Wstęp
Moi drodzy czytelnicy! Oddaje Wam w Wasze ręce moją już w sumie czwartą książkę. Liczę na to, że tak jak poprzednie trzy, ta najnowsza również przypadnie Wam do gustu. Życzę Wam miłej lektury!
1. Podróżnik — przygody michała kompasa
Pewnego razu był na świecie podróżnik, który nazywał się Michał Kompas. Lubił podróżować, twierdził, że ma podróżnicze nazwisko bo gdy nie wiemy gdzie iść to kompas wskazuje nam drogę do celu naszej podróży. Michał w roku 1998 miał 25 lat, ojciec Michała mieszkał wraz z nim i jego bratem na ranczu w Ameryce i zajmował się wypasem bydła. Ojciec miał 50 lat, na imię miał Eugeniusz. Brat Michała to Piotr-30 lat, Piotr był synem marnotrawnym bo kradł ojcu pieniądze i przepijał lub sprzedawał bydło ojca i pieniądze ze sprzedaży trwonił na alkohol. Pewnego dnia Eugeniusz postanowił poważnie porozmawiać z synem:
— Michał, jestem z Ciebie dumny bo Ty pożytkujesz czas, podróżujesz i czasem nagrasz jakiś film z wyprawy lub mógłbyś o tych swoich wojażach rozmawiać godzinami. Przyjemnością i zaszczytem jest mieć takiego syna bo Piotr to przysparza mi tylko wiele smutku, żadnej radości i pożytku z niego nie ma, on myśli tylko o alkoholu i upija się do nieprzytomności każdego dnia i później zapomina jak się nazywa.
— Tato, ciesze się, że jesteś ze mnie dumny. Teraz wyruszam w podróż do Afryki.
— Synku uważaj na siebie bo jeśli nie daj Boże coś Ci się stanie to nie będę miał dla kogo żyć.
„Afryka”:
Michał dotarł do Afryki o godzinie dziewiętnastej i miał okazję obejrzeć typowe afrykańskie rytuały plemienia Wanduti jak i innych plemion. Polegało to na tym, że Wanduti tańczyli wokół kotła, pod którym palił się ogień. Wanduti „powiadomili” Michała co jutro ma się z nim stać:
— Jutro o tej porze będziesz naszą kolacją.
Wanduti przywiązali Michała grubymi linami do pala, który stał naprzeciw kotła i ogniska. Wanduti ze śmiechem powiedzieli:
— Zgłodniejesz i nie będziesz miał siły i ochoty na ucieczkę.
Michał miał swój plecak w którym przechowywał rzeczy potrzebne do podróży(ubrania,jedzenie,śpiwór).Całe szczęście, że takie rzeczy jak zapalniczka i nóż Michał chował do kieszeni(nie został obnażony z ubrań).Wszyscy Wanduti spali, więc Michał postanowił wziąć do ręki zapalniczkę i spalić grube liny, które go oplątywały(wiedział, że może się poparzyć).Michał spalił liny i poparzyły mu się ręce, nie szukał swojego plecaka bo uznał, że życie jest ważniejsze od głupiego plecaka. Michał wychodził z obozu z krzykiem:
— Żegnaj Afryko! żegnajcie Wanduti!
Michał miał szczęście, że Wanduti tego nie słyszeli bo w innym razie nie byłby taki wesoły i ten krzyk to mogłyby być ostatnie słowa w jego życiu. Postanowił wrócić do domu.
„W domu”
Michał gdy wrócił to opowiedział ojcu jakie go spotkały przygody. Eugeniusz od tej chwili był przeciwny podróżom Michała bo uzmysłowił sobie, że każda wyprawa grozi śmiercią Michała. Michał nic sobie nie robił ze słów ojca. Wyjechał bo gnało go w świat. W domu był tylko 2 tygodnie.
„Mount Everest”
Michał postanowił zdobyć najwyższy szczyt świata wraz z grupą ludzi, którzy mieli takie same pragnienie. Któregoś dnia wspinaczki wiał silny wiatr(wicher) i trzeba było w którymś miejscu rozłożyć namiot bo dalsza wspinaczka nie była możliwe, groziła lawina śnieżna. Michała nie obchodziło to i postanowił na własną rękę wspiąć się na Mount Everest(8848 m.n.p.m.). Zauważył, że zaczyna się lawina śnieżna, biegł by ostrzec przyjaciół przed tym nieszczęśliwym zdarzeniem, ale nie zdążył dobiec do namiotu bo przykryła go duża warstwa śniegu(Michał nie obawiał się śmierci, był uparty i odważny).Obawiał się jednak o swoich kompanów podróży. Lawina zasypała cały namiot. Mount Everestowcy mieli szczęście bo akurat GOPR(Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe) sprawdzało czy gdzieś są ludzie przysypani śniegiem, czy jest potrzebna komuś ich pomoc. Okazało się, że towarzysze Michała nie żyją(było ich dziesięciu),on cudem przeżył. Kilka miesięcy leżał w szpitalu, gdy z niego wyszedł to postanowił wyruszyć na Antarktydę by zobaczyć pingwiny.
„Antarktyda”
Ta przygoda była krótka i ostatnia w życiu Michała Kompasa bo ustał w miejscu gdzie po chwili stopił się lód(zobaczył pingwiny, ale tą przygodę przypłacił życiem),jego przygody trwały 3 lata, umarł młodo, mając tylko 28 lat.
2. Świat prawa
Akcja opowiadania toczy się wokół prawników, a więc w świecie prawa.
Bohaterowie:
Adam- prawnik prawie-debiutant bo w zawodzie pracuje tylko od 2 lat, ma 30 lat.
Marta- matka Adama, współwłaścicielka kancelarii adwokackiej „Kruszczak”, ma 60 lat.
Kordian — właściciel kancelarii adwokackiej „Kruszczak”, ma 87 lat.
Karolina — prawniczka w kancelarii adwokackiej „Pączek”, ma 28 lat.
— Mamo, szef wywalił mnie z roboty — odparł Adam.
— A to ham. Pracowałeś dla niego sumiennie aż 2 lata. Dlaczego to zrobił? — zapytała Marta.
— Nie wiem, jakaś szajba mu po prostu odbiła i tyle.
— Synu, co teraz? jJeszcze niedawno zarzekałeś się, że nigdy nie będziesz pracować w kancelarii „Kruszczak”, a teraz co? Będziesz musiał pocałować i przeprosić klamkę w gabinecie Kordiana i jego przy okazji też.
— Mamo, to ostateczność. Na razie od miesiąca już szukam i nie mogę niczego znaleźć. Praca z dziadkiem to nie jest najlepszy pomysł. On już dawno powinien wycofać się z zawodu, przecież on już prawie do reszty zdziadział.
— Dziwisz się? w końcu ma już 87 lat.
— Nie dziwie się, ale zobacz jak te jego zaniki pamięci na przykład negatywnie wpływają na naszych praktykantów.
— Adasiu, czy chodzi Ci o Karoline?
— Tak, sama wiesz, że nie chciała pracować w „Pączku”, żeby ludzie nie opowiadali, że robi karierę na plecach własnego ojca, więc zaczęła pracę tutaj, a Kordian co zrobił? Oskarżył ją o kradzież jakichś ważnych dokumentów.
— Przeprosił przecież.
— Tak, lepiej niech przeprosi całą kancelarie, a tymi przeprosinami byłoby jego odejście na emeryturę, wtedy Ty jako Jego córka przejęłabyś stery.
— Synu, doskonale wiesz, że to niemożliwe. Kordian z pewnością umrze nie w domu czy w szpitalu, ale właśnie w swoim gabinecie naszej rodzinnej kancelarii.
— Mamo, to bardzo ponury scenariusz, ale bardzo prawdopodobny.
Godzina później, gabinet Kordiana:
— Cześć dziadku — odparł Adam.
— Dzień dobry, kim pan jest i czego pan ode mnie oczekuje? — zapytał Kordian lodowatym głosem.
— Nie wal głupa, jestem Adam — Twój jedyny, dorosły wnuczek, prawnik w dodatku wedle Twojego życzenia.
— Nie, to jakaś pomyłka. Ja nie mam żadnego wnuka chociaż, jednak mam adoptowanego wnuka i on jest misjonarzem w Afryce. Karolku, więc to Ty? Mój Boże! Jak Ty się zmieniłeś, postarzałeś się. Jak tam Ci idzie dziecko drogie na tych misjach? Radzisz sobie jakoś?
— Dziadku Kordianie, przestań!
— Ja jestem Krystian, a nie Kordian.
— Przesadzasz, masz 87 lat a zachowujesz się jakbyś miał 7.
— Nie prawda, za 2 dni kończę 88 lat. Ilu mieszkańców Afryki nawróciłeś na wiarę katolicką?
— Jednego, tylko Ciebie stary bałwanie z Alzhaimerem.
— Pan mnie obraża? Ochrona, proszę stąd zabrać tego intruza.
— Panie Kordianie, jaki to intruz? Przecież to jest pański wnuk.
— Do diabła! Ile razy mam powtarzać, że macie zabrać go i że mój wnuk jest teraz na misjach w Afryce.
— Oj panie Kordianie, niedługo czekać będzie pana pobyt na oddziale zamkniętym w psychiatryku.
— Robić zamiast gadać do licha!
— Synu i jak, masz pracę u Kordiana? — zapytała Marta.
— Mamo, wielkim błędem była moja rozmowa z nim — odparł Adam.
— Tak, dlaczego?
— Wyobraź sobie, że oznajmił mi, że jestem intruzem i że jego wnuczek jest adoptowany i przebywa teraz w Afryce.
— No to ostro przegiął, ale słuchaj. Ja sobie z nim zaraz porozmawiam i zobaczysz, jeszcze będziesz miał prace.
Kolejnego dnia:
— Tato, dlaczego nie przyjąłeś do pracy Adama?
— O czym Pani mówi? Nie było tutaj żadnego Adama. Co to jest za porządek? Sekretarka musi być zawsze na posterunku bo w każdej chwili może zadzwonić jakiś ważny klient.
— Tato, czy naprawdę z Twoją pamięcią jest aż tak źle?
— Nie, pani Asiu. Mam doskonałą pamięć, to mój ojciec nie poznaje już twarzy swoich bliskich.
— Tato, dziadek nie żyje od 35 lat. Czy aż o tyle lat jesteś cofnięty w rozwoju? Masz zatrudnić Adama bo jak nie to załatwię Ci przymusową emeryturę.
— Nic z tego, umrę pracując a ten mężczyzna wzięty chyba z ulicy niech pracuje na ulicy. Właśnie teraz trzeba odśnieżać ulice a latem, jesienią i na wiosnę trzeba je zamiatać.
Marta policzkuje Kordiana.
— Co to jest do diabła? Sekretarka będzie tu biła swojego szefa? Dobrze, Pani Joanno. Zwalniam panią w takim razie z dniem dzisiejszym z pracy.
— Szkoda, że mama nie żyje. Ona ustawiłaby chociaż Ciebie do pionu, ona potrafiła to zrobić, a mi jakoś to nie wychodzi.
— Nie obwiniaj mojej żony o stratę pracy nędzna sekretarko. Krysia jest złotą kobietą.
— Tak, matka była święta skoro wytrzymała z takim tyranem jak Ty.
— Proszę stąd wyjść!
— Tato, przepraszam. Nie powinnam tak robić ani mówić. Wiem, jestem głupia i możesz mnie zwolnić, ale błagam, zatrudnij przynajmniej Adama.
— Dobrze, Asiu. Nie, Marta, możesz wracać do pracy, zostajesz na pokładzie i powiedz Adamowi, że jeśli jest moim wnukiem to niech zacznie od jutra pracę.
— Tato, jesteś wspaniały.
— Dobrze, już dobrze. Przepraszam na niewłaściwe zachowanie, ale zrozum, jestem już starym dziadem z Alzhaimerem i wiesz — potrafię kogoś skrzywdzić, często niestety nawet nieświadomie.
— Rozumiem, przez ostatnie 3 lata przyzwyczajam się do tego, że potrzebujesz wiele wyrozumiałości. Wiem, rozedrgałeś się tak po śmierci mamy.
— Synu, masz już pracę — odparła Marta.
— Tak? Gdzie? Na wysypisku śmieci?
— Nie, w naszej rodzinnej kancelarii adwokackiej jako prawnik.
— Mamo, jesteś genialna, jak Ty to zrobiłaś?
— Słuchaj, to była hardcorowa akcja bo najpierw on pomylił mnie z sekretarką, w pewnej chwili Ja uderzyłam go, więc on chciał mnie zwolnić aż w końcu oboje przeprosiliśmy się i wybaczyliśmy sobie swoje błędy, więc Ja nie zostałam zwolniona a Ty dostałeś właśnie prace. Kordian poprosił mnie o wyrozumiałość wobec tego co robi i mówi.
— I co, będziesz wyrozumiała?
— No wiesz, postaram się. W końcu to mój ojciec i wiem, że zbliża się w dość nietypowy sposób jego koniec.
— Masz racje mamo. Ciekawe jak tam jutro mój pierwszy dzień w pracy.
— Będzie świetnie jeśli zignorujesz swojego szefa.
— Ok, postaram się kompletnie olać go.
Kolejnego dnia Adam zaczyna prace a Kordian umiera w dniu swoich 88 urodzin na zawał serca. Rządy w firmie przejmuje Marta.
3. Legenda na temat puszczy rominckiej
Dawno, dawno temu, a może nie tak dawno. Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami… Rok 1450,miejscowość Puszczka. Blisko tej miejscowości istniał piękny las, a w samej puszczce natomiast istniały trzy zamki i trzy królestwa. W jednym zamku mieszkała rodzina Kontisz. Składała się ona z czterech osób, w tym zamku mieszkali:17-letni Artur, jego matka-40-letnia Rozalia i ojciec,50-letni Zygmunt i jego babcia, mama Zygmunta,80-letnia Jadwiga. Senior rodu, Maurycy, mąż Jadwigi umarł przed pięcioma laty, w roku 1445,mając 83 lata.
W drugim zamku mieszkała rodzina Orkion,15 letnia Róża, 33 letnia Anna i 40 letni Jan. Dziadkowie Róży nie żyli. Właśnie nieżyjący dziadkowie Róży, Jan i Barbara Orkion byli skłóceni z dziadkami Artura, z nieżyjącym od 5 lat Maurycym i z 80-letnią Jadwigą. Ten konflikt przeszedł na kolejne pokolenie, więc Rozalia i Zygmunt Kontiszowie oraz Anna i Jan Orkionowie nie przepadają za sobą. Natomiast Róża i Artur nie znają się. W trzecim zamku mieszka 65-letni czarnoksiężnik Krofin wraz ze swoją 62-letnią żoną Litią. Znali dużo czarów i dużo złych uroków. Pewnego dnia roku 1450 roku 15-letnia Róża idzie na spacer do pobliskiego lasu, aby nazbierać różnych rzeczy: malin, poziomek, jeżyn i grzybów. Roku 1450 lato było bardzo piękne. Był 10 lipiec(piątek),w tym samym czasie na wędrówkę do lasu udał się na swoim koniu 17-letni Artur.
— Moje oczy są przepełnione radością bo widzę piękną dziewczynę, jak Ci na imię nieznajoma? — zapytał Artur.
— Jestem Róża, a jak Ci na imię?
— Moje imię brzmi Artur. Nazywasz się Róża, więc nic w tym dziwnego, że jesteś bardzo piękna. Róże w sensie kwiatu są bardzo piękne dlatego nie dziwie się, że tak jesteś piękna jak kwiat o nazwie Róża.
— O cho cho, co my tu mamy? Nie ładnie to tak w tak młodym wieku robić sobie randki miłosne, ile wy dzieciaki macie lat? — zapytał czarnoksiężnik Krofin.
— Ja 17.
— A Ja 15.
— Toż to jesteście jeszcze dziećmi, te wasze spotkania to nie miłość, tylko dziecinada. Zobaczycie, zapłacicie za te spotyczki bardzo wysoką cenę.
Gdy przeszli jakiś odcinek drogi powrotnej, gdy Krofin nie miał ich na widoku to uczynił następującą rzecz, rzucił czar:
— Abrakadabra, hokus, pokus, marokus. Niech giną 33 letnia Anna i 40 letni Jan Orkion. Niech giną!
Artur do swojego królestwa wrócił szczęśliwy, cały w skowronkach. Róża szła z radością bo niosła dla rodziców dużo: malin, poziomek, jeżyn i grzybów. Zbierała to wszystko, aby jej rodzice zrobili z tego przetwory zimowe. Gdy weszła do zamku to była niemile zaskoczona, wręcz zszokowana bo zobaczyła swoich rodziców, bo zobaczyła, że oni nie żyją. Zaczeła płakać:
— Dlaczego oni umarli? przecież byli młodzi, mamusia miała 33 lata a tatuś 40 lat. Wiem, to przez czarnoksiężnika, to on zabił moich rodziców. Dawał nam ostrzeżenie, przestrogę i zapowiedź tego co będzie, powiedział: „zobaczycie, zapłacicie za te spotyczki bardzo wysoką cenę”. Miał racje to jest bardzo wysoka cena dla mnie, śmierć moich rodziców. Muszę za jakiś czas spotkać się z Arturem. Trzy tygodnie później, jest piątek,31 lipca 1450 roku. Artur i Róża mają nadzieje na kolejne spotkanie w lesie niedaleko Puszczki. Róża idzie na spacer, nie po to by zbierać jakieś owoce leśne na przetwory, ale po to by spotkać Artura. Na szczęście dla zakochanych los chciał, aby spotkali się oni. Artur wyruszył na przejażdżkę do lasu. Gdy spotkał Róże, zobaczył, że dziewczyna płacze. Postanowił pocieszyć ją, wesprzeć w tej ciężkiej dla niej chwili i zapytać jej co sie stało:
— Różyczko, dlaczego płaczesz? co się stało?
— Moi rodzice zginęli przez tego głupiego czarnoksiężnika Krofina. Czy pamiętasz jak mówił: „Zobaczycie, zapłacicie za te spotyczki bardzo wysoką cenę”.
— Pamiętam, już boje się, że ten szalony i stary głupiec może zrobić coś mojej mamie, babci lub tacie.
— Spotykacie się jeszcze i to w dodatku oczerniacie mnie? nie ładnie, doigracie się. Jestem z eskapadą, z pięcioma moimi pupilkami więc mam pięć razy taką siłę. Chłopcy, brać dziewczynę, zaciągnijcie ją do zamku i zamknijcie ją w najwyższej wieży jaka jest w zamku.
— Tak jest, już się robi.
— Ja też zrobię pożyteczną rzecz. Rzucę czar na członków Twojej rodziny chłopcze, słyszysz?
— Słyszę, głuchy nie jestem. Mam dobry słuch.
Artur pogalopował szybko na koniu do zamku Kontiszów. W tym samym czasie Krofin rzucił czar:
— Abrakadabra, hokus, pokus, maroku. Niech giną 40-letnia Rozalia i 80-letnia Jadwiga Kontisz. Niech giną. Gdy Artur dotarł do zamku, zaprowadził konia do stajni, wszedł do wnętrza swojego królestwa.
— Synu, dobrze, że jesteś. Mama i babcia umarły — odparł Zygmunt.
— Spodziewałem się tego, czarnoksiężnik rzucił czar na Orkionów trzy tygodnie temu, dzisiaj na Babcie i Mamę.
— Co z Różą?
— Tato, Ja kocham ją i ona mnie też. Musze ją uratować z łapsk Krofina. Sam rzucił czar a swoim pięciu pupilkom kazał porwać Róże i aresztował ją w najwyższej wieży zamkowej. Tato, jak mam ją uratować?
— Powiem Ci, że mam miecz w swoim posiadaniu, który przetrwał bitwę pod Grunwaldem w 1410 roku, czyli ma już 40 lat. Dostałem go od swojego ojca. Dlatego, że mój ojciec i dziadek a Twój dziadek i pradziadek uczestniczyli w bitwie Grunwaldzkiej i wyszli z niej cało. Dziadziuś umarł w 1420 roku,10 lat po Grunwaldzie. Tatuś dał mi ten miecz dlatego, że pamiętam naszą rozmowę tak jakby ona była dziś, a od jej momentu minęło 20 lat. Mój tatuś powiedział: „Synu, ten miecz pomógł mi wygrać, przekazuje Ci go aby i Ci pomagał, przekazuje Ci go aby pomagał Twemu synowi a memu wnukowi”. Więc daje Ci go synku.
— Tatusiu, dziękuję. Będę Ci wdzięczny do końca życia.
Artur idzie do zamku czarnoksiężnika. Najpierw spotyka jego żonę Litię. Zabija ją poprzez poderżnięcie jej gardła. Następnie ujrzał czarnoksiężnika Krofina i powiedział:
— Krofin, to Twoje ostatnie chwile życia, zaraz zginiesz.
— Przekonamy się, ten się śmieje kto się śmieje ostatni.
Artur wbija miecz Krofinowi prosto w serce. Krofin umiera. Artur znalazł liny, zobaczył pięciu śpiących pupilków Krofina. Związał ich bardzo mocno linami i wyrzucał przez okno do wody(koło zamku Koticzów było sporo wody). Jednego wrzucił umarł przez utonięcie, drugi, trzeci, czwarty i piąty poumierali również, wszyscy utonęli. Później, gdy Artur miał pewność, że nic mu nie grozi, że wszystkich już zabił-poszedł szukać topora. Znalazł duży topór, więc poszedł na górę po schodach, szukać drzwi wejściowych do najwyższej wieży zamkowej. Znalazł je, z łatwością wyważył i ujrzał Róże.
— Artur, jak ciesze się, że Cię widzę. Jak się tu dostałeś?
— Pozabijałem wszystkich, czarnoksiężnika, jego żonę i tych przeklętych pięciu pupilków.
— Co teraz nas czeka? jesteś bohaterem, uwolniłeś mnie.
— Teraz czeka nas ślub, dzieci i wspólne pożycie małżeńskie.
— Super, to było moje marzenie.
— Moje też.
Rok 1452,umiera król Zygmunt mając 52 lata. W tym samym roku odbywa się ślub Artura i Róży. Zygmunt doczekał tej chwili, był już bardzo schorowany, miał pewność, że korona przejdzie w ręce Artura i Róży. Umarł miesiąc po ich ślubie.15 grudzień 1452 koronacja Artura i Róży. Zamek Kontiszów od tego momentu ma nowych władców. Rządzić Puszczką zaczynają:19-letni król Artur Kontisz i 17-letnia królowa Róża Kontisz-Orkion.18 maj 1455:22-letni król Artur i 20-letnia królowa Róża mają potomka, księcia do tronu królewskiego. Rodzi im się syn, nazywają go Lincoln. Król Artur postanowił wprowadzić zmianę. Likwiduje nazwę miejscowości:"Puszczka".Postanawia las nazwać Puszcza. Rok 1500:Król Artur jest na łożu śmierci, biedaczysko, ma 67 lat.45-letni Lincoln pyta ojca:
— Tato, czy mogę do nazwy lasu, który nazwałeś Puszcza dodać Romincka?
— Tak synu, możesz. To jest moja ostatnia decyzja w życiu, żegnaj synu. Do zobaczenia w niebie.
— Do zobaczenia tato.
Po tej rozmowie 67-letni Artur umiera. Królowa Róża rządzi do roku 1535 bo w tym roku umiera mając 100 lat.80-letni Lincoln zostaje królem i jest nim do roku 1550 bo w tym roku umiera w wieku 95 lat.
4. Antoni suchowolski
Antoni Suchowolski urodził się w piękny, słoneczny i leniwie upływający dla jego rodziców dzień. Był to dzień 25 maja 1958 roku. Rodzina Suchowolskich miała duże gospodarstwo, ojciec Antoniego-Mieczysław długo i ciężko pracował na ich polu. Kiedyś, gdy jeszcze żył Jan czyli dziadek Antoniego to Mieczysław był zegarmistrzem. Teraz gdy zepsuje się w ich domu zegarek to Mieczysław naprawia go, ale już coraz bardziej wychodzi z wprawy. Traci swoją umiejętność naprawiania zegarków. Mieczysław i Antonina bardzo cieszą się z narodzin swego syna. Mieczysław ma nadzieje, że gdy jego syn będzie miał 15 lat to przejmie jego pracę na polu. Mieczysław jest już coraz bardziej zmęczony, ale nie narzeka, ma 48 lat, więc dość późno został ojcem. Wcześniej został ojcem trzech córek i czekał na syna, chciał go mieć. Wiedział, że dziewczyny oglądają się za chłopakami, opuszczają rodzinne gospodarstwo i nie ma kto pomóc ojcu, a syn potrzebuje jakiejś stabilizacji i odziedziczenia swojej ojcowizny, sprowadza więc sobie jakąś dziewczynę do swego gospodarstwa i on też czeka na syna i tak ciągną się ojcowsko-synowskie pokolenia przez długi czas. Wielkim pechem jest jak nie ma się syna bo komu wtedy oddać gospodarstwo i pole? Córce nie wypada bo ona je sprzeda i na jakieś głupoty wyda pieniądze. Najlepiej w takiej sytuacji na starość, pod koniec życia sprzedać swoje gospodarstwo i przeznaczyć kasę na dobry cel, np.na jakąś akcję charytatywną lub zabezpieczyć się na czas po śmierci czyli kupić ziemie na której chcemy być pochowani. Mieczysław miał radość i satysfakcje, że nie jest w tak kiepskiej sytuacji. Antoni dorastał, mineło 5 lat. Wtedy wyszło na jaw, że Antek ma wielkie zainteresowanie religią. Kiedyś ta fascynacja musiała zacząć się. W wieku 5 lat umiał z pamięci, bez żadnej pomyłki powiedzieć wiele modlitw, między innymi: Ojcze Nasz, Zdrowaś Maryjo, Aniele Boży stróżu Mój, Anioł Pański, Dekalog, Skład Apostolski.
— Zobaczysz Mieciu, nasz syn będzie księdzem — odparła Antonina.
— A wiesz? Ty masz rację. Ja tak chciałem, żeby on przejął moje pole.
— Nie martwmy się na zapas, może jeszcze chłopak zmienić zdanie.
— Masz rację, będę martwił się za kilka lat dopiero. Teraz szkoda czasu bo mam mnóstwo roboty na polu.
— Racja, jak się za bardzo zamyślisz to Ci robota źle pójdzie i krzywdę sobie zrobisz.
— Tak, troskliwa jesteś, to jeden z wielu obowiązków żony.
— Tak, jestem kurą domową, ale nie żałuje bo mam wspaniałą rodzinę. Jak rodziców bym słuchała to byłabym aktorką. Może miałabym rzesze fanów, ale mogłabym nie mieć rodziny, podjęłam słuszną decyzje.
— Oczywiście.
Antek mając 15 lat postanawia, że w przyszłości będzie księdzem.
— Synku, Ty chcesz być księdzem. A kto przejmie po mnie moje pole? Ja już nie daje rady na nim pracować od świtu do ciemnej nocy bo jestem już stary, mam 63 lata.
— Tato, Ja wiem, że jest Ci ciężko bo chciałbyś pracować, kochasz tą ziemie a nie pozwalają Ci na prace Twoje nadwątlone przez te wszystkie lata siły i zdrowie. Tato, sprzedaj pole bo Ja boje się żebyś kiedyś przez te przeklęte pole nie prosił się o jakąś chorobę lub o śmierć nawet.
— Antek ma rację, wykończysz się tą pracą. Sprzedaj pole.
— Macie rację, muszę sprzedać pole co nie ukrywam, że przyjdzie mi z wielkim trudem i z wielkim smutkiem. Kupić to na pewno ktoś kupi, cenę może też ten kupiec da niezłą, ale tu chodzi o przywiązanie człowieka do ziemi.
Od tego momenty Antoni przez następne lata umacnia swoje powołanie. Wie, że nie chce być nikim innym, tylko księdzem. Księdzem nie byle jakim, ale dobrym księdzem, księdzem głoszącym piękne kazania, księdzem z którego można czerpać wzór do naśladowania. Niektórym może wydawać się, że Antoni rozpychał się łokciami, ale to nieprawda bo był skromny i po prostu chciał być dobrym i lubianym kapłanem. Gdy Antoni wyjeżdżał do seminarium to żegnała go stojąca ze łzami w oczach matka i smutny, stęskniony za polem i zgarbiony przez czas ojciec. W seminarium Antoni był szanowanym i lubianym klerykiem. Nikt nie miał do niego żadnych zastrzeżeń a przynajmniej nikt nie wypowiadał ich na głos. Powiedzenie: „Jeszcze się taki nie urodził co by każdemu dogodził” odegrało w życiu Antoniego ważną i kluczową rolę. W pierwszej swojej parafii Antoni nie był zbyt dobrze traktowany, miał bardzo surowego proboszcza, który bardzo często podnosił na niego głos.
— Co Ty wyprawiasz? takie kazanie dla ludzi w mieście?
— Przy całym szacunku dla księdza proboszcza zapytam czym różni się człowiek z miasta od człowieka ze wsi?
— Różnica jest kolosalna, miejsce zamieszkania inne, klimat, otoczenie.
— To nieistotne.
— Milcz jak do Ciebie mówię! Albo podporządkuj się! W każdej chwili mogę napisać list do biskupa, to żaden problem.
— Trzeba podać powód, jaki by był?
— Nieumiejętność dogadania się ze strony księdza Antoniego Suchowolskiego.
— Przepraszam bardzo księdza, to nie powtórzy się nigdy więcej.
— Mam taką nadzieje.
Antoni przeprosił, ale w środku czuł dotkliwy i przeszywający jego wnętrze ból i myślał sobie jak proboszcz może tak robić i mówić. Ksiądz Antoni Suchowolski nie był fałszywym księdzem, był po prostu obiektywny. Nie chciał też jednak robić sobie wrogów.
5. więzione za miłość do ojczyzny
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! — powiedział z refleksją w głosie ksiądz Arkadiusz Smętny.
— Na wieki wieków Amen — odparły „Wałęsanki”.
— Drogie Panie, za co tkwicie tutaj, w tym ośrodku odosobnienia? Jakie zarzuty postawiła Wam władza? — zapytał Ksiądz Arek.
— Władze nie postawiły nam jeszcze żadnych konkretnych zarzutów — rzekła jedna z internowanych Pań.
— Proszę księdza, czy to tylko taka jednorazowa księdza wizyta? — zapytała inna z internowanych.
— Drogie Panie, nie bójcie się, jeśli czujecie, że jestem Wam potrzebny to będę Wam służył całym sercem, najlepiej jak potrafię. Mogę odprawiać dla Was Mszę Świętą w każdą niedzielę o 15.
— Proszę księdza, bardzo nam zależy na księdza duchowym wsparciu płynącym ze szczerego, kapłańskiego serca, ale niech ksiądz sam spojrzy. Nie mamy tutaj warunków do przeżywania Eucharystii.
— Szanowne Panie. Eucharystię różni kapłani sprawowali w przeszłości w różnych miejscach, więc to nie jest żaden problem. Nie zapominajcie, że kościół bez ludu byłby zwykłym budynkiem, a ludzie sprawiają, że kościół jest wspólnotą. I Wy, drogie Panie tworzycie tutaj wspólnotę, w tym ciężkim dla Was i waszych rodzin czasie. A ten stół bilardowy, gracie na nim?
— Nie, nie gramy.
— To pięknie, to możemy przeżywać pamiątkę Najświętszej ofiary na tym skromnym bilardowym stole.
— Proszę księdza, ale czy to nie byłaby jakaś profanacja Najświętszego Sakramentu?
— Nie, to błędne myślenie. Zobaczcie, jak było w Betlejem? Czy Jezus przyszedł na świat w jakimś ogromnym pałacu?
Nie, nasz Zbawiciel narodził się w małej, lichej stajence. A śmierć, czy była jakimś skandalicznym widowiskiem? Nie, śmierć Chrystusa była najlepszą lekcją pokory i umiejętności akceptowania człowieczego cierpienia.
— Przekonał nas ksiądz, w takim razie czekamy na księdza i na najbliższą niedzielę z radością i z nadzieją na lepsze jutro.
— Dobrze, spotkamy się za 3 dni. Wybaczcie, drogie Panie, ale muszę już iść, bo mam na 18 Mszę, a chcę jeszcze przed Mszę uleczyć kilka dusz w konfesjonale. Życzę Wam cierpliwości i wytrwałości w tych ciężkich chwilach, które tak niespodziewanie na Was spadły. Szczęść Boże!
— Szczęść Boże!
— Oto ofiara spełniona!
— Bogu niech będą dzięki.
— Proszę księdza, pięknie ksiądz dziś mówił o przebaczeniu.
— Moje drogie Panie, sztuka przebaczenia to bardzo trudna sztuka i tylko nieliczni ją opanowali, ale dzięki przebaczeniu ubogacamy się, bo pozbywamy się swojego egoizmu.
— Ma ksiądz rację.
— A co ksiądz tutaj robi? — zapytał ubek.
— Jak to co? Przecież jest niedziela. Prawda, jestem trochę wcześniej, bo mam lody dla Pań. Mogę wejść? Bo jeśli będzie mnie Pan tutaj jeszcze maglował to te lody rozpuszczą się i co wtedy?
— Dobrze, niech ksiądz wejdzie.
— Bóg zapłać!
— Drogie Panie, nadszedł wreszcie dziś ten upragniony przez Was dzień. Wreszcie jesteście wolne i nie potrzebna Wam już moja opieka duszpasterska bo powyjeżdżacie do swoich domów i tam znów spotkacie swoich duszpasterzy. Drogie Panie, życzę Wam, aby Bóg i Najświętsza Dziewica Maryja nieustannie nad Wami czuwali i pomagali Wam w rozsądnym rozwiązywaniu problemów. Szczęść Boże!
— Proszę księdza, my jeszcze najpierw pojedziemy do Częstochowy, aby podziękować Matce Bożej za to, że ciężki czas internowań skończył się i za to, że ksiądz stanął na naszej drodze ze swoim ciepłym kapłańskim sercem i pomógł nam przetrwać.
— To pięknie z Waszej strony, że pojedziecie podziękować Matce Bożej. Ja życzyłbym sobie, abyście wróciły jeszcze tu kiedyś przy okazji zjazdu. Zawsze będziecie tu mile widziane, pamiętajcie o tym.
— Dobrze, coś zorganizujemy.
I słowa dotrzymały, ponieważ odbyło się wiele zjazdów internowanych Pań i zawsze odbywały się one w Konkatedrze, którą z ruin odbudował Ks. Smętny. Okazje do tego były różne, np. 80 urodziny Ks. Arkadiusza czy Jego pogrzeb. Kobiety internowane zawsze był przez Ks. Arka lubiane, szanowane, akceptowane, rozumiane i wspomagane.
6. Świat medycyny
Akcja opowiadania toczy się wokół lekarzy, a więc w świecie medycyny.
Bohaterowie:
Agnieszka- lat 32, pacjentka przebywająca w śpiączce.
Maciej — lat 32, pacjent chorujący na cukrzycę.
Aleksander- lat 76, pacjent po udarze mózgu.
Stanisława- lat 89, pacjentka cierpiąca na chorobę Parkinsona od 10 lat.
Artur- lat 50, pacjent po drugim zawale.
Roman- 62-letni ordynator szpitala.
Maja- 25-letnia praktykantka, piękna blondynka.
Początek akcji, 26 czerwiec 2006 r.
— Dzień dobry pani Maju. Serdecznie witam Panią w moim szpitalu i mam nadzieje, że wiele się pani tutaj u nas nauczy — odparł Roman.
— Panie Ordynatorze, ale Ja tu będę pracowała tylko niecały miesiąc — rzekła Maja.
— Niby tak, ale w razie czego jeśli będzie pani spisywać się na medal to może dostanie pani pracę. Nic nie jest jeszcze tak do końca przesądzone bo wszystko zależy od pani zaangażowania w sprawy szpitala i sprawy pacjentów.
— Obiecuje Panu, że wszystko co tutaj zrobię, będę robiła z myślą o dobru szpitala i pacjentów.
— Doskonale pani Maju, będę wdzięczny jeśli zajrzy pani do sali Nr 5 bo tam leży pacjent chorujący na cukrzycę, a więc musi Pani dać mu odpowiednią dawkę insuliny, później proszę też zajść do sali Nr 8 bo tam mamy 89-letnią pacjentkę z Parkinsonem i trzeba dać jej odpowiednie leki, natomiast w dziesiątce jest 32-letnia pacjentka przebywająca w śpiączce, mamy jeszcze w czwórce pacjenta po drugim zawale, a w dwójce mamy pacjenta po udarze mózgu.
— Dziękuje panu za wskazówki, ale to bardzo dziwne, bo szpital jest bardzo duży a leczy się tutaj tylko 5 pacjentów?