Tym, którzy nie przestają szukać
Rozdział 1
Nad Dwikozami szalała śnieżyca, tak gęsta, że Timur dopiero przed torami dostrzegł majaczący na wzgórzu kościół. Jechał wolno, pamiętając o fatalnej pogodzie. Nie chciał wylądować gdzieś w rowie, już pierwszego dnia przerwy międzysesyjnej. Ponadto obok siedziała Ania, którą zgarnął z jej rodzinnego Linowa.
— Dalej to liczysz jako urodzinową atrakcję? — zapytał dziewczynę z przekornym uśmieszkiem. Właśnie skręcili w Zielną.
— Co poradzisz? Nawet twoja ciocia nie panuje nad pogodą, a ty dopiero wszystko pozaliczałeś — odpowiedziała, rozglądając się dookoła, choć naprawdę niewiele było widać. Tak niewiele, że Timur kilka minut wcześniej nie mógł jej pokazać Panieńskiej Góry, całkowicie przesłoniętej śnieżną kurzawą.
Od wydarzeń w Sandomierzu minęło nieco ponad pół roku. Był dziewiąty lutego, tydzień po urodzinach Ani, która przez cały czas przygotowywała się do poprawy matury. Dzisiaj tata skończyłby czterdzieści dziewięć lat — pomyślał Timur. Chciał odwiedzić wzgórze Salve Regina, gdzie Damir Almasow spoczął latem, ale zostawił to jako ostatni punkt wypadu. Niczego nie wynajmował ani nie wypożyczał. Planował ten dzień poświęcić na odwiedzenie kilku miejsc, które minionego lata zmieniły jego życie.
— No i dobrze się zgrało. Trzy w jednym — stwierdził, widząc na końcu drogi bezlistne drzewa Zieleńca, smagane wiatrem.
Zatrzymał Opla Corsę niedaleko za bramą z nazwą parku. Nie spodziewał się, że matka pożyczy mu samochód tak łatwo. Chyba te kilka miesięcy, gdy wynajmował pokój na mieście, pozwoliło jej trochę bardziej mu zaufać. Anna Lachowska, która zdecydowała się pozostać przy panieńskim nazwisku, miała w życiu jakąś interesującą fazę. Ku zdumieniu Timura zapisała się do Koła Gospodyń Miejskich, zaczęła uczęszczać na jogę, a w każdy piątek po pracy chodzić na basen. Po usunięciu z domu przeklętego flakonu z prochami męża, które w nieuświadomiony sposób ciążyły im obojgu, chyba chciała nadrobić stracony czas. Mógł jej tylko kibicować, choć już z wypracowywanego dystansu.
— Tu się zatrzymałem z ciocią i wujkiem, jak mieliśmy zebrać parę roślin. Tych, co były potrzebne — pokazał ręką drogę wiodącą za park. Ania przetarła rękawiczką szybę.
— Teraz to chyba nic nie odprawisz, wszystko uschło i pod śniegiem — zauważyła.
— Nie mam zamiaru. Rej będzie na pewno szczęśliwy, jak wrócę cało z ferii — zaśmiał się. — Ale i ty i mama lubicie pytać, co się działo na tamtej wycieczce. No to masz wizję lokalną.
— A właśnie. Jak tam się mama czuje? — zapytała, zwracając ku niemu głowę. Ślad po jej ręce na szybie zdążył znów zaparować.
— Dobrze. Ciocia miała rację, bez tych niepogrzebanych prochów jej lżej. Może nie jest typem, który padnie ci w ramiona i będzie dziękować przez łzy — uśmiechnął się krzywo — ale widać, że odżyła. I ciebie też polubiła.
— Ale tak sama w domu została…
— Co dwa tygodnie staram się wpaść do domu. Poza tym spokojnie, ma ją kto odwiedzać. Koleżanek nie brakuje — Timur przeciągnął się na siedzeniu. Perspektywa wyprostowania nóg stawała się kusząca, choćby oznaczała wyjście w śnieżycę.
— Jakbym się dostała do Warszawy, to byśmy się częściej widzieli. Ale ta matma to masakra — mruknęła Ania. Za fotelem miała plecak z paroma książkami, których jednak nie otwarła, od kiedy dołączyła do Timura.
— Też nie przepadałem, ale da się przeżyć… — powiedział Timur, wspominając naukę niezbyt lubianego przedmiotu i to jeszcze zdalnie, podczas pandemii.
— Jakbym miała tylko ją na głowie. Idziemy? — zapytała.
— Chce ci się wychodzić w taką kurzawę? — odpowiedział pytaniem Timur, zauważając jednocześnie, że śnieżyca zaczyna ustępować. Może jednak nie będzie tak źle?
— Święty się odezwał. Ciesz się, że tak mało ludzi wie, gdzie wychodziłeś w lecie — uśmiechnęła się jak złośliwy chochlik.
Timur przymknął oczy. Chciał zobaczyć Panieńską Górę, gdzie — jak mu się wówczas zdawało — było coś niepokojącego. Wtedy jednak był skupiony na zupełnie innym celu i mógł źle zinterpretować pewne sygnały. W małej walizce w bagażniku miał starannie owiniętą Księgę Grodów, którą powoli tłumaczył wraz z postępami w samodzielnej nauce tureckiego. Miał nadzieję, że mu się nie przyda, bo jeden rozdział był lepszy — a właściwie gorszy — od drugiego. Obiecywał sobie, że kiedyś porozmawia z ciotką Zeynep na ten temat, nie tolerując żadnych zdawkowych odpowiedzi.
— Idziemy, jak sobie panna Anna życzy — wysiadł z samochodu, a jego buty natychmiast zapadły się w miękkim puchu. Na szczęście wiatr szybko się uspokajał.
Dziewczyna przeciągnęła się, wydając z siebie jęk ulgi. Powiodła wzrokiem po pustej polance, na której wyróżniał się jedynie budynek sceny i wystające ze śniegu osmalone gałęzie z kręgu, gdzie zwykle palono ogniska. Na tle bieli jej czarna kurtka i ciemne spodnie wyjątkowo się wyróżniały, ale to samo mogłaby powiedzieć o ubraniu Timura. W granatowym płaszczu mógłby się pokazać i na weselu i na gali, ale w pustym o tej porze roku parku wyglądał trochę zbyt oficjalnie.
— Ale tu cicho — szepnęła, patrząc na ścieżkę wiodącą ku sadom, tuż za budynkiem sceny.
Timur pomyślał, że gwizd wciąż obecnego wiatru trochę temu przeczy, ale sam powitał z ulgą koniec ciągłego szumu silnika i wibracji pod stopami. Rozejrzał się dookoła i chociaż sceneria była zupełnie inna niż latem, przypominały mu się przeżycia z tego miejsca. Zmarły pijak, spacer z ciocią Khadiją po rośliny, który Timur miał teraz powtórzyć w innym towarzystwie, wreszcie dyskusje z wujostwem o tym, co się działo, gdy John został sam, pilnując kampera. Gdy pijak, czyli pan Staś, zmarł w niejasnych okolicznościach, przypominających jednak działanie uwolnionych duchów.
— Co jest? Coś tu nie tak? — zapytała Ania. Timur spojrzał na nią szybko.
— Nie, nie. Wspomnienia. Tutaj też się działo co nieco — uśmiechnął się krzywo.
— Coś złego?
— Być może. Tego nie ustaliliśmy. To była gonitwa, a co innego siedziało na głowie. Tu umarł pewien człowiek, chyba miejscowy alkoholik, akurat jak poszedłem z ciocią po rośliny na tę górę, co idziemy — wyjaśnił.
— O tym to nie wspomniałeś — stwierdziła prowokująco.
Timur westchnął. Opowiedział jej historię kilka razy, lecz skupiał się głównie na Sandomierzu. Najbardziej zaskakiwał go fakt, że od ucieczki z domu do pożegnania tatarskich duchów na Salve Regina minął zaledwie tydzień, a licząc od początku jego pierwszej wycieczki do powrotu — trzy tygodnie. Chyba dopiero wtedy zrozumiał enigmatyczne dotąd zdanie, że czas jest naprawdę względny.
— W Dwikozach byliśmy tylko jeden dzień. Poza tym parkiem i tamtą górą właściwie nic nie zobaczyliśmy. Może jeszcze taras koło kościoła, ale zaraz zadzwoniła druga ciocia. No i jeszcze… uwaga… byłem w sklepie — rozłożył ręce. Zamknął drzwi samochodu i ruszyli razem przez śnieg, skrzypiący im pod butami.
— A ta góra… o co chodziło? — zapytała, gdy minęli scenę, a przed nimi zaświtała przestrzeń z widocznymi rzędami jabłoni. Mróz sprawił, że czubek jej nosa i policzki lekko się zaczerwieniły.
— Ciocia Khadija stwierdziła, że to też jest więzienie — powiedział cicho Timur. — Ale rośliny zebraliśmy normalnie, choć wiatr wiał jakoś tak dziwnie. Poza tym, był dzień. Wszystko co inne, działo się po zmroku.
Dziewczyna słuchała uważnie. Nie była przestraszona, jak jego matka, gdy słuchała o podobnych rzeczach, ale i nie sceptyczna, niczym męska wersja wujka Johna.
— O kurczę. I chcesz się tu zabawić w archeologa?
Śnieg przestał padać, a widok przejaśniał się z każdą chwilą. Robiło się cicho, a biorąc pod uwagę porę roku, nie mieli wiele czasu, nim zapadnie zmrok. Było po czternastej.
— Podobno się uczę na historyka — powiedział teatralnie obrażonym tonem. — Archeologia to była specjalność taty. Coś jak astronom a astronauta.
— … ale aż mnie świerzbią ręce — dokończyła za niego, wybuchając śmiechem. Weszli już między nagie drzewa. Do wzgórza zostało im kilkaset metrów. Timur sam był zaskoczony, jak pewnie idzie, choć był tu tylko raz.
— Zobaczymy to miejsce na spokojnie. Potem odwiedzimy Sandomierz. Dobrze by było wpaść do tej pani, która mnie przyjęła, jak pusty dom nam się zwalił na głowy — ciągnął, powstrzymując się od riposty.
Od symbolicznego pochówku ojca na wzgórzu Salve Regina miał czas, by przemyśleć kilka spraw z nim związanych. Choć z całą pewnością Damir był sam, gdy próbował coś odprawić, to nie było przypadkiem, że stracił życie nieopodal rodzinnej miejscowości, gdzie nadal mieszkali jego rodzice. Ci sami rodzice, którzy zmarli rok po synu. Kilkanaście lat wcześniej miała tam miejsce podobna tragedia, gdy zginął chłopak ciotki Zeynep. Timur miał zagadkę aż proszącą się o wyjaśnienie, ale bez rozmowy z krewną tkwił w miejscu. Zostawił sprawę na etap, gdy opanuje tatarski w stopniu przynajmniej podstawowym. Nauka w wolnych chwilach tatarskiego i tureckiego nie była jednak łatwa, wręcz przeciwnie. Nie miał pojęcia, jak jego ojciec dał sobie radę z polskim.
— To jest ta góra? Całkiem płasko — powiedziała Ania, gdy mijali ostatnie jabłonki.
— Tylko od zachodu i północy. Z drugiej strony całkiem stroma — odrzekł Timur. — O, widzisz? Tam jest figura, zaraz będziemy. Całą panoramę stąd widać — dodał.
Szli teraz o wiele łatwiej. Nie był pewny, czy to przez ukształtowanie terenu, ale płaski szczyt był tylko trochę oprószony śniegiem, w przeciwieństwie do zasypanych dróg i parku. Zmarszczył brwi. Pamiętał Księgę Grodów odpychającą kurz. Czyżby góra działała podobnie względem śniegu?
Ania wyszła kilka kroków do przodu i wydała z siebie ciche westchnienie. Timur patrzył na jej sylwetkę w ciemnym ubraniu, odcinającą się na tle przejaśniającego się nieba. Stanął obok niej i przez chwilę rozglądali się po panoramie Dwikóz i Słupczy. Właśnie wyjrzało słońce i mogli zobaczyć dość wyraźnie pokryte bielą budynki i drogę główną kilkadziesiąt metrów niżej, na której samochody zdążyły już wyżłobić dwa ciemne pasy w śniegu.
— Zostałabym tu dłużej. Nawet nie jest tak zimno — powiedziała, opierając mu podbródek na ramieniu.
— Tak? Podobno mordowali tu panny, takie w twoim wieku — zauważył Timur, obniżając głos żartobliwie.
— Ty pewnie wiesz, że to głupia legenda.
— No cóż… żadna nie jest taka całkiem bez sensu, ale może czas pokaże — zamyślił się. W ciszy, mąconej tylko odległym szumem aut, miał znajome wrażenie, że na tym miejscu coś położyło swój cień. Podszedł powoli do figury.
— Kto to ten Karski? Jakiś tutejszy Czartoryski? — zapytała, przyklękając, by obejrzeć napis pod krzyżem.
— Czytałem, że właściciel Słupczy w drugiej połowie dziewiętnastego wieku. Słupcza jest tam — pokazał ręką na lewo. Niestety, podobnie jak latem, nie umiał odczytać pozostałości innych inskrypcji.
— Tu nie ma nic o dziewczętach, ani… ogólnie. Tylko ten krzyż.
— Byłoby za łatwo, co nie? Jeszcze jest legenda, że karczma tu była i zapadła się pod ziemię. Na stronie gminy pisze, że to kara, bo ludzie w niej nie uklękli, gdy przechodził ksiądz z ostatnim namaszczeniem dla umierającego — ciągnął, przypominając sobie to, co zdołał wyszperać o tym miejscu.
— I co myślisz? Mogło tak być? — zapytała, wpatrując się w niego tak, jakby czekała, aż zacznie wykopaliska.
— Może tak, może nie. Jak się nie boisz, zajrzymy po zmroku — uśmiechnął się wyzywająco. — Ale dziwne to wzniesienie. Jakby… nie było naturalne. Patrz na te brzegi.
Przez twarz dziewczyny przemknął błysk ulgi, co go lekko zaskoczyło. Podeszli razem do samej krawędzi. Zbocza od wschodu i południa opadały stromo, od jednej strony przecięte przez tory kolejowe. Przez rzadki śnieg przebijały się pożółkłe łodygi roślin i bezlistne krzaczki.
— Jakbym miał drona, to bym zobaczył z góry. Mapy Google nie są zbyt wyraźne w tym miejscu. A ciocia robiła tak… — przyklęknął, zdjął rękawiczkę i przyłożył rękę do ziemi. Śnieg pod jego dłonią błyskawicznie się skroplił, jakby rozpuściło go coś jeszcze cieplejszego niż jego ciało.
— A jak myślisz, to mogłaby być… — zaczęła Ania, ale w tej chwili rozbrzmiał dzwonek jej telefonu.
Przymknęła oczy, mrucząc coś pod nosem z niezbyt zadowoloną miną. Timur oderwał mokrą rękę od ziemi. Czuł się nieco rozkojarzony i trudno było mu wyczuć coś konkretnego.
— Mama — mruknęła.
— No chyba nie moja, bez jaj — zaśmiał się Timur.
— Moja — odpowiedziała i przesunęła zielony symbol.
— No hej. Tak, już jesteśmy… — odsunęła się kawałek od zbocza. Timur rozejrzał się jeszcze raz. Cieszył się, że w ogóle byli tu sami, choć o tej porze roku nie powinno to dziwić.
— To fajnie. Ale jeszcze dam znać, czy wracamy dzisiaj. Muszę odpocząć — powiedziała zirytowanym tonem do telefonu. Timur spojrzał na nią zaskoczony.
Ania miała brata młodszego o trzy lata, cierpiącego na zespół Downa. Timur widział Damiana jedynie dwa razy, tuż przed sylwestrem i kilka godzin temu, gdy zajechał do ich domu. Niestety, z powodu swoich studiów i dość znacznej odległości nie mógł się z nią widywać zbyt często. Miał cichą nadzieję, że sytuacja się zmieni, jeśli Ania zda maturę i wyprowadzi się do Warszawy. Odkąd przestała jesienią pracować w hotelu, skupiła się na nauce, ale skarżyła się, że pracujący rodzice traktują ją jak opiekunkę brata. Timurowi trudno było na ten temat cokolwiek powiedzieć, cokolwiek poradzić.
— Timur jest rozsądny i ma głowę na karku. Poza tym, nie mamy po piętnaście lat — dodała po dłuższej chwili, gdy zapewne wysłuchiwała czegoś niemiłego.
Timur lekko się zarumienił. Nie miał pewności, czy te określenia aż tak do niego pasują. Ale coś zaczęło mu się układać w głowie. Chyba już wiedział, dlaczego Ania wybrała wakacyjną pracę w dość odległym od Linowa Sandomierzu, zamiast w Annopolu czy Zawichoście. Chciała odpocząć.
— Nie, nie będę rozmawiać takim tonem. Odezwę się później. Nara — powiedziała zdecydowanie i się rozłączyła.
— O co chodzi? — zapytał poważnie Timur, podchodząc i kładąc jej ręce na ramionach. Spojrzał w jej oczy, błyskające buntem i zmęczeniem. Opuściła głowę.
— Nawet nie mogę się wyrwać na jedno popołudnie? Duszę się tam — powiedziała. — Możemy dziś nie wracać? Mówiłeś, że masz prawie tydzień wolnego. Trochę pozwiedzamy. Tylko my — wyrzucała z siebie półszeptem, patrząc na niego niemal błagalnie.
Timur objął ją i przytulił. W głowie miał przykrą mieszankę współczucia i bezradności. Pamiętał, co to znaczy czuć się więźniem we własnym domu, choć z zupełnie innych powodów. A teraz czuł się odpowiedzialny za ich wypad i zarazem kompletnie nieprzygotowany. Głowa dziewczyny lekko drżała, jakby próbowała się nie rozkleić.
— Ania… jakbyś powiedziała, to bym coś wynajął, coś przygotował. Poza tym, oprócz Dwikóz i Sandomierza niezbyt dobrze znam te tereny — powiedział cicho, ujmując jej twarz w dłonie.
— Mogę spać nawet w samochodzie. Pod mostem. W psiej budzie — oznajmiła buntowniczo. W błyszczącym guziku jej kurtki Timur dostrzegł odbicie własnej głowy, groteskowo zdeformowane. Dopiero po chwili dotarł do niego sens tej deklaracji. Parsknął śmiechem.
— Co z Damianem? — zapytał.
— Jak pracowałam w Sandomierzu, to jakoś dawał sobie radę. Rodzice też, chociaż woleli, żebym wracała po zmianie do domu — odpowiedziała krótko.
Timur postanowił, że poczeka z pytaniami na lepszy moment. Na razie w sumie nic się nie stało. I tak nie dokończyli oglądania góry, a został im jeszcze Sandomierz. Jak żałował, że latem nie zapisał numeru pani Zofii, ani jej zięcia, którzy mu pomogli. Uprzedziłby ją, zapytałby, czy może wpaść…
— Selfiak? — zapytał po krótkiej chwili, gdy może oczekiwała, że ogłosi dziką zimową wycieczkę. Chyba była lekko zawiedziona, ale uśmiechnęła się.
— Ale ja robię — zastrzegła.
Ustawili się za krzyżem, mając na tle szeroką panoramę okolicy, rozświetloną zimnym, lutowym słońcem. Do jednego zdjęcia pogrążyli się w długim pocałunku, obracając się dookoła. Odwrócili się potem w stronę bezlistnych sadów.
— Skasuj tamto, ale staro wyglądam — zaśmiał się Timur, gdy Ania pokazywała całą serię po kolei.
— Normalnie tak wyglądasz — odparła, odpychając palcem jego nos.
Chyba zapominała o niezbyt miłej rozmowie z matką, za to Timur poczuł się trochę niekomfortowo, gdy nieco ochłonął. Niemal tak, jakby tańczył na czyimś grobie. Oglądając zdjęcia na jej telefonie, co chwilę miał przed oczami wspólne fotografie własnych rodziców. Może stąd te wszystkie dziwne miny matki i ciotki… jakby ujrzały coś, co widziały już dawno temu.
— Co jest? — zapytała, widząc że znów się zamyślił.
— Tak sobie rozważam, jak pomieścimy się w psiej budzie — odpowiedział ze śmiertelną powagą. Parsknęła śmiechem.
— Czyli dłuższa wycieczka? Nie byłoby problemu?
— Byłby. Ale wieczorem pogadaj z mamusią, to może się dogadacie i nie będzie wojenki — oznajmił zdecydowanie. Skrzywiła się.
— To ty namówiłaś mnie, żebym się wtedy odezwał do swojej — przypomniał jej chytrze.
Dziewczyna nie wyglądała na przekonaną, ale przynajmniej nie zaprotestowała. Chwilę później Timur wyciągnął własny telefon, ten, który zostawił w domu podczas letniej ucieczki, a Ania ustawiła się sama na zboczu, tym od wschodu. Zdjęła czapkę, rozpuszczając blond włosy i artystycznie kładąc na nich rękę. Za sobą miała odległe zabudowania Słupczy.
— Dobra, super. Teraz się odwróć — poprosił, robiąc jej jedno zdjęcie za drugim.
— Może bokiem… o, teraz słońce się schowało, to… ej! — krzyknął, gdy straciła równowagę, zamachała rękami i zniknęła mu z oczu, wydając z siebie przenikliwy pisk. Niemal jednocześnie Timur usłyszał trąbiący pociąg. Rzucił się do zbocza.
Ania zsuwała się na brzuchu po śliskim grzbiecie góry, próbując zaczepić ręce o ziemię, lecz wyschnięte rośliny i rzadki, sypki śnieg uniemożliwiały jej złapanie się czegokolwiek. Timur z przerażeniem zobaczył nadjeżdżający od północy pociąg, a tory przebiegały dokładnie pod Panieńską Górą. Błyskawicznie schował telefon do kieszeni i zaczął schodzić ze zbocza najszybciej jak umiał.
— Ania! — krzyknął.
Pociąg zawył przeciągle. Na pewno maszynista już ich widział. Dziewczyna, zaciskając panicznie ręce, w końcu zdołała się o coś zaczepić, zatrzymując się tuż nad wysypaną kamyczkami krawędzią torowiska. Timur miał jeszcze kilka metrów do niej. Jakimś cudem sam się nie poślizgnął. Pociąg przejechał pod górą, wydając z siebie ogłuszający sygnał i przenikliwy szum.
Ania krzyknęła, przyciskając twarz do ziemi. Timur dopadł do niej i legł obok, przyciskając ją do siebie ręką. Pociąg jechał kilka metrów od nich. Timur czuł wibracje podłoża. Zacisnął oczy, czując się niemal tak, jakby maszyna miała ich przejechać lada moment. Dopiero gdy stukot ostatnich wagonów zaczął wreszcie się oddalać, uchylił powieki.
I on i Ania leżeli na mokrym zboczu, pozbawionym w tym miejscu roślinności. Obie ręce dziewczyny były nadal kurczowo zaciśnięte na kamiennym łuku, ledwo wystającym z ziemi. Timur sapnął z wrażenia. Wówczas i Ania podniosła twarz, ubrudzoną w glinie i drobnych trawach. Spojrzeli na siebie rozszerzonymi z zaskoczenia oczami.
Rozdział 2
— Jesteś cała? — zapytał szybko Timur. Ania pokiwała głową, nic nie mówiąc.
Odwrócił się na chwilę. Pociąg znikał mu szybko z oczu, jadąc w stronę Sandomierza. Nie był pewny, czy ktoś ich widział z drogi lub z pobliskich domów, ale w tej chwili nikt się nie zbliżał.
— Co to jest… — wyszeptała, przesuwając pobrudzone ręce po kamiennym sklepieniu łukowym.
Timur wstał powoli, przyglądając się mu z niepokojem. Była to konstrukcja z bardzo starego budulca, być może piaskowca? Nie umiał tego określić. Pod jej dłonią osypało się z niego trochę ziemi, ukazując zionącą ciemnością przestrzeń. Timur przysunął szybko głowę, czując na twarzy wydobywające się stamtąd zimne, stęchłe powietrze. Przeszły go ciarki.
— Czyli to nie góra. Tylko przykryta ziemią budowla — powiedział cicho. — No tak. Coś tu od początku nie grało.
Ania pozostała na kolanach, przypatrując się otworowi. Przód spodni i kurtki miała zabrudzony i mokry, a końcówki włosów splątane. Była bledsza niż zwykle, ale jak na kogoś, kto właśnie stoczył się ze wzgórza niemal wprost pod koła pociągu, zachowywała zdumiewający spokój.
— To jest portal? Taki jak ten, co wszedłeś z ciocią? — zapytała.
— Nie. Nie sądzę. Nie wciąga nas — stwierdził zdecydowanie Timur, który pamiętał dobrze uczucie wzywania do takich miejsc i moc, z jaką zabierały człowieka z tego świata. — To jest wejście, takie no… zwykłe — zakończył niezręcznie.
Dziewczyna patrzyła w otwór z lekko otwartymi ustami. Po chwili przyłożyła do niego rękę, jakby próbowała coś oszacować.
— To jest więzienie, tak mówiłeś? Może tu ktoś jest? — zapytała.
— Mówiłem… — mruknął.
Czuł się tak, jakby już wiedział, co będzie dalej. Jego myśli powędrowały do księgi, spoczywającej w samochodzie. Spojrzał na swój granatowy płaszcz, który także nie należał już do najczystszych.
— Sprawdzimy to. Ale jak się ściemni, dobrze? Za dnia nic nie działało. Widać nas z drogi i to bardzo wyraźnie, a ja wezmę księgę z auta, bo… — nagle się zorientował, że przecież jej nie powiedział o tym, że zabrał ów artefakt. Rzuciła mu triumfalne spojrzenie.
— Ha! Czyli ją masz. Pan porządnicki — stwierdziła, pokazując na niego palcem.
— Trzeba być przygotowanym, co nie? — wzruszył ramionami, czując jak się rumieni. — Dobra, idziemy stąd, ogarniemy się i wracamy po zmroku. Chociaż… — urwał, patrząc na szarzejące już niebo.
Siedzieli w dziwnym przysiadzie na zboczu góry, kilka metrów od torów, a wizja wspinaczki i drogi powrotnej trochę go zniechęcała. Miał zresztą portfel w kieszeni, tak jak telefon, a stacja paliw była bliżej, niż samochód w Zieleńcu.
Przysunął się do otworu i sam rozgarnął ręką nieco ziemi. Wewnątrz była całkowita ciemność, ale zdawało mu się, że to nie może być studnia. Raczej coś w rodzaju bocznego wejścia do piramidy. Być może dałoby się tam dostać…
— Chociaż co? — zapytała.
— I tak niedługo się zrobi ciemno. To na pewno nie portal, tylko jakieś wejście. Człowiek na pewno by się wcisnął. Możemy sprawdzić — powiedział, czując nieco przytłumiony przez letnie wydarzenia dreszcz ciekawości. Ania pisnęła i pocałowała go w policzek, jakby obiecał jej co najmniej lot w kosmos.
— Czyli chciałaś ze mną zwiać z domu — powiedział z krzywym uśmiechem.
— Wyrwać się — poprawiła. — Masz szczęście do takich przygód.
— Nie prosiłem o ani jedną — zaprotestował.
Rozejrzał się szybko dookoła. Samochody sunęły długim sznurem na ulicy kilkadziesiąt metrów dalej, poniżej torów. Nawet jeśli ktoś ich zauważył, to chyba nie miał ochoty się wtrącać.
— Jakby coś było nie tak, to zawracamy. Masz telefon? — zapytał. Nie wiedział, czy sprzęt nie wypadł jej podczas upadku.
— Tak. Ale w tamtych wymiarach chyba nie ma zasięgu? — zapytała z uśmieszkiem.
— Chodziło mi bardziej o latarkę w nim. Ja też mam.
— Powiesz cioci?
— Nie… jeszcze nie. Ona nie jest jakimś pogotowiem ratunkowym, jak w coś się wpakuję — stwierdził. Należał jej się spokój ledwie kilka miesięcy od ślubu z Johnem i wszystkich wypadków, jakich doświadczyła w Polsce.
— I tak już jestem brudny — oznajmił i odgarnął ręką jeszcze więcej ziemi.
— Znowu chcesz pierwszy? — zapytała na wpół z irytacją, na wpół z rozbawieniem.
— Panie się przepuszcza, ale są wyjątki — burknął. W tym czasie, jeszcze w pewnej odległości, rozległ się sygnał kolejnego pociągu.
Wsunął głowę i barki w otwór, wyciągając przed siebie rękę i świecąc telefonem. Widział pokryte kropelkami kamienne ściany tunelu wiodącego w ciemność i pokryte ziemią podłoże, wypełniające go do prawie jednej czwartej wysokości. Wykonał kilka ruchów jak wąż i potoczył się naprzód, lądując na miękkiej, zimnej glinie. Gdy tylko się wstał i się odwrócił, zobaczył głowę dziewczyny w otworze.
— Da się wejść — zawołał. Pociąg znów zatrąbił, a grunt zaczął leciutko drżeć od narastających wibracji. Ania zaklęła pod nosem.
Timur wyciągnął do niej rękę i pomógł się przecisnąć przez dziurę. Z zewnątrz słyszeli stukot kół maszyny. Cofnęli się o kilka kroków i odwrócili, patrząc w zionące mrokiem przejście. Światło latarki z telefonu sięgało tylko kilka metrów naprzód. Timur przeczuwał, że są tu pierwsi od wielu wieków. Złapał dziewczynę za rękę i mocno ścisnął.
— To idziemy — szepnął. Ruszyli wolno przed siebie, a dźwięki pociągu zniknęły gdzieś za nimi.
— Ale tu teraz cicho — powiedziała Ania.
Timur widział kątem oka, jak rozgląda się na wszystkie strony. Odwrócił się na chwilę. Otwór, którym się tu dostali, był ledwo widoczną plamą światła, kilkanaście metrów za nimi.
— Boisz się?
— Nie. Nie boję się ciszy — stwierdziła poważnie.
Timur nie czuł się zbyt pewnie. Obiecał, że da sobie spokój z szukaniem niebezpiecznych sytuacji, zwłaszcza na pół roku przed ukończeniem studiów. Tymczasem szedł z Anią w głąb czegoś w rodzaju piramidy, czegoś, co zapewne było wiekowym grobowcem. Jego ojciec, który obchodziłby dziś urodziny, pewnie miałby z niego ubaw.
— No dobrze. Czyli to korytarz, pewnie jeden z bocznych. Widzisz te otwory w górze? To pewnie szyby wentylacyjne, a… — zaczął mówić półgłosem.
— Wiem, że chcesz uczyć, ale dzieciakom będziesz pokazywać takie rzeczy tylko na projektorze — zaśmiała się cicho.
— Nie prowadziłbym dzieciaków do takich miejsc, chyba że będą zakonserwowane i biletowane — stwierdził, nieco nadąsany. Ale trochę odpędził od siebie wyrzuty sumienia.
Ania wyciągnęła swój telefon i także włączyła w nim latarkę. Podwójne źródło światła pozwoliło im dostrzec korzonki przebijające się przez ściany, a także szkielety drobnych zwierząt na ziemi, zapewne myszy, szczurów i nietoperzy. Timur zastanawiał się, czy napotkają jakieś boczne korytarze, ale chyba byli na prostej drodze do jakiejś komory, tak mu się przynajmniej wydawało.
— Wiesz co? Jakby nie ten twój pomysł na zdjęcia, to chyba byśmy tego nie znaleźli — powiedziała Ania z pewną satysfakcją.
— Dziwne przypadki… — mruknął. — Może chwila przerwy? Rozejrzę się, a ty nawet nie widziałaś tych fotek — zaproponował. Wydawało mu się, że coś w powietrzu się zmienia, jakby przed nimi była jakaś większa przestrzeń.
— No to pokaż…
Timur wręczył jej telefon, lecz zanim to zrobił, spojrzał szybko na górną belkę na ekranie. Rzeczywiście nie miał już zasięgu, ale przynajmniej wciąż ponad osiemdziesiąt procent baterii.
— Jakby słońce specjalnie się schowało — zauważyła, przeglądając zdjęcia.
Timur nie miał pomysłu na odpowiedź. Zbliżył twarz do ściany, z której emanował chłód, lecz nie tak intensywny jak na zewnątrz. Przez tyle wieków w tej budowli musiał wytworzyć się własny mikroklimat.
— Po co w ogóle to było tak ukryte? Jakbym miała w swojej wichurze piramidę, to by była atrakcja na cały kraj.
— To pewnie był… to znaczy jest… czyjś grób. Ale albo z biegiem lat ta piramidka zarosła, albo ją specjalnie ukryli. Zasypywali ziemią i tak dalej. Coś musi być na rzeczy, skoro są legendy o tym miejscu — mówił cicho.
— Sama chciałam powiedzieć, że to wygląda jak piramida. Zanim matka zadzwoniła — powiedziała Ania, odwracając się twarzą od niego i wpatrując się w ciemność. Timur czuł, że coś w domu Świtków nie gra, ale nie był pewny, czy to dobry czas na drążenie tematu.
— A czyj to może być grób? — zapytała po krótkiej chwili.
— Chodźmy dalej, to się dowiemy. Takich rozmiarów to nie budowali dla byle kogo… ale to dziwne, jeśli to tatarskie, to przecież raczej palili ciała… — mruknął, przyglądając się szkielecikowi myszy pod ścianą. Musieli już dotrzeć prawie do środka. Zapewne figura z krzyżem była gdzieś tam nad nimi.
— Niezła baza w sumie — stwierdziła, gdy zaczęli kontynuować marsz. Timur spojrzał na nią zdumiony.
— A moja matka myśli, że jesteś taka grzeczna…
— A co, źle mówię? Tylko my o niej wiemy. Chyba nikt tu nie wchodził, a mówiłeś, że to nie jest żaden portal… zasięgu nie ma, święty spokój, nie marzniemy…
— Tatuś byłby tobą zachwycony — mruknął Timur. Zastanowił się, czy bliskość urodzin jej i Damira była czystym przypadkiem. Pokręcił głową.
— A ty nie jesteś? — zapytała z chytrym uśmieszkiem.
Odwrócił głowę w jej stronę i położył jej ręce na ramionach, siląc się na jakąś poważną odpowiedź, ale w tej chwili parsknął śmiechem, który rozniósł się w mrocznym korytarzu.
— Jestem, jestem — wykrztusił, próbując się opanować.
— Ale by była ekipa, gdyby był z nami — dodał nostalgicznie, choć nie miał pewności, kto w takim układzie pełniłby rolę ostoi zdrowego rozsądku.
— Jak twoja mama o nim opowiadała, to chyba bardziej, żeby mi pokazać, że masz przewalone — zaśmiała się Ania, oddając mu telefon.
— Wtedy patrzyła na to inaczej — odpowiedział Timur, przypominając sobie jej szaleńczy pościg za nim i wujostwem po Sandomierzu. Wtedy jego stopy zderzyły się z czymś twardym. Ania wydała z siebie cichy okrzyk.
— Chyba jesteśmy — dodał cicho.
Stali na progu komnaty z majaczącym na środku sarkofagiem. Obok leżała pęknięta płyta. Zamarli na chwilę, słysząc swoje westchnienia. Timur powiódł wzrokiem po posadzce pokrytej pyłem, nie ziemią. Sufit miał nietypowy, schodkowy układ. Komora musiała zachować szczelność, ale na widok tego sarkofagu przeszedł go dreszcz. Jeśli nikt tu nie wchodził, to dlaczego płyta leżała osobno?
— Wyłącz latarkę. Może nam się przydać bateria w drugim telefonie — poprosił Timur.
— No dobra… — zgodziła się. — Nic tu nie ma? W sensie… z duchów? Albo pułapki? Chyba je zastawiali na takich jak… jak my.
— Chyba nie… ale tu jest coś paskudnego — rzekł szeptem. Nie czuł tego, co w sandomierskich podziemiach czy w poniemieckim domu. To miejsce niewątpliwie miało swoją energię, ale przypominała mu bardziej strach i opuszczenie. Przez chwilę pożałował, że nie ma tu cioci, ale ta wycieczka była jego pomysłem.
Podeszli powoli do sarkofagu. Timur cały czas świecił telefonem, przesuwając go w różne strony.
— Pusty? — zapytał zaskoczony, patrząc do środka prostego, kamiennego prostopadłościanu.
— Tttimur… — szepnęła Ania, ujmując jego rękę z telefonem i kierując pod ścianę. W blasku światła Timur zobaczył skulone, wysuszone ciałko, z ustami zastygłymi jakby w ostatnim krzyku.
Zamilkł, patrząc ze zgrozą na małe zwłoki. Jego ręka trzymająca telefon drgnęła, przez co ich cień na ścianie przesunął się. Dziewczyna cicho westchnęła. Powiódł wzrokiem w kierunku sarkofagu, następnie ku płycie na posadzce. Okropna myśl przemknęła mu przez głowę.
— To dziecko nie powinno tak wyglądać — powiedział cicho.
— To znaczy, że ożyło? Mumia sobie wstała? — zapytała Ania, także ściszając głos, jakby bali się kogoś obudzić.
— Nie o to chodzi. Patrz na nie… — i podszedł powoli do ciała. Podążyła krok za nim.
Musiało to być najwyżej ośmioletnie dziecko, chłopiec, tak przynajmniej Timur oszacował po rozmiarach. Leżało skulone przy ścianie, z twarzą zwróconą ku górze. Miało dobrze zachowaną czarną czuprynę, opadającą na pożółkłą, wysuszoną skórę, miejscami złuszczoną. Ręce były w dużo gorszym stanie. Dało się dostrzec większość kości palców, zaciśniętych w pięści. Zwłoki miały na sobie coś w rodzaju brązowej tuniki. Buty ze skóry jakiegoś zwierzęcia leżały tuż obok, poszarpane, otoczone strzępkami tkaniny. Być może były tu drobne gryzonie? — pomyślał Timur.
— Biedactwo — szepnęła Ania, przyklękając przy nim. Choć żadne z nich nie dotknęło ciała, poruszające się światło latarki telefonu nadawało mu upiorny efekt ruszających się cieni.
— I ta cała budowla dla jednej mumii dziecka? — zapytała.
— Coś mi się zdaje, że to nie miało być dla niego. I że to nawet nie jest mumia — odpowiedział Timur, przenosząc na nią wzrok.
— Jak nie mumia? O co ci chodzi? — wyglądała na zdezorientowaną.
— Bo tu w ogóle nie widzę śladów pochówku. Takiego wiesz, na bogato. Żadnych skarbów, symboli religijnych, zdobień… nic. A ciało nie zostało przygotowane, bo on jeszcze… jeszcze… — zająknął się, jakby to co miał powiedzieć, miało przypieczętować coś sprzed wieków.
— Żył — dokończył głucho Timur, patrząc na zastygłe, otwarte usta dziecka. Zdjął czapkę, jakby chcąc oddać hołd jego cierpieniom.
— No nie! Serio? — wyrzuciła z siebie Ania. Jej oczy rozszerzyły się ze zgrozy. Klęczeli razem obok ciałka, w milczeniu rozważając, co mogło się tu dziać.
— Co ty robisz? — zapytał cicho Timur. Dziewczyna wyciągnęła lekko drżącą rękę ku zwłokom.
— Może… odniesiemy je do tego sarkofagu? — zaproponowała nieśmiało.
— Ono już tam było. Chyba nawet się wydostało, jeszcze jak żyło — powiedział niechętnie Timur. Wyobraził sobie kilkulatka błąkającego się w absolutnych ciemnościach, w zamkniętej na głucho piramidzie…
— Możemy je obejrzeć. Ale tylko na chwilkę. Musimy wracać, odpocząć. Zadzwonię do…
— No chyba nie chcesz tego zgłaszać jakimś profesorkom? — zaprotestowała Ania.
— Nie, nie. Ale chciałbym dać znać cioci. Albo obu ciotkom. Bo to chyba tatarski dzieciak. W każdym razie ze wschodu — powiedział ciężko. Choć skóra na zwłokach wyschła, wydawało mu się, że kolor włosów i rysy twarzy przypominają mu tatarskich najeźdźców.
— No… może i tak — przesunęła się pod ścianę i przybliżyła głowę do zwłok, rozdymając nozdrza. Wyciągnęła rękę i spojrzała na niego pytająco.
— Na raz, dwa, trzy — mruknął.
Dotknęli jednocześnie tkaniny na klatce piersiowej dziecka. Ich palce zetknęły się na moment, czemu towarzyszyło poczucie, jakby przeszedł przez nich krótki impuls elektryczny. Chwycili za tkaninę ostrożnie i przewrócili ciałko na plecy. Zastygłe ręce wskazywały teraz na sufit. Zwłoki nie wydzielały jakiegoś szczególnego czy nieprzyjemnego zapachu. Z pewnością spoczywały tu kilkaset lat i nie padły ofiarą rabusiów lub niszczącego wpływu naturalnych czynników.
— Jakie leciutkie. Myślisz, że umarło tu samo, z głodu? — zapytała Ania drżącym głosem.
— Tak przypuszczam. Przecież nam nie opowie — parsknął cicho. — Ale tak to wygląda, gdyby go tu pochowano, nie leżałby w takiej pozycji… i jeszcze te usta… — szepnął. Nie chciał się przyznać, ale ten widok naprawdę go przerażał.
Gdzieś na górze, przy suficie rozległ się cichy świst powietrza. Spojrzeli na siebie szybko.
— To pewnie z szybu wentylacyjnego. Takie budowle zawsze je miały — mruknął.
Ania przysunęła się bliżej niego. Klęczeli obok ciała, przy zdecydowanie niewystarczającym świetle z telefonu. Otaczała ich ciemność, z której wyłaniał się tylko kawałek sarkofagu. Timur przymknął na chwilę oczy. Wtedy w brzuchu Ani zaburczało.
— Idziemy stąd. Dowiemy się czegoś, może jakoś zadbamy o to miejsce… pomyślimy… i coś zjemy — uśmiechnął się lekko do niej. Nic nie odpowiedziała, ale kącik jej ust także drgnął w górę. Wstali.
— No to dobranoc — powiedział do ciałka, sam właściwie nie wiedząc, dlaczego. Było mu go bardzo żal, ale dobrze wiedział, że nie trafili na jego ducha, tylko doczesne szczątki. A te nie były groźne, choć wyglądały upiornie.
— Tylko żeby się dało wyjść — powiedziała Ania, gdy szybkim krokiem opuścili komorę, choć nie było potrzeby pośpiechu. Odwróciła się na chwilę, choć zarówno ciało, jak i sarkofag zniknęły już w mroku.
— Tam po drugiej stronie też jest jakiś korytarz — mruknął Timur, zakładając czapkę. –Pewnie byśmy wyszli od strony działek, ale obstawiam, że wyjście jest zakopane.
— Ale jeszcze nie wracamy do domów? — zapytała. Cały czas przyspieszali, idąc korytarzem wiodącym ku zboczu od strony torów. Złapali się za ręce.
— Nie, nie. Teraz już mamy po co tu zostać — stwierdził zdecydowanie.
Po kilku minutach dotarli do sterty ziemi, w której zobaczyli własne odciski butów. Z otworu w ziemi poczuli zimne powietrze, a gdy przystanęli, usłyszeli odległy szum z ulicy.
— Chodź pierwsza, będę świecił — oznajmił Timur.
Zerknął za siebie, gdy odwróciła się i zaczęła wspinać ku wyjściu. Ze środka nadal wionęło stęchłe powietrze, które odczuwał teraz mocniej przy napływie tego z zewnątrz. Ale jakby coś jeszcze. Choć niejedno już widział, czuł, że lekko miękną mu nogi. Nie chciał być w tym miejscu ani chwili dłużej. Nie cofnął się, nawet gdy spod nóg dziewczyny wzbił się grad grudek, który go obsypał.
— Dawaj, chyba czysto — zawołała, wyciągając własny telefon i włączając latarkę.
Timur schował swój do kieszeni. Rzucił się naprzód i po paru chwilach wyczołgał się na zewnątrz, łapiąc oddech. Było już zupełnie ciemno, ale telefon pokazywał dopiero osiemnastą. Gdy przebywali wewnątrz, znów musiał sypać śnieg, bo ślady ich schodzenia po zboczu zniknęły. Tym razem wszystko pokrył równo.
— Teraz to napadało na tę górę — zauważył niepewnie. Ania rozejrzała się uważnie, po czym butami zagarnęła nieco ziemi i śniegu, zakrywając większość otworu. W tej chwili ich telefony jednocześnie odebrały kilka powiadomień, gdy znów znaleźli się w zasięgu sieci.
— Wracamy na ziemię i to dosłownie — stwierdził kwaśno Timur. Nie chciało mu się sprawdzać telefonu, póki nie będą w samochodzie.
— No tak. Mogłam zapomnieć — mruknęła cicho. — Ciekawe, ile razy wydzwaniała…
— Chcesz coś zjeść? Stacja benzynowa niedaleko… — zaproponował, widząc że także nie miała ochoty na przeczytanie powiadomień.
— Nie, coś tam brałam ze sobą. Zjemy w samochodzie — odpowiedziała.
Rozpoczęli wolny marsz na szczyt Panieńskiej Góry. Gdy minęli figurę, jednocześnie obejrzeli się za siebie, po czym przyspieszyli kroku. Śnieg chrzęścił pod ich butami, gdy weszli między nagie jabłonie.
— Pomyśleć, że ludzie pisali o jakiejś karczmie i trzystu dziewicach — rzekł Timur. Znów miał to specyficzne uczucie szybkiego powrotu do rzeczywistości, po którym to realny świat wydaje się absurdalny i nielogiczny w tym, jak ignoruje pewne fakty.
— Może coś tam dalej jest, nie sprawdziliśmy tamtych korytarzy w drugą stronę — zauważyła Ania, także pogrążona we własnych myślach. — Ale innym razem. Tylko my o tym wiemy — lekko się uśmiechnęła.
— Tak, tak. Wrócimy — zapewnił Timur, widząc przed nimi przerwę między drzewami, zatem musieli być już blisko drogi. Śnieg dostał mu się pod skarpetki, wywołując nieprzyjemne uczucie mokrego zimna.
— Kiedy?
— Może jutro po zmroku, jak pogadam z ciotkami. Dzisiaj już nie ma sensu jechać na Sandomierz, co nie? — ciągnął.
— Nie… — ziewnęła. — Nie wiem jak ty, ale bardzo jestem zmęczona. Tylko się położyć — westchnęła. Od zachodu zawiał im w twarze zimny wiatr, lecz na szczęście skręcili w lewo. Przed nimi majaczyły już w ciemności drzewa Zieleńca.
— Corsa to nie kamper. Żadnej toalety, rozkładanej kanapy, ani trzydziestu szafek — zauważył, wspominając pojazd, którym podróżował z wujostwem latem. Chociaż jazda kamperem nie była celem samym w sobie, to mieli w nim tyle komfortu, ile dało się ugrać w ich sytuacji. Pamiętał, że traktował go niemal jak dom na kółkach.
— Oj tam, oj tam — machnęła ręką.
— No i jest mróz, w blaszanej puszce nie będzie dużo lepiej — przypomniał. — Sorry, chyba gadam jak wujek z Anglii — zaśmiał się.
— Jakoś się rozgrzejemy — spojrzała na niego, poruszając brwiami.
— O proszę. Na wszystko znajdziesz sposób.
Weszli na polankę, mijając budynek sceny. Opel stał na swoim miejscu, choć jego szyby były zasypane. Lekki wiatr gwizdał między gałęziami. Timur nie widział śladów ich marszu w drugą stronę sprzed kilku godzin. Miał nadzieję, że nie będzie musiał kopać w śniegu, ani pchać samochodu, by rankiem ruszyć z miejsca. Przetarł rękawem przednią szybę i otwarł drzwi. Oboje westchnęli z ulgą, gdy usiedli w środku.
— Jeszcze chwila, a by zamarzła — mruknął Timur, biorąc z plecaka butelkę soku. Ania także wyciągnęła jakieś kanapki i przez jakiś czas jedli w milczeniu.
— Ciekawe, czy coś tu będzie — dodał, wyciągając owiniętą w folię Księgę Grodów. Tak jak przypuszczał, dziewczyna natychmiast przerwała jedzenie.
— Mogę jej dotknąć? — zapytała.
— Tak, tak, ona nie zabija — zaśmiał się. Zaczął kartkować powoli strony, ale już wiedział, że nie będzie lekko. Nie czuł się pewnie we współczesnym tureckim, a to pismo było z pewnością jakąś starą wersją tego języka. Do tego ten wymyślny krój czcionki i słabe oświetlenie.
— Taka chłodna, ale to nie od powietrza, co nie? — zauważyła, przysuwając się. — Ale śmiesznie napisane, jak najgłupszą czcionką z Worda.
— Widzisz to pismo? — zapytał zaskoczony Timur. Nie każdy to potrafił, na przykład jego rodzeństwo cioteczne nie, choć mieli wspólną krew.
— No, a co?
— Bo… niektórzy widzieli tylko starą księgę z pustymi stronami. No, ciekawe. Masz coś w sobie… — uśmiechnął się.
Po paru chwilach oddał jej artefakt, wyciągając telefon. Matka wprawdzie nie dzwoniła, ale miał powiadomienia z Messengera i WhatsAppa. Odczytał dyskusje na grupie seminarium na temat ostatnich uwag ich promotora, a druga wiadomość…
— W lecie kolejne wesele. A niedługo potem ciotka Zeynep będzie babcią — poinformował, sam lekko zaskoczony. Kadir, jego brat cioteczny, syn Zeynep, zapraszał go na wesele w czerwcu. Chyba ciąża jego dziewczyny przyspieszyła pewne sprawy.
— O kurczę, a gdzie? — zapytała Ania, najwyraźniej uradowana. Odłożyła swój telefon.
— W samym Stambule. Chyba się piszesz, co nie?
— Jasne! Zazdroszczę, taka międzynarodowa rodzinka…
— A mniej niż rok temu nawet się nie znaliśmy — zauważył Timur. — To trochę skomplikowane, ale każdy gdzie indziej, przynajmniej od strony taty…
— A u mnie w jednym miejscu i co? Matka dzwoniła cztery razy. Odpisałam jej przed chwilą, że jestem z tobą na trochę dłuższym wypadzie.
— Na… jak długim? — zapytał niepewnie Timur. Jedna noc w samochodzie była do przeżycia, ale na więcej musiałby dokupić sporo prowiantu.
— No przecież nie pisałam dokładnie…
Niedługo potem zaczęli się przygotowywać do snu, choć była dopiero dwudziesta pierwsza. Timur wyciągnął koc z bagażnika i opuścił oparcia, by mieli więcej miejsca z tyłu. Torby i plecaki rzucili na przednie siedzenia. Choć ogrzewanie było dłuższy czas włączone, a oni nie zdjęli ubrań, wiedzieli, że mogą trochę zmarznąć. Niemal nic nie widzieli przez szyby, zaparowane od wewnątrz i zasypane śniegiem zewnątrz.
— Tylko nie kop — zażartował Timur, gdy jakoś położyli się obok siebie na tylnych siedzeniach i naciągnęli na siebie koc. Gdy Ania odłożyła telefon, zrobiło się niemal ciemno. Gdzieś na zewnątrz gwizdał wiatr. Wsłuchiwali się we własne oddechy.
— On nie jest małym, słodkim chłopczykiem — szepnęła nagle z dziwnym bólem. Jej usta były przy jego uchu.
— Co? — zapytał cicho Timur.
— Damian dojrzewa. Patrzy na mnie. Podgląda mnie. Próbuje mnie dotykać, gdy… — ciągnęła. — Nie, posłuchaj — zaprotestowała, gdy Timur oparł się na łokciu, próbując chyba coś powiedzieć. — On nie wie do końca co robi, że nie wszystko można… a to przecież mój brat, którym się zawsze opiekowałam…
Timur wciągnął powietrze. Nie miał pojęcia, co powiedzieć.
— Rozmawiałaś o tym z rodzicami? Z… kimkolwiek? — zapytał szeptem.
— Tak, ale to chyba nie dociera. Nie będę udawała, że nic się nie dzieje. Ale na te kilka dni chciałabym zapomnieć — powiedziała dużo bardziej pewnym tonem, oddychając głęboko.
— Zapomnieć — powtórzył mechanicznie Timur, któremu przyspieszyło serce. Zrozumiał, co to znaczy. Jej ciało przycisnęło się bliżej. Czuł, jak drży, ale nie tylko z zimna.
— Chyba tak będzie wygodniej — szepnęła głosem, który był jednocześnie pewny i niepewny.
Powoli wspięła się z boku i legła na Timurze całym ciałem. Wyciągnął niespiesznie ręce, zanurzając je w jej włosach, pachnących czymś, czego nie potrafił nazwać, ale kojarzyło mu się tylko z nią i przyciągając głowę bliżej. Ich twarze były tak blisko, że czuł jej oddech. Ciepły, drżący. Przymknął oczy w oczekiwaniu. I wtedy usłyszał coś na zewnątrz.
Obydwoje zamarli, wstrzymując oddechy. Przerwali zbliżanie się ich ust w połowie drogi. Na zewnątrz słychać było wyraźnie skrzypienie śniegu, a za mlecznobiałą, przednią szybą zamajaczył jakiś ciemny kształt.
Rozdział 3
— Ktoś tu jest? — mruknął Timur, lekko dysząc, zrzucając koc i niechętnie się podnosząc. Ania usiadła na piętach. Przetarła rękawem szybę i nagle pisnęła, przyciskając ręce do twarzy. Cofnęła się gwałtownie ku oparciu, gniotąc Timurowi nogi.
— Co? — zapytał szybko. Jedynie pokręciła głową w szoku.
Wyjrzał sam przez okno i poczuł, jak z twarzy odpływa mu cała krew. Nie zdołał wydobyć z siebie nawet westchnienia, gdy zobaczył stojącą tuż przy samochodzie mumię dziecka, którą zostawili za sobą w piramidzie.
— On żyje, on żyje, on żyje — wydusiła dziewczyna, wciskając się w oparcie i zakrywając dłonią usta. Timur natychmiast sprawdził blokadę drzwi — była na miejscu. Dźwignął się z siedzenia, chcąc przeczołgać się na fotel kierowcy. Uderzył dłonią w gałkę hamulca ręcznego. Syknął.
— No przecież widzę — krzyknął bezradnie. Przeklinał swoje gabaryty, gruby płaszcz i rozedrganie tym, co zostało przerwane. Obijając ręce i kolana o dźwignie i gałki, jakoś dostał się na przednie siedzenie. Już miał przekręcić kluczyk, gdy spojrzał znów za okno.
Ożywione zwłoki dziecka — jakkolwiek to określić — stały nadal w jednym miejscu, patrząc przez szybę. Nie tłukły w nią, nie wydawały upiornych dźwięków. Po prostu stały przed samochodem. Wiatr lekko poruszał cienką tuniką i włosami na wysuszonej głowie.
— Timur? — zapytała szeptem Ania, prostując się na tylnych siedzeniach. Usłyszał w jej głosie niepewność, ale już nie paniczny strach. Jego dłoń wciąż nieruchomo spoczywała na kluczyku. W końcu lekko go przekręcił, zapalając światło na suficie. Wtedy to dziecko podniosło wolno ramię i przytknęło szkieletową rękę do szyby. Przymknęło usta i przekrzywiło głowę.
— To… nie jest potwór — powiedział wolno, jakby każde słowo sprawiało mu trudność. W pamięci mignęła mu opowieść ciotki Zeynep o tym, jak próbowała z chłopakiem wskrzesić swoją babcię przy pomocy jakiejś zakazanej magii, co skończyło się tragedią. Ale my nic nie zrobiliśmy — pomyślał gorączkowo.
Ania przesunęła się za jego fotel i znów przetarła ręką szybę, która szybko pokrywała się parą od wewnątrz. Wtedy dziecko ruszyło dwa kroki w bok i tym razem przytknęło palce do miejsca, w którym ona trzymała dłoń od środka. Timur usłyszał jej westchnięcie.
— Czy… — spróbowała o coś zapytać drżącym głosem.
— Co? — wyszeptał. Coś musieli razem zrobić, coś musieli powiedzieć, przecież to niemożliwe, duch nie wraca do zniszczonego, ziemskiego ciała…
— Czy jemu jest zimno? — wyrzuciła z siebie szybko, jakby zdawała sobie sprawę, jak to brzmi.
— Nie wiem, serio — odpowiedział, chowając głowę w dłoniach i opierając ją o kierownicę. — Ale… chyba nas nie zaatakuje — dodał cicho, patrząc w wysuszoną twarz za oknem. W półmroku nie mógł wyczytać z niej zbyt wiele, ale wszystkie mumie o jakich czytał, lub jakie oglądał w filmach, zrobiłyby już z samochodu stertę pogiętych blach.
— Poczekaj… — poprosił i znów przeczołgał się do tyłu, siadając przy niej. Kurczowo objęła go w pasie.
— Jeśli jego duch wrócił do tego ciała, to nie powinniśmy się bać. To raczej on będzie w szoku — oznajmił. — Gorzej, jak coś przejęło zwłoki, ale chyba by się wtedy tak nie zachowywały. Otworzę przednie drzwi, jakby coś było nie tak, uciekamy przez tylne na Zielną — dodał zdecydowanym tonem, choć nadal czuł bijące jak oszalałe serce.
— Mam gaz, jak coś — odpowiedziała Ania niepewnie i wyciągnęła z kieszeni małą buteleczkę. Timur uniósł brwi.
— I to mi mówiłaś, że jestem przygotowany? — zapytał głośno. — Chociaż nie wiem, czy ono ma jeszcze oczy…
— Jakoś nas znalazło — zauważyła, pociągając nosem.
— Dobra… — Timur odblokował drzwi, po czym lekko drżącą ręką uchylił te przednie. Mumia odsunęła się na dwa kroki, opuszczając ręce. Pchnął drzwi, aż otwarły się z cichym zgrzytem. Do środka wpadło zimne powietrze. Timur zdążył się przelotnie zdziwić, jak duszno zrobiło się w samochodzie. Ożywione dziecko patrzyło na wnętrze pojazdu, a jego usta znów szeroko się otwarły.
— Boi się? — szepnęła Ania, wyglądając zza ramienia Timura.
— Może. Spróbuję tak… — i przypomniał sobie to jedno zdanie, które dawno temu kazał mu powtarzać ojciec.
— Minem isemem Timur — powiedział głośno wprost do mumii. Skutek był natychmiastowy. Podeszła bliżej i nieśmiało dotknęła oparcia. Z jej gardła wydobył się chrapliwy, ale zupełnie zrozumiały dla Timura zwrot:
— Äni belän äti kayda?
— Co to znaczy? — zapytała Ania szybko, oddychając mu prosto w ucho. Timurowi na chwilę uwiązł głos.
— Gdzie są mama i tata — wyszeptał, chyląc głowę. Gorączkowo myślał, co robić.
— Co mu odpowiesz? — zapytała cicho.
— Nie wiem. Jeszcze nie wiem. Pewnie myśli, że się obudził jak po jednej nocy, a minęło tyle wieków — powiedział ciężko.
Mumia stała przy progu, jakby bojąc się dotknąć drzwi, a w środku zrobiło się już naprawdę zimno. Timur w końcu sięgnął ręką i wyciągnął kluczyki ze stacyjki, po czym wykonał gest zaproszenia do środka. Nie był jednak pewny, czy to dziecko je zna.
— Chodź — powiedział po tatarsku, żałując, że uczy się go tak krótko i ma tak ograniczone słownictwo. Chyba jednak zadziałało, bo drobna figurka ostrożnie zaczęła się wspinać na przedni fotel.
— Musimy się gdzieś z nim ukryć — powiedziała cicho Ania.
— Tak. Na razie może siedzieć tutaj, bo chyba nam nic nie zrobi… mam nadzieję — odrzekł Timur. — Ale potem… sorry, flakon i księgę jeszcze dało się przemycić, chodzić z tym po mieście, ale żywą mumię? — westchnął i objął rękami głowę. Noc dopiero się zaczynała, a on już wiedział, że raczej nie zmrużą oka. Zatrzasnął drzwi. Mumia gwałtownie się wzdrygnęła i skuliła na siedzeniu.
— Przepraszam — mruknął do niej Timur.
Przez chwilę siedzieli cicho na tylnych fotelach, patrząc przed siebie na sylwetkę przed nimi. Szyby znów szybko zaparowały, dając im surrealistyczne uczucie odcięcia od świata, tyle że… nie byli już sami.
— Jak było to zdanie, że się przedstawiam? — zapytała cicho Ania.
— Minem isemem…
— Minem isemem Anna — powiedziała głośno, choć Timur dosłyszał w tym lekkie drżenie. — Może on też ma jakieś imię? — dodała niepewnie.
Dziecko odwróciło się wolno i spojrzało na nich, siedzących tuż obok siebie za jego siedzeniem. Patrzyło na przemian na oboje, lekko otwierając i przymykając wyschnięte wargi. W żółtawym świetle lampki z sufitu Timur widział wyraźniej jego pożółkłą, popękaną skórę na twarzy i zaciśnięte na oparciu szkieletowe ręce. Teraz dopiero spostrzegł, że jego klatka piersiowa się porusza, a z nozdrzy wydobywa się cichy świst. Mimo wszystko nie mógł powstrzymać dreszczu strachu i niepewności. Nie wiedział, czy naprawdę są bezpieczni.
Mumia wypowiedziała cicho coś niezrozumiałego, coś co zaczynało się na „A”, ale Timur nie rozpoznał słowa.
— Aya… Anjas? — spróbował. — Nie znam takiego wyrazu.
— Może powtórzył moje imię — zasugerowała Ania, widząc jego zdezorientowaną minę. — Timur, ja cię strasznie przepraszam, ale muszę na chwilę wyjść… — powiedziała przepraszająco. — Eee… no wiesz, tu nie ma łazienki — dodała.
— Co? Och, jasne — odpowiedział lekko nieprzytomnie. Zaskoczenie tym co obudzili sprawiło, że jego organizm jakby zapomniał o głodzie i innych potrzebach. No tak. Kamper miał chociaż toaletkę, a teraz muszą wychodzić na mróz i śnieg…
— Zaraz wracam, jak coś… chyba nic się nie stanie? Powiedz, że nic się nie stanie?
— Przypilnuję go — odpowiedział zdecydowanym tonem.
Ania wyszła i skierowała się za budynek sceny. Dziecko tym razem nie zareagowało na trzask drzwi, ale wodziło za nią głową, a w jego gardle zaczął narastać jakby bulgot. Timur siedział sztywno, bacznie je obserwując.
— Ona wróci — powiedział tonem, któremu starał się nadać uspokajające brzmienie. Niedługo będą musieli się zamienić…
Wyciągnął z kieszeni telefon. Chciał poprosić ciotkę o kontakt jutro… tylko którą? Zeynep wiedziała więcej, ale między nimi była wciąż obecna bariera językowa. Z Khadiją mógł swobodnie rozmawiać po angielsku, ale czuł się fatalnie z myślą, że znów odezwałby się po to, by oznajmić, że wpakował się w jeszcze poważniejsze tarapaty niż ostatnio. Zmrużył oczy od blasku ekranu w tej samej chwili, w której mumia odwróciła się gwałtownie i wydała z siebie chrapliwy pisk.
— To nic, to nic — powiedział kojącym tonem. No jasne — uświadomił sobie. Nawet dorosły z tamtych czasów byłby w szoku na widok świecącego prostokąta, wydającego dziwne dźwięki. Timur pomyślał, co będzie, gdy odpali silnik samochodu…
Tak szybko jak potrafił, napisał do Khadiji informację, czy miałaby czas jutro na rozmowę. Potem skopiował wiadomość do drugiej ciotki. Spojrzał z niepokojem na stan baterii — miał tylko trzydzieści pięć procent, a ładowarki nie brał. Planował skoczyć do Dwikóz, by zobaczyć górę. Potem do Sandomierza by odwiedzić grób ojca, odwieźć Anię i tego samego dnia wrócić do wynajmowanego pokoju w stolicy. Wyłączył telefon, by nie niepokoić dziecka. W tej chwili zobaczył zarys wracającej Ani.
— Nic się nie działo? — zapytała szybko.
— Nie… chociaż chyba go wystraszyłem telefonem — mruknął Timur. — Dałem znać ciotkom, ale dopiero jutro pogadamy.
— No tak… przecież on niczego nie zna — powiedziała cicho. — Teraz ty idziesz?
— No, na chwilkę. Możesz go zapytać: Yoklap yatarga telisenme? Czyli… czy chce spać. Musi nam jakoś zaufać, póki czegoś nie wymyślimy… — szepnął i wyszedł z samochodu, idąc za najbliższe drzewo. Przy okazji zobaczył, że dziecko musiało iść dokładnie po ich śladach w śniegu.
Wrócił najszybciej jak mógł. Ania ostrożnie podawała dziecku koc, ale ono popatrzyło na nie z niepewnością i popchnęło jej dłoń z powrotem.
— Czy on musi spać? Jeść? Pić? — zapytała zmęczonym tonem.
— Na razie nic na to nie wskazuje — odpowiedział Timur. Oczy mu się kleiły, a przychodziło mu do głowy tylko jedno miejsce, gdzie mogliby się ukryć. Ale zapewne ich gość by tego nie chciał… w końcu dopiero stamtąd wyszedł…
Dziecko oparło się o boczną ścianę drzwi, podciągając kolana pod brodę. Timur powolnym ruchem wyłączył zasilanie, a żarówka zgasła. Zablokował drzwi.
— Dopiero po dwudziestej drugiej… musimy zrobić coś w stylu warty — zaproponował. Siedzieli przy sobie na tylnych siedzeniach, podobnie jak dziecko przed nimi podciągając kolana i owijając je rękami.
— Wiem — szepnęła. — A rano…
— Się dopiero zacznie. Nie możemy tu zostać. Spróbuj spać, chociaż na chwilę…
Dziewczyna pokręciła głową. — Nie, wcale mi się tak nie chce… powiedz, jak my to zrobiliśmy? — zapytała głosem, w którym drgała zarówno rozpacz, jak i nuta ciekawości.
— Jak je obudziliśmy? Może każdy, kto by tam wszedł, by to spowodował? Po prostu byliśmy pierwsi? — szepnął, choć coś mu podpowiadało, że to mylny trop.
— Äni… äti…? — wymamrotało dziecko. Timur spojrzał na nie, wypuszczając ciężko powietrze. Znów pytało o rodziców.
— Będziemy ich szukali — odpowiedział, mając nadzieję, że nie pomylił słów. Z klatki piersiowej mumii usłyszał coś w rodzaju wypuszczonego oddechu.
— Może i byliśmy pierwsi, ale… — urwała Ania, nasuwając czapkę prawie po brwi. Timur milczał. Przypomniało mu się, jak powiedział mumii „dobranoc”, gdy mieli wyjść z piramidy.
Minuty mijały nieskończenie wolno. Choć śnieg na zewnątrz dawał lekki, niebiesko-biały odblask, gdy odbijał nocne nieco, Timur niewiele widział. Naciągnął kołnierz płaszcza prawie pod sam nos, który zdążył mu zmarznąć i zapewne zrobić się czerwony.
Dziewczyna chyba zapadła w płytką drzemkę. Timur poprawił na nich koc. Nie chciał sprawdzać telefonu, by nie wystraszyć mumii nagłym blaskiem. Księga lekko wystawała z plecaka wciśniętego pod siedzenie, ale nie miał pojęcia, czy teraz mu pomoże. Nie mógł przestać myśleć, jakim cudem sprowokowali taką sytuację.
Tatarzy z Sandomierza nie mieli już ciał, do których mogliby wrócić. Ale żołnierze radzieccy owszem… a zostały tylko ich szczątki do zniszczenia, co zresztą sam zrobił. Jeśli chodziło o ciało, to dlaczego wchodząc do ukrytej piramidy, nie spotkali ducha dziecka? Kim ono w ogóle było? Pomyślał o tym, że mogło paść ofiarą jakiegoś rytuału, być może w ramach zemsty na rodakach, ale czy wobec tego nie byłoby zagrożeniem dla innych ludzi, tu, w Dwikozach? Opuścił głowę. Widział parę wydobywającą się z ust jego i Ani.
Po jakimś czasie ostrożnie wychylił się do przodu i z lekkim zdziwieniem zobaczył, że dziecko najwidoczniej zasnęło. Leżało oparte o boczną ścianę drzwi. Timur nie mógł dojrzeć, czy ma zamknięte oczy, ale nie zareagowało w żaden sposób na jego ruch. Poprosił w duchu, by tak faktycznie było. Naciągnął koc niemal po uszy i choć pomyślał, że bardziej obawia się poranka niż tej nocy, zapadł w końcu w sen.
— Te… mir… Te… mir… — usłyszał, wybudzając się. Zmrużył oczy, przez chwilę będąc zupełnie zdezorientowanym. Ania wzdrygnęła się gwałtownie; koc opadł im do pasa.
Ożywione dziecko klęczało na przednim fotelu w blado-niebieskim świetle poranka. Miarowo stukało w przednie drzwi i zwróciło głowę w ich stronę.
— O masz… przepraszam, miałam cię zmienić w nocy — jęknęła Ania. — Nie obudziłeś mnie?
— On spał. Ja też — mruknął. Musiało być po szóstej rano kolejnego dnia, a oni jakoś przetrwali noc bez nieustannego czuwania, choć widział po jej czerwonym nosie i podkrążonych oczach, że i tak bardzo zmarzli i trudno było to nazwać wypoczynkiem.
— Spał? A teraz…
— Chce wyjść? — wpadł jej w słowo Timur. Poczuł niespokojny dreszcz. Robiło się coraz widniej, a jeśli im ucieknie i wyjdzie na ulice…
— Te… mir — powtórzyło dziecko i Timur zrozumiał, że wymawia jego imię. Rozejrzał się dookoła. Choć park nie był duży, teraz wyglądał niczym królestwo zimy z zasypaną śniegiem polaną i białymi od mrozu gałęziami drzew, przez które przebijało się wczesne światło dnia.
— Może też musi… eee… skorzystać z łazienki? Śpi, oddycha… — powiedział Timur, rozważając taką możliwość.
— Ale powiedz mu, żeby tu wrócił — poprosiła Ania, patrząc uważnie na wysuszoną twarz przybysza.
— Wróć tu — powiedział po tatarsku, bo nie był pewny, jak przetłumaczyć „wyjdź tylko na chwilę”.
Odblokował drzwi i je otwarł. Mumia wyskoczyła z samochodu i na początku jakby nie dowierzała w to co widzi, ale później zaczęła biegać po śniegu i wydawać z siebie coś w rodzaju chrapliwego śmiechu. Oboje patrzyli na to z niedowierzaniem.
— Może pierwszy raz widzi światło dnia od… — szepnęła Ania.
— Dobrze, że to nie centrum miasta, tylko lasek. Coś, co zna. Może oprócz tej sceny — odpowiedział Timur. Przeciągnął się i ziewnął. Był bardzo zdrętwiały. Zaproponował wyjście na zewnątrz i rozruszanie się.
— Słuchaj… została nam tylko jedna kanapka. Zaraz padną nam telefony, a ktoś tu może przyjść i go zobaczyć — rzekł cicho, gdy stali przy samochodzie i obserwowali małą mumię okrążającą budynek sceny.
— Musimy zrobić jakieś zakupy, a przecież nie można go zostawić samego — dodał, przygryzając wargi. Widział teraz plamy błota na swoim płaszczu, ale kurtka dziewczyny była dużo bardziej zabrudzona od ślizgania się na brzuchu w dół zbocza.
— No przecież wiem — westchnęła, zerkając za siebie. — I w końcu musimy powiadomić nasze rodziny, co nie? Może twoja mama dała ci spokój, ale u mnie to jest trochę inaczej — mruknęła, grzebiąc butem w śniegu.
— Będę gadać z ciotkami, a mama nie musi od razu wiedzieć, wyślę jej parę naszych zdjęć z wczoraj. A jakby mu kazać siedzieć pod kocem, to chyba bym szybko skoczył pod sklep? Są dwa zaraz za kościołem. Albo nie… jakby jedno z nas poszło? — ciągnął, choć bez przekonania.
Nad ich głowami zakrakał gawron. Dziecko zaczęło robić takie ruchy, jakby machało niewidzialnym mieczem. Mimo woli uśmiechnął się.
— No spoko, ale ty pewnie byś chciał iść, co nie? — zapytała, także lekko unosząc kąciki warg. Zaczęła ręką zdrapywać brud z kurtki.
— Niekoniecznie. Pogadałbym sobie z nim, może byśmy więcej o nim wiedzieli? Skąd jest, jak ma na imię… chyba ma jakieś…
Timur oparł się o samochód. Czuł się tak, jakby jego mózg pracował w zwolnionym tempie. Jednak zakupy muszą zrobić, być może i dla trojga…
— Jeszcze chyba sklepy nie są otwarte? Czekaj… — sięgnęła do środka i włączyła telefon, korzystając z tego, że mumia nadal bawi się w śniegu. Po chwili rozległ się dźwięk kilku powiadomień. Skrzywiła się nieznacznie.
— Słuchaj, a on nie potrzebuje ubrań? — zapytała niespodziewanie.
— Między ludzi i tak go nie zabierzemy. Nie mam pojęcia, jak takie ciało funkcjonuje… nie chciał nic do jedzenia, nie przejmuje się chyba zimnem… — zastanawiał się na głos Timur. Spojrzał w kierunku Zielnej. W oddali słyszał szum samochodów, zapewne przy drodze głównej. Dwikozy się budziły.
— Chodź tu, chłopczyku — zawołał w jego stronę.
— Co chcesz zrobić? — zapytała szybko Ania. Pisała coś na telefonie.
— Obejrzę go. Po prostu… no wiesz. Po ciemku mało co widzieliśmy, a może się dowiemy czegoś więcej — odparł, przyklękając, gdy ożywiony dzieciak podchodził do nich niespiesznie, jakby nie zdążył się nacieszyć śniegiem.
Timur miał teraz jego twarz na wysokości oczu. Choć bardzo współczuł jego losowi i obecnemu stanowi, nie mógł się powstrzymać od mimowolnego ukłucia niepokoju, gdy tak patrzył z bliska na wyschniętą skórę twarzy, na duże zapadnięcia na szyi i kości palców rąk. Stopy przykrył śnieg, ale nogi do kolan były widoczne i przypominały wysuszone patyki.
— Nie wydaje mi się, że czuje zimno — szepnął Timur.
Ania w tym momencie przyklęknęła obok i cicho westchnęła. Powoli wyciągnął ręce i położył mumii na ramionach. Ta jakby zastygła, w oczekiwaniu na to, co zrobi. Timur przesunął palce po szorstkiej w dotyku tkaninie, która zapewne mogła się rozpruć przy byle szarpnięciu. Pod tkaniną wyczuwał wgłębienia i dołki w wysuszonym ciele.
— Jak… — szepnął. Zaczęła go boleć głowa.
— On miał buty, co nie? Leżały przy nim — zauważyła Ania. Jeszcze nie dotknęła chłopca, ale uważnie oglądała jego ciało.
— Może wstał tak, jak leżał. Jak sobie pomyślę, że… przecież on wyszedł nad tymi torami, tak jak my. Mam nadzieję, że nikt nie widział. Szedł przez ten sad. Śledził na pewno nasze ślady — ciągnął Timur ciężko. Znów poczuł niepokój przed włączeniem telefonu, choć i tak musiał oszczędzać baterię, zanim dokupią jakiegoś powerbanka.
— Oby to było najmniejszym problemem. Jak go nazwałeś? Malay? — Timur kiwnął głową.
— Min malay tukel. Minem isemem Ayaz — powiedział głośno chłopiec, a Timur sapnął. Nagle do niego dotarło, co próbował powiedzieć poprzedniego dnia, gdy Ania mu się przedstawiła. Spojrzał prosto w zapadnięte oczodoły, pewny jednak, że ten doskonale ich widzi.
— On ma imię. Ayaz — powiedział Timur, czując jak z głodu czuje tępe pulsowanie z głowie. W gałęziach zebrało się stado gawronów, tworząc ponury, kraczący chór.
— Tak? A ja myślałam, że chciał powtórzyć moje — szepnęła.
— No to jest nas dwójka… — mruknął Timur. — Ayaz… — powtórzył w zamyśleniu. Kim on był za życia?
— Musimy jechać coś kupić. Nic nie wymyślimy, stojąc na mrozie i z jedną kanapką w zapasie — oznajmił, wstając. Ayaz wodził za nim wzrokiem.
— Czyli nie rozdzielamy się? Mówiłeś, że…
— Wiem. Jeszcze jest wcześnie, trochę się rozruszamy i zobaczymy, czy będzie nas słuchał… okna zaparowane, jakoś go okryjemy kocem. Potem pomyślimy, gdzie się schować, zanim poszukam czegoś w księdze.
— Chodź, Ayaz. Siadaj z tyłu, będę obok — powiedziała Ania i choć powiedziała to po polsku, to gdy wskazywała na przemian na chłopca i na siedzenie, chyba mógł ją zrozumieć.
Timur zajął miejsce za kierownicą. Z lekką niepewnością włączył telefon, którego nie używał od momentu wysłania wiadomości do ciotek. Uruchomił nagrzewanie, czemu towarzyszyło chrapliwe westchnięcie z tyłu.
— Serio nie da się inaczej — powiedział przepraszająco Timur. — Nie zostawię was na mrozie, a zaraz może tu ktoś przyjść… nawet sobie pobiegać, czy coś.
Zauważył na ekranie powiadomienie. Dwie osoby coś napisały. Chcąc nieco odwlec moment włączenia silnika, odblokował ekran. Ciotka Khadija wysłała wiadomość z czterema pytajnikami: co się dzieje???? Druga wiadomość była z nieznanego mu numeru i brzmiała: Gdzie pan jest? Kiedy pan wróci z Anią? Nie możemy się z nią skontaktować.
— Co? Patrz na to — podsunął jej telefon. Po chwili usłyszał zirytowane westchnienie.
— Chyba mama cię zdegradowała z Timura-historyka na „pana”. Normalnie, jakbyś mnie porwał.
Timur przygryzł wargi. Zastanowił się, czy jego ojciec przeżywał coś podobnego z jego babcią, choć Damir chyba nigdy nie miał za pasażera ożywionej mumii…
— Musimy to załatwić. Ale najpierw… — z ciężkim sercem włączył silnik i ruszył powoli, słysząc skrzypienie śniegu pod kołami.
Skutek był bardzo szybki. Rozległ się za nim wyjątkowo nieprzyjemny, chrapliwy wrzask i jęk Ani. Obrócił szybko głowę. Ayaz rozglądał się dookoła, napinając skórę twarzy tak, że Timur wystraszył się, by nie rozkruszyła się na czaszce.
— Nie, nie, proszę, cicho, ciii — powtarzała gorączkowo Ania, narzucając na niego koc.
— To taki inny koń — powiedział Timur, starając się brzmieć tak spokojnie jak potrafił. Cofając, wyjechał za bramę z nazwą parku. Wiedział, że za chwilę przed ich oczami pojawią się budynki, ulice, sklepy, sznur innych aut i wolał sobie nie wyobrażać reakcji Ayaza. Zdjął czapkę, czując, jak spocił się ze stresu.
— Przez pół godziny byśmy nie zamarzli — powiedziała Ania z dającym się wyczuć wyrzutem.
— Wolę go mieć na oku. Zrobimy zakupy i się ukryjemy, obiecuję — powiedział z naciskiem. Nie miał pojęcia, gdzie. Chyba że wrócą do czeluści Panieńskiej Góry… ale wejść tam w świetle dnia?
Rozdział 4
Zjeżdżali w dół Zielnej, mijając biały budynek kaplicy pogrzebowej. Timur uniósł głowę. Majestatyczny kształt kościoła podobał mu się od pierwszego pobytu w Dwikozach, ale urywany szloch Ayaza szybko przerwał mu myśli o oglądaniu terenu. Znów zerknął za siebie. Ania niepewnie owinęła rękę wokół chłopca, który miał koc zarzucony na głowę jak kaptur. Na jej twarzy odbijało się przerażenie i niepewność. Przynajmniej Ayaz przestał wrzeszczeć, kulił się przy niej i chował głowę pod materiałem.
— Może ty wyjdź i coś kup, chyba mi się nie wyrwie — odezwała się dziewczyna, wzdychając głęboko. Właśnie skręcili w prawo, mijając przystanek i zatrzymując się naprzeciw sklepu Groszek.
Timur rozejrzał się. Było już zupełnie jasno, choć przez chmury nie przebijało się słońce. Obok stały dwa inne samochody. W jednym siedziała z tyłu mała dziewczynka, drugi był pusty. Zdjął płaszcz, zostając w czarnym golfie.
— Co ty robisz? — usłyszał z tyłu pytanie.
— Trochę się ubrudziłem, nie będą się tak gapić… chyba… — mruknął. — Tylko parę rzeczy i wracam. Zamknę was, jak coś — dodał, choć pomyślał, że zabrzmiało to trochę głupio.
Wyszedł z samochodu i tak jak zapowiedział, zablokował drzwi. Z zewnątrz przez zaparowaną szybę widział rozmyty kontur Ani, ale na pewno nie powiedziałby, że w środku jest ktoś jeszcze. Wyglądała tak, jakby obok niej leżała sterta ubrań lub worek nieokreślonego kształtu. Oby tylko Ayaz nie dostał jakiegoś ataku paniki — pomyślał z niepokojem. Poszedł do sklepu pospiesznym krokiem, czując jak mróz przenika jego golf. Na spodniach też miał kilka plamek błota, ale na to mógł już machnąć ręką.
— Dzień dobry — powiedział cicho, wchodząc do sklepu. Po uprzejmej odpowiedzi sprzedawczyni znów dopadło go to niekomfortowe uczucie błyskawicznego przeskoku od dziwnych, niepokojących lub wręcz strasznych wydarzeń do banalnej codzienności.
Krążył po sklepie kilka minut, zabierając to, czym zwykle posilał się z wujostwem podczas ucieczki kamperem; jakieś bułki, gotowe dania, jogurty, sześciopak wody. Stając przy regale z pieczywem, spojrzał w lustro nad sobą i ujrzał swoją bledszą niż zwykle twarz, z uklepanymi na czole włosami, całą noc gniecionymi pod czapką oraz lekko podkrążone oczy. Czuł, że ma już nieco lepkie ręce i mógł się tylko cieszyć, że w zimie tak się nie pocił. Na szczęście nie zwracał na siebie szczególnej uwagi.
Przyjrzał się przelotnie grupce dzieciaków kupujących chipsy, zapewne przed pójściem do szkoły. Zapewne były dwa, trzy lata starsze od Ayaza… choć właściwie to on był starszy i to o kilka ładnych wieków. Tuż przed podejściem do kasy złapał paczkę talarków dla dzieci, choć nadal nie był pewny, czy mumia musi jeść. Po chwili przypomniał sobie, że tutaj nie dostanie powerbanka. Zacisnął usta w cienką linię.
Wyszedł ze sklepu szybkim krokiem i od razu skierował się do samochodu. Na szybie widniał urywany ślad dłoni. Czym prędzej otworzył drzwi.
— Temir — pisnęło dziecko, okryte kocem i jego płaszczem. Ania trzymała je wpół. Wyglądała na bardzo zmęczoną.
— Jestem, jestem, nie bój się — powiedział szybko, siadając i kładąc na fotelu obok torby z jedzeniem.
— Chciał wyjść — oznajmiła Ania zmęczonym tonem. — Akurat parę osób przechodziło…
— Zaraz stąd spadamy. Ale muszę gdzieś dorwać powerbanka, bo nam telefony zdechną. Ja nawet nie wiem, czy nie musimy jechać do Sandomierza albo Zawichostu, jeśli tu go nie dostaniemy — stwierdził. — Masz, bo padniesz… — podał jej jogurt i bułki.
Wyciągnął szybko telefon. Miał już tylko kilkanaście procent baterii, ale musiał obejrzeć mapę. Gdy był tu z wujostwem, nie miał czasu na spacery po innych częściach miejscowości. Z nadzieją spojrzał na lasek przy Górach Wysokich, a także na zachodnią część Dwikóz, gdzie zauważył rzeczkę i (przynajmniej latem) dużo zieleni. Na ulicy Spółdzielczej znalazł obiecujący sklep, gdzie może mógłby dostać powerbanka.
— Hmm? — usłyszał za sobą pytający głos dziewczyny. Obrócił się. Przysunęła Ayazowi, wyglądającemu jak zakapturzony mnich, łyżeczkę z jogurtem do ust. Przez jego wysuszoną twarz przemknęło jakby zdziwienie. Odrobina deseru została na jego wardze, lecz nie okazał niczym, że jest zainteresowany jedzeniem.
— No to ja zjem — wzruszyła ramionami.
— Przynajmniej jedno nie umrze z głodu — powiedział, uśmiechając się krzywo. — Eee… ja jeszcze wpadnę do takiego sklepu, może będzie tam elektronika. Potem trochę pojeździmy, poszukamy jakiejś kryjówki… to w końcu nie jest miasto, nie będzie tylu ludzi na widoku.
— Może w Sandomierzu byłoby lepiej — podpowiedziała Ania, choć z jej głosu nie biło przekonanie.
— Może. Ale wolałbym nie być za daleko od tej góry, może tam jest jakiś klucz? — zapytał Timur, właściwie to sam siebie. Napił się szybko jogurtu w butelce.
Po chwili wyjechał powoli na drogę, rozglądając się uważnie, lecz zakręt na Spółdzielczą był dosłownie za rogiem sklepu. Mogłem to załatwić za jednym zamachem — pomyślał z irytacją.
— Timur, on chyba nie może siedzieć za długo w jednym miejscu — powiedziała Ania, cały czas starająca się go uspokoić.
— Jak to tatarski dzieciak sprzed siedmiuset lat, to pewnie co chwilę wędrował z obozem — wymamrotał. — Ale tego świata już nie ma. Dobrze, że jeszcze o tym nie wie — dodał z goryczą, zatrzymując się za sklepem obok apteki.
Kilka minut później z ulgą zapłacił za powerbanka. Tym razem Ayaz nie wyglądał już, jakby się bał, że nie wróci, jednak co chwilę próbował zsunąć z siebie koc.
— Dobra, to daj swój, ja już wpiąłem… — poprosił Anię o telefon.
Wiedział, że przed nimi obojgiem będą trudne rozmowy, ale odwleczenie ich w niczym by nie pomogło. Co chwilę ich samochód mijały dzieci i młodzież. Zapewne dalej była szkoła — pomyślał Timur. Może lepiej jednak wybrać inną drogę…
— Patrz, czy nie będzie jakiegoś pustostanu albo łąki, lasku, czegokolwiek — powiedział, gdy wyjechali z powrotem na Sandomierską, kierując się na południe.
— Dawaj w tę boczną, przynajmniej nie będzie tych dzieciaków — zasugerowała, gdy zbliżali się do małej, murowanej kaplicy na skrzyżowaniu z wiodącą w prawo drogą.
Skręcił bez wahania. Ulica nie miała tabliczki, ale wypatrzył nazwę Starowiejska na jednym z budynków. Zauważył aptekę, a po chwili minął dwa duże samochody, zapewne z firmy przeprowadzkowej.
— Tu trochę gęsto, ale przynajmniej ciszej — stwierdził, rozglądając się na boki. Przynajmniej dwa budynki wyglądały mu na opuszczone, ale sąsiedzi pewnie szybko zauważyliby coś podejrzanego. Jechał dalej, na skrzyżowaniu wybierając drogę wiodącą niżej. Minął mostek, po czym zauważył, że zabudowa się przerzedza.
— Jak znajdziemy jakieś miejsce na uboczu, to spróbuję pogadać z ciotką. I przejrzeć księgę. Ty też musisz zadzwonić do domu — oznajmił zdecydowanie. Usłyszał niechętne westchnięcie z tyłu.
— Jak ja zwiałem z domu, to parę dni myślałem, że matka zgłosi moje zaginięcie i to, że wujek z ciotką mnie porwali. Teraz ja mogę wyjść na porywacza — ciągnął rozdrażnionym tonem.
— Bardzo śmieszne. I co, znaleźliby nas z nim? — burknęła.
— Mam nadzieję, że nikt nas z nim nie znajdzie. Wyobrażasz sobie? Żywy trup w pakiecie. Połowa by uciekła, połowa zrobiła obwoźną sensację. Jeszcze pół biedy, gdyby… — urwał, widząc po prawej stronie kotlinkę z lessowymi ścianami. Wyglądała dość zacisznie, by mogli się zatrzymać. Nie był pewien, czy to jeszcze Dwikozy, czy Nowe Kichary, ale miejsce wyglądało na wystarczająco odludne.
— Co my mamy tu robić? — zapytała. — Cicho, cicho, zaraz sobie wyjdziesz — powiedziała do Ayaza, stukającego ręką w szybę.
— Zjemy na spokojnie i zrobimy parę telefonów. Już się chyba sprzęty trochę naładowały.
Zatrzymali się za kilkoma bezlistnymi drzewami. Najwyraźniej to miejsce latem mogło być dobre na kemping lub biwakowanie. Teraz było równomiernie zasypane śniegiem, choć Timur zauważył odciski łapek ptaków czy psów. Zapowiadał się słoneczny dzień, lecz nadal z temperaturą poniżej zera.
— No, możesz wyjść — powiedziała Ania, uchylając drzwi. Ayaz wyskoczył z chrapliwym westchnięciem ulgi i zaczął oglądać gałęzie, jakby próbował coś skojarzyć.
Timur miał dobry punkt, by cały czas mieć go na oku. Wysłał matce kilka zdjęć ze szczytu Panieńskiej Góry, aby się nie niepokoiła. Choć od ich wykonania minęło zaledwie kilkanaście godzin, to zdążył odczuć, ile się zmieniło. Zaczął jeść bułkę, wertując powoli strony księgi, leżącej na fotelu obok.
— Timur, co tam w ogóle jest? To jakaś magia? — zapytała dziewczyna. Z ulgą zauważył w jej głosie zaintrygowanie. Zdjęła kurtkę, zostając w białej bluzie.
— Można tak powiedzieć. Ale to nie jest lista czarów. Bardziej sposoby, jak zagospodarować energię, którą każdy z nas ma — odpowiedział, przeciągając się na fotelu.
— Energię?
— Tak, coś jak pole. Ale niektórzy mają je mocniejsze. Na pewno wiesz, o co chodzi. Od razu czujesz, że dany ktoś ma to coś w sobie. Potrafi ściągać na siebie uwagę, nawet nic nie mówiąc. Ma taką pewność w ruchach, w gestach, kurczę… wiesz, że za takim człowiekiem możesz iść w ogień — rzekł. — Rany, zaczynam gadać jak ciotka.
— Nie, nie — zaprzeczyła z lekkim uśmiechem.
— Ktoś sobie spisał, jak tę energię zagospodarować, w większości po to, żeby coś robić przy granicy życia i śmierci. Na przykład kogoś… pożegnać. To właśnie zrobiliśmy na Salve Regina. Ale to chyba jedyne dobre użycie. Reszta to jakaś masakra…
Przerzucał strony. Część zdążył wcześniej spokojnie przetłumaczyć, ale żaden z tych działów nie mógł mu teraz pomóc. Dotyczyły one tymczasowego przywołania duchów zmarłych, przepędzania ich w inne miejsca, sprawienia, że wracały do martwych ciał… to ostatnie budziło u niego ciarki.
— Czemu masakra? — Ej, nie idź tam! — krzyknęła surowo do Ayaza, który człapał w stronę polanki, gdzie mógł być widoczny z drogi. Obejrzał się na samochód i powoli zawrócił. Timur patrzył na nią z podziwem.
— Bo to nie jest wskrzeszenie. Dla ducha powrót do martwego ciała jest bardzo przykry. Coś, jakbyś wyszła czyściutka po kąpieli i włożyła na siebie obleśny, mokry, śmierdzący kombinezon — zaśmiał się gorzko. — I takiego ciała i tak to nie ożywi. Tylko da duchowi coś w rodzaju marionetki, którą steruje.
— Sorry — mruknęła Ania. W jej szafirowych oczach pojawił się błysk strachu.
— Ayaz jest kimś takim? — zapytała cicho.
Timur zastanowił się. Właśnie o to chciał spytać ciotek, zwłaszcza Zeynep.
— Wiesz? Chętnie bym powiedział, że tak. Ale przecież… my nic nie odprawiliśmy. Nic — spojrzał z niepewnością na dzieciaka, kopiącego w śniegu obok samochodu.
— Skoro my nie, to może ktoś inny… — zasugerowała po krótkiej chwili ciszy.
— Przed nami? Chyba nikt tam nie wchodził. Chyba że… wtedy, gdy go tam zamknęli… zapytałbym, ale niech się nacieszy. Pewnie nie chciałby o tym mówić — powiedział z niepokojem.
— Damian tam lubi mówić o wszystkim, nawet złym — powiedziała Ania zamyślonym tonem.
— Eee… no wiesz… nie mam zbyt dużego doświadczenia z dziećmi. W sumie żadnego. Choć jak byłem mały, to bardzo chciałem mieć rodzeństwo — westchnął, biorąc płaszcz z tylnego siedzenia. Siedząc w bezruchu, zdążył zmarznąć i nawet zabrudzony płaszcz był kuszącą opcją.
— No, to ja trochę mam. Ale właśnie chciałam o tym zapomnieć. Los bywa złośliwy, panie Almasow — stwierdziła, pociągając nosem.
Timur przygryzł wargi i pochylił głowę. Pogrążyli się w milczeniu, które przerwał dźwięk powiadomienia telefonu.
— Luz, to mój — mruknął. — Mama napisała, że życzy nam fajnej wycieczki i że możemy pogadać wieczorem.
— O proszę. Nieźle ją wychowałeś — zaśmiała się. Wepchnęła do plecaka puste opakowania i folie po jedzeniu.
— Jak syn cię ratuje od zamrożenia żywcem, to jakieś wnioski można wyciągnąć — odpowiedział, uśmiechając się lekko. — Może się przejdziemy kawałek? Ja już miałem dwa małe spacerki…
Wyszli z samochodu, mrużąc nieco oczy od odbijającego się od śniegu światła. Monotonny widok bieli i nagich krzaczków urozmaicał jedynie widok ściany lessowej kilkadziesiąt metrów dalej. Ayaz obejrzał się na nich i podszedł nieco bliżej, patrząc na przemian na oboje.
— Co on może robić? Ani czytać, ani siedzieć na telefonie, a wypuszczać go na dwór, to zaraz ktoś zobaczy — zastanowiła się cicho Ania.
— Chyba zapytam, ale muszę sprawdzić przez tłumacza parę zwrotów. Szkoda, że nie popatrzyłem wcześniej. Ale co innego było do roboty — odpowiedział Timur. — Jak zadzwoni ciotka, to z nią sobie płynnie pogada — ucieszył się na samą myśl, lecz zaraz przypomniał sobie reakcję dzieciaka na widok telefonu.
— Nie ma jakiejś opcji, żeby mu przywrócić pełne ciało? Takie jakie miał, zanim… no wiesz? — spytała ostrożnie.
— Może i jest. Ja nie wiem. Jeśli tak, to pewnie znowu trzeba by było zebrać jakieś obrzydliwe składniki — powiedział niechętnie, oglądając pod słońce lewą rękę, na której wciąż mieniły się białawe drobne blizny, a opuszek małego palca był nienaturalnie spłaszczony. Czasem sceny z walącego się poniemieckiego domu w Sandomierzu potrafiły mu się przyśnić.
— Jak nie będziesz musiał sobie nic ciąć, to spróbujemy — zadeklarowała Ania. — Wreszcie by mógł normalnie rosnąć. Na pewno by ogarnął dzisiejszy świat.
Timur miał na ten temat inne zdanie, choć nie mógł zaprzeczyć, że wizja dziewczyny go zaintrygowała. Wychować tatarskie dziecko sprzed wieków… zapewne byłby celebrytą. Ale jakim kosztem?
— Co? Co o tym myślisz? — spytała, patrząc na niego uważnie.
— Wszędzie… — Ayaz odezwał się cicho, lecz drugiego słowa Timur nie zrozumiał. Szybko odwrócili się do niego.
— Tak? Co powiedziałeś? — zapytał szybko Timur, przyklękając. Chłopiec odzywał się naprawdę rzadko.
— Wszędzie… — powtórzył. Timur znów nie rozpoznał drugiego wyrazu. Musiało mu jednak chodzić o coś niemiłego, bo jego wysuszona skóra ściągnęła się, jakby wyrażał niezadowolenie.
— Mówi, że wszędzie jest… coś, albo jakoś. On musi pogadać z moimi ciotkami — odpowiedział zrezygnowanym tonem, widząc pytającą minę Ani.
Na ulicy kawałek za nimi przejechał jakiś samochód. Timur obejrzał się, jakby sobie przypominał, że mimo wszystko są na otwartym terenie. Choć zrobił zapasy jedzenia przynajmniej do końca dnia, to nie uśmiechała mu się kolejna noc w zimnym, ciasnym samochodzie. Z takim towarzyszem żaden hotel czy pensjonat nie wchodził w grę. Był jeszcze dom pani Zofii w Sandomierzu, ale widok Ayaza to mogłoby być już dla niej zbyt wiele — pomyślał.
— Pytałam, co myślisz o tym, żeby przywrócić mu ciało — przypomniała dziewczyna. –Przecież jak chodzi po tym śniegu, to wszystko mu tam w nogach rozmięka. Widziałam, jak siedział obok mnie. Te stopy nasiąkły wodą, jeszcze trochę i jeszcze mu coś… odpadnie — zakończyła, ściągając usta.
— Kurczę — mruknął Timur. Musiał przyznać, że tego nie zauważył. — A przecież nie będziemy go trzymać zamkniętego w aucie, bo narobi rabanu… musimy się gdzieś ukryć, ale wiesz, że z mumią nas nie ugoszczą w żadnym hotelu — stwierdził sarkastycznie. — Może jakiś pusty domek się znajdzie…
— W tych Dwikozach?
— No tak najlepiej, bo chciałbym być blisko tej góry. Musimy tam jeszcze raz wejść — powiedział niechętnie. — Najlepiej sami.
— A gdzie go zostawimy?
— Jak coś znajdziemy, to mu się wytłumaczy. Bo już raz go zamknęli, naprawdę nie chcę, by przestał nam ufać — zakończył szeptem. Obawiał się tego pytania.
Spojrzeli na siebie z wyrazem niepokoju w oczach. Timur pomyślał, że w sumie sytuacja w Sandomierzu minionego lata nie wydawała mu się teraz taka skomplikowana. Wtedy usłyszał telefon z samochodu.
— Oho. Świat się upomina — westchnął.
Ania wzięła chłopca za rękę i wrócili szybko pod pojazd. Timur zobaczył na wyświetlaczu zdjęcie cioci Khadiji. Odetchnął z ulgą, choć było mu głupio przyznać się do sytuacji, w jakiej się znaleźli.
— To ta, co brała teraz ślub? — zapytała Ania.
— Dokładnie. Ale wolałbym zadzwonić w innych sprawach…
— Hej, Timur. Co tam się dzieje? — zapytała Khadija.
Siedziała w domu, na tle ścianki ze zdjęciami, wśród których Timur szybko dostrzegł grupowe zdjęcie z wesela. Ku zadowoleniu Timura, wyglądała na nieco pulchniejszą i zdecydowanie pogodniejszą niż pod koniec ich wyprawy, nie licząc oczywiście ślubu.
— Dzień dobry — odezwała się Ania, stając obok niego, by kamerka ich objęła. Ayaz rozejrzał się niespokojnie, jakby szukał źródła trzeciego głosu.
— O, razem się gdzieś wybraliście? Miło was widzieć — powiedziała z nostalgicznym uśmiechem.
— Tak, jesteśmy w Dwikozach, tam gdzie zbieraliśmy zioła… wtedy — powiedział Timur. — Pamięta ciocia, jak czuliśmy na górze coś dziwnego? — kontynuował, chcąc skrócić wstęp do minimum. Chciał mieć to za sobą.
— Tak, tak — potwierdziła, prostując się na kanapie. Z jej twarzy szybko znikł uśmiech, ustępując miejsca czujności.
— No bo to nie góra, tylko zasypana piramida, a my znaleźliśmy wejście i… i niechcący obudziliśmy mumię dziecka — powiedział na jednym wydechu, zaciskając powieki. Oblała go fala gorąca. Gdy po trzech sekundach nic nie usłyszał, otwarł je, zauważając ciotkę z rozszerzonymi z zaskoczenia oczami.
— Co? Jak to niechcący? Nie ma tak, że niechcący — powiedziała w końcu, łapiąc oddech z wrażenia. Patrzyła na nich, mrugając szybko.
— Uwielbiam twoją rodzinkę. Dla niej to normalka, tylko zapytała o jeden szczegół — powiedziała Ania z krzywym uśmiechem. Timur puścił to mimo uszu.
— Ale my naprawdę nic nie odprawialiśmy ani nie robiliśmy… dobrze, że wróciliśmy bezpiecznie na zewnątrz, mumia została w środku, a trochę później za nami… przyszła — wyjaśnił, kierując telefon ekranem do dołu, by kamerka objęła na chwilę Ayaza, zadzierającego głowę do góry. Usłyszał głośne westchnięcie Khadiji.
— Jest z wami? No, nawet nie myślałam, że to możliwe. Jak ty to robisz? Chociaż pół roku spokoju było — wymamrotała.
— Sam nie wiem, jak to robię. Ale nie jest groźny. Tak jakby jego duch wrócił do tego, co zostało z ciała. Jestem pewny, że pochowali go żywcem w tej piramidzie, ale nie znam jeszcze tatarskiego tak dobrze. Ogarniemy jakieś schronienie i pomyślimy, co dalej.
— To jest Tatar? — zapytała ciotka.
— Na pewno. Powiedział już parę słów. Może by… może ciocia z nim porozmawiać?
— Koniecznie! Ale on wie w ogóle, jak działają takie rozmowy? Nie wystraszy się? — zapytała Khadija zmartwionym tonem. Wtedy zadzwonił telefon Ani.
— Odbierz — spojrzał na nią surowo Timur. Zmrużyła powieki, lecz wzięła smartfona do ręki i oddaliła się na kilkanaście metrów.
— Przepraszam… tak, chyba już wie… to znaczy, jeszcze wczoraj chyba się bał telefonu, ale teraz stoi przy nas i słucha. Ja trochę ogarniam tatarski, ale jeszcze nie dałbym rady tak płynnie porozmawiać.
— To spróbuj…
— To jest moja ciocia. Mówi w twoim języku — zwrócił się do Ayaza po tatarsku i usiadł na tylnym fotelu przy otwartych drzwiach samochodu, trzymając ekran przodem do niego.
— Jesteś Ayaz? — zapytała go spokojnie ciotka w ojczystym języku. Chłopiec patrzył z nieufnością na ów świecący, gadający prostokąt w rękach Timura, przekrzywiając głowę, ale po chwili potwierdził.
Timur przeniósł wzrok na dziewczynę rozmawiającą w pewnej odległości od samochodu, wydeptującą okrąg w śniegu. W pewnym sensie się cieszył, że Ania cokolwiek wyjaśni rodzinie i że przez głosy ciotki i Ayaza niezbyt dobrze rozumiał jej słowa. Sam miał nieco łatwiej, ale przecież obiecał pożyczyć samochód od matki tylko na jeden dzień… na pewno się o niego upomni…
— Chodź, nie stój na zimnie — zaproponował Ayazowi, przesuwając się i robiąc mu miejsce.
Chłopiec wdrapał się na fotel, cały czas patrząc w telefon trzymany przez Timura. Z tego co rozumiał student, rozmawiali z Khadiją o rodzinie. Spojrzał na jego nogi; rzeczywiście skóra brązowawej barwy zdążyła niepokojąco nasiąknąć wodą od chodzenia w śniegu. Trzeba by mu zakupić buty — pomyślał ponuro.
— To bardzo stara wersja tatarskiego. Nawet ja nie wszystko rozumiem. Może miał matkę Tatarkę, bo ojciec pewnie mówił po mongolsku. Timur, on powiedział, że jego ojciec to Bajdar i że nie wie, gdzie się wszyscy podziali — oznajmiła ponuro Khadija z telefonu.
— Bajdar? Słyszałem, był tutaj, jak najeżdżali te ziemie… zwłaszcza Sandomierz, ale Dwikozy przecież musiały być na trasie — odpowiedział Timur, któremu zaczęło szybciej bić serce. Przecież i on wywodził się od…
— To wnuk Czyngis-chana, tak jak Batu-chan, czyli… — zawiesiła na chwilę głos. Timur odwrócił ekran do siebie. Ciotka miała ni to wystraszony, ni to triumfujący wyraz twarzy.
— No ładnie — odrzekł. — Czyli Ayaz to mój pra-pra… kuzyn — wyszeptał, przenosząc na niego wzrok. — Spokojnie — powiedział do niego, widząc, że cofnął się nieco.
— Ciociu, chyba mamy szczęście do znajdowania rodziny. Ale to o krew chodziło? Że dotknął go tam, w piramidzie, ktoś z krewniaków? — zapytał, choć najchętniej zamknąłby tę kwestię w tym momencie. To wyglądało na tak oczywiste…
— Możliwe, ale nie wiem, czy tylko o to chodziło. Pogadaj z siostrą, proszę… i co wy z nim zrobicie? Ty i Ania? — zapytała, wbijając w niego wzrok.
— Musimy się gdzieś z nim schować i poszukać w księdze, czy by się dało mu pomóc. Ania chce, by odzyskał ciało, to znaczy zregenerował je. A ja… sam nie wiem. To chyba nie jest dobry pomysł?
Ciotka zamyśliła się, wstała i zaczęła krążyć w kółko po pokoju.
— Nie wiem, czy się tak w ogóle da. Czy to nie jest złamanie prawa naturalnego. Wiesz, co to by znaczyło dla odprawiającego — powiedziała, patrząc na niego poważnie. — Teraz się cieszy, że wyszedł z tego więzienia, ale sam pomyśl… budzisz się w obcym świecie, a twoje ciało to wysuszona skorupa — ciągnęła, zniżając głos.
— Wiem — szepnął. — Koszmar. A mama nie wie… jej rodzice też… — dodał, widząc że Ania wraca do samochodu z niewesołą miną.
— Nic nie rób na razie, nawet jak coś znajdziesz w tej księdze. I zadzwoń do Zeynep. A wiesz w ogóle, że…
— Tak — lekko się uśmiechnął na myśl o nadchodzącym weselu jej syna.
— No, dobra wiadomość nie jest zła. A ja…
— Tylko niech ciocia się nie pakuje, nie jest ciocia jakimś pogotowiem ratunkowym. Ani John — powiedział szybko Timur. Tymczasem Ania oparła się o bok samochodu, chyba czekając, aż skończą rozmowę.
— Spokojnie, na razie mu nie powiem. Ale ty się nie przejmuj, ostatnio było dużo gorzej…
— Nie wiem, czy to teraz nie jest gorzej — stwierdził Timur.
— O żesz… — sapnął, widząc że na polankę wjeżdża inny samochód, a z tyłu siedzi przynajmniej dwójka dzieciaków. — Musimy zmienić miejsce — powiedział i szybko się rozłączył.
Rozdział 5
Wyskoczył z samochodu, zamieniając się miejscami z Anią. Ta zarzuciła Ayazowi koc na głowę. Wyjechali, mijając drugie auto. Mężczyzna w średnim wieku pomachał Timurowi przyjaźnie, być może myśląc, że są młodą rodziną z dzieckiem, w podobnym wieku co ich. Timur odwzajemnił gest i nie patrząc już na niego wyjechał na drogę, zawracając w stronę Dwikóz.
— Sorry, no tak, to nie jest odludzie — westchnął. — Eee… co mama mówiła? — spytał ostrożnie.
— Nie mama, tylko tata tym razem. Chciał zadzwonić do ciebie, ale akurat prowadziłeś inną rozmowę — wyjaśniła, wypuszczając długi oddech.
— No i… — zapytał, myśląc gorączkowo, gdzie teraz się zatrzymać. Na razie postanowił objechać zachodnią część Dwikóz.
— Nie było to zbyt miłe. Później powiem — stwierdziła niechętnie. — Cham z niego. A przecież już cię poznał. A co ciocia mówiła? — zapytała. Timur wyczuł, że bardzo chciała zmienić temat.
— Jak tam chcesz. Ale jak będą nas szukać, to lepiej powiedz. Ciocia pomogła ustalić, że to jest mój kuzyn — odpowiedział spokojnie. Był niesamowicie ciekawy jej reakcji. Zerknął za siebie. Istotnie — jej szczęka opadła, aczkolwiek była to bardziej ciekawość niż zszokowanie. Właśnie wrócili na Starowiejską.
— Jak? Skąd to wiedziała? — Ania wysunęła głowę nad przedni fotel i oparła ręce na zagłówku.
— Jego ojciec, Bajdar, najeżdżał te tereny. Był wnukiem Czyngis-chana, czyli Ayaz to jego prawnuk. Ja też pochodzę od niego, choć najprawdopodobniej od innego z jego synów — wyjaśnił, mijając murowaną kapliczkę.
— Ja, jak kiedyś próbowałam robić drzewo genealogiczne, to utknęłam na praprapradziadku… dalej nikt nic nie wie i żadnych papierów nie ma — westchnęła jakby z zazdrością.
— To nic wyjątkowego. Właściwie… on miał tyle dzieci, że pół Europy to moi kuzyni. No, może przegiąłem, ale to idzie w miliony — wzruszył ramionami. Zastanawiał się, gdzie jeszcze mogliby się zatrzymać. Na mapie wypatrzył łąki za ulicą Szkolną.
— Nie lubię tego konia — powiedział chrapliwym szeptem Ayaz. Timur lekko drgnął, słysząc to tuż za swoim uchem.
— Wiem. Niedługo się zatrzymamy — zapewnił go szybko.
— Co powiedział? I gdzie ty jedziesz, na Sandomierz? — zapytała Ania.
— Że nie lubi tego konia, czyli wiesz, samochodu. Przecież nawet nie znał słowa na coś takiego. Jedziemy na takie łąki za dawną szkołą, powinno być spokojniej… zajrzę jeszcze do księgi, może zadzwonię do drugiej cioci.
— Aha… bo w sumie dobrze by było kupić coś, żeby się przebrać… i umyć się… — powiedziała cicho.
Timur zacisnął usta, bo sam chciał poruszyć ten temat. Znał go aż za dobrze po letniej wyprawie. Bardzo się wówczas przeliczył, wyobrażając sobie życie w kamperze jak przygodę wędrownych poszukiwaczy starożytnych rytuałów. Kwestie higieny, wyżywienia i anonimowości były wyzwaniem, a myślał o nich wówczas głównie John.
— Przerabiałem temat. Nawet bez Ayaza to nie byłaby hippisowska wycieczka. Zwłaszcza zimą — rzekł ponuro.
Ania zamilkła. Z szelestu za sobą Timur wywnioskował, że zapewne szczelniej otula chłopca kocem. Skręcił w Szkolną, szybko zauważając, że nie była tak porządnie odśnieżona jak droga główna. Patrzył z nadzieją na zasypane pola za halą sportową. Widział przed nią kilka samochodów. Być może trwała jakaś rozgrywka?
— Pewnie tam dałoby się wejść do łazienki — powiedział, chcąc przerwać przykrą ciszę.
— No to znowu jedno musiałoby z nim zostać tu… i tak na zmianę — mruknęła.
— Wiem… możesz iść pierwsza, ja ogarnę księgę — westchnął.
Zatrzymał się na poboczu. Mógłby spróbować wjechać pod górę na lewo, lecz śnieg był chyba zbyt głęboki. Za sobą widział tył budynku hali, ale w bezpiecznej odległości. Nie pocieszył go także widok już dość niskiego wskaźnika paliwa. Stacja była bardzo blisko Panieńskiej Góry, a Ayaz zapewne nie chciałby jej oglądać…
— Nie, nie, musisz zostać — powiedziała Ania, sadzając chłopca na siedzeniu, gdy także ruszył w stronę otwieranych drzwi.
— Nie mogą cię zobaczyć — wytłumaczył mu szybko Timur. Odwrócił się, patrząc prosto w jego twarz. Nie był pewny, ale skóra przy ustach chyba miała nieco więcej pęknięć niż jeszcze kilka godzin wcześniej. Ania wyszła i szybko oddaliła się w stronę hali.
— Dlaczego, Temir? Czemu tylko wy? — zapytał i Timur mimo chrapliwego tonu wyraźnie wyczuł żal i niezrozumienie. Szybko wziął telefon, by wyszukać w tłumaczu kilka słów, które mogłyby mu się przydać.
— Eee… bo oni nic nie rozumieją — powiedział w końcu, rozkładając ręce. Nie miał pojęcia, jak wytłumaczyć, że większość ludzi uciekłaby z wrzaskiem, a część natychmiast zabrałaby go do mediów, a potem ośrodków medycznych lub nawet wojskowych.
— Lachy? — zapytał Ayaz, marszcząc skórę w okolicach oczu. Timur mimowolnie poczuł nieprzyjemny dreszcz. Jakoś nie chciał myśleć zbyt często, że Bajdar i jego pobratymcy byli tu w niezbyt pokojowych zamiarach. Kto wie, czego Ayaz był świadkiem…
— Po-lachy, czyli Polacy. To jest ten naród — odrzekł ostrożnie. Przypomniał sobie, że mało prawdopodobne, by chłopiec zrozumiał takie pojęcie, jak naród. Szybko sięgnął po butelkę wody, marząc by wreszcie się ściemniło.
— To nie oni — stwierdził zdecydowanie Ayaz.
— Oczywiście, że to nie ci, których widziałeś — powiedział Timur. Bardzo nie chciał mu mówić, że wszyscy, których znał czy widział, nie żyli od kilkuset lat. Znów zdjął płaszcz i rzucił go na siedzenie, bo zrobiło mu się gorąco.
— Ale my cię rozumiemy. I ci pomożemy — oznajmił, zdobywając się na uśmiech, tym bardziej, że dostrzegł wracającą Anię, trzymającą kurtkę przewieszoną przez ramię.
— Znajdziecie tatę? I mamę… i wszystkich? — zapytał, wychylając się do przodu.
Timur pokiwał głową. Sięgnął po księgę, choć trudno było mu się skupić. Ania wsiadła do środka.
— Idziesz? Nawet nie myślałam, że tak się ucieszę na widok łazienki — zaśmiała się. Była w zdecydowanie lepszym humorze.
— Tak, tak, za chwilę. Dzieciak się otwiera — powiedział. — Choć miałem nadzieję, że będzie pytać o co innego — dodał zmęczonym tonem.
— Zaraz coś przetłumaczę, to i ja sobie pogadam. Ale patrzyłeś coś w tej książce?
— Trochę… na razie nic mi nie pasuje. Wiesz, to nie jest magia tatarska, tylko turecka. A Polacy mogli mieć jeszcze jakieś swoje sztuczki. To był pewnie XIII wiek, magia słowiańska jeszcze miała się całkiem dobrze — powiedział kwaśno, wychodząc z samochodu. Tym razem nie blokował drzwi.
Ruszył powoli w stronę hali. Czuł się już nieco nieświeży, choć latem byłoby zdecydowanie gorzej. Z pewną ulgą powitał mroźne, rześkie powietrze. Zanim jednak minął parking przed budynkiem, zadzwonił telefon, a na ekranie ukazała się miniaturka zdjęcia matki. Westchnął ciężko, ale odebrał. W końcu o to samo prosił Anię.
— Timur? No jak tam, kiedy wracacie? — zapytała. Timur pomyślał, że zapewne chciałaby ująć to nieco dobitniej, ale powstrzymywały ją wciąż świeże wspomnienia z Sandomierza. Stanął obok drzwi do hali, słysząc okrzyki i tupot butów z parkietu.
— Cześć, mamo. Jesteśmy w Dwikozach — odpowiedział.
— W Dwikozach? Myślałam, że zwiedzicie sobie z Anią na spokojnie Sandomierz — oznajmiła z lekkim zdziwieniem. — Nie popędzam, ale mnie by się przydało auto z powrotem…
— Na pewno jeszcze tam będziemy. Ale sprawy trochę się skomplikowały. Mamy kogoś pod opieką — wyjaśnił. A może by tak wyjawić wszystko od razu…
— Damianka? Przecież wiem, jak ma na imię — powiedziała matka z lekką irytacją.
— Nie — Timur wziął głęboki oddech. — Weszliśmy do wnętrza góry, która okazała się piramidą i jakoś… nie wiem jak… ale obudziliśmy mumię prawnuka Czyngis-chana — ostatnie kilka słów wypowiedział szeptem, bacznie rozglądając się po parkingu. Czekał na wybuch. Usłyszał z głośnika najpierw kilka urywanych wdechów, potem ciszę.
— Co… — wymamrotała słabo. — Co? Ja myślałam, że czegoś się nauczyłeś. Nie wciągaj w to tej biednej dziewczyny, błagam cię. Ona już ma ciężko.
— W nic jej nie wciągałem. Pogadaj z nią sama — odpowiedział krótko. — Teraz go pilnuje, bo na zmianę musimy załatwiać różne sprawy.
— Zostawiłeś ją z żywym trupem? — zapytała z niedowierzaniem. — Przecież to Polka! Jak to-to będzie się chciało mścić?
— Na nas na pewno nie — rzekł zdecydowanie Timur, choć ogarnął go lekki niepokój, czy faktycznie Ayaz mógłby być zagrożeniem dla innych Polaków, zwłaszcza tutejszych, mogących być potomkami jego oprawców.
— Ja… cię… proszę. Odeślij to-to tam, gdzie jego miejsce. To nie jest normalne — podniosła głos. — Już te wszystkie duchy… upiory dało się jakoś zrozumieć.
— No przecież jasne, że nie możemy go trzymać. Ale na razie nie wiem, jak to zrobić — powiedział zmęczonym tonem. Matka wciągnęła głośno powietrze.
— Jeszcze się odezwę, sorry, muszę iść do łazienki — dodał i nie czekając na odpowiedź, rozłączył się. Otworzył sobie drzwi hali i ruszył korytarzem, na końcu którego stało kilka osób, być może rodziców młodych zawodników. Znalazł po chwili symbol męskiej toalety i z prawdziwą ulgą przekręcił zamek w drzwiach.
Tęsknie spojrzał na kabiny prysznicowe, ale i tak nie miał ręczników ani mydła, poza tym nie chciał zostawiać Ani z Ayazem na dłużej. Umył twarz i ręce. Przeczesał palcami włosy i przygładził gęstniejący ostatnio czarny zarost na policzkach. Choć wolałby już się przebrać, stwierdził, patrząc na swoje odbicie, że jeszcze nie wygląda w żaden sposób podejrzanie.
Matka zareagowała i tak dużo spokojniej niż się spodziewał, ale sugestia o możliwej zemście Ayaza na Polakach nie wychodziła mu z głowy. Nawet jeśli chłopiec sam z siebie nie był agresywny, może nosił jakąś klątwę i przy potomkach jego oprawców coś by się uaktywniło? Dla bezpieczeństwa mieszkańców Dwikóz wolał tego nie sprawdzać. Duchy pokazywały się głównie w nocy i nie dało się ich dotknąć, co innego jedna, konkretna postać dziecka sprzed wieków.
Ktoś zapukał do drzwi. Timur wyszedł z łazienki i choć chciał na chwilkę zajrzeć na boisko, ruszył w drogę powrotną. Już z daleka zobaczył, że Ania siedzi z przodu, z pochyloną głową i rozmawia przez telefon. Przyspieszył kroku. Już zaczął sobie układać w głowie, co powie jej rodzicom, by nie wyjść na kogoś nieodpowiedzialnego, kto namieszał jej w głowie. Gdy otwarł drzwi, usłyszał jednak nie głos pani Doroty Świtek, lecz własnej matki. Usiadł obok Ayaza, który z niepokojem słuchał nieznanego mu, lecz niezbyt miło brzmiącego głosu.
— Mnie naprawdę nie interesuje, jak to się stało. On może być niebezpieczny, jak nie teraz, to później — tłumaczyła zdecydowanym tonem.
— On nie ma żadnych mocy, to tylko ośmiolatek z martwym ciałem, jakoś mu je naprawimy i będzie normalny — jęknęła Ania. — Timur właśnie wrócił, rozmawiał już z ciocią, a ta druga może wie jeszcze więcej.
— Naprawimy? Błagam, zostaw to w spokoju, mój mąż też chciał dużo rzeczy naprawiać. Nie ma nic za darmo — oznajmiła. — Wczoraj miałby urodziny, tak przy okazji. Pewnie kiedyś mówiłam.
— Chyba się nie dogadacie — mruknął cicho. Pocieszył się, że nie rozmawiają przez kamerkę i matka nie widzi Ayaza na tylnym siedzeniu własnego samochodu.
— Nie wiem, kto mu to zrobił, ale nikt z pani rodziny — powiedziała gorliwie Ania, ale po chwili odwróciła głowę, napotykając spojrzenie zmrużonych oczu Timura. Może i ci, którzy zamknęli chłopca w piramidzie nie byli ich rodziną, ale on sam najwyraźniej tak…
— Nie byłaś tam. Nie wiesz, jak to działa. Jak Timur to słyszy, to mam nadzieję, że pokaże, że coś go nauczyły ostatnie wypadki — odpowiedziała matka ostro. — Gdzie w ogóle trzymacie tę… mumię?
— Jesteśmy na łące za halą sportową — odpowiedział Timur za Anię, przysuwając głowę do telefonu, który trzymała w ręce. Nie chciał, by przypadkiem odpowiedziała, że w jej aucie. Dziewczyna spojrzała na niego niepewnie. Położył palec na ustach.
— To przecież blisko ludzi… nie ma jakiegoś lasu albo pól?
— Zaraz gdzieś pójdziemy — odpowiedział.
— To idźcie, tylko szybko. Musicie go załatwić — powiedziała zdeterminowanym głosem.
— No wie pani co? Jak pani może? — Ania aż uniosła się na krześle z oburzenia.
Timur na chwilę wstrzymał oddech. Mimo to, posłał Ayazowi uspokajające spojrzenie i położył mu rękę na ramieniu. Wyjątkowo się cieszył, że ten nie mógł zrozumieć ostatnich słów, choć napięcie między kobietami gęstniało z sekundy na sekundę, nawet jeśli tylko przez telefon.
— Jak duch nie ma do czego wrócić, to już nie wróci — odpowiedziała matka, ignorując ton dziewczyny. Timur niechcący przypomniał sobie jej decyzję, by skremować ciało ojca. Wyjaśniła mu wtedy, po powrocie z Sandomierza, że panicznie się bała, że coś przejmie jego zwłoki.
— Nie będę o tym dyskutować. To nie jest potwór. Mam nadzieję, że pani to przemyśli — powiedziała Ania drgającym ze złości głosem. Rozłączyła się.
— Słyszałeś? Nie wierzę, myślałam, że coś zrozumiała… — powiedziała, oddychając głęboko.
— W pewnym sensie to jest cała ona. Ale… ale i tak bym nie potrafił tego zrobić — odrzekł cicho Timur. — Na razie co innego mamy na głowie. Trzeba zatankować i kupić mu jakieś buty. Może spodnie i chociaż bluzę z kapturem…
— Wiem, wiem. Ale to było chamskie — rzekła Ania, czerwona na twarzy z oburzenia.
— Eee… ale ja nawet nie wiem, czy by to coś dało. Ania, przepraszam, że to powiem, ale co jak jego ciała nie da się uśmiercić, tak jak żywego człowieka? Potniesz, spalisz, a to wszystko się poskłada do kupy? — zasugerował ostrożnie.
— Akurat. Już mu stopy zamokły. Chyba jest odwrotnie.
— Jakbym wiedział, co dokładnie mu zrobili… czy to był jakiś rytuał, czy zwykłe pochowanie żywcem, ale coś w tym jest — zgodził się. — Jedno jest aktualne. Nie dopuszczać do niego innych osób.
Przesiadł się do przodu. Nie był pewny, czy zabieranie Ayaza w pobliże Panieńskiej Góry, gdzie była stacja benzynowa to dobry pomysł.
— Słuchaj, jakbyś z nim poszła tam na pola wyżej? Ja tylko zatankuję i wracam. Najwyżej piętnaście minut.
— On i tak chciał wyjść, a musiałam mu kazać siedzieć. Nikogo tu nie ma. Ja bardzo chętnie. Muszę się przejść — oznajmiła zdecydowanie, chowając telefon do kieszeni.
— Ayaz, pójdziesz z Anią na spacer. Muszę napoić konia — powiedział Timur z lekkim uśmiechem. Chłopiec klasnął rękami o uda, czemu towarzyszył cichy chrzęst. Najwyraźniej się ucieszył.
— A jak ktoś zobaczy… — dodał, patrząc na majaczący z tyłu budynek hali.
— Będzie w mojej kurtce. Mam maseczkę w plecaku. Z daleka nikt nie pozna, a ja pójdę w drugą stronę — odpowiedziała pewnie.
— Bądź pod telefonem — powiedział cicho Timur.
Ania narzuciła Ayazowi kurtkę i wysiadła razem z nim z samochodu z nieco większym entuzjazmem, niż Timur się spodziewał. Zaczęli się wspinać pod górę, ku bezlistnym drzewom, zapadając się dość głęboko w śniegu.
Zanim ruszył, przyłapał się na tym, że gapi się na sylwetki obojga, zmniejszające się z każdą chwilą. Ayaz uwolnił się od ręki dziewczyny i pobiegł kawałek przed nią. Z tej odległości z tyłu wyglądał jak normalny chłopiec w przydużej kurtce swojej mamy. Timur patrzył na to z dziwnym uczuciem w sercu, którego trochę obawiał się nazwać. Odjechał ulicą Szkolną ku Sandomierskiej, pierwszy raz od wyjazdu z Warszawy będąc sam w samochodzie. Cisza ta wcale mu się nie podobała.
Pędził w stronę Słupczy, już wkrótce dostrzegając sylwetkę kościoła na wzgórzu. Rozglądał się po domach. Zauważył kilka pustostanów, ale wątpił, czy przy drodze głównej zdołaliby zachować dyskrecję. Wystarczyłby błysk światła w pustym zazwyczaj oknie, jeden krzyk Ayaza, jeden przypadkowy przechodzień w złym czasie i miejscu. Gdy był już w pobliżu stacji benzynowej, zerknął na Panieńską Górę, pierwszy raz od wczorajszego wieczoru. Na dole zbocza, niewiele powyżej torów, widział małą, ciemną plamę, która była wejściem w głąb ukrytej budowli. Ktokolwiek by tam poszedł, zobaczyłby je.
Gdy stał z pistoletem do tankowania, otaksował wzrokiem zbocze. Teoretycznie dałoby się na nie dostać od tej strony, wspinając się za centrum pogrzebowym i przechodząc przez tory, jednak pora dnia i bliskość ruchliwej ulicy wykluczały taką opcję. Gdyby tylko nakłonili Ayaza, żeby się gdzieś ukrył i poczekał na nich przez te kilka godzin, choćby i w nocy, to zbadaliby resztę, nie zmuszając go do powrotu do dawnego grobu. W ostatniej chwili odłożył pistolet, wyrywając się z zamyślenia.
— Przepraszam, słabo panu? — zapytała kasjerka z pomalowanymi na jaskrawy pomarańcz włosami, zapewne studentka. Timur szybko wyprostował szyję. Naprawdę było to aż tak widać?
— Nie, nie. Dzieciak mi daje popalić — odpowiedział z krzywym uśmiechem. Mimo zmęczenia poczuł lekką satysfakcję, że w gruncie rzeczy wcale nie skłamał. Dziewczyna popatrzyła na niego dziwnie, jakby z szacunkiem.
— O kurczę. To się chwali. Ale powiem panu, że wyfrunie z domu i koło czterdziestki się zacznie drugie życie — uśmiechnęła się pocieszająco. Timur wymamrotał jakieś podziękowania i wyszedł ze sklepu. Był zadowolony, że Ania tego nie słyszała.
Gdy zasiadł z powrotem w samochodzie, napisał do niej SMS, czy wszystko w porządku. Bardzo korciło go pojechanie kawałek w stronę Słupczy i obejrzenie góry od strony północnej, czy nie ma jeszcze innej drogi niż ta przez Zieleniec i pola. Co do kryjówki, to może w mniejszych, sąsiednich miejscowościach szybciej coś by się znalazło? Odłożył to jednak na moment, gdy znów będą we trójkę i ruszył w drogę powrotną. Jęknął cicho, gdy przypomniał sobie o konieczności zakupu ubrań i dla Ayaza i dla nich, by mieli coś na zmianę.
„Jest ok, ale dobrze że właściciel nie widzi, że ktoś tu chce zrobić sobie łuk z gałęzi” — odczytał wiadomość, gdy minął tory. Wlepił na chwilę oczy w tę treść. No tak. Zapewne Ayaz był uczony takich rzeczy jak posługiwanie się bronią, może sztuki walki… Timur mógł sobie tylko wyobrażać, jak bardzo się nudził, zamknięty w blaszanej puszce.
Skręcił znów w Starowiejską, wiedząc, że i tak zaraz będzie Ogrodowa, którą wróci na drogę główną. Chciał jeszcze raz obejrzeć te strony Dwikóz, bardziej zaciszne, a jednocześnie blisko wszystkich potrzebnych sklepów. Zatrzymał go jednak korek, spowodowany przez dwa samochody dostawcze, stojące przed bramą wysokiego, białego domu, z pomalowanymi na czerwono wnękami balkonów. Zatrąbił, nie chcąc wjeżdżać na chodnik, jednak dostawczaki ani drgnęły. Z podwórka wyszedł niespiesznym krokiem wysoki mężczyzna w czarnej kurtce i dżinsach, z plecakiem, zapewne w średnim wieku, jak oszacował Timur. W ręku trzymał transporter, z którego wystawał rąbek koca.
— Wjedź na podwórko, zaraz panowie wstawią parę mebli i się ruszą — zawołał przyjaźnie. Timur spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem. Coś tu się działo, bo entuzjazm od niego bijący był wprost zaraźliwy. Teraz dopiero spostrzegł w postawionym na ziemi transporterze siwiejący pyszczek jasnożółtego psa w typie jamnika.
— Nie trzeba, to ja nawrócę na Sandomierską — odpowiedział, rozglądając się po obejściu. Śnieg był usiany śladami butów i kół. Po chwili jednak, widząc dwóch mężczyzn wychodzących z tyłu domu, zdecydował się wjechać, czując pod kołami lekki spadek terenu. Uchylił szybę i zerknął na ekran telefonu. Ania została sama już na ponad pół godziny…
— Już nic mnie tu nie trzyma. Chałupa już nie moja. Zaraz się wyprowadzam — oznajmił z dumą mężczyzna, stając przy boku samochodu.
— O — tyle zdołał powiedzieć zaskoczony Timur. — Eee… to gratulacje. Panowie pakują meble?
— To rzeczy nowego właściciela. Chyba pojutrze przyjeżdża. Ja się z jednym plecakiem wynoszę. No i z nim — wskazał na transporter.
Timur gorączkowo się zastanowił nad jedną opcją. Ten mężczyzna musiał być rodowitym Dwikozianinem, a skoro za chwilę go tu nie będzie…
— No, zaraz się ruszą — mruknął, patrząc na pojazdy dostawcze.
— Przepraszam — zawołał Timur. — Ja… szukam jakiejś kryjówki, jakiejś miejscówki, gdzie mógłbym przeczekać parę dni.
Uśmiech mężczyzny lekko zbladł, ustępując miejsca zaintrygowaniu. Timur uznał to za dobry sygnał, skoro nie wystraszył się tej dziwnej prośby…
— Coś nawyrabiałeś? Chyba nie jesteś tu sam, co? — zapytał z porozumiewawczym uśmiechem. Timur zauważył, że zapomniał schować torebkę Ani pod krzesło…
— Tak jakby. Ale nie jestem jakiś kryminalny — powiedział, czując że się poci.
— No to zaraz jest Browarna, taka pusta chałupka… nie przejmuj się pan, ja ostatni dzień jestem w Dwikozach, nic nie widziałem i nie słyszałem — odpowiedział, patrząc na dom z satysfakcją. — Jak coś się tu stanie, to poczytam już we Włoszech.
— Włoszech… wow. Dziękuję — odpowiedział.
Był pod wrażeniem. W tej samej chwili jeden z pojazdów wreszcie ruszył i Timur mógł wyjechać na drogę. Obejrzał się jeszcze, ale mężczyzna zdążył zniknąć z tyłu budynku. Może to i lepiej, że nie zdążyli się sobie przedstawić…
Ruszył czym prędzej w stronę skrzyżowania z Górną i Ogrodową, zerkając na wskazane przez mężczyznę miejsce. Była to wąska, boczna uliczka, a po lewej stronie wjazdu widniały resztki jakichś murów. Na końcu majaczyły ceglane budynki, ale nie miał czasu, by tam zaglądać. Postanowił, że w ostateczności spędzą jeszcze jedną noc w aucie, po czym wrócą do piramidy. Ledwo spoglądając na okolice ulicy Ogrodowej, wyjechał na Sandomierską. Chciał jak najszybciej dotrzeć do pozostałej dwójki. Było dopiero południe, zatem do zmroku mieli jeszcze kilka ładnych godzin. Może udałoby się w tym czasie coś jeszcze ustalić…
Rozdział 6
„Będę za minutę. Nie wychodź na drogę” — napisał dziewczynie. Widział już, że ilość samochodów przed halą była jeszcze większa, a koło drzwi kręciło się kilku mężczyzn. Miał nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy zrobić sobie spaceru po ośnieżonych polach.
Stanął nieco dalej niż wcześniej, patrząc na ślady kół. Dopiero teraz zauważył postawioną przy drzewie po prawej stronie kapliczkę. Figurki Jezusa i Maryi widniały za szkłem, przystrojone sztucznymi kwiatami, kontrastującymi z wszechobecnym śniegiem. Czekał przez może dwie minuty, aż zobaczył przedzierającą się przez drzewa Anię, za którą dreptał Ayaz, wyglądający jak kurtka poruszająca się o własnych siłach. Timur odetchnął.
— Sorry, że tak długo — powiedział cicho, wyskakując na zewnątrz i przytulając ją. Wydała z siebie zaskoczony śmiech.
— E tam, długo. To dobrze robi na głowę — stwierdziła. Miała rumiane od przymrozku policzki i lekko splątane włosy.
— Zostaw, Timur zrobi ci lepsze — pokazała Ayazowi gest rzucania czegoś na ziemię. Ten jednak nadal trzymał wygiętą gałąź z kawałkiem sznurka, owiniętym ciasno wokół końców.
— Sam to zrobiłeś? Brawo! — Timur przyklęknął przed nim, spostrzegając przy okazji, że ma na stopach foliowe reklamówki po bułkach.
— Improwizacja — powiedziała Ania, wzruszając ramionami, jednak na jej ustach błąkał się cień zadowolenia.
— Nie przydał się. Żadnych zwierząt — zauważył Ayaz, zwracając twarz w stronę narzędzia. Gdyby miał lepiej zachowaną skórę twarzy, zapewne skrzywiłaby się w grymasie rozczarowania.
— Może przyjdą później. Tu jest głośno — odrzekł Timur i zwrócił się do Ani:
— Chyba mam kryjówkę. Taki mały, pusty domek niedaleko rzeki. Trzeba załatwić jeszcze parę rzeczy i wieczorem spróbujemy tam wejść.
— Rzeki? Gdzie ty byłeś? — zapytała, patrząc na niego uważnie.
— Zrobiłem sobie mały objazd bocznymi drogami. Przy głównej nie ma opcji, żebyśmy się ukryli… a tam chyba jest w miarę cicho. A tak w ogóle to wsiadajmy.
Gdy usadowili się już w aucie, zostawiając Ayazowi całe tylne siedzenie, Timur kontynuował:
— Chciałbym porozmawiać z ciocią Zeynep, a potem… nie wiem jeszcze kiedy… ale musimy wrócić do piramidy — powiedział, krzywiąc się lekko.
— Ale jak go tam weźmiemy? Przecież on nie będzie chciał wracać — Ania zmarszczyła brwi.
— No przecież wiem. Ostatnio w nocy jakoś spał. Może jeść nie musi, ale spać chyba tak. Jakoś mu wytłumaczymy… — rozłożył nieco bezradnie ręce.
— My… — mruknęła, jakby myślała o czymś zupełnie innym.
Ich oczy spotkały się na jedną, szybką chwilę, pełne jakiegoś cichego żalu. Timur zerknął na Ayaza, bawiącego się gałęzią na tylnym siedzeniu. Chłopiec szybko opuścił głowę, ale Timur i tak wiedział, że śledzi tę wymianę zdań w niezbyt spokojnym tonie.
— Już niedługo będziemy w jakimś przytulnym, zimnym i zatęchłym pokoiku — uśmiechnął się krzywo. — Tak jak miało być, prawda?
— Nie mów mi, żeby uważać, o co się prosi — powiedziała, pociągając nosem. Położył ostrożnie rękę na jej dłoni, spoczywającej na boku fotela. Nie odsunęła jej, ale i nie uścisnęła.
— Wszystko jest aktualne. Jeszcze sobie wszystko zwiedzimy. Jeszcze wszystko zobaczymy — zapowiedział stanowczo.
— Wiesz? Ciocia mi mówiła, że tu nie ma winnych, jak ściągnąłem ostatnio tamte sytuacje. Ktoś by go kiedyś odnalazł. Może miałby o wiele gorsze nastawienie niż my.
— A my mamy dobre? — zapytała prawie szeptem.
Timur zapatrzył się na chwilę w lusterko nad głową. Widział w nim kawałek czupryny Ayaza w kolorze wyblakłej czerni.
— Najważniejsze, że od niego nie uciekamy i nie przypominamy mu, że jest… no wiesz. Przecież to jest koszmar, obudzić się po wiekach w takim stanie. Dobrze że nie jest starszy, bo chyba już totalnie by się załamał — Timur także ściszył głos. — A może… bo nigdy tego nie zrobię — i wybrał na telefonie numer Zeynep.
— Przecież już do niej pisałeś, tak? — zapytała Ania, prostując się nieznacznie.
— Tak, ale tylko czy w ogóle mogę zadzwonić jutro, to znaczy już dzisiaj. Dalej średnio ogarnia odpisywanie, ale młodzież ją zmusiła do odbierania telefonów — uśmiechnął się lekko, słysząc ciągły sygnał. — Weź telefon i wejdź na tłumacza, może się przydać…
— Ciągle zapominam zapytać, co ci mówiła na weselu — powiedziała, wyciągając smartfona.
— Głównie żebym w piórka nie obrósł, bo tamten świat tego nie lubi — mruknął. W tym momencie ciotka wreszcie odebrała. W tle był gwar dość głośnych rozmów.
— Timur Almasow — powiedziała, przeciągając lekko wymawianie nazwiska, jakby się tym delektowała. — Chciałeś porozmawiać, tak?
— Witaj, ciociu. Jestem na wycieczce w Dwikozach i kogoś… obudziłem — odrzekł, mając nadzieję, że nie przekręcił słów. Ania przystawiła swój telefon, który tłumaczył ich słowa po tatarsku na bieżąco.
— Poczekaj… — rozległ się szelest i po chwili dźwięki w tle przycichły. — Mam teraz dużo osób w domu.
— Jestem teraz z Anną. Znaleźliśmy wejście do ukrytego miejsca — nie wiedział, jak jest piramida po tatarsku. — Było tam ciało dziecka sprzed wieków. Gdy stamtąd wyszliśmy, ono później poszło za nami — streścił tak jak umiał, biorąc pod uwagę jego wciąż podstawową znajomość tatarskiego.
Usłyszał ze słuchawki coś jak zirytowane westchnięcie, które mogło być jednak równie dobrze złapaniem powietrza. Zeynep, co zauważył na weselu, nie należała do osób lubiących ruch, a chociaż nosiła obszerne muzułmańskie stroje, była w widoczny sposób dużo tęższa od siostry, której zdarzyło się nawet trenować sztuki walki.
— Jak się zachowuje? Jak wygląda? — zapytała w końcu. Gdy telefon Ani przetłumaczył jej te słowa, w oczach dziewczyny znów odbił się podziw i lekka zazdrość.
— Wobec nas jak dziecko. Nie wiem, jak wobec innych. A wygląda jak zwykła mumia, jak martwe ciało, ale chodzi i mówi — wyjaśnił. Od lusterka odbiło się słońce, co przypomniało mu o upływającym czasie do zmroku. Wyciągnął rękę, by je ustawić tak, by go nie oślepiało.
— Jak… — mruknęła ciotka niskim altem, jakby zapytywała samą siebie. — A jak był pochowany?
— O właśnie. Zapomniałem. Bo ciocia Khadija pomogła mi ustalić, że to syn Bajdara. Nazywa się Ayaz. To nasz kuzyn. A był pochowany w sarkofagu bez ozdób, bez skarbów, bez niczego. Musiał się z niego wydostać, ale wyjść z komory już nie dał rady. Umarł niedaleko sarkofagu, zapewne z głodu, po kilku dniach — Timur wysilał pamięć, próbując przekazać wszystko, co już wiedział. Otworzył widok dzielonego ekranu i zaczął tłumaczyć kilka innych słówek.
— Syn swojego ojca — powiedziała Zeynep i Timur przez chwilę się zastanowił, czy odnosi się to do Ayaza, czy do niego samego. — Pamiętasz, jak dokładnie wyglądał jego grób? Na pewno bez ozdób? Jeśli to jeden z synów wielkiego chana, to nie mógł być tak pochowany — mówiła zdecydowanie.
— Tak… choć byliśmy tam dość krótko — zawahał się Timur. — Nawet się zastanawialiśmy, czy to nie było pochowanie żywcem.
— Z tego co mówisz, musiało tak być, ale może coś wyniósł do innych komór, może porozrzucał z rozpaczy. Ale nic nie robiłeś, ani Anna, by go budzić?
— Dotknęliśmy go by przewrócić na plecy, to wszystko — zapewnił Timur.
— Och — westchnęła Zeynep. — Może to jakiś trop. Ale paskudnie mi to wygląda. Ja naprawdę nie słyszałam, żeby bez rytuału duch wrócił do ciała. Może go ktoś przeklął, by to tak zadziałało.
Zaintrygowany tym przypuszczeniem Timur drgnął zaskoczony, gdy poczuł łaskotanie czegoś chłodnego na policzku. Odwrócił się. Ayaz wychylił się do przodu, niemal nad jego głowę, słuchając z zainteresowaniem zrozumiałej dla niego mowy.
— Moja ciocia się zastanawia, co zrobić — wyjaśnił mu szybko.
— Klątwa? Ale z tej księgi, co mam? — dopytał ciotki.
— Tam jest magia turecka. Nie chciałam psuć zabawy na weselu, ale myślałam, że na coś jeszcze kiedyś trafisz. Ale wracając. Magia turecka to tylko jedna z tylu… tylu… większość narodów czy regionów miało swoją. Polska także. Może to takiej użyto — mówiła teraz krótkimi zdaniami, jakby się spieszyła.
— Nie znam żadnej magii słowiańskiej, czy ogólnie polskiej. Ale poczytam. Naprawdę nic w tej księdze nie ma? — zapytał nieco desperackim tonem.
— Tam są głównie sposoby, jak pożegnać duchy lub spróbować je wezwać, przemieszczać je między ciałami. Już przecież trochę wiesz. Ale do każdego działu jest odpowiedni rytuał, a skoro nic nie odprawiliście, to musiała być klątwa. Na razie trzymajcie go z dala od ludzi — przestrzegła surowo.
— Lachy coś mówili i palili — odezwał się Ayaz dziwnym, zamyślonym tonem, jakby coś sobie przypominał. Ania spojrzała na niego z niepokojem.
— To on powiedział? — zainteresowała się Zeynep. W tej chwili ktoś głośno zawołał jej imię.
— Tak. Słucha nas — odpowiedział Timur. — Bądźmy w kontakcie, już nie przeszkadzam…
— Żeby ktoś wam nie przeszkodził — zakończyła ponuro i rozłączyła się. Ayaz cofnął się na tylny fotel, czemu towarzyszył cichy chrzęst.
— Możliwe, że ta księga tu nie pomoże. Ciocia mówiła, że to mogła być inna magia niż w niej, na przykład polska — powiedział Timur z rozczarowaniem. Ania odłożyła telefon.
— Większość słówek wyłapywało, coś tam mi przetłumaczyło. Ale czemu nie spytałeś o tę regenerację?
— Eee… za krótko gadaliśmy, miałem tyle innych pytań — westchnął Timur.
Naprawdę zapomniał o tej kwestii, ale pomyślał, że i tak nie chciałby jej poruszać na żywo. Mimo wszystko zapytał o taką możliwość w wiadomości SMS, którą szybko wysłał Zeynep. Ania przysunęła się, jakby się upewniała, czy naprawdę to zrobił.
— Dzięki. Może nie ma co kombinować? Dzieci w tym wieku szybko ogarniają język. Można by go było przedstawić jako uchodźcę, że rodzice zginęli na wojnie, czy coś. Dostałby drugą szansę, patrz jak szybko się uczy, już nie boi się samochodu ani telefonów — ciągnęła Ania z błyskiem w oczach. Timur przełknął ślinę i utkwił wzrok w kapliczce za oknem.
— Co o tym myślisz? — zapytała. Z pewnym oporem spojrzał na nią. Wyglądała na naprawdę podekscytowaną taką wizją.
— A może co Ayaz o tym myśli? — odbił pytanie. Miał wielką ochotę uchylić szybę, choć w samochodzie nie było zbyt ciepło. — Hej, chciałbyś… eee… wyzdrowieć? Poznać nowych ludzi? — zwrócił się do niego, w ostatniej chwili zmieniając słówko oznaczające „odzyskać ciało” na właśnie — „wyzdrowieć”.
— Wyzdrowieć… — szepnął, spuszczając głowę i przyglądając się reklamówkom na swoich stopach. — Ale mnie nic nie boli — oznajmił głośno.
— Co to znaczy? — spytała natychmiast Ania.
— Że go przecież nic nie boli, a pytałem czy chciałby wyzdrowieć — odpowiedział Timur, który się nagle zastanowił, czy chłopiec w ogóle miał okazję widzieć swoją twarz w lustrze czy szybie. Czy to było możliwe, że nie powiązał odbicia z własnym wyglądem? Przecież wiedział, jak wygląda jego tułów i kończyny…
— A inni są głośni i tak śmiesznie chodzą — dodał Ayaz, wyglądając za okno. Spod hali właśnie odjeżdżał jeden z samochodów.
— Dobrze. To na razie będziemy tutaj, a jak zrobi się ciemno, to znajdziemy domek — powiedział Timur.
— Chyba nie jest jakiś nieszczęśliwy przez swój stan… albo jeszcze go nie pojmuje. Ale pamiętaj, kim on jest. To nie zagubiony dzieciak, tylko syn wodza sprzed ponad siedmiuset lat. Nie wiem, który z kolei, ale na pewno był ważny — zwrócił się teraz do Ani, która spojrzała wymownie w górę.
— Ale był, to znaczy jest… zdrowy. Wiesz, nie tak jak Damian — szepnęła.
Skuliła się na krześle i wyciągnęła z plecaka podręcznik do matematyki, z którego wystawały złożone kartki z zadaniami. Timur wziął sobie kolejną bułkę, obserwując otoczenie. Cieszył się w duchu, że nikomu nie przyszło na ten moment do głowy wybrać sobie tego miejsca na sanki czy kulig. Miał nadzieję, że uda im się doczekać tu do siedemnastej.
Bardzo chciał znaleźć się w ciepłym pomieszczeniu, przebrać się i umyć, ale w towarzystwie Ayaza każdy ruch wiązał się z ryzykiem ujawnienia. Możliwe że posłuchałby ich, gdyby kazali mu poczekać gdzieś spokojnie, lecz Timur wolał nie ryzykować. Gdy Ania zaczęła coś rozwiązywać, a Ayaz zwinął się w kłębek na tylnym siedzeniu, wyciągnął Księgę Grodów. Towarzyszyły temu ukradkowe spojrzenia dziewczyny.
Po dość krótkim czasie znalazł coś, co mogłoby być jakimś rozwiązaniem. Jedna z mniej wytartych stron opisywała inkantację na sprowadzenie ducha do ciała, gdy to jest zniszczone lub bardzo uszkodzone. Wymagało jednak świeżych zwłok, które miałyby posłużyć jako nowe miejsce dla takiego ducha. Palce lewej ręki Timura, na których widniały drobne blizny, lekko zadrżały. Czym prędzej przewrócił stronę.
— Coś tam jest? — zapytała Ania, jakby tylko czekała na jakąś zmianę w jego zachowaniu.
— W pewnym sensie. Ale jak nie masz cieplutkich zwłok pod ręką, to jestem bezradny — powiedział, rozkładając ręce. Dziewczyna wciągnęła cicho powietrze.
— Ale to byłby on? Ten sam Ayaz?
— Nie było tematu — oznajmił stanowczo.
Wertował strony dalej, jednak nie wszystko rozumiał, a to co zdołał przetłumaczyć, nie pasowało do ich sytuacji. Wtedy przyszedł SMS od Zeynep. Chwycił chciwie telefon i odczytał wiadomość „Ani mi się waż. Pamiętaj o ojcu”.
— No widzisz? Nie mamy błogosławieństwa dla takiego planu — stwierdził. Ania wróciła rozczarowana do podręcznika.
— Może by łaskawie wyjaśniła?
— To nie taki typ jak Khadija. Kiedyś eksperymentowała z rytuałami, skutkiem była śmierć jej chłopaka. A czasem mi się wydaje, że i o moim tacie wie więcej, niż myślę — powiedział Timur. Nie zdziwiło go pierwsze zdanie, nawet się ucieszył że ciotka zabroniła takich kroków, ale ta wzmianka o ojcu? Wciąż nie wiedział, co dokładnie Damir chciał zrobić przed śmiercią.
Znów zapadła cisza. Timur odjechał jeszcze kawałek dalej, chowając samochód w cieniu gałęzi drzew rosnących nad drogą. Tylna ściana hali sportowej była stąd prawie niewidoczna.
— Jakby twoi rodzice z bratem wyjechali gdzieś na ferie… na kilka dni chociaż… to moglibyśmy posiedzieć u ciebie — zaproponował Timur po pewnym czasie.
— Teraz to nie ma opcji, żebym im wyskoczyła z taką propozycją. Mają tylko jeden pomysł, co można robić z chłopakiem w domu — lekko się uśmiechnęła. Spojrzeli na siebie.
— Tamten wieczór… — zaczął Timur. Minęła prawie doba, a żadne dotąd nie wróciło do tego tematu. To już nie był ich wspólny wyjazd i Timur dobrze o tym wiedział, od kiedy wpuścił Ayaza do samochodu.
— Tak. Miał być nasz — szepnęła. Z podręcznika wypadła pojedyncza kartka zapisana obliczeniami. Niebo zaczęło szarzeć.
Rozdział 7
Opel Corsa powoli zbliżał się do ulicy Sandomierskiej. Ciemniało już dość szybko, choć pogoda w telefonie podpowiadała, że mróz będzie mniejszy niż w ostatnich dniach i osiągnie maksymalnie minus trzy stopnie.
— Jutro już musimy pamiętać o tych ciuchach — mruknęła Ania. — Szybko człowiek się robi brudny, co nie?
— Też się zdziwiłem. Wiesz, wtedy. Latem było o wiele gorzej, jak płynęło z człowieka — odpowiedział Timur.
Wątpił, czy pobyt w opuszczonym domu (jeśli faktycznie był opuszczony) przyczyni się do poprawy ich higieny. Jedyną korzyścią, jaką dostrzegał, było więcej przestrzeni i ukrycie się przed ciekawskimi oczami. Trudno było mu uwierzyć, że od odkrycia wejścia do piramidy mija dopiero doba.
— Wiesz, jak o tobie wtedy myślałam? Że jesteś taki wolny, jeździsz sobie z krewnymi z zagranicy kamperem po kraju i szukasz jakichś tajemnic. A twoja mama zachowywała się jak typowy złol, prześladujący bohaterów — mówiła cicho. Timur właśnie skręcił w Ogrodową.
— Ja też myślałem, że to będzie coś w tym stylu — powiedział z goryczą. — Ale to nie jest nic fajnego, paranoja czy nikt cię nie widzi, nie masz pojęcia, czy się uda, a takie rzeczy jak żarcie i ubrania same się nie załatwiają. O właśnie. Co do załatwiania — tu zakreślił palcami cudzysłów — to też bywa problemem.
Ania zachichotała krótko.
— Ciekawe skrzyżowanie… — zauważyła, gdy dotarli do zbiegu ulic Starowiejskiej, Górnej i Rzecznej. Na środku była kolejna kapliczka.
— Kiedyś to wszystko obejdziemy i pozwiedzamy — zapewnił Timur, nieco głośniej niż chciał. Zastanowił się, gdzie stanąć. Zaparkowanie niedaleko tego domku nie wydawało mu się dobrym pomysłem.
— Gdzie jest to miejsce?
— Niedługo w lewo. Ale nie chcę zostawiać samochodu obok, bo się zainteresują.
W końcu zatrzymał się, najeżdżając na chodnik. Miał nadzieję, że nie znajdzie mandatu za wycieraczką. Stypendium rektorskie miało mu przyjść dopiero bliżej końca lutego. Na końcu ulicy widział murowaną kaplicę, wyglądającą jak miniaturowy kościółek, a główną drogą sunęły samochody. W wielu oknach Starowiejskiej świeciły się już światła, ale na szczęście nikt nie spacerował w pobliżu.
— Trzeba go jakoś przeprowadzić — westchnął Timur. — Może z tym kocem przejdzie…
— Chodź, idziemy w inne miejsce — powiedziała Ania do Ayaza, który zdawał się być wcześniej pogrążony w drzemce. Podniósł głowę. Dziewczyna szybko przetłumaczyła te słowa na tatarski i je powtórzyła.
— Dobra, to tak… — Timur wziął Księgę Grodów i plecak do którego wepchnął powerbanka i resztę jedzenia. — Idziemy zdecydowanie, ale nie biegniemy — ostrzegł.
Wysiedli na zewnątrz. Ania starannie okryła Ayaza kocem. Ruszyli w dół Browarnej, biorąc chłopca między siebie. Timurowi serce biło jak szalone. Pierwszy raz wyszli we trójkę na ulicę. Gdzieś niedaleko zaszczekał pies, a światło na górnym piętrze najbliższego domu akurat się zapaliło.
— Tam… — mruknął. Widział już sylwetkę niewielkiego domku, z blaszanym dachem zardzewiałym w kilku miejscach, dość dobrze widocznego mimo braku lamp ulicznych. Była to krótka uliczka, a idąc za ostatnie zabudowania, dotarliby do rzeki Opatówki.
Przeszli bez problemu przez uchyloną furtkę, z której zwisał rozerwany łańcuch. Podwórko było niemal puste, oprócz studni i przewróconej kanapy w rogu ogrodzenia. Z przodu jednak nie było wejścia, z czego Timur nawet się ucieszył. Musiało być zatem od strony rzeki. Dotarli za dom, gdzie zauważyli schodki wiodące ku drzwiom, a pod schodkami z kolei widniało ciemne, otwarte wejście do piwnicy lub sutereny. Z telefonu Ani nadeszło powiadomienie. Timur usłyszał, jak syknęła z irytacji.
— Poczekajcie — powiedział cicho do niej i Ayaza.
Wspiął się na schody, czując serce gdzieś w okolicach gardła. Najprawdopodobniej nikt ich nie zauważył lub przynajmniej o nic nie podejrzewał, ale kto mógł zagwarantować, że dom jest pusty… lub w ogóle otwarty. Jak na złość — drzwi ze zmatowiałą szybką były zamknięte. Szarpnął wąską, metalową klamką, lecz nie puściła. Cofnął się o dwa kroki, rozważając wyważenie drzwi. Mogłoby się to udać, biorąc pod uwagę jego przysadzistą sylwetkę, ale wywołałoby niepożądany hałas.
— Zamknięte? — zapytała niespokojnie Ania.
— Spróbujemy dołem. Powinno być jakieś przejście — odpowiedział, schodząc na podwórze. Wyciągnął telefon.
— Tu chyba nikt nie zobaczy. Nie widziałem okien na tym poziomie — mruknął i wszedł pierwszy do wejścia na poziomie gruntu. Włączył latarkę w urządzeniu.
Timur zobaczył podmurowane, zawilgocone pomieszczenie, w którym stał żeliwny piec na węgiel i szereg mocno podgniłych szafek, na których błysnęło jeszcze kilka słoików. Usłyszał za sobą kroki pozostałej dwójki. Podłoga — a właściwie ziemia — była zaśmiecona puszkami i butelkami, a w rogu zauważył spleśniałe koce, gdzie zapewne urzędował już jakiś bezdomny.
— Mój łuk — przypomniał sobie Ayaz, w ogóle nie przejmując się stanem pomieszczenia. Przynajmniej niczym tego nie okazał.
— Ania też ma broń — powiedział mu Timur, przypominając sobie o jej gazie pieprzowym. Wtedy zobaczył to, na czym zależało mu najbardziej. Klapę w suficie.
— Niby dom, a chyba zimniej niż w aucie — powiedziała cicho dziewczyna.
— Bo od gruntu tak ciągnie. Tam jest przejście na górę. Ale nie ma drabiny — odpowiedział z lekką irytacją. Wziął leżący kawałek drewna, będący zapewne niegdyś półką i postukał w klapę, która podniosła się nieco. Gdzieś na zewnątrz, całkiem niedaleko, rozległo się kwakanie kaczki.
Ania także poświeciła telefonem i rozejrzała się, po czym podeszła do półek.
— Nie dałoby się na tym stanąć?
— Może ty tak, ale pode mną chyba się załamie — zaśmiał się krótko.
— A jakbyś mnie podsadził?
Po chwili Timur podniósł ją i posadził sobie na barana, z pewną miłą satysfakcją stwierdzając, jak lekka mu się wydała. Pchnęła rękami klapę, która z głośnym trzaskiem uderzyła w podłogę na piętrze.
— Sorry… — syknęła, gdy stanęła mu na ramionach i wydrapała się szybko na górę. Ayaz podszedł do Timura, zadzierając głowę.
— I co? — zapytał szybko.
— Da się żyć. Całkiem czysto — zawołała cicho, znikając mu z oczu. Timur, świecący latarką, dostrzegł ściany pomalowane w jakieś kwiatowe motywy i dość ponure, wygięte wieszaki.
— Odsuńcie się — poprosiła, podchodząc do krawędzi z dwoma krzesłami. Odebrał je i położył tuż pod otworem.
— Teraz ty — powiedział do Ayaza i uniósł go, a ten wydał z siebie zaskoczony pisk. Był lekki jak wysuszona gałąź. Timur miał nadzieję, że nic mu nie złamie, ale gdy tylko jego ręce chwyciły krawędzi, wydrapał się z zaskakującą zwinnością.
Teraz na dole został tylko Timur, widzący patrzące na niego twarze Ani i Ayaza. Stanął ostrożnie na krzesłach, które ustawił na sobie. Miał teraz podłogę na wysokości piersi. Na zewnątrz zawyła straż. Ania sapnęła.
— Luz, zaraz obok mają siedzibę — powiedział szybko, wracając pamięcią do samotnego przejazdu tą drogą.
Podskoczył, lądując na brzuchu na niebyt czystej podłodze, co odczuł w swoim nosie, w którym zakręciło się od kurzu. Odbił się nogami i niezgrabnie się podniósł. Przez chwilę stali w milczeniu, dysząc cicho.
— No to… na salony — powiedział, otrzepując się. — Tylko nie świecić po oknach…
Znajdowali się w czymś w rodzaju opróżnionej spiżarni, z której prowadziły drzwi na pokryty boazerią korytarz. Wyszli tam powoli. Z korytarza wiodły drzwi do dwóch pomieszczeń: jedno musiało być kuchnią, czego dowodził stół z dwoma krzesłami identycznymi jak te, które zrzuciła Ania. Drugi zapewne pełnił rolę pokoju sypialnianego, lecz na razie tam nie zajrzeli. Na suficie widniała kolejna klapa, tym razem na strych.
— Jak na naszą sytuację, to wygryw trochę — stwierdziła Ania. Timur mruknął z uznaniem.
Drzwi zewnętrzne wyglądały na nienaruszone, a niechciani lokatorzy piwnic chyba nie zadawali sobie trudu wspinaczki na górę. Nie było tu śladów graffiti czy śmieci, choć pomieszczenia wyglądały na opróżnione z ważniejszych sprzętów. Mogli je zabrać właściciele lub spadkobiercy.
— Ty to jednak masz nosa — dodała. Zdjęła plecak i odwiesiła na haku.
— To znaczy… w sumie taki facet mi wskazał to miejsce — wyjaśnił Timur. — Mieszka… w sumie to mieszkał… jakieś dwa domy stąd.
— Co? Mówiłeś o tym komuś? — zawołała z zaskoczeniem. — Przecież…
— Bo się wyprowadzał stąd. Właśnie dziś, a może jutro. Nikomu nic nie powie, jestem pewny. Wynosi się stąd i to za granicę.
— Ale co mu powiedziałeś? — drążyła z niepokojem.
— Tylko że potrzebuję jakiegoś miejsca na kryjówkę. Przecież bym nie wspomniał o żywej mumii — prychnął. — Widział twoją torebkę. Pewnie myślał, że szukam miejsca na schadzkę, może z jakąś niewierną żonką… — zachichotał.
Ania zacisnęła usta, zerkając na szybkę w drzwiach.
— Wtedy, w Sandomierzu, wygrzebaliśmy się z gruzów tylko dlatego, że pozwoliliśmy sobie pomóc — dodał poważnie.
Przeszli we trójkę do kuchni. Było prawie zupełnie ciemno, nie wspominając o chłodzie, ale po ciasnocie samochodu Timur i tak poczuł się tu o wiele lepiej. Jedyne źródło światła stanowiły lampy uliczne na Starowiejskiej. Usiedli na dwóch krzesłach, natomiast Ayaz obchodził powoli pomieszczenie. W ciszy było słychać szelest reklamówek na jego stopach.
— Zaraz zobaczymy ten drugi pokój. Ale coś mi się zdaje, że nie ma tu łazienki — zauważył Timur po krótkim czasie, gdy oboje nadrabiali wiadomości na telefonach, oświetlających ich twarze.
— No tak, nie było tu jakoś bogato — westchnęła Ania. — Ale dobrze by było się umyć…
— Jak nic się nie wymyśli, to rano wbijemy jeszcze raz do tej hali. Tam są prysznice. Kupimy parę ciuchów w mieście. Jak chłopak będzie spokojny, to jedno z nas może nawet jechać busem, są co chwila — zastanowił się Timur. Łapał się na myśli, że chciałby podejść do kontaktu i włączyć światło w zimnym, ciemnym pomieszczeniu.
— A co z górą?
— To samo. Jak Ayaz będzie tu siedzieć, to się wybierzemy. Albo tylko ja.
— Tego bym ci nie darowała — uśmiechnęła się dziewczyna krzywo.
Gdy na stole położyli księgę, a pod nim torby z jedzeniem, poszli razem do drugiego pokoju. Była to rzeczywiście sypialnia, w rogu stało proste łóżko, z żółtawym ze starości materacem, a przy ścianie leżała pościel, z której wysypywało się pierze. Naprzeciw błysnęła biel piecyka kaflowego i ostry kształt trofeum myśliwskiego w postaci poroża. Było kilka szafek, na których dostrzegli jeszcze kilka pamiątek i świętych obrazków. Jedynym plusem, jaki Timur zauważył, było okno z widokiem akurat na całą długość Browarnej i fragment Starowiejskiej. Z okna w kuchni widzieli głównie gałęzie drzew.
— Przepraszam, zapomniałam — powiedziała nagle Ania, odwracając się do Ayaza na korytarzu. Klęknęła, ściągnęła mu reklamówki z nóg i cisnęła w kąt.
— Może chciałbyś lepsze odzienie — zasugerował mu Timur. W półmroku szkieletowa sylwetka chłopca wyglądała dość upiornie i student zastanowił się, jak szybko się do tego przyzwyczaili.
— Ale to jest moje. Jest dobre — odpowiedział nieco urażonym tonem.
— Och… ale gdybyś czegoś chciał, po prostu poproś — Timur wzruszył ramionami. Spojrzał na telefon. Było dopiero po osiemnastej. Może, skoro są względnie dobrze ukryci, coś jeszcze zdołaliby zrobić…
— Twoja mama do mnie napisała — powiedziała Ania, tym razem chyba rezygnując z pytań, co znaczą poprzednie zdania po tatarsku.
— Tak?
— Jedna, krótka kwestia. Czy załatwiliśmy sprawę — wypuściła ciężko powietrze.
— No to sobie poczeka… przecież nie jedziemy do mnie do domu, żeby miała takiego małego na karku. Żebyśmy jeszcze wiedzieli, jak to… eee… załatwić — powiedział Timur niechętnie. Spróbował usiąść na łóżku i od razu poczuł na spodniach nieprzyjemny chłód i wilgoć.
— A twoja? — zapytał.
— Na razie cisza. Ale to mnie jakoś nie uspokaja. Może im wyślemy selfie z Ayazem? — zapytała takim tonem, że Timur nie miał pojęcia, czy żartuje.
— Dopiero pytałaś, czemu gadałem z kimś z Dwikóz — burknął. — Może to ja im wyjaśnię sytuację, ale już jutro.
— Chciałabym to usłyszeć — zaśmiała się.
Timur podszedł do okna. Co do jutra, przyszedł mu do głowy jeszcze jeden pomysł. Gdy spojrzał w lewo, zauważył biel tamtego domu, przy którym był. Przez szybkę w drzwiach świecił się żółtawy pasek, a zatem tamten mężczyzna musiał jeszcze tam być. Może by go odwiedzić i podziękować za wskazówkę?
— Mój tata też miał niezłe cyrki z teściową, czyli moją babcią. Darli koty aż do jego śmierci. A jego rodzice z kolei nigdy nie akceptowali mamy… — powiedział wolno, gdy wrócili do kuchni i usiedli przy stole.
— Mój dziadek od strony mamy zmarł, jak była na studiach. Pewnie z nim tata miałby jeszcze gorzej — dodał, odwracając się znów do okna. Ania słuchała z poważną miną.
— Nie wiem, czy to jest to samo — odpowiedziała cicho. — Twój tata miał dwie zdrowe starsze siostry, a ja… no wiesz. I jednak w ogóle nie był z Polski. Ty nie masz podwójnego obywatelstwa, co nie?
— Nie, nie. Chyba nawet nigdy nie byłem w Tatarstanie, nawet jako małe dziecko. Z mamą dalej trudno o tym rozmawiać, w sumie się nie dziwię.
— A twoja babcia wiedziała, co badał twój tata i ciocia?
Timur zastanowił się, bo sam nie miał pewności. Z pewnością Damir dokładał wszelkich starań, by pani Danuta Lachowska wiedziała tylko to, co powinna. Może pochodzenie i język były wystarczającym argumentem, nawet bez tajemniczych spraw i artefaktów.
— Mam nadzieję, że nie. Ale czegoś musiała się domyślać. W końcu była nauczycielką, niejedno w pracy… zdemaskowała — parsknął.
Po kolacji zrobili ze znalezionego sznura prowizoryczną pomoc w schodzeniu na dół, z postanowieniem, że spróbują upleść w świetle dziennym drabinkę. Zrzucili z łóżka obleśny materac i położyli na drewnianą ramę kurtkę Ani i płaszcz Timura, bo w szafach niestety nie było żadnych ubrań.
— Czuję się, jakby całe ciało zaczęło mnie swędzieć — powiedziała cicho Ania.
Timur podrapał się po głowie. Sam nie czuł się dobrze po dwóch dobach bez kąpieli, ale może by…
— Morsowałaś kiedyś?
— Co? Gdzie niby? — zapytała zaskoczona.
— Spoko, ja też nie. Po prostu zaraz za domem jest rzeka… można by się opłukać, choć zimno jak diabli.
— W sumie. Podobno to bardzo zdrowe — zastanowiła się, choć Timur już widział, że jest przekonana. Rozejrzał się za Ayazem i znalazł go w tej spiżarni, w której było zejście na dół, gdy próbował zawiązać sznurek na zdjętym ze ściany haku na ubranie.
— Ayaz, co robisz? — zapytał.
— Mój łuk został. Trzeba mieć coś innego — odpowiedział, tak skupiony na wiązaniu supełka, że nawet nie podniósł głowy. Gdy Timur poświecił telefonem, zobaczył kostki jego palców zwinnie poruszające się wokół metalu. Pomyślał, że dobrze rzucony hak mógłby być naprawdę groźną bronią.
— Bardzo dobrze. Tu mogą przyjść źli ludzie — powiedział Timur. — A ja i Ania musimy umyć się w rzece. Czy zostaniesz tutaj? — zapytał, przyklękając na podłodze. Z otworu ciągnęło zimne powietrze.
— Ty masz jedną panią? Mój äti ma ich dużo i każda to mama — Ayaz przerwał wiązanie. Mimo półmroku Timur zauważył, że jest to dla chłopca arcyciekawa kwestia, o którą chciał zapewne zapytać wcześniej. Z trudem powstrzymał się, by nie parsknąć śmiechem.
— Jedna wystarczy, naprawdę. Jak chcę trochę pożyć… — odpowiedział, tłumiąc chichot, choć szybko sobie uświadomił, że wspomnienie o życiu mogło być nieco nie na miejscu. — To jak? Zostaniesz tutaj chwilę sam? — zmusił się do poważnego tonu.
— Jeszcze tego nie skończyłem. Jestem zajęty. A wy wrócicie — stwierdził Ayaz z pewnością w głosie. Timur odetchnął.
— Chyba będzie grzeczny… poza tym, nawet jakby stąd wyszedł, to będzie chciał dołączyć do nas — powiedział Ani, gdy zawołał ją do spiżarni.
— Może by nam zrobił drabinkę? — zasugerowała, patrząc z uznaniem na jego broń. Wokół haka był zawiązany jakiś skomplikowany supeł, a Ayaz już sięgał po następny, podchodząc do ściany.
— Przyda się pomoc — mruknął Timur.