drukowana A5
10.09
Zielna 21

Bezpłatny fragment - Zielna 21


Objętość:
38 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-65543-22-6

Warszawy wojennej nie znam. Nie byłem przy tym. Opisałem to tak, jak sobie wyobrażam.

Nie przejmujcie się, że czasem pomylone, czasem może fantastyczne, bo nie o to chodzi. Tutaj chodzi o sny, duchy i danse macabre.


Autor

Posłaniec

Od kiedy ich przesiedlili na Śliską, to ona do niego pisała.

Budziła się i od razu nasłuchiwała. Ale za ścianą było cicho.

— Umarł w moim śnie, czy zaginął? — pytała sama siebie. Wstawała i zaraz zaczynała szukać, w listach, które od niego dostała, w słonecznych plamach. Promienie pisały po stole i mróz malował na szybach, ale nie da się zrozumieć znaków, których nie ma.

Wtedy liczyła listy. Było ich prawie trzysta i prawie w każdym wiersz. Ostatni dostała pół roku temu.

— Najpierw wyprowadził się z rodziną na Starówkę, a potem jeszcze wybudowali ten mur. To jak on ma pisać? — tak sobie tłumaczyła.

Nie śmiała się i nie płakała. Przez cały dzień była poważna, jakby ktoś umarł w rodzinie. A przecież wszyscy żyli. Mieszkanie nie było wcale gorsze. Obce jak wszystko na początku, ale nie gorsze. Trochę mniejsze — musiała dzielić pokój z bratem. Ale jego i tak nie było całymi dniami.

Nie było też listów pod drzwiami. I to był pierwszy smutek z rana. Kiedyś on pisał do niej prawie codziennie. Budziła się, a list już bielił się na podłodze. Szła do łazienki i już czytała.

Teraz prawie nie wychodziła z pokoju.

Teraz wysuwała spod łóżka pudło, w którym trzymała te listy, i czytała:


widzę cię

każdego dnia

jesteś piękniejsza

od wiśni

powiem to szpakom


Kiedy ją matka w końcu wołała na posiłek, wychodziła z pokoju, szła prosto do stołu i bez słowa zajmowała swoje miejscu. Później także bez słowa wracała do siebie.

— Snujesz się jak lunatyczka — mówiła matka.

Ten sen jest marną kopią śmierci — myślała wtedy.

Z tych snów na jawie powstawały czasem takie dziwne zapisy:


Gdzie są Twoje oczy Adamie, pyta moje serce.

Niech Twoje oczy w me oczy patrzą

Niech moje serce dla ciebie bije


Przeczytała, zamyśliła się i dopisała:


Moje serce

Twoje oczy to dwoje

pośredników grzechu


Przeczytała jeszcze raz i wzdrygnęła się.

— Tak musi być — powiedziała cicho do sobie. Uśmiechnęła się i dodała w myśli: „Pieśń nad Pieśniami” jest już zajęta.

Kiedy list był już gotowy, mówiła matce, że idzie na Zielną. Wtedy mur był jeszcze w podwórku i łatwo było przejść na drugą stronę. Stamtąd tylko dwa kroki pod numer 21 i już była w swoim dawnym mieszkaniu, w którym teraz mieszkali Rewerscy.


* * *


— Zostań na noc, moje dziecko — powiedziała Rewerska, a ona od razu się zgodziła. Prosiła tylko, żeby mogła spać w swoim dawnym pokoju. Rewerscy nie mieli dzieci, dlatego ten pokój był wolny. Kiedy rano się obudziła, od razu spojrzała w stronę drzwi. Ale listu nie było. Nie było też Adama za ścianą. Wyprowadzili się przecież sześć miesięcy temu, wcześniej niż oni — na Długą. Pewnie chcieli być dalej od getta. Od tego czasu nie widziała już Adama. Od tego czasu minęło sześć miesięcy i trzy dni.


Kiedy już miała wracać za mur, Rewerska wyjęła wszystko, co miała najlepsze, przygotowała kanapki na drogę i nakryła do stołu. Usiadły, ale obie nie miały apetytu.

— Ciociu, on dla mnie pisał takie piękne wiersze, jak poeta — powiedziała Ewka.

— Poeci piszą wiersze miłosne nawet nie kochając — wyjaśniła Rewerska trochę niezręcznie, ale było już za późno.

— Ja nie jestem poetką — powiedziała cicho Ewka.

A kiedy odchodziła, prosiła jeszcze raz:

— Ale proszę, żeby ciocia dała ten list panu Benjaminowi.

— Dobrze, kochanie, jeszcze dziś mu dam.


* * *


Benjamin przypomniał sobie o przesyłce, sięgnął na półkę po kopertę i wtedy zauważył, że się rozkleiła. Otworzył ją i przeczytał:


Adamie,

Czy pamiętasz ten wiersz, który mi dałeś na pożegnanie? Wtedy widzieliśmy się ostatni raz.

Teraz my wyjeżdżamy i nie wiem, kiedy się spotkamy. Jutro mamy się stawić na Umschlagplatz, bo jedziemy na roboty, może do Niemiec, może gdzie indziej.

Nie umiem pisać takich pięknych wierszy jak Ty, dlatego przepisałam dla Ciebie wiersz, który dostałam od tego małego poety, który przychodził do Baumanów:


„Gdym odjeżdżał na zawsze znajomym gościńcem,

Patrzyły na mnie bratków wielkie, złote oczy,

Podkute szafirowym dookoła sińcem.

Był klomb i rój motyli i błękit przezroczy,

I rdzawienie się w słońcu dojrzałej rezedy.

A, gdy byłem już w drodze, sam nie wiedząc kiedy

I czemu — przypomniałem te oczy, przyziemnie

Śledzące mą zadumę i wpatrzone we mnie…

I dlaczego te oczy były coraz łzawsze?

Czy nie wolno nic nigdy porzucać na zawsze?…”


Całuję Cię, Adamie. Na pewno spotkamy się we śnie.

Twoja Ewka


Ach, te dzieciaki — pomyślał i schował list do pelisy.

— Gdzie idziesz? — zapytała go żona, kiedy zauważyła, że sznuruje buty. — Nie idź teraz, przecież strzelają.

— Muszę odebrać ten zegarek — powiedział i zaklął, bo pękło jedno sznurowadło.

Kiedy wyszedł z bramy, od razu zorientował się, skąd strzelają. Szybko skręcił w Świętokrzyską, aby oddalić się od tego miejsca. Padła seria z karabinu, jedna, druga i wtedy ruszył śmiesznym truchtem, jakby chciał uciec przed kulami.

Kiedy Anioł Śmierci otrzymuje zezwolenie, nie rozróżnia między sprawiedliwymi i złoczyńcami — przypomniały mu się słowa rabina.

Trzymał się blisko murów kamienic. Z dachów kapało, była odwilż. Wielkie krople wody raz po raz rozpryskiwały się na jego łysinie. Kapelusz zostawił wczoraj u Dolańskiego, grali w pokera, pili i zapomniał kapelusza.

Wczoraj chyba tak nie strzelali — usiłował sobie przypomnieć.

Po półgodzinie musiał skręcić w Miodową i znów zaczął zbliżać się do getta. Strzelanina się nasiliła i zadźwięczało rozbite szkło.

Znów przypomniały mu się słowa rabina: Anioł Śmierci ma mnóstwo oczu, nikt nie ujdzie śmierci.

Ruszył truchtem — już niedaleko. Skończyła się Miodowa. Po drugiej stronie zauważył rozstrzelaną karuzelę. Z drugiego lub trzeciego piętra budynku przy Nowiniarskiej bluzgał niemiecki karabin maszynowy. W odpowiedzi padały pojedyncze strzały zza murów getta. To tych kul, żydowskich, bał się bardziej. Leciały w stronę Miodowej i co chwila z któregoś okna sypało się szkło.

Już niedaleko. Kwiaciarnia „Azalia” była otwarta i w szybce drzwi mignęła mu twarz znajomego — woźnego z biblioteki uniwersyteckiej.

Jeszcze tylko trzy kroki — pomyślał. Zaraz za tym budynkiem jest klatka schodowa.

— Raz.

— Dwa.

Kiedy powiedział „dwa”, wiatr oderwał z dachu ogromny, ostro zakończony sopel.

„Trzy” uwięzło mu w ustach.

American dream

Pacjenci o nim plotkowali, że swoim wzrokiem przyspiesza śmierć dzieci. Nie wiadomo, skąd się taka plotka wzięła, i kiedy dr Jonas usłyszał ją po raz pierwszy, roześmiał się. Jednak za każdym następnym razem, kiedy to słyszał, robiło mu się coraz bardziej przykro. Lubił pracę z małymi pacjentami — te oczy bez pytań wpatrzone w niego. W końcu czuł już tylko zniechęcenie. Przez pół roku pracował jeszcze pod przymusem, następnie zrezygnował ze szpitala i otworzył prywatną praktykę. Dumny był z metalowej tabliczki z jego nazwiskiem przy wejściu do budynku na głównej ulicy Manhattanu.

Adam przyleciał do Nowego Yorku na sympozjum organizowane przez American Museum of Natural History. Był już emerytem, ale w dziedzinie badań genetycznych nie było w kraju lepszego fachowca. Wylądował na JFK 9 września 2001 i od razu poczuł się źle. Od lat chorował na żołądek. Miał swoje lekarstwa, ale pomyślał, że w Ameryce pewnie wynaleźli już coś skuteczniejszego.

Następnego dnia niedaleko hotelu, na jednym z budynków, zauważył tabliczkę:


Dr. Paul Jonas

Gastrologist


Ponieważ był naukowcem, zawodowa ciekawość zwyciężyła. Wszedł i zamówił wizytę.

W nocy miał sen. Spotkali się po latach w porcie i mieli płynąć tym samym okrętem. Na chwilę wyszli do miasta, walizki pozostały w porcie. W małej knajpce ona mu mówiła o jakimś mężczyźnie. Kiedy wrócili, był czas na zaokrętowanie. Ona wzięła swoje walizki i weszła na trap. On podszedł do swoich i wtedy jakiś typ go zatrzymał, poprosił o bilet i powiedział, że jest sfałszowany. Zaczął się tłumaczyć, że to nieprawda, pokazywać, że bilet jest prawdziwy, a ona była coraz dalej. Wtedy już wiedział, że się nie spotkają. Ten sen nosił w sobie przez cały dzień i zapamiętał.

Następnego dnia lekarz, który go przyjął, niespodziewanie przemówił do niego po polsku:

— Pan z Poland. Proszę pana, mój tata mieszkał w Polska, w Warszaw. Od razu poznałem, że pan z Poland. Tutaj jest „ski”, a-dam do-lań-ski — wysylabizował. — I jest „ń”, ja wiem, jak to się mówi, jak „słoń” — i zadeklamował:

ten słoń nazywa się Bombi

ma trąbę, lecz na niej nie trąbi1

— Tata nam mówił wiersze. Po polsku. Tamten poeta był polski i żydowski. Ja nie powiem, jak się nazywał. To trudne.

Wstał i zaczął go badać.

— Panu nic nie będzie. Pan będziesz zdrów jak.. jak.. jak karp. Ja panu tu zapiszę.

Usiadł, poprawił okulary i wypisał receptę.

— Pan nic nie mówi. Pan patrzy na foto. To moja córka, Eva. Tata tak chciał. Ona jest podobna. Ona taka jak moja ciotka. Ciotka zginęła w Treblinka.

Adam już wiedział. To jest bratanek Ewki. Tej Ewki z ulicy Zielnej, jego pierwszej dziewczyny. Patrzyła na niego teraz z fotografii na biurku doktora Jonasa. Sześćdziesiąt lat temu mieszkali w tym samym domu na Zielnej. Pisał wtedy do niej wiersze. W pewnym momencie myślał nawet, że zostanie poetą. Ewka była zachwycona. To były dobre wiersze. Później się przeprowadzili, stracił swoją muzę i nie został poetą.

Później to ona do niego pisała listy, ale nigdy nie odpowiedział.

Lekarz coś do niego mówił, ale Adam nie słyszał.

Te listy od Ewki przynosił znajomy ojca, Benjamin. Ojciec nazywał je „listy z piekła”, bo to były listy z getta. Ewka zginęła w getcie. Nie, w Treblince. Tak powiedział Jonas. Teraz stanęła przed jego oczami jak żywa.

Dr Jonas przerwał, popatrzył na Adama i zapytał:

— Czy pan się dobrze czuje?

Następnej nocy Adam znów miał sen: ogromna wysokość, był na balkonie budynku, którego jeszcze nie ma — budynku o 200 piętrach. Balkon nie ma poręczy, a budynek jest przechylony.

Obudził się. Na budziku odczytał: September, 11.


* * *


W drodze powrotnej cały samolot aż huczał od hipotez i teorii spiskowych na temat zamachu. Atrakcyjna blondynka, która siedziała obok, co i rusz podejmowała ten temat.

Adam milczał, aż w końcu za którymś razem, sam nie wiedząc czemu, odpowiedział:

— Nic, co istnieje, nie jest warte miłości, więc trzeba nam kochać to, co nie istnieje.

— Pan jest filozofem? — zdziwiła się blondynka. I nie zwracając uwagi na brak odpowiedzi kontynuowała:

— O proszę, nawet nasz poeta napisał już o tym wiersz — kobieta wsunęła mu do ręki gazetę.


The New Yorker, September 24, 2001

ISSUE TRY TO PRAISE THE MUTILATED WORLD2

By Adam Zagajewski


Przeczytał tylko trzy linijki i oddał gazetę.

Wtedy po raz pierwszy mu się przyjrzała i zapytała:

— Czy pan się dobrze czuje?


* * *


Adam siedział przed telewizorem. Od powrotu ze Stanów jeszcze go nie włączył. Na stole obok papiery i fiolka luminalu. Za ścianą cisza, za oknem słychać jedynie tupanie gołębi na parapecie. I przypomniał mu się tamten sen.


— Wyśniło mi się wszystko dokładnie, jak w wyroczni delfickiej. — pomyślał Adam i napisał:


Nie zauważyłeś wtedy najbliższej

i jej wzroku na tobie zostawiłeś ją samą sobie

w obawie, że będzie żądać ofiary najwyższej


Wpatrywał się w swój pierwszy od sześćdziesięciu lat wiersz, czas jakby się zatrzymał, siedział tak bez ruchu z pół godziny.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.