E-book
10.92
drukowana A5
42.88
Zielony Kangur

Bezpłatny fragment - Zielony Kangur

Szaleństwo i cierpienie


4.2
Objętość:
240 str.
ISBN:
978-83-8155-576-0
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 42.88

Przedmowa

Tą książką przede wszystkim pragnę przekazać wszystkim śmiałkom, którzy będą na tyle odważni, aby przeczytać tą masakryczną, straszną, lecz z innym zakończeniem, niż mogłoby się to wydawać, historię, iż straszne życie wcale nie jest straszną karą. Możliwe, a raczej pewne jest to, że jedynie przez poświęcenie, zawsze z resztą wiążące się z cierpieniem, możliwe jest osiągnąć swój wymarzony cel. Jeżeli ktoś otrzymał wielkie cierpienie, dostanie i wielką nagrodę. Oh, gdyby to było takie proste! Poprzednie stwierdzenie jest możliwe tylko wtedy, gdy staramy się to osiągnąć. Nic nie dzieje się z niczego. Wszystko dzieje się z czegoś. To „wszystko” może być pozytywne lub negatywne. To „coś” najprawdopodobniej jest cierpieniem, sądząc po tym, iż chcemy osiągnąć pozytyw. Nie popełniaj błędu mówiąc, że cierpienie jest negatywem, złem. Pozytyw nie rodzi się przez negatyw, dobro nie powstaje przez zło, gdyż zło jest brakiem dobra. Jeżeli możesz komuś zrobić dobry uczynek, a on cię o to prosi, a ów uczynek jest rzeczywiście dobry, a nie zły, to wykonując takie zadanie czynisz dobro. Jeżeli zaś go nie czynisz, nie czynisz w tej kwestii nic, czyli jest to brak owej dobrej akcji, czyli brak dobra, a zatem zło. Mam nadzieję, iż tą myśl odczytasz w tej książce. Nie przedłużając już, zaczynajmy!

Część Pierwsza: Prolog

ROZDZIAŁ I (PROLOG)

— Nic nie widzę — szepnął głośno tak, by cała drużyna usłyszała Ślepy Kret.

— A co się dziwisz, przecież jesteś ślepy od urodzenia — stwierdził z sarkazmem Szympans, gdyż mówiąc to miał na myśli dziecko w brzuchu matki.

— To znaczy, że nie znasz się na biologii, małpiszonie — odpowiedział, broniąc się Kret. — Narodziny dziecka odbywają się poza brzuchem matki, czyli już coś maluch widzi.

— Obaj jesteście zbyt pochopni i takie są właśnie wasze decyzje, czyli to, co mówicie, jakbyście nie zrozumieli! Kret nie jest ślepy od urodzenia, a narodziny odbywają się i w brzuchu, i poza brzuchem. Ta kłótnia to jakaś aberracja. Milczcie, bo jak ja się zdenerwuję, to nie będziemy musieli używać naszych materiałów wybuchowych, bo wszystkich was uspokoję — wrzasnął Zielony Kangur, nie zważając ani na to, że znajdowali się właśnie w bazie wroga, ani na to, że ów wcześniej wspomniany wróg mógł ich z wielką chęcią „uciszyć”.

Wszyscy zamilkli, zamarli, niczym marmurowe posągi, z tą jednakróżnicą, że nie przybierali majestatycznych póz, takich, jak na przykład grecki „Dyskobol” Myrona. Echo wrzasku Kangura rozniosło się po całej sieci korytarzy wielkiego zamku. Nie byli pewni, czy wróg ich teraz znajdzie, lecz bali się, że prędzej czy później to zrobi.

— Zostało nam jeszcze wiele korytarzy do obłożenia, a wy się spokojnie, jak gdyby nigdy nic przekomarzacie, który jest mądrzejszy. Wszyscy jesteśmy tacy sami, jeden wart drugiego, marnujecie czas, W drogę, idźmy prędko, bo nie zdążymy przed Godziną Szczytu! — powiedział, tłumiąc swój gniew Kangur, po czym ruszył sam, a za nim pozostałych czterech członków.

Korytarz był ciemny, obślizgły, szczególnie na ścianach, jak gdyby ktoś specjalnie to zrobił, aby uniemożliwić im podsadzanie budynku. Różniło go od innych korytarzy to, że na końcu nie było ani promyka światła. Ogarniała go wieczna ciemność. Zupełnie tak, jakby nie było już nadziei.

— Zawsze chodzą z pochodniami lub innymi nosicielami światła, więc łatwo nam będzie ich dostrzec. Uważajcie, bo mogą was oślepić, a wtedy nasza sytuacja się pogorszy — rzekł Zielony.

— Kretowi to nie grozi! — stwierdził Szympans. Nie było w tym jednak ani cienia praktyczności. Powiedział to tylko po to, by zdenerwować Kreta. Na co dzień się lubili, ale, jako starzy przyjaciele, często sobie docinali.

— Ja przynajmniej zawsze mówię z sensem — odpowiedział Kret.

— Szczególnie w kwestiach biologicznych — powiedział sarkastycznie Różowy Szympans.

— Już coś o takich kłótniach wam mówiłem — przekrzyknął, uciszając ich Kangur. — Ani jeden, ani drugi nie mówicie sensownie. Jak już wcześniej wam mówiłem, ta kłótnia to aberracja, czyli dla mniej kumatych, takich jak WY obaj, coś co nie ma sensu.

— Sam jesteś mniej kumaty — odparli, o dziwo zgodnie obaj awanturnicy. Po chwili popatrzyli na siebie ze złością, trudno im się było godzić, a właśnie zrobili coś jednomyślnie. Zupełnie, jakby im nie zależało na zgodzie, tego pozostała reszta nie mogła zrozumieć.

— Może i jestem, ale na pewno nie mniej od was, gdyż właśnie zmusiłem was do decyzji jednomyślnej, co oznacza, że jesteście tacy sami w tej kwestii. Finalizując, nie ma o co się kłócić.

— Przepraszamy — powiedzieli z trudem ci obaj — masz rację.

— No, i na tym skończmy, bo zdaje mi się, że wydajemy z siebie zbyt dużo dźwięków. Wróg może usłyszeć — dokończył Bocian, który z reguły był małomówny. Nazywali go Bocian Gaduła, gdyż dużo mówił w myślach. Mówił z sensem, jakby kogoś to interesowało.

I tak kontynuowali swoją „wycieczkę” przez bazę wroga. Musieli niestety zawrócić, a zrobili to bardzo ociężale, gdyż podczas kłótni zabrakło im praktyczności, jaką posiadali Kangur i Bocian, w rezultacie czego zapomnieli o obłożeniu ścian. Ale widocznie tym razem para wymieniona przedtem nie pochwaliła się swoimi umiejętnościami. Tutaj przydałoby im się przypomnieć zasadę „najpierw myśl, a potem rób”.

— Na końcu korytarza widzę światło — ostrzegł pozostałych swym basowym głosem Żółty Hipopotam.

— No, to mamy szczęście — stwierdził z żalem do awanturników i samego siebie Zielony Kangur.

Wszyscy skupili się, zapomnieli o swojej kłótni, swoją uwagę zwrócili na świetlisty obiekt przed nimi. Niestety, nawet Kret był pewien, że to Masakratorzy. Masakratorzy byli strażnikami władcy. Robili to, co sugerować mogłaby ich nazwa. Posiadali multum wszelakich narzędzi tortur. Małe haczyki służące do wyrywania skóry, kolczaste baty, mające służyć do zadawania strasznego bólu, najprostszego z możliwych. Pistolety w ich ręku wyglądały jak błogosławieństwo, szczęście, gdyż one jedyne nie służyły do zadawania bólu i torturowania, a do zabijania szybkiego, tak, żeby ofiara nawet nic nie poczuła. Nasi bohaterowie nie mogli jednak dostrzec, jaką bronią aktualnie dysponowali Masakratorzy.

— Znając nasze szczęście, nie posiadają broni palnej — powiedział pesymistycznie, z nutą strachu Szympans.

— Szukajcie kryjówki — odparł krótko Bocian. — Ja jako jedyny potrafię skryć się na górze, powierzchnia sufitu jest szorstka, często z wypustkami, może ich ominiemy. Miejmy nadzieję, że zmienią trajektorię na inny z korytarzy.

— Na szczęście mamy tu jeszcze optymistów — powiedział swym głębokim głosem wesoło Hipopotam. Był on podobny do dźwięku, jaki wydaje ogromy bęben. — Poza tym, już wiele razy przeżywaliśmy tortury zadawane przez podobnych jegomości. Nawet delikatny Bocian wytrzymał. Gdyby zaszła taka potrzeba, zatrzymam Masakratorów!

— Nie bądź taki „hej, do przodu” — uciszył go Kangur. — Skupmy się lepiej na tym, jak ominąć strażników.

— Aaa, mój mały palec, — syknął Różowy — czy to zawsze musi być on?!

— Ach, wy nieszczęsne ssaki — stwierdził Bocian.

— Czy możecie się w końcu skupić na poważnych rzeczach? — zapytał niemalże błagalnym głosem Kangur. — Nie da się was uciszyć, jesteście zanadto gadatliwi. Tu chodzi o nasze życie. Masakratorzy są już blisko, a my chyba nie jesteśmy masochistami, żeby się przed nimi nie chować?

— Nie? — zdziwił się Szympans, po czym wszyscy, nawet bocian, odwrócili się w stronę Zielonego. Ku swojemu własnemu zdziwieniu, Kangur zastanowił się, czy nie dokłada sobie dużo niepotrzebnego cierpienia.

— Uważaj! — krzyknął Żółty.

— To oni, już nie mamy szans — stwierdził z żalem Kret.

— Szybko, w prawo, do kryjówki — rzekł Bocian. — Żebym to ja musiał im szukać kryjówek, z których sam nie będę nawet korzystał — pomyślał Gaduła.

Pozostała czwórka wśliznęła się do małej jaskini w środku muru. Przynajmniej tak im się zdawało.

— Gdzie my jesteśmy? — zapytał ogólnie Szympans.

— To pytanie nie miało sensu, bo my na pewno nie wiemy więcej niż ty w tej kwestii. Ciekawe, co z Bocianem? — powiedział Kangur.

— On ucieknie, jest szybki, martwię się tylko, żeby nic mu się nie stało. Umysł ma mocny, lecz ciało delikatne, w szczególności kości. Gdyby go dorwali, mogliby nim poważnie sponiewierać — zamartwił się Hipopotam.

— Nie martw się, myślę, że jest on proporcjonalnie szybszy niż Masakratorzy okrutni. To ociężałe potwory. Zabójcze na krótkich dystansach. Ile czasu zajęło, żeby nas dorwali — pocieszył go Kret.

— O, pan Kret w końcu stwierdził coś z sensem — rzekł prześmiewczo Szympans.

— A ten znowu zaczyna. Już coś wam o tym mówiłem. Moglibyście trochę ruszyć głowami. Gdybyście wykonali czynność wymienioną przedtem, bynajmniej nie kłócenie się, to w rezultacie nadal byśmy szli w kierunku Rdzenia. Tymczasem znajdujemy się w miejscu, którego znaczenia nawet nie da się sprecyzować! Bocian jest zagrożony. Jest szybki, lecz lepiej nie narażać czyjegoś życia niepotrzebnie. Krótko mówiąc, gdybyście się nie kłócili, wszystko byłoby inaczej. Zawsze musicie skomplikować każde zadanie… — pouczył ich Zielony Kangur.

— Skupcie się w końcu na tym, jak się stąd wydostać — przerwał im Żółty Hipopotam. — Przepraszam, że przerwałem wam waszą jakże bezużyteczną konwersację, ale już mnie to wkurza. Nie wiadomo, gdzie jesteśmy i nie wiadomo, gdzie jest wyjście. Postarajmy się ustalić miejsce naszego położenia.

— Mądrze prawisz, — stwierdził Kret — potem się pokłócimy, odstawmy to na później. Ja wam w ustalaniu nie pomogę, więc dalej, zaczynajcie!

— Hola, hola, co tak szybko, — przerwał mu Szympans — ty też mógłbyś coś zrobić, wiesz — małpa była zbulwersowana stwierdzeniem Kreta.

— Zamknij się w końcu, zamilknij, cicho — ryknął Kangur, jak gdyby chciał kogoś zabić.

Żółty był już przy ścianie, nieudolnie szukając wyjścia. Zdawało mu się, że jest tak blisko, a tak naprawdę był bardzo daleko od celu. Wtedy napotkał jakąś ogromną wyrwę w ścianie. Prawie upadłby, gdyby nie Szympans, który go podtrzymał.

— Dzięki — szepnął, ciężko dysząc Hipopotam. — Chyba niepotrzebnie się przestraszyłem. — I tak cudem było to, że zdołał w ogóle oddychać, gdyż był chory na zaawansowaną astmę.

Szympans z zainteresowaniem spojrzał w czarną otchłań. Zrobił krok i zauważył, że przed nim znajdował siętunel.

— Chyba znalazłem wyjście — krzyknął Szympans, a echo rozniosło się po całym pomieszczeniu.

Towarzysze poszli do niego, podążając za jego głosem. W końcu wszyscy się znaleźli. Kret przez przypadek nastąpił Żółtemu na nogę, lecz z powodu swojej grubej skóry, Hipopotam nic nie poczuł. Cała drużyna przestąpiła coś podobnego do skalnego progu. Nagle ze ściany przed nimi powiał potężny, niczym wielka łapa tygrysa uderzająca w ofiarę wiatr. Spostrzegli, że przed nimi z ogromną prędkością kręci się jeden duży, siedmioramienny wiatrak. Siła wiatru odepchnęła ich do tyłu i w rezultacie caładrużyna upadła na skalne, twarde podłoże obijając sobie kolana i łokcie. Najgorzej z tego incydentu wyszedł Zielony Kangur, gdyż wystający z podłoża kamień stał na drodze jego głowy z kamienną posadzką. Zaklął cicho, lecz na szczęście się opamiętał, szybko się denerwował (o czym mogliśmy się już przekonać), a kiedy był w takim stanie potrafił być nawet niebezpieczny. Koledzy pomogli mu wstać. Nagle zapaliło się wielkie światło z sufitu. Wszyscy przyzwyczaili się już do ciemności, więc blask oślepił ich na dłuższą chwilę. Zaczęli się podnosić z podłoża, lecz przychodziło im to bardzo trudno. Najbardziej ociężale próbował wstać Hipopotam, ale efektu nie było. Kiedy źrenice drużyny przyzwyczaiły się do jasnego pomieszczenia, okazało się, że znajdują się w jednej pomniejszych królewskich komnat tortur. Na ścianach wisiały różne narzędzia do zadawania bólu, podobne do tych, które wisiały przy pasach Masakratorów. Hipopotam miał szczęście, że nie natrafił na jedną z nich podczas szukania wyjścia z jaskini. Bronie były przeróżne: od młotów do łamania kości po małe haczyki do wyrywania ciała. Widok był straszny. Najbardziej przerażające było to, że drużyna znajdowała się w tym pomieszczeniu. Byli pewni, że światło samo się nie zapaliło. Ktoś był z nimi w sali tortur. Bynajmniej nie przyjaciel. Może to jeden ze strażników zabłądził, a teraz miał okazję dostać awans za złapanie intruzów? Jedno jest pewne: bali się.

— Skoro już tak sprawy się potoczyły, przyznać się! Kto tu jest? — zapytał nerwowo Różowy. Niestety (a może na szczęście) odpowiedziała mu cisza. Tylko echo jego słów roznosiło się po całej sali. Dopiero teraz spostrzegli, jak wielkie było to pomieszczenie. Nie było ono tak obślizgłe, jak korytarze. Ku ich zdziwieniu, było ono lśniąco białe, a przecież nie było to spójne logicznie z nazwą miejsca, w którym się znajdowali. Widocznie często była oczyszczana z martwych ciał, oczywiście poharatanych. Była również regularnie myta z krwi. Sugerowało to, że na ścianach zbierało się jej dużo. Musiała tryskać jak fontanna, czyli najprawdopodobniej z tętnic. Było to jednak złudne przekonanie, gdyż o dziwo byłotamtylko jedno miejsce zalewane często krwią. Owo jedno miejsce wskazywało na to, iż kiedyś trysnęła na nie krew, lecz robiło to dość mało zauważalnie. Było lekko czerwone, możnaby powiedzieć, że szkarłatne. Nie były to jednak pojedyncze krople. Wyglądało to, jakby ktoś wycierał ciała o ścianę. Podobna była do linii wykonanej niedbałym ruchem pędzla niedoświadczonego malarza. Tuż obok plamy stał mały stoliczek, na którym leżały przeróżne nożyki, pęsety, od małych sztyletów do długich maczet. Wszystko posegregowane, jak w bibliotece. Niestety, tutaj rolę książek stanowiła broń. Stół, na którym leżały owe przedmioty był podobny do dużego pucharu na wodę z tą różnicą, że zamiast miejsca, gdzie zwykle się woda znajduje, miał duży, dębowy blat w formie wieloramiennej gwiazdy, koła zębatego. Po środku blatu był umieszczony stalowy walec, od którego odchodziła dźwignia. Okazało się, że stół razem z innymi kołami zębatymi tworzy mechanizm. Prawdopodobnie służył on do otwierania drzwi, znajdujących się tuż obok. Nagle, niczym błyskawica, do sali wpadli z wielkim hukiem strażnicy.

— Mamy przechlapane — stwierdził dobitnie Zielony.- Jedyne wyjście, jakie nam zostało, to spróbować z nimi walczyć.

Drużyna wiedziała, że nie ma z nimi szans, więc nawet nie próbowali. musieli się poddać. Na ich szczęście strażnicy nie byli Masakratorami. To byli zwykli, najprostsi, niezbyt inteligentni szeregowi, którzy posiadali jedynie miecze, a onebyłytak samo tępejak i oni. Do ekwipunku jedynie niektórych należał dodatkowy sztylet i łuk z pełnym kołczanem strzał. Szympans dostrzegł leżący na podłodze kamień wielkości kurzego jajka i popatrzył na przełącznik światła (wcześniej nacisnął go Hipopotam, kiedy stracił równowagę). Szybko go podniósł, poczuł go w ręku. Wycelował i rzucił z całej siły w znajdujący się dobre dwadzieścia metrów dalej wspomniany wcześniej przełącznik. Kamień poleciał podkręcony, jego trajektoria nie była zadowalająca, lecz… dotarł do upragnionego przez Szympansa celu. Nastała ciemność, a drużyna udała się do wyjścia.

— Prędzej, szybko, dalej! — zawołał Kangur popędzając drużynę.

— Nie mogę biec tak szybko — chrząknął Żółty. Spróbował on krzyknąć, lecz wydał z siebie jedynie cichy szept.

— Wierzę w ciebie, nie zostawimy cię! — pocieszył go, krzycząc Kangur.

— Biegnijcie dalej sami, ja spróbuję ich zatrzymać — wydał z siebie ostatni głos Hipopotam, po czym w kark trafiła go strzała i… wyzionął ducha. Nie machał nawet rękoma w agonii. Bólu prawie nie poczuł, gdyż umarł od razu.

— Nieee!!! — wrzasnął Zielony Kangur. Na szczęście opamiętał się, i poprowadził drużynę do wyjścia. Wiatrak był wyłączony. Teraz wyszli na prosty korytarz. Biegnąc, Kret potknął się o jakiś obiekt. Było to martwe ciało… Bociana. Kret ogłosił to pozostałej dwójce, lecz prawdopodobnie nie za bardzo to do nich dotarło. Wszyscy byli wstrząśnięci śmiercią Żółtego Hipopotama, więc większość wiadomości nie dochodziła do ich świadomości. Gdyby nie opanowanie Zielonego Kangura, zabłądziliby w korytarzach pałacu. Już nie zadawali sobie trudu podkładania min i innych ładunków wybuchowych. Oni po prostu uciekali.

* * *

— Ile jeszcze będziemy musieli się tak męczyć? Czy nie lepiej zawrócić i dołączyć do naszych dwóch braci? — zapytał z żalem, w totalnej beznadziei Kret.

— Nie martw się, Krecie! Głowa do góry, mam wrażenie, że jeszcze nie na to czas. Ciesz się, że nie dostaliśmy tyle cierpienia, co Żółty i Gaduła. Jest to zaszczyt, lecz i zaszczyt ma swoją cenę — pocieszył Kreta Szympans. W swojej wypowiedzi chciał przekazać, że cierpienie za dobrą sprawę jest owym zaszczytem, ale Kret zinterpretował to inaczej.

— Tak, to wielki zaszczyt mieć takie osoby w kompanii — stwierdził Kret.

— Trochę nie do końca o to mi chodziło, lecz nie podważam twej wypowiedzi. Zaszczytem było pełnić misję u ich boku — odpowiedział Szympans. Przy mówieniu pociekła mu łza. Bardzo ciężko było mu się rozstać z przyjaciółmi. Permanentnie zadręczał się myślami w stylu „czy ja nie mogłem ich zastąpić?”, „dlaczego oni musieli zginąć, a ja nie?”. Najwięcej beznadziei dodawał mu fakt, iż nie był w stanie i całkowicie nie potrafiłnic zrobić w tej kwestii. Czy gdyby umarł, też tak by za nim tęsknili? Nie wiedział tego nawet sam Salomon. Ta zagadka była jedną z tych, których jest najwięcej, a są niemożliwe (praktycznie) do rozwiązania. Życie ludzkie (i zwierzęce) jest jedną wielką zagadką. Gdybyśmy ją rozwiązali, na świecie nie istniałoby już zło.

— Widzę coś na końcu tunelu. Miejmy nadzieję, że nie są to analogicznie do poprzedniego spotkania strażnicy. Nie zamierzam powtórnie wchodzić do jaskini, która potem, znając nasze szczęście, okaże się salą tortur — powiedział Kangur. W jego wypowiedzi było czuć nutę strachu połączoną z lekkim sarkazmem.

— Obyś miał rację, co do tego nie zamierzania — odburknął Kret. — Czasami wpadasz na takie pomysły, że…, a z resztą, sam wiesz o co mi chodzi.

— Jaskinia nie była moim pomysłem, tylko pomysłem Bocia…, a, no tak, przepraszam — spróbował usprawiedliwić się Kangur.

— Nie usprawiedliwiaj się z rzeczy oczywistych — pouczył go Szympans. –Lepiej wcześniej znać swoje błędy i niedociągnięcia, swoje minusy, gdyż niebawem może być na zdobywanie takiej wiedzy za późno.

— Nie twierdzę, że jestem skaczącym ideałem, lecz na pewno rzadko miewam bezsensowne pomysły lub wypowiedzi, nieprawdaż? — skontrował go Zielony

— Zostaw ten temat, Zieleńcu! — krzyknął z chęcią zakończenia rozmowy przeradzającej się w kłótnie podobną do debaty politycznej Szympans.

— Dobrze, już dobrze — uspokoił ich Kret. — Sam pouczasz mnie, że nie wolno się kłócić, albowiem jak to powiedziałeś, uwaga, cytuję: „ta kłótnia to całkowita aberracja, ale dla was to zbyt trudne słowo”, czy jakoś tak.

— No tak, masz rację, przepraszam — odparł skruszonym głosem Zielony. — Nie powinienem tak się unosić. Przepraszam.

— Proszę — odparł władczo Kret.

— Nie popełnijmy poprzedniego błędu, nie obserwując zmierzającego ku nam światła, Przez tak mały błąd zginęły nam dwie osoby — przypomniał Szympans.

— Dobrze, rozdzielamy się. Każdy osobno. Chowamy się w cieniu. Znajdźcie porządną wnękę w ścianie, aby nie dostrzegli nas z pomocą swoich latarni. Zrozumiano? — rozkazał Zielony.

Pozostali członkowie dali znać kiwnięciami głowy swoje zrozumienie. Szybko, niemal natychmiast zaczęli szukać kryjówek. Struktura ścian była tutaj bardziej płaska, niż poprzednio. Zadanie było ciężkie do zrobienia. Zależało ono najwięcej, a przynajmniej w bardzo dużej mierze od szczęścia szukającego. Najłatwiej przychodziło to Kretowi, gdyż był on przyzwyczajony do ciemności. Był również mniejszy od innych, co sprawiało go bardziej dyspozycyjnym w tej kwestii. Najtrudniejszą okazała się sytuacja Zielonego Kangura i Różowego Szympansa. Byli kolorowi, co utrudniało im wtopienie się w otoczenie. Ściany były wyłożone kamieniami, mniej więcej wielkości ludzkiej pięści. Znajdowały się tam również inne, zwykle większe kamienie. Ciało Kreta było czarne, jak smoła, poza tym był on rozmiarów podobnych do tych dużych kamieni, więc postanowił właśnie tam się schować. Zielony Kangur dostrzegł dosyć małą, ale nadającą się do pomieszczenia w niej nawet dwóch osób wnękę. Światło było już blisko, a Szympans nadal nie mógł znaleźć kryjówki.

— Chodź tu, już nie ma czasu — syknął Kangur.

Rozmiary wnęki nie były idealne, ale przynajmniej na chwilę można było się tam schować. Była na tyle głęboka, że nawet gdyby nosiciele światła specjalnie szukali trójki kompanów, to i tak by tych dwóch nie znaleźli. Teraz intruzi mogli odetchnąć, co było nawet wskazane. Głośno dysząc mogliby zwrócić na siebie uwagę. Czekając, zwierzęta poczuły, że jest im bardzo zimno, szczególnie tym na dole. Gdy tak oczekiwali, światło zbliżało się wielkimi krokami. Kompania bardzo bała się spotkania z blaskiem, lecz jednocześnie byli bardzo ciekawi tego, kto jest jego nosicielem. Nagle, nieoczekiwanie, ziemia zadrżała. Z sufitu zaczęły spadać lodowate, nieprzyjemnie zimne sople, były one zresztą wielce niebezpieczne, z powodu ich ostrości. W ciągu kilku sekund Kret znalazł się w najgorszej z możliwych sytuacji. Niestety, Ślepiec spanikował i położył się na ziemi. W mgnieniu oka dostał pomoc od swoich przyjaciół. Kangur jednym zręcznym ruchem wygrzebał się z dziury, po czym długim skokiem dotarł do Kreta. Wziął go na ręce, gdyż był on tylko nieco większym od zwyczajnych kretów. Następnie, nie przygotowując się do skoku, ruszył swoimi susami do kryjówki, która, jak się okazało, była najbezpieczniejsza ze wszystkich. Położył go na kamiennej posadzce, ale Kret nie wstawał. Na ich nieszczęście, zemdlał. Bardzo utrudniło im to już obecnie skomplikowaną sytuację. Zielony Kangur wraz z Różowym Szympansem postanowili poczekać, aż Kret się obudzi. Nie był to jednak dobry pomysł, gdyż sople zaczęły powoli, lecz skutecznie wypełniać kryjówkę. Dwójka zmieniła zdanie. Trzeba było wymyślić coś innego. Wyjść nie mogli, gdyż sople by ich zabiły (Kangur z Kretem mieli naprawdę dużo szczęścia), zostać też nie było dla nich korzystne, bo do jaskini mogły zacząć wpadać nie tylko sople, a również i większe kamienie, w rezultacie czego mogły ich one zabić. Sytuacja wydawała się beznadziejna i taka też była. Nie było już dla nich ratunku.

* * *

— Au, moja głowa — syknął Szympans, gdyż właśnie wystający kamień uniemożliwił mu skutecznie podniesienie się. Przez chwilę miał wrażenie, że w głowie pulsuje mu bomba zegarowa, ale widocznie organizm okazał się skutecznym saperem.

— Gdzie my jesteśmy? — zapytał Kret.

— A zgadnij! W tej samej dziurze, w której byliśmy. Życie niestety nie polega na tym, że w sytuacji beznadziejnej uratuje cię superbohater i obudzisz się w pięknym, białym pomieszczeniu, a twoje życie będzie dalej długie i szczęśliwe — wytłumaczył Kangur.

— To może w końcu stąd wyjdziemy? — zaproponował Różowy.

— Z wielką przyjemnością — odburknął.

Zaczęli wychodzić z jaskini. Pierwszy spróbował Kret, a za nim Kangur i Szympans. Na nieszczęście się zachwiał i w konsekwencji upadł, ciągnąc za sobą swoich towarzyszy.

— Oj — powiedział cicho Kret.

— Oj? Tak po prostu „oj”? Aaa, no tak, nieważne, że pociągnąłeś za sobą całą drużynę, no nie? — syknął gniewnie Szympans.

— Nie denerwuj się, każdemu się zdarza — rzekł Kangur.

W końcu udało im się wyjść z obślizgłej dziury, jaką była ich zbawienna kryjówka. Wcześniej nie zwracali uwagi nawet na to, gdzie się znajdują, tylko na to, że mogą schować się przed światłem. Kiedy już stali na kamiennej posadzce wyścielającej dół tunelu, Szympans potknął się i upadł na ziemię, obijając sobie kolano i pośladki. Obejrzał się i dostrzegł światło, przed którym wcześniej się chowali. Było ono jednak zbyt daleko, by sprecyzować, czym ono jest. Już nigdy nie dowiedzieli się, czym ono było i z powodu czego narażali swoje życie. Wybuch, który wywołał całe to zamieszanie okazał się być spowodowanym przez ładunki wybuchowe podłożone wcześniej przez drużynę. Teraz nawet nie dbali o to, co się z nimi dzieje. Kompletnie o nich zapomnieli, lecz podczas wybuchu od razu skojarzyli, o co chodzi. Coś dotarło do ich uszu. Było to podobne do okrzyku bojowego, chociaż w chwili obecnej był to bardziej nieistotny szmer.

— Coś słyszę — powiedział Kangur.

— Ja chyba też, ale słabo — potwierdził Szympans.

—Chyba powinniśmy przyspieszyć kroku, bo mogą to być strażnicy, a już na pewno nie nasi przyjaciele.

ROZDZIAŁ II (PROLOG)

Krzyki dochodziły coraz donośniej i bliżej, z powodu czego trójka nie była pewna, czy przypadkiem nie zagraża to ich życiu. Z sufitu kapały małe, niemalże niezauważalne i nieistotne do czasu, gdy nie spadły na czyjąś głowę kropelki wody, źródłem których były zapewne wcześniej już wspomniane sople. Nie wiał żaden wiatr i mimo, iż tunele były dosyć obszerne, powietrze było zakurzone i w skutek czego nie dało się oddychać normalnie. Gdyby był tu Hipopotam, pewnie umarłby na miejscu. Od paru dobrych dni podróżnicy nie widzieli zielonej trawy, drzew, różnobarwnych kwiatów, motyli. Nie mieli też czym się napić, a sople były zbyt brudne do spożywania. Nie byli już w stanie tak dalej żyć, więc z wielkim zapałem szukali wyjścia, lecz go nie było. Przeszli już dobry kawał drogi, który z resztą już dawno był zasypany pokruszonymi głazami i mniejszymi kamieniami opadłymi z sufitu na skutek wybuchu podłożonych ładunków. Powrót tą trasą był szaleństwem, zwykłym utrudnianiem sobie życia, gdyż akurat w tym zamku mieli dróg do wyboru do koloru. To spowodowało też, że nie byli w stanie obłożyć całego zamku, tylko jego część. Zresztą, nie pierwszy raz przebywali w tym miejscu. Znali go dosyć dobrze, lecz nie na tyle, by posługiwać się skrótami. Poza tym, nie byli tam mile widziani. Ich kroki były dosyć ociężałe, bardzo głośno stąpali po ziemi. To cud, że jeszcze trzymali się na nogach. Godzina Szczytu była blisko. Teraz to od nich w dużej mierze zależały losy świata. Jeżeli nie opóźnią jej zbyt szybko, armia króla rozproszy się po całym świecie mordując, zarzynając w najrozmaitsze sposoby bezbronne Cienie. Jeżeli drużyna zawiedzie, będzie po wszystkim, czyli królestwo opanuje całą okolicę, a potem i cały świat. Dobrze pamiętali, jak trudno było wyrwać świat z rąk najpierw Forresa, potem Girtumala, a na końcu jego syna Girtumixa. Teraz już nikt nie pamięta tych wojen. Tylko Cienie są wdzięczne i dla nich właśnie muszą wypełnić misję, chociaż mieliby nawet poświęcić życie całej drużyny.

Powoli mijały godziny, minuty cennego czasu dążącego do Godziny Szczytu, a wraz z nimi i lata świetności drużyny, obecnie składającej się z trzech członków. Wszyscy członkowie kompanii pamiętali te czasy. Często o nich rozmawiali przy ognisku. Teraz ich dni były prawie policzone. Musiał wydarzyć się cud, by wygrali.

— To co teraz robimy? — spytał Kret.

— Szukamy wyjścia, ale podejrzewam, że jest to wysiłek bezużyteczny. Ten zamek jest tak duży, że nawet gdybyśmy wiedzieli dokładnie gdzie jest wyjście, nie dotarlibyśmy tam przed naszą śmiercią spowodowaną wycieńczeniem lub głodem. Wątpię, że nam się poszczęści i znajdziemy najwygodniejszy ze skrótów, dzięki któremu zdążymy dotrzeć do Rdzenia i z powrotem, a następnie dojdziemy do wyjścia — powiedział Szympans. Widać było (a raczej słychać), że nieustannie myśli o straconych kompanach. Zmienił się od tamtego incydentu. Bardzo spoważniał. To nie był już dawny Różowy Szympans, który ze wszystkiego potrafił zażartować i wszystko dla niego było komiczne. Przykro było patrzeć na przybitego małpiszona. Rzadko kiedy miewał złe zamiary, a kiedy nawet się kłócił, to tylko przez swój nastrój, a i on był bardzo dynamiczny.

Wśród drużyny panował bezład. Każdy robił co chciał. Nikt jednak nie miał siły się kłócić, musieli oszczędzać siły na dalszą podróż. Mało rozmawiali. Wszyscy byli przybici z powodu ostatnich zdarzeń.

Szli przez kolejny ciemny korytarz, nieustannie mieli wrażenie, że w ogóle się nie przemieszczają, a stoją w miejscu. Nie widzieli nic, poza ciemnością, oczywiście. Od dłuższego czasu nic się nie działo, chyba, że któryś mdlał i trzeba go było budzić lub nieść na rękach. Wiedzieli, że tak nie mogli iść dalej. Coraz częściej przychodziły im do głowy myśli o poddaniu się, o zawróceniu lub nawet o odebraniu sobie życia. O dziwo żaden z nich nie narzekał, nawet, gdy musieli nieść swojego towarzysza na rękach. Wiedzieli, że to tylko zbędne marnowanie energii do życia. Zamiast podnosić nogi, suwalinimi, dlategoczęsto przewracali się. Można ich było określić jednym słowem: martwi.

— Czy ktoś wie chociaż dokąd my zmierzamy? Ile jeszcze? — lamentował Kret. W tym przypadku nie było co się dziwić, patrząc napesymistycznąpostawę Kreta jego zachowanie było całkiem normalne. Martwa cisza została przerwana.

— Nie narzekaj tylko idź. Gdybyś miał świadomość chociaż co do połowy długości naszej trasy, to już zastrzeliłbyś się z wiatrówki — odparł Szympans.

— Nie posiadam wiatrówki — powiedział krótko Kret.

— I bardzo dobrze — wtrącił się nagle Kangur. Przedtem bardzo oczekiwał na jakąkolwiek rozmowę. Gdy otworzył usta musiał je długo oblizywać. Zaschły mu, były zapieczętowane niczym królewska koperta, do tego jeszcze z dużą zawartością bezużytecznych informacji, które miały służyć tylko temu, by zostały wypowiedziane. Na szczęście do tego nie doszło. Były one w stylu: „kiedy dojdziemy do punktu docelowego?”, „kiedy postój?”, „dlaczego zgotowaliśmy sobie taki los?” itp. Już dwie pierwsze kwestie dopiero co rozpoczętego dialogu wystarczyły, aby skutecznie podburzyć jeszcze bardziej minorową atmosferę podróży.

— Wolałbym zginąć, niż nieustannie potykać się, upadać na twarz, podnosić się, a przede wszystkim iść, iść i jeszcze raz iść! — powiedział, wyraźnie intonując słowa „iść” Zielony.

— I ty, Brutusie? — zapytał z niedowierzaniem Szympans. — Czy ja jestem jedynym optymistą w tej trójce? Gdybyśmy mieli zdechnąć, dawno byśmy to zrobili, patrząc na to, że ostatnio przeżyliśmy dużo „ciekawych” sytuacji, prawda?

— W sumie, to masz rację — stwierdził z trudem Kret. Nie lubił, a wręcz nienawidził przyznawać Szympansowi racji. Jak wiadomo, często się kłócili.

— Kontynuując, — przerwał ponownie powstałą po chwili ciszę Szympans — jakie jest nasze aktualne zadanie do zrobienia?

— Dostać się do Rdzenia przed Godziną Szczytu — odparł krótko Kangur. — Jeżeli nie zdążymy, już po nas.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 42.88