm. Zmuszajcie do zawracania. Niech biją powietrze.

Żelazna Ręka skrzyżował ramiona. — Mówisz jak człowiek, który tańczył już z wojną.

— Tańczyłem wiele razy — odrzekł Eliasz. — I wiem, że wojna gubi się, gdy nie słyszy własnego bębna.

Szary Wilk wstał, uniósł kij. — Dwa ognie płoną przeciw nam. Rozpalimy trzeci. — Spojrzał na zebranych. — Trzeci ogień to cień. Zwiadowcy porozkładają fałszywe ogniska na grzbietach. Gdy Krukowie ruszą w dym, zastaną ziemię, a nie ludzi. Gdy biali pójdą za dymem, zniknie im droga spod nóg.

Jęk zgody przeszedł przez krąg. Młodzi uderzyli płasko dłonią w piersi, starzy dotknęli palcami ziemi. Plan nie był odważny ani brawurowy — był cierpliwy. Cierpliwość bywa cięższa niż stal.

Wieczorem Eliasz znalazł Samuela na skraju lasu, gdzie słońce rozcinało cienie na długie ostre pasy. Drake siedział na pniu, ostrząc nóż o kamień, jakby mógł nim rozkroić także czas.

— Zwiadowcy widzieli cię w obozie armii — zaczął Eliasz, nie bawiąc się w wstępy. — Nie pytam, co im dałeś. Pytam, co wziąłeś.

Samuel uśmiechnął się jak gracz, który słyszy, że ktoś rozpoznał jego sztuczkę, a i tak trzyma atut. — Wziąłem to, co zawsze: dodatkową ścieżkę. W górach ścieżki są warte więcej niż złoto.

— A Lakoci? — Eliasz nie odrywał wzroku. — Dla nich zostawiasz kamienie?

— Dla Lakotów zostawiam przestrzeń, żeby mogli się cofnąć. Bez mojej mapy kapitan wjedzie im prosto w serce obozu — powiedział miękko Drake. — A tak… może zrobi pół kroku w bok.

— Pół kroku w bok to czasem przepaść — odparł Eliasz. — I ty o tym wiesz.

Samuel wstał, wbił nóż w pień, zostawiając ostrze drżące jak wskazówka kompasu. — Ty zawsze wybierasz ludzi. Ja wybieram wynik. — Nachylił się. — W szybie, tam, w ciemności, uratowaliśmy sobie nawzajem skórę. Uznajmy, że to było warte jednego nienapisanego rachunku. Ale nie każ mi klękać przed twoją prawdą. Moja prawda jest prosta: jeśli to złoto wpadnie w ręce żołnierzy albo Kruków, Góry Czarne umrą. Jeśli wpadnie w moje — przynajmniej umrą wolniej.

— A może wcale — wyszeptał Eliasz. — Jeśli nie wpadnie w niczyje.

— Tego nie potrafisz zatrzymać, przyjacielu — odparł Drake cicho. — Złoto ma własne nogi.

Kiedy odszedł, noc była już blisko. Z dalekiej równiny doleciało wycie kojota, a potem — gdzieś wysoko, na grzbietach — odpowiedział mu krótki, suchy śmiech kruka. Eliasz poczuł, że trzy ognie, o których mówił Szary Wilk, mają wyraźne znaczenie: pierwszy był przemocą opłaconych ludzi, drugi siłą armii, trzeci — własnym światłem, które wspólnota zapalała, żeby nie walczyć na warunkach przeciwnika. Zadanie Eliasza było proste tylko w słowach: przeżyć tak, by któregoś z tych ogni nie musiał kiedyś rozpalać własną ręką.

Wieczór zwinął wzgórza w ciemne zwoje. Zwiadowcy Lakotów rozeszli się grzbietami niczym cienie wilków: po dwóch, po trzech, z sakiewkami żaru w popielniczkach z gliny. Na grzędach układali małe stosy wilgotnych gałązek, szałwii i mchu. Ogień nie miał płonąć wysoko — miał oddychać nisko, rozlewać się dymem po zboczach.

Eliasz z Jasnym Orłem wspięli się na ostatni garb. — Tutaj — szepnął Jasny Orzeł, wciskając w trawę garść suchej trzciny i tlący się kawałek hubki. Żar zapracował, wilgoć syknęła, dym popłynął jak mleko. Poniżej, w czarnej niecce doliny, migały już trzy inne smugi. Z daleka wyglądały jak kuchenne ogniska śpiącego obozu.

W tym czasie wąska kolumna kobiet i dzieci zsuwała się do „trzeciej doliny” — tej z wodą jak lustro i wiatrem, który kręcił zapachy w miejscu. Dwie staruszki niosły bęben i wiązkę szałwii; co kilkadziesiąt kroków kropiły ziemię wodą, jakby rysowały granicę, której noc ma nie przekraczać.

Północ przyniosła ruch. Na grani po północnej stronie prześlizgnęły się trzy sylwetki Kruków. Zatrzymali się, węszyli. Jeden z nich przysiadł, wziął trochę popiołu w palce — był ciepły, ale ognia nie było. Dym zdawał się wychodzić z ziemi, nie z ludzi. Wojownik splunął, skinął towarzyszom i zniknął w czerni, krążąc, szukając oddechu prawdziwego obozu.

— Niech dym mówi, a my zamilknijmy — mruknął Eliasz.

— Dym jest dobrą mową — odparł Jasny Orzeł. — Biały słyszy dym jak obietnicę kawy. Kruk słyszy jak warczenie psa.

Tuż przed świtem kręgi dymu rozsnuły się niżej. Połowa plam zgasła, jakby ktoś wstał i poszedł. Druga połowa stała ciągle, jak ślady pustego miasta. Krukowie dali się poprowadzić za rękę.

Porucznik Hale prowadził sześciu kawalerzystów stromą półką, którą wskazał na mapie Drake. Świt malował skały na brudnoróżowo. W dolinie, zgodnie z obietnicą Samuela, widniały ogniska. Hale podniósł lornetkę — dym, żadnych sylwetek, żadnych koni.

— To może być pic na wodę — mruknął sierżant Malik. — Ale dobrze zrobiony.

Zeszli niżej. W pierwszym kręgu ogniska leżało świeży popiół, jeszcze ciepłe, a obok zdeptana trawa. W drugim — dziecięca zabawka: mała lalka z kukurydzianych liści, porzucona w pośpiechu albo zostawiona naumyślnie. Hale przykucnął.

— Chcą, żebyśmy myśleli, że wracają. Albo chcą, żebyśmy myśleli, że myślimy.

Z tyłu zaszczękały strzały — nie celowane do ludzi, tylko w powietrze. Strzały miały przywiązane puste tuleje po nabojach; grzechotały jak grzechotniki. Z boków stoczyły się po zboczu dwa niewielkie odłamki skały, rozbijając się w suchy huk.

— Zastraszanie — syknął Malik, pociągając ludzi za kołnierze pod osłonę głazów. — Nie chcą trupów. Chcą, byśmy szli ostrożniej.

Hale spojrzał na grzbiety. Powyżej przemykały ciemne plamki — zwiadowcy Lakotów.

— Cofamy do grani. Zgłoszę kapitanowi, że obóz był, ale został „pusty”. Wrócą tam, gdzie zechcą, nie tam, gdzie my chcemy ich znaleźć.

Gdy odchodzili, wiatr obrócił dym i przyniósł z innej doliny woń spalenizny. Nie kuchni — trawy.

Krukowie zaprószyli ogień dwoma klinami: smoła na kija, suche źdźbła, iskra z krzemienia. Wiatr zrobił resztę. Pierwszy rząd płomieni biegł nisko, szybki, syczący. Drugi wspiął się po zboczu, szukając żywicy w sośninie. Żelazna Ręka dał znak. Młodzi pobiegli z płonącymi pochodniami… w przeciwną stronę. Prowadzili ogień wzdłuż wcześniej oczyszczonego pasa, pod osłoną nagiej skały. Inni pilnowali, żeby płomień nie przeskoczył na trawy po bezpiecznej stronie. Nie była to pewna sztuczka: jedno silniejsze szarpnięcie wiatru mogło obrócić plan przeciw nim. Eliasz z Jasnym Orłem bili płomienie mokrymi kocami. Dwie kobiety tłumiły małe płomienie mokrymi gałęziami, aż iskry sypały im się w siwe włosy. Wokół krzyczały piskliwie kruki, szukając żaru do porwania.

Na prawym skrzydle ogień wdarł się w zagajnik. Eliasz z Jasnym Orłem zrzucili z drogi suche gałęzie, a potem bili płomienie mokrymi kocami. Nie zatrzymali ich całkiem. Spłonęły dwie sosny i stos drewna przygotowanego na zimniejsze noce, lecz rodziny zdążyły przejść na kamienisty stok. Eliasz wrócił z nadpaloną rękawicą; przez następne godziny wszystko pachniało mu dymem.

Kiedy wiatr przygasł, zbocze było osmalone, ale żywe. Krukowy ogień stracił impet, wypłowiał. Z gór dobiegały teraz nie trzaski — a tupot. Kruki biegły z łukami i strzelbami, wściekłe, że ogień nie zrobił za nich roboty.

— Teraz — rzucił Szary Wilk. — Do jaru.

Jar był wąski, skryty między dwoma głazami jak szczelina w starym nożu. Na wlocie, pod mchami, Lakoci zrobili dwie proste pułapki: zwalony pień na sznurze i pas głębokiej, przykrytej trawą ziemi rozkopanej jak kretowisko. Po bokach, za suchymi jałowcami — stanowiska strzeleckie. Nie wysokie, nie bohaterskie. Niskie, cierpliwe.

Eliasz zgłosił się na przynętę. Zjechał z grzbietu na koniu, pozwalając, by Krukowie go zobaczyli, po czym „spanikował” i zniknął w jarze. Pierwszych czterech wpadło za nim bez myśli. Pień huknął z boku, dwóch spadło z koni, trzeci wpadł w miękki pas ziemi i ugrzązł po kolana.

— Teraz! — syknął Żelazna Ręka. Strzały i pojedyncze wystrzały z Winchestrów wycięły falę, nim zdążyła wspiąć się wyżej. Reszta Kruków cofnęła się odruchowo, połowa szukała osłony, połowa próbowała strzelać na oślep.

Jeden z wojowników Kruków skoczył przez martwego konia prosto na Eliasza z nożem kostnym. Eliasz puścił kolbę, przyjął nadgarstek, skręcił, rzucił przeciwnika w pył. Tamten spróbował ugryźć — zęby zatrzeszczały na rękawie Eliasza. Kopnięcie w żebra uspokoiło zapamiętanie.

Krótki, gęsty hałas ustał tak nagle, jak się zaczął. W jarze zostało trzech jeńców, w tym jeden w skórzanym napierśniku, z piórem nie czarnym, lecz białym. Jasny Orzeł zdjął mu łuk z ramienia, Eliasz ostrożnie wyjął nóż z pochwy, oddał komuś z tyłu.

Szary Wilk kucnął przy jeńcu z białym piórem. Pytania padły miękko, odpowiedzi — twardo. Nikt nie krzyczał. Słowa zderzały się, aż jedno zabrzmiało inaczej: imię.

— Czarny Kruk — przełożył Jasny Orzeł do ucha Eliasza. — To ich wódz w tych górach.

— I nie sam — dodał cicho. — Mówi, że prowadzi go biały przewodnik. Nie żołnierz. Człowiek bez munduru.

Eliasz spojrzał w jar, gdzie dym wisiał nisko jak brwi nad okiem. W uszach miał jeszcze huk pnia i szelest ognia. Zapach spalenizny niósł coś jeszcze: mosiądz. Daleko, na sąsiednim grzbiecie, krótki błysk przy szkicu słońca. Szkło lornetki. Armia była już blisko. Po chwili nad równiną odpowiedział trąbce cichy bęben. Trzy ognie, trzy rytmy. Jutro, pomyślał Eliasz, któryś rytm kogoś połknie.

Przesmyk, który Drake narysował na mapie jako „dogodny”, okazał się węższy niż lufa Winchestera. Skały zachodziły na siebie jak zęby, a po obu stronach rosły jałowce gęste jak szczecina. Kapitan Whitford stanął w strzemionach, spojrzał na porucznika Hale’a.

— Dwójkami. Malik z przodu, ja na końcu. Bez strzałów, jeśli nie trzeba.

Zwiad ruszył. Koń Malika stawiał kroki, jakby liczył je na głos. Pierwsze dwieście jardów było puste. Trzecia setka przyniosła dźwięk, który nie był strzałem: uderzenie drewna o drewno. Z lewej grzbietem stoczył się odcięty konar i zatrzymał przed końmi. Jeden z rekrutów spadł z siodła, raniąc kolano. Z prawej posypały się kamienie, nieduże, ale wystarczające, by narobić zamieszania.

— Osłony! — wrzasnął Malik, już leżąc za końskim bokiem. Dwie strzały utkwiły w jukach, jedna w kapeluszu rekruta. Nikt nie zginął, lecz Malik musiał odciągnąć rannego za głaz. Ludzie na grani nie celowali w jeźdźców; kapitan wiedział jednak, że w takim zamieszaniu o śmierć jest łatwo.

Hale wyjrzał spod jałowca. Na grani błysnęła na moment sylwetka z pękiem czarnych piór — i zniknęła. Gdzieś dalej, jak echo, zagrzechotały strzały z przywiązanymi łuskami.

— Chcą, żebyśmy wciągnęli artylerię — mruknął. — A wtedy zasypią nas skałą.

Whitford nie był głupi. Dał znak do odwrotu, równym krokiem, bez paniki. Z przodu szły konie bez jeźdźców; z tyłu Malik odliczał co dziesięć jardów, jakby oddechem uspokajał las. Gdy wyszli na płaskie, kapitan spojrzał na Hale’a długo.

— Drake dał nam drogę. Ale nie dał nam przejścia.

— Bo nie on jest strażnikiem — odparł Hale. — Strażnikiem jest ta ziemia.

W obozie Whitford kazał rozstawić dwie lekkie haubice na skraju grani — na jutro. Nie chciał palić gór, chciał zrobić „wyłom dyscypliną”. Ale w jego głosie wślizgnęła się nuta, której nie znał: niepewność.

Po południu, gdy wiatr zmienił kierunek, Krukowie zeszli z północnych grzbietów jak cień padający na wodę. Uderzyli nie w front Lakotów, lecz w ich brzegi: w ścieżkę, którą idą zawsze kobiety po wodę, w miejsce, gdzie dzieci bawią się w „znikające kamienie”. Dwa krótkie ataki, szybkie jak tchnienie, i już ich nie było.

Jasny Orzeł wyprowadził kontrę. Niewielki oddział zjechał na dół jaru, w którym tego ranka zatrzymali pierwszy atak. Gdy wpadli tam trzej Krukowie, ziemia zadrżała — wilgotny piasek, który rozluźnili wcześniej młodzi Lakoci, zsunął się jak koc. Dwóch ugrzęzło, trzeci wyskoczył, rzucił włócznią. Włócznia przecięła powietrze tuż nad ramieniem Eliasza, wbiła się w pień.

Z lewej dobiegł niski gwizd — sygnał. Z zagajnika wyszedł mężczyzna w płaszczu z baraniej skóry, bez piór, bez malowania. Biały. Na głowie stary kapelusz, na szyi skórzany rzemień z kłem. W ręku karabin, który trzymał jak przedłużenie ramienia.

— Przewodnik — wypowiedział Jasny Orzeł jak wyrok.

Czarny Kruk, wysoki wódz Kruków, podjechał na koniu. Miał białe pióro wplecione w czarne, jak bliznę w noc. Jego łuk był krótki, zdobiony rysą węża. Wskazał nim Eliasza, jakby nimi dwoma sprawa miała się rozstrzygnąć.

Nie rozstrzygnęła się. Lakoci nie poszli w honorowy pojedynek, bo to nie był dzień honoru. Dwie strzały z boku, krótki ogień z Winchestera i mocny okrzyk kobiet od strony wody — i Krukowie cofnęli się, zabierając rannych. W ostatniej chwili biały przewodnik odwrócił się, spotkał wzrok Eliasza. Uśmiechnął się krótko: nie z triumfu, lecz z uznania. Potem zniknął.

Jasny Orzeł splunął w trawę. — Ten człowiek ma oczy jak wilk przed zimą. Widzi głód, zanim spadnie śnieg.

— A ja już gdzieś te oczy widziałem — mruknął Eliasz bardziej do siebie niż do kogoś.

Nocą Samuel Drake nie spał w obozie armii. Szli z nim trzej ludzie: Irlandczyk O’Hara, Szwed Larsen i chudy Quigley z palcami jak drut. Nieśli tylko to, co potrzebne: dwie liny, trzy ładunki dynamitu, cztery skórzane worki. Cel był prosty — wrócić do szybu, który Eliasz i on opuścili w pośpiechu, i zabrać to, co ziemia oddała im prawie do rąk.

Szyb oddychał chłodem. Quigley zszedł pierwszy, w dłoni trzymał lampę, oczami liczył belki. W bocznym wyrobisku leżały skrzynie, do których poprzednia wyprawa nie dotarła: broń, worki z urobkiem i narzędzia. Larsen zaklął po szwedzku, gdy zrozumiał, jak niewiele trzeba było, by ktoś inny tu dotarł przed nimi.

— Bierzemy wszystko — szepnął Drake. — I zostawiamy ciszę. Nie chcę, by jutro ktokolwiek słyszał, że tu byli ludzie.

— A ładunki? — mruknął O’Hara.

— Na później. Cisza dziś więcej warta od huku.

Na półce skalnej, dwadzieścia stóp nad nimi, siedział chłopak. Lakota. Miał nie więcej niż piętnaście lat, oczy jak dwa nowe kamienie, które jeszcze nie obrosły mchem. Nazywali go Sokole Oko. Patrzył, jak biali pakują błyszczące grudki w worki, jak ostrożnie odwijają dynamit, jak sprawdzają lont. Nie ruszył się. Nie było go tam — tak uczono.

Gdy Drake wyszedł na powierzchnię bocznym wejściem, zostawił w szczelinie skalnej mały znak: kawałek czerwonej wstążki, jak te, których używają traperzy, by wracać bez błądzenia. Eliasz znał takie wstążki. Chłopak też je widział. W ciszy przesunął kamień, przykrył ślad. Samuel obejrzał noc. Na wschodzie łapa świtu miała dopiero paznokcie.

— Jutro armia zrobi dziurę w grani — powiedział do nikogo. — A ja zrobię dziurę w sercu góry. Ale nie dziś. Dziś chcę, żeby Eliasz coś znalazł. Musi wiedzieć, że gra jeszcze trwa.

Rano Eliasz stanął z Szarym Wilkiem nad potokiem, który płynął jakby pod ziemią myślał o czymś ciężkim. Wódz trzymał w dłoniach świętą fajkę. Na jej główce wyryto bizona; dym miał woń szałwii i jałowca.

— Kiedy byłem chłopcem — powiedział, patrząc na wodę — mój ojciec mówił: jeśli chcesz, by ogień przestał biec, nie bij go kijem. Zdejmij mu wiatr. Złoto jest ogniem. Ludzie biegną, bo wieją nań jak wiatr.

Eliasz milczał. — Możemy walczyć jutro, pojutrze, za miesiąc — ciągnął Szary Wilk. — Krukowie wrócą. Biali wrócą z większym bębnem. Albo… — podniósł wzrok — zakopiemy serce góry. Zamienimy szyb w brzuch niedźwiedzia. Zamkniemy świeże wyrobisko i przywrócimy dawny odpływ. Nie ukryjemy wszystkich żył w górach, ale odsuniemy ludzi od tego źródła.

— Uderzysz w święte miejsce? — spytał cicho Eliasz.

— Uderzę w to, co sprawia, że święte miejsce krwawi — odparł wódz. — Góry są święte bez złota. Złoto jest tylko językiem, którym biali każą im mówić.

Decyzja nie była lekka. Jasny Orzeł przypomniał, że w pierwszym zawale pozostali dwaj ich ludzie, a rodzinom należy się możliwość pożegnania miejsca. Ustalili, że nie naruszą komory, w której zginęli. Zamkną tylko nowe dojście od strony potoku, pozostawiając odpływ. Nikt nie mówił o pokonaniu całej gorączki złota; chcieli ocalić jedną dolinę, którą mogli jeszcze obronić.

— Potrzebuję człowieka, który zna zapach prochu i nie podda się, gdy skała zacznie mówić — rzekł Szary Wilk, zwracając się do Eliasza. — Zrobisz to?

Eliasz skinął. — Zrobię. Ale chcę jeszcze jednej rzeczy. — Spojrzał na wodza prosto. — Posła dla kapitana Whitforda. Słowo z Fort Laramie. Pokażemy mu, że sami zamykamy szyb. Że nie musi wchodzić tu z bębnem.

— Wyślę biegacza — obiecał wódz. — Ale nie znam serca tego kapitana. Znam serca gór. Na nie mogę liczyć.

Jeszcze przed południem Eliasz, Jasny Orzeł i dwóch młodych zanieśli do szybu narzędzia i niewielki zapas prochu przeznaczony do zamknięcia świeżego dojścia. Sokole Oko, niewidzialny, przykucał w jarze, patrzył. Wiedział, że w nocy ktoś już tu był. Znał teraz dwóch wrogów: tego, który przychodzi z piórem w kapeluszu, i tego, który przychodzi z ustami pełnymi obietnic.

Na grani, przy haubicach, Malik sprawdzał kąty podniesienia. — Dwie salwy ostrzegawcze, panie poruczniku? — spytał.

— Jedna ostrzegawcza, jedna głośna — odparł Hale. — A może żadna, jeśli biegacz przyniesie coś, co warto usłyszeć.

W dolinie Kruków bęben dudnił wolno, nisko. W obozie Lakotów stary śpiewak Bawołowy Głos zaczął pieśń, która nie była pieśnią wojny ani zwycięstwa — była pieśnią o kładzeniu kamienia na kamieniu. O zamykaniu.

Eliasz stanął przed czarnym otworem szybu. W ręku trzymał lont, w głowie miał głosy: Price’a, który prosił go, by nigdy nie podpisywał cudzej zbrodni; kapitana, który wierzył w dyscyplinę jak w słońce; Samuela, który wierzył w wynik jak w pogodę.

— Złoto ma własne nogi — powiedział wczoraj Drake.

— Nie dzisiaj — odpowiedział mu szeptem Eliasz i wszedł w chłód, gdzie dźwięki mają krótsze oddechy.

Do bocznego dojścia zeszli Eliasz, Jasny Orzeł, Tępy Nóż i Chmurny Jeleń. W tej części podpory były jeszcze jasne od świeżego ciosania. Sprawdzili, czy nikt nie pozostał w środku, a potem odsunęli narzędzia w miejsce, z którego dało się wrócić bez przechodzenia pod spękanym stropem. Eliasz znał roboty strzałowe z wojska, lecz tutaj nie miał ani saperów, ani pewności co do skały. W razie nowych pęknięć mieli zrezygnować. Za jedną z podpór znaleźli resztkę worka używanego przez Drake’a. Jasny Orzeł wskazał świeże ślady i boczny kanał. Ktoś wyniósł stąd część urobku, a niedawno rozsypana glina wciąż była mokra.

— Najpierw ludzie, potem kamień — przypomniał Eliasz. — Gdy dam znak, wychodzimy. Bez szukania złota.

Gdy kończyli pracę, w głębi sztolni zaszumiało — nie wiatr, nie kamień. Woda. Eliasz uniósł lampę. Daleko, gdzie żyła skręcała pod górę, spływała cienka strużka. Jeszcze śmiesznie mała, ale niesiona równym uporem.

— Ktoś ruszył wodę w żyle — powiedział. — Albo rozciął tamę wyżej.

Wracając do szyi wejściowej, natknęli się na coś, co nie lubi dzielić przejścia: cień człowieka. Stał bardzo nieruchomo, jak gdyby był wmurowany. Nos miał spłaszczony, policzki jak kora — Kruk. Tylko jeden, może poprzednik, może spóźniony zwiad. Pochylił włócznię, ostrożnie, jakby oddawał ukłon. Później rzucił nią w ułamek sekundy.

Eliasz uchylił głowę, metaliczny trzask przeciął powietrze i ścianę za nimi. Jasny Orzeł nie podnosił broni — wbił się w przeciwnika jak cień w cień, ręką zagarnął nadgarstek, drugą wbił kolano w udo. Kruk wydał krótki dźwięk, padł na bok, zasapał; Tępy Nóż zabrał mu łuk, Chmurny Jeleń rozwiązał pas.

— Nie zabijamy go tutaj — uciął Eliasz. — Krew w kopalni to zły znak. Wyniesiemy. Potem wypuścimy jak wilka z worka — będzie wył.

Prace przerwali, kiedy woda zaczęła wyraźnie przybierać. Eliasz nie wiedział, czy odpowiada za to Drake, czy naruszony wcześniej odpływ. Wiedział tylko, że nie mają czasu na następne sprawdzenie.

— Wycofujemy się — powiedział Eliasz. — Jeńca zabieramy z sobą.

Wyszli przed wybuchem. Pierwszy podmuch przyniósł pył, drugi osunął kamienie nad świeżo wyciętym przejściem. Z bezpiecznej skarpy obserwowali, jak drobny strumień odnalazł szczelinę w dawnym korycie. Nie oznaczało to, że góra jest bezpieczna. Oznaczało tylko, że tego wejścia nie da się już użyć bez ponownego drążenia. Gdy pył opadł, otwór był półzamknięty: klin z głazów i iłów zawiesił się pod kątem, jak gardło, które chce jeszcze raz zaczerpnąć powietrza.

— Trzeba wystawić straż — powiedział Eliasz. — I obejrzeć odpływ po następnym deszczu.

Za ich plecami odezwał się długi, niski ton — bęben Bawołowego Głosu. Na grani, bardzo daleko, trzepnęła chorągiewka trąbki. Kapitan czekał na znak.

Biegacz Lakotów — Szczupły Kojot — zszedł do obozu armii z białą szmatą na włóczni i fajką zawiniętą w skórę. Porucznik Hale wyszedł mu naprzeciw bez rewolweru w ręku, ale z oczyma, które nie ufały przypadkom.

— Przyniósł coś — rzekł Malik, patrząc na skórzaną torbę. — I chce, żebyśmy wdychali ten dym.

W namiocie kapitana zrobiło się ziołowo od szałwii. Whitford nie palił; słuchał. Posłaniec mówił krótko, jak człowiek, który nosi nie słowa, lecz czas: „Zamykamy szyb. Nie wchodźcie. Ziemia się kruszy. Nie chcemy wojny. Nie chcemy waszych kul na nasze dzieci”.

— Panie poruczniku? — kapitan spojrzał na Hale’a.

— Mówi prawdę o jednym — odparł. — W górach dzień strzału wystarcza na rok nienawiści. Jeżeli naprawdę zasypują wejście, niech to pokażą. Jeśli kłamią, zobaczymy kurz i ludzi biegających jak mrówki.

Whitford skinął. — Ultimatum — powiedział twardo, jakby to słowo było gwoździem. — Do zachodu słońca macie pokazać nam, że szyb jest zamknięty. Wypuśćcie dym w dwóch miejscach: przy wejściu i na grani, skąd idzie wasz bęben. Jeśli nie zobaczę znaków, wyślę rozpoznanie. Nikt nie ma prawa otwierać ognia na podstawie pogłoski.

Szczupły Kojot przyjął słowa bez drgnięcia. Przed wyjściem odwrócił się, wskazał na fajkę. Hale zrozumiał gest: „Pamiętaj dymu, gdy będziesz kazał ogniowi mówić”.

— Malik, ustaw haubice — polecił Whitford. — Nie ładować do chwili, aż wrócę z grani. Idę obejrzeć te znaki własnymi oczami. Bez strzałów ze strony moich ludzi, dopóki nie padnie rozkaz.

Na grani wiatr niósł zapach mokrej skały i pyłu. Kiedy słońce stanęło jak miedziany grosz nad krawędzią, w dolinie ruszyły dwa dymy — jeden przy półzawalonym szybie, drugi na kamiennym języku obok starego sosnowego pnia. Whitford przymknął oczy. To nie były kuchenne ogniska — to był dym z mokrego drewna i gliny, dym „na pokaz”, ale prawdziwy.

— Dobrze — burknął. — Jeszcze nie zwyciężyliśmy rozsądku.

Kiedy dymy rosły, Krukowie cisnęli się półkoliście na wschodnim brzegu. Czarny Kruk wiedział, że dziś nie zdobędzie szybu — wolał zabrać coś, co każe Lakotom otworzyć każdą skałę: dzieci.

Poszli ścieżką, na której zawsze słychać śmiech. Biały przewodnik, w baranim kożuchu, prowadził ich przez orzechowy gąszcz, licząc kroki jak modlitwę. Na czole miał bliznę w kształcie półksiężyca; w słońcu błysnął mu w dłoni mały okrąg lustra. Wysyłał znaki — nie do armii. Do kogoś po drugiej stronie góry. Eliasz dostrzegł błysk raz i drugi. Zgrzytnęło mu w szczękach.

— Znam cię — powiedział do siebie. — Harlan Pike.

Pierwsze kobiety ujrzały napastników, kiedy ci wyskoczyli z krzaków. Dwóch próbowało zablokować ścieżkę, pozostali ciągnęli za sobą pęta i koce. Nie chodziło o wojenny obyczaj ani próbę odwagi. Chcieli jeńców, którymi można było wymusić przejście do wyrobiska. Matka najbliższego dziecka zasłoniła je własnym ciałem, a Pike podniósł na nią nóż.

Nie zdążył. Z boku wpadł Eliasz, rozhuśtany biegiem i gniewem. Ich ramiona zderzyły się jak dwa twarde kije. Pike odskoczył pół kroku, uśmiechnął się cienko — w oczach miał chłód stepowej zimy.

— Santa Fe — rzucił Eliasz. — Pamiętasz?

— Pamiętam, że nie dokończyliśmy rozmowy — odparł Harlan Pike, ustawiając nóż i krótki karabin jak krzyż.

Krótkie pojedynki ułożyły się w większą walkę. Jasny Orzeł i Żelazna Ręka rozwijali wachlarz strzał, stanowiąc żywą ścianę między Krukami a ścieżką. Kobiety cofały się w stronę „trzeciej doliny”, dzieci wciągano za osłonę skał. Mary — z chustą zaciśniętą na włosach, oczy jak dwa ciemne kawałki szkła — biegła wzdłuż rzędu jeżyn. Gdy mały chłopiec potknął się o korzeń, to ona go podniosła, zasłaniając sobą jak tarczą.

Pike próbował przeniknąć linię od dołu. Eliasz związał go ruchem, po którym poznałby go każdy stary kapral: pusta ręka łapie rękojeść noża, broń w dłoni uderza w przegub. Stal zadzwoniła o kamień, Pike puścił, ale od razu strzelił z biodra. Kula prześlizgnęła się Eliaszowi po żebrze, rozcinając skórę jak pazur. Oczy Pike’a zmrużyły się. Na ułamek sekundy przeszła mu przez twarz złość, którą znali tylko ci, co widzieli go bez maski.

Krzyk staruszki zatrząsł zboczem. Bawołowy Głos zmienił pieśń — przestał śpiewać o kładzeniu kamienia, zaczął śpiewać o odganianiu wron. Krukowie zawahali się: stary głos bywa cięższy niż młoda strzała. Z boku doskoczyli młodzi Lakoci z pałkami, nie mordując — odpychając napastników od ścieżki i osłaniając uciekających.

— Wystarczy! — ryknął Czarny Kruk z grani. — Wracamy! — ruszył końmi jak fala, która wie, że skała nie ustąpi.

Harlan Pike cofnął się ostatni. Podniósł z ziemi lustro, zanim wdepnął w cień. Posłał Eliaszowi błysk pożegnania. Nie szyderczy. Jak dług, którego termin nie minął.

Jeszcze przed zamknięciem dojścia, niżej po drugiej stronie grzbietu, Samuel Drake klęczał nad brzegiem strumyka, który niósł teraz więcej wody niż o świcie. O’Hara trzymał łopatę, Larsen — deskę, Quigley — ładunek z krótkim lontem.

— Tu — wskazał Drake. — Przetniemy ramię strumienia, nie serce. Zrobimy mały kanał. To nam spłucze materiał z tej bocznej żyły, którą otworzyliśmy wczoraj. Cicho, bez huku.

Ludzie Drake’a usunęli prowizoryczne zastawki i próbowali skierować strugę do rynny płuczkowej. Zamierzali wypłukać urobek, zanim wejście od północy zostanie odcięte. Woda zabrała glinę znacznie szybciej, niż przewidywali, i po chwili podmyła podporę, na której stała rynna.

— Ucieka bokiem — powiedział O’Hara. — Trzeba zamknąć zastawkę.

Usłyszeli skrzypienie obudowy. Sokole Oko obserwował ich ze skarpy, wystarczająco daleko, by nie musieć wybierać między zleceniem a życiem. Kiedy Drake kazał ratować najcięższy worek, Larsen zawrócił do rynny i dostał kamieniem w goleń. Quigley wyciągnął go za kołnierz. Worek zsunął się w wodę, zahaczył o wystający gwóźdź i rozdarł. Złoto znikało w mule, a z oddali dobiegł wybuch zamykanego przez Eliasza dojścia. Drake jęknął, ale nie z bólu. Zrozumiał, że dziś góra da mu tylko tyle, ile trzeba, by wrócił jutro.

— Zwijamy się! — syknął, biorąc to, co zostało w dwóch mniejszych workach. Larsen kulał, O’Hara sapał, Quigley pluł błotem. Poszli w dół koryta, zostawiając parę śladów, które od razu zamazała woda.

Zanim zniknęli w wąwozie, Drake wysłał Quigleya z wiadomością dla Whitforda. Sam wsunął pod kamień małe płaskie pudełko z miedzi. W środku — kartka, sucha, ocalona w wosku: „Szyb zamknięty? Nie w całości. Prawdziwe wejście jest tam, gdzie rzeka milczy. — Przyjaciel”. Kartka była drugą kopią wiadomości dla kapitana Whitforda. Drake chciał naprowadzić armię na dojście, od którego odsunęła się straż Lakotów.

Sokole Oko znalazł pudełko godzinę później. Nie rozumiał angielskich liter, ale rozumiał, że ktoś chce, by biali przyszli tam, gdzie milczy woda. Wsunął miedź z powrotem, przykrył liściem, położył na nim kamyk. Znak dla Eliasza. Znak, że gra nie jest grą w ogień, tylko w cierpliwość.

Kiedy słońce chowało się za grań, dwa dymy nad doliną wciąż mówiły. Kapitan Whitford, stojąc przy haubicach, nie kazał ładować. Czarny Kruk odszedł jak cień, który stracił kształt. Szary Wilk zdjął z głowy pióro i wbił je w ziemię klapnięciem dłoni.

— Dziś góra milczała — powiedział do Eliasza. — Jutro będą mówić ludzie.

Rozdział 6 — Linia piasku

Linia spotkania powstała sama z siebie: łach piasku na szerokiej terasie rzeki, po jednej stronie preria, po drugiej cień sosen. Lakoci stanęli po stronie drzew — ziemi, która słucha; armia po stronie otwartego — miejsca, które lubi komendy. Między nimi, równo w połowie, wbito dwa kije. Na jednym kołysała się biała szmata, na drugim pióro orła i czerwona wstążka — znak, że przychodzą wojownicy, ale mówią głosem starszych.

Kapitan Whitford przyjechał bez dział, z porucznikiem Hale’em, sierżantem Malikiem i kapelanem Harperem. Szary Wilk zabrał Jasnego Orła, Bawołowy Głos, Babkę Sosnę i Zimę-Na-Polu, która odpowiadała za przeniesienie rodzin. Eliasz miał słuchać części angielskiej i przekazać Mary ustalenia dotyczące wozu. Tłumaczyć miał Jasny Orzeł. Sam Hart stał przy koniach, z kocami i zapasem wody.

Bawołowy Głos poprosił o ciszę i rozwinął fajkę. Eliasz nie znał znaczenia wszystkich gestów, więc nie próbował ich naśladować. Czekał razem z innymi, aż gospodarz zaprosi kapitana bliżej. W tej rozmowie sposób rozpoczęcia był równie ważny jak treść żądania: Whitford miał zobaczyć ludzi, a nie tylko obóz naniesiony na wojskową mapę. Whitford stał nieruchomo. Kiedy Bawołowy Głos skinął, wyciągnął rękę i dotknął drewna. Nie próbował zgadywać obyczaju; uczynił tylko to, o co poprosił go gospodarz.

— Widzieliście dym nad szybem — odezwał się Szary Wilk, krótko, bez patosu. — Dziś góra śpi. Jeśli obudzicie ją działami, nie odróżni białych od nas. Zasypie jednych i drugich.

— Widziałem — odpowiedział Whitford. — Dlatego sprowadziłem ludzi bez ładunków. Ale… — tu wskazał kij z białą szmatą — nie będę miał drugiej szansy, jeśli ktoś z moich polegnie od strzały w krzaku. Potrzebuję gwarancji, że droga na przełęcz będzie wolna.

Bawołowy Głos wyprostował się. — Gwarancje to wasze słowo. Nasze słowo jest krótkie: jeśli twoi nie będą strzelać, nasi nie będą strzelać. Jeśli twoi postawią nogę w miejscu, gdzie rośnie nasz jęczmień i modrzew, odprowadzimy ich śpiewem do granicy. Raz. Drugi raz będzie bez śpiewu.

— Granice — westchnął Hale. — Nie ma map tej doliny.

— Są — odparł spokojnie Jasny Orzeł, kreśląc kijem na wilgotnym piasku trzy linie: rzekę, grzbiet i cienką ścieżkę jeleni. — Tu. Tu nie idziecie. Tu idziecie z nami. Tu zawracacie.

Kapitan spojrzał na mapę z piasku jak na dokument. Harper, kapelan, przyklęknął, jakby chciał to przerysować do pamięci. Malik zmrużył oczy: — A jeśli ktoś inny postawi nogę gdzie nie trzeba?

— Czarny Kruk? — spytał Eliasz. — To wasze też dotyczy. Jeśli Kruk wejdzie, to wasze kule idą na niego, a nie na chochoły. A nasze strzały idą w jego grzbiet.

Szary Wilk zawahał się tylko chwilę, po czym skinął. — Wojna z Krukiem nie jest wojną z wami. Nie będziemy odpowiadać za cudze napaści. Niech tak będzie.

Whitford wciągnął powietrze głęboko. — Dobrze. Ustalamy trzy dni bez ognia. Trzy wschody słońca. W tym czasie sprawdzę, co zasypaliście, i dam słowo do swych ludzi. Po trzech dniach spotykamy się tutaj. Jeśli wszystko stało się, jak mówicie, wycofam oddział z przełęczy. Jeżeli nie — będę musiał mówić językiem żelaza.

Bawołowy Głos odstąpił pół kroku, wskazał niebo: — Słucha nas ten, kto zsyła zimne noce. Jeśli kłamiesz, będziesz słyszał płacz, kiedy będziesz jadł.

Kapitan nie spuścił wzroku. — Przysięgam na moich synów, których nie widziałem od dwóch zim: powiem prawdę o tym, co zobaczę.

Chanúnpa powędrowała w krąg. Dym miał smak szałwii i lekkiej goryczy. Linia piasku przyjęła więc pierwsze słowa i zamknęła je w sobie jak rzeka przyjmująca kamień. Po ceremonii pojawiło się to, co zawsze przychodzi po dymie: papier. Whitford wyjął z tuby rulon, pożółkły od wiatru. Pióro kapitana zataczało proste, wojskowe łuki.

— To nie traktat — uprzedził — tylko zapis rozmowy, którą zdam przełożonym. Słowa z piasku znikną z pierwszym deszczem. Te pójdą do Fortu Laramie i do Dakoty. Lepiej, by szły takie, jakie padły.

Jasny Orzeł zerknął na Eliasza. — Dym pamięta w ustach ludzi. Pismo pamięta w ustach nieobecnych. Czyim językiem twoje pismo będzie mówić? — spytał, patrząc kapitanowi w oczy.

— Językiem tego, kto je czyta — odpowiedział szczerze Whitford. — Dlatego chcę, byście tu byli, kiedy je piszę.

Zima-Na-Polu usiadła na piętach obok rulonu. — Jeśli pismo nie zna imion naszych matek i sióstr, zapomni, kto karmi ich dzieci. Napisz to. Że w tej ziemi leżą kości. Nie tylko złoto.

Kapitan zanotował: „Starsza kobieta mówi o kościach i chlebie”. Harper dodał cichym głosem: — I o pamięci.

— Dodam jeszcze jedno — wtrącił Eliasz. — W szybie jest woda. Nie tylko skała. Ci, co będą grzebać, zaleją dolinę. To trzeba zapisać, zanim przyjdą ludzie, co kochają wykresy.

Hale uniósł brew. — Wykresy kochają suche buty. Zanotowane.

Kapitan wpisał datę, a obok, na prośbę Bawołowego Głosu, dopisał „Dzień po dwu dymach”. Chciał, aby obie strony mogły rozpoznać chwilę zawarcia porozumienia. Malik spojrzał na dodatkowe słowa i mruknął, że w sztabie trzeba je będzie wyjaśnić.

— Niech się nauczą — odciął Hale.

Kiedy pióro przestało skrobać, Whitford odsunął rulon. — Muszę wam coś pokazać — zwrócił się do Lakotów i do Eliasza. — Ktoś zostawił mi pod kamieniem pudełko z miedzi. Kartka. „Prawdziwe wejście jest tam, gdzie rzeka milczy”.

Ciszę przerwał tylko świergot dwóch skowronków. Jasny Orzeł spojrzał na Sokole Oko. Ten skinął, że widział pudełko, ale nie czytał.

— To nie nasz znak — powiedział Szary Wilk. — Znak człowieka, który lubi nie mówić całych prawd.

— To robota Drake’a — powiedział Eliasz. — Rozpoznaję pismo. Daje wam prawdziwe miejsce, ale pomija własne roboty przy odpływie.

— Jest na naszych listach przewozowych — przyznał Hale. — Nie traktujemy tego jako dowodu winy. Ale porównamy jego mapę z tym, co rzeczywiście znajduje się w terenie.

— Pokażcie mi to „milczące miejsce” — poprosił Whitford. — Nie wejdę. Tylko popatrzę z daleka.

Szary Wilk zastanowił się moment, po czym narysował na piasku palcem dodatkową plamę. — Gdy od rzeki odejdzie śpiew, zostaje kość. Tam. Nie idź dziś. Idź jutro z jednym człowiekiem. Z nim — wskazał Eliasza. — Niech powie, czy to pułapka białych, czy wilcza jama.

Kapitan skinął. — Jutro, o brzasku. Dziś żadnych patroli. A noc?

— Noc jest naszych — odparł Bawołowy Głos. — Nasi chłopcy będą tańczyć, żeby góra spała. Dla waszych: warty przy ścieżce. Niech nikt nie bierze naszego śpiewu za sygnał do ataku.

Harper uśmiechnął się pierwszy raz. — I Bóg. On też.

Wracali z linii piasku, gdy wiatr przyniósł zapach tytoniu, nie tego z fajki, tylko tego z czapek hazardzistów. Na krawędzi zarośli stał on — nie próbował udawać, że jest częścią krzaka. Harlan Pike trzymał kapelusz w ręku, kciukiem pukał w rondo rytmicznie, jak w mały bębenek. Poza nim tylko jeden człowiek: drobny metys, cichy jak piasek w kieszeni.

— Nie przyszedłem prosić o wybaczenie — powiedział, patrząc prosto Eliaszowi w oczy. — Przyszedłem kupić sobie dzień życia.

— I co chcesz sprzedać? — spytał Eliasz.

Pike uniósł dwa palce. — Wiem, gdzie jest wejście, którego nie zamknęliście. Wiem, kto poprowadzi Kruków przez przełęcz obok waszej mapy z piasku. Wiem, kiedy.

Jasny Orzeł nie wziął przynęty. — Cena.

— Dwie — odparł Pike. — Pierwsza: nie wydacie mnie tłumowi. Druga: po sprawdzeniu tego, co powiem, dostanę bezpieczny przejazd do urzędnika, przed którym złożę zeznanie. Żądam ochrony, nie rozgrzeszenia.

— I bez złota? — zapytał Sam, który nie znosił ludzi mówiących o wszystkim, tylko nie o najważniejszym.

— Złoto mnie ani nie lubi, ani nie nienawidzi. Ja wiem, kiedy jest ciężarem — uśmiechnął się cienko.

— Kto cię wynajął? — uciął Eliasz.

— Nikt. Wszyscy — rozłożył dłonie. — Kruki płacą mi za ścieżkę. Biali płacą mi za oko. Górnicy płacą mi za milczenie. Ale powiem ci coś za darmo, Eliasz Reed: Kruki nie będą czekać trzy dni. Ciemnej nocy, kiedy wasi będą śpiewać o spaniu, wejdą w dolinę od grzbietu Orlej Szyi. Prowadzi ich człowiek, który lubi szukać skrótów. Drake.

Nazwisko zawisło jak żmija na gałęzi. Eliasz nie mrugnął, ale w środku coś mu twardo zapadło. — Samuel Drake jest za sprytny, by iść z Krukiem w dzień — potrząsnął głową. — W noc? Uwierzyłbym.

— Wierzyć nie musisz. Wystarczy, że będziesz czekał — rzucił Pike. — A wejście, które milczy? Tuż pod starym jeziorem bełtu. Woda odsłania je po dłuższej przerwie w deszczu. Gdy przybiera, człowiek nie ma czego tam szukać.

Szary Wilk słuchał, nie przerywał. — Kłamstwo mieszane z prawdą nigdy nie pachnie czysto — powiedział wreszcie. — Dlatego pytam: dlaczego teraz?

— Bo jutro skończy mi się szczęście — odpowiedział uczciwie Pike. — A ja jestem człowiekiem, który lubi mieć szczęście świeże.

— A ja lubię długi spłacone — odparł Eliasz, krok w przód. — Za Santa Fe.

— Wtedy stałeś się człowiekiem, którego nie wolno zabić tanio — Harlan skinął lekko, jakby oddawał cześć staremu pojedynkowi. — Teraz jestem człowiekiem, którego nie wolno zabijać głupio. Daj mi eskortę i możliwość zeznawania, a dziś pokażę ci ścieżkę Kruków i Drake’a.

Jasny Orzeł spojrzał na starszych. Zima-Na-Polu dotknęła ramienia Bawołowego Głosu. — Ten człowiek to lis. Z liściem rozmawia wiatr, nie ludzie. Ale czasem lis prowadzi wilka na cudzą pułapkę. Jeśli wilk idzie pierwszy, lis też wpada.

— Mówisz: wziąć jego drogę, ale nie jego krok — podsumował Bawołowy Głos. — Dobrze.

Eliasz westchnął krótko. — Daj mi noc i dwóch ludzi. Pokaż „bełt” i Orlą Szyję. Jeśli kłamiesz, zostaniesz w dolinie tak długo, aż żółwie nauczą się twojego imienia.

— Nie kłamię o drogach — uśmiechnął się Pike. — Kłamię o wszystkim innym.

Wieczorem przy ogniu linia piasku przeszła w krąg cieni. Mężczyźni tańczyli niski, ciężki tan. Kobiety śpiewały o śnie góry — powolny, kołyszący rytm, jak pranie w rzece. Po stronie białych paliły się świece; ktoś cicho grał na skrzypcach w namiocie medyka, prosta szkocka melodia, która pamiętała inne wzgórza.

Eliasz siedział z boku z Mary i Samem. Jasny Orzeł rysował patykiem znaki w popiele. — Dwa języki — mruknął Eliasz. — Dym, którego słucha niebo, i pismo, którego słucha Waszyngton. Jeśli wybierzemy tylko jeden, drugi nas dogoni z kijem.

— Dym chroni dziś — powiedziała Mary. — Pismo może chronić jutro. Ale pismo ma pamięć jak człowiek z innym interesem.

— A dym? — wtrącił Sam. — Dym ma pamięć jak wiatr.

Eliasz milczał dłuższą chwilę. — Zrobię to tak — powiedział w końcu. — Jutro pójdę z kapitanem do „milczącego wejścia”. Pokażę mu, że jeśli ruszą skałę żelazem bez ludzi, którzy rozmawiają z wodą, zaleją nam dolinę. On to napisze. To jest pismo.

— A dym? — spytała Mary.

— Dym będzie dziś — odparł Eliasz. — Wezmę Pike’a i dwóch młodych. Pokaże Orlą Szyję, a my ją zaśpiewamy tak, żeby wilk usnął w trakcie. Nie zabijemy, jeśli nie trzeba. Ale nikt nie przejdzie tą ścieżką w nocy. Kruk, Drake czy cień.

— Wezmę Chmurnego Jelenia i Tępego Noża — dodał Jasny Orzeł. — I twoje oczy, kiedy w nocy stają się jasne.

Mary uśmiechnęła się słabo. — A ja?

— Ty zostajesz przy Zimie-Na-Polu — odpowiedział Eliasz. — Jeśli coś się sypnie, będę potrzebował kogoś, kto przekaże dym dalej. I komu uwierzą biali, kiedy krzykniesz „nie strzelać”.

Wstał, podniósł z ziemi krótki kij. Narysował nową linię. Nie prostą, tylko krętą, z trzema znakami: pióro, fajka, nóż.

— Trzy ognie — powiedział. — Pióro jutrzejsze, fajka dzisiejsza, nóż tylko jeśli nic innego nie zostanie.

„Lis” czekał przy cieniu sosen. Gdy podeszli, skinął. — Bełt najpierw — rzucił. — Pójdziesz suchą stopą tam, gdzie myją się ryby. Orla Szyja potem — tam wiatr nie wraca, tylko się chowa. Uważajcie na echo — tam echo kłamie.

Wyszli w noc. Z tyłu krąg pieśni brzmiał jak serce. Po stronie białych rozległ się cichy „amen” kapelana. Na grani, bardzo daleko, przeciągnął się cienki, niemal niewidoczny płomień — znak, że czujka Kruków ma cierpliwość kamienia.

Eliasz obejrzał się raz. Zobaczył, jak wiatr gasi świecę w namiocie Whitforda. Pomyślał o jego synach i o piśmie, które pójdzie dalej niż ich głosy. Pomyślał o Santa Fe i o błysku lustra. Potem przestał myśleć i zaczął iść.

Szli bez ognia, tylko z cieniem księżyca rozgniecionym na żwirze. Harlan Pike prowadził jak człowiek, który już raz tę noc przeżył: nie patrzył na niebo, tylko w pięści — jakby trzymał w nich mapę. Za nim Eliasz, Jasny Orzeł, Chmurny Jeleń i Tępy Nóż, wszyscy z zasłoniętymi kolbami, żeby drewno nie zadźwięczało o kamień.

„Bełt” okazał się starym osadnikiem po płukaniu złota: podłużne, przyschnięte jezioro ze śliskim dnem, obwiedzione niską groblą. Gdzieś pod nim bulgotanie wody — niewidoczna studnia, do której co jakiś czas wpadał strumień powietrza. Milczące wejście żyło jak płuca: raz zasysało, raz wypuszczało, ale bez dźwięku, tylko z ruchem drobnego liścia na powierzchni.

— Tu — wyszeptał Pike, wskazując łagodną zatoczkę przy północnym brzegu. — Kiedy poziom opadnie, widać szczelinę przy północnym brzegu. Nie wchodzi się tam po deszczu. Za progiem jest stary kanał odwadniający.

Eliasz przyklęknął, wsunął palce w chłód. Poczuł stały, zbyt równy przeciąg. — Wentyl — mruknął. — Gdzieś głębiej mają komin. Szyb nie jest martwy.

— Nie jest — skinął Harlan. — I ktoś tam był. Wczoraj. — Podał zmięty skrawek worka jutowego, przesiąknięty rudą. — Ślady butów z gwoździami Eisenhauer. Nie Lakota. Nie żołnierz.

Jasny Orzeł obejrzał błoto przy grobli i podniósł świeżą drzazgę. — Nowe podparcie — powiedział. — Ktoś tu pracował od naszego ostatniego przejścia. Pójdziesz jutro z białym kapitanem — skinął do Eliasza. — Dziś zaznaczymy miejsce tak, żeby lis poczuł mysz, ale żeby mysz nie chciała wejść.

— Znak bez słów — odparł Eliasz. — Dobrze.

Zaznaczyli niebezpieczne miejsce tak, jak ustalili wcześniej ze zwiadowcami: dwie skrzyżowane gałęzie na brzegu i trzecią w poprzek ścieżki. Nie był to tajemny alfabet całego ludu, tylko znak tej wyprawy. Eliasz zawiesił obok kawałek jasnego płótna, żeby również ktoś obcy zatrzymał się przed osuwiskiem.

— Nie ruszamy więcej skały — powiedział. — Rano Hale zrobi pomiary. Tu łatwiej pogorszyć sytuację, niż ją naprawić.

— A teraz Orla Szyja — przypomniał Pike, jakby bał się, że noc zdąży się zużyć.

Orla Szyja nie była granią dla ludzi, którzy kochają proste drogi. Szerokość na dwa kopyta, potem nagle dłoń, potem znowu łokieć; po lewej czarna studnia sosnowa, po prawej pusta przepaść, w której wiatr wchodził i wychodził bez pytania. Na jednym z zakosów stał kamień jak przecięta głowa — skalny klin trzymał go na miejscu.

— Jak długo się trzyma? — spytał Eliasz.

— Dłużej niż ma cierpliwość koń — mruknął Pike. — Spadnie, jeśli się go poprosi.

— Poprosimy go później — odparł Jasny Orzeł. — Najpierw zrobimy, żeby wilk pomyślał, że tu mieszkają duchy.

Rozłożyli dwie warstwy planu.

Warstwa pierwsza: dźwięk. Tępy Nóż wyjął z torby dwie kości piszczelowe i kawałek rogu. W rękach zagrały krótko, wysoki gwizd niósł się po ścianie jak głos dziecka w tunelu. Chmurny Jeleń obwiązał trzy młode sosny włosiem z ogonów końskich, napiął je jak struny; kiedy wiatr dotykał, struny śpiewały cienko, obco, drapiąc nerwy jak igła. Eliasz rozstawił dwie blaszki po konserwach wojskowych — zdobycz od Malika — na cienkich patykach; lekki podmuch kołysał je bezgłośnie, ale kiedy coś większego przechodziło, blaszki uderzały o skałę i dawały dźwięk nie z tej strony, z której należało. Echo pod Orlą Szyją kłamało z natury; oni tylko podsunęli mu nowe słowa.

Druga część planu była prostsza. Wycofali konie za osłonę i ustawili na zakręcie przeszkodę z gałęzi, którą dało się dostrzec dostatecznie wcześnie, by zsiąść z siodła. Nad ścieżką stanęła straż. Nikt nie miał smarować kamieni ani podcinać przejścia: spłoszony koń zrzuciłby człowieka w przepaść niezależnie od tego, jak łagodne były ich zamiary.

— A klin? — spytał Tępy Nóż, dotykając skały.

— Klin zostaje — odparł Eliasz. — Jeżeli Drake sam przyjdzie, nie zabijemy go kamieniem. To nie jest ta wojna.

Pike prychnął. — Znasz go tak dobrze, że rozumiesz, jak umrzeć mu nie wolno?

— Wiem tylko, że śmierć kamieniem to śmierć góry, nie człowieka — odparł spokojnie Eliasz.

Na ostatnim zakosie Harlan przyklęknął, zerwał garść suchego mchu, dmuchnął w niego lekko. — Tu zostawimy znak, który zrozumie tylko człowiek, który raz już szedł nocą — mruknął. Ułożył na mchu dwa cienkie patyki, równolegle, a trzeci pod kątem — „trzeci jest kłamstwem”. Sygnał dla Drake’a, jeśli Drake faktycznie prowadzi: że ktoś przed nim ma jego alfabet. Dla Kruków to będzie nic.

— Pytanie zostaje jedno — powiedział Jasny Orzeł, zbierając resztki śladów z ziemi piórem. — Kto pierwszy przejdzie.

— Zwiad — odparł Eliasz. — Zawsze idzie pierwszy. I na niego czekamy.

Wycofali się trzy zakosy w górę, w miejsce, gdzie sosny zgęstniały i gdzie można było leżeć godzinę bez ruchu. Noc przyszła druga, gęstsza, z ciemną nitką chmur na wschodzie.

Przyszli, kiedy krąg przy rzece rozśpiewał się na dobre. Pierwszy cień, potem drugi, ciche kopyta stawiane ostrożnie, bez parsknięcia. Zwiad — trzech ludzi. Pierwszy to nie był Drake. Ruch miał dobry, ale nie jego — za twardy w nadgarstku, za miękki w lędźwiach. Zatrzymał się przed pierwszym śliskim miejscem, zsiadł, dotknął ziemi.

Gwizd kości poszedł po grani jak jastrząb. Koń pod zwiadowcą podniósł łeb. Mężczyzna zamarł i odwrócił się w stronę, z której… nie, z której nie gwizdało. Echo zrobiło swoje. Drugi z tyłu mruknął coś o duchach. Trzeci skinął, że bzdura. I wtedy blaszki zagrały metalem z prawej. Z prawej nic nie było, tylko przepaść.

— Krok w tył — wyszeptał Eliasz, nie do nich, tylko do siebie. Zwiad zrobił dokładnie to.

Pierwszy wrócił na siodło. Przesunął się pół łokcia, ominął gałęzie. Trzeci zwierzak spłoszył się brzęku blach i stanął w poprzek ścieżki, zmuszając pozostałych do zatrzymania. W tej samej chwili pękła gałązka, bo musi jakaś pęknąć. Zwiadowcy podnieśli lufy.

— Nie strzelać — syknął Jasny Orzeł, dotykając nadgarstka Tępego Noża, który już czuł łuk w palcach. — Dym pierwszy, nóż ostatni.

Dali im odejść. Wrócą z ludźmi. O to chodziło. Nie czekali długo. Najpierw pięciu, potem jeszcze siedmiu. Głosy inne, niż pierwszej trójki: twardsze, pewne siebie. Krukowie. I jeden śmiech, który Eliasz znał na pamięć: niski, krótki, jak źdźbło w zębach. Drake nie śmiał się często, ale kiedy już się śmiał, śmiał się gardłem.

— Jest — mruknął Eliasz.

Drake nie zsiadł od razu. Popatrzył na skałę, na mech, na patyki. Zatrzymał wzrok. Nachylił się. Znał alfabet. Podniósł trzeci patyk, obrócił go o ćwierć, położył z powrotem. Odpowiedź w tym samym języku: „Wiem, że tu jesteś”.

— Co teraz? — wyszeptał Chmurny Jeleń.

— Trzeci ogień — odparł Eliasz.

Trzeci ogień nie był ogniem wcale. Była to cienka lina z końskiego włosia, rozpięta między dwiema sosnami ponad głowami, zakończona małą przeciwwagą z kamienia. Kiedy Eliasz szarpnął ją lekko, przeciwwaga poruszyła schowaną w krzakach suchą gałąź, ta stuknęła o pień, a stukanie poszło w dół, w dolinę. W tym samym czasie Tępy Nóż dmuchnął w róg. Dwa odgłosy — z góry i z dołu — nałożyły się i dały wrażenie, że do grani podchodzi kolumna ludzi z obu stron.

Krukowie stanęli. Pierwszy z nich, twardy jak wyschnięty korzeń, przeklął szeptem. Drugi nerwowo poprawił siodło. Drake uniósł rękę, jakby uciszał muchę.

— To on — powiedział w ciemność, ale Eliasz usłyszał. — On i jego duchy.

— Duchy mają ręce — odparł Eliasz tak cicho, że tylko kości to mogły słyszeć.

Dał znak. Chmurny Jeleń pociągnął drugi sznur. Schowane za skałą blachy uderzyły o siebie z hukiem, który echo poniosło w dół przełęczy. Koń pierwszego Kruka zarżał, cofnął się. W tej samej chwili struny z włosia wydały wysoki, przenikliwy dźwięk.

— Wracamy — rzucił ktoś.

— To tylko kamienie — syknął Drake. Ale jego głos nie był już tak lekki.

Próbowali iść. Na wąskiej ścieżce musieli prowadzić konie. Na drugim załamaniu ścieżki echo oddało im ich własne oddechy z prawej strony, jakby ktoś stał w przepaści i oddychał powoli, z namysłem. Jednemu z Kruków puściły nerwy. Strzelił. Kula poszła w skałę, a skała oddała ją echem jak śmiechem. Dwa konie poszły w tył, trzeci w bok. Ktoś krzyknął imię matki.

Drake zaklął. — Cisza! — ryknął i to pomogło na trzy uderzenia serca.

— Jeszcze raz — szepnął Eliasz.

Tępy Nóż trącił blaszkę. Blaszka zaśmiała się z lewej, mimo że stała po prawej. Zwiastun tej grani: w którą stronę się obrócisz, tam nie ma dźwięku. Drake to zrozumiał. Zsiadł. Wziął konia za uzdę. Zrobił krok naprzód. Potem drugi. Nic się nie stało. Krok trzeci miał postawić w igliwiu. Nie postawił. Ukląkł, odgarnął dłońmi igły. Odgarnął igliwie, sprawdzając, czy nie kryje dołu. Znalazł jedynie zwykły żwir. Popatrzył w górę, prosto w ciemność, w której Eliasz trzymał oddech.

— Wiem, że tam jesteś, Reed — powiedział bez uśmiechu. — I wiem, że nie chcesz mnie zabić głazem. Ale mam ludzi. Nie mogę wrócić, bo oni potem nie pójdą za mną już nigdzie.

Słowa nie były groźbą. Były prawdą. Eliasz przełknął ślinę, suchą jak proch. — Zrób jeden krok jeszcze — odpowiedział cicho. — Taki, który zobaczą, a który nic nie znaczy. Potem zawrócisz, bo „duchy”. I nie strzelaj. Bo jak strzelisz, góra się obudzi i zabije nas wszystkich.

Zapadła najdziwniejsza cisza tej nocy. Nagle Drake się zaśmiał — tym śmiechem, którego Eliasz nie cierpiał. Zrobił krok. Nie w przód. W bok, na pewny kamień. Odwrócił się teatralnie, wyciągnął rękę w ciemność, jakby dotykał czegoś niewidzialnego.

— Widzieliście? — rzucił do swoich. — Tu są ich duchy. Za dużo duchów. Zła noc. Wracamy.

Krukowie nie dyskutowali. Zmęczenie i niepewny grunt przekonały ich szybciej niż słowa przewodnika. Jeden tylko zawahał się przy nawrocie; koń mu się poślizgnął, upadł na kolano. Nikt nie spadł. Dwa słowa, trzy gwizdy, i ich nie było. Z góry długo jeszcze słychać było skrzyp skór, nerwowe parsknięcia. W końcu i to zgasło.

— Nie wierzę, że tak łatwo — burknął Chmurny Jeleń.

— Nie było łatwo — odparł Jasny Orzeł, kładąc mu dłoń na karku. — Łatwo jest, kiedy człowiek nie oddycha pół nocy.

Pike nie odezwał się słowem. Patrzył w ścieżkę, gdzie leżał jego mały znak z patyków, teraz już zmieniony. W jego oczach mignęło coś, co mogło być żalem — albo dumą, że ktoś zna tę samą grę.

— Teraz on będzie wiedział, że wiesz — mruknął do Eliasza.

— On od dawna wie, że ja wiem — odparł Eliasz sucho. — A jutro zobaczymy, co powie góra.

Wrócili do obozu przed świtem. Krąg pieśni zwolnił, jakby ktoś zdjął nogę z miecha kowalskiego. Zima-Na-Polu podała im wodę z dziewanną, żeby gardła znowu należały do nich. Mary spojrzała pytająco. Eliasz skinął tylko: „żyjemy” — i dodał gestem „bez krwi”.

Po drugiej stronie rzeki w namiocie Whitforda paliła się świeca. Kapitan nie spał. Siedział nad mapą i nad własnym pismem. Malik drzemał w krześle, Hale opierał głowę na złożonych ramionach. Harper trzymał zamkniętą Biblię i modlił się półgłosem.

— Idziemy? — spytał Whitford, gdy Eliasz wsunął głowę. — Zanim słońce zje mgłę.

— Idziemy — potwierdził Eliasz. — Ale najpierw musisz coś wiedzieć. Kruki i Drake próbowali Orlą Szyję. Zawrócili. My nie strzelaliśmy; jeden z ich ludzi wypalił w skałę. To chwilowa łaska.

Kapitan ściągnął brwi. — Drake… — powtórzył, jakby smakował nazwisko. — W raportach był cieniem. Dobrze, że mamy cień z imieniem.

Nad bełtem wiatr ucichł. Poziom wody nieco opadł po nocnej przerwie w deszczu, odsłaniając wskazaną przez Harlana szczelinę. Znak szałwii był na miejscu, krąg porostu mówił bez głosu. Whitford przykucnął, wyciągnął rękę, poczuł ten sam przeciąg, co Eliasz.

— Oddycha — powiedział. — Dobrze oddycha. Zbyt dobrze jak na martwy szyb.

— Ktoś tam pracuje — dodał Eliasz. — Nie dziś, nie teraz. Ale masz to na piśmie: jeśli wejdą tu chłopcy z łopatami bez ludzi, co znają wodę, zaleją sobie nogi po szyję.

Hale podniósł głowę znad krawędzi grobli. — Wartość wojskowa: żadna. Wartość polityczna: wielka. — Spojrzał na kapitana. — Możesz pisać, że naturalna groźba powodzi grozi linii posuwu.

Harper przeżegnał się odruchowo. — Boża groźba — szepnął.

— Geologia — poprawił go Hale, ale bez złośliwości.

— A moje zeznanie? — spytał Pike, kiedy kapitan skończył oględziny.

— Spiszemy je — odpowiedział Whitford. — Dostaniesz ochronę do czasu przekazania urzędnikowi. Nie mogę obiecać umorzenia przestępstw, których jeszcze nie znam.

Pike przyjął to bez uśmiechu. Zobowiązał się zostać przy obozie i nie nosić broni, dopóki kapitan go nie zwolni. Potrzebował jeszcze opowiedzieć o Santa Fe. Eliasz nie chciał słuchać tego bez świadka; tym razem cudze zapewnienie nie miało mu zastąpić papieru.

Kiedy wracali z bełtu, echo z Orlej Szyi jeszcze raz skłamało. Doniosło krótki dźwięk metalu uderzającego o skałę, tak drobny, że można by go wziąć za kamyk pod butem. Eliasz uniósł głowę. Jasny Orzeł również. Spojrzeli na siebie.

— On wróci — powiedział ten drugi.

— Wróci — przyznał Eliasz. — Ale dziś mamy dym i pismo. Jutro góra powie resztę.

Wieczorny krąg znów się zapalił. Kapitan, który jeszcze przedwczoraj przychodził w kurtce i z dystansem, tym razem usiadł w cieniu sosen, bez kapelusza, jak człowiek, który ma coś do oddania, nie do wzięcia. Bawołowy Głos podał mu chanúnpę; Whitford dotknął drewna tak, jak dotyka się ramienia syna, którego nie widziało się zimę i dwie wiosny.

Eliasz siedział trochę z boku, Mary u boku, Sam po drugiej stronie. Słuchali śpiewu o śnie góry. Nie było w tym słowie zwycięstwa. Była decyzja: jedna noc bez krwi, jeden dzień z papierem, jedna ścieżka mniej dla Kruków. Jutro będzie inne — ale to jutro nie należało jeszcze do nikogo.

Rozdział 7 — Głos żelaza

Świt wyszedł z rzeki jak chłodny nóż. Kapitan Whitford kazał zwinąć płótna i wziąć tylko to, co „udowadnia rzeczywistość”: stalową miarkę, kompas, szkicownik, wosk do opieczętowania próbek. Malik niósł skrzynkę z ołówkami i papierem, Hale dwa kliny geologiczne i młotek. Eliasz, Jasny Orzeł i Harlan Pike szli przodem, jakby stawiali podpisy przed atramentem. Na bełcie wiatr trzymał północ. Woda cofnęła się, odsłaniając ciemną szczelinę w kamieniu. Kapitan przykucnął, włożył dłoń i od razu zabrał, jak człowiek, co próbuje temperatury choremu.

— Oddycha — powiedział, nie patrząc na nikogo. — Struga zasysa, potem wypluwa. Jeżeli ktoś naruszy kręgosłup góry wyżej, może ruszyć cała skarpa. Nie wiemy, jak daleko ciągną się puste przestrzenie.

Hale klepał młotkiem po brzegu, słuchał. — Pod spodem próżnia. Starorzecze zlepione gliną, na nim łoże żwiru. Dwa uderzenia w skale i mamy tunel dla wody.

Whitford spojrzał na Eliasza. — Chciałeś papieru. Dostaniesz. — Wstał, otrzepał kolano i zaczął dyktować Malikowi:

— „W sprawie przesunięcia obozów górniczych spod Orlej Szyi. Bełt — naturalna komora wodna o zmiennej cyrkulacji. Ryzyko porwania gruntu przy jakiejkolwiek próbie drążenia. Zalecam zakaz wierceń i budowy płuczek w promieniu tysiąca jardów. Dla bezpieczeństwa ludności oraz… zgodności z artykułami traktatu z Laramie.” — Uśmiechnął się krzywo. — Niech mi potem mówią, że nie czytałem.

Jasny Orzeł dotknął palcami znaku szałwii, który zostawili w nocy. — Twoje pismo jest jak ten krąg — rzekł cicho. — Mówi: „nie wchodzić”. Ale kruk nie czyta kręgów. Czyta mięso.

— Dlatego pójdziemy też na Orlą Szyję — odparł Whitford. — Nie po to, żeby się wspinać. Po to, żeby usłyszeć echo.

Na grani stał, jakby słuchał krwi ziemi. Blaszki Eliasza, struny z włosia i kości Tępego Noża wciąż wisiały, lekko ukryte w gałęziach. Kapitan milczał dłuższą chwilę, potem tylko skinął.

— Dobre. Nie zabija, ale zniechęca. — Pochylił się nad ścieżką, zobaczył patyki Pike’a, odwrócone przez Drake’a. — A to?

— Rozmowa bez słów — odparł Pike. — Dwa wilki, co znają ten sam trop.

Wieczorem krąg przy rzece zapełnił się ludźmi. Bawołowy Głos podał Whitfordowi chanúnpę; kapitan nie palił, ale dotknął drewna w geście, który brzmiał jak „dziękuję”. Malik, który zwykle stał z boku, usiadł między chłopcami od bębnów; Hale rozkładał próbki skał jak paciorki modlitewne.

— Powiesz im to, co napisałeś? — spytał Eliasz.

— Powiem — odparł Whitford. — Ale w ich języku sensu: nie „zakaz”, tylko „zła woda”. I że wyślę jeźdźca do Laramie z pieczęcią.

— Laramie jest daleko — mruknął Chmurny Jeleń.

— Pieczęć bywa szybsza niż koń — odpowiedział kapitan. — Czasem.

Drake wrócił, kiedy dzień złożył skrzydła. Nie na grani. Od zachodu, doliną żywicy. Dwunastu ludzi, dwa muły, skrzynie owinięte brezentem. Nie krzyczał; gwizdał cicho dwie nuty, jakby przywoływał psa. Kruki rozlały się cieniem między jałowcami.

To, co przytargali, było „głosem żelaza”: przenośna tłucznia, dwa żelazne walce i mały maszt sygnałowy z polerowanym zwierciadłem. Nie mieli zamiaru się wspinać ani kopać. Chcieli gadać z góry do ludzi — i do strachu.

Najpierw postawili maszt. Zachodzące słońce złapało błysk i rzuciło go na stoki jak język. Kto patrzył z daleka, widział tylko niepokój. Potem tłukli kamień w żelaznych gardzielach; rytmiczny, nienaturalny dźwięk niósł się po dolinie jak uderzenia serca, które nie należało do tych gór.

— Nie atakują — powiedziała Mary, stojąc przy Eliaszu. — Robią hałas.

— Hałas robi ludziom rzeczy w głowach — odparł. — Zanim pęknie ziemia, pęka człowiek.

Wieczorem Drake posłał dwóch w stronę obozów górniczych z butelkami i słowami: „Armia zabrania, ale armia wkrótce odejdzie. My zostaniemy. Kto z nami, temu damy ochronę.” Plotka zrobiła resztę. Ludzie w Deadwood lubili tych, którzy mówili „zostaniemy”, bo każdy już kiedyś słyszał „odjedziemy” i płacił za to zębami.

Następnego ranka na skraju lasu pojawili się trzej mężczyźni w kurtkach, które z daleka wyglądały jak kawaleryjskie. Z bliska — brudne, krzywo podszyte, z guzikiem nie od tego munduru. Krukowy żart. Zatrzymali się w zasięgu wzroku Lakotów, stanęli, jak staje patrol, a potem stali zbyt długo, jak stoją aktorzy.

— Potrafią udawać — mruknął Sam, zaciskając zęby. — Byle tylko ktoś, kto chce, uwierzył.

— To jest ich praca — odparł Eliasz. — Budować mosty z kłamstwa, po których inni przejdą w dobrych butach.

Jasny Orzeł wysłał trzy dziewczyny, by zniknęły u ciotek po drugiej stronie rzeki, i dwóch chłopców, by pilnowali koni. Mężczyźni stali w półkręgu, spokojni. „Głos żelaza” bił rytm, który nie należał do nich.

— Wrona nie buduje domu — powiedział Bawołowy Głos. — Wrona budzi sąsiadów.

— Niech budzi — mruknął Eliasz. — Mamy jeszcze jedną noc. Później przyjadą ludzie Whitforda. I może list, który nie będzie nam się podobał.

Kurier nadszedł trzeciego dnia rozejmu z pobliskiego obozu dowództwa, gdy z bełtu unosił się chłód jak z piwnicy. Nie jeden, dwóch. Pierwszy w niebieskim płaszczu, nadąsany, z czołem jak z tarczy zegara. Drugi w brązie, z cynowym guzikiem w klapie — agent Biura do Spraw Indian, nazwiskiem Brisbois. Za nimi ośmiu jeźdźców, młodych, z twarzami z kart. Porucznik miał nazwisko Corcoran, szpadkę przy boku, spojrzenie nastolatka, który dostał gwiazdkę i boi się ją zgubić.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 39.38
drukowana A5
za 71.15