E-book
13.65
drukowana A5
35.4
Zdechlandia

Bezpłatny fragment - Zdechlandia


Objętość:
213 str.
ISBN:
978-83-8126-071-8
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 35.4

Wstęp

Drodzy czytelnicy, każda porządna książka powinna posiadać wstęp. Jako że jest to moja pierwsza książka, wyjątkowo trudno jest mi zacząć, gdyż nie wiem na pewno, co taki wstęp winien zawierać. Najłatwiej będzie mi chyba zacząć od początku… A na początku było tak… Dawno, dawno temu mały chłopiec, który uwielbiał czytać, zapragnął, by zostać kiedyś pisarzem. No może nie do końca tak było, ale na pewno postanowił sobie, że kiedyś napisze własną książkę. Dzięki pani Danusi Wasilczyk, która rozbudziła w nim te marzenia i pomogła w stawianiu pierwszych kroków, a raczej poprawnie byłoby tu rzec — pierwszych myśli ubranych w zdania, po wielu latach może śmiało powiedzieć swojej nauczycielce, że dotrzymał danego jej kiedyś słowa.

Wiem na pewno, że tej książki nie byłoby, gdyby nie inna kobieta, najważniejsza w moim życiu. To ona dodawała mi otuchy i wspierała w tym przedsięwzięciu, odkąd powziąłem zamiar napisania Zdechlandii. Jej wsparcie pomogło mi uwierzyć w siebie, a jej ciepłe słowa pomogły w przebrnięciu przez trudne momenty podczas procesu twórczego. To ona zaprojektowała również okładkę do mojej książki. Dlatego też mojej kochanej Martuni, bo o niej tu mowa, a której efekt jej pracy możecie Państwo podziwiać, pragnę z całego serca podziękować w pierwszej kolejności. Dziękuję serdecznie także tym wszystkim, którzy zachęcali mnie do pisania, a których nie sposób wszystkich wymienić z imienia. Mojej rodzinie i przyjaciołom za okazane wsparcie szczerze dziękuję.

Pomysł do napisania tej książki zrodził się w wyniku przemyśleń i obserwacji życia na emigracji, do którego zostałem zmuszony wiele lat temu. Uznałem, że powinienem przedstawić inne oblicze życia i perypetii naszych rodaków na obczyźnie, niż te, które przynajmniej ja sam znałem do tej pory z przekoloryzowanych opowieści i miejskich legend, a które funkcjonują wśród rodaków w kraju. Często ludzie nie zdają sobie sprawy, co tak naprawdę kryje się za pozornym sukcesem, jakie wyrzeczenia i koszty ponoszą osoby zmuszone do wyjazdu za granicę. Zaznaczam, że nie jest to jednakowoż jednolita charakteryzacja polskiej emigracji, a tylko jej skrywane i być może nieznane wszystkim do tej pory oblicze. Choć do napisania tych opowiadań skłoniły mnie własne przeżycia i przemyślenia, to pragnę podkreślić, że książka ta jest fikcją literacką. Ewentualne podobieństwo postaci, zdarzeń czy okoliczności nie jest zamierzone i może być jedynie przypadkowe. Na razie zachęcam wszystkich do lektury i życzę miłego czytania. Pozdrawiam serdecznie.

Marcin Florczyk

Jakub i Adam

Tego listopadowego wieczora spadł pierwszy w tym roku śnieg. Grube solidne białe płaty wirowały w powietrzu, napędzane przez wiatr, by w końcu pokryć niewinną bielą szarobury brud po ustępującej jesieni. Pod jeden z bloków na nowo wybudowanym osiedlu w Ełku podjechała taksówka, z której po krótkiej chwili wysiadł młody mężczyzna. Nie zwolnił kierowcy, przechadzał się w pobliżu auta, co rusz nerwowo kierując wzrok na przemian, to na zegarek, to w kierunku drzwi do klatki schodowej, przed którą zaparkowała taksówka. Ponadprzeciętnego wzrostu, o wysportowanej sylwetce, poruszał się bardzo sprężyście. Pomimo zimowej pogody ubrany był w sportowe adidasy i niebieskie, przetarte jeansy. Na czarną sportową kurtkę wyłożony był szary kaptur od bluzy, którą miał pod spodem. Wtem, jedno z okien na pierwszym piętrze otworzyło się z impetem, a z jego wnętrza wynurzyła się głowa kobiety. W tym samym czasie rozwarły się drzwi od klatki schodowej, z hukiem uderzając w stalowy ogranicznik, a z jej wnętrza wybiegł drugi mężczyzna, sprintem kierując się w kierunku oczekującego samochodu. Po drodze krzyknął tylko:

— Wilku, spierdalamy!

Gdy tylko wychynął z wnętrza budynku, kobieta z okna posłała za nim wiązankę słów, które echem odbiły się po osiedlu:

— Ty skurwysynu jebany, dzieciorobie pierdolony, nie wracaj tu więcej…!

Kiedy natomiast spostrzegła oczekującego przed blokiem osobnika, dodała na naprędce:

— Kuba? Przekaż temu chujowi, że nie ma gdzie wracać! Niech do tych swoich kurew idzie!

Chłopak wytrącony z równowagi przez wybiegającego mężczyznę i ewidentnie zdezorientowany słowami kobiety obrócił się na pięcie i mknąc mimo woli w kierunku taksówki, odkrzyknął tylko przez ramię:

— Cześć Renata, przepraszam, my tylko na piwo…

Po chwili sadowiąc się na tylnym siedzeniu starego mercedesa, z trudem łapiąc oddech, próbował w myślach ogarnąć zaistniałą sytuację. Przyjechał taksówką po brata, z którym umówił się na piwo, by omówić szczegóły wspólnego wyjazdu za granicę do pracy, na który to wyjazd zdecydowali się nie dalej jak tydzień temu. Zdziwił się, że jego starszy brat urywał się z domu w tak niejasnych okolicznościach. W głowie dudniły mu wciąż wulgarne słowa bratowej, a duszący zapach choinki zapachowej rozprzestrzeniający się we wnętrzu auta drażnił jego krtań. Odkaszlnął i trzymając się uchwytu nad oknem, zapytał:

— Adam, co się dzieje?

Taksówkarz sprawnie wymanewrował samochód z parkingu i na pełnym gazie sunęli już w kierunku centrum.

— Jebana, wiesz, co odpierdoliła? Wjebała mi ciuchy, co se przygotowałem do wanny z wodą, żebym nigdzie nie poszedł. Bladź jebana.

— To nie mówiłeś, gdzie idziemy? Czemu nie powiedziałeś, że nie możesz wyjść? Byśmy w domu się umówili, zresztą sam chciałeś do baru… — Jakub z trudem próbował odnaleźć się w zaistniałej sytuacji.

— Bo najpierw się zgodziła, a dzisiaj coś jej odjebało, jak mój telefon sprawdzała. Chuj w nią.

— To ona ci telefon sprawdza? I co w ogóle jest grane? Czemu ona tak cię wyzywa? Dzieciaki przecież słuchają…

— Chuj tam. A wiecie, jaka jest różnica między kobietą z okresem a terrorystą?

Kuba pochylił się lekko do przodu, oplatając dłońmi głowę, kierowca natomiast podchwycił żart, pytając z aprobatą:

— No? Jaka?

— Z terrorystą można negocjować! — Adam wybuchnął śmiechem, któremu zawtórował rubieżny rechot spoconego kierowcy.

— A to dobre, muszę zapamiętać!

Tego samego wieczora siedząc przy stoliku w jednym z popularnych barów i popijając zimne piwo, bracia omawiali szczegóły wspólnego wyjazdu do Holandii.

Adam pracował jako mechanik w jednym z lokalnych warsztatów samochodowych, jednak jego ambicją było otwarcie własnego biznesu, na co potrzebował znacznego wkładu finansowego, a co przy obecnych zarobkach i zważając na fakt, iż był równocześnie ojcem dwójki chłopców i mężem bezrobotnej gospodyni domowej, było marzeniem niedoścignionym. Dlatego też oferta pracy za granicą kusiła i obiecywała spełnienie planów w dość krótkim odstępie czasu. To on wypatrzył ogłoszenie w lokalnej gazecie i namówił do wspólnego wyjazdu młodszego o trzy lata brata Jakuba. Świeżo upieczony magister filozofii nie mógł odnaleźć się na krajowym rynku pracy. Wraz ze swoją dziewczyną pomieszkiwali kątem u jego matki, z którą chłopak był bardzo silnie związany. Wspólnie z narzeczoną marzyli jednak o własnym kącie a dorywcze prace, których chłopak imał się mimo woli, z trudem łatały domowy budżet. Mimo że Ewa miała stały etat jako nauczycielka muzyki w szkole podstawowej, to jednak Jakub nie chciał uchodzić za nieudacznika, który zarabia mniej niż jego kobieta.

Firma z siedzibą w Bydgoszczy oferowała bardzo atrakcyjne wynagrodzenie i kontrakt na okres 6 miesięcy. Warunkiem było założenie własnej działalności gospodarczej i zarejestrowanie jej w urzędzie, aby móc podpisać umowę. Chłopcy nie do końca orientowali się jakie konsekwencje się z tym wiążą. Adam jako starszy i bardziej doświadczony popijał kolejne piwo i obłapiając wzrokiem tańczące na parkiecie, na wpół rozebrane dziewczyny, perorował młodszemu bratu:

— Wiesz Wilku, chodzi o ZUS. Jak masz własną działalność, to ZUS trzeba samemu opłacać. Odliczysz ZUS i jedzenie to i tak na czysto ze 3 klocki ci zostanie. To gdzie ty tu kurwa tyle zarobisz w ogóle? A co dopiero odłożysz?

— No dobra, mi tam wisi ogólnie ZUS czy inny SRUS, ale do urzędu trzeba iść i wszystko pozałatwiać i to mnie najbardziej przeraża. Jak znam życie, to zajmie trochę czasu, a tu się trzeba decydować i potwierdzić. Ta kobitka, jak tam ona…?Dagmara czy jakoś tak, chciała, żeby potwierdzić do wtorku a dziś już niedziela.

— Dlatego ja ci potwierdzam uroczyście tu i teraz — spierdalamy do Holandii!

Adam będący ewidentnie pod wpływem alkoholu przebywał już w stanie euforii i teraz nie zdawał sobie sprawy, że krzyknął niemal na cały głos.

W ogóle miał słabą głowę. Upijał się szybko i zawsze następnego dnia bardzo odchorowywał, często lądował z głową w sedesie, co jednak nie zniechęcało go do systematycznych, przeważnie weekendowych ekscesów, w których główną rolę odgrywał alkohol właśnie.

Jakub w tej materii znacząco różnił się od brata. Pijał rzadko, raczej tylko dla towarzystwa a alkohol nie działał na niego tak szybko, jak na większość przeciętnych osób. Koledzy często dziwili się, że w trakcie największych imprez, on potrafił zawsze zachować w miarę przejrzysty umysł i nigdy nie tracił całkowicie kontroli nad swoim zachowaniem, mimo iż pił przecież szklanka w szklankę, a za kołnierz nigdy nie wylewał.

Chłopcy wychowywali się w rodzinie alkoholika. W dzieciństwie przeszli przez wszystkie etapy piekła, które zgotował im nadużywający alkoholu ojciec. Mieszkali na typowym peerelowskim blokowisku, gdzie pełno było rodzin, w których alkohol i przemoc domowa były na porządku dziennym. Pomimo że obaj byli świadkami dantejskich scen, które rozgrywały się w ich domu, to jednak obaj przeżywali te wydarzenia na swój sposób i inaczej wpłynęło to na ich późniejsze zachowanie. To, że jednak alkohol odcisnął swe diabelskie piętno w psychice obu chłopaków, nie ulegało najmniejszej wątpliwości. Jakub dopiero na studiach, gdy natknął się na książkę traktującą o problemie dzieci z rodzin alkoholowych, w pełni zrozumiał traumę, jaka spotkała jego rodzinę. Pozwoliło mu to również bardziej zrozumieć jego własne emocje i postępowanie brata.

Jako dorosłe dzieci alkoholika obaj mieli problemy emocjonalne. W dzieciństwie przyjęli różne postawy obronne do otaczającej ich rzeczywistości. Adam, mimo iż nie radził sobie z nauką, za wszelką cenę chciał zwrócić na siebie uwagę. Zawsze próbował wprowadzić w otoczeniu dobry nastrój. Potrafił rozpoznać, gdy pijany ojciec szukał zaczepki. Adam siadał wtedy ojcowi na kolanach i opowiadał dowcipy lub wymyślał najprzeróżniejsze zabawy, wszystko by nie dopuścić do kolejnej awantury. Nieraz to się udawało i dlatego chłopiec był niczym nadworny błazen, który rozbrajał pijanego ojca z negatywnych emocji. Kuba natomiast zawsze pilnie się uczył. We wszystkim chciał być najlepszy. Widział często, jak ojciec wściekał się na wieść o kolejnej dwójce starszego brata. Dlatego sam przynosił do domu zwykle najlepsze stopnie. Zauważył w ojcu zresztą dziwną przypadłość. O ile, na trzeźwo niezbyt się interesował ich wynikami w nauce, to po pijanemu często odbywał inspekcje, które polegały na przeglądaniu zeszytów i odpytywaniu dzieci z ich lekcji. Podczas takich inspekcji wściekał się na Adama za jego mizerne wyniki w nauce i bił chłopaka na odlew. Matka zawsze stawała w jego obronie, co tylko przekierowywało agresję w jej kierunku i koniec końców obrywała za syna.

Jakub pamiętał szczególnie jedną taką sytuację, gdy miał dziewięć lat i właśnie niedawno przyjął pierwszą komunię świętą. Ojciec, jak mu się często zdarzało, wrócił do domu pijany. Pracował jako hydraulik w firmie budowlanej i często wyrabiał tak zwane fuchy a walutą powszechną w Peerelu była wódka, która stała się nieodzownym elementem tamtych czasów. Chłopcy byli już w łóżkach. Jak zwykle w takich przypadkach, gdy ojciec nie wracał późno do domu, Kuba czujnie leżał w swojej pościeli, nasłuchując dźwięków z klatki schodowej. Zanim ojciec docierał do drzwi ich mieszkania na ostatnim, czwartym piętrze, po dźwiękach, jakie towarzyszyły jego krokom, chłopiec próbował rozpoznać poziom jego upojenia alkoholowego i konsekwencji, jakie to ze sobą niosło.

Znajomy stukot butów połączony z dziwnym szuraniem przerywany raz po raz uderzeniami w metalową poręcz spowodował, że serce zaczęło mu bić coraz mocniej. W końcu dźwięki stały się na tyle głośne i dobitne, że nie ulegało już wątpliwości, że tyran jest już pod drzwiami. Do przedpokoju wybiegła wpierw matka, która tak jak dzieci czuwała w oczekiwaniu na pana domu. Kobieta, chcąc ochronić chłopców przed przebudzeniem, otwierała zawczasu drzwi, aby pijany mąż nie zadzwonił dzwonkiem. Nie zdawała sobie sprawy, że chłopcy i tak przeważnie nie spali, czuwając w ciszy tak jak ona, lub przebudzeni odgłosami z klatki schodowej czuwali w posłaniach, gdyż spali w takich sytuacjach jak przysłowiowe zające na miedzy. Tym razem, gdy tylko uchyliła drzwi, mężczyzna fuknął na nią zachrypłym głosem:

— Co się tak spieszysz? Jeszcze nie dzwoniłem, żebyś mi tu drzwi otwierała! A może na kogoś czekasz, co? — mamrotał, wciskając jednocześnie przycisk dzwonka. Świdrujący dźwięk podobny do świergotu ptaka rozległ się w mieszkaniu.

— Mirek, dzieci pobudzisz! No, wchodź do środka! — kobieta szeptem, próbowała nakłonić mężczyznę do pozostania na tym tonie rozmowy.

Mąż jednak wciskał namiętnie dzwonek, opierając się ręką na przycisku, aby w ten sposób podtrzymać jednocześnie równowagę. Kobieta szarpnęła męża za rękę, aby wciągnąć go do wnętrza mieszkania.

— To tak mnie, kurwa, witasz? Szarpiesz mnie, ty zdziro? — zataczał się już w przedpokoju, z trudem łapiąc równowagę.

Chłopcy nie wstawali jeszcze z łóżek, czuwając w oczekiwaniu na najmniejszy przejaw agresji fizycznej wobec ich matki, by jak zwykle w takich sytuacjach wybiec jej na pomoc. Na razie udawali jeszcze, że śpią i liczyli, że może tym razem matce uda się ułożyć ojca do spania bez kolejnej awantury. Przecież czasem jej się to udawało, ale tylko wtedy, gdy był za bardzo pijany i usypiał zaraz po tym, gdy tylko doczłapywał się do domu. Dlatego Jakub tak czujnie wsłuchiwał się zawsze w kroki ojca po schodach, zanim ten nie dotarł jeszcze pod drzwi, próbując rozpoznać, w jakim jest stanie.

— A na wywiadówce byłaś? Pasa mam zdejmować czy nie? Mów mi zaraz, bo będzie mokra plama na suficie, jak się wkurwię …

— Byłam, Mirek, przestań! Dzieci obudzisz. No, chodź, kładź się spać. — prosiła matka.

— Najpierw mi oceny pokaż. Słyszysz, kurwo? Adaś! Kubuś! Oceny mi tu dawać, już! — Darł się na całe gardło i nawet próbował gwizdać na chłopców, co jednak mu się nie udało, zważywszy na fakt, że był za bardzo pijany, a do tego jego żona próbowała zasłonić mu usta ręką.

W końcu odepchnął ją z taka siła, że uderzyła z hukiem o ścianę, która pokrytą boazerią spotęgowała jeszcze odgłos uderzenia. W tym momencie chłopcy jak na komendę wyskoczyli z łóżek i z krzykiem wybiegli na przedpokój.

— Cześć tatuś! — Adam jak zwykle próbował załagodzić sytuację, czepiając się ojca i całując go na przywitanie, jak by ten zasłużył na takie traktowanie. Kubuś tymczasem podbiegł do matki i uniósł swe rączki, aby mama wzięła go w swe ramiona. Liczył podświadomie na to, że ojciec jej nie uderzy, gdy będzie trzymać go na rękach.

— Oceny pokaż! Tu, do mnie przynieś! Na wywiadówkę się spóźniłem, bo byłem w pracy, ale ja was dopilnuję…

Kuba miał przygotowany swój wykaz ocen. Praktycznie same najlepsze stopnie ze wszystkich przedmiotów, nauka przychodziła mu łatwo. Pobiegł do pokoiku, by po chwili wręczyć ojcowi spis przedmiotów wraz z ocenami, podpisany przez wychowawczynię. Ten obejrzał papier i odparł:

— Brawo, brawo! No, to się ojcowi podoba! A teraz ty pokaż mi swoje oceny. — zwrócił się do starszego z synów, lekko go odpychając od siebie i kierując w stronę pokoiku, który zajmowali wspólnie chłopcy.

— No już, Mirek. — matka ciągle próbowała załagodzić sytuację. — Jutro sprawdzisz, kładź się spać na miłość boską, słyszysz?

— Jak będę chciał, to się położę. Chuj ci do tego. Dziećmi się muszę zająć, bo ty się do niczego nie nadajesz, darmozjadzie pierdolony!

Adam ze łzami w oczach próbował odwlec chwilę, gdy będzie musiał zreferować ojcu wyniki swojej nauki. W końcu i on pokazał swoją kartkę z ocenami. Pan domu spojrzał tylko i od razu chwycił syna za kark, przyginając go do podłogi.

— Zatłukę cię kurwa, matole jebany! Co to ma być? Uczyć ci się nie chce? — Ciągnął chłopca w kierunku jednej z dwóch sypialni, tej, którą zajmowali rodzice.

Matka chłopca płakała i prosiła męża, aby przestał, jej lament był jednak jak woda na młyn dla pijanego psychopaty. Zaciągnął syna do sypialni i z szafy wyciągnął stary wojskowy skórzany pas. Adam leżał już skulony na łóżku, osłaniając rękami ciało przed uderzeniami ojca. Ten stał nad nim, jedną ręką tłukąc malca na oślep, a drugą odpierając ataki kobiety, która starała się ochronić bite dziecko. W końcu matka zdesperowana rzuciła się na Adama, nakrywając go własnym ciałem, by tak uchronić go przed ciosami, które raz po raz ze świstem spadały na jego wątłe ciało. Kubuś próbował złapać ojca za rękę, ale ten strącił go na podłogę jak natrętnego insekta. Mężczyzna najwidoczniej rozzłościł się jeszcze bardziej, gdyż zaczął uderzać z jeszcze większą zaciekłością.

— Zatłukę was, ścierwa jebane! Zajebię! — wrzeszczał w amoku.

Kuba, widząc zaistniałą sytuację, postanowił wybiec z mieszkania, by szukać pomocy. Bał się tak bardzo, że tym razem ojciec ich naprawdę zabije. Ze strachu, zanim wybiegł na klatkę, zsikał się w majtki. Nic nie czuł, po prostu będąc już na zewnątrz, poczuł, że jest cały zmoczony. Trząsł się ze strachu, jednak czuł jednocześnie straszny wstyd. Mimo wszystko zaczął głośno stukać do drzwi naprzeciwko, gdzie mieszkał młody mężczyzna, który, choć wprowadził się stosunkowo niedawno i chłopiec dobrze go nie poznał, to właśnie on wydał mu się odpowiedni, by obronić jego rodzinę.

Czuł dziwny wstyd na myśl, że ma prosić sąsiadów o pomoc i że ktoś obcy miałby wtargnąć w jego prywatną sferę krzywdy. Chłopiec mógłby przysiąc, że usłyszał czyjeś szuranie za drzwiami, te jednak pozostawały zamknięte. Naciskał dzwonek raz za razem, lecz nic się nie działo. Z jego własnego mieszkania wciąż dochodziły przytłumione krzyki ojca i żałosny skowyt mamy. Jakub ukląkł więc na schodach i w obsikanej piżamce z rączkami złożonymi do modlitwy, dygocąc na całym ciele, począł modlić się do Boga o pomoc. Prosił, by wszechmogący Bóg sprawił jakiś cud, by w cudowny sposób zabił jego ojca, aby ten ich więcej nie krzywdził. Gorące łzy ciekły mu po policzkach. Serce waliło jak oszalałe, ale oprócz krzyków z mieszkania zewsząd otaczała go cisza i poczucie bezsilności. Światło na klatce zgasło. Pamiętał z lekcji religii, że cuda się zdarzają, jak to jednak bywa w rzeczywistości, znów nic się nie wydarzyło, a on sam dostał twardą lekcję życia, którą zapamiętał sobie na zawsze. Od tej pory zrozumiał, że może liczyć tylko na siebie i że dobry Bóg nie sprawia cudów, nawet jeśli modli się o nie śmiertelnie wystraszony i zapłakany dziewięcioletni chłopiec klęczący na brudnej klatce schodowej.

Całkowicie zdruzgotany psychicznie, powoli i ostrożnie wślizgnął się do domu. Krzyki ustały już nieco. Ojciec zdyszany, ze spoconą i zaczerwienioną twarzą siedział na podłodze. W ręce ciągle ściskał jeszcze pas. Mama Kuby powoli gramoliła się z łóżka, a Adam stał wystraszony i blady jak papier na przedpokoju. Kiedy zobaczył brata, przytulił go do siebie i wyszeptał mu na ucho:

— Już dobrze, już dobrze. Nic mi nie jest. Już dobrze… — Po czym spojrzał na ojca i na pręgi po pasie na swoim ciele i pomyślał:

— Zabiję cię za to, przysięgam. Któregoś dnia pochłonie cię piekło, bydlaku.

Pijany mężczyzna zwymiotował nagle przed siebie i przekręcając się na bok, usnął w końcu zmęczony ostatnimi zdarzeniami. Kobieta zabrała chłopców do ich pokoiku i po chwili rodzeństwo również zasnęło wtulone w swą zbitą matkę. Mimo wszystko, zawsze, gdy awantura dobiegała końca, odczuwali podświadomie ulgę, emocje odpływały, a im udawało się jakoś usnąć.

Dobry Bóg wysłuchał chyba jednak próśb Jakuba, gdyż dokładnie trzy lata później Adam, wracając po szkole do domu, znalazł ojca nieżywego w wannie pełnej wody. Tamte wydarzenia i wiele innych tym podobnych sprawiły jednak, że Kuba już jako dorosły człowiek stronił od alkoholu i pił tylko okazjonalnie.

Teraz dwaj bracia siedzieli przy jednym stoliku i omawiali ważne dla nich sprawy. Już na pierwszy rzut oka było w nich widać pokrewieństwo. Obaj mieli grubo ciosane twarze, a ich błyszczące oczy okalały charakterystyczne krzaczaste brwi. Jedynie ich kolor, jak i włosów na głowie był całkowicie odmienny. Starszy z braci był typowym blondynem, podczas gdy Jakub miał ciemne, niemalże czarne włosy. Jego brązowe oczy w przeciwieństwie do błękitnych oczu Adama sprawiały wrażenie błyszczących guzików w wojskowym mundurze. Ogolony był na gładko, a jego brat zapuszczał właśnie kozią bródkę, z której był niesłychanie dumny.

— A nazwę firmy już wymyśliłeś, Wilku? — Adam świdrował brata wesołym spojrzeniem.

— No nie wiem właśnie, a ty?

— Adamex Company, ta-dam!

— A same Adamex nie wystarczy?

— Wiocha. A to wiesz, Adamex to prawie jak Adamek, ten bokser, a jak dodasz Company, to już po zagranicznemu brzmi! Renia tak wymyśliła, gites, nie?

— Nie no, może być. To ja jak mam nazwać? Jakubex Company?

— Ni chuja, Company już zajęte. Wymyśl sobie coś innego. Ja se wizytówki porobię i dupy w kolejce będą stały, zobaczysz! Wilk Bud może na ten przykład?

— W sumie to mi obojętne. Wizytówek nie mam zamiaru robić i tak.

— No to ustalone. Piweczko dla pana prezesa, maleńka! — Adam zwrócił się do kelnerki, która właśnie zjawiła się, by zebrać puste kufle po piwie.

— Ja dziękuję. — Jakub uprzedził pytanie dziewczyny, po czym zwrócił się do brata:

— Mieliśmy wrócić przed północą, tak się umawialiśmy.

— A co ci w domu dzieci płaczą? Widziałeś, jakie ta lala miała cycki? Oj zamaczałbym w tym rosole… — Adam ewidentnie świetnie się bawił.

— Chuj mnie obchodzą jej cycki. Ja mam lepsze w domu. Ty chyba też. I to tobie dzieci płaczą. — młodszy brat denerwował się, gdy Adam zaczynał się tak zachowywać.

— Jak by się kot jednej dziury trzymał, to też by zdechł! — odparował Adam. — No dalej Wilku, z bratem się nie napijesz?

Jakub w końcu zdecydował się zostać chwilę dłużej, aby dopilnować brata, który po pijanemu potrafił popaść w przeróżne tarapaty. Sam fakt zaczepiania obcych dziewcząt i to w sposób bardzo nachalny sprawiał, że Adam nie raz wdawał się w bójki, a Kuba nie chciał, by bratowa obwiniała go za to, że zostawił go samego. „Razem wyszliśmy, to i razem wrócimy”. — pomyślał. Zawsze był odpowiedzialny i starał się chronić rodzinę za wszelką cenę.

Do domu wrócił znacznie później, niż ustalił przed wyjściem ze swoją narzeczoną. Trochę mu zeszło, próbując nakłonić brata do powrotu, zwłaszcza że ten resztę wieczoru zajęty był nagabywaniem kelnerki, której wciskał coraz to większe napiwki. Dziewczyna umiejętnie to wykorzystywała, w myślach z pewnością wyzywając go od frajerów. Takich jak on widywała nadzwyczaj często. Słomiani wdowcy na jeden wieczór, jak psy spuszczone z łańcucha szukające dziurki, budzili w niej obrzydzenie. Z premedytacją „doiła” ich zatem z pieniędzy, by na koniec obedrzeć ze złudzeń i odprawić z niczym.

Tak zatem nad ranem klnąc nad podłością wszystkich kobiet, jak zbity pies, z pustym portfelem i bólem głowy, Adam w asyście brata wracał taksówką do domu. Jakub zapłacił za kurs i odprawił samochód, mimo iż kierowca zachęcał, że zaczeka na niego i odwiezie za niewielką dopłatą także i jego. Chłopak mimo spóźnienia postanowił wrócić piechotą a za zaoszczędzone w ten sposób pieniądze kupić Ewie czekoladę na przeprosiny w sklepie nocnym po drodze. Wytaszczył więc Adama z samochodu i prowadząc go pod ramię, kierował się powoli w kierunku wejścia do klatki schodowej, co rusz uważnie zerkając w kierunku okien na pierwszym piętrze. Jego pijany kompan wcale nie ułatwiał mu zadania, buntując się co chwila i hałasując na całe osiedle. Koniec końców wtoczyli się do klatki, która na szczęście nie była domknięta.

Kuba nie wiedział, jak bezpiecznie odstawić brata, nie mając pewności, że ten nie czmychnie nigdzie, tak jak się upierał, gdy tylko wysiadł z taksówki, oraz że nie będzie zmuszony do konfrontacji ze swoją bratową, która jak zwykle wyleje całą złość i zrzuci winę na niego za niestosowne zachowanie jej męża. Po namyśle postanowił wcielić w życie wielokrotnie sprawdzony w takich przypadkach i stary jak świat numer przekazywany wśród jego kumpli na osiedlu, pomocny w takich sytuacjach. Mianowicie dotaszczył brata pod drzwi mieszkania, po czym opierając go o wejście, nacisnął kilkakrotnie przycisk dzwonka, zbiegając szybko i po cichutku pół piętra niżej. Przyczajony w ten sposób kontrolował wciąż brata, sam pozostając niezauważonym przez otwierającą drzwi bratową i mając w razie potrzeby łatwą drogę ucieczki. Zanim drzwi się otworzyły, a w ich prześwicie pojawiła się owalna postać, Adam zdążył rzucić za zbiegającym bratem:

— I pamiętaj Wilku! Czeski film! — po czym w stronę drzwi. — No już, otwierać!

Gdy Jakub wyszedł na podwórko, echo wyzwisk i płacz dzieci przywołały niemiłe wspomnienia z dzieciństwa. Pomyślał, że mimo woli powielają z Adamem zachowania ojca, co tylko wzbudziło w nim niemiłe wyrzuty sumienia. Zły był na brata za jego postępowanie. Nie rozumiał jednocześnie jego stosunku do żony. Kuba dziwił się, że Adam stale oglądał się za innymi kobietami. Był pewien, że zdradził Renatę nie raz, sam mu się do tego przyznając, jak by był to w jego oczach powód do dumy.

— To po co ty się z nią żeniłeś? Kazał ci ktoś, czy co? Przecież czasy, gdy to rodzice swatali dzieci, już dawno przeminęły. Skoro inne ci się podobają, to trzeba było z inną się chajtnąć. — powiedział kiedyś do brata.

— Prawdziwy chłop ma żonę i kochankę na boku. Albo lepiej kilka.

— Prawdziwy chłop to siedzi na roli i pilnuje gospodarstwa. — zakończył rozmowę Wilku.

Wiedział, że tak jak zawsze do tej pory, najdalej pojutrze Adam z Renatą będą paradować przed blokiem, trzymając się za ręce, afiszując się w ten sposób przed sąsiadami i kierując jasny przekaz do świadków ich cyklicznych awantur, że oto są przecież wspaniałą rodziną i kochającymi się małżonkami. Ich mali chłopcy dostaną po nowej zabawce a Renia dyspensę na kolejne zakupy odzieży tudzież podrabianych perfum na giełdzie w nadchodzącą niedzielę.

Wilku naciągnął kaptur z kurtki na głowę i żwawym krokiem wyruszył w stronę osiedla, na którym mieszkał. Nie bał się spacerować nocą ulicami Ełku. Było to jego rodzinne miasto i znał je na wylot. Wychował się na jednym z wielu blokowisk, wśród dorastających młodocianych chuliganów i przestępców, jak zwało ich społeczeństwo. Dla niego byli to po prostu kumple z osiedla, ziomale, dzięki którym poznał życie od jego ciemniejszej strony. Dziś doceniał wychowanie, jakie dała mu ulica i chociaż udało mu się skończyć studia, to zawsze powtarzał, że dumny jest ze swojej podwójnej edukacji. Bieda może być przekleństwem, ale też mądrą nauczycielką życia. Trudne i brutalne dzieciństwo sprawiło, że był twardy jak głaz, natomiast setki przeczytanych książek, które pozwalały mu uciec od brudnej rzeczywistości oraz pobrana edukacja w szkole dały mu wiedzę, jak odróżnić dobro od zła, dzięki czemu nie skończył w kryminale lub jako menel nagabujący przechodniów o drobne na piwo.

Cytował poezję, lecz jednocześnie potrafił zbluzgać człowieka jak szewc. Był silny, jednak wewnątrz uduchowiony i wrażliwy. Od małego trenował różne sporty walki, nigdy nie zaniedbując też nauki. Judo i karate pozwalały mu niejednokrotnie wyjść cało z pojedynku „na solo” w szkole czy na ulicy. Będąc na studiach w Olsztynie, od razu na pierwszym semestrze zapisał się do sekcji taekwondo.

Swoją narzeczoną poznał, wracając piechotą z jednego z treningów. W pewien jesienny wieczór przechodząc obok przystanku autobusowego, zauważył grupkę podchmielonych wyrostków zaczepiających dwie młode studentki.

Dziewczyny wyglądały na wystraszone i były całkiem bezradne wobec wulgarnych i rozochoconych ich bezbronnością chłopaków. Początkowo Kuba nie reagował, przyglądając się całej sytuacji, stojąc nieopodal z torbą sportową zarzuconą na ramię. W zachowaniu chłopców widział charakterystyczne cechy grupki napastników napuszczanych i nakręcających się nawzajem. Te same osobniki działające w pojedynkę, bez wsparcia kamratów i dopingu w postaci promili w ich krwiobiegu nie stwarzaliby nikomu kłopotów. W tej chwili stanowili jednak wysoce niebezpieczne zjawisko, zwłaszcza dla osób o typie ofiary, a te dwie panienki stanowczo wpasowywały się do tego właśnie rodzaju osób.

— Co tam masz, maleńka? — szczupły młodzian z czerwoną czapeczką z daszkiem odwróconą tył na przód próbował wsadzić rękę pod płaszczyk jednej z dziewczyn.

— Odwal się! — usłyszał w odpowiedzi, a dziewczyna zrobiła krok w tył, odtrącając jednocześnie jego rękę.

Jej koleżanka odbiegła już na kilka kroków, zostawiając dziewczynę samą. Wataha tylko na to czekała. We czterech okrążyli średniego wzrostu blondynkę z włosami uplecionymi w warkocz, którym to próbowali się teraz „pobawić”. Dziewczyna miała na sobie kawowy płaszcz sięgający niemal do kolan. Do tego czarne kozaczki na niewielkim obcasie i małą zgrabną torebkę na cieniutkim pasku tego samego koloru. Twarz miała jasną, wydatne usta, które nie potrzebowały szminki i błyszczące zielone oczy. Próbowała się cofnąć jeszcze o krok, ale natknęła się na jednego z wyrostków, który zaszedł ją od tyłu i teraz próbował przytrzymać za kucyk.

— Zostaw! — krzyknęła.

Koleżanka stała kilka kroków dalej, grzebiąc nerwowo w torebce. Prowodyr w czerwonej czapeczce nacierał od frontu.

— Ej, skąd… nie, raczej — z jakiej wsi jesteś? — cała grupka zawyła wspólnym śmiechem.

Jeden z ekipy ubrany w dwuczęściowy czerwony dres adidasa z charakterystycznymi białymi paskami wyciągnął telefon komórkowy i próbował wsunąć go pod jej spódniczkę, którą miała pod płaszczem.

— Zaraz zobaczymy, czy nosi stringi! — wrzeszczał.

— No co ty, na wsi to pantalony noszą! — kolejny wybuch śmiechu i wystraszone spojrzenie dziewczyny, które skrzyżowało się na moment z Jakubem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 35.4