E-book
1.37
drukowana A5
23.51
drukowana A5
Kolorowa
50.12
Ze względu na was

Bezpłatny fragment - Ze względu na was

2021


Objętość:
146 str.
ISBN:
978-83-8245-057-6
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 23.51
drukowana A5
Kolorowa
za 50.12

Pobudka

W dwóch kącikach ust szept mojej duszy trwa

uciszony rózgą nauczyciela ulicy mrużę oczy,

kraty rzęs uchylają się,

wpuszczają do świadomości dziecko,

ten mały indiański dzieciak to ja o świcie,

step wolności daleki to mój Manitou,

spojrzenie oczu,

moje poczęcie tam,

mój koniec świata tu,

wychodzę z dzieciństwa, by odejść na zawsze

z epoki i kontynentu,

by spędzić życie na szukaniu

chwil bez hipokryzji całunów,

w gniazdo szerszeni wbity sosnowy kij,

dzwon, w którym się odbija echo burzy,

w ustach język mocniej naciska na podniebienie,

drgają wargi,

falują policzki,

rozchylają się szczęki,

usta otwierają się szeroko jak brama obwarowanego miasta

z zadrutowanego gardła,

z cywilizacji głów snów słów

wysuwa się głowa koguta z czerwonym grzebieniem

wolność czy szaleństwo?

Pobudka dla świata? Dla mnie tylko?


Ledwo detektowalne

(Absolutnie zamienić ból w zapamiętany sen w Acapulco)

całokształt tego nocnego czuwania w wydmuszce zapamiętanego snu,

jaki pozostał ze skamlenia ledwo detektowalnego

cząstek elementarnych przedistnienia,

w obliczu jej potęgi całodziennej niezauważalnej w słońcu,

naiwnością niewinności wykarmiony byt,

przebywasz z nią razem bez zrozumienia konsekwencji

energii z cząstek tych pochodzącej, niewybieranej z piękna ust ani oczu,

ale energii zaniechania uznania zgryzoty rzeczywistych

ziemskich nawoływań eschatologicznych.

(Na Aleutach pamięć wspólną w adekwatności pieśni…)

wobec ciszy przeinaczeń chwil wspólnych, godzin bólu

tak nieznośnego jak pamięć twojego ludu wyruszającego w nieznane,

pełnego ufności w miłość stadną, jakżeż energetyczną,

twoją jaźnią sytą odległych miejsc dla pokoleń ona żyje,

a ty jej prześnioną podróżą do nich w tobie


W zaciśniętych ustach

Emulgatory elipsoidalne ciszy w zaciśniętych ustach twoich,

co są jak assemblery podstawówki

front jakiś się odzywa dudnieniem gęsi wciąż nawołujących Rzymian z Zachodu,

gęsi w butach żołnierskich maszerują same na Galów ze Wschodu,

kapsuły czasu w rękach onirycznych selenonautów w podstawówkach

(wojennych) wyuczonych przez funkcjonariuszy nowej oświaty,

w piórach miękkich, a nie mundurach sztywnych zagadujących:

ten tego, panie, akumulatory naładować trzeba na nową rzeczywistość,

tym tego, panie, e-lekcje odbyć na Skaryszewskich Polach Przeoranych,

dzieciom jak w latach pięćdziesiątych podarować aparat pojęciowy,

Błoński i Włodek początkującym ładowali aparaty zdefektowane

reinkarnacją zawieszonej ciszy — tyle zostanie:

padnij w rozgarniętą mgłę bierności, strzeż tajemnicy

strup osiały, redaktorze, widmo naszych en cyklop edycznych wiadomości

z ‘47 z Rakowieckiej Rakowski

cel — nauczanie w oleju onomatopei bez względności, bez wartości,

znika powoli w zaciśniętych ustach

Wybryk

Karygodny wezuwiański wybryk mózgu

przechodzącego z fazy starożytnej w mniej starożytną

okazał się brzemienny w skutkach,

alternatywne kominy wydaliły cudzosłowne popioły,

jak Herkulanum psów gwiezdnych szczekania

i tak przetrwało w pigułce ich opad na łaźnie deformacje

które bodźce były słuszne? Z góry?

A może te wzięte z japońskiego wybrzeża,

płynące wtórnie szeroką ławą fal kar w głąb wybrzeża

po uprzednim oberwaniu się dna,

nad kraterem sobiepańskim pornografów samurajów samobójców

czy te, co zmieniły sytych Rzymian w szkło na potrzeby

dzisiejszych Samarytan prochowych z Oslo?

Czy te, co zmieniły sytych Japończyków w pomniki

na potrzeby przemysłowców nuklearnych ze Sztokholmu?

Działający dla dobra ludzkości panteistycznej uradośnili bezsens,

dla dobra ludzkości nie panteistycznej podrzucili pozostałe

dowody, artefakty Gomory i Sodomy

które bodźce były słuszne? Z dołu?

Ten sam krach, wybryk magmy,

zapadlisko świata kaldery dla postępu,

skamieniałe przestrogi


Epoka drewna

Zanurzony w opiniach drwali socjalnie zdegustowanych

po szalejącym tajfunie parweniuszy miedzianych

na widok przełomów, co zastąpiły regularne wyręby,

skostniały na arendach agend geniuszy z celulozy,

przerzuciłem, przewodziłem, przedmieściłem się

miastem wymarłym za częstokołem z zaostrzonych pni nowych tępych dni,

ludzie w domach, parkach, co natchnione hałasem tramwajów drewnianych

nie doczekały się ostrza siekiery i piły, więc się ostały,

rozpaczając na krawędzi błoni

i strumyków bełkoczącej gawiedzi opasujących miasto,

akuratnie poderwani ze snu śpieszyli do działania

w okrążających wciąż legendach pradawnych borów

kryjących dzikie zwierzęta moralne,

które zastąpiły powolne leniwe dinozaury

jak capstrzyk elity reality zbyt leśny dla stalowych charakterów,

jak siekiery zdegustowanych drwali

stanąłem, by przeczekać epokę drewna



Oświadczyny czasu

Z zadowoleniem przyjąłem oświadczyny nadchodzącego czasu

w kręgach zdobywców trójgłowych, w pałacach czarnogłowych

odrzekłem więc: yes, yes, yes,

z zadowoleniem odwołałem wszelkie Marsze na Waszyngton

i zamówiłem trumnę podróżniczą w sam raz na Długi Marsz ku,

kałasznikowy butelkowe, bomby wieczorów

i Mrije bojowe dozbrojone tniutniami sukcesów,

uniesiony trzema silnikami po każdej stronie jak Mao ostatnich lat

wyszeptałem nad lotniskiem w kształcie kosmodromu Bajkonur,

wyszeptałem: tak, tak, tak, szeptałem, szeptałem, potem spadałem

z kutrem i balonami bajki jego w jestestwo samo,

wiedząc o przezwyciężeniach cierpień zbytych,

przenicowaniach lekarstw wyplutych, przeciążeniach lekarstw połkniętych

i mojej własnej niewygodzie w teraźniejszym grobie

— uśmiechnąłem się na jego przeżegnanie, przysięganie, pożądanie

i wyciągnąłem rękę przed siebie

jak panna młoda, zmieszana, zmarszczona wciąż


Cztery helikoptery

Skromne uderzenia gorąca do głowy

było pierwszym akordem na klarnecie,

zdawało się zrazu, że będą większe,

takie nie były po tej libacji (lekcji homofonii),

ot, libacja na koturnach, a może to nie była libacja,

tylko taniec pingwinów po… powrocie z morza?

Od czego pochodzi słowo libacja? Od libido? Bilokacja?

Rabacja od odrąbywania członków, tak

tak, strachy na lachy przed drzwiami naszymi zastano,

dworce niesamowitości zastane spalono,

a lewitacje sów, które wyleciały stamtąd,

były jak sabat nietoperzy przed… zjazdem… nastroju,

byłem tam, jak przystało na zoologa po Botanice,

pasjonata unurzanego w czci do mechanizmów przyrody

i podziwiacza Kwiatów zła w Ogrodach koncentracyjnych,

na zewnątrz ogłosiłem zaręczyny z piękna gwiazdą narodzoną,

a wewnątrz zbratanie z bólem czarnym tła

i jak trasy mrówek rozległym od horyzontu po horyzont

albo grzech pierworodny od czynów od razy pełnych

tak, z parasolkami i wieszakami na dżdżownice poszliśwa do Rycha

i wracając, utknęliśwa w słowach: rewolucja aliteracja,

oto siedzim w bajorze i patrzim, a tu wu wu wu…

Bayreuth, Wozzeck, tu Stockhausen i cztery helikoptery w głowie tożsamej,

te pulsowania w uszach–skroniach–nosie,

sama już tylko depresji demonstracja odbija się w lustrze wody,

fuga w atonalnych bulgotach w łazience ludzkości,

(Sulima-Strawiński) ech… na klarnecie… te akordy

Do windy etosu

Złote kręgi wieszczów narodu, ale i pasożytów społecznych

widzę wydeptane w zbożach

nadnaturalnie wyrośniętych z nizin aż do księżyca

i to walec słońca nie ma z tym nic wspólnego,

draft i drift na przedmieściach półpustynnego żyznego nieba,

taki arabski, piaskowo-nierealny

jak kobieta w burce na rurze tańcząca

w złotych kręgach widzę jakieś drzwi do windy,

może to elewator z jakiejś farmerskiej gry,

może fatamorgana albo anioły Polski,

znam kilku, ale to nie żaden z nich,

jestem oczkiem klejnotem na głowie Apisa

tego, co w klubach westernowych rapuje Pragi,

jestem wolnym myślicielem całej przyrody

(a nie pogardy i propagandy jesionów)

dobro stanu pokoleń właścicieli ziemskich te zboża

stoję w drzwiach chlebowych jak sierpowy

a kręgi jak pętle zaciskają się wokół

słońce nadąsane, nieco niedocenione schodzi do mnie

otwieram jego drzwi, naciskając przycisk nerki

otwiera się powoli, coś jak neolityczne wrota piątego wymiaru

w środku słońca prawdziwe serce zranione

— wchodzę do windy powszedniości etosu


Ponad powierzchnią

Twój anioł nudzi się w tym mieście od lat

przesiadujesz wciąż na ławce obok jakiejś żeńskiej zawodówki,

twoje usta są tylko dla dorosłych dziewcząt

zamykasz oczy, spuszczasz powieki jak klapy czołgowych włazów,

a w głowie twojej

mały kulawy psiak zdycha ranny pod płotem — to ty

nurkujesz w puch listopadowych dmuchawców, znikasz tam nagi

i nie byłbyś sobą, gdybyś tuż przed Dziennikiem Telewizyjnym wieczornym

nie wystawił na świat wskazującego palca prawdy,

ponad powierzchnię tej miękkości opuchłej obłudy

tej społecznego wszech bezpieczeństwa ułudy

Łąka samopoznania

Kruche, małe, delikatne

w swoim zaniedbanym anturażu uczuć nieskoszonych

kłosy tymotki, wiechliny na mojej tyczce

naszkicowanej emocjonalnej łąki

zasługują na mocniejsze oświetlenie,

oczami zająca, sowy, lisa, świerszcza zaledwie,

a ja czekam z kamerą na wzgórzu z setką reflektorów,

zaraz padnie klaps

i ruszy machina ekipy zniecierpliwionych filmowców

szarża na wszystko, na aspekty zadeptania akcją

albo istoty bezruchu w wieczystym trwaniu,

utrwalenia za wszelką cenę dla pokoleń

tej samopoznania łąki we mnie

ktoś mnie właśnie obraził ordynarnie:

światła, kamera, akcja…

Dezelator przemiany

W moim zbyt ciemnym pomieszczeniu sterowniczym,

o którym śpiewają pieśni,

nazywając go: pakamerą, dyspozytornią, mostkiem kapitańskim,

politbiurem duchowości albo wręcz centralą utopii neurealnej

to i tak jest beznadziejny element

to takie coś rozbłyskujące w najmniej oczekiwanych momentach jak meteor, dioda, piorun kulisty,

jak skalpel wysupłane z zanadrza inteligencji, by trepanować skały

ukazywanie głosem zbyt cichym, mimiką, gestem

poirytowania: pychą, zazdrością, gniewem ledwo okazanym

z ducha historii zwanego histerią zmierzchu

przyrządów nawigacyjnych wszelakich

w czasach odpowiedzialności zbiorowej za grzech indywidualny

taki nieoczekiwany sztos myślowy w bezdenną ułudę świadomości,

o której nikt wiersza nie napisze, a szkoda, szkoda nas i jej

jeden beznadziejny element — dezelator przemiany id


Przeszyty beznadzieją nie jątrzącą

Potencjalną ledwie uchylność systemu odchyleń

telewizji komercyjnych rozklekotanych,

upudrowanego i umalowanego jak kurtyzana

na wprost zmierzchu bogów celuloidowych jednakich,

na wskroś poranka holograficznych stworzeń tożsamych

do szpiku przemarzniętych i dobrych w ocaleniach kopii

dzieł wycofanych z publikacji i podziwiania — obserwujesz,

oto zamszowe świty systemów wynaturzeń w sinawych ocknięciach

kadłubów pozostałych po satysfakcjach Nietschego

i szmaragdowe zmiany systemu odznaczeń,

a ty na dywanie czerwonym czekasz na nie ze wzgardą,

przeszyty beznadzieją niejątrzącą blokujesz uchylność stopą


Pałac świecy

Zanadto ją znam, by skwierczeć jak dopalająca się świeca

na jej świeczniku, to nic nie da

boleć, że to już mija, ten płomień gaśnie, a ja z nim

zanadto jej się przyglądam (w oczach widzę niebieskie znaki),

by rozmyślać jak cherubin tylko o zawartości arki przymierza,

a ona arkę złożyła we mnie, miejscu mniej świętym

zanadto jej złoto przeniknęło do mnie, zanadto pożądanie

zapaliła moją milenijną świecę pocałunkiem w parku, ot tak,

w dłoniach słów ją trzymam i w żyłach wynamiętniam cenny jej kruszec,

będziemy ścierpiać od niej ochędóstwo ciągłych przemian pokór

w kosztownych ornatach odmiennej zwierzchności wyniosłej

dla jednego jedynego dnia wspólnego majestatu dusz

zanadto ją znam, tę moją z Saby Makedę

ja, król snadnych pocałunków w dłoń umykającą ku pustyniom,

nie będę podążał wargami za bóstwem jej piękności wszetecznym,

zdmuchnę w sobie pałac świętej świecy

— w kopalniach bogactw ulotnych obrazoburczy,

niech pozostanie tylko arka zaginiona w pamięci uścisków i pieszczot

Hiszpanka

Jesteś tam na górze — woła żona

— zejdź na dół, ktoś do ciebie, pan Kostrowicki przyszedł

wyszedłem na balkon, żeby zobaczyć go,

odsuwając fotel od klawiatury, stanąłem ponad nim

popatrzył w górę spod hełmu, tam pod drzwiami

poprawił karabin z ogromnym bagnetem — witam pana, rzucił

— witam i ja, to zaszczyt gościć taką osobistość u nas,

co sprowadza mistrza surrealizmu w nasze polskie naturalistyczne progi?

— widziałem się z pana dziadkiem, który wyjechał z Paryża

bronić swojej Polski, szedł sam drogą obok kurhanów tragizmu

za resztkami Armii Karpaty i Kraków, ciągnął na Lwów,

a ja wciąż szukam frontu, który mi przydzieliła Francja,

i oddziału z kosami, na dobry początek

(idę zakosami, trochę mnie zniosło z Galii w Galicję),

widzę, że Pan ma róże przed domem, chciałbym kupić jedną

na swój grób, jutro mają przysłać ambulans po mnie,

taką depeszę dostałem, pewnie coś wiedzą,

to już pewne, zabłąkany szrapnel trafi mnie pod wieczór,

potrzebuję, więc jedną różę — białą koniecznie, na grób, już mówiłem,

chyba miałem walczyć o Zelandię, chyba o Francję, chyba…

— niech pan patrzy, ta głowa w bandażach będzie cała,

jak pański dziadek wyglądać będę bez mała,

cóż, to ile za tę różę?

nic — panie Kostrowicki, łany i naręcza ich dla pana, przeżyje pan,

czy aby na pewno ona róża na grób? (jak tam Lilla, Lou, Madeleine..?)

pan jest świata różą już, a ja

cieniem orła wciąż, na tym balkonie osiwiałym

mitami obaj już Guernic i Wizn wszelakich,

a śmierć naszym gniazdem i ojczyzną,

lepiej niech nie będzie więcej w tej śmiercionośnej Europie,

wie pan, co to pandemia, lockdowny, co to szaleństwa kubistycznych kobiet?

— Nie, drogi panie, u nas przewagę w pląsach ma ognista Hiszpanka, widziałem się z nią..

inna jest niż u Picassa, Trakla, ochotna, ochotnicza, och…


Spod grobów ludzi nieznanych

Skostniałe napoleońskie prawo rodzinne

jak mgła każdej rewolucji prawo mętne smętne

albo raczej jak różowa martwa ośmiornica na placu de la Concorde,

miałki niewielki zakątek piaszczystych konkluzji

antykobiecych niejakiego Robespierre’a,

ogrodu wymiotnej wyobraźni wyroki na lilie białe,

opłacanym i utrzymywanym przez orgiastycznych bluesmanów

z buszu szwajcarskiego nakazane szarpania strun dobra

na manifestacjach pro-life jeszcze w dwudziestym pierwszym wieku

krzyczących: niech się niesie Luwr echem na falach eteru

wieków głuchych starożytnością modernistycznych,

ale koła kata historii symbolizują

na spowiedników dworcach takich jak Père-Lachaise

tylko machiny czasu straconego bezpowrotnie na czekanie rozkoszy.

Zamknij nową bastylię, kokot światowego Baala — Franciszku z Mont-Louis

(uwolnią zapewne z niej znowu szaleńców, fałszerzy i kazirodców)

w imię sprawiedliwości księgi i prawa do życia

nieudziwnionego nawet w Bateau-Lavoir

w przyszłość nowych krystalicznych światów równouprawnionych

z żołnierzami słowa i malarzami wyrusz wreszcie

spod grobów ludzi nieznanych gwieździście

Nad rowem oceanicznym

Pływam w oceanie śmiałków na głębinach niebezpiecznych

kobiecych zachwytów i syrenich przyzywań

(od skrajnych emocji prawie śnięty,

skołatany, spięty, skuty i zaprzęgnięty

do miłosnych tratew meduz oraz trujących ślimaków morskich torped)

nad rowem oceanicznym ledwo zbadanym mitem

zanurzony po uszy w odmęcie idei — Amor,

utrzymuję się na powierzchni jeszcze,

resztką sił trzymając ręką ratunkowe koło

— Caritas


Jadeistyczna

Jadeit drzemie w niej i czeka jednak

na hasło, by wyksztusić poezję leczenia wulgaryzmów,

rozerwać ulicznych burd niewolę,

śmiecie i popioły z niej wciąż lecą lawiną,

co jadeitu nie znają, prawdziwego piękna,

jej dusza krwawi w myślach ściśnięta,

kolczastą nimfomanią otoczenia,

o naiwności społeczna, w krematoriach mateczniki masz,

o jakże on piękny ci się zdaje nagle ten ateistyczny sznyt,

ale budzi się myśl w wewnętrznym sezamie olśnień mistycznych,

jadeistycznych: ja deistyczna? Wolna?

Płodna, władcza, mądra, tak!

Chcę być taka! Jadeistyczna!

Języczki bezmyślnych emocji

Kłótliwy do zniewolenia języczek we wnętrzu storczyka,

co jest taki sam jak wnętrze maszyny,

która wydaje się zbyt ludzka

zakręcona, splątana sterownia samobójczego pilota

malkontent, struchlały, mechaniczny, zaprogramowany,

obskurant z piekła rodem w niej,

rzeźbiarz fallusów w przedsionkach cerkwi,

malarz korowodów śmierci na drzwiach szpitali,

diabelski stwór wywołany pokuszeniem

z koźlej, zygzakowatej procesji podburzonej Galicji

albo z elipsoidalnej panachydy oszukanego Wołynia

wysuwające płazów języczki bezmyślnych emocji

straszne mogą być stworzenia z kolorowych, zdziczałych ostępów

ludzkiego umysłu

Abordaż najwyższych gór

Zanim zapomnisz języka w górach,

może zapadnie zmrok tam,

wtedy korsarze anihilacji zatkną flagi Jolly Roger na Giewontach

otwórz usta, wyjmij go sam,

niech rozkręci się, uderzy jak batem w skał zaniechanie

niech wytryśnie siklawa wyższych praw, a co tam

albo w jaskini ust zgaśnie er przesłanie,

albo zmieni go w trap do abordażu najwyższych gór z głów,

to drugie lepsze, uczyń echo swe tam


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 23.51
drukowana A5
Kolorowa
za 50.12