Rozdział I: Świt i Gnoje (Marzec 1574)
Ziemia w Małopolsce pod koniec marca była jak zastygłe ciasto — ciężka, lepka i niechętna do współpracy. Stach stał na progu swojej kurnej chaty, a dym z ogniska, który nie znalazł ujścia przez otwór w dachu, szczypał go w oczy, wyciskając łzy, które natychmiast schły na mroźnym wietrze.
To był najgorszy czas. Przednówek. W komorze zostały tylko resztki pomarszczonej rzepy, garść bób i ziarno siewne, którego Stach pilnował bardziej niż własnego życia. Gdyby je zjedli teraz, jesienią jedliby piach i korę z drzew.
— Anna! — zawołał do wnętrza, gdzie w mroku majaczyła sylwetka kobiety. — Daj mi onuce suche. Dzisiaj idziemy na pańskie. Ekonom mówił, że rowy przy stawie trzeba pogłębiać, póki ziemia jeszcze całkiem nie puściła.
Anna podeszła do niego, niosąc pasy lnianego płótna. Jej twarz, choć miała ledwie dwadzieścia osiem wiosen, była pocięta bruzdami jak pole po orce. W XVI wieku wieś starzała się szybko. Kobieta, która urodziła pięcioro dzieci (z czego tylko dwoje przeżyło pierwszą zimę), nie miała czasu na gładkość lica.
— Stachu, dziecko gorączkuje — szepnęła, wskazując na kąt, gdzie pod stertą skór leżał sześcioletni Jasiek. — Kaszel ma taki, jakby mu kto pierze w płucach rozsypał. Może bym do zielarki, do starej Agaty skoczyła?
Stach zawiązał rzemień wokół łydki i spojrzał na nią surowo.
— Do Agaty? Chcesz, żeby proboszcz z ambony na nas grzmiał? Ostatnio mówił, że te jej wywary to diabelskie siki. Ale… — zawahał się, słysząc suchy charkot syna. — Idź. Tylko przez las, żeby cię nikt z dworskich nie widział. Jak ekonom cię złapie, że nie jesteś na folwarku, to cię do kłody wsadzi.
Wyszedł z chaty. Wieś, w której żył, nazywała się Wolica, choć nazwa była okrutnym żartem. Nikt tu nie był wolny. Każdy kęs chleba, każda kropla wody ze wspólnej studni, każdy snop słomy na dachu był obarczony „powinnością”.
Na drodze spotkał sąsiada, starego Macieja. Maciej był kmieciem „pełnołanowym”, co oznaczało, że kiedyś jego rodzina była potęgą we wsi. Dziś, pod ciężarem podatków i darmowej pracy dla dziedzica, ledwo wiązał koniec z końcem.
— Słyszałeś, Stachu? — Maciej splunął gęstą śliną w błoto. — Podobno w Krakowie szlachta się zjechała. Mówią, że król Henryk uciekł w nocy jak złodziej. Francuz jeden! Nawet roku nie posiedział na Wawelu.
— Co nam po królu, Macieju? — mruknął Stach, ruszając w stronę folwarku. — Król jest daleko, a pan kasztelan blisko. Król chleba nie daje, on go tylko zabiera na wojny, o których my nawet nazwy nie znamy.
Gdy dotarli do dworskich stawów, ekonom już tam był. Stał na grobli, odziany w gruby kaftan z wilczej skóry, trzymając w ręku długi, brzozowy kij — symbol swojej władzy nad ciałami chłopów.
— Ruchy, wy gnoje pańskie! — ryczał ekonom, a jego głos niósł się po zamglonej dolinie. — Słońce już nad lasem, a wy nogę za nogą wleczecie! Do łopat! Pan kasztelan chce mieć tu ryby na Wielki Post, a jak rowy nie będą drożne, to wasza krew będzie w nich płynąć zamiast wody!
Stach wszedł do lodowatej wody po kolana. Czuł, jak zimno przeszywa mu kości, jak wilgoć wgryza się w stare rany na stopach. Zaczął wbijać łopatę w muł. Każdy ruch był walką. Myślał o Jaśku, o Annie, o ziarnie siewnym. W jego sercu, pod warstwą pokory i wyuczonego posłuszeństwa, zaczynało kiełkować coś dziwnego. Coś, czego nie potrafił nazwać, a co wieki później ludzie nazwą nienawiścią klasową. Na razie był to tylko palący ból w piersi i chęć, by choć raz, ten jeden jedyny raz, wyprostować plecy i nie patrzeć w ziemię.
Nagle z lasu wyłonił się jeździec. Nie był to nikt z dworu. Miał na sobie zakurzony płaszcz, a jego koń słaniał się na nogach. Jeździec zatrzymał się przy grobli i zawołał do ekonoma:
— Hej, człowieku! Gdzie tu droga na Kraków? Podobno w mieście morowe powietrze wybuchło! Ludzie padają na ulicach!
Na dźwięk słowa „mór”, praca na stawie ustała. Chłopi znieruchomieli. Śmierć od głodu była im znana, śmierć od bata spodziewana, ale Czarna Śmierć… to był gniew Boży, przed którym nie chroniły ani mury dworu, ani dachy chat.
Rozdział II: Szeptuchy i Morowe Tchnienie (Kwiecień 1574)
Błoto na skraju lasu mlaskało pod bosymi stopami Anny. Ukrywała się w gęstwinie olch, omijając główny trakt, by nie nadziać się na konny patrol ekonoma. W ręku ściskała mały tobołek — dwie garście suszonego bobu, jedyną zapłatę, jaką mogła ofiarować starej Agacie.
Chata zielarki stała tam, gdzie wieś przechodziła w moczary, niemal wrośnięta w pnie starych wierzb. Ludzie mówili, że Agata pamięta jeszcze czasy króla Olbrachta i że zna mowę żmij. Proboszcz grzmiał, że to grzech śmiertelny, ale gdy kogoś „postrzał” wzięło albo krowa przestała dawać mleko, każdy chyłkiem biegl do moczarów.
Anna pchnęła niskie, skrzypiące drzwi. W środku śmierdziało suszonymi ziołami, starym tłuszczem i czymś jeszcze — słodkawym zapachem rozkładu.
— Przyszłaś, Anno Stachowa — głos staruchy dobiegł z kąta, gdzie przy dymiącym kociołku kucała postać tak zgarbiona, że przypominała kępę mchu. — Słyszę oddech twojego syna aż tutaj. Jakby mu kret w piersiach rył.
— Ratujcie, matko — wyszeptała Anna, kładąc bób na ławie. — On płonie. Oczy ma szklane, nic nie je.
Agata odwróciła się powoli. Jej twarz była mapą zmarszczek, a jedno oko, bielmem powleczone, zdawało się patrzeć prosto w duszę Anny. Starucha wyciągnęła dłoń i chwyciła zawiniątko.
— Bób… — syknęła. — Mało to, gdy śmierć puka do wrót. Ale weź to.
Podała Annie małą, glinianą flaszeczkę zatkaną woskiem.
— To z korzenia omanu i miodu leśnego. Dawaj mu po kropli, gdy księżyc wyjdzie. Ale słuchaj mnie uważnie, kobieto… Widziałam dzisiaj wrony nad traktem krakowskim. Nie leciały za padliną. One uciekały przed tym, co idzie z południa.
Anna poczuła, jak lodowaty dreszcz przebiega jej po plecach.
— Mór? Naprawdę idzie mór?
— Idzie Czarna Pani w białej koszuli — zachrypiała Agata. — Nie patrzy, czyś kmieć, czyś pan w jedwabiach. Idź do domu, zamknij okiennice, okadź progi jałowcem. I módl się nie do obrazów w kościele, ale do ziemi, bo ona was wszystkich niedługo przyjmie.
Gdy Anna wracała przez las, niebo pociemniało, choć była ledwie połowa dnia. W dolinie, tam gdzie rzeka skręcała ku folwarkowi, zobaczyła coś, co sprawiło, że serce podeszło jej do gardła. Na drodze stał wóz wyładowany suknem, a przy nim leżał koń. Obok, w rowie, zwijał się człowiek w miejskim stroju. Nie krzyczał. Wydawał z siebie tylko cichy, charkoczący dźwięk.
Anna rzuciła się do ucieczki. Biegła przez chaszcze, raniąc nogi o ciernie, czując na karku gorący oddech strachu. Gdy dopadła do chałupy, Stach właśnie wracał z pola, czarny od mułu i potu.
— Stachu! — krzyknęła, rzucając mu się w ramiona. — Widziałam go! Na gościńcu! Pan Jezus się od nas odwrócił!
W tym samym momencie z wieży kościelnej na wzgórzu dobiegło bicie dzwonu. Ale nie było to miarowe wołanie na nieszpory. To był szybki, rwany dźwięk — dzwon trwogi. „Na trwogę! Na trwogę!” — echo niosło się po Małopolsce.
Wieczorem w wiosce wybuchła panika. Wójt zwołał gromadę przed karczmę. Ludzie stali z widłami, z siekierami, ich twarze w świetle pochodni wyglądały jak maski potępieńców.
— Słuchajcie! — ryczał wójt. — Pan kasztelan kazał drogi zatarasować! Kto z miasta idzie, ma być zawrócony! A jak nie zechce, to kamieniami go! Nie wpuścimy zarazy do Wolicy!
— A co z tymi, co już tu są? — wrzasnął ktoś z tłumu. — Widzieli handlarza przy młynie! Pił wodę ze studni!
Stach stał w cieniu, ściskając dłoń Anny. Czuł, że świat, który znał — świat ciężkiej pracy i przewidywalnego ucisku — właśnie się kończy. Zaczynał się czas, w którym sąsiad stawał się wilkiem dla sąsiada, a prawo pana znaczyło tyle, co zeszłoroczny śnieg.
Nagle z ciemności, od strony folwarku, dobiegł tętent koni. To młody dziedzic, ten, co wrócił z Włoch, wjechał na plac w otoczeniu zbrojnych pachołków. Był blady, a jego kosztowny żupan był rozpięty pod szyją.
— Słuchajcie, kmiecie! — zawołał drżącym głosem. — Mój ojciec, kasztelan… on… on nie żyje. Padł w południe w swoich komnatach. Krew mu z uszu poszła.
Cisza, która zapadła, była cięższa od kamienia młyńskiego. Jeśli pan, który był niemal bogiem, mógł zginąć w kilka godzin, to co czekało ich?
Rozdział III: Taniec Śmierci i Zapach Jałowca (Maj 1574)
Wiadomość o śmierci kasztelana spadła na Wolicę jak grom. Przez wieś przeszła fala, której nie dało się zatrzymać — mieszanka niedowierzania, dzikiej radości z upadku pana i paraliżującego strachu przed tym, co go zabiło. Jeśli „jasno oświecony” pan, jedzący biały chleb i pijący węgierskie wina, nie ocalał, to co z nimi?
Przez kolejne dni wieś zmieniła się w twierdzę rozpaczy. Wójt, na rozkaz młodego dziedzica, kazał zawalić drogi wjazdowymi pniami sosen. Nikt nie mógł wyjść, nikt nie mógł wejść. Wolica stała się wyspą pośród małopolskich lasów, a wokół niej szalało morowe powietrze.
Stach siedział na progu, ostrząc siekierę. Nie robił tego dla pana, lecz dla siebie. Wioska zaczynała gnić od środka — nie z powodu choroby, ale z głodu i podejrzliwości.
— Nie wychodź do studni, Anna — mruknął, nie podnosząc wzroku. — Słyszałem rano, jak u Maciejów płakali. Najstarsza ich córka, ta co to jesienią miała iść za mąż, ma guzy pod pachami.
Anna, która właśnie wlewała Jaśkowi do gardła ostatnie krople mikstury od Agaty, zadrżała.
— Przecież Maciej to pobożny człowiek. Co niedzielę pod chórem stał…
— Śmierć nie pyta o pacierz, kobieto — warknął Stach. — Śmierć pyta o to, czy masz siłę uciekać. A my nie mamy dokąd.
Nagle do ich uszu dobiegł dziwny dźwięk. To nie był dzwon, lecz jednostajne, niskie bębnienie. Stach wstał i wyszedł na środek drogi. Od strony karczmy szedł dziwny procesja. Na przedzie kroczył parobek wójta, bijąc w kocioł, a za nim szło kilku chłopów niosących na noszach zrobionych z drzwi ciało przykryte brudnym płótnem.
— Wynosić trupy! — krzyczał wójt, który obwiązał twarz szmatą nasączoną octem. — Do dołu pod lasem! Nie chować w poświęconej ziemi, bo mór się z cmentarza rozpełznie!
To był moment, w którym pękła resztka ludzkiej godności. W XVI wieku pochówek bez księdza i bez gromnicy był gorszy niż sama śmierć — oznaczał wieczne potępienie. Ludzie zaczęli wybiegać z chat, krzyczeć, wygrażać wójtowi.
— Jak to do dołu?! Jak psy?! — wrzeszczała Maciejowa, rzucając się pod nogi idących. — Moja krew, moje dziecko do wapna chcecie rzucić?
Wtedy na placu pojawił się młody dziedzic. Nie był już tym dumnym panicznym z Włoch. Oczy miał podkrążone, żupan uwalany błotem. W ręku trzymał pistolet, nowinkę, którą chłopi widzieli tylko raz podczas polowania.
— Słuchać wójta! — wrzasnął, a jego głos załamał się od histerii. — Kto się sprzeciwi, zostanie zastrzelony jak wściekły pies! Mój ojciec leży w krypcie, a wy chcecie mi tu zarazę pod oknami hodować? Brać tę dziewczynę i do dołu!
Stach patrzył na to z boku, czując, jak w środku rośnie w nim zimny, twardy kamień. Widział, jak pachołkowie dworscy odpychają płaczącą matkę, jak rzucają ciało dziewczyny na wóz. Wtedy zrozumiał jedno: w obliczu wielkiej śmierci pan i chłop są tak samo przerażeni, ale pan ma broń, by swoje przerażenie zmienić w cudzą mękę.
Wieczorem w chacie Stacha panował mrok. Oszczędzali łój. Jaśkowi jakby się polepszyło — oddech stał się równiejszy, ale oczy dziecka wciąż były nienaturalnie wielkie.
— Stachu… — szepnęła Anna, tuląc się do męża. — Mówią we wsi, że to przez tę starą Agatę. Że ona mór przywołała, bo ją proboszcz chciał z chaty wygnać. Mówią, że trzeba ją… że trzeba ją spalić, żeby Bóg się ulitował.
Stach poczuł, jak krew uderza mu do głowy.
— Głupi ludzie! Agata dała nam lekarstwo, gdy inni tylko o kamieniach myśleli! Jeśli ją ruszą, to my będziemy następni. Dzisiaj spalą zielarkę, jutro tych, co u niej byli. Czujesz to, Anna?
Wciągnął powietrze. Zza okna dobiegał ciężki, duszny zapach. To nie był jałowiec, którym ludzie okadzali progi. To był zapach palonego mięsa i kości. Na wzgórzu, pod lasem, zapłonęły stosy ofiar zarazy.