Tobie, Czytelniku
Rozdział I Schronienie
Drzewa zaszumiały złowrogo. Zimny wiatr poniósł w świat oderwane listowie. Pochmurne niebo wisiało nad lasem niczym brudna płachta. Kawałek piaszczystego nabrzeża nerwowo obmywała spieniona woda.
Altaya zdała sobie sprawę, że przeżyła. Jej serce łomotało jak oszalałe, a oddech za nic w świecie nie zwalniał. Przetarła czoło zapiaszczoną dłonią, odgarniając przyklejone włosy. Jakimś cudem dopłynęła do brzegu, a mało tego, nie była sama. Obok niej leżał nieprzytomny Kiba. Oddychał, ale nic poza tym. Leżał na plecach z rozłożonymi kończynami.
Nie zważając na całkowite wymęczenie ciała, dziewczyna przełożyła go prędko na bok, lokalizując dziurę w bluzie. Poszerzyła palcami otwór w materiale, dostrzegając zagłębienie w skórze. Nie krwawiło już wcale, co nie musiało oznaczać coś dobrego. Albo stracił zbyt wiele krwi, albo chłód wody skutecznie zatamował wypływ. Przy pierwszej opcji raczej powinien już nie żyć, jednak wciąż oddychał, więc Altaya miała nadzieję na tę drugą możliwość. Istniała jeszcze trzecia — powrót zdolności. Byłoby to najlepszym rozwiązaniem, bo dobrze pamiętała, jak szybko zagoiło się draśnięcie od jej strzały.
Zbadała pospiesznie otoczenie, szukając zagrożenia. Pamiętała, co wydarzyło się na łodzi. Wszystko zadziało się tak szybko. Widząc wypadającego za burtę Kibę, zwinnie ominęła oprawców i zanurkowała pod wodę. Nim wypłynęła na powierzchnię, łódź zdążyła zniknąć z pola widzenia. Nie wiedziała, jak długo płynie, nie wiedziała też, dokąd zmierza. Parła przed siebie, wielokrotnie znajdowała się pod wodą, ale ani razu nie wypuściła Kiby. Gdyby to zrobiła, mogłaby go już nie wyciągnąć z otchłani Wielkiej Wody. Falująca toń utrudniała zadanie, jednocześnie również pomagając. Ostatecznie dotarła do brzegu.
Po obu stronach ujrzała las wstępujący w morze. Nigdzie żadnych śladów, żadnej obecności człowieka. Znalazła się na skrawku piasku. Obejrzała się za siebie na gęsto rosnące drzewa, a potem z powrotem na wodę. W oddali kłębiły się ciemne chmury. Deszczowa ściana zbliżała się coraz bardziej. Silny podmuch wiatru rozwiał jej mokre włosy. Drobinki piasku pofrunęły razem z powietrzem. Nie wróżyło to nic dobrego. Pamiętała chmury przed sobą, gdy płynęła łodzią. Teraz ciemna ściana znowu była przed nią. Albo przepłynęła gdzieś pod nią, albo wiatr zmienił kierunek.
Altaya wiedziała, że nie może zostać nad wodą. Nadciągała ulewa, dlatego musiała schować się w głębi lasu. Dźwignęła się do pionu, lecz upadła na kolana. Tak mocno zakręciło jej się w głowie, że ostatecznie zaparła się na rękach. Była wykończona. Ręce i nogi odmawiały już posłuszeństwa. Zapiaszczone włosy skryły boki jej twarzy. Zwróciła głowę w stronę Wielkiej Wody, patrząc pomiędzy kosmykami.
Nigdy nie pomyślała, że przyjdzie jej się znaleźć w podobnej sytuacji. Nigdy wcześniej nie pomyślała nawet o opuszczeniu domu w Śpiącym Lesie. Jednak dołączyła do wędrówki, stając się częścią czegoś większego. Przemierzyła Wyspę Ziemi, walczyła z potworami i demonami, prawie zabiła człowieka i… Zerknęła na nieprzytomnego chłopaka. Odnalazła coś jeszcze. Gdyby nie opuściła świątyni, mogłoby nie dojść do tego wszystkiego, może Kiba nie zostałby ranny i nie wylądował nie wiadomo gdzie. A może gdyby nie dołączyła do podróży, wszystko potoczyłoby się tak samo i teraz leżałby gdzieś na dnie Wielkiej Wody?
Szum nadciągającego deszczu uderzył wraz z podmuchem w odsłonięte ucho. Dziewczyna wytraciła pion i padła bokiem na piach. Leżąc nieruchomo, uroniła łzy. Spłynęły zgodnie z grawitacją, mieszając się z ziarenkami piasku. Wróciła wzrok na nieprzytomnego Kibę. Tak bardzo chciała, żeby przeżył. Tak bardzo pragnęła, by spojrzał na nią raz jeszcze swoimi niepowtarzalnymi oczami. Tak bardzo marzyła o jego dotyku, cieple, bliskości. Każdy kolejny dzień, pomimo licznych przeszkód, zbliżał ich do siebie coraz bardziej. Niestety, to co dobre nie trwa wiecznie i musiał nadejść ten moment. Jedna zła decyzja, jeden człowiek i wszystko, co piękne, zniknęło. Wystarczyła chwila i stało się to, co właśnie trwało.
Przybyli do Kuady, nadmorskiego miasta, w celu przeprawy na Wyspę Ognia. Tam, wspólnie z Kibą i Raffem, mieli kontynuować podróż, najpierw do Hatenai, a potem do Kryształowego Lasu, gdzieś na krańcu świata. To tam, według Wielkiego Ducha, miał znajdować się lek dla Kiby na postępującą przemianę w bestię, która dzień wcześniej przypomniała o swojej obecności. Pod postacią mrocznego cienia spowiła ciało chłopaka i gdyby nie reakcja Raffa, zapewne przejęłaby kontrolę nad jego ciałem. I takim oto sposobem Kiba stracił swoje ponadludzkie zdolności, i właśnie dlatego nie zdołał umknąć ostrzu sztyletu. Okotto od razu nie przypadł im do gustu, ale napędzani wydarzeniami z nocy, kiedy pojawił się cień, przystali na jego propozycję.
To moja wina — pomyślała Altaya. Przeze mnie to wszystko się stało.
Ona zgodziła się na rozdzielenie z Raffem. Gdyby pozostali we trójkę, nie popłynęliby z Okotto. Wtedy co najwyżej straciliby dzień, może więcej na poszukiwaniu innego przewoźnika. Jednak wtedy
Kiba nie leżałby nieprzytomny z raną na plecach na granicy życia i śmierci. Nie wydarzyłoby się to wszystko, nie wpadłby do wody i nie wylądowaliby nie wiadomo gdzie. Altaya nie była pewna, czy dopłynęła do Wyspy Ognia, czy wróciła na Wyspę Ziemi. Ta pierwsza słynęła z licznych lasów, a przed sobą miała właśnie las. Nigdy nie była na innej wyspie należącej do Czterowyspia, a mało tego, sama nigdy nie oddaliła się tak bardzo od swojego domu, od świątyni w Śpiącym Lesie. Najdalej była przed Lasem Forenarskim, ale to wciąż była ta sama wyspa.
Co, jeśli wrócili na Wyspę Ziemi? Z tych terenów pochodziła, więc może łatwiej byłoby znaleźć jakąś pomoc. Mogłaby wrócić do Eratty i sprowadzić Bada lub Iyanę. Któreś z nich udzieliłoby niezbędnej pomocy. Gdyby udało jej się znaleźć drogę do Kuady, to dotarcie do celu zajęłoby cały dzień w biegu, a potem potrzebowałaby kolejnego na powrót. Dwa dni wydawały się w zaistniałej sytuacji miesiącami. Z kolei pozostawienie Kiby samego nie należało do najrozsądniejszych decyzji. Mógłby paść ofiarą jakiegoś zwierzęcia. Chociaż po wydarzeniach z łodzi, największym zagrożeniem mógłby okazać się człowiek. Istniała jeszcze inna opcja, a mianowicie przetransportowanie Kiby do Eratty. Taki wybór od razu należał do tych niemożliwych, gdyż Altaya nie dysponowała dostateczną siłą i kondycją do całodniowego niesienia chłopaka na plecach. Oczywiście, wykorzystując dary lasu, mogłaby zrobić jakieś nosze, lecz to kolejna strata czasu oraz brak pewności szybkiego dotarcia do miasta. Należało zapewnić opiekę tu i teraz, bez niepotrzebnych podróży.
Altaya zacisnęła szczękę, aż obecny tam piasek zachrzęścił pod zębami. Wbiła palce w piach i poderwała się do pozycji siedzącej. Znalazła w sobie resztki sił gromadzone gdzieś głęboko w środku, na taką właśnie okazję. Przełożyła przyjaciela na plecy, umieściła ręce pod jego pachami i zaczęła kierować się do lasu. Nim wciągnęła go pomiędzy drzewa, z nieba spadły pierwsze krople deszczu. Padła na kolana, zbierając siły i uspokajając oddech. Widziany obraz zawirował parokrotnie, lecz wrócił do normalności. Schwyciła Kibę
w ten sam sposób, co wcześniej i zapierając się mocno nogami o ziemię, podążyła naprzód. Minęła kilka drzew, padła na pień. Korony drzew tańczyły w rytm wzmagającego się wiatru.
Sama dokładnie nie wiedziała, czego szukać w nieznanym lesie, jakiego schronienia. Najlepszym miejscem byłaby jaskinia, nawet niewielka, ale chroniąca przed deszczem. Rozejrzała się dokoła i jakby na zawołanie zlokalizowała niewielkie wzniesienie z otworem. Los jej sprzyjał, bo dopiero co weszła w las, a już znalazła idealne miejsce schronienia. Bynajmniej tak jej się w owej chwili zdawało. Nie miała czasu na wybrzydzanie, bo pojedyncze krople zamieniły się w całkiem sporą ulewę. Zbierając ostatki sił, zdołała dociągnąć chłopaka do celu.
Znaleźli się w całkiem sporej jaskini z oczkiem wodnym pośrodku. Wysokie sklepienie idealnie chroniło przed deszczem. Altaya padła na plecy, ciężko dysząc. Długą chwilę leżała, zbierając energię i jednocześnie obserwując deszcz. Spadające krople były tak duże, że uderzając o liście pobliskich drzew i mniejszych krzewów, uginały je pod swoim ciężarem.
Altaya pomyślała o Raffie. Gdyby był razem z nią, bez problemu zaniósłby Kibę do jaskini, nie tracąc przy tym wszystkich sił. Jednak z drugiej strony mogła być z siebie dumna z takiego wyczynu. Drobna dziewczyna przepłynęła niezmierzoną odległość wśród fal morza, ciągnąc za sobą nieprzytomnego chłopaka, wyciągnęła go na brzeg i jeszcze zdołała schować w lesie. Niestety dumy nie czuła. Raff na pewno dotarł już do Taratok i na nich czekał. To oni wypłynęli jako pierwsi, więc co mógł teraz robić? Na pewno ich szukał, ale skąd mógł wiedzieć, co właściwie się stało? Przecież Okotto do niczego by się nie przyznał, a inni ludzie niekoniecznie wyjawiliby prawdę o całym zdarzeniu. Dodatkowo Okotto wypowiedział jeszcze jedno imię, Gaarv. Cała oferta przeprawy na drugą stronę miała drugie dno. Nie należał do tych uczciwych i knuł to od samego początku.
Dziewczyna dźwignęła się na nogi ze skrzywioną miną. Zabolało ją całe ciało, jednak była świadoma powagi sytuacji. Odpocząć mogła dopiero wtedy, gdy zapewni Kibie odpowiednią opiekę. Wyszła
z jaskini. Wcześniej nie zwróciła uwagi, ale było tak ciemno, że nie wiadomo czy to jeszcze dzień, czy nadchodząca noc. Gdzieś w oddali zagrzmiało. Zimny dreszcz wraz z chłodnymi kroplami deszczu zlał ciało dziewczyny. I tak była mokra po przebyciu Wielkiej Wody, więc nic sobie z tego nie czyniła. Ruszyła przed siebie, lokalizując liście pokaźnej rośliny.
Skrzydłopęd — pomyślała. Sięgnęła po kilka wygiętych liści, dostrzegając przyklejony do drzewa kwiat w kształcie dłoni. Innokwiat.
Spotkało ją szczęście w nieszczęściu, bo nieopodal znalazła coś jeszcze. Mianowicie najznakomitszą w świecie roślinę leczniczą, która rzadko kiedy rosła w środku lasu. Śmiało można było mówić nawet o cudzie.
Niemożliwe! Ubocznica!
Pamiętała nauki Doi. Była ona znakomitą zielarką i wiedziała, co z jakiej rośliny można zrobić. Altaya nie tylko uczyła się czytać i pisać, ale także opatrywać rany. Doi wielokrotnie zachwycała się cudownymi właściwościami ubocznicy, która wyglądem przypominała dzwonek. Nakrapiana drobnymi listkami łodyga dzielnie znosiła jego ciężar. Sama Altaya niejednokrotnie miała okazję przekonać się, co potrafi zdziałać lekko niebieskawa roślina, gdy leczyła jej zdarte kolana.
Dziewczyna zerwała dzwonek w szaleńczym tempie, po czym wróciła do azylu. Wybrała największy z liści skrzydłopędu, sprawnie go zwinęła w miseczkę, nabrała wody i obmyła twarz nieprzytomnemu Kibie. Potem kamieniem starła dzwonek ubocznicy. Przełożyła chłopaka na bok i podciągnęła bluzę, odsłaniając ranę. Nałożyła niebieskawą papkę na niekrwawiące zagłębienie. Oderwała kawałek spódnicy, porozrywała na wąskie paski, związała końcówki i oplotła dokoła brzucha, dociskając okład do rany. Potem spróbowała go nakarmić. Oderwała zębami skrawek innokwiatu, który włożyła do ust nieprzytomnego.
— Musisz zjeść — szepnęła. — Musisz…
Kiba nie chciał jeść. W ogóle nie reagował. Altaya zmieliła więc sama jedzenie i ponowiła w taki sposób. Niestety nie zjadł i tego. Oddychał, nic poza tym. Pozostało jej spróbować go napoić. Namoczyła dłonie w wodzie i zwilżyła mu usta. Skoro nie chciał jeść, również się nie napije, więc wolała nie ryzykować zachłyśnięcia. Sama też powinna coś zjeść, ale żołądek miała ściśnięty do tego stopnia, że nie zdołała nic przełknąć. Napoiła się tylko, a pozostałe liście zwinęła w rulon, umieszczając pod głową chłopaka.
Zagrzmiało bliżej niż dotychczas. Deszcz podwoił swoją siłę. Dziewczyna znowu wyszła na zewnątrz, łudząc się na znalezienie jakiegoś suszu mającego posłużyć do rozpalenia ognia. Ku uciesze znalazła coś suchego pod niewielką skarpą. Wróciła pospiesznie w bezpieczne miejsce, układając patyki w stosik. Wyszukała dwa kamienie i pocierając je o siebie, próbowała wzniecić iskrę. Udało jej się to bardzo szybko. Rzadko czyniła to w przeszłości, a gdy została sama, robiła codziennie. Sugu przygotował wszystko przed swoim odejściem, aby Altaya miała nie tylko zapasy pożywienia, a także drewna i rozpałki.
Ogień zatrzeszczał. Jego wygłodniałe języki rozświetliły pomieszczenie. Migocząca łuna falowała na ścianach oraz powierzchni oczka wodnego.
Altaya mogła w końcu chwilę odpocząć. Ułożyła się obok Kiby, wtulając w jego bok. Głowę położyła mu na piersi, wsłuchując się w bicie serca. Wystukiwało spokojny, jednostajny rytm. Zamknęła na chwilę powieki. Nie chciała tego zrobić, lecz ich ciężar był tak wielki, że nie zdołała go powstrzymać. Szybko straciła kontakt z rzeczywistością i ujrzała obraz z przeszłości.
Jako mała dziewczynka siedziała przy kamiennym stole. Znajdowała się w dużej sali wewnątrz trapezowatej budowli. W pomieszczeniu oprócz stołu znajdowało się jeszcze kilka, także kamiennych krzeseł oraz starannie wydrążone w ścianie półki. Na nich leżały różne zwoje i nadpalone świece.
Dziewczynka kawałkiem kolorowego kamienia kreśliła na wygładzonej płytce linie kolejnych liter. Pisząc, drobnymi ustami przyciskała język. Jej błękitne oczy lśniły w promieniach słońca docierających przez prostokątne okna w matowej ścianie. Z zewnątrz przez otwory zaglądały wspinające się po pochyłej ścianie rośliny. Równiutko przycięte włosy przylegały do jej rumianej twarzyczki. Sięgały prawie do brody. Co raz spoglądała z uśmiechem na siedzącego naprzeciw niej starego, ubranego w szarą, przepasaną szatę człowieka, który za każdym razem odwzajemniał uśmiech.
Staruszek nie posiadał zbyt wielu włosów na plamistej głowie. Liczne zmarszczki pokrywały jego twarz oraz dłonie. Na wpół otwarte oczy śledziły poczynania małej podopiecznej. Zapadnięte policzki czasem drgały przy cięższym oddechu. W którymś momencie nachylił się nad stołem i wskazując palcem ostatnią z napisanych liter, zapytał:
— Czy na pewno ta litera powinna się tutaj znaleźć?
Dziewczynka spojrzała na niego, a po chwili pokręciła przecząco głową.
— Zatem, którą wstawisz?
Altaya, przygryzając paznokcie, szukała wzrokiem właściwej litery. Z wahaniem wskazała wybraną, a jej opiekun potwierdził głową.
— Dobrze, Altayo — pochwalił staruszek. — Na dzisiaj wystarczy. Chodź — podał rękę — pójdziemy na krótki spacer.
Altaya z uśmiechem złapała wyciągniętą dłoń i zeskoczyła z krzesła. Miała na sobie sięgającą kolan, jasną sukienkę na ramiączkach. Pas otaczała kolorowa wstążka, zawiązana z tyłu. Jej końcówki kiwały się na boki podczas marszu kwadratowym korytarzem. Przez znajdujące się pod sufitem podłużne okienka wpadało światło dnia. Kamienne schody poprowadziły na niższe piętro, gdzie przy znajdującym się tu stole siedziała nieco starsza kobieta. Przeglądała właśnie zbiór suszonych roślin. Siwe włosy odstawały falami na boki. Na sobie miała poplamiony fartuch. Posłała dziewczynce szczery uśmiech, po czym powróciła do swego zajęcia.
Kolejny korytarz doprowadził do wielkiej komnaty, w której ściany podpierały kręte filary. Minęli wielką salę, wychodząc na zewnątrz. Jasność dnia poraziła ich w oczy, ale dzielnie kroczyli naprzód, przymykając przy tym powieki. Altaya wystrzeliła niespodziewanie do przodu, podbiegając do ogródka. Zerwała jeden z pokaźnych kwiatów, a następnie przyłożyła do twarzy, chcąc powąchać. Pyłek sprawił, że kichnęła…
Grzmot wyrwał Altayę z objęć snu. Zadrżała, widząc rozświetlające grotę światło. Przez chwilę dostrzegła zarys miejsca, w którym się znalazła. Jej cień rozciągnął się po ścianie naprzeciwko niczym straszydło. Musiała zasnąć na długo, bo nie widziała niczego, prócz ciemności nocy. Ognisko dawno musiało zgasnąć, bo nie wydzielało nawet stróżki dymu. Nie posiadała wyostrzonego wzroku, którym do niedawna chwalił się Kiba, toteż musiała zbadać otoczenie ręką. Po prawej, w niezmienionej pozycji, leżał chłopak. Nie poruszył się nawet o cal. Szum niesłabnącego deszczu cały czas zalewał grotę, odbijając się niekiedy echem od gładkich ścian. Chłód zaczął doskwierać mocniej niż za dnia. Wciąż mokre ubrania wcale nie pomagały w ogrzaniu ciała. Altaya usłyszała jakiś szmer, a może tylko to jej się zdawało. Mimo to wbiła wzrok w mrok na zewnątrz. Zagrzmiało gdzieś nad jaskinią, a po chwili las rozjaśnił się jasnym błyskiem. Sterczące drzewa wcale nie wyglądały przyjaźnie. Dziewczyna nasłuchiwała, wstrzymując nawet oddech. Rozpalona krew zadudniła w bębenkach, więc zaczęła znowu oddychać. Ponownie zagrzmiało i las pojaśniał, ukazując stojącą w deszczu postać. Altaya drgnęła przestraszona. Między drzewami zobaczyła bowiem wielkiego Yuretera. Trwało to ułamek sekundy, ale to na pewno był on. Dwukrotnie większy od przeciętnego człowieka, z ramionami wielkości skały i ogromnym toporem trzymanym w obu dłoniach. Wstrzymała ponownie oddech, zaciskając przy tym buzię. Serce tak mocno łomotało jej w piersi, że pewnie robiło większy hałas, niż gdyby normalnie oddychała. Wymacała ciepłą, lecz nieruchomą dłoń Kiby i zacisnęła na niej palce najmocniej, jak tylko zdołała. Miała nadzieję na szczęśliwe zakończenie tego spotkania. Może stwór wcale ich nie zobaczył i ominie jaskinię, idąc swoją drogą? A może on tak samo, jak
Altaya poszukiwał schronienia przed burzą? Wtedy na pewno wszedłby do środka i ich znalazł. Chociaż podczas rozbłysku stał przodem w jej stronę, więc na pewno ją zobaczył. Jeśli to jeden z tych potworów, które zaatakowały Treelavę, nie przepuści takiej okazji. Zabije ich. A może szedł ich śladem? Jakimś sposobem przebył Wielką Wodę i odnalazł to, czego szukał? Nie mieli szans. Kiba pozbawiony swoich nadludzkich zdolności, leżący nieprzytomny w grocie, będącej swoistą pułapką oraz bezbronna Altaya, nieposiadająca żadnej broni. Nie miała sił, ale nie zamierzała poddać się bez walki. Sięgnęła w bok, łapiąc jakiś kamień i poderwała się na nogi, ciskając nim od razu w ciemność. Ponad lasem zagrzmiało i las znowu rozświetlił się białym blaskiem. Przed grotą nikogo nie było, tylko las i smugi deszczu.
Altaya zaśmiała się szaleńczo, po czym osunęła na ziemię. Schowała twarz w dłoniach i głośno zaszlochała. Łzy popłynęły po jej policzkach, mocząc również palce.
— Dlaczego?! — wykrzyknęła, zabierając dłonie od twarzy.
Odpowiedziało jej tylko echo oraz szum nocnej ulewy. Dłonie klapnęły na zimnym podłożu, a ciało przeszył dreszcz. Wypłynęli z Kuady z rana, a zanim Kiba wpadł do wody, minął jakiś czas. Potem Altaya płynęła do brzegu, co zajęło jej nie wiadomo ile czasu. Zapadła noc, więc na pewno minął cały dzień. Ile dni minie, zanim obudzi się Kiba?
Nie chce jeść teraz, może zje jutro? — pomyślała, zerkając na chłopaka.
W tym samym momencie rozbłysk oświetlił jego osobę. Co będzie dalej? Dlaczego to spotkało właśnie ich? Przecież nie zrobili nic złego. Nic, za co mogliby pokutować. Nic. A jednak byli tu, w ciemnej jaskini, nie wiedząc, gdzie dokładnie.
Altaya podpełzła do Kiby i położyła się obok niego, ale tym razem z drugiej strony, żeby mieć przed sobą wejście do groty.
— Kiba… Słyszysz mnie? — szepnęła. Nim powiedziała coś jeszcze, odczekała długą chwilę, jakby oczekując odpowiedzi. Nie łudziła się, że ją usłyszy, ale to wyszło niekontrolowanie. — Nie jesteś tu sam. To ja, Altaya… Wszystko będzie dobrze. Słyszysz mnie? Wyzdrowiejesz…
W to ostatnie zwątpiła. Czy mógł nie wyzdrowieć? Łzy popłynęły z jej oczu. Nie chciała tego, ale nie zdołała ich powstrzymać. Zagrzmiało, ale już słabiej niż wcześniej. Miejsce schronienia chwilowo pojaśniało.
— Nie wiem, czy mnie słyszysz — Altaya położyła dłoń na policzku Kiby — ale zrobię wszystko, żebyś z tego wyszedł. Słyszysz? Nie pozwolę ci umrzeć.
Wtuliła się w niego całym ciałem. Długo leżała, patrząc w coraz rzadziej już jaśniejący las. Burza odeszła daleko, a grzmoty zamieniły się w delikatne pomruki. Szum deszczu wciąż wypełniał wnętrze jaskini. Tak intensywny dzień wyssał z Altayi wszystkie siły. Potrzebowała snu, ale walczyła z nim tak długo, jak tylko zdołała. Nie chciała zasnąć, żeby ani na chwilę nie stracić czujności. Znalazła schronienie przed burzą, chwilowy azyl, ale bała się tego, co przyniesie jej kolejny dzień.
Rozdział II Taratok
Raff chwycił za napiętą linę, dołączając do innych ludzi i po chwili smukła łódź dotknęła drewnianego pomostu. Eterey zeskoczył z burty, przytrzymując swój pakunek. Przysiadł pod naporem ciężaru, a na plecach zabrzęczało.
— Nareszcie — sapnął.
— Co ta twoja paczka taka ciężka? — zdumiał się Raff. — Daj, poniosę.
Wyciągnął rękę w kierunku instrumentu, lecz Eterey odsunął się na bok. Pomimo wagi pakunku zrobił to dość zwinnie. Widocznie wędrował tak niejednokrotnie, toteż przywykł do dużej wagi na plecach.
— Nie ma takiej potrzeby — oświadczył. — Jestem mocno związany ze swoim instrumentem. — Widząc niezrozumienie dla swoich słów, dodał: — To zupełnie jak wojownik i jego miecz.
Raff wzruszył ramionami. Odwrócił się tyłem do towarzysza, podziwiając miasto. Dopłynęli do celu. Przepłynęli Wielką Wodę, docierając do Wyspy Ognia. Na wstępie witał ich pokaźnych rozmiarów wiatrak, obracając się coraz szybciej napędzany wzmagającym się wiatrem. Kilkoma rzędami za nim sterczały ciągi zabudowań. Przy wielu kwadratowych domostwach ustawiono beczki lub skrzynie. Ruchome okiennice łomotały o ścianę, poruszane podmuchami znad wody. Ceglane kominy mocno przywierały do ścian, dumnie przedzierając się przez wystające okapy jednospadowych dachów, które zgodnie kładły się w stronę morza. Ruch, w porównaniu z poprzednimi tak wielkimi osadami, był raczej znikomy. Ludzie przemieszczali się nieśmiało po ubitym trakcie. Gdzieś z serca miasta wydobywał się gęsty dym, w którego wnętrzu, co jakiś czas błyskały drobne ogniki.
— Dzieciaki pewnie już gdzieś tu są — stwierdził Raff.
I wtedy zobaczył Okotto. Stał nieopodal przy łodzi, podrzucając monetę do góry, aby po chwili ją ponownie złapać. Za jego plecami Bliznooki ładował beczki na pokład. Raff ruszył szybkim krokiem w jego kierunku.
— Gdzie podziałeś moich przyjaciół? — rzucił ostro, stając przed Okotto.
Ten schwycił po raz ostatni monetę i wsunął ją do kieszeni kamizelki. Uwiesił tam po chwili kciuk jednej ręki, a drugą poprawił biały kapelusz.
— Zbłąkana Strzała jest szybsza niż reszta łodzi — odparł. W jego głosie rozbrzmiała duma. Kiwnął głową w stronę zabudowań. — Twoi znajomi poszli już do miasta.
Raff popatrzył na niego podejrzliwie.
— Przypadkiem Kiba nie miał ładować tych beczek? — zapytał, zerkając na człowieka z blizną na twarzy. Stawiał właśnie którąś już z kolei beczkę. Nie wydawały się pełne, bo czynił to z niebywałą lekkością. — W zamian za podwózkę.
Okotto podniósł wyżej rondo kapelusza, po czym oparł się łokciami na burcie. Skrzyżował przy tym oba buty.
— Darowałem im. Ten osiłek zrobi to szybciej. Musi zapracować na kurs powrotny.
— Gdzie są moi przyjaciele? — Raff uniósł głos.
Okotto się zaśmiał.
— Spokojnie, olbrzymie. Przecież mówię, że poszli do miasta.
— Jakoś ci nie wierzę.
— Nie chciałbym się wtrącać — podjął Eterey — ale może rzeczywiście są gdzieś w mieście. — Gdy Raff spiorunował go spojrzeniem, wskazał na wodę, gdzie niezmiennie kłębiły się chmury. — To może, chociaż schowajmy się gdzieś…
— No, słuchaj swojego znajomego — zasugerował Okotto. — Niebawem popada. A ja nie mam czasu na pogawędki. Wracam do
Kuady.
— Wracasz w taką pogodę? Coś mi tu nie pasuje. Tylko szaleniec wybierałby się w kurs powrotny, gdy zbliża się burza. — Raff spojrzał na ciemną ścianę wiszącą nad powierzchnią wody.
— Rozgryzłeś mnie — przyznał Okotto. Wyszczerzył zęby. — Szaleniec ze mnie.
— Moje ręce też są szalone. — Raff podszedł do burty, a wtedy dojrzał łuk gdzieś pod siedziskiem. — Poznaję ten łuk. Należy do
Altayi.
Przewoźnik obejrzał się przez ramię, zerkając na przedmiot. Wyszczerzył zęby.
— To na pewno ten łuk? Jesteś tego pewien? Nic w nim nadzwyczajnego. Chcesz, to go sobie weź. Mi tam nie jest potrzebny.
Zabandażowany nie odpowiedział, tylko odwrócił twarz w stronę przewoźnika i bez zastanowienia wbił pięść w kadłub. Kawałki deski wystrzeliły z trzaskiem na boki, po czym wpadły do wody z chlupnięciem.
— Coś ty najlepszego zrobił?! — wrzasnął Okotto, odskakując od swego oparcia. Bliznooki stanął w pionie, odstawiając beczkę. — Jak ja teraz wrócę?
Raff odszedł dwa kroki od dziury.
— Nie wrócisz, nim ja nie znajdę swoich przyjaciół.
— Pożałujesz tego! — zagrzmiał Okotto.
Olbrzym zbliżył się do niego na odległość jednego kroku.
Tamten wyraźnie poczuł się niekomfortowo, bo wycofał się nieco w tył, zerkając z ukosa na tkwiącego w bezruchu kompana.
— Ostrzegałem — przypomniał Raff. — Pamiętasz, co mówiłem, gdy wypływałeś? Jak teraz będzie nazywała się twoja łódź?
Okotto zerknął nerwowo na swój środek transportu.
— I jeszcze jedno. — Raff wysunął rękę do przodu, jednocześnie idąc.
Okotto wzdrygnął się, ale dzielnie pozostał w tym samym miejscu, czego nie można było powiedzieć o Bliznookim, który będąc na pokładzie, zbliżył się do burty.
— A to — powiedział Raff, zdejmując kapelusz z głowy przewoźnika — w razie, gdybym musiał szukać przyjaciół w deszczu. — Nałożył biały kapelusz na swoją głowę. Pasował prawie idealnie, nawet kolorem.
— To mój ulubiony kapelusz — pożalił się przewoźnik.
— A to jest moja ulubiona głowa — odparł od razu zabandażowany. — Nie lubię, jak moknie.
— Nie wiesz, z kim zadzierasz — ostrzegł Okotto, spinając mięśnie twarzy.
— Nie spinaj się tak, mały, bo coś ci jeszcze pęknie. Oby nie była to któraś kość.
Raff skierował się do zabudowań. Za nim podążył Eterey, zerkając jeszcze przez ramię.
— Szukaj ich, olbrzymie! — zawołał z tyłu Okotto. — Może znajdziesz więcej, niż byś chciał.
Zabandażowany zignorował go całkowicie.
— Jesteś pewien, że dobrze zrobiłeś? — zapytał wkrótce Eterey.
— Coś jest nie tak — przyznał Raff. — Powinni czekać na brzegu. Ja bym tam zrobił.
— Może długo to trwało i wybrali się do miasta. Może to my powinniśmy na nich zaczekać. Niebawem zacznie padać.
Minęli wielki wiatrak, który z bliska wydał się jeszcze większy. Drewniane łopaty podczas obrotu wydawały z siebie głuche stuki. Sparciały materiał dawno już nadawał się do wymiany, toteż silne podmuchy wiatru wcale nie pomagały w wydłużeniu jego żywotności.
— Jaki jest plan? — zagadnął Eterey.
— Odnaleźć Kibę i Altayę — odparł bez zastanowienia Raff.
Eterey odwrócił się przez ramię wyraźnie czymś zaniepokojony.
— Może przeczekamy gdzieś burzę, a młodzi się odnajdą?
— Nie zamierzam siedzieć i bezczynnie czekać. — Minęli człowieka z workiem na plecach. — Szukamy chłopaka z rozczochranymi włosami — zagadnął Raff, wskazując dłonią wokół kapelusza. — Powinna być z nim dziewczyna z łukiem. Przechodzili może tutaj?
Człowiek przystanął na chwilę.
— Nikogo takiego nie widziałem, ale poszukaj tam — odpowiedział, wskazując w kierunku gęstego dymu. — Ostatnio tam dużo się dzieje, więc może ich znajdziesz.
Raff odprowadził wzrokiem człowieka z workiem, kiedy silny podmuch wiatru strącił kapelusz z jego głowy. Pofrunął parę kroków do przodu, pacnął na piach i potoczył dalej.
— A jeśli oni utonęli? — wypalił niespodziewanie Eterey.
Ręka Raffa wystrzeliła ku niemu, zatrzymując palec na wysokości twarzy. Eterey podskoczył wyraźnie wystraszony. W pakunku na plecach coś zabrzęczało.
— Nawet tak nie myśl — warknął olbrzym. — Oboje żyją i znajdziemy ich prędzej czy później. Zrozumiałeś?
Eterey przełknął głośno ślinę.
— Już spokojnie. — Uniósł ręce na wysokość twarzy. — Palnąłem głupotę. Spokojnie…
Raff ruszył w stronę oddalającego się kapelusza. Złapał go, nim ten zdążył odfrunąć jeszcze dalej i umieścił we właściwym miejscu. Za nim w odległości kilkunastu stóp podążył nowy znajomy. Jego skrzywiona mina wyraźnie wskazywała zawstydzenie.
Niebawem minęli zakręt i ich oczom ukazała się druga część miasta, wśród której wyróżniał się budynek z piętrem. Jako jedyny tworzył idealny prostokąt z płaskim dachem. Gdzieś zza niego, a może nawet z jego korony, wydobywał się widoczny już od początku dym. Teraz migające w jego wnętrzu ogniki okazały się żarzącym jeszcze popiołem. W jednym z niewielu podłużnych okien stał czarnowłosy mężczyzna z zamkniętymi oczyma. Jego długie, opadające falami włosy sięgały torsu. Wzrok skierowany miał gdzieś daleko przed siebie, ponad wszystkie parterowe zabudowania.
— Myślisz, że są tutaj? — zagadnął Eterey.
— Przekonajmy się — odparł Raff, nie zmieniając kierunku marszu.
Stanęli przed zamkniętymi wrotami, mogącymi pomieścić w pełnej swobodzie trzech takich przerośniętych Raffów. Nie trzeba było nawet fatygować rąk do pukania, bo drzwi otwarły się same, a w progu stanął człowiek uzbrojony w pokryte dokoła zębami dwa miecze. Szczególną uwagę przykuł jednak nie wygląd broni, a jej posiadacza. Pierwszą rzucającą się w oczy różnicą był kolor skóry w odcieniu jasnego fioletu, do złudzenia przypominające sińce. Drugą zaś — wyrastające z boków łysej głowy, zagięte ku górze rogi. Nosił obcisłą szatę bez rękawów, skórzane spodnie związane pasem i ciężkie buty z zębami na nosach.
— Coście za jedni? — odezwał się niebywale grubym głosem, marszcząc przy tym szeroki nos oraz pozbawione włosów brwi. Zdecydowanie znajomy wydał mu się kapelusz okalający szczyt zabandażowanej głowy. — Nigdy was tu nie widziałem.
— Szukamy przyjaciół — poinformował Raff, nie odrywając wzroku od nieznajomego. — Chłopak z rozczochranymi włosami i dziewczyna z łukiem.
— Nie ma tu takich.
Raff dokładnie obejrzał gładkie lico budynku, zatrzymując wzrok na oknie, w którym niezmiennie tkwił czarnowłosy mężczyzna. Teraz ręce skrzyżował na piersi.
— W takim razie poszukamy gdzie indziej — oświadczył Eterey, ruszając w stronę miasta. Skutecznie zatrzymał go towarzysz, chwytając za wiszący na jego plecach przedmiot.
— Na pewno tędy nie przechodzili? — spytał Raff. — Nie sposób ich przeoczyć.
Mężczyzna wydał z siebie dziwny dźwięk, zbliżony do warczenia.
— Poszli tam — powiedział, wskazując jednym z mieczy w stronę dalszej części zabudowań.
— Jakoś w to nie wierzę.
— Nie obchodzi mnie, w co wierzysz.
Raff zacisnął pięści.
— Skąd masz ten kapelusz?
— Prosta wymiana — odparł zabandażowany. — Ty mi powiesz, gdzie są moi przyjaciele, a ja powiem, skąd mam ten kapelusz.
— A może ty mi powiesz, skąd masz ten kapelusz, a ja po prostu cię nie zabiję. Co ty na to?
— Spróbuj szczęścia.
— Przyprowadź ich, Żinoxie. — Rozległ się głos z góry. Każdy doskonale wiedział, do kogo należał. — Podoba mi się ten przybysz.
— Ma kapelusz Okotto — pożalił się rogaty mężczyzna.
— Tym bardziej chciałbym go poznać.
— Tego drugiego też wpuścić?
— Tak, przyprowadź obu.
Raff kiwnął głową w popędzającym geście. Żinox zacisnął szczękę ze słyszalnym zgrzytem zębów. Nie krył swojego niezadowolenia. Schował oba miecze za plecami, po czym zrobił miejsce do przejścia. Raff przeszedł obok niego, posyłając mu zwycięskie spojrzenie.
Zęby zgrzytnęły ponownie, także przekaz dotarł, gdzie powinien. Eterey z głośnym westchnięciem podążył śladem kompana. I chwilę później wrota zamknęły przejście. Rogaty człowiek poprowadził szerokim korytarzem w kierunku schodów wiodących na piętro. Pod sufitem wisiały małe światełka. Od ścian odbijał się tupot butów oraz dziwny odgłos przypominający uderzanie o siebie dwóch metali. Raff mimowolnie wspomniał olbrzyma dobijającego się do wrót Treelavy.
Dotarli do właściwego pomieszczenia. W rogu stał stół, na nim leżała otwarta księga oraz pióro. W miejscu, gdzie dotykało kartki, zostawiło atramentowy kleks. Nadpalone świece wypełniały pozostałą przestrzeń blatu. Wsunięte pod spód krzesło posiadało wyrzeźbiony w oparciu młot skrzyżowany z mieczem. Idealnie zasłane łoże i ułożone na nim poskładane ubrania świadczyły o charakterze czarnowłosego człowieka. Tkwił w niezmienionej pozycji przed oknem. Biała koszula nie posiadała żadnego, choćby najmniejszego zagniecenia. To samo czarne spodnie, w które była schowana.
Przybyli stanęli na środku pomieszczenia, czekając na rozwój wydarzeń. Jednak nic się nie działo. Raff wymienił spojrzenie z towarzyszem, po czym zaczął doszukiwać się czegoś niepokojącego. Nic takiego nie odnalazł, prócz słyszanych co chwila uderzeń metalu.
— Szukam przyjaciół — zaczął zniecierpliwiony.
Czarnowłosy mężczyzna w końcu wykonał ruch, odwracając się do przybyszów. Wyglądał na trzydzieści parę lat. Twarz miał pociągłą i gładką, a na środku czoła widniała pochyła blizna. Pod grubymi brwiami migotały jasne, nieruchome oczy. Jedną stronę szyi pokrywało dawne poparzenie znikające za białym kołnierzem. Splótł dłonie za plecami, zbliżając się do przybyłych. Okrążył ich ślimaczym tempem, nie zważając na śledzące jego poczynania spojrzenia. Zatrzymał się przed obliczem Raffa, który o całą głowę przewyższał go wzrostem. Ich wzrok się spotkał. Ten większy nie zamierzał odpuścić. Nieprzerwanie patrzył w mętne, nieruchome oczy nieznajomego człowieka. Zobaczył w nich swoje odbicie.
Gdy płynęli łodzią z Kuady, nawet nie przyszło mu do głowy znalezienie się w podobnej sytuacji. Zgodnie z umową w Taratok czekać na niego mieli Kiba i Altaya. Po przeprawie przez Wielką Wodę powinni kontynuować podróż na kraniec świata, do Kryształowego Lasu. Teraz kiedy nikt na niego nie czekał, nie wiedział, co robić. Nie dopuszczał do siebie myśli nieodnalezienia przyjaciół, ale w owej chwili wykiełkowało pierwsze ziarenko zwątpienia. Co, jeśli ich nie znajdzie? Sam będzie kontynuował wędrówkę? Ta dwójka młodzików w niedługim czasie stała się dla niego kimś naprawdę ważnym. Nic nie pamiętał ze swojej przeszłości, nie wiedział, skąd pochodzi, czy ma rodzinę, czy kogoś bliskiego, ale to właśnie Kiba i Altaya stali się jego rodziną. Mimo tego, że wcale nią nie byli, to oni stanowili teraz sens jego istnienia.
Mętne oczy, odbijające jego zabandażowaną postać w białym kapeluszu, w pewnej chwili wywołały nieznany dotąd niepokój. Przecież wcześniej nie czuł strachu, nie bał się stawić czoła nawet potężnym Yureterom, a nawet Lantrii — pradawnemu demonowi. Teraz oto stojący przed nim człowiek swoim spojrzeniem wywołał dziwny niepokój. Widziana w mętnym lustrze osoba w bandażu pociemniała, nabrała jeszcze większej masy, a szczelina pozostawiona na usta się poszerzyła, rozrywając materiał. Niepokojący chłód przeszył ciało stojącego Raffa i w jednej chwili zobaczył przed sobą zacienioną komnatę bez okien. W rogu migotało mdłe światło świecy. Zamrugał parokrotnie, próbując złapać ostrość. Dostrzegł zaokrąglone kształty wygładzonych ścian. Nie były wymurowane, a sprawiały wrażenie wydrążonych w jednolitej powierzchni skały. Wprawne ręce wyżłobiły w nich setki linii, które przecinając się ze sobą, imitowały prostokątne kształty. Raff spojrzał w jedną stronę, gdzie stało lustro o nieregularnych kształtach. Odwrócił głowę w drugą stronę, a tam w cieniu pomieszczenia poruszyła się postać w białej szacie.
W miejscu skrytej w mroku głowy mignęły ślepia i dało się wyczuć emanujący od niej chłód. Postać poruszyła ręką, nawet w nikłym świetle jednej świecy, mającą odcień mąki.
Nagle Raff spiął całe ciało, drgnął, leżąc na zimnej podłodze, po czym poderwał się do pionu niesiony niewidzialnym dotykiem. Był lodowaty, przeszywający wszystkie kości aż do szpiku, momentami sprawiający niewyobrażalny ból. Dotyk rozszedł się po kończynach, by po chwili skumulować się wyłącznie na głowie. Niematerialne palce zacisnęły się dokoła, wbijając do wnętrza umysłu tysiące niewidzialnych igieł. Raff szarpnął ciałem, próbując zerwać połączenie, zacisnął pięści najmocniej, jak tylko potrafił, słysząc przy tym chrzęst. Tak jakby któraś z kości pękła od nacisku. Postawił krok w kierunku ściany, kiedy niewidzialne dłonie zacisnęły się jeszcze mocniej. Niesamowity ból rozlał się na wszystkie członki. Raff chciał krzyknąć, lecz nie potrafił wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Zacisnął zęby, potem oczy, zaparł się i wystrzelił przed siebie jak z katapulty, wyrywając się spod lodowatych palców. Rozbił ścianę, wylatując na zewnątrz, prosto w biel. Nawet nie zorientował się, gdzie właściwie jest, a już rąbnął o ziemię z całą swoją masą. Przetoczył się po nierównościach, poderwał do pionu i pędem pognał przez mgłę, wkrótce docierając do bezlistnych drzew. Sterczały jedno obok drugiego, dlatego często obijał się o ich pnie. Biegł co sił w nogach, bez świadomości, nie myśląc o niczym. Krajobraz zmieniał się jak w kalejdoskopie. Raz migały drzewa, raz skały, raz była noc, raz dzień, aż w końcu przed nim rozlała się ogromna przestrzeń wodna. Nie zatrzymał swoich nóg, nie zwolnił, a wbiegł prosto na krawędź urwiska. Stracił grunt pod nogami, przeciął powietrze, a po chwili otoczyła go zimna woda. Zawirował pod powierzchnią niesiony razem z falami, aż poczuł silne uderzenie i zobaczył ciemność.
Raff odzyskał świadomość i zamiast ciemności, ujrzał przed sobą mętne oczy. Mężczyzna zerwał połączenie wzrokowe, przenosząc je na Eterey’a. Zabandażowany zamrugał, oglądając od razu pomieszczenie. Wrócił do rzeczywistości. Jednak, co właśnie miało miejsce? Co mu zrobił tajemniczy człowiek? Gdzie przed chwilą był? Wróciły mu skrawki wspomnień czy zobaczył swoją przyszłość? Rozmyślania przerwał nerwowy głos kompana podróży.
— I czego tak się gapisz?
Mężczyzna z mętnymi oczami się uśmiechnął.
— Ciekawe — powiedział, odchodząc pod okno.
— Pan Gaarv nie widzi — poinformował Żinox.
— Jak to? — Eterey nie krył zdziwienia.
— Co mi zrobiłeś? — rzucił Raff, czując narastający gniew. W wyniku minionej wizji nieświadomie zacisnął pięści.
— Nic tobie nie zrobiłem — odparł Gaarv.
— To, co to było? — Spojrzał na towarzysza. — Tobie też to zrobił?
Eterey zniżył brwi, wyraźnie nie wiedząc, w czym rzecz.
— Patrzył na mnie… Ale przecież on i tak nic nie widzi… Mam rację?
Mężczyzna się zaśmiał. Cały czas stał przodem do okna, dłonie zaś splecione miał za plecami.
— Nie widzę od dawna — oznajmił Gaarv. Podniósł rękę, a drugą zsunął rękaw do łokcia, pokazując poparzoną skórę. — Lata temu cudem uniknąłem śmierci w pożarze. Tak długo patrzyłem na ogień… Tamtego dnia straciłem wzrok, ale zyskałem coś innego. — Opuścił dłonie i splótł z powrotem za plecami. — Dostrzegam duszę.
— Brednie — prychnął Eterey.
— Powiedział złodziej.
Ten wzdrygnął się. Raff zerknął na niego z ukosa, żeby nie stracić z pola widzenia tajemniczego człowieka.
— Zobaczyłeś moją duszę? — Wrócił wzrok na Gaarva.
— Można tak powiedzieć. Pierwszy raz widziałem coś takiego. Człowiek, a jednocześnie nie. Dwie dusze nieprzerwanie ze sobą walczące. Pan Mazzot chętnie się tobie przyjrzy.
— Kto taki? — zdziwił się Raff.
— Niedługo go poznasz, cierpliwości.
— Nikogo nie będę poznawał! — warknął Raff. — Szukam przyjaciół. Są tutaj? Chłopak i dziewczyna, łuczniczka. Niedawno przypłynęli z Okotto, Zatopioną Strzałą. — Ostatnią nazwę wypowiedział z odczuwalną nutą kpiny.
— Zatopiona Strzała. — Gaarv się zaśmiał. — Stąd masz ten kapelusz. Wreszcie ktoś utarł mu nosa. Należało mu się.
— A żebyś wiedział. — Raff dał krok do przodu. — Są tu?
— Niewielu tutaj mieszkańców.
— Czyli jakby przechodziło tędy dwoje młodych ludzi, na pewno nie dałoby się ich przeoczyć?
— Zapewne.
— Nie ukrywasz ich gdzieś tutaj? — Usłyszał kolejne uderzenie metalu. — Co to za hałas? I co to za dym na zewnątrz?
— Oprócz was, nikt dzisiaj tutaj nie wszedł.
— Nic tu po nas — stwierdził Eterey. — Musimy iść poszukać gdzie indziej.
— Nie wypuszczę was — poinformował Gaarv.
— Wyjdziemy sami — odparował Raff.
Mężczyzna obrócił się na pięcie, stając przodem do obecnych. Jego mętne oczy ponownie wzbudziły niepokój, ale tym razem u obu przybyłych. Jednak z daleka nic w sobie nie odbijały, a tym samym nie wywoływały niepokojących wizji.
— Chodźcie, coś wam pokażę — powiedział, ruszając w stronę drzwi. Niby był niewidomy, ale dotarcie do drzwi nie sprawiło mu najmniejszego problemu. Szarpnął klamką, otwierając je na oścież. Opuścił pomieszczenie.
Raff trącił kompana, zastanawiającego się, czy iść, czy jednak zostać. Westchnął i wreszcie wyszedł na korytarz. Zabandażowany podążył za nim, bacznie obserwując poczynania rogatego mężczyzny, który zamknął pochód. Gaarv kroczył pewnie przed siebie ani razu nie zawadzając o żadną przeszkodę. Wręcz spłynął po jednych schodach, potem drugich.
Słyszalny od początku metaliczny hałas nasilał się z każdym niższym piętrem. Dotarli do pancernych drzwi z uwydatnionym młotem i mieczem, takimi samymi jak na krześle z pomieszczenia powyżej. Żinox wystąpił przed szereg i pchnął wrota z widocznym grymasem. Zawiasy zgrzytnęły i do korytarza wlało się ciepło uzupełnione głośnym stukaniem w metal.
Oczom przybyłych ukazała się podziemna jaskinia wypełniona poświatą pochodzącą od dwóch wielkich kotłów. Grupki mężczyzn i kobiet wykuwały właśnie oręż. Uderzenia młotem w rozgrzaną stal odbijały się echem od skalnych ścian. Kilku pobratymców rogatego człowieka krążyło po kamiennych pomostach, doglądając pracy.
— Teraz wiecie, dlaczego w mieście nie ma zbyt wielu ludzi — wyjaśnił Gaarv. — Mieszkańcy pracują tutaj. Przetapiają metal na broń. Właśnie dlatego Taratok nazywają także Miastem Stali.
— Po co wam tyle broni? — zdziwił się Eterey, zerkając na ułożone na kamiennych stołach rzędy mieczy.
— Posłużą do walki z przyszłym wrogiem.
— Jakim wrogiem? — Raff niepostrzeżenie wsunął dłoń do kieszeni płaszcza, próbując wewnątrz niej nałożyć rękawicę. Nie mógł pozwolić sobie na publiczne ubieranie. — Z kim zamierzasz walczyć?
Mężczyzna z mętnymi oczami ruszył po schodach w dół pokaźnej jaskini. Gorąc panujący wewnątrz mimowolnie skrapiał skórę potem. Jednak bandaż na ciele Raffa pozostał całkowicie suchy, co zwróciło uwagę gospodarza.
— Odpowiada tobie taka temperatura? — zapytał.
— Z kim zamierzasz walczyć? — powtórzył Raff, wciąż walcząc z rękawicą w swej kieszeni.
— Chyba nie sądzisz, że jestem w stanie walczyć. — Gaarv się zaśmiał. — Jak miałbym walczyć z przeciwnikiem, którego nie widzę? Poza tym nigdy nie walczyłem. Nie potrafię. Mazzot doskonale wie, do czego mu ta broń.
Minęli pierwszą grupkę pracujących ludzi. Jeden z nich uderzał ciężkim młotem w rozgrzaną stal, formując długi miecz. Drugi chłodził właśnie w wodzie kolejny, a trzeci z nich układał nową dostawę na jednym z licznych, kamiennych stołów. Nieopodal grupka chudych mężczyzn wyłupywała coś w skale. Dalej, przy ogromnym kotle, spod którego buchał wielki ogień, pracowało dwóch ludzi w brudnych szatach. Jeden miał niebywale odstające uszy w parze z pokaźnym czołem, drugi zaś rozszalałe oczy i wąs pod nosem. Raff skądś ich kojarzył. Gdzieś musiał już ich widzieć. Pierwszy z nich ładował w wiadra czarne bryły tylko po to, by przynieść je temu drugiemu i wspólnie wrzucić w ogniste czeluści. Dokarmiony płomień zafalował dumnie wokół ogromnego naczynia, sycząc przy tym z zachwytu.
— Pracują z własnej woli, czy ich zmusiłeś? — zapytał Raff.
— Wszyscy spłacają swój dług — odparł gospodarz. — Mieszkańcy tak zapracowują na jedzenie, a pozostali odpracowują przeprawę przez Wielką Wodę.
Raff stanął w miejscu.
— Gdzie są moi przyjaciele? — zagrzmiał. — Przypłynęli tutaj z Okotto, więc odpracowują przeprawę. Gdzie są?
Gaarv się zaśmiał, stając przodem do pozostałych.
— Tutaj są ci z dzisiaj. — Wskazał gdzieś w bok, gdzie pracowała grupka ludzi. — Jak widzisz, żadne z nich nie pasuje do twojego opisu. Nikt nie ma rozczochranych włosów i żadnej łuczniczki wśród nich raczej nie znajdziesz. Nie wzbogaciliśmy się w żaden łuk.
Eterey cofnął się nieco w tył, stając na krawędzi ścieżki. Odłamek skalny spod jego buta spadł, odbijając się echem od ścian poniżej. Wyjrzał poza krawędź, dostrzegając dalekie dno, otoczone dokoła ścianami.
— Dlaczego to robisz? — Raff zacisnął pięści.
Żinox wydobył zza pleców swoje dwa miecze. Grupka krążących gdzieś wcześniej rogatych pobratymców okrążyła nieznajomych. Metaliczny hałas zniknął, gdyż wszyscy zaprzestali swoich prac, obserwując zajście.
— Każdy ma swój cel — odparł człowiek o mętnych oczach. — Nigdy o niczym nie marzyłeś? A ty? — zwrócił się do Eterey’a. — Ty też nie masz celu?
— Wracam do ukochanej — odpowiedział muzykant, rozglądając się nerwowo po uzbrojonych rogaczach. — Nie chcemy walczyć. Wypuść nas.
— Hm… Niestety nie mogę tego zrobić. W sumie ciebie mógłbym wypuścić, ale poznałeś moją tajemnicę.
— Gdzie jest Kiba?! — Raff ruszył do przodu.
Wyjął niebieską rękawicę z kieszeni, jednocześnie omijając zębate ostrze. Ominął stojące obok korytko z rozgrzaną stalą, z której wystawał trzon miecza. Pech chciał, że natrafił na but przeciwnika. Zahaczył o niego swoją ponadprzeciętnej wielkości stopą, zatoczył się, tracąc równowagę, a wtedy Żinox, wykorzystując chwilę, wymierzył mu cios podeszwą prosto w rękę trzymającą cudowne odzienie. Niebieska rękawica wypadła z dłoni zabandażowanego. Ten zatoczył się ponownie, lokalizując jej położenie. Znowu ominął zębate ostrze i sięgnął po rękawicę. Już prawie ją nałożył, kiedy mimowolnie podniósł wzrok do góry, natrafiając na mętne spojrzenie. Ponownie dziwny dreszcz spiorunował jego całe ciało, blokując ruchy. I wtedy pojawił się Żinox.
Raff poczuł szarpnięcie i zanim odzyskał kontrolę nad swoim ciałem, wyleciał poza krawędź skalnej podłogi. Widział, jak oddala się od stojących na górze napastników. Nim zaczął spadać, zdążył jeszcze dostrzec swoją rękawicę, która trawiona ogniem, znikała coraz bardziej w korytku z rozgrzaną stalą. Okrycie dłoni, które pozwalało dorównać sile demonom i wielkim Yureterom, przepadło w taki sposób. Cudowna rękawica spłonęła w okamgnieniu. Natomiast Raff oddalał się coraz bardziej i bardziej, aż poczuł silne uderzenie. Świat zadrżał i nastała ciemność.
Rozdział III Płomień życia
Altaya podskoczyła, otwierając oczy. Minione wydarzenia okazały się jednak rzeczywistością. To nie był sen, chociaż bardzo by tego chciała. Taki koszmar, który znika wraz z wybudzeniem. Nie tym razem. Wciąż znajdowała się w grocie, a obok niej niezmiennie leżał nieprzytomny Kiba. Jedyne co się zmieniło, to pora dnia. Noc wymieniła się z dniem, a po ulewie zostało tylko mokre wspomnienie. Z roślin skapywały pojedyncze krople wody. Słońce nie zaszczyciło swą obecnością. Chłód poranka momentalnie wlał się do wnętrza azylu, aż nieprzyjemny dreszcz zmroził ciało dziewczyny. Drgnęła, czując dyskomfort. Przetarła oczy, po czym zwróciła się ku chłopakowi. Odwróciła go na bok i odsłoniła ranę. Nie krwawiła, ale nie to było istotne. Rana skleiła się samoistnie, zostawiając tylko linię łączenia.
Oczy Altayi zaszkliły się łzami, a jedna z nich spłynęła po policzku. Właśnie takiego pozytywnego impulsu tego dnia potrzebowała. Skoro rana wyglądała lepiej, zdolności nie zniknęły całkowicie. Albo wróciły w pełni, albo została jakaś cząstka niepozwalająca umrzeć. Być może to była tylko chwilowa słabość, wywołana powrotem wilka. Obraz cienia spowijającego ciało Kiby powrócił do głowy dziewczyny. Znowu drgnęła, ale tym razem nie z zimna. Żeby nie wracać do tego wspomnienia, ułożyła chłopaka z powrotem na plecach, a następnie rozejrzała się po jaskini.
Jasność dnia, choć pozbawiona słonecznego blasku, wystarczyła do ukazania innego oblicza pomieszczenia. Niezbyt głębokie oczko wodne odbijało w sobie sklepienie oraz otwór wejściowy. W jednym kącie leżało kilka suchych patyków idealnie nadających się do rozpalenia ognia. Widocznie Altaya nie była pierwszą osobą odwiedzającą to miejsce. Żadnych świeżych śladów jakiejkolwiek obecności nie dojrzała, więc pospiesznie przeniosła rozpałkę w miejsce nocnego ogniska i zwinnie rozpaliła kolejne.
Przyjemne ciepło wijącego się płomienia zaczęło muskać wychłodzoną skórę dziewczyny. Zdjęła z siebie mokre ubrania i rozłożyła przed ogniskiem, a towarzysza podciągnęła możliwie najbliżej, licząc na wysuszenie również jego ubrań. Nie wiedziała, czy zdjęcie z niego szat nie wychłodzi go bardziej niż pozostawienie mokrych na ciele, dlatego wybrała taką opcję. W nocy nie miały, kiedy wyschnąć. Przemyła mu tylko twarz. Potem odwinęła bandaż na ramieniu. Pamiątka po kłach wilka nie zmieniła wyglądu. Mimo to przetarła ślad, namoczyła bandaż i ułożyła obok ubrań. Następnie uklękła w samej bieliźnie nad lustrem wody. Zobaczyła w nim swoje odbicie. Zmierzwione, zapiaszczone włosy wyglądały okropnie. Do tego brudna twarz. Niby przebywała na deszczu, ale krople nie zmyły z niej całego brudu. Ujęła wodę w złożone dłonie i ugasiła pragnienie, a następnie przemyła twarz. Była tak przemarznięta, że chłód wody nie zrobił na niej większego wrażenia. Wzięła odrobinę wody w złożone dłonie i zaniosła Kibie. Nie łudziła się, że wypije, ale polała mu po ustach, licząc na chociaż jedną kroplę, która trafi, gdzie trzeba. Wytarła nadmiar ściekający po bokach. Posiedziała chwilę obok, przyglądając się jego nieruchomej twarzy. Westchnęła, po czym wróciła nad oczko.
Upewniwszy się, że nikt jej nie obserwuje z zewnątrz, zdjęła z siebie bieliznę i weszła do źródełka. Spłukała z siebie cały piasek, łącznie z tym we włosach. Potem wróciła do ogniska. Dorzuciła kolejne patyki, żeby zwiększyć moc grzewczą. Siadła najbliżej, jak tylko zdołała, przysunęła nogi do piersi i objęła je ramionami. W takiej pozycji poczekała, aż ubrania całkowicie wyschną, po czym nałożyła je na siebie. Nie chciała zostawiać Kiby, żeby szukać gdzieś pożywienia lub nawet jakichś ludzi. W każdym bądź razie musiała to zrobić, bo nie wiedziała, ile czasu spędzi w jaskini, a pusty żołądek w niczym nie pomoże. Skoro rana zaczęła się goić, poczuła się nieco spokojniejsza.
— Muszę na chwilę wyjść — powiedziała, klękając obok Kiby. Zawinęła ramię na powrót suchym bandażem, zakrywając wspomnienie wilka. Powiodła palcami po wysuszonych już włosach chłopaka. Potem zjechała na twarz i pogładziła policzek. — Wyjdziesz z tego. Będzie dobrze. Cały czas będę przy tobie.
Poczekała dłuższą chwilę z nadzieją odpowiedzi, lecz usłyszała tylko trzeszczące palenisko. Zebrała swoje włosy w dłonie i odrzuciła w całości na plecy. Nie wyschły jeszcze całkowicie, dlatego ułożyły się w jeden pas. Długo wpatrywała się w spokojną twarz nieprzytomnego Kiby. Nachyliła się i złożyła na jego ustach pocałunek. Od dawna pragnęła takiej bliskości. Nie tak wyobrażała sobie tę chwilę. Ich pierwszy pocałunek powinien wyglądać zupełnie inaczej. Nie pod wodą, gdy wdmuchiwała mu powietrze, ani teraz gdy leżał nieprzytomny. Marzyła o spokoju, łonie natury, bezchmurnym niebie oraz zapachu kwiatów. Będąc jeszcze dzieckiem, parokrotnie zastanawiała się, jak to jest kogoś całować. Do tej pory nie miała okazji tego spróbować. I w sumie w żaden sposób tego nie żałowała.
Pomimo kąpieli w morskiej wodzie, minionego deszczu i chłodnej jaskini, jego wargi były ciepłe, tak samo, jak reszta ciała. Oczy dziewczyny samoistnie podeszły łzami, ale żadna z nich nie spłynęła. Zdołała się powstrzymać. Wiedziała, że płacz w żaden sposób jej nie pomoże, a wręcz przeciwnie. Rozklejanie się w obecnej sytuacji nic by nie wniosło, a tylko spotęgowało nagromadzone emocje.
— Niedługo wracam — szepnęła, podnosząc głowę, a potem gładząc policzek Kiby.
Opuściła miejsce schronienia. Zamrugała parokrotnie drażniona jasnością dnia. Mimo wszechobecnych chmur na zewnątrz i tak było jaśniej niż w jaskini. Dlatego oczy musiały się przyzwyczaić. Altaya nie stała długo, nie chcąc przebywać poza grotą dłużej, niż to konieczne. Musiała znaleźć jakieś jedzenie i wrócić do Kiby. Nie miała łuku, noża, nic. Pozostawały dary lasu. Nie polowała, także i tak nie zrobiłaby pożytku z żadnej broni.
Szybkim krokiem minęła kilka drzew. Stanęła nieruchomo, nasłuchując otoczenia. Zastanowiła się przez chwilę, czy widziany w nocy Yureter rzeczywiście był tylko wytworem jej wyobraźni, czy czekał gdzieś przyczajony w lesie, oczekując na okazję do ataku. Chociaż to mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę jego rozmiary i siłę, to musiała mieć pewność. Jej serce przez chwilę zabiło mocniej, gdy gdzieś w krzakach zaszeleściło. Spięła ciało, poruszając nerwowo oczami. Prędko oceniła rozmiary zarośli, dopasowując ich wielkość do gabarytu Yureterów. Gdyby się postarał, mógłby się za nimi schować. Przełknęła więc ślinę, dając pierwszy krok. Narastający oddech wcale nie pomagał w zachowaniu anonimowości. Podobnie jak w nocy i teraz mógł ją zdradzić. Zatrzymała więc powietrze w płucach, zamieniając głośny oddech na dudnienie w uszach, po czym zbliżyła się do krzaków na wyciągnięcie ręki. Niepewnie, prawie drżącym ruchem, wysunęła dłoń do przodu, a wtedy z zarośli wyleciał spłoszony ptak. Zaskrzeczał, jakby w pożaleniu się na zakłócanie spokoju i odfrunął, trzepocząc skrzydłami.
Altaya drgnęła przestraszona, odprowadziła zwierzaka wzrokiem ponad las, a potem odetchnęła z ulgą. Serce, nim zdołało się całkowicie uspokoić, łomotało jeszcze kilka długich chwil. Dziewczyna, upewniwszy się, co do braku zagrożenia wewnątrz zarośli lub poza nimi, obrała wcześniejszy kierunek. Stąpała szybko, rozglądając się przy tym na wszystkie strony świata, poszukując czegoś nadającego się do zjedzenia, bądź czegoś niepokojącego, mogącego być zagrożeniem. Wiele wydarzyło się w minionych dniach, dlatego podwoiła swoją czujność. Nie potrzebowała więcej takich wrażeń. Te wyczerpały swój limit, raczej już dożywotnio.
Nagle stanęła, widząc ponad lasem dym. Czarne, gęste kłęby pięły się leniwie, podłużną falą ku niebu.
Coś musiało się stać — pomyślała.
Jednakże nie miała czasu ani odwagi tego sprawdzać. Musiała pozostać jej nadzieja, iż nikomu nic złego się nie stało i poradzą sobie bez jej pomocy. Opuściła wzrok, a wtedy coś sobie uświadomiła. Obejrzała pospiesznie wszystkie drzewa rosnące wokół niej. Wcześniej nie zwróciła na to uwagi, lecz teraz była wręcz pewna swojego odkrycia. Nie była na Wyspie Ziemi. Stała na drugim lądzie, tym, na który zmierzała.
To jest Wyspa Ognia.
Uśmiechnęła się delikatnie, znajdując w sobie iskierkę radości.
W tym wszystkim przynajmniej znaleźli się po drugiej stronie Wielkiej Wody. Jednak popłynęła w dobrą stronę, tam gdzie powinna. Teraz to wiedziała, bo wszystkie drzewa wokół niej były dużo mniejsze, niż te napotykane na Wyspie Ziemi. Z pominięciem Lasu Forenarskiego, rzecz jasna, który był niepowtarzalny. Nie łudziła się na spotkanie na swej drodze drugiego, tak wysokiego lasu. A skoro była tam, gdzie powinna, musiała tylko zrobić, co może, żeby wyleczyć Kibę. Tylko go obudzić, sprawić, by jego rana zniknęła i nakarmić. W jednej chwili odrobina radości uleciała jak pył na wietrze. Jeśli czegoś nie znajdzie do jedzenia i nie wymyśli jak nakarmić chłopaka, to obecność na Wyspie Ognia nic nie da. Wędrówkę kontynuować będzie musiała w pojedynkę. Aż wzdrygnęła się na samą myśl. Nie chcąc dłużej rozmyślać nad tym, czego za nic w świecie by nie chciała, ruszyła przed siebie.
Rozglądała się na boki, zaglądała za drzewa, krzaki, aż znalazła rosnące dziko jagody. Latami studiowała wszystkie księgi w świątyni, dlatego wiedziała, które rośliny są trujące, a które zjadliwe. Miała szczęście, bo trafiła na te drugie. Przysiadła pod krzakiem, zrywając pierwszy owoc. Poczuła niesamowitą słodycz wypełniającą podniebienie. Wreszcie odzyskała apetyt i zaczęła łapczywie zrywać kolejne jagody. Wtedy znowu wróciły te najgorsze myśli. Nie chciała ich zatrzymywać, robiła wszystko, by wypędzić je najdalej, jak tylko zdoła, ale bezskutecznie. Czarne smugi wiły się wokół jej umysłu niczym węże, co chwila kąsając w czuły punkt. Nawet słodycz owoców nie sprawiała już żadnej przyjemności. Dlatego Altaya zacisnęła mocno oczy, przywołując wspomnienie.
Siedząc na huśtawce, wznosiła się w górę i opadała za chwilę w dół. Dwie plecione liny, dowiązane do gałęzi starego dębu, solidnie trzymały wystrugane siedzisko.
— Jeszcze wyżej, Sugu! — wołała. Gdy wznosiła się ku górze, za każdym razem wyciągała dłoń, chcąc złapać słońce.
Mężczyzna chwycił za siedzisko i pchnął naprzód, potem znowu i znowu, aż oparł się o pień, próbując uspokoić oddech.
— Wystarczy już, księżniczko.
Altaya najchętniej bujałaby się cały dzień, ale widziała zmęczenie malujące się na twarzy starca. Gdy huśtawka znacznie zwolniła, zeskoczyła z niej, lądując na kolanach. Pospiesznie je otrzepała i podbiegła do Sugu. Uśmiechnął się do niej i ujął jej dłoń w swoją.
Idąc za rękę, weszli do świątyni. Przeszli korytarzem, docierając do wielkiej sali z filarami. Gdy tylko się pojawili, podeszła Doi. Jej mina nie wyglądała na zadowoloną.
— Muszę iść na ważną rozmowę — powiedział od razu Sugu, głaszcząc główkę dziewczynki. — Nie możesz przy niej być.
— Dlaczego? — zdziwiła się. Do tej pory nie było między nimi żadnych tajemnic.
— Ta rozmowa jest… jest… — Jego głos zadrżał. — Jest zbyt trudna. Chodź, zaniosę cię do biblioteki. — Nachylił się, chcąc ją podnieść, lecz ona zaprotestowała.
— Nie chcę.
Sugu ukląkł przed Altayą.
— Doskonale cię rozumiem, ale dorośli mają swoje sekrety.
— Ale wcześniej nie mieliście. Dlaczego nie mogę zostać? Nie może to być nasz wspólny sekret?
Starzec zerknął na górującą nad nim Doi. Kobieta pokręciła głową. Westchnął głęboko.
— Chodź, poszukasz czegoś ciekawego w księgach.
— Ale ja nie chcę — zaprotestowała.
— Proszę cię, księżniczko. Porozmawiamy chwilę i wrócę po ciebie. Obiecuję. Są rozmowy, których dziecko nie może słyszeć. To właśnie taka rozmowa. Wiem, że nigdy wcześniej tak nie było, ale to jeden, jedyny raz. Obiecuję. Więcej takich sekretów nie będzie. Może być? — Trącił ją w brodę.
Altaya bez słowa opuściła salę, kierując się korytarzem w stronę zakrętu. Słyszała stawiane za plecami kroki, więc Sugu poszedł za nią. Skręcili w prawo, potem lewo i weszli do biblioteki. Cztery ściany kwadratowego pomieszczenia zajmowały półki. Wszystkie wypełnione były różnej grubości księgami lub zwojami. Altaya niechętnie usiadła do stołu. Skrzyżowała ręce na piersi i za nic w świecie nie zamierzała nawet spojrzeć na Sugu. Skoro zamierzał mieć przed nią jakieś tajemnice, nie chciała na niego patrzeć. Obraziła się i to nie na żarty. Oprócz patrzenia postanowiła jeszcze nie rozmawiać.
Starzec sięgnął po jedną z ksiąg, przekartkował i położył przed dziewczynką.
— Myślę, że to odpowiednia chwila na zapoznanie się z tym. Przyda ci się niebawem. — Altaya wcale nie zareagowała. Patrzyła w podłużne okienko usytuowane pod sufitem. — Obraziłaś się na mnie?
Dziewczynka fuknęła, zamykając oczy. Nie zamierzała z nim rozmawiać. Skoro chciał mieć sekrety, to niech sobie je ma. Sugu zaczął gładzić głowę Altayi, ale ona odsunęła się nerwowo, z grymasem na twarzy. Starzec westchnął, po czym wyszedł z pomieszczenia. Altaya słysząc oddalające się kroki, upewniła się, czy została sama. Potem zerknęła na otwarte strony księgi. Zobaczyła tam malunek łuku, strzał oraz opis wykonania. Odsunęła z nerwem lekturę i podparła brodę na rękach. Co chwila zerkała ukosem na wyjście z biblioteki. Nogi pod krzesłem latały jak szalone. Najpierw stukały o krzesło, potem uderzały o siebie, a na koniec huśtały się na przemian, w przód i tył.
Tak nie może być — pomyślała.
Zeskoczyła z krzesła, żeby na palcach podejść do futryny. Wyjrzała na korytarz, nie dostrzegając nikogo. Wstrzymała oddech. Nie chciała nawet oddychać, bo mogłaby zdradzić swoje położenie. Niezauważona przemknęła przez jeden korytarz, potem drugi. Wyjrzała zza ściany, będąc już prawie przy sali z filarami. Tam usłyszała głosy. Serce zaczęło jej walić jak szalone. Nigdy wcześniej nie musiała się skradać, no chyba, że dla zabawy. Tym razem to nie była zabawa. Coś się stało. Tylko co?
Zamierzała już wyjść zza rogu i zbliżyć się bardziej, kiedy z sali wyszedł Sugu, Doi, a wraz z nimi ktoś nieznajomy. Miał na sobie dwuczęściową, luźną szatę z długimi rękawami. Idąc, podpierał się na powyginanym kiju. Jego nieco wygiętą twarz skrywały liczne, rdzawe cętki. We trójkę przeszli korytarzem, zatrzymując się na jego końcu. W pewnym momencie nieznajomy odwrócił głowę w stronę kryjówki Altayi. W porę zdążyła zareagować, znikając za rogiem. Jej oddech mocno przyspieszył, a serce omal nie wyskoczyło z piersi.
Zobaczył mnie — pomyślała, jednocześnie analizując możliwe opcje ucieczki.
Mogła wrócić do biblioteki i udawać, że nic się nie stało, schować się w innej sali lub pozostać. Wybrała trzecią opcję. Może wcale jej nie zobaczył. Schowała się szybko, więc wcale nie musiał jej widzieć. Był stary, także nie musiał mieć dobrego wzroku. Z takim nastawieniem przykleiła policzek do ściany. Czując chłód powierzchni, wyjrzała jednym okiem. Nieznajomy człowiek z kijem opuścił już świątynię i oddalał się coraz bardziej. W wejściu niezmiennie tkwili Sugu i Doi.
— Możesz już wyjść, księżniczko — odezwał się Sugu.
Altaya drgnęła, a jej ciało przeszedł dreszcz. Skąd on wiedział? Przecież doskonale się ukryła, a starcy nie widzą z daleka. Musiał zauważyć ją tamten przybysz. Wzięła głęboki wdech, po czym opuściła kryjówkę. Z każdym stawianym krokiem coraz bardziej ogarniał ją strach. Najpierw dziwne zachowanie Doi, potem sekret Sugu, a na koniec nieznajomy człowiek w jej domu. O co tu w ogóle chodziło? Było tak dobrze, aż do tej chwili. Do tej pory nie było żadnych tajemnic. Do dzisiaj nie musiała się bać reakcji swoich opiekunów. Co więc się stało, że tak to wszystko teraz wyglądało? Zrobiła coś złego? Źle się zachowywała, czy powiedziała coś nieodpowiedniego? Starała się być grzeczna, nie sprawiać żadnych kłopotów. Wiedziała, że Sugu i Doi do najmłodszych już nie należeli, więc pomagała im jak najwięcej. Chciała odciążyć ich w możliwie największej ilości zajęć, nawet próbowała coś ugotować, czy zbierać drewno w lesie. Dlaczego więc mieli takie miny? Nie wyglądali na złych, a raczej…
— Jesteście smutni? — zapytała, stając przed ich obliczem.
— Najlepiej będzie, jeśli to ja jej powiem — zadeklarował Sugu.
— Ale co? — spytała dziewczynka. — Co się dzieje?
— Chodź. — Sugu ujął jej dłoń i poprowadził korytarzem do zakrętu, gdzie skręcili w lewo.
Altaya szła w milczeniu, zerkając co jakiś czas na staruszka. Cierpliwie czekała na jakieś wyjaśnienia. Pokonali kilkanaście wykutych w kamieniu schodów, potem przeszli jasnym korytarzem, docierając do końcowego pomieszczenia. Nie było w nim nic, prócz płonącego w ścianie płomienia. Starannie przygotowany do tego celu otwór zajmował sporą część ściany.
— Niedługo będę musiał odejść — zaczął Sugu. — Jeszcze nie dzisiaj, ale wkrótce.
— Dokąd? — zdziwiła się dziewczynka. — Dokąd chcesz odejść?
— Jestem chory i niedługo odejdę…
— Pójdziesz szukać leku, tak? Zabierz mnie ze sobą. Pomogę.
Starzec pokręcił głową.
— Tę podróż muszę odbyć sam. Ale nie martw się, zostanie z tobą Doi.
Altaya przywarła do niego, mocno zaciskając ramiona na jego piersi. Nie musiała nic mówić, słowa były tu zbędne.
— Kto to był? Ten człowiek z kijem…
— Nie zajmuj sobie nim głowy, księżniczko.
— Może on wie, gdzie jest lek?
Sugu wskazał palcem na palenisko, gdzie czerwony płomień leniwie wił się ponad w połowie zwęglonym polanem drewna.
— Widzisz ten płomień? — zapytał.
— Ogrzewa nas w zimie — odparła. — Ale nie wiem, dlaczego teraz go rozpaliłeś.
— Póki on jest, będę i ja. — Starzec spojrzał na dziewczynkę, która zmrużyła nieco oczy, kompletnie nie rozumiejąc tych słów. — Każda żyjąca istota ma taki ogień. To płomień życia. Jeśli on zgaśnie, gaśnie wówczas życie istoty. Gaśnie wraz z jej odejściem. Są gdzieś w świecie, ale nie wiadomo gdzie. Nawet zło nie wie o miejscu ukrycia tych płomieni. Są zbyt ważne. A teraz uśmiechnij się, moja księżniczko. — Trącił jej brodę z uśmiechem.
— Jak mam się uśmiechać, skoro mnie opuścisz?
— Nie opuszczę dzisiaj, nie jutro, może i nie za rok, czy dwa. Masz dużo czasu. Będziemy go marnować na płacze?
Altaya nie rozumiała, dlaczego Sugu, pomimo choroby i odejścia, wydawał się teraz taki spokojny. Nie chciała, żeby ją zostawiał. W ogóle nie chciała, żeby odchodził. Zawsze był przy niej, odkąd tylko pamiętała. Nie był jej ojcem, ale tak go traktowała.
Sugu wyjął nie wiadomo skąd kawałek kredy i zaczął coś kreślić na pobliskiej ścianie.
— Co robisz? — zdumiała się dziewczynka. — Doi będzie zła. Przecież nie wolno pisać po ścianach. Potem chodzi i musi wszystko wycierać.
— Dzisiaj zrobi wyjątek. — Staruszek podał Altayi drugą kredę. — Próbuję narysować drzewo. Pomożesz mi?
Dziewczynka spojrzała na niego, mrużąc oczy. Dziwnym wydało się jej, że nie potrafił narysować tak prostej rzeczy. Kreślił jakieś koślawe linie, w niczym nieprzypominające konturów pnia, a korona drzew wyglądała jak okropna karykatura chmury. Pokiwała głową, zaraz po tym wycierając dłonią malunek.
— Nie mogę na to patrzeć — mruknęła, zaczynając malować po swojemu.
Nakreśliła pień, potem jedną gałąź, drugą, a gdy pojawiła się też i trzecia, spojrzała na staruszka. Uśmiechnął się do niej. Jego twarz wyglądała jak zawsze, łagodnie i spokojnie. Altaya, chociaż tego nie chciała, bo przecież wciąż była jednocześnie zła i smutna, odwzajemniła uśmiech.
Wspomnienie przerwała zeskakująca z drzewa wiewiórka. Jej ruda kita zafalowała w powietrzu przy lądowaniu. Zbliżyła się asekuracyjnie do skulonej pod krzakiem dziewczyny, poruszając przy tym nosem. Altaya bardzo wolno wystawiła ku niej otwartą dłoń. Na niej leżały dwie jagody. Zwierzę, jakby zupełnie nieczujące z jej strony zagrożenia, chwyciło za owoce i wróciło na pobliskie drzewo, gdzie siadając wygodnie na gałęzi, wyprawiło sobie słodką ucztę.
Altaya popatrzyła jeszcze chwilę na stworzenie, po czym nazbierała w ubranie jagód i skierowała się do jaskini. Minęła miejsce, z którego widziała czarny dym. Przystanęła na chwilę, raz jeszcze oglądając ciemny opar. Wzięła głębszy oddech i wróciła do jaskini. Kiba leżał w tym samym miejscu, w którym go zostawiła. Zbliżała się nieco nerwowo, obserwując pierś chłopaka. Zdenerwowanie powoli rosło, gdy pomimo zmniejszania dzielącej ich odległości nie dostrzegała żadnego ruchu. Serce przyspieszało coraz bardziej i bardziej, aż zadudniło w uszach. I wtedy odetchnęła z ulgą, bo oddychał. Czynił to niebywale spokojnie, dlatego też nie spostrzegła tego wcześniej. Siadła ciężko obok niego, jeszcze przez chwilę oddychając niespokojnie. Wzięła w palce jeden z przyniesionych owoców i włożyła w nieruchome usta chłopaka. Jego buzia ani drgnęła.
— Dlaczego nie jesz? — szepnęła. — Musisz zjeść. Słyszysz?
Odpowiedziała jej cisza. Dziewczyna zastanowiła się, co zrobić, żeby chłopak wyzdrowiał. Gojąca się rana może i była dobrym znakiem, ale nie przełykał jedzenia, a bez tego nie mógł dojść do siebie, bo ciało potrzebowało energii. Odłożyła owoce gdzieś na bok i poprawiła suche już włosy. Chłód groty nie dokuczał tak samo, jak wcześniej. Dzień również pomału rozkwitał, dlatego i temperatura wewnątrz miejsca schronienia nieco wzrosła. Altaya obejrzała zasklepioną ranę, po czym przysunęła się najbliżej, jak tylko się dało. Jedną ręką podparła ciało, a drugą wodziła po twarzy nieprzytomnego. Odgarniała rozczochrane włosy to na jeden, to na drugi bok, kreśliła na policzkach faliste linie i myślała. Wspomniała ich pierwsze spotkanie, kiedy wymierzyła w niego z łuku, a strzała drasnęła jego policzek. Nie chciała tego zrobić. Zamierzała go tylko przestraszyć, zmusić do odejścia. Strzałę wypuściła przypadkiem. Chociaż dobrze, że to się stało, bo inaczej nie spotkaliby się, i nie poczułaby tego, co teraz. Potem wspomniała świątynię w Śpiącym Lesie, tę samą, w której się wychowała. Następnie ogródek z kwiatami, huśtawkę pod starym dębem oraz swoich opiekunów.
Po policzku Altayi spłynęła łza. Najpierw straciła Sugu, potem Doi, a teraz mało brakowało, a straciłaby i Kibę. Tylko on jej pozostał. Nigdy nie straciła nadziei, czekała na swoich opiekunów, łudząc się na powrót któregoś z nich. Całe dnie, gdy tylko mogła, spędzała poza świątynią, żeby przypadkiem nie przeoczyć któregoś z nich. Wychodziła skoro świt i wracała dopiero po zmierzchu. Nim zasypiała, siedziała jeszcze przy zapalonym ogniu z nadzieją. I tak mijały dni, jeden za drugim, a żadne z nich nie wracało. Korzystając z jednej z ksiąg, z dostępnych w lesie materiałów, stworzyła sobie łuk i strzały. Już nie siedziała bezczynnie, oczekując powrotu najbliższych, a całymi dniami ćwiczyła swoje oko, dziurawiąc pobliskie drzewa grotami strzał. W niedługim czasie stała się całkiem niezłą łuczniczką, gotową bronić swojego domu. Chociaż jak się później okazało, niekoniecznie gotową na wszystko. Za to poznała Kibę, wyruszyła z nim w niebezpieczną podróż, a w kilka kolejnych dni stał się on najważniejszą osobą w jej życiu.
Spojrzała na nieruchomą twarz leżącego. Straciła już zbyt wiele. Nie mogła stracić i jego. Położyła się wreszcie obok, wtulając głowę w jego pierś. Wtedy przypomniała sobie o jednej, innej niż cała reszta, księdze. Nie było w niej żadnych historii świata, żadnych liter czy szkiców budowy broni. W tamtej było coś niezwykłego. Przeczytała jej zawartość wielokrotnie, ale dopiero teraz postanowiła odważyć się, skorzystać z tego, co tam znalazła. Wciągnęła bezdźwięcznie powietrze w płuca i zaśpiewała prawie szeptem:
Przypomniałam sobie o miejscu
Tak bliskim sercu memu,
O miejscu, gdzie po raz pierwszy
Spotkałam cię, mój kochany.
Nie będę kryć tego przed lasem szumiącym,
Nie będę kryć przed wodą płynącą,
Ani przed światem ogromnym,
Bo moje serce bije dla ciebie.
Jesteś częścią mego świata,
Nie zmienię uczuć serca,
Więc chwyć mą dłoń,
I jednością stańmy się oboje.
Nie łudziła się, że Kiba usłyszał piosenkę, choć miała taką nadzieję. Nie zrobiła tego dla siebie, ale dla niego. Nie wiedziała już, co mogłaby uczynić, żeby mu pomóc. Jej oczy znowu podeszły łzami, lecz tym razem wzięła się w garść. Przyrzekła sobie nie mazać się już więcej, a postarać się być twardą. Skoro poradziła sobie z przeprawą przez Wielką Wodę, a wcześniej wspólnymi siłami rozgromiła potwory i demony, nie powinna tak się zachowywać. W jej rękach leżał teraz los Kiby, chłopaka z Lasu Deszczowego, który od początku zawrócił jej w głowie. Może i wyobrażała sobie wszystko trochę inaczej, ale się uśmiechnęła.
Wyjdziesz z tego — pomyślała. Nie po to tyle przeszliśmy, żebyś tak skończył.
Mimo próby zmiany nastawienia wszystko po chwili wróciło na wcześniejszy tor. Smutek i uczucie bezradności powróciło szybciej, niż mogłaby przypuszczać. Znienawidziła to w sobie. Tworząc broń, miała przed oczami obraz siebie w roli prawdziwej wojowniczki, zabijającej intruzów bez mrugnięcia okiem, broniącej domu do ostatniej kropli krwi. Jednak gdy stanęła oko w oko z obcym jeszcze wtedy Kibą, nie potrafiła wyrządzić mu krzywdy. Mało tego, poszła z nim, opuszczając dom, którego tak zaciekle miała bronić.
* * *
Altaya otworzyła oczy, słysząc jakiś hałas. Podniosła się do pozycji siedzącej, a w rogu jaskini zobaczyła stojącego Kibę. Tkwił tam nieruchomo, zwrócony do niej przodem. Twarz zakrywały mu włosy. Dziwny chłód przeszył ciało dziewczyny. Kątem oka dostrzegła zbliżający się ku niej cień, mający swój początek pod nogami chłopaka. Odsunęła się nerwowo do tyłu, lecz ciemna plama płynęła wciąż za nią. Odsuwała się tak długo, aż poczuła na plecach opór ściany. Wstała wtedy, zapierając się o twardą, pionową powierzchnię i uskoczyła na bok, na wystającą nierówność terenu. Cień rozlał się pod spodem, otaczając jej osobę. Spojrzała z powrotem na Kibę, a wtedy jego ciało spowił mroczny cień, nadając mu postać wilka. Altaya zadrżała, nie wiedząc, co robić. Cienista bestia ruszyła w jej kierunku, nabierając coraz większej prędkości. Dziewczyna chciała krzyknąć, lecz odjęło jej mowę. Wilk skoczył na nią, otwierając wielką paszczę.
Altaya podskoczyła, otwierając oczy. Szybko uświadomiła sobie, że to był tylko zły sen. Zlokalizowała obok Kibę, tego prawdziwego, wciąż leżącego nieruchomo, niespowitego żadnym cieniem. Odetchnęła z ulgą, przełykając ślinę. Podeszła do oczka, ujęła wodę w dłonie i ugasiła pragnienie. Zrobiła tak dwukrotnie, po czym zaniosła trochę chłopakowi. Polała mu odrobinę na usta, a resztę dokończyła sama. Potem sprawdziła ranę. Niczego nowego nie odkryła, więc usiadła, próbując ustalić porę dnia.
Chmury skutecznie przysłaniały niebo, dlatego odgadnięcie było niemożliwe. Na zewnątrz przeleciał jakiś skrzeczący ptak. Drzewa zaszumiały poruszane wiatrem. Altaya nawet nie zorientowała się, kiedy zamknęła oczy i odpłynęła. Nie przypominała sobie, by kiedykolwiek spała w dzień. Przebywanie w zimnej wodzie, płynięcie do brzegu, nieznane otoczenie i ogrom emocji spotęgowały w niej zmęczenie.
Poczuła pustkę w brzuchu. Zerknęła na przyniesione wcześniej owoce, lecz nie mogła ich zjeść. Czekały na kogoś innego. Wyszła więc z jaskini, oglądając się jeszcze za siebie, po czym wróciła do krzaku z jagodami. Kiba nie jadł, więc dla niej samej takie owoce były wystarczające, tym bardziej że jej żołądek od wczoraj skurczył się o połowę. Zaspokoiła głód, po czym pospiesznie wróciła do groty. Zajęła swoje miejsce i wsłuchiwała się w otoczenie.
Długo leżała i nawet nie zorientowała się, kiedy ponad lasem zalśniły gwiazdy. Chmury rozstąpiły się w pewnym momencie, odsłaniając wykropkowane niebo. Leżąc, akurat widziała jego skrawek nieśmiało wyzierający spomiędzy gałęzi. Obniżyła wzrok, patrząc w ciemność lasu. Pomimo świecących punktów pomiędzy drzewami panował mrok. Wzdrygnęła się na samą myśl, że mogłaby zobaczyć w nim coś więcej, niż tylko ciemność. Pamiętała poprzednią noc, kiedy odwiedził ją wyimaginowany Yureter. Zamknęła więc oczy, mając nadzieję na brak chętnych do nocnych odwiedzin. I leżąc tak w ciszy, wpuściła do swojej głowy wspomnienie.
Docisnęła ziemię do nowo posadzonego kwiatka. Kolorowe płatki dumnie wyglądały w stronę ciepłego słońca. Dziewczyna nabrała wody ze stojącego obok wiadra i polała nią roślinę. Wrzuciła z powrotem opływowe naczynie do wiadra i powstała. Skierowała się do świątyni, do komnaty z paleniskiem. Podniosła wyłamaną nogę od krzesła i dorzuciła do ognia. Oparła się plecami o ścianę obok i zjechała po niej aż do podłogi. Objęła kolana ramionami i w takiej pozycji, w milczeniu, odczekała jakiś czas, aż ogień strawi dokładkę, po czym wrzuciła dwa następne kawałki. Zerknęła na ułożone nieopodal legowisko. Kiedy została sama, przeniosła je ze swojej sypialni, by być jak najbliżej i cały czas móc pilnować ognia. Odkąd odszedł Sugu, podtrzymywała płomień, w nadziei, że takim sposobem utrzymuje opiekuna przy życiu. Pamiętała jego opowieść o płomieniach życia, więc wbiła sobie do głowy utrzymanie właśnie tego. Płonął od tamtego pamiętnego dnia, od dnia, gdy odszedł. Wtedy od razu rozpaliła ogień i pomimo obecności Doi, nie pozwalała mu zgasnąć. Gdy wypaliła wszystkie zapasy, codziennie wspólnie z kobietą chodziły do lasu po chrust. Trwało to do momentu, aż zniknęła i Doi. Wtedy dziewczyna zaczęła palić również meble. Rozbijała krzesła, regały i tym podobne rzeczy, aby nie pozwolić zgasnąć płomieniowi.
Po dokarmieniu ognia opuściła salę, skierowała się do innej i wzięła z kamiennego stołu plecioną torbę. Zarzuciła ją na ramię i wyszła z budowli, kierując się za nią, między drzewa. Zamierzała nazbierać trochę ziół, bo te nagromadzone wcześniej skończyły się kilka dni temu. Musiała wrócić maksymalnie w południe, żeby dokarmić płomień. Nie mógł przecież zgasnąć. Przeskoczyła niewielki strumień, pokonała jedno wzniesienie, potem drugie i trzecie, docierając do niedużej łąki. Znała te tereny bardzo dobrze, bo odkąd pamiętała, chadzała przez nie prawie codziennie.
Stanęła nieruchomo, kierując twarz ku słońcu. Jasne światło objęło policzki swym ciepłym dotykiem. Wkoło panowała cisza. Śpiący Las jak zawsze milczał. Nawet żaden ptak nie zaszczycił swoją obecnością. Wszędzie tylko cisza. Altaya przywykła do tego spokoju, do łona natury i braku zwierząt. Najbardziej cieszyła się jednak z nieobecności innych ludzi. Dobrze jej było mieszkać we trójkę. Tylko ona, Sugu i Doi. Jej kochani opiekunowie, których od zawsze traktowała jak rodziców. Westchnęła głęboko, otwierając oczy. Zamrugała parokrotnie, łapiąc ostrość. Obejrzała łąkę. Rosła jak wczoraj, zielona, falująca na wietrze, z wyglądającymi gdzieniegdzie kolorowymi kwiatami. To właśnie stąd przyniosła roślinę, którą dziś posadziła w ogródku. Odkąd została sama, zaniedbała go, a rosnące w nim kwiaty obumarły. Przez jakiś czas przestała się nimi zajmować, nawet nie podlewała. Teraz, kilkanaście dni po odejściu Doi, przetrawiła wszystko na nowo i postanowiła zadbać o otoczenie. Przecież jakby kobieta któregoś dnia wróciła, co by powiedziała, widząc zmizerniały ogródek. To ona zaszczepiła Altayi zamiłowanie do pielęgnacji roślin, dlatego nie mogła nie zaopiekować się nim po jej odejściu.
Ruszyła przed siebie, chwilę później opuszczając zieloną łąkę. Z powrotem weszła w las, przechodząc między drzewami. Żadnych ścieżek tam nie było, bo mało kto przechodził tymi terenami. Jeśli komuś zdarzyło się zapuścić w rejony Śpiącego Lasu, to przechodził tylko główną drogą, biegnącą po przeciwnej stronie.
Po jakimś czasie Altaya przycupnęła pod pniem rozgałęzionego dębu. Rosły tam nieduże rośliny z małymi, owalnymi listkami. Zerwała garść i schowała do torby. Wróciła do pionu i poszła dalej, w głąb lasu. Przemieszczając się między drzewami, czasem przystawała, zrywając inną roślinę i umieszczając ją w torbie. W pewnym momencie, gdy obrywała podłużne listki, usłyszała szmer. Poderwała się do pionu, przestraszona. Przecież w tym lesie nie było żywego ducha. Skąd więc pochodził ten odgłos?
Rozbieganym wzrokiem przeczesała pobliski teren i ku swojemu wielkiemu zdziwieniu, daleko przed sobą zobaczyła rogate zwierzę.
Niemożliwe — pomyślała, rozchylając usta. Przecież tu nie ma zwierząt.
Obejrzała się jeszcze za siebie, poszukując drugiej zwierzyny, lecz żadnej takiej nie zobaczyła. Wróciła spojrzenie na rogacza. Najciszej, jak tylko mogła, zaczęła zbliżać się do stworzenia. Stało sobie spokojnie między drzewami, podskubując zielone pędy. W którymś momencie jeleń podniósł głowę, patrząc na dziewczynę. Znalazła się od niego kilkadziesiąt kroków. Nigdy nie widziała leśnego zwierzęcia z tak bliska, a mało tego, w ogóle nie widziała żadnego dzikiego stworzenia. Jedynymi zwierzętami, jakie mogła zobaczyć i dotknąć, były te z pobliskiej osady, do której raz na jakiś czas chodziła wspólnie z Sugu. O dziwo, nie czuła żadnego lęku, szła wciąż przed siebie, chcąc znaleźć się możliwie najbliżej. Rogacz zaś stał, całkowicie spokojnie, jakby na nią czekając. Gdy znalazła się od niego na wyciągnięcie ręki, wciąż stał w tym samym miejscu. Wyciągnęła więc dłoń, patrząc w jego czarne oczy. Wtedy zwierz uskoczył kilkanaście kroków w las, ale nie uciekł. Skubnął inną roślinę i przeżuwając, obserwował dziewczynę.
— Co tutaj robisz? — zapytała Altaya, nie łudząc się na odpowiedź. — Tu nie ma zwierząt. Jesteś sam?
Dziewczyna podeszła bliżej, bardzo powoli ukucnęła, zerwała zieloną roślinę, a gdy wróciła do pionu, wystawiła naprzód otwartą dłoń. Jeleń wolnym krokiem zbliżył się do niej i skubnął podarunek. Altaya uśmiechnęła się radośnie, a drugą ręką dotknęła pyska zwierzęcia. Spiął się, lecz nie uciekł.
— Nie musisz się mnie bać — powiedziała. — Nic ci nie zrobię.
Zwierzę zjadło, co mu podano i odeszło na bok, skubnęło jeszcze parę pędów i zaczęło oddalać się w las. Altaya podążyła za nim, całkowicie zapominając o wszystkim innym. Najpierw szła śladem rogacza między drzewami, potem wdrapała się na wzniesienie z wystającymi kamieniami, przeszła przez płytki strumień, gasząc przy okazji pragnienie, i dotarła do kolejnej łąki. Nigdy na niej nie była. Zastanowiła się przez chwilę, jakim cudem, bo przecież nie odeszła tak daleko od świątyni, więc powinna znać ten teren. A może właśnie odeszła za daleko?
Drgnęła, zerkając w niebo. Słońce już dawno schowało się za drzewami.
I wtedy przypomniała sobie o płomieniu. Wcześniej ani razu nie oddaliła się na tak długo od świątyni. Teraz wiedziona śladem jelenia zapomniała o tym, o czym pamiętała przez miniony rok. Spojrzała pospiesznie na stojącego w oddali zwierzaka, po czym rzuciła się pędem w drogę powrotną. Jeszcze nigdy tak szybko nie biegła. Nawet nie przypuszczała, że potrafi tak przebierać nogami. Zapomniała się i teraz jej roczny wysiłek mógł pójść na marne. Dlaczego to zrobiła? Po co poszła za tym jeleniem? Powinna zebrać zioła i wrócić czym prędzej do świątyni. Gdzieś między tymi wyrzutami tliła się jednak nadzieja. Może pozostał jakiś żar, który uda się rozdmuchać i znowu zapłonie ogień?
Spięła mięśnie do granic możliwości i wkrótce wypadła z lasu za świątynią. Przeskoczyła strumień, przebiegła wzdłuż długiej ściany, zahaczając o nierówność. Wyłożyła się jak długa, przygniatając worek z ziołami. Zrzuciła go z siebie i popędziła wprost do komnaty z płomieniem. Stanęła zdyszana w progu, a wtedy zimny dreszcz przeszedł ją od stóp do głów. Płomień zgasł. Skoczyła ku palenisku, padając od razu na kolana. Pomimo bólu wywołanego uderzeniem o twardą podłogę, zaczęła gorączkowo rozgrzebywać popiół. Wśród zwęglonego drewna zobaczyła jedną jedyną migającą iskierkę. W popłochu chwyciła leżący kawałek mebla, położyła na ostatnim ziarenku żaru i dmuchnęła. Potem znowu i znowu. Iskierka zaświeciła raz, drugi, próbując ożyć budzona podmuchami powietrza. Niestety, po kilku próbach zgasła całkowicie. I wtedy ostatnia nadzieja umarła wraz z nią.
Altaya dmuchnęła jeszcze parę razy, lecz przestała. Dotarło do niej, że to bez sensu. Przez cały rok, kilka razy dziennie dokarmiała płomień. Nawet w środku nocy budziła się, aby dokładać do ognia. Wmówiła sobie, że to płomień życia Sugu i będzie się nim opiekować do momentu jego powrotu. I do dzisiaj udawało się jej realizować to postanowienie. Dzisiaj zapomniała, ten jeden raz zapomniała. Zobaczyła coś nieprawdopodobnego. Coś, czego nie doświadczyła ani razu w ciągu wszystkich lat, jakie spędziła w tym miejscu. A może to był znak? Może to sam Sugu dał jej znak? Chciał przekazać jej wiadomość, żeby odpuściła, nie robiła tego, bo ten płomień był nieprawdziwy? I niepotrzebnie się łudziła, utrzymując zwykły ogień, który służył tylko do ogrzewania w chłodne dni? Płomienie życia mogły zostać przez niego wymyślone, żeby łatwiej zniosła myśl o jego odejściu, a potem samo odejście. Czy to oznaczało, że ostatnie miesiące działała na próżno?
Położyła się na zimnej podłodze, na boku, składając obie dłonie przy twarzy i podkulając nogi. I w takiej pozycji dotrwała kolejnego dnia. Nie zmrużyła oka całą noc, po prostu nie mogła. Także nie myślała o niczym. Tak jakby wyłączyła się całkowicie, bo gdy odzyskała świadomość, nie pamiętała minionej nocy. Jedyne, co zostało w jej pamięci, to jeleń i wygasłe palenisko. Nic więcej.
Podniosła się, czując wszystkie kości. Skrzywiła niesmacznie buzię, rozciągając najpierw ręce, potem nogi, a na koniec szyję i prostując obolałe plecy. Zerknęła przez ramię na wymarły ogień. Wciągnęła głośno powietrze nosem, po czym dźwignęła się na nogi. Postała dłuższą chwilę, układając wszystko w swojej głowie, a następnie ruszyła w kierunku biblioteki. Dopadła pierwszej z półek, w szaleńczym tempie pozbierała możliwie najwięcej ksiąg i wybiegła na zewnątrz. Popędziła za świątynię i wyrzuciła zbiór na trawę. Wróciła po więcej, i tak wielokrotnie, aż wyniosła całą bibliotekę.
W końcu stanęła przed stertą ksiąg i zwojów, trzymając w dłoni zapaloną pochodnię. Pamiętała wszystkie treści na nich spisane. Przeczytała każde z nich wiele razy. Wzięła głęboki wdech, zamknęła oczy i rzuciła pochodnię przed siebie, pozwalając, by ogień zaczął trawić stertę. Na otwartej przestrzeni niewiele potrzebował czasu, by urosnąć maksymalnie i pożreć wszystko, co mu podano. Altaya nie ustąpiła nawet na krok. Czuła gorąc na swej skórze, ale dzielnie go zniosła. Płomienie z początku wijące się ku górze jak węże, z każdą chwilą malały, aż wreszcie pozostał tylko popiół, nierzadko rozwiewany przez wiatr.
Altaya otworzyła wreszcie oczy i długo przyglądała się dymiącym szczątkom ksiąg i zwojów, po czym wróciła do świątyni. Wyniosła na zewnątrz ostatnie drewniane krzesło, rozbiła na kawałki i ułożyła w palenisku. Ponownie wznieciła ogień, nieopodal w lesie wyszukała idealne proste gałęzie, i wysuszyła nad paleniskiem. Pamiętała wszystkie nauki zawarte na stronach spalonych już ksiąg, a teraz postanowiła niektóre z nich wykorzystać. Potrzebowała broni, łuku, więc takowy zamierzała sobie stworzyć.
Wsypała piasek w kawałek materiału, owinęła wokół pierwszego patyka i pocierając, wygładziła promień strzały. Następnie przyniosła kilka płaskich kamieni, z których poprzez pocieranie o płaski głaz uformowała trójkątne groty. Wyjęła z kieszeni pojemnik z żywicą, a z ogniska zebrała kilka kawałków spalonego drewna. Pomieszała żywicę z węglem drzewnym, zamoczyła grot w papce i włożyła w rozcięcie strzały. Lotki zrobiła z poprzecinanych wzdłuż piór. Miała ich pod dostatkiem, bo jej dawna sypialnia skrywała wiele skarbów. Ptaków w Śpiącym Lesie nie było, ale w pobliskiej wiosce mieli wszystko, nawet pióra. Przyniosła je któregoś razu z wizyty i trzymała jako ozdoba, aż do tej chwili. Wykonała kilka strzał, do każdej przykładając się najlepiej, jak potrafiła. Następnie przyniosła wygięty, gładki kij, który przygotowała kilka miesięcy wcześniej. Już wtedy próbowała stworzyć sobie broń, lecz zaniechała tego na rzecz płomienia. Za cięciwę posłużyły wyschnięte ścięgna, zbierane niegdyś przez Doi. Ważne było potem jednakowe napięcie, żeby łuk się nie złamał.
Gdy wykonała wszystkie czynności prawidłowo, wzięła do jednej ręki stworzoną broń, do drugiej strzałę, napięła i wymierzyła w oddalony pień. Strzała utkwiła w korze. Altaya podeszła do drzewa, z trudem wyjęła drzewiec i schowała. Ćwiczyła do późnego wieczoru, do momentu aż nie widziała swojego celu. Pnie milczącego lasu zlały się w całość z kolorem nocy. Wróciła więc do świątyni, usiadła pod ścianą obok wygasłego paleniska. I trwała tak do późna, jakby czekając, że zapłonie ponownie. W końcu zasnęła gdzieś nad ranem. Wstała bardzo głodna, bo poprzedniego dnia w ogóle nic nie zjadła. Do tego zaschło jej w gardle. Gdy zaspokoiła głód i ugasiła pragnienie, wróciła do nauki strzelania z łuku.
I tak minęło kilkanaście dni, podczas których Altaya od świtu do nocy, bez odpoczynku, trenowała sztukę łucznictwa. Wielokrotnie tak wyeksploatowała strzały, że musiała potem tworzyć nowe. Wreszcie po takim czasie mogła nieco odetchnąć. Może do najlepszych jeszcze było jej daleko, ale stała się wystarczająco dobra, by nie być bezbronną.
Usiadła na huśtawce, opierając głowę o jeden ze sznurów. Wprawiła ciało w ruch i szurając butami po ziemi, rozbujała lekko siedzisko. Podwinęła nogi do góry, pozwalając huśtawce spełnić swoje zadanie. Unosząc się i opadając, patrzyła na budowlę z przodu.
Sugu nigdy się nie mylił — pomyślała. Zawsze miał rację. Las powoli pochłania świątynię…
W oddali usłyszała jakieś głosy. Zeskoczyła prędko z huśtawki, złapała za siedzisko i wyrzuciła do góry, licząc na zatarcie swoich śladów. Udało się, bo lina zaczepiła się o któryś konar. Altaya zerknęła na ogródek, lecz co miała zrobić? Nie mogła go zniszczyć, a i nie było czym go zakryć. Chwyciła więc za łuk, przyklejając się do pnia drzewa. W oddali dostrzegła dwóch kłócących się ze sobą wychudzonych ludzi. Jeden z wysokim czołem, drugi z wąsem. Przeszli drogą, nie zwracając nawet uwagi na świątynię. Dziewczyna odprowadziła ich wzrokiem, po czym odetchnęła z ulgą. Upewniwszy się, że nikogo już nie ma, skierowała się za budowlę, nad niewielki strumień. Woda była w nim tak czysta, że gdyby tylko chcieć, można by policzyć wszystkie kamienie na dnie.
Altaya nie raz to czyniła w młodszych latach, ale każdorazowo wychodziło ich albo więcej, albo mniej.
Uklękła nad wodą, położyła na trawie łuk wraz ze strzałami, i włożyła dłonie do chłodnej wody. Ujęła ją, ugasiła pragnienie, a następnie obmyła twarz. Rozsiadła się wygodnie na trawie, wsłuchując w potok. Dźwięk wody zadziałał uspokajająco. Podenerwowanie wywołane przechodniami odeszło w zapomnienie. Las milczał jak zawsze. Altaya nie pamiętała dnia, żeby było inaczej. W końcu nie bez powodu nazywał się Śpiącym Lasem. Zaparła się za plecami na prostych rękach i wystawiła twarz ku słońcu. Docierało do jej policzków przez szczelinę w koronie drzew. Przyjemne ciepło muskało jej skórę, przy okazji wysuszając pozostałości wody.
Nagle ciszę przerwały jakieś głosy. Zerwała się nerwowo, stając w pionie. Usiłowała zlokalizować miejsce hałasu, ale nie dała rady. Bicie serca przyspieszyło pod wpływem emocji, podobnie jak oddech, uniemożliwiając zasłyszenie czegokolwiek innego. Pochwyciła więc w pośpiechu łuk, kierując się do świątyni, lecz tym razem z drugiej strony. Rzadko tamtędy chadzała, bo wznosił się tam pagórek. W biegu umieściła strzałę we właściwym miejscu i po chwili stanęła za wzniesieniem. Wyjrzała zza niego, odnajdując drogę. Zobaczyła tam młodego chłopaka oraz wysoką postać w bandażach. Stali przodem do świątyni. Kiedy ten większy ruszył do przodu, napięła łuk i odruchowo wycelowała w jego kierunku. I wtedy dotarło do niej, że broń, którą trzymała właśnie w dłoniach, mogłaby w mgnieniu oka pozbawić kogoś życia. A tym kimś miał być właśnie człowiek pokryty bandażem. Tworząc łuk, oczywiście kierowała się swoim bezpieczeństwem i możliwością przepędzenia obcych, ale nie sądziła, że tak szybko dojdzie do takiej sytuacji. Do końca łudziła się, że łuk będzie tylko straszakiem i okaże się niepotrzebny. Kompletnie nie wiedziała, co zrobić. Nie chciała nikogo zabijać, ale widząc rozmiary nieznajomego, wątpiła w przestraszenie go swoją bronią. Mogłaby spudłować, a może wtedy obcy przestraszyłby się i uciekł. Choć to mało prawdopodobne, postanowiła tak zrobić, nie myśląc, co będzie dalej. Puściła lotkę, celując w drzewo obok idącego. I wtedy nieznajomy chłopak powstrzymał kompana od kolejnego kroku, a smuga trafiła w drzewo. Altaya szybkim ruchem umieściła kolejną strzałę i wyszła z ukrycia. Naciągnęła łuk ze słowami:
— Czego tutaj szukacie?
Altaya odzyskała świadomość. Nastał kolejny poranek, bo jasność dnia od razu dała o sobie znać. Podrażniła zaspane jeszcze oczy. Przetarła je jednym ruchem ręki, po czym zerknęła obok. Zadrżała. Posłanie było puste. Kiba zniknął. Poderwała się do siadu, zapierając się na rękach. I wtedy usłyszała znajomy głos, dochodzący od strony wyjścia z jaskini:
— Umieram z głodu.
Rozdział IV Siła Raffa
Raff nigdy wcześniej nie spadł z tak dużej wysokości, a bynajmniej niczego takiego nie pamiętał. Leżąc na wznak, odzyskał świadomość, złapał kilka głębszych oddechów, po czym dźwignął się do siadu. Ból w plecach nie mijał. Omiótł spojrzeniem kwadratowe pomieszczenie, w którym się znalazł. Ściany wyglądały na niezwykle solidne, a masywne wrota dobitnie oddawały istotę Miasta Stali. Uniósł głowę, oceniając wysokość. Gładka ściana sięgała kilkudziesięciu kroków, także w zaistniałej sytuacji wspinaczka raczej nie miałaby sensu.
Drzwi nagle chrupnęły i Eterey wpadł, wepchnięty do pomieszczenia. Przebiegł przez środek, usiłując złapać równowagę. Udało mu się to dopiero po zetknięciu ze ścianą. Żinox zatrzasnął wrota, najpierw posyłając zwycięski uśmiech.
— Mówiłem, żeby tutaj nie przychodzić — jęknął Eterey, macając ściany. Na jego plecach brakowało pakunku. — Już po nas.
Raff stanął do pionu, rozprostowując plecy. Ból wreszcie minął. Zbliżył się do stalowych drzwi, złapał za klamkę i szarpnął z całych sił tak, że przedmiot został mu w dłoni. I wtedy zerknął na zabandażowane palce, gdzie brakowało cudownej rękawicy. Wyrzucił klamkę za siebie, zacisnął palce w pięść i wymierzył prosty cios w lico drzwi. Te ani myślały ustąpić. Natomiast Raff poczuł palący ból w knykciach. Odsunął się do przeciwległej ściany, a następnie ruszył pędem do przodu. Odbił się od drzwi i huknął o podłogę.
— To na nic. — Usłyszał głos kompana, który zjechał plecami po ścianie, siadając okrakiem na ziemi. — Jesteśmy w pułapce.
— Moja rękawica przepadła — powiedział Raff, nie zmieniając pozycji. Leżał na zimnym podłożu, patrząc na krawędź, z której spadł.
— No i?
— Gdybym miał rękawicę…
— Po co ci jakaś głupia rękawica? — oburzył się Eterey. — W niczym tu nie pomoże.
— Zdziwiłbyś się. Ona zwiększała moją siłę. Gdyby nie spłonęła tam na górze, te drzwi nie byłyby przeszkodą. Co teraz zrobić?
Zapadła cisza.
— Wiedziałem o wszystkim — przyznał Eterey. Zabandażowany zwrócił ku niemu swoją głowę. — Wiedziałem, co tu robią. Przecież to stąd popłynąłem do Kuady. Wiedziałem o wszystkim, dlatego miałem zorganizowaną łódź w jedną i w drugą stronę. Chciałem tylko przepłynąć przez wodę i w nic się nie mieszać. Eh…
Raff nie odpowiedział. Zastanawiał się, jakie opcje mu pozostały. Pozbawiony rękawicy wcale nie był już takim mocarzem, jak do tej pory. Gdyby teraz miał zmierzyć się z Yureterami bądź, co gorsza, z samą Lantrią, definitywnie poległby w walce. A tak rzucał potworami większymi od siebie i gotów był walczyć nawet z jedną z najstarszych Martwych Istot. Bez niebieskiego odzienia był tylko zwykłym człowiekiem czującym ból. W tym momencie zawiódł wszystkich, na których mu zależało. Nie mógł się poddać, nie w taki sposób. To nie było w jego stylu. Zacisnął pięści, zaraz potem wstając.
— Masz jakiś pomysł? — odezwał się towarzysz.
Wielkolud rozejrzał się po ścianach. Na górze pojawił się Okotto. Na głowie miał odzyskany kapelusz. W wyniku starcia musiał zlecieć z zabandażowanej głowy. Raff nie tylko stracił rękawicę. Chociaż i tak nie potrzebował białego kapelusza. Wziął go tylko pod zastaw.
— Wygodnie wam? — zawołał ten na górze.
— Chodź i sprawdź, jeśli jesteś ciekawy — odparł Raff, siadając.
— Nie ma takiej potrzeby, dobrze mi tutaj. Ostrzegałem was.
— Ostrzeżenia zjadam na śniadanie.
Okotto się zaśmiał. Obok niego stanął Gaarv. Przewoźnik spojrzał na niego nieco nerwowo, po czym zniknął z pola widzenia.
— Posiedzicie tu sobie chwilę — odezwał się przybyły. Ręce splótł za plecami. Jego wzrok z takiej odległości wydał się normalny. — Za kilka dni pojawi się tutaj Mazzot. Będzie wiedział, co z wami zrobić.
— Dlaczego to robisz? To wszystko. — Raff pokazał rękoma dokoła. — Co ci obiecał?
— Wzrok — odpowiedział bez chwili wahania. — Odzyskam go.
— Niby jak? — wtrącił Eterey.
Gaarv podciągnął kącik ust ku górze.
— Nie jesteś w stanie pojąć niektórych rzeczy, jakie istnieją na tym świecie. Prawda, Raff?
— Nie przedstawiałem się — odparł zabandażowany. — Skąd znasz moje imię?
Ten się zaśmiał.
— Jesteś pewien, że to twoje imię?
Raff chwilę się zawahał.
— Oczywiście.
Mężczyzna o mętnych oczach nic więcej nie powiedział. Postał jeszcze chwilę, patrząc gdzieś na wprost, a następnie odszedł.
— Czego on od nas chce? — jęknął Eterey.
— Dlaczego nazwał cię złodziejem? — Raff odbił pytanie.
Eterey westchnął. Kompletnie nie spodziewał się takiego pytania, o czym świadczyła jego mina.
— Jestem nim — przyznał cicho. — Wcale nie jestem grajkiem. Nigdy nie grałem. Ukradłem lutnię i do niej schowałem wszystkie inne łupy. Opuściłem swoją wioskę, żeby poszukać sposobu na polepszenie naszych zbiorów. Pewnie nie wiesz, jaka ziemia jest w Dolinie Głodnego Ognia. Piasek nie nadaje się do uprawy roślin. Próbowaliśmy wszystkiego. Niestety, nie znalazłem tego, czego szukałem. Za to znalazłem coś innego… — Wciągnął głośno powietrze w płuca. — Skusiło mnie do kradzieży… Nie wiem dlaczego, pomyślałem, że wymienię się za jedzenie i nakarmię wioskę. Nie usprawiedliwiam się, bo ukradłem. Jestem złodziejem i teraz zgniję tu jako parszywy złodziej. Nie tego chciałem od życia. Tylko skąd on to wie?
Raff spojrzał na swój płaszcz.
— Ktoś mi niedawno powiedział… Każdy z nas jest jednocześnie dobry i zły — wspomniał słowa Versusa. — Każdy nosi w sobie uśpionego potwora. Poprawisz się, jestem tego pewien.
Skoro Raff miał dwie dusze, to te słowa trafiały w samo sedno. Może jedna była dobra, a druga zła? Tyle że skoro nieprzerwanie ze sobą walczyły, to która wygra? I wtedy przypomniał sobie Kibę. On też pewnie miał dwie dusze, bo krył we wnętrzu wilka. Też pewnie walczył. Wspomniał jeszcze mroczny cień oplatający ciało chłopaka, który widział dzień wcześniej w Kuadzie, w noc przed wyprawą.
— Dlaczego jesteś w bandażu? — zapytał towarzysz.
Raff, nim odpowiedział, kolejny już raz obejrzał szczyt skalnego więzienia.
— Właśnie to jest cel mojej podróży — odpowiedział, podchodząc do ściany. — Bandaż.
Przypomniał sobie ruchome ściany w budowli Monumenta, dlatego w jego głowie zrodził się pomysł przysłuchania się powierzchni. Przyłożył więc bok zabandażowanej głowy do zimnej ściany. Niestety, niczego nie usłyszał. Przesunął się więc kilka kroków dalej, czyniąc to samo.
— Co robisz? — spytał Eterey.
— Szukam najsłabszego punktu, żeby się przebić. Nie po to się urodziłem, żeby tutaj teraz umrzeć. Gdybym miał rękawicę…
— Skąd w ogóle ją miałeś? Jesteś pewien, że to ona dawała ci siłę?
— Zawsze walczyłem w niej…
Nagle Eterey poderwał się do pionu, podbiegając od razu do stalowych wrót.
— A co, jeśli wszystko siedzi tylko w twojej głowie? — Wskazał odstający zawias. Gdy kompan zwrócił na niego swoje spojrzenie, pokazał jeszcze leżącą klamkę.
Raff zbliżył się niepewnie. Obejrzał pokazywaną rzecz, potem całość drzwi, a na koniec opuścił wzrok na uniesione dłonie. Od początku był przekonany co do cudownych zdolności niebieskiej rękawicy. Przecież wspólnie z Kibą robili test z drzewem. Pień wtedy ani drgnął. Czy to możliwe, że tamtego dnia zrobili coś źle? Coś przeszkodziło w obudzeniu jego prawdziwej siły?
Zabandażowany przeniósł spojrzenie na stalowe wrota. Wzruszył ramionami, jak to miał w zwyczaju, po czym zacisnął pięść, wyrzucając ramię do tyłu. Dlaczego miał nie spróbować drugi raz? Nic to przecież nie kosztowało, co najwyżej połamie sobie rękę. Poboli chwilę i przestanie. Odkąd pamiętał, ból nie sprawiał mu większych kłopotów. Jak zabolało, po chwili przestawało. Także, jeden siniak w tę, czy w tamtą, nie robił mu różnicy. Spiął całe ciało i wymierzył prosty cios stalowej powierzchni. Zawiasy trzasnęły wyrwane ze skały, a drzwi zatrzymały się dopiero na przeciwległej ścianie w korytarzu poza wysokim więzieniem.
Eterey krzyknął z zachwytu, mimowolnie podskakując.
— Jesteś w ogóle człowiekiem?
Raff nawet nie usłyszał jego pytania. Długo patrzył z niedowierzaniem na wbite w ścianę, wygięte w kształt banana, masywne wrota, jeszcze chwilę temu blokujące im drogę do wolności. Pewnym stało się, że wszystko tkwiło w głowie Raffa. Rękawica wcale nie zwiększała jego siły. Pozwalała jedynie uwierzyć w swoje własne możliwości.
— I to mi się podoba! — Wielkolud stanął w pionie. — Spróbuj znaleźć wyjście — polecił kompanowi. — A potem zabierz ze sobą, kogo się da.
— Co zamierzasz?
— Muszę rozprostować kilka kości.
Eterey skrzywił się, nie rozumiejąc.
— Pójdę z tobą.
— Zrób to, co mówiłem.
Raff wyszedł z więzienia, stając w korytarzu z dwiema możliwymi drogami ucieczki. Wybrał kierunek z pnącymi się ku górze schodami. Skoro spadł, jasnym było szukanie drogi w górę. Machnął ręką kompanowi i wspólnie podążyli schodami na sam szczyt. Wparowali na górę, gdzie czekało już kilku rogatych przeciwników. Pomimo hałasu na piętrze musieli usłyszeć ten na dole, spowodowany wypadającymi drzwiami. Pracujący ludzie zaprzestali swojej pracy, obserwując zajście. Raff kiwnął głową do Eterey’a, który bez sprzeciwu pobiegł w kierunku najbliższych ludzi. Zabandażowany przyjął pozycję do ataku.
— Który pierwszy w kolejce do skopania tyłka?
Przeciwnicy jak na jeden sygnał ruszyli do przodu. Pierwszy zamachnął się mieczem w kierunku Raffa, lecz ten zwinnie ominął ostrze, pochwycił za nadgarstek w karwaszu, a następnie szarpnął ku sobie. Mężczyzna stracił grunt pod nogami, by po chwili przelecieć nad zabandażowaną głową i rąbnąć z impetem o skalne podłoże. Raff szarpnął ponownie, przerzucając wojownika nad sobą, i zaznajamiając go z powierzchnią podłogi po drugiej stronie. Ten jęknął z bólu, tracąc zaraz po tym przytomność. Wielkolud wytrącił broń z ręki drugiego, przemknął pod ostrzem trzeciego, i rąbnął w twarz czwartego. Ten odleciał do tyłu z taką siłą, że zatrzymał się dopiero na rozgrzanym kotle. Odbił się od niego z hukiem i mając już niewiele do zakomunikowania, padł bez życia poniżej.
— Tylko na tyle was stać? — odezwał się Raff, stając na krawędzi podłogi.
Zerknął szybko w dół, gdzie niedawno spadł. Tym razem nie zamierzał nigdzie latać. Wolał podarować tę przyjemność komu innemu. Odkrycie prawdziwego źródła swojej nadludzkiej siły dodało mu niepohamowanej energii. Ciało samo chodziło, a palce domagały się demonstracji potęgi. Jeden z rogaczy natarł z uniesionym mieczem. Raff umknął śmiercionośnej klindze, złapał przeciwnika za napierśnik i pociągnął ku przepaści. Ten z krzykiem zleciał w dół, huknął o podłoże i zamilkł na zawsze.
— Nie polatał sobie — powiedział Raff z przekąsem.
Pozostali rzucili się na niego tłumnie. Raff wręcz tanecznym krokiem omijał spadające ostrza, bez żadnego wysiłku wyrzucał przeciwników w powietrze, i nie czuł przy tym żadnego zmęczenia. Gdy na placu boju został już ostatni wróg, stanął w pionie.
— Na co czekasz? — zapytał ocalałego. Ten twardo dzierżył w obu dłoniach oręż, nerwowo poruszając całym ciałem. — No, zmykaj już. — Raff machnął mu palcami.
Mężczyzna rzucił się do ucieczki, lecz się zawahał. Widocznie analizował wszystkie za i przeciw. Potem dał krok w stronę zabandażowanego, ale ostatecznie wybrał ucieczkę. Przebiegł parę kroków, kiedy zza kotła wyskoczył Żinox, spychając go poza krawędź.
— Walcz albo giń — prychnął, ustawiając się naprzeciw Raffa. Wyjął swoje dwa kolczaste miecze. Zakręcił nimi w dłoniach. — Nie wiesz, z kim zadzierasz.
— Naprawdę? — zdziwił się Raff.
— Nie denerwuj mnie!
— Zmykaj, póki jeszcze nie zrobiłeś niczego głupiego.
Żinox zaśmiał się gorzko.
— Nigdy nie uciekam. Prędzej zginę.
Raff wzruszył ramionami. Spojrzał w bok, gdzie dostrzegł swojego kompana prowadzącego grupkę ludzi w kierunku wyjścia z jaskini. Wśród nich kroczyło również dwóch dziwnie znajomych osobników, a także ludzie z łodzi Okotto, ci sami, którzy płynęli z Kibą i Altayą. Wszystko szło zgodnie z planem.
— Ostatnie słowo?
— Giń! — wrzasnął Żinox, rzucając się do ataku.
— Jak sobie życzysz.
Raff uskoczył do tyłu przed jednym ostrzem, potem odchylił się, unikając drugiego, i tak parokrotnie, wycofując się ostatecznie pod ścianę. Odskoczył prędko na stopnie wiodące do pomostu biegnącego w pobliżu kotła z rozgrzaną stalą. Za jego plecami zgrzytnęła klinga miecza. Olbrzym wbiegł po stopniach na sam szczyt, docierając do krawędzi. Za nią zobaczył koronę kotła z bulgoczącą w nim, rozgrzaną do czerwoności, stalą. Odwrócił się w stronę schodów, kiedy w powietrzu mignęło zębate ostrze, trafiając w ramię. Rozcięło płaszcz, ale o dziwo nie zadało głębokiej rany.
— Mój płaszcz — jęknął Raff. Dotknął miejsca rozcięcia, po czym roztarł na opuszkach palców szkarłat. — I co zrobiłeś?
Żinox skrzywił się niesmacznie.
— Po takim cięciu powinieneś stracić rękę.
— Moja ręka ma się świetnie — odparł Raff. — Chcesz sprawdzić?
Tamten zamachnął się obiema klingami, a wtedy wielkie ramię Raffa odbiło oręż i chwyciło go za szyję, unosząc od razu do góry. Miecze zadźwięczały na schodach, spadając na sam dół. Żinox zacisnął dłonie na zabandażowanych palcach, usiłując zerwać uścisk, niestety bezskutecznie. Stalowy ścisk był nie do przerwania.
— Nie boję się śmierci — wycharczał rogaty człowiek.
— No to mamy tak samo.
Raff zwrócił się przodem do kotła, a nogi Żinoxa zawisły nad czerwienią.
— Na co czekasz? Zrób to. Zabij mnie! Miejmy to z głowy.
— Co mi po twojej śmierci. Chociaż… Jeśli puszczę cię wolno, wątpię, abyś robił co innego, niż do tej pory.
— W pierwszej kolejności będę szukał zemsty.
— No właśnie.
— Znajdę cię, zabiję, a potem wrócę tuta…
Nie dokończył, bo Raff rozluźnił palce i rogaty mężczyzna zniknął w rozgrzanej stali. Chlupnęło, trzasnęło i było po wszystkim. Zabandażowany wcale nie chciał tak kończyć tego spotkania, jednakże nie miał innego wyjścia. Gdyby puścił Żinoxa wolno, zostawiłby na swojej drodze krew. Takim sposobem ocalił życie niewinnych.
Rozejrzał się dokoła, uświadamiając sobie, że znalazł się w najwyższym punkcie podziemnego pomieszczenia. Nikogo żywego już nie dojrzał. Eterey wyprowadził wszystkich. Łuna z pochodni i płynnego metalu migotała na sklepieniu. Raff obejrzał się za siebie, dostrzegając swój cień. Wcześniej tego nie sprawdzał, ale teraz przypomniał sobie cień wilka, jaki towarzyszył Kibie podczas wędrówki. Jego wyglądał normalnie, tak jak powinien. Nie rysowały się tam żadne wilcze kształty. W sumie to odetchnął z ulgą, bo Gaarv tyle mu naopowiadał, że miał już niemały mętlik w głowie. Chociaż zbytnio się tym wszystkim nie przejmował, to teraz miał kilka powodów do zadumy. Nie zaszkodziło więc sprawdzić przy okazji wygląd swojego cienia.
Zeskoczył na dół, mimo że równie dobrze mógł zejść schodami. Wciąż rozpierała go niepohamowana energia, dlatego nie czuł żadnych granic. Tupnął na twardą gładź skalną, uginając kolana. Zbliżył się prędko do kotła. Skoro jego zawartość była rozgrzana do maksimum, to pojemnik również do najzimniejszych nie należał. Świadom ogromnej temperatury, położył nań rozstawione dłonie. Wcześniej nie czuł obecnego w grocie upału, aż do tej chwili. Bandaż zaczął dymić, potem poczerniał, a po chwili spopielone drobiny opadły na buty, odsłaniając ciemno-szarą skórę palców. Raff zacisnął zęby, czując ból. Nie mógł pozwolić na to, by za jakiś czas, kiedy on wyruszy w dalszą podróż, Gaarv lub ktoś inny kontynuowali to dzieło. Podeszwy butów wbiły się w podłoże, a wielki kocioł drgnął. Mięśnie napięły płaszcz do granic jego możliwości. Gdzieniegdzie pojawiły się drobne pęknięcia. Kocioł drgnął raz, drugi, wypluwając rozgrzane krople stali. Raff szarpnął ciałem i pękate naczynie poleciało w przeciwną stronę. Czerwona ciecz wylała się wprost do szczeliny, a kocioł wpadł za nią. Zadźwięczał w dole, obijany o skały, a gęsty opar wypełnił po chwili całe pomieszczenie.
Raff zerknął na swoje dłonie. Przypalona skóra zmieniła barwę na czarną. Krew jej nie zabarwiła, bo temperatura skutecznie zatamowała jej wypływ. O dziwo ból zniknął równie szybko, jak się pojawił. Wielkolud przeniósł wzrok na drugi kocioł. Z nim musiał postąpić podobnie. Zanim jednak go dopadł, podszedł do pierwszego korytka. Postawił na nim swój ponadprzeciętnej wielkości but i pchnął. Poleciało do tyłu, pękając, a tym samym tracąc swoją zawartość. Rozgrzana stal rozlała się po skalnej podłodze. Raff uczynił to samo z innymi korytkami. Niektóre, zamiast się przewracać, pękały pod naporem buta. Na całe szczęście obuwie nie odniosło większych obrażeń kwalifikujących je do rychłej wymiany. Wyprodukowane bronie zrzucał w czerwień na dole.
Stanął przed drugim kotłem. Ten wydał się jeszcze większy niż ten poprzedni. Nie czekając na zaproszenie, ponownie położył na nim dłonie, od razu przechodząc do działania. Po chwili pękate naczynie podzieliło los tego pierwszego. Potoczyło się po krawędzi podłogi, by potem wypaść poza krawędź i spaść z hałasem w dół.
Dłonie znowu zapiekły, a Raff poczuł zapach palonej skóry. Poruszył parokrotnie palcami, wyczekując końca dyskomfortu. Ból minął, a wtedy zobaczył Gaarva, wypadającego z głównego wejścia. Zacisnął mocno zęby wraz z pięściami. Nie mógł zobaczyć, co działo się w grocie, aczkolwiek jego mina przeczyła temu zamysłowi. Prychnął coś pod nosem i opuścił pomieszczenie.
— Nie tak prędko! — zawołał Raff, lecz tamten nie zareagował.
Olbrzym rzucił się pędem do wyjścia. Stając w drzwiach, odwrócił się jeszcze do wnętrza jaskini, upewniając się, że wszystko zniszczył. Nie znajdując już nic, co mogłoby komuś ułatwić wznowienie produkcji, popędził korytarzem aż do sali, w której poznał niewidomego człowieka. Doskonale pamiętał drogę, chociaż do trudnych nie należała. Wparował do pustej komnaty. Nikogo tam nie zastał. Dopadł więc okna, słysząc za nim głosy. Na zewnątrz, wśród grupy ludzi, stał Eterey. Natomiast w głębi miasta, w kierunku Wielkiej Wody, pędził Okotto. Na plecach dźwigał lutnię.
Raff bez zastanowienia wyskoczył przez okno, rozbijając drewniane okiennice. Spadł z tupnięciem piętro niżej, uginając nogi. Nie zważając na nawoływania swojego kompana, prędko wyrwał z miejsca. Zimne krople gęsto padającego deszczu momentalnie namoczyły płaszcz i okalający głowę bandaż. Zagrzmiało, a nieboskłon rozjaśnił piorun. To wszystko w tym momencie było nieistotne. Najważniejszym stało się doścignięcie uciekającego Okotto. Raff nigdy wcześniej nie biegł tak szybko, a przynajmniej niczego takiego nie pamiętał. Gonitwa za Kibą w dniu ich spotkania w żadnej skali nie równała się z obecnym pędem. Nawet nie patrzył na liczne kałuże, gęsto rozsiane pod jego nogami. Pędził przed siebie w niesamowitym tempie, napędzany wszystkimi minionymi wydarzeniami. Ciężkie buty zagłębiały się w mokrym podłożu na głębokość podeszwy. Wyrzucane spod nich kawałki traktu znikały we wszechobecnej szarudze.
W oddali Okotto wskoczył do łodzi, wymachując zaraz po tym rękoma. Obecny na pokładzie Bliznooki odcumował, pochwycił długie wiosło i próbował odepchnąć środek transportu od brzegu. Wiatr zacinał gdzieś z boku, więc rozkładanie żagla nie miało najmniejszego sensu. Zbłąkana Strzała i tak nie popłynęłaby, gdzie trzeba.
Raff zbliżał się coraz bardziej i bardziej. Pod łódź wpadła pokaźna fala, wynosząc ją kilkanaście kroków od brzegu. Człowiek z blizną nieprzerwanie poruszał wiosłem, zwiększając odległość. Okotto nerwowo poprawiał swój kapelusz, obserwując nadciągającego wielkoluda, który wreszcie dotarł do celu. Nie zwalniając ani na chwilę, wybił się od krawędzi nabrzeża, przeleciał nad powierzchnią wody, i wbił się w burtę, spadając z odłamkami desek. Przejechał na kolanach po podłodze łodzi, zatrzymując się dopiero na beczkach. Załomotały i wytoczyły się na pokład. Zbłąkana Strzała się zakołysała, wytrącając stojących z pionu. Polecieli na burty, próbując zachować równowagę. Raff dźwignął się na proste nogi, chwytając leżącą pod nogami lutnię. Nie tracąc tempa, zacisnął wszystkie palce obu dłoni na gryfie, i wymierzył instrumentem potężny cios człowiekowi z blizną. Ten zniknął gdzieś za burtą skąpany w deszczu kawałków lutni oraz obecnych wcześniej w jej wnętrzu monet.
Okotto przylgnął do ścianki łodzi, nawet nie próbując przechwycić kapelusza, który pofrunął w świat wraz z wiatrem. Raff odrzucił za siebie pozostałość instrumentu, po czym dopadł przewoźnika. Okotto w rozpaczliwej, ostatniej próbie, machnął sztyletem w kierunku olbrzyma. Raff bez trudu wytrącił mu go z ręki. Chlupnął do wody gdzieś za burtą. Z malującym się na twarzy strachem Okotto cisnął pięścią w zabandażowany policzek. Oczywiście nic tym nie wskórał, bo Raff nawet nie drgnął. Za to mężczyzna jęknął z bólu, odrywając knykcie od twardej jak skała, białej twarzy. Wielkolud schwycił go za kamizelę i uniósł do góry, nie zważając na bujającą łódź.
— Gdzie są moi przyjaciele?! — zagrzmiał. Pierwszy raz, odkąd pamiętał, był tak zły. Wcześniej nie miał ku temu powodu.
— Przecież już mówiłem — wydukał Okotto. — Poszli do miasta.
Nad głowami błysnęło, rozświetlając na chwilę otoczenie. Rozgniewane morze ciskało falami w wydęte jak policzki boki Zbłąkanej Strzały, nie mając przy tym żadnej litości. Gniewne uderzenia najchętniej strzaskałyby burty, gdyby tylko mogły.
— Pytam ostatni raz. Gdzie są moi przyjaciele?
— Jeśli ci powiem, puścisz mnie wolno?
— Masz moje słowo.
Mężczyzna przełknął ślinę, dłuższą chwilę badając napastnika. Widocznie niekoniecznie uwierzył w obietnicę. Ostatecznie uległ, nie mając innego wyjścia. Ewidentnie świadom był znalezienia się na straconej pozycji. Wizualnie mniejszy, nawet po latach ciężkiego treningu, raczej niezdołający dorównać siłą. Nic innego nie mógł począć, jak tylko skapitulować.
— Wypadli z łodzi…
Raff zadrżał. Poczuł, jak ogarnia go dziwne uczucie niemocy. Uczucie, którego nigdy dotąd nie doświadczył, przynajmniej w tych dniach, jakie pamiętał. Nigdy wcześniej nie czuł strachu, nie bał się. Wyjątkiem był moment spojrzenia w mętne oczy Gaarva. Jego wzrok wywołał wtedy chwilowy niepokój. Teraz jego świat miał się zawalić. Nie chciał dalej wędrować na kraniec świata sam, bez Kiby i Altayi. Przez pierwsze dwa dni, gdy szedł sam, nawet nie zastanawiał się nad podróżą w czyimś towarzystwie. Po prostu szedł przed siebie, aż dotarł do Garanad. Przypomniał sobie moment spotkania z Kibą. Odruchowo chwycił mocniej za kamizelkę, spinając wszystkie mięśnie.
— Obiecałeś — zapłakał Okotto.
— Kłamałem.
I szybkim ruchem posłał go gdzieś daleko w morze. Wyrzucony punkt, będący jeszcze chwilę temu zdradzieckim przewoźnikiem, zniknął bezdźwięcznie w ciemnej ścianie deszczu.
Raff nie wiedział, co teraz zrobić. Stał nieruchomo, patrząc w dal. Fale bujały łodzią, uderzając to z jednej, to z drugiej strony. Czy to możliwe, żeby jego jedyni przyjaciele, osoby, które stały się praktycznie jego rodziną, jedyną rodziną, zginęły? Gdzie miał ich szukać? Na dnie morza? Dobrze zrobił, wyrzucając Okotto z łodzi, ale to w niczym nie zwracało mu jego straty. Zacisnął pięści, spinając całe ciało. Gniew powoli w nim narastał. Poczuł dziwny chłód oplatający jego osobę, chłód w niczym nieprzypominający zimno.
Zerknął pod nogi na drewnianą podłogę, po czym bez wahania wbił w nią swój pokaźny but. Woda chlusnęła do góry, ochoczo zapełniając coraz to większą powierzchnię pokładu. Raff omiótł wzrokiem obszar Wielkiej Wody. Od rzekomego wypadnięcia z łodzi minęło sporo czasu, więc próżnym było szukanie jakiegokolwiek znaku. Musiał spróbować. Pomimo coraz większej ilości wody okalającej już jego kolana oraz wciąż zacinającego deszczu, spróbował obudzić w sobie zdolności inne, niż zwiększona siła. Choć mało w to wierzył, usiłował coś usłyszeć lub dojrzeć. Niestety, słyszał tylko odgłosy burzy.
Nad brzegiem stanął Eterey. Coś krzyczał, wymachiwał rękoma, ale Raff nie zareagował. Stał nieruchomo na tonącej łodzi do momentu, aż zniknęła razem z nim pod wodą. Eterey wytrzeszczył z niedowierzaniem oczy. Na jego twarzy wymalowało się niezrozumienie. Dlaczego Raff nie opuścił tonącej łodzi? Dlaczego poszedł razem z nią na dno? W jego oczach to wszystko nie miało sensu. Tkwił tak długą chwilę, nie mogąc pojąć zaistniałej sytuacji, kiedy spostrzegł wyłaniającą się zabandażowaną głowę, ramiona, aż wreszcie Raff stanął na brzegu. Z jego płaszcza ściekała woda, a nad głową rozbłysło niebo.
— Co to było? — rzucił od razu oszukany muzykant.
— Moi przyjaciele przepadli…
— Jak? Gdzie? Co? — wydukał towarzysz. Jego ułożone wcześniej włosy, teraz oklapły na czoło, zmoczone deszczem. — Skąd wiesz?
Raff zacisnął pięści, a jego postać okryła się cieniem niewiadomego pochodzenia. Żadne światło do niego nie docierało, więc wytworzenie naturalnego cienia było niemożliwe. Mimo to jego sylwetka pociemniała.
— Skąd wiesz? — powtórzył Eterey. Drgnął zastanawiając się, czy się wycofać, czy pozostać w tym samym miejscu.
— Okotto wszystko mi powiedział. Wypadli z łodzi.
— A gdzie jest ten Okotto?
— Tam, gdzie Zatopiona Strzała.
Eterey nie skomentował. Nad głowami zagrzmiało, a niebo rozdarł piorun. Mimo jasności cień nie opuścił postaci Raffa.
— Na pewno żyją i się odnajdą — podjął kompan. — Wątpię, aby tak łatwo się dali.
I wtedy Raff pomyślał, że wilcze zdolności na pewno nie pozwoliły Kibie utonąć. A skoro on nie poszedł na dno, to uratował też Altayę. W jednej chwili rozluźnił palce, odzyskując dawny kolor.
— Na pewno żyją i kontynuują podróż — dodał Eterey, już nieco spokojniejszy. — Gdzie byś poszedł, będąc na ich miejscu?
— Do twojej wioski.
— Właśnie! Dlatego też tam pójdziemy. Mam nadzieję, że myślimy podobnie i oni też skierowali się do mojej wioski.
— Nie znają drogi.
— To ją poznają. Zawsze ktoś im ją wskaże.
Jeszcze chwilę temu zrezygnowany Raff teraz odzyskał nadzieję. Skoro Kiba poradził sobie z wielkimi potworami, pradawną istotą i pół-demonem, to jakaś tam woda go nie powstrzyma. Rozluźnił spięte ciało, odzyskując swobodę ruchów. Cel główny, jakim była podróż na kraniec świata, odszedł teraz na dalszy plan. Poznanie swojej przeszłości i prawdziwej twarzy nie było tak ważne, jak odnalezienie przyjaciół.
— Prowadź — polecił kompanowi.
— Czekaj — jęknął Eterey. — Może byśmy, chociaż przeczekali gdzieś burzę, co?
Raff rozejrzał się dokoła, niekoniecznie przejęty pogodą. Jakaś tam burza nie przeszkodzi mu w realizacji planu.
— I tak jesteś mokry — odparł.
— To może przynajmniej zapytamy mieszkańców, czy mają jakiś bandaż lub rękawice? — Wskazał na spalony materiał na dłoniach wielkoluda.
Zabandażowany zerknął na palce. W ogóle nie odczuwał bólu.
— Tylko na chwilę.
Eterey wypuścił zebrane wcześniej powietrze. Odetchnął z ulgą i ruszyli w stronę serca miasta.
— Twój instrument zniszczony — powiedział Raff, wspominając deszcz monet. — Wszystko, co w nim było, przepadło w wodzie.
— Bardzo dobrze — odpowiedział bez chwili namysłu towarzysz. — Niech to będzie mój nowy początek.
Minęli wiatrak dzielnie znoszący podmuchy wiatru i zacinający deszcz. Przeszli przez środek miasta, docierając do zgromadzonych ludzi. Schowali się w jednym z budynków, ale ich rozmowy dało się słyszeć przez otwarte okna. Nieopodal stała kwadratowa budowla z podziemną jaskinią. Ze wszystkich okien, pomimo deszczu, wydobywały się kłęby czarnego dymu. Widocznie zniszczenia, jakich dokonał wewnątrz Raff, skutkowały rozprzestrzenieniem się trującego oparu.
Podróżnicy weszli do środka budynku z ludźmi. Tłum zamilkł w jednej chwili.
— Dziękujemy za pomoc — odezwał się ktoś ze zgromadzonych.
— To za długo trwało — wtrącił inny. — Nie mogliśmy nic zrobić.
— Zagrozili naszym rodzinom — dopowiedział inny. — Nie każdy miał odwagę uciec.
— Więzili was? — spytał Eterey.
Kobieta z kręconymi włosami potwierdziła ruchem głowy.
— Ten w białym kapeluszu obiecywał bezpłatną przeprawę, a tak naprawdę zmuszał nas potem do pracy w podziemiach. Niejeden próbował uciec, ale wtedy zabijali…
— Już jesteście bezpieczni. Nikt was więcej nie skrzywdzi.
— Zabiłeś Gaarva? — zapytał mężczyzna w brudnych szatach. Rozciągnięty kołnierz wisiał niechlujnie na piersi, a twarz skrywała jasna broda. Zielone oczy wyglądały na niezwykle zmęczone. — Mogę już wrócić do domu, do Lasu Deszczowego? Nie widziałem córki od trzech lat…
Eterey spojrzał na nieruchomą twarz Raffa.
— Nigdy więcej go już nie zobaczycie — odpowiedział zabandażowany.
Zielonooki mężczyzna odetchnął z ulgą.
— Jeszcze tylko przeczekać burzę — powiedział, zasiadając ciężko na krzesło obok rozpalonego w kominku ognia. — Moja córeczka…
Raff popatrzył na niego przez chwilę, wciąż słysząc swoje słowa. Nie były do końca prawdą, ale nie mógł powiedzieć im, co zaszło. Gaarv uciekł, jednak Raff był przekonany, że nigdy więcej nie wróci do Taratok. Zapewne udał się teraz do jakiegoś tam Mazzota. Najpewniej to Raff teraz stanie się ich celem. Nie obawiał się żadnego z nich. Nie unikał walki, a wręcz przeciwnie. Teraz kiedy odkrył w sobie siłę niewynikającą z niebieskiej rękawicy, nie musiał obawiać się nikogo. Zresztą wcześniej też czuł się niepokonany.
— Proszę — powiedziała kobieta z kręconymi włosami, podając zawiniątko. Raff zerknął na nią z góry, nie bardzo rozumiejąc. Wskazała wtedy jego dłonie. — Nowy bandaż, na dłonie.
Wielkolud przyjął podarunek, przytakując głową. Kobieta uśmiechnęła się, po czym odeszła gdzieś na bok.
— Rozgośćcie się — przemówił wysoki mężczyzna po pięćdziesiątce. — Dostaniecie wszystko, czego tylko zapragniecie. Jedzenie, wodę, ciepłe łóżko do spania, a nawet załatwię wam konie.
— Bardzo chętnie — przyznał Eterey.
— Możemy coś zjeść, ale pójdziemy na swoich nogach — zarządził Raff. Kompan zerknął na niego, marszcząc brwi. — Szukając wygody, nogi stają się słabe, a wtedy nie są dostatecznie silne w walce — powtórzył słowa Kiby.
— Nie ma problemu — oświadczył mężczyzna. — W ramach podziękowań możecie prosić, o co tylko chcecie.
— Nie zostaniemy długo. Zjemy i odejdziemy. Szukam przyjaciół. Chłopak i dziewczyna z łukiem. Płynęli rano z Okotto.
— Chłopak postawił się Okotto — zaczęła jedna kobieta. — Płynęłam tą samą łodzią. Ten z blizną zasłonił widok, ale widziałam, jak wpadł do wody. Jego dziewczyna wyskoczyła za nim.
— Był ranny?
— Chyba nie — odpowiedział któryś mężczyzna. — Tak myślę, bo widziałem, jak ta dziewczyna go wyciągnęła i płynęli za nami. Jeśli zdążyli przed burzą, to mogą być gdzieś w okolicy. Poczekajcie tutaj kilka dni, może sami się znajdą.
— Nie będę siedział bezczynnie — zaprzeczył Raff. — Pójdziemy dalej, do twojej wioski — przypomniał towarzyszowi.
— Zostańcie przynajmniej do rana — zaproponował ktoś inny. — Już prawie noc, a do tego jest burza. Zagrzejecie się przy ogniu, zjecie i wyspani ruszycie rano w dalszą drogę.
Eterey zerknął, prawie że błagalnym wzrokiem na Raffa. Ten w sumie mało co tego dnia jadł. Płynąc łodzią do Taratok, skorzystał z ostatnich zapasów, jakie miał ze sobą Eterey. Potem wydarzenia tak gnały przed siebie, że nawet nie myślał o głodzie. I jak na zawołanie poczuł świdrowanie w żołądku. Zgodził się zostać do jutra. Eterey odetchnął głośno. Raff przesłał mu wrogie spojrzenie, więc nic już nie robił, a tym bardziej nie komentował. Wolał nie wchodzić w drogę takiemu olbrzymowi.
— Co się stało z Okotto? — zapytał ktoś ze zgromadzonych.
— Nim też już bym się nie przejmował — powiedział Raff. — Pływa sobie teraz gdzieś na dnie Wielkiej Wody, więc nie będzie już wam przeszkadzał.
Obecni w budynku ludzie z każdą chwilą uspokajali się coraz bardziej. Ktoś jeszcze od siebie podziękował za wyzwolenie, a ktoś opowiedział o początkach, jak to Gaarv przybył kilka lat wcześniej z grupą rogatych wojowników, i zatrudniając mieszkańców, zbudował swoje lokum. Był miły, przyjazny, płacił za ich pracę i karmił. Nikt nawet nie podejrzewał, że to było tylko przykrywką do późniejszego wykorzystywania ludzi. Wszystko zadziało się około trzech miesięcy wcześniej, w momencie przybycia tajemniczej postaci bez ucha. Tamtego dnia wszystko odwróciło się do góry nogami. Stworzona, podziemna jaskinia posłużyła do produkcji broni, a nie tak, jak wcześniej zapowiadał, do wydobywania drogocennych kamieni. Co silniejsi mieszkańcy pracowali pod ziemią pod groźbą śmierci lub skrzywdzenia rodziny. Od ostatniego miesiąca parę razy zaczął pojawiać się również Okotto, który jak się udało, przywoził dodatkową siłę roboczą. I tak to funkcjonowało do chwili obecnej.
— Nikt nie próbował się przeciwstawić? — zdumiał się Eterey, pochłaniając łapczywie pokaźny kawał pieczeni z ziołami.
— Ktoś tam próbował, ale nieskutecznie — odpowiedział mężczyzna, siedzący przy stole naprzeciw. — Może za krótko to trwało, aby coś zaczęło się na poważnie.
Raff przeżuł ostatni kawałek swojej porcji. Tuż przed posiłkiem zakrył swoje palce nowym bandażem, chowając spaloną skórę. Nie bolało w ogóle i nie przeszkadzało w ruchach. Nie pamiętał, by kiedykolwiek był oparzony, więc nie przejmował się tym kompletnie. Zresztą nawet mało co słuchał rozmowy z mieszkańcami. Oczekiwał końca burzy i kolejnego dnia, żeby móc kontynuować swój plan odnalezienia przyjaciół.
Gdy wszyscy się najedli, wygadali i nadeszła późna noc, wspólnie z Eterey’em został zaprowadzony do pomieszczenia z trzema łóżkami. Zajął pierwsze z nich. Płaszcz wysuszył przy rozpalonym ogniu w kominku, więc położył go na upchniętym w róg stole, nie chcąc go namoczyć. Może i bandaż na torsie już wysechł, tak spodnie i buty niekoniecznie. Nie przeszkadzał mu taki dyskomfort, dlatego nie zamierzał ich z siebie ściągać. Przeciwnie Eterey, bo zostawił swoje ubrania na dole, a na posłanie położył się w ubraniach pożyczonych od mieszkańców.
Nie rozmawiali wcale. Ten mniejszy zasnął prawie od razu, gdy tylko dotknął posłania, natomiast ten większy długo jeszcze leżał, wpatrując się w ciemny sufit. Najchętniej wyruszyłby od razu, bez zbędnych rozmów z mieszkańcami, czy owijania dłoni w bandaże, jednakże zapełnienie żołądka i odpoczynek po tak obfitującym we wrażenia dniu okazał się dobrym wyborem. Pozostawało jeszcze się przespać i można było ruszać w dalszą drogę. Zastanowił się przez chwilę, jak długo teraz będą szli, zanim dotrą do wioski. Sam nie zamierzał czynić żadnych postojów, ale musiał zadbać też o towarzysza. Chociaż Kiba z Altayą na pewno by nie szli całodobowo, tylko szukali noclegu. W takim wypadku dotarcie dużo przed nimi do wioski nie miało większego sensu. Nudziłby się tam, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. A tak istniała szansa na dotarcie do celu w tym samym czasie bądź w podobnym odstępie. Postanowił więc spróbować zasnąć i bez zbędnego pośpiechu dotrzeć do celu. Niejeden analizowałby miniony dzień, zastanawiał się nad postacią Gaarva, Mazzota oraz ich wspólnym dziele, ale nie Raff. On puścił w zapomnienie nawet wzmiankę o swoich rzekomych dwóch duszach. Nie zamierzał zadręczać się czymś, czego nie rozumiał. Wystarczała mu niewiadoma o nieznajomości swojej twarzy i podróży na kraniec świata. Uspokajając umysł, wreszcie zasnął.
Rozdział V Miód
W pierwszej chwili Altaya siedziała nieruchomo, patrząc z niedowierzaniem. Rozejrzała się nerwowo po otoczeniu w poszukiwaniu jakichkolwiek znaków świadczących o przebywaniu we śnie. Gdy takowych nie znalazła, zerwała się z miejsca i rzuciła z takim samym impetem, jak wtedy w Uta Nari, gdy wróciła do Sali Światła po zniszczeniu Pradawnej Wiedzy przez Strasznego.
Stojący w wejściu do jaskini Kiba przyjął na siebie jej ciężar i odwzajemnił bliskość. Tkwili tak bardzo długo, nic nie mówiąc, tuląc się wzajemnie. Chłopak poczuł, jak chłodna skóra dziewczyny powoli przejmuje jego naturalne ciepło. Nie pamiętał, jak długo był nieprzytomny, nie wiedział, gdzie jest i jak tu dotarł, ale cieszył się z jednego. Altaya była przy nim, cała i zdrowa, bo na taką wyglądała. Doskonale wiedział, dlaczego znaleźli się gdzie indziej, niż powinni, a to wszystko za sprawą jednego człowieka w białym kapeluszu. Mieli bezproblemowo przepłynąć Wielką Wodę, a stało się inaczej.
Poczuł coś mokrego na swojej piersi. Oderwał się od towarzyszki nieco nerwowo, ale wciąż trzymając ręce na jej plecach.
— Płaczesz? — zdziwił się, widząc jej twarz. Po chwili się wystraszył. — Jesteś ranna?
Altaya uśmiechnęła się przez łzy, kręcąc jednocześnie głową.
— To ze szczęścia.
Kiba domyślił się, że Altaya go tu przyniosła i zrobiła wszystko, by ocalić mu życie. Gdy się ocknął, widział wygaszone ognisko, zgromadzone jedzenie i niespokojny sen dziewczyny, a także wymacał zabliźnioną ranę na plecach. Jego cudowne zdolności zniknęły w najgorszym z możliwych momencie. Zapewne, gdyby wciąż je miał, nie doszłoby do zdarzenia na łodzi. Nie zostałby ranny i dotarliby do celu, samemu doprowadzając Zbłąkaną Strzałę na drugą wyspę.
— Nie płacz już. — Wytarł palcem jej łzy. — Żyję. I to dzięki tobie, Altayo.
— To moja wina… Przeze mnie tutaj jesteśmy. Zostałeś ranny i prawie zginąłeś. Zgubiliśmy gdzieś Raffa…
— Nikt nie jest winny, a na pewno nie ty. Jeśli mamy szukać winnego, to tylko i wyłącznie ja ponoszę winę za to wszystko. To przeze mnie przemierzaliśmy Wielką Wodę, przeze mnie popłynęliśmy właśnie z nim, i dlatego tu jesteśmy… Gdybym nie stracił zdolności…
— Nie straciłeś ich do końca. Rana od sztyletu zagoiła się sama.
— Chociaż tyle mi pozostało z wilczych zdolności. Dziwnie tak bez nich — przyznał chłopak. — Nie nacieszyłem się nimi długo. Nie słyszę twojego serca. I las nie jest tak głośny, jak kilka dni wcześniej. Długo byłem nieprzytomny?
— Dwa dni. Ale twoja rana zagoiła się w jeden dzień, więc jak już mówiłam, nie wszystko straciłeś. Chyba ta najważniejsza zdolność została. Gdyby nie to, nie przeżyłbyś.
— O czym ty mówisz? Żyję dzięki tobie.
— Ja nic nie zrobiłam…
— Tylko przepłynęłaś Wielką Wodę, znalazłaś schronienie, zaciągnęłaś mnie tu, opatrzyłaś ranę i czuwałaś nade mną cały czas. Całkiem spore to nic.
— Zrobiłbyś dla mnie to samo.
— Oczywiście, ale to nie zmienia faktu, że żyję dzięki tobie,
Altayo. Co by mi było z szybkiego gojenia ran, skoro leżałbym na dnie morza?
Dziewczyna uśmiechnęła się szczerze, po czym z powrotem wtuliła w pierś chłopaka. Tak bardzo tego potrzebowała, tak mocno tęskniła za jego osobą. Nareszcie, po tych dwóch ciężkich nocach, odzyskał przytomność. Nie wyglądał na osłabionego, aczkolwiek jak sam powiedział, umierał z głodu. Wcale się temu nie dziwiła. Pewnie sama po takim czasie zjadłaby z pół spiżarni. Słyszała bicie jego serca, spokojne, jednostajne. Ucho akurat dociśnięte miała do jego piersi, więc żadne nadludzkie umiejętności nie były jej w tym potrzebne. Uśmiechnęła się, wiedząc, że Kiba i tak tego nie zobaczy. Uśmiechała się do siebie, ciesząc się z jego powrotu.
— Tak się bałam — szepnęła. — Nawet nie wiesz jak bardzo. Nie wyobrażam sobie dalszego życia bez ciebie…
— Mamy tak samo — odpowiedział Kiba.
Na początku stracił kontakt z rzeczywistością. Pamiętał, jak opada na dno Wielkiej Wody, widząc plamę krwi, wypływającą z rany na plecach. Potem utracił swoje, jak mniemał w tamtej chwili, ostatnie myśli. Niedokończona wędrówka, niedokonana zemsta i Altaya. Tak bardzo pragnął jeszcze chwilę pożyć, żeby spędzić trochę czasu właśnie z nią. Mógł nie kontynuować podróży, nie dokonać zemsty, ale spędzić czas właśnie z nią. Objął ją jeszcze mocniej, nie zamierzając po raz kolejny jej stracić. Wtulił policzek w brązowe włosy, napawając się zapachem jej osoby. Jego serce nasiliło swe uderzenia, co w widoczny sposób zwróciło uwagę dziewczyny.
— Wszystko w porządku? — zapytała.
— Nawet lepiej. Mam ciebie, czego chcieć więcej?
Oczy Altayi zaszkliły się od łez. Pragnęła spojrzeć mu teraz prosto w oczy, zrobić coś jeszcze, coś, na co nie odważyłaby się wcześniej, jednak skutecznie się powstrzymała. Nie miała swobody ruchu, żeby wytrzeć łzy, dlatego zacisnęła powieki najmocniej, jak potrafiła. Poskutkowało, bo nie zmoczyła drugi raz bluzy chłopaka. Tyle emocji się w niej skumulowało, że musiały znaleźć ujście.
— Pamiętasz coś? — zapytała, próbując odwrócić swoją uwagę od wzruszenia. — Wypadłeś z łodzi… Wskoczyłam za tobą… Mówiłam do ciebie, gdy byłeś nieprzytomny. Tutaj, w jaskini…
— Pamiętam ból w plecach i wodę, pamiętam twoją twarz… Potem była tylko ciemność. Ale… Słyszałem, jak do mnie mówiłaś. I poczułem…
Jego serce zabiło jeszcze mocniej. Może i chciał to kontrolować, lecz wcale się nie starał. Chyba za dużo wydarzyło się już po drodze, by teraz się powstrzymywać. Postanowił wreszcie się nie hamować, a poczekać co się wydarzy.
— Co poczułeś?
— Twój pocałunek…
Altaya wreszcie podniosła głowę, nie odrywając reszty ciała od Kiby. Ich spojrzenia spotkały się w niebywałej bliskości. Poczuli na swych twarzach ciepło wzajemnych oddechów. Serca waliły jak oszalałe, nie zamierzając wcale zwalniać, a wręcz przeciwnie. I kiedy wydawać by się mogło, że nie mieli już żadnej blokady, a pragnące połączenia usta to zrobią, Altaya odwróciła głowę.
— Co się stało? — spytał Kiba, kompletnie nie rozumiejąc jej zachowania. Był przekonany, że ona chce tego samego i ten pierwszy, taki prawdziwy raz wreszcie poczują smak swoich ust.
— Muszę ci o czymś powiedzieć — szepnęła. — Wykorzystałam cię…
— O czym ty mówisz?
Altaya zwolniła uścisk i naparła na ramiona chłopaka. Ten, czując nacisk, rozluźnił ręce.
— Tak się bałam — powiedziała, odchodząc kilka kroków na bok. Stanęła plecami do Kiby, nie patrząc mu w oczy, bo tak jej było łatwiej. Długo z tym walczyła, ale nadszedł ten moment. — Myślałam, że cię stracę. Nie mogę cię stracić. Kiedy zostałeś ranny i wpadłeś do wody, mój świat się zawalił. Nie myślałam wtedy zbyt wiele. Kiedy płynęłam do brzegu, myśli kłębiły się jak te chmury nade mną.
A potem tutaj, gdy leżałeś bez ruchu, nie jadłeś, pomimo samogojenia rany wciąż się bałam…
— Altayo…
— Muszę powiedzieć ci prawdę. Dłużej nie mogę tego ukrywać. Nie chcę tego ukrywać. Nie chcę mieć przed tobą żadnych tajemnic. Chcę, żebyś wiedział o mnie wszystko, tak jak i ty powiedziałeś o sobie wszystko. Było ci ciężko, ale to zrobiłeś. Mam nadzieję… — Zamilkła na chwilę, analizując wszystko raz jeszcze. Wiedziała, że Kiba został w tym samym miejscu, nie poganiał, stał, cierpliwie czekając. — Mam nadzieję, że mi wybaczysz.
— Altayo, co mam wybaczyć? — zdziwił się Kiba.
Dziewczyna zacisnęła oczy. Chociaż pragnęła tego, to nie spojrzała na niego. Domyślała się, jak teraz mogą wyglądać jej oczy, smutne i bez dawnego blasku. Nie chciała, by na nią patrzył. Poza tym łatwiej było nie patrzeć.
— Miałam dziesięć lat, gdy Sugu wyjawił mi swój sekret — zaczęła. Wolałaby mówić szeptem, jednak świadoma była utraty wilczych zdolności. — Chorował i musiał odejść. Tego samego dnia pojawił się tajemniczy człowiek. Rozmawiali, ale nie wiem, o czym. Przyszedł na chwilę i podszedł. Potem pojawił się jeszcze tylko raz, jeden jedyny raz. I wtedy kochany Sugu odszedł. Pożegnał się i… Wymknęłam się za nim, pomimo wzmożonej czujności Doi. Jak potem przyznała, domyśliła się, jaki będzie finał tego odejścia i mimo moich zapewnień, wiedziała, że i tak pójdę śladem Sugu. I wtedy, tropiąc jego ślady, dotarłam przed ścianę Lasu Forenarskiego. Tam ślad po nim zaginął.
Kiba nie rozumiał zachowania Altayi, ale nie zamierzał jej przerywać. Widocznie coś ją dręczyło i potrzebowała to z siebie wyrzucić. Czekał więc cierpliwie, słuchając, co mówi. Miał tylko nadzieję, że podczas swojej nieobecności cielesnej nie stało się nic złego. A niepokój narastał w nim z każdą mijającą chwilą. Do tej pory przez te wszystkie dni spędzone na wspólnej wędrówce dziewczyna ani razu nie zachowywała się tak, jak w tej chwili. Jako jedyny wyjątek można by uznać pierwszą noc spędzoną poza świątynią. Wtedy zwierzyli się ze swojej przeszłości, dlatego bolesne wspomnienia musiały jakoś zaznaczyć swój byt. Uroniła łzę, a Kiba obiecał jej, że po skończonej podróży wróci z nią do Śpiącego Lasu i wspólnie poczekają na powrót Sugu oraz Doi. W tej kwestii nic się nie zmieniło, niemniej jednak było coś jeszcze, tylko co?
— Niejednokrotnie słyszałam opowieści o Mylnym Lesie — kontynuowała dziewczyna — będącym jak labirynt, dlatego nie miałam odwagi tam wejść w dalszych poszukiwaniach. Stchórzyłam… Wróciłam więc do Doi i opowiedziałam jej o wszystkim. Zrozumiała mnie, nie była nawet zła, a przynajmniej na taką nie wyglądała. Od tamtego dnia codziennie wyglądałam powrotu Sugu, jednocześnie ciesząc się czasem spędzanym z Doi. Najbliżej byłam z nim, a jego siostrę traktowałam drugoplanowo. W zaistniałej sytuacji zżyłyśmy się jeszcze mocniej. Często wspólnie zbierałyśmy rośliny, zioła i razem gotowałyśmy. Któregoś dnia obudziłam się w pustej świątyni. Nie znalazłam nigdzie Doi. Rozpłynęła się w powietrzu. Jej łoże wyglądało, jakby nawet w nim nie spała. Wszystko pozostało nietknięte. Wtedy zostałam sama… — Altaya wzięła głęboki wdech. — Przez ostatni rok utrzymywałam płomień wewnątrz świątyni. Wbiłam sobie do głowy, że jak on zgaśnie, to Sugu umrze. Niestety któregoś dnia zgasł… Spaliłam wtedy wszystkie księgi. Nie wiem dlaczego. To była chwila. Musiałam odreagować, odetchnąć.
— Może nieświadomie szykowałaś się do odejścia?
Altaya spojrzała na towarzysza dziwnym wzrokiem. Czy mógł mieć rację? Już wtedy szykowała się do opuszczenia świątyni? Spaliła wszystko, co mogło paść łupem złodziei? Przecież nie wiedziała, że spotka Kibę i z nim wyruszy. Nie wiedziała?
— Nie wiem — odparła bez przekonania. — Miesiąc po odejściu Doi spotkałam ciebie… I oszukałam…
— Kiedy mnie oszukałaś?
Dziewczyna wciągnęła powietrze. Czuła narastającą w jej wnętrzu blokadę, toteż nie zwlekała dłużej z wyjawieniem prawdy. Gdyby teraz zrezygnowała, raczej nie zdołałaby znowu wrócić do tego tematu.
— Gdy na powrót znalazłam się w Lesie Forenarskim, pomimo wcześniejszego strachu, odnalazłam w sobie siłę i weszłam do środka. Miałam dwa cele. Jednym było towarzyszenie tobie w uzyskaniu odpowiedzi, ale tym najważniejszym wtedy… było znalezienie, choćby najmniejszego śladu obecności Sugu. Dlatego, pomimo błądzenia w leśnym labiryncie, kazałam tobie nie rezygnować i szukać dalej. Wiedziałam, że sama nie dałabym rady. Potem będąc już w Uta Nari, nie pokazując tego po sobie, szukałam wskazówki świadczącej
o obecności Sugu. Dlatego też bez sprzeciwu poszłam do Najstarszej, odczytałam tablice i… — Westchnęła, wspominając Strasznego. — Jeszcze jedno. W noc, kiedy spaliśmy w Uta Nari, wymknęłam się
i obeszłam całe miasto. Niestety nic nie znalazłam… Oszukałam cię, Kiba. Wykorzystałam do własnych celów, chociaż nie znalazłam tego, czego szukałam. Poszłam z tobą, nie dla ciebie, a zobaczyłam możliwość odnalezienia Sugu… Ale teraz… Z czasem to ty stałeś się dla mnie najważniejszą osobą na świecie. Nie zapomniałam
o Sugu… Ale ty… Po… Pokochałam cię…
Nagle poczuła za sobą jego obecność. Kiba, słysząc jej ostatnie słowa, bez zastanowienia ruszył ku niej. Stanął za nią i objął. Poczuł, jak zadrżała, niekoniecznie wystraszona jego nagłym pojawieniem. Nie protestowała, nie wzbraniała się, położyła dłonie na jego rękach i mocno przycisnęła do swej piersi. Zamknęła oczy, wciągając powietrze.
— Wykorzystałam cię… — powiedziała tak cicho, że ledwo usłyszał. — Dlatego nie mogłam powiedzieć wcześniej prawdy… Jeśli odejdziesz, zrozumiem…
Nie była przekonana co do ostatnich słów. Wcale nie chciała, żeby odchodził, nie po tym wszystkim, nie teraz, gdy wreszcie to wyznała. Miała jednak nadzieję na szczęśliwy finał.
— Nigdzie się nie wybieram — odpowiedział, odwracając ją delikatnym ruchem ku sobie.
I spojrzenia ponownie się spotkały, łącząc się w nierozerwalną tym razem nić. Szarość gładkiego miecza oraz błękit bezchmurnego nieba. Ich twarze, przyciągane niewidzialnym magnesem, zbliżyły się do siebie, a usta wreszcie złączyły. Obydwoje zamknęli oczy, a świat wokół zawirował. Drzewa zaszumiały, ale tak spokojnie, jakby trochę zawstydzone. Drobne listki sfrunęły z gałęzi, tańcząc przez chwilę wokół nich. Potem zakręciły wirem ponad głowami i poleciały w świat, dając im odrobinę prywatności.
Kiba poczuł delikatność jej ust i żar niczym najgorętsza lawa. Usta idealne, pełne, rozpalone do granic możliwości. Takie, o jakich marzył od początku ich znajomości, smakujące jak najsłodszy miód, smak trafiający się tylko raz w życiu. Wreszcie to się stało, nikt i nic im nie przeszkodziło. Nigdy nie czuł niczego podobnego. Ciało musnął delikatny dreszczyk, a żołądek zawirował. Tyle czasu czekał na ten moment, na ten pierwszy prawdziwy pocałunek z najważniejszą osobą w swoim życiu. Te pod wodą się nie liczyły, bo miały na celu ratowanie go przed utonięciem, a tego, gdy był nieprzytomny, zaliczał tylko w połowie, bo nie mógł odwzajemnić uczucia. Natomiast ten, który trwał, był idealny. Właśnie tak to sobie wyobrażał, on i ona, dokoła cisza i spokój. Chociaż tło było tak naprawdę nieistotne, bo liczyła się jej osoba. Nigdy nie był tak blisko z żadną dziewczyną. Nie widział takiej potrzeby, pragnął tylko stać się najpotężniejszym wojownikiem na świecie, nic więcej. Teraz zapragnął czegoś innego. Nigdy nie spodziewał się takiego obrotu spraw, aż do dnia ich pierwszego spotkania. Wtedy coś się zmieniło, coś małymi krokami wywracało jego życie do góry nogami. Wcześniejsze priorytety zaczęły odchodzić na dalszy plan, a nawet co niektóre znikały. Teraz stało się coś nieprawdopodobnego. Kiba, czując bliskość Altayi, zapragnął spokoju, zniknięcia wszystkiego, co niezwiązane z jej osobą. Zapragnął nie być wojownikiem, być zwykłym człowiekiem, żyjącym sobie spokojnie gdzieś na uboczu z ukochaną. Inne myśli skłębiły się z boku, ale nie wpuścił ich do swojej głowy, nie teraz. Nie zamierzał pozwolić swojemu natarczywemu umysłowi zepsuć tej chwili. Nie teraz. Całkowicie oddał się rozkoszy. Oddał się uczuciu, które wreszcie odnalazło swój właściwy tor.
Altaya poczuła ciepło jego ust. Rozkoszowała się chwilą, zapominając o wszystkim, co złe. Minione dwa dni strachu zniknęły w okamgnieniu. Tak pragnęła wreszcie poczuć smak jego ust działający jak narkotyk, wywołujący zawroty głowy, przyprawiający o ciarki, a wreszcie gotujący krew do granic wytrzymałości. Wplotła palce w jego włosy, nasilając doznania. Długi, gorący, namiętny pocałunek dwojga ludzi, dopiero co wchodzących w dorosłość. Chciała, by ta chwila trwała wiecznie. Ona i on, w objęciach, połączeni wzajemnym uczuciem. Mała iskierka, która z każdym dniem zamieniała się w coraz większy ogień mogący teraz strawić największe miasta, krainy, a nawet całe wyspy, nareszcie zapłonęła z pełną mocą. Ciało zadrżało, a świat zawirował jeszcze bardziej. Nie kręciło się jej w głowie. To wszystko wokół tańczyło, wirowało do melodii dwóch serc. A te zgrały się idealnie, wystukując ten sam, szalony rytm. Przesunęła dłonie na jego policzki, nieprzerwanie drżąc z emocji. Znowu nasilili pocałunek, a świat zawirował jeszcze szybciej, tracąc kształt, a zamieniając się w rozmazany, kolorowy wir. Altaya bała się, że to sen i kiedy się obudzi, znowu znajdzie się w zimnej grocie, obok nieprzytomnego Kiby, niepewna kolejnego dnia, niepotrafiąca czerpać z życia garściami. Postanowiła o tym nie myśleć, napawać się chwilą, oddać się całkowicie, i trwała w tym postanowieniu, będąc wreszcie szczęśliwą.
Oboje na to czekali, oboje tego potrzebowali, niejednokrotnie myśleli, marzyli. Rozkoszowali się swoją obecnością, dotykiem, żarem. Ciała drgały z emocji muskane dotykiem podniecenia, nowości, aż wreszcie miłości. Żadne nie zamierzało przestać, przerywać tej upojnej chwili. Gorąc rozsadzał ich ciała jak gniewny wulkan, jak palące słońce w upalny dzień, jak ogień pożerający swą zdobycz. Krew krążyła szybciej, serca nie miały już umiaru, a oddech stał się jednością.
Pocałunek trwał i trwał, aż usta zaczęły powoli nieruchomieć, w końcu zatrzymując się całkowicie. Nie odrywali się od siebie jeszcze długą chwilę, wciąż czując wzajemną bliskość, smak swoich ust, nieprzerwany żar, i najsłodszy miód na świecie. Wcale nie chcieli, by ta chwila się skończyła. Pragnęli, by trwała nieskończenie długo, całe dni, lata, wieczność. Jeśli mieli teraz umrzeć, to połączeni pocałunkiem.
Ostatecznie przerwali w tym samym czasie. Ich umysły przypomniały im o podróży i miejscu, w którym się znajdowali. Odsunęli od siebie głowy, powoli otwierając oczy. Połączony wzrok za żadne skarby nie szukał możliwości rozerwania więzi. Uśmiechnęli się w tym samym czasie jak na zawołanie.
Altaya wtuliła się mocno w pierś Kiby w obawie ponownego zaszklenia oczu. Żadne łzy nie spłynęły. Zamknęła powieki, nie tracąc uśmiechu. Od dawna nie była tak szczęśliwa. Spełniło się to, o czym marzyła od pewnego czasu. Wiedziała, że niewidzialny magnes, pomimo licznych przeciwności, zbliżał ich ku sobie każdego dnia.
Wreszcie dopięła swego. Teraz już była pewna wszystkiego.
— Nareszcie — szepnęła.
— Długo czekałaś?
— Długo.
— Więc jednak poszłaś wtedy dla mnie.
Kiba oparł brodę o jej głowę, napawając się zapachem. Jakże mu teraz zabrakło wyczulonego węchu, bo może wzmógłby doznania.
Z drugiej strony musiał przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Przecież i tak straciłby zdolności wraz z przyjęciem leku. Może to i lepiej, że stało się to wcześniej. Nie wiedział nawet, czy jest na półmetku drogi. Parokrotnie skorzystał już z daru, dlatego nim nie ukończy podróży, mógłby jeszcze chwilę być niepokonany. Głównie w celu obrony tej najważniejszej osoby.
Kiedy emocje zaczęły opadać, przypomniał o sobie pusty żołądek. Zaryczał niczym dzikie zwierzę. Altaya zachichotała, odrywając się od chłopaka.
— Aż zabolało mnie ucho — zażartowała.
— Nie pokonał mnie sztylet, a zaraz umrę z głodu — jęknął z uśmiechem Kiba.
— Musimy cię nakarmić. — Altaya odwzajemniła radość.
Kiba popatrzył na nią, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co się właśnie stało. Cieszył się jak małe dziecko, wspominając słodycz jej ust. Na samą myśl przeszedł go dreszcz.
— Uwielbiam, jak się śmiejesz — powiedział.
Dziewczyna poczuła na policzkach ciepło, dlatego musiała coś zrobić, żeby się nie zarumienić. Pocałowała więc szybko Kibę i ruszyła do środka jaskini, odwracając się jeszcze w zalotnym geście.
— Masz ochotę na coś innego niż jagody? — spytał Kiba.
Altaya skinęła głową i chwytając go za rękę, poprowadziła w stronę brzegu, tego samego, od którego zaczął się ich pobyt na drugiej wyspie. Gdy wyszli z lasu, podmuch wiatru centralnie uderzył ich w twarze, a włosy dziewczyny zafalowały za jej plecami. Woda, pieniąc się, obmywała piaszczysty brzeg.
Kiba, gdy tylko się obudził, od razu spostrzegł drzewa inne, niż w jego rodzinnych stronach. Jasnym było znalezienie się na Wyspie Ognia, czyli tam, gdzie podążał. Teraz wystarczyło odnaleźć Raffa oraz właściwą drogę. Spojrzał w dal. Bez wilczego wzroku dostrzegł tylko niebo, odcięte poziomą linią morza. Wydawało się, że powierzchnia wody nie miała końca, ale gdzieś tam znajdowała się Wyspa Ziemi. To tam mieszkał, tam rozpoczął swoją podróż, tam zostawił wspomnienia i przyjaciół. I wtedy zatęsknił za Raffem. Nie miał wątpliwości, że przeżył. Po pierwsze nie znalazł się na łodzi ze zdradzieckim Okotto, a po drugie żaden człowiek nie mógł mu zagrozić. Ponadludzkie gabaryty i rękawica zwiększająca siłę. Wojownik niepokonany. Potem zatęsknił za Revere. Pierwszy raz w życiu oddalił się od niej tak bardzo. Dawniejsze podróże, mimo różnych odległości od domu, ograniczały się do terenów pierwszego lądu. Nigdy poza niego.
— Tutaj mnie wyciągnęłaś? — upewnił się. Gdy potwierdziła, zdjął buty, ubrania, i wszedł w spienioną wodę w samej bieliźnie. Poczuł jej chłód, a jednocześnie przyjemne łaskotanie wywołane falami. — Ciekawe, czy uda mi się coś złowić. W takiej wodzie jeszcze nic nie złowiłem. — Wspomniał kąpiel w Kuadzie.
Wszedł do pasa, stając nieruchomo. Kątem oka zerknął na pozostawioną na brzegu Altayę. Stała nieruchomo, jakby łowiąc wzrokiem razem z nim. W końcu, po niedługim czasie, Kiba miał kolejny powód do radości. Złapał całkiem sporą rybę z pokaźnym ogonem. Pospiesznie nałożył ubrania i wspólnie wrócili do groty, gdzie rozpalili ogień. Siedząc obok siebie, korzystając z ciepła płomienia, czekali na posiłek. Nie mieli noża ani żadnej innej broni, więc Kiba rozprawił rybę najostrzejszym kamieniem, jaki znalazł. Altaya oparła głowę o jego ramię, a palce swojej dłoni splotła z palcami chłopaka.
— Nie mówiłaś, że śpiewasz — podjął Kiba.
— A pytałeś?
— Zaśpiewaj mi jeszcze.
— Nieee… — jęknęła przestraszona.
— Dlaczego?
— Wstydzę się…
— Mnie się wstydzisz?
— Na drugą piosenkę musisz zasłużyć. Nie ma tak łatwo.
— Jeszcze nie zasłużyłem? — zdziwił się. — Przecież piekę dla ciebie rybę.
— Wysil się bardziej.
Kiba fuknął rozbawiony, a wtedy przyszła mu do głowy pewna myśl. Obejrzał się za siebie, szukając swojego cienia. Altaya od razu domyśliła się, co robi i go uprzedziła.
— Tu jest. — Wskazała na blady, ledwo widoczny we wpadającym przez wejście świetle dnia, cień. Mimo utraty zdolności nie zmienił wilczego kształtu.
— Czyli nic się nie zmieniło — przyznał zawiedziony. Chociaż nie powiedział tego głośno, liczył na powrót do normalności.
— Nie gniewasz się na mnie? — zaczęła nieśmiało Altaya. Kiba spojrzał na nią pytającym wzrokiem. — Że dopiero teraz powiedziałam prawdę…
— Doskonale cię rozumiem. Nie znałaś mnie, nie mogłaś od razu powiedzieć prawdy. Sam nie powiedziałem od razu wszystkiego. Chociaż i tak dużo zdradziłem, nie tak jak Raffowi. Zresztą ty byłaś ciekawa, chciałaś mnie poznać, a jemu wystarczyło moje towarzystwo. Mówił, że nie potrzebuje wiedzieć więcej, niż sam jest w stanie zdradzić. Jak się poznaliśmy, nie pamiętał niczego prócz dwóch dni.
— Jak się poznaliście? Wcześniej nie zapytałam.
Kiba uśmiechnął się, wspominając tamten dzień.
— Jak teraz o tym myślę, to śmiać mi się chce — przyznał. — Ścigali mnie ludzie z Garanad. Przyniosłem znajomemu trochę złota. Znalazłem je przypadkiem, kiedy zgubiłem harmonijkę. Ty śpiewasz, ja gram — zaśmiał się.
Altaya odwzajemniła radość. Nie sądziła, że leżąc nieprzytomnym, słyszał wszystko, co działo się wokół niego. I w sumie to czuł. Od razu wspomniała ich pocałunek. Uśmiechnęła się wtedy jeszcze bardziej. Spojrzała na jego usta, zastanawiając się, kiedy teraz dane jej będzie poczuć ich smak. W sumie to nie musiała już na to czekać, mogła brać, ile chce i kiedy chce. Kiba wciąż opowiadał, bo poruszał ustami. Wtedy złapała się na tym, że wcale go nie słucha. Całą uwagę skupiła na czym innym niż uzyskiwanie odpowiedzi na zadane wcześniej pytanie. Tak bardzo spodobał się jej ich pocałunek, że teraz nie myślała o niczym innym.
— I wtedy ganialiśmy się między drzewami — kontynuował chłopak, święcie przekonany, że ma uważną słuchaczkę. — Ostatecznie, gdy łaził za mną krok w krok, dałem mu szansę. I w sumie to była dobra decyzja. Bez niego mogło być krucho w Treelavie. — Po chwili spoważniał. — Wtedy też spotkałem Vanai’ego. Nie mówiłem wcześniej o tym. Widzisz, ty mnie przepraszasz, a tu wyszło na jaw, że czegoś jeszcze nie zdradziłem. To się już zaczęło — wspomniał tamte słowa.
— Co się zaczęło?
— Nie powiedział. Potem w Erattcie, kiedy go o to zapytałem, też nie odpowiedział. — Kiba zbystrzał. — Przed poznaniem ciebie miałem sen. Ten z Wakamą. Zapytałem go o to i odpowiedział, że nie może przepowiedzieć mi przyszłości.
— Może miał na myśli twoją podróż?
Kiba potwierdził ruchem głowy, chociaż tak naprawdę wspomniał jeszcze słowa Forenary i Solio. Oni również wiedzieli o jego drodze. Wszyscy wiedzieli, tylko nie on. Momentami mocno irytowała go ta ciągła niewiedza. Wtedy dotarło do niego, że mimo chwil zapomnienia z Altayą, jego przeszłość i niedokończona wędrówka będzie nad nim wisiała, jak to pochmurne niebo. Czego by teraz nie zrobił, nie myślał lub zajmował się czym innym, bestia w jego ciele wciąż rosła. Tylko w kwestiach sercowych wszystko się wreszcie ułożyło, zadziało się tak, jak marzył.
Co, jeśli się nie uda, nie znajdę leku i zamienię się w potwora? — pomyślał.
Tak naprawdę nie wiedział, ile czasu mu pozostało. Przemiana poszła naprzód, bo w Kuadzie, według słów Altayi, spowił go cień wilka. Jak na zawołanie rana na ramieniu zakłuła, przypominając o sobie. Zerknął na nią i pomimo odczuwanego dyskomfortu, miał nadzieję na nieodnalezienie opatrunku. Niestety, był na swoim miejscu, obecny od samego początku wyprawy. Czysty, zawinięty ze starannością.
— Tam nie znajdziesz nic nowego — podjęła dziewczyna. — Rana na plecach nie boli?
Kiba odsłonił ciemną plamę na plecach.
— W ogóle o niej już zapomniałem. Prawie zniknęła. Szkoda, że ta od wilka wciąż jest. Obiecasz mi coś? — Spojrzał na dziewczynę. Nie wiedziała, co powiedzieć, dlatego nic nie mówiąc, potwierdziła głową. — Obiecaj mi, że jak zamienię się w potwora, nie podejdziesz do mnie, tylko będziesz uciekała.
— Dobrze…
— Obiecaj — powtórzył.
— Obiecuję…
Kiba wspomniał powrót do wioski po walce z wilkiem. Siedział wtedy z Revere w jej chacie i to on jej obiecywał. Chciała wtedy z nim pójść i domagała się, żeby złożył jej obietnicę. Zrobił to, a ostatecznie nie wywiązał się z niej. Okłamał ją, wyruszając samotnie. Ciekawe, jak wtedy wyglądałaby jego podróż, mając u swego boku nie tylko Altayę i Raffa, a również Revere. Czy dziewczyny polubiłyby się, czy wręcz przeciwnie? Musiałby wtedy chronić je obie, co niekoniecznie byłoby możliwe, biorąc pod uwagę ogrom wydarzeń.
— Nawet sobie nie wyobrażasz, jak się o ciebie boję. — Spojrzał na towarzyszkę.
— Dlaczego? — zdziwiła się Altaya. Tkwiła niezmiennie u jego boku, trzymając ich splecione dłonie na swoim kolanie.
— A jeśli lek nie pomoże? Jeśli zostanę już demonem? Nie jesteś przy mnie bezpieczna, Altayo…
— Nie mów tak…
— Jeśli cię skrzywdzę… Nie powinnaś mi ufać. Nie mogliśmy spotkać się w innych okolicznościach? — Zamilkł na chwilę. — Nie mogliśmy. Gdyby nie to, nie opuściłbym pewnie nigdy Lasu Deszczowego.
— I nie spotkałbyś mnie. — Uśmiechnęła się do niego.
Kiba westchnął.
— Czy to musi być takie trudne?
— Ale co?
— To wszystko. Podróż, rana, wilk. Nie możesz czuć się przy mnie bezpieczna. Mogę cię w każdej chwili skrzywdzić.
— Tylko przy tobie czuję się bezpieczna — odparowała. — Dlaczego wciąż to robisz? Dlaczego szukasz, drążysz, nie cieszysz się mną? Chcesz mieć wszystko pod kontrolą. Przestań się kontrolować. Dopuść to wreszcie do siebie. Jestem teraz szczęśliwa jak nigdy. Pozwól i sobie być szczęśliwym.
— Od śmierci Kazai’ego nie bałem się zginąć. Prawdziwy wojownik nie unika walki. Ale teraz… teraz chcę żyć…
Zwrócił wzrok na Altayę.
— Chcę żyć dla ciebie. Bez ciebie mój świat traci sens.
— Czekałam, aż to powiesz…
— Jeśli to ma oznaczać, że przestanę być wojownikiem, niech i tak będzie. Tylko ciebie chcę, Altayo. Nie powstrzymuję już niczego. Nie potrafię…
— Nie chcę, żebyś przestał być wojownikiem. Od zawsze tego pragnąłeś. Możesz nim być i jednocześnie mieć mnie.
Kiba przytulił Altayę.
— Mam ciebie i to mi wystarczy.
Rozdział VI Pierwsze spotkanie
Płomień ogniska szybko nadał rybie zjadliwą postać. Kiba i Altaya z chęcią zostaliby w jaskini, odpoczęli, cieszyli się sobą, ale świadomi byli tego, że nie mogą. Czas im się kończył i musieli zaleźć zagubionego przyjaciela.
— Musimy odnaleźć Raffa — poinformował chłopak po skończonym posiłku. Altaya nie protestowała, nie zaprzeczała. Zgadzała się z nim całkowicie. — Pewnie gdzieś tu jest, w pobliżu. Tylko gdzie?
— Widziałam wczoraj dym.
— Gdzie?
Dziewczyna wskazała palcem przed siebie w kierunku lasu.
— Jesteś gotowa do drogi? — upewnił się Kiba.
Altaya skinęła głową, po czym dla spokoju ducha rozejrzała się jeszcze po wnętrzu pomieszczenia. Spędziła tu dwa dni, mimo braku komfortu — wszędzie skalne ściany i twarde posłanie — w pewnym sensie nie czuła zniechęcenia. Potraktowała jaskinię jako tymczasowe lokum, taki przystanek w drodze. Gdy dołączyła do wędrówki, spała w różnych miejscach, niekoniecznie wygodnych. Dzielnie znosiła wszelkie niewygody, dążąc do zamierzonego celu. Tym razem grota okazała się czymś więcej niż tylko miejscem noclegu. Ta stała się swego rodzaju azylem, schronieniem, początkowo nie wiadomo na jak długo. Zamierzała iść naprzód, kontynuować podróż, lecz gdyby było więcej czasu, wcale nie musiałaby stąd odchodzić. I w sumie to nawet mignęła jej myśl, że ostatecznie, po zagospodarowaniu jaskini, mogłaby w niej zamieszkać na stałe. Byleby nie sama, byleby wspólnie z Kibą. Gdzie on, tam ona.
Ryba była na tyle duża, iż zjedli tylko połowę. Drugą część Kiba zawinął w pokaźny liść i schował do środka bluzy. Oglądając odzienie, powiedział:
— Niby materiał jest mocny, a zużył się przez ten czas.
— Dziwisz się? — odpowiedziała Altaya. — Walka, woda, rany… Jaki materiał wytrzymałby to wszystko?
— Masz rację. Gotowa?
— W drogę.
Trzymając się za ręce, opuścili jaskinię, kierując się w stronę widzianego dzień wcześniej dymu. Altaya dumnie prowadziła w zapamiętanym kierunku. Poczuła się bardzo dobrze w nowej roli. W sumie to już raz była przewodnikiem, w drodze do Lasu Forenarskiego. Wtedy to ona znała kierunek, podobnie jak teraz. Podążali w milczeniu, omijając co jakiś czas jakąś przeszkodę. Co chwila zerkali na siebie, przekazując sobie uśmiech.
— To tutaj — poinformowała dziewczyna, wstrzymując marsz.
Ponad lasem leniwie ciągnęła się szara chmura, nie tak intensywna i mięsista co poprzedniego dnia, aczkolwiek wciąż dobrze widoczna.
— Właśnie tam pójdziemy — zakomenderował Kiba. — Nie wydaje się jakoś daleko. — Rozejrzał się po niebie. — Może do wieczora tam dotrzemy.
Altaya nie protestowała. Niewiadomego pochodzenia dym wcale nie musiał okazać się dobrym wyborem. Miała ku temu obawy, lecz nie zamierzała tym razem podważać decyzji Kiby. Tak naprawdę nie chciała przyznać się sama przed sobą, że wolałaby kontynuować podróż tylko we dwoje. Czuła się tym samym niekoniecznie dobrze, bo spędziła trochę czasu w towarzystwie Raffa, a nie traktowała go jako przyjaciela. Po prostu był, to był, i tyle. Nie zamierzała tego nikomu wyjawiać, bo wiedziała, że zagubiony towarzysz nie dałby Kibie spokoju. Był jego przyjacielem i zbyt wiele razem przeszli. W sumie to gdyby popłynął z nimi tą samą łodzią, zapewne nie doszłoby do tego wszystkiego. Powstrzymałby oprawców jednym ruchem swoich ponadprzeciętnej wielkości ramion. Nie byłoby przeprawy przez morze wpław, nie byłoby walki o przetrwanie, i wreszcie nie byłoby ich pocałunku. A skoro tak się ułożyły te sprawy, było warto.
— Zamieszkasz ze mną? — Kiba przerwał jej rozmyślania. Zamrugała, wyrwana z transu. — Wrócisz potem ze mną do Lasu Deszczowego? Spokojnie, pamiętam, co wcześniej mówiłem. Zobaczysz, jak mieszkam, poznasz Revere, a potem udamy się do świątyni.
— Nie musimy — odparła po chwili namysłu. Wyraz twarzy Kiby nie krył zdziwienia. — Chyba wreszcie pogodziłam się z ich odejściem. Siedzenie tam i czekanie byłoby bez sensu.
— Wszystko ma swój sens. Przecież nie musimy tkwić w jednym miejscu. Zbyt długo dusiłem się w jednym miejscu. Już dawno potrzebowałem wyjść na zewnątrz, zmienić krajobraz. To mi pomogło.
Potwierdziła głową. Pamiętała, gdy to mówił podczas ich pierwszego spotkania. I wtedy coś sobie uświadomiła. Zaśmiała się niekontrolowanie, co jeszcze bardziej zbiło Kibę z tropu. Żeby nie trzymać go dłużej w niepewności, powiedziała:
— Wiesz, że spotkaliśmy się już kiedyś? Nie w Śpiącym Lesie, a jeszcze wcześniej?
Kiba zniżył brwi. Altaya wygięła usta i opowiedziała…
Jako jedenastoletnia dziewczynka podeszła do wyrzeźbionej w bladej ścianie półki. Na płaskiej powierzchni stał drewniany pojemnik. Otworzyła wieko i wyjęła ze środka kolorowe kawałki kredy. Wzięła tyle, ile zmieściło się w garści, a następnie zamknęła pojemnik. Tym samym krokiem co wcześniej opuściła pomieszczenie. Wkroczyła do głównego korytarza, przemknęła na palcach obok kuchni, gdzie krzątała się Doi, i wyskoczyła na zewnątrz. Pobiegła za róg trapezowatej budowli i przystąpiła do działania. Nakreśliła na ścianie pochyłą linię, do której dodała po chwili parę następnych. Zmieniła brązowy kamień na czerwony i zakolorowała powstałą, niekształtną figurę. Niebawem kolory niebieski, zielony i żółty także dołączyły do malowidła. Podczas malowania Altaya przyciskała ustami język, maksymalnie wczuwając się w rolę artystki. Gdy wreszcie ukończyła swe dzieło, odstąpiła sześć kroków od ściany i spojrzała na rysunki. Kolorowe zwierzęta stały pośrodku łąki, a nad nimi rozpływało się błękitne niebo.
Nagle ku jej zdziwieniu widziane istoty ożyły. Zwierzęta skakały po zielonej łące, ganiały między drzewami i skubały trawę. Zza gęstej korony drzew wyleciało kolorowe ptactwo, zatoczyło koło nad łąką i zniknęło ponownie wśród drzew.
— Dzień dobry, księżniczko.
Altaya podskoczyła przestraszona, odwracając głowę w kierunku głosu. Niedaleko niej stał Sugu. W dłoni trzymał pleciony koszyk.
— Przestraszyłem cię? — zapytał retorycznie. Skrzywił buzię, marszcząc przy tym czoło. — Nie powinnaś malować po ścianach. Doi powyrywa sobie ze złości wszystkie włosy. Wiesz, jak dba o porządek.
— No wiem… — szepnęła dziewczynka.
— Mam pomysł. Idę do miasta po jedzenie. Chodź ze mną. Jak Doi to zobaczy, nas nie będzie, więc powiemy, że to nie nasza sprawka.
Dziewczynka potwierdziła z uśmiechem i chwilę później maszerowali już leśną drogą. Szli raczej w milczeniu, co jakiś czas tylko wymieniając jakieś spostrzeżenia dotyczące otoczenia. Po jakimś czasie, gdy cienie przeniosły się za plecy, opuścili obszar lasu i ujrzeli przed sobą pierwsze zabudowania. Chaotycznie ustawione domy spoglądały na jedną, biegnącą środkiem drogę. Do każdego budynku stał przytwierdzony stół, a okna przysłaniały okiennice. W tych otwartych powiewały jasne płachty. W jednym takim oknie, zamiast zasłony, bujały się zasuszone liście oraz grzyby.
Altaya zwróciła uwagę na przechodniów, bo większość z nich nosiła za pasem jakąś broń, najczęściej noże, ale zdarzało się też coś większego, jak chociażby miecz lub łuk.
— Powiesz mi wreszcie, dlaczego noszą broń? — zapytała dziewczynka, szarpiąc rękawem Sugu.
— Wiele lat temu tę wioskę zaatakowano. Jakaś grupa złodziei jeździła z osady do osady, rabując jedzenie i paląc chaty. Tutaj skończyła się wreszcie ich droga. Od tamtego dnia mieszkańcy codziennie są gotowi do walki.
— Dobrze, że nikt nas już nie atakuje — stwierdziła, zerkając na kamień wiszący na swojej szyi. Przypomniała sobie o jedynej jak do tej pory próbie wtargnięcia do świątyni. Wybawcą okazał się wędrowny wojownik, który przepędził obcych i na pożegnanie wręczył jej ten wisiorek. — Teraz już się nie boję.
— Nie trzeba się wszystkiego bać, a próbować znaleźć wyjście z danej sytuacji.
Pokonali długi plac, aż dotarli do wyróżniającego się budynku. Jego dach odważnie wyglądał na ulicę, zasłaniając przed słońcem rząd stołów z krzesłami. Nie wiadomo skąd wyleciał nieduży pies, który merdając ogonem, usilnie próbował doskoczyć do twarzy dziewczynki, podszczekując przy tym radośnie. Altaya uklękła przed nim, pozwalając oblizać sobie policzek. Pogłaskała radosne stworzenie, a wtedy pobiegło w swoją stronę, obszczekując kogoś na drodze.
— Witaj, Sugu — powiedział wychodzący z budowli mężczyzna. Jako jedyny, zamiast broni, za pasem miał drewnianą chochlę.
— Witaj, Noit — powitał go staruszek.
— Rośniesz szybciej, niż ja się starzeję — przyznał mężczyzna, zerkając na dziewczynkę. — Ale to dobrze. To samo, co zwykle?
Sugu wręczył człowiekowi pleciony kosz, potwierdzając. Ten zakręcił się na pięcie, po czym zniknął w środku domu. Minęła krótka chwila, gdy wrócił z zapełnionym do połowy koszem. Altaya dojrzała w nim trzy zawiniątka. Wiedziała, co jest w środku, bo nie była to jej pierwsza wizyta w wiosce. Co jakiś czas przychodziła tu z Sugu po kilka potrzebnych rzeczy, by uzupełnić braki. Wewnątrz pakunków znajdowało się zasuszone mięso. Sami nie polowali, więc w taki sposób zdobywali produkty mięsne. Dziewczynka usłyszała brzęk monet, więc domyśliła się zakończenia wizyty u Noita.
Poszli więc dalej, do obskurnego budynku nieopodal. Przed zawaleniem powstrzymywały go cztery drewniane słupy, osadzone w narożnikach oraz kilka innych, wbitych pod skosem w tylnej części bryły.
Podczas każdorazowej wycieczki do wioski Altaya z niecierpliwością wyglądała wizyty właśnie w tym miejscu. Tym razem zawitali tutaj wcześniej niż zwykle. Zazwyczaj zaglądali tu na samym końcu, gdy wracali. Altaya wcale nie pytała, skąd ta zmiana, bo wcale jej to nie obchodziło. Ważne było, że wstąpili w najważniejsze miejsce w osadzie. Stając przed zamkniętą okiennicą, z niecierpliwością czekała, aż Sugu w nią zastuka. Gdy to zrobił, nie pozwoliła sobie nawet mrugnąć, żeby przypadkiem nie przeoczyć jej otwarcia. Całe szczęście nie musiała zbyt długo czekać i magiczne okiennice otwarły się, ukazując staruszkę ze związanymi na szczycie głowy włosami.
Altaya uśmiechnęła się szeroko, oczekując najsmaczniejszej rzeczy na świecie. Kobieta bez słowa odwzajemniła radość, po czym sięgnęła gdzieś w bok, i w końcu podała jej cukrowy kwiatek. Altaya chwyciła podarunek, nie zastanawiając się w ogóle czy usłyszy brzęk monet, czy też nie. Wgryzła się od razu w pierwszy płatek, odgryzając go w całości. Uwielbiała ten słodki, pachnący smak. Kiwnęła głową do staruszki i podążyła za Sugu. Wiedziała, że kobieta nie mówi, dlatego porozumiewała się ruchem ciała i mimiką twarzy.
Przeszli na drugą stronę drogi, minęli stojący na baczność dom, by obejść go z drugiej strony i zatrzymać się dopiero w jego środku. Tam, pośród licznych drabinek i murowanych zagród, ponad którymi wystawały złote góry, chudy człowiek w samych spodniach ładował właśnie zboże do worka. Obok niego stał dość wysoki mężczyzna. Włosy spięte miał w ogon, a na plecach wisiał miecz z białym trzonem. Za nim z założonymi rękoma stał chłopiec. Wyglądał na podobnego wiekiem do Altayi. Dziewczynka zwróciła uwagę na jego rozczochrane włosy i skwaszoną minę. Chłopiec wcale nie wyglądał na zadowolonego. Domyślała się, że pewnie to on będzie niósł zboże, stąd jego zachowanie. W sumie to sama też pewnie by tak wyglądała, gdyby Sugu kazał jej nieść taki worek na swoich plecach. Zawsze to on go niósł, a ona trzymała koszyk. On też do najlżejszych nigdy nie należał, ale nie miała wyjścia. Musiała pomóc.
— Sugu? — odezwał się mężczyzna z mieczem, a wtedy Altaya spojrzała w górę, lecz nie dojrzała jego twarzy, bo zasłaniały ją plecy opiekuna.
— Co za spotkanie — odpowiedział Sugu, kładąc dłoń na ramieniu mężczyzny, który uczynił to samo. Skinęli do siebie głowami.
— Co tutaj robicie?
— My jesteśmy tu często. Co ty tu robisz?
— Jestem tu tylko chwilowo. Bierzemy worek i znikamy. To ta mała? — zapytał wojownik. — Szybko rośnie.
Altaya przestała słuchać rozmowy dorosłych. Docierały do niej tylko pojedyncze słowa, a wśród nich imię: Saygram. Drgnęła mimowolnie, lecz nie przestała przyglądać się chłopcu. Ten w pewnym momencie spojrzał na nią niezadowolonym wzrokiem. I wtedy Altaya dostrzegła ich szary odcień. Nigdy nie widziała takich oczu. Jej miały barwę nieba, a Sugu wraz z Doi mieli brązowe. Spotykani w mieście ludzie, chociaż im się zbytnio nie przyglądała, bo nie miała tego w zwyczaju, raczej nie mieli takiej barwy. Ostatek cukrowego płatka rozpłynął się w buzi, więc odgryzła drugi, nie odwracając wzroku od chłopca. Po chwili Sugu dotknął jej ramienia i wtedy spojrzała w górę na twarz wojownika. Jego nos przedzielała poprzeczna blizna. Machnął ręką do staruszka, do dziewczynki zaś mrugnął okiem i wraz z chłopcem odszedł, zarzucając worek na jego plecy. Był mniejszy od wszystkich innych, jakie leżały pod nogami właściciela budynku.
— Kto to był? — zapytała Altaya.
— Dawny znajomy i jego uczeń.
— Nazywa się Saygram?
Sugu zerknął na nią, rozszerzając oczy. Nie odpowiedział od razu. Najpierw wskazał palcem mniejszy worek, poczekał, aż mężczyzna w samych spodniach zacznie go napełniać, a dopiero wtedy odpowiedział:
— Nie, to ktoś inny.
— Skąd go znasz?
Staruszek machnął ręką. Altaya złapała jeszcze wzrokiem nieznajomych, widząc, jak znikają za rogiem, a wtedy usłyszała brzęk monet. Wiedziała, że teraz przejmie koszyk, a worek wyląduje na plecach Sugu. Gdy to się stało, opuścili budynek, zahaczyli jeszcze o dwa domy, dorzucając do koszyka jakiś proszek i kilka owoców. Obładowani opuścili wioskę, kierując się do domu. Tak jak wcześniej niewiele rozmawiali. Altaya nawet nie pytała o mężczyznę z mieczem i jego ucznia. Ci nie odwiedzili ich w świątyni, jak ten człowiek z kijem rok wcześniej, więc nie było powodów do obaw. Po prostu przypadkiem spotkali dawnego znajomego, i tyle. Nie chcąc psuć dobrego dnia, tak to sobie wytłumaczyła. I nim ostatni płatek słodkiej przekąski rozpłynął się na języku, dostrzegła między drzewami zarys trapezowatej budowli. Kiedy zeszli z drogi, zobaczyli Doi, namiętnie ścierającą malunki.
Dziewczynka zerknęła na Sugu. Ten przesłał jej uśmiech.
— Altayo. — Kobieta uniosła głos, gdy stanęli przed nią. — Co to jest?
— Ale co takiego?
— Kto pomalował ścianę?
Altaya wzruszyła ramionami.
— Przecież nas nie było — odpowiedział Sugu. — Pewnie ktoś tu się zakradł i zrobił ci na złość. A może nie chciał, żebyś się nudziła.
Doi machnęła szmatką w jego stronę niekoniecznie zadowolona z żartu, jaki zaserwował jej brat. Pokręciła głową, wracając do pracy i nasilając częstotliwość tarcia.
— Następnym razem ty będziesz to ścierał — mruknęła.
Sugu poruszył szybko brwiami, zerkając na Altayę, po czym pomaszerował z workiem do świątyni. Dziewczynka postawiła kosz na trawie i dołączyła do Doi. Namoczyła palce śliną i zaczęła ścierać malunek. Kobieta uśmiechnęła się do niej, nie zaprzestając pracy.
— Przepraszam — podjęła Altaya.
— Nie szkodzi — odparła Doi. — Przynajmniej ktoś inny dzisiaj zrobi kolację.
I zaśmiały się obie.
— To byłaś ty — powiedział Kiba. — Nawet do głowy by mi nie przyszło, że byłaś tą małą dziewczynką.
— Dlatego tak ci się przyglądałam, gdy się poznaliśmy — przyznała Altaya. — Wiedziałam, że kiedyś widziałam takie oczy, ale wtedy nie potrafiłam sobie przypomnieć, gdzie. Teraz to i pamiętam bliznę na nosie Kazai’ego.
— Masz dziwne oczy, nigdy takich nie widziałam. — Kiba przypomniał jej słowa. — A jednak widziałaś.
— Dziwisz się? Nie znałam was wtedy, nie mogłam wyjawić wszystkiego.
— To stamtąd mieliśmy zboże dla Raito. Wcale nie cieszyłem się z tego, bo nieśliśmy ten worek na zmianę. To też było szkolenie.
Kazai i Sugu się znali… — Kiba, jak miewał w zwyczaju, zagryzł wargę. — Cukrowy kwiatek?
— Niestety wtedy był ostatni. Wiele lat Poin rozpieszczała dzieciaki. — Westchnęła. — Potem nikt nie kontynuował jej sztuki.
Zastali na swej drodze powalone drzewo. Leżało niezgrabnie, zawadzając niejednokrotnie o chropowatą korę pobliskich drzew. Zostało ścięte całkiem niedawno, bo liście zdążyły tylko co zwiędnąć. Kiba obejrzał miejsce przecięcia, rozpoznając ostre narzędzie pokroju topora.
— Idziemy w dobrą stronę — oznajmił. — Ktoś ściął je niedawno. Pewnie przyszedł stamtąd, skąd pochodzi ten dym. — Spojrzał powyżej lasu na obłok. Szybko opuścił głowę, a jego twarz nabrała poważnego wyrazu. — Saygram…
— Jedno wspomnienie, a tyle odkryć. Najpierw nasze spotkanie, a teraz to imię. To wtedy je usłyszałam. Kolejny raz się przewija…
— Kiedyś Kazai wspominał to imię — przyznał Kiba, obchodząc drzewo z drugiej strony, przeskakując je i wracając do dziewczyny. — Kiedy nas spotkałaś razem z Sugu, też je słyszałaś, a to znaczy… To ta sama osoba. — Znowu przygryzł wargę.
— Nie rób już tak, bo zaraz znowu coś sobie zrobisz — upomniała Altaya, wskazując na swoje usta. Poskutkowało, bo chłopak przestał.
— Czy to możliwe, że to ten sam Saygram, o którym mówił Bad? Jeden z Czterech? Jeden z czterech demonów Kahthisa? — Nagle drgnął. — Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem. Solio wielokrotnie wspominał imię Gram. Co, jeśli…
— Myślisz, że ten Gram to… Saygram. Ten sam?
— Solio jakimś sposobem stał się pół-demonem, więc właśnie tak myślę. Od zawsze sądziłem, że wszystkie demony… W sumie to nie wszystkie, bo jeden z nich zaatakował Las Deszczowy. — Spojrzał na swoje ramię. — Jeśli Saygram faktycznie był jednym z Czterech, powinien zginąć tysiąc lat temu. Cała czwórka przepadła razem z Kahthisem, przegrywając Pradawną Wojnę. Skoro on żyje, w co nie chciałbym wierzyć, to kto jeszcze mógł przeżyć?
Zapadła cisza. Zimny podmuch wiatru pojawił się znikąd i bez ostrzeżenia schłodził ciała stojących. Altaya widocznie się zatrzęsła. Nieprzyjemny chłód wywołał u niej gęsią skórkę. Dziwny zbieg okoliczności, rozmowa o demonach, i jak na zawołanie zimny podmuch. Zapragnęła, by ich rozmowa okazała się nieprawdą. Znała opowieści o przeszłości Czterowyspia i wcale nie chciała, by żadna ich część znalazła odzwierciedlenie w teraźniejszości.
Stali w milczeniu, patrząc na siebie. Żadne nie miało odwagi się odezwać.
— Kiedy dokładnie odszedł Sugu? — zapytał w końcu Kiba.
Altaya była wręcz pewna, że w poszukiwaniu odpowiedzi na wcześniejsze pytania analizował teraz wszystkie możliwe opcje. Poznała go już wystarczająco, by wiedzieć, co zamierza. Taki typ myśliciela.
— Odszedł mniej więcej rok temu… — I teraz ona zszokowała się tym, co do niej dotarło.
— Rok temu zginął Kazai…
— Myślisz, że jedno z drugim ma coś wspólnego?
— Nie wiem — przyznał zrezygnowanym głosem. — Za dużo już tego wszystkiego na moją głowę. Chyba jeszcze nie doszedłem do siebie. A ten człowiek z kijem, jak wyglądał?
Altaya ściągnęła usta. Zbytnio nie pamiętała już jego wyglądu. Za pierwszym razem, gdy miała dziesięć lat, widziała jego twarz z daleka. Za drugim zaś zobaczyła jedynie, jak odchodził, opierając się na wygiętym kiju.
— Już nie pamiętam. Był stary, miał kij, tyle… Pierwszy raz przyszedł jakieś sześć lat temu. I jak już mówiłam, wtedy Sugu mnie poinformował, że niebawem odejdzie. Ale minęło pięć lat, a on wciąż był, nie odszedł. Nie mówił nic na ten temat, nie wspominał o swojej chorobie, a ja nie pytałam. Cieszyłam się każdym dniem z nim spędzonym, bo mógł być tym ostatnim. Nie chciałam też niepotrzebnie go denerwować zbędnymi pytaniami. Jednak rok temu, kilka dni po drugiej wizycie, Sugu zniknął.
Kiba westchnął ciężko. Pokręcił głową, a następnie wysunął dłoń w kierunku dziewczyny, dając jej sygnał do ponownego wymarszu. Okrążyli leżące drzewo, obierając wcześniejszy kurs. Szli między coraz rzadziej rosnącymi pniami, wyglądając obecności człowieka. Po jakimś czasie uczynili postój na brzegu niedużego strumienia. Chmury nieco się rozstąpiły, odsłaniając słońce, które zaczęło powoli muskać czubki drzew.
— Rozpalmy ogień i zostańmy tu do rana — zaproponowała Altaya, siadając na sterczącym z wody kamieniu. Zrzuciła buty na brzegu i włożyła stopy do wody. Nastawiała się na taki sam chłód, jak w oczku w jaskini, lecz strumień miło ją zaskoczył.
Kiba przystał na jej propozycję bez sprzeciwu. Nazbierał suchych patyków, ułożył w stos, a następnie pocierając o siebie dwa kamienie, wzniecił płomień. Wyłamał dwa długie patyki, naostrzył, pocierając końcówki o skalną powierzchnię kamienia, po czym nabił nań zabraną z groty rybę. Zrzucił buty, zasiadając od razu obok towarzyszki na innym głazie.
— Jak radziłeś sobie zimą? — zapytała dziewczyna.
— Zazwyczaj zimę spędzaliśmy w Lesie Deszczowym, bo tam trwa najkrócej. Chociaż raz spędziliśmy ją w Odrodzonej Puszczy. Wtedy prawie utopiłem się w Szklistym Jeziorze.
— Co ty mówisz…
— Nie przejmuj się, przecież siedzę obok ciebie.
Altaya machnęła nogą, ochlapując spodnie Kiby. Oczywiście nie pozostał jej dłużny, robiąc to samo. Zaśmiali się.
— W dzień byliśmy w ruchu, a nocą podtrzymywaliśmy ogień — powiedział Kiba. — I jakoś się przetrwało tyle lat. Gdy zostałem sam, zima była niezwykle łagodna. Nie miałem chęci rozpalać ognia, więc to głównie Revere go rozpalała, przynosiła mi ciepłe jedzenie, by się rozgrzać, i skóry zwierząt. Jej ojciec handlował nimi, więc miał ich pod dostatkiem. A ty?
— Sugu palił w środku. Jesienią zbieraliśmy z lasu chrust i układaliśmy pod ścianą. Potem siedzieliśmy w jednym pomieszczeniu obok spiżarni. Grzaliśmy tylko w tym jednym miejscu.
— Dlaczego nie wpuściłaś wtedy Raffa do środka?
— Wszystko, co się dało, spaliłam, licząc na podtrzymanie ognia. Pamiętasz jakiego… Poza tym nie chciałam tam obcych. A wtedy nimi byliście.
— No tak.
Dłuższą chwilę posiedzieli na kamieniach, rozmawiając o dalszej drodze, po czym wrócili na brzeg, by spożyć kolację. Gdy napełnili żołądki, ułożyli się na trawie, patrząc na rozpogadzające się coraz bardziej niebo. Zasłaniające je prawie cały dzień chmury wreszcie zniknęły z pola widzenia, ukazując wieczorne niebo. Słońce schowało się już gdzieś za lasem.
Altaya leżała obok Kiby, podparta na łokciu jednej ręki, a drugą skubała rozczochrane włosy.
— Czesałeś się kiedyś? — zapytała radośnie.
— Wojownik nie ma czasu na takie rzeczy — odparł poważnie, lecz po chwili wybuchnął śmiechem. — Chodź. — Przyciągnął ją ku sobie
i położyła głowę na jego ramieniu.
Altaya znowu poczuła jego bliskość. Długo czekała na ten moment. Wiedziała, że oboje czują to samo i próbują się pomału zbliżyć, lecz nie chciała zrobić pierwszego kroku. Pamiętała jedną rozmowę z Doi, która opowiedziała jej o swojej dawnej miłości. Wtedy to ona zrobiła ten pierwszy krok i czar prysł. Żeby nie popełnić jej błędu, Altaya cierpliwie czekała na rozwój wydarzeń. Oczywiście miała inną wizję tego wszystkiego, ale jak stwierdziła, wszystko dobrze się ułożyło.
— Przydałaby nam się jakaś broń, żeby nie jeść samych ryb i owoców. Mieczem niczego nie upoluję, więc przydałby nam się łuk.
— Pomyślimy o tym jutro.
Leżąc tak bez słowa, doczekali nocy. Gwiazdy szybko wypełniły granat nieba, migocząc zaczepnie co jakiś czas.
— Gdy ginie wojownik — zaczął Kiba — jego dusza wędruje tam w górę. — Uniósł rękę, wskazując tysiące jasnych punkcików. — To są dusze wojowników. Czekają, by znowu powrócić do ciała. Spójrz na tamtą. — Wskazał najmocniej świecącą. — Ta ukazała się po śmierci Kazai’ego. — Zamilkł na chwilę. — Nie wierzę w to.
— W co? — zdziwiła się Altaya.
— Dusze nie powrócą. Kazai dawno już by to zrobił…
— A jeśli nie dzieje się to tak szybko? Jeśli potrzeba naprawdę długiego czasu? Popatrz. — Wyciągnęła dłoń ku niebu. — One są tak wysoko. Jak myślisz, ile dni trzeba by było iść, aby do nich dotrzeć?
Kiba nie odpowiedział. Powiódł palcami po jej ramieniu, docierając do opuszek jej palców. Przyjemny dreszcz popieścił ciało dziewczyny. Palce splotły się i dwie dłonie opadły na pierś chłopaka.
Altaya wtuliła się jeszcze mocniej, nie myśląc o niczym innym, jak o tej chwili. Nie pamiętała już, kiedy była tak szczęśliwa. Ostatnie lata spędzone w ciągłej niepewności, czy kolejnego ranka zobaczy Sugu, pomimo bycia dzieckiem, nie pozwalały jej w pełni korzystać z życia. Teraz postanowiła to zmienić. Zamierzała brać z niego całymi garściami i nie myśleć, co będzie dalej. Nie dopuszczała do siebie myśli nieodnalezienia leku i utraty Kiby. Wiedziała, że dokonała właściwego wyboru, dopuszczając do siebie to uczucie. Wiedziała też, że Kiba również czuł to samo i świadom był tego wszystkiego.
— Śpisz? — szepnął Kiba, przerywając jej rozmyślania.
— Nie chcę spać — odpowiedziała cichutko.
— Dlaczego?
— Boję się, że jak wstanę, ciebie już nie będzie… Nie zostawiaj mnie, Kiba…
— Nigdzie się nie wybieram, Altayo. — Przytulił ją jeszcze mocniej. — Jestem przy tobie.
— Jest cudownie — wyznała prawie niesłyszalnym szeptem. — Obiecaj mi, że tak będzie zawsze.
— Zrobię wszystko, żebyś była szczęśliwa — powiedział i pocałował ją w usta.
Rozdział VII Ratunek
Poranek do najcieplejszych nie należał, dlatego by rozgrzać zziębnięte ciała i rozruszać zesztywniałe kości, bez śniadania ruszyli dalej. Zasnęli w takiej samej pozycji, w jakiej witali gwiazdy. Nie rozmawiali już zbyt długo, tylko cieszyli się swoją obecnością.
Szli, niezmiennie trzymając się za ręce, aż niedługo potem dotarli do celu. Opuścili las, stając na twardym trakcie wiodącym do serca nadmorskiego miasta. Po prawej odgrodzona kilkoma domami, wznosiła się kwadratowa budowla, z której okien wydobywał się jeszcze blady dym. Po lewej nerwowo obracał się wiatrak dzielnie przyjmujący pojedyncze podmuchy znad Wielkiej Wody.
— Co tu się stało? — zapytał Kiba przypadkowego przechodnia.
— Ja tam nic nie wiem — odparł człowiek ciągnący za sobą niewielki wóz z workami. — Dopiero przyszedłem. Zapytajcie mieszkańców.
— Może widziałeś naszego znajomego? Rzuca całkiem spory cień. — Gdy tamten nie potwierdził ani nie zaprzeczył, dodał: — Jest w bandażu.
— Pytajcie w mieście — mruknął przechodzień, z nerwem wprawiając w ruch swój pojazd.
Kiba westchnął ciężko, zerkając na Altayę. Weszli więc w głąb, minęli dymiący budynek, aż napotkali grupkę ludzi krzątającą się przy sporym wozie. Ładowali warzywa do plecionych worków, po czym wrzucali je na pojazd. Wyglądało to tak, jakby wynieśli wszystko z kwadratowego budynku.
— Szukamy przyjaciela — zagadnął Kiba. — Taki olbrzym w bandażu.
Ludzie zaprzestali swojego zajęcia.
— To on nas ocalił — powiedział mężczyzna z pokaźną łysiną. — Pokonał Gaarva i zwrócił nam wolność.
Kiba spojrzał na Altayę ze wzajemnością. To imię usłyszeli na łodzi, gdy Okotto pokazał swe prawdziwe oblicze. Jasnym stało się, że znaleźli się w Taratok. Tak naprawdę nie zniosło ich zbyt daleko od miejsca docelowego. Altaya dzielnie sobie poradziła, utrzymując prawie właściwy kurs. Do pełni szczęścia brakowało im tylko zabandażowanego przyjaciela.
— Gdzie teraz jest?
— Wczoraj poszedł w swoją stronę.
— Przedwczoraj — poprawił go wychodzący z budowli z workiem na plecach Pick. Widząc Kibę, upuścił pakunek. — To ty!
Kiba nie krył zdziwienia. Kompletnie nie spodziewał się takiego spotkania, nie w tym miejscu, nie na drugiej wyspie.
Z budynku wyszedł Trick, który wręcz podskoczył z wrażenia.
— Śledzicie mnie? — Kiba uniósł głos.
— Mieszkamy tu teraz — odparł Pick.
— Kto to? — zapytała Altaya.
— Chyba znajomi… — odpowiedział Kiba.
— Oni też byli więzieni przez Gaarva — wtrąciła kobieta z kręconymi włosami. — Zmuszał nas do prac w podziemiach tej budowli.
Kiba nie wdawał się już w dalsze dyskusje. Skoro nie kradli, a być może zaczęli uczciwe życie, nie musiał interweniować. Zajął się więc głównym celem — odnalezieniem przyjaciela.
Ma dwa dni przewagi — pomyślał. Jeśli wyruszymy za nim od razu, nie będziemy spać, istnieje możliwość na dogonienie.
— Ktoś z nim był?
— A był taki grajek, który nie grał.
— Jest z nim Eterey. — Kiba zwrócił się bezpośrednio do towarzyszki. — Na pewno nas szukali.
— Ty jesteś tym chłopakiem z rozczochranymi włosami — wypalił nagle ktoś inny z obecnych. — To ciebie szukał. A ty pewnie jesteś tą łuczniczką, tylko bez łuku — zwrócił się do Altayi.
Kiba mimowolnie zerknął w górę, niekoniecznie zastanawiając się, czy dojrzy któryś ze swoich sterczących kosmyków.
— Którędy poszli? — zapytał.
Mężczyzna wskazał drogę wiodącą w las obok miejsca, z którego wyszli chwilę wcześniej, znajdując się w mieście.
— Skoro jesteście jego przyjaciółmi, czujcie się u nas jak u siebie — powiedział człowiek z łysiną. — Nakarmimy was, znajdziemy nocleg…
— Dziękujemy za gościnę, ale nie mamy czasu na postoje — przerwał mu Kiba. — Mamy dwa dni straty. Musimy znaleźć Raffa.
— Raff? Tak się nazywa? Trzeba będzie zapamiętać to imię, żeby mieć co wnukom opowiadać. Jeśli zmienicie zdanie… — Gdy chłopak pokręcił głową, dodał: — Zatem powodzenia.
— Dojdziemy tędy do Doliny Głodnego Ognia?
— Kiedyś na pewno.
Kiba ujął dłoń Altayi i wspólnie opuścili Taratok wskazaną drogą. Mijając Picka i Tricka, przesłał im porozumiewawcze spojrzenie, mówiące: „mam na was oko”.
Drobne kamienie zachrzęściły pod nogami, by po kilkudziesięciu krokach zamienić się w leśną drogę z dwoma wyjeżdżonymi pasami i sterczącym pośrodku pasem zieleni. Już nie za rękę, bo uniemożliwiał to układ drogi, podróżnicy maszerowali przed siebie. Wtedy w żołądkach zagrało. Kiba zerknął na Altayę. Najchętniej szedłby bez odpoczynku cały dzień i noc, aż do utraty sił. Pusty brzuch znacznie utrudniał sprawę.
— Jesteś głodna?
— Wstaliśmy jakiś czas temu, więc mogłabym coś przekąsić — przyznała.
— Jestem pewien, że Raff, mając przy sobie Eterey’a, poszedł do jego wioski. Musimy znaleźć drogę i tam się spotkamy. Sam bym tak zrobił.
Nagle Altaya zatrzymała krok.
— Słyszałeś?
Kiba dziwnie się poczuł, bo to zawsze on słyszał najwięcej i ostrzegał przed niebezpieczeństwem. Kolejny raz odczuł brak wilczych zdolności. Tak się przyzwyczaił do nowych umiejętności, że teraz całkowicie zapomniał, jak działać bez nich. Przecież do niedawna nie posiadał żadnych bonusów, a radził sobie nie gorzej. Postanowił wziąć się w garść i wcielić w życie wszystko, czego nauczył się w minionych latach. Wytężył więc zmysły do granic możliwości, przypominając sobie potencjał wyostrzonego słuchu i zasłyszał głosy. Dobiegały gdzieś z przodu, zza zakrętu i należały do kilku osób, w tym kobiety. Rozległ się także płacz małego dziecka, najpewniej niedawno urodzonego.
Spojrzał na Altayę poważnym wzrokiem, po czym jak na jeden sygnał pobiegli przed siebie w stronę hałasu. Pokonali zakręt i zobaczyli trzech oprychów, bo na takich wyglądali. Niekoniecznie całe ubrania, obdarte twarze i noże w dłoniach jasno wskazywały na niecne zamiary. Otoczyli kobietę z dzieckiem na rękach.
— Zostawcie ją! — rozkazał Kiba, stając kilka kroków od nich.
Przy okazji zagrodził drogę Altayi zamierzającej stanąć u jego boku. Wolał mieć ją z tyłu. Tylko tak mógł w pełni kontrolować sytuację z obu stron. Z przodu źli ludzie, z tyłu zaś wybranka serca. Niekoniecznie dobra mieszanka, ale nie było wyjścia. Jeśli nie pomoże kobiecie z dzieckiem, na pewno stanie jej się krzywda.
— Zostawcie ją — ponowił, zaciskając do bólu pięści.
— Ha! Ha! — roześmiał się najwyższy z całej stawki wyróżniający się zmierzwioną czupryną oraz krzywym, niejednokrotnie złamanym nosem. Zza pleców wystawała głowica miecza. — I kto to mówi? Rozejrzyj się młody, nas jest trzech, a ty jeden. — Pomachał nożem. — Masz coś większego do obrony?
Kiba przypomniał sobie potyczkę w karczmie Fatto. Położył wtedy trzech oprawców. Jeden przywitał się ze ścianą, drugi ze stołem, a trzeci z podłogą. Potrafił o siebie zadbać wcześniej, przed wilczymi umiejętnościami, poradzi sobie i teraz. Kątem oka zbadał otoczenie, nie wyłapując tam nikogo czającego się w ukryciu. Serce załomotało ze zdwojoną mocą, a w uszach zadudniło. Adrenalina zrobiła swoje. Poczuł się ponownie niepokonany, zdolny rozgromić armię wroga w pojedynkę.
— Odejdźcie stąd, a nikomu nie stanie się krzywda — poinformował uniesionym głosem.
Tamci ryknęli śmiechem.
— Co zamierzasz? — Usłyszał głos zza pleców. — Nie zapomnij tylko, że nie masz już swoich zdolności.
Nie odpowiedział, ale świadom był prawdziwości słów Altayi. Nie zamierzał jednak łatwo się poddać. Walczył z demonami, więc trójka chudzielców nie była wyzwaniem.
— Każdy, kto wędruje po tak wyludnionej drodze, aż prosi się o kłopoty — sapnął mężczyzna w chuście na głowie. W jednym z jego obwisłych uszu machało się uczepione koło. Poruszało się przy każdym ruchu.
— Coś taki waleczny? — odezwał się ten z krzywym nosem. — Życie ci niemiłe, młody? Zmykaj, a przeżyjesz. Zostawisz nam tylko swoją dziewczynę. — Przystawił do twarzy ostrze noża i oblizał je od dołu do góry.
Kiba zacisnął zęby. Miarka się przebrała.
— Zjeżdżaj stąd i zabieraj swoich, bo naprostuję ten twój nochal! — zagrzmiał, napędzany już nie tylko chęcią pomocy nieznajomej kobiecie.
Tamten, niekoniecznie dotknięty groźbą, znowu parsknął śmiechem, a wraz z nim pozostali, ten w chuście i ostatni z oprychów. Miał podbite oko i wcale nie wyglądał na całkowicie trzeźwego.
— Żarty się skończyły. — Krzywy nos zastąpił nóż mieczem.
Gdyby nie nagromadzone emocje i sytuacja Kiba sam wybuchnąłby śmiechem, widząc oręż oprycha. Wyszczerbiona klinga i pęknięcie u jej nasady dobitnie odzwierciedlało umiejętności właściciela. Wcześniejsze obawy nieco zbladły, dodając Kibie dodatkowej energii. Ostatecznie nie wytrzymał, fukając pod nosem.
— Takie śmieszne? — oburzył się łysiejący oprych.
— Kiedy się zacznie, uciekaj w las — polecił Kiba stojącej za nim Altayi. Celowo ściszył ton głosu, żeby nikt więcej go nie usłyszał.
Krzywy nos zamachnął się mieczem w kierunku Kiby, który wystrzelił do przodu z zamiarem odciągnięcia walki na bok. Altaya ruszyła w las, by zatoczyć koło, a w momencie dołączenia pozostałych oprychów do pojedynku pochwycić kobietę za rękę i odciągnąć na bezpieczną odległość.
Kiba uchylił się przed wyszczerbionym ostrzem, odskoczył na bok, wprost na nadciągającego oprycha z podbitym okiem i gdy tamten nawet nie spodziewał się tak szybkiej reakcji, zakolorował mu pięścią drugi oczodół. Tamten jęknął z bólu, upuszczając nóż. Kiba uchylił się przed ponownym przepołowieniem szczerbatym mieczem, a wtedy dostrzegł ostrze noża tego w chuście. Od razu przypomniał sobie zdarzenie na łodzi. Wiedział, że musi zwrócić większą uwagę na mniejszy rodzaj broni. Nigdy nie lekceważył przeciwnika i tym razem też nie zamierzał tego zrobić. Przewidział wszystkie ruchy oprawców. Obrócił się na nodze, uchylając całe ciało, kopnięciem wytrącił broń z ręki mężczyzny w chuście, a następnie wymierzył mu nokautujący cios z łokcia. Ukucnął, chwytając leżący nóż i zblokował nim kolejne cięcie krzywego nosa.
— Zapłacisz mi za to! — ryknął oprych.
Kiba nie odpowiedział, a od razu przystąpił do działania. Podobnie jak w Seholu zwolnił swój nacisk, pozwalając przeciwnikowi wypaść z pionu, będąc niesionym własnym ciężarem. Wyrzucił prędko pięść do przodu, wyginając niesymetryczny nos w drugą stronę. Wyszczerbiona klinga spadła gdzieś pod nogi, gdy drab poleciał w bok, potknął się o kępę trawy i padł jak długi. Wtedy rozległ się krzyk
Altayi. Kiedy dotarło do Kiby, dlaczego krzyczy, wyrósł za nim ten z podbitym okiem. To drugie świeciło teraz identycznym fioletem jak to pierwsze. Kiba, nim zdążył cokolwiek zrobić, otrzymał twardy cios w policzek. Spodziewał się większej siły ze strony oprawcy, lecz szybko złapał równowagę, przemknął pod wysuniętym ramieniem tamtego i położył go kopnięciem na ziemię.
Chłopak przetarł policzek, poruszając szczęką. Rozejrzał się prędko dokoła, upewniając się pokonania wszystkich. Powstał tylko krzywy nos, który przestał być krzywym nosem. Teraz bardziej pasowałoby do niego przezwisko spuchnięty nos. Wytarł płynącą po brodzie krew, po czym wyjął zza pasa nóż. Kiba nie czekając na oklaski, sięgnął po leżący nieopodal miecz. Zerknął na przedmiot, po czym zważył go w dłoni. Pomimo swego wybrakowania ważył więcej niż jego biały oręż, który mu skradziono. Już jakiś czas nie trzymał miecza w rękach i ku swojemu zdumieniu poczuł się bardzo dobrze, nawet dzierżąc taki wyszczerbiony.
Zdał sobie wtedy sprawę ze swojej przewagi. Mógł jednym ruchem zakończyć pojedynek. Oprych może i zasługiwał na śmierć, ale w minionych dniach zginęło zbyt wiele osób, by teraz dodawać kolejną do listy zabitych. Date, Zortar i w niedalekiej przyszłości Solio to wystarczająca liczba. Zwiększanie bilansu było zbędne.
— Zabieraj swoich i znikaj — polecił.
Tamten zaśmiał się gorzko, po czym zerknął na stojącą nieopodal Altayę i kobietę z dzieckiem.
— Nie rób tego — ostrzegł Kiba, domyślając się, co zamierza.
— Bo co? — Mężczyzna zakręcił nożem.
— Bo tym nożykiem możesz, co najwyżej podłubać sobie w piasku. — Kiba przytoczył dobrze znane mu słowa. Od razu zatęsknił za Raffem, za jego poczuciem humoru, zabandażowaną twarzą i towarzystwem. — Może coś znajdziesz.
Ten parsknął śmiechem, a następnie ruszył w zamierzonym kierunku. Przeskoczył kępę gęsto rosnącej trawy, minął jedno drzewo, drugie, a gdy odwrócił się w celu oceny odległości od Kiby, ubranie na jego plecach przecięła wyszczerbiona klinga. Poleciał ze stęknięciem do przodu, lądując na brzuchu. Wygiął się w przeciwną stronę, jęcząc z bólu.
Kiba stanął nad nim, mierząc ostrzem w jego kierunku. Ten wymacał w trawie nóż i machnął nim w stronę chłopaka. Nie nacieszył się długo bronią, bo jedno kopnięcie wystarczyło, by wytrącić mu ją z dłoni.
— Tym razem cię nie zabiję. — Kiba spojrzał na Altayę. Stała kilkanaście kroków dalej w towarzystwie nieznajomej kobiety. Dziecko na jej rękach musiało zasnąć, bo nie wydawało już żadnego dźwięku. — Ale jeśli jeszcze raz was spotkam…
Przekaz dotarł, gdzie trzeba, bo spuchnięty nos przytaknął parokrotnie głową, jednocześnie krzywiąc się z bólu. Kiba machnął klingą, wskazując przeciwny kierunek niż ten, do którego zmierzał. Tamten dźwignął się na nogi, nie spuszczając z oczu swojego miecza.
— Jeszcze to — powiedział Kiba, zerkając na pochwę i jednocześnie poruszając brwiami.
Oprych rozdziawił buzię z niekompletnym uzębieniem, lecz ostatecznie bez sprzeciwu oddał przedmiot. Potem oddalił się na bezpieczną odległość, próbując zebrać do kupy swoich towarzyszy.
Kiba wsunął miecz we właściwe miejsce i zarzucił na plecy.
— Chodźmy — polecił, podchodząc do Altayi.
— Pokaż — powiedziała, od razu oglądając czerwony policzek.
O dziwo nie wyglądał najgorzej. Spodziewała się gorszego urazu.
— Nic mi nie jest. Ledwo mnie trącił.
— Dziękuję — odezwała się kobieta.
Wyglądała na kilka lat starszą od Kiby i Altayi. Pomimo swoich krągłości była ponadprzeciętnej urody. Czarne, duże oczy miały w sobie coś niepowtarzalnego. Niejeden straciłby nie tylko głowę, by posiąść je na własność. Nieco szerszy nos w ogóle nie ujmował jej urodzie. Włosy, równie czarne, jak oczy, miała spięte w gniazdo. Ciało przykrywała zwiewna tunika z falującymi wzorami.
— Jestem Enit — przedstawiła się. Gdy podróżnicy zrobili to samo, dodała: — Pierwszy raz przydarzyło mi się coś takiego. Wracałam właśnie z Taratok, kiedy pojawili się znikąd. Pewnie czekali na pierwszego, lepszego przechodnia. Moja biedna Naidali. Tak się o nią bałam. — Pogłaskała palcem okrąglutką twarzyczkę śpiącego dziecka.
Kiba obejrzał się przez ramię, kontrolując sytuację. Spuchnięty nos docucił swoich kompanów i powoli oddalali się w przeciwną stronę.
— Nie powinnaś więcej chodzić tędy sama — zasugerował. — Przez jakiś czas pewnie nie wrócą, ale kto wie, co będzie później.
— Od dawna nie byłam w mieście. Wybrałam się po kilka rzeczy, a przy okazji na spacer. Tyle się ostatnio działo w Taratok, że postanowiłam to sprawdzić. Urodziłam się tam, mieszkałam większość życia, więc nadal to miejsce jest mi bliskie.
— Wiesz, co się tam działo?
— Niejaki Gaarv wykorzystywał mieszkańców do wykuwania broni. Do tego pewien przewoźnik w zamian za przeprawę…
Kiba usłyszał wystarczająco dużo, żeby złożyć układankę. Gdyby nie zaatakował Okotto na łodzi, najpewniej razem z Altayą trafiliby do Gaarva, aby wykuwać dla niego broń. Pozbawiony swoich zdolności, nic by raczej nie wskórał. Mógłby co najwyżej skończyć jak pierwotnie, z dziurą w plecach. Gdyby z pokorą przystał na przymusowe prace, tego samego dnia zostałby uwolniony przez Raffa. Wyszło na to, że dokonał złego wyboru, narażając tym samym życie Altayi. Gdyby nie miała tyle szczęścia, podzieliłaby jego los i leżeliby teraz oboje gdzieś na dnie Wielkiej Wody. Kolejny raz jego porywczość okazała się zgubna.
— …Trwało to jakieś trzy miesiące, aż dwa dni temu pojawił się człowiek w bandażu.
— Raff, nasz przyjaciel — powiedział Kiba. — Szukamy go.
— To wasz przyjaciel? Podobno zrobił, co trzeba i poszedł w swoją stronę. Do Taratok wrócił spokój.
— Rozdzieliliśmy się na… Przypadkiem. — Kiba w ostatniej chwili zmienił wypowiedź. Nie musiał wyjawiać wszystkiego, dopiero co poznanej kobiecie. — Podejrzewamy, że poszedł do Doliny Głodnego Ognia.
— Ja nie znam drogi, ale mój Utak zaprowadzi was wszędzie. Gdzie tylko chcecie. Zna te tereny bardzo dobrze. Zresztą uratowaliście naszą Naidali, więc możecie zażyczyć sobie wszystkiego.
Altaya zbliżyła się do dziecka i pogłaskała je po blond grzywce. Dziewczynka ziewnęła szeroko, marszcząc zaraz po tym nosek.
— Jest śliczna — powiedziała Altaya.
— Nie musicie się odwdzięczać — rzekł Kiba. — Wystarczy wskazać nam drogę.
— Chciałabym wam pomóc. Niestety nie znam drogi, a to oznacza, że musi być daleko. Zapraszam do mojej wioski. Znajduje się niedaleko. Zwykle nie wpuszczamy tam obcych, ale myślę, że tym razem nikt nie będzie protestował. Mój Utak wskaże wam drogę.
Kiba spojrzał na Altayę pytająco. Chyba nie mieli wyjścia i dziewczyna doskonale to wiedziała, bo skinęła pozytywnie głową. Skoro osada znajdowała się niedaleko, a w zasięgu wzroku była tylko jedna droga, ta, na której akurat stali, pozostawała jedna opcja wyboru. Dodatkowo, skoro Taratok zostawili za plecami, to i tak poszliby w przeciwnym kierunku. I w takim właśnie podążyła Enit.
— Wioska jest mała, dlatego nawet jej nie nazywaliśmy — wyjawiła, gdy do niej dołączyli.
Kiba, tak na wszelki wypadek, wolał mieć Altayę w zasięgu wzroku, więc przepuścił ją przodem. A że przy okazji miał na widoku również kobietę z dzieckiem, nie musiał kontrolować tyłów. Chociaż jeszcze jakiś czas, dla pewności, sprawdzał, czy banda oprychów nie podąża ich śladem. Dał im niezły wycisk, więc szczerze w to wątpił, ale znikomy cień obawy wisiał w powietrzu.
— W Lesie Deszczowym też mało kto nazywa osady — powiedział. — Wyjątkiem jest Wioska Wielkiego Ducha. To stamtąd przychodzę.
— Nic mi to nie mówi, więc pewnie przychodzicie z innej wyspy. Z której?
— Przypłynęliśmy z Wyspy Ziemi.
— Ty też przychodzisz z Lasu Deszczowego? — Enit pytanie skierowała bezpośrednio do Altayi.
Dziewczyna pokręciła głową.
— Mieszkam w Śpiącym Lesie. Po prostu dołączyłam do Kiby.
— Po prostu — powtórzyła kobieta, mrugając do Altayi okiem. — Jak się poznaliście?
— Całkiem normalnie — przyznał chłopak. — Trochę krwiście. Altaya chciała mnie zabić.
Enit wytrzeszczyła oczy.
— W sumie to tak niezupełnie. — Altaya próbowała wszystko sprostować. Posłała Kibie wrogie spojrzenie, ale wcale się zbytnio tym nie przejął. — Wypuściłam strzałę przypadkiem.
— Nie wyglądasz mi na zabójczynię — stwierdziła Enit. — Co tutaj robicie?
— Najpierw musimy odnaleźć przyjaciela, a potem pójdziemy do Hatenai — odpowiedział Kiba. Enit odwróciła się do niego, krzywiąc przy tym buzię. Tym samym dała do zrozumienia, że nazwy krain i ich położenie to nie jej bajka. — Duża jest ta wyspa?
— Pewnie tak wielka, jak wasza. Wybaczcie, nie zapytałam wcześniej. Może jesteście głodni albo spragnieni? — Sięgnęła do zawiniątka, wyciągając suchary i manierkę.
— Tak naprawdę nie jedliśmy śniadania — przyznała Altaya — ale nie będziemy zabierać dziecku. Może być zaraz głodna.
Enit się zaśmiała.
— Nakarmiłam ją przed opuszczeniem Taratok. I nie sucharami. Śmiało. — Wręcz wepchnęła dziewczynie jedzenie.
Altaya przekazała połowę Kibie. Celowo tak podała mu suchar, by móc musnąć go po dłoni. Wymienili się spojrzeniami, posyłając sobie zalotny uśmiech. Na razie tyle musiało im wystarczyć. Po niezapomnianych, wspólnych chwilach, przyszedł czas na powrót do rzeczywistości. Przyjemności należało odstawić na bok i bezwzględnie kontynuować podróż. Poza tym w obecności Enit nie wypadało robić nic innego.
— Utak pływa co jakiś czas na inne wyspy — poinformowała kobieta. — Uwielbia obróbkę drewna. Tworzy młoty, które sprzedaje za Wielką Wodą. Kilka dni temu wrócił z jednej takiej wyprawy. Akurat był na waszej wyspie.
— Chętnie go poznam — przyznał Kiba.
Tak naprawdę w jego głowie zrodził się pewien pomysł. Być może ów Utak, skoro skubnął już kawałek świata, będzie wiedział coś ciekawego dotyczącego krańca świata i Kryształowego Lasu. A może zdradzi o wiele więcej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać?
— Skoro kilka dni temu wrócił z Wyspy Ziemi — podjęła Altaya — to pewnie słyszał, co działo się w Taratok? Przypadkiem większość łodzi nie pływa właśnie tam?
— Pewnie masz rację — potwierdziła Enit. — Tyle że my mamy własną łódź. Utak nie tylko młoty potrafi zrobić z drewna. Zresztą niebawem sami zobaczycie.
Rozdział VIII Pożeracze Ciał
Kiedy słońce zaświeciło w zenicie, skręcili w las i jakiś czas później idąc wąską ścieżką, dotarli do wioski. Na pierwszy rzut oka osada przypominała zagrodę otoczoną dokoła wysokim płotem z okorowanych pali. Niemożliwe było wtargnięcie do środka bez użycia długiej drabiny. Na pewno trzy, a nawet cztery razy dłuższej niż ta, którą niósł Raff w drodze do budowli igrzysk w Erattcie.
— Oto dzieło mojego Utaka — poinformowała Enit. — To on odbudował wioskę i ogrodził wysokim płotem, po tym jak… Nie będę mówiła. Może sam wam opowie, jeśli was polubi.
Na widok kobiety mieszkańcy otworzyli masywną bramę, wpuszczając wszystkich do środka. Wokół wysokiego płotu stały drewniane chaty pokryte strzechą. Za nimi w kilku miejscach wznosiły się wieżyczki obserwacyjne osadzone na czterech długich nogach. Wewnątrz osady próżno szukać było jakiejkolwiek roślinności. Wszędzie leżał ubity, utwardzony pod naporem butów piasek. Jedyna zagroda ze zwierzętami hodowlanymi umiejscowiona była na samym końcu, w pobliżu drugiej bramy. Od opuszczenia Uta Nari podróżnicy napotkali same murowane miasta, z wyjątkiem pływającej części Kuady. Tu zastali ogrom drewna. Dobrze było, chociaż przez chwilę poczuć się jak w domu.
Środek wioski zapełniały różnej wielkości odcinki ściętych drzew. Pracował przy nich muskularny mężczyzna, ubrany tylko w ciężkie buty i sięgające kolan, brudne spodnie. Nagie ciało pokrywały uwydatnione żyły oraz liczne blizny, z czego największa z nich przecinała jego zamknięte, lewe oko. Na głowie nie posiadał włosów, a twarz okalała mu broda i wąsy. Widząc wchodzących, odłożył prędko narzędzia i ruszył w ich stronę.
Kiba stanął jak wryty. Przypomniał sobie pobyt w Garanad w Dolinie Pięciu Księżyców, kiedy przedzierając się przez tłum, potrącił wysokiego człowieka w zwierzęcej skórze. Gdyby nie charakterystyczna szrama na jego twarzy, bez tamtego odzienia, raczej by go nie poznał. Wspomniał też od razu twarzysza zdradzieckiego Okotto, Bliznookiego, którego twarz również dzieliła pokaźna blizna. Tyle że tamten spoglądał na świat parzystą liczbą gałek ocznych, gdy ten nie mógł poszczycić się tym samym. Ostatecznie Kiba swoje odkrycie wolał zachować tylko dla siebie.
Mężczyzna podszedł szybkim krokiem do Enit, pochwycił ją w biodrach i podniósł do góry razem z dzieckiem. Obrócił się z nimi wokół własnej osi, po czym odstawił na stały grunt. Zajrzał do śpiącej dziewczynki, a następnie ucałował kobietę.
Altaya mimowolnie zerknęła na Kibę. Wcale nie chciała, to wyszło niekontrolowanie. Wciąż myślała o ich pocałunku. Wreszcie to się stało. Marzyła o tym od Treelavy. Wtedy po raz pierwszy było tak blisko. Chociaż gdyby nie bitwa i ich upadek, nie doszłoby do tego. Dostrzegł to Kiba, odwzajemniając spojrzenie. Jemu również zaczął dokuczać brak bliskości. Po miło spędzonym czasie z chęcią wróciłby, chociaż na chwilę do tamtego momentu.
— Mówiłem, żebyś poczekała na mnie — powiedział muskularny mężczyzna. Górował nad Enit nie tylko wzrostem, ale również rozstawem ramion. — Tylko co zająłem się swoimi obowiązkami, ty już czmychnęłaś.
— Taka sama góra mięśni, jak nasz Raff — szepnął Kiba, robiąc wszystko, żeby tylko Altaya go usłyszała. — Może to jego brat?
Dziewczyna fuknęła rozbawiona.
— Kto przyszedł z tobą? — Usłyszeli gruby głos. — Wiesz, że nie wpuszczamy obcych.
— Ci obcy ocalili twoją córkę — odpowiedziała Enit. Mężczyzna spoważniał, po czym raz jeszcze zajrzał do zawiniątka. — Napadli nas, a Kiba z Altayą pomogli.
— Wiesz, co teraz będzie?
— Tak, wiem. Nie wypuścisz mnie więcej samej. Nie musisz się bać, bo sama z siebie więcej już bez ciebie nie pójdę.
— I to mi się podoba — przyznał, zaraz po tym zbliżając się do Kiby i Altayi. — Dużo ich było?
— Trzech — odparł chłopak.
Grube brwi wyższego aż o głowę człowieka powędrowały wyżej niż do tej pory. Ściągnął usta, wodząc wzrokiem po niekoniecznie muskularnej sylwetce Kiby.
— Dałeś im radę w pojedynkę? Czy ty pomogłaś? — Spojrzał na Altayę, która pokręciła przecząco głową.
— Jest zaradny — oznajmiła.
— Trzech oprawców i tylko jeden obity policzek — przyznał z podziwem, wystawiając dłoń w kierunku chłopaka. — Dziękuję.
Kiba podał mu dłoń, a tamten ścisnął ją chyba z całej siły, bo palący ból rozlał się wokół uchwytu. Mimo to Kiba nie pokazał po sobie dyskomfortu. Nie skrzywił się, nie stęknął, za to połączył spojrzenia.
Sprawdza mnie — pomyślał, odwzajemniając uścisk. Nie żałował sobie w ogóle, mając świadomość utraty wilczej siły, mogącej połamać kości.
Enit ugodziła łokciem pod żebra swojego partnera, który dopiero wtedy zabrał rękę.
— Możecie zostać, jak długo chcecie — poinformował. — Chodźcie.
— Taki właśnie jest Utak — rzekła Enit. — Może wygląda na złego, ale serce ma przyjazne.
Kiba wcale nie chciał tracić czasu na zbędne postoje w wiosce, lecz nie miał zbytnio wyjścia. Od rana nic konkretnego nie zjedli, prócz sucharów. Postanowił więc zapełnić żołądek i ruszyć dalej.
— Co was sprowadza w te rejony? — odezwał się mężczyzna z blizną. — Od razu widać, że nie jesteście stąd.
— Tak? — zdziwił się Kiba. — A to niby jak widać?
— Jesteś zbyt blady — zaśmiał się Utak.
Chłopak jeszcze raz obejrzał go od stóp do głów, sprawdzając kolor jego skóry. Wcześniej nie zwrócił na to uwagi, ale rzeczywiście był opalony.
Co tu się dziwić, jak pracuje bez ubrania w pełnym słońcu.
— Szukamy przyjaciela. Zmierza do Doliny Głodnego Ognia. Enit mówiła, że znasz drogę. Wskażesz nam ją?
— Nawet was zaprowadzę.
— Poradzimy sobie sami, nie ma potrzeby.
— Ocaliłeś moje dziecko — przypomniał Utak. — W taki sposób się odwdzięczę. Chociaż uważam, że to i tak za mało. Dostaniesz jeszcze najlepszy z moich młotów.
— Nie trzeba, naprawdę. Wolę miecze. — Kiba wskazał kciukiem za plecy.
Minęli kilku mieszkańców, niekoniecznie zainteresowanych nowymi osobami. Dopiero jeden, oparty o ścianę domu chłopak zwrócił uwagę. Ubrany był w luźne szaty, ręce złożył na piersi, a wzrokiem świdrował przybyłych. Jego niechlujnie ułożone włosy sięgały ramion. Kiba nie przeszedł obok niego obojętnie. W pamięci miał lodowaty wzrok Cronisa, jakim mierzył ich podczas pobytu w Treelavie. Oczywiście ten nie równał się z tamtym, ale wystarczył, by odpalić zapalnik. Szare oczy połączyły się w piorunującą nić.
— To Worus — odezwał się Utak. — On zawsze tak wita nieznajomych. Nie przejmowałbym się nim. — Klepnął towarzysza w plecy.
Kiba, oddalając się od wrogiego spojrzenia, odwrócił się jeszcze przez ramię, nie dając tamtemu powodów do satysfakcji. Piorunująca nić trwała tak długo, aż to Kiba ją przerwał. Nie mógł przecież iść w takiej pozycji, jak się za chwilę okazało, do końca osady. Chata Utaka mieściła się na samym końcu, najbliżej drugiej bramy, która skutecznie wygłuszała dobiegający zza niej szum morza. I wyróżniała się spośród pozostałych przytwierdzonymi do ściany na hakach młotami. Każdy był inny, jeden duży, drugi mały. Wszystkie pokrywały różne wzory. Faliste lub okrągłe linie, albo symetryczne nacięcia.
— Wybieraj — zarządził Utak.
— Już wybrałem — przypomniał Kiba.
— Pewnie jesteś zbyt głodny, żeby myśleć o broni. Najesz się, to dokonasz właściwego wyboru. Kiedy Enit wymknęła się z rana, nie próżnowałem. Przyrządziłem obiad.
— Utak uwielbia też gotować — poinformowała kobieta, wchodząc do chaty.
Nim Kiba został wręcz wepchnięty z Altayą do domu, zdążył wspomnieć Pallota, którego zdolności kulinarne były niepowtarzalne. Przez swoje dotychczasowe życie mając okazję spróbowania różnych potraw, spod różnych rąk, żadna nie równała się z tymi serwowanymi przez przyjaciela.
Chata z zewnątrz wyglądała na dużo mniejszą niż w rzeczywistości była. W pierwszym pomieszczeniu znalazł się stół z krzesłami, pokaźna szafa z naczyniami, murowany piec z możliwością gotowania oraz przytwierdzony do ściany wieszak, kształtem zbliżony do drzewa. Na nim wisiało kilka szat, a wśród nich żółta zwierzęca skóra. Kiba na nią zerknął, wspominając spotkanie w Garanad. Na pewno nie należała do małego zwierzęcia. Podszedł do stołu, skupiając się na detalach. Podobnie jak krzesła, najpewniej zrobiony był przez samego gospodarza, ciężką i solidną pracą. Gdy chwycił za oparcie siedziska, by je odsunąć, poczuł jego masę. Utak naprawdę znał się na swojej robocie i wyszukał najtwardszy materiał.
Altaya podeszła do krzesła obok i wyciągnęła ku niemu dłonie. Uprzedził ją Kiba, po czym odsunął, wiedząc już o jego ciężarze. Dziewczyna przesłała mu uśmiech, po czym usiadła. Kiba także usiadł do stołu, odruchowo kładąc na nim miecz. Nigdy nie zastanawiał się nad tym, czy wypada, czy też nie.
— Broni nie trzymamy na stole — upomniała Enit, stawiając na blacie miski z jedzeniem.
Odchodząc, zabrała miecz i położyła go na wystającym podokienniku. Mizerna pochwa niekoniecznie stanowiła komplet z klingą, bo ta latała w niej tak samo swobodnie, jak łyżka w kubku. Dlatego też przy spotkaniu z drewnianą powierzchnią wysunęła się nieznacznie, ukazując swoje niedoskonałości.
— Twój miecz sporo przeszedł — stwierdził Utak, stając przy oknie i zerkając na oręż. W dłoniach trzymał swoją córeczkę. Obudziła się, ale nie płakała. Poruszała rączkami, chcąc dosięgnąć brody ojca. W potężnych dłoniach wyglądała prawie jak ziarenko grochu.
— Tak naprawdę nie jest mój — przyznał chłopak. — Swój niedawno straciłem, a ten zabrałem jednemu z rozbójników.
— Dlatego potrzebujesz młota.
Kiba fuknął pod nosem. Utak wzniósł córeczkę do góry, powykrzywiał parokrotnie buzię, robiąc śmieszne miny, a wtedy podeszła do niego Enit, przejmując dziecko.
— Ty też siadaj i zjedz — poleciła dwa razy starszemu od siebie, a także o połowę wyższemu, mężczyźnie. — Nakarmię Naidali i do was wrócę.
Kiedy olbrzym ucałował Enit, Altaya od razu zerknęła na Kibę. Jako że siedzieli obok siebie, przysunął po blacie dłoń i dotknął jej palców. Wygięli tęsknie usta, marząc o ich ponownym połączeniu.
I wtedy Kiba zapragnął jeszcze szybciej opuścić wioskę, by być sam na sam z Altayą.
— Na co czekacie, zjedzcie coś innego niż te suchary — poleciła Enit, przechodząc obok nich, a po chwili znikając za ścianą pokoju obok. Przez otwór wejściowy widać było stojącą, drewnianą kołyskę.
Odsunęli ręce i zerknęli na postawioną na stole strawę. Przyjemny zapach pieczeni popieścił zmysły. Dało się wyczuć delikatną, pikantną nutę.
Utak siadł po przeciwnej stronie tak ciężko, że wszystko na stole delikatnie podskoczyło. Oderwał spory kawał i wgryzł się w niego łapczywie. Chrupiąca skórka zachrzęściła pod naporem jego zębów, a po brodzie ściekły soki.
— Nie głodni? — Wskazał kawałkiem w ich stronę. — Zaraz nie będzie.
Drugi Raff — pomyślał chłopak. Czy każdy tak duży człowiek zachowuje się tak samo?
Altaya sięgnęła jako pierwsza, odłamując kawałek strawy. Za nią to samo zrobił Kiba i rozkoszny smak soczystego mięsa rozpłynął się po podniebieniu. Pewne stało się, że Utak dysponował podobnym talentem kulinarnym co stary Pallot. Co do ostatecznego zwycięstwa, nie mogła zaważyć jedna potrawa, więc na razie górowała ta znana.
— Skąd jesteście, ty i twoja dziewczyna? — zapytał Utak z pełną buzią.
Na te słowa jak na jeden sygnał oboje młodzi na siebie spojrzeli. Zwrot „twoja dziewczyna” spodobał się nie tylko Kibie, ale również Altayi. Jej oczy mówiły same za siebie.
— Przybywam z Lasu Deszczowego, a Altaya ze Śpiącego Lasu — odpowiedział chłopak. Gdy gospodarz nie zapytał o nic więcej, wiedząc, że niebawem to pytanie i tak padnie, dodał od siebie: — Zmierzamy do Hatenai, ale najpierw musimy odnaleźć naszego przyjaciela. Przypadkiem rozdzieliliśmy się w… Taratok.
Postawa Utaka wskazywała na to, że jeszcze nic nie wiedział o wydarzeniach w mieście. Kiba nie zamierzał go w to wtajemniczać, skoro za chwilę i tak miał opuścić osadę.
— Co was wiedzie w skrajne rejony wyspy?
— Odpowiedzi.
— Hatenai zostało zniszczone. — Wielkolud odgryzł pokaźny kawał mięsa. — Nie wiem, czy znajdziecie tam żywego ducha. Po co tam iść? Jakie odpowiedzi mogą czekać wśród gruzów?
Kiba nagle zatrzymał przeżuwanie posiłku, uświadamiając sobie pewną rzecz. Kazai wspomniał kiedyś, że wojownicy opuścili tę krainę. Skoro nikogo tam nie było, podążał na opustoszały teren? Jednak Forenara go tam skierowała, więc coś musiało tam być, cokolwiek.
Może to kolejna próba? Skoro odczytanie kamiennych tablic było jakąś próbą, to być może i to nią będzie. Znaleźć odpowiedzi w wymarłej krainie.
— Nadal nikt tam nie mieszka? — upewniła się Altaya.
Utak ukończył swoją porcję, oblizał palce i pokręcił głową.
— Kiedyś tam byłem, z ciekawości. Miasto wymarło. Jak wam smakuje?
Altaya spojrzała na Kibę. Uprzedził jej pytania.
— Pamiętasz, jak byliśmy w Lesie Forenarskim? Też mieliśmy wątpliwości, a znaleźliśmy, co chcieliśmy… No, w sumie to ja znalazłem.
— Las Forenarski? — zdumiał się Utak. — To ten wielki las? Przeszliście labirynt?
Z pokoju wyszła Enit. Ułożyła córeczkę w kołysce, a sama weszła do kuchni.
— Zjadłeś, to chodź. — Olbrzym wstał od stołu, wycierając buzię grzbietem dłoni. — Dziewczyny poradzą sobie bez nas.
Kiba zerknął na Altayę. Niekoniecznie chciał zadomawiać się w osadzie, lecz nie miał wyboru, bo wielka ręka wręcz wyciągnęła go z krzesła i wyprowadziła na zewnątrz. Stanęli przed wystawą młotów. Utak chwycił największy z nich, zakręcił w dłoni i podał chłopakowi. Ten ujął trzon w obie dłonie, zważył i przyjrzał mu się badawczo. Od razu wspomniał śmiercionośny topór Yureterów.
— Podoba się? — zapytał towarzysz.
Kiba skrzywił buzię.
— Za wielki jak dla mnie.
— To może mniejszy?
Chłopak odłożył przedmiot na miejsce. Zastanowił się, jak wyjaśnić Utakowi, że wolałby wyruszyć w drogę? Niekoniecznie na rękę były mu teraz takie postoje.
— Dziękuję za okazaną gościnność — zaczął niepewnie — ale musimy ruszać dalej. Za dużo czasu już straciliśmy…
— Rozumiem cię. Jesteś młody, opuściłeś rodzinne strony, chcesz mieć wszystko na już. Twój znajomy na pewno poszedł drogą. Ludzie najczęściej chodzą drogą. Poprowadzę was lasem, nie drogą. Zaoszczędzicie ogrom czasu. Dlatego odpocznij, spraw nam przyjemność i zostań do jutra. Wieczorem wykąpiecie się, prześpicie, a o świcie wyruszymy. Wstaję bardzo wcześnie, więc nie ma mowy, żebym zaspał. Co ty na to?
Kiba zagryzł wargę. Nie po jego myśli było odkładanie wyprawy w czasie, ale doskonale wiedział, jak bardzo można skrócić drogę, idąc lasem. W dzieciństwie podczas wędrówek z Kazai’m non-stop przemieszczali się z dala od cywilizacji, dlatego taka forma wędrówki nie była mu obca. Westchnął, przytakując głową.
— I to mi się podoba — oznajmił radośnie Utak. Klepnął chłopaka w ramię. — Chodź, coś ci pokażę.
Poprowadził w kierunku drugiej bramy. A że chata stała praktycznie tuż obok, parę kroków wystarczyło, aby być u celu.
Kiba wcześniej nie zwrócił uwagi na detale konstrukcji.
Okorowane, solidnie wyszlifowane pnie drzew, jak na zaporę obronną wyglądały bardzo wiarygodnie. Grube sznury bezlitośnie obejmowały je w kilku miejscach, tworząc nieprzepuszczającą światła powierzchnię.
Utak spiął mięśnie do granic możliwości, zaparł się na twardym piasku i pewnym ruchem zwolnił zamknięcie. Brama otwarła się w dwie strony na tyle, żeby mogli wyjść na zewnątrz. A tam, na końcu piaszczystego nabrzeża, uczepiona drewnianego pomostu, falowała łódź. Jej wydęte boki do złudzenia przypominały dobrze Kibie znaną konstrukcję Zbłąkanej Strzały. Ta była dwa razy mniejsza i zamiast zagiętych dziobów posiadała wkomponowane w te miejsca dwa młoty. Ten rodzaj broni w oczach chłopaka stał się już elementem rozpoznawczym osoby Utaka.
— Tą łodzią popłynąłeś do Kuady czy od razu Garanad? — zapytał Kiba, stając na pomoście.
— Skąd wiesz, że byłem w Garanad? — zdziwił się towarzysz. — Enit wszystko wam opowiedziała?
Kiba szybko złapał się za język. Przecież miał nie uświadamiać nikogo co do ich spotkania na Wyspie Ziemi. Odetchnął z ulgą, gdy towarzysz sam sobie odpowiedział na pytanie:
— W Kuadzie nie byłem, to za daleko. Tym razem wybrałem się właśnie do Garanad i zacumowałem w najbliższej nadmorskiej osadzie, Naratak.
Kiba znał to miejsce. Gdyby nie musiał iść do Lasu Forenarskiego, właśnie tam mógł szukać łodzi. Jak pomyślał, może wtedy nie zostałby ranny. Chociaż wtedy nie spotkałby najpierw Raffa, a potem Altayi. Podróż niosła ze sobą nie tylko minusy.
W tym samym czasie Altaya z Enit skończyły jeść.
— Utak rzadko zdolny jest polubić kogoś tak szybko — podjęła kobieta. — Jeśli w ogóle lubi kogokolwiek. Ten chłopak ma w sobie coś innego. Coś, czego nikt inny tutaj nie ma. No, oczywiście z pominięciem mnie i Naidali. — Zaśmiała się na koniec.
— To dobrze?
— Naturalnie. Tyle że twój przyjaciel przejdzie teraz prawdziwe szkolenie. — Wskazała za okno, za którym przeszli właśnie dwaj wspomniani.
Altaya odprowadziła ich wzrokiem, aż zniknęli za ścianą. Uśmiechnęła się delikatnie, nawet nie zastanawiając się, czy Enit to dostrzeże.
— Lubisz go — stwierdziła kobieta.
Dziewczyna spojrzała na nią zaskoczona.
— Lubię… — szepnęła. — Jak to się dzieje, że nieznana osoba staje się tą najważniejszą?
Enit zmieniła miejsce, siadając obok.
— Pamiętaj, że to, co widać, przemija. — Powiodła palcem w powietrzu przed swoją twarzą. Potem ujęła dłoń Altayi i przyłożyła do piersi dziewczyny. — Ale to, czego nie widać, pozostaje. Mieszkałam kiedyś w Taratok. Przyszłam tu dla niego.
Tymczasem Utak podniósł leżącą kłodę i rzucił nią na odległość kilkudziesięciu stóp. Huknęła o twarde podłoże, zostawiając ślad.
— Spróbujesz? — zapytał, otrzepując dłonie.
— To nie dla mnie — zaprzeczył Kiba.
Gdyby miał wilcze zdolności, najpewniej by nie odmówił. Chętnie zademonstrowałby nadludzką siłę niczego nieświadomemu mężczyźnie. Mógłby mu od razu utrzeć nosa.
— Spróbuj, no.
Kiba złapał za leżący pień. Miał dobrych pięć stóp długości, co najmniej jedną średnicy i wcale nie wyglądał na wyschnięty. Zacisnął palce na pozbawionej kory powierzchni, przypominając sobie próbę z workiem z mąką, kiedy dopiero odkrywał możliwości swoich nowych zdolności. Szarpnął kawałkiem, oceniając jego wagę. Poczuł spory ciężar. Ewidentnie zwiększona siła też przepadła. Szarpnął ponownie, podrywając kłodę do góry. Plecy napięły się maksymalnie, przejmując masę. Stanął w wyznaczonym miejscu, zarzucając pień na pierś.
— Nie tak. Na ramię, połóż na ramię — wyjaśnił Utak.
Kiba skorygował ułożenie, tracąc przy tym cenną energię. Nigdy niedane mu było próbować niczego podobnego. Ułożył obie dłonie pod spodem i pamiętając ruch kompana, pchnął. Pień poleciał kilka kroków do przodu i padł z głuchym tupnięciem na piach.
— Nie najgorzej — stwierdził Utak.
Spod jednej wieży obserwacyjnej rozległo się klaskanie. Oparty o długą, okorowaną nogę stał Worus. Klasnął parę razy, po czym splótł ręce na piersi i obserwował.
— Nie przejmuj się nim. — Utak uprzedził reakcję Kiby. — Zawsze mamy z nim problemy. Nie warto tracić na niego czasu. Jutro pójdziesz w swoją stronę i więcej go nie zobaczysz. No, chyba że kiedyś nas odwiedzisz. Zawsze będziecie tu mile widziani.
Utak miał rację w każdym słowie, ale Kibę coraz bardziej denerwowała postawa nieznajomego. Czego on w ogóle chciał? Przecież nigdy wcześniej się nie spotkali, nie mieli więc żadnej zwady i tym podobnych rzeczy.
Mężczyzna z blizną wydobył upchnięty gdzieś za kłody młot. Zakręcił nim w dłoniach, zbliżając się do ledwo co wbitego, cienkiego palika. Ponownie zakręcił orężem, a następnie z całych sił huknął w sterczącą część. Pal wbił się w ziemię do połowy swej długości.
— Spróbujesz tego? — zagadnął.
Kiba, nie spuszczając z oczu Worusa, przejął młot, po czym stanął przed kolejnym palikiem. Zmierzył go wzrokiem, zacisnął palce na trzonie i wbił pal na ćwierć długości w ziemię.
— Widzisz, jak się dobrze bawią — stwierdziła Enit, wyglądając przez okno.
— Mogę o coś spytać? — podjęła niepewnie Altaya. Stała obok niej, również przyglądając się poczynaniom na zewnątrz.
— Pytaj, o co chcesz.
— Jak to się stało… Jak Utak doznał tylu ran?
— Każdego to interesuje. Nie mów tylko Utakowi, że wiesz. — Gdy dziewczyna przytaknęła, kontynuowała: — Wiele lat temu, kiedy nie byliśmy jeszcze ze sobą, tę wioskę zaatakowały potwory. Pożeracze Ciał.
— Kto? — zdziwiła się Altaya. Sama nazwa mogłaby wywołać strach u niejednego mocarza.
— Tak ich nazwano. To dziwne stwory, żywiące się… Chyba wiesz, czym? Podobno to demony i mieszkają w Czarnej Wieży, na Martwych Pustkowiach. Słyszałam też kiedyś, że to tam ukrywa się jakiś Saygram. Też pewnie demon.
Enit nie była świadoma pochodzenia tej istoty, ale Altaya przeciwnie. Zesztywniała na sam dźwięk tego imienia. Za dużo razy w ostatnich dniach je słyszała, żeby wciąż nie wierzyć w to, że coś wisiało w powietrzu. Czarne chmury kłębiły się nad nimi coraz bardziej. Dalsza podróż zaczynała odkrywać mroczniejsze karty. Aż strach było pomyśleć, co jeszcze ich mogło czekać. Mimo to nie zamierzała opuścić Kiby. Choćby miała zginąć, będzie trwać przy nim do końca.
— Ale to tylko niepotwierdzone plotki — kontynuowała kobieta. — Utak zbytnio nie chce mówić, co się stało, ale wioskę zaatakowały właśnie te stwory. Nikt nie wie dlaczego, czy czegoś szukały, czy po prostu stała im na drodze. W tamtym czasie splądrowały też kilka innych wiosek. Utak bronił osady do samego końca. Gdy było już po wszystkim, jakimś cudem dotarł do Taratok. To było dawno temu, z dobrych dwadzieścia lat. Byłam wtedy dzieckiem. Moi rodzice opatrzyli mu rany i… i tak się poznaliśmy. Szybko doszedł do siebie i pierwszym co zrobił, było odbudowanie wioski. Stworzył płot, odbudował domy, przyprowadził ocalałych. Gdy dorosłam, zamieszkałam razem z nim. Jak dotąd, od tamtego dnia, nikt nie widział żadnego z tych stworów.
— Straszne…
— Zachowaj to dla siebie.
— Obiecuję.
— Zerkniesz przez chwilę na Naidali, a ja przyniosę wody? Trzeba by umyć naczynia po obiedzie.
— Z chęcią przyniosę wodę — zaoferowała Altaya. — Ty lepiej zareagujesz, jakby zaczęła płakać.
— Jak wolisz. Tu masz wiadro. — Wręczyła drewniany przedmiot. — Studnia jest zaraz za domem, obok pieca do wypieku chleba. Poradzisz sobie?
Altaya skinęła głową i opuściła chatę. Zobaczyła na środku osady Kibę wraz z Utakiem, który zanurzył drewnianą chochlę w wiadrze z wodą, a chwilę później ugasił pragnienie, aż pociekło mu po brodzie. Wytarł buzię i przekazał pokaźną łyżkę.
— Nie ma nic lepszego po ciężkiej pracy jak łyk zimnej wody — powiedział.
— Całkiem spory ten łyk — skwitował Kiba, ugasiwszy pragnienie. Wrzucił z powrotem chochlę do wiadra i przyglądając się bliźnie, zapytał: — Walczyłeś?
Ten wyprostował swą sylwetkę.
— W żaden sposób tego nie ukryję — przyznał. — Każdego to ciekawi. No cóż. Kiedyś nawet próbowałem nosić opaskę, ale śmiesznie wyglądałem. Łysa głowa i jakaś łata na oku. — Zaśmiał się grubym głosem.
Kiba wyczuł odpowiedni moment.
— Wiesz może coś, czego jeszcze nie słyszałem o krańcu świata?
— Interesuje cię niemożliwe, hę? Tam jeszcze nie byłem. Może kiedyś dotrę i tam. Sęk w tym, że… Nie wiem, gdzie zacząć.
W takim wypadku szukanie informacji na temat Kryształowego Lasu było zbędne, dlatego Kiba zaniechał dalszego ciągnięcia tematu. Ku swojemu zaskoczeniu wzięło go na zwierzenia.
— Mój las zaatakował niedawno wielki wilk. — Zerknął na swoje ramię. — Zranił mnie i dlatego teraz jestem tutaj, z dala od domu. Szukam leku.
— Na gruzach Hatenai raczej go nie znajdziesz. No ale wskażę drogę. Jeszcze parę dni minie, zanim tam dotrzesz. Zostawię wam potem wodę i coś do jedzenia. A wiesz, że świetnie gotuję.
Kiba zaśmiał się nieznacznie. Poczuł się swobodniej w towarzystwie kolejnego wielkoluda. Co za zrządzenie losu, bo spotykał na swojej drodze same nadzwyczajne osobowości. Siedząc dalej w Lesie Deszczowym, wciąż męczyłby się zgniatany najgorszymi wspomnieniami, a tak zwiedził kawał świata, poznał nowych ludzi i odnalazł coś jeszcze.
Zerknął na chatę przy bramie, mając nadzieję na ujrzenie, choć przez chwilę, gdzieś za otwartym oknem, tej najważniejszej osoby. Wystarczyłoby, gdyby przypadkiem przeszła gdzieś w pobliżu, a radość zadomowiłaby się na jego twarzy. Zobaczył tam jednak coś zupełnie innego. Pozbawiony wyostrzonego słuchu nie usłyszał trwającej, niekoniecznie chcianej rozmowy.
— Może wybierzesz się ze mną na spacer? — zapytał Worus, zagradzając ręką wejście do chaty.
— Nie mogę — odparła Altaya, próbując wejść do środka, lecz tamten skutecznie to uniemożliwiał.
— Dlaczego? Chodzi o tego głupca, twojego towarzysza?
— Kiba nie jest głupcem — zaprotestowała Altaya, stawiając pełne wiadro wody.
— Wygląda na takiego.
— Przepuść mnie — nakazała nerwowo.
Worus chwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie. Poczuła jego nieprzyjemny oddech, a nadgarstek zapłonął ogniem, gdy zacisnęły się na nim jego szorstkie palce.
— Zostaw mnie! — krzyknęła, po czym wykręciła rękę, lecz nie zdołała wyrwać się z uścisku. Uderzyła pięścią najpierw w jego pierś, a potem w twarz. Niestety nic sobie z tego nie robił. — Puść mnie!
Z boku pojawił się Kiba. Nie posiadał już wilczego przyspieszenia, ale jego sprawność fizyczna wystarczyła, by przybyć na czas. Zaciskając w pędzie pięść, zatrzymał ją dopiero na twarzy oprawcy. Niesiony siłą ciosu Worus puścił nadgarstek dziewczyny i poleciał na ścianę chaty. Odbił się od niej niczym sprężyna i ruszył na chłopka. Ten uskoczył na bok, unikając ciosu, jednocześnie blokując kolejny. Worus chwycił za bluzę, po czym szarpnął w bok, wytrącając go z pionu. Kiba rąbnął plecami o twardą powierzchnię chaty, odczuwając palący ból w miejscu rany po sztylecie. Mimo jej zasklepienia nie zniknęła jeszcze całkowicie i właśnie go o tym poinformowała.
— Dość! — zarządził Utak, powstrzymujący dalszy atak Worusa. Schwycił go pod pachę i wypchnął w głąb osady. Zatoczył się parokrotnie, po czym odzyskał równowagę. — Wracaj do swoich zajęć.
Kiba wystrzelił jak z katapulty niesiony na skrzydłach adrenaliny, lecz drogę zagrodził mu Utak. Spróbował więc sprytnie go ominąć, ruszając w jedną stronę, by po chwili odbić w drugą. Niestety długie ramiona wyrastające z szerokiej jak beczka piersi skutecznie zablokowały obie drogi.
— Dość! — powtórzył.
— Dziś wieczorem! — wrzasnął Worus. Jego nagi tors poruszał się nerwowo w rytm niespokojnego oddechu. — Ty i ja! Wyzywam cię na pojedynek. Zawalczymy o nią.
Altaya w okamgnieniu znalazła się przy Kibie. Poczuł jej ciepły, delikatny dotyk, który rozpoznałby nawet z zamkniętymi oczami.
— Nie rób tego — poprosiła. — Nie zgadzaj się.
Chłopak spojrzał na nią, unosząc delikatnie kącik ust. Jakiś tam samozwańczy amant nie będzie tak traktował wybranki jego serca. Jeszcze, gdyby nie doszło do szarpaniny, może zareagowałby inaczej. W zaistniałej sytuacji tamten musiał zapłacić za swoje.
— Dziś wieczorem — powiedział, nawet nie patrząc na Worusa.
Tamten usłyszał, co chciał, więc odszedł pewnym krokiem, omijając grupkę gapiów, którzy słysząc odgłosy zamieszania, zbiegli się z różnych partii osady.
— Dlaczego? — spytała Altaya.
— Wiesz, dlaczego — odparł Kiba. Dotknął jej nadgarstka, aż się skrzywiła. Wiedział, że boli. Nie była tak gruboskórna, jak on. Miejsce niedawnego uścisku świeciło czerwienią. — Musi zapłacić.
— Przecież jestem twoja i nic tego nie zmieni. Nie musisz nic udowadniać.
Z chaty wybiegła Enit, niosąc od razu kubeł zimnej wody i szmatkę. Dopadła Altayi, zaczynając przemywać nadgarstek.
— Próbował już z każdą dziewczyną w wiosce. Nawet ze mną — poinformowała. — Jesteś ładna, nie zna cię, więc wbił coś sobie do tego głupiego łba. Za późno usłyszałam, co tu się działo. Wybacz.
— Nie możesz przepraszać za kogoś innego.
Utak podszedł do Kiby, który wciąż odprowadzał wzrokiem przyszłego przeciwnika.
— Wszystkie spory rozstrzygamy tu w taki sposób — powiedział. — Walczymy po zachodzie słońca, gołymi rękami. Przegrany uznaje dominację zwycięzcy. O kobietę trzeba walczyć.
— Utak! Opanuj się — skarciła go Enit.
— Nawet jeśli przegram, nie oddam mu Altayi — wyznał Kiba. Poczuł się w głębi ducha niepokonany, zdolny stawić czoła nawet ogromnemu Yureterowi. Przecież jednym cięciem pozbawił głowy Zortara, największego i najstraszniejszego z całej paczki stworów. Także jakiś tam Worus nie miał z nim najmniejszych szans. — Wygram.
— Tu już nie chodzi o nią — podjął jednooki mężczyzna. — Worus będzie chciał pokazać swoją wyższość. Od początku sprawia nam same problemy. Chyba czas najwyższy, żeby opuścił wioskę. Wygnam go. Nie będzie Worusa, nie będziesz musiał walczyć.
— Nie — zaprotestował Kiba. — Będę walczył. Może czas utrzeć mu nosa.
Altaya posłała mu groźne spojrzenie. Nie podzielała jego entuzjazmu, co właśnie zakomunikowała. Przez chwilę mogli odetchnąć, cieszyć się sobą, spokojem, ciszą. Jeden moment wystarczył, aby wszystko legło w gruzach.
— Nie walcz z nim — poprosiła raz jeszcze Altaya. — Nie masz swoich zdolności.
Kiba poczuł wewnętrzne wzburzenie. Raptem przez chwilę miał wilcze zdolności, więc to nie one skutkowały jego zwycięstwami. Był przecież doskonale wyszkolony, pokonywał niejednego przeciwnika, radził sobie świetnie w każdej sytuacji, i to bez bonusowych możliwości.
— Możemy też wyruszyć zaraz… — dodał Utak.
— Wojownik nie ucieka od walki — uciął Kiba. — Gdy odwrócisz się plecami do przeciwnika, jesteś zgubiony.
— Czasem warto odpuścić — upomniała Altaya.
Kiba wspomniał zdarzenie z łodzi. Gdyby odpuścił, najpewniej niedługo potem zostałby wyzwolony przez Raffa. A tak swoim zachowaniem uruchomił ciąg wydarzeń zaburzający właściwy tor podróży. Stało się, zgodził się na walkę. Nie mógł teraz odpuścić. Okazałby wtedy słabość. Wiedział, że powinien, lecz od odzyskania przytomności coś się w nim zmieniło. Czuł w środku dziwną energię, dziwne pulsowanie, każdorazowo, gdy zaczynał się denerwować, czy walczyć z oprychami. Pomimo utraty zdolności, oczywiście, będąc tego świadomym, wcale nie zamierzał uważać, unikać walki oraz uciekać. Wręcz przeciwnie, czuł odwagę większą niż do tej pory. Od zawsze należał do tych odważnych, lecz pomimo swojej porywczości potrafił się wycofać, myśleć logicznie i analizować. Teraz postawił wszystko na jedną kartę. Wygraną kartę.
Wieczór będzie mój — pomyślał.
Rozdział IX Zmierzch
Wieczór nastał szybko. Słońce ostatkami sił wyglądało spoza lasu, cały czas przypominając o nadchodzącym pojedynku. Kiba stracił poczucie czasu, gdy Utak oprowadzał go po całej wiosce, wychwalając swój niezniszczalny mur i przedstawiając kilku mieszkańców. Pokazał nawet wspólną spiżarnię, gdzie wykopany w ziemi dół zabudowano drewnianą konstrukcją. W środku trzymano głównie worki z ziarnem służącym do wypieku chleba. Wprawne ręce gospodarza nie tylko służyły do budowy przedmiotów bitewnych i konstrukcji z drewna, stworzyły także murowany piec do wypieku chleba. Jeden z mieszkańców wręczył im okrągły bochenek, którym zapełnili brzuchy, a połowę odnieśli do chaty.
Altaya resztę dnia spędziła z Enit oraz jej dzieckiem. Wspólnie zagrzały wielką misę wody, w której dziewczyna mogła się odświeżyć i uprać nie tylko swoje ubranie, ale również Kiby. Czyste szaty rozwiesiła na służących do tego sznurkach rozciągniętych na tyłach domostwa, a przywdziała zupełnie nowe, takie z garderoby Enit. Nie leżały idealnie, podobnie jak ubrania Kiby po przymusowej kąpieli w Kuadzie, ale chwilowo musiały wystarczyć. Kiba założył luźne spodnie i bluzę z uciętymi rękawami. Na niego również niezbyt pasowały.
Z kolei Worus, przyczyna całego zamieszania, zniknął na cały dzień i jak żartował Utak, mógł uciec z wioski ze strachu. Kiba śmiał się z tego, jednak w pewnym momencie odczuł wewnątrz nutę zwątpienia. Tak bardzo polegał na swoich zdolnościach, że zaczął się zastanawiać, czy bez nich podoła przeciwnikowi. Pewność siebie nagle wyparowała. Niesiony chwilą zgodził się na walkę, niekoniecznie wszystko przemyślawszy. Gdy o tym teraz myślał, pojawiała się od razu inna myśl.
Nikt nie będzie tak traktował Altayi.
Jak już wcześniej postanowił, jeszcze przed cudownymi wspólnie spędzonymi chwilami, prędzej oddałby życie za nią, niż pozwoliłby na jej krzywdę. Tylko w taki sposób mógł zaznać spokoju. Chociaż Altaya kilkakrotnie, gdy się tylko widzieli, prosiła, by odpuścił, po kilku próbach przestała próbować. Według niej walka niczego nie zmieni, a tylko zaostrzy konflikt i dojdzie do niepotrzebnego rozlewu krwi. Podczas wieczornych pojedynków, jak poinformował Utak, nikt nigdy nie zginął. Zawsze kończyło się na wspólnym obiciu twarzy i tyle. Altaya nie potrzebowała, by się o nią bić. Nikt siłą nie zabierze jej od Kiby, zawsze będzie przy nim trwać. Niestety Kiba tak bardzo zaparł się przy swoim postanowieniu, że resztę dnia spędzili oddzielnie. Nie mógł teraz odmówić, dać za wygraną, bo okazałby słabość.
Przysiadł na jednym z okorowanych pni, przyglądając się poczynaniom Altayi. Wyszła z chaty w nowej szacie, podeszła w pobliże bramy i opróżniła zawartość wiadra. Gdy wracała, dostrzegła siedzącego chłopaka. Przystanęła na chwilę i choć dzieliło ich pół wioski, połączyła spojrzenia. Postała chwilę, po czym wróciła do środka,
w progu oglądając się jeszcze za siebie. Kiba westchnął. Mimo że chciał podejść, porozmawiać, zażegnać konflikt, nie zrobił tego. Wewnętrzna blokada okazała się zbyt silna, niemożliwa do sforsowania, niczym niezniszczalny mur Treelavy. Chociaż ten ostatecznie uległ naporowi swej monumentalnej wizytówki. Także wszystko ma jakieś słabe punkty, a w przypadku Kiby takim był upór i niewątpliwie porywczość. Przez chwilę było tak pięknie, poczuł się szczęśliwy, mógł odetchnąć pełną piersią, a teraz wszytko się pogmatwało bardziej, niż wszystko inne wokół. Wreszcie zbliżyli się z Altayą, poczuł smak jej ust, słodki, nieziemski, hipnotyzujący. Nie tak to wszystko miało wyglądać. Westchnął ponownie. Powiódł wzrokiem ponad las, gdzie słońce powoli znikało z pola widzenia.
Może powinienem posłuchać Altayi i zrezygnować? — pomyślał. Walka niczego nie rozwiąże. Ma rację, zresztą jak zawsze.
I wtedy do głowy wdarł się obraz Okotto zadającego cios w jego plecy. Wizja zniknęła, a rana na plecach zapiekła. Worus nie pozwoliłby mu zrezygnować. Gdyby wygrał bez walki, nadal dążyłby do starcia lub nie dałby spokoju Altayi. Czego by nie postanowił, jedynym wyjściem było czekanie na konfrontację. A ta zbliżała się nieuchronnie. Mógłby uciec, wyruszyć w drogę już teraz bez czekania na poranek, lecz honor nie pozwalał uciekać. Nie tego uczył go
Kazai, chociaż na pewno nie pochwalałby jego decyzji. Wielokrotnie powtarzał, żeby nie działać pod wpływem emocji, nie wdawać się w niepotrzebne bójki. Niestety, nie wszystkie jego nauki można było ot tak, w prosty sposób, wcielić w życie. Westchnął po raz trzeci, a do głowy wróciło wspomnienie.
Stanął naprzeciw wbitego w ziemię pala owiniętego grubą liną. Okalający go teren nie posiadał grama zieleni, a zapełniały go ślady butów. Kiba zacisnął pięści i jak wyrzucony z procy, wbił się w pal. Odgłos uderzenia odstraszył najbliższe ptactwo. Zatrzepotały w koronie drzew, po czym wzleciały ponad las w popłochu. Pięść chłopca powróciła do klatki piersiowej, ale za to druga powędrowała w kierunku słupka. Z każdą chwilą ilość uderzeń rosła. Każdy następujący po sobie cios był szybszy i bardziej hałaśliwy. Po niedługim czasie, gdy pot zlał czoło Kiby, opuścił bezwładnie ręce wzdłuż bioder i spoglądając na mocno zaciśnięte węzły, ciężko dyszał. Zbierając w sobie resztki sił, ostatni raz uderzył w pień. Kończyna opadła bezwładnie w dół tak, jak na początku. Palce zaczęły drżeć, a obite wierzchy dłoni paliły z bólu.
Chłopiec zamknął powieki, a wtedy przed sobą zobaczył nacierającego Date. Poleciał do tyłu, otwierając oczy, padł boleśnie na piasek, a wtedy wszystko zaczęło ociekać krwią. Zacisnął powieki, najmocniej jak tylko potrafił, przeganiając wizję. Gdy otworzył je ponownie, wszystko wróciło do normalności. Drzewa zaszumiały, tak jakby próbując go uspokoić, poinformować, że jest tu i teraz, a to, co zdarzyło się miesiąc temu, nie wróci, tylko nadal pozostanie w jego głowie.
Nagle gdzieś w zaroślach usłyszał szelest. Poderwał się prędko na nogi, przyjmując pozycję obronną, a wtedy z lasu wypadł Pick oraz Trick. Przebiegli po obu stronach, stając za Kibą.
— Proszę, pomóż nam — jęknął pierwszy z braci. — Xalun nas goni, a my przecież nic nie zrobiliśmy. Byliśmy tylko głodni…
— I zjedliśmy jego obiad — dopowiedział ten drugi.
Kiba pokręcił głową.
— Nie pomogę wam. Mam trening i wszystko mnie boli…
— Ale tylko ty możesz nam pomóc! — Pick chwycił go za ramię.
— Ostatnim razem nasze spotkanie wyglądało trochę inaczej — przypomniał Kiba. — Próbowaliście mnie pobić.
— Że my? — zdziwił się Trick. — Kto by to pamiętał. Tylko się bawiliśmy.
— Ładna mi zabawa — mruknął Kiba.
Z lasu wypadł wysoki chłopak. Zatrzymał się wpół kroku, ewidentnie zaskoczony spotkaniem. Nim wrócił do pionu, zdążył wytrzeć nos i poprawić nieco przykrótkie spodnie.
— To znowu ty — powiedział, chyba ucieszony z kolejnego spotkania. — Pamiętasz mnie? Teraz to ja dam ci wycisk.
Kiba skrzywił buzię. Wcale nie chciał walczyć, a postawa chłopaka nie wskazywała na inne rozwiązanie. Najchętniej wróciłby nad strumień, do namiotu i zasnął. Był tak wykończony, że spodziewał się finału ewentualnej potyczki. Musiał więc znaleźć jakieś ugodowe rozwiązanie.
— Nie chcę z tobą walczyć. Rozejdźmy się, każdy w swoją stronę. Nic do ciebie nie mam.
Tamten zaśmiał się głośno.
— Ci dwaj już mnie nie obchodzą. Teraz to tylko ciebie chcę dostać.
— Naprawdę? — zdziwił się Pick. — To już nas nie ma.
I tylko to powiedział, a już ich nie było. Zniknęli z pola widzenia szybciej, niż ktokolwiek mógłby pomyśleć. Xalun zacisnął pięści. Na pewno był rok,
a nawet dwa lata starszy od Kiby. Przy pierwszym spotkaniu, podczas misji
z dzbanem, kiedy to poznał Revere, ta różnica nie była tak mocno widoczna, jednak jakiś czas minął. Zdążył podrosnąć i nabrać mężniejszych kształtów. Mimo różnicy wieku Kiba nie stawiałby siebie na przegranej pozycji. Problemem była utrata sił podczas treningu. Nie czuł się na siłach i wiedział, że nie ma najmniejszych szans. Na ugodę też nie miał co liczyć, dlatego jedynym trafnym rozwiązaniem okazała się ucieczka. Zerwał się z miejsca, wbiegając między drzewa.
— Nie uciekniesz mi! — Usłyszał głos zza pleców.
Nie czuł dumy z takiego posunięcia, bo przecież wojownik nigdy nie ucieka, a mierzy się z każdym wyzwaniem z podniesionym czołem. Niestety, nie miał wyjścia. Gdyby stanął do walki z Xalunem, ciało bolałoby go nie tylko z przeforsowania. Czując ból w nogach, choć robił, co mógł, coraz bardziej zwalniał. Liczył na zmęczenie goniącego chłopaka i zaniechanie dalszego pościgu. On też ścigał wcześniej Picka i Tricka, więc stracił jakąś część sił. Nie wziął tylko pod uwagę możliwości wspomagania się darami lasu. Poczuł uderzenie w plecach, a powstały przy tym ból wytrącił go z pionu. Poleciał do przodu, wprost na wystający korzeń. Przejechał po nim żebrami, zatrzymując się dopiero pod drzewem. Odwrócił się prędko przodem do stającego nad nim chłopaka z miasta.
W dłoni trzymał kamień. Najpewniej znalazł go gdzieś po drodze i takim samym trafił mu w plecy. A może cały czas miał je ze sobą, schowane gdzieś w kieszeni, właśnie na taką okazję.
— Nie musisz tego robić. — Kiba spróbował przemówić mu do rozsądku. — Wygrałeś. Nie jestem w stanie walczyć. To nie wystarczy? Poddaję się.
Tamten podrzucił kamień do góry, łapiąc go z powrotem.
— Rozkwaszę cię jak jabłko.
Zaśmiał się, zamachnął, a wtedy nie wiadomo skąd pojawił się Kazai. Przechwycił rękę chłopaka, blokując ją stalowym chwytem. Xalun skrzywił się z bólu, wypuszczając kamień.
— Co tu się dzieje? — zagrzmiał przybyły.
— Puść — jęknął chłopak, próbując wyrwać rękę z uścisku.
Kazai rozluźnił palce, a tamten trzymając się za przedramię, zniknął wśród drzew. Mentor zbliżył się do leżącego ucznia, wyciągnął ku niemu dłoń, a gdy ją chwycił, mocno pociągnął, stawiając go w pionie. Kiba skrzywił się, czując teraz całe ciało ze zdwojoną siłą. Nie śmiał nawet spojrzeć w górę, na twarz nauczyciela, bo bez tego czuł jego karcące spojrzenie. Znał je bardzo dobrze, bo parokrotnie miał okazję je widzieć. Nie raz zdarzyło mu się zrobić coś wbrew jego woli.
— Rozumiem cię, twój upór, ale nie możesz się tak przepracowywać — upomniał Kazai. — Twoje ciało nie było zdatne nawet do obrony. Co tu mówić o dalszym treningu.
— Jak to? Nie mogę zaniedbywać ćwiczeń — zaprotestował chłopiec. — Chcę zostać takim samym wojownikiem jak ty.
— Spójrz na swoje dłonie.
Kiba obejrzał porysowane, zewnętrzne strony drgających dłoni. Rzeczywiście, będą musiały minąć teraz dni, zanim wróci dawna sprawność.
— Nie taka droga do bycia wojownikiem. Nie wykańczające treningi, nie bijatyki…
— Ale to on…
— Domyślam się — przyznał Kazai. — Zakazałem ci bójek i wiem, że nie złamałbyś mojego zakazu. Na dzisiaj i na najbliższe dni koniec treningu. — Kiba spojrzał na niego z wyrzutem. — Chodź teraz ze mną. Pokażę ci inny sposób spędzania wolnego czasu. Inny niż ćwiczenie do upadłego.
Chłopiec z grymasem na twarzy poszedł za swym nauczycielem, by niedługo potem zasiąść wspólnie na skarpie nad strumieniem. Kazai podał wychowankowi długi kij z dowiązanym na jego końcu sznurkiem i haczykiem.
— Nauczysz się teraz łowić ryby — poinformował. — Bycie wojownikiem to nie tylko sztuka walki, ale także umiejętność zdobywania pożywienia. Wojownik musi umieć znaleźć sobie jedzenie w każdej sytuacji i jak będzie trzeba, nakarmić wioskę.
— Nie mieszkamy w wiosce — przypomniał Kiba. — Zawsze będę mieszkał tak, jak teraz. Nie potrzebuję umieć łowić ryb.
— Pamiętaj, że najlepszy wojownik potrafi wszystko. A ty chcesz zostać najlepszym, prawda?
Kiba wiedział, że czego by nie powiedział, to Kazai i tak znajdzie sposób, weźmie go pod włos, żeby tylko wyszło na jego. Lubił mieć rację i w sumie to zawsze ją miał. Chłopiec westchnął, po czym wrzucił haczyk do wody.
Czas mijał powoli. Kazai wyławiał co jakiś czas po jednej rybie i próbował z następną. Kiba natomiast widząc zapełniające się wiaderko nauczyciela, złościł się coraz bardziej. Jego haczyk nie chciał nawet drgnąć. W końcu nie wytrzymał i wyrzucił wędkę za siebie.
— Cierpliwość mój mały, cierpliwość — przypomniał Kazai.
— Wiem, ale wszystko mnie boli od takiego siedzenia.
— No dobrze. — Mężczyzna wstał, odkładając sprzęt na bok. Zrzucił buty, zakasał nogawki i wskoczył do strumienia. — Na co czekasz? Wskakuj.
Kiba zmarszczył nos, ale wykonał polecenie. Pomimo bólu pozbył się butów i stanął obok nauczyciela. Ten rozłożył ramiona, zawisając nad powierzchnią wody. Zerknął z ukosa na chłopca, który odczytując przekaz, uczynił to samo. Tkwili tak jakiś czas, kiedy Kazai wstrzelił ręce w wodę, wyjmując zaraz z niej trzepoczącą ogonem rybę.
— Jak to zrobiłeś? — zdumiał się Kiba.
— Stań nieruchomo — polecił mentor, wypuszczając zdobycz. Kiwnął głową, żeby chłopiec czynił, co mówi. — Potem wypatruj najwolniejszej. Kiedy będzie w zasięgu twoich ramion, czekaj. Niech poczuje się niezagrożona.
— Jest.
— Stań się teraz rybą. Pomyśl, gdzie by popłynęła, gdyby wyczuła zagrożenie. I tam celuj rękoma. Gdy się poruszysz, twoja zdobycz właśnie tam ucieknie. Choćby nie wiem co i tak będzie szybsza od ciebie. Dlatego musisz wiedzieć, w którą stronę ucieknie. Tylko wtedy ją złapiesz. Spróbuj.
Kiba, zapoznawszy się ze słowną instrukcją, postanowił jak najszybciej wcielić ją w życie. Jego wypatrzona ryba musnęła go w nogę, potem wciąż niczego nieświadoma zakręciła wokół drugiej. To był doskonały moment na rozpoczęcie polowania. Dłonie wbiły się w taflę wody, rozchlapując krople dokoła, lecz bez oczekiwanego rezultatu. Zdobycz zniknęła z zasięgu wzroku, a wraz z nią koleżanki i koledzy.
— To bez sensu — jęknął Kiba. — Nigdy mi się nie uda.
— Mylisz się. — Kazai opuścił strumień. Siadł na brzegu, zakładając nogę na nogę. — Nie chciałeś kilkudniowego odpoczynku, więc jako trening możesz wykorzystać łapanie ryb w ręce. Nie są one zdatne do innego treningu, ale w wodzie nic im nie zrobisz. Złowione ryby wypuszczaj z powrotem, bo nie zjemy ich tak dużo.
Kiba nie protestował. Siedząc bezczynnie w oczekiwaniu na zagojenie ran, myślałby cały czas o Date, a tak, skupiając się na czym innym, jego ciało mogło odpocząć nie tylko fizycznie, ale także psychicznie.
Wizja wyparowała wraz z zagęszczeniem się ludzi. Ogień zapłonął w pokaźnym palenisku umiejscowionym w centrum wioski. Wiotkie jęzory czerwonego żywiołu łapczywie pożerały podane im danie. Trzeszcząc z zachwytu, konsumowały pokaźne kawałki drewna. Gdyby umieścić tak wielki płomień wewnątrz Góry Wielkiego Ducha, w ciągu kilku uderzeń serca rozgrzałby nawet największego ciepłoluba. A do takich należała Revere.