E-book
6.83
drukowana A5
23.27
drukowana A5
Kolorowa
46.82
Złośliwość losu i inne opowiadania

Bezpłatny fragment - Złośliwość losu i inne opowiadania


5
Objętość:
103 str.
ISBN:
978-83-8189-149-3
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 23.27
drukowana A5
Kolorowa
za 46.82

Twoja opowieść jest twoją duszą.

Jonathan Carroll

Wstęp

Zawarte w zbiorze opowiadania pisałam w odstępie kilku lat. Ich treść jest tak różna jak moje nastroje podczas tworzenia, często pozwalałam ponieść się wyobraźni… Jedne historie są refleksyjne, inne humorystyczne, kryminalne, nie brakuje też elementów fantastycznych.

Pisząc kieruję się głównie tym, co podsuwa mi wyobraźnia, lubię też obserwować ludzi i otaczający mnie świat. Wyciągać wnioski, albo dawać do myślenia. Inspiracji szukam wszędzie.

Zapraszam do swojego świata. Usiądź wygodnie, w ulubionym fotelu, weź kubek herbaty i zanurz się w świat opowieści.

Z humorem

Złośliwość losu

Barbara jak co rano ubierała się do pracy, gdy nagle zadzwonił telefon.

— Halo?

— Basia?! Stała się tragedia! Musisz do mnie przyjechać! Natychmiast! — usłyszała w słuchawce szloch swojej najlepszej przyjaciółki, Renaty.

— Ale co się stało? Uspokój się i powiedz mi, co się dzieje. — Barbara starała się nadać swojemu głosowi spokojny, rzeczowy ton, ale w głębi duszy poczuła irytację i niezadowolenie.

„Co tym razem mogło się stać?” — zastanawiała się.

Znała Renatę i wiedziała, że przyjaciółka wyolbrzymia najmniejszy problem do rangi katastrofy Titanica.

— Przyjedź, błagam… — zaszlochała jeszcze bardziej Renata i przerwała połączenie.

Barbara wpatrywała się w słuchawkę, jakby po raz pierwszy ją zobaczyła. Nigdy jeszcze nie zdarzyło się, żeby przyjaciółka rozłączyła się pierwsza. Dźwięk przerwanego połączenia otrzeźwił jednak Barbarę i kobieta zdecydowała niechętnie, że nie ma wyboru i musi przed pracą zajrzeć do Renaty i dowiedzieć się, co za nieszczęście stało się tym razem, bowiem jej przyjaciółka miała w zwyczaju pakować się w przeróżne kłopoty co najmniej raz w tygodniu.

Co było tym razem?

Barbara nawet nie zamierzała zgadywać, próżny trud, bo Renata była nieprzewidywalna i mogła wpakować się w największą kabałę.

Kobieta czym prędzej narzuciła na siebie płaszcz, na nogi włożyła pantofle pierwsze z brzegu, w locie chwyciła torebkę i klucze, po czym wybiegła z mieszkania.

Po dziesięciu minutach parkowała przed domem Renaty. Koleżanka mieszkała w małym jednorodzinnym domku z mężem Albertem i rozpieszczonym kotem — Samem.

Barbara wysiadła z auta i szybkim krokiem podeszła do drzwi wejściowych, nacisnęła dzwonek i czekała. Nikt jednak jej nie otwierał. Zniecierpliwiona nacisnęła więc dzwonek raz jeszcze, po czym, niewiele myśląc, poruszyła klamką, sądząc, że to i tak na nic, bo drzwi z pewnością są zamknięte. Ku jej zdziwieniu otworzyły się bez najmniejszego trudu. Lekko zaskoczona tym faktem Barbara weszła do środka. Stanęła w przedpokoju, rozglądając się niepewnie. Miała stąd idealny widok na salon, lecz on okazał się być pusty. Zaniepokoiła się nie na żarty.

— Renata? Halo? Jest tam kto? — Jednak odpowiedziała jej cisza.

„Dziwne” — dreszcz niepokoju przeszył jej ciało, ale zignorowała go i ruszyła w stronę lewego skrzydła domu, gdzie mieściła się sypialnia przyjaciółki i jej męża.

— Renata? Jesteś tam? — zapytała ponownie, po czym lekko pchnęła uchylone drzwi.

To, co ujrzała sprawiło, że o mało nie zemdlała. Z jej gardła wydobył się krzyk tak przeraźliwy, że obudziłby chyba zmarłego. Długi, przeciągły wrzask. Barbara nie pamiętała, jak długo krzyczała, sparaliżowana strachem nie mogła się ruszyć. Jedyne, co w tej chwili nakazywał jej umysł, to uciec. Uciec stąd jak najszybciej i wymazać z pamięci ten potworny widok.

„To jakiś koszmar, to z pewnością mi się śni” — powtarzała jak mantrę. Widziała jednak przed sobą tylko szkarłatną czerwień. Jej nogi jakby wrosły w podłogę, na przemian robiło jej się zimno, to znów gorąco. Ręce drżały, jakby miała delirium tremens, a na czoło wstąpiły krople potu.

— Renata… — Skrzek, który wydobył się z jej gardła ani trochę nie przypominał jej głosu. — Renata? — Mówienie nadal przychodziło Barbarze z trudem.

Zachwiała się i na drżących nogach podeszła do łóżka, na którym leżała przyjaciółka ubrana w białą piżamę. Jej długie, jasne włosy były potargane i rozrzucone na poduszce. Na białej pościeli perliły się krople zaschniętej, szkarłatnej cieczy, jakby krwi. Nie to jednak było najgorsze. Tym, co tak przeraziło Barbarę, okazała się być twarz Renaty. A raczej tego, co z niej zostało. Ciemnoczerwona plama, która zastygła w wykręconej grymasem masce jak z horroru.

Wtem stało się coś, od czego serce Barbary o mało co nie wyskoczyło z piersi, a ona sama zachwiała się i, potykając o brzeg dywanu, omal nie przewróciła na podłogę.

Przyjaciółka poruszyła ręką, a z miejsca, gdzie kiedyś znajdowały się jej usta, wydobył się ni to jęk, ni to zawodzenie.

— Renata! Ty żyjesz? — zapytała zdławionym głosem, wpatrując się w twarz przyjaciółki i w tym samym momencie usłyszała kroki w przedpokoju. Instynktownie zamarła wstrzymując oddech i czując równocześnie, jak zaczyna brakować jej tchu.

Czyżby morderca wrócił dokończyć swoje dzieło? „Tylko nie to” — przeraziła się, czując zbliżającą się znajomą słabość — „Tylko nie w tym momencie”.

Była to jej ostatnia myśl, nim osunęła się na ziemię i ogarnęła ją ciemność.


***


Gdy Barbara ocknęła się z omdlenia, pierwsze co ujrzała to pochylającą się nad nią przystojną twarz Alberta — męża Renaty. Mężczyzna, sądząc po wyrazie twarzy, był poirytowany i wyraźnie wściekły. Jego brązowe oczy rzucały groźne błyski, szczękę miał zaciśniętą, a głos tak lodowaty, że kobieta słysząc go aż się wzdrygnęła. Miała wrażenie jakby w pokoju nagle temperatura spadła o kilka stopni. Dopiero wtedy na tyle, na ile było to możliwe, doszła do siebie i, rozmasowawszy potylicę, próbowała jakoś zebrać myśli.

— Możesz mi wyjaśnić, co się tutaj dzieje? Nawet na chwilę nie można zostawić was samych — oświadczył z naganą Albert — rozumiem jeszcze Renatę, ona zawsze była szalona i miała tysiące dziwacznych pomysłów na minutę, ale ty?

Wtedy Barbara zdała sobie sprawę z tego, że Albert patrzy na nią z niesmakiem i odrobiną odrazy, więc obrzuciła wzrokiem swoje ubranie, ale niczego podejrzanego ani dziwnego nie dostrzegła, za to jego dłonie umazane były jakąś zaschniętą, lepką, czerwoną mazią, przypominającą krew. Widząc to, Barbarę aż zmroziło.

„Co ja właściwie tutaj robię?”

I po chwili przypomniała sobie telefon Renaty i to, co później tutaj zastała. Obejrzała się w stronę łóżka przyjaciółki i dostrzegła, że ta nadal leży nieruchomo w dziwnej pozycji, a na twarzy ma maskę jak z horroru. O ile to była maska, a nie twarz Renaty. Barbara wzdrygnęła się i próbowała się podnieść, ale stanowczy ruch ręki Alberta uniemożliwił jej to.

— Nigdzie nie pójdziesz, dopóki nie pomożesz mi pozbyć się tego paskudztwa — oznajmił Barbarze, wskazując ręką leżącą na łóżku Renatę.

— Co? — zdziwiła się. — Ale to przecież twoja żona. Czemu chcesz jej się pozbyć? — Była zszokowana tym, co usłyszała. Nigdy by nie pomyślała, że spokojny i opanowany Albert jest w stanie bez mrugnięcia okiem pozbyć się jej przyjaciółki.

„Może to on jest mordercą i to on ją tak urządził?

Tłumiąc ogarniającą ją panikę, zaczęła gorączkowo myśleć, jakby tu uciec z tego najwyraźniej ogarniętego szaleństwem domu. Może jakoś ujdzie z życiem, musi tylko odwrócić jego uwagę.

— Nie pomogę ci pozbyć się Renaty — oznajmiła zimnym głosem.

— Chyba to omdlenie na mózg ci padło. — Albert popukał się palcem w głowę — Masz mi pomóc nie pozbyć się Renaty, ale tego, co ma na twarzy.

— A co ona ma na twarzy? — udała zdziwienie Barbara.

— Tę swoją okropną zagraniczną maseczkę z czerwoną glinką i hibiskusem, która jest krwista i obrzydliwa, w dodatku jak zaschnie po pięciu minutach, to na amen. Przypomina skorupę jakiegoś kraba. — Uśmiechnął się ironicznie, patrząc na leżącą na łóżku żonę. — Niczym jej nie można zmyć. Tysiąc razy mówiłem Renacie, że gdy mnie nie będzie w domu, ma pod żadnym pozorem nie nakładać tego świństwa na twarz, bo jak zwykle zapomina na czas o jego zmyciu. Przecież z nią jest gorzej jak z małym dzieckiem, nawet na chwilę nie można jej zostawić samej. — Westchnął, opierając dłonie na biodrach i patrząc zmęczonym wzrokiem przed siebie.

Wtedy dopiero Barbara zdała sobie sprawę ze swojej omyłki i wybuchnęła śmiechem. Śmiała się tak, że aż łzy popłynęły jej po twarzy.

Albert zaskoczony spojrzał na nią dziwnym wzrokiem.

— Dobrze się czujesz, Barbaro? — zapytał zdławionym głosem.

Nie odpowiedziała, tylko ponownie wybuchnęła śmiechem, czując opadające z niej całe napięcie i ulgę. Wtedy dopiero się odezwała, podnosząc się z podłogi i poprawiając pomięte ubranie.

— Dobrze, pomogę ci z tą koszmarną maseczką Renaty, ale musisz mi coś obiecać.

— Mów, obiecuję spełnić każdą twoją prośbę… — Albert był zaintrygowany, czegóż ta kobieta może od niego chcieć? Czyżby miał zdradzić żonę?

Gdyby nawet poświęcił się, w końcu nie będzie to takie niewdzięczne zadanie jak zmywanie krwistych maseczek” — zaśmiał się w duchu.

Jednak słowa Barbary szybko wyprowadziły go z błędu.

— Chcę, żebyś mi obiecał, że więcej nie zostawisz Renaty samej w domu. W przeciwnym razie któregoś razu umrę na zawał. Nie mam pojęcia, co ona może jeszcze głupiego wymyślić, ale chcę zachować zdrowe zmysły i nie oszaleć przez nią. Skąd mogłam wiedzieć, że to maseczka? Myślałam, że ją ktoś utłukł i jestem świadkiem potwornej zbrodni…

Teraz to Albert wybuchnął tak niepohamowanym śmiechem, że aż się zachwiał i chwycił za brzuch. Śmiał się i śmiał, nie mogąc przestać.

Barbara, widząc to, aż poczerwieniała cała ze złości — że też on miał czelność się z niej śmiać!

Skoro tak, to niech sam sobie radzi ze swoją zwariowaną żoną, pomyślała wściekła i wyszła z pokoju, z trzaskiem zamykając za sobą drzwi.

Od dzisiaj będę bardziej asertywna i nie dam się już tak wodzić za nos i przybiegać na każde skinienie Renaty. W końcu przyjaźń też ma swoje granice!

I to był pierwszy krok do przemiany, jaka miała zajść w Barbarze. Jeszcze była nadzieja na to, że będzie ona taka jak kiedyś i przestanie udawać wiecznie miłą, empatyczną i wierną przyjaciółkę kobiety, która nigdy jeszcze nie pomogła jej, gdy Barbara tego potrzebowała.

— Czas odciąć pępowinę — zdecydowała i z uśmiechem wsiadła do auta.

Los bywa złośliwy.

Bóstwo

Bóstwo spojrzało maślanymi oczami. W rozwianych wiatrem, ciemnych włosach, czaiły się listki wierzby. Ubranie, lekko wymięte, pachniało ziemią.

Wstrząsnęło mną uczucie tak wszechogarniające, że aż się przestraszyłam. Zjawisko poruszyło nad wyraz zgrabnymi kończynami i z wdziękiem godnym pozazdroszczenia, wyszło na leśną drogę.

— O matulu! Zawrzało we mnie.

Bóstwo wciąż nie spuszczało ze mnie maślanego spojrzenia, a ja czułam jak na twarz wypływa mi dorodny rumieniec. Cofnęłam się pod rosochatą sosnę, z nadzieją że bóstwo zaniecha swoich starań i pójdzie sobie.

Jednak na próżno się łudziłam. Nic z tego. Bóstwo nie tylko nie zaprzestało swoich uwodzicielskich zabiegów, lecz najwyraźniej postanowiło poznać mnie bliżej, bo zapytało uprzejmie:

— Co taka piękna kobieta robi sama w lesie?

Przeszedł mnie dreszcz. Nagły i niespodziewany, jak ulewa latem. Ten głos mógłby skusić nawet zakonnicę. Miękki, aksamitny, rozpływający się po całym ciele gorącem. Poczułam go nawet w palcach u stóp. Gdy myślałam, że zjawisko zakończyło swoje kusicielskie zabiegi spotkało mnie kolejne zaskoczenie. Bóstwo uśmiechnęło się tak, że dech mi zaparło. Musiałam się przytrzymać pnia sosny. Ten uśmiech sprawił, że miałam ochotę zrzucić fatałaszki i biec w te maślane oczy, aż mnie pochłonie ich głębia.

Głupia kobieto! Opanuj się! Rozum nie pozostawiał mi złudzeń. Ty go nie znasz! Może to jakiś zboczeniec, czyhający na cnotę nierozważnych grzybiarek! — upomniał mnie.

Ja będąc głucha i ślepa na jego przestrogi wciąż pozostawałam pod urokiem jaki roztaczało wokół siebie bóstwo. Nie mogłam się ruszyć oślepiona bielą idealnego uzębienia niczym z reklamy pasty do zębów.

— Co taki mężczyzna robi sam w lesie? Odbiłam piłeczkę, mając nadzieję, że zjawisko wyjawi mi swoje intencje. Jakie by one nie były. W głębi duszy modliłam się, żeby bóstwo zechciało poznać mnie bliżej. Dużo bliżej. Oj, nawet nie przypuszczałam, że zbieranie grzybów może być tak ekscytujące, i że trafi mi się taki dorodny okaz.

Bóstwo obrzuciło mnie maślanym wzrokiem, od góry do dołu, na dłuższą chwilę zatrzymując wzrok na moim biuście, okrytym lekką koszulką. Gorąco uderzyło mi na twarz. Spłonęłam rumieńcem jak dojrzała piwonia. Maślany wzrok bóstwa udzielił się i mnie.

Kiedy zjawisko przysunęło się bliżej, tak blisko, że dzielił nas tylko oddech i przytuliło swoje usta do moich, przepadłam. Miałam wrażenie, że wciąga mnie jakiś wir. Unosząc się w powietrzu coraz wyżej i wyżej niczym balon napełniony helem poczułam, że tracę oddech i wtedy … obudziłam się.

Okazało się, że to był tylko sen.

To był tylko sen…

Romantyczne

Pocałunek przeznaczenia

Adrianna wzięła głęboki oddech i spojrzała na zegarek. Do spotkania zostało piętnaście minut. Ze stolika przy łóżku zgarnęła portfel i telefon, wrzuciła je do torebki. Zabrała teczkę z umową i dokumenty, po czym wybiegła z pokoju tak szybko, na ile pozwalały jej na to wysokie obcasy szpilek.

Dojazd na miejsce zajął jej piętnaście minut. Była trochę zdenerwowana czekającym ją spotkaniem, więc odetchnęła z ulgą dopiero, gdy dotarła na miejsce. Zatrzymała się przed eleganckim, oszklonym, wysokim biurowcem i wysiadła z auta. Na dworze było już prawie ciemno, wiał przyjemny, ciepły wietrzyk, a w powietrzu pachniało jaśminem. Kobieta na moment przymknęła oczy, rozkoszując się chwilą. Jednak szybko przypomniała sobie o spotkaniu i, spojrzawszy na zegarek, zabrała z auta dokumenty i torebkę. Zamknęła samochód, po czym szybkim krokiem weszła do biurowca.

Hol był jasny i przestronny, modnie urządzony. Siedzący za biurkiem portier poinformował ją, że biuro prezesa znajduje się na samej górze i wskazał drzwi windy. Adrianna wjechała na najwyższe piętro wieżowca i wysiadła. Na korytarzu nie było żywego ducha. Stało tylko puste biurko sekretarki. Skierowała się więc w stronę drzwi z napisem „PREZES”. Wzięła głęboki oddech i weszła do gabinetu, zamykając za sobą cicho drzwi.

Pokój, w którym się znalazła, był nowocześnie urządzony. Meble, sądząc po wyglądzie, kosztowne i najwyższej jakości. W powietrzu unosił się zapach skóry, drogich perfum i cytrusowego płynu do czyszczenia mebli. Duże dębowe biurko stało pod ogromnym oknem, z którego rozpościerał się zapierający dech w piersiach widok na panoramę miasta.

— Witam!

Usłyszała, po czym nieco zaskoczona odwróciła się w stronę, z której dobiegło ją powitanie, po czym zamarła, niezdolna wydobyć głosu.

Stojący przed nią mężczyzna mógł być marzeniem każdej kobiety. Pociągający to pierwsze, co przyszło na myśl Adriannie. Mężczyzna miał gęste, ciemne włosy, był wysoki i szczupły, a pod świetnie skrojonym, szarym garniturem, kryły się idealnie wyrzeźbione mięśnie. Jego twarz pokrywał delikatny, jednodniowy zarost, który Adrianna tak uwielbiała u płci przeciwnej, a usta były zmysłowe, pięknie wykrojone, kuszące obietnicą namiętnych pocałunków. Największe wrażenie zrobiły jednak na niej jego oczy o głębokim, morskim odcieniu zieleni, ocienione gęstymi ciemnymi rzęsami.

Mężczyzna nie może być aż tak idealny, pomyślała.

— Witam panią! — ponowił powitanie, wyciągając w stronę Adrianny opaloną dłoń. Uścisk miał mocny i pewny.

— Witam! — odpowiedziała lekko drżącym głosem, starając się dojść do siebie.

— Michał Korzyński. Prezes „Michael Impresa” — przedstawił się. — Miło mi.

— Adrianna Lis. Mi również — odrzekła, uśmiechając się niepewnie onieśmielona, ale starała się za wszelką cenę, aby jej głos brzmiał profesjonalnie. Nie była pewna, czy jej to wychodzi. Od dawna żaden mężczyzna samym swoim wyglądem aż tak nie wprawił ją w konsternację. A myśli uleciały z jej głowy, gdy poczuła przeskakującą pomiędzy nimi iskrę.

— Proszę usiąść — polecił, wskazując jej wyściełane, eleganckie, czerwone krzesło stojące obok biurka.

— Dziękuję — odrzekła, siadając z gracją i krzyżując nogi. Ciekawe, czy on też coś poczuł, zastanawiała się. — Muszę się mieć na baczności — postanowiła — seksowni, pewni siebie mężczyźni są bardzo niebezpieczni.

— A zatem przejdźmy do umowy, pani Adrianno. — Korzyński nie tracił czasu i od razu przeszedł do rzeczy, czyli do celu ich spotkania. — Rozumiem, że ma pani wszystkie niezbędne dokumenty?

— Tak, oczywiście. — Skinęła głową, po czym podała prezesowi teczkę z dokumentami i umowę.

On, odbierając je, nieświadomie musnął palcami dłoń Adrianny, a ją przeszył nagły i niespodziewany dreszcz. Nagle zrobiło jej niesamowicie gorąco, a serce zaczęło szybciej bić. Patrzyła na niego zafascynowana, podczas gdy on czytał umowę i uważnie przeglądał dokumenty. Jego usta przyciągały jej spojrzenie jak magnes. Kusiły.

Ciekawe, jak smakują jego pocałunki, przebiegło jej przez myśl. Zarumieniła się i natychmiast zganiła w duchu za te grzeszne myśli.

Mężczyzna chyba wyczuł na sobie jej spojrzenie, bo niespodziewanie podniósł wzrok i spojrzał Adriannie prosto w oczy. Uśmiechnął się.

A ona nie była w stanie oddychać, porażona mocą tego uśmiechu. Serce zaczęło jej walić jak oszalałe, dłonie zwilgotniały, zaschło w ustach. Poczuła, że z wrażenia traci oddech.

— Wszystko w idealnym porządku — zapewnił prezes Korzyński, wyrywając ją z oszołomienia. — Dawno nie czytałem tak klarownej i świetnie przygotowanej umowy. Jestem pod ogromnym wrażeniem — pochwalił, a jego spojrzenie rozbłysło na moment.

Adrianna, widząc to, nerwowo uśmiechnęła się. Była bardzo z siebie zadowolona i mile połechtana komplementem mężczyzny, pod którego spojrzeniem czuła się zagubiona i niepewna. A rzadko jej się to zdarzało, o ile w ogóle. Nie należała do kobiet, które dają się nabierać na czułe słówka i komplementy, które najczęściej przyjmowała z nieufnością i rezerwą. Nauczona doświadczeniem, nie ufała mężczyznom. Zbyt wiele razy się zawiodła. Nie chciała kolejny raz popełniać tego samego błędu. Z doświadczenia wiedziała też, że mężczyzna, gdy chce czegoś od kobiety, jest niezwykle miły i zasypuje ją tysiącem komplementów, by dostać to, czego chce. Zastanawiała się, czy w przypadku Michała Korzyńskiego jest tak samo.

— Dziękuję — odrzekła skromnie. — To moja praca, robię tylko to, co do mnie należy. Staram się, aby każdy klient naszej firmy był zadowolony.

— Ja jestem bardzo zadowolony, pani Adrianno. — Mówiąc to, Michał uśmiechnął się jeszcze szerzej. A ona poczuła, jak niechciany rumieniec wypływa jej na policzki. Znowu nie mogła wydobyć z siebie głosu.

Prezes wyjął pióro i podpisał umowę, po czym schował dokumenty do teczki i zapytał:

— Czy możemy teraz uczcić podpisanie naszej umowy?

Wskazał przy tym stolik po lewej stronie od biurka, na którym Adrianna ze zdziwieniem ujrzała butelkę chłodzącego się szampana i dwa kieliszki.

Zaskoczona i onieśmielona jednocześnie jego propozycją, odruchowo przytaknęła, by po chwili przypomnieć sobie o swojej zasadzie.

Jednak było już za późno, bo Michał właśnie otwierał szampana, robiąc to umiejętnie i z wprawą. Rozlał do kieliszków chłodny, jasno bursztynowy płyn i podał jej jeden z kieliszków. Znowu musnął jej dłoń palcami.

Ciekawe, czy on to robi świadomie, przemknęło jej przez myśl, gdy i tym razem poczuła przeszywający całe ciało dreszcz pod wpływem tego dotyku. Krew szumiała jej w uszach i ogarnęło ją gorąco, ale starała się niczego po sobie nie dać poznać.

Muszę zachować dystans, pomyślała, obawiając się reakcji własnego, zdradzieckiego ciała.

— Za udaną współpracę.

Michał wzniósł toast, nie odrywając wzroku od jej oczu.

Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. W powietrzu czuło się narastające napięcie. Adrianna szybko upiła łyk szampana i, chcąc ukryć swoje zdenerwowanie, zamknęła oczy. Szampan przyjemnie chłodził jej rozpalone zmysły, delektowała się więc jego smakiem na języku.

Dawno nie piłam tak wybornego, pomyślała nim otworzyła oczy.

Napotkała zaintrygowane spojrzenie zielonych oczu Michała Korzyńskiego. Mężczyzna przyglądał jej się z zachwytem i nawet nie starał się tego ukrywać. Serce zaczęło jej szybciej bić. Jego oczy kusiły, zniewalały. Była pewna, że przez chwilę dostrzegła w nich błysk pożądania. Zarumieniła się i spuściła wzrok. I odruchowo spojrzała na rękę, w której mężczyzna trzymał kieliszek. Na palcu Michała błyszczała złota obrączka.

Kretynko! — zganiła się w duchu. — On jest żonaty!

Jej rozczarowanie było tak wielkie, że Adrianna myślała, że za chwilę się rozpłacze.

On musiał coś dojrzeć w wyrazie jej twarzy, bo z troską w głosie zapytał:

— Dobrze się pani czuje, Adrianno?

Jego głos był pieszczotą dla jej ucha. Nikt nigdy w tak zmysłowy sposób nie wypowiadał jej imienia.

— Tak — odparła, nie patrząc mu w oczy. — Dawno nie piłam szampana, to wszystko — zapewniła go. Po czym dodała, rzucając mu chłodne spojrzenie:

— I nigdy nie piłam w pracy. To moja zasada.

W odpowiedzi Korzyński uśmiechnął się.

— Czyżby? W takim razie właśnie złamała pani swoją zasadę. Przecież szampan to nic takiego. — Wzruszył ramionami. — Grzechem byłoby coś zupełnie innego — dokończył nieco chropawym głosem.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, chcąc odgadnąć nawzajem swoje myśli. Adrianna zmrużyła oczy, po czym cicho zapytała:

— Co według pana byłoby tym grzechem?

W odpowiedzi podszedł do niej. Stanął tak blisko, że poczuła zachwycający zapach jego perfum — korzenny, piżmowy, z nutką drzewa sandałowego. Przymknęła na moment powieki. Drżała na całym ciele, ogarnięta nagłym pożądaniem, mało co nie upuszczając kieliszka. Michał, widząc to, wyjął go delikatnie z jej dłoni i odstawił na biurko, to samo robiąc ze swoim, po czym przyciągnął Adriannę do siebie jednym, zdecydowanym ruchem. Zaskoczona gwałtownie otworzyła oczy, uważnie się w niego wpatrując, podczas gdy on wyszeptał jej zmysłowym głosem wprost do ucha:

— Pocałunek. Pocałunek byłby grzechem, Adrianno…

Poczuła, jak nogi robią się jej miękkie jak z waty. Spojrzała odruchowo na jego usta, które wcześniej tak ją kusiły.

Chcę poczuć ich smak, pomyślała.

On pochylił głowę, szukając przyzwolenia w jej oczach i chyba je znalazł, bo po chwili Adrianna poczuła jego usta na swoich. Musnął je najpierw delikatnie, potem mocniej. Ogarnął ją żar. Otoczył ją jego zapach. Zaszumiało jej w głowie. Przywarła do niego całym ciałem. On przesunął językiem po jej wargach, zwiększając nacisk. Westchnęła w odpowiedzi i rozchyliła usta. Natychmiast to wykorzystał, pogłębiając pocałunek. Poczuła, jak jego język zaczyna badać wnętrze jej ust. Nie była w stanie dłużej się opierać i odpowiedziała równie namiętnym pocałunkiem. Jęknął, po czym mocniej ją objął i jeszcze bardziej wpił się w jej wargi. Adrianna objęła go za szyję, wsuwając palce w jego włosy, które okazały się jedwabiście miękkie, tak jak to sobie wyobrażała. Drżała, czując jego dłonie na swoim biodrze, plecach. Jego twardość. Jego żar. Pocałunek trwał i trwał, robiąc się coraz bardziej namiętny i zbliżając ich do granicy, z której nie ma już odwrotu. Gdy Adrianna poczuła dłoń Michała pieszczącą jej udo i zbliżającą się do złączenia ud, wiedziała, że musi go powstrzymać.

— Co ja najlepszego robię? — Przypomniała sobie o jego obrączce.

Odepchnęła go gwałtownie od siebie i, ciężko dysząc, zrobiła krok w tył. Nabrzmiałe usta piekły ją niemiłosiernie, przypominając o jej grzesznym zachowaniu. Wciąż była oszołomiona pocałunkiem.

— Nie możemy tego robić! — rzuciła rozpalona, z trudem łapiąc oddech. I spojrzała przy tym w oczy stojącemu przed nią mężczyźnie. A wtedy dostrzegła jego gorące, rozpalone spojrzenie, w którym lśniło czyste, zwierzęce pożądanie. On też z trudem oddychał.

— Przecież chcesz tego tak samo jak ja, Adrianno — wyszeptał, z trudem łapiąc oddech i robiąc krok w jej stronę. — Spróbujmy doznać tego, czego oboje tak pragniemy — kusił.

W odpowiedzi cofnęła się odruchowo, obawiając się, że jego dotyk sprawi, iż straci nad sobą kontrolę, a tego nie chciała, bo skończyłoby się to jeszcze większymi wyrzutami sumienia. Bała się, że zbyt łatwo mogłaby się zakochać w tym mężczyźnie. Zbyt łatwo mogłaby mu ulec. Czuła, że gdyby ją ponownie pocałował, nie opierałaby się długo i pozwoliła uwieść. A przecież nawet go nie znała. Musiała się mu oprzeć. Nie mogę pozwolić sobie na romans z klientem, upomniała samą siebie, przypomniawszy sobie kolejną zasadę, że nie umawia się z klientami oraz nie łączy spraw zawodowych z osobistymi. Tego wieczoru złamała już trzy z pięciu swoich zasad. A to znaczy, że naprawdę straciła nad sobą kontrolę. Musiała odzyskać zimną krew i zdrowy rozsądek. Wiedziała bowiem aż za dobrze, jakie są konsekwencje tego typu błędów. Jej przyjaciółkę wyrzucono z pracy, gdy romans z szefem wyszedł na jaw, w dodatku mężczyzna był żonaty. Adrianna, widząc, jak Ela cierpiała po rozstaniu, postanowiła, że sama nigdy nie pozwoli na coś takiego w swoim życiu.

— Nieważne, czego ja chcę ani czego pragnę. Przykro mi, ale nie możemy. Ja nie mogę. — Mówiąc to, chwyciła torebkę i roztrzęsiona wybiegła z gabinetu, nie czekając na reakcję mężczyzny. Szybko dopadła drzwi windy i drżącymi dłońmi nacisnęła guzik.

— Adrianno, zaczekaj! — dobiegł ją zza pleców głos Michała.

Ale drzwi windy zdążyły się już za nią zamknąć. Adrianna próbowała złapać oddech, wciąż nie mogąc dojść do siebie. Była pewna, że gdyby ją teraz dotknął, rzuciłaby się na niego, całując namiętnie i nie zważając na konsekwencje. Była rozpalona, a jej ciało domagało się spełnienia. Wiedziała jednak, że to, czego pragnie, nigdy nie będzie należało do niej. Do hotelu dotarła po dziesięciu minutach. Jak najszybciej chciała znaleźć się sama. Rzuciła się na łóżko, wtulając twarz w poduszkę, a łzy ciurkiem ciekły jej po policzkach. Wciąż nie mogła dojść do siebie po tym pocałunku. Nadal czuła zapach Michała, jego dłonie na swoim ciele, jego żar, smak jego ust. Nikt nigdy nie wzbudził w niej takiego pożądania. Nikogo tak nie pragnęła. Była pewna, że do końca życia nie zapomni tego namiętnego pocałunku.

Nie zapomni jego…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 23.27
drukowana A5
Kolorowa
za 46.82