E-book
27.3
drukowana A5
86.15
Zdrada, Idiota i Mafia

Bezpłatny fragment - Zdrada, Idiota i Mafia


Objętość:
600 str.
ISBN:
978-83-8245-672-1
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 86.15

O czym jest książka?

Książka opisuje i wyjaśnia kulisy głośnej sprawy z lat 70tych zabójstwa kobiety Anny W., manipulacji zabójstwem czy też manipulacji śledztwem… Po 9 godzinach od granic jej zgonu, wg śledczych SB MSW miałby być dokonany na jej mieszkanie napad w wyniku którego miała ponieść śmierć. „Nikt” z dziennikarzy opisujących sprawę, z adwokatów, sędziów „nie zauważył”, że na denata nie można dokonać napadu z powodu uprzedniej śmierci tegoż denata.

Po co dokonano tej manipulacji? Po to aby nagłówki gazet trąbiły o aktorach uwikłanych w napady rabunkowe i morderstwo, aby trąbiły o aferze kryminalno-obyczajowej świata artystycznego, i po to aby oficerowie śledczy SB MSW otrzymali specjalne awansy, premie i zaszczyty.

Książka jest o miłości — i do czego miłość, zazdrość może doprowadzić(!), o zdradzie, o energii kochania, a także o młodzieńczej naiwności i próbach samobójczych — co w efekcie wykorzystali sprytni funkcjonariusze SB MSW do własnych celów, orderów, sławy… fałszując śledztwo i manipulując opinią publiczną doprowadzając do skazania za zabójstwo ludzi którzy z tymże zabójstwem nie mieli żadnego związku.

A więc książka jest o łańcuchu zwariowanej miłości, zazdrości, wzajemnych powiązaniach, o zbrodni, o intrygach gdzie przyjaciel znany polski aktor Mieczysław G. w stanie patologicznej zazdrości podrzuca do łazienki swojego przyjaciela Jerzego N. również aktora zegarek który ukradł swojej przyjaciółce i wskazuje policji jako dowód w sprawie włamania do ich wspólnej przyjaciółki aktorki aby… uwaga, utrącić — jak sobie zaplanował w swej irracjonalnej imaginacji — swojego rywala, 19letniego młodzieńca, który wcale jego rywalem nie był…

W efekcie następują aresztowania, pewien korespondent z NY umiera na zawał serca, sam MG wikła siebie i wiele osób w aferę kryminalną. 19-letni chłopak zakochany w swojej dziewczynie Marcie postanawia popełnić samobójstwo, jednak mimo wielu prób samobójstwa nie popełnia, tymczasem śledczy SB wykorzystują psychiczna nieobecność młodego człowieka do układanki która rozsypuje się dopiero po 10 latach kiedy tenże młody człowiek otrzeźwiał, zaczął szukać dowodów na swoją niewinność i znalazł protokól smierci zamordowanej Anny W. z którego wynikało, iz denatka poniosła śmierć na 9 godzin przed napadem w którym rzekomo miał uczestniczyć. Udowodnił sfałszowanie śledztwa…

Oficerowie SB otrzymali awanse i wyróżnienia, ich następcy uwikłani w złodziejstwa do tej pory wykorzystują „akta tamtej wersji” — spreparowane akta sprzeczne z faktami — do wrzutek dziennikarskich i do… uwaga! — do swoich złodziejstw — vide tom II, jednak wówczas wykorzystali obyczajowe irracjonalne szaleństwa i upiekli własną pieczeń, i skazali niewinnych na wyroki po 25 lat więzienia…


A co się stało z niewątpliwym sprawcą napadu i zabójstwa, który — jak się okazało — opowiadał innym osobom o napadzie i zabójstwie AW jeszcze przed swoim aresztowaniem ukrywając się w melinie na Pradze, który opowiadał o zabójstwie między innymi swojej żonie i swojemu przyjacielowi Janowi K., i który po aresztowaniu przyznał się i pokazał na eksperymencie karno-procesowym przebieg napadu? Oficjalnie uwolniony z zarzutu zabójstwa zamiast wyjść na wolność pozostał w celi więziennej wieszając się na prześcieradle… Czyżby sam się powiesił? Czy raczej przeszkadzał w nowej wersji śledczych? Jego teść w tym samym m. w. czasie, pracownik MSW, popełnia samobójstwo wieszając się w garażach MSW.


W rezultacie po paru latach aniołowie czyli nasi przyjaciele energetyczni wzięli sprawę w swoje ręce, wydarza się wiele nieprawdopodonych sytuacji, by nie rzec cudów, które doprowadzają w efekcie — po blisko 10 latach do uwolnienia niesłusznie skazanego młodego człowieka z więzienia, i w efekcie pozostali wychodzą na wolność wskutek… uwaga! — nie uniewinnienia, tylko ułaskawienia. Wówczas nie uniewinniano niesłusznie skazanych tylko ułaskawiano…

Ale jeszcze w więzieniu kiedy leżał związany w pasach w celi „tygrysówie”, po ostatniej próbie samobójczej, przyszedł do niego jego ojciec, który zmarł przed wielu laty. Ta wizja czy też sen lub sen na jawie i telepatyczny przekaz wiedzy jaką ojciec mu przekazał, sprawił taką konstatację, że więcej ani prób samobójczych ani myśli w tym kierunku nie było, że nie jesteśmy wcale sami, że mamy tam swoich bliskich którzy opiekują się nami, że tutaj po coś jesteśmy więc nie wolno nam pozbawiać siebie życia, że dane nam życie musimy szanować bo nie wiadomo do czego jesteśmy potrzebni, z jakiegoś powodu tutaj przyszliśmy i po śmierci nadal istniejemy, inaczej istniejemy, że wszyscy jesteśmy jednością, wszyscy siebie wzajemnie potrzebujemy przez co każda krzywda którą komuś zadamy sobie ją zadamy a każde dobro jest/będzie naszym wspólnym dobrem…


II tom opisuje kradzież nieruchomości przez mafię urzędników, sędziów, lewe wyroki sądowe, mafię białych kołnierzyków i uporczywe nękanie swej ofiary której usiłuje się wydrzeć legalnie zakupioną nieruchomość. Nie do wiary sytuacje, nie do wiary bezczelne utrzymywanie w mocy własnych oszustw, fikcyjnych decyzji administracyjnych oraz niedorzecznych wyroków — bezczelnych oszustw — polskich sądów jakby sędziowie mieli nas za półgłówków samemu takich udając…

W konsekwencji urzędnicy miasta Warszawy utrzymują w mocy zasiedzenie na nieboszczyków ok. 35000 m2 gruntu w Warszawie mimo, iż złodziejka została prawomocnie za fałszowanie dokumentów dotyczących tego zasiedzenia skazana, zaś zasiedzenie zostało prawomocnie uchylone. Mimo prawomocnego uchylenia zasiedzenia co wiąże się z uchyleniem czynności zawartych aktami notarialnymi (nieważnymi z mocy prawa, zawartymi w trakcie trwania procesu roszczeniowego co jest niedopuszczalne w których zatajono fakt roszczeń) urzędnicy — którzy najpierw sami sfałszowali dokumenty potrzebne do wyłudzenia zasiedzenia, utrzymują w mocy nowych właścicieli, ludzi służb którzy „nabyli” sobie działeczki która jedna z nich ma swojego właściciela od 1953 roku, którego obecnie się gnębi wykorzystując teczkę sprawy zabójstwa AW z tomu I. Sic! Nie dostrzegają sfałszowanego śledztwa, zagadkowych morderstw czy też samobójstw, wykorzystują tamte mroczne układanki śledczych SB jako argument uzasadniający utrzymywanie złodziejstwa w mocy. Nie do wiary. W związku z tym moją misją stało się ujawnienie nikczemności mafii, musiałem ujawnić ich złodziejstwa i o co tak naprawdę chodzi…

Książka opiera się na faktach, ujawnia sygnatury akt konkretnych spraw, ujawnia przekręty. Ujawniam materiały aby każdy a zwłaszcza młodzi dziennikarze śledczy mogli pójść tropami złodziejstw ogólnie rzecz ujmując urzędników RP, każdy trop to afera, to niedorzeczność, to złodziejstwo, zbrodnia. O każdym wątku można film nakręcić tylko ten film byłby bardzo smutnym pokazujący draństwa białych kołnierzyków absolutnie nie do zakceptowania. Dziwne, ale Państwo nie działa. Władza deprawuje. Nie mamy sądów, sędziów, urzędów. 50% do zwolnień od razu. Po co nam tacy urzędnicy? Na szczęście nie wszyscy sędziowie, nie wszyscy urzędnicy RP to przekręciarze…

Idiota, Zdrada i Mafia
Tom I

Fragment z listu

Hej Kochanie!

Czy mówiłem Ci już, że jestem zakochany? Pewnie zwariowałem, albo bardzo kocham. Jedno nie musi być z drugim związane, chociaż być może jest związane. Można kochać dla samej potrzeby kochania kiedy mamy w sobie tę energię, którą chcielibyśmy komuś dać niezależnie czy ten ktoś chce ją przyjąć czy nie. Kiedy patrzę na siebie z boku, jestem niestety przekonany, że niezależnie od wszystkiego przeżywam pewne przeczące sobie irracjonalne sytuacje. To co przeżywam nie pozwala normalnie myśleć, normalnie oddychać, nie pozwala patrzeć chociaż przecież patrzę, jestem, oddycham, ale jakże inaczej. Teraz, kiedy piszę do Ciebie, nie wiem czy dokończę, czy za chwilę nie porwę tego i nie będę próbował na siłę o Tobie zapomnieć. Z drugiej strony wcale nie chcę o Tobie zapominać choć przed chwilą mógłbym przysiąc, że chciałem. Chcę z Tobą rozmawiać, opowiadać Ci o swojej miłości i że jesteś taka wspaniała, cudowna… Wiesz, przed paroma dniami zacząłem pisać do Ciebie. Usiadłem i pisałem. Czego nie napisałem — kreśliłem. Nie potrafiłem zdefiniować jak odbierzesz to co napiszę i chyba jakoś stąd się to brało. Nie mogłem Ciebie dojrzeć… Byłaś jakby w dwóch osobach i raz widziałem jedną, to znowu natrętna myśl podsuwała mi ciebie drugą. Przestałem pisać. Zrobiłem sobie kolację. Otworzyłem butelkę wina i jadłem rybę wędzoną popijając czerwonym Bordeaux. Po dwóch szklaneczkach powróciłem do komputera — wiesz, piszę na nim, tak się przyzwyczaiłem, mam przed sobą klawiaturę i ekran na którym mogę wszystko skasować, poprawić… i zacząłem pisać. Stan w który wpadłem nijak nie można nawet porównać do normalnego. Istna patologia, kliniczny przypadek. Miłość? Cierpienie? Ale dlaczego? Co się stało? Pisałem, kreśliłem, zatapiałem się w rozmyślania, znowu pisałem i po parokrotnych próbach kontynuowania pisanego dialogu z tobą, wszystko skasowałem.


Po jakimś czasie uspokoiłem się, nie szalałem wewnętrznie ale jakże cierpiałem. Wdarło się coś w moją podświadomość, jakiś żal? Tęsknota? Jakieś uczucie, natężenie energetyczne, którego bliżej sprecyzować się nie da. Trzymało mnie ostro dwa dni po czym natężenie opadło, określiłbym to jako przyzwyczajenie się do cierpienia, którego jednak być nie powinno, nie można tego racjonalnie uzasadnić. Czy miałem taki powód? Skąd to nadeszło? Z podświadomości? A jeżeli z podświadomości to kim jesteś? Kim ja byłem kiedyś, kiedyś w zamierzchłych czasach? Czy jest to coś nam wspólnego?


Tak bardzo chciałem zobaczyć się z Tobą… Nie miałaś czasu. Ze spotkania do domu i z powrotem na spotkanie… tylko, że Twoje wieczorne spotkanie miało inny charakter — czułem to, a mnie zrobiło się z jednej strony bardzo przykro, ponieważ wymyśliłem sobie, że być może przekazywana jesteś z rąk do rąk i jeden facet obiecuje Ci, że zostaniesz modelką… a później przekazuje Ciebie swojemu koledze czy znajomemu, który z kolei obiecuje Ci znakomitą pracę w Telewizji aby następnie bajerować Ciebie gruszkami na wierzbie aby ponasycać siebie ładując swoje akumulatory… Jedynym uspokojeniem, chociaż nie do końca, była myśl, że masz w sobie dużo wrodzonej mądrości — co nazywamy inteligencją i wiesz co robisz. Cierpiałem na myśl, że Twoje wnętrze może zostać zranione, urażone, że zostaniesz oszukana i nic na to nie można poradzić. Ryzyko, jak zawsze. Nawet wiedziałem, że bierzesz wszystko pod uwagę. Zastanawiałem się co ja bym zrobił będąc na Twoim miejscu i odpowiadałem sobie, że dokładnie to samo, a może nie? Konstatowałem, że masz rację, że jesteś bardzo racjonalna i nie ma innej drogi. A zresztą, dlaczego nie? I mimo, iż popierałem Ciebie wewnętrznie w sobie, podziwiałem Ciebie za to, że bierzesz swój los mocno w ręce, wprowadziło mnie to w jakieś wewnętrzne szaleństwo, jakby waliło się coś na mnie. Krzyczałem do siebie — zwariowałeś! Czego chcesz! O co ci chodzi? I nie mogłem ani tego zdefiniować ani się uspokoić, ani odpowiedzieć sobie na zadawane pytania. Zdałem sobie nagle sprawę kim dla mnie jesteś… A może jesteś kurwą i wówczas ja jestem idiotą? Dopatruję się w tobie roztropności, mądrości a może ty kierujesz się innym zimnym instynktem?… Mieszało mi się w głowie.


Stałaś się od razu kimś ważnym w moim życiu. Podejrzewam, że duchy zrobiły mi psikusa, Wiesz, one potrafią to robić, bawią się nami. Tak skoordynują różne wydarzenia, tak pokomplikują, że w dalszej konsekwencji wydarzy się akurat to co ma się wydarzyć. Jak leciałem do Kanady zatrzymano mnie na lotnisku i odebrano pieniądze. Nie było żadnego powodu aby mnie zatrzymać, wycofać z lotu. Działano oczywiście na zlecenie.., tylko, że ci co działali na zlecenie, zleceniodawca który wydał polecenie, pewnie też nie wiedzą, że za wszystkim stoją duchy czy też nasi stwórcy którzy niektóre sytuacje, działania potrafią niezwykle powiązać. Jestem o tym przekonany. Dzisiaj patrząc na całokształt stworzonej sytuacji to w żadnym wypadku nie powinienem lecieć wówczas do Kanady. Dla swojego dobra nie powinienem tego robić. I zatrzymano mnie. To niepojęte ale tak istotnie się stało. Mimo, że wykonano na mnie państwowy napad rabunkowy i straciłem pieniądze, to tak naprawdę wielokrotnie więcej zyskałem. Zyskałem życie, ponieważ go nie straciłem. A pieniądze? Pieniądze powrócą z dobrym oprocentowaniem.


Spotkanie Ciebie na swej drodze to coś wyjątkowego. Wiesz, przeżywałem już różne wzloty. Najczęściej wzloty jednej chwili czy wieczoru kiedy po pierwszym razie wszystko się kończyło albo nawet nie dochodziło do pierwszego razu tylko jedyną myślą było jak uwolnić się z niezręczności w którą sam wkroczyłem. Zastanawiam się czy seks odgrywa w moim życiu ważną rolę i chyba tak, zależy z kim… wszyscy ludzie o tym myślą. Seks i pieniądze rządzą światem… Jednakże w naszym wypadku stało się jeszcze coś innego. Coś mi dałaś czego jeszcze nie potrafię zdefiniować. Jest to z pewnością związane z energią kosmiczną, z energią życia. Wiem, że z pewnością nie wiesz o tym, skąd byśmy mieli o tym wiedzieć co duchy z nami robią, duchy to słowo umowne, jak chcesz możesz je zastąpić słowem przyjaciele lub każdym innym, będzie to też umowne chociaż słowo przyjaciele jest najbliższe prawdzie. Tak nazywam, a wiesz, swojego ducha kojarzę ze swoim ojcem. Jak umierał nikogo nie poznawał, nawet swojej żony a mojej matki. Jak mnie zobaczył całą swoją energią jakby uniósł się na łóżku, musiałem przysunąć swoje ucho do jego ust. Jakże szybko mówił, jakże dużo. Mówił mi takie rzeczy, których nie pamiętam, nie powtórzyłbym ich, jednak wiedziałem, że coś ważnego mi przekazuje. Był to przekaz. Co chciał mi powiedzieć? Dlaczego mnie, dlaczego tylko mnie poznawał? Doceniam powagę tamtej chwili. Mój ojciec był fizykiem, był mądrym człowiekiem. Tak szybko mówił, bez ustanku, śpieszył się… miałem wówczas 14 lat… Nie wiem dlaczego kojarzy mi się mój ojciec z moim dobrym duchem przewodnikiem. Pewnie to tylko taki symboliczny obraz. A może coś więcej, może furtka, symboliczne hasło otwierające korytarz do innej częstotliwości, do intuicyjnego komunikowania się z naszymi opiekunami?


Przejeżdżałem obok Kolumny Zygmunta. Spostrzegłszy miejsce do zaparkowania samochodu zatrzymałem się. Pomyślałem — przejdę się na Rynek i z powrotem, pogadam ze sobą. Taki krótki relaks, tym bardziej lubię Stare Miasto. Wiesz, kiedy miałem 17—19 lat spotykaliśmy się z paczką znajomych w Krokodylu na Rynku, w kawiarni na piętrze…

Zawahałem się, coś mnie zatrzymało w momencie kiedy miałem postawić stopę na pierwszym stopniu zejścia spod Kolumny. Pamiętam jak mnie zatrzymało, czy o czymś pomyślałem? Odwróciłem się i Ty akurat szłaś w moim kierunku. Podeszłaś przecież nie do mnie, był to przypadek.

— Jeżeli umówiłaby się Pani ze mną to ja już bym był — zaimprowizowałem udając przed samym sobą jakby przypływ dobrego humoru lub nadzwyczajnej śmiałości albo czegoś w tym rodzaju z czego miało wynikać, że po pierwsze jest to tylko żart a po drugie nie musiałabyś na mnie czekać gdybyś się ze mną umówiła…

„Tak sobie zażartowałem…” szybko tłumaczyłem się przed sobą jednocześnie będąc tak samo zdziwiony jak i pełen uznania dla samego siebie z powodu śmiałości i przełamania tym bardziej, że to chwyciło…


Uśmiechnęłaś się. Niezwykłość przypadku polega na tym, że zdążałem prosto w określonym kierunku niezauważając innych i nie zaczepiam dziewczyn które mi się nawet nie wiem czy podobają, a chodzę raczej szybko. Nagle zatrzymało mnie coś w miejscu. Zapewne twoja energia?.. Może zauważyłem, ze stoi, idzie jakaś dziewczyna, nie przyglądałem się, dlatego mogę twierdzić, że nawet gdybym zauważył Ciebie — dziewczynę, która tam przechodziła, stała, coś robiła, to nie ma to znaczenia, ponieważ co chwila zauważa się jakieś dziewczyny które to zdarzenia nie wywołują żadnych reakcji a co dopiero skutków. I nagle coś mnie zatrzymało. Zatrzymało mnie w miejscu. Może moja podświadomość dojrzała ciebie? Może emanacja naszych promieni skrzyżowała się w którymś momencie i wytworzyło się jak gdyby pole magnetyczne, którego nie potrafiłem już opuścić? Jeżeli jesteśmy sterowani jakąś nadzwyczajną energią, powiedziałbym, że znaleźliśmy się oboje w chmurce jednakowej energii, dopasowałaś naszym duchom do jakiejś roli, którą masz odegrać. To tak jak można by dyskutować kiedy wchodzi duch w nowo narodzonego człowieka — czy dusza, którą posiadamy dawana jest nam z wyboru czy przez przypadek? Dusza jest energią, my jesteśmy energią, miłość jest energią… Przychodzimy tu na ziemię, w tę częstotliwość, albo żeby zdobywać doświadczenia, które są potrzebne nam wszystkim — bo wszyscy jesteśmy częścią tej samej energii, albo dlatego, że mamy jakąś szczególną rolę do wykonania — co zresztą na jedno wychodzi. Możemy założyć, że ktoś wysyła gdzieś kogoś, koordynuje jakieś działania aby komuś dać np. pewien zastrzyk energii pozytywnej, kimś coś wykonać. Samobójca chce odebrać sobie życie, jednakże może on być potrzebny do spełnienia ważnej roli w przyszłości, powiedzmy za parę, paręnaście lat, a więc chociaż sam chce, to i tak samobójstwa nie popełni bo tak naprawdę nie od niego to zależy.

*

Pamiętasz mój sen, opowiadałem ci, kiedy trzymałem jak gdyby swoją kibić i chciałem powiedzieć „jaki ty jesteś szczupły” i powiedziałem „jaka ty jesteś szczupła”, ponieważ w swoich rękach czułem szczuplutką talię jak gdyby dorastającej dziewczyny — będąc jednocześnie przekonany, że dotykam siebie — dorastającego młodzieńca. Mój sen mógł oznaczać nie tyle lekcję reinkarnacji co wskazówkę czegoś co nastąpi. Może już wówczas było mi powiedziane, że spotkam Ciebie? Od snu minęło ok. dwóch lat. Kiedyś jedna z wersji tłumaczenia mojego snu, który symboliką wiele znaczył zakładała zapowiedź jak gdyby nowego życia. Pamiętam jak tłumaczyłem sobie po kolei. Umarłem i narodziłem się na nowo. Leżałem na katafalku jako zmarły i w tym samym miejscu z mojego zmarłego ciała narodził się mały człowieczek, noworodek. Przyskoczyłem spod sufitu do niego aby otulić go swoim ciepłem, było to wówczas bardzo ważne — czułem niepokój, powagę chwili, swoim ciepłem musiałem utrzymać go przy życiu lub do tego życia pobudzić… Później czułem ulgę i taki dziwny spokój, że udało się, że uratowałem tego małego niemowlaka, że uratowałem jakby siebie? Jeszcze później uczyłem go ruchów rzucając do niego piłką na plaży. W pewnym momencie tam na plaży, po jakimś czasie, oparłem swoje ręce na jego talii mając jednocześnie wewnętrzne przekonanie, że dotykam swojej talii. Ręce ścieśniają się nadzwyczajnie, jestem zdziwiony, że aż tak jestem szczupły i dostrzegam wówczas w swoich rękach jak gdyby dziewczynę, ponieważ płeć, moja płeć czyli tej osoby którą miałem przed sobą i trzymałem jej kibić, nie była sprecyzowana.


Pierwszy nasz spacer był cudowny. Taki niby zwykły, normalny spacer, jednakże zaczęło się we mnie coś wydarzać. Podświadomie, zapewne od ciebie niezależnie, zaczęłaś wibracyjnie przelewać we mnie pewną substancję narkotycznego eliksiru jakim we śnie byłem karmiony przez kobietę, wtedy kiedy otulałem siebie swym ciepłem w swych ramionach, ponieważ czułem, że od tego ciepła będzie zależało życie tego małego człowieczka, którym wówczas byłem. Wiesz, kiedy dotknąłem twojej talii wtedy na spacerze, natychmiast przypomniałem sobie swój sen. Dlaczego to skojarzyłem? Pamiętasz, wspomniałem wówczas o tym śnie, sam nie wiem jak to wytłumaczyć?

Niezwykłość całego wydarzenia jakim jesteś właśnie Ty polega na czymś co się we mnie wydarzyło po raz pierwszy w życiu. Stałaś mi się niezwykle bliska. Wiem, że dzisiaj jest już inaczej, ponieważ drogą perswazji i dialektycznego rozczłonkowania tematu wytłumaczyłem sobie ciebie, sobie siebie i nas jako dzieci wszechświata rzuconych w wir życia, jednakże w ciągu pierwszych chwil, dni, poczułem się tak bardzo zespolony z Tobą. Uniosłem się gdzieś w nierealny świat, jednakże zacząłem te nie-realia dopasowywać do namacalnej rzeczywistości. Powziąłem wówczas jakby w szaleństwie pewne postanowienia, zapytałaś mnie — co chciałbyś zmienić w swoim życiu?… Skąd tak mądre pytanie przyszło Ci do głowy? Odpowiedziałem sobie co chciałbym zmienić. Odpowiedź związana była z Tobą. Nigdy jeszcze dotąd żadna dziewczyna nie znaczyła dla mnie tak wiele i w takim tempie. Nie wiem jak to się stało? Zadziałały pewne promienie podświadomości… Pewne rzeczy wydarzają się, zwłaszcza między kobietą a mężczyzną i nikt tego racjonalnie pojąć nie może. Nigdy też tak wiele nie chciałem sam z siebie dobrowolnie i bez hamulców czynić dla drugiej kobiety, ponieważ wyzbyłem się jakiejkolwiek roztropności. Jakbym znalazł się nagle na innej planecie, w innej częstotliwości w której dobra materialne nie odgrywają żadnej roli. W swojej imaginacji pędziłem w postanowieniach i marzeniach gdzie jedno marzenie i pomysł gonił drugie. Chodziliśmy w Paryżu objęci, przytuleni, śmiejący się w głos po dzielnicy Łacińskiej. Niosłem ciebie na rękach schodząc po schodach z Trocadero do wieży Eifla. Mknęliśmy po autostradach w słońcu a Ty siedziałaś obok mnie ze swoim lekkim uśmiechem na twarzy, mówiłaś do mnie i ja słuchałem, a później ja mówiłem a Ty słuchałaś… Byliśmy gdzieś na wyspach, tam gdzie świeci słońce. Pojechaliśmy na lotnisko do Frankfurtu i z zamkniętymi oczami wyszukiwaliśmy miejsca palcem na mapie gdzie lecimy. Śmialiśmy się przy tym kiedy palec wylądował w wodzie… Tydzień na Majorce, czy na Hawajach… Tam gdzie szybciej byłby samolot aby móc od razu odlecieć. Tam też uczyłem ciebie języków obcych, tych które znam i tyle ile znam… Następnie miałaś swoją własną firmę, byłaś szefową i uganialiśmy się za kontraktami a ja byłem Twoim agentem, managerem, który z boku stał i pilnował interesów. Razem kupowaliśmy pierwszy samochód dla Ciebie, dobieraliśmy kolor, który byłby najlepszy. Akurat zauważyłem niezwykły mały sportowy coupe w kolorze fioletowym i uparłem się, że musisz go mieć którego koloru z początku nie chciałaś zaakceptować ale później sama uznałaś, że był to znakomity pomysł. Oczywiście samochód był ode mnie dla ciebie za pierwsze pieniądze, które razem zarobiliśmy…

Uniesiony w marzeniach nie widziałem żadnych problemów, których nie dało by się rozwiązać ażeby wszystko zmienić. Do takich zmian potrzebna jest odpowiednia energia i uwierzyłem w nią. Dwoje ludzi, jeśli chcą, tak wiele mogą. Wszystko czyni energia której źródłem właśnie my jesteśmy. Tak bardzo zespoliłem się z Tobą. Tak wiele chciałem…


Jednak duchy nie chciały tego. Wymyśliły inny scenariusz. Nie odpowiadał im z innego względu. Byłoby za słodko, a ponieważ musimy się tu na Ziemi rozwijać i udoskonalać, a rozwój następuje poprzez cierpienie — bo wówczas zaglądamy w siebie, a zaglądając w siebie poznajemy, rozwijamy się, wymyśliły coś innego.

Dzwonię do ciebie. Idziesz na spotkanie z innym mężczyzną. Skoro chciałaś tego — tłumaczyłem sobie — to dobrze, prawidłowo. Czemu nie? I co z tego? Przez kontakty z innymi ludźmi poznajemy ich, świat, czyli poznajemy siebie… Ale strasznie zaczęło mnie boleć. Wymyślałem sobie, że to z wrodzonego egoizmu, po co popadam w cierpienia skoro może to przynieść tobie dobre rozwiązania. Nie za bardzo dowierzałem, że są to najlepsze rozwiązania a już jakże nie chciałem mieć świadomości, którą posiadłem, że właśnie tego wieczoru będziesz odwdzięczać się za być może załatwioną pracę przy jakichś duperelach w Telewizji. Dalej rozważałem, że to oni powinni być tobie wdzięczni, że w ogóle będą mieć u siebie taką dziewczynę. Strasznie bolało. Nie mogłem znieść myśli, że jesteś z innym, może z innymi mężczyznami w czyichś innych ramionach… Zdałem sobie sprawę, że szaleję, że cierpię. Zdefiniowałem, że bardzo mnie dopadło, że bardzo kocham Ciebie. Z drugiej strony nie miałem prawa nawet mieć do Ciebie pretensji. Każdy może robić co chce, co uważa za słuszne. Jednakże tak działo się to we mnie. Chciałem do ciebie telefonować. Rzucało mną na wszystkie strony. Paradox polegał na zderzeniu moich marzeń z rzeczywistością i nie było nic złego w tym co Ty robisz. Złe było to, co działo się ze mną. Zadzwoniłem do jednej dziewczyny. Powiedziałem — wiesz, smutno mi, choć pójdziemy na spacer. Przeszliśmy ulicami Warszawy. Myślałem, że może gdzieś zobaczę Ciebie? Zrobiło mi się lepiej, musiałem gdzieś wyjechać, musiałem gdzieś iść, patrzeć na innych, wkręcić się w tłum… Poczułem dziwny rodzaj zadowolenia, że ja też nie jestem sam, chociaż byłem jakże bardzo sam, ale szedłem ulicami z ładną blondynką i ludzie zerkali na nas, ja z kolei cały czas coś mówiłem.

— Wiesz — powiedziała do mnie. — Chyba kojarzysz się ludziom z kimś znanym, patrzą na ciebie.

W tym momencie zauważyłem na sobie spojrzenie ładnej dziewczyny która szła z przeciwka. Popatrzyła na mnie tak trochę dłużej niż zwykłe obrzucenie kogoś wzrokiem. Zrobiło mi się nawet przyjemnie. Pomyślałem, że jestem dostrzegany… Ten spacer dobrze mi zrobił, ale nie na długo. Wróciłem do domu i zacząłem pisać do ciebie. Nie mogłem. Wówczas otworzyłem czerwone wino. Wszystko podarłem. Wino mi zaszkodziło. Kochałem i jakże bardzo cierpiałem. Naturalnie to nie twoja wina. Zupełnie nie. To moja wina. Gdybym to ja poszedł z inną dziewczyną do łóżka to czy byłoby tobie przykro? Myślę, że nie. Uznałabyś to za normalne. Powiedziałabyś, że skoro tego chciałem… Ja z kolei nie mogłem tego tak normalnie znosić mimo, iż przecież to ja sam wymyśliłem sobie moją miłość do Ciebie, bez Twojej woli, bez akceptacji i bez pytania czy chcesz tego czy nie. W dodatku sam uznawałem i uznaję, że masz rację. Nawet gdybyś chciała nie wykorzystać jakiejś szansy sam bym protestował. Jednakże bolało. Zawsze chcemy, bardziej tak niż nie, żeby nas kochano…


Bardzo radykalnie musiałem przywołać siebie do normalności. Wcisnąłem hamulce bezpieczeństwa. I nie uwierzysz. Doszedłem do wniosku, że zwariowałem. Zacząłem się zastanawiać co za substancję masz w sobie która na mnie aż tak podziałała? Na czym ta niezwykłość polega? Starałem się to zrozumieć… Nie mogłem. Porównywałem do innych sytuacji w których doszukiwałem się podobieństwa i co wówczas wywoływało stany uniesień ażeby zrozumieć w jakim miejscu jestem? Próbowałem wytłumaczyć sobie co zazwyczaj wprowadza człowieka w takie uniesienia? Co za impuls, bodziec?… Po prostu kochałem uniesiony gdzieś w nie-realiach i wiedziałem tylko, że pragnę być przy tobie, z tobą, pragnę mieć ciebie w swoich ramionach i tulić do siebie i siebie wtulać w ciebie i być, po prostu być z tobą.


To było takie niezwykłe, nasz pierwszy wieczór… Patrzyłem na twoje ciało i doznałem ekstazy, nadzwyczajnego uniesienia. Dałaś mi siebie tak po prostu, tak normalnie, tak niewinnie… Patrzyłem na Twoje nagie ciało wyniesiony z rzeczywistości jak gdyby miał być to cudowny sen, cudowny obraz. Twój wyraz twarzy był przy tym taki normalny, tak, ta nadzwyczajna normalność… Przemknęło przez moją myśl — może jesteś kurwą? Ale odrzuciłem tę myśl szybko od siebie. Prędzej widziałem lub chciałem widzieć w tobie małą dorosłą dziewczynkę która ot tak po prostu dała mi siebie… Może wówczas narodziło się tak silne uczucie, którego doznałem, może dopełniliśmy wówczas czegoś co już wcześniej się wydarzyło, może to sprawa kosmiczna, nieziemska?


Wiesz, zwariowałem… Skoro tak to przeżywam?.. To było silniejsze niż wszystkie wymyślane kontrargumenty. Po prostu kochałem. Nawet teraz, jak piszę do Ciebie, to chce mi się płakać, mimo, że jutro mamy się zobaczyć. Wiesz, kiedy dzisiaj usłyszałem przez telefon Twój głos, mój głos załamał się w słuchawce w pewnym momencie, zbaraniałem oszołomiony, nie panowałem nad sobą — czego pojąć nie mogłem. To nie był mój głos. Czy to nie szaleństwo? Nie wiem czy to zauważyłaś… Zawsze mówiłem, że miłość to choroba psychiczna. Ale wiesz, nie wymagam od ciebie żadnych wyjaśnień czy komentarzy i nie dlatego to piszę. Akceptuję ciebie taką jaką jesteś i kocham ciebie taką. Wszystko jest OK. Postanowiłem opowiedzieć ci o tym. Ludzie chowają najczęściej swoje uczucia i nie uzewnętrzniają ich. To naturalne zjawisko. Boją się, że ktoś ich zrani. Ludzie lubią ranić innych, jednakże myślę, że mój list nie zrani ciebie. Najwyżej pomyślisz, że jestem wariatem, że ciężki to przypadek…


Od paru dni rozmawiam z Tobą, tylko z Tobą — o którym to fakcie oczywiście nie masz pojęcia. Kiedy jadę samochodem siedzisz przy mnie. Kiedy idę gdzieś, również jesteś przy mnie. W ogóle jesteś we mnie. Kupiłem kartę w Zakopanem i jak chłopak 14 letni miałem ogromny problem aby parę zdań napisać do Ciebie. Dyskutowałem ze sobą jak to przyjmiesz i wiesz, doskonale wiem, że najlepiej byłoby nie pisać, nie wysyłać żadnej karty. Biorę pod uwagę również taką opcję, że jak przeczytasz to co piszę do Ciebie to nigdy nie spotkasz się ze mną. Przestraszysz się mojej miłości? A może jesteś kurtyzaną i będzie tobie to przeszkadzać? Jednakże chcę Tobie o tym opowiedzieć… Będziesz zaskoczona? Tyle we mnie się wydarzyło, u ciebie też. Nie widzieliśmy się tak długo. Boję się naszego spotkania a z drugiej strony tak bardzo tego pragnę.


Z każdym dniem jak się budzę sprawdzam swój stan i stwierdzam z każdym porankiem, że lepiej. Obudziwszy się w Zakopanem stwierdziłem za oknem piękne słońce, góry. Pomyślałem, przecież to wszystko nieważne, Świat jest taki piękny. Wtedy zdecydowałem się wysłać kartę do Ciebie i się zaczęło. Czy wiesz, że nie wysyłam kart do nikogo. Bywało, że cały czas jeździłem, z Niemiec do Belgii, Francji, w Holandii czasami byłem codziennie. Nie sposób byłoby wysyłać kartę do kogokolwiek. Gdybym jeszcze nad każdą spędził godzinę?..


Dnia następnego

Mieliśmy się spotkać. Nie dzwoniłem wcześniej, ponieważ bałem się usłyszeć, że zmieniły się twoje plany, nie masz czasu, musisz wyjść, inne spotkania, zdjęcia… Kiedy zadzwoniłem domofonem zamarłem w bezruchu. Może nie będzie ciebie w domu? Wyjechałem wcześniej gdyż musiałem jeszcze znaleźć dla ciebie czerwoną różę. Wiesz, to było ważne, róża musiała być piękna i czerwona, ciemnoczerwona, był to symbol tego co czułem… Usłyszałem twój głos w domofonie i brzęczenie otwieranych drzwi. Cudowne uczucie. Bicie serca, winda, po chwili miałem ciebie w swoich ramionach. Byłem wzruszony, całowałem twoje usta, tuliłem ciebie do siebie i to było takie cudowne. Wręczyłem ci mój list, ode mnie dla ciebie.

— To taka forma literacka — powiedziałem. — Nazwałem to „list”, to taki wewnętrzny monolog do ciebie, dialog z tobą. — Chciałem oczywiście powiedzieć, że to fikcja literacka a wszelkie podobieństwo do rzeczywistości jest przypadkowe — w co oczywiście i tak byś nie uwierzyła, jednakże za chwilę czytałem tobie to co napisałem a ty przytulona do mnie i wzruszona słuchałaś. Czytałem o mnie, o nas, o mojej miłości do ciebie. Łzy zaczęły spływać po twoich policzkach, było to cudowne. Całowałem twoje łzy, były one wytworem cudownej przecież energii. Sam wzruszony w końcu nie mogłem czytać dalej, głos mi gdzieś zanikał…


Pojechaliśmy potem na spacer na którym płakałaś jak dziecko wtulona w moje ramiona, tak zupełnie bez powodu. Byliśmy w naszym miejscu, bo odkryliśmy je dla siebie za pierwszym spotkaniem i właśnie tam było nam ze sobą tak cudownie, słuchaliśmy muzyki i zaczęłaś płakać. Płakałaś nad sobą, nade mną, nad energią dwojga kochanków skazaną na unicestwienie, nad niekonsekwencją naszego życia, nad niestałością i okrucieństwem. Płakałaś nad swoim dzieciństwem do którego zatęskniłaś, do swojej przyjaciółki z którą o wszystkim mogłyście sobie porozmawiać a teraz jakże ci jej zabrakło. Płakałaś nad zmaterializowanym światem i niesprawiedliwością przemijania. W pewnym momencie powiedziałaś, że płaczesz, ponieważ zaswędziało ciebie prawe oko i wiedziałaś od razu, że będziesz płakać. Roześmialiśmy się głośno. I dalej płakałaś a ja trzymałem ciebie w swoich ramionach tuląc ciebie i całując twoje łzy spływające po policzkach.


Pomyślałem, że jesteś wariatką. Tak, przecież gdybyś była normalną, to nie zakochałbym się w tobie a ty bez powodu nie płakałabyś aż tak przy mnie. Ani nie było normalne moje aż tak nagłe zakochanie i zazdrość o ciebie, o coś co — być może — zaistniało tylko w mojej imaginacji, ani też nie był normalny twój płacz bez powodu. Zrozumiałem jak gdyby powód który spowodował jakże silne uczucie we mnie, nasze podobieństwo. Już na pierwszym naszym spotkaniu odkrywałem wiele naszych wspólnych podobieństw. Wielokrotnie mówiłem, że jesteś taka sama jak ja, tak samo naiwna, tak samo delikatna, wrażliwa, pamiętasz jak o tym mówiliśmy? Mówiliśmy o pocałunkach i zbliżeniach takich przez delikatny dotyk, jakby muśniecie, seks ale jakby nie fizyczny a zmysłowy, jak gdyby pantomimiczny. Upajanie się sobą w zmysłach. Do tego trzeba przecież mieć wyobraźnię… Tak, skoro ja jestem wariatem, a odkryłem to już w sobie, to ty musisz być wariatką, bo inaczej aż tak silne i nagłe uczucie nie rozwinęłoby się we mnie. Nie szalałbym, nie wariował, nie stałabyś się memu sercu aż tak bliska.


Jak wracałem do domu odczuwałem uspokojenie, zadowolenie. Tego wieczoru, czy raczej popołudnia nastąpiło we mnie rozładowanie. Przywróciłaś mnie samemu sobie. Odczułem później ogromne zmęczenie, bardzo szybko zasnąłem.


Wiesz, pokochałem ciebie nic o tobie nie wiedząc, tak zwyczajnie, tak po prostu. Zadziałałaś na moją wyobraźnie, dopasowałaś jej. Nie było w tym żadnego wyrachowania, czysta spontaniczność. To tak samo z siebie się wydarzyło. Byłem akurat w takim stanie psychicznym a nie innym. Znalazłem się akurat w miejscu gdzie i ty się znalazłaś i mogliśmy w ogóle choć przez chwilę zaistnieć. Być może łączy nas nasza psychika, jakże podobna, może nasza przeszłość, ta z innych egzystencji… Może w tamtej innej częstotliwości, w tamtej innej egzystencji znamy się, pochodzimy z jednej jak gdyby rodziny. Mamy tam inną formę, może mieszkamy na podobnym poziomie astralnym albo tym samym, pochodzimy z tej samej energii, z tej samej częstotliwości?..

*

Zmieniłaś jednak coś we mnie. Muszę ci o tym powiedzieć. Denerwuje mnie to. Jak byłem u Ciebie dostrzegłem coś co nie pasuje do Ciebie albo przynajmniej w moich oczach — jakimi widzę ciebie — nie pasuje. Jak zapraszasz kogoś do siebie do domu i jest do ciebie telefon, powinnaś rozmawiać konkretnie i krótko, tyle ile powinnaś aby wymienić informacje. Należałoby zacząć, że nie zaprasza się do siebie osób, które dla ciebie nic nie znaczą, takim osobom również nie daje się swojego telefonu. Zostawiasz partnera i co chwila biegniesz do telefonu? Rozmawiasz kwadransami o niczym?.. Jak call-girl, która czeka na zlecenia… U każdego człowieka twoje akcje natychmiast spadną a nie zyskają. Wyprowadziłaś mnie z równowagi, pomyślałem sobie — jak to? Nie potrafisz powiedzieć, że jesteś zajęta? Rozmawiasz o niczym, jakbyś męczyła się przy słuchawce przez ponad dwadzieścia minut? Dzwoni koleżanka, rozmawiasz o innych facetach, plotkujecie… twój partner którego do siebie zaprosiłaś czeka… To, że koleżance nudzi się w pracy to nie znaczy abyś miała z nią co chwila kwadransami rozmawiać pozostawiając kogokolwiek w takich sytuacjach. Co ten mężczyzna ma zrobić? Lekceważysz partnera… Jeżeli się z kimś umawiasz, to znaczy, że chcesz z nim być, jesteście wówczas dla siebie… Nawet kurwa wyłącza telefon kiedy frajer jest u niej. Poczułem się nie za tęgo… Nie umawiaj się w domu, nie zapraszaj do siebie a jeżeli zapraszasz, nie traktuj nikogo w taki sposób. Jeden facet, koleżanka, drugi facet, znowu ta sama koleżanka, opowiadane pierdoły przez telefon, nic konkretnego — jakbyś miała dwanaście lat albo była niespełna rozumu. Nie traktuje się per noga kogoś, kogo zaprosiłaś do siebie do domu… Wkurzyłem się strasznie, ale dopiero przy ostatniej twojej rozmowie telefonicznej nie wytrzymałem. Jakbyś była zniewolona… I po co kontynuowałaś z tym palantem rozmowę? Zabrałem swój list. Musiałem go zabrać, musiałem go porwać. Dostałem prysznic zimnej wody. Dopiero szlochałaś przy mnie słuchając o mojej miłości, byłem taki wzruszony i już za chwilę, wystarczyło, że zadzwonił telefon, biegniesz jak na skrzydłach i nie zakańczasz bzdurnych pogawędek, kontynuujesz jakieś opowiadania, odpowiadasz na bzdurne pytania absolutnie bez treści… Zdałem nagle sobie sprawę, że to ja jestem psychicznie chory, że ty nie masz nic wspólnego z moją miłością do ciebie, ponieważ moja miłość a ty to dwie rożne rzeczy. Zakochałem się w kimś innym, jest to ponadziemskie, niezrozumiałe. Zakochałem się w czymś co masz gdzieś daleko w sobie, w twoim ciele astralnym z którym ty fizycznie masz tylko taki związek, że masz to ciało astralne w swoim ciele fizycznym i ja kocham ciebie tamtą, ale nie twoje prymitywne zachowania…


Po namyśle doszedłem jednak do wniosku, że trzeba to w tobie zmienić, a więc muszę tobie o tym powiedzieć, musisz to zmienić. Nie chcę abyś była prymitywna, niezależnie od wszystkiego. Nie możesz być jakby zniewolona, bezwolna i robić to czego absolutnie nie chcesz robić a robisz tylko dlatego, że ktoś tak chce, a Ty nie potrafisz odmówić. Od dzisiaj, od zaraz musisz to zmienić. Jesteś z facetem a dzwoni koleżanka czy kolega odpowiadasz — przepraszam cię, jestem zajęta, oddzwonię. Możesz wymyślić coś innego nie mówiąc z kim jesteś jeśli nie chcesz. Nie chcesz zaprosić kogoś do siebie kogo nie chcesz zaprosić to nie zapraszaj. Zaproszenie kogoś do siebie do domu jest zobowiązujące do zachowania stosownej formy. Jeżeli ktoś chce odwiedzić ciebie i nalega a ty nie chcesz go zaprosić mówisz stereotypowo, ze masz bałagan w mieszkaniu i on musi się domyślić, że nie chcesz. Jeżeli jest na tyle niedomyślny i nachalny, musisz zdobyć się na formę bardziej zdecydowaną, a nie załamywać ręce i dopasowywać się do kogoś, czegoś, czego tak naprawdę nie chcesz. Inaczej postępując, nikomu nic dobrego to nie przyniesie. W końcu wyjdziesz za mąż za faceta bezwolnie i tylko dlatego, że on tego chciał, nalegał…


Wtedy w pokoju kiedy stałaś ze słuchawką jakby zniewolona, myśli moje niczym błyskawice zaczęły mnie bombardować. Patrzyłem na tekst listu do ciebie, który leżał na stole… Był dla ciebie, ponieważ uznałem wybuch nagłego uczucia do ciebie jako coś tak wspaniałego, tak niespotykanego, że chciałem opowiedzieć o tym tobie. Byłem przy tym taki wzruszony… I nagle dostałem obuchem w głowę w której rozpętała się wojna, zamęt, powstała myśl aby nie zostawiać tobie tego listu, aby go zabrać, że w żadnym wypadku nie mogę ci go dać, że jesteś zbyt daleko od stanu w którym ja jestem. Że to idiotyczne, ty tego nie zrozumiesz, że skoro tak się zachowujesz z telefonami… Że jesteś zbyt prymitywna, zbyt niedojrzała, będziesz z koleżankami śmiać się ze mnie jak to facet zakochał się w tobie… Nie, to było nie do przyjęcia. Postanowiłem wyjść, natychmiast wyjść od ciebie. Przez dwie i pół godziny jakie spędziłem u ciebie w domu, rozmawiałaś przez telefon ponad godzinę, może półtorej? Ubrałem się i wyszedłem.

I tak już miałem wyjść. Miałem inny termin, inne spotkanie, zupełnie w innej sprawie. Patrząc na leżący na stole list, tłukła się we mnie myśl, że jak go zostawię będę żałował, a wystarczyło go tylko wziąć a z drugiej strony dałem go przecież Tobie i to mnie paraliżowało, nie chciałem zabierać czegoś co dałem, ale konstatowałem, że siebie dałem a skoro siebie dałem to mogę odebrać… W końcu przełamałem się i list zabrałem. Było to dla mnie wówczas bardzo ważne. Kiedy go później na naszym spacerze podarłem, poczułem ulgę, że potrafiłem to zrobić, że jestem facetem, że zdobyłem się na coś, a nie jakby zniewolony dureń miałbym robić coś wbrew sobie. Dobrze zrobiłem — krzyczałem wewnętrznie, czy też raczej usprawiedliwiałem swoje działanie, a może usiłowałem uzyskać skądś pochwałę na potwierdzenie odniesionego psychicznego tryumfu? Tryumfu… ale nad kim? Może nad sobą? Próbowałem odreagować stan mojego zniewolenia, zakochania, jako coś idiotycznego, niewytłumaczalnego — co akurat mi się przytrafiło, okazać, że panuję nad sytuacją. Będąc u ciebie w pokoju odczułem niezręczność, że kocham dziewczynę dla której jestem nikim, że się wygłupiłem… Przez te twoje telefony… Musiałem go zabrać i porwać. Przyniesie to pozytywny skutek tobie i mnie. Sądzę, że takie reakcje w ogóle dobrze robią. Najgorsze — wyczuwałem, że nie chciałaś kontynuować tej ostatniej głupiej rozmowy telefonicznej, a kontynuowałaś i nie potrafiłaś jej zakończyć… Ach, po co cię jeszcze usprawiedliwiam? Nie potrafisz stanowić o sobie. Być może nie masz swojej woli… Może więc moja miłość, nagła, niepojęta to tylko moje urojenie? Może to nie jest miłość? Może to zwykłe wariactwo, choroba psychiczna?


po paru dniach

Czasami jest tak, że zdajemy sobie sprawę dopiero wtedy, że np. kochamy kiedy kogoś tracimy. Ktoś odchodzi i chcemy go zatrzymać, nie możemy bez niego żyć. Tracimy nagle rękę. Mieliśmy do tej pory dwie a teraz została nam jedna… Brakuje nam jej ewidentnie. Jeżeli nas nigdy nie bolała głowa to nie wiemy co to ból głowy, jeżeli nie kochamy nie wiemy co to znaczy miłość, tęsknota, pragnienie tej, i właśnie tej, i tylko tej osoby, której nikt inny nam zastąpić nie może. Powstaje w nas taki proces psychiczny, może chemiczny, a dlaczego on powstaje i dlaczego między akurat tym dwojgiem ludzi tak naprawdę nikt tego nie wie.

W moim przypadku pokochałem ciebie na pierwszym naszym spotkaniu. Dałaś mi siebie całą, tak nierozsądnie, tak do końca. Rozkoszą było patrzeć na ciebie, twoje ciało… Rozkoszą było je całować, dotykać. Odczuwałem rodzaj wspaniałego uniesienia jak gdybym nie chciał tego brać co mi dawałaś, co mi dałaś. Jakbym chciał zatrzymać ten moment w nieskończoność. Wiedziałem, że zaniesiony zostałem w tym właśnie momencie w ekstazę, że to coś nazywa się właśnie szczęściem, że ludzie czasami nie wiedzą w których momentach są szczęśliwi, wiedzą dopiero post factum jak przeminie, jak je utracą. Mówią wówczas, że wtedy byli szczęśliwi. Ale ja wiedziałem, że te chwile, które akurat spędzam z tobą są szczęściem i rozkoszowałem się tymi momentami, jakże chciałem je zatrzymać a wiedziałem przecież, że przeminą. Zapytałem ciebie czy chcesz kochać się ze mną, czy możemy?… Odpowiedziałaś tak. A ty chcesz? Tak, chcę — wyszeptałem. Zapytałaś tak zapewne dziwiąc się, że zwlekam z wzięciem tego co mi dałaś… Tak bardzo chciałem trwać w tym cudownym uniesieniu, w tym cudownym stanie, że nawet nie chciałem tego brać. Wiesz, mieć ciebie w swoich ramionach, sama świadomość, że mogę tam wejść, w ciebie, spowodowała we mnie stan energetyczny którego absolutnie nie chciałem rozładować. Nie chciałem go tracić, a spełnienie byłoby rozładowaniem, przeminięciem. Pływałem w rozkoszy jakby unosząc się w nieskończoności. Rozpoczęcie aktu erotycznego kończącego jak gdyby pewną scenę w spektaklu oznaczałoby rozładowanie i przeminięcie tej energii w której jakże wówczas chciałem być, i być, i być… trwać i trwać, i trwać… Przedostała się do mojej świadomości także paraleliczna myśl, że w takich sytuacjach inni faceci wchodziliby na ciebie natychmiast i bez dylematów by ciebie pieprzyli… Ujrzałem nawet te sytuacje i ten twój taki normalny, zwyczajny wyraz twarzy oczekujący zakończenia…

Nie chciałem w ciebie wchodzić, nie chciałem ciebie pieprzyć, chociaż to nie tak, oczywiście, że chciałem, było mi ciebie tak mało, tylko taka skądś wzięta daleka myśl może o tych facetach… a może co innego?, ale czułem się tak inaczej i chciałem to robić z tobą też inaczej, delikatniej? Jakby fakt, że wejdę w ciebie miał sprofanować doniosłość chwili? Chciałem później to robić, za chwilę, nie dojrzałem być może jeszcze wówczas, w danym momencie do tego, chciałem rozkoszować się tobą w pieszczocie, dotyku, zażywać jak gdyby kąpieli zmysłowej. Dla mnie to była niezwykła zmysłowa rozkosz, całe wydarzenie, nasz wieczór…


Wiesz, pierwszy wieczór dwojga ludzi, którzy dopiero co się poznali jest bardzo ważny i ma wpływ na całą ich znajomość. Albo się wszystko od razu rozwala, albo jest bezpłciowo, albo się coś rozpoczyna. O tym — czy zaistniało coś czy też nic, tych dwoje wie natychmiast. Wiem, że moja miłość spadła na ciebie jak z księżyca i nie wiesz zupełnie co masz z tym zrobić. Ale na mnie spadła tym bardziej niespodzianie. Gwałtownie. Stałaś się tak mi bliska, jakbyśmy znali się z innego wymiaru, jakbyśmy nagle odszukali się i zapragnąłem być z tobą i tylko z tobą. Z miejsca zacząłem czynić pewne rewidowanie swojej sytuacji i podjąłem pewne postanowienia jak gdyby przygotowując grunt dla nas. Poczułem ogromną przedsiębiorczość, rzutkość. Nowe pomysły podniecały mnie i wiele z nich miało być dla ciebie niespodzianką a o wielu miałaś nie wiedzieć… To działo się oczywiście we mnie i ty z tym nie miałaś nic wspólnego. Podświadomie w swej naiwności uznałem a priori, że stało się coś tak cudownego, jakbyś to właśnie ty była tą dziewczyną ze snu, którą kiedyś we śnie spotkałem i później szukałem jej wszędzie… Te nagłe olśnienie, wzniesienie w nie-realia. Mimo, iż muszę uznać to za stan niepoczytalności w której nagle się znalazłem, czułem naturalność wszystkiego o czym myślałem i co chciałem czynić. Odrzucałem myśl, że mogłabyś okazać się na tyle sprytna, aby wykorzystać mój stan niepoczytalności i udać, że też mnie kochasz i poczekać na rozwój wypadków, aby następnie po wykorzystaniu przeze mnie wszystkich swoich możliwości finansowych in plus na twoją rzecz, zostawić mnie. Odrzucałem tę myśl, ponieważ połączyłbym zapewne finanse z inwestycjami, które przynosiłyby zyski z których nie potrafiłabyś ani chciała zrezygnować, jednakże sprytna osoba potrafiłaby i tak wykorzystać szaleńca. W gonitwie myśli i pomysłów jedynym mottem było abyś przeskoczyła jak największą odległość do przodu. To tak, jakbym całe życie na ciebie czekał i wszystko co posiadał zainwestował w ciebie. Pomyśl jak zwariowałem. Oczywiście jesteś tak niewinna, tak dobra z natury, że nie potrafiłabyś nikogo zranić a co dopiero zniszczyć, tak, że podświadomie zapewne czując to, pozbawiłem się jakiejkolwiek przezorności.


Ty jednak ostudziłaś mnie. To co we mnie się stało było za wiele dla ciebie. Moja miłość przerosła ciebie, była dla ciebie zjawiskiem w które nie mogłaś uwierzyć. Nie chciałaś jej? Chociaż tak trochę może tak, każdy chce chociażby dla zabawy czy przez przekorę. Jak gdyby z lekkim opóźnieniem zaczęłaś jakby sprawdzać czy to możliwe abym tak ciebie kochał? Chociaż zaprogramowałaś się aby nie kochać i od miłości trzymać z daleka. To ja czekałem na ciebie a nie ty na mnie. To ja dałem tobie swoją miłość a nie ty mnie. Dysproporcja uczuć, potrzeby kochania, potrzeby dawania, dawania miłości, była aż tak duża, że przeżyłem wstrząs w drugą stronę. Rozpocząłem analizę siebie, analizę tego co się wydarzyło. Na przyszłość będę się programował, nie wolno mi puszczać siebie z cugli.. Jestem jak dzikie źrebię, które tak samo potrzebuje dawać miłość jak i być kochanym. To nie twoja wina ani zasługa, że kocham ciebie. Moja miłość dzisiaj jest już spokojna, taka nie z góry, taka z dołu. Nie będę popełniał żadnych szaleństw. Żeby je popełniać musi być dwoje szalonych a nie tylko jedno. Nie wsiadłaś do tego pociągu, nie chciałaś. Wolisz stateczność, wyważenie, spotkania z mężczyznami, za każdym razem z kim innym. Rano z Maćkiem, po południu z Mieciem, wieczorem z Jurkiem. Chcesz ustawić mnie w swoim szeregu?… Nie mogę zrozumieć dlaczego? Pytałem czy robisz to dla korzyści finansowych? Wiadomo, koszty utrzymania dwudziestoletniej dziewczyny w Warszawie są bardzo wysokie. Przecież rodziców twoich nie stać aby zapewnić Tobie utrzymanie w Warszawie, szkołę. Potrzebujesz ciuchy, pieniądze…

Zapytałem ciebie czy jesteś kurtyzana? Odpowiedziałaś — nie, nie jestem. Czasami dostrzegałem ciebie inną, tę twoją drugą stronę. Nie chodzi czy jest ona lepszą stroną czy gorszą, ona po prostu jest. Wszyscy mamy — co najmniej — dwie strony. Nie zawsze jestem taki delikatny jaki jestem. Nie zawsze nie biorę kobiety kiedy ta chce mi siebie dać. To wszystko zależy sam nie wiem od czego.

Nie stanę w twoim szeregu, nie ustawisz mnie w kolejce, nie będziesz mnie traktować jak następnego frajera. Nie będę jednym z nich. Mógłbym być twoim przyjacielem, stojącym z boku, jednakże zakochałem się w tobie a więc będzie mi ciebie zawsze brakowało, będę zazdrosny, będę cierpiał. Pomyśl, idziemy do łóżka i kochamy się. Nie musi to być wcale łóżko, jednakże kochamy się i jest nam ze sobą cudownie. Następnie wracamy, każde w swoją stronę. A ty?… Na kolejne spotkanie z innym facetem… Albo to jest chore albo ja jestem chory… a ty jesteś porąbana. Zresztą powiedziałem już Tobie, że mam takie szczęście w życiu, że kiedykolwiek powstał we mnie wybuch uczucia, uniesienie, za chwile okazywało się, że dziewczyna była kurwą albo prawie gdzieś tam o kurewstwo się ocierała. Może to wynika z czasów w jakich dorastałem, komuna, brak ładnych ciuchów, i wszystkiego brak, a z drugiej strony nadzwyczajna wartość dolara i dążenie do własnej niezależności, samodzielności? Generalnie braku perspektyw i pieniędzy na normalne życie?.. Wszyscy też potrzebujemy miłości, można by powiedzieć, że jest to naszą wspólną cechą — potrzeba bycia kochanym, a kurestwo to kwestia wyboru stylu życia, są wśród nich też zupełnie normalne dziewczyny, łatwy zarobek i co chwila ktoś nowy, dreszczyk emocji, coś się dzieje…


Wiesz, u ciebie w pokoju kiedy powiedziałaś ten bajer o starszej pani od której potrzebowałaś pożyczyć pieniądze na komorne, kiedy wyjąłem z kieszeni automatycznie cztery bańki i tobie pożyczyłem, nawet nie wiesz ile byłem przygotowany Tobie dać i co chciałem dla ciebie robić, czynić… Drżałem, byłem taki zakochany… Zresztą liczę zawsze na moich przyjaciół energetycznych, którzy w odpowiednim momencie i tak mną pokierują, więc poddaję się chwilom i nastrojom. W pewnym momencie byłaś jakby w dwóch osobach. Bardzo mi się spodobał numer z tą kobietą, od razu skojarzyłem sobie Beatę, która wyciągała od facetów dość sporawe pieniądze. Jednakże oszukiwała ich nie dając nic w zamian. Miała swoją specyficzną moralność. Czasami wyglądała prawie jak kurwa. Ostry makijaż, eleganckie ciuchy, szpilki… Nieprawdopodobne, mówiła, że czuła się kurwą, ale prędzej oszustką seksualną, chociaż to też niewłaściwe określenie… Mściła się na facetach za ich namiętność? Podrywała ich, tak aby myśleli, że to oni ją podrywają i nagle zmieniała się w niewinne dziecko i oni dla niej chcieli tak wiele robić… Tracili głowę. Popatrz, jak to samo wychodzi. Sam to przed chwilą przeżyłem z tobą, tylko mówiłem ci, że mam swojego ducha przewodnika… Kiedyś poszliśmy razem na zakupy z Beatą i w pewnym momencie zostawiłem ją na ulicy i odszedłem. Po prostu odszedłem bez słowa. Nie wytrzymałem energetycznie. Wytworzył się we mnie pewien stan psychiczny w którym nie mogłem znieść myśli, że jestem w tym momencie frajerem, którego ona — jak wielu zapewne przede mną, wyciągnęła na zakupy. Poczułem się tragicznie. Paradoxem było, że uwielbiałem coś jej kupić co sprawiało mi zapewne większą przyjemność niż jej. Na początku naszej znajomości proponowałem jej wspólny interes. Można było całkiem bezpiecznie zarobić dość sporawe pieniądze. Nie chciała. Żałowała później. Nie wiedzieliśmy, że przez wiele lat nie będziemy się mogli rozstać.


Twoje zdjęcia to taki bajer. Są zapewne zdjęcia, które są potrzebne Maćkowi do przedstawiania innym panom, czekasz na telefon, który może być ważnym… Jesteś do wynajęcia na spotkania, na imprezy… Beatę też bajerowali, była na paru bankietach, opowiadała o tym, uciekła, powiedziała, że zaczyna się niewinnie, następnie namawiają, że to przynosi korzyści, kontakty, dobrą pracę, awanse… Powiedziała, że to wkręca. Była zbyt niezależna. Nie chciała… Szaleliśmy za sobą. Jakże piękne chwile przeżyliśmy razem. Była bardziej szalona ode mnie.


Każdy ma prawo robić to co chce, ale wiesz, wyobraź sobie, że poznajesz kogoś i zaczynacie robić razem interesy. Jeździcie sobie po świecie, na przykład do Azji i kupujecie towary aby później je sprzedać i zarobić. Rozmowy z kontrahentami — jak na bankietach, tylko, że występujesz jako manager. Czy to byłoby nudne? Wyjazdy na targi do Niemiec, do Paryża, oglądanie towarów, np. okularów, które podobają się tobie i myślisz, że mogłyby się dobrze sprzedawać. To takie proste… Okazuje się, że sprzedają się dobrze, przynosi to dochody, można żyć. Przy okazji jedziesz w góry, patrzysz na piekne widoki, nad morze… Sam nie wiem co lepsze. Przecież nie będziesz kurtyzaną do końca życia? To nieciekawe.


Nie powiedziałem Tobie paru rzeczy, nie pytałaś, ale nigdy ciebie nie okłamałem. Znaczyłaś dla mnie od samego początku bardzo wiele. Ty natomiast od samego początku okłamałaś mnie parę razy chociaż nie musiałaś. Nie oskarżam ciebie, nie potępiam, rozumiem, chociaż są lepsze rozwiązania. Najgorsze, że nic nie można zrobić, że ja nic nie mogę zrobić… Tak bardzo chciałbym abyś była szczęśliwa. Nie mnie kierować kimś, czymś, osądzać i mówić co jest dobre a co złe. Można dostrzegać w każdej sytuacji wiele dobrego i wiele złego. W każdej też sytuacji można znaleźć więcej dobrego niż złego w zależności czego chce się więcej znaleźć. Każdy ma swoją karmę i musi swoje przejść. Czasami wydaje się nam, że życie jest tak bardzo niesprawiedliwe, chociaż bez wątpienia istnieje — jak to nazywam — sprawiedliwość kosmiczna niczym prawidło naszej egzystencji, mógłbym dać tobie parę przykładów. Myślę, że zadajesz sobie zbyt dużo cierpienia. Wiesz, każdy uczynek, który sprawia nam przyjemność a nie przynosi bliźniemu szkody jest bardzo słuszny i bardzo sprawiedliwy, gdzieś to przeczytałem i zapamiętałem. Byłem też kiedyś w piekle, jeszcze gorszym niż egzystencja na ziemi. Zawsze więc może być jeszcze gorzej niż jest, ale może też być i lepiej.


Tym sposobem zrozumiałem skąd wzięło się we mnie uczucie do ciebie. Nasze duchy skojarzyły nas razem, energetycznie, ponieważ zapewne bardzo potrzebowałaś mojej dobrej energii a sama dałaś mi swoją. Pomogliśmy sobie. Otrzymałem cząstkę ciebie, dałaś mi nawet więcej — co czuję, dałaś mi namiastkę swojego wnętrza, swojej duszy?, jednakże iskierka czasem wystarczy… To cudowne zjawisko jakim byłaś dla mnie na pierwszym spotkaniu, było przypadkiem. To nie twoja wina, że wyidealizowałem ciebie, całą sytuację i dopatrzyłem się daru Bożego w tobie i wieczorze. Ten wieczór niezależnie od wszystkiego był darem Bożym, poznałem ciebie a jeszcze bardziej siebie. To, że staliśmy się sobie nadzwyczajnie bliscy to z racji naszego podobieństwa, wcale nie przypadek. Popatrz jak trafnie samemu nie wiedząc określiłem sytuacje już na pierwszym spotkaniu. Przecież nikt mi nie powiedział. Zawrót głowy, wzrastające uczucie, pomyślałem, że coś w tym musi być. I wówczas niby nie pytając zapytałem czy jesteś kurtyzaną? Zaprzeczyłaś. Ale przecież nie byłem z kurwą tylko z dziewczyną, z Tobą. Nie byłaś kurwą kiedy byłaś ze mną? Powiedz. Nie wiedziałem o tym, byliśmy aktorami naszego wieczoru, ale wiesz, pamiętasz jak wielokrotnie patrzyłem na ciebie, na wyraz twojej twarzy — jakby nieco sztuczny(?), jak gdyby w pełni podporządkowujący się jakiejś sprawie?… Wiedziałem, że jestem świadkiem osobliwego zjawiska i patrzyłem na ciebie jakbym chciał coś z ciebie wyczytać, dostrzec. Próbowałem to zdefiniować co dostrzegałem a co mi gdzieś umykało, nawet pomyślałem przez chwilę, że może jesteś nie całkiem normalna? Ale odrzuciłem tę myśl, gdyż wydała mi się niedorzeczna. Nie mniej odkryłem coś w tobie, coś co mi podświadomie przekazałaś a co drzemało w twojej podświadomości…


Wcale nie kocham ciebie mniej i jest to chyba moją tragedią. Nie wiem czy uciec od ciebie czy pozostać przy tobie, kochać i cierpieć? Wiedziałem, że zostanie mi to w którymś momencie powiedziane, że dowiem się wszystkiego i w zasadzie od pierwszych chwil wyczuwałem ten kierunek… Pamiętasz jak kochaliśmy się u ciebie w pokoju, powiedziałem do ciebie, że będziesz odchodziła do innych mężczyzn i do mnie wracała? Nie wiem dlaczego tak powiedziałem, to przecież nie ja mówiłem tylko ktoś moimi ustami nagle to wypowiedział i sam wówczas to usłyszałem…

Nie mogę do ciebie pisać. W ogóle nie mogę pisać. Jest mi tak bardzo smutno. Tak bardzo sam siebie zraniłem, tak bardzo, nawet nie wiesz jak boli. Tak wiele dla mnie znaczyłaś. Pozbawiłaś mnie tego, zabrałaś mi złudzenia, to stan przedagonalny. Jakże będę bał się kogokolwiek pokochać, aby znowu nie dostać po głowie, nie dostać nożem w serce. Dobrze, że znaliśmy się tak krótko, przejdzie mi, w zasadzie już przechodzi. Jutro będzie dzień… Będzie świeciło słońce i będę jechał samochodem. Będę sam ze sobą… Będę jechał szybko, słuchał głośno muzyki i zawędruję w swój świat gdzie spotkam tych, którzy mnie kochają i ja ich kocham…


po tygodniu

W czwartek miałaś jakieś spotkania, a więc się nie spotkaliśmy. Powiedziałaś, że we wtorek ale mam przedtem zadzwonić. Wyłapałem przekazaną mi w podtekście informację, że jak zadzwonię we wtorek, również nie będziesz miała czasu. Pomyślałem, że na sto procent jesteś kurwą pracującą na zlecenia Maćka.

Kiedyś Beata tłumaczyła mi to zjawisko. Śmieszne to było, ponieważ był to nasz jeden z pierwszych spacerów. Byliśmy na rybce pod Warszawą i po obiedzie postanowiliśmy sobie pospacerować. Ona wówczas udawała kurtyzanę, tak o sobie powiedziała ku mojemu zdumieniu — co było zresztą nieprawdą a ja, aby wydać jej się atrakcyjnym i ją zaskoczyć powiedziałem, że również zajmuję się prostytucją i wynajmuję się na telefon z paniami. Zaskoczyłem ją, zaczęła zerkać na mnie tak trochę inaczej a skoro sama udawała profesjonalistkę zapytała ile biorę za godzinę. Odpowiedziałem, że to zależy od wieku pań i ich wymagań, ale mniej więcej od 50, — do 150, — EUR. Czasami jestem zapraszany na obiad, czasami są to pary, czasami wymagająca kobieta i tak nieinteresująca, że chce się rzygać. Ze zrozumieniem kiwała głową ale i tak wcale mi nie uwierzyła. Skomentowała później, że sam przedstawiam siebie — jak powiedziała — w złym świetle aby wydać się jej bardziej interesującym. Tak dosłownie to określiła jak gdyby przedstawienie mi siebie jako kurwę miało być światłem dobrym. Mówiłem też, że dla kobiety jest to najlepszy sposób na zarabianie pieniędzy aby zaakcentować, że w pełni akceptuję fakt, że ona jest kurwą jednocześnie prowokując temat aby przytoczyła więcej szczegółów na potwierdzenie tej wersji, która od samego początku była podejrzanie nieprawdopodobna. W naszych rozmowach było więcej komizmu niż realności. Kontynuowałem blef, więc samemu prowadząc tę grę chciałem doszukać się albo większej dozy realizmu na wypadek gdyby jednak miało się okazać to prawdą albo konkretnego zaprzeczenia. Wyczuwałem, że Beata bawi się tematem bo czasami nie trzymało się to kupy. Ja z kolei czyniąc z siebie branżowca, profesjonalistę, usiłowałem wytrącić ją z pantałyku. Reakcje nasze były komiczne i niewystarczająco realistyczne. Ze zdumieniem zaglądałem w nią coraz głębiej nie mogąc pojąć celu dla którego stwarza takie pozory.

Czasami wyglądało to tak, jakby Beata wymyśliła sobie i uwierzyła w wymyśloną przez siebie myśl, że urodziła się kurwą w związku z czym rozpoczęła walkę ze swoim przeznaczeniem aby kurwą nie zostać. Jednakże jej sposób bycia był balansowaniem między kurewstwem a niewinnością. Był udowadnianiem sobie, każdemu facetowi i całemu światu, że nie jest kurwą jak gdyby każdy miał właśnie o niej myśleć, że kurwą jest. Psychicznie nie mogła, nie pasowało jej bycie kurwą chociaż lubiła się ocierać i borykać z tym problemem — co było jej wariactwem. Jej marzeniem było zostać księżniczką, kochaną i obdarowywaną kwiatami, prezentami… Uciekła z domu po kłótni z ojcem i przyjechała do Warszawy. Wynajęła mieszkanie i mimo ocierania się o przeróżne sytuacje, także spotkała tych od namawiania na niewinne przyjęcia, spotkania, bankiety czy koncerty, to z drugiej strony miała bardzo silny charakter, silną osobowość — była zresztą lwem i lwia duma pozostała nie do przełamania. Kiedyś powiedziała, że była na granicy i gdyby mnie nie spotkała to zostałaby kurwą — co zapewne było też nieprawidłową tezą, że była już na granicy… To też była tylko słowna improwizacja, ponieważ miała inny problem, kompleks z którego udało mi się ją wyzwolić, nie mniej uwielbiała balansować na granicy, prowokować, jednak zawsze potrafiła się z najtrudniejszej sytuacji wydźwignąć, a co ciekawe, uprzednio z łatwością wikłając się w taką.

*

Zadzwoniłem do ciebie we wtorek, tak jak byliśmy umówieni. Powiedziano mi, że nie ma ciebie w domu. Tak przypuszczałem, dokładnie tak. Wpadłem w stan psychozy, jedna myśl goniła drugą… Najważniejsze było, znaleźć ciebie i odebrać 400 złotych które ci pozyczyłem. Zrozumiałem, że przeliczyłaś mnie na czterysta złotych. Dla ciebie było to wystarczające, byłem więc w twoich oczach wart czterysta złotych. Mówiło mi coś, że jesteś w domu i postanowiłem to sprawdzić. Pędziłem do ciebie 140—160tką po ulicach Warszawy. Nie wiem dlaczego tak szybko, jednakże czułem, że możemy się rozminąć, że jeszcze jesteś w domu. Jak bym chciał coś uratować?…

Ponadto miałem świadomość twojej zagrywki poprzez dezinformację, że ma nie być ciebie w domu, a więc nie liczyłaś abym mógł przyjechać do ciebie po usłyszeniu wiadomości, że nie ma ciebie w domu, a nie wiedzieć czemu byłem przekonany, że w domu jesteś. Miałem szansę więc zaskoczyć ciebie. Zaparkowałem samochód pod twoim domem. Przycisnąłem domofon. Byłaś. Usiłowałaś mi wyjaśnić, że nie masz czasu. Powiedziałem, że przyjechałem po pieniądze i zaraz odjeżdżam. Nie potrzeba dużo czasu aby zwrócić pieniądze. Powiedziałaś, że już schodzisz na dół. Zeszłaś. Nawet ładnie wyglądałaś. Powiedziałaś, że nie masz pieniędzy, musisz podjąć z banku, na co ja — OK., jedziemy do banku. Nie masz czasu, ponieważ właśnie jesteś umówiona, prosiłaś abyśmy spotkali się popołudniu. Najpierw pieniądze, później twoje spotkania — powiedziałem. Okazało się, że kolejny frajer stał pod twoim domem z którym byłaś umówiona, kolejne zlecenie. Podbiegłaś do niego prosząc o przełożenie spotkania, ponieważ chciałaś jechać ze mną do banku — jak powiedziałaś. Nie zgodził się — blefowałaś, pewnie już zapłacił — myślałem, wygospodarował sobie trochę czasu dla ciebie… Umówiliśmy się o trzeciej. Mówiłaś — przysięgam, będę, spotkamy się później. Jechałem za wami, wyprzedziłem was. Widzieliśmy się przez szybę samochodu, chociaż nie odwróciłem głowy w twoją stronę. Nie wiedziałem wówczas, że zobaczyłem właśnie oficera prowadzącego ciebie, i że ty byłaś agentką służb specjalnych zwerbowana przez „fotografa” Maćka…


Byłem wściekły, krzyczałem głośno fuck it!, fuck it! i wszystko mnie denerwowało. Jeżdżąc szybko cały dzień ślizgałem się po miejscami mokrym asfalcie. Nie mogłem ani normalnie myśleć ani się uspokoić. Przysięgałaś na życie, że będziesz o trzeciej i przyniesiesz pieniądze. Nie chodziło mi o pieniądze, chodziło mi, aby je od ciebie odebrać. Było to bardzo ważne, chociaż tak do końca nie rozumiem dlaczego aż tak ważne. Mogłem spowodować dziesiątki kolizji, wchodziłem w każdy zakręt zbyt szybko, zbyt gwałtownie. Mogłem rozbić samochód i stracić paręnaście tysięcy na naprawę… Nawet nie byłem zazdrosny, skreśliłem już ciebie, może właśnie to mnie tak denerwowało?… Mieliśmy spotkać się w czwartek. Twoje zlecenia były ważniejsze. We wtorek — miałaś już kolejne zlecenie i nie miałaś czasu. Postanowiłem o trzeciej przyjechać, odebrać pieniądze i odejść. Odejść bez słowa komentarza.


Doczekałem trzeciej po południu. Przycisnąłem domofon. Czy będziesz w domu? Od razu zabrzęczało, otworzyłaś drzwi na dole bez słowa — co oznaczało, że mam wejść do ciebie na górę. Moje myśli zawisły w powietrzu. Zadzwoniłem do drzwi. Stałaś z drugiej strony. Zauważyłem, że wyglądasz ładniej niż rano, na co odpowiedziałaś, że wyglądasz tak samo. Oddałaś mi pieniądze rozkładając je w ręku aby nie było wątpliwości, że zwracasz całą kwotę. Przeliczyłem je odruchowo i schowałem do kieszeni. Staliśmy w pokoju. Byłaś smutna. Zadzwonił twój młodszy brat, zapraszał ciebie na swoje urodziny, prosił abyś przyjechała do domu. Odpowiadałaś, nie mogę, nie mogę, nie mogę, jakby żadne inne słowa nie istniały a twoje kurewstwo było ważniejsze od wszystkiego na tym świecie. Skoro Maciek ugania się za frajerami dla ciebie to przecież ty nie możesz mu odmówić… Nie możesz nawet pojechać do domu… Jest konkurencja, jeszcze inna dostałaby tego frajera, którego ty mogłaś mieć… A może byłby to super frajer? A ile ty z tego masz? Chciałbym usłyszeć tę cyfrę. Później płakałaś i znowu patrzyłem na ciebie i twoje łzy i zacząłem mówić abyś nie marnowała sobie życia, że to nie pasuje do ciebie… i że jesteś zbyt wrażliwa, że z każdym dniem będziesz coraz więcej traciła a nie zyskała, że jesteś maskotką w rękach mężczyzn a tych skurwysynów sutenerów trzeba by pozabijać…


I znowu twoje łzy, twój smutek przyciągnął mnie do ciebie. Patrzyłem na twoją naprawdę smutną twarz i tak bardzo chciałem coś zrobić i tak bardzo byłem bezsilny. Znowu zrozumiałem, że moje uczucie do ciebie nie jest twoim uczuciem do mnie. Jest po prostu uczuciem jednostronnym i skoro nie znajduje ono odpowiedniej akceptacji i wzajemności… Nie mam żadnego wpływu na ciebie, nie mogę zakazać bycia tobie kurwą skoro sama tego chcesz. Zresztą nikomu niczego nie będę zakazywał. Jest mi ciebie żal, po prostu żal, ponieważ wiem, że unicestwiasz siebie. Z drugiej strony jest mi siebie żal, że pokochałem ciebie, tak za nic, tak zwyczajnie, nienormalnie…

*

Gdybym wiedział od razu to co wiem dzisiaj, nie wzniósłbym się aż tak wysoko, chociaż może też, skąd mogę to wiedzieć? Mógłbym co prawda bardziej skontrolować swoje uczucie, nie puszczać wodzy fantazji, nie widzieć nas razem tak do końca, tak nadrealne… Wprowadziłaś stan taki bez wyjścia, nie bez wyjścia, inaczej, spowodowałaś, że ja nie mam innego wyjścia. Muszę odejść od ciebie i wiem, że odejdę. Na przykład dzisiaj postanowiłem, że nie odezwę się więcej, nie zadzwonię i nie spotkam ciebie. Natomiast za chwilę będę jechał na spotkanie… I już nic nie wiem. Zobaczymy. Cieszę się, zobaczę ciebie…

Przyszłaś na spotkanie w swetrze i zakomunikowałaś, że nie masz czasu… Znieruchomiałem. Dopiero co powiedziałaś przez telefon, że masz czas i chcesz się ze mną spotkać. Tylko w międzyczasie zapewne otrzymałaś zlecenie?… A więc ktokolwiek by to nie był, jesteś zniewolona. Idea bycia do dyspozycji na życzenie alfonsa ważniejsza jest dla ciebie niż cokolwiek innego, niż naturalna przyzwoitość, dane słowo. Co ja tu w ogóle robię… A więc nie można umówić się z tobą w ogóle, ponieważ w ostatniej chwili do godziny dwunastej może alfons zadzwonić i powiedzieć tobie, słuchaj podjeżdża do ciebie samochód taki i taki, spotkanie umówione… I ty, lojalna kurwa, nie możesz odmówić, nie chcesz odmówić, więc odmawiasz wszystkim innym bliskim ci osobom i idziesz z frajerem, który dla ciebie jest nikim i dla którego ty też jesteś nikim. Jeżeli miałaś jakichkolwiek przyjaciół, jakiekolwiek bliskie tobie osoby to z pewnością je straciłaś. Jesteś porąbana…


Pierwszego dnia kiedy pojechalismy na spacer po co byłaś ze mną? Zapewne podszedłem pod twoją rękę, więc chciałaś zrobić ze mnie swojego kolejnego frajera? Jednakże nie mogliśmy się rozstać, byliśmy cały dzień ze sobą i mieliśmy się jeszcze spotkać tego samego wieczoru a w zasadzie już w nocy, ponieważ musiałem wrócić na chwilę do domu do telefonu, a nie znaliśmy się jeszcze na tyle i nie chciałem pokazywać tobie swojego domu. Nie spotkaliśmy się jednak ponieważ poczułem ogromne zmęczenie. Ty też odczułaś zmęczenie, podobnie jak ja. Czułem oszołomienie. Chciałem nawet pobyć trochę sam i pomyśleć o wydarzeniach dnia i wieczoru. Pewnie był to przypadek. Każde z nas o czym innym myślało, ja ciebie pokochałem, a ty?… Mówiłaś później, że było OK., że był to miły spacer, fajne miejsce, przypomniało się tobie twoje dzieciństwo jak w podobny krajobraz chodziliście na spacery…

Wiesz, wiem, że nie spotkamy się więcej. Powiedziałaś, że się spotkamy. Zapytałem ciebie ile chcesz za spotkanie? Ustalimy warunki, od której godziny do której, będę z tobą robił to co chcę… Wiedziałaś, że mówię tak specjalnie. Powiedziałaś, że się spotkamy bez ustalania warunków. Zapytałem ile zarabiasz miesięcznie?

Powiedziałaś, że to nieprawda, że ty taka nie jesteś, że jest to wytworem mojej wyobraźni, że to ja chcę abyś ty taka była… Wielki Boże! Przecież sam widziałem jak odjechałaś z tym palantem, niedoszłym posłem, sama mi to powiedziałaś, że przed dwoma laty miał zostać posłem… Przypomniała mi się od razu piosenka, którą kiedyś śpiewaliśmy na zabawach kiedy grałem w zespole muzycznym. Publika, która nas znała, lubiła tę piosenkę, my zresztą też i chętnie ją graliśmy i śpiewaliśmy, — Ja chcę do mamy, do mamy, do mamy — a później było — jak podrosłem, tak podrosłem i do szkoły poszłem, chciałem zostać posłem lecz zostałem osłem, a panny mi mówiły, że chłopak taki miły… Wszyscy się śmiali i my też.

Widziałem go jak podbiegłaś do niego kiedy mieliśmy jechać do banku po pieniądze a on już ciebie nie puścił. Pewnie przygotował sobie chatę i pieprzył cię parę godzin, może nie był sam? Zauważyłem jednak, że niezbyt mi się podobał i w ogóle przegrany, na co odpowiedziałaś, że miał zostać posłem… Imponuje tobie nazewnictwo, poseł, kompozytor, producent… Wiesz, do mnie przysyłają korespondencję i nazywają mnie prezesem, dyrektorem — co nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Na wizytówce napisałem sobie manager pod kątem targów na których należy wręczyć wizytówkę kto z kim ma przyjemność rozmawiać. Mógłbym napisać sobie president — lub cokolwiek innego. No i co z tego? Dzwonią różne dziewczyny i próbują sprzedawać różności, najczęściej ubezpieczenia albo reklamy. Jednakże po głosie wyczuwają partnera i są bardzo chętne na spotkania, imprezy… Tytułują specjalnie per panie dyrektorze, panie prezesie, zresztą chcą być miłe, chcą sprzedać to co oferują a poza tym na wielu palantów to działa. Doznają wówczas rozkoszy, prawie orgazmu zmysłowego i dają się namówić na spotkania i pewnie czasem kupują co tamte chcą im sprzedać. Wczoraj rozmawiałem z jedną dziewczyną, chciała sprzedać mi reklamę, na imię miała Marta. No i tak dosyć długo rozmawiamy sobie, wiesz, lubię sobie pogadać — zresztą na jej koszt — i w końcu do niej mówię:

— Czy pani wie, że pierwsza moja dziewczyna, ogromna miłość, miała na imię Marta?… Powiedziała abym przyszedł do Forum na wieczór walentynkowy, ona tam będzie… Specjalnie tak powiedziałem, ponieważ sprytne dziewczę zapytało mnie od razu czy mam czas dla swojej żony, abym potwierdził fakt posiadania żony lub temu zaprzeczył. No i takie różne podjazdy dla wybadania sytuacji robiła. Nie potwierdziłem ani nie zaprzeczyłem czy mam żonę lub jakąkolwiek inną partnerkę, tylko powiedziałem, że na pewno w Forum będzie zajęta i zakończyłem rozmowę.


Kompozytor komponuje muzykę. Nie omieszkałaś powiedzieć, że to taki miły, kulturalny, sześćdziesięcioletni pan, kompozytor — dodałaś z akcentem, jakby ten fakt miał spowodować we mnie zachwyt. Sam komponowałem muzykę i teksty jak miałem dwanaście, szesnaście lat. Mam swoje kompozycje i gram je do dnia dzisiejszego. Nie widzę w tym nic nadzwyczajnego, na zawołanie mogę stworzyć muzykę. Wielu ludzi pisze, tworzy… Maciek, twój alfons, dostał pieniądze — i ty też — żeby towarzyszyć kompozytorowi przecież nie za to aby prowokować go do twórczości, tylko wiadomo za co — chociaż kto wie? Do twórczości czy twórczego niepokoju mogło by to jego również inspirować… Później wracasz, płaczesz, masz depresję, migrenę… Nie odpowiedziałaś kiedy zapytałem ile zarabiasz? Jakie masz przychody miesięczne? Odpowiedziałaś, że wystarcza tobie. — Wymień cyfrę — powiedziałem. Śpieszyłaś się na następne spotkanie, na następne zlecenie. Chcesz mi powiedzieć, że nie jesteś taka? To znaczy, że nie jesteś kurtyzaną? Ma być to moja imaginacja? Wymyśliłem sobie bezpodstawnie? Ty wiesz, że ja wiem i nawet jak zaprzeczasz nie starasz się być zbyt przekonywująca. Zresztą przewartościowałaś to w sobie po dwóch dniach naszej znajomości. Był moment zawahania w tobie — jak lub co mi powiedzieć i postanowiłaś robić swoje. To co mówiłaś nie pasowało wzajemnie, nie trzymało się kupy… Znam tak trochę ten świat, otarłem się kiedyś o niego. Nie wiedziałem tylko, że ten facet z kamerą Maciek to twój alfons, że to on przysyła tobie klientów. Dlatego robił zdjęcia, dlatego musiał nakręcić ciebie na taśmę aby innym facetom pokazywać. Może przedstawia ciebie jako modelkę aby większą kasę zgarnąć… Ciekawe ile ty z tego masz?…


W zasadzie nie powinno mnie to interesować. Wczoraj odszedłem i więcej do ciebie nie zadzwonię. Nie spotkamy się, nigdy, ponieważ będziesz mi przypominać moją porażkę. Właściwie i tak wygrać nie mogłem a więc porażki nie odniosłem. Odwrotnie, mogłem przegrać a nie przegrałem. Gdybyś ze mną została musiałbym przegrać, przegrałbym swoje życie, mógłbym się już nie podnieść… Jesteś jednak bardzo mądra i roztropna. Rzeczywiście. Powinienem być tobie wdzięczny i zaprosić ciebie na kolację… Za twoją mądrość, a może nie jest to mądrość? Zajmujesz się po prostu tym czym się zajmujesz. Jest to rodzaj ekskluzywnej prostytucji. Nie pieprzysz się w agencji towarzyskiej z każdym. Chodzisz na spotkania z wybranymi dla ciebie frajerami przez Maćka. Jesteś więc do jego dyspozycji. Co dzieje się na spotkaniach to inna sprawa, jednakże wszyscy lubią seks, wszyscy to robią, tak że w zasadzie co za różnica kto z kim to robi. Jeżeli można jeszcze w dodatku z tego nieźle żyć? Skoro można mieć wybór? Masz zawsze wybór, możesz się zgodzić albo nie. Nie odpowiada tobie facet mówisz nie. Tylko czy chcesz powiedzieć „nie” skoro on płaci i wymaga, a ty kalkulujesz ile płaci i po to w końcu tam jesteś, dla nich, a więc co masz do stracenia? Skoro decydujesz się na taki rodzaj egzystencji?…

*

Akurat mówią w radiu o walentynkach i tak myślę aby zadzwonić do ciebie i zapytać czy nie chciałabyś spędzić tego weekendu ze mną? Moglibyśmy gdzieś pojechać? Być tylko we dwoje?… Z drugiej strony tłumaczę sobie, że przecież odszedłem od ciebie a więc bez sensu byłoby dzwonić… Ale sens byłby taki, że bylibyśmy razem i byłoby fajnie… Gdybym zadzwonił złamałbym swoje postanowienie. To i co z tego jak bym złamał? Mogłoby ciebie nie być w domu?… A może byłabyś? A może jesteś już z kimś umówiona? W zasadzie wcale nie odszedłem od ciebie, chyba spadłem z wysoka, nas nigdy przecież nie było, więc jakże mógłbym odejść? Po prostu wysiadłem z własnego pociągu do którego ty nie wsiadłaś i pojechał pociąg dalej sam. Postanowiłem do ciebie nie dzwonić i nie spotykać się z tobą… Dlaczego nie? Skoro kocham ciebie to normalne, że powinienem chcieć spotykać ciebie. Chciałoby się wziąć do ręki słuchawkę, usłyszeć twój głos, usłyszeć ciebie, spotkać się z tobą, ale nie, nie zadzwonię… Robię sobie na złość, pozbawiam się możliwości ujrzenia ciebie, usłyszenia twojego głosu, patrzenia w twoje oczy i rozmawiania z tobą. W tym momencie jestem w takim stanie, że pragnienie bycia z tobą jest pragnieniem potężniejszym niż twoje spotkania z innymi facetami, jakby one w ogóle się nie liczyły. Tamte spotkania nie mają tej energii… są nieważne…

Zadzwoniłbym jednak gdybym tylko wiedział, że będziesz w domu, że sprawię moim telefonem tobie przyjemność, jednakże… nie, nie będę dzwonił… Bałbym się usłyszeć, że sobotę masz zajętą, niedzielę zajętą. Nie, nie chcę… Czy ja muszę o tobie myśleć? Rozmawiać z tobą? Przecież ty o mnie nie myślisz, a więc nie ściągasz mnie myślami, a może myślisz? Dlaczego we mnie weszłaś? Potrzebujesz mojej energii? Czy mamy wspólnego ducha przewodnika? A może jesteś wampirem energetycznym? Wzbudziłaś we mnie energię, która jest tobie niezbędnie potrzebna? Bez której nie mogłabyś dalej istnieć? Szkoda, że tylko moja energia jest tobie potrzebna…


W zasadzie przeszło mi. Czuję się tak spokojnie. Patrzę krytycznie na siebie. Wiem, że nawet gdybyśmy się spotkali i spędzili jeszcze cudowniejsze chwile to i tak zostało coś przekreślone. Ty to przekreśliłaś. Jestem przekonany, że prędzej czy później będziesz tego żałować. Musisz tego żałować, to kwestia dwóch lat. Może spotkasz kogoś tak szalonego jak ja a może nigdy nie spotkasz, jednakże zapamiętasz moją miłość i będziesz żałować, że wówczas nie wsiadłaś do mojego pociągu. To nie takie proste spotkać kogoś kto nas tak pokocha… Od początku starałem się przejąć ster a ty mnie od niego odsunęłaś, chociaż naprawdę nigdy w życiu nie zdarzyło mi się to jeszcze. Chciałem nagle zacząć dawać tobie to na co liczyły moje inne partnerki a dać im nie chciałem. Powiedziałem kiedyś do ciebie: — Co jest moje jest twoje.

— Nie mów tak — odpowiedziałaś.

Mówiłem poważnie, a przynajmniej tak mi się w tym momencie wydawało a może chciałem aby tak było, a ty jakbyś przestraszyła się i po chwili zaczęłaś mnie studzić…

Pokochałem ciebie tak nagle, tak nierozsądnie… Nie pojmuję tego, nie rozumiem.

W zasadzie nic się nie stało. Zupełnie nic. Kolejna przygoda, kolejne doświadczenie energetycznie silne uprzytomniło mi, że jestem wariatem… Rządzi mną uczucie, rządzi mną miłość. Kiedyś powiedziałem, że jedyną monetą za którą można mnie kupić jest miłość. Dobrze, że nie wykorzystałaś mojego szaleństwa. Nigdy się nie dowiemy jak daleko byśmy zawędrowali? Jak wysoko się unieśli? Gdzie by nas poniosło?


Zaintrygowała mnie twoja fryzura. Ocena jej wywołała we mnie dyskusję. Wydaje mi się, że twój kok na głowie ukazuje twoją aparycje nieco inną, odkrywa twoje rysy, które masz zamaskowane przy rozpuszczonych włosach. Nieco zakryta twarz bardziej działa na wyobraźnię podczas gdy kok odsłania ciebie także psychicznie. To tak, jak z lekko zakrytym ciałem, które działa na naszą wyobraźnię bardziej niż obnażone. Obnażone ciało jest takie jakie jest, jakim go widzimy, natomiast zakryte powoduje ochotę zajrzenia za zasłonę, niewątpliwie inaczej działa, wzbudza naszą wyobraźnię. Odchylasz nieco włosy i to prowokuje do zajrzenia w ciebie, do czytania za każdym razem stronicę jakby dalej, jakby nieco inaczej. Kiedy jesteś w koku wszystko od razu jest jakby wyczytane, pokazane. Zarówno aparycja jak i psychika. Może przesadzam?…


Wiesz, krzyczę na ciebie, ubliżam tobie, wymyślam, a tak naprawdę nie mam do tego prawa z czego paradoksalnie zdaje sobie sprawę. Jeżeli jeszcze powiesz, że się na mnie nie gniewasz to chyba się rozpłaczę. Jedno jest pewne, nie wiem jak to możliwe, jak się to stało ale jesteśmy do siebie podobni, tak bardzo podobni, chyba, że jest to kolejne moje urojenie, kolejne szaleństwo, że dojrzałem coś czego nie ma, co nie istnieje… Jednakże mój stan energetyczny istnieje, a skoro on istnieje to znaczy, że to wszystko istnieje i ty też. Twoja naiwność, chociaż pewnie wydaje się tobie, że jest inaczej, jest przerażająca i postanowiłem tobie coś opowiedzieć, opowiedzieć ci story do czego może doprowadzić naiwność, jak inni potrafią to wykorzystać. Mieliśmy się spotkać ale nie miałaś czasu a więc nie miałem okazji powiedzieć ci tego. Więcej się nie spotkamy, więc postanowiłem to napisać.

Kiedy miałem dwadzieścia lat trafiłem do piekła i tylko dlatego, że podobnie jak ty nie potrafiłem mówić „nie”, nie potrafiłem, czy też z racji filozoficznego pojmowania świata czy osobowości, nieśmiałości, zresztą sam nie wiem dlaczego. Jest to z pewnością choroba psychiczna, zachowujemy się jak dzieci a inni to wykorzystują. Robimy coś dla kogoś jakby zniewoleni — kiedy ten ktoś udaje naszego przyjaciela i tak bardzo tego chce a my nie potrafimy odmłówić…

Jest to nasza wspólna cecha, coś co w tobie odkryłem i tak bardzo działa na mnie emocjonalnie, tak bardzo chciałbym abyś zachowała przytomność i nie dała się oszukać i skrzywdzić. Kiedy ciebie spotkałem to tak jakbym siebie widział. Od razu wiedziałem, że coś w tym jest, że coś w tym musi być. Zawsze ktoś nas spotka kto będzie chciał nas wykorzystać. Nie wolno pozwolić się wykorzystywać. Jeżeli chcesz cokolwiek robić, rób to, ale nie dawaj się wykorzystywać. Naucz się mówić NIE. Dlatego taki jestem bezsilny i niewiele mogę dla ciebie zrobić. Zresztą ty nie chcesz, nawet nie wiesz, że tracisz życie.


Postanowiłem opowiedzieć tobie moją historię. Oparta jest na faktach. To co tu piszę wydarzyło się naprawdę. Myślałem tak jak ty, że jestem taki mądry… byłem niestety naiwnym dzieciakiem, miałem 19 lat kiedy mnie aresztowano, oskarżono o zabójstwo, żądano kary śmierci…

Siedziałem w wiezieniu prawie dziesięć lat. Po dziewięciu i pół roku więzienia znalazłem dokument, który wykluczył mnie z tej sprawy i podważył ustalenia śledczych. Do więzienia nie wróciłem. Przez blisko dziesięć lat prowadziłem nieludzką walkę zarówno o przetrwanie jak też o udowodnienie swojej niewinności. Dzisiaj nikomu w nic nie wierzę. Każdy urzędowy dokument należy czytać po dziesięć razy łącznie z numerem telefonu i faxu. Powtarzam to sobie zawsze ale i tak robię błędy. Życie nauczyło mnie, że nie ma przyjaciół. Są przyjaciele, ale jest to bardzo rzadkie i zmienne, i tylko na jakiś czas… Prawdziwa przyjaźń jest klejnotem. Tak jak prawdziwa miłość, jednakże należy zawsze pamiętać, że przyjaźń jak i miłość pewnego dnia odchodzi…

Idiota, miłość i Cierpienie

Patrzyłem jak powoli zamyka się więzienna brama. Ciężkie metalowe wrota zsuwały się do siebie pozostawiając z tamtej strony coraz to mniejszy skrawek jakże innej rzeczywistości. Czułem mieszaninę uczucia strachu zmieszanego z nierealnością sytuacji, jak gdyby fakt, że właśnie przywieźli mnie do więzienia był nieprawdziwy, jakby to był sen. Odczuwałem jednocześnie zaciekawienie co będzie ze mną dalej, tak jak we śnie kiedy wiemy, że śnimy i wszystko co się wydarzy właściwie nie ma większego znaczenia bo wystarczy mocno otworzyć oczy i obudzimy się w swoim łóżku.

Wprowadzony zostałem do budynku przez policjantów. Długi korytarz, przy każdych drzwiach krata, wielkie zamki w drzwiach. Wszedłem do wskazanej sali, kazano podejść do okienka, podałem dane osobiste… Patrzyłem na kobietę w szarym mundurze, która zadawała pytania lodowatym tonem niczym maszyna mimo, że starałem się jak najdelikatniej odpowiedzieć na jej pytania i wibracyjnie przelać maksimum ciepła. Odkryłem, że jestem dla niej przedmiotem. Poczułem rodzaj dziwnego, głębokiego przygnębienia zmieszanego z nieokreślonym lękiem. Spojrzałem wokół, czy to możliwe? Czy to jawa? Kazano poczekać obok okienka przy ścianie w tym samym pomieszczeniu. Stanąłem przy okulałym młodym mężczyźnie, którego akurat wprowadzono.

— Za co siedzisz? — Zagadnął.

Zrobiłem grymas jakby mówiąc „nieważne” i nic nie powiedziałem.

— Nie rozmawiać! — Zagrzmiał obok stojący strażnik.

Chciałem powiedzieć, że przecież nie rozmawiam, ale odwrócił się i nic nie powiedziałem. Stałem przy ścianie trzymając w rękach dużą torbę z pustymi szklanymi butelkami po sokach. Napoje woziłem w samochodzie, aby mieć coś do picia pod ręką i kiedy zostałem aresztowany, policjanci zapakowali puste butelki w papier, wręczyli mi pakunek i nie pozwolili ich nigdzie zostawić.


Podszedł do mnie strażnik i kazał iść ze sobą. Po paru metrach zamknął mnie w jakiejś poczekalni po drugiej stronie korytarza. Stało tam parę krzeseł i stół. Po chwili przyszedł i mnie zrewidował. Butelki wyraźnie go zaciekawiły, zapytał po co mi te butelki? Kretyn pomyślałem, kazali mi je trzymać i jak dotąd nigdzie ich nie mogłem zostawić. Oglądał je z nieukrywaną podejrzliwością, powiedziałem, żeby wziął je sobie, no i wskazał miejsce gdzie mogłem je w końcu zostawić. Wyszliśmy stamtąd. Doszliśmy do drzwi z kratą przy końcu korytarza, które stojący tam strażnik otworzył ze zgrzytem i zamknął za nami. Po pięciu metrach znowu drzwi i krata, tym razem zamykana na elektromagnes. Kiedy zabrzęczało trzeba było popchnąć lub pociągnąć. Wyszliśmy z jednego pawilonu — jak nazywały się budynki i weszliśmy także przez drzwi i kratę do następnego.


Zobaczyłem obraz prawdziwego więzienia. Długi korytarz, na piętrach między barierkami siatki, jak na filmie — pomyślałem, drzwi cel i światełka nad nimi. Przez chwilę poczułem jakbym odgrywał jakąś rolę w filmie, że to sen z którego zaraz wrócę, z którego zaraz mogę wrócić, ale może jeszcze nie wracać, poczekać i zobaczyć co będzie dalej? Próbowałem coś powiedzieć do strażnika, który szedł z boku naburmuszony i niemo wskazywał drogę, mimo dziwnego stanu i przerażenia sytuacją zażartować, jednak mój głos był jakiś nie mój, jakiś dziwny, obcy a mrukliwy strażnik odburkiwał coś pod nosem, samo jego spojrzenie przyprawiało o mdłości. Czułem nierealność sytuacji i mimo przygnębiającego lęku odczuwałem zaciekawienie co wydarzy się jeszcze i nie mogłem uwierzyć, że jest to rzeczywistość. Spojrzałem na strażnika, który lekko przygarbiony z pochyloną głową prowadził mnie bez słowa. Znowu drzwi i krata, brzęczenie w zamku, i idziemy dalej. Gdzie on mnie prowadzi, do licha… Weszliśmy na schody. Na drugim piętrze przyjął nas inny strażnik. Zamknęli mnie w magazynku. Leżało tam kilka szmat, szare mydło, parę szczotek ryżowych. Była umywalka, sedes i drewniana szafa zamknięta na kłódkę. Po chwili ten sam strażnik, który mnie tam przyprowadził, kazał mi rozebrać się do naga. Uczyniłem to i przeszedłem jeszcze jedną rewizję. Otrzymałem z powrotem swoje ubranie — które bardzo dokładnie zostało przeszukane, oraz więzienne kalesony, koszulę, dwa koce, dwa prześcieradła, poduszkę, ręcznik i ścierkę, miskę, kubek, talerz i łyżkę z aluminium. Musiałem zostawić maszynkę do golenia, żyletki, mogłem zatrzymać pędzel. Strażnik chciał mi odebrać resztki wody kolońskiej, ale był to mój ulubiony Yardley więc wylałem resztkę na dłonie i wtarłem w twarz… Następnie kazał zawiązać wszystko w prześcieradło i iść za sobą.


Zatrzymaliśmy się przed jedną z licznych cel. Ze zgrzytem otworzył drzwi, kazał wejść. Zobaczyłem mężczyznę po 40-tce. Liczył papierosy na łóżku, które miał poukładane w kartonie od margaryny. — I po co mu ich tyle? — pomyślałem. Miał około 50 paczek.

— Dzień dobry! — powiedziałem niezbyt śmiało. W ogóle nie wiedziałem co powiedzieć i jak się zachować. Jak wchodziłem rzucił na mnie okiem i dalej liczył papierosy.

— Tu na dole wolne. Wskazał na dolne niepościelone łóżko z lewej strony. Nad nim było zasłane. Z drugiej strony również dwa łóżka piętrowe, dolne zajęte, na górnym poukładane książki, karton z papierosami i inne drobiazgi. Prowizorycznie zasłałem łóżko i rozejrzałem się po celi. Była umywalka, sedes. Zobaczyłem obok papier toaletowy i bardzo się zdziwiłem.

— Dają papier toaletowy? — Nie wiem dlaczego zapytałem.

— Dają? — On się zdziwił. — Trzeba sobie kupić. Za co siedzisz? — Zapytał.

Nie wiedziałem co odpowiedzieć, co w takich chwilach trzeba powiedzieć lub czego nie trzeba mówić. Co wywoła dobre wrażenie a co złe, lecz po chwili z lekkim ociąganiem powiedziałem, że za włamanie. Słyszałem już taką odpowiedź jak ktoś tak odpowiedział drugiemu, który zapytał tamtego za co siedzi. Wydawało mi się, że odpowiedź będzie poprawna.

— Nie opowiadaj, za włamanie byś tu nie trafił… tu same grube ryby…

— Podejrzewają mnie o napad — szybko dodałem myśląc, że spodziewał się takiej odpowiedzi i zyskam w jego oczach.

— Nie musisz kłamać, tu takie sprawy nie trafiają. — Uśmiechnął się przeciągle, chwilę o czymś myślał i tonem znawcy dorzucił: — No, chyba, że skomplikowana mokra robota…

Przeszedł od okna — gdzie wisiał do ściany przyczepiony stolik, wrócił do drzwi i z powrotem do okna, i tak parę razy, i mówił jak gdyby do siebie, że tu trafiają same grube sprawy, afery, sprawy dewizowe, gdzie jest dużo pieniędzy… Czyżby oczekiwał jakiejś odpowiedzi? — pomyślałem.

— A może jesteś z wojska? — Zapytał z nagłym ożywieniem jakby miało to wyjaśnić za co siedzę.

Zaprzeczyłem.


Wylądowałem na III pawilonie MSW o czym wówczas nie wiedziałem. Był to areszt śledczy dla więźniów politycznych i grubszych spraw najczęściej dewizowych w których chodziło o większe pieniądze. Oznaczało to w istocie większe premie pieniężne dla oficerów SB MSW, 10% nagrody od wartości danej sprawy. W każdej celi co najmniej jeden konfident. Podsłuchy, prowokacje…


— Albo przemyt. — Popatrzył na mnie taksując mnie wzrokiem do jakiej sprawy mnie zakwalifikować ale nic nie powiedział. Pomamrotał pod nosem w zachwycie, że tu same grube ryby, jakby się tym faktem chełpiąc, że i on do takich się zalicza i dodał, że w zasadzie to moja sprawa, ale za byle co bym tu nie trafił. Sam nie wiedziałem czy mam się cieszyć, czy to mnie ogólnie w jego, czyichś oczach podnosi?

— Ale żeś się wyperfumował. — Zaśmiał się urwanym jakby wymuszonym śmiechem, krótko i dziwnie.

— Resztki wody kolońskiej, chcieli mi zabrać to wtarłem w twarz.

— Palisz? — Zapytał.

Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Nie miałem papierosów i od paru dni nie paliłem, a nie zwykłem brać od kogoś, więc wyjąkałem coś niezrozumiałego z czego właściwie nic nie wynikało.

— Masz, zapal! — Wyciągnął rękę z papierosami w moim kierunku.

— Nie… nie… dziękuję… Właściwie już nie palę.

Zorientował się, że palę i mam opory czy wziąć, spojrzał na mnie nieco uważniej, co wybiło mnie z toru. Nie wiedzieć dlaczego poczułem wzrastające ciśnienie i zdając sobie z tego sprawę zdenerwowałem. Czując, że dziwnie wygląda moje zachowanie na siłę chciałem temu przeciwdziałać co w rezultacie sprawiało, że zachowanie moje było coraz dziwniejsze.

Zacząłem psychicznie jakby odpływać, jakbym tracił równowagę. Kiedy w takich sytuacjach chciałem jak gdyby dla odprężenia coś powiedzieć, nie zawsze mi to wychodziło, nie mogłem. Wpadałem w dziwny wewnętrzny paraliż i nie mogłem nic mówić ani swobodnie patrzeć. Coś dziwnego działo się ze mną. Czasami słyszałem dziwny szum, który jakby przełączał mnie i już nic nie mogłem zrobić, jakby mnie nie było, jakby nie była to rzeczywistość, jak gdyby obraz rzeczywistości w którymś momencie umykał i później kiedy wracałem odczuwałem ogromne zmęczenie. Wpadałem w nieskonkretyzowany lęk i nie mogłem nijak przeciwdziałać ani znaleźć uspokojenia. Kiedy widziałem wówczas czyjś wzrok, że ktoś patrzy na mnie, taksuje mnie, wszystko przewracało się we mnie. Wpadałem w głębiny lęków, czułem paraliż i niezdolność wykonywania skoordynowanych ruchów. Czasami patrzyłem na swoje ręce, których nie poznawałem, sparaliżowane, białe i czerwone, jak gdybym miał powbijane szpilki w końce palców. Nieraz w przypływie przerażenia, które samo w sobie przerażało mnie, widziałem zachwiany obraz rzeczywistości i zarazem nie byłem pewien czy na pewno jest to rzeczywistość. Obraz się chwiał, jakby coś się przesuwało, podłoga przechylała, górne łóżka łączyły się górą lub rozjeżdżały. Czułem stan nieważkości, bałem się, było mi niedobrze, chciało mi się wymiotować… Musiałem oprzeć głowę o coś, albo się położyć aby nie upaść, zabezpieczyć głowę od upadku.

Moment „budzenia się” był przerażający, kiedy wiedziałem, że mnie przed chwilą nie było i ten pierwszy moment powrotu do rzeczywistości, kiedy lokalizowałem siebie gdzie jestem, w jakiej pozycji. Potrafiła mnie przerazić zwykła ściana, moment wzrastającego przerażenia, kiedy wpatrywałem się w to coś nie mogąc rozpoznać gdzie jestem i na co patrzę… Po chwili obraz powracał, powracały kształty, nierzadko przerażający koszmar okazywał się zwykłą ścianą czy jakimś zwykłym przedmiotem…

— Co ci jest? — Zapytał facet z celi nie spuszczając ze mnie wzroku, jakby sprawdzając moją poczytalność.

— Nic.

Podszedł do mnie trzymając paczkę z papierosami.

— Zapal! — Powiedział prawie rozkazująco akcentując tym samym autentyczny zamiar poczęstowania mnie papierosem, chociaż jednocześnie niezbyt pewnie, jakby dostrzegł we mnie coś dziwnego i analizował mój stan poczytalności. Trzymał paczkę z papierosami w wyciągniętej ręce przez co stworzył dystans, aby nie podchodzić do mnie zbyt blisko. Poczułem się głupio. Musiał już zauważyć moje stany…


Zapaliłem papierosa odpalając od niego, oszczędność zapałek. Zaciągnąłem się dymem. Po kilku zaciągnięciach poczułem, że znowu kręci mi się w głowie. Poczułem się słabo, nie paliłem od paru dni. Bojąc się upadku oparłem głowę na stole, aby w razie upadku, nie uderzyć nią o podłogę. Papierosa odłożyłem i nie wiedziałem czy to papieros czy poprzedni stan powrócił? Z drugiej strony nie chciałem marnować jego papierosa, przecież mnie poczęstował…

— Co ci jest? — Powtórnie zapytał facet.

— Nic… Nie wiem.- Wydusiłem z siebie. Było mi niedobrze. Czułem się tak dziwnie, nie mogłem normalnie mówić i w jakiż to sposób miałem mu cokolwiek wytłumaczyć. Sam tego nie rozumiałem. Nie poruszałem się, wszystko się przekręcało, ogarnął mnie dziwny stan, jakby lęk, ale tym razem inny rodzaj lęku, taki jakby z daleka. Patrzyłem na kibel stojący w rogu celi abym zdążył w razie potrzeby do niego zwymiotować… Stan nie do zniesienia. Nie byłem w stanie podejść do łóżka i się położyć, czułem, że za chwilę zniknę, gdzieś odfrunę, poszybuję skosem do góry… Gdzie się obudzę? Czy to będzie inna rzeczywistość? Tyle razu już tam leciałem…

Po chwili stan zaczął przechodzić i poczułem się lepiej. Usiadłem, następnie wstałem, żeby sprawdzić swój stan równowagi. Nic się nie wydarzyło, nic mi nie jest — ucieszyłem się. Odczułem mieszaninę strachu, złości i bezsilności przed tym czymś co mnie wchłania i czemu nie można przeciwdziałać. Czy już jest OK?

— Zakręciło mi się w głowie — powiedziałem do przyglądającego mi się faceta i wymusiłem uśmiech. Nie wiem jak wypadł uśmiech, ponieważ od nagłego przypływu zimna zaczęło mną wstrząsać napadami drgawek i nie mogłem znieść faceta wzroku. Na siłę starałem się im przeciwdziałać, ale nie miałem na to wpływu a im bardziej chciałem to w sobie skasować, tym odwrotny był skutek. Po prostu trząchało mną raz mocniej raz lżej. Cholera, niech mi to przejdzie… Nie wiedziałem, że drgawki to reakcja atakowa kub poatakowa organizmu. Usiadłem przy stole. Po chwili przypaliłem papierosa, który w międzyczasie zgasł, aby facet się nie obraził, że marnuję papierosa, którym mnie poczęstował. Siedział odwrócony do mnie profilem i nad czymś intensywnie myślał. Domyśliłem się, że o mnie chodzi, gdyż co chwila kontrolował swoje myśli zerkając na mnie, jakby sprawdzając mój obecny stan. Strasznie było to nieprzyjemne, jakże chciałem być sam. Najchętniej zniknąć… Patrzyłem jakby w próżnię, ale widziałem jak facet wypuszcza dym ku górze i coś przetrawia. Nic nie mówił.

Walczyłem sam ze sobą nie biorąc wówczas pod uwagę faktu ciężkiego pobicia mnie przez milicjantów po aresztowaniu co zapoczątkowało ataki utraty funkcji życiowych, utraty równowagi i w dodatku do końca życia. Uczynili mnie osobą niepełnosprawną czego wówczas nie wiedziałem, nie rozumiałem co się dzieje… Stres w tym wszystkim pomagał. Organizm odmawiał koordynacji i współpracy czego wówczas nie rozumiałem.

Zgrzytnął zamek w drzwiach. Wrócił z przesłuchania nieco starszy ode mnie chłopak. Stwierdził wzrokiem moją obecność i nic nie mówiąc zaczął chodzić po celi od okna do drzwi. Wszyscy milczeliśmy. Facet pytająco patrzył na chłopaka, który w lekkim podenerwowaniu i zarazem przedyskutowujący w sobie jakiś problem nie zwracał na nikogo uwagi. Poczęstował go facet papierosem. Zatrzymał się, przypalili, wymienili szereg półsłówek z czego nic nie zrozumiałem i wywnioskowałem, że nie chcieli przy mnie rozmawiać. Może się mnie boją? Znowu poczułem ten dziwny, nieskonkretyzowany lęk, spadałem lub leciałem w otchłań bezkresu. Czułem się źle, męczyłem się jawą, choć czasami okrywała mnie dziwna, całkowita obojętność gdzie jestem i co się wokół dzieje.

Po chwili znowu powróciły drgawki, ale nie czułem roztrzęsienia, po prostu podskakiwała mi noga, by za chwilę nerw umiejscowił się w innej części ciała. Zauważyli mój stan. Może facet zdążył już chłopakowi coś powiedzieć? Chłopak dalej chodził po celi i chociaż nie patrzyłem na nikogo, wiedziałem, że komunikują się wzrokiem i mnie obserwują. Dlaczego nikt nic nie mówi? Niech by zajęli się sobą. Nie mogłem tego znieść i coraz bardziej mną trzęsło. Patrzyli na mnie. Co chcą? Podniosłem głowę. Nie zwracali uwagi. Wiedziałem, że specjalnie.


— Kolacja! — Stwierdził facet, kiedy na korytarzu rozległ się łoskot garów. Wstał i rozpoczął przygotowania do kolacji. Rozłożył ręcznik na stoliku pod oknem, natomiast talerz, miskę i kubek wystawił na taborecie na korytarz kiedy drzwi z łoskotem otworzył strażnik. Otrzymywał dietę. Chłopak miskę z kubkiem postawił na stole i dalej chodził.

— Przestań chodzić i nie kurz. — Powiedział zaczepnie facet do chłopaka.

Mógłby to delikatniej powiedzieć — pomyślałem. Próbował narzucić swój porządek i podkreślić, że on tu rządzi. Starałem się na nikogo nie patrzeć i chociaż mnie to nie dotyczyło, zrobiło mi się nieprzyjemnie, że stałem się mimowolnym świadkiem konfliktu. Chłopak dalej chodził nie zwracając uwagi na zaczepny ton faceta, albo raczej właśnie z tego powodu aby nie wyglądało, że się go boi. Nie zdążyłem się jeszcze uspokoić gdy zaistniała sytuacja ponownie wzmogła we mnie te dziwne napady drgawek. Nie lubiłem spięć, awantur, bójek, ale facet mógł przecież delikatniej to powiedzieć, inaczej spojrzeć, a chłopak nie wiedział co ma zrobić, ile jeszcze rund od okna do drzwi „dla podtrzymania honoru” ma przespacerować. Dziwne prądy wstrząsały mym ciałem, wykręcały nim i nie mogłem tego opanować, a tak bardzo nie chciałem okazać właśnie teraz… Chłopak spojrzał na mnie, o czymś pomyślał, podszedł do stołu, wyjął chleb i zaczął go kroić. Nóż był z blachy od konserwy, u góry usztywniony podwójnym zagięciem blachy, rączka również z zawiniętej blachy, ostrze wyklepane na żelaznym łóżku i podostrzone na kamieniu.

— Masz chleb? — Zapytał.

Nie miałem, ale nie wiedziałem co powiedzieć. On sam może nie ma, zresztą wcale nie byłem głodny. Od chwili aresztowania nie mogłem jeść.

Chłopak czekał na moją odpowiedź, a ja zdając sobie sprawę, że zbyt długo jej nie daję i jednocześnie nie mogąc się zdecydować jaką mam dać odpowiedź, wyjąkałem coś z czego właściwie nic nie wynikało.

— A skąd ma mieć jak dopiero przyszedł? — Odezwał się facet. — Jutro dostanie.

Chłopak położył przede mną kawałek czarnego chleba, a widząc moje opory czy przyjąć powiedział, że i tak wszystkiego nie zjada.

— Dziękuję, nie jestem głodny — powiedziałem jakby nie swoim głosem. Czułem skrępowanie.

— Przygotuj miskę — powiedział facet kiedy odgłosy walenia garami i drzwiami zbliżyły się do nas.

Dostałem mleczną zupę i czarną kawę zbożową. Właściwie kawa miała kolor herbaty o dziwnym, nieprzyjemnym zapachu i smaku. Spróbowałem zupę i odstawiłem. Zalatywała czymś i nie można było jej przełknąć. Napiłem się trochę kawy.

— Jedz, trzeba jeść — powiedział chłopak widząc, że odstawiłem zupę, chociaż swoją sam niezbyt entuzjastycznie „męczył”. Nie rozumiałem jak można jeść śmierdzącą zupę, ale przysunąłem ją z powrotem i próbowałem wcisnąć w siebie parę łyżek.

— Czymś śmierdzi. — Zauważyłem.

— Co, nie smakuje? — Zaśmiał się facet.

Po paru łyżkach czułem, że zwymiotuję. Nie mogłem jeść tej zupy. Patrzyłem w miskę i zastanawiałem się co zrobić żeby jej nie jeść? Już więcej „mlecznych” zup nie jadłem.

Po kolacji facet poczęstował mnie papierosem. Zauważyłem, że drugiego przełamał na dwie połowy i z chłopakiem palą po pół papierosa w cygarniczkach, toteż nie wypadało mi palić całego i przygasiłem zostawiając na później kiedy oni zapalą.

Facet z chłopakiem zaczęli grać w domino na małym stoliku pod oknem. Facet wygrywał i chełpił się dogadując chłopakowi. Chłopak milczał, nic nie mówił, nie komentował faceta uszczypliwości. Dlaczego ten facet taki jest?


Usłyszałem dzwonek na korytarzu co oznaczało apel. Trzeba było stanąć w widocznym miejscu, aby strażnik inspekcyjny zobaczył stan. Nic więcej, bez meldowania — ścisła izolacja. Jeszcze czyjś wspólnik mógłby usłyszeć donośny głos drugiego? Po apelu każdy składał swoje ubranie i układaliśmy je na taborecie w tak zwaną „kostkę”. Taboret z zakrytą ręcznikiem kostką ustawialiśmy pod drzwiami skąd kalifaktorzy wystawiali na korytarz. Nie wolno było samemu wystawić kostki na korytarz ażeby nie lokalizować siebie po butach czy ubraniu. Po apelu można było się położyć, podczas gdy w ciągu dnia nie wolno było kłaść się na łóżku. Trzeba było siedzieć na taborecie, można było chodzić, stać ale nie leżeć. Światło wyłączali o godzinie 21,00. Przy wystawianiu kostki obowiązkowo wchodził strażnik do celi aby szarpnąć parę razy tygrysówą, tj. kratą wewnętrzną w celi przed oknem która zarazem uniemożliwiała otworzenie matowego okna. W lecie można było się udusić, ponieważ okno uchylało się na ok. 10 cm.


Leżałem na wznak rozmyślając. Czy będą bić? Na komendzie na Żytniej bito mnie, kopano i tylko dlatego, że obstawili drogi wlotowe do Warszawy od strony Zakopanego — skąd wracałem, a ja niezauważony podjechałem pod dom i wszedłem do mieszkania Kuby. Tam, mimo, iż czekali na mnie, zbaranieli na mój widok. Dlaczego nie zadzwoniłem najpierw do Kuby? Miałem to przecież w zwyczaju, zawsze dzwoniłem. Jeden milicjant krzyczał, że mnie zabije, że sobie myślę, że oni „dudki” — cokolwiek by to nie oznaczało, ale on mi teraz pokaże… Krzyczał ściskając oburącz moją koszule i jak ją szarpnął, myślałem, że podarł ją w strzępy, jednakże cienka koszula okazała się bardzo mocna i jedynie oberwał wszystkie guziki. Następnie dostałem w żołądek, skurczyło mnie od uderzenia i poprawił z karate w kark. Lekko mnie wyprostowało chociaż nie mogłem do końca się wyprostować i stałem na wpół zgiętych nogach. Szarpnął mnie za koszulę podnosząc do góry i wyrżnął pięścią w szczękę. Paru innych tajniaków przyglądało się asekurując swego kolegę, abym przypadkiem nie próbował się bronić. Jeden z nich niespodziewanie kopnął mnie między nogi, ale nie trafił i otrzymałem cios w górne udo. Później od któregoś uderzenia upadłem. Wstawaj — krzyczeli. Nie mogłem. Pomogli mi. Parę mocnych uderzeń z karate w nerki wykręciło ciałem z bólu. Po którymś z kolei ciosie w szczękę wyrżnąłem głową w ścianę i osunąłem się. Czułem jak z poszarpanych dziąseł krew wycieka mi z ust i ówczesny mój stan mógłbym określić jako stan oczekiwania na utratę przytomności lub śmierć dziwiąc się zrazem, że jakoś długo nie nadchodzi. Stan jak gdyby ogromnej obojętności, nierzeczywistej, jak gdyby było mi obojętne czy będą bić dalej czy nie, jak gdyby to nie mnie dotyczyło, jak bym patrzył gdzieś z wysoka na siebie i swoich oprawców. Wszystko tak szybko się wydarzało. Najpierw strach, wzrastające przerażenie, ciosy, szarpanie, kopanie, krew… Leżałem na podłodze nie mając siły podnieść wzroku z uczuciem przerażenia zmieszanego z wielką obojętnością.

— Zostawcie go — usłyszałem głos ich naczelnika majora Płucienki w chwili kiedy oprawca podnosił mnie kolejny raz do góry aby rozkoszować się widokiem zwalającego ciała po swoim ciosie. Podziwiałem natomiast twardość swojej głowy, że po tylu uderzeniach w ścianę i podłogę jeszcze żyję i zachowałem przytomność. Skonstatowałem nawet w zdumieniu, że nigdy bym się nie spodziewał aby głowa była aż tak twarda i wytrzymała.

— Wstawaj! — Krzyczał ten, który najwięcej bił. Nie mogłem. Nie miałem siły ani fizycznej ani psychicznej. Patrzyłem na nich nie bardzo wiedząc o co im chodzi. Żadnego z nich nie obraziłem. Czy to moja wina, że wjechałem do Warszawy przez nich nie zauważony? Przecież nie wiedziałem, że zasadzili się na mnie.

— Wstawaj! — Krzyczał i kopnął mnie w żołądek ale nie mogłem się podnieść. Znowu z zaciekłością zaczął mnie kopać obrzucając stekiem wyzwisk, którymi od początku pomagał sobie w wytwarzaniu do mnie agresji.

— Zostaw go! — Rozkazał mu major, który wychodził i przychodził, niby nie chcąc patrzeć na operację trzech katów. Próbowali mnie podnieść ale byłem sparaliżowany lękiem i bólem a może nadzwyczajną obojętnością, tak jakby mnie nie było i rzucili mnie na podłogę.

— Przynieś wodę — ktoś powiedział i ktoś wyszedł z pokoju. Nie czułem wówczas bólu a może czułem, nie wiem czy myślałem o czymkolwiek?

Chlusnęli mi w twarz zimną wodą. Otworzyłem oczy i ponownie mnie oblali zimną wodą. Posadzili mnie na krześle ocierając zakrwawioną twarz jakąś szmatą. Ściągnęli ze mnie ubranie, rozebrano mnie do naga. W zamian ubrali mnie w ohydne, brudne i śmierdzące dziecięce ubranko płócienne tj. spodenki bez guzików i marynareczkę bez guzików, o wiele za małe, tak że spodnie zawiązali mi na sznurek pozostawiając otwarty rozporek a marynareczka ledwo na mnie weszła okrywając mi niecałe plecy pozostawiając z przodu gołe ciało. W zimie, bez koszuli w tymże śmierdzącym ubranku przewieźli mnie do innej komendy na nocleg. Dopiero teraz, jak mnie prowadzili, zacząłem odczuwać piekielny ból zarówno nerek, pleców, głowy. Bolało mnie wszystko, nogi, brzuch, porozrywane dziąsła. Nie mogłem swobodnie ani patrzeć ani stawiać kroków. Teraz dopiero czułem celność uderzeń w nerki. Ogromny ból zatrzymywał mnie w miejscu i kurczył moje ciało nie pozwalając się ruszyć. Szturchańcami, przytłumionymi groźbami i kopniakami próbowali przeciwdziałać moim postojom, ale widząc, że odnosi to przeciwny skutek, gdyż każde następne uderzenie wywoływało niesamowity, paraliżujący ból nie pozwalający na jakiekolwiek wykonywanie czynności, zaprzestali mnie bić i podtrzymując lub ciągnąc prowadzili mnie dalej.


Następnego dnia ponownie przywieziono mnie na Żytnią, na komendę gdzie urzędowali. W pokoju do którego mnie wprowadzono było ich sześciu. Dwóch stanęło przy oknie, dwóch siedziało przy biurkach naprzeciwko siebie. Jeden stanął przy drzwiach z mojej prawej strony, drugi z lewej. Długo nie czekałem. Na powitanie dostałem w żołądek, kiedy mnie skurczyło drugi poprawił z karate w kark. Podnieśli mnie i powtórzenie ciosów. Ściągnęli mi buty i usiłowano wypałować mi pięty. Robili sobie zabawę, jednakże zacząłem stawiać opór i wierzgać nogami, których nie mogli w jednym miejscu utrzymać i nie mogli zarówno mocno jak i celnie trafić pałką w piętę. W pewnym momencie na skutek celnego kopniaka między nogi w jądra, skurczyłem się i złożyłem przy jądrach z bólu ręce.

— Co? Kolegę chcesz uderzyć? — Powiedział w cynicznym uśmiechu rozparty przy biurku grubas. Wyjął pistolet, odbezpieczył go i wymierzył we mnie. Rozkoszował się widokiem zadawanych mi tortur udzielając oprawcom fachowych pouczeń jak i gdzie mają uderzyć. Czy miał naboje w pistolecie? Czy byliby w stanie mnie zabić? Byli gotowi wszystko ze mną zrobić. Gdyby mnie zabili wytłumaczyliby to jakoś, napisali notatkę urzędową… i kiedy patrzyłem na grubasa czy faktycznie strzeli, ten stojący obok pchnął mnie na biurko, kiedy oparłem na biurku ręce asekurując upadek, dwóch spod okna złapali mnie za ręce i nim zdążyli mnie rozciągnąć na biurku poczułem bardzo silne uderzenie w nerki. Ból był tak niesamowity po wczorajszym katowaniu, że odruchowo zdołałem im się wyrwać. Właściwie to siła, która wówczas we mnie wstąpiła była odruchem systemu nerwowego, który już nie wytrzymywał bólu i nabrałem psychicznej gotowości aby zacząć stawiać opór. Było mi w zasadzie już wszystko jedno, doprowadzony do ostateczności nie mogłem znieść żadnego następnego uderzenia nie mając na ciele nieposiniaczonego miejsca po wczorajszej kaźni. Wyzwolił się we mnie wewnętrzny protest i chociaż cały się trząsłem, odruchy miałem jak gdyby sparaliżowane i wiedziałem, że nie dam im rady, to jednak w tej bezsilności byłem zdecydowany na każdą obronę. Czułem, że za chwilę z bólu zwariuję lub mnie zabiją. Uderzenia w posiniaczone miejsca, w nerki, kopniaki między nogi, były nie do zniesienia. Tym bardziej nie mogłem się nadziwić, że po tylu ciosach wciąż żyję i przelatywała przez moją głowę myśl, że muszę się przecież bronić, że nie mogę stać bezbronny jak baran podczas kiedy oni trenują swoje ciosy i uderzenia na moim ciele. Że tym bardziej muszę się bronić tylko i tak niewiele mogłem zrobić. Z drugiej strony czekać i pozwolić im dalej bić znaczyło pozwolić im mnie uśmiercić, konstatowałem, że tak źle, tak niedobrze, jednak żadnego innego wyjścia nie miałem, zacząłem zatem oceniać sytuacje któremu przywalić aby skutecznie cios doszedł do celu…

Patrząc na grubasa jakże żałowałem, że nie jestem karateką, że nie znam judo i nie mogę tak jak na filmach rozpieprzyć ich, wytrącić grubasowi wycelowany we mnie pistolet, zrobić fikołka i obrót ciałem, kopnąć jednego w zęby, drugiego, trzeciego z łokcia, następnego z karate między oczy, w podbródek, złapać pozostałych dwóch za włosy i trzepnąć ich głowami o siebie, nie dać się im bić…

Myśli niczym błyskawice przelatywały przez moją głowę, ogarniałem ich wzrokiem, ich ustawienie przy czym zjeżyłem się jak kot gotowy do obrony i skoku. Nie mogli mnie już tak łatwo utrzymać. Przeciągaliśmy się na boki, brakowało im miejsca do rozmachu aby wyprowadzić w moim kierunku skuteczny cios. Nie reagowałem na ich krzyki. Stawiałem im skuteczny opór, poczułem się silniejszy, w tej szamotaninie mniej bolały ich ciosy — zresztą ciosy coraz słabsze i coraz mniej skuteczne, zauważyłem nawet, że niektórzy z nich — zwłaszcza ci bardziej oddaleni od drzwi — boją się oberwać jakiś mniej lub bardziej przypadkowy cios, mnie z kolei zaczynało być wszystko jedno… Nie wiem jak wówczas wyglądałem, jednakże moja determinacja i opór, okazały się skutecznym panaceum i przestali mnie bić. Może wyczytali moją desperację i żaden nie chciał oberwać, może po prostu się zmęczyli albo nie chcieli być moją krwią pobrudzeni. Kazali usiąść. Nie dowierzałem im, ale po chwili zmiarkowawszy, że już chyba więcej bić mnie nie będą, usiadłem. Jeden z nich przyniósł mokry ręcznik abym wytarł zakrwawione usta i rozbity nos. Poczekałem aż odsuną się ode mnie. Wewnątrz dziąsła były rozharatane i krwawiły. Próbowałem zbadać językiem wielkość ran. Kiedy minął krwotok z nosa zaprowadzili mnie do innego pokoju gdzie oddano mi ubranie i zostałem przewieziony na jeszcze inną komendę. Badając swoją obitą głowę nie mogłem się nadziwić jej twardości, wytrzymałości i że w ogóle żyję.


Następnego dnia przywieźli mnie z powrotem. W pokoju siedziało ich czterech, bywało ich więcej, co chwila ktoś wchodził, ktoś wychodził. Na biurku stał mój magnetofon, który miałem w samochodzie i włączali moje kasety, pytali mnie co mają puścić. Sytuacja nie bardzo była dla mnie zrozumiała, stali się bardzo mili, uśmiechali się, jeden z nich wyciągnął plecionkę winiaku. Od Marty dostałem carmeny, które mi przekazali. Słuchałem swojej muzyki, piłem winiak, który wraz z papierosami i muzyką łagodził nerwy, napięcie i zanosił mnie w mój własny świat. Marta była moją dziewczyną z którą biegłem nad morzem i krzyczeliśmy coś do siebie a szum bijących o brzeg fal zagłuszał nasze słowa. Tam trzymaliśmy się za ręce, mówiła kocham i ja mówiłem kocham, i całowałem jej usta… Słuchałem mojej muzyki i byłem w górach z Kubą, który uśmiechał się do mnie i wyciągał rękę, na zgodę — miał taki zwyczaj. Lubił kiedy podawaliśmy sobie ręce i kiwał głową co oznaczało, że żadnych zgrzytów miedzy nami nie ma. Ten jego dziwny wzrok na dworcu w Krakowie… Widzieliśmy się wtedy ostatni raz, tak dziwnie wyglądał… Rwały się obrazy ostatnich dni. Widziałem Teresę — dziewczynę, którą poznałem w Zakopanem po zerwaniu znajomości z Kubą. Z Martą zerwałem przed paroma tygodniami… Teraz przyniosła papierosy…


Muzyka docierała do najdalszych zakamarków mego wnętrza i biegłem sam nad brzegiem morza, wiatr wiał mi w twarz, rozwiewał włosy, unosiłem się gdzieś w powietrzu… Uśmiechałem się w goryczy. Ich bicie było już za mną. Fizyczny ból, który odczuwałem przynosił dziwny rodzaj zadowolenia pokrzywdzonego, jakąś ulgę, stan obojętności wynoszący z rzeczywistości jakby mnie fizycznie już nie było, jakbym siedział w rogu przy suficie i patrzył z góry na siebie i milicjantów. I czułem łzy, które ściekały mi po policzkach. Chciało mi się płakać i płakałem. Tak, teraz leciały mi łzy same z oczu, po prostu wyciskały się same. Było mi żal tych ludzi, którzy mnie bili, którzy mnie kopali, którzy katowali bezbronnego. Ci co bili przepraszali, mówili, że byli wściekli itd., choć i tak do końca nie rozumiałem dlaczego byli wściekli, za co mieliby być na mnie wściekli, o co im chodziło?, ale nie czułem do nich złości, chociaż przychodził do mnie obraz ich rozbawionych twarzy kiedy znęcali się nade mną. Teraz przepraszali…

Przy swojej muzyce byłem gotowy wszystko im przebaczyć i nie wiem czy płakałem bardziej nad sobą czy nad nimi. Chciało mi się płakać i płakałem. Wolałbym, żeby mnie nie przepraszali, żeby nic nie mówili, wolałbym w ogóle ich więcej nie widzieć, nie patrzeć na nich… Niektórzy zapałali nagle do mnie sympatią i jak zostawaliśmy sami w pokoju zaczynali opowiadać mi o rożnych rzeczach, udzielali fachowych rad, jeden opowiadał o swojej żonie, jednakże bali się siebie wzajemnie i kiedy ktokolwiek inny wchodził do pokoju, zmieniali temat. Brali mnie za kogoś innego (?) czego nie mogłem zrozumieć.

Patrzyłem na nich, paliłem papierosy, piłem winiak i słuchałem muzyki. Powiedzieli, że Marta została aresztowana. Przyniosła mi papierosy i chciała mnie odwiedzić, więc ją aresztowali. Za co? Powiedzieli, że moją mamę też aresztowali, mojego brata też… Nie mogłem uwierzyć aby tak po prostu można było wszystkich aresztować? Oczekiwali moich reakcji jakie mogą we mnie wywołać ich wiadomości. Powtarzali mi słowa, które miała Marta przed prokuratorem wypowiedzieć w momencie jej aresztowania, że ma narzeczonego cudzoziemca za którego miała właśnie wyjść za maż… Czy to prawda? Pewnie mi robią na złość, żeby wyprowadzić mnie z równowagi, ale czyż nie było to prawdopodobne? Bardzo ją kochałem…


We wszystko co mówili tak samo wierzyłem jak i też nie wierzyłem. Robili sobie zabawę aresztując różnych ludzi, tak na wszelki wypadek, dla rozkoszowania się posiadaną władzą, że mogą każdego aresztować, bić, każdego szantażować, zrobić z każdym co chcą. Dla samego przedłużającego się momentu trzymania kogoś w niepewności i rozkoszowania się faktem samym w sobie, że właśnie od nich zależy los tego czy innego człowieka. Brat był na piątym roku politechniki. Za co go aresztowali? Przecież nie mogli go aresztować… Będzie miał zawalone studia… A Martę? Za co mieliby ją aresztować? Nie, to niemożliwe… to przecież niemożliwe.


Światło w celi było już dawno wygaszone. Leżałem na wznak na metalowym, więziennym łóżku przykrywając ręką oczy, aby częste zapalanie światła przez strażnika nie drażniło oczu. Chciałem zasnąć, przestać myśleć i zasnąć. Dolatujące z daleka odgłosy przejeżdżających samochodów, pomruk tłumika czy jęk skręcającego tramwaju — który prawdopodobnie wracał już do zajezdni, powodowały ból wspomnień. Czy Marta to słyszy? Gdzie ona jest? Wszystko stało się mało prawdopodobne. I to, że leżę teraz w celi więziennej jak i to, że w ogóle istnieję, że mnie bito, kopano, poniewierano…

Świat realny mieszał się z imaginacją, z moim wyimaginowanym światem, mieszały się myśli i zatracała się granica między rzeczywistością a nierzeczywistością, między rzeczywistością prawdziwą a rzeczywistością wyimaginowaną, ponieważ chwilami wszystko było rzeczywistością, to znaczy we wszystko wierzyłem jakby była to rzeczywistość aby po chwili w nic nie wierzyć. Nie wierzyć w to, że istnieję, że jest to realność, namacalność… Nawet wierzyłem, w pewnych stanach przekonany byłem, że mnie tu nie ma, że to sen, albo inna częstotliwość, że wpadłem gdzieś w jakąś dziurę, że to złudzenie, że wszystko co się dzieje to tylko tak, na niby. Jak bym był w dwóch osobach z możliwością ucieczki w każdej chwili do jednego z nas obu, kiedy przyszłaby mi na to ochota, i dyskutowałem jednym sobą z drugim i niemalże wierzyłem, że w każdej chwili mogę zmienić częstotliwość znikając z jednej w drugą, że mogę zniknąć. Ale mieliby wszyscy miny, po prostu bym zniknął, jak we śnie w którym wiem, że śnię i z którego w każdej chwili można wrócić.


Na pierwszym przesłuchaniu śledczy powiedział, że nie będą mnie tutaj bić, że wie, że na komendzie pobito mnie, ale tutaj nikt bić mnie nie będzie. Starał się być bardzo miły, przedstawił się jako Adam Jano pokazując legitymację SB MSW. Przyniósł dwie kawy, jedną dla mnie. Nie chciałem. Powiedział, że to żaden kłopot, kawa z przydziału, a jeżeli obawiam się czy coś nie jest dosypane to moje obawy są niepotrzebne i mogę sobie wybrać jedną kawę z dwóch przyniesionych. Zresztą on też będzie pił kawę, tę drugą z której zrezygnuję. Rozmowa nasza od początku przybrała żartobliwą formę. Starał się być nawet troskliwy, pytał czego mi potrzeba, częstował papierosami mówiąc, że też są z przydziału, położył paczkę na biurku i zachęcał abym się częstował…. Zamiast rozmawiać o meritum pytał czy gram w szachy, czy lubiłem łowić ryby i żartowaliśmy sobie przy tym w przyjaznej atmosferze. Zapytał kiedy mnie znowu wezwać i czy ma przygotować kawę czy herbatę? Czy z cukrem? Byłem zdumiony. Takiego przyjęcia się nie spodziewałem po doświadczeniach z milicjantami. Powiedział abym resztę papierosów sobie zabrał, których nie chciałem przyjąć mówiąc jednocześnie, że miałem swoje pieniądze w momencie aresztowania, zostały mi odebrane, na co on z kolei powiedział, że się zajmie moimi pieniędzmi i rzeczywiście dzięki jego interwencji odblokowano mi pieniądze i przepisano na moje konto. Pytałem o mamę, Martę, brata. Powiedział, że o mojej mamie nic nie wie ale sprawdzi i mi powie, że Marta i brat są aresztowani, ale on nic nie może zrobić, nie od niego to zależy. Powiedział także, że zostaną zwolnieni, że akurat Marta jest po drugiej stronie na przesłuchaniu. Powiedział, że to milicja ich aresztowała i oni muszą ich przesłuchać. Z pogardą wyrażał się o milicjantach mówiąc, że to niedouczeni prostacy i sadyści. Obiecał także, że porozmawia z prokuratorem aby zwolnić Martę i brata chociaż zaznaczał, że nie on tutaj decyduje. Popatrzył na zegarek i stwierdził, że przyjemnie nam się rozmawia ale na dole mam już obiad, więc uzgodniliśmy, że wezwie mnie po obiedzie na herbatę.


Wracałem z przesłuchania oniemiały. Tysiące pytań zagłuszało mój normalny tok rozumowania. Kim on jest? Czy jest to rzeczywistość? Czy może sen? A może w ogóle zawędrowałem w inną częstotliwość tylko jak wrócić? Czy naprawdę jestem w więzieniu? Prawie przed chwilą opalałem się na śniegu na Głodówce, patrzyłem na piękną panoramę Tatr, rozpoznawałem z Głodówki Gęsią Szyję po której kiedyś z ojcem i bratem się wspinaliśmy na wycieczce w górach kierując się na Kasprowy Wierch przez Równię Waksmundzką… Schodząc z Kasprowego o zachodzie słońca pewna starsza pani, która nie zdążyła na ostatnią kolejkę linową do Kuźnic i która przez moment maszerowała razem z nami, w pewnym momencie wypowiedziała, że niestety musi iść na piechotę a tak łatwo można sobie nogę złamać — i w tym samym momencie upadła i złamała sobie nogę. Nie do wiary, zdążyła wypowiedzieć to co natychmiast się stało. Czy gdyby tego nie powiedziała złamałaby sobie nogę? Ojciec był człowiekiem bardzo towarzyskim, przedwojenny harcerz, więc błyskawicznie zorganizowaliśmy pomoc ze schroniska — krzycząc hop-hop łańcuszkowo poprzez innych powracających piechurów i sami ale już po ciemku wróciliśmy opóźnieni do Kuźnic.


Z takim przesłuchaniem spotkałem się po raz pierwszy. Byłem pod wrażeniem. Wieczorem leżąc na łóżku zaciągałem się dymem papierosa. Zostałem sam z facetem, chłopaka zabrali. Facet skomentował, że wyszedł do domu. Leżeliśmy na dolnych łóżkach naprzeciwko siebie. Pogrążony byłem tysiącem pytań i pogmatwanych sytuacji jak również powtórnie przeżywałem ciekawsze momenty swojego życia. Tonąłem we wspomnieniach mniej lub bardziej odległych gdzie ścigały się myśli mieszając ze światem fantazji i imaginacji. Przybierałem każdą postać i znikałem, by przenieść się gdzie indziej, być kim innym. Czyż w pewnych momentach nie wierzyłem istotnie w ten inny prawdziwy świat? Czy ten wytwór nie miał jak gdyby swojej materii, swojego jestestwa, nie powodował stanów w których przekonany byłem, że smierć będzie powrotem do nas samych, do naszych prawdziwych przyjaciół, w tym innym prawdziwym życiu. Po co miałbym tu być? To jakaś fikcja, zły przedział, zła częstotliwość. Przykonany byłem, że moja śmierć to tylko kwestia czasu jak we śnie z którego natychmiast można wrócić kiedy tylko otworzymy szeroko oczy.


Rozmowy ze śledczym nie przypominały przesłuchania. Rozmawialiśmy na przeróżne tematy śmiejąc się i żartując. Zapanowała atmosfera niemalże przyjaźni. Mówił, że Marta pyta co chwila o mnie, pisze do mnie listy i chce mnie zobaczyć. Obiecał, że spróbuje zamknąć mnie z nią razem w pokoju. Czytał zeznania Kuby który mnie obciążał zabójstwem. Mówił, że to stary skurwysyn i będzie miał zarzut za fałszywe oskarżenie ale oni muszą przez niego wszystko sprawdzić. Dziwił się jak mogłem być z nim w przyjaźni? Później przyszedł inny śledczy i też był bardzo miły. Mówił, że więzienie to nie dla mnie miejsce, kiwał głową ze zrozumieniem i powiedział, że wlepiłby mi parę pasów i wygonił do domu a tego skurwysyna Kubę by rozszarpał.

Otóż, mój przyjaciel Kuba, starszy ode mnie o 20 lat, pomówił mnie, że miałem wraz ze swoim kolegą dokonać zabójstwa kobiety — co bardziej mnie zdumiewało i śmieszyło jakby był to jakiś żart, a jeśli to w jakim celu mnie pomawia?

Z Kubą zerwałem znajomość w Zakopanem, na parę dni przed powrotem do Warszawy, gdzie natychmiast zostałem aresztowany. Jego pomówienie mnie o zabójstwo było taktycznym błędem, podyktowane było może nie tyle zemstą za zerwanie z nim znajomości, co odwróceniem uwagi śledczych od jego osoby, przerzuceniem zainteresowania na inną poważniejszą kwestię, na morderstwo i… pomoc w jego rozwikłaniu, że on chciałby dopomóc… Jednak był to jego taktyczny błąd, by nie powiedzieć największy błąd życia… Kuba liczył, że spowoduje zamieszanie i umknie z Polski pozostawiając za sobą galimatias kryminalno-obyczajowy. Zakładał, że jego plan musi zadziałać, przecież widział zdumienie śledczych z Żytniej kiedy opowiadał o swoich związkach homoseksualnych z Mieciem… Podobało im się, zaśmiewali się, też byłem zdumiony, nie wiedziałem o tym ale też nie wnikałem… Liczył na odzyskanie wolności, dopiero co dostał paszport, miał go w szufladzie, chciał lecieć do Londynu, chciał wyjść z aresztu i czmychnąć do Londynu.


Najczęściej milczałem kiedy oficerowie śledczy złorzeczyli na niego, jednakże zgadzałem się z nimi, że to łotr — skoro mnie pomawia, jednakże wówczas nie mogłem do końca zrozumieć dlaczego wyskoczył z zabójstwem? Przekonany raczej byłem, że ma jakiś plan którego do końca nie rozumiem i jest to element gry do czegoś potrzebny? Jednak jaki by nie był to plan intuicyjnie pojmowałem, że jest to zły plan, nikczemny, jemu nic dobrego nie przyniesie i narobi raczej problemów… czułem mieszaninę przeróżnych myśli biegnących w sprzecznych kierunkach, znałem go zupełnie innego. W końcu nic nie pasowało… Normalnie nie przyszłoby mi do głowy aby Kuba mógł mnie czymkolwiek obciążać a co dopiero obciążać zabójstwem kobiety z którym nie miałem nic wspólnego. Czyżby zemsta? Raczej nie, wykluczałem tę opcję. Czy taki rodzaj zemsty może przynieść mu spokój? A może to nie zemsta? Więc co? O co chodzi? A może oszalał?

Kubę poznałem przez swojego kolegę Artura. Kuba potrzebował dewiz, ponieważ sprowadzał różne towary, ja z kolei handlowałem walutami i dobry odbiorca z pierwszej ręki zawsze był potrzebny. Artur nas umówił i zaprzyjaźniliśmy się. Wówczas dla mnie 16,5 latka znajomość ze straszym kolegą imponowała mi, miałem z kim pogadać na przeróżne tematy, ogólnie rzecz ujmując o filozofii życia i dręczących wątpliwościach egzystowania na różnych częstotliwościach czy też poziomach. Z nikim nie dało się o tym rozmawiać a z Kubą mogłem. On to rozumiał, mnie rozumiał. Nie wiedziałem, że Kuba miałby być w jakimś związku z Mieczysławem z którym się znali z okresu studiów, nic podobnego przez okres naszej znajomości nie zauważyłem. Moim zdaniem nie było żadnego związku o czym rozpisywała się prasa chyba, że wcześniej zanim się poznaliśmy. Każdy z nich mieszkał osobno, każdy z nich miał swoje odrębne życie. Po prostu zaprzyjaźniliśmy się i nie wnikałem z prywatne życie Kuby.

Kuba nie wyglądał na geja i nie wiedziałem, że po prostu Kubie się spodobałem i chce mnie pozyskać poprzez wspólne interesy handlowe. Gdyby nie intrygi Mieczysława zapewne w ogóle bym nie wiedział, że może ich łączyć coś więcej niż przyjaźń.

Natomiast ewidentnie przeszkadzała Kubie Marta, przeszkadzał mu fakt, że ją kocham i czynił wszystko abym z nią zerwał, aby nas rozłączyć. Najlepiej jakbym był sam. W końcu któregoś wieczoru przespali się. Uwiódł ją i pieprzyli się razem — oczywiście żeby mi zrobić na złość i pokazać jakie są dziewczyny. Przebywałem wówczas 12 dni w areszcie — na skutek donosu Miecia, przyjaciela Kuby, który oszalały z zazdrości o Kubę wskazał mnie policji jako sprawcę włamania do kuzynki Kuby, która akurat wróciła z Włoch skąd przywiozła trochę biżuterii i została okradziona. W następstwie donosu Miecia i wskazania mnie jako domniemanego sprawcę włamania, aresztowano mnie. Kiedy z kolei Marta zadzwoniła do Kuby pytając o mój los, ten powiedział, że rozmowa nie na telefon i żeby przyszła do niego, do mieszkania. No i Marta przyszła. Pili alkohol, później kąpali się razem w wannie… Opowiadał mi szczegóły ich wieczoru jak to ona sama prawie go zgwałciła, a on, co miał robić? Wsadziła sobie do ust jego penisa, wcale przecież tego nie chciał…

— Pieprzyliście się razem? — zapytałem.

— To ona… ja wcale tego nie chciałem.

Opowiadał jak to ona prawie na siłę do łóżka go wciągnęła, zachwycała się jego penisem i w ogóle… Prosiła aby utrzymać to przede mną w tajemnicy ale on jest przecież moim przyjacielem więc nie mógłby tego przemilczeć…

— Widzisz jakie są dziewczyny? — zakończył.


Natychmiast z nią zerwałem a było to w dniu w którym po wcześniejszym skłóceniu zdążyliśmy do siebie powrócić i oczywiście dlatego też Kuba mi to powiedział, ponieważ nie mógł znieść, że znowu z Martą jesteśmy razem. Z Kubą też wówczas zerwałem, jednakże wiele spraw nas łączyło, rozliczenia, interesy, więc po tygodniu… praktycznie się nie rozstaliśmy. Znalazłem się w paradoksalnej sytuacji w której być nie chciałem, która mnie męczyła — bezruch, galimatias uczuć… wynosiło mnie z rzeczywistości, ponieważ bardzo kochałem Martę i nie mogłem ani jemu ani jej wybaczyć ich wieczoru. W ogóle nie wiedziałem co mam robić, ponieważ co z tego, że zerwałem z Martą jak szalałem za nią i bardzo jej mi brakowało. Z drugiej strony myślałem, że Kyba jest moim perzyjacielem, odzywała się urażona ambicja która nie pozwalała ani jemu ani jej przebaczyć. Zaistniałej sytuacji nijak ścierpieć nie mogłem, ale okoliczności sprawiły, że miałem okazję na parę dni wyjechać do Zakopanego. Marzyło mi się poznać tam inną dziewczynę, odskoczyć od Marty, oderwać się od tych wszystkich sytuacji…, poznać dziewczynę która będzie mnie i tylko mnie kochać, z którą unosiłbym się gdzieś w przestworzach, z którą będzie inaczej… Pragnąłem oderwać się myślami od Marty, od Kuby. Ten kierunek mnie uskrzydlał.


Poznałem w Zakopanem Teresę, dziewczynę z którą zaczęliśmy spotykać się dwa razy dziennie. Wieczorami w Pepisie w barku słuchaliśmy muzyki i razem tańczyliśmy. Chciałem się z nią unosić i unosiliśmy się. Kuba po paru dniach też przyjechał do Zakopanego i nie mógł tego znieść. Powiedziałem mu, że od teraz wszystko między nami skończone, że nie powinien się pieprzyć z Martą, że prawdziwy przyjaciel nie pieprzy dziewczyny przyjaciela, że o to jest za dużo. Nie chciał mnie słuchać. Powiedział, że nie interesuje jego zjawisko Teresy, jednakże mówiłem wyraźnie i sprawiało mi to wielką satysfakcję. Od razu postanowił wyjechać z Zakopanego.


Musiałem dokonać zmian w swoim życiu, w każdym razie do takich zmian dojrzałem.

Umówiliśmy się w Warszawie w sprawie ostatecznych rozliczeń, ponieważ swoje pieniądze trzymałem u niego w schowku a oprócz tego był mi winien swój udział za obrazy za które założyłem swoje pieniądze bo on chwilowo był spłukany. Kiedy wróciłem na umówione spotkanie w sprawie rozliczeń zostałem aresztowany.

Nigdy też nie zobaczyłem już więcej swoich pieniędzy ani tych ze schowka ani tych za obrazy, ani swoich obrazów… Po latach okazało się, że jeden z droższych obrazów Proudona który zakupiony został za moje pieniądze, wart wówczas ponad 100tys dolarów znalazł się u Miecia, przyjaciela Kuby, który uznał się za właściciela obrazu twierdząc, że to on dał pieniądze Kubie na zakup obrazu.


W ogóle jednak nie brałem pod uwagę kwestii finansowych które mogłyby w mentalności Kuby zadecydować o moim aresztowaniu czy też mogłyby wpłynąć na obciążenie mnie przez Kubę zabójstwem, czy w ogóle wpłynąć aby Kuba spowodował moje aresztowanie, jednakże gołe fakty wskazywały, że z pewnością te kwestie nie były mu obojętne. Kiedy zostałem aresztowany a nawet później, nie traktowałem tego argumentu jako motywacji działania Kuby w aspekcie pomówienia mnie o zabójstwo, jednakże jeszcze później, dużo później, analizując pewne zachowania Kuby wobec swoich przyjaciół, nasunęła mi się pewna konkluzja, że w sytuacji zagrożenia, przyciśnięcia, przymuszenia Kuby przez Miecia, z pewnością nie omieszkał Kuba tych finansowych kwestii odpowiednio skalkulować i uwzględnić. Być może w strategii Kuby kwestie finansowe takie jak zatrzymanie moich pieniędzy, moich obrazów, mogły przyczynić się do takiej a nie innej postawy Kuby, tym bardziej Kuba miał wprawę, a może raczej upodobanie, właśnie w okradaniu swoich najbliższych przyjaciół. To też trzeba umieć, trzeba umieć być pozbawiony skrupułów… Nie znałem też żadnych rozliczeń czy jakichkolwiek zależności finansowych pomiędzy Kubą a Mieciem. Byłem zbyt młody, zbyt naiwny i w ogóle nie pomyślałem aby jakiekolwiek rozliczenia mogły ich łączyć?…


Mieczysław, czyli Miecio, był przyjacielem Kuby, jego rówieśnik, aktor, jak się okazało kochał Kubę w nadzwyczaj szalony sposób i walczył o niego równie szalonymi sposobami i intrygami jak Kuba. W rezultacie tych wzajemnych rozstań i powrotów, łańcucha wzajemnych zależności i pożądań, które wydarzały się mniej więcej w jednym czasie, Kuba zerwał z Mieciem mówiąc, że ma dość jego urojeń i jego zazdrości. Porzucony Miecio porażki nijak znieść nie mógł. Postanowił więc się zemścić i podrzucić do mieszkania Kuby zegarek platynowy z brylancikami, który miał pochodzić z włamania do ich koleżanki aktorki. Różne srebra antyczne Kuba za pośrednictwem Miecia przetransportował do Londynu gdzie przechowywał u swojej koleżanki, którą również znał Miecio. Pozostanie tajemnicą której przyjaciółce ukradł Miecio ów zegarek, czy tej u której było włamanie czy tej z Londynu. W każdym razie ukradł po to aby zaszantażować Kubę aby w następstwie na mnie przerzucić sprawstwo włamania do aktorki spod Warszawy, aby mnie aresztować aby Miecio mógł odzyskać swojego kochanka którego utracił przeze mnie — o czym nie miałem zielonego pojęcia.


Mieczysław nie wiedział, że właśnie w Zakopanem rozstaliśmy się definitywnie z Kubą, że nie tylko on ma rozbite serce, że nie tylko on został oszukany. Nie wiedział o tych wszystkich wydarzeniach z Martą i Kubą, i że to właśnie on „Miecio” jest twórcą zaistniałych wydarzeń dzięki jego donosowi na policję. Nie wiedział, że fakty które zaistniały podczas mojego dwunastodniowego pobytu w areszcie spowodowały nieodwracalną agonię ponad trzyletniej przyjaźni z Kubą i że wyjazd do Zakopanego przyniósł pewne rozwiązania, które bardziej by go zadowoliły — gdyby o nich wiedział, niż scenariusz który za chwilę miał się wydarzyć.


W sprawę wkracza „bezpieka”, czyli SB MSW, tu są pieniądze, tu są obrazy. Oficerowie śledczy mają większy interes aby przejąć namacalne dobra i nie wierzą w zapewnienia Miecia abym ja, chłopak 16—18 letni, był aż tak sprytnym aby dokonać paru udanych włamań do znajomych Miecia i Kuby. Skąd miałbym mieć tak skuteczne rozeznanie? Tym bardziej w jednej ze spraw służąca aktorki — przyjaciółki Kuby i Miecia — rozpoznawała po dykcji w głosie ich wspólnego znajomego aktora, który po włamaniu do jej domu pod Warszawą obezwładnił ją w salonie do którego służąca weszła podążając za szczekającym pieskiem. Służąca nie rozpoznawała chłopaka szesnastoletniego tylko dorosłego mężczyznę i w dodatku aktora, ponieważ swoje przekonanie oparła na jego — skądś jej znajomej — dykcji w głosie… tylko nie potrafiła lub być może nie chciała przez delikatność nikogo rozpoznać. W salonie ich przyjaciółki Kuba pakował srebra do torby kiedy przybiegł piesek i zaczął poszczekiwać, i skakać na Kubę chcąc się z nim przywitać, Kuba próbował odpędzić pieska ale weszła akurat do salonu służąca. Kuba niewiele myśląc, dopóki w salonie było jeszcze ciemno, zanim służąca zdołała zapalić światło, podskoczył do służącej i kazał jej położyć się na podłodze. Powiedziała później służąca aktorki, że po dykcji w głosie rozpoznała aktora, który wyrecytował do niej półgłosem „nie patrz na mnie bo cię zabiję”! Zresztą — dodała służąca, że ów aktor był dla niej nadzwyczaj miły — mimo obezwładnienia jej, delikatny, pogłaskał ją po głowie, przyniósł jej poduszkę i zapewnił, że nic jej się nie stanie.


Milicja przesłuchała wówczas wielu aktorów w tym Kubę, jednakże podejrzenie padło na zupełnie innego aktora, który nie chciał a przynajmniej nie potrafił podać alibi na dzień w którym dokonano włamania.

*

Pomówienie mnie o dokonanie zabójstwa było dla mnie pomysłem bardzo abstrakcyjnym i dłuższy czas nie mogłem się nadziwić dlaczego i skąd taki pomysł przyszedł mu do głowy? Co się za tym kryje? Co znowu wymyślił? Tego pojąć nie mogłem.

O szczegółach sprawy zabójstwa A.W., opowiadała Kubie jego znajoma u której lubił od czasu do czasu się stołować. Zamordowana była jej koleżanką w związku z czym znajoma Kuby była parokrotnie przesłuchiwana w tej sprawie i znała wiele szczegółów dotyczących zarówno śledztwa jak i procesu. Ponadto bywał u niej jeden ze śledczych z Pałacu Mostowskich z którym się zaprzyjaźniła. Opowiadał jej w zaufaniu o szczegółach sprawy na bieżąco.

Kuba przynosił od niej kotleciki lub inne smakowitości i nawet zapytałem czy nie jest ta kobieta przypadkiem jego ciotką, ponieważ była dużo starsza od niego.

— Nie, skąd — odpowiedział Kuba. Okazało się później, że łączyło ich to co zazwyczaj łączy kobietę i mężczyznę zwłaszcza kiedy ona jest dużo starsza od faceta i zachęca go do siebie za pośrednictwem rozkoszy swojego podniebienia. Wspomniał przy jakiejś okazji — co miało nieco rozjaśnić tło ich znajomości, że lubi ona czasem pobawić się jego penisem — co mnie z kolei wówczas zdumiało. Z perspektywy 17-latka spotkania erotyczne z kobieta ponad 60-letnią mimo wieku Kuby 37lat były czymś absolutnie abstrakcyjnym.

— Jak to lubi się pobawić? — zapytałem nie mogąc sobie tego wyobrazić.

Kuba się trochę zawstydził i nie wiedział co ma powiedzieć, a właściwie coś nawet powiedział z czego nic nie wynikało, więc zapytałem czy chodzi o laskę?

— No tak… wiesz… też… — Kuba był zmieszany i nie wiedział jak to powiedzieć.

Pomyślałem, że jest zboczony, przerosło to moją ówczesną wyobraźnię. Dublowała go wiekiem, chociaż rzeczywiście kotleciki były smaczne. Zresztą — pomyślałem — nie jest to moja sprawa. Prawdopodobnie musiał być jakiś powód ich znajomości, a znając Kubę, z pewnością chodziło o kasę.


Być może również tego doświadczał śledczy z Pałacu Mostowskich, ten który bywał u niej w mieszkaniu, jednakże o sprawie tego zabójstwa opowiadał mi Kuba mówiąc, że mogło być to polityczne tło zabójstwa, ponieważ ów zamordowana kobieta była szpiegiem a ponadto milicja w jej mieszkaniu miała znaleźć dużo biżuterii i innych kosztowności, których zabójcy nie zabrali. Był już nawet proces sprawców, jednakże Kuba komentował, że w takich sprawach najczęściej kto inny zabija a kogo innego aresztują i sądzą, tym bardziej aresztowali siostrzeńca zamordowanej oraz jego kolegów a w przypadku morderstw politycznych nigdy sprawców się nie wykrywa lub skazuje się kozła ofiarnego. W każdym razie Kuba posiadł wiedzę wielu szczegółów dotyczących sprawy zabójstwa o których opowiadał jego przyjaciółce oficer policji a które ta nie omieszkała powtórzyć Kubie. Mając wiedzę mógł odpowiednio żonglować faktami aby jego story była wiarygodna.

*

— Nie śpisz? — Wyrwał mnie z rozmyślań głos faceta, głos taki jakiś dziwny, niespodziewany. Była noc, dosyć późno i zdziwiło mnie to pytanie, sprowadziło do celi, gdyż zatraciłem poczucie miejsca.

— Nie, nie śpię — bardziej wydusiłem z siebie niż odpowiedziałem. Nie miałem ochoty na żadną pogawędkę, byłem zły, że cokolwiek mówi, że słyszę jego tembr głosu, który jakże mi nie pasował i przeszkadzał moim rozmyślaniom. Byłem zły, że uświadomił mi gdzie jestem i w ogóle antypatyczny typ. Wiedziałem, że jest kapusiem bezpieki. Nie chciałem z nim rozmawiać, a ileż to razy musiałem i jakże się męczyłem. Sięgnął do paczki z papierosami, przełamał papierosa i podał mi polówkę.

— Też nie mogę, zapal. — Powiedział.

Przypaliłem najpierw sobie i podałem mu zapaloną zapałkę. Kiedy leżeliśmy na łóżkach w taki sposób przypalaliśmy papierosy, była to forma bardziej wygodna i bezpieczna aby nie przypalić sobie oczu.

— Co tak myślisz? — Zagadnął.

Jego głos wyjątkowo pozbawiony był swoistego mu cwaniactwa i nawet się zdziwiłem skąd u niego to zmiękczenie? Musiało go coś dręczyć, jakby czegoś się bał i chociaż serdecznie miałem go dosyć, w tym momencie zrobiło mi się go żal, toteż przez grzeczność mruknąłem coś dwuznacznie z czego właściwie nic nie wynikało, jednakże zaakcentowałem, że dociera do mnie co mówi. Milczeliśmy. Może judasz ma wyrzuty sumienia? Z daleka jak zawsze o tej porze dolatywały sporadyczne odgłosy kładącego się spać miasta. Widziałem Stare Miasto i wyludnione tajemnicze uliczki, szwendające się po nich pary kochanków, którym tak ciężko rozstać się ze sobą. Widziałem dorożkę staromiejską obwożącą śpiewających młodych ludzi wymachujących butelką szampana. Wśród zaułków spacerowałem tam z Martą, przytuleni i w tym momencie szczęśliwi, tylko we dwoje cieszący się sobą… Patrzyłem w drewniany blat górnego łóżka wypuszczając powoli ku górze dym z papierosa. Zamknąłem oczy. Gdzie bym teraz był? Co bym robił? Po odgłosach dolatującego warkotu motoru i mruknięciach tłumika próbowałem odgadnąć jaki to mógł przejeżdżać samochód, odgadywałem pozy kierowców i ich miny w danym momencie przyspieszenia. Uśmiechnąłem się gdzieś w sobie.

Czy Marta śpi? O czym myśli? Może o mnie? Co ma w sobie? Kim jest? Pierwszy nasz wieczór był prawdziwie niezwykły. Właściwie to ona mnie poderwała. Siedziała przy stoliku ze swoją koleżanką w Krokodylu na dole i przy nich, przy stoliku, siedział mój kolega Dominik. Patrząc na mnie zasłoniła sobie ręką usta — abym nie rozpoznał co mówi — po czym Dominik zaprosił mnie do stolika. Uśmiechnąłem się w sobie, ponieważ domyśliłem się, że powiedziała Dominikowi aby mnie do nich zaprosił. Marta była ładną dziewczyną — taką z mojej bajki — na którą od razu zwróciłem uwagę, podszedłem więc i poznałem się z nimi.

Następnego dnia idąc na spotkanie uśmiechałem się do siebie na myśl o Marcie, naszym mającym nastąpić wieczorze, naszym poznaniu. Wiedziałem, że jest mną zainteresowana czego nie ukrywała i jej normalność w traktowaniu kwestii zachodzących między chłopakiem a dziewczyną, w ogóle jej swobodny sposób bycia, wytworzył we mnie stan zaciekawienia jej osobą by nie rzec, że wkręcała mnie w siebie. Na spotkanie do Krokodyla — gdzie się umówiliśmy, chciałem przyjść przed Martą, nie chciałem tracić czasu i zajmować stolika tylko od razu zaprosić ją do mieszkania Kuby gdzie zaplanowałem z nią spędzić wieczór. Nie mieliśmy dużo czasu, uzgodniłem z Kubą, że do mieszkania wróci późnym wieczorem. Cieszyłem się z pomysłu spędzenia z Martą wieczoru w bardzo ładnym stylowo urządzonym mieszkaniu — co zrobi na niej z pewnością piorunujące wrażenie, słuchać cudownej muzyki i oczywiście zaimponować, i podbić jej serce. Pić alkohol w barku, który razem z Kubą zaprojektowaliśmy i adaptowaliśmy ze ślepego stryszku — co było naszym odkryciem i wygospodarowaniem ok. 20 m² powierzchni mieszkalnej.

Wszedłem do Krokodyla próbując wyszukać spośród siedzących tam ludzi Martę ale nigdzie jej nie było. Zaniepokoiłem się czy w ogóle przyjdzie na spotkanie, ponieważ jak czegoś bardzo chcemy, nastawimy się na coś, dzieje się akurat odwrotnie, jak gdyby energia kosmiczna była bardzo ludzkich wymiarów. Skoro tyle jest w nas przekory i przeciwstawieństw, musi to skądś się brać, może z Kosmosu? A może przyjdzie Marta ale nie przyjmie mojej propozycji? Uspokoiłem się myślą, że na pewno przyjdzie, ale mieszkanie z jakichś przyczyn nie wypali i nie będę mógł jej zachwycić? W końcu nic o sobie nie wiedzieliśmy… A może akurat coś jej wypadnie? Uznałem za bardzo prawdopodobną właściwie każda opcję, w końcu w moim życiu wszystko wydarzało się przez przypadek i najczęściej inaczej niż chciałem aby nie powiedzieć, że na opak, a szczególnie jak się miało takie fantastyczne plany?..

Miotany wątpliwościami i rozważaniami postanowiłem poczekać przed kawiarnią na świeżym powietrzu i idąc korytarzem ku wyjściu zatrzymał mnie głos wchodzącej akurat do Krokodyla Marty. Było tam ciemno, zresztą czasami ocierałem się o znajomych nie poznając ich co było u mnie normalne.

Nie pamiętam jak wyglądałem tamtego wieczoru i co ona myślała kiedy mówiłem jej o swoich planach spędzenia z nią wieczoru. Nie pamiętam też jak to zrobiłem a może nic nie robiłem, jak wyraziłem swe pragnienia, że chcę razem z nią słuchać muzyki, patrzeć na nią w blasku świec i stukać się szklankami, siedzieć na fikołkach w barku i dotykać jej włosów, czuć jej zapach i całować, śmiać się, żartować, i kochać… jednak moje zaproszenie zostało od razu przyjęte. Nie doszukała się w niczym nietaktu — co mnie zachwyciło. Zresztą udawaliśmy oboje dorosłych. Miałem wówczas osiemnaście lat i cztery miesiące, Marta miała 17 i dwa miesiące. Oboje myśleliśmy o sobie, że jesteśmy nieco starsi. Nie dostrzegała nieistniejących problemów i tym różniła się od innych dziewczyn. Nie robiła ceregieli. Była jak gdyby od urodzenia kobietą, miła, zalotna, ale z wyważeniem. Całkiem normalna a może nienormalna, może jej normalność wynikała z nienormalności, wykraczała poza normy, których ani ja ani ona nie akceptowaliśmy albo raczej przeciw którym się buntowaliśmy lub też z wrodzonej przekory przełamywaliśmy sztuczne bariery które w istocie nie powinny istnieć między dwojgiem ludzi podobających się sobie? W każdym razie kiedy byłem z nią, byłem jakby pod wpływem narkotyku, potrzebowałem jej, pragnąłem, chociaż na początku pamiętam, że pomyślałem — choć nie wiem skąd mi się to wzięło, że nie jest dziewczyną „niebezpieczną” w której miałbym bez pamięci się zakochać czy która by mnie spętała — co mnie wówczas nawet ucieszyło i uspokoiło. Poczułem się tak spokojnie i normalnie, bezpiecznie, mogłem popuścić cugle. Nie wiedziałem wówczas jak bardzo będzie mi potrzebna, że to właśnie ona należy do dziewczyn z którymi spędza się niezapomniane chwile, że przy niej będę oczyszczał jak gdyby swoją psychikę w procesie sublimacji, że będzie narkotykiem, lekarstwem…

Powiedziałem, że muszę zrobić zakupy i udaliśmy się do Delikatesów na Placu Zamkowym. Zakupiłem parę kształtnych butelek pod kątem barku a i tego rodzaju zakup drogich alkoholi miał świadczyć o mojej dorosłości i jej zaimponować. Czyż nie byliśmy bardzo młodzi? Sympatyczna ekspedientka zapakowała nasze zakupy w dużą papierową torbę i opuściliśmy sklep. Powiedziałem Marcie, że zapraszam ją do siebie i w ogromnym podekscytowaniu zdążaliśmy w kierunku mieszkania Kuby. Cieszyłem się na myśl jak wybieramy razem płyty których będziemy słuchać. Kuba miał Grundiga, 10 płytowy adapter, wówczas nowość na zachodzie a co dopiero w Polsce, z dużymi kolumnami. Płyty automatycznie jedna po drugiej spadały na siebie… Będziemy pić alkohol, patrzeć sobie w oczy… Zapalimy świece. Tak, musimy zapalić świece. Czy będziemy się kochać? Słyszałem już swoją ulubioną muzykę Beatlesów, Diany Ross, Toma Jones’a… Zaniepokoiła mnie nagle myśl czy Kuba mniej lub bardziej przypadkowo nie pomyli zamków w drzwiach, ponieważ zapomniałem wziąć ze sobą kluczy od nowo wstawionego zamka który akurat tego dnia był wstawiony. Próbowałem się uspokoić, że przecież telefonicznie uzgodniliśmy na które zasuwy ma zamknąć drzwi. No tak, a jak się pomyli? A jak specjalnie będzie chciał się pomylić? Nie, nie zrobi tego… A jak zrobi? I co zrobimy z zakupami? Z jednej strony czułem ogromne podniecenie z drugiej niepokój o realizacje planów.

Zawsze lubiłem zaskakiwać czymś kogoś i wyobrażałem sobie Marty reakcje po wejściu do mieszkania, do barku… Przeróżne obrazy stawały przed moimi oczami. Na pewno zapyta czyje to mieszkanie? „Moje” — odpowiem w co ona oczywiście nie uwierzy bo niby skąd osiemnastolatek i takie mieszkanie, ale podniecały mnie w końcu takie niewinne kłamstewka i dwuznaczności, które spotęgują tajemniczość sytuacji i wieczoru. Na pewno zrobi niezbyt pewną minę i z pewnością nie wytrzymam i się roześmieję. Tak, zawsze bawiły mnie zdumione twarze.


Weszliśmy na schody. Kuba mieszkał na ostatnim, wysokim piątym piętrze i ktoś nieprzyzwyczajony mógł dostać zadyszki. Windy nie było. Marta zauważyła, że strasznie wysoko, a ponieważ drzwi Kuby były ostatnimi drzwiami w ogóle — co mogło spowodować podejrzenie Marty, że na jakiś strych ją prowadzę, toteż w pośpiechu aby wzajemne telepatyczne poznanie myśli odpędzić, zacząłem przekomarzać się z nią, że są to akurat następne drzwi aby po dotarciu do nich powiedzieć, że to nie te, tylko następne i w taki sposób trochę żartując i się śmiejąc osiągnęliśmy ostatnie drzwi, które były naszym celem. Na twarzy Marty lekki znak zapytania jakby pytała „i co teraz?” lub „co jest za tymi drzwiami?” Ja z kolei nadrabiałem miną. Zresztą razem nadrabialiśmy minami…

Postawiłem przy drzwiach torbę z zakupami i wyjąłem klucze. Włożyłem do pierwszego zamka klucz i stwierdziłem, że zasuwa jest otwarta. Momentalnie nabrałem podejrzenia czy Kuba nie pomylił zasuw i zostawił otwartą zasuwę, która powinna być zamknięta. Włożyłem klucz do drugiego zamka, przekręciłem zasuwą. Pozostał trzeci zamek. Włożyłem klucz. Zasuwa trzymała. Poczułem wzrastające ciepło. Sprawdziłem wszystkie klucze próbując ją otworzyć. Ponowiłem próby z pierwszym zamkiem kręcąc kluczem tam i z powrotem zakładając możliwość, że z emocji zapomniałem w którą stronę otwiera się czy zamyka zasuwa lub być może dla zdobycia czasu aby odpowiedzieć sobie na pytanie co mam teraz zrobić? Łudząc się, że jednym z posiadanych kluczy otworzę trzecią zasuwę, wykonałem rożne manipulacje i kombinacje, lecz drzwi nieugięcie trzymały. Z boku całą sytuację z niemałym zdumieniem obserwowała Marta podczas gdy ja podenerwowany niewypałem byłem sam nie wiem czy bardziej wściekły czy załamany. A miało być tak wspaniale…

Po wielokrotnych próbach otwarcia drzwi oparłem się zrezygnowany o barierkę schodów. Takie mieć fantastyczne plany i przez głupi zamek wszystko brało w łeb. Gdybym nie miał tych zakupów. I co mam z tą torbą zrobić? Wydałem tyle pieniędzy… Przecież pod drzwiami nie zostawię. Wyłamałbym te drzwi ale czym… Wiedziałem poza tym, że zamek był zbyt solidnie założony, razem go zakładaliśmy… Przez moment pomyślałem, że możemy przecież iść do kawiarni, zakupy zostawić pod drzwiami, może nikt nie zauważy? Poczułem zmęczenie, robiło mi się wszystko jedno. Albo oddać do szatni w kawiarni?

— Zamek się zaciął? — Zapytała Marta, chociaż jej pytanie było raczej wypowiedziane aby w ogóle cokolwiek powiedzieć, widziała przecież.

— Zakładałem dzisiaj zamek i akurat się zatrzasnął — próbowałem wyjaśnić sytuację. — Klucz do zasuwy pozostał wewnątrz. — I w tym też momencie wypowiadając te słowa przypomniałem sobie jak kiedyś to samo powiedział Kuba, że przypadkowo został odcięty od swojego mieszkania kiedy coś przy nich majstrował, zatrzasnął mu się zamek i wszedł wówczas na strych po drabinie, wyszedł na stromy dach, zeskoczył po kominie na niżej położony drugi dach, doszedł do swojego okna i wszedł do mieszkania. Popatrzyłem w drugi koniec korytarza do góry na właz od strychu i od razu wytyczyłem sobie orientacyjną marszrutę aby zachować na dachu właściwy kierunek, ponieważ gdzie indziej był właz na strych a gdzie indziej okna od mieszkania. Tyle tylko, że było ciemno. W końcu dam sobie jakoś radę — pomyślałem i nowy pomysł wydał mi się doskonały. Pewnie Kuba specjalnie się pomylił abym wieczoru nie spędził z dziewczyną, uznaję więc jego pomyłkę za naturalną i znajduję sposób zaradczy. Ale się zdziwi kiedy zobaczy, że mimo to weszliśmy do mieszkania? Uśmiechnąłem się do siebie. Sytuacja była fascynująca, jednakże była zima, luty, mróz na dworze i strome dachy Starówki z pękającymi z mrozu i spadającymi dachówkami nie zachęcały do takiej eskapady, a może właśnie odwrotnie — jako, że myśl była przednia a wszelkie niebezpieczeństwa i nieznajomość trasy tym bardziej zachęcały do jej przedsięwzięcia? W końcu chociażby na złość Kubie musiałem wejść do wewnątrz. Marta stała się pretekstem aby sprawdzić siebie a całe wydarzenie przybrało barw niezwykłości. Zresztą zawsze mogę zawrócić jakby co, tylko spróbuję, zobaczę — pomyślałem…


Zrzuciłem z siebie kurtkę i wręczając ją Marcie powiedziałem, że tak czy tak muszę jakoś do mieszkania się dostać i poprosiłem żeby zaczekała na mnie przed drzwiami. Na jej twarzy zdążyłem zaobserwować nieskonkretyzowany znak zapytania toteż nie wdając się w tłumaczenia i nie zwlekając podbiegłem do metalowej drabiny. Następnie po klamrach wspiąłem się około pięciu metrów w górę i już byłem na strychu. Przy pomocy zapalniczki odszukałem właz na dach, otworzyłem go głową i już byłem na dachu. Powoli raczkując schodziłem do krawędzi dachu przytrzymując się przewodów antenowych. Drugą rękę opierałem na dachówkach i spoglądałem ku krawędzi dachu gdzie poniżej spodziewałem się dostrzec komin — co potwierdziłoby prawidłowość obranego przeze mnie kierunku — po którym mógłbym zeskoczyć na niższy dach. W tym momencie przypomniałem sobie ostrzeżenia na ulicach o spadających dachówkach i nie mogłem odpędzić od siebie myśli jak łatwo zlecieć wraz z dachówkami, a wcale nie byłem pewien czy przewód antenowy, którego się przytrzymywałem — jeżeli dachówka spod nóg by odpadła, utrzyma mnie na dachu. Dyskutując ze sobą co by było gdyby, dotarłem do krawędzi i chcąc poniżej dojrzeć komin, którego wciąż nie widziałem, oparłem nogę o rynnę i spróbowałem się wychylić poza krawędź dachu. W tym samym momencie rynna odskoczyła — odgięła się od krawędzi dachu puszczając na wsporniku, a spod drugiej nogi coś odpadło, chyba zaprawa dachówkowa.

Z żołądkiem w gardle z jedną nogą zwisającą luźno z dachu i utrzymując ciężar ciała na kolanie na które opadłem i na którym zawisłem, trzymając kurczowo w jednym ręku przewód antenowy, zdołałem się podźwignąć z powrotem do stabilniejszej pozycji na krawędzi dachu. Z nie mniejszym przerażeniem stwierdziłem, że nie było tam żadnego komina, tylko sześciopiętrowa przepaść w dół, natomiast komin oddalony był o parę metrów dalej w bok. Zamarłem z przerażenia uświadamiając sobie, że jestem na samej krawędzi dachu, że nie ma komina pode mną — na co liczyłem — ani drugiego poniższego dachu, na których to elementach — liczyłem — miałbym ewentualnie szansę się zatrzymać i jestem o włos od śmierci. Przez chwilę bałem się ruszyć z miejsca nie dowierzając ani w wytrzymałość przewodu antenowego ani w wytrzymałość trzeszczących pod nogami dachówek które w każdej chwili mogły rozkruszyć się pod nogą i odpaść.

Konstatowałem, że na razie nic się nie stało, skoro nie spadłem mam szansę, muszę opanować sytuację i przejść parę metrów w bok. Nad krawędzią bałem się przejść w kierunku komina, ponieważ nie miałem pod ręką niczego aby się przytrzymać. Musiałem więc tą samą drogą którą schodziłem po kominie w dół, wejść z powrotem do góry aby dostać się do zabudowań wentylacyjnych których mógłbym się stabilniej przytrzymać, musiałem zresztą trochę ochłonąć i złapać oddech. Zapragnąłem nagle zrezygnować i wracać tam gdzie zostawiłem Martę. Chciałem z nią być, jednakże żeby wrócić musiałem tak czy tak wejść po dachu z powrotem do góry aby osiągnąć właz. Pomyślałem czy Marta w ogóle jeszcze czeka? A może sobie poszła? Ruszyłem do góry. Dotarłem bez zakłóceń z powrotem do włazu i wiele nie myśląc rozpocząłem przesuwanie się górą dachu w bok aby osiągnąć wysokość poniższego komina jak również drugiego niżej położonego dachu, który odchodził w bok właśnie za kominem na który miałem zeskoczyć. Po paru metrach dotarłem do… drugiego włazu wejściowego na dach. Nie mogłem uwierzyć w to co zobaczyłem. Drugi właz na dach, i w dodatku w prostej linii nad niżej położonym kominem. To był ten właz i ten komin o którym opowiadał Kuba. Zwymyślałem siebie w duchu za nieodpowiednie zlustrowanie sytuacji i niepotrzebne ryzyko utraty życia, ale skąd mogłem wiedzieć, że obok siebie, w odległości zaledwie paru metrów, będą dwa włazy? Nie znałem terenu swojej eskapady, była noc i niewiele było widać. Obrawszy orientacyjny kierunek ponownie rozpocząłem raczkowanie po dachu w dół nad jego krawędź, jednakże widziałem poniżej kontury komina na którym w razie odskoczenia dachówki miałem szansę się zatrzymać. Ponadto tym razem ubezpieczyłem się dwoma przewodami antenowymi, które tamtędy przechodziły. Szybko więc znalazłem się na krawędzi dachu. W linii pionowej miałem do komina ponad metr, ale nie miałem czego się złapać ani bezpiecznie przytrzymać aby opuścić się na komin. Bałem się skoczyć bo gdybym stracił równowagę albo gdyby mnie przechyliło w lewo, spadłbym i nie byłoby co zbierać. Natomiast z prawej strony komina poniżej odchodził od ściany wspomniany drugi dach niżej położony i na tamten dach poprzez komin musiałem się dostać. Pośrodku drugiego dachu były trójkątne wzniesienia i daszek poziomy pod którym były okna które musiałem osiągnąć aby je następnie otworzyć i przez nie dostać się do wewnątrz. Ale w jaki sposób zejść na komin? Ręce miałem już skostniałe od zimnej dachówki i mrozu. Gdybym miał linę… W jaki sposób doszedł Kuba? Przecież nie miał liny. Czyżby trzymał się rynny? Nacisnąłem na rynnę nogą, najpierw lekko, później mocniej. Trzeszczała, lekko się odginała pod ciężarem ciała, jednakże trzymała. Jak najdelikatniej, tyłem do dachu ześlizgiwałem się w kierunku komina. Dlatego tyłem do dachu abym widział przed sobą komin. Do komina miałem coraz bliżej, jednakże nie mogłem do niego dotknąć nogami. Wisiałem na rynnie całym ciałem mając ręce zgięte w łokciach. Gdyby rynna teraz puściła, nogami musiałbym wylądować na kominie, natychmiast skoczyłbym przekręcając ciałem lekko na prawo aby być dalej od przepaści, jednakże za nic nogami nie mogłem osiągnąć komina. Rynna trzeszczała ale nadal trzymała. Musiałem zdecydować, musiałem puścić się rynny, nie mogłem też przedłużać sytuacji potęgującej lęk. Skoczyłem. Zeskok trwał ułamek sekundy, jednak zdołałem wyobrazić siebie lecącego w dół, jak bym widział obracającą się sylwetkę spadającego ciała i słyszał krzyk. Czy bym zresztą krzyczał? Czy inaczej się leci krzycząc? Krótkim, nerwowym śmiechem tłumionym w sobie starałem się uspokoić jednakże było już po fakcie, reakcja organizmu, stałem na kominie oparty o ścianę której zbawiennie się przytrzymywałem i drżałem. Po prostu się bałem, a może było mi zimno? Najgorsze miałem już za sobą i ten najłatwiejszy odcinek do przebycia wydawał mi się katastroficznym, że właśnie tutaj odskoczy dachówka, zetnie mnie z nóg, ponieważ musiałem przejść stromym dachem jeszcze parę metrów na poziomy daszek bez możliwości przytrzymania się czegokolwiek. Ileż tragizmów tutaj widziałem, zresztą realistycznych. Zacząłem ganić siebie z jednej strony za obawy a z drugiej za swoja głupotę, po co tu wlazłem na ten dach?.. Kuba przeszedł a ja się boję?.. Czy on się bał? Zobaczyłem Martę z nieodgadnionym wyrazem twarzy, którą zostawiłem pod drzwiami, jak patrzyła na mnie. Z pewnością jej już tam nie ma, przecież nie czeka pod drzwiami… Może pójdzie do Krokodyla? Najwyżej… Pójdę do Krokodyla i tam się spotkamy… Coś mówiło mi: „Boisz się! Spadniesz!” albo raczej „boisz się więc spadniesz”. Drugi dach był tak samo stromy, jednakże tak czy tak nie miałem już żadnej innej alternatywy. Droga z powrotem była jeszcze gorsza, trudniejsza, musiałbym wejść do góry na dach po rynnie, psychicznie trudniejsza i w ówczesnym stanie psychicznym nie do pokonania toteż uświadomiłem sobie, że żadne rozmyślania mojej sytuacji i tak nie zmienią. Zatem kocim truchtem szybko odbiłem się od komina i ściany, i jak najbardziej lekko usiłując do góry unieść ciężar ciała, puściłem się w kierunku daszka jakby się bojąc, że jak zaraz nie ruszę pozostanie mi utknąć na kominie i zamarznąć. Pozostał mi w ręku tynk, zresztą co chwila kawałki tynku odkruszały się i spadały z dachu.

Bez zakłóceń zatrzymałem się na daszku, pod nim miałem okna — cel mojej eskapady. Odetchnąłem. Wracałem do siebie. Położyłem się na daszku i stukając pięścią w okno usiłowałem je otworzyć. Po kilku uderzeniach pierwsze okno otworzyłem jednakże drugie nie chciało się za nic otworzyć. Stłukłem więc szybę, otworzyłem je i wskoczyłem do środka. Jedyna myśl która teraz była silniejsza niż drżące moje ciało i przeżyte emocje to czy Marta jest jeszcze przed drzwiami czy też sobie poszła? Podbiegłem do drzwi i je otworzyłem. Stała tam gdzie ją pozostawiłem. Powitała mnie uśmiechem. Odebrałem od niej kurtkę, którą cały czas trzymała. Wstawiliśmy zakupy, powiedziałem żeby się rozgościła i sam poszedłem do łazienki aby doprowadzić siebie do porządku. Byłem cały roztrzęsiony. Nie wiedziałem wówczas, że przebytą trasę będę jeszcze wielokrotnie pokonywał i tylko po to aby udowodnić sobie, że się jej nie boję. Przeżycia na dachu stały się moją obsesją i ilekroć było mi źle i myślałem o śmierci pokonywałem trasę tam i z powrotem przez dach i komin. Kiedy było mi dobrze również pokonywałem tę trasę, tak sobie, aby udowodnić sobie, że nie boję się. Musiałem się rozprawiać z powracającym lękiem.


Marta zajęła się zaraz moją zakrwawioną ręką, którą skaleczyłem w którymś momencie przy forsowaniu okna i następnie weszliśmy na górę do salonu gdzie szybko rozstawiliśmy pucharki do wina, szklanki do whisky, zaparzyliśmy kawę. Włączyłem swoje ulubione płyty i wspaniała muzyka, super czysty jej odbiór, głośna, bardzo głośna, wprowadziła nas w atmosferę świata marzeń nakazując zapomnieć o rzeczywistości. Przeniosła nas jakby w iluzję i sprawiła wzajemne porozumienie dwojga ludzi podobających się sobie bez ukrytej dyplomacji. Piliśmy wino wznosząc toasty coraz to śmielsze, coraz bardziej intymne. Przy muzyce czułem się tak inaczej, czułem dreszcze przechodzące przez ciało, czasami płakałem, odzyskiwałem obojętność, spokój, niepokój, coś pulsowało we mnie, tak bardzo nie była mi obojętna, docierała do najdalszych zakątków mego mózgu, wprowadzała we mnie narkotyk, przenosiła w inny świat.

— Zdenerwowany jesteś. — Zauważyła Marta widząc moje drżące ręce podczas rozlewania alkoholu do szklanek, które po zmarznięciu miałem jeszcze wciąż zaczerwienione.

Uśmiechnąłem się zamiast odpowiedzieć. Nie wiedziała, że to przejście było dla mnie przeżyciem od którego tak prędko nie ucieknę. Przygasiliśmy światło i zapaliliśmy świece. Przy muzyce i alkoholu opowiadała jak słyszała, że coś leci z dachu i już myślała, że to ja spadam aby po chwili znowu usłyszeć jakiś łoskot i z jednej strony uspokajał ją hałas — co oznaczało, że jeszcze nie spadłem, jednakże w przerwach, kiedy nic nie było słychać, podczas moich postojów, była przerażona i już myślała, że spadłem i nigdy mnie nie zobaczy. Śmialiśmy się, robiła przy tym kokieteryjne minki małego bezradnego dziecka. W atmosferze niemego zrozumienia, instynktownego jakie zachodzi między chłopcem a dziewczyną czułem się dobrze, swobodnie, wznosiliśmy toasty patrząc sobie w oczy… Czy była to rzeczywistość? Czyniła wszystko z niezwykłym wyczuciem jakiego nie spotkałem dotychczas u innych dziewczyn. Akcentowała, że jej się podobam, akceptowała mnie i to było fajne. Potrzebowałem tego. Normalności. W każdym pocałunku było zawarte coś więcej. Normalniałem przy niej. Pytała czy się bałem, tam na dachu, dopytywała o szczegóły.

— A co by było gdybyś spadł? — Zapytała.

— Nie spędziłbym tak cudownego wieczoru! A chciałem go spędzić właśnie z Tobą i właśnie tutaj. Chciałem z Tobą słuchać muzyki, patrzeć w Twoje oczy i odgadywać o czym myślisz. Pragnąłem Twoich oddechów i pocałunków, patrzeć na Ciebie w mroku i blasku świec, czuć zapach Twego ciała, Twoich włosów, po prostu być z Tobą, z dziewczyną taką jak ty…


Kiedyś we śnie spotkałem dziewczynę, która wpatrywała się we mnie i ja w nią. Była ulica, mały parkan którym otoczony był dom, taki zwykły jednorodzinny dom ze stromym dachem. Ona stała przy parkanie, ja na ulicy, którą przechodziłem. Patrzyliśmy na siebie, podobaliśmy się sobie, czułem to bardzo mocno. Był to sen w którym wiedziałem, że śnię, że jestem w innej częstotliwości i za chwilę wrócę w rzeczywistość materialną, jednak bardzo chciałem z nią być, spotkać ją i pamiętam jak jej tłumaczyłem w jaki sposób mamy się odnaleźć w materialnej rzeczywistości do której zaraz po przebudzeniu wrócę, w jaki sposób rozpoznać, jak się wzajemnie odszukać? Ona nic nie mówiła, ja tylko mówiłem a ona to akceptowała, patrzyła cały czas na mnie z takim lekkim i nieco smutnym uśmiechem jakby wiedziała, że na nasze spotkanie musimy jeszcze poczekać, że moje nadzieje i umawiania się z nią tak szybko się nie spełnią. Ona mi to powiedziała nic nie mówiąc. Jakże silny emocjonalnie był to sen, tak jakby wcale nie był to sen tylko spotkanie z kimś mi bardzo bliskim, jakże silne pozostawił wrażenia i ten moment naszej, mojej bezradności, że za chwilę się z nią rozstanę, zaraz wrócę… Jakże często jej później w snach szukałem, chodziłem wśród tych opłotków i zawsze za mało miałem czasu aby ją odszukać.


Wieczór z Martą był wspaniały, udany. Barek okazał się uroczym miejscem gdzie pozostaliśmy do końca wieczoru. Blat barku i stołki były drewniane w kolorze ciemno brązowym. Ścięty dach dopełniał uroku czyniąc miejsce przytulnym. Belki stropowe idące skosem z góry na dół również brązowe i białe blaty między nimi spełniające rolę sufitu. Czerwone światło ze stojącej tam lampki oświetlało wymyślne butelki z alkoholem, które zresztą nigdy zbyt długo miejsca nie zagrzały, bo jakże by mogły w tak uroczym miejscu. Z drugiej strony pod ścianą stał niski tapczan własnej roboty: w szerokiej ramie ułożone materace i przykryte pledem i podwójnym dywanem z grubym włosem, nad nim obszerne lustro, które iluzorycznie powiększało pomieszczenie tak, że siedząc przy barku widziało się swoje odbicia w lustrze. Na podłodze czerwony gruby dywan. Świece wyciągały dym z papierosów. Muzyka, alkohol przeniosły nas w inny kolorowy świat…

Barek potrafił robić wrażenie. Podobał się każdemu kto go zobaczył i często Kuba zapraszał gości właśnie do barku. Na przyjęciach bywało czasami parędziesiąt osób, bywali znani artyści, reżyserzy. Barek był traktowany jako atrakcyjne miejsce i każdy musiał go zobaczyć. Wymarzone miejsce do intymnych rozmów, do zbliżeń duchowych, wzruszeń, uniesień i seksu. Działał na wyobraźnię. Czerwone dywany, czerwone światło, czerwone wino… Jakże inaczej smakował tam alkohol i jakże inne wywoływał uczucia, złudzenia…

Z Martą nie było niepotrzebnych komplikacji, robiliśmy to na co mieliśmy ochotę, czyniliśmy wszystko co może łączyć chłopaka i dziewczynę. Podobaliśmy się sobie i nie widzieliśmy powodu, żeby to ukrywać. Wszystko robiliśmy zwyczajnie i ta zwyczajność była niezwykła. Wszystko z Martą było inne, pełniejsze, pozbawione niezręczności, jak gdyby wspanialsze poprzez poczucie niezależności naszej wrażliwości, coś w rodzaju ponadzmysłowego porozumiewania się, niby to samo ale nie takie samo jak z innymi dziewczynami gdzie wkraczały niepotrzebne zatruwające elementy. Z Martą tego nie było. Potrafiła zakończać sytuacje, spotkania, wieczory.


Kochaliśmy się tam w barku robiąc ze sobą wszystko co tylko mogliśmy w swej imaginacji wymyślić. Zakochani tamtego pierwszego wieczoru, nic o sobie nie wiedzący, nawet czy spotkamy się jeszcze, dotykający swego ciała opuszkami palców, ocierający się o siebie delikatnie jakbyśmy bardziej grali w pantomimie niż namacalnie, niż fizycznie byli ze sobą, odczuwający przy tym prądy zanoszące nas w jakże inny świat… Czy te chwile nie nazywały się szczęściem? Czy nie było to cudne? Czyż nie warto było wchodzić przez dach do mieszkania Kuby? Upojeni sobą półleżąc czy siedząc, przytuleni do siebie raz mocniej raz lżej chcieliśmy siebie jednakowo i z każdą chwilą mocniej i coraz bardziej wynosiło nas ku górze gdzie poszybowaliśmy jakże wysoko. Pragnęliśmy siebie, pocałunków i dotyków z jednakową siłą.

Tak, wspiąłem się, sięgnąłem po miłość, której jakże pragnąłem… Skąd mogłem wiedzieć, że miłość to udręka i cierpienie?


Zgasło światło i zapaliło się — znak od Kuby, który wyrwał mnie jakby z cudownego snu, przywołał do rzeczywistości. Przy Marcie zapomniałem, że istnieje jeszcze coś takiego jak „czas”. Przeżywałem najpiękniejszy wieczór w swoim życiu…

Usłyszałem delikatne trzaśnięcie zamka w drzwiach. Światło wyłączało się za drzwiami na klatce schodowej. Był to znak dla wtajemniczonych. Po prostu wyłączało się bezpiecznik i włączało z powrotem.

Marta spojrzała na mnie pytająco, też usłyszała trzaśnięcie. Właściwie wiele rzeczy musiało wydać jej się co najmniej zastanawiających. Najpierw nie mogę otworzyć drzwi więc wchodzę przez dach i biję szybę w oknie. Następnie dwupoziomowe mieszkanie niczym muzeum z obrazami i barkiem. O nic na razie nie pytała choć musiało wiele kwestii ją nurtować. Kiedy płaciłem rachunek w delikatesach nie mogłem odłączyć potrzebnej kwoty od reszty pieniędzy w kieszeni, toteż ustawiłem się tak, aby nie widziała pieniędzy które wyjąłem płacąc rachunek. Powiedziała później, że zauważyła mój manewr, jednakże spostrzegła pieniądze w odbiciu szyby i ten fakt ją zaintrygował — co oznaczało, że spora kwota pieniędzy, którą miałem przy sobie i starałem się to ukryć, zrobiła na niej wrażenie.


Pozostawiłem Martę w barku mówiąc, że zaraz wrócę i wyszedłem z barku. Obok w saloniku na dole czekał Kuba.

— Czy wiesz która jest już godzina? — Powiedział z nieukrywaną pretensją. Jak wszedłem siedział po turecku i skoczył na nogi. Był roztrzęsiony, obrażony i wpatrywał się we mnie w napięciu jakby sprawdzając czy to jestem ja… Wrócił i nie wytrzymał, że jestem w jego mieszkaniu, obok, z dziewczyną.

— Nie wiem. — Wzruszyłem ramionami. Akurat w tym momencie nie interesowała mnie godzina, ale spostrzegłszy na wpół obłąkany wygląd Kuby dodałem z lekką pretensją.

— Czy wiesz, że pomyliłeś zamki?

Pytanie to wytrąciło go z toru. Przez chwilę kotłowało się w nim wzburzenie, ponieważ chciał kontynuować swoje pretensje, ale przypomnienie mu o jego pomyłce mniej lub bardziej zaplanowanej doprowadzało konflikt do remisu. Pokazałem rozwaloną rękę, która w międzyczasie przestała krwawić i pokazałem oczami rozbitą szybę w oknie. Widząc świeżą ranę na moim ręku Kuba powiedział, że posprzątał już stryszek — jak nazywaliśmy pomieszczenie do którego po wybiciu okna wskoczyłem. Uśmiechnęliśmy się. Uspokoił się i wymieniliśmy parę zdań spokojnymi już glosami. Moja obecność, mój spokojny głos uświadomił mu, że przecież nic się nie stało, nawet nie miałem do niego pretensji za „pomyłkę” z zasuwami przy drzwiach. Nawet po chwili było mu trochę głupio, że wyskoczył z godziną zamiast iść spać na górę. Był trochę zmieszany, rozumiałem go i ja z kolei zapytałem wprowadzając element groteski.

— Która godzina?

— Zgadnij! — Był chyba zadowolony, że obracam całe wydarzenie w żart.

— Dwunasta! — Przekonany byłem, że mówię na wyrost chociaż powiedziałem to bez najmniejszego zastanowienia, tak naprawdę straciłem poczucie czasu.

— Druga! — Pokazał mi zegarek i dodał. — Do pracy jutro nie wstaniesz.

Spojrzałem na niego i nie mogłem się nie roześmiać. Patrzył na mnie, chciał coś jeszcze powiedzieć jakby nie chciał za wcześnie się od-obrazić, ale po chwili razem się śmialiśmy. Sytuacja zawierała w sobie komizm sytuacyjny. Jego zdumienie, wzburzenie, cała gama uczuć… Było to fascynujące. W końcu co tu było więcej mówić? Rozumieliśmy się.


Jak się okazało, Kuba wrócił do mieszkania po jedenastej. Usłyszał muzykę, zobaczył na wieszaku ubrania i zlokalizował nas w barku. Widząc na stryszku stłuczoną szybę posprzątał i położył się spać. Jednakże nie mógł ani zasnąć, ani znieść, że obok jestem z dziewczyną więc wyszedł z mieszkania. Wypił kawę w „Krokodylu”, posiedział do zamknięcia kawiarni i wrócił po 24.00. W międzyczasie wychodziłem z Martą do łazienki i słyszał wszelkie odgłosy temu towarzyszące. Wiele myśli przychodziło mu do głowy co ma zrobić, jak się zachować ale nie mógł nic zdecydować. Doczekawszy w rozterce do drugiej w nocy, sytuacji dłużej nie zniósł i wezwał mnie światłem. Pojęcia nie miałem, że jest już w mieszkaniu, ponieważ zatraciłem poczucie czasu. Było mi trochę żal Kuby, chciał być tym najważniejszym i bał się, że się oddalę ale czy mogliśmy mieć do siebie pretensje? Pewne rzeczy jak spotkania, poznanie się same się dzieją. Powiedziałem, że pójdę pożegnać Martę.

Wróciłem do barku. Marta przewidując, że nie jesteśmy już sami, doprowadziła się do porządku. Ładnie wyglądała i patrząc na nią, trochę szkoda mi było się z nią rozstawać.

— Twój zegarek dobrze chodzi? — Zapytała wskazując na mój pozostawiony w barku zegarek.

— Tak — skinąłem głową. — Już po drugiej.

— Musze już iść, nic nie mówiłam mamie… Będzie się denerwować.

Szliśmy ulicami Starówki. Było nam kolorowo, również straciła poczucie czasu ale nie czyniła lamentów co też jej mama powie, że tak późno wraca. Mieszkała bardzo blisko, na Nowym Mieście i z Krzywego Koła jakoś zbyt szybko doszliśmy do jej domu.

— Spotkamy się jutro? — Zaproponowałem.

Skinieniem wyraziła aprobatę. Nie ukrywała ochoty na spotkanie ani zadowolenia ze spędzonego razem wieczoru i w tym większym rozluźnieniu i szczęściu wracałem z powrotem. Miałem dziewczynę z która jest fajnie, która chce być ze mną i akceptuje mnie… Unosiło mnie.

Wszedłem do pokoju na górę gdzie czasami sypiałem. W łóżku leżał Kuba. Zdziwiłem się, Kuba nie spał i czekał na mnie. Jak mnie zobaczył wstał i powiedział.

— Wiesz… Z tymi zasuwami naprawdę się pomyliłem, nie chciałem…

— Drobiazg, nie ma o czym mówić. — Wskoczyłem szybko pod kołdrę postanawiając jak najszybciej zasnąć.

— Nie złościsz się na mnie?

Uśmiechnąłem się dwuznacznie aby zaakcentować, że wiem, że pomyłka była raczej celowa, ale dodałem po chwili. — Skąd. Idź do łóżka bo zmarzniesz. Obudzisz mnie rano? — Zapytałem.

Skinął głową jakby mówiąc „oczywiście” i dodał. — Zamówiłem już budzenie.

— Dzięki, dobranoc!

— Dobranoc! — Zszedł na dół i po chwili usnąłem.

Obudził mnie przeraźliwie dzwoniący telefon. Odebrał na dole Kuba. Wszedł na górę, nastawił wodę na kawę i przyszedł do mnie ze szklanką kompotu.

— Śpisz jeszcze? — Raczej stwierdził niż zapytał.

— Śpię! — Odpowiedziałem nie poruszając się. Właśnie teraz miałbym ochotę dobrze zasnąć, ale wiedziałem, że i tak muszę wstać i nie warto przedłużać nieprzyjemnego momentu samego wstawania. Usiadłem na łóżku i napiłem się kompotu.

— Dziękuję! — Uśmiechnąłem się. Nie mogłem tego nie docenić. Miałem lekkiego kaca po nocnych trunkach.

Zrobił grymas który miał oznaczać „co tam, drobiazg” i zauważył, że już późno. Poszedłem do łazienki. Kiedy wróciłem, Kuba przygotował prowizoryczne śniadanie. Napiłem się kawy.

— O której jesteś umówiony? — Zapytał udając obojętność.

Odpowiedziałem również obojętnie, że o piątej. Pamiętałem jego nocne zachowanie, on też pamiętał, jednak teraz próbował przekonać mnie, że uważa umówione spotkanie z Martą za oczywistość, rzecz normalną, fakt — co do którego wypowiadać się nie chce i starał się nadać powszedniości wydarzeniu. Nie chciał wydać mi się nieznośnym, udawał, że nie jest zazdrosny, ale jakże przy tym był. Wyczuwałem tę zawiesinę, napięcie — co jednak przeszkadzało. Bombardowaliśmy się promieniami mózgu, słowami których nie wypowiadaliśmy, ale nie musieliśmy ich wypowiadać. Czytaliśmy z siebie zbyt dobrze i w takich sytuacjach czułem się bardzo dziwnie, buntowałem się, wprowadziło to do mojego życia galimatias uczuć przeróżnego rodzaju i żaden kompromis nie był możliwy.

— Nie umawiaj się na jutro. — Zaproponował. — Zjemy razem obiad.

Przytaknięciem wyraziłem aprobatę, jednakże niemo, normalnie, bez zachwytu.

— Coś taki naburmuszony?

— Ja? Skąd? — Uśmiechnąłem się. — Trochę śpiący jestem. Będziesz po trzeciej w domu?

— Nie wiem… Chyba tak, a co? — Zainteresowało go moje pytanie.

— Nie… nic… tak zapytałem. — Sam nie wiedziałem dlaczego zapytałem, chyba żeby raczej wprowadzić element obojętności niż miałbym być zainteresowany faktem o który zapytałem. Spojrzałem na zegarek. — Czas na mnie, hej! — powiedziałem i wstałem od stołu.

— O której wrócisz? — Zapytał z ukrytym niepokojem, raczej żeby sprawdzić jak poważny jest stan mojego zaangażowania w Marcie i czy planuję powrócić do niego na noc czy też pojechać do siebie do domu.

— Nie wiem… — Pomyślałem chwilę. — Nie wiem, wieczorem, o dziesiątej, może później?

Kiwnął głową jakby to już nie miało mieć znaczenia i pożegnaliśmy się. Odczułem rodzaj ulgi, że nareszcie jestem sam. Naszej rozmowie towarzyszyło napięcie, omijaliśmy istotę kwestii, która dręczyła Kubę. Nie lubiłem takich sytuacji, ponieważ dla mnie były nie mniej męczące. Obaj się męczyliśmy, buntowaliśmy, nawet kiedy nikt nic nie mówił. Wprowadzał wibracyjne niepotrzebne elementy niezręczności, jakiegoś jak gdyby uzależnienia. Nie chciałem jego urażać do czego sam prowokował swoją zazdrością, wiecznym sprawdzaniem czy jest tym najważniejszym. Wprowadzał komplikacje przez co był nieznośnym, chwilami nie do wytrzymania nieznośnym i nawet kiedy udawał, że jest inaczej, to wiedziałem, że udaje. Nieraz miałem dość i dochodziło do ostatecznych rozmów, które były jednak bardziej wzajemnym wibracyjnym badaniem komu na kim jak bardzo zależy niż rzeczywistym rozstaniem. Bardziej przeżywaniem rozstania samego w sobie jak gdyby wydarzyć się miało ono naprawdę, miało stać się faktem, a w rzeczywistości po przeanalizowaniu wielu sytuacji nasze kłótnie i rozstania były rozprężeniem. Dochodziliśmy do wspólnego wniosku, że wszystko jest w porządku, że rozumiemy siebie, jeden wrzód pękał aby mógł inny wzbierać. Bywało, że rozstawaliśmy się na jakiś czas, ale zbyt wieloma kwestiami byliśmy związani, które wymagały regulacji i najczęściej „regulacje”, ba, prawie zawsze, powodowały nasze powroty.


Wychodząc z pracy zauważyłem zaparkowany samochód w miejscu gdzie go rano pozostawiłem — co oznaczało, że Kuba albo nie potrzebował samochodu, albo potrzebował ale już odstawił. Umawialiśmy się gdzie pozostawiać dowód rejestracyjny, kluczyki każdy z nas miał swoje. Wstąpiłem do mamy z którą pracowaliśmy w jednym przedsiębiorstwie aby ją podrzucić do domu.

— Samochodem jesteś? Nie widziałam go dzisiaj. — Powiedziała moja mama.

— Doprawdy? Cały czas od rana stoi! — Powiedziałem pół żartem, pół serio, samemu nie wiedząc czy samochód stał cały dzień czy też go nie było.

Mamie podobało się, że jestem już na tyle zaradny, że mam swoje pieniądze i daję sobie radę. Popatrzyła na mnie z uśmiechem będąc zadowolona, że wstąpiłem po nią. Też byłem zadowolony, że jedziemy razem do domu i oszczędzi jej to tłoku w zatłoczonych autobusach, że mogę coś dla niej zrobić. Rozumiałem, że nie wszystkie nasze pragnienia mogą być spełnione przez naszych rodziców. Oni prowadzą swoje życie, my wchodzimy w swoje. Już od dziecka uczyłem się samodzielności i pchało mnie coś w nią systematycznie. Kiedy miałem osiem lat będąc z rodzicami w Bułgarii, sam pojechałem ze Złotych Piasków do Warny i byłem szczęśliwy, że chodzę sobie sam po ulicach i oglądam wystawy sklepowe, że sam kupuję sobie rogalika i nikt nigdzie nie ciągnie mnie za rękę. Byłem bardzo dumny kiedy poczyniłem znajomości ze starszymi ode mnie kolegami, graliśmy w piłkę, chodziliśmy nad morze się kąpać. Od dziecka czułem się dorosłym. Milczałem kiedy dorośli zadawali mi naiwne pytania i buntowałem się, denerwowało mnie, że dorośli myślą, że ten dzieciak nie myśli, nie widzi, nie rozumie…


Zerknąłem na mamę. Uśmiechnęła się. Wiedziała, że Kuba jest moim przyjacielem, aktorem. Była raczej dumna, że jej syn ma takich przyjaciół. Wiele przejmowałem od Kuby, sposób bycia, prawie podświadomie wzorowałem się na nim, szybko rozwijałem intelektualnie, chociażby poprzez nasze wibracyjno-psychologiczne awantury, rozgrywki, poprzez zaglądanie w samego siebie. Był jakby moim mistrzem. Uczyłem się życia i z zadowoleniem przyjmowała moje dorastanie. Nie wkraczała w moje życie, nie dociekała kwestii. Mama znała Martę, przyjeżdżaliśmy czasami do domu gdzie razem nocowaliśmy. Było to zjawisko uznawane za normalne. Lubiła kiedy przyjeżdżałem do domu i grałem na stojącym tam pianinie na którym ćwiczyłem od piątego roku życia. Podobało jej się bo to ja grałem, jej syn. Pamiętam jak kiedyś szykowałem się na spotkanie i stałem przed lustrem doszlifowując się. Mama wyszła z kuchni i chyba po raz pierwszy tak inaczej na mnie spojrzała. Może zauważyła, że przestaję być dzieckiem? Staję się dorosłym?


W mieszkaniu czyniłem błyskawiczne przygotowania do spotkania z Martą. O piątej umówiliśmy się w Bombonierce. Mama prosiła mnie abym podrzucił kości dla piesków do babci do Rembertowa i postanowiłem szybko obrócić i zdążyć na spotkanie. W drodze powrotnej utknąłem na przejeździe kolejowym. Miałem pecha, ponieważ tuż przede mną opuszczono szlaban. Widziałem z daleka jak powoli opada na swoje widełki. Po pięciu minutach czekania z obu stron rozległy się klaksony zniecierpliwionych kierowców, a pociągu nie było. Patrzyłem na zegarek jak mijają minuty i wiedziałem już, że jak zaraz nie podniesie się szlaban, po prostu nie zdążę. Czy będzie czekać Marta? Zobaczy, że mnie nie ma i sobie pójdzie, cholera mnie brała. Dlaczego ten dróżnik opuścił szlaban? Dlaczego tak wcześnie skoro tyle czasu nie ma pociągu? Z obu stron szlabanu utworzyły się długie kolumny samochodów skąd wydobywały się przeróżne dźwięki klaksonów. Pociągu ani śladu. Coraz donośniejsze trąbienie oznaczało, że nie tylko ja się denerwuję. Już jestem spóźniony… Przez dróżnika, który ma wyjątkową przyjemność odczuwać namiastkę władzy, od niego przecież teraz zależy jak długo samochody będą stały. Przez dróżnika mogę Marty w ogóle więcej nie spotkać… Starałem się wewnętrznie zachować maximum spokoju i obliczałem jak możliwie najszybciej mogę dojechać na rynek Nowego Miasta do Bombonierki. Niektórzy kierowcy opuścili swoje samochody prowadząc towarzyskie pogawędki. Niektórzy podeszli do szlabanu i okrzykami i gestami wyrażali swoją dezaprobatę. Wszystkie czynności na siłę jakby z zaprogramowaniem wykonywałem jak najbardziej flegmatycznie aby przeciwdziałać narastającemu podenerwowaniu. W końcu na horyzoncie ukazała się lokomotywa. Jechała bardzo wolno, jakby specjalnie kierowcom na złość, jechała sama lokomotywa a uśmiechnięta twarz maszynisty spoglądającego na sznur samochodów mogła najbardziej opanowanym zatrząść. Włączyłem silnik. Szlaban drgnął. Dlaczego tak powoli się unosi? Ruszyłem. Za torami przycisnąłem. Spojrzałem na zegarek, za dwadzieścia piąta, stałem dziesięć minut. Może Marta zaczeka? Skręciłem w Grochowską, dwupasmówka, nawierzchnia asfaltowa. Przycisnąłem do oporu. Z daleka zobaczyłem pierwsze światła przy Szembeku, akurat zmieniło się na czerwone. Nie hamowałem aby zdążyć na następne zielone i aby następne czerwone mnie nie zatrzymało. Już jest zielone ale jeszcze odcinek jednego przystanku tramwajowego. Przyśpieszyć już nie mogłem ale też nikogo przed sobą nie miałem, wszystkie samochody skrzyżowanie już minęły. Dojeżdżając do skrzyżowania czułem, że lada moment zmienią się światła, o hamowaniu nie było mowy. Żeby tylko nikt nie wyskoczył… Mignąłem ostrzegawczo parę razy światłami i skierowałem samochód przezornie na środek ulicy. Mignęło na żółte, ale już byłem na skrzyżowaniu, włączyłem klakson ale i tak wszyscy mnie widzieli. Przeleciałem przy nich z maksymalnie skupioną uwagą. Zerknąłem na zegarek — czas nie najgorszy. Zrobiło się jednak trochę ciasno, wszystkich wyprzedzałem. Na Targowej musiałem zwolnić, nie lubiłem przejeżdżać przez Pragę, gdzie panował bałagan, ale było krócej. Światła mi sprzyjały i widząc zielone przy Wileńskim, przyśpieszyłem. Nagle z tłumu stojącego przed pasami wyskoczył pijany facet w rozchełstanej jesionce prosto pod mój samochód, jakby chciał się zabić lub mi udowodnić, że muszę przed nim się zatrzymać, jednakże nie dawał mi żadnej szansy. Patrzył na mnie z wyciągnięta w moim kierunku ręką jakby mierzył do mnie z pistoletu. Z prawej strony miałem samochód, jednakże żeby nie wjechać na pijanego przechodnia odbiłem w prawo. W tym samym momencie kierowca z prawej strony widząc co się dzieje automatycznie odbił również w prawo, tak, że trącym ślizgiem otarłem się o płaszcz pijaka okręcając nim dookoła, jednakże nie upadł, nie zawadziłem o jego ciało. Stojący opodal policjant widząc sytuację i słysząc pisk opon, złapał za gwizdek. Zatrzymałem się, jednakże gwizdał na pijaka, który ewidentnie wyskoczył pod jadące samochody, więc mnie kazał jechać, natomiast podążył za rozchełstanym przechodniem, który zapewne nieco otrzeźwiał i próbował czmychnąć. Nie zdążyłem na światła tracąc trzy minuty, jednakże żołądek z powodu incydentu z pijakiem miałem pod gardłem i zrobiło mi się gorąco.


Przed Bombonierka zatrzymałem się o 17,01. Dwadzieścia jeden minut z Rembertowa na Starówkę był czasem bardzo dobrym, jednakże byłem podenerwowany szybką jazdą. Marty jeszcze nie było, więc próbowałem wyciszyć się z napięcia i ochłonąć z pędu i emocji. Zauważyłem z lekkim rozdrażnieniem, że przed chwilą walczyłem o każdą sekundę, aby się nie spóźnić, a jej nie ma… A może w ogóle Marta nie przyjdzie? Zaniepokoiłem się, że nawet byłoby całkiem naturalne, ponieważ tak bardzo chciałem się z nią spotkać, tak bardzo się śpieszyłem, ryzykowałem, że choćby właśnie z tych względów jest to bardzo prawdopodobne? I kiedy rozpocząłem wspinaczkę myślową w tym kierunku, zobaczyłem Martę wchodzącą do kawiarni.

— Spóźniłaś się pięć minut! — Powitałem ją wytykając jej spóźnienie. Zrobiła minkę jak małe dziecko, które czuje, że tak jakby troszkę przeskrobało, ale w sumie niewiele i ze świadomością swojego wdzięku najpierw przytuliła się do mnie lekko ocierając abym poczuł zapach jej włosów, a następnie wytłumaczyła, że pięć minut to niewiele i kobieta powinna się tyle właśnie spóźnić, bo jakby to wyglądało gdyby miała samotnie czekać na swojego mężczyznę? Jeszcze ktoś mógłby przyczepić się do niej?

Nikt dotychczas w taki sposób nie argumentował swoich spóźnień i nie był przy tym taki miły. Zauważyłem nawet, że w pełni zaakceptowałem jej tok rozumowania.

— A gdybym ja się spóźnił? Zaczekałabyś na mnie?

— Oczywiście, że zaczekałabym.

Zrobiła minkę naburmuszonego dziecka, które przy tym tupie nogą, była bardzo miła i zalotna. Pomyślałem ile ma w sobie swobody i wdzięku. Nadeszła spacerkiem z domu i w jakże rożnych byliśmy przed chwilą nastrojach? Patrząc na nią zapragnąłem spędzić z nią wieczór jakoś niezwykle, gdzieś pojechać… I z góry cieszyłem się, że jesteśmy razem, że wieczór jest przed nami.

— Chodźmy gdzieś, gdzie indziej…

Skinieniem wyraziła aprobatę i wyszliśmy z kawiarni. Nie wiedziała, że jestem samochodem, który to fakt miał mile ją zaskoczyć a mnie sprawiał wiele przyjemności. Umawiam się z dziewczyną, ona nie wie, że jestem samochodem, ponieważ mało kto — mając osiemnaście lat — miał wówczas samochód. Jak gdyby nic stawiam propozycję „chodźmy gdzie indziej”, dziewczyna aprobuje pomysł, podchodzimy niby przypadkiem do samochodu, otwieram drzwi, jedziemy. Zaskoczenie pełne, moje akcje wzrastają. Ona staje się bardziej miła, prowadzę szybko samochód, czuję się OK. Czasami scenariusz był odwrotny, ponieważ niektóre dziewczyny stawały się zachowawcze, nudne, mało ciekawe — udawana pruderia, łowczynie mężów, jakby zaczynało im nagle nadzwyczajnie na danym chłopaku zależeć i w ten sposób chciały pokazać swoją nadzwyczaj „dobrą”, cnotliwą stronę, mniszkowatość, nietykalność, jakby chłopak przez to bardziej miał je docenić? Wówczas zastanawiałem się jak się tego balastu pozbyć i był to wówczas dla mnie nie lada problem. Czasami pozbycie się kogoś było o wiele trudniejsze i męczące niż zapoznanie.


Samochód zaparkowałem przed drzwiami kawiarni, toteż od razu skierowaliśmy się do niego. Marta była zaskoczona, jednakże pozytywnie, normalnie i bez pruderii, której w sobie i tak nie miała. Przyjęła fakt, że mamy samochód z prawdziwym zadowoleniem. Zaskakiwałem ją od wczoraj, i mieszkaniem, i samochodem, musiało wiele pytań ją nurtować, jednakże nie dociekała, nie poruszała żadnych kwestii..

— Gdzie pojedziemy? — Zapytałem.

— Nie wiem… a ty gdzie chcesz? — Spojrzała pytająco.

— Chcę do jakiegoś fajnego, przytulnego miejsca, może gdzieś za Warszawę? Zresztą chcę tam, gdzie ty chcesz..

— Byłeś w Ponderosie? — Zapytała z lekkim ociąganiem w głosie — co od razu wyłapałem i skojarzyło mi się, że musi to być fajne miejsce i ona chce tam pojechać, jednakże wolałaby na razie ukryć przede mną fakt, iż posiada niezłe rozeznanie terenu w materii uroczych zakątków na peryferiach miasta — co mogłoby wskazywać na jej doświadczenie, lub też wolałaby niczego mi nie narzucać pozostawiając swobodę wyboru spędzenia wieczoru jednakże ukierunkowując mnie nieco. Oczywiście chciałem natychmiast to miejsce zobaczyć, jak gdyby miało mi to dać dodatkowe informacje o Marcie, pozwoliło wejść na inny punkt z którego mógłbym inaczej spojrzeć na nią.

— Nie… Chyba nie… — Usiłowałem sobie skojarzyć tę nazwę z miejscami, które już znałem. — A gdzie to jest?

— Na Wale Miedzeszyńskim, taka urocza kawiarenka z bambusami i drzewami w środku, z barkiem i muzyką…

— Świetnie! Jedziemy! — Włączyłem silnik. Z Rynku zjechaliśmy nad Wisłę i pomknęliśmy na Wał Miedzeszyński. Kreska szybkościomierza ugrzęzła na 155km/h. To i tak dobrze, ponieważ był to Polski Fiat, jeden z pierwszych wyprodukowanych w Polsce jeszcze na włoskich częściach. Wówczas była to w pewnym sensie atrakcja jeździć Fiatem. Testowałem jego możliwości, zresztą szybka jazda i maksymalne osiągi były moją pasją. Marta również lubiła szybką jazdę. Nie wzbudzały jej nerwowości szybkie mijanki z autobusami na niezbyt szerokim Wale Miedzeszyńskim. Uśmiechaliśmy się do siebie, słuchaliśmy głośno muzyki i było fajnie.


„Ponderosa” okazała się jednym z najbardziej uroczych miejsc, które się zapamiętuje i do których się wraca. W środku rosły drzewa i było dużo zieleni, która oddzielała od siebie sąsiadów. Czasami można się było zaszyć w jakimś nie do zlokalizowania kącie. Urocza muzyka, miła obsługa. Idealne miejsce dla zakochanych, którym nikt nie przeszkadzał, każdy zajęty sobą, miejsce jakich mało, bez natrętów, podglądaczy, gdzie przyjeżdżali sami sympatyczni ludzie od których wyczuwało się pozytywne wibracje.

Spędziliśmy tam wspaniały wieczór. Marzyłem o takich wieczorach. Świat dla mnie przybrał blasku, Marta dawała mi tak wiele. Przenosiliśmy się razem w nasz świat marzeń w którym unosiliśmy się gdzieś wysoko, odnajdywaliśmy tam siebie i czuliśmy jednakowo i widzieliśmy jednakowo. Chcieliśmy siebie z jednakową siłą pragnienia. Nasze oczy wpatrzone w siebie nie mogące nasycić się sobą, albo siedzący w milczeniu, bez słowa — kiedy trzymaliśmy się za ręce, albo kiedy śmialiśmy się głośno, albo kiedy łączyliśmy nasze usta w delikatnym dotyku — to wszystko naładowywało mnie niespotykaną i jakże silną energią, stwarzało ładunek energetyczny, który skumulowany miał mną zawładnąć…


Kiedy mówiła coś do mnie wiedziałem, że jej słowa są przeznaczone tylko dla mnie. Kiedy była ze mną wiedziałem, że jest tylko ze mną i chce być tylko ze mną. Przy niej byłem sobą. Czy mogłem wówczas przypuścić, że jej dotyki to jakby nieuleczalne ukąszenia, jej pocałunki to wstrzykiwanie mi jadu? Czy mogłem wówczas przypuścić, że te chwile szczęścia spowodują ogromna udrękę? Skąd mogłem wiedzieć, że wielka miłość to także wielkie cierpienie? Że miłość to choroba psychiczna? Skąd mogłem wiedzieć, że po wejściu na szczyt trzeba z niego spaść i to z nadzwyczaj spotęgowaną siłą? Że cierpienie jest konsekwencją miłości? Spadanie w dół, upadek, konsekwencją wzlotu?…


Wieczorem opuściliśmy Ponderosę. Na dworze padał śnieg. Białe gwiazdki spadały z nieba i tamtego wieczoru dla nas właśnie spadały dopełniając uroku wieczoru. Było nam cudownie. Jakże świat się zmienił przez te dwa wieczory.

Z powrotem jechaliśmy bardzo wolno, była gołoledź. Spodziewałem się tego. Jadąc do kawiarni asfalt był mokry, ale mrozu nie było. Teraz chwycił mróz i śnieg przysypał nawierzchnię, więc od razu nasunął się wniosek, że pod śniegiem jest lód. Usprawiedliwiłem się przed Martą, że ze względu na aurę i opony musimy tak wolno jechać. Zresztą gołoledzi nie lubiłem i nigdy nie polubiłem. Ubity śnieg prędzej, ale nie gołoledź. Zapytałem Martę czy chce zobaczyć jak ślizga się samochód. Chciała.

— To trzymaj się!. — Powiedziałem i gwałtownie zahamowałem. Samochód jechał ślizgiem do przodu i puściłem nogę z hamulca i sprzęgła aby skontrolować poślizg. Po paru demonstracjach poślizgu powoli zbliżaliśmy się do Warszawy. Nagle z przeciwka przemknął obok nas samochód jakiejś zagranicznej marki, leciał ze 140-ką.

— Chyba zwariował! — Krzyknąłem w zdumieniu. — Nie wie, że jest gołoledź…

Wstrząsnęła mną szybkość tego samochodu aż do dziwnego przejmującego bólu, ponieważ przed trzema tygodniami na tej właśnie trasie, nieco dalej, miałem kraksę. Jechałem wówczas z Kubą od strony Warszawy prawie nowym, 14-dniowym, tym samym Fiatem. Zrobiło się nagle chłodno, wjechaliśmy po prostu w jakiś chłód, którego jeszcze w Warszawie nie było. Z tego też powodu przymknęliśmy okno a ponieważ asfalt zaczął się podejrzanie święcić, postanowiłem sprawdzić czy jest już gołoledź czy jeszcze jej nie ma. Na prostej parę razy gwałtownie przyhamowałem, jednakże samochód słuchał się i hamował. Nie zmniejszając szybkości, jechaliśmy ok. 120—130km/h, dojeżdżaliśmy do ostrego zakrętu i zaintrygował mnie inny samochód, który w ślimaczym tempie pokonywał tenże zakręt. Przeleciało mi przez głowę, że być może na zakręcie jest już gołoledź i chcąc wytracić szybkość jeszcze przed zakrętem zahamowałem. Było już za późno. Natychmiast ścięło nas jak na ślizgawce. Nie było mowy o skontrolowaniu poślizgu. Po prostu lecieliśmy jak wyrzuceni z katapulty. Przeleciało mi przez głowę co zrobiłby Zasada — znakomity rajdowiec — w takiej sytuacji? Żadnej jednak odpowiedzi nie uzyskałem. Zobaczyłem tylko, że lecimy wprost na stojący za zakrętem na poboczu słup z dwoma lub trzema podwójnymi betonowymi podporami. Próbowałem jeszcze wykonać manewr, który zmieniłby kierunek ślizgu i pozwolił przelecieć obok słupa ale niewiele można było zrobić, toteż zauważywszy jakąś trzymetrową odległość poboczem do słupa i mając samochód odkręcony tyłem wcisnąłem hamulec aby chociaż poboczem odrobinę wyhamować. W rezultacie trzasnęliśmy tyłem w słup, wpasowało nas na szczęście w siedzenia plecami, następnie jakaś siła odbiła samochód odrobinę do przodu by cisnąć nim znowu do tylu na kolejna podporę betonową. Wszelkie obserwacje w trakcie ślizgu czyniła moja podświadomość, ponieważ widziałem i reagowałem, jednakże tak szybko wszystko się działo, że w zasadzie nie wiem kto mną wykonywał wszelkie czynności. Samochód zatrzymał się na podporach słupa i nic nam się nie stało. Kuba był przerażony. Zauważyłem, że skulony wygrzebuje się sprzed siedzenia gdzie go — nie wiem nawet w którym momencie — wpasowało, jak gdyby nie dowierzając, że żyje i jest już po wszystkim. Zaraz po kraksie bardzo wielu gapiów nie wiadomo skąd się znalazło. Komentowali, że mieliśmy szczęście, oglądali samochód…

Po chwili uznaliśmy kraksę za rzecz dokonaną i nie płakaliśmy nad rozlanym mlekiem. Nawet stała się powodem naszych dobrych humorów, kiedy potłuczonym i w tym momencie już nie nowym Fiatem wracaliśmy do Warszawy. Nic nie ciekło, ponieważ uderzyliśmy tyłem i bokiem w słup, jednak wydobywały się jakże dziwne dźwięki i patrząc na siebie bądź nasłuchując lekko przerażeni, nie byliśmy pewni w którym momencie i gdzie się rozkraczymy, jednakże dotarliśmy szczęśliwie prosto do blacharskiego warsztatu.


Teraz jadąc z Martą minąwszy kierowcę, który zapewne dopiero co wyjechał z Warszawy nie zdawał sobie jeszcze sprawy po jakiej nawierzchni jedzie, mógłbym niemalże się założyć, że jeżeli do tamtego słupa dojedzie, to właśnie na nim się zatrzyma. Nie było sposobu aby go ostrzec. Na myśl o słupie, kraksie i następstwach przeszył mnie zimny dreszczyk.


Zaparkowaliśmy samochód przy Barbakanie na Starym Mieście i poszliśmy na kaczkę „Pod Kamienne Schodki”. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, piliśmy czerwone wino, żartowaliśmy i uśmiechaliśmy się do siebie patrząc sobie w oczy. Wymyślaliśmy przeróżne historie i zaśmiewaliśmy się. Zwykłości stawały się niezwykłościami.

Byliśmy ze sobą bo tak chcieliśmy, bez zobowiązań… Dawaliśmy sobie wszystko co nam fantazja przyniosła i to było wspaniałe. Każdy nasz wieczór był wspaniały, w swej naturalności wynikającej samej z siebie i w swej prostocie niezwykły. Zawierał w sobie jakąś cząstkę szczęśliwości jakby wyrwaną stamtąd skąd przyszliśmy, z tych cudownych snów, z tamtej jakże innej i jakże wspanialszej częstotliwości. W pewnym momencie w swej podświadomości przekroczyłem granicę i kiedy się obejrzałem… już kochałem. I to jak kochałem.


Wracałem do domu ze spotkania późnym wieczorem i czułem się szczęśliwie. Przekonała mnie Marta, że świat jest piękny, kolorowy, że w nocy przy promieniach księżyca też można być szczęśliwym. Dawała mi coś czego szukałem, do czego dążyłem. Kasowała we mnie myśli bezsensu swojego istnienia…


Przyszedłem do Kuby późno wieczorem. Będąc w łazience usłyszałem muzykę i wchodząc na górę spodziewałem się zastać tam gości, jednakże nikogo nie było. Na stole butelka wina, kawa już ukręcona w filiżankach.

— Czekasz na kogoś?. — Zapytałem.

— Na ciebie.

Sytuacja intrygująca, coś tu nie pasowało, czyżby jakaś poważna rozmowa przede mną?…

Gdy rozstawaliśmy się rano, Kuba nie mógł strawić faktu mojego zainteresowania Martą. Spodziewałem się, że będzie już spał, dochodziła północ. On jednak czekał, stół nakryty w naszych miejscach, moja muzyka — jaką lubiłem. Czułem, że w powietrzu unosi się coś poważnego i sytuacja niezwykle mnie zaciekawiła. Rozstanie? Kolejne zerwanie? Był odrobinę nienaturalny, napięty i podniecony — co skutecznie maskował posągową twarzą, spokojem — co jednak wyłapywałem, te tłumione napięcie i umierałem z ciekawości, też nie dając po sobie poznać niezwykłego zainteresowania sytuacją, co za chwilę usłyszę.

— Chciałbym abyś wyjechał z Warszawy…

Totalne zaskoczenie. Nie rozumiałem kompletnie nic. Wszystkiego bym się spodziewał… Taka powaga, napięcie, a tu nagle taka prosta, zwyczajna propozycja.

— OK. Czy coś się stało? — Zapytałem udając obojętność jednocześnie patrząc w niego w skupieniu maksymalnie skoncentrowany aby wyłapać tę właściwą energię potrzebną do właściwego poznania zagadnienia.

— Nie… Zupełnie nic. — Nienaturalnie i krótko się zaśmiał. — Lubisz Zakopane, pomyślałem, że mógłbyś na parę dni tam pojechać.

Kłamał. Wiedziałem, że kłamie, że musiało coś się stać, byłem zaskoczony. O co chodzi? Zrozumiałem, że zaistniało coś czego nie chce mi powiedzieć, jednak nie wypytywałem. Nowy pomysł wydał mi się całkiem niezły, był koniec lutego i oczami wyobraźni zobaczyłem słońce i góry, Głodówkę i Krupówki. W końcu skoro sam Kuba nie tłumaczy sytuacji, po co mi w nią wnikać?

— Kiedy mam wyjechać? — Zapytałem.

— Najlepiej zaraz. — Powiedział niby żartem, niby serio. Popatrzyliśmy na zegarek, było już po północy, więc uzgodniliśmy, że w ciągu dnia pozałatwiamy sprawy, umówiony byłem wieczorem z Martą i następnego dnia wyjadę do Zakopanego. Ucieszył się z poczynionych bez komplikacji szybkich ustaleń — co również nie rozumiejąc zauważyłem — przez co Kuba nienaturalnie się ożywił i dodał, że być może później przyjedzie.


Chodziło tym razem o zgoła odmienną historię. Mieczysław od wielu lat był przyjacielem Kuby. Miecio był bardzo o Kubę zazdrosny, szalał z zazdrości, miewał halucynacje i to podobno z mojego powodu. Był patologicznie zazdrosny. Szantażował Kubę i stawiał mu warunki, aby Kuba ze mną zerwał. Kuba nie chciał ze mną zerwać, odwrotnie, chciał mnie pozyskać. Mieczysław szalał w związku z moją osobą i nie mógł zaakceptować Kuby zaangażowania. Pytał Kuby czy śpimy ze sobą a ponieważ odpowiedź otrzymywał negatywną, nie mógł pojąć co może nas łączyć. Dlaczego to coś tak długo trwa?

— O czym wy rozmawiacie? — pytał Miecio. To coś nie mogło mu się w głowie pomieścić, mało tego, nie mógł uwierzyć, że między nami nie ma kontaktów erotycznych. Pytał Kuby dlaczego? Fakt ten niepokoił Miecia bardziej niż gdybyśmy ze sobą spali, co jak twierdził by zrozumiał. Kuba prosił go aby przy mnie nie poruszał tego tematu. Mnie z kolei w którymś momencie Kuba wytłumaczył, że Miecio jest jego zdziwaczałym przyjacielem jeszcze z okresu studiów, jest w nim zakochany na co on nie ma żadnego wpływu i nie rozumiejąc sytuacji ani w nią nie wkraczając, nie wiedziałem o całym galimatiasie i że sam przypadkowo — samemu nie wiedząc — w nim uczestniczę.


Kiedy spędzałem wieczór z Martą w Ponderosie, Kuba spędził cały dzień z Mieciem, który postawił Kubie ultimatum. Albo on — Mieczysław, albo ja. Kuba przyrzekł mu lojalność i miłość, i obiecał, że skoro Mieciowi na tym szczególnie zależy, to nie ma sprawy, natychmiast rozstanie się ze mną. Kiedy wieczorem Kuba prosi mnie abym wyjechał do Zakopanego, o tych wydarzeniach dnia nic nie było mi wiadomo. Nie dociekałem, nie wypytywałem. Nie wiedziałem co ich łączy, w ogóle nie myślałem o jakimś związku Kuby z Mieciem myśląc, że jest to zwykłe koleżeństwo, nieco zdziwaczałe — jak twierdził Kuba, nieco dla mnie niezrozumiałe, ale nie wnikałem, w sumie w ogóle mnie to nie obchodziło i nie pomyślałem nawet aby w jakikolwiek sposób mnie to mogło dotyczyć.


Kuba mnie rozumiał, moje życie wewnętrzne, niepokoje i dręczące myśli samobójcze. Dyskutowaliśmy nad konstrukcją świata, kosmosu, życia na ziemi, życia w ogóle, nad częstotliwością w której uczestniczymy i innych poziomach… Dyskutowaliśmy nad zjawiskiem snu, fruwania w powietrzu i jak się to dzieje. Wówczas tylko on potrafił mnie rozumieć, tylko z nim mogłem o tym rozmawiać. Nieraz wykrzykiwał: — Skąd ty to wiesz? — co miało oznaczać, że coś mądrego zdarzyło mi się powiedzieć, co miało z kolei świadczyć o mojej dorosłości, poznaniu wewnętrznym a priori wg filozofii Kanta — co podkreślał i rozmowy nasze były prawdziwą przyjemnością. Ileż to razy nasze dyskusje kończyły się nad ranem kiedy w zapomnieniu o czymkolwiek, dopiero wschód słońca nam przypominał, że zapomnieliśmy w porę popatrzeć na zegarek.

Kuba był mistrzem przywiązywania do siebie ludzi na których mu zależało. Dostrzegał ich, wyszukiwał w nich ukryte mądrości, akcentował je i komplementował, zachwycał się — rzekomymi czy prawdziwymi — niezwykłymi talentami tych ludzi, powtarzał głośno zachwyty w towarzystwie innych, aby chwalony słyszał jak bardzo jest dostrzegany, aby czuł na sobie wzrok podziwu innych, przez co ci dostrzegani czuli się w pełni dowartościowani, mądrzejsi, pewniejsi siebie. Podświadomie lubili go, ponieważ zwiększał w nich poczucie własnej wartości. Od innych takiej atencji i takich komplementów przecież nigdy nie otrzymywali.


W Zakopanem, zaraz po przyjeździe jeszcze tego samego dnia, spotkałem kolegę z Warszawy z którym kupiliśmy duże ładne karty z panoramą Tatr i poszliśmy do kawiarni „Europejskiej” aby zapisać je pozdrowieniami. Natychmiast napisałem kartę do Marty i kiedy przyszło mi ją zaadresować, uświadomiłem sobie, że nie znam jej adresu. Widziałem — co prawda — budynek w którym mieszkała, toteż napisałem na karcie prośbę do listonosza aby kartę doręczył mojej dziewczynie. Opisałem, która jest to ulica, który z kolei budynek na tej ulicy i po której stronie, że pierwsze piętro i jak ma na imię. Nazwiska nie znalem. Okazało się później, że sympatyczny listonosz po przeczytaniu „adresu” od razu skojarzył sobie o kogo chodzi i tak mu się to spodobało, że osobiście wręczył Marcie kartę.


W górach była piękna zima, wszędzie pełno śniegu i dużo słońca. Nocami sypał śnieg a w dzień święciło słońce. Uczyłem się kontrolować poślizgi na ubitym śniegu i co chwila kończyłem w zaspie na poboczu, nie tylko ja zresztą, jednakże przechodnie bardzo chętnie wypychali z powrotem samochody na ulice. Codziennie wchodziłem na Gubałówkę i zbiegałem z powrotem. Lubiłem po drodze wszystkich wyprzedzać nie mogąc jednocześnie zrozumieć dlaczego tam na dole są tacy co czekają długie kwadranse a nawet godziny na wjazd skoro przyjemniej i szybciej można wejść na piechotę. Ile satysfakcji i przyjemności przy okazji. W drodze powrotnej osiągałem szybkość kolejki. Natomiast jadąc kolejką miałem stres, że jestem zamknięty w pudełku, a przecież lina może się urwać i widziałem katastroficzne konsekwencje zjeżdżającej coraz szybciej kolejki…

Byłem sam i czułem się samotnie. W myślach byłem z Martą, miałem ją obok siebie i z nią rozmawiałem. Tak bardzo brakowało mi jej kiedy jeździłem ślizgiem po ośnieżonych krętych drogach na Głodówkę i z powrotem, czy opalałem się w słońcu też na Głodówce wsłuchując w odgłosy wiatru i ciszy. Ciągnęło mnie coś do ludzi chociaż ich unikałem, coś siedzącego we mnie odseparowywało mnie od nich. Leżałem czasami na Gubałówce, wśród ludzi ale jakże samotnie, aż do bólu, aż do płaczu. Czasami łzy stawały mi w oczach i ganiłem siebie, „nie płacz” krzyczałem w sobie. Przeszkadzało mi, że tak naprawdę jestem sam, i że teraz jestem sam. Jakaś wewnętrzna bariera nie pozwalała na zbliżenia — czego nigdy do końca nie zrozumiałem. Odbijałem się od ludzi kiedy ich poznawałem — magnes się przekręcał i za chwilę odpychało mnie. Kotłowały się we mnie, myśli o śmierci — i te myśli były azylem, sprawiały moje jakby uspokojenie, myśl, że to wszystko nie ma znaczenia, bo i tak odejdę, może wieczorem?… Następnie postanawiałem poczekać do jutra, tak sobie, przecież w każdej chwili mogę i tak odejść — tłumaczyłem sobie, a więc mogłem poczekać…


Spotkałem drugiego kolegę z Warszawy, Maćka, przyjechał sam, zawodowy gracz w karty aby nie powiedzieć szuler. Zapytał jak się miewa mój brat — chodziło o Kubę. Będąc kiedyś na obiedzie w Szanghaju spotkaliśmy go oczekującego na posiłek. Nie było wolnych stolików, on siedział sam i zaprosił nas do siebie. Co miałem robić? Przedstawiłem Kubę mówiąc „mój brat”. Kuba miał ładny tembr głosu, czytał powieści w radiu i mimo zawodu aktora nie mógł upodobnić się do „chłopaka z miasta”, chociaż chciał — co trochę komicznie wyglądało. Mój kolega zaczął nas bacznie obserwować i widziałem na jego twarzy niezdecydowanie nie do końca wiedząc jak ma zakwalifikować ten przypadek. Zaczynał czasami znacząco się uśmiechać, starał się być przy tym miły, jakby akcentując, że on dokładnie wie o co chodzi, ale też wcale nie był tego pewien, tak że na jego twarzy malowało się niezdecydowanie i rozterka. Chciał przy tym powiedzieć, zaakcentować, że on, wcale nie ma nic przeciwko temu, nawet stał się dla nas bardziej uprzejmy i miły przez co miałem go oczywiście serdecznie dosyć a zarazem ośmiornicy z ryżem, którą akurat konsumowałem, jednakże próbowałem udawać obojętność jak gdyby nie dostrzegając jego podejrzeń czy czegokolwiek niezwykłego. Zresztą Kuba zauważył co mnie dręczy i razem próbowaliśmy wywieźć go w pole — co on z kolei ze zrozumieniem kwitował uśmiechem kiwając przy tym głową.


Odpowiedziałem mu, że brat ma się świetnie i być może również przyjedzie do Zakopanego, tak że będziemy mieli okazję go spotkać. Udawałem, że nie dostrzegam jego uśmiechu którym jednocześnie akcentował co ma na myśli i też się uśmiechałem, podobnie jak on, udając zadowolenie, że go spotkałem. Zaproponowałem abyśmy zajrzeli do Pepisu i poznali jakieś dziewczyny. Wiedziałem, że samochód musi zrobić na nim wrażenie i nie omyliłem się. Patrzył lekko osłupiały kiedy otwierałem drzwiczki i pojechaliśmy. Obserwował mnie i prowadził dyskusję ze sobą. Znaliśmy się już parę lat. Kiedyś zagrałem z nim w Pokera u niego w domu, chciał koniecznie zagrać aby pochwalić się swoim rzemiosłem które akurat opanował. Spotkaliśmy się przypadkowo na mieście ja, Maciek i nasz trzeci kolega Pryszczyk. Zaproponował Maciek, abyśmy koniecznie zagrali w Pokera. Wiedzieliśmy, że Maciek gra w karty i nie chcieliśmy z nim grać, on nalegał, chciał się popisać swoim kunsztem. Pojechaliśmy do niego do domu. Wiedzieliśmy, że jeżeli którykolwiek z nas z nim zagra, musi przegrać, żaden z nas oprócz Maćka nie grał w karty, jednak on naciskał, bardzo chciał, więc umówiliśmy się, że zagramy dziesięć rozdań, gramy we dwóch ja i Maciek, natomiast Pryszczyk będzie tasował karty. W międzyczasie Maciek otworzył szafkę od swojego biurka, tak niby przypadkiem. W szafce leżały w nieładzie paczkami i luzem pieniądze. Popatrzyliśmy wszyscy na siebie i roześmialiśmy się. Domyśliliśmy się, że wygrał w karty. Tamtego wieczoru tak się złożyło, że Maciek przegrał, ja wygrałem co było zwykłym przypadkiem. Maciek nie chciał nas puścić, poprosił o piętnastominutową dogrywkę z tym, że mieliśmy tasować ja i on na zmianę. Nie było sposobu, żeby się nie zgodzić. W rezultacie odegrał się i wygrał, jednakże zwrócił nadwyżkę, honorowo i był remis, nikt nie przegrał. Ułożył karty w którymś rozdaniu, nawet nie wiedzieliśmy w jaki sposób i kiedy.


Do Zakopanego w lutym, marcu, zjeżdżali z całej Polski zarówno szulerzy jak i też biznesmeni, których pasją było grać w karty i przegrywali nierzadko fortuny. Musieli przegrać. Działali tu koordynatorzy, którzy sami nie grali, jednakże organizowali spotkania mając doskonałe rozeznanie kto kim jest i ile zarabia i ile przyjechał przegrać. Zawsze spotykali się niby przypadkiem z innymi biznesmenami i ustawiali grę… Głośne były spotkania w których spotkało się dwóch szulerów, ponieważ dezinformacja odgrywała tu ogromną rolę, wówczas rangę podnosiła stawka jaka podczas gry została wygrana. Każdy szuler miał się za najlepszego — co dodawało emocji spotkaniom i post factum opowiadaniom. Nie grałem w karty, w ogóle nie uprawiałem hazardu, wiedząc, że uniosłyby mnie emocje i bym przegrał.


Zbliżaliśmy się z Maćkiem do zakrętu pod skocznią. Udając obojętność powiedziałem „trzymaj się” i postawiłem samochód w poprzek. Uśmiechnąłem się do siebie, postanowiłem wygrać z nim tę szermierkę myślową. Wszelkie jego wątpliwości i dwuznaczności postanowiłem sprowadzić do parteru. Gładko wyprowadziłem samochód z poślizgu. Zresztą był to mój ulubiony zakręt na którym ćwiczyłem codziennie. Bezbłędność manewru wprowadziła we mnie większą pewność siebie i dalej prowadziłem z nim dialog. Mój dość rzeczowy ton, wibracyjne przekonywanie go, że nie dopuszczam do siebie jego podejrzeń ukierunkowanych na brata, wywołało pożądany skutek. Zwątpił całkowicie, nawet przez to posmutniał, przestał się w specyficzny sposób uśmiechać i kwestia „mojego brata” przestała istnieć.


Poznaliśmy po chwili dwie dziewczyny i pojechaliśmy do Bukowiny na mrożoną kawę. Wypad z nimi był nieporozumieniem. Męczyłem się w kawiarni. Maciek parokrotnie błyskał pieniędzmi przed dziewczynami wyciągając z kieszeni całą ich harmonię. Wyprowadzało mnie to z równowagi, czekałem więc kiedy dopijemy kawę mając ich wszystkich serdecznie dosyć. I Maćka z jego błyskaniem pieniędzmi, tak jakby nie mógł sobą ich zainteresować… i tych dziewczyn, które zmieniały się za każdym podmuchem. Zatopiłem się w rozmyślania tak, że dziewczyny zauważyły, że jestem niezbyt obecny, jednakże była to moja wina, po prostu nie pasowałem do nich. Wróciliśmy zatem szybko z powrotem do Zakopanego i pozostawiłem ich wszystkich razem na Krupówkach i pojechałem sam do Pepisu. W barku włączyłem swoją ulubioną piosenkę „where do you go”, usiadłem przy stoliku i wsłuchując się w głos piosenkarki, który docierał do najdalszych zakamarków mego wnętrza próbowałem odpowiedzieć, że zdążam w nicość. Do miejsca, którego tu na ziemi nie ma. Chciało mi się śmiać ze wszystkich ludzi, którzy grają i kogoś innego udają. Z ich mentalności. W lekkim stanie wyniesienia z rzeczywistości patrzyłem wokół i unosiłem się gdzieś nad nimi, tak jakby mnie ta rzeczywistość nie dotyczyła, jakbym tu tylko był ale niematerialnie. Wpadłem w stan kiedy wszystko wydaje się zabawne, śmieszne…


Przypomniałem sobie obraz z niedalekiej przeszłości jak kiedyś w czasie Świąt Wielkanocnych łaziłem po ulicach z dziewczyną z którą akurat zacząłem się spotykać. Prawie wszystkie kawiarnie były pozamykane i złożyliśmy wizytę Kubie, który spędzał Święta wraz z Mieczysławem. Kuba występował jako mój brat. Dziewczyna oczarowana mieszkaniem całkowicie przestała zwracać na mnie uwagę dostrzegając tylko „brata”, który zresztą specjalnie był dla niej przemiły. Nawet siedząc obok mnie na krześle tak ciałem wykręciła, aby zaakcentować Kubie, że mną bynajmniej nie jest zainteresowana. Miecia, który leżał sobie na kozetce opodal stołu przy którym siedzieliśmy, zaledwie dostrzegała skupiając całą uwagę na Kubie, który tym bardziej napuszczał ją na siebie aby na tymże przypadku pokazać mi jakie są dziewczyny. W rezultacie siedziałem przy stole bez słowa — nie wiedząc po co, a ponieważ z nią przyszedłem nie wypadało mi wstać i wyjść samemu, a moje propozycje, że musimy już iść, kwitowała, że jeszcze przecież nie musimy, przez sekundę jakby mnie zauważając zdziwiona co ja tu w ogóle robię i dlaczego jeszcze się nie wyniosłem. Miecio patrzył na sytuacje, na mnie zdruzgotanego i nie wytrzymał. Włączył się do rozmowy i pognębił ją krótką szermierką słowną. Kuba nagle przeszedł na stronę Miecia nie próbując jej nawet bronić. Wracając próbowała mi coś tłumaczyć… Od razu ją skreśliłem, więcej się nie spotkaliśmy…


Siedziałem w Pepisie słuchając muzyki i zgłębiając paradoksy życia. Szukanie miłości, która jest i jej nie ma, której spełnienie oznacza koniec miłości. A więc czego szukamy, po co tu jesteśmy? Dlaczego szukamy miłości skoro nie możemy tego mieć, lepiej nie znajdować bo przeminie albo ucieknie. Energetycznie wygaśnie. Skoro miłość jest energią i my jesteśmy energią, to być może wszystko jest chwilowe, zmienne, jakże ulotne — tak jak i my. Gonitwa za czymś czego na stałe nie ma, co nie istnieje? Ale przecież czasem spotykając kogoś jakże bliskiego nam duchem, czyż nie porwie nas gdzieś wysoko, czyż nie warto wtedy żyć? Jakże wszystko wówczas w ciągu jednej chwili się zmienia…


Zadzwoniłem do Kuby. Pytał jaka pogoda? Co słychać? Zrelacjonowałem mu, że dużo słońca i śniegu i postanowił natychmiast przylecieć samolotem. Umówiliśmy się zatem, że następnego dnia pojadę po niego na lotnisko do Krakowa.


Następnego dnia trafiłem paskudną pogodę. Zawieja śnieżna przelatywała z lewej strony na prawą skutecznie ograniczając widoczność. Na drodze ubity śnieg miejscami wyślizgany na lód. Znajomy, którego codziennie spotykałem na Krupówkach, odradzał mi jazdę do Krakowa, ponieważ była to trzydniówka katastrof i wypadków na tej właśnie trasie. Powiedzieli nawet w radiu, że samochody w 70% ulegają wypadkom, ostrzegali przed Zakopianką. Byłem jednak umówiony z Kubą a poza tym lubiłem jeździć samochodem. Wyjechałem z Zakopanego. Wyprzedziło mnie dwóch mężczyzn z korpusu dyplomatycznego pozdrawiając machnięciem ręki. Popatrzyłem na szybkościomierz, jechałem ok. 100km/h. Uplasowali się przede mną i jechałem za nimi. Jednakże zawiewało śniegiem i wyprzedziłem ich również pozdrawiając machnięciem ręki. Uśmiechnęli się, ja też, jednakże zauważyłem, że tracę przyczepność więc zwolniłem. Wyprzedzili mnie — przeciwko czemu nie oponowałem a nawet pomyślałem, że będę się ich trzymał w bezpiecznej odległości i jak będzie się coś działo na drodze, zdążę wyhamować. Zjeżdżając z wiaduktu w Poroninie zauważyłem, że jadą lewą stroną drogi. Również pojechałem ich śladem myśląc, że prawa strona musi być bardziej wyślizgana co z pewnością zauważyli i dlatego zjechali na lewą stronę. W pewnym momencie skręcili na prawy pas i w ciągu ułamka sekundy włosy stanęły mi dęba a żołądek podszedł do gardła. Na moim pasie przede mną jechała furmanka a z przeciwka nadjeżdżał trabant. U mnie na liczniku ok. 120km/h. Oceniłem błyskawicznie sytuację, że w żadnym wypadku nie mam szans ani wyhamować przed furmanką ani też wyprzedzić furmanki. Co robić? Wcisnąłem lekko hamulec. Rezultat przewidziałem — samochód postawił mi się w poprzek drogi i tarł lewym bokiem do przodu po śniegu. Odkręciłem kierownicą i prawym bokiem tarłem. Myśli przelatywały niczym błyskawice. Czy skręcić do rowu? Trochę głęboki… — Trabancie, jedź szybciej bo cię zawadzę! — Krzyczałem w myślach, ponieważ musiałem w tym momencie wykręcić z powrotem na lewa burtę i zjechać na lewy pas aby nie zatrzymać się na furmance. Trabant zamiast przyśpieszyć, jechał coraz wolniej, jednakże musiałem odkręcić kierownicę w drugą stronę w związku z czym ryzykowałem zawadzeniem moim lewym tylnym błotnikiem o jego także lewy tylny. W rezultacie mnie by mogło wyprostować, ale trabant mógłby się rozlecieć… Z żołądkiem w gardle i w milimetrowym odstępie minęliśmy się i już za furmanką wyprowadziłem samochód na prostą. Nic się nie stało, jednakże jechałem dalej zszokowany. Cały mokry z przerażenia nie mogłem zrozumieć kto mną wykonywał te manewry? Przecież nie miałem takiego doświadczenia. To było niepojęte i niezrozumiałe, przy takiej szybkości… Widziałem przerażone twarze pasażerów w trabancie, napiętą twarz kierowcy, który na szczęście nie wykonał żadnego manewru, ponieważ najmniejszy manewr kierownicą lub hamulcem mógł spowodować czołowe spotkanie z furmanką… Przed oczami miałem natomiast wielce obojętny wyraz twarzy furmana. Zrobiło mi się słabo, jednak jechałem dalej.

Zwolniłem do 60-ki. Przy pokonywaniu wzniesień bywało, że nie mogłem podjechać pod górę. Jechałem więc zygzakiem ślizgając się w lewo i w prawo. Bywało, że musiałem tyłem cofać się z powrotem, brać rozpęd aby wjechać na wzniesienie, trochę ślizgiem, trochę lewym poboczem czy prawym, wężykiem od śniegowej burty do burty… Myślałem o mężczyznach z korpusu dyplomatycznego z którymi pozdrowiliśmy się machając do siebie. Ciekawe czy dojechali do swojego miejsca przeznaczenia? A może wypadli z trasy? Może spadli w przepaść? Po bokach drogi w bocznych bandach śniegowych co chwila widać było wyraźne ślady pozostawione przez samochody, które albo wjechały w bandę i zatrzymały się na niej albo spadły w przepaść i stoczyły się gdzieś na dół. Mówiono, że były takie przypadki, że samochody staczały się po kilkadziesiąt metrów w dół. Jeden samochód był dopiero zauważony z samolotu — wpadł do lasu — kilkadziesiąt metrów poniżej drogi.

Nierzadko aby wjechać pod górę trzeba było się rozpędzić. Wystarczył przypadek… Nieraz aż dreszczyk przeszywał ciało na widok wyłamanej barierki albo świeżych śladów kół w śnieżnej bandzie. Sypiący śnieg, który prześlizgiwał się przez drogę zasypywał ślady w bandach, toteż można było zorientować się, że dosłownie przed chwilą musiała rozegrać się czyjaś tragedia. I natarczywa myśl — czy żyją ci co spadli?

I tak rozmyślając przebrnąłem najgorszy odcinek drogi przez góry. Nagle na zupełnie prostej drodze przy redukcji biegów wpadłem w poślizg, samochód od razu gwałtownie stanął w poprzek i jak wykręciłem kierownicą rzuciło go na lodzie w drugą stronę w kierunku kilkumetrowej przepaści — w dole płynęła rzeka. Przestraszyłem się tak bardzo przepaści z prawej strony, że wykonałem manewr kierując samochód na lewo do rowu aby nie wylądować w rzece. Rów z lewej strony okazał się głębszym niż wyglądał, ponieważ był zasypany śniegiem. Zawadziłem w dodatku o niewidoczny w śniegu słupek na którym obróciło mnie i łamiąc go błotnikiem, tyłem miękko wpadłem poniżej drogi w zaspę. Samochód miał tył wbity w śnieg i zatrzymał się na tylnej szybie. Jego przód był na wysokości drogi co dosyć osobliwie wyglądało. Wygrzebałem się z samochodu i stanąłem przerażony i w szoku na skraju drogi. Zatrzymało się parę samochodów, kierowca Stara powiedział, że to nic takiego i trzeba samochód wyciągnąć, jednakże on czyli Star jest za lekki na tak śliskiej drodze. Zatrzymał się autobus przewożący ludzi i on właśnie wyciągnął mnie na lince holowniczej. Kierowca Stara dał linkę i nawet ją założył, ponieważ stałem sparaliżowany i patrzyłem jak gdyby nie kojarząc co się wokół mnie dzieje. Następnie kierowca Stara powiedział abym wszedł do swojego samochodu. Strasznie się bałem tam wejść, nie wiem dlaczego, przestraszyłem się i jeszcze nie doszedłem do siebie, jednakże stało tyle ludzi, że nie wypadało mi nie usiąść za kierownicą swojego samochodu. Wyciągnięcie poszło jak z płatka, wyskoczyłem na górę z ogromną łatwością. Za chwilę stałem czterema kołami na drodze, przekręciłem kluczyk w stacyjce, samochód bez problemu dał się uruchomić i okazało się, że mogę jechać dalej. Prawy błotnik był wgięty. Po przejechaniu ok. dziesięciu kilometrów śnieg na drodze był już posypany solą i rozpuszczony. Jak wjechałem na czarny asfalt w pewnym momencie nagle usłyszałem niesamowity chrobot wydobywający się jakby spod samochodu. Stanąłem przerażony. Czy będę mógł jechać dalej? Co to jest? Co się stało? Spojrzałem pod spód samochodu. Nic nadzwyczajnego nie zauważyłem. Jeszcze gdybym się znał i wiedział czego szukam?.. I co miałem zrobić? Ruszyłem dalej. Zauważyłem, że przy ruszaniu, skręcaniu, przy zrywach, „pęka” jak gdyby podłoga. Czyżby samochód miał się rozpaść? Czy mogę jechać dalej? Jechałem. Samochód jakby bawił się ze mną i w najmniej spodziewanych momentach wydawał z siebie ów przedziwny odgłos rozłupywania się na pół — co przypadkowych przechodniów wprawiało w strach i osłupienie. Kiedy w Krakowie na Rynku ostro ruszałem z miejsca, samochód wydawał taki ryk, że przechodnie odruchowo odskakiwali, uciekali po pasach nie widząc mnie bo gdyby spojrzeli to by zobaczyli, że jeszcze nie zdążyłem na dobre ruszyć. Nie mogliśmy z Kubą pohamować uśmiechu. Samochód jednak nie rozpadał się i sytuacja stała się nawet zabawna kiedy ludzie patrzyli na nas podejrzliwym wzrokiem nie bardzo przyzwyczajeni do takich efektów dźwiękowych. W Zakopanem na Stacji Obsługi Samochodów okazało się po oględzinach, że rura wydechowa przygięła się do podłogi i panowie mechanicy łomem odgięli ją, jednakże niezbyt dokładnie odgięli, ponieważ czasami dochodziły pomruki.


W górach było dużo słońca, dużo śniegu i przemiękały buty. Kuba wpadł na znakomity pomysł aby kupić gumowe trzewiki wiązane, góralskie. Do tego wełniane skarpety, filcowe wkładki i skończyły się nasze kłopoty z pluchą i mokrymi butami. Teraz mogliśmy dopiero ślizgać się i biegać po śniegu z Gubałówki jak na nartach ślizgiem.

Postanowiliśmy pojechać do Morskiego Oka ale — jak mówiono — droga odchodząca od ronda przed Kuźnicami miała być nieprzejezdna. Zaistniała więc dodatkowa motywacja przygody aby jechać nieprzejezdną drogą. Chciałem to zobaczyć i pomyślałem, że jak nie będziemy mogli jechać dalej, to po prostu wrócimy. Wyruszyliśmy. Istotnie w górach jechaliśmy z trudem, cały czas wężykiem od lewej burty do prawej ślizgając się po ubitym i wyślizganym śniegu ale jakoś jechaliśmy. Kilkakrotnie lądowaliśmy w zaspie ale kontynuowaliśmy jazdę. Pod górę jechało się trudniej ale za to bezpieczniej. Z góry trzeba było utrzymywać żółwie tempo i mimo tego samochód się ślizgał. Wyprowadzić z poślizgu znaczyło dodać gazu a więc przyśpieszyć, przyhamować — znowu poślizg, a co robić przed zakrętem? Zakręty 180°. Kiedy wracaliśmy tak właśnie się stało i zbliżając się do ostrego zakrętu nijak nie mogłem wytracić szybkości, a wręcz jej przybraliśmy. Z prawej strony przepaść, z lewej góra. Kuba patrzył w napięciu co z tego wyniknie wyraźnie przygotowany do opuszczenia pojazdu przed jego zatrzymaniem. Miał lęk przed kraksami po wypadku samochodowym. Jechał wówczas z Mieciem. Miecio prowadził i Kuba w konsekwencji wypadku stracił końce swoich palców u ręki. Był to jego późniejszy kompleks, jednakże zawsze sprytnie zginał tak dłoń, że nikt normalnie tego ubytku nie zauważał, natomiast Miecio powiedział, że już nigdy nie usiądzie za kierownicą samochodu i rzeczywiście słowa dotrzymywał.


Dojeżdżając do zakrętu coraz bardziej rozpędzonym samochodem i nie widząc innego wyjścia wcisnąłem hamulec ustawiając samochód w poprzek, tarliśmy jednym bokiem, za chwilę drugim i powtórzenie. W ten sposób wytraciliśmy szybkość i pokonaliśmy zakręt bez zakłóceń. Trasy jednak nie przejechaliśmy. Było dla naszego Fiata za ślisko, po prostu zatrzymywał się na bardziej stromych wzniesieniach. Nie pomogły cofania i rozpędy, uwieszanie się Kuby z tyłu samochodu czy pchanie. W dodatku wpadliśmy w zaspę i nie mogliśmy w ogóle jechać w żadną stronę. Kuba opadł z sił i powiedział, że za żadne skarby samochodu dalej pchać nie będzie. Nie pomogły żadne perswazje, że to dla zdrowia świetne, poprawia krążenie krwi… Kuba miał wątpliwości i się zdenerwował. Powiedział, że nic go nie obchodzi, ani myśli pchać czy wypychać z zasp i że mu się tutaj bardzo podoba. Miejsce rzeczywiście było całkiem niezłe. Samochód ugrzązł w zaspie tak, że nie mogłem wyjechać ani samemu ani przy pomocy Kuby. Kuba usiadł na pniu drzewa na zboczu parę metrów wyżej i stwierdził, że jest mu tam bardzo wygodnie i niewiele go wzrusza fakt, że stoimy w zaspie. Zdenerwowanie wzięło się stąd, że przekonywał mnie, żeby wracać, ja chciałem mimo wszystko trasę pokonać i wrócić przez Głodówkę i Bukowinę. Co chwila lądowaliśmy w zaspie i Kuba powiedział, że wróci na piechotę ale dalej nie pojedzie. W końcu samochód stał kołem w rowie a inne się ślizgały i nie mieliśmy szans sami się wygrzebać. Przestaliśmy się do siebie odzywać, to znaczy Kuba przestał. Co miałem robić? Wyjąłem tylne siedzenie z samochodu i postawiłem przed samochodem. Wyszukałem sobie wygodną pozycję i półleżąc zacząłem się również opalać. Słońce świetnie przygrzewało. Doleciał z oddali warkot samochodu wspinającego się naszą trasą. Wężykiem od bandy do bandy leciała Zastawka. Trzeba było przyznać, że bardziej sprawnie niż my. Z zaciekawionymi minami trzech mężczyzn obrzuciło nas i ogólną sytuacje wzrokiem, przez moment nawet jakby chcieli się zatrzymać, ale pojechali dalej. Zacząłem śniegiem myć samochód. Próbowałem odgrzebać śnieg spod samochodu, jednakże bez żadnych rezultatów. Kuba nie istniał, siedział bez ruchu dalej na tym samym pniu drzewa. Po godzinie wróciła Zastawa i zatrzymała się. Uśmiechnięci panowie spytali uprzejmie czy nie trzeba nam pomóc. Kuba naburmuszony, teatralnym głosem odpowiedział, że się opala, jakby z pretensją nawet, że ktoś ośmiela się zakłócić mu spokój. Zrobiło mi się głupio, uśmiechnąłem się i w pośpiechu odpowiedziałem, że świetna pogoda. Nasze odpowiedzi bardziej ich rozbawiły niż rozgniewały ale widząc w jakiej pozycji stoi samochód sami postanowili nam pomóc. Usiadłem za kierownica i po chwili stałem na drodze na wszystkich czterech kołach. Kuba nie reagował, patrzył gdzie indziej. Załoga Zastawy, trzech młodych mężczyzn, zorientowawszy się zapewne w sytuacji popatrzyli na siebie porozumiewawczo, uśmiechnęli się i odjechali. Byli przy tym bardzo mili. Po ich odjeździe wygłosiłem monolog w kierunku Kuby, że jak można tak się zachowywać, że jeżeli jest zły na mnie, niech obcych ludzi nie obraża…

Kuba wysłuchał ze spokojem i poskutkowało. Przyznał mi rację. Teraz ja byłem obrażony a on, żeby mnie udobruchać zaczął wyrażać ochotę abyśmy pojechali dalej, że przecież nie musimy wracać… Usiedliśmy w samochodzie, chwilę milczeliśmy i choć korciło mnie spróbować mimo wszystko trasę pokonać, postanowiłem dalej nie jechać. Wykręciłem ślizgiem w miejscu i powoli zaczęliśmy wracać do Zakopanego. Nikt nic nie mówił. Spojrzał na mnie i się uśmiechnął. Udawałem, że tego nie zauważyłem, że zajęty jestem prowadzeniem samochodu ale też się uśmiechnąłem.


Do Morskiego Oka pojechaliśmy następnego dnia przez Poronin, Bukowinę, Głodówkę. Znałem te strony jeszcze z dzieciństwa, kiedy to z ojcem i bratem chodziliśmy na wycieczki w góry. Zatrzymywaliśmy się zawsze na Głodówce i patrzyliśmy na cudowne widoki Tatr, patrzyliśmy na szlaki naszych wędrówek… jak z Gęsiej Szyjki patrzyliśmy na Głodówkę, albo gdzieś wysoko w górach piliśmy wodę ze strumyka wiedząc, że nikogo wyżej być nie może kto by w jakikolwiek sposób ją zanieczyścił. Czy to nie piękne, że na szlaku w górach obcy ludzie pozdrawiają się, rozmawiają ze sobą w przyjaźni, uśmiechają się?… Pokazywałem Kubie znajome miejsca i opowiadałem o moich związkach z nimi. Dojechaliśmy do parkingu umiejscowionego za Łysą Polaną, dalej zakaz ruchu, więc postanowiliśmy iść do Morskiego Oka na piechotę. Wybrałem skróty przez las na co Kuba sceptycznie się zapatrywał obawiając się, że zabłądzimy. Bawiło mnie to, ponieważ nie mogliśmy nijak zabłądzić mając z jednej strony rzekę a z drugiej szosę. Kuba nie bardzo wierzył w moją znajomość terenu a ja specjalnie prowadziłem z nim tak konwersację jak gdybym nie za bardzo wiedział w jakim kierunku należy zdążać. Szliśmy nieuczęszczaną ścieżką zawaloną śniegiem i dopiero kiedy doszliśmy do wydeptanej gdzie widać było czyjeś odbite w śniegu stopy Kubie wyraźnie poprawił się humor. Szliśmy gęsiego krokami ustanowionymi przez naszych poprzedników, którzy również po tych samych wydeptanych już śladach wcześniej musieli gdzieś zdążać. Doszliśmy do rzeki Białki — granicy Polski z Czechosłowacją. Po kamieniach dostałem się na wysepkę na rzece. Krzyknąłem do Kuby, że jedną nogą jestem w Czechosłowacji. Z drugiej strony rzeki przechodziły dwie dziewczyny z chłopcem. Pozdrowiliśmy się okrzykiem ahoj, pomachaliśmy ręką i poszliśmy z Kubą dalej. W pewnym momencie zobaczyliśmy na ścieżce stojącą pochyloną postać starszej kobiety. Stanęliśmy i ona stanęła lustrując nas spode łba. Ruszyliśmy dalej w jej stronę i ona ruszyła w naszą. Minęła nas z pochyloną głową jakby akcentując, że wcale nas nie widziała.

— Widziałeś? Bała się nas, myślała, że jesteśmy przemytnikami. Powiedziałem śmiejąc się do Kuby. — Nawet nie spojrzała na nas.

— Coś mi się wydaje, że to ona coś szmuglowała. — Zauważył z przekonaniem Kuba.

Obejrzałem się za jej przygarbioną sylwetką znikającą na zakręcie ścieżki. Kuba musiał mieć rację. Osobliwe jej zachowanie… I skąd by szła z wyładowanym plecakiem? Białkę bez problemu można było przejść. Musiała iść swoim szlakiem.

— Ciekawe co przemyca. — Głośno pomyślałem.

Kuba zrobił znaczący grymas, że mogą być to rozmaitości, że przy granicy zawsze jest jakiś przemyt i uniosła mnie wyobraźnia jak bym oglądał film o starszej przygarbionej kobiecince przemycającej jakieś skarby w plecaku.


Nad Morskim Okiem próbowaliśmy poopalać się nieco, słońce przypiekało bajecznie. Rozłożyliśmy kożuch na śniegu, jednak nie można było się rozebrać, ponieważ mroźny wiaterek lizał bokami. Było zresztą już zbyt późno na opalanie się, byliśmy ostatnimi turystami. Kuba widząc góralskie sanie uparł się abyśmy nimi wracali. Przedkładałem jednak pieszy powrót. Kuba się uparł a słysząc to góral zaręczył, że za „stówkę” chętnie pojedzie bo akurat tamtędy wraca co normalnie kosztowałoby „półtorej stówki”. Argumentowałem jednak, że wolę na własnych nogach a góral widząc, że jesteśmy bliscy zrezygnowania z jego usług powiedział abyśmy za „pół stówki” siadali i niemalże obraziwszy się na nas dorzucił, że o takiej cenie to nikt jeszcze tu nie słyszał.

— No widzisz, to prawdziwa okazja. — Powiedział Kuba. — Niech zarobi — próbował mnie namówić. — Zresztą bolą mnie nogi.

Patrzyłem na górala i na Kubę. Psuło mi to przyjemność ale może niech by góral sobie zarobił? To był argument. Lubiłem właśnie na piechotę pokonywać w górach odległości. Tym bardziej skoro pod górę weszliśmy na piechotę to wydawało mi się bez sensu z góry wracać saniami. Zaakceptowałem jednak sanie aby Kubie nie robić przykrości i pojechaliśmy saniami. Po kwadransie Kuba zapomniał, że bolały go nogi. Zmarzliśmy i zaczęliśmy biec obok sań. Góral to się śmiał, to kiwał głową mrucząc coś do siebie posądzając nas zapewne o niedyspozycje psychiczne. Zdumienie górala było fascynujące, nie mogło zapewne mu się w głowie pomieścić jak można zapłacić i nie korzystać za co się zapłaciło. Jak wyjeżdżaliśmy z parkingu opowiadał o nas innym góralom pokazując głową w nasza stronę. Nie mogliśmy pohamować śmiechu.


Na Głodówce odkryliśmy zaciszną kotlinkę otoczoną z trzech stron wzniesieniami i lasem z ledwo widocznym wejściem. Wspaniałe miejsce do opalania się całkowicie osłonięte od wiatru. Obok w śniegu lodówka do chłodzenia napojów i nikt nigdy tamtędy nie przechodził. Kiedy śnieg przysypał trudno było dostrzec naszą kotlinkę wobec czego można było najswobodniej się opalać. Tylne siedzenie było doskonałym podgłówkiem, materac dmuchany na śnieg, na materac kożuch. Wysiadała Gubałówka!


Wracaliśmy do Warszawy i co chwila przeglądałem się w lusterku nie mogąc uwierzyć, że aż tak jestem opalony. Brązowy jak w lecie. Opalaliśmy się na Głodówce przez trzy dni od 10-tej do 14-tej i od razu wyruszyliśmy do Warszawy. Za każdym razem patrząc w lusterko z nie mniejszym zdumieniem stwierdzałem, że staję się coraz bardziej opalony, coraz bardziej brązowy. Nawet włosy mi pojaśniały. Kuba opalił się mniej i bardziej na czerwono. Uśmiechnąłem się na myśl co powie Marta jak mnie zobaczy i im bardziej przybliżaliśmy się do Warszawy tym bardziej pragnąłem z nią się spotkać, przytulić. Postanowiłem natychmiast zajrzeć do „Krokodyla”. Może tam będzie i się jeszcze dzisiaj spotkamy? Myślami byłem już przy niej.


Kuba ni stąd ni zowąd postanowił wejść ze mną do Krokodyla. Nie znał, nie widział jeszcze Marty, chciał ją zobaczyć, poznać, może spodziewał się, że jej nie będzie i pójdziemy razem do domu? Weszliśmy do kawiarni na górę. Nasze opalone twarze od razu zwróciły uwagę innych. Przy stoliku gdzie siedziała Marta wzięto nas za Szwedów, tak później komentowała nasze wejście. Podeszliśmy do stolika i przedstawiłem ich sobie. Zajęliśmy z Martą osobny stolik, Kuba poszedł do domu. Patrzyłem na Martę ciesząc się ze spotkania i jakże było fajnie mieć ją naprzeciwko siebie, rozmawiać z nią i wcale nie osłabiło moich marzeń ich urzeczywistnienie. Było wspaniałe to, że nic nie udawaliśmy, żadnej gry, tak, to było najwspanialsze. Nie kryliśmy naszego wzajemnego zainteresowania sobą, ani też zjawiska, że mamy ochotę być ze sobą, żadnej dyplomacji. Słuchałem jej głosu i jakże w tym momencie ją kochałem. Za to ciepłe powitanie, za jej uśmiechy kierowane do mnie, jej dotyki, pocałunki, za jakże ciepłe wibracje, za to, że jest… Zapragnąłem ten wieczór spędzić z nią, tylko z nią, iść gdzieś, tańczyć, całować, kochać… Jakże pożądałem silnym pragnieniem. Słyszałem już głośną muzykę, widziałem nas tańczących i tulących się do siebie, połyskujące instrumenty muzyczne w przyćmionym świetle, a my patrzący sobie w oczy… Tak bardzo za nią tęskniłem i właśnie teraz zdałem sobie z tego sprawę jak bardzo. Moje pragnienia były naszymi pragnieniami, chcieliśmy siebie jednakowo i było to piękne.


Postanowiliśmy właśnie z Martą opuścić Krokodyl aby spędzić resztę wieczoru gdzieś ze sobą i w momencie kiedy czekaliśmy na kelnerkę aby zapłacić rachunek, wszedł Kuba do Krokodyla i odwołał mnie na bok. Był poważny. Wyczuwałem, że albo coś się stało albo coś wymyślił.

— Zostaliśmy okradzeni. — Powiedział półgłosem.

Patrzyłem na niego w napięciu nie dowierzając w to co powiedział. Nie bardzo docierały do mnie jego słowa.

— Jak to okradzeni?

— Zniknęły wszystkie obrazy, porcelana, srebra, wszystko co droższe. — Kontynuował. — Musimy pojechać do ojca.

Wiele myśli cisnęło się do mnie naraz. Jak to się stało? Kto okradł? Miałem drugie klucze… Przed oczami miałem Martę i nasz wieczór, który był przed nami. Serce i pożądanie rwało się do niej…

— Ojciec ma klucze, może coś wie. — Mówił dalej Kuba.

Poczułem dziwny stan psychiczny, jakby mnie coś uderzyło. Nieskonkretyzowany lęk. Odchodziłem czy raczej odlatywałem gdzieś? Nie mogłem swobodnie się poruszać. Przestawałem słyszeć co Kuba mówi. Przed oczami przesuwały mi się ich wizerunki Kuby, Marty, chciałem się w nią wtulić, uciec gdzieś. Wszystko się kotłowało we mnie tak, że nie mogłem nawet myśleć, cokolwiek mówić.

— Co się z tobą dzieje?! Czy wiesz co się stało? Ile straciliśmy? — Pytająco patrzył na mnie Kuba.

Czułem się jakiś ogłuszony. Podświadomość moja rejestrowała Kuby słowa ale to wszystko jakby nie docierało do mojej świadomości. Czułem dziwne uczucie niemocy, jakiejś beznadziejności?…

— Czyś ty oszalał, czy co? — dochodził do mnie jakby z oddali, jakby z innej częstotliwości głos Kuby. W pewnym momencie to coś odpuściło. Wróciłem z powrotem w tę częstotliwość albo nie zdążyłem z niej odejść. Doszedłem do siebie i zacząłem normalnie myśleć i widzieć sytuację. Po krótkiej wymianie słów dotarło do mnie wszystko i ujrzałem istotę wydarzenia. Nie mogłem pojąć co się działo ze mną przed chwilą. Skąd ten dziwny stan?

— Poczekaj chwilę! — Powiedziałem i podszedłem do Marty.

Marta z daleka obserwowała nas i już wiedziała, że musiało się coś nietypowego wydarzyć.

— Czy coś się stało? — Zapytała.

— Tak. — Przytaknąłem. — Wiesz, musimy niestety natychmiast coś załatwić… Spotkamy się jutro?

Przytaknęła.

— Może wpadnę jeszcze dzisiaj…

Popatrzyłem na zegarek pochłonięty myślami ostatnich wydarzeń — chociaż nie wiem czy zdążę … Jest już późno.


Nabrałem rozmachu. Szybkimi krokami zbiegliśmy po schodach. Za chwilę jechaliśmy na Saską Kępę do Kuby ojca. Kuba objaśniał nieco sytuacje — czego i tak nie rozumiałem. Mieliśmy się czegoś interesującego i wyjaśniającego dowiedzieć od jego ojca, jednakże wyczuwałem coś wiszącego w powietrzu, jakąś niepewność Kuby, jakby podejrzenie ukierunkowane we wiadomym mu kierunku — co mogłoby wróżyć jakąś wiadomą — czego jednak nie chciał wyjawić. Zaparkowaliśmy samochód pod domem gdzie mieszkał ojciec Kuby. Zostałem w samochodzie. Kuba długo nie wracał. W głowę zachodziłem kto mógł to zrobić, w jaki sposób? Wciąż podejrzewałem, że Kuba coś wie czego nie chce powiedzieć…

Wrócił Kuba. Od razu zorientowałem się, że dowiedział się czegoś co tak samo go przerażało jak też czyniło spokojnym. Choćby dlatego spokojnym — bo niewiadoma stała się wiadomą, jednakże ta wiadoma miała złowieszczy wygląd. Wszedł do samochodu, usiadł obok, zapalił papierosa i nic nie mówił. Patrzyłem na jego nagle nadzwyczaj spokojną twarz, niczym posąg z marmuru, jednakże czułem jak przetrawia coś w sobie, o czymś intensywnie myśli, jednakże przy tym był niezwykle spokojny, nie był zdenerwowany co poniekąd wyjaśniało sytuację, jednakże nie do końca. Znaliśmy się zbyt długo abym miał nie wiedzieć co oznacza ten pozorny spokój. Byłem gotowy działać, chciałem gdzieś jechać, odbierać utracone dobra. Nie miałem zwyczaju pierwszy pytać, zadawać pytania, wtrącać się do czegoś o czym ktoś sam nie chciał powiedzieć ale w takiej sytuacji zapytałem.

— Dowiedziałeś się czegoś?

Należało w końcu przełamać milczenie i działać chociaż jego marmurowe opanowanie bez emocji mogło oznaczać, że musiał się czegoś dowiedzieć. Wpatrywałem się w niego i wiedział, że nie może dłużej milczeć, że mam udziały w obrazach, niepokoję się i czekam na wiadomość, którą przyniósł.

Nie przedłużał milczenia i przytaknął.

— Ale jak ci to powiedzieć — zaczął.

— Po prostu powiedz…

Okazało się, że jego przyjaciel Mieczysław, kiedy dowiedział się czy raczej domyślił, że jesteśmy w Zakopanem, nie mógł ścierpieć tego faktu tak dalece, że przyjechał do Kuby ojca od którego pod jakimś pozorem wziął klucze od Kuby mieszkania i to on właśnie wywiózł wszystkie droższe obrazy i inne kosztowności. W tym mój drogocenny obraz Proudona… Zakłopotany Kuba zaczął wyjaśniać, że Miecio jest w nim zakochany, zakochany platonicznie na co Kuba nic nie może poradzić. Jest o niego zazdrosny i przeszkadza mu, że razem przyjaźnimy się. Dodał, że na tym tle Miecio ma zaburzenia psychiczne, leczył się nawet w szpitalu psychiatrycznym i należy temat delikatnie rozpatrywać. Oczywiście nic nie rozumiałem, leczył się psychiatrycznie? Toteż uznawszy, że i tak nic nie zrozumiem nie starałem się nawet rozumieć czy dociekać. Pojąć jednak nie mogłem dlaczego Miecio ukradł majątek Kuby, w tym mój obraz Proudona, który z moich pieniędzy został zakupiony. Powiedziałem, że jedziemy do Miecia i odbierzemy mu to co ukradł. Kuba nie chciał, powiedział, że nie wiadomo gdzie wszystko schował, jednak on Kuba pojedzie do rodziców Miecia i wywącha gdzie on trzyma nasze obrazy i inne kosztowności, że trzeba sprawę delikatnie i dyplomatycznie załatwić i wówczas albo Miecio sam odda a jeśli nie to wówczas wykradniemy mu to co nam ukradł.


Wracaliśmy do domu w milczeniu. Nie mogłem zrozumieć dlaczego nie jedziemy i nie odbieramy od Miecia ukradzionych dóbr. Kuba obiecał, że obraz Proudona tak czy tak odzyskam, że lepiej poczekać i spokojnie, delikatnie sprawę załatwić. Dodał Kuba, że Miecio w szaleństwie może zniszczyć obrazy i wówczas nic nie odzyskamy… Starałem się zrozumieć argumentacje Kuby, jednak coś mi w tym wszystkim nie pasowało, coś jakby nie zostało dopowiedziane, że czegoś najwidoczniej nie chce mi powiedzieć o co jednak sam nie pytałem.


Po kilku dniach Mieczysław przemówił, ponieważ Kuba milczał. Miecio powiedział, że dobra, które ukradł ma zabezpieczone i w żaden sposób ich nie odzyskamy, jednak jest w stanie zwrócić Kubie wszystko pod warunkiem, że natychmiast zerwie ze mną znajomość. Od razu skomentowałem, że skoro odzyskanie dóbr jest takie proste, natychmiast się rozstajemy, przynajmniej do czasu odzyskania obrazów. Umówiliśmy się, że udajemy rozstanie i domówiliśmy szczegóły. Czekaliśmy kiedy Mieczysław wszystko zwróci. Uwierzyłem w chorobę psychiczną Miecia, ponieważ Kuba tak powiedział i pasowało to sytuacyjnie. Nie mogłem mimo wszystko pojąć, że najpierw ukradł, teraz chce zwrócić. Czy było to normalne? Nie przestaliśmy się widywać, chociaż było to niezwykle trudne, ponieważ dodatkowo zaistniała sytuacja spowodowała, że tym bardziej mieliśmy o czym pogadać jak i też interesowałem się czy mój Proudon już wrócił… Miecio z kolei szpiegował nas i wynajął ludzi do szpiegowania — co zresztą przyniosło sporo emocji i niezwykłości naszym spotkaniom. Śmialiśmy się na myśl o szaleństwie Miecia, której to sytuacji nijak do końca pojąć — mimo wszystko — nie mogłem. Kuba opowiadał o grze prowadzonej z Mieciem i o przedmiotach już odzyskanych. Miecio zwracał stopniowo obrazy o co Kuba się nie upominał aby Miecio szybciej wszystko zwrócił. Nasze spotkania z Kubą stały się prawdziwie niezwykłe, wniosły sporo emocji i w istocie działania Miecia zamiast nas rozłączyć jeszcze bardziej zbliżyły…

*

Dlaczego ten facet się piekli? Co chwila coś mu nie pasuje. Ustawiał pasjansa z kości od domina. Pytał czy wyjdzie do domu? Nie wyszło. Czy będzie łowił ryby w tym roku? Też nie wyszło. Głaskał kości, mówił do nich najczulsze słowa i … nic mu nie wyszło. W końcu grzmotnął z furią w stół, rozrzucił kości po całej celi obrzucając je stekiem wyzwisk… W takich sytuacjach wpadałem w podenerwowanie. Nie bardzo wiedziałem co mam ze sobą zrobić, jak się zachować, może coś powiedzieć? Miał zwyczaj do wszystkiego się czepiać, choleryk. Kiedy robiłem swój dyżur, jednego dnia on, drugiego ja, na przemian, zamiatałem według niego źle. Kurze również źle ścierałem, nawet nie potrafiłem froterować, chociaż wszystko wykonywałem dokładnie jak on. Natomiast on czynił wszystko doskonale, był wzorem doskonałości. Cholera mnie brała, ileż to razy przez niego wynosiło mnie z rzeczywistości… Po dyżurze musieliśmy obowiązkowo rozegrać trzy partie w pokera. Rozkładał na stoliku pod oknem ręcznik i rzucaliśmy pięcioma kościami. On zapisywał. Stawką był jeden papieros od partii. Zwycięzca najczęściej otrzymanego papierosa łamał na pól i częstował przeciwnika. Nie było sposobu aby nie grać. Chodziłby niepocieszony, dogadywałby, czepiałby się wszystkiego.

Czasami chodził po celi i śpiewał „Augusta jest tłusta” albo „Gdzie jest mój dom” — co było dla mnie z jednej strony chwilą spokoju, że w tym czasie się nie piekli, jednakże w kółko śpiewane jego piosenki psychicznie nie były łatwe do zniesienia. Więc dla świętego spokoju graliśmy w kości w pokera, czasem w domino. Męczyłem się grą, męczyłem się w ogóle nie mogąc tak żyć. Jedynym uspokojeniem była myśl o śmierci, która to śmierć nie była wówczas dla mnie zakończeniem życia w ogóle. Była powrotem jak gdyby do siebie. Tak jak gdybym zasnął i miał obudzić się gdzie indziej. Czasami przestawałem rozgraniczać czy jestem tu, czy tam. Sam pytałem siebie gdzie ja jestem? Która rzeczywistość jest rzeczywistością prawdziwą? W przypływie świadomości, że jest to jednak rzeczywistość w celi więziennej, podejmowałem decyzję, że muszę się obudzić gdzie indziej, czyli wieczorem wracam z powrotem, do siebie, po co mam tu być? Czekałem więc do wieczora będąc przekonany, że jeszcze jestem tutaj ale tylko do wieczora — co było ukojeniem…

Nieraz zaczynało dziać się ze mną coś dziwnego. Przerywałem grę w kości, musiałem się położyć, chroniłem głowę, czułem, że upadnę, gdzieś odlatywałem, odlatywałem jakby skosem do góry, zasypiałem, czasami osiągałem ogromną szybkość i budziłem się z powrotem z lękiem, z krzykiem. Dziwny paraliżujący lęk, nie wiem przed czym, nie potrafiłbym sprecyzować czego się bałem. Kiedyś podobno trzymałem się ściany i krzyczałem. Dlaczego ściany? Motyw ściany pojawiał się częściej. Może chciałem wyjść przez ścianę i ściana zatrzymywała moje ciało materialne? Kiedyś odfrunąłem na przesłuchaniu i znieśli mnie na dół do celi. Mówił facet, że cały się trząsłem, nie mogłem stać na nogach i na nic nie reagowałem. Powiedział później, że mnie ocucił, a zna się na tym bo był kiedyś w wariatkowie — co podkreślił. Nurtowało mnie zawsze jedno pytanie, czy mówiłem wówczas o czymkolwiek a jeżeli to o czym mówiłem, jednakże mówiono mi, że wydawałem jakieś odgłosy, jęczałem, krzyczałem, ale nikt nigdy nie sprecyzował mi czy o czymkolwiek mówiłem. Po takich atakach byłem bardzo zmęczony, bolała mnie głowa, było mi niedobrze… Czy o czymś myślałem? Nie wiem, jedyną myślą było, żeby się położyć i spałem. Sen był lekarstwem, uspokojeniem.


Nigdy nie lubiłem jak ktoś krzyczy, awanturuje się… Nie daj Boże jak wygrałem w Pokera z facetem. Było za chwilę piekło. Wiedział, że jak zacznie się pieklić, ja dostanę ataku, sprawiało mu to satysfakcję… Kiedy natomiast on wygrał, chodził zadowolony po celi, podśpiewywał sobie znane mi na pamięć piosenki… Nie wiedziałem wówczas, że wykonuje on program bezpieki, że to wszystko jest po to aby doprowadzić mnie do stanu niepoczytalności lub też stanu słabego kontaktu z rzeczywistością.


Spodobały mu się moje słoneczne okulary, które mi pozostawiono. Lubiłem je, zawsze w nich prowadziłem samochód, miałem z nimi wiele wspomnień. Uparł się abym mu je sprzedał. Nie chciałem. Tłumaczyłem, że to pamiątka, nie chcę, nie mogę… Krzyczał, że gdzie indziej zabiorą mi a on chce mi papierosami zapłacić. Straszył mnie bądź wyłudzał pochlebstwami. W pewnym momencie postanowiłem, że je połamię, zniszczę, a mu nie dam, ale któregoś razu postanowiłem odejść z tej częstotliwości wieczorem i nabrałem tak mocnego postanowienia i wiary, że tym razem już czas, na pewno odchodzę, że zachciało mi się do wszystkich uśmiechać, wszystkim sprawiać przyjemności, zadane mi przez nich krzywdy wybaczać. Pomyślałem, że to wszystko nie ma znaczenia, że mnie już nie ma, że zostało mi tylko parę godzin. Oni wszyscy tu zostają — myślałem o wszystkich ludziach litując się nad nimi i dziwiąc się zarazem jak można tak długo istnieć w zależności fizycznej. Patrzyłem z wysoka, całkiem z innej pozycji, cieszyłem się, że wracam do siebie, do swoich bliskich… I dałem mu moje ulubione okulary. Powiedziałem, że nic nie chcę i nic nie potrzebuję. Myśl o śmierci wówczas była czymś niezwykłym, fascynującym, wcale nie było mi niczego szkoda, nie było to przykre, patrzyłem na faceta, myślałem o innych ludziach, biednych, ponieważ muszą tu pozostać i przeciwko sobie walczyć, nie mają pojęcia jak się uwolnić, nie mają pojęcia o tym o czym ja wiem, nie wiedzą nawet, że są jak gdyby w niewoli, że są ograniczeni, zniewoleni, że są pół-robotami, rozumiałem zagadnienie naszej egzystencji w ciele materialnym inaczej, patrzyłem jak gdyby z wyższej pozycji, z pozycji w której sam decyduję o tymczasowości swojej własnej egzystencji tutaj, jakbym unosił się nad wszystkimi ludźmi i ostatnie godziny ziemskiej egzystencji sprawiały mi nawet przyjemność, tak jak przed niezwykłą podróżą. Przyjemność zrzucenia z siebie jakiegoś ciężaru, którego już wówczas nie czułem. Rozprawiałem, że tam spotkam się z Martą, tam czekają na mnie moi przyjaciele, tu z kolei chciałem dla wszystkich wszystko czynić co tylko może im sprawić jakąkolwiek przyjemność, dla mnie wszystko co ziemskie i materialne nie miało już żadnego znaczenia…


Mimo wielu podobnych tego typu stanów, mimo postanowień, że odchodzę, wracam w inną częstotliwość, nie było mi dane odejść. Po paru dniach, kiedy niezwykłe wyniesienie z rzeczywistości opadło zacząłem żałować, że oddałem facetowi moje okulary.


W pewnym czasokresie w śledztwie za pośrednictwem środków dosypywanych mi do herbaty czy kawy, zostałem wprowadzony w przedziwny stan psychiczny dziwnej obojętności i niedostrzegania realiów. Była to obojętność w której wierzyłem w swoją śmierć i rozkoszowałem tą myślą. Wybaczałem innym ich skurwysyństwa dostrzegając małość tych ludzi, ubogość, rozumując, że są oni w niższej częstotliwości lub też na niższym poziomie umysłowo-energetycznym i trzeba im wszystko wybaczać, ponieważ dla mnie to wszystko co się wokół dzieje i wokół mnie otacza i tak nie może mieć znaczenia. Nie miałem pretensji do Kuby, który nagle obciążył mnie zabójstwem… Zacząłem odczuwać dziwną przyjemność cierpiącego, uśmiechnąć się do niego, podać mu rękę i powiedzieć, bracie, nie gniewam się, to nie ma znaczenia, mnie to nie dotyczy, mnie tutaj już nie ma… Wędrowałem gdzieś z Martą, wierzyłem nawet, że kiedy tylko odejdę, tam się z nią spotkam, że tam jesteśmy naprawdę, tutaj tylko są nasze materialne sobowtóry, że tam egzystujemy, a tu tak tylko na razie, tak na niby. Rozkoszowałem się swoją śmiercią jakbym to właśnie tylko ja dostrzegał prawidłową drogę, korytarz, drogę do domu, do siebie, poprzez którą możemy obudzić się jak ze snu, możemy zmienić częstotliwość — poziom na którym się przebudzimy, że tam spotkam się z Kubą, który będzie mnie przepraszał a ja powiem „nie ma to przecież znaczenia”. Patrzyłem na śledczego, który w pewnym momencie zaczął mnie namawiać abym przyznał się do zabójstwa, do napadu w którym poniosła śmierć kobieta. Myślałem, że tak tylko sobie żartuje. Zawsze rozmawialiśmy żartem, nawet razem układaliśmy story jakby to miało wyglądać… Nie brałem udziału w żadnym napadzie nigdy na nikogo. Nie byłbym w stanie, było to sprzeczne z moimi zasadami zapisanymi gdzieś w mojej podświadomości. Śledczy był dla mnie bardzo miły, lubiłem z nim rozmawiać. Opowiadał mi o Marcie. Przynosił mój magnetofon i słuchałem swojej muzyki. Łzy leciały mi z oczu, muzyka działała na mnie wynosząc mnie z rzeczywistości. Śledczy mówił, że dostałby premie, awans… Wówczas doprowadzony byłem do dziwnego, nadrealnego stanu, który to stan powtórzył mi się po paru latach kiedy zaplanowałem otrucie się za pomocą prochów „łaciatych” i przygotowałem sobie dwie dawki po osiem czy dwanaście tabletek jedna dawka. Pamiętam jak zażyłem dawkę pierwszą. Byłem wówczas w trakcie pisania swojego pamiętnika. Podzieliłem sobie prochy na dwie dawki z uwagi aby przypadkiem organizm nie wyrzucił z siebie, w następstwie reakcji wykrztuśnej, całej dawki przyjętej na raz. Rozpocząłem pisanie listu do Marty i pomyślałem, że jak poczuję działanie pierwszej dawki wezmę drugą, a do tego czasu będę pisał. Wyszedłem na spacer, pomyślałem sobie, to ostatni mój spacer, ostatni widok murów, okratowanych okien… Chodziłem zadowolony, uśmiechnięty, dziwnie jakoś uskrzydlony, totalnie wyniesiony z rzeczywistości. Czułem, że mnie tutaj już nie ma. Chciało mi się fruwać, jakbym unosił się nad spacernikiem. Klawisz zapytał mnie nawet co mi jest i z czego jestem taki zadowolony. Odpowiedziałem mu, że mnie już nie ma, że to wszystko mnie nie dotyczy… Nic i tak nie zrozumiał. Patrzył na mnie podejrzanym wzrokiem. Zawsze chodziłem bardzo szybkim krokiem na małym albo dużym kółku aby się dotlenić, a teraz nigdzie się nie śpieszyłem, jak gdybym rozkoszował się ostatnimi chwilami tu na ziemi i dziwiłem po co inni ludzie męczą się i po co w tej szarości żyją? To był nadrealny stan, jakże podobny do tamtego w śledztwie.

Wróciłem ze spacernika, wziąłem prochy i pisałem. Byłem podniecony swoim pomysłem, było mi dobrze. Pisałem do Marty. Bardzo długo mnie nie brało, po prostu mogłem pisać i pisać, więc pisałem, miałem czas — co zaczęło mnie w końcu denerwować, dlaczego jeszcze nie czuję działania prochów, które już powinienem odczuwać. Pozostało mi więcej czasu niż zaplanowałem. I postanowiłem napisać do swojej mamy parę słów. I jak zacząłem pisać do mamy w pewnym momencie zacząłem myśleć w drugą stronę. Prochy zaczęły działać. Zakładałem, że jedna dawka musi przynieść śmierć, dwie miały być na wszelki wypadek, żeby nie było niewypału. Pisząc do mamy, rozpocząłem myśleć jak ona zareaguje na wieść o mojej śmierci, zaczęło mi to przeszkadzać, więc znowu pisałem do Marty, jednakże już mi się nie kleiło. Myśl, że sprawię swojej mamie przykrość, a wszystkim chciałem sprawiać same przyjemności, była nie do zniesienia. Nie mogłem od tej myśli uciec i co chwila do mnie wracała. Znalazłem się w chaosie. W konsekwencji przeróżnych analiz zachciało mi się nagle żyć. Zdecydowanie nie chciałem już umierać. Ta chęć życia przyszła nagle i tak się we mnie spotęgowała, że wyrzuciłem drugą dawkę prochów chociaż posiadłem wówczas świadomość, że jest już i tak za późno, że jedna dawka, którą już połknąłem, wystarczy.

Przebywałem wówczas sam w celi. Myślałem, że nie mam szans na przeżycie tych prochów. Pomyślałem o opcji wezwania pomocy, wystarczyłoby wycisnąć klapę? Powiedzieć, przepłuczą mnie? Nie, za późno, nie będę ich prosił… I w takich rozmyślaniach straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem — nie wiedziałem ile czasu minęło, była noc, nie wiedziałem czy jest już „po” czy „przed”, to znaczy czy moje obudzenie oznacza, że będę żył czy jeszcze nic nie oznacza. Chciało mi się pić. Nie mogłem w ręku utrzymać kubka. Utraciłem koordynację ruchową kończyn. Nie mogłem chodzić. Nie mogłem swobodnie kierować swoimi kończynami. Doczołgałem rękę do wiadra z wodą i powoli udało mi się rękę zamoczyć w wodzie. Następnie usiłowałem mokrą ręką trafiać do swoich ust aby je chociaż trochę nawilżyć. Mój język spuchł, nabrzmiał i miałem uczucie, że chce uciec z moich ust. Usiłowałem wciskać go ręką z powrotem do ust, nie pozwolić mu uciec, zaciskałem zęby i szczękę, przytrzymywałem usta ręką. Bałem się o swój język, że odgryzę go sobie, że mi ucieknie…

Przez trzy dni nie mogłem wstać z łóżka w ogóle. Leżałem razem tydzień czasu. Kalifaktorzy wlewali w moje miski jedzenie, wylewali później i wlewali następne. Nie pamiętam po ilu dniach zjadłem pierwszy posiłek, chyba na szósty dzień już zacząłem jeść. Piłem wodę, musiałem pić i spałem. Nie wstawałem na apel. Klawisze nie zwracali na mnie uwagi, czekali kiedy mi to coś przejdzie, ale nie wiedzieli co było przyczyną mojego stanu.


Śledczy mówi, że Marta pisze do mnie listy i chce mnie zobaczyć. Mieli nas zamknąć w jednym pokoju, byłbym tylko ja i ona, razem, we dwoje, to by było cudowne… Jakże ją kochałem. Kim była? Kim jest? Dlaczego nie mogę jej zapomnieć? Dla niej chciałem żyć i dla niej umrzeć. Przy niej traciłem rozsądek. Dlaczego byłem aż tak zazdrosny? Musiałem od niej odejść… I odszedłem. Jeszcze przed aresztowaniem… Teraz przebywa w którejś z cel. Jak mogli ją aresztować? Za co? Jakie ma w celi towarzystwo? A może na przesłuchaniach uprawiają miłość? Nie! To niemożliwe! Jak to niemożliwe? Są sami, nikogo nie ma. Na komendzie w areszcie profos powiedział, że nocowała przede mną właśnie Marta. Powiedziałem, że to moja dziewczyna. Tak dziwnie popatrzył na mnie, zastygł mu uśmieszek na twarzy, o czym pomyślał? Może pieprzyli się razem? Dlaczego tak nagle spoważniał? Siedziała z nim na dyżurce bo nie chciała siedzieć z jakąś pijaną kobietą. Co robili? Szlag by to trafił. Wystarczy wstać, związać dwa ręczniki… Czy usłyszy ten facet? Spojrzałem na przeciwległe łóżko. Nie usłyszy, śpi… Zresztą po co się śpieszyć? I tak odejdę… Cholera, co ja tu jeszcze robię? Przestać myśleć! Wyłączyć się! Niech się pieprzy z kim chce! Nie jest moją dziewczyną, przecież z nią zerwałem. Dziwka!


— Obudź się! Człowieku, nie krzycz!

Otworzyłem oczy. Nade mną stał facet szarpiący mnie za rękę. Zdałem sobie sprawę, że krzyczałem, że go obudziłem. Słyszałem jego głos przez sen, ten sam głos co teraz. Głupia sprawa. Co krzyczałem? Czy coś mówiłem? Leżałem nieruchomo, jakby dając do zrozumienia, to nie ja, mnie tu nie ma. Otworzyłem oczy. Bałem się odezwać.

— Wróciłeś? — Zapytał.

Czułem się bardzo dziwnie. Mimo dostrzeganej rzeczywistości i jego głosu nie mogłem oderwać się jak gdyby od tamtej częstotliwości wierząc wówczas, że tak samo istnieje jak i ta więzienna rzeczywistość, że jesteśmy obok siebie. Słyszałem jakby pogłos swojego krzyku i było mi nieprzyjemnie, że jestem powodem zakłóceń nocnych. Zaproponował papierosa. Wydałem z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, zanikł gdzieś mi głos. Nie mogłem swobodnie się poruszać, trzęsło mną i czułem, że to słychać i świadomość ta sprawiała, że trzęsło mną coraz mocniej. Powiedział abym napił się wody. Byłem jakiś sparaliżowany. Czułem, że nie utrzymam w ręku kubka, że rozleję wodę i jak się nawet nie przewrócę to i tak nie zdołam napić się wody. Facet nic nie mówił, skończył papierosa i ułożył się do snu. Czekałem aż zaśnie. Męczyło mnie, że jest przy mnie i to widzi, że widzi mój stan, przerażenie, roztrzęsienie… Trwałem w beznadziejności. Czego się bałem? Czekałem kiedy wypuszczą mnie z więzienia… Myśl o Marcie była balsamem, myśl o jej zdradach cierpieniem czego znieść nie mogłem. Nawet myśl o śmierci nie była uspokojeniem. Tamte myśli były energią, która mnie zabijała, nie pozwalała myśleć, oddychać… Czy ten facet już śpi? Mógłby zachrapać, wiedziałbym przynajmniej, że już nie słyszy drgania łóżek, których pobrzękiwanie sygnalizowało o moim roztrzęsieniu.


Usłyszałem warkot przejeżdżającego samochodu, chyba Fiata. Biegi wrzucane po kolei, charakterystyczne chrapanie tłumika i ucichł w oddali. Tak blisko a jakże daleko… I ja też poczułem się tak jakoś daleko, stan głębokiej obojętności wchodzący w jakiś dziwny nieokreślony lęk. Znowu postanowiłem, że odejdę, że muszę to zrobić. Przeżywałem jak gdyby swoją śmierć zbyt długo, jedna sytuacja goniła drugą, a skoro wszystko już przeżyłem postanawiałem zaczekać do następnego dnia, następnego wieczoru…


Ciekawe co zrobi Kuba jak odejdę? Co powie Marta? Do wszystkich napisze parę słów. Do Marty napiszę, że ją kocham, przepraszam ją za nieprzyjemności, więzienie, wybaczam jej zdrady, nie ma to już znaczenia… Do Kuby napiszę, że wszystko mu wybaczam i odchodzę… Co on zrobi? A może on też popełni samobójstwo? Co powie śledczy? Powiedział najpierw, że Kuba będzie miał zarzut za fałszywe oskarżenie, później coś się zmieniło, zaczął wmawiać we mnie jak gdyby żartując „zrobiłeś to, zrobiłeś”. Śmiał się przy tym i ja się śmiałem. Przychodził czasami taki starszy rangą i w ogóle starszy facet i zaczynał pierdoły opowiadać. Nie wiem nawet o czym, ponieważ skupić się absolutnie nie mogłem. Na siłę chciałem pojąć co on mówi, nie mogłem. Usypiałem, oczy mi się zamykały, hipnotyzował mnie, głowa leciała na dół, czekałem kiedy skończy. Kiedy skończył mówić i wychodził z pokoju, mój śledczy śmiał się, włączaliśmy muzykę z powrotem… Nie potrafiłbym powiedzieć o czym ten starszy mówił, co chciał. Kiedy mówił do mnie przestawałem kontaktować, powodował we mnie przedziwny stan psychiczny swoim nudziarstwem i nie wiem po co on przychodził i w ogóle kto to był? Nie potrafię tego zrozumieć. Śledczy pytał czy wiem dlaczego Kuba obciąża mnie zabójstwem? Nie wiedziałem co mam odpowiedzieć. Jakże miałbym im to wszystko wytłumaczyć? Sam tego wówczas do końca nie rozumiałem. To tak jakby zapytać czy można zrozumieć drugiego człowieka? Tak i nie, a przynajmniej nie do końca. W końcu śledczy zaczął mnie namawiać abym przyznał się do zabójstwa. Kazali mu tak mówić, więc mówił to co mu kazali, ale sam w to nie wierzył. Czasami robił takie śmieszne miny. Patrzył w moją jak gdyby nieobecność i w gruncie rzeczy nie pasowało mu aby mnie tym zabójstwem obciążać. Lubiłem go, przynosił zawsze kawę czy herbatę, przynosił mój magnetofon. Praktycznie przychodzenie do niego na przesłuchania było moją jakby ostatnią przyjemnością. W celi siedziałem z cholerykiem, którego znieść nie mogłem, a śledczy był młodym człowiekiem i w sumie polubiłem go. Czekałem kiedy spotkam się z Martą — jak mi to obiecał. Często mawiał, że akurat jest naprzeciwko… Zwodził mnie specjalnie. Odgrywał rolę mojego jakby przyjaciela, ponieważ wiedzieli, że mam zaburzenia stanów emocjonalnych. Był sterowany przez grupę psychologów, którzy w pewnym momencie postanowili uczynić ze mnie winnego — o czym nie miałem pojęcia. Myślałem o śmierci a nie o śledztwie. Mnie wówczas to nie dotyczyło. Myślałem o Marcie, o Kubie, wędrowałem gdzieś daleko stąd. Nie byłem zainteresowany śledztwem. Robili takie spektakle, kiedy mojego śledczego niby nie było i przychodziło paru innych śledczych i zarzucali mi kontakty seksualne z Kubą. Krzyczeli, że Kuba i Miecio to zboczeńcy, pedały, co ja w nich widziałem. Że musiałem to z nimi robić… Czułem uderzające ciepło, wpadałem w drgawki i kiedy wyprowadzili mnie całkowicie z równowagi, wychodzili i przychodził akurat mój śledczy lub czasami przychodził już wcześniej i niby uspokajał sytuację tak, że zostawałem z nim sam na sam. Mówił abym się nie przejmował tym co oni mówią.

Czynili to specjalnie, żeby zachwiać moją równowagą, tak jak specjalnie trzymali mnie z tamtym cholerykiem abym poczuł sympatię do śledczego. I rzeczywiście odczuwałem do niego sympatię. Uciekałem w nicość, w swój świat w którym spotykałem się z Martą i samymi miłymi ludźmi.


Któregoś razu śledczy powiedział, że nie dostanie przeze mnie premii… Powiedział, że gdybym przyznał się do zabójstwa dostałby awans… Odpowiedziałem mu, że mnie właściwie już nie ma i w zasadzie jest mi wszystko jedno a w ogóle jeżeli mnie jeszcze widzi to mu się tylko tak wydaje…

Czasami patrzył na mnie zaskoczony. Często tak na mnie patrzył i śmiałem się… i on też się śmiał. W sumie fajny facet. Sytuacje z nim były zabawne.

W stanie psychicznym w których wówczas się znajdowałem było mi rzeczywiście wszystko jedno. Nawet pomysł sam w sobie aby mu przytaknąć i przyznać się do zabójstwa wydał mi się w pewnym momencie niesamowicie zabawny jako, że w gruncie rzeczy i tak daleko w sobie miałem jakby zakodowane poczucie prawdy, nie wierzyłem aby ktokolwiek mógł w dalszej konsekwencji w to uwierzyć. I chociaż taka idea zabawnego żartu przeleciała mi jedynie przez głowę, to sam pomysł był nader podniecający. Skumulowanie się pewnych stanów w jakich trwałem spowodowało zaszczepienie we mnie ochoty płatania figli, tak sobie dla przekory, aby zrobić coś na opak, tak dla żartu. Powstała w którymś momencie idea „co by było gdyby”, ale by mieli miny, i fascynującym wydawało mi się przytaknięcie śledczemu chociaż z drugiej strony wydawało mi się to niedorzecznością. Im dalej posuwała się moja wyobraźnia w jedną lub przeciwną stroną na zasadzie przeciwstawieństw, tym zabawniej wszystko widziałem i w pewnych momentach nowy pomysł niezwykle mnie ekscytował, być może na zasadzie abstrakcji. Przez wrodzoną przekorę zacząłem dołączać do naszych rozmów dwuznaczne elementy, jakbym mu przytakiwał, które prowadziły go na huśtawkę niepewności aby w pewnym momencie przekonać go, że miałem akurat coś innego na myśli niż on pomyślał. Nieraz słuchał mnie w skupieniu kiedy opowiadałem mu o równoległych egzystencjach energetycznych i że my jesteśmy również energią a tak naprawdę być może nas nie ma, wydaje się nam, że jesteśmy, a może jesteśmy swoimi odbiciami, czułem jego napięcie i nie wytrzymując dłużej jego powagi i zaciekawienia śmiałem się i on też się śmiał. Robił takie śmieszne grymasy bezradności — co jeszcze bardziej mnie śmieszyło. Nasze rozmowy zamieniły się w towarzyskie żarty, towarzyskie rozprawy filozoficzne.

Ponieważ myśli samobójcze były moją codziennością, rozmowy na górze ze śledczym traktowałem jako ostatnią swoją przyjemność przed — nie do końca sprecyzowanym — wieczorem w którym miałem odejść i wrócić tam do siebie. Może z Martą się zobaczę i wówczas odejdę? — rozmyślałem. Ta myśl podniecała mnie szczególnie i powodowała we mnie stan nadrealności, wyniesienia z rzeczywistości polegający na przeświadczeniu jakby spotkanie z Martą miało być czymś tak niezwykłym jakbyśmy co najmniej byli na różnych poziomach energetycznych i z tego względu spotkanie takie nie byłoby możliwe. A więc gdyby takie spotkanie nastąpiło, oznaczałoby to sprowadzenie nas na ten sam poziom energetyczny co byłoby wydarzeniem tak nadzwyczajnym, że warto by wówczas przebudzić się — czyli popełnić samobójstwo, jakby z kolei śmierć była zakończeniem pewnego żartu, epizodu, snu z którego chcemy się przebudzić, który nam się już nie podoba, czyli powrotem do siebie, a więc urwaniem farsy w której z niechęcią uczestniczymy, powrotem do nas samych gdzie wszyscy razem egzystujemy w miłości i przyjaźni.


Patrzyłem czasami na śledczego i odczuwałem stan w którym materialnie mnie nie było lub raczej byłem ale w dwóch osobach, unosiłem się nad biurkiem i patrzyłem na nas dwóch siedzących i śmiejących się czy rozmawiających. Jakby fakt, że jeszcze jestem był złudzeniem stwarzającym sytuacje fascynująco zabawne, jak we śnie w którym wiem, że śnię i chcę jeszcze trochę tam być, jeszcze trochę popłatać figli, mogę wszystko zrobić — bo tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia, wystarczy tylko otworzyć oczy… Fascynująca była myśl co by było gdybym nagle zniknął, wierzyłem w to czasami, że jest to możliwe, że siedzę naprzeciwko śledczego z drugiej strony biurka i nagle znikam a on robi ten swój bezradny grymas…


Mimo wszystko czekałem na spotkanie z Martą… Miał to być mój ostatni dzień. Kiedy odejdę, Marta pomyśli, że to przez nią, dlatego, że mnie oszukiwała, zdradzała… Co zrobi jak odejdę? Będzie czytać mój ostatni list, będzie płakać, żałować… Tak, na pewno będzie smutna i nigdy nie pojedziemy już nad morze gdzie gonilibyśmy się po plaży i pryskali wodą. Tak jak kiedyś w Sopocie…

Znaliśmy się z Martą od paru tygodni i postanowiliśmy spędzić razem Święta Wielkanocne tylko we dwoje. Pojechaliśmy do Sopotu. Był to pierwszy mój wyjazd z dziewczyną i sam pomysł fascynował mnie. Będziemy sami, we dwoje, nikogo przy nas, obudzimy się będąc obok siebie… Czy nie był to fascynujący pomysł? Jechaliśmy prawie pustym pociągiem, byliśmy sami w przedziale. Minęliśmy właśnie Mławę kiedy chciałem zobaczyć mniej więcej wzrokowo ile drogi mamy już za sobą. Marta miała w torebce kalendarzyk z mapką, którą dopiero co razem oglądaliśmy.

— Daj mi na chwilę kalendarzyk? — poprosiłem.

— Po co ci? — Zapytała lekko zdziwiona i jakby zaniepokojona moją prośbą.

— Chcę popatrzeć na mapkę.

— Przecież patrzyłeś przed chwilą.

Istotnie przed dwoma kwadransami oglądaliśmy razem mapkę w jej kalendarzyku. Wyczułem jednak jakiś powód dla którego nie chciała dać mi kalendarzyka — co mnie zaskoczyło i zaniepokoiło zarazem.

— Chcę jeszcze raz popatrzeć… Zobaczę ile drogi mamy już za sobą.

Powiedziała, że to niezbyt ważne, spojrzała na mnie maskując swoją podejrzliwość jakby chodziło mi nie wiadomo o co. Zacząłem podejrzewać, że ów kalendarzyk musi zawierać jakieś jej sekrety czy tajemnice i Marta podejrzewając, że zamierzam spenetrować jej kalendarzyk — co nawet do głowy mi nie przyszło — nie chciała mi go dać. Ciekawe co w nim jest? Przecież musi coś tam być i to coś ważnego. Co by jej zależało pokazać kalendarzyk?

— Zresztą wszystko jedno, już nie chcę. — Starałem się w ten sposób zaakcentować obojętność aby zneutralizować jej ewentualną wzbudzoną czujność stwarzając pozory jakbym niczego niezwykłego nie zauważył i zająłem się jakimś czasopismem. Postanowiłem jednak posiąść tę tajemnicę poprzez sam fakt, że chciała ją przede mną ukryć. Zobaczyć co zawiera jej tajemniczy kalendarzyk? Przecież coś tam musi być co chciała przede mną ukryć? Torebka jej wisiała na haczyku przy samych drzwiach, do toalety wychodziła z torebką. Musiałem w jej obecności zdobyć kalendarzyk. Gdyby torebka leżała na siedzeniach… rozmyślałem, a ona wisiała na wysokości naszych głów.

— Koot? — Powiedziałem pieszczotliwym głosem jak to ona miała w zwyczaju mówić i razem tak zwracaliśmy się do siebie. — Stańmy na korytarzu przy oknie?

Uśmiechnęła się i wyszliśmy na korytarz. Była noc i nic nie było widać za oknem. Przytuliliśmy się do siebie wsłuchując w stukot kół. Po chwili delikatnie prawą ręką otworzyłem drzwi przedziału i rozpiąłem torebkę. Jakby przestraszywszy się faktu, że torebka jest już otwarta, powróciłem do pieszczot. Serce mi waliło niczym młotem. Po zaakcentowaniu obecności znikającej ręki w trakcie długiego pocałunku, wsunąłem rękę przez uchylone drzwi, odszukałem torebkę i kalendarzyk w torebce. Wyjąłem go i wsunąłem sobie do kieszeni udając, że muszę coś przy spodniach poprawić — co Marta skwitowała lekkim uśmiechem zrozumienia. Ponownie przytuliłem ją do siebie i w tym czasie zapiąłem torebkę i przymknąłem drzwi przedziału. Nic nie zauważyła. Pociąg jechał szybko i kołysał na boki. Byłem bardzo podniecony i zadowolony z bezbłędnie przeprowadzonej operacji. Marta mogła się spodziewać wszystkiego ale nie tego, że jej tajemnice mam przy sobie. Nagle jakby dla rozprężenia uściskałem ją mocno. Była bardzo miła poczytując moje podekscytowanie za przypływ ekstazy sytuacji.

Wróciliśmy do przedziału i po chwili powiedziałem, że muszę wyjść do toalety.

— To pocałuj swojego Kota aby mu nie było smutno! — Powiedziała pieszczotliwie i spojrzała kokieteryjnie wychylając rączki niczym małe dziecko do mamy.

Pocałowałem z podwójna przyjemnością i z coraz mocniej bijącym sercem. Nie domyślała się, że za chwilę miałem posiąść tajemnice jej kalendarzyka.

Zamknąłem się w toalecie i rozpocząłem kartkowanie kalendarzyka. Nigdy taki pomysł nie przyszedłby mi do głowy gdyby swoją podejrzliwością nie sprowokowała mnie do niego. W głowę zachodziłem co w nim może być?

— Jest!!! — Wykrzyknąłem, kiedy zobaczyłem listę dziesięciu imion męskich. W przejęciu czytałem imiona po kolei. Siódmy Andrzej — to ja, jednakże wielkie czerwone serca przy moim imieniu nie rekompensowały faktu, że za mną było jeszcze trzech… Taka miła, niewiniątko — myślałem, taka pieszczotliwa. Poczułem się w tym momencie oszukany, zdradzony i w ogromnej rozterce. Co robić? Postanowiłem wracać z powrotem do Warszawy… Ciekawe gdzie będzie stacja, zresztą wszystko jedno gdzie będzie stacja, poczekam na pociąg powrotny. Tysiące myśli kotłowało się w moim mózgu kiedy kroczyłem do przedziału z otwartym kalendarzykiem w ręku. Jednak zreflektowałem się i tuż przed samymi drzwiami przedziału, schowałem go do kieszeni. Opanowując wewnętrzne wrzenie wkroczyłem do przedziału.

— Tak długo cię skarbie nie było… — przywitała mnie Marta troskliwie.

— Słuchaj Marta! — Nie wytrzymałem. Siliłem się na obojętność. — Gdzie masz kalendarzyk?

Spojrzała na mnie poważniejąc i od razu zorientowała się, że już wiem, że posiadłem jej tajemnice, ale jednocześnie będąc zaskoczona postanowiła sprawdzić czy kalendarzyk jest w torebce.

— A to co ma znaczyć? — Nie czekając wręczyłem jej otwarty kalendarzyk na wspomnianej liście dziesięciu.

— Tylko to znalazłeś? — Wzruszyła obojętnie ramionami. — I nic więcej?

— Nic więcej? — Powtórzyłem. Wyprowadziła mnie z równowagi i nie wiedziałem jak mam to przyjąć, jak się zachować. Po prostu zatkało mnie.

— Wracam do Warszawy a ty rób co chcesz! — Wyrecytowałem zimnym, stanowczym głosem, jakby podkreślając intonacją, że to już postanowione i inaczej nie będzie. Usiadłem zastanawiając się gdzie będzie następna stacja? Wstałem, zdjąłem z półki torbę i postawiłem na przeciwległym siedzeniu. Zawartość torby — rzeczy moje i Marty zacząłem rozdzielać na dwie kupki. Pociąg jechał dalej i nic nie wróżyło jego rychłego postoju. Mieliśmy jedną tylko torbę, ponieważ jechaliśmy na parę dni i tu powstał pierwszy problem, kto miał wziąć torbę i co ma zrobić druga osoba bez torby?

Na razie sukienki Marty leżały rozrzucone na siedzeniu w przedziale na jednej kupce, rzeczy moje na drugiej. Następną rzeczą jaką wyjąłem z torby była butelka wina. I co z nią zrobić? Mieliśmy razem ją wypić… Położyłem ją na swojej kupce. Popatrzyłem na Martę. Nic nie mówiła, patrzyła na mnie co robię jakby pozostawiając mi decyzję. Zapaliłem papierosa i zamyśliłem się. I co powie moja mama? Niewypał. Głupia sprawa, mój pierwszy wyjazd z dziewczyną…

Marta również zapaliła papierosa. Z jednej strony byłem na nią wściekły, ponieważ bardzo bolała mnie — sam nie wiem czy bardziej — siódma pozycja czy też tych trzech za mną, ale z drugiej strony zacząłem sobie tłumaczyć, że właściwie nic przecież się nie stało, że przecież jest taka sama jak przed kwadransem… Zaczęły się we mnie ścierać dwa przeciwstawne stany. W końcu zezłościłem się na siebie, że jak gdyby usprawiedliwiam Martę przed sobą, ale też im dłużej na nią patrzyłem, przestawałem dopatrywać się jakiejś ogromnej tragedii. Wpatrywałem się w torbę wciąż stojącą na siedzeniu naprzeciwko i dwie kupki z naszymi ciuchami leżące po jej dwóch bokach. Pociąg kołysał na boki w tym samym rytmie, mijały minuty i nic nie wskazywało na rychłe zatrzymanie i stację kolejową. Zauważyłem także, że wcale aż tak bardzo nie chcę wracać do Warszawy i że coś nadzwyczajnego trzyma mnie przy Marcie. Nie było wcale takie proste odejść… Gdyby ten pociąg wcześniej się zatrzymał to — być może — kierowany impulsem od razu bym wysiadł, wrócił… A może dobrze, że pociąg wciąż jedzie? Dotychczas zawsze potrafiłem odejść. Ilekroć zauważyłem, że coś zaczyna się psuć odchodziłem. Teraz nie mogłem pogodzić mieszanych i przeciwstawnych sobie uczuć ale nie miałem ochoty odchodzić. Pewna myśl była głównym kontrargumentem — gdybym poznał ją dzisiaj to czy chciałbym z nią spędzić Święta? Wchodzę do pociągu i siedzi Marta, wcześniej się nie znaliśmy, to czy chciałbym ją poznać? Chciałbym — odpowiadałem sobie. Czy teraz mniej podoba się tobie niż przedtem? Czy chciałbyś ją poznać pomimo tych dziesięciu mężczyzn? Nonsens! — żachnąłem się. Pewnie, że chciałbym — odpowiedziałem. Chcesz więc ją zostawić w pociągu? A jak spotka kogoś innego? Będzie wówczas w jego ramionach a nie w twoich… Ta ostatnia myśl o tych czyichś innych ramionach spowodowała niepokój, że jakże mógłbym ją zostawić samą w pociągu? Jednakże bolało.

Przemówiła Marta. Powiedziała, że kiedy się poznaliśmy nie wiedziała, że będziemy razem, tym bardziej pojechałem zaraz do Zakopanego. Kiedy wróciłem i spostrzegła, że chcę być z nią, pokochała mnie. Mówiła, że przed nami Święta i skoro chcemy być ze sobą, to nie możemy się rozstawać, że bzdury z kalendarzyka jak to określiła — nie mogą przekreślać naszej przyszłości, a będzie ona cudowna i przecież od nas tylko zależy…

Słuchałem jej słów i jakże właśnie wtedy chciałem je usłyszeć. Powiedziała, że mnie kocha i chce być tylko ze mną. Wie, że też ją kocham, widzi to przecież i kiedy zrozumiała, że wzajemnie się kochamy to jest tylko ze mną. Tamto tylko tak pisała, pisała o chłopcach których poznała, wcale z nimi nie spała i ja jestem najważniejszym, tylko mnie kocha, dlatego przy moim imieniu postawiła ogromne serca, żeby zaakcentować jak bardzo mnie kocha. Od teraz będzie wszystko inaczej…


Właśnie spostrzegłem, że też ją kocham, że i tak nie odejdę, nie mam nawet powodu. Może naprawdę z nimi nie spała, a nawet jak spała, ale przecież mogła nie spać… Właściwie nie przyrzekaliśmy nic sobie, więc nikt nikogo nie oszukał. Nic nie wyznawaliśmy… Przecież tak naprawdę nic się nie stało.


Do tamtego momentu nawet nie wiedziałem, że ją kocham. Zresztą na odwrót było i tak za późno, tym bardziej wcale nie chciałem odwrotu. Była przy tym jakże miła, delikatna, jakby trochę nieśmiała i tak bardzo zależało jej na mnie… Miała w sobie tyle czaru i wdzięku, niewinności dziecka. Jej słowa złagodziły zadane mi rany. Uniosło mnie gdzieś wysoko. Czyż nie czekałem na takie właśnie słowa? Czyż mogłem jej nie wybaczyć? Czyż mogłem z nią nie być i tak sobie po prostu odejść? W pewnym momencie tamtego wieczoru w pociągu podświadomie przekazałem jej, że i tak od niej nie odejdę, że jestem nią oczarowany. Marta mówiła dalej. Mówiła o naszej przyszłości, miłości i wierzyłem w każde jej słowo — brzmiały tak przekonująco, tak fantastycznie. Dlaczego mamy się rozstać skoro się kochamy? Skoro jest nam ze sobą dobrze?…


Otworzyłem wino i za chwilę w uniesieniu wznosiliśmy toasty za nasza miłość. Były to nasze pierwsze wyznania. We dwoje wzruszeni, zakochani, patrzący sobie w oczy i szepczący do siebie. Mówiliśmy kocham i była to cudowna podróż. Właśnie wtedy, tam w przedziale w pociągu weszła Marta do mojego wnętrza i właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że kocham. Nie wiedziałem jednak, że uczucie tak mocno mną zawładnie, że nie będę mógł istnieć, oddychać, patrzeć… Że będzie mną miotać dowolnie w każdą stronę na oceanie niepewności i rozterek…

A tak czułem się bezpiecznie, nie sądziłem, że aż tak mocno można kochać. Nie wiem nawet kiedy przekroczyłem barierę bezpieczeństwa. Kiedy obejrzałem się za siebie nie widziałem już żadnej alternatywy. Jedyną ulgą były myśli o przeniesieniu się w inną częstotliwość, w inny świat.

*

Po paru tygodniach więziennego wyżywienia wysiadł mi żołądek. Mdłości nieustające, bóle i wzdęcia spowodowały, że zapisałem się do lekarza. Do lekarza prowadził strażnik oddziałowy. Za biurkiem siedział odziany w biały fartuch młody mężczyzna.

— Dzień dobry!

Popatrzył na mnie z groteskowym uśmiechem.

— Boli mnie żołądek… — Zacząłem nieśmiało.

— Doprawdy? W którym miejscu? — Przerwał szybko z ironicznym uśmieszkiem, który najbardziej chorego przekonywał, że nie ma sensu już nic więcej mówić.

Spojrzałem na rozbawioną twarz zadowolonego lekarza, ale mimo to starałem się określić w miarę dokładnie moje dolegliwości. Po kilku słowach zanim zdążyłem dokończyć zdanie przerwał.

— To wszystko? — i ten jego charakterystyczny ironiczny, a może bardziej sadystyczny uśmieszek mówił wszystko bez słów.

Chciałem coś jeszcze powiedzieć ale wcisnął światełko co było znakiem dla strażnika aby odprowadził aresztanta do celi. Wracałem z mocnym postanowieniem, że więcej do niego nie pójdę, jednakże bóle żołądka skłoniły mnie do ponownej wizyty.

— Panie doktorze, nie mogę jeść czarnego chleba, szkodzi mi. Przecież to glina z zakalcem…

— A co byś chciał, pączki?

Jego ironiczne uśmieszki, ignorowanie pacjenta i cwaniackie odezwania, w ogóle ton i podejście skłaniały do opuszczenia gabinetu bez dalszych komentarzy, jednakże jego zachowanie było celowe. Do każdego pacjenta inaczej podchodził, był to pawilon MSW, miał on dyrektywy z góry. Zagryzłem zęby i powiedziałem z naciskiem.

— Ale mnie boli żołądek!

— To po coś tu przyszedł?

Milczałem, robiło mi się gorąco, drżenie, stan niemocy…

— Nie chciałem tutaj przychodzić…

— Pewnie, że nie chciałeś… Za co siedzisz? — Zapytał ni stad ni zowąd.

Zbierałem myśli co mu odpowiedzieć. Byłem roztrzęsiony i nie mogłem swobodnie myśleć.

— Może nie wiesz, co? — Kontynuował. — Nie spodziewałeś się, że tu przyjdziesz? Nikt cię tu nie prosił, a ty przyszedłeś… To wszystko! Powiedział ostatnie słowa właściwie już do strażnika przywołanego światełkiem, który wyłonił się zza moich pleców.

Wstrząsnęła mną ta wizyta. Poczułem ogromne osamotnienie. Lęk beznadziejności. Chciało mi się płakać. Jakże czułem się sam…


Czarnego chleba nie mogłem jeść i nie jadłem. Wystarczyło, że zjadłem kromkę aby poczuć, że do żołądka wpadła bomba, następnie boleści, skurcze jelit.. Zupy mleczne wydawane na kolację śmierdziały i nie nadawały się do spożycia. Po spożyciu paru łyżek takiej zupy można było zwymiotować. Zup więc nie jadłem. Miałem wówczas 19 lat w związku z czym otrzymywałem dwa dania co ratowało sytuację, ponieważ można było metodą selekcji cokolwiek zjadliwego wybrać. Ziemniaki jednak do połowy obrane, brudne i zawsze śmierdzące nie przypominały smaku kartofla. Stęchłe czy odmrożone? Może ze śmierdzących magazynów? Zup obiadowych jadłem parę łyżek aby zjeść coś gorącego. Niektóre można było przełknąć, niektóre nie były zjadliwe. Facet z którym siedziałem w celi otrzymywał dietę. Codziennie odkrajał dla mnie dwie kromki białego chleba ze swojej dziennej porcji, którą otrzymywał jako dieciarz. Dziennie zjadałem więc dwie kromki chleba — te od faceta — z margaryną a po innych posiłkach do których zmuszał mnie głód dostawałem boleści i było mi wiecznie niedobrze. Kiedy wzrastające dolegliwości zmusiły mnie do ponownej wizyty u lekarza, lekarz nazwał mnie hipochondrykiem, powiedział, że takich dolegliwości nie ma i on takich nie zna. Ani razu nie pozwolił mi dokończyć zdania, ani razu mnie nie wysłuchał. Wezwał strażnika, który miał mnie wyprowadzić, jednakże powiedziałem, że proszę o skierowanie na odpowiednie badania, które z pewnością wykluczą jego teorię, iż mam być hipochondrykiem. Tak zresztą doradził mi choleryk z celi abym żądał badań lekarskich. Otrzymałem skierowanie na sondę żołądka.

Facet w celi powiedział, że dobra i sonda, ponieważ z pewnością dostanę biały chleb — co oznaczałoby dla mnie poprawę sytuacji, ponieważ biały chleb był jedynym pokarmem, który mój żołądek tolerował. Facet zaczął mnie straszyć, że będą mi wkładać gumową rurkę przez nos do żołądka. Uważałem, że się nie zmieści z czego facet śmiał się i mówił, że na pewno się zmieści. Powiedział, ze niejednemu już chrząstkę w nosie przetracili i będę miał krzywy nos. Zapytał mnie nawet czy wiem dlaczego ludzie mają krzywe nosy i dodał, że w większości przypadków od sondy. Z początku myślałem, że żartuje, ale sypał takimi przykładami aż w końcu mu uwierzyłem. W rezultacie połknąłem dwie tabletki i czekałem kiedy zaczną mi gumowa rurkę wtykać do nosa, jednakże musiałem tylko oddać mocz i tak zakończyła się sonda. Wyprowadzono mnie z laboratorium z powrotem do celi. Facet powiedział, że to badania wstępne i zaraz mnie zabiorą na zabieg z rurką. Oczywiście sobie żartował. Skąd mogłem wiedzieć? W tej nieprawdopodobnej sytuacji w jakiej się znalazłem wszystko stawało się prawdopodobne.


Po badaniach zapisałem się ponownie do lekarza.

— Chcesz biały chleb? — Zapytał lekarz natychmiast jak wszedłem, krótko i konkretnie.

Zamiast powiedzieć, że chcę biały chleb, który chciał mi przepisać, usiłowałem wytłumaczyć mu, że jem właściwie biały chleb, który dostaję od współwięźnia, jednakże mimo to mam boleści, nudności i prosiłem o konkretniejszą terapie.

— Jak nie chcesz to nie! — Skonkludował równie szybko i zanim zdążyłem mu cokolwiek wyjaśnić, wręczył mi cztery tabletki Gastro i już strażnik prowadził mnie z powrotem do celi.

— Trzeba było brać jak dawał! — Krzyczał na mnie facet w celi kiedy powtórzyłem mu przebieg wizyty. — Co, myślisz, że ci od razu dietę przepisze? Ponarzekasz mu z pół roku to może ci przepisze.

— Ale to nie rozwiązuje sprawy… — Usiłowałem wytłumaczyć.

— Jesteś głupi, naiwny i … tyle. — Przerwał mi machając ręką, jakby nie mogąc znaleźć właściwszego określenia jakim mógłby bardziej mnie określić. Cały dzień miałem piekło w celi i przekonywał mnie jak niezwykłym jestem kretynem, a czyż to była moja wina, że lekarz nie przepisał mi białego chleba? Jakże żałowałem, że mu cokolwiek powiedziałem. Nie można było z nim wytrzymać. Cokolwiek powiedziałem czy zrobiłem było złe i nieprawidłowe. Od samego rana zaczynał się czegoś czepiać a kończył na wieczór bez najmniejszego powodu. Jak się myłem w umywalce, mówił, że woda chlapie na podłogę. Jak on się mył woda również chlapała, tylko niech bym spróbował mu to wytknąć… Nie sposób zresztą tak się umyć nad małą umywalką, żeby woda obok nie chlapnęła. Z byle czego robił awantury. Kiedyś rzucił się na mnie i chciał mnie udusić twierdząc, że przeze mnie nie przyjechała do niego jego żona. Nie mogłem dopatrzyć się żadnego związku między moją osobą a jego żoną i kiedy ośmieliłem się to zauważyć zwymyślał mnie i zamilkłem.


Kiedy dostawałem ataków, drgawek, kiedy nie mogłem chodzić czy kiedy mną trzęsło jak przy padaczce, albo kiedy wracałem jakby z nieobecności z innej częstotliwości, był do mnie raczej serdecznie usposobiony. Mówił czasami, że mną się opiekował, opowiadał co robiłem, jak krzyczałem albo strażnicy znosili mnie z góry nieprzytomnego i jak to było… Nigdy nie wiedziałem czy mówi prawdę czy kłamie. Nauczyłem się nie komentować, nie pytać, nie odzywać się kiedy opowiadał później co miałem robić…


Podczas jednej z następnych wizyt u lekarza został mi przepisany biały chleb. Zapytał mnie lekarz czy obliczałem ile ton chleba zjem w więzieniu? Głupi uśmieszek nie schodził mu nigdy z twarzy. Nigdy nie zdążyłem też odpowiedzieć mu na jego uszczypliwości ponieważ zawsze mnie zaskakiwał szybkością wypowiadanych złośliwości. Zanim do mnie ona docierała, jakby z opóźnieniem, wizyta była zakończona i mogłem jedynie w celi samemu komentować w sobie co mogłem mu odpowiedzieć, czego jednak nigdy nie zrobiłem.


Dietę otrzymałem dużo później niż to przewidywał choleryk z celi. Był okres kiedy zęby mi się ruszały a włosy bez bólu mogłem wyjmować garściami. Bałem się sypiać nocami aby nie wytrzeć włosów i nie zostać łysym. Nie mogłem pojąć tego zjawiska. Bałem się dotykać włosów, nie ruszać ich, nie ocierać się o cokolwiek. Trzymały się tylko jako całość i bałem się, że lada chwila spadną mi z głowy. Spod pachy garścią wyjmowałem włosy bez najmniejszego oporu i czucia, wychodziły ot tak sobie jakby powbijane były w masło i z tego masła bym je wyjmował. W pewnym momencie zaczęły ruszać mi się zęby, autentycznie tak, że mógłbym je powyjmować, czego również pojąć nijak nie mogłem. Byłem przerażony i bezradny.


W śledztwie przysługiwał talon na paczkę żywnościową pięciokilogramową. Naczelnik mógł jednak za byle co, albo za nic, pozbawić talonu na paczkę. Wystarczyło aby strażnik napisał raport — obojętnie czy słuszny czy nie, aby pod pretekstem wykroczenia regulaminowego naczelnik ukarał odebraniem talonu czy twardym łożem tzn. spaniem na deskach przez dwa tygodnie w izolatce — co później traktowałem jak nagrodę. Przed naczelnikiem tłumaczenia nie było. Strażnik mógł napisać raport za niewykonanie polecenia przełożonego. Naczelnika nie interesowało jakie to było polecenie, ważnym było, że polecenie przełożonego zostało niewykonane, a więc kara musiała być przykładną. Oddziałowy mógł okraść aresztanta — odwołania nie było. Żadnej kontroli… Mnie okradł strażnik oddziałowy „Szelka” na II pawilonie. Ukradł dwadzieścia trzy konserwy mięsne, każda 450—500gram, i nic nie można było zrobić ani się poskarżyć. Na następnej służbie śmiał się bezczelnie i mówił, że „Chińczyki przyjdą i resztę opierdolą”. Towarzyszący mu fryzjer — więzień, który razem z klawiszami okradał więźniów — śmiał się wraz z „Szelką”. Do kogo miałem pójść? Komu się poskarżyć? Żeby mnie zabili? Strażnicy mieli dyżury co drugi dzień. Następnego dnia zameldowałem innemu oddziałowemu kradzież konserw. Podobno szukał u „Szelki” w szafce ale nic nie znalazł. Skomentował, że „skurwysyn wszystko wyniósł i śladu nie zostawił”. Sam był też nie lepszy. Ukradł mi pędzel do golenia. Pędzel miał świetny włos i był z bursztynu — pamiątka po ojcu i jakże mi go było szkoda. Była to pamiątka wyjątkowo dla mnie drogocenna, scalała mnie, łączyła z ojcem, moim duchem przewodnikiem…


Kiedyś „Jędruś” strażnik spacerowy, który prowadził spacery, pozbawił mnie bez zdania racji spaceru. Napisałem skargę do naczelnika. Skarga zawędrowała do kieszeni „Jędrusia”, który następnego dnia z „Kuternogą” wprowadzili mnie do pustej celi i pobili. Walili pięściami i kopali, bili pałką po głowie i z karate po nerkach aby bardziej bolało. Schowałem się pod łóżko — tam nie docierały aż tak silne uderzenia. Wywlekli mnie stamtąd i dalej bili. Mało nie oszalałem. Kopali i tłukli gdzie popadnie bez pardonu. Asekurował oprawców „Szelka” wraz z „Knotem” z pierwszego oddziału. Przywlekli mnie ciągnąc po korytarzu i wrzucili do celi.

— Dranie! Oprawcy! Kaci! — Cedził przez zęby Franek — kolega z celi, widząc mnie pokrwawionego. Krew wyciekała mi z ust i nosa. Lewe oko miałem podbite i mnóstwo guzów na głowie zarówno od pałek jak i też od uderzeń głową w ścianę. Ślady od pałek były niesamowicie piekące, były to podłużne pręgi, zakrwawione i opuchnięte. Do głowy i włosów nie mogłem dotknąć ręką. Na ciele i nogach mnóstwo sino czerwonych sińców od ciężkich butów oprawców, który to ból nie pozwalał na normalne poruszanie się.

Wszyscy byli przejęci. Wszyscy też wypowiadali głośniej lub ciszej przekleństwa pod adresem klawiszy. Mieszkaliśmy wówczas w pięciu w celi o długości czterech metrów, szerokości dwóch. Cztery łóżka, stół, sedes, bez umywalki, za to był kranik na wodę z boku na ścianie i miska do mycia. Żaden z nas nie ukończył jeszcze dwudziestu lat.

W celi zaczęli mnie opatrywać okładami z mokrego ręcznika i przykładać zimne łyżki do posiniaczonej i pełnej guzów głowy. Patrząc na nich zacząłem płakać. Łzy same leciały mi z oczu, nie dlatego, że bolało… Pewnie dlatego, że mnie opatrują i w tym momencie tak bardzo mnie żałowali. Okazywali mi współczucie i byli w mym bólu ze mną… Byłem zbyt roztrzęsiony aby cokolwiek mówić. Każdy zaciskał zęby. Franek też się wzruszył i odwrócił głowę. Był bardzo wrażliwy, wiedziałem, że ma łzy w oczach, jego też bolał mój ból, rozumiał tę bezsilność. Nie mogłem powstrzymać łez, które same spływały mi po policzkach. Pomogli mi ułożyć się na dolnym łóżku. Za chwilę nie czułem bólu, leciałem gdzieś w górę, w obojętność, w inną częstotliwość…


Następnego dnia napisałem skargę do naczelnika więzienia oraz zapisałem się do lekarza. Chciałem zrobić obdukcję lekarską, jednakże korespondencja moja zawędrowała do kieszeni „Jędrusia” i kiedy wracaliśmy ze spaceru zatrzymał mnie na schodach.

— Nie zatrzymuj się! Idź z nami! — Powiedział do mnie Franek. Nie bał się „Jędrusia”, który był potężnym byczyskiem, ale Franek trenował judo, zdobył nawet jakieś wicemistrzostwo Polski czy okręgu i klawisze wiedzieli o tym. Franek był zdesperowany. Nie zatrzymałem się i wszyscy razem wchodziliśmy po schodach do góry. „Jędruś” był z „Kuternogą”, krzyknęli do góry i dwóch strażników z pawilonu dołączyło do nich zastawiając nam drogę od góry. Zatrzymali nas i kazali odejść chłopakom. Opór i tak na nic by się nie zdał. Popatrzyliśmy z Frankiem na siebie. Franek kiwnął z bezsilności głową, nie mógł pogodzić się z sytuacją, jednak nic nie można było zrobić. Odprowadzili chłopaków do celi. Widziałem jeszcze najeżone w górę plecy Franka, niczym u kota przed walką… Gdybym ja znał judo — pomyślałem. Patrzyłem w dół, pewnie zrzucą mnie ze schodów, w końcu zabiją…

— Pamiętaj! — Przemówił do mnie „Jędruś”. — Jeszcze jedna taka karteczka a znajdziesz się na szpitalce albo w kostnicy. Kolega potwierdzi, że chciałeś mnie ze schodów zepchnąć i dluuugo będą cię składać!

W ręku trzymał moją karteczkę do lekarza oraz skargę o pobiciu mnie do naczelnika. Spojrzałem na „Kuternogę”, jego kolegę, ponieważ tamci dwaj odeszli z chłopakami. „Kuternoga” przytakiwał i potwierdzał każde słowo „Jędrusia” grożąc drewnianą pałą. Natomiast „Jędruś” trzymał w pięści klucze, którymi wygrażał mi przed twarzą. Czekałem uderzeń i robiło mi się słabo. Czułem że mdleję. Pochyliłem się i złapałem kurczowo barierki schodów. Czułem ogromny strach, paraliż. Pomyślałem, że „Jędruś” tym razem oszpeci mnie, zęby wybije. W żadnym wypadku nie byłem w stanie się bronić.

— To wszystko, zrozumiałeś?

Do końca nie byłem pewien czy naprawdę usłyszałem, że to wszystko. Czułem wzrastający lęk, wzrastający szum, który był zapowiedzią przełączenia mnie. Widziałem jak przez mgłę ironiczny uśmieszek „Jędrusia” i jego kolegi „Kuternogi”. Czułem jak coraz bardziej mną trzęsie, że zaczynają przechylać się schody… Coraz mocniej trzymałem się barierki bojąc się upadku…

Ocknąłem się w celi. Urwał mi się film.

— Co ci zrobili?!? — Usłyszałem jakby z oddali, jakby jakieś echo czyjegoś głosu, jak gdybym usłyszał to pytanie przed przebudzeniem się. Przestraszyłem się ich w pierwszym momencie zanim ich rozpoznałem i miejsce w którym byłem. Wpatrywali się we mnie bardziej przestraszeni ode mnie. Patrzyłem na nich próbując sobie wszystko przypomnieć. Oparłem się na łokciach i stwierdziłem, że trzymam równowagę. Starałem się sobie przypomnieć czy mnie bili. Pomacałem ręką swoją twarz jakby szukając śladów oszpecenia od uderzeń kluczami. Nie znalazłem żadnych śladów. Dziwnie się czułem, ale nowych śladów nie miałem w co nie mogłem uwierzyć. Wybrudzona marynarka i spodnie świadczyły, że musiałem leżeć, może mnie ciągnęli po korytarzu? Odruchowo pomacałem głowę. Piekły pręgi od wczorajszych uderzeń. Wszyscy byli oburzeni i przestraszeni. Franek powiedział, że by zabił skurwysyna, gdyby tak jego… Popatrzył na mnie i nie dokończył. — Co byś zrobił? — ktoś drugi powiedział. — Prędzej by ciebie zabili albo połamali…

*

Była noc. Nie spałem. Myślami byłem za więziennym murem z Martą. Odprowadzałem ją do domu spacerując Staromiejskimi uliczkami albo siedzieliśmy na ławce przy barbakanie. A może jest akurat w Krokodylu? Fajnie byłoby wiedzieć gdzie akurat jest, w jakim miejscu, co robi? Próbowałem za pośrednictwem myśli podążyć za nią. Zwolnili Martę po trzech miesiącach. Brata trzymali pół roku. Już jest w domu. Załatwił sobie roczny urlop dziekański i będzie dalej kontynuować studia. Pierwszą wiadomością były karty od Marty znad morza. Byłem jeszcze na III pawilonie SB Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Nie mogłem uwierzyć kiedy dostałem od razu kilkanaście kart od Marty. Wpatrywałem się w tekst przez nią napisany. Czytałem po kilkadziesiąt razy każde słowo, każde zdanie… Codziennie wysyłała do mnie kartę. Pisała, że muszę jej wybaczyć i napisać do niej, koniecznie napisać, że jest moim przyjacielem a przyjaciół poznaje się w biedzie a ona nigdy mnie nie opuści… Kocha mnie i chce być ze mną i będzie choćbym sam tego nie chciał. Rozpoznawałem po obrazku treść każdej widokówki i mimo to dalej czytałem jej słowa i układałem karty na stole albo na łóżku, oglądałem i ponownie czytałem. Patrzyłem na morze i słyszałem jego szum. Byłem tam z Martą, tam gdzie ona, unosiłem się nad nią w swojej jakże innej częstotliwości i tam z nią rozmawiałem. Przechodziła samotnie ulicą, szła przez piasek nad morzem i akurat kucnęła dotykając palcami fal morskich wyrzucanych na brzeg. Zakrywałem jej wówczas oczy i kazałem zgadnąć kto stoi za nią… Śmialiśmy się i biegliśmy razem trzymając za ręce. Muzyka grała tak głośno, leżeliśmy na piasku i kochaliśmy siebie, tak mocno, tak prawdziwie, tak bardzo…


Otrzymałem także list od Marty. Pytała dlaczego nie odpisuję… Milczałem. Pisała, że widocznie nigdy jej nie kochałem, że muszę jej nie cierpieć i nigdy nawet nie lubiłem, i że na pewno kocham Teresę o której pisałem w liście do mamy. Teresę poznałem w Zakopanem, kiedy na siłę chciałem zapomnieć o Marcie. Znalem ją parę dni, za krótko aby miała pozostać we mnie na dłużej. Wówczas nie mogłem ani Marcie ani Kubie wybaczyć ich wieczoru, zerwałem więc z Kubą i Martą. Chciałem o nich zapomnieć, zapomnieć o Marcie, jakże bałem się powrotu do niej. Na siłę chciałem więc pokochać inną, aby nie kochać Marty. Musiałem od nich odejść — od Kuby i od Marty. Tego, że się pieprzyli razem wybaczyć im nie mogłem. Miałem się pokazać z Teresą w Warszawie, miała przyjechać do mnie, miałem zaakcentować swoją niezależność… Pisałem do mamy, że w razie jakby napisała do mnie Teresa to niech jej odpisze, że jestem chwilowo w szpitalu lub cokolwiek innego…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 86.15