drukowana A5
23.44
Złamane skrzydło

Bezpłatny fragment - Złamane skrzydło


Objętość:
159 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8189-246-9

Na koniec przybyłem do Domu Śmierci,

Gdzie w wielkiej sali podparty gryfami

Duży stół stoi z zielonkawego malachitu.

Śmierć siedzi za stołem i mnie zaprasza,

A pełno tam lokai o wąskich dłoniach,

Cicho usługujących w butach z czarnego aksamitu.

CZĘŚĆ I
Młody sokół

Moje imię zawsze było moim utrapieniem. Nie tylko imię, ale coś jeszcze. To „coś” skrywałem. Od czasu, kiedy potrafiłem sam się ubrać, nikt poza mną tego nie widział.

Mieszkaliśmy w niedużej wsi leżącej przy drodze do Mławy. Większość budynków była parterowa, niektóre z gankiem. Jeden z nich się wyróżniał — dom z facjatą w szczycie, własność pana Szczupakiewicza. We wsi był kościół parafialny z murowaną wieżą, urząd gminny, szkoła początkowa, synagoga i stacja pocztowa. Pośrodku znajdował się rynek. Na tym rynku ojciec miał handel, a my mieszkaliśmy na końcu wsi, za Bagińskimi, niedaleko stawu, z którego wypływała mała rzeczka Bagienka. Dalej na północ rozciągały się już Prusy Wschodnie.

Dla chłopaków z sąsiedztwa byłem Micha, Myca, w końcu Mycka — jednym słowem Żyd. Dawałem im bawić się moimi zabawkami, wynosiłem im bajgle, które piekła mama — brali, zjadali i za chwilę znowu przezywali: „Mycka, Mycka, Mycka”.

Powiedziałem o tym rodzicom. Ojciec wzruszył tylko bezradnie ramionami, a mama poradziła: „Nie baw się z nimi”.

Dlatego rzadko wychodziłem na drogę i bawiłem się za domem albo włóczyłem po łąkach pod lasem, gdzie obserwowałem ptaki. Ptaki uważałem za cud boży. Kiedyś słyszałem przypowieść o dziesięciu cudach, które wydarzyły się wiernym w Świątyni, ale to było nic w porównaniu z ptakami. Siadałem nad Bagienką i patrzyłem na zimorodki zawisające w powietrzu, na jastrzębia spadającego nagle z nieba, na jaskółki kołujące wysoko. Jak to się mówi: ósmy cud świata. Najbardziej upodobałem sobie sokoły. Podziwiałem ich charakter i sposób latania. Sokół wędrowny należy do najlepszych łowców. Potrafi schwytać ptaka w locie, pikując na niego z dużej odległości i przechwycić ofiarę w powietrzu zanim spadnie na ziemię. Wierzch ciała ma stalowoszary, spód gęsto prążkowany. Głowę zdobi mu czarny kaptur z szerokimi wąsami na policzkach. Prawdziwy rycerz. Kobuz, też należący do sokołów, to jeden z najsprawniejszych ptaków szponiastych. Lata niezwykle szybko i zwinnie, będąc w stanie łapać w locie nawet jaskółki i jerzyki. Upierzenie też ma niespotykane — na głowie czarny kaptur z czarnymi wąsami po bokach białej szyi. Spód ma płowy z grubym kreskowaniem, podogonie rdzawe. Sokoły to wojownicy, którzy niepodzielnie panują w powietrzu.

Ciągle wymykałem się na łąki i godzinami gapiłem w niebo. Polecieć wysoko jak te ptaki — takie miałem marzenie.

Przestałem nawet chodzić z ojcem do synagogi. Zawsze miałem jakąś wymówkę — a to, że źle się czuję i boli mnie głowa, a to, że mam mdłości. Symulowałem zatrucie: nabierałem wcześniej wody w usta, a jak rodzice patrzyli, łapałem się za brzuch, wybiegałem z izby i chlustałem tą wodą, udając wymioty. Często po prostu gdzieś znikałem, najczęściej pod lasem, nad rzeczką, w moim królestwie cudów. Mama mówiła: „Trzeba do lekarza”. Ojciec może się i domyślał, ale nic nie mówił. Czasami tylko spoglądał na mnie tak, jak się patrzy na chorego.

Kiedy nastał czas szkoły, poszliśmy z ojcem do urzędu. Tam, za wielkim stołem, siedział stary pan Bauer. Ojciec powiedział, że skończyłem już sześć lat i chce mnie zapisać do szkoły. Urzędnik przejrzał rejestr, znalazł nasze nazwisko i patrząc na mnie zapytał:

— Jak kawaler ma na imię?

Wcale nie spieszyłem się z odpowiedzią, a wtedy on zajrzał raz jeszcze do rejestru i powiedział: „Michaś”.

Poczułem jak spłynęła na mnie fala radości, taka sama jak wtedy, kiedy dostałem od ojca klatkę dla szczygła. Tak, tak właśnie chciałem mieć na imię: Michaś, a nie Micoach. Później ojciec powiedział, że pan Bauer to Niemiec i dlatego „ch” wymawia jak „ś”.

Kiedy tylko widziałem pana Bauera na ulicy, zachodziłem mu drogę i kłaniałem się, a on mówił: „Ach so! To ty Michaś, dzień dobry chłopcze”. Raz nawet powiedział „gutentak” czy jakoś tak.

Ale moja udręka na dobre zaczęła się z nastaniem szkoły. Kiedy nadszedł ten dzień, już od rana odczuwałem niepokój — szkoła, jak tam będzie? Matka dała mi pajdę chleba i kawałek sera. Dostałem tornister z dykty zwany rańcem, do którego zapakowałem wałówkę, kajet, ołówek i z ojcem wyruszyliśmy.

Na szkołę mówiliśmy uczyliszcze. Był to nieduży parterowy budynek z dwiema salami. Jedna dla młodszych, takich jak ja — odział pierwszy i drugi razem, druga, też wspólna, dla oddziału trzeciego i czwartego. Kiedy podeszliśmy do budynku, z wnętrza dobiegał taki wrzask, że ogarnął mnie strach i nie chciałem wejść. Wtedy ojciec uchylił drzwi, lekko mnie popchnął i znalazłem się w środku. W jednej chwili zapanowała cisza. Kilku chłopców, którzy właśnie biegali po ławkach, zatrzymało się i wszystkie gęby obróciły się w moją stronę. Nowy!

Ja stałem pod ścianą i gapiłem się na nich, a oni na mnie.

— A ty kto? — zapytał jeden.

Milczałem.

— Jak się nazywasz?! — krzyknął drugi.

Milczałem. Zbliżyli się i otoczyli mnie.

— Jak się nazywasz, mów zaraz! — zawołał wyrośnięty chłopak, o głowę wyższy od innych.

Wtedy powiedziałem: „Michaś”.

— Jaki on tam Michaś, to Mycka! — krzyknął któryś i rozpoznałem w nim Jacka, sąsiada z mojej ulicy, syna Motyla.

Bardzo im się to spodobało, bo jeden przez drugiego zaczęli wołać: „Mycka! Mycka! Mycka!”.

Podszedł do mnie taki ospowaty z odstającymi uszami i palnął mnie w czoło, a zaraz za nim kilku innych. Zaczęli mnie klepać i popychać aż się rozpłakałem.

Nagle wszedł belfer. Wszyscy zamilkli, stanęli na baczność i chórem wyskandowali:

— Dobroje utro, gospodin uczitiel.

— Dobroje utro — odpowiedział.

Nauczyciel położył na stole kajety, które ze sobą przyniósł i, nie patrząc na klasę, powiedział:

— Jewreje mogą wyjść. Do modlitwy.

Kilku chłopców opuściło chyłkiem izbę i klasa odmówiła Otcze nasz.

Później zaczęła się lekcja, bardziej szokująca dla mnie niż wcześniejsze docinki, do których byłem przyzwyczajony. Nauczyciel bił za każdą złą odpowiedź linią po dłoni, ciągnął za uszy i walił po gębie. Jednego tak sprał, że ten się krwią zalał i jeszcze powiedział: „Spasibo, gospodin uczitiel”.

Wracałem do domu przybity tym, co widziałem. Szedłem z Jackiem, a on zapytał:

— A ty, czemu nie wyszedł, jak my stawali do modlitwy?

— Ja Niemiec — odpowiedziałem odruchowo, pogrążony w okropnych myślach po tym, co zobaczyłem w szkole.

— Niemiec, patrzcie go! — wykrzyknął Jacek. — Ty Mycka! — i dalej przezywać: „Mycka! Niemiec! Mycka! Niemiec!”.

I tak już zostało. Czasem byłem „Mycka”, a czasem „Niemiec”.

Moja udręka w klasie trwała kilka dni, dopóki nie pojawił się nowy uczeń i koledzy na niego skierowali swoją uwagę, a ja byłem już ten „stary” — swój.

Dwa lata później przeprowadziliśmy się do Warszawy, gdzie ojciec prowadził warsztat przy ulicy Wielkiej 22. Miał czeladnika, z którym naprawiał różne urządzenia mechaniczne, otwierał zatrzaśnięte zamki, reperował rowery. Budował też dekoracje do teatru znajdującego się po drugiej stronie ulicy Marszałkowskiej. Chodziłem tam z ojcem i pomagałem mu w ten sposób, że przytrzymywałem sznurek, kiedy robił pomiary na scenie.

Życie w mieście było nawet fajne, ale brakowało mi jednego. Brakowało mi ptaków. Były rzecz jasna gołębie i wróble, ale jakie to mogły być obserwacje na naszym podwórku studni?

U techników w teatrze podpatrzyłem, jak robią różne cudeńka z papieru, drutu, listewek i zmajstrowałem sobie w podobny sposób sporych rozmiarów ptaka, którego puszczałem z okna naszego mieszkania.

Ojciec miał dużo zleceń i powodziło nam się bardzo dobrze. Matka lubiła bardzo muzykę, więc od razu zapisała mnie na naukę gry na skrzypcach, ale mnie męczyły długie ćwiczenia w zamkniętym pokoju. Wkrótce stało się jasne, że wielkim skrzypkiem nie będę. Instrument przejął mój młodszy brat, Benjamin, a ja większość wolnego czasu spędzałem nad Wisłą, gdzie cieszyłem się przestrzenią i gdzie mogłem obserwować rybitwy, mewy, jerzyki i innych skrzydlatych braci.

W klasie miałem kolegę, który nazywał się Mikołaj Foltz. Przyjaźniliśmy się i często bywałem u niego gościem. W domu rozmawiał z rodzicami po niemiecku. Po pewnym czasie znałem już trochę niemieckich słów i dużo rozumiałem.

Moja znajomość niemieckiego przydała się, kiedy w 1900 roku odwiedzili nas krewni z Alzacji. Chociaż ich mowa różniła się nieco od niemieckiego Foltzów, sporo rozumiałem i byłem bardzo pomocny. Wuj Josel bardzo mnie chwalił, a kiedy krewni wyjechali, rodzice opłacili mi lekcje niemieckiego. Po kilku miesiącach nauki umiałem już prawie tyle, co Mikołaj, czym bardzo zadziwiłem Foltzów.

W kolejnym roku krewni z Alzacji zaprosili nas do siebie. Pojechałem z ojcem. Poznaliśmy resztę rodziny, a ojciec nawiązał kontakty handlowe. Zdecydowano, że zostanę u krewnych jakiś czas, przyuczając się do zawodu. Zgodziłem się chętnie, bo bardzo mi się to miejsce podobało.

Zawsze fascynowałem się tym, co lata w górze i byłem pod dużym wrażeniem gigantycznych statków powietrznych Zeppelin, które w tym czasie zaczęły właśnie żeglować majestatycznie nad naszą okolicą. Jeszcze bardziej intrygowały mnie samoloty. Kiedy pierwszy raz w życiu zobaczyłem żelaznego ptaka, nie mogłem uwierzyć, że w środku siedzi człowiek i kieruje tym stalowym cudem. Marzyłem, że pewnego dnia też zostanę lotnikiem.

Po wyjeździe ojca rozpocząłem pracę jako terminator handlowy w sklepie wuja, a po pracy obserwowałem ptaki, nie przypuszczając nawet, że nigdy już do kraju nie wrócę.

Pewnego dnia miałem bardzo miłe spotkanie. Przechadzałem się właśnie nad rzeką, wyglądając moich skrzydlatych braci. Nagle dostrzegłem malutkiego sokoła, bardzo podobnego do pustułki, ale barwy intensywniejszej i znacznie od niej mniejszego. Od razu się domyśliłem — to pustułeczka.

Stanąłem bez ruchu, intensywnie wpatrując się w cudnego ptaszka. Grzbiet i pokrywy skrzydłowe miał jednolicie czerwonordzawe, bez plamek, lotki zaś czarne, a głowę i kark niebieskoszare. Spód jasnocynamonowy z ciemnymi, rzadko rozłożonymi plamkami i pierś rudawą, nakrapianą. Nogi żółte z jasnymi pazurami — tak, to na pewno pustułeczka, bo u pustułki pazury są czarne.

Ogon miała szary z ciemnym paskiem na końcu, z dłuższymi środkowymi sterówkami. To samiec. Małżonka ma ogon rdzawy, ciemno pręgowany.

W mojej rodzinnej wsi widziałem już różne sokoły: wędrownego, raroga, kobuza. Widziałem też pustułkę, ale pustułeczki nigdy.

W końcu rozłożyła skrzydła i lotem ślizgowym skryła się za krzakami. Chwilę jeszcze tak stałem, nieporuszony, nie mogąc ochłonąć z emocji.

Pewnego razu wuj wysłał mnie ze zleceniem do firmy Hofmann. Tam w kantorku siedziała ładna blondynka. Tak poznałem Catherine, córkę właściciela tej firmy. Hofmann, tak jak mój wuj, był katolikiem i razem robili interesy.

Catherine była duża, można nawet powiedzieć, obfita. Ja, chociaż sam niewysoki, lubiłem postawne kobiety. Zawsze na takie zwracałem uwagę. Kiedy po jakimś czasie spotkaliśmy się na ulicy, zaprosiłem ją na lody, a ona chętnie się zgodziła. Rozmowa nie bardzo się kleiła, bo nie mieliśmy wspólnego tematu. Wtedy przyszło mi do głowy, żeby opowiedzieć jej o tym, na czym najbardziej się znałem — o ptakach. Catherine była zdziwiona moją znajomością przedmiotu, a ja zaprosiłem ją na spacer nad rzekę, gdzie mogłem w pełni rozwinąć temat. Spotkaliśmy się wieczorem, kiedy ptaki są najbardziej aktywne. Przed powrotem do gniazd jest dużo ruchu i radosnego śpiewania. Catherine była zadowolona, nazwała mnie profesorem, a sama świergoliła niczym skowronek. Bardzo mi się podobało jej zachowanie.

Zaczęliśmy się spotykać. To nad rzeką pierwszy raz, trochę niezręcznie, ją pocałowałem. Poczułem się niepewnie, co chyba zauważyła i wtedy powiedziała:

— Daj mi jeszcze raz swój dzióbek.

Catherine mówiła do mnie Mikael. Powiedziałem jej, że Mikael to Mikołaj, a ja jestem Michaś.

— Mihas — powtórzyła.

— Michaś — poprawiłem ją. Ale ona nie mogła sobie dać rady z tym „ś” i tak już zostało.

Pewnego dnia Catherine nie chciała iść nad rzekę. Na moje nalegania powiedziała:

— Dziś pójdziemy do mnie, zrobiłam pyszny Gugelhupf. Rodziców nie będzie, wyjechali — dodała.

Poszliśmy — wszystko było przyszykowane: stół nakryty, na nim ten Gugelhupf. Catherine zapaliła dwie świece, a kiedy już zabierałem się do jedzenia, nastawiła patefon i zaczęła tańczyć.

— Chodź — powiedziała. — Chodź, zatańczymy.

Nie umiałem tańczyć, dlatego powiedziałem:

— Zaraz, tylko skończę to twoje pyszne ciasto.

Wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Zrzuciła nagle sukienkę, a ja znieruchomiałem z ustami pełnymi Gugelhupf. Patrzyłem. Ona zdjęła bieliznę i stanęła całkiem naga.

Ciągle nie mogłem przełknąć i tylko patrzyłem: obfite piersi, szerokie biodra, brzuch i ten ciemny trójkąt na dole.

— Rozbierz się — powiedziała.

Ale ja się nie ruszałem. Bałem się. Bałem się stanąć przed nią nagi, ale jeszcze bardziej się bałem, co powie. Wtedy uklękła i zzuła mi buty. Powiedziała: „Wstań”. Wstałem, a ona zaczęła mnie rozbierać. Jak szybko poradziła sobie z moim ubraniem i bielizną!

Mnie strach paraliżował, nie tylko przed tym pierwszym razem. Bałem się, co powie, kiedy zobaczy. Ale ona powiedziała tylko: „O!”.

Do tego moja niepewność, co się stanie, kiedy dotknie mnie ręką. Moje szalone próby myślenia o czymś innym, gdy położyła moją rękę na swojej piersi. Słowo „pieprzyć” kołaczące mi się w głowie. To wszystko mnie paraliżowało:

— Co … chcesz … zrobić?

— Nic — wzięła mnie za rękę i pociągnęła na łóżko. — Poleżymy sobie trochę.

Zgodziłem się i leżałem.

Położyła swoją dłoń na mojej piersi i zaczęła mnie delikatnie głaskać. Po paru minutach wstała i wyszła. Zastanawiałem się, co mam teraz zrobić. Kiedy znów pojawiła się w drzwiach, była w przezroczystym peniuarze.

— Chodź — powiedziała.

Poszedłem za nią do łazienki, gdzie do żelaznej wanny lała się woda. Zrzuciła peniuar i weszła do wody.

— Chodź do wanny — poprosiła, ale ja znów zamieniłem się w słup soli. Wyciągnęła do mnie rękę.

— Wejdź tu do mnie.

Wszedłem do wanny i usiadłem. Namydliła rękę i zaczęła mnie myć.

— Uklęknij — powiedziała — i myła mnie dalej. Wtedy dostałem wzwodu. Kochaliśmy się szybko w wannie, aż woda rozlała się na podłogę. Pokazała mi, jak to robić, a ja poczułem się tak, jakby moje życie dopiero teraz się zaczęło.

Byłem głodny. Podała mi talerz Gulaschsuppe, a potem znów poszliśmy kochać się do łóżka.


Później już nigdy nie robiliśmy tego w wannie. Tylko szybko w jej pokoju, kiedy rodzice wyjeżdżali. Jeszcze później ona robiła to mnie, ale nie bardzo mi się to podobało. Lubiłem leżeć na jej dużym ciele. Kiedyś powiedziała: „Ty też możesz, myłam się”. Ale nie chciałem. Dopiero później, kiedy byliśmy małżeństwem, robiliśmy to sobie nawzajem.

Już niebawem okazało się, że Catherine jest w ciąży. Nalegała na ślub ze względu na skandal, ale ja miałem opory. Wtedy napisałem do ojca, żeby poznać jego zdanie. Po cichu liczyłem na to, że się nie zgodzi i wtedy wrócę do Warszawy. Nieoczekiwanie zgodził się. Napisał nawet: „mam nadzieję, że to będzie pierwszy wnuk w rodzinie”. Ojciec odpisał nie mnie, tylko wujowi Joselowi. Obiecał też sporą kwotę pieniędzy, a wuj powiedział, że on ze swojej strony dołoży się „na dobry początek dla tej pięknej pary”. Ojciec Catherine, który działał w tej samej branży, co wuj Josel, zgodził się bez przeszkód. Podejrzewałem, że stary Hofmann i wuj działali z podobnych pobudek.

20 września 1910 roku ojciec, matka i Benjamin przyjechali do Strasburga, gdzie odbyła się najpierw nasza obowiązkowa ceremonia cywilna, a tydzień później, ze względu na stan panny młodej, ślub im Stillen. Catherine była szczęśliwa, ale ja wiedziałem, że w tym momencie moje marzenie, żeby zostać pilotem, bardzo się oddaliło. Trzy miesiące później, tuż przed Bożym Narodzeniem, urodziła się nasza córka Yvonne. Catherine była teraz bardzo zajęta opieką nad dzieckiem, ja włączyłem się, kiedy Yvonne miała około roku. Gdy tylko pogoda na to pozwalała, zabierałem ją w wózeczku nad rzekę. Dawałem jej coś do zabawy, a sam wypatrywałem ptaków. Czasami pojawiał się jakiś samolot.

Kiedyś odwiedził nas Hugo, kuzyn Catherine. Był inny niż reszta rodziny. Wszędzie chodził z książką, palił papierosy, czytał nam wiersze i zadawał dziwne pytania. Pewnego razu opowiadałem mu o różnych zwyczajach ptaków. Zainteresowany słuchał uważnie, a na koniec zapytał:

— A widziałeś czerwonego sokoła?

Zaskoczył mnie tym pytaniem, zastanawiałem się, co odpowiedzieć.

— A ja tak — oznajmił. Zamilkł. Zamyślił się a po chwili wyrecytował jak w teatrze:

„Wollte Gott, dass is heute meinen roten Falken wiederfände, der mir damals meine Liebste fing!”

Któregoś dnia zniknął bez pożegnania. Catherine powiedziała, że zakochał się nieszczęśliwie i dlatego został poetą.

W 1914 roku nastąpiło wydarzenie, które zmieniło życie nasze i milionów innych — wybuchła wojna.

W sierpniu tego roku miałem zaledwie dwadzieścia siedem lat. Tak jak wielu innych, patriotycznie nastawionych młodych ludzi chciałem służyć swojemu krajowi. Początkowo jednostki wojskowe składały się z ochotników. Zgłosiłem się, ale nie zostałem przyjęty, nawet do piechoty, ponieważ mój zbyt niski wzrost nie odpowiadał ówcześnie obowiązującym wymogom warunków fizycznych.

Trzeba było mieć nadzwyczajną cierpliwość, by pozostawać w domu i w pracy wypełniać rutynowe obowiązki, podczas gdy wielu znajomych i przyjaciół było już w armii, gdzie oczekiwało na największą przygodę swojego młodego życia. Dostawałem od kolegów kartki przesyłane za pośrednictwem poczty polowej i zazdrościłem im służby na froncie. Wiele osób optymistycznie oczekiwało zwycięstwa Niemiec jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia, toteż z żywym zainteresowaniem śledziłem wiadomości nadchodzące z frontu. Na wschodzie armie niemiecka i austro-węgierska starły się z siłami zbrojnymi carskiej Rosji. Niemieckie zwycięstwo z końca sierpnia, odniesione w krwawej bitwie pod Tannenbergiem, pociągnęło za sobą zdecydowane odrzucenie rosyjskich najeźdźców Prus Wschodnich, co bardzo mnie ucieszyło. Na zachodzie zaś cesarska armia niemiecka przekroczyła granice i posuwała się w boju przez Francję i Belgię. Ostatecznie nasza ofensywa zatrzymała się na rubieży rzeki Marny, niedaleko Paryża, gdy nie mieliśmy już sił na dalszy ruch do przodu, a Francuzi i Brytyjczycy nie byli w stanie odrzucić nas do tyłu. Kiedy zamarła wojna manewrowa, każda ze stron okopała się na swoich pozycjach dla ochrony przed ostrzałem.

To, czego chciałem naprawdę, to zostać pilotem wojskowym. Dlatego w kolejnych miesiącach pracowałem ciężko nad moją formą fizyczną. We wrześniu 1915 roku ponownie udałem się do punktu werbunkowego, przeszedłem pomyślnie przez wszystkie badania i zgłosiłem się do służby w Luftstreitkräfte. Chcąc zagwarantować sobie akceptację mojej kandydatury, napisałem śmiałą prośbę do cesarza. Kaiser Wilhelm II zaaprobował ją i ostatecznie dostałem pismo z Kwatery Głównej lotnictwa w Schleissheim pod Monachium z informacją, że wszystkie miejsca są już obsadzone, ale zostanę powiadomiony, jeśli tylko powstaną wakaty. Byłem zachwycony, gdy ostatecznie w listopadzie dostałem rozkaz stawienia się tam i po dwóch miesiącach wytężonego szkolenia zostałem przydzielony do Fliegerabteilung we Francji. Koleją dotarłem do mojej jednostki, gdzie dowiedziałem się, że przyjęto mnie do sztabu jako kancelistę. Zatem zamieniłem jedno biurko w Strasburgu na inne w jednostce lotniczej. Byłem rozczarowany, ale praca ta dała mi możliwość zapoznania się z okresowymi opiniami ze szkoły lotniczej, wystawianymi ochotnikom na szkolenia. Podczas miesięcy rutynowych zajęć, urozmaicanych udzielaniem pomocy mechanikom po wypełnieniu swoich obowiązków, ponawiałem wnioski o dopuszczenie mnie do testu kwalifikacyjnego na kurs lotniczy. Ostatecznie dowódca zgodził się i wysłał mnie, pełnego entuzjazmu młodego człowieka, żebym razem z kolejną turą kandydatów na lotników stanął przed komisją kwalifikacyjną.

To był szczęśliwy dzień. Nie tylko zdałem trudne testy pisemne, ale także z ogólnej liczby 141 kandydatów znalazłem się w grupie 62, którzy zdali egzamin fizyczny. W ciągu miesiąca trafiłem do szkoły w Bawarii, gdzie zacząłem od szkolenia technicznego, a potem trenowałem pilotowanie starego Albatrosa B, dwuosobowego dwupłatowca. Udowodniłem, że latanie mam we krwi. Kończąc podstawowe szkolenie w rekordowo krótkim czasie, zebrałem trzy zaliczenia wymagane do uzyskania licencji pilota. To był naprawdę moment szczególnej dumy, gdy do mojego szarego munduru polowego przypinano srebrną odznakę lotniczą.

Do 1916 roku działania pościgowe — czy też, jak je później nazywano, myśliwskie — stały się jedną z głównych form aktywności lotnictwa wojskowego. Latając manewrowo jednoosobowymi samolotami uzbrojonymi w karabiny maszynowe zsynchronizowane do strzelania pomiędzy łopatami śmigła, lotnicy prowadzili ekscytujące, ale też niebezpieczne życie. Musieli zarówno osłaniać własne samoloty obserwacyjne i bombowe nad linią frontu, jak też atakować maszyny nieprzyjacielskie, by uniemożliwić im wykonanie ich misji. Większość nowych lotników chciała być przydzielona do eskadry pościgowej, gdzie było więcej możliwości do udziału w akcjach bojowych niż w niemniej ważnych, ale nie tak fascynujących zadaniach jak loty bombowe, obserwacyjne czy kierowanie ogniem artyleryjskim. Wielu myślało, że lepiej być myśliwym niż zwierzyną. Mimo doskonałych wyników podczas szkolenia, musiałem podporządkować się potrzebom wojska. Zostałem odkomenderowany do szkoły lotniczej artylerii, gdzie przez sześć tygodni uczestniczyłem w zaawansowanym kursie namiarów artyleryjskich i kierowania ogniem. Wystąpiłem o pozwolenie na rozmowę z oficerem dowodzącym kursem i oświadczyłem mu, że nie rozumiem, dlaczego nie pozwolono mi na szkolenie pościgowe. Oficer uśmiechnął się pod wąsem.


— Das Denken überlassen wir dem Pferd, das hat einen grösseren Kopf — powiedział. I dodał — To stare, dobre, żołnierskie przysłowie.

Miałem dalej ćwiczyć jako pilot artyleryjski. Szkolenie było prowadzone na starszych modelach dwupłatowca AEG podczas strzelania ostrą amunicją. Polegało na tym, że latałem na małej wysokości, a mój obserwator kierował ogniem dział na ziemi. Po zakończeniu tych zajęć podjąłem starania, aby odkomenderowano mnie ponownie do mojej starej jednostki frontowej we Francji.

Po powrocie zostałem serdecznie przywitany przez towarzyszy broni i od razu przetestowano moje umiejętności na nowym modelu AEG, który właśnie pojawił się na wyposażeniu jednostki. Kilkudniowe załamanie pogody pozwoliło na prowadzenie lokalnych lotów ćwiczebnych. W tym czasie, ciągle jako Gefreiter, zostałem przydzielony do młodego obserwatora. Był nim Leutnant Ernst Habicht, który pełnił funkcję dowódcy samolotu. Wkrótce obaj mieliśmy doświadczyć większej, niż mogliśmy to sobie wyobrazić liczby akcji bojowych.

Pewnego poranka dostaliśmy rozkaz, by wystartować razem z pięcioma innymi maszynami naszej jednostki w celu wsparcia ataku piechoty. Zadanie polegało na obserwacji i zrzucaniu meldunków pisemnych w wyznaczonych punktach już podczas trwania natarcia, któremu towarzyszył przesuwający się ostrzał w ramach przygotowania artyleryjskiego. Gdy po dwóch godzinach lotu powracaliśmy wzdłuż linii walk, zauważyliśmy znaczący postęp naszych wojsk i postanowiliśmy przypuścić atak na wycofującą się kolumnę wojsk francuskich. Z wysokości mniej więcej stu metrów obrzuciliśmy granatami pojazdy i żołnierzy stłoczonych na drodze. Skutkiem było niesamowite zamieszanie. Żołnierze chowali się w nierównościach terenu, konie zaś wierzgały, wywracając wozy. Ostrzał z broni ręcznej Francuzów dosięgnął skrzydeł i kadłuba samolotu, ale bez większych szkód. Jedynie silnik został celniej trafiony. Mimo że rozpylony strumień gorącego oleju silnikowego uderzył mnie w twarz, chwyciłem za stery i skręciłem do niebezpiecznego lotu ślizgowego w stronę zajętego przez nasze wojska terytorium. Unikając szczęśliwie linii okopów i kępy drzew wraz z zabudowaniami wioski, skierowałem się ku dużemu polu porośniętemu żytem. Jednak tuż przed posadzeniem maszyny na ziemi, zahaczyłem o przewody elektryczne, w wyniku czego samolot skapotował, ale — szczęśliwie dla nas — nie stanął w ogniu. Ja i Ernst wyszliśmy z opresji tylko z lekkimi obrażeniami. Uwolniliśmy się z wraku maszyny, po czym, zabrawszy ze sobą mapy i przyrządy, ruszyliśmy pędem w stronę naszych pozycji. Kule świstały tuż koło nas.

Po kilku dniach spędzonych w szpitalu polowym, wróciliśmy do naszych obowiązków. Oznaczało to uciążliwą rutynę dwóch do trzech lotów dziennie, każdy po dwie godziny. Podstawowe zadanie rozpoznania, które wykonywaliśmy, polegało na zlokalizowaniu pozycji wroga, a następnie nakierowaniu na nie ognia naszej artylerii. Na powolnym i niezbyt zwrotnym AEG nie było dużych szans na podjęcie uników w przypadku nieprzyjacielskiego ostrzału. W takich momentach polegałem na umiejętnościach Ernsta w obsłudze karabinu maszynowego. W kolejnych miesiącach zyskaliśmy reputację znakomitej załogi do tych ryzykownych zadań. Wytworzyło się między nami silne poczucie wzajemnego zaufania i szacunku, ponieważ zdawaliśmy sobie sprawę, że życie nas obu zależy od każdego z osobna.

Egzystencja lotnika na froncie Wielkiej Wojny jest trudna, ale znośna w porównaniu z niedolą doświadczaną przez piechotę w pełnych błota okopach. Lotnicy są zwykle pochłonięci wyczerpującymi zadaniami nad linią frontu, przerywanymi godzinami nudy w czasie złej pogody. Ja, swoim zwyczajem, zawsze znajdowałem czas, aby podziwiać okoliczną przyrodę i obserwować ptaki.

Lokalizację naszych jednostek lotniczych zmieniano wraz z ruchami frontu, dokonywanymi przez każdą z walczących stron. Personel lotniczy mieszkał w namiotach rozstawionych koło ziemnego pasa startowego lub, znacznie chętniej, w gospodarstwach rolniczych bądź dworach, jeśli takie były w pobliżu. Położenie lotniska blisko jakiegoś miasteczka czy wsi pozwalało na zakwaterowanie w gospodzie albo prywatnych domach, co było szczególnym luksusem, zwłaszcza zimą. Na każdym lotnisku organizowano kasyno, gdzie zgodnie ze starym zwyczajem armijnym oficerowie spożywali posiłki razem z dowódcą. Pomieszczenie często ozdabiano trofeami z wrogich maszyn strąconych po własnej stronie frontu.

Mimo że byłem osobą poważną, zaabsorbowaną pilotażem i charyzmatyczną, cieszyłem się popularnością oraz przyjaźnią w mojej jednostce. Uroczystości rocznicowe, promocje oficerskie, święta czy kolejne zwycięstwa celebrowaliśmy w kasynie muzyką i śpiewem, a gdy to było możliwe, także piwem, winem i czymś specjalnym od kucharzy. Zawsze trafiał się ktoś grający na akordeonie lub skrzypcach. Piosenki żołnierskie, biesiadne albo ludowe wespół z muzyką popularną umilały nam długie wieczory. Chóralnie śpiewaliśmy Fliegermarsch, Lecą świetliki czy Berliner Luft. Czasami przyznawano nam przepustki do domu, szczególnie tym, którzy potrzebowali przerwy w wyczerpujących lotach bojowych.

Na jednej z takich przepustek bawiłem się właśnie z moją małą Yvonne, kiedy Catherine weszła z herbatą i podała mi magazyn dla kobiet „Die Gleichheit”, gdzie przedrukowano mój wywiad z gazety korpusu armijnego.

— Masz, przeczytaj, piszą o tobie.

Zaraz na drugiej stronie umieścili zdjęcie moje i Ernsta na tle naszego AEG oraz tekst na dwie szpalty.


„Pilot opowiada: Od załóg samolotów obserwacyjnych oczekiwano jedynie, że będą bronić się przed atakami nieprzyjacielskich samolotów, ale ja, młody, agresywny, i mój równie pełen entuzjazmu dowódca i obserwator Ernst Habicht wkrótce zaczęliśmy urządzać eskapady za linię frontu, aby po wykonaniu nakazanych zadań atakować francuskie samoloty rozpoznania artyleryjskiego.

W czerwcu, w pobliżu Vertus, na wysokości około trzech tysięcy metrów zostaliśmy zauważeni przez francuskich artylerzystów przeciwlotniczych. Odskoczyłem w chmurę, ale gdy tylko się z niej wynurzyłem, zauważyłem sześć pościgowców czyhających poniżej. Nie miałem czasu na rozmyślanie! Ponieważ jeszcze nas nie dostrzegli, zawróciłem, tak żeby mieć słońce za plecami i ruszyłem w środek ich formacji.

Seria z karabinu maszynowego mojego dowódcy, Ernsta Habichta, trafiła jednego. Pozostali ignorowali ten nagły atak do momentu, gdy spostrzegli przelatujące luzem obok nich skrzydło samolotu kolegi. Jeszcze nie zdążyli zmienić szyku, a już widzieli kolejną maszynę zlatującą w dół w płomieniach. Manewrowałem przez środek ich formacji tak zręcznie, że ciężko im było prowadzić ogień w naszym kierunku bez obawy, że wystrzelają się nawzajem. Jeden wykonał pętlę i omal nas nie staranował, ale Ernst wziął go na celownik i po chwili następna maszyna spadła w dół jak kamień.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.