E-book
39.38
drukowana A5
99.94
Zbiór Opowiadań

Bezpłatny fragment - Zbiór Opowiadań

Po Tamtej Stornie Nocy


Objętość:
313 str.
ISBN:
978-83-8440-863-6
E-book
za 39.38
drukowana A5
za 99.94

Część I — Przejścia

I. Przejścia

Burzliwa noc

Zbliżała się dwudziesta.

W zwyczajny wieczór taka godzina nic nie znaczy. Jest tylko liczbą na tarczy zegara, punktem pomiędzy jednym znużeniem dnia a drugim. Ale tamtego wieczoru czas nie płynął zwyczajnie. Odkładał się warstwami w rogach pokoju, w szczelinach między deskami podłogi, w pomarańczowym blasku kominka, w deszczu bijącym o szyby z uporem kogoś, kto wie, że prędzej czy później zostanie wpuszczony.

W pokoju na piętrze domu w Zalesiu Dolnym pachniało mokrym drewnem, herbatą, papierosami i papierem wielokrotnie dotykanym ludzkimi palcami. Na stole leżały kości, notatki, karty postaci, dwa kubki po kawie, jedna szklanka z whisky i podręcznik, który przeżył więcej naszych kłótni niż niejeden związek. W świetle świec wszystko wyglądało odrobinę inaczej niż za dnia — ostrzej i bardziej podejrzanie. Cienie nie tyle kryły rzeczy, ile nadawały im drugi sens.

Spotykaliśmy się tak od miesięcy. To samo miejsce, ten sam stół, ta sama potrzeba, żeby na kilka godzin oddać świat komuś innemu — smokom, ruinom, przekleństwom, zdradom, starym mapom i całemu temu pięknemu złudzeniu, że los da się zamknąć w kilku rzutach kośćmi.

Robert siedział rozwalony na krześle z miną człowieka, który nawet przy końcu świata znalazłby chwilę, by nalać sobie drinka i skomentować jakość apokalipsy. Sączył whisky powoli, bez pośpiechu, jakby alkohol był jedyną cywilizowaną odpowiedzią na większość problemów.

Łukasz pochylał się nad notatkami z poprzedniej sesji. Czytał je z takim skupieniem, jakby nie sprawdzał przebiegu przygody, tylko szukał w naszych własnych błędach materiału dowodowego do przyszłego oskarżenia. Miał dar patrzenia na świat tak, jak urzędnik patrzy na sfałszowany formularz — chłodno, wnikliwie i z odrobiną osobistej satysfakcji, gdy coś faktycznie okaże się nie tak.

Konrad, którego i tak wszyscy wołali Gorka, kręcił się między stołem a półką, siadał i wstawał, poprawiał kartę, odkładał ją, znowu podnosił. Był człowiekiem, który nawet w bezruchu sprawiał wrażenie, jakby właśnie przygotowywał się do podjęcia złej decyzji.

Wojtka jeszcze nie było.

Za oknami błysnęło. Białe światło wycięło na moment wszystkie szczegóły z ciemności, a sekundę później nad domem przetoczył się grzmot tak głęboki, jakby nie rodził się w chmurach, lecz pod samymi fundamentami ziemi.

Robert uniósł wzrok.

— Wiecie co — powiedział, bardziej do ognia niż do nas. — Fajnie byłoby kiedyś naprawdę znaleźć się po tamtej stronie. W jakimś świecie z naszych kart. Wiecie… w miejscu, gdzie wieże pamiętają więcej niż ludzie, a noc ma własne zęby.

To było jedno z tych zdań, które w chwili wypowiedzenia wydają się zwyczajne. Później okazują się zawiasem, na którym obraca się cała historia.

— Oczywiście — mruknął Łukasz, nie podnosząc głowy. — Nic tak nie poprawia życia jak przeniesienie się do rzeczywistości, w której wszystko jest wilgotne, przeklęte i chce cię zabić. Brzmi jak tańsza wersja dorosłości.

Gorka prychnął śmiechem.

Ja poprawiałem jeszcze swoje notatki. Miałem już gotowy początek sesji, kilka wariantów scen, dwa możliwe tropy i pełne przekonanie, że chłopaki i tak w ciągu pół godziny rozwalą cały plan. To był zresztą niepisany rytuał. Ja budowałem świat, oni testowali jego wytrzymałość, a potem wszyscy udawaliśmy, że tak właśnie miało być.

Muzyka sącząca się cicho z wieży pod ścianą na moment zafalowała. Nie przycichła. Nie zgłośniała. Po prostu przez ułamek sekundy zabrzmiała tak, jakby do pokoju dotarła z bardzo daleka, z drugiej strony długiego korytarza albo spod wody.

Spojrzałem na świece.

Płomienie pochyliły się równocześnie w jedną stronę.

Wszystkie okna były zamknięte.

Przez krótką chwilę nic nie powiedziałem. Człowiek ma przedziwny instynkt: kiedy dzieje się coś niemożliwego, najpierw stara się uznać, że nie dzieje się nic. To najtańsza forma obrony.

Znowu błysnęło. Tym razem światło za oknem nie zgasło od razu. Na ścianie, obok regału, na sekundę ujrzałem cień, który nie należał do żadnego z nas. Był zbyt wysoki, zbyt smukły, zbyt nieruchomy. Jakby ktoś stał za nami od bardzo dawna i dopiero teraz postanowił pokazać zarys ramion.

Mrugnąłem.

Cienia nie było.

— Coś się stało? — spytał Łukasz, nie patrząc na mnie. Nawet kiedy miał wzrok wbity w papier, i tak widział za dużo.

— Nic — skłamałem. — Czytam.

— To fatalny moment na halucynacje — odparł sucho. — Jeszcze nie zaczęliśmy.

Na dole trzasnęły drzwi. Zaraz potem rozległy się szybkie kroki na schodach i do pokoju wpadł Wojtek — przemoknięty, czerwony od zimna, dyszący i zirytowany w sposób właściwy człowiekowi, który pół drogi walczył z komunikacją, a drugie pół z deszczem.

— Sorry za spóźnienie — sapnął, zrzucając kurtkę. — Z Wawra do Zalesia po ciemku w taką pogodę to nie droga, tylko szyderstwo.

— Siadaj, zanim umrzesz — rzucił Robert.

— I otwieraj piwo ciszej — dodał Łukasz. — Nie chciałbym, żeby pioruny poczuły się urażone konkurencją.

Wojtek usiadł. Byliśmy w komplecie.

To właśnie wtedy pokój zaczął się zmieniać.

Nie gwałtownie. Nie teatralnie. Najpierw zgęstniało powietrze. Potem półmrok w rogach przestał zachowywać się zgodnie z płomieniami. Cienie zaczęły żyć własną logiką. Jeden z knotów spłonął na niebiesko. Stojąca obok filiżanka zadźwięczała, choć nikt jej nie dotknął.

Rozłożyłem notatki.

— Dobra — powiedziałem. — Zaczynamy.

Głos zabrzmiał normalnie. Prawie. Jak mój, ale z obcą nutą pod spodem, jakby echo wróciło za późno i przyniosło ze sobą cudzy ton.

Na środku stołu wbiły się dwa noże.

Nie spadły z półki. Nie zostały rzucone. Po prostu nagle tam były — oba drżące jeszcze lekko od uderzenia, z ostrzami wbitymi w drewno pomiędzy kartami.

Zapadła cisza.

Robert odłożył szklankę.

Gorka cofnął się o pół kroku.

Wojtek przestał oddychać na tyle głośno, by ktokolwiek mógł uwierzyć, że to przypadek.

Łukasz spojrzał na noże, potem na mnie.

— To już nie jest klimat — powiedział. — To jest naruszenie regulaminu rzeczywistości.

Piorun uderzył gdzieś bardzo blisko. Dom zadrżał. Trzy świece zgasły naraz.

Kartki na stole zatrzepotały jak spłoszone ptaki. Podręcznik sam otworzył się w połowie. Muzyka urwała się z suchym trzaskiem. A ja poczułem coś, czego wcześniej nie znałem, choć natychmiast wiedziałem, jak to nazwać.

Obecność.

Nie ducha. Nie głosu. Nie strachu.

Obecność czegoś, co patrzyło na nas z cierpliwością istoty starszej od wahania.

Na dolnym marginesie jednej z kartek pojawiło się imię.

Nie widziałem, jak się pisze. Nie było dłoni. Nie było pióra. Atrament po prostu ciemniał powoli, układając litery tak staranne, jakby od zawsze tam czekały.

Carvillian.

Nie przypominałem sobie, żebym kiedykolwiek wpisał to imię do scenariusza.

— Dobrze — powiedział Robert bardzo spokojnie. — Kto robi sobie jaja?

— Nie ja — odparł Łukasz natychmiast. — Gdybym robił, byłyby droższe i bardziej eleganckie.

Błysk za oknem rozdarł noc na pół.

Tym razem biel nie zgasła.

Ściany pokoju zniknęły pierwsze. Potem stół. Potem twarze chłopaków. Przez jedną absurdalnie długą chwilę miałem wrażenie, że nie stoję, nie siedzę ani nie spadam, lecz zostałem odczepiony od własnego miejsca w czasie i przesunięty w bok — pomiędzy jedną sekundę a drugą, w szczelinę, którą ktoś otworzył zbyt gwałtownie.

Przyszło zimno. Nie zwykły chłód deszczu czy nocy, lecz ostrze lodu przechodzące przez kości. Potem uderzenie.

Upadłem na kolana w mokrą trawę.

Powietrze wdarło mi się do płuc brutalnie, z bólem. Ziemia pachniała czarnym błotem, liśćmi, korzeniami i kamieniem nasiąkniętym setkami lat deszczu. Nad głową miałem nie sufit pokoju, lecz niebo tak ciemne, że wydawało się nie sklepieniem świata, ale otwartą raną ponad nim. Błyskawice pruły je na wskroś, odsłaniając przez mgnienia postrzępione korony drzew.

Kilka kroków dalej Robert przeklinał z pełnym zawodowym zaangażowaniem. Wojtek siedział w błocie, wpatrzony w swoje dłonie. Gorka opierał się o pień drzewa z miną człowieka, który właśnie dowiedział się, że fikcja ma bardzo zły charakter.

Łukasz podniósł się ostatni.

Rozejrzał się powoli po czarnym parku, po drzewach kołyszących się w wichrze, po ciężkich chmurach, po dalekim zarysie czegoś większego niż las.

— Wspaniale — powiedział. — Albo umarliśmy, albo trafiliśmy do miejsca, które od początku było pisane przez kogoś z osobistą niechęcią do ludzi. W obu wariantach nie podoba mi się styl.

Dopiero wtedy zauważyłem własne dłonie.

Nie były moje. A przynajmniej nie te, które znałem. Palce miałem dłuższe, smuklejsze, o ruchach precyzyjnych do granicy nieludzkości. Na skórze połyskiwały blade żyłki światła, jakby pod ciałem płynęła nie krew, lecz wygasająca magia. Materiał rękawa był ciężki, ciemny, przeszywany srebrnym haftem.

Spojrzałem na pozostałych.

Wojtek nie wyglądał jak przemoknięty chłopak z Wawra. Miał na sobie podróżny kaftan ze skóry, pas z rapierem i twarz starszą, twardszą, noszącą już ślady rzeczy, których nie przeżył w naszym świecie.

Robert pogładził brodę i przez moment wyglądał na szczerze poruszonego.

— Mam brodę — oznajmił z zadumą. — To jedyna dobra wiadomość od kilkunastu minut.

— Ciesz się — powiedział Łukasz. — Przynajmniej po raz pierwszy los obdarzył cię czymś, co dodaje powagi bez wysiłku intelektualnego.

Sam Łukasz zmienił się najbardziej. Był smukły, jasny, niepokojąco piękny w ten chłodny sposób, który u elfów budzi raczej dystans niż zachwyt. Miał twarz ostrzejszą niż dawniej, a oczy tak jasne, że niemal srebrne.

— To nie może być prawda — sapnął Gorka.

— Ależ może — odparł Łukasz. — Prawda ma bardzo zły gust. Właśnie dlatego tak często przypomina absurd.

Wtedy zobaczyliśmy twierdzę.

Wznosiła się ponad drzewami jak księżycowy trup wyrastający z ziemi. Smukłe wieże, wysokie okna, blanki z jasnego kamienia i czarne dachy, po których spływał deszcz. Każdy piorun na moment wycinał z mroku nowe szczegóły: rzeźbione maszkary pod gzymsami, wąskie mostki między basztami, posągi rycerzy bez twarzy i ogromną główną wieżę, nad którą wisiała blada poświata przypominająca światło zaklęte w lodzie.

Wiedziałem, co to za miejsce, zanim świadomie pomyślałem.

Srebrna Wieża Quennlora.

Nazwa nie pojawiła się w głowie. Spadła na nią jak obce wspomnienie. W tej samej chwili zabolały mnie skronie. Przez moment widziałem jednocześnie mokry park i pokój w Zalesiu, kominek i błysk szkła, notes Łukasza i te same noże wbite w stół.

— Znasz to? — spytał Łukasz.

— Tak — odpowiedziałem. — Albo coś we mnie zna.

Z ciemności wyszli strażnicy.

Poruszali się bezszelestnie, jakby deszcz ich nie dotykał. Smukłe sylwetki w jasnych pancerzach, włócznie, łuki, kaptury odrzucone na plecy. Elfy. Nie z łagodnych baśni, lecz z tych starszych opowieści, w których piękno jest tylko inną formą przewagi.

Pierwszy z nich uniósł włócznię.

— Stać!

Wojtek odruchowo sięgnął po broń. Robert zaklął. Gorka zamarł.

Strażnik spojrzał na mnie raz jeszcze — i nagle uklęknął.

Pozostali zrobili to samo.

Deszcz bębnił o liście. Wiatr szarpał płaszczami. A oni klęczeli przed nami z głowami pochylonymi tak nisko, jakby ujrzeli nie grupę zagubionych ludzi, lecz cień kogoś, kto dawno przeszedł do legendy.

— Panie — powiedział pierwszy z nich. — Panie Carvillianie.

Wszystkie spojrzenia spadły na mnie.

Chciałem zaprzeczyć. Naprawdę. Ale razem z odruchem odmowy przyszła kolejna fala pamięci. Biblioteka o wysokich oknach. Komnata pełna zwierciadeł. Długi stół nad rozpiętą mapą. Czarny metal laski zakończonej smoczymi szponami. Kobieta o nocnych oczach. Liland. Vaerun. Rozdarcie Zasłony.

I coś jeszcze.

Świadomość, że to miejsce zna mnie lepiej, niż ja znałem siebie.

Zaprowadzono nas do twierdzy.

Z bliska Quennlora była jeszcze bardziej niepokojąca. Piękna w sposób właściwy rzeczom, które zbudowano nie tylko ręką, ale obsesją. Mury z jasnego kamienia połyskiwały pod deszczem jak kości wielkiego zwierzęcia. Pod gzymsami wiły się reliefy dawnych wojen: smoki przebite włóczniami, królowie o pustych oczach, kapłani unoszący ku niebu czarne słońca. Na kilku płytach dostrzegłem ten sam znak — pęknięty krąg przecięty pionową rysą.

Rozdarcie.

Wewnątrz powitał nas chłód starego kamienia i zapach magii, której używano w tych murach tak długo, że wrosła w nie na zawsze. Krużganki niknęły wysoko w cieniu. Posadzki połyskiwały jak mokre lustra. Na ścianach wisiały arrasy przedstawiające bitwy z hordami chaosu i czarne sztandary Hratgroma, Pana Zniszczenia, podnoszone nad stosami ciał. Pomiędzy kolumnami tliły się misy z niebieskim ogniem, który nie dawał ciepła.

Zaprowadzono nas do Komnaty Zwierciadeł.

Tam czekało dwóch mężczyzn.

Pierwszy był wysoki, jasnowłosy, smukły jak ostrze. Spokój miał tak doskonały, że niemal obraźliwy. Patrzył na świat jak ktoś, kto dawno przestał oczekiwać od niego czegokolwiek poza komplikacjami.

Drugi wyglądał jak człowiek, którego wiara od zbyt dawna walczy z własnym ciałem. Twarz wychudzoną od bezsenności, dłonie drżące od przeciążenia, oczy zaczerwienione, ale wciąż gorejące.

— Mistrz Liland — wyszeptał strażnik. — Arcykapłan Vaerun.

Liland spojrzał na mnie i nie okazał zdziwienia.

To było najgorsze.

— Jesteś spóźniony — powiedział.

Łukasz westchnął.

— Cudownie. Nawet w obcym wymiarze pierwszy człowiek, którego spotykamy, brzmi jak audyt wewnętrzny z nogami.

Liland przeniósł wzrok na niego.

— A ty mówisz z taką łatwością, jakby rzeczywistość miała obowiązek cię zabawiać.

— Nie ma — odparł Łukasz. — Ale skoro już mnie porwała, mogłaby przynajmniej udawać klasę.

Przez chwilę myślałem, że Liland go zignoruje. Zamiast tego w kąciku jego ust drgnęło coś, co w bardziej ludzkiej twarzy można by nazwać bladym cieniem uznania.

Vaerun stał nad wielką misą z ciemnej wody. Jej tafla nie odbijała komnaty. Pokazywała dwa obrazy naraz: Quennlorę i nasz pokój w Zalesiu, nałożone na siebie jak źle spasowane wspomnienia.

— Zasłona została przecięta nierówno — powiedział. — To nie było przejście. To było Rozdarcie Zasłony.

— Mówcie po ludzku — burknął Robert. — Najlepiej prostymi słowami, bo moja cierpliwość ma ograniczoną pojemność.

Liland skrzyżował ręce.

— Dobrze. Ktoś otworzył drzwi po jednej stronie. Ktoś nacisnął je po drugiej. Drzwi pękły. Was wyrzuciło tutaj. Stąd coś przeszło tam. Ponieważ pęknięcie nie było czyste, część pamięci, część formy i część woli rozszczepiły się pomiędzy światami.

— Czyli bałagan — podsumował Gorka.

— To słowo jest tu równie adekwatne jak „przeciąg” przy opisie huraganu — skwitował Łukasz.

Vaerun mówił dalej.

Rozdarcie rozproszyło pięć Zworników Zasłony. Cztery utkwiły po tej stronie: w Archiwach Popiołu, w Ogrodzie Milczących Cisów, w Sali Czarnych Map i w Krypcie Siedmiu Imion. Piąty przebił się do naszego świata i osiadł tam, gdzie obie strony zetknęły się najmocniej — przy naszym stole, w pokoju, w Zalesiu.

Jeśli Zworniki nie zostaną zebrane i połączone przed świtem, oba światy zaczną się nawzajem poprawiać.

Najpierw językiem.

Potem pamięcią.

Potem historią.

Na końcu ciałem.

— Brzmi obrzydliwie — mruknął Wojtek.

— To dopiero początek obrzydliwości — odparł Vaerun. — Rozdarcie nie otwiera tylko przejść. Ono wypuszcza echa.

Spojrzałem na niego.

Wiedziałem już, co zaraz powie, zanim poruszył ustami. I to przerażało mnie bardziej niż cała ta komnata.

— Echo — ciągnął kapłan — jest szczątkiem możliwości. Wersją człowieka, która mogła istnieć, ale nie powinna. Jeśli zyska zbyt wiele rozpoznania, przestaje być cieniem i zaczyna domagać się miejsca w świecie.

Łukasz uniósł brew.

— A więc walczymy z alternatywnymi wersjami samych siebie? Doprawdy, wszechświat nigdy nie miał dość wyobraźni, skoro stale produkuje ludzi.

Rozdzieliliśmy się.

Robert i Wojtek ruszyli do Archiwów Popiołu. Gorka i Łukasz ku Ogrodowi Milczących Cisów, a potem do Sali Czarnych Map. Ja zszedłem sam do Krypty Siedmiu Imion.

Im głębiej schodziłem, tym starsza wydawała się twierdza. Jakby wyższe komnaty należały do teraźniejszości, ale kamień pod nimi pamiętał jeszcze inne epoki, inne języki, inne kształty wiary. Świece w niszach płonęły nierówno. Płyty pod stopami nosiły wyślizgane ślady niezliczonych kroków. Na ścianach widniały imiona tak stare, że litery zaczynały przypominać zadrapania pazurów.

Krypta była pusta.

Na środku, na prostym ołtarzu z białego kamienia, leżała moja karta postaci.

Ta sama, którą zostawiłem na stole w Zalesiu.

Mokra od deszczu, choć w krypcie nie było okien.

Podszedłem powoli.

Na karcie, pod imieniem Carvillian, ktoś dopisał cienkim, ostrym pismem:

Najgorsze przejścia nie otwierają się w drzwiach, lecz w człowieku.

Światło przy wejściu przygasło.

Nie odwróciłem się od razu. Już wiedziałem, że nie jestem sam.

Powietrze stężało. Kamień pod stopami stał się lodowaty. Cień między niszami przesunął się bezszelestnie i oderwał od ściany.

Stał kilka kroków ode mnie.

Był mną.

I nie był.

Twarz miał podobną do mojej, ale pozbawioną wszystkiego, co czyni człowieka znośnym: wahania, ciepła, niepewności, śmieszności. Oczy świeciły wąsko, jak dwie szczeliny światła w grobowcu.

— Wróciłeś późno — powiedział.

Głos miał mój. Lepszy. Czystszy. Obrzydliwie doskonały.

— A ty wyszedłeś za wcześnie — odpowiedziałem.

Nie uśmiechnął się.

— Jestem tym, co zostaje, kiedy z maga usuwa się litość. Kiedy z człowieka usuwa się zawahanie. Kiedy z opowieści wyrzuca się przypadek.

Kryształ, który dał mi Vaerun, zadrżał w dłoni.

Echo żywi się rozpoznaniem.

To nie była figura retoryczna.

Im dłużej patrzyłem na tę istotę jak na siebie, tym bardziej stawała się realna. Pokazała mi obrazy nieprzeżyte, a jednak bolesne: wieżę ponad srebrnym niebem, kobietę o drapieżnym spojrzeniu, pole bitwy pod Wyżyną Shnarath, sztandary Hratgroma w płomieniach, syna oddanego światu jak broń bez rękojeści.

Carvillian.

Nie wymysł.

Nie papier.

Nie zabawa.

Ktoś, kto istniał na tyle mocno, że jego cień potrafił szarpać moje wnętrze od środka.

Echo ruszyło. Nie gwałtownie. Z tą nieludzką płynnością, która zawsze jest bardziej przerażająca niż szał. Nasze uderzenia spotkały się pośrodku krypty. Mój kryształ rozjarzył się bladym światłem, jego dłoń zostawiła w powietrzu ciemną smugę. Nie walczył, by mnie zabić.

Walczyl, by mnie zastąpić.

Każdy jego ruch był próbą wejścia głębiej: w pamięć, w odruch, w przekonanie, że może rzeczywiście powinienem oddać mu miejsce. Bo był potężniejszy. Pewniejszy. Bardziej logiczny.

I całkowicie martwy od środka.

Kiedy wreszcie przyłożyłem kryształ do jego piersi, echo nie krzyknęło. Nie rozpadło się gwałtownie. Tylko spojrzało na mnie z czymś, co przypominało współczucie.

— Jeśli mnie odrzucisz — szepnęło — zostaniesz z połową siebie.

— Nie — odpowiedziałem cicho. — Zostanę z tą połową, która jeszcze potrafi się zawahać.

Kryształ zapłonął.

Echo pękło jak źle odbite lustro.

Nie zniknęło w całości. Część jego światła wsiąkła w kamień, część w kartę, część we mnie. Na ołtarzu został pierwszy Zwornik Zasłony — cienka płytka przezroczystego kryształu, w której płynęły drobne iskry ciemności.

Gdy wróciłem do Komnaty Zwierciadeł, pozostali już tam byli.

Robert miał rozcięty policzek i minę człowieka, który stoczył bój z biblioteką, regałami i połową piśmiennictwa naraz.

— Archiwa Popiołu są przereklamowane — oznajmił. — Po raz pierwszy w życiu książki próbowały mnie zabić bezpośrednio. Doceniam szczerość, ale nie formę.

Wojtek trzymał swój Zwornik w zakrwawionej dłoni.

Gorka wyglądał, jakby w Ogrodzie Milczących Cisów zobaczył coś, czego nie chciał pamiętać.

Łukasz wyglądał najlepiej, co samo w sobie było obraźliwe.

— Ogród jest fatalnie nazwany — powiedział. — Nic tam nie milczy. Drzewa szepczą, posągi osądzają, a jedno jezioro próbowało wmówić Gorce, że zna go od dzieciństwa. Bardzo nieprofesjonalne miejsce.

Mieliśmy cztery Zworniki.

Brakowało piątego.

Tego z naszego świata.

Wtedy misę Vaeruna przecięło światło.

Nie jedno. Dwa. Quennlora i Zalesie nałożyły się na siebie całkowicie. Widziałem nasz pokój: stół, przewróconą szklankę, karty, noże, zgaszone świece. I jednocześnie widziałem zwierciadła, runy, niebieski ogień i drżące sklepienie komnaty.

Rozdarcie otwierało się znowu.

Z tamtej strony.

Przyszło echo większe niż moje.

Nie miało jednej twarzy. Miało wszystkie nasze wyobrażenia naraz: bohaterów, których graliśmy, mroki, które wymyślaliśmy, wersje nas samych oczyszczone z codziennej śmieszności i bólu. Było wzniosłe, piękne, straszne — i przez to odrażające.

— Jestem tym, czym mieliście się stać — powiedziało.

Łukasz spojrzał na nie z prawdziwym obrzydzeniem.

— Nie. Gdybym miał się stać tobą, uznałbym śmierć za rozsądną negocjację.

Echo obróciło ku niemu twarz, która przez chwilę była jego twarzą, tylko pozbawioną ironii.

— Ty bronisz się najbardziej.

— Oczywiście — odparł. — Sarkazm to ostatnia linia obrony inteligencji przed nadętym nonsensem. A ty jesteś nonsensem w wersji ceremonialnej.

Vaerun chwiał się już na nogach. Liland stał nieruchomo, ale pierwszy raz zobaczyłem na jego twarzy ślad napięcia.

I właśnie wtedy zrozumiałem.

Piątym Zwornikiem nie był przedmiot.

Był stół.

Nasze miejsce.

Nasze przywiązanie.

Ta jedna powtarzalna, śmieszna, ludzka rzecz, która spinała oba światy mocniej niż jakikolwiek rytuał: fakt, że siadaliśmy razem przy stole i wspólnie zgadzaliśmy się wierzyć w ten sam mrok.

Echo patrzyło na nas z chłodną pogardą.

— Po co? — spytało. — Po co wam to było?

Odpowiedział Łukasz.

Nie podniósł głosu. Nie zagrał bohatera. Powiedział to prawie leniwie, jak człowiek zbyt zmęczony, żeby kłamać.

— Żeby świat był przez kilka godzin większy niż robota, rachunki i codzienna głupota. Żeby można było usiąść przy stole i sprawdzić, czy zostało w człowieku coś więcej niż zmęczenie. Żeby takie napuszone byty jak ty nie miały monopolu na opowieść.

Robert chrząknął.

— I żeby czasem rozbić komuś łeb.

Wojtek powiedział cicho:

— I żeby było z kim pamiętać.

Gorka skinął głową.

Ja zaś dodałem:

— I żeby wrócić.

Echo zawahało się.

To wystarczyło.

— Teraz! — krzyknął Liland.

Rzuciliśmy Zworniki jednocześnie.

Cztery kryształy i wszystko, czym był dla nas tamten stół, poszybowały ku środkowi pęknięcia — do miejsca zawieszonego pomiędzy Komnatą Zwierciadeł a naszym pokojem w Zalesiu. Echo rzuciło się naprzód, ale światło ominęło jego dłonie, jakby uznało, że nie ma do niego prawa.

Zworniki spotkały się pośrodku.

Nie wybuchły.

Zapadły się w siebie, tworząc na ułamek sekundy doskonały, nieruchomy punkt. W tym punkcie zobaczyłem wszystko naraz: Quennlorę, nasz pokój, Carvilliana, własną twarz, dawne sesje, te przyszłe i te, które nigdy już się nie wydarzą.

Echo rzuciło się ostatni raz.

Chwyciłem je za nadgarstek.

Był lodowaty, niemal realny.

Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy. Zobaczyłem w nim wszystko, czym mógłbym się stać, gdybym usunął z siebie śmiech, słabość, przywiązanie, zwykłą ludzką śmieszność. Byłby ze mnie ktoś potężniejszy.

I całkowicie pusty.

Za plecami usłyszałem głos Łukasza.

— Nie bierz tego do siebie — powiedział — ale nawet twoja idealna wersja jest nie do zniesienia.

Parsknąłem śmiechem.

Naprawdę.

I to właśnie zabiło echo.

Pękło nie jak ciało, lecz jak znaczenie. Rozeszło się na drobiny ciemnego światła, które wciągnął w siebie punkt Zworników. Runy Vaeruna wygasły. Zwierciadła pociemniały. Komnata zatrzęsła się od fundamentów po najwyższą wieżę.

Potem wszystko urwało się naraz.

Bez lotu.

Bez bieli.

Bez przejścia.

Szarpnięcie.

I znowu siedziałem na podłodze w Zalesiu.

Kominek dogasał. Jedna świeca leżała przewrócona. Dwie karty wpadły w popiół. Zegar nad regałem pokazywał ledwie dwadzieścia siedem po dwudziestej, jakby świat odmówił uznania tego, co się wydarzyło.

Za oknem nadal padał deszcz. Zwyczajny, podwarszawski. Mały. Prawie śmieszny.

Robert pierwszy dotknął policzka.

— Brody nie ma — powiedział z autentycznym żalem.

— To twój największy problem? — spytał Wojtek.

— Nie. Drugi jest taki, że nikt mi, kurwa, nie uwierzy.

Gorka podniósł kostkę z podłogi i długo obracał ją między palcami.

Łukasz schylił się po notatki. Na pierwszej stronie, pod dawnymi zapisami, widniało jedno nowe zdanie, napisane cienkim, obcym pismem:

Nie każde przejście kończy się powrotem. Niektóre kończą się pamięcią.

Przeczytał. Skrzywił się lekko.

— Pretensjonalne — ocenił. — Ale uczciwe.

Nikt się nie roześmiał. Jeszcze nie.

Spojrzałem na stół. Na świece. Na karty. Na ludzi wokół.

I przez jedną krótką, bolesną chwilę zobaczyłem na tle szyby odbicie innej komnaty: zwierciadeł, run, niebieskiego ognia. Tak szybko, że mogłem uznać to za zmęczenie. Tak wyraźnie, że wiedziałem, iż nim nie było.

Quennlora nadal istniała.

Liland. Vaerun. Kamienne korytarze. Rozdarcie. Wszystko to nie przepadło. Po prostu odsunęło się z powrotem za cienką zasłonę, która od tamtej nocy nie wydawała mi się już szczelna.

— Co teraz? — spytał cicho Wojtek.

Usiadłem przy stole.

— Teraz kończymy tę sesję — powiedziałem. — A potem zaczniemy następną.

Robert popatrzył na mnie jak na człowieka, który właśnie wrócił z grobu i od razu planuje urlop.

— Serio?

— Serio.

Łukasz oparł się wygodniej.

— Piękne. Ledwo wróciliśmy z katastrofy między wymiarami, a ty już chcesz kontynuację. Podziwiam. To nie odwaga. To szczególnie wyrafinowana odmiana braku rozsądku.

— Przyjdziesz? — spytałem.

Spojrzał na mnie. Potem na stół. Potem na zgaszone świece.

— Oczywiście — odparł. — Ktoś tu musi pilnować, żebyście nie pomylili epickiego przeznaczenia z grupową kompromitacją.

Za oknem zagrzmiało raz jeszcze, ale już daleko.

Tym razem nikt się nie poruszył.

Bo prawdziwy lęk nie polega na tym, że raz zajrzysz do obcego świata.

Prawdziwy lęk zaczyna się wtedy, gdy jakaś jego część spojrzy na ciebie z powrotem — i rozpozna cię lepiej, niż ty rozpoznajesz siebie.

Stary zamkowy loch

Niebo nad zamkiem przesłaniały tylko pojedyncze obłoki, leniwie sunące po czarnym firmamencie. Spomiędzy drzew przebłyskiwały smugi pochodni — przytłumione, niespokojne, jakby ludzie niosący je przez las nie chcieli oświetlać sobie drogi, lecz raczej ukryć ją przed cudzym wzrokiem. Światło znikało i wracało między pniami, migotliwe niczym oddech czegoś, co nie powinno budzić się po zmroku.

Byłem tam z Anną.

Nocny spacer wokół ruin miał być tylko ucieczką od zwyczajnego świata — od asfaltu, od rozmów urwanych w pół zdania, od odległego szumu samochodów i wszystkiego, co nazbyt współczesne, by można było jeszcze nazwać to ciszą. Z nią jednak milczenie nigdy nie było puste. Miało ciężar zaufania. Szła obok mnie pewnie, czarna sylwetka na tle jeziora, i nawet gdy nic nie mówiła, wiedziałem, że widzi więcej niż inni. Anna nie należała do kobiet, które jedynie towarzyszą wydarzeniom. Potrafiła wejść w sam ich środek i wyjść z nich cało, choćby cała noc sprzysięgła się przeciw niej.

Spojrzeliśmy na siebie niemal równocześnie. Oboje zauważyliśmy pochodnie.

Miałem na sobie czarne, dopasowane ubranie, dobre do skradania i jeszcze lepsze do znikania w cieniu. Im bliżej ruin podchodziliśmy, tym mocniej miałem wrażenie, że zostawiamy za sobą nie tylko ścieżkę, lecz także reguły zwyczajnego życia. Zamek, choć od dawna martwy, wciąż zdawał się rozciągać wokół siebie własne królestwo — królestwo ciszy, wilgoci i dawnych przysiąg, których nikt nigdy nie odwołał.

Schodziliśmy nabrzeżem jeziora po śliskich skałach porośniętych mchem, między drzewami i gęstymi krzewami. Powietrze pachniało wodą, gnijącymi liśćmi i czymś chłodnym, kamiennym, jak oddech starych krypt. W końcu dotarliśmy do szczeliny w skale — groty, może jaskini, a może wejścia w coś znacznie starszego od samego zamku. Ostatnie światło pochodni drżało jeszcze na wąskim strumieniu, który sączył się przez ciemne wnętrze.

I wtedy noc pękła.

Rozdarł ją nagły hałas i oślepiający rozbłysk ostrego, halogenowego światła. W bieli tego błysku zobaczyłem tylko pięść okutą płytową rękawicą, lecącą prosto ku mojej twarzy. Uchyliłem się o włos, może o oddech, lecz nie dość szybko. Cios nie trafił pełną siłą, ale wystarczył, by świat zatańczył mi przed oczami. Usłyszałem jeszcze urwany szept:

— Carv… uciekaj…

Potem przyszły ciemność, ból z tyłu głowy i smak krwi — metaliczny, upokarzająco realny.

Nie wiem, jak długo prowadzili mnie w dół. Czułem tylko, że z każdym krokiem robi się zimniej. Na zewnątrz letnia noc była ciężka i lepka od ciepła, tutaj zaś chłód wciskał się pod skórę jak cienkie igły. Schodziliśmy coraz głębiej i coraz ciszej. Miałem wrażenie, że nie sprowadzają mnie jedynie do wnętrza groty, lecz pod samą skórę świata — do miejsc, w których kamień pamięta więcej, niż człowiek powinien wiedzieć.

Kiedy delikatne dłonie zsunęły mi z oczu opaskę, zobaczyłem Annę.

Całą na czarno, z włosami spiętymi krótko i ciasno. Pod golfem rysowała się twarda linia pancerza, w lewej dłoni trzymała miecz. Jej twarz była spokojna, ale oczy miała czujne, ciemne i skupione. Skinęła tylko głową. Byliśmy sami w pomieszczeniu — lecz nie sami w podziemiach.

Pomogła mi się uwolnić. Zdjęła z ukrycia plecak, który rozpoznałem od razu. Po chwili miałem na sobie kirys, rękawice i naręczaki, a w dłoni spoczął Ariel — ciężki miecz katowski o wydłużonej rękojeści, stworzony do zadawania ostatecznych rozstrzygnięć.

Zwykle sam dotyk tej broni mnie uspokajał.

Tym razem stało się inaczej.

Gdy zacisnąłem palce na rękojeści, przez moją głowę przemknął chór głosów — nie jeden szept, lecz wiele, jakby spod stali budziły się dawne bitwy, przysięgi, modlitwy i przekleństwa. Metal był lodowaty, a jednak po chwili poczułem w dłoni ciężar niemal żywy, pulsujący, jakby miecz oddychał własnym rytmem. W nozdrza uderzył mnie dziwny zapach: rdzy, wilgoci i czegoś ostrego, niemal ozonowego, jak przed burzą. Przez krótki moment miałem wrażenie, że Ariel nie daje się chwycić, lecz sam mnie rozpoznaje.

Sprawdziłem jeszcze kaburę. Pierro Beretta była na miejscu, pod lewym ramieniem.

To wystarczało.

— Jest ich dziesięciu. W tej części groty czterech — szepnęła Anna.

Ruszyliśmy.

Niemal od razu trafiliśmy na schody wykute w kamieniu. Z dołu dochodził pomruk rozmów. Z odbezpieczoną Berettą w dłoni zszedłem pierwszy, czując, jak serce tłucze mi się o żebra z siłą młota. Strach był prawdziwy, lepki i zimny, lecz obok niego rosła adrenalina — ta stara, drapieżna pewność, że za moment wszystko stanie się prostsze: oni albo my.

Na dole czekała komnata, jakiej nie spodziewałbym się znaleźć pod ruinami. Wyłożona dywanami, zastawiona bronią, pełna ostrzy leżących przy ścianach i na skrzyniach: od ceremonialnych mieczy godnych galerii po zaniedbane klingi o egzotycznych, niemal legendarnych kształtach. W blasku pochodni wyglądały jak relikwie po wojnach, których nikt już nie pamiętał. Mój wzrok przyciągnął rzeźbiony topór o trzonku ciemnym jak stare drewno z kaplicznego ołtarza.

Wtedy z drugiego końca sali wyszedł mężczyzna w kolczudze, z mieczem w dłoni. Był opancerzony tak, jakby dopiero co zszedł z pola bitwy albo nigdy go naprawdę nie opuścił. Spojrzał na mnie, zmrużył oczy i odezwał się tonem, w którym pobrzmiewało zdumienie.

— Hej ty… czego tu szukasz? O, Paweł herbu Szeliga, Carvillianem zwany…

Nie dokończył.

W jego plecy wbił się bełt. Wszedł głęboko, z mokrym, brutalnym dźwiękiem. Mężczyzna zatoczył się, wypuścił miecz i runął pomiędzy porzucone ostrza. Przez jedno uderzenie serca panowała cisza — ta szczególna, napięta cisza, która nigdy nie trwa długo, bo zaraz musi ją rozerwać przemoc.

Z bocznego przejścia wypadł rycerz w pełnej zbroi.

Nie było w nim nic z turniejowej ceremonialności. Nie przywitał się, nie zasalutował, nie zwolnił kroku. Runął na mnie jak taran.

Pierwszy cios sparowałem.

Drugi również.

Przy trzecim stal zawyła o stal, a iskry bryznęły w ciemność. Uderzenie poszło mi po barku aż do łokcia i zrozumiałem, że mam przed sobą nie przebierańca ani kolekcjonera, lecz człowieka, który potrafi zabijać w zbroi. Cofnąłem się o pół kroku. Pomyślałem tylko jedno: za wolny ruch i będzie po mnie.

Rycerz nacierał twardo i bezlitośnie. Ciął krótko, ekonomicznie, bez ozdobników. Każdy jego ruch miał sens, każdy niósł ciężar. Odpowiadałem Arielowi instynktem bardziej niż planem. Cios, blok, oddech. Cios, decyzja, krok w bok. Słyszałem własny oddech, zbyt głośny w hełmie nocy. Czułem, jak lęk próbuje dobrać mi się do kręgosłupa.

W pewnej chwili przeciwnik przechwycił broń na ricasie i zdzielił mnie głowicą w skroń.

Wszystko we mnie zadudniło.

Świat zachwiał się, a przez czaszkę przeszedł ostry biały błysk. Przez ułamek sekundy naprawdę się bałem. Nie bohatersko, nie pięknie — zwyczajnie, zwierzęco. Pomyślałem, że jeśli teraz upadnę, nie zdążę już wstać.

I właśnie wtedy wkroczyła Anna.

Poruszyła się szybko, niemal bezszelestnie. Jej szkockie cięcie poszło nisko i czysto, rozcinając paski przy elementach zbroi przeciwnika. Rycerz zaklął i na moment stracił pewność ruchu. To wystarczyło. Zobaczyłem w jego postawie pierwsze zawahanie — ledwie cień, ledwie pęknięcie. Próbował sięgnąć po flintę, lecz strzał poszedł chybiony, a huk odbił się od kamiennych ścian tak mocno, że aż zatrzęsło się powietrze.

To był ten moment.

Obróciłem się, wszedłem z przeciwtempa i poprowadziłem Ariela bez wahania. Najpierw poczułem opór stali. Potem kości. Potem ciała. Uderzenie poszło przez bark i szczękę. Rycerz osunął się ciężko, jak przewracany posąg, i runął martwy między dywany i oręż.

Przez chwilę tylko stałem, próbując złapać oddech.

Wtedy zobaczyłem coś, czego nie potrafiłem pojąć.

Ariel nie wyglądał już jak miecz.

Jakby rozpadł się na cztery części, jakby stal nagle zapomniała własnego kształtu, a w mojej dłoni zostało coś na kształt buławy lub osobliwego chwytaka do cudzej broni. Zamrugałem. Obraz nie znikał. Czułem ciężar rękojeści, lecz nie zgadzał się z tym, co widziały oczy. Przez metal przeszedł cichy drżeniowy ton, jakby w środku broni ktoś przeciągnął paznokciem po napiętej strunie. W nozdrza znowu uderzył mnie zapach rdzy i ozonu. Przeciwnik leżał martwy. To było realne. A jednak stal w mojej dłoni zdawała się podlegać prawom snu, nie żelaza.

Nie było czasu na namysł.

Zacząłem szukać innej broni. Chwyciłem topór, potem kilka mieczy, które mimo rdzy i wieku wciąż nosiły w sobie cień dawnej potęgi. Zawinąłem je w derkę. Czułem się przy tym jak grabieżca, świadek i wybraniec jednocześnie. Jak ktoś, komu pozwolono wynieść z podziemi nie tylko żelazo, lecz także sekret.

Gdy wydostaliśmy się wyżej, po raz kolejny zobaczyłem zamek. W nocnej poświacie ruiny wydawały się piękne i żałobne zarazem. Kiedyś musiał to być gród silny, dumny i pełen ludzi; teraz trwał już tylko jako kamienna pamięć o czyjejś chwale.

Wychodząc z lochów, zaczepiłem twarzą o gęstą chmarę pajęczyn.

Znieruchomiałem.

Dopiero wtedy zrozumiałem, że nie opuszczamy podziemi zwykłym korytarzem, lecz pajęczą jamą — zapomnianą norą, jakby wydrążoną nie dla ludzi, ale dla czegoś starszego, cierpliwszego i bardziej głodnego. Z obrzydzenia i strachu zrobiło mi się jednocześnie lodowato i gorąco. Wyskoczyłem stamtąd jak oparzony.

Kiedy wreszcie odzyskałem oddech, zobaczyłem Annę, która w milczeniu patrzyła na mój tobołek.

Rozwinąłem derkę.

Miecze były straszliwie stare i w opłakanym stanie. Niektóre rdza zjadła tak głęboko, że miały dziury na wylot. Nadawały się raczej do gablot kolekcjonera niż do dłoni współczesnego wojownika. Tylko jeden z nich wyglądał inaczej. Zachowany niemal doskonale, mienił się srebrzyście nawet w nędznym świetle nocy. Głowicę miał w kształcie diamentu chwytanego przez gryfa.

Nie wyglądał jak broń wydarta ruinom.

Wyglądał tak, jakby na mnie czekał.

Jego blask migotał mi przed oczami jeszcze długo.

Potem otworzyłem oczy naprawdę.

Leżałem na słońcu z zimnym kompresem na głowie. Ból pulsował mi w skroniach tak mocno, jakby ktoś wbijał tam tępe gwoździe. Obok spoczywał Ariel — cały, nienaruszony, a jednak dziwnie posępny. Ciemny połysk stali przypominał spojrzenie wiernego psa po bitwie albo milczenie rycerza, który przeżył coś, o czym nie chce mówić. Sin patrzyła na mnie smutno, z uwagą, która trwała odrobinę za długo. Potem uśmiechnęła się, jakby wszystko było w porządku.

Przez chwilę świat wydawał się zwyczajny.

Ciepło słońca leżało mi na twarzy. Gdzieś wysoko zaszumiał wiatr w koronach drzew. Ktoś niedaleko poruszył kamieniem albo suchą gałęzią i ten drobny, codzienny dźwięk zabrzmiał niemal kojąco. Pomyślałem, że może naprawdę tylko śniłem. Że noc, loch, rycerze i ta dziwna przemiana stali były jedynie gorączkowym majakiem po uderzeniu.

Nie wiedziałem już, co pamiętam, a co tylko mi się śniło. Wiedziałem tylko, że głowa boli mnie jak diabli.

Dopiero gdy uniosłem rękę do skroni, zobaczyłem na mankiecie cienką nić pajęczyny, przyklejoną zaschniętą krwią.

Wtedy po raz pierwszy przemknęła mi przez myśl możliwość, że loch wciąż nie wypuścił mnie całkiem, a noc, która miała należeć do ruin, dopiero zaczynała rozkładać nade mną swoje skrzydła.

Wirtualny świat

Słońce zachodziło czerwienią, a sen wciąż nie przychodził do bram jego umysłu.

Siedział w fotelu bez ruchu, z dłońmi opartymi o klawiaturę, jakby od wielu godzin nie tyle pracował, ile podtrzymywał system przy życiu samą obecnością. Coraz częściej miał wrażenie, że jeśli choć na chwilę odsunie palce od klawiszy, wszystko wokół rozsypie się na komunikaty błędów, trzaski przekaźników i ten szczególny rodzaj ciszy, który pojawia się wtedy, gdy elektronika nagle przestaje udawać nieśmiertelność.

Kiedyś ten pokój wyglądał inaczej.

Pamiętał go z czasów pierwszego wpięcia, z epoki, w której przyszłość pachniała nowym plastikiem, nagrzanym kineskopem i ozonem. Wtedy wszystko miało sensowny połysk obietnicy. Obudowy były gładkie, nieporysowane, przewody układały się w równych pętlach jak wojskowy apel, diody mrugały uprzejmie i z klasą, a hełm interfejsu leżał na biurku niczym relikwia jutra. Człowiek patrzył na taki sprzęt i myślał, że oto nadchodzi lepszy świat — szybszy, mądrzejszy, czystszy. Świat, w którym technologia wydłuży życie, uporządkuje chaos i uczyni ludzi mniej żałosnymi, niż byli dotąd. Jak zwykle technologia okazała się świetna w pierwszych dwóch punktach, a w trzecim zrobiła dokładnie odwrotnie.

Teraz po tamtej wizji zostało tylko wspomnienie.

Rozglądał się po kwaterze zmęczonym, lecz wciąż trzeźwym wzrokiem. Miał ochotę trochę tu posprzątać, wywalić parę rzeczy, może nawet odzyskać kawałek podłogi, ale od tygodnia jakoś nic mu się nie chciało. Zresztą doszedł już dawno do wniosku, że świat jest tak popieprzony, iż wszelki porządek stanowi wyłącznie bardziej elegancką formę marnowania czasu. Gdyby to od niego zależało, najchętniej wkopałby komuś dla równowagi kosmicznej, ale nie — nikt nawet nie miał przyzwoitości spojrzeć na niego krzywo.

Przez żaluzje sączyło się krwiste światło, padając dokładnie na klawiaturę. Przez moment wyglądało to tak, jakby urządzenie stanęło w ogniu. Dotknął plastiku i stwierdził z niejakim rozczarowaniem, że jest wręcz nienaturalnie zimny. A przecież stukał w niego już czternaście godzin. Sprzęt najwyraźniej zachowywał się z typową dla maszyn obrazą majestatu: człowiek się przegrzewa, a elektronika udaje, że wszystko jest zgodne ze specyfikacją.

Ostatnio mało sypiał i możliwe, że zwyczajnie nie wyczuwał już drobnych zmian temperatury ani innych sygnałów ostrzegawczych, które ciało wysyła, zanim postanowi złośliwie się zepsuć. Powoli dochodził do wniosku, że dziś ma po prostu pecha. Już szesnasty raz rozłączyło go z siecią, a kiedy połączenie wreszcie raczyło się utrzymać, transfer był oszałamiający — całe dziesięć megabajtów na minutę. Cywilizacja pędziła ku gwiazdom z zawrotną prędkością ślimaka po uspokajaczach.

Za zamkniętymi drzwiami słychać było ciche kroki.

Nie wchodziła, kiedy był podłączony. Taka była zasada. Jedna z tych, których nikt nigdy nie zapisał, ale przez lata przestrzegano ich dokładniej niż regulaminu przeciwpożarowego i podstawowych zasad rozsądku. Jeszcze z czasów, kiedy była tak mała, że nie rozumiała, dlaczego tata ma twarz jak ekran: obecną, lecz niewidzącą; oświetloną, a jednak nieobecną.

Choć i tak nie było źle. Wczoraj — chyba to było wczoraj — miał większy problem: nie mógł znaleźć komputera, a potem okazało się, że szukał go w niewłaściwym pokoju. Po tym jakże nieprzyjemnym incydencie napisał program do szukania komputera. Teraz pozostawało już tylko ustalić, w jaki sposób program do szukania komputera ma pomóc w szukaniu komputera. Ale to był inny problem, a świat i tak od dawna tonął w problemach stworzonych po to, by rozwiązywać wcześniejsze problemy, których nikt nie miał, dopóki nie pojawiły się nowe rozwiązania.

Program miał przecież dopiero wersję beta — podobnie jak jego mieszkanie. Tyle że mieszkanie osiągnęło już mniej więcej wersję 661,189 ASA i wciąż się mutowało, ulepszało oraz sabotowało. Miał nadzieję, że pokój w końcu się ustabilizuje. Oczywiście pod warunkiem, że wcześniej trochę go posprząta, co jak dotąd pozostawało równie prawdopodobne jak bezawaryjny update.

Ściany pokoju pokrywała siatka przewodów. Biegły wzdłuż listew, pod parapetem, przy suficie, za biurkiem i przy gniazdach interfejsu, splatając się w grube wiązki, które w półmroku przypominały żyły jakiegoś sztucznego organizmu. Pod jedną ścianą stały trzy monitory, dwa zasilacze awaryjne, rząd dysków twardych ustawionych z niemal chirurgiczną precyzją, moduły chłodzące, przejściówki, taśmy, porty, złącza i kilka urządzeń o tak specjalistycznym przeznaczeniu, że nawet ich producenci prawdopodobnie nie byli już pewni, do czego służą. Pośrodku tego wszystkiego siedział on, w fotelu z wyprofilowanym oparciem, z hełmem na głowie i rękawicami spiętymi z systemem. Wyglądał jak pilot statku kosmicznego, który dawno temu zapomniał, dokąd leciał, ale z zawodowej dumy wciąż poprawiał kurs.

Na podłodze, przy ścianie, leżał cienki materac, złożony koc i poduszka. Miejsce Jenny. Odkąd drugi pokój zniknął z mieszkania w którejś z kolejnych aktualizacji ich życia — tej serii łatek, obejść i technicznych kompromisów, które z czasem zastępują rodzinie normalność.

— Komputer, wskaż linie ochronne oraz systemy zabezpieczające. Mam nadzieję, że tym razem nie przeskoczysz sobie na linię wojskową. Do cholery, skąd w pokoju przeciąg? A niech to, ktoś się dobrał do zewnętrznej ściany. Komputer, napraw uszkodzenia w trybie natychmiastowym. O, żeby to tak… ściany migają, okna wypadają i jest tylko noc.

Urwał i przechylił głowę, nasłuchując szumu w słuchawkach.

Na jednym z monitorów przewinął się log połączeń: daty, identyfikatory sesji, ciągi znaków, czasy odpowiedzi. Dla niego był to tylko kolejny ślad pracy systemu, zwykła biurokracja maszyn. Dla Jenny ten ekran od dawna znaczył więcej. Kiedyś, mając osiem lat, zauważyła, że zapis urywa się nagle w jednym miejscu, a potem zaczyna od nowa, niemal od tego samego punktu, tylko z lekko innym numerem sesji. Wtedy nie rozumiała jeszcze, na co patrzy. Później zrozumiała aż za dobrze i od tamtej chwili już nigdy nie patrzyła na ojca całkiem tak samo.

— Jenny, sprawdź połączenie z hełmem oraz zasilanie sieci… proszę.

Tym razem weszła od razu.

Miała szesnaście lat, ale poruszała się ciszej niż większość dorosłych. To nie była lekkość. To była ostrożność ludzi wychowanych przy sprzęcie, który zawsze mógł zapiszczeć, rozbłysnąć albo odmówić współpracy dokładnie wtedy, gdy nie było wolno go rozpraszać. Twarz miała jeszcze młodą, lecz oczy już nie. W oczach od dawna nosiła zmęczenie kogoś, kto dorastał w towarzystwie instrukcji obsługi, kabli i człowieka, który coraz częściej rozmawiał z systemem, a coraz rzadziej z nią.

Podeszła do stanowiska i pochyliła się nad drugim monitorem.

— Aha, już sprawdzam — powiedziała cicho. — Ale to chyba coś z prądem. UPS zaczął dziwnie pikać.

— Tam do cholery… a niech to… Komputer, przejdź w stan oczekiwania przed wzbudzeniem. Mam nadzieję, że zdąży.

Jenny wiedziała, że odpowiada mu nie komputer. A przynajmniej nie tylko komputer. Wiedziała to od lat, choć nigdy nie wypowiedziała tej myśli na głos. Były rzeczy, których nie nazywa się wprost, zwłaszcza jeśli przez całe dzieciństwo patrzyło się, jak ktoś bliski staje się coraz mniej człowiekiem, a coraz bardziej procesem podtrzymywanym przez uprzejmość systemu.

Podeszła bliżej.

Delikatnie zsunęła mu hełm. Rozłączyła rękawice. Odpinała przewody ostrożnie, niemal czule, jakby nie odłączała aparatury, lecz domykała coś, co dawno temu powinno było się skończyć.

Spojrzała mu w oczy.

Jeszcze się jarzyły. Drobne iskry odbijały się w źrenicach, jakby gdzieś daleko, po drugiej stronie szkła, wciąż trwał sztuczny zachód słońca generowany na potrzeby czyjegoś komfortu psychicznego.

UPS piszczał coraz głośniej, przeciągłym, natrętnym tonem. Nie alarmował już. Raczej żałobnie zawodził, jakby próbował własnym cienkim głosem podtrzymać coś, czego nie powinno się podtrzymywać. Ciało ojca w fotelu opadło lekko, bez dramatyzmu, bez filmowej przesady. Po prostu wyszło z niego napięcie — tak jak schodzi powietrze ze starego materaca albo jak milknie monitor po długiej nocy pracy, kiedy nawet wentylator rezygnuje z ostatniego słowa.

Jeszcze przez chwilę patrzyła w jego oczy.

Potem zgasły.

Komputer jeszcze raz mignął, a potem zamilkł.

Podobnie jak ojciec.

Zapadła kompletna cisza.

Jenny stała bez ruchu kilka sekund dłużej, niż wymagała tego rzeczywistość. Jakby chciała upewnić się, że tym razem nic już się nie wznowi, nie zrestartuje, nie cofnie do poprzedniego punktu zapisu. Jakby całe życie uczyło ją, że koniec nigdy nie jest końcem, tylko kolejną, źle opisaną opcją w menu.

Potem podeszła do okna i uniosła rolety.

Po raz pierwszy od szesnastu lat zrobiła to bez lęku.

Do środka wlało się prawdziwe światło. Nie ekranowa poświata, nie cyfrowa imitacja zachodu, nie filtr koloru ustawiony w oprogramowaniu nastroju, lecz zwykły, chłodny blask zimowego popołudnia. Otworzyła też okno.

I dopiero wtedy pokój pokazał się takim, jakim był naprawdę.

Nie jak w jego pamięci, gdzie wszystko wciąż miało połysk przyszłości, lecz jak w jej oczach — po latach. Ascetyczny. Wychłodzony. Prawie kliniczny w swojej dyscyplinie. Szkło, metal, mleczny plastik, gładkie powierzchnie, cienkie linie paneli, kasety z danymi opisane równym pismem, obudowy pozbawione ozdobników, jakby całe wnętrze zaprojektowano nie dla życia, lecz dla trwania. Nawet kurz osiadał tu z jakąś niemal laboratoryjną grzecznością. Tylko zwyczajny przeciąg, który wpadł przez otwarte okno, poruszył luźną kartkę, tknął kabel przy biurku i sprawił, że pomieszczenie na moment przestało przypominać kapsułę podtrzymywania świadomości, a znów stało się pokojem. Pustym, chłodnym i ludzkim dopiero wtedy, kiedy przestał działać.

Ojciec już się nie poruszył.

Po chwili komputer uruchomił się ponownie.

Jenny spojrzała najpierw na fotel, potem na ekran. System przeprowadzał ScanDisk, uprzejmie informując, że Windows nie został zamknięty poprawnie i że w celu uniknięcia podobnych problemów w przyszłości należy zawsze zamykać system za pomocą przycisku Start na pasku zadań. Technologia miała jednak niezrównany dar dobrego wychowania. Potrafiła pouczać człowieka nawet wtedy, gdy człowiek właśnie przestał istnieć.

Uśmiechnęła się lekko.

Nie był to uśmiech radości. Raczej ten szczególny grymas człowieka, który przez lata uczył się cudzego sposobu myślenia tak długo, aż w końcu przerósł jego autora.

Usiadła przy klawiaturze.

Wpisała hasło:

„Moja Jenny”

Komputer poprawnie rozpoznał ustawienia użytkownika i uruchomił system.

Miała szesnaście lat i przez szesnaście lat uczyła się, jak on myśli. Jak obchodzi zabezpieczenia. Jak rozmawia z maszyną. Jak gubi się we własnych procedurach i wraca do nich z uporem człowieka, który dawno pomylił nawyk z tożsamością. Teraz wiedziała już wystarczająco dużo, żeby skończyć to, czego on nie potrafił.

Otworzyła tryb DOS i wpisała:

format c: /s

Potem potwierdziła wybór.

Nie drgnęła, kiedy system poprosił o ostateczne potwierdzenie, jakby chciał upewnić się, czy człowiek rzeczywiście zamierza zrobić coś nieodwracalnego. Czekała spokojnie, aż pasek postępu przesunie się do końca, jakby nie kasował danych, lecz domykał długi, przeciągający się ból. Jakby nie niszczyła świata, tylko gasiła sztuczne światło w pokoju, z którego nikt już dawno nie umiał wyjść.

Kiedy wszystko się skończyło, wstała.

Podeszła do stolika pod ścianą i wzięła do ręki ciężki młot. Był zimny, prosty, uczciwy — prawdziwy w sposób, w jaki nic w tym pokoju nie było prawdziwe od bardzo dawna.

Rzuciła nim w komputer.

Obudowa pękła z głuchym trzaskiem. Monitor rozszedł się pajęczyną szkła. Ze środka buchnął zapach kurzu, rozgrzanego plastiku i ostatecznej martwoty. Przez ułamek sekundy uszkodzony ekran zamigotał jeszcze komunikatem:

SYSTEM MALFUNCTION. PRESS REBOOT. NOW SYSTEM IS SHUTDOWN.

Patrzyła na ten napis bez słowa.

Potem odwróciła się i wyszła z pokoju.

W końcu był rok 2000 i czas trochę się zabawić. Po prostu zacząć żyć.

Mieli sylwestra, jakiego już nigdy nie będzie.

Zew Cthulhu

Życie, którego nie było

Kronika Scotta Jamesa Soulless, zestawiona z jego notatek, listów i wypisów bibliotecznych. Uzupełniona tam, gdzie on sam zamilkł.

21 stycznia 1883. Nowy Jork.

Tej zimy mróz trzymał miasto od tygodni. Na Hudson rzece pękał lód z dźwiękiem podobnym do odległych strzałów armatnich i nikt z mieszkańców pobliskich ulic nie spał spokojnie, bo każdy głęboki trzask o północy brzmiał jak zwiastun czegoś nieokreślonego, a zatem gorszego niż to, czemu można by nadać imię.

O godzinie szóstej trzydzieści rano, przy szarawym świetle wpadającym przez zaśnieżone okno kamienicy przy East Thirty-Second Street, przyszedłem na świat.

Matka mówiła później, że krzyknąłem tylko raz — krótko, niemal z irytacją — i zaraz potem zamilkłem z wyrazem skupienia, który nie należy do noworodków. Położna uznała to za dobry znak. Matka nigdy nie była pewna.

Ojciec, James Elliot Soulless, inżynier kolejowy z ambicjami wyższymi niż jego zarobki, zapisał w księdze domowej: Scott James Soulless, urodzony 21 stycznia Anno Domini 1883, zdrowy, milczący, z oczami koloru szarej wody. Niech Bóg go prowadzi.

Bóg miał inne plany.

Lata 1883—1889. Dom rodzinny. Sporadycznie Kanada.

Pierwsze sześć lat życia pamiętam w urywkach, jak obrazy z latarni magicznej widziane przez zakurzone szkło. Nasz dom przy East Thirty-Second był ciasny, ciepły i pachniał maszyną do szycia, którą matka cisnęła przez całe popołudnia. Ojciec wracał późno, z twarzą zamkniętą jak drzwi, których nie wolno było otwierać bez wyraźnego zaproszenia.

Cztery, może sześć razy w ciągu tych lat babcia Stephanie — matka ojca, Johnson-Mark z domu, wdowa po emigrancie z Bristolu — zabierała mnie do Kanady. Do prowincji Ontario, do małego miasteczka, które wyglądało jak szkic nie przerysowany na czysto: proste ulice, białe domy, kościół z dzwonnicą, za którą każdego wieczoru zachodziło słońce dokładnie w tym samym miejscu.

Babcia miała bibliotekę. Nie wielką — kilkanaście półek — ale głęboką. Powieści, atlasy, stare gazety oprawione w tomy, i jedno osobne pudło na antresoli, do którego nigdy nie zaglądała przy mnie, lecz które przyciągało mój wzrok za każdym razem, kiedy wchodziłem do pokoju. Nigdy nie zapytałem, co w nim jest. Babcia nigdy nie powiedziała.

To właśnie u niej nauczyłem się siedzieć z książką przez całe popołudnia nie poruszając się, kiedy inni chłopcy tarzali się po śniegu lub biegali wzdłuż płotów z kijami. Matka martwiła się, że jestem chorowity. Babcia mówiła, że jestem skupiony. Miała rację — choć skupiony na czym, sama wtedy jeszcze nie wiedziała.

1890—1899. Podstawowa szkoła numer 414 imienia Świętego Augustyna.

Szkoła stała przy ciemnej ulicy, której nazwa zmieniała się zależnie od pory roku — latem nazywano ją Koronkową, zimą Czarną, choć oficjalnie pozostawała Świętego Jerzego przez cały rok. Budynek był z czerwonej cegły, wiecznie wilgotny w dolnych partiach i wiecznie suchy pod samym dachem, przez co sprawiał wrażenie dwóch różnych budowli złożonych razem przez niedbałego architekta.

Dziesięć lat. Ukończyłem je z wyróżnieniem — nie dlatego, że byłem szczególnie utalentowany, ale dlatego, że miałem pamięć jak biblioteczny indeks: raz przeczytane zostawało. Nauczyciel historii powiedział mi na koniec ostatniego roku, że mam w głowie za dużo, żeby żyć lekko. Uznałem to za komplement. On zapewne miał na myśli ostrzeżenie.

Z okazji ukończenia dziesiątej klasy dziadek — Alastair Soulless, człowiek, który całe życie handlował czymś, o czym nigdy nie mówił wprost — zabrał mnie w podróż. Kilka miesięcy. Kraje azjatyckie i Arabia.

Dziadek wiedział, co robi.

Kair, Konstantynopol, Bombaj, Kalkata, Aden. Tłumy, zapachy, języki, których nie rozumiałem, ale których rytm trafiał prosto pod skórę. Świątynie stare jak strach ludzki. Bazary, gdzie sprzedawano rzeczy, którym nie potrafiłem nadać nazwy. I ludzie — przewodnicy, kupcy, kapłani, żebracy — którzy patrzyli na mnie w pewien szczególny sposób, jakby widzieli nie szesnastoletniego chłopca z Nowego Jorku, lecz kogoś, kto będzie zadawał pytania, których nikt nie powinien zadawać.

Jeden z nich — stary Koptyjczyk w Kairze, na wąskiej uliczce przy rynku — chwycił mnie za nadgarstek i powiedział coś po arabsku. Dziadek przetłumaczył dopiero wieczorem, w hotelu, patrząc przez okno na Nil: Mówi, że śpisz z oczami otwartymi. Że to nie jest dobre. Zapytałem, co miał na myśli. Dziadek powiedział: Zapewne to, co powiedział.

Nie spałem tej nocy. Leżałem w hotelowym łóżku i słuchałem, jak miasto oddycha. Coś się zmieniło — lub może tylko dotarło do mnie, że coś zmieniło się dużo wcześniej, a ja dopiero teraz pozwalam sobie to zauważyć.

Wróciłem do Nowego Jorku inny. Nie dramatycznie. Nie w sposób widoczny dla matki ani ojca. Po prostu wiedziałem już, że interesuje mnie to, czego w podręcznikach nie ma.

1901—1910. High School imienia Stuarta Becksa. Sekta. Rozpad.

Szkoła przy Bedford Street była lepsza niż poprzednia — większa, jaśniejsza, z nauczycielami, którzy przynajmniej udawali, że mają poglądy.

Dwóch z nich miało je naprawdę.

John Policzek, biochemik, Polak z krwi i angielskiego paszportu, prowadził lekcje biologii w sposób, który sprawiał wrażenie, jakby materia organiczna była dla niego osobistą obelgą — jakby nie mógł przebaczyć ciału jego ograniczeń. Mówił o komórkach jak o więzieniu, w którym siedzi coś, co zasługuje na lepsze lokum. Kiedy inni wychodzili po dzwonku, zostaliśmy nieraz po lekcji i rozmawialiśmy o tym, czy granica między żywym a martwym jest fizyczna, czy tylko konwencjonalna.

Stefan Dover, historyk i psycholog z zamiłowania — to połączenie nigdy nie jest przypadkowe — interesował się tym, co ludzie wierzą. Nie teologią. Wiarą jako narzędziem. Jak pewne obrazy, określone słowa i rytmy dźwiękowe działają na ciało bez pośrednictwa rozumu. Pożyczył mi Frazera i Lévy-Bruhla. Potem Wundta. Potem coś znacznie starszego, bez tytułu na grzbiecie, w oprawie z szarego płótna.

Przeczytałem to w trzy noce.

Rok 1905. Robert Manson — kolega z roku, człowiek o twarzy, która w jasnym pomieszczeniu wyglądała łagodnie, lecz w cieniu nabierała kształtu zupełnie innego — zaprowadził mnie pewnego wtorkowego wieczoru do mieszkania przy Canal Street.

Było ich czternastu.

Sekta, jak to nazywam teraz z obowiązku terminologicznego, nie miała nazwy, którą chętnie ujawniała. W zewnętrznym obiegu funkcjonowała jako towarzystwo ezoteryczne, w nieco węższym — jako krąg studiów nad granicami percepcji. W środku — tylko u kilkorga z nich, i dopiero po kilku miesiącach — mówiło się wprost: studium sił, które poprzedzają kulturę i przeżyją cywilizację.

Przez trzy lata uczyłem się tam więcej, niż w jakiejkolwiek szkole.

Rytuały przywoływania i odsyłania — nie demonstracje mistyczne dla naiwnych, lecz precyzyjne struktury psychosemantyczne, które działają na coś w człowieku głębiej niż słowa. Geometria jako język sił. Dźwięk jako klucz. Milczenie jako brama. Odkryłem, że mam do tego powinowactwo, które niepokoiło starszych braci bardziej, niż gotowi byli przyznać.

Poczynione przeze mnie odkrycia na gruncie metafizyczno-okultystycznym pozostawię nieopisane. Nie dlatego, że są tajemne. Lecz dlatego, że opis wymaga słów, a słowa wymagają definicji, a definicje dla tego, czego dotknąłem, jeszcze nie istniały.

Rok 1910. Ukończyłem szkołę. Sekta rozpadła się — nie dramatycznie, nie przez zewnętrzną presję, lecz przez coś, co można by nazwać wypełnieniem. Jakby pewien etap dobiegł końca i każdy z osobna poczuł to w tym samym tygodniu. Manson wyjechał do Bostonu. Kilkoro innych zniknęło z mojego życia bez wyjaśnień, czego nie żałowałem. Pozostałem z notatkami, które zajmowały cztery grube tomy, i z pewną wiedzą, której nikt nie mógłby mi zabrać, bo nikt poza mną nie wiedział, że ją mam.

1910—1917. Cambridge. Oxford. Praca naukowa. Podróże.

Na Cambridge dostałem się po wakacjach, właściwie bez starań — komisja egzaminacyjna spojrzała na moje prace przygotowawcze i przyznała stypendium bez zbędnych ceregieli. Jeden z profesorów powiedział mi potem, że nie często czytają egzamin, który sprawia wrażenie, jakby kandydat rozumiał pytania lepiej niż ich autorzy.

Anglia. Jesień. Deszcz odmienny od nowojorskiego — wolniejszy, bardziej zdecydowany, pełen przekonania, że ma pełne prawo przemoczyć wszystko do ostatniego włókna. Cambridge witało mgłą i zapachem mokrego kamienia, który pamiętał sześć stuleci wilgoci i uczonych zaszczytów.

Biblioteka Królewska stała się moim domem. Spędzałem w niej popołudnia i noce — nikt nie pilnował godzin, o ile nie robiło się hałasu i nie wniosło się jedzenia. Czytałem systematycznie i bez planu jednocześnie: koptyjskie papirusy, nordyckie manuskrypty, arabskie traktaty kopiowane przez benedyktyńskich mnichów, którzy nie rozumieli ani słowa, a jednak skopiowali każdą literę z perfekcją, która świadczy o szacunku graniczącym ze strachem.

Obroniwszy pracę doktorską, przeniosłem się do Oxfordu.

Habilitacja. Tytuł naukowy. Rok 1917. Świat płonął — Europa rozpadała się na frontach, których linie wyglądały na mapach jak rany cięte tępym narzędziem — a ja siedziałem w bibliotece i pisałem o tym, co istnieje pod powierzchnią ludzkich mitologii.

Moja teza brzmiała prosto: istnieje klasa zjawisk opisywanych w sposób niezależny przez kultury pozbawione kontaktu ze sobą — opisywanych tymi samymi metaforami, tymi samymi strukturami lęku, tymi samymi gestami rytualnymi — która nie może być produktem przypadku ani wspólnych archetypów psychicznych. Jest produktem doświadczenia.

Komisja przyjęła habilitację z milczącą rezerwą, którą nauczyłem się rozróżniać od potępienia. Milcząca rezerwa oznacza: wiemy, że coś jest tutaj. Nie wiemy tylko, czy chcemy to nazwać.

W latach 1913—1919, równolegle z pisaniem, zbierałem materiały. Azja — powrót do miejsc z podróży z dziadkiem, tym razem bez pośrednika. Arabia. Kraje europejskie o długiej pamięci: Bawaria, Prowansja, Dalmatia. I wreszcie Skandynawia — Norwegia, lodowate wybrzeże, stare nazwy miejscowe, które w starszych mapach wyglądają jak ostrzeżenia.

W każdym z tych miejsc coś potwierdzało moje tezy.

W niektórych — zbyt wiele.

Rok 1910 do śmierci. Biblioteki.

Należę do kilku bibliotek: Oxford Bibliotheca, New York Public Library, Chicago Newberry, Bruksela Bibliothèque Royale. Piszę to nie jako wymienienie tytułów, lecz jako mapę cierpliwości. Wszystkie, co naprawdę ważne, ukrywa się w tych miejscach, między podpisanymi kartonami i niezindeksowanymi rękopisami, które czekają na kogoś, kto szuka właśnie tego, co oni sami nie wiedzą, że mają.

Bibliotekarz w Oxfordzie, pan Hargreaves, powiedział mi kiedyś, że zna moje kroki bez patrzenia, bo chodzę inaczej niż inni użytkownicy. Inaczej jak? — zapytałem. Tak, jakby pan wiedział, gdzie iść. Jakby to on chodził z panem, a nie pan z nim.

Uznałem, że miał na myśli metaforę. Nie jestem pewien.

Rok 1919. Bruksela.

Przeprowadzka.

Europa po wojnie wyglądała jak człowiek, który przeżył coś strasznego i stara się teraz zachowywać normalnie — z tym wysiłkiem, który jest widoczny właśnie dlatego, że jest wysiłkiem. Bruksela była w tej grze lepsza niż inne miasta. Fasada spokoju dobrze utrzymana. Kawiarnie pełne. Tramwaje na czas.

Pracowałem nad ostatecznym zestawieniem materiałów. Pięć lat podróży, cztery tomy notatek, dwieście stron korespondencji z uczonymi w czterech językach. Zaczynał się kształtować obraz, który — gdybym miał go opisać jednym zdaniem — powiedziałbym tak: coś nam poprzedza. Coś, co istniało przed językiem, przed ceremonią, przed każdym ze sposobów, którymi człowiek stara się nadać kształt temu, czego się boi. I to coś nie zniknęło. Tylko czeka. Być może z cierpliwością proporcjonalną do swojego wieku.

Bruksela trwała rok. Wystarczyła.

Rok 1920. Nowy Jork. Plany. Początek końca.

Wróciłem do Nowego Jorku wiosną, kiedy miasto jeszcze nie zdecydowało się na upał. Wzięłem mieszkanie na Manhattanie, przy West Forty-Eighth — spokojne, z oknem wychodzącym na wewnętrzne podwórko, gdzie stara topola rzucała cień na ceglany mur przez całe popołudnia.

Miałem plany.

Nie akademickie. Akademia skończyła się dla mnie przy tej szufladzie w Oxfordzie, do której złożono mój tytuł. Co właściwie zrobiłem, uzyskując habilitację? Zalegalizowałem pewne pytania. Nadałem im status naukowy. Uczyniłem je dopuszczalnymi w konwersacji z poważnymi ludźmi. Teraz czas był zrobić z nimi coś więcej.

Chciałem zbudować świątynię.

Nie w sensie religijnym — choć granica między tym, co religijne, a tym, co poza religią, jest subtelna i krucha jak patyna na starym lustrze. Raczej w sensie, który znałem z traktatów o strukturach sakralnych starożytnego Bliskiego Wschodu: miejsce, które przez swoją formę geometryczną i przestrzenną staje się węzłem. Miejscem, w którym coś, co zwykle jest rozproszone, zbiera się.

Projekt oparty był na zigguratach — mezopotamskich strukturach schodkowych, których proporcje wciąż budzą we mnie niepokój potwierdzający, że autorzy wiedzieli coś, czego nie dali po sobie poznać. Uzupełniałem go o zapisy archeologiczne, które zebrałem podczas podróży, i o pewne schematy wywiedzione z wypisów inkańskich — inne cywilizacje, inny kontynent, ta sama obsesja geometrii jako języka kierowanego nie do ludzi.

Zacząłem budowę jesienią.

Miejsce wybrałem na obrzeżach miasta — kawałek ziemi, który wszyscy z osobna mieli dobre powody omijać. Stara fabryka, pożar, gruz, zarośla przez ćwierć wieku. Kupno nie nastręczyło trudności.

Pierwsze fundamenty. Pierwsze kamienie.

I pierwsze rzeczy, o których tu nie napiszę.

Nie dlatego, że nie ma słów. Dlatego, że słowa w tym miejscu zaczynają robić to, co zawsze obawiałem się, że mogą zrobić: otwierać, zamiast opisywać.

Rok 1921. Ostatni wpis. Ktoś inny.

Niniejszy zapis sporządzono na podstawie materiałów znalezionych w mieszkaniu przy West Forty-Eighth Street po tym, jak właściciel nie dał znaku życia przez cztery tygodnie.

Scott James Soulless, profesor, badacz, autor trzech prac naukowych i znacznej liczby nieopublikowanych notatek, zaginął w roku 1921, w rok po rozpoczęciu budowy.

Budowy czego — to wciąż pozostaje pytaniem otwartym.

Na działce znaleziono fragmenty murów w układzie, którego żaden z przesłuchiwanych architektów nie potrafił zidentyfikować. Część fundamentów zdawała się nie opierać na niczym — jakby ziemia pod nimi była albo nieobecna, albo, jak to niezręcznie ujął jeden z robotników: zajęta czymś innym.

Jedynym znaleziskiem godnym odnotowania był zeszyt w szarej oprawie, leżący na środku wylanego fundamentu, niezarysowany, niezniszczony mimo warunków atmosferycznych, otwarty na ostatniej stronie z jednym zdaniem zapisanym atramentem, który nie jest atramentem, jaki można kupić w żadnym sklepie piśmienniczym w Nowym Jorku.

Zdanie brzmiało: Przybyłem.

Czy napisał to Soulless — tego nie ustalono.

Nazwisko na okładce zeszytu było jego. Charakter pisma we wnętrzu — nie wiadomo.

Sprawę zamknięto jako zaginięcie bez wyjaśnienia.

Żadnego ciała. Żadnych świadków. Żadnego dowodu, który można by z czymkolwiek powiązać.

Tylko te fundamenty, ten zeszyt i tamto jedno zdanie.

I to milczenie, które w tamtym miejscu było gęstsze niż milczenie powinno być.


Człowiek, który zniknął

Był raz chłopak.

W bajkach mówi się to z przyjemnością — był raz — jakby odległość w czasie czyniła wszystko znośniejszym, a może po prostu czytelniejszym: bezpieczna gablota przeszłości, za której szybą rzeczy wyglądają jak eksponaty, a nie jak rany. Tutaj mówimy to z konieczności. Bo chłopak ten istniał w czasie, który nie jest już naszym czasem — i zniknął w sposób, który nie był żadnym z ludzkich sposobów znikania.

Nie umarł. Przynajmniej nie w sensie, który uznałby lekarz, wypisując zaświadczenie.

Ale nie ma go w żaden z sensów, który uznałby ktokolwiek inny.

Na początku był nikim.

To nie jest metafora. Nie jest przesada dla dramatycznego efektu. Jest to dokładny opis stanu rzeczy, zimny i techniczny jak wynik badania krwi.

Chłopak chodził po świecie jak cień kogoś, kto nie przyszedł. Miał twarz, miał imię, miał swój stały stolik w szkolnej stołówce przy oknie, które latem przeciekało od deszczu, i swoje miejsce na końcu rzędu w klasie, tam gdzie światło padało zbyt ukośnie na kartkę, żeby pisać bez wysiłku. Miał to wszystko. I mimo to jakoś go nie było.

Kiedy ktoś mówił: znam go — prawie zawsze dodawał, że wiesz, straszny z niego nudziarz. I egoista.

Słyszał to. Nie w sensie podsłuchiwanym — po prostu takie rzeczy docierają, bo ich przeznaczeniem jest dotrzeć. Prawdy o sobie, nieproszony. Prawdy brzydkie przede wszystkim, bo brzydkie nie pytają o zgodę.

Miał dwóch przyjaciół, może trzech, jeśli liczyć szczodrobliwie i z przymrużeniem oka. Chłopców, którzy tolerowali jego obecność jako tło, które nie wymaga komentarza — jak meble w pokoju albo wzór na tapecie. Nie byli źli. Po prostu nie mieli dla niego uwagi, a uwaga jest tym, co odróżnia istnienie od bycia obecnym.

Był w wieku, w którym bycie nikim boli podwójnie: człowiek jest już dość duży, żeby rozumieć, co traci, i jeszcze zbyt mały, żeby móc to zmienić w sposób, który nie byłby kłamstwem.

Wieczorami patrzył w lustro nad umywalką.

Długo. Zbyt długo jak na zwykłe mycie zębów. Stał tam z kubeczkiem i szczoteczką, i patrzył na tę twarz w szkle tak, jakby szukał w niej dowodu. Potwierdzenia. Czegoś, co powiedziałoby: owszem, tutaj jest ktoś. Za tymi rysami, za tymi oczami, za tą skórą — jest ktoś konkretny, nie tylko zestawienie anatomii złożone przez przypadek.

Odbicie milczało. Odbicia nigdy nie mówią pierwsze.

A cień — cień był dziwny.

Chłopak zauważył to pewnej popołudniowej chwili, kiedy słońce przez okno klasowe padało pod kątem równoległym do podłogi: jego cień był trochę dłuższy niż powinien. Trochę bardziej nieruchomy, gdy on sam się ruszał. Jakby miał własne zdanie na temat każdego gestu — nie naśladował, lecz interpretował. Jakby wiedział coś, czego właściciel jeszcze nie wiedział.

Nikt inny tego nie widział. Ale chłopak, który był nikim, zapamiętał.

Może właśnie dlatego, że był nikim — miał więcej czasu na obserwowanie cieni.

Na końcu ósmej klasy zaplanowano wycieczkę.

Jezioro, las, dwa noclegi w schronisku, które wychowawczyni opisywała z entuzjazmem wyraźnie nieproporcjonalnym do rzeczywistości. Dla klasy była to wielka sprawa — te kilka dni poza domem z poczuciem tymczasowej wolności, które smakuje inaczej niż każda wolność trwała, bo ma znane ramy i dlatego można ją poczuć bez lęku.

Dla chłopaka, który był nikim, była to okazja.

Ostatnia, jak sam sobie powiedział, leżąc w nocy przed wyjazdem i patrząc w sufit. Bo potem liceum. Nowe klasy, nowi ludzie, i albo zacznie od nowa, albo skończy tak, jak zaczął: jako ktoś na końcu rzędu, przy oknie z ukośnym światłem, z tą samą ciszą po obu stronach.

Postanowił, że wróci inny. Niekoniecznie lepszy. Inny.

Plan był prosty do granic banalności. Powiedzieć kilka rzeczy o sobie, przy czym te rzeczy nie muszą być do końca prawdziwe. Nakłamać starannie, przybrać inny kształt, utrzymać go wystarczająco długo, żeby stał się prawdziwszy niż prawda. Żeby inni zobaczyli kogoś — a kiedy zobaczą kogoś, może i on sam nauczy się widzieć.

W planie był optymizm. Małoletni, ale prawdziwy.

Wycieczkę pamięta się w urywkach: autobus z bagażnikiem pełnym toreb, wrzask, śmiech, deszcz na szybach przez pierwsze dwie godziny, który potem ustał i odsłonił las taki, jakiego miasto nie produkuje — prawdziwy, nieuprzejmy, z zapachem gleby i powaloną gdzieś sosną, i ciszą, która w lesie jest zupełnie innej gęstości niż gdziekolwiek indziej.

Schronisko pachniało drewnem i starymi kocami.

Drugiego dnia, na łące przed schroniskiem, zaczęli grać w nogę.

Chłopak grał, jak zwykle, za mocno.

To była stała jego właściwość — zbyt dużo siły, zbyt mało taktyki, zbyt wiele potrzeby udowodnienia czegoś, czego sam nie umiałby nazwać. Może tego, że jest. Może po prostu tego.

Kopnął Franka — tego od Legii, który wyćwiczył chód prowokacji i nosił ją jak mundur, bo wiedział, że nikt mu nie odpowie. Kopnął za mocno. Piłka trafiła w Franka zamiast w cel i to był koniec spokojnej gry.

— Ty, Parker — powiedział Franek, podchodząc — chcesz koniecznie dostać?

Za nim kilku innych. Układ dobrze znany, precyzyjnie hierarchiczny: silniejszy zbliża się powoli, bo nie musi się spieszyć, bo przestrzeń i tak jest jego. Słabszy stoi. Wszyscy patrzą.

Chłopak stał.

Czuł spojrzenia klasy jak ciężar rozłożony równomiernie na całym ciele. To spojrzenie, które zawsze towarzyszyło takim sytuacjom — nie wrogie, tylko ciekawskie. Spektatorskie. Publiczność, która nie wybrała jeszcze, dla kogo kibicować.

Zaczął, jak zwykle, dyplomacją. Bo tak kazał schemat — najpierw dyplomacja, potem ucieczka, potem nadzieja, że za tydzień wszyscy zapomną. Wiedział, że tym razem to nie zadziała.

— Hej, Franek — powiedział spokojnie — daj sobie luz. Nie mam ochoty cię bić.

Zdanie to zrobiło dokładnie to, co miało zrobić, ale odwrotnie niż chłopak planował: rozjuszyło Franka bardziej niż każdy cios. Bo nikt tak nie mówi do Franka. Nikt, kto liczy się z konsekwencjami. Nikt, kto rozumie porządek rzeczy.

— Bierz go, chłopaki.

I w tej chwili — między jednym oddechem a drugim, w szczelinę czasową, która trwa może pół sekundy, a mieści w sobie cale decyzje — coś się w chłopaku przestawiło.

Nie gniew. Nie adrenalina sama w sobie. Coś spokojniejszego, głębszego. Jakby ktoś w środku niego nacisnął włącznik, który do tej pory był przykryty kurzem.

Powiedział sobie: to jest ten moment.

Nie jutro. Nie w liceum. Nie kiedyś, gdy będzie gotowy. Teraz.

Pobił ich.

Nie z furią — to ważne. Z dokładnością. Każdy ruch miał cel, każde odepchnięcie miało kierunek i miarę. Nie walczył jak chłopak, który chce komuś zrobić krzywdę. Walczył jak ktoś, kto rozwiązuje problem przestrzenno-czasowy: ten człowiek jest tutaj, musi znaleźć się tam, droga jest prosta.

Franek wylądował na trawie z miną człowieka, który właśnie dowiedział się, że jego mapa świata jest nieaktualna. Pozostali cofnęli się po kolei, z wyrazem twarzy, który jest trudny do opisania, bo jest to wyraz zderzenia ze zdumieniem — nie bólem, lecz właśnie zdumieniem. Z poczuciem, że pewne zasady przestały działać bez uprzedzenia.

Klasa stała w ciszy, którą chłopak poczuł na skórze jak zmianę ciśnienia atmosferycznego. Jeden z tych momentów, w których cały pokój wstrzymuje oddech nie przez umowę, lecz przez odruch.

A potem pytania — gradem, jedno za drugim, nakładające się na siebie:

— Gdzie się tego nauczyłeś?

— Ćwiczysz coś?

— Mówię wam, on musi coś ćwiczyć!

Stał pośrodku tych pytań. Oddychał spokojnie. I po raz pierwszy w życiu poczuł, jak uwaga innych spada na niego z całą swoją wagą. Nie lekko, nie jak promień słońca — jak opadający kamień. Ciężko, konkretnie, bez możliwości wątpienia w jego obecność.

Wiedział, co powiedzieć.

Wybrał sztukę walki, o której czytał — jedną z mniej znanych, trudniejszą do natychmiastowej weryfikacji — i powiedział, że ćwiczy ją od roku. Że zdał już kolejny pas. Kilkoro kiwnęło głowami z uznaniem. Kilkoro wątpiło, bo wątpienie jest naturalną odpowiedzią na coś, czego się nie rozumie.

— Musiałeś mieć fart. Bajerujesz. Rozbij tę skrzynkę!

Skrzynka po warzywach stała obok ławki. Gruba deska na boku, niezbyt stara. Wyglądała jak test praktyczny, na który nie ma się przygotowania, bo nie było go w planie.

Chłopak zamknął oczy na chwilę.

Przypomniał sobie filmy. Skupienie, punkt centralny, krawędź dłoni, krzyk na uderzeniu — bo krzyk skupia siłę, to przynajmniej wiedział.

Wziął oddech.

Krzyk, krawędź dłoni, uderzenie.

Skrzynka rozpadła się na dwa nierówne kawałki z dźwiękiem, który klasa zapamiętała.

Nadgarstek bolał przez tydzień, ale tego nikt nie zobaczył.

W pokoju schroniska, nocą, kiedy inni już spali albo udawali, że śpią — bo noce w schronisku należą do tych, w których naprawdę trudno zasnąć — chłopak leżał na górnym łóżku i patrzył w sufit.

Ale tym razem sufit był inny.

Nie dlatego, że zmienił swój wygląd. Dlatego, że chłopak, który na niego patrzył, był inny. Leżał i słuchał cichych rozmów dobiegających spod spodem, śmiechu tłumionego przez pościel, cudzych historii — i miał wrażenie, że leży na granicy. Z jednej strony ciemność i sufit, z drugiej strony coś, co mogłoby być życiem z większą zawartością siebie w nim.

Nałożył maskę.

Nie metaforycznie. Dosłownie to czuł — jak coś chłodnego i gładkiego, co układa się na twarzy precyzyjnie, bez luzu, dopasowując się do kształtu, który chciałoby się mieć. Fałszywe, owszem. Ale fałszywe na właściwy sposób: takie, które sprawia, że inni wreszcie widzą. Takie, które robi z niego kogoś.

Wstał po wodę w środku nocy.

Stanął przed lustrem w łazience schroniska.

Patrzył na odbicie.

Odbicie patrzyło na niego.

I po raz pierwszy nie szukał w twarzy potwierdzenia własnego istnienia. Twarz była pełna. Zamknięta. Miała w sobie pewność siebie, której naprawdę nie miał — ale którą umiał naśladować. I naśladowanie wyglądało prawdziwiej niż prawda, bo prawda była nieśmiała, a naśladowanie — nie.

Cień za lewym ramieniem był w tym lustrze dziwny.

Niewyraźny, tam gdzie lampka fluorescencyjna migotała przy ścianie, jakby wahała się między pracą a odpoczynkiem. Cień wyglądał jak cień kogoś wyższego, bardziej zdecydowanego, z rysami, których chłopak w swojej twarzy jeszcze nie miał — ale które szły już ku niemu powolną ścieżką, wyłożoną każdym kłamstwem, które w tej chwili postanowił zaplanować.

Nie był przestraszony.

Tylko przez chwilę pomyślał: to nie jest mój cień.

I zaraz: być może będzie.

Maska rosła razem z nim.

Do liceum przyszedł jako ktoś inny. Nie pamiętał dobrze, kim był przed wycieczkową łąką — to znaczy pamiętał w sensie faktów, ale ta pamięć nie miała emocjonalnej wagi. Była jak historia o kimś znajomym, nie o sobie. Jakby tamten chłopak z końca rzędu był postacią z książki, którą kiedyś przeczytał i odłożył. Zapytany przez rówieśników, co lubił, co robił — odpowiadał wykreowanym sobą, bo starego nie było już przy nim jako kogoś do zapytania.

Zapraszano go na imprezy. Bywał ich duszą — nie dlatego, że był szczęśliwy, lecz dlatego, że maska była dobra. Bardzo dobra. Nabrał jej obyczajów, jej chodu, jej tonu głosu, który miał tę lekkość, której on sam nigdy nie miał. Maska mówiła z pewnym roztargnieniem i uśmiechem, jakby cały czas myślała o czymś ważniejszym — i właśnie dlatego ludziom zdawało się, że rozmowa z nią jest przywilejem, a nie zawiązanym przez przypadek kontaktem. Z czasem przestał myśleć o niej jako o masce.

Był tym.

Pseudo przyjaciele dołączali. Pseudo wrogowie, bo nikt nie chce, żeby gwiazda, przy której świeci, stała się dla niego asteroidą. Im więcej mówił, tym popularniejszy się stawał. Każda historia była paszportem do kolejnej grupy, do kolejnego stołu w kolejnej kawiarni. I co najdziwniejsze — gdy sam uwierzył w swój wykreowany wizerunek, stał się bardziej wiarygodny. Kłamstwo poparte wewnętrznym przekonaniem kłamcy jest trudniejsze do wykrycia niż prawda nieśmiała.

Potem amulety — nie z wiary, lecz z potrzeby spójności własnej historii. Obwieszony talizmanami, w ciemnych ubraniach, z coraz dłuższymi włosami i coraz głębszym spojrzeniem. Muzyka cięższa, bas mocny, rytm który nie jednoznacznie kojarzył się z kosiarkę do trawy — i styl, który zmienił się całkowicie: z kolorowego, niemal rozradowanego chłopca w długowłosego brodacza o posępnym spojrzeniu, z pełnym metalowym szumem wychodzącym ze słuchawek walkmana.

Tworzył obraz, który inni sami opisywali jako tajemniczy i skryty. Ironia polegała na tym, że stał się tajemniczy dokładnie wtedy, gdy zaczął o sobie mówić. Słowa zamiast odsłaniać — przesłaniały. Każda historia o sobie była kolejną warstwą farby na lustrze. I gdzieś pod tymi warstwami, głęboko, w miejscu bez adresu — to oryginalne, bezimienne, nieśmiałe coś ze szkolnej ławki siedziało cicho i czekało.

Czasem, kiedy nikt nie patrzył, zaglądał w lustro po staremu.

I widział maskę, gdzie powinien być on.

Pewnego wieczoru, podczas sesji RPG, powiedział do stołu: ktoś tu nie ma pojęcia o magii i okultyzmie, a robi na tym całą przygodę.

Cisza. Potem pytania.

— Czyli co, ty coś wiesz?

— No niby co wiesz?

— Dlaczego jesteś obwieszony tymi amuletami?

— Czy one naprawdę działają?

Ironiczne uśmiechy. Sceptycyzm pokryty grzecznością, bo gracze to cywilizowani ludzie.

— Owszem — powiedział spokojnie. — Chociaż wiem, że są kupne. Wiecie — nad kupnymi odprawia się pewne zabiegi. Sądzę, że przyjazne duchy były wtedy przy mnie.

Większy sceptycyzm.

— Aa, no to jasne, magu. Możemy grać dalej?

— Tak — powiedział. — Możemy.

I trafił przy tym stole — po raz pierwszy — w miejsce między kłamstwem a prawdą. To trzecie miejsce, gdzie można mieszkać. Nie całkowicie fałszywe, bo amulety naprawdę nosił i naprawdę myślał o nich. Nie całkowicie prawdziwe, bo wiara w nie była bardziej nawykiem niż przekonaniem. Ale owo pomiędzy było jego — i tego nikt nie mógł mu wziąć.

Pewne rzeczy z tamtych lat były jednak naprawdę jego.

Czytał. Dużo i bez planu — taki rodzaj czytania, który nie jest systematyczny, lecz głodny, kiedy sięga się po rzeczy bez kolejności i bez katalogu, bo w tym momencie ta właśnie strona, ten właśnie tytuł, ta właśnie myśl na osiemdziesiątej stronie odpowiada na coś, czego się jeszcze nie zapytało. Filozofia, fantastyka, historia, okultyzm — wszystko po trochu, wszystko naraz. Talizmanów naprawdę słuchał — nie w sensie, który zadowoliliby teologa, lecz w sensie praktycznym: dawały spójność, punkt odniesienia, własny kodeks znany wyłącznie jemu.

I gra. Sesje RPG z ludźmi, którzy — jak się okazało — byli ciekawsi niż klasa, bo wybrali z własnej woli coś dziwniejszego od normalności. Przy stole z planszą i kośćmi można być kimkolwiek, co jest dla kogoś z maską i bez wnętrza — błogosławieństwem i przekleństwem jednocześnie. Błogosławieństwem, bo maska nic nie kosztuje w grze. Przekleństwem, bo przy stole z biegiem tygodni ludzie zaczynają widzieć przez nią.

Lata nie są łaskawe dla masek.

Zdarzył się powrót do starej szkoły. Kilkakrotna zmiana. Los bywa nieoszczędny wobec tych, którzy zbyt starannie go projektują. Kiedy wrócił, dowiedział się, że historia obrócona jest przeciwko niemu — że to, co mówił o sobie, odwrócono, skomentowano, uformowano w broń. Pseudo przyjaciele odwrócili się. Może nie wszyscy naraz, może jeden za jednym, może w niewidocznych kolejkach — ale efekt był ten sam.

Zostało kilkoro.

Nieoczekiwanie prawdziwych.

Stało przy nim nie dlatego, że uwierzyło w maskę — lecz dlatego, że dostrzegło za nią coś więcej. Nie zawsze jasno. Nie zawsze w artykułowany sposób. Ale było w tych kilkorgu coś, co potrafi patrzeć przez powierzchnię, nie wiedząc nawet, że patrzy.

I on sam — w tej nowej ciszy po utracie pseudo przyjaciół, w tej przestrzeni, którą zostało mu kilkoro prawdziwych i całe pytanie, co z tym teraz zrobić — odkrył w sobie talent.

Talent do tworzenia historii.

Zaczął pisać. Wiersze, opowiadania, notatki. Coś o postaci z gry, które rosło pod palcami inaczej niż jakikolwiek wcześniejszy projekt — z entuzjazmem, który był nie wykreowany, lecz własny. I kiedy pierwszego wieczoru napisał kilka stron i odłożył długopis, i spojrzał na kartkę, poczuł coś, czego nie czuł przy żadnej z historii opowiadanych o sobie: że to jest naprawdę jego.

Nie maska. On.

Wieczór. Biurko. Lampa rzucająca cień na ścianę.

Chłopak, który nie był już chłopcem — który był kimś innym, choć wciąż sam nie wiedział dokładnie kim — siedział i patrzył na cień na ścianie.

Cień miał jego kształt. Tylko jego. Żadnych dodatków, żadnych cudzych rysów, żadnego wyobrażenia kogoś bardziej zdecydowanego za ramieniem. Po prostu on — wszystkie wątpliwości, niepewności, nieśmiałość, którą przez lata ukrywał pod maską i którą teraz musiał przyjąć do wiadomości, bo nikt nie ogląda cudzych cieni, kiedy jest sam.

Maska leżała obok, na krześle. Lekka, prawie niewidoczna w zmroku. Gotowa.

Wiedział, że kilkoro prawdziwych czeka. Że powinien im powiedzieć. Nie całe dzieje maski — tylko tyle, żeby zrozumieli, z kim rozmawiają. Żeby widzieli jego twarz, a nie powierzchnię, którą przez lata polerował.

Pytanie było proste i straszne zarazem: co zostanie, kiedy zdejmie maskę?

Bał się, że nicość. Że pod spodem jest to samo bezbarwne chłopię, które stało przy oknie z ukośnym światłem, nikomu niewidoczne.

Bał się też, że nie. Że pod spodem jest ktoś. Ktoś niepewny siebie, łatwo zraniony, taki, jakim był przed schroniskowym lustrem. Ktoś, kto nie jest ani efektowny, ani tajemniczy.

Ktoś, kto po prostu jest.

Wziął kartkę. Napisał pierwsze zdanie nowej historii — nie o wykreowanym sobie, lecz o chłopaku, który chciał być kimś i wybrał do tego najbardziej dostępne narzędzie: kłamstwo ubrane w szczegół.

Długo patrzył na to zdanie.

Potem napisał drugie.

I trzecie.

I gdzieś przy dziesiątym zorientował się, że przestał myśleć o masce i o tym, czy ją nałożyć, czy nie — bo piszący nie potrzebuje maski. Piszący ma coś lepszego: możliwość bycia sobą na papierze, co jest bezpieczniejszą formą istnienia niż bycie sobą na głos.

Skrzące od lampy litery na białej kartce. Jego słowa. Jego cień — prawidłowy, własny — na ścianie.

I ta myśl, prosta i nieoczywista jednocześnie:

Skoro potrafił być maską, musi potrafić być sobą.

Wystarczyło tylko wybrać.


Część II — Kamień, mróz i krew

II. Kamień, mróz i krew

Najmocniejszy blok dark fantasy: północ, warownie, jaskinie, wyprawy, wojna i cena, którą zawsze płaci się za zejście głębiej.

Białe Ostrze

Las od północy, spokojne morze od zachodu, a na wschodzie i południu bezkresne łąki, wzgórza i dalekie pasma gór, które zlewały się z niebem w jedną siną linię. W kotlinach szemrały strumienie, a poranki bywały tak ciche, że człowiek mógł uwierzyć, iż świat został stworzony bez przemocy, zdrady i głupoty. Z okien domu mojego ojca właśnie taki widok oglądałem każdego ranka.

Nowy, murowany dom stanął ostatniej wiosny, gdy kończyłem osiemnaście lat. Wcześniej mieliśmy stary, drewniany, pachnący sosną i żywicą. Zimą przyszły sztormy i zabrały go bez cienia skrupułów. Ojciec klął wtedy mało, co znaczyło, że był naprawdę wściekły. Potem po prostu zakasał rękawy i postawił nowy dom, jakby chciał udowodnić morzu, że człowiek też umie być uparty.

Matka nie doczekała końca budowy. Musiała wrócić do swego ludu, do leśnych siedzib elfów, gdzie podobno wszystko jest starsze, subtelniejsze i bardziej godne pieśni. Była piękna — z tych kobiet, które nawet w milczeniu wyglądają tak, jakby świat miał wobec nich pewien dług. Obiecała, że będzie przyjeżdżać tak często, jak tylko zdoła. Nie przyjechała.

Nie minął miesiąc od jej wyjazdu, gdy do domu dotarł posłaniec. Przywiózł wieść krótką i wystarczająco ohydną: matkę porwano. Banda goblińskich rozbójników napadła na orszak, rozbiła eskortę i zniknęła w lasach. Dziad, elf z rodu Yarethów, uznał naturalnie, że winien jestem ja — syn nie dość czysty, nie dość godny, nie dość elficki, żeby mieć prawo istnieć bez obrażania jego dumy. Ojciec przeczytał list, złożył go powoli, a potem odłożył na stół, jakby był czymś martwym. Więcej o rodzinie matki nie powiedział ani słowa.

Wieczorem zawołał mnie do warsztatu. Na ławie leżała kolczuga, skórzane pasy i miecz w niepozornej pochwie.

— Synu — powiedział — jesteś już dojrzałym młodzieńcem. Nauczyłem cię wiele, ale jeszcze więcej powinienem był nauczyć, a tego już nie zrobię. Jestem żołnierzem, marynarzem, a ostatnio nawet murarzem, ale to wszystko są rzemiosła dla człowieka, który już wie, kim jest. Ty jeszcze nie wiesz. I dobrze. To znaczy, że powinieneś ruszyć w świat.

Milczałem. Znałem ten ton. Ojciec nie należał do ludzi, którzy mówią długo. Kiedy już mówił, człowiek powinien słuchać.

— Matki tu nie ma. Ciebie nic już nie trzyma. Masz młodą krew, pełną przygód i pychy, a to paskudna mieszanka, jeśli zamknie się ją w jednym miejscu. Weź tę zbroję. Robiliśmy ją z Darenem dla ciebie. Weź też ten miecz. Nie wygląda na broń bohatera z pieśni i chwała bogom, bo miecze z pieśni zwykle zawodzą w pierwszym błocie. Ten za to jest dobry. Hartowano go w ogniu i starym oleju po mistrzu, który wiedział, że broń ma służyć ręce, nie próżności.

Wziął ostrze, zważył je w dłoni i podał mi rękojeścią do przodu.

— Pamiętaj o dwóch rzeczach. Prawo nie zawsze stoi po stronie sprawiedliwych, ale to nie powód, by stawać po stronie łajdaków. I jeszcze jedno: męstwem zyskuje się przyjaciół, nikczemnością tylko długi. Bierz, co potrzebne, i ruszaj. Znasz mnie. Nie lubię pożegnań. Jutro sam wypływam ku dzikim wybrzeżom.

Nie byłem zaskoczony. Od tygodni chodził po porcie tak, jakby duchem był już na pokładzie. Ja także od dawna czułem, że dom — nawet nowy — przestał być miejscem, w którym mogłem zostać.

Nazajutrz, o świcie, ruszyłem w drogę.

Poranek był zimny, dżdżysty i wcale nie wyglądał na błogosławieństwo. Naciągnąłem kaptur, poprawiłem pas przy siodle i wyjechałem na gościniec. Deszcz to kiepski towarzysz pożegnań, ale ma jedną zaletę: nie trzeba udawać, że twarz mokra jest tylko od wiatru.

Kilka godzin później wyjechałem spod ciężkich chmur. Powietrze stało się lżejsze, a koń przestał prychać z oburzeniem. Zatrzymałem się na popas, zjadłem suchy chleb, dałem zwierzęciu odpocząć i pomyślałem, że morska bryza, podobnie jak ojcowska cierpliwość, ma jednak swój zasięg.

Tak minęły kolejne dni, aż ujrzałem wielkie miasto.

Mury miało wysokie, baszty liczne, a bramy pilnowane przez straż tak czujną, jakby za każdą przybywającą sakwą stał zamach na porządek świata. Uznałem, że skoro mam zacząć nowe życie, to właśnie tutaj. Wielkie miasta mają tę zaletę, że nikogo nie obchodzi, kim jesteś, dopóki płacisz albo krwawisz we właściwym miejscu.

Od strażnika dowiedziałem się, gdzie znajdę karczmę niedaleko bramy i gdzie leży targ. To wystarczyło.

W karczmie panował zaduch. Okiennice były zaparowane, a powietrze gęste od dymu, tłuszczu i cudzych historii. Przywiązałem konia przy żłobie, rzuciłem stajennemu kilka srebrników i wszedłem do środka. Mój plan był prosty: ciepły posiłek, łyk czegoś mocnego, nocleg i rozejrzenie się za robotą. Plan rozpadł się w chwili, gdy przy ladzie odkryłem, że moja sakiewka jest bez dna. Dosłownie.

Rzemień puścił. Monety zniknęły gdzieś po drodze, a wraz z nimi moja godność, poczucie bezpieczeństwa i kilka bardzo rozsądnych wyobrażeń o własnej zaradności.

Karczmarz był rosłym człowiekiem o twarzy tak pogodnej, że odruchowo mu nie ufałem.

— Nie mógłbym odpracować posiłku? — spytałem. — Obawiam się, że dno mojej sakiewki postanowiło żyć własnym życiem.

Karczmarz spojrzał na mnie, nalał kubek korzennego, grzanego wina i skinął, żebym szedł za nim.

Na zapleczu przywitał mnie chaos, brud i zapach, którego nie chciałem rozpoznawać zbyt dokładnie.

— Posprzątasz tu — oznajmił. — Wyszorujesz podłogi, ogarniesz spiżarnię i jeśli uda ci się przy okazji wygrać wojnę z robactwem, będziesz miał wikt i dach nad głową dla siebie i konia. Na tydzień.

— Szczodrość godna możnego pana — mruknąłem.

— Nie narzekaj. Szczury już cię polubiły.

Zajęło mi cztery dni doprowadzenie kuchni i spiżarni do stanu, w którym człowiek o słabszym charakterze nie umarłby na sam widok ścian. Przez trzy następne żyłem z tego, co zarobiłem, i ku mojemu zaskoczeniu karczmarz okazał się na tyle uczciwy, by nie oskubać mnie do reszty. Zostawił mi kilka złotych monet i tę odrobinę szacunku do ludzkości, której jeszcze nie zdążyłem stracić.

W tym czasie chodziłem po mieście, szukając zajęcia. Umiałem walczyć. Umiałem jeździć konno. Umiałem pływać, ale trudno sprzedać tę umiejętność komuś, kto akurat nie tonie. Szukałem więc roboty strażnika, najemnika, ochroniarza — czegokolwiek, co wymagałoby bardziej miecza niż rachunków.

W końcu dotarłem w okolice areny.

Szybko zrozumiałem, że można tam zarobić niemało, o ile ma się szczęście, twarde kości i kogoś, kto postawi na ciebie więcej niż własną nadzieję. W karczmie nieopodal areny poznałem stworzenie, które zmieniło moje życie na gorsze w tempie godnym katapulty.

Nazywał się Twyrl. Był iskrzakiem — drobnym, zwinnym jak szczur i równie niewinnym tylko z pozoru. Miał zawsze rozbawione oczy, cienkie palce i ten nieznośny dar znikania dokładnie wtedy, gdy należało go uderzyć. Co chwila ginęły mi drobne rzeczy, ale Twyrl zawsze pomagał mi je odnaleźć. Zadziwiające, jak często znajdował cudzą własność we własnych kieszeniach.

— Nie dziękuj — mawiał. — To kwestia talentu.

Miał też drugą, niebezpieczniejszą zaletę: znał się na zakładach. Pieniądze traktował z lekkością człowieka, który rzadko używa własnych.

Po kilku dniach picia z bywalcami i słuchania opowieści, które po zachodzie słońca stają się o połowę głupsze, wytaczałem się z Twyrlem z karczmy, gdy nagle poczułem ostry, zwierzęcy odór. Odruchowo się schyliłem. Nad moją głową przemknęła paskudna maczuga.

Twyrl zniknął.

Oczywiście.

Przede mną stał półork o twarzy, która mogła zniechęcić nawet kata. Rzuciłem się w bok, próbując dobyć miecza, lecz pochwa była pusta. W tej samej chwili zrozumiałem, że albo ktoś mnie okradł, albo los znowu postanowił się zabawić. Na szczęście w rękawie został mi sztylet. Wybiłem się z półprzysiadu i cisnąłem nim z całej siły.

Napastnik nie zdążył zareagować. Ostrze weszło mu w szyję. Krew buchnęła szkarłatem. Zamachał łapami, zatoczył się, a potem osunął bez słowa. Jeszcze przez chwilę drgał, jakby obrażony faktem, że umiera tak szybko.

Nie miałem czasu na refleksję. Wciągnąłem ciało w zaułek, przysypałem śmieciami i zabrałem, co się dało. Pas, broń, sakiewkę. Żołnierze byli już niedaleko; słyszałem ich kroki. Człowiek stojący nad świeżym trupem po czterech butelkach grogu nie ma zwykle dość wdzięku, by się przekonująco tłumaczyć.

Wtedy zza beczek wynurzył się Twyrl.

— Czemu taki ponury? — zapytał z autentyczną troską idioty. — Właśnie założyłem się z tamtym wielkim, że jutro wyjdziesz na arenę i wygrasz z trzema naraz.

Przez chwilę rozważałem morderstwo.

— Zabiłbym cię — powiedziałem.

— Ale najpierw musiałbyś mnie złapać.

Niestety miał rację.

Następnego ranka budził mnie jego piskliwy głos, kiedy próbował zapiąć mi zbroję, a ktoś gdzieś tłukł dzwonem, jakby piekło otwierało śniadaniową zmianę. Potem zapiał kogut. Głowa pękała mi tak, że miałem ochotę schować ją do beczki z wodą i sprawdzić, czy dźwięk rzeczywiście gorzej się w niej niesie.

— Jak to jest rzucać sztyletem? — zapytał Twyrl. — I jak zamierzasz pokonać tych trzech? Bo będziesz walczył z trzema. Naraz.

— Ty mnie kiedyś dobijesz.

— Ja? Skąd. Ja cię promuję.

Pojedynek miał odbyć się w południe jako czwarty z kolei. Arena była piaszczysta, lecz twarda od słońca, krwi i wielu wcześniejszych błędów. Tłum ryczał jak morze podczas sztormu. Moi przeciwnicy byli trzej: człowiek z halabardą, człowiek z toporem i tarczą oraz krasnolud, który szedł wolniej od pozostałych i patrzył na mnie spokojnie, jak kowal patrzy na rozgrzane żelazo — nie z lękiem, tylko z oceną.

Dwaj ludzie ruszyli od razu. Uskoczyłem przed pierwszym pchnięciem, zamach drugiego rozciął tylko powietrze. Obróciłem się, ciąłem, odsunąłem, ale wtedy z boku spadł na mnie cios, którego nie doceniłem. Młot krasnoluda trzasnął mi w żebra. Usłyszałem chrupnięcie. Ból rozlał się po boku gorącem tak gwałtownym, że na moment pociemniało mi w oczach.

Uskoczyłem przed halabardą, wbiłem okutym łokciem w twarz halabardnika i poczułem, jak chrząstka poddaje się z mokrym trzaskiem. Padł, a jego broń pomknęła jeszcze bezładnie, uderzając w tarczownika. Tarcza pękła, ręka tamtego zwisła bezwładnie. Splunąłem krwią.

Przypomniałem sobie o drugim sztylecie.

Rzuciłem z półobrotu. Ostrze weszło pod bark człowieka z toporem. Zawył i runął na kolana. W tej samej chwili krasnolud dopadł mnie drugi raz. Cios obucha w brzuch zbił mnie z nóg. Upadłem, łapiąc powietrze jak ryba na brzegu. Czekałem na ostatnie uderzenie.

Nie nadeszło.

Zamiast niego usłyszałem niski, szorstki głos:

— Dość. Udowodnił, że nie musi ginąć. Medyka!

Tłum zawył z niezadowolenia. Krasnolud jednak nie spojrzał nawet na widownię.

Nazywał się Yragon. Był wojownikiem starego kodeksu, jednym z tych, którzy jeszcze wierzą, że honor nie jest tylko droższym słowem na upór. Oszczędził mi życie, a potem zażądał, bym ruszył z nim. Publiczności się to nie spodobało, ale publiczność rzadko ma gust.

Kilka dni później, może tygodni — wspomnienia z tamtego czasu mam poszarpane — walczyliśmy razem na Przełęczy Strzelistych Sosen. Zasadzka przyszła o świcie. Strzały spadły z obu stron. Yragon padł od bełtu i dwóch strzał, nim zdołałem do niego dobiec. Mnie otoczyły gobliny.

Pamiętam kurz, wrzask i Twyrla, który zniknął w zamieszaniu, jakby sam był kawałkiem dymu. Parę razy wydawało mi się, że któryś z napastników pada od kamienia trafiającego go w tył głowy. Brzmiało to jak jego styl. Pomoc dyskretna, ryzyko umiarkowane, chwała żadna.

Gobliny zabrały mnie żywego.

Przez kilka tygodni trzymano mnie w klatce. Szybko zrozumiałem, że chcą mnie sprzedać albo zjeść. Nie byłem pewien, która z opcji jest bardziej uwłaczająca. Nauczyłem się trochę ich języka — prostego, chropowatego, pełnego gardłowych dźwięków i obelg, które dało się wypowiedzieć nawet z pełną gębą mięsa. To wystarczyło, żeby wiedzieć, kiedy strażnik jest sam, a kiedy powinienem cierpliwie udawać zbyt pobitego, by myśleć.

Pewnej bezgwiezdnej nocy rozsupłałem więzy. Kiedy strażnik podszedł, zagadnąłem do niego w jego własnej mowie, twierdząc, że chcę się dogadać i znam dobrze ludzkie osady. Zbliżył się, zaciekawiony. Pochylił nad kratą. Chwilę później własny nóż siedział mu w brzuchu po rękojeść.

Nie zdążył krzyknąć.

Na stosie trofeów znalazłem swoją zbroję, część starego ekwipunku, tarczę po Yragonie i coś jeszcze — wspaniały, długi łuk, lekki i dobrze wyważony, oraz pełen kołczan. Przez moment byłem szczęśliwy jak idiota, który znalazł monety na dnie studni, nie pytając, kto tam wcześniej wpadł.

Potem obóz się ocknął.

Uciekłem.

Nie na długo.

Kilka mil dalej wpadłem na patrol orków. Szczęście, jak widać, nie lubiło, kiedy zaczynałem się zbyt dobrze bawić. Nie miałem sił walczyć. Został mi spryt. Wyszedłem im naprzeciw z łukiem przewieszonym przez ramię i odezwałem się po goblińsku tak kulawo, że aż mnie samego zabolało.

— Dobrze widzieć silnych. Gobosy niedaleko. Dużo skarbów. Ja prowadzić.

Dowódca patrzył na mnie długo. Był brzydki nawet jak na orka, co samo w sobie stanowiło osiągnięcie. Nie zabił mnie. To znaczy, że albo uwierzył, albo uznał, że jeśli kłamię, będzie miał przyjemność z mojej śmierci później.

Ruszyli. Mądrzej, niż się spodziewałem. Podzielili oddział na dwie grupy, żeby odciąć drogę ucieczki w razie zdrady. Byłem pod wrażeniem. Wielu ludzi nie wykazałoby się podobną ostrożnością, a przecież ludzie mają tę przewagę nad orkami, że zwykle są odrobinę mniej pewni własnej wielkości.

Zaprowadziłem ich prosto do goblińskiego obozu.

Rozpętała się jatka.

Gobliny ginęły, orki ryczały, noc rozdarły płomienie i smród krwi. W zamieszaniu nie próbowałem uciekać. Uznałem, że człowiek sam pośród dwóch band potworów ma nikłe szanse dożyć świtu. Zostałem z orkami.

Tak minął rok.

Nie byłem ich przyjacielem. Nie byłem też niewolnikiem, przynajmniej nie wprost. Byłem użyteczny. Strzelałem celnie, tropiłem nieźle, a kiedy trzeba było, umiałem mówić mało i robić swoje. Oni wiedzieli, że potrafię zabijać. Ja wiedziałem, że jeśli przyjdzie właściwa chwila, równie dobrze mogę zabijać ich.

Przyszła w kanionie.

Wpadliśmy w krzyżowy ogień. Strzały i bełty posypały się z obu stron. Orki zawyły, próbując wyrwać się z pułapki. Odpowiedziałem ogniem z łuku, a potem zobaczyłem, kto nas atakuje: krasnoludy.

To wystarczyło.

Zmieniłem stronę szybciej, niż ork zdążyłby mnie nazwać zdrajcą. Posłałem kilka strzał w dawne towarzystwo, a resztę dopełnił chaos. Walka była długa i brutalna. Niestety miałem na głowie orczy hełm, przez co kusznicy krasnoludów uznali mnie za problem tego samego rodzaju co całą resztę. Jeden bełt trafił mnie w nogę. Padłem.

Kiedy bitwa ucichła, ktoś zerwał mi hełm z głowy. Rudzielec włosów rozsypał się po pyle, a krasnoludzki kapitan zmrużył oczy.

— To mało orcza gęba — mruknął.

Wyjaśniłem, tyle ile mogłem. O niewoli. O goblinach. O orkach. O tym, że przy pierwszej sposobności pomogłem ich wybić. Jeden z krasnoludów potwierdził część moich słów, pokazując strzały wyciągnięte z orczych pleców. Kapitan przyznał, że od miesięcy polowali właśnie na tę kompanię, ale nie zdradził dlaczego. Nie naciskałem. Człowiek z raną w nodze i hełmem orka u boku nie jest w pozycji, by domagać się cudzych tajemnic.

Wróciłem z nimi do miasta Aeskar.

Dopiero tam, w bezpiecznych murach, obejrzałem swój ekwipunek. Zbroja była poobijana, pasy popękane, tarcza nosiła więcej śladów cudzej nienawiści niż powinien znieść porządny kawał metalu. Poszedłem więc do kowala, który był zarazem płatnerzem.

Na mój widok niemal zatrzasnął drzwi.

Miałem brodę, ale twarz po matce i to mu wystarczyło, by ocenić mnie niekorzystnie. Dopiero gdy pokazałem mu tarczę po Yragonie i opowiedziałem, skąd ją mam, spojrzał nieco łagodniej.

— Naprawa kosztuje — powiedział. — I to nie mało.

— Gotówki mam mało. Rąk do roboty więcej.

Parsknął.

— Jak na elfiego pomiota, dziwny jesteś. Zamiast stroić się i patrzeć w księżyc, chcesz kuć żelazo?

— Żelazo jest uczciwsze od księżyca.

To go rozbawiło.

— Brakuje mi czeladnika. Możesz zostać na termin. Ale nie pokazuj się za często klientom. Jeszcze pomyślą, że moje wyroby miękną od samego patrzenia.

— Oczywiście, mistrzu. Uprzedzam tylko, że coś tam naprawiałem jako niewolnik, ale raczej z zamiarem, żeby psuło się szybciej niż zwykle.

— Tym lepiej. Będziesz wiedział, czego nie robić. Do roboty.

Tak zaczął się najspokojniejszy i najcięższy okres mojego życia.

Przez dwa lata kułem, prostowałem, nitowałem, czyściłem, ostrzyłem i uczyłem się, że stal ma własny charakter, a człowiek z młotem powinien czasem słuchać bardziej niż walić. Mistrz był małomówny, sprawiedliwy i głęboko przekonany, że elfy są pomyłką natury, ale z czasem oswoił się z moją obecnością tak bardzo, że ograniczył obelgi do trzech dziennie, co uznałem za przejaw sympatii.

Z czasem pozwalał mi wykonywać prostsze prace samemu. Potem coraz trudniejsze. Powtarzał przy tym, że roboty zawsze jest za dużo, a kowali za mało. Była to jedna z tych prawd, które nie potrzebują filozofów.

Życie w kuźni mijało szybko. Zwłaszcza po nocach przepitych w gospodzie, kiedy poranne kucie przy rozpalonym palenisku wydawało się pomysłem wymyślonym przez sadystyczne bóstwo dla ludzi z nadmiarem wolnej woli.

Miałem dwadzieścia trzy lata, gdy mistrz oznajmił, że dalszy termin nie ma sensu. Wypłacił mi trochę złota, oddał naprawiony ekwipunek i przez chwilę milczał dłużej niż zwykle.

— Wiesz co — burknął w końcu. — Jak na elfa jesteś w porządku. Miło było cię poznać, chłopcze.

W jego ustach brzmiało to niemal jak wyznanie.

Tego samego dnia opuściłem Aeskar. Miałem własnoręcznie doprowadzoną do porządku zbroję, tarczę po Yragonie, nowe ostrze przy pasie i ręce, które umiały już nie tylko zabijać, ale i tworzyć.

Ruszyłem w świat po raz drugi.

Tym razem mądrzejszy o kilka blizn, kilka błędów i jedną rzecz, której wcześniej nie rozumiałem: człowiek nie znajduje swojego imienia w chwili narodzin. Kuje je sobie sam — ciosem po ciosie, stratą po stracie, aż wreszcie przychodzi dzień, gdy może spojrzeć na własne odbicie bez wstydu.

A góry?

Od gór postanowiłem trzymać się z daleka.

Świat i bez nich był wystarczająco złośliwy.

Jaskinia Verothy

Kiedy nad górami Khargenu noc dopiero zaczynała ustępować, a najwyższe granie brały na siebie pierwszy, chłodny blask poranka, strumień spływający z lesistego wąwozu niósł ze sobą resztki cudzego nieszczęścia. Pośród białych pian i ciemnych kamieni migotał odłamek hełmu, pęknięty kilof, wreszcie coś jaśniejszego od wapienia — kość zaczepiona o korzeń, obmywana wodą z cierpliwością, na jaką stać tylko rzeki i czas.

Stehmar patrzył na to bez słowa.

Znał już tę wodę. Dwa tygodnie wcześniej wróciła z jaskini przed nim, a on wrócił dopiero później — twarzą do nieba, niesiony łagodnym nurtem Yrghat aż pod mury Herrmoath. Kapłani Uriath mówili potem, że miał w sobie dość życia, by dusza nie odeszła jeszcze do Darhgona, ale za mało, by samemu upomnieć się o oddech. Wyciągali go stamtąd modlitwą, ogniem kadzideł i bólem, o którym nie chciał pamiętać. Kiedy wreszcie otworzył oczy, przez kilka nocy mówił tylko o ciemności, smołowym oddechu, trupach w dawnych zbrojach i ryku tak wielkim, że aż drżały żebra.

Kapitan garnizonu nie chciał słuchać o nowej wyprawie.

Pozwolił tylko na zwiad. Sześciu ludzi. Żadnych chorągwi, żadnych bębnów, żadnej dumy. Wejść tak głęboko, jak pozwoli rozsądek, odszukać żywych, jeśli jacyś jeszcze tam byli, i wrócić. Jeśli zaś Stehmar choć raz ujrzy to, o czym bredził w gorączce, ma zawrócić natychmiast.

Stehmar nie powiedział kapitanowi, że nie wraca się od czegoś takiego natychmiast. Od czegoś takiego wraca się albo z odkupieniem, albo wcale.

Za jego plecami czekali pozostali.

Argion, kusznik, siedział na płaskim głazie i sprawdzał zamek swojej krasnoludzkiej kuszy z cierpliwością człowieka, który ufa bardziej mechanizmom niż bogom. Derexis poprawiał pas miecza i milczał tak, jak milczą tylko starzy żołnierze — bez pozy, bez gniewu, z oszczędnością sił. Drugi zbrojny, Boren, był młodszy, ale miał tę samą twarz co wszyscy, którzy zbyt wcześnie zrozumieli, że pancerz nie chroni przed wszystkim. Niziołek Tavin kręcił się przy jukach, pozornie zajęty drobiazgami, w istocie nasłuchując wszystkiego. Na końcu stał Vaelor, najmłodszy z nich, okryty ciemnozielonym płaszczem. W jego delikatnej, niemal zbyt pięknej twarzy było coś, co od początku budziło nieufność: spokój człowieka, który dawno już pogodził się z tym, że świat jest zepsuty w samym korzeniu.

— To tutaj? — spytał Boren, choć odpowiedź leżała przed nimi.

Stehmar skinął głową.

Jaskinia Verothy otwierała się w skale szerokim łukiem, zbyt wielkim, by był dziełem natury. U sklepienia widniały stare krasnoludzkie znaki, głębokie i surowe, częściowo zalane mchami i rdzawym nalotem. Strumień wypływał spod nich z szumem, jakby sama góra mówiła przez zaciśnięte zęby. Wokół wejścia trawy były brunatne, miejscami niemal czarne. Nie od jesieni. Od krwi.

A w środku było czuć coś jeszcze.

Słodkawo-kwaśny odór rozkładu. Wilgoć. Muł. Stare żelazo. I pod tym wszystkim ledwie uchwytny, lepki ślad spalenizny, od którego Stehmarowi zesztywniały palce na rękojeści miecza.

— Nadal tam jest — powiedział cicho.

Nikt nie spytał, co miał na myśli.

Weszli.

Już za pierwszym załomem Stehmar kazał zbrojnym zdjąć płytowe osłony nóg i część opancerzenia ramion. Taszki przy pasach, metalowe płytki, wszystko, co zgrzytało, zostało owinięte w stare płótna, skropione olejem i odłożone w szczelinę skalną.

— Jeśli mamy zginąć — mruknął Argion — wolałbym nie obwieścić tego całej jaskini z ćwierć mili wcześniej.

Tavin prychnął.

— Mów za siebie. Ja wolę umrzeć z godnością. Albo przynajmniej z odpowiednio efektownym echem.

Derexis nie zaszczycił go spojrzeniem.

Vaelor przeszedł wzdłuż drużyny, dotykając kolejno ich czoła dwoma palcami. Jego szept był cichy i melodyjny, lecz słowa nie należały do żadnej modlitwy, jaką znał Stehmar. Ciemność nie rozstąpiła się przed nimi; przeciwnie, zgęstniała. A potem nabrała kształtów. Skała, muł, szczeliny, wilgotne nacieki, odblask wody — wszystko wynurzyło się z mroku w chłodnych, przytłumionych konturach.

— Dar widzenia w ciemności — powiedział mag. — Pochodnie tylko zdradziłyby nas z daleka.

— A ciebie? — spytał Boren.

— Mnie zdradza wiele rzeczy. Światło jest akurat najmniej dotkliwe.

Stehmar ruszył pierwszy.

Im głębiej schodzili, tym bardziej rzeka spowalniała, rozlewając się po kamieniach i mule. Wzdłuż ścian leżały resztki poprzedniej wyprawy: pordzewiałe kolczugi, pęknięte tarcze, rozcięte jukowe pasy, a raz nawet ręka w rękawicy, tak dobrze zachowana, że dopiero po chwili było widać kość pod rozmokłą skórą. Nigdzie nie było szczurów. Żadnych robaków. Żadnego życia, które zwykle przychodzi po śmierci.

To najbardziej niepokoiło Argiona.

— Nawet padlina się tego miejsca boi — szepnął.

Stehmar nie odpowiedział. Odkąd wszedł do jaskini, jego pamięć szła obok niego jak drugi cień. Tu runął przed nimi czarny orczy zwiadowca, trafiony z kuszy. Tu woda wezbrała nagle, jakby ktoś otworzył podziemne śluzy. Tu po raz pierwszy usłyszeli tamten ryk i wszyscy, nawet najtwardsi, zamilkli jak dzieci w świątyni.

Zza kolejnego uskoku wypadło coś nagle, z sykiem rdzy po kamieniu.

Szkielet. Nie naga kupa kości, lecz dawny żołnierz, jeszcze obleczony w strzępy skórzanej zbroi. W oczodołach palił się żółtozielony blask, a pordzewiała szabla świsnęła tak szybko, że Boren ledwie zdążył unieść miecz.

— Na lewo! — rzucił Derexis.

Vaelor wyciągnął dłoń. Z jego palców trysnęła biała błyskawica, ostra jak pęknięcie lodu. Uderzyła w czaszkę szkieletu i rozniosła ją w popiele.

Ale z ciemności wynurzył się drugi.

Ten miał na sobie zbroję z herbem jastrzębia i szkarłatnej róży, tak oblepioną mułem, że godło ledwie było widać. Stehmar zobaczył je i na ułamek chwili zamarł.

Pamiętał ten napierśnik. Nosił go Loras, chorąży, który dwa tygodnie temu śmiał się przy ognisku, że po powrocie przehula żołd w pierwszym domu uciech za murami Herrmoath.

Nieumarły ciął z góry. Stehmar odbił cios o włos za późno. Ostrze weszło pod naramiennik, rozdarło skórę i obsunęło się po boku kirysu. Ból był ostry, gorący, niemal upokarzający w swojej żywości.

Argion wypuścił bełt. Tavin przemknął bokiem jak szczur w ruinie i uderzył krótkim berdyszem w kolano trupa. Derexis poprawił z boku, a Vaelor domknął wszystko jednym krótkim słowem, po którym nieumarły zadrżał i rozsypał się w wodę i kości.

Stehmar przyklęknął ciężko.

Vaelor bez pytania przyłożył do rany ciemny liść, nasączony czymś, co pachniało żywicą i goryczą. Wyszeptał kilka sylab. Rana zapiekła jeszcze mocniej, po czym pulsowanie osłabło.

Boren odruchowo sięgnął po miecz.

— Czarujesz go bez zgody.

— Leczę — odparł mag. — Gdybym chciał go otruć, wybrałbym mniej teatralny moment.

— Zostaw — warknął Stehmar.

Przez chwilę trwała cisza. Wszyscy słyszeli już nie tylko szmer wody, lecz także odległe, nieregularne klekotanie, jakby w głębi jaskini setki kości ocierały się o kamień.

— Ilu ich tam jest? — spytał Boren.

— Za wielu — powiedział Stehmar. — A to dopiero próg.

Poszli dalej.

Po długim marszu dotarli do pierwszej większej pieczary. Stehmar rozpoznał ją od razu: rozległa komora z połamaną palisadą, śladami ognisk i wbitymi w skały bełtami porosłymi już cienkim mchem. Tu poprzednio obozowały czarne orki. Tu też jego ludzie odparli nocny atak, gdy woda zeszła i odsłoniła ścieżkę w głąb.

Tym razem po orkach zostały tylko truchła, skóry, rozbite skrzynie i cisza.

Nie było ciał poległych rycerzy.

To uderzyło w nich bardziej niż widok kości.

— Ktoś je zabrał — szepnął Tavin.

— Albo coś — poprawił Argion.

Rozbili cichy obóz. Vaelor rozciągnął nad nimi strefę mroku, gęstą jak cień pod studnią. Nawet oddechy tłumiła. Stehmar nie chciał spać, ale rana ciągnęła, a zmęczenie po marszu i napięciu sączyło się w mięśnie jak ołów.

Zanim zamknął oczy, usiadł obok Argiona, który brał pierwszą wartę.

— Jeśli usłyszysz ryk — powiedział — budź wszystkich od razu. Nie próbuj bohaterstwa.

Argion uniósł brew.

— To dziwne. Zwykle dopiero po trzecim kielichu ktoś mówi mi, żebym nie próbował bohaterstwa.

Stehmar nie uśmiechnął się.

— Gdy ostatnio usłyszałem ten ryk, mój oddział przestał być oddziałem. Zapamiętaj.

Argion kiwnął głową bez żartu.

Siedział potem wysoko na skalnej półce, kuszę oparł o biodro, a kaptur płaszcza niemal stapiał się ze ścianą. Elfie krawiectwo miało swoje zalety, nawet jeśli płaszcz ukrycia raz omal nie kosztował go życia, gdy pijany krasnolud próbował odkuć ze ściany „samorodek”, w który Argion właśnie się wpasował. Od tamtej pory szanował zarówno iluzję, jak i rozsądek.

Godziny mijały powoli.

Pieczara oddychała ciemnością. Z głębi dochodziły pojedyncze kapania, szelesty, raz daleki stukot jak upuszczone żelazo. Argion niemal dał się uśpić temu rytmowi, gdy dostrzegł ruch.

Daleko, przy jednym z bocznych przejść, coś chwiejnie wysunęło się z mroku.

Podniósł szkło dalekiego widzenia.

Zbrojny. Z herbem jastrzębia i róży na piersi. Głowa przechylona nienaturalnie, miecz wleczony po bazalcie, aż sypał iskrami.

Argion wstrzymał oddech. Odbezpieczył zamek. Przyłożył palce do bełtu.

— Orith artk foiris — szepnął.

Zaklęty grot pomknął bezszelestnie i wbił się trupowi w szyję. Ogień buchnął od środka. Nieumarły zatańczył przez chwilę w płomieniach, po czym runął.

Argion natychmiast sięgnął po drugi bełt.

Czekał.

I wtedy z ciemności wyszli kolejni.

Trzech. Potem czterech. Jeden bez ręki, drugi z rozłupanym hełmem, trzeci z głową skręconą tak dalece, że zdawał się iść bokiem. Zatrzymali się przy spalonych zwłokach zwiadowcy. Nie rzucili się od razu. Nie szli bezmyślnie. Badali. Oglądali. Rozstawiali się.

Argion poczuł zimno nie od jaskini, lecz od zrozumienia.

— Oni pamiętają — szepnął.

Spojrzał w dół. Vaelor już nie spał. Mag siedział nieruchomo pośród śpiących, podtrzymując zaklęcie mroku tak skupiony, że twarz miał niemal białą.

Nieumarli ruszyli.

Powoli, ostrożnie, szerokim półkolem.

Argion strzelił pierwszy raz, potem drugi. Dwa bełty, dwa trafienia. Dwie postacie padły. Trzeci trup wyrwał z naramiennika płonący grot, spojrzał w górę i nagłym ruchem cisnął włócznią.

Argion zeskoczył z półki w ostatniej chwili. Włócznia przebiła płaszcz i wbiła się w skałę. Upadek odebrał mu dech, lecz nie połamał niczego. Przeturlał się w mule i dobył krótkiego miecza. Nieumarły już był przy nim.

Zaklęcie Vaelora pękło.

Z ciemności obozowiska pierwszy wypadł Tavin, boso, z procą już napiętą. Za nim Derexis i Boren, jeszcze zaspani, ale groźni jak dwóch ludzi, którzy zbyt długo żyli na wojnie, by potrzebować pełnej świadomości do zabijania.

Kamień z procy niziołka trafił trupa w żuchwę. Kość trysnęła odłamkami. Argion doskoczył i ciął od biodra. Ostrze weszło głęboko, lecz nieumarły chwycił go za nadgarstek z siłą kowalskich kleszczy i wykręcił.

Trzask kości odbił się echem po pieczarze.

Argion wrzasnął.

Tavin zaklął tak plugawie, że nawet Derexis spojrzał na niego z uznaniem. Drugi kamień uderzył trupa w skroń. Boren zaszedł z boku i ciął pod kolano. Vaelor rzucił wreszcie zaklęcie; ciemna nić oplotła martwego żołnierza jak korzeń, przytrzymując go na jedno mgnienie. Wystarczyło. Derexis dopadł z półtoraręcznym mieczem i rąbnął raz, drugi, trzeci. Dopiero po trzecim ciosie ciało przestało się miotać.

Argion klęczał w mule, blady, z zaciśniętymi zębami. Vaelor uklęknął obok.

— Nie dotykaj mnie, póki nie powiesz, co robisz — wychrypiał kusznik.

Mag spojrzał na niego spokojnie.

— Nastawię kość. Będzie boleć. Potem sprawię, że do rana będziesz mógł trzymać kuszę. Jutro zapłacisz za to gorączką i przekleństwami. Tyle mogę obiecać.

— Uczciwie.

— To mój najbardziej podejrzany zwyczaj.

Nastawienie kości było krótkie i okrutne. Argion stracił na chwilę wzrok od bólu, ale nie zemdlał. Kiedy odzyskał oddech, Stehmar stał już nad nim.

— Wracamy — powiedział Boren twardo. — To nie zwiad, tylko pogrzeb.

Stehmar nie odpowiedział od razu. Patrzył na spalone i porąbane ciała, na ślady ich butów w mule, na ciemne przejście prowadzące dalej. Wreszcie uniósł wzrok na Vaelora.

— Powiedz.

Mag milczał przez chwilę, jakby układał prawdę tak, by nie zabrzmiała zbyt obco.

— Nekromanta nie tylko podniósł ciała — powiedział w końcu. — On przywiązał do nich resztki pamięci. Dlatego obchodzą wartę. Dlatego badają tropy. Dlatego to miejsce jest martwe aż do korzenia: nic naturalnego nie chce być blisko dusz, które nie mogą odejść.

— Da się to przerwać? — spytał Stehmar.

— Tak. — Vaelor spojrzał w głąb pieczary. — Ale nie stąd.

Tavin pierwszy zrozumiał.

— Czyli mamy do wyboru: wrócić i udawać, że nie widzieliśmy, co zrobiono naszym ludziom… albo zejść niżej i wsadzić temu plugawcowi nóż tam, gdzie słońce nie dochodzi.

— Słońce nigdzie tu nie dochodzi — mruknął Argion.

— Widzisz? Tym bardziej.

Derexis oparł miecz o ramię.

— Ja schodzę — powiedział. — Nie po to wracaliśmy tu za Stehmarem, żeby zostawić naszych jako psy na łańcuchu.

Boren zamknął oczy tylko na chwilę, potem splunął w bok.

— Niech bogowie mają nas w opiece. Albo przynajmniej poczucie humoru.

Stehmar skinął głową.

— Schodzimy.

Dalej jaskinia przestała być zwykłą pieczarą. Korytarze nosiły ślady krasnoludzkiego dłuta, choć czas i wilgoć zatarły ich kształty. W ścianach migotały stare runy ostrzegawcze. Podziemna rzeka rozdzielała się i znów łączyła. Trafili na kamienny most, pod którym woda płynęła czarna jak atrament. Minęli nisze z pustymi sarkofagami. W jednej z bocznych sal znaleźli to, czego Stehmar bał się najbardziej.

Ciała.

Nie porzucone byle jak, lecz ustawione rzędem pod ścianą, jakby ktoś szykował wojsko do przeglądu. Rycerze w nadgniłych tabardach, orki, kilku krasnoludów, nawet dwa wilcze szkielety. Wszystko czekało. Uśpione. W gotowości.

Stehmar podszedł do jednego z ludzi. Na piersi miał pęknięty herb. Twarz była tak zniszczona, że rozpoznał go tylko po złamanym nosie.

— Hern — szepnął.

Przez moment wydawało mu się, że nieumarły poruszył powieką. Potem dostrzegł cienką, ciemną nić biegnącą od piersi każdego ciała w głąb komnaty, dalej, ku głównej szczelinie. Jak korzenie. Jak żyły.

Vaelor przyklęknął.

— Węzeł — powiedział cicho. — Wszystko jest związane jednym rytuałem. Jeśli zniszczymy serce zaklęcia, reszta puści.

— A jeśli nie zniszczymy?

Mag podniósł wzrok.

— Wtedy oni będą służyć tak długo, aż rozpadnie się ostatnia kość.

To wystarczyło.

Ruszyli szybciej.

Wreszcie dotarli do ogromnej komory, tak wielkiej, że jej sklepienie ginęło w ciemności. Pośrodku rozciągało się podziemne jezioro, czarne i nieruchome. Na jednym brzegu stały ruiny dawnej krasnoludzkiej śluzy. Na drugim, na skalnym wyniesieniu, paliło się zielonkawe ognisko, wokół którego zatknięto drzewce z czaszkami, pękniętymi tarczami i zaschniętymi pękami ziół.

Tam też stał nekromanta.

Był wysoki, suchy i obleczony w szaty tak czarne, jakby utkano je z dymu. Na twarzy miał maskę z pobielałej kości, rozciętą u ust. W dłoniach trzymał kostur opleciony metalem i żyłami czegoś, co kiedyś mogło być żywe. Przed nim na kamiennym kręgu leżały wyrwane serca zwierząt, stare hełmy i ludzkie kości ustawione w runy.

A za nim, przykuty do skalnej półki grubymi łańcuchami, spoczywał jaszczur.

Nie smok z pieśni, nie złote monstrum o skrzydłach szerokich jak żagle, lecz pradawny drake podziemi, wielki jak dom, czarny niczym obsydian, z grzbietem poszarpanym starymi bliznami. Spał niespokojnie. Z nozdrzy wydobywał się dym i lepki oddech, który pachniał smołą, siarką i grobem.

Stehmar poczuł, że rana pod naramiennikiem znów pali.

To jego widział wtedy. To przed tym uciekali. To z tego powodu kapitan nie posłał tu pięćdziesięciu ludzi, bo pięćdziesięciu też by nie wystarczyło.

Nekromanta uniósł głowę.

— W końcu wróciłeś — powiedział głosem chropawym jak tarcie kości o kamień. — Zastanawiałem się, czy kapłani zdołają pozszywać cię dostatecznie dobrze.

Stehmar wyszedł z cienia.

— Zostaw ich.

— Kogo? — Nekromanta rozłożył ręce. — Umarłych? Oni już należą do pracy. Żywych? Tu nie ma żywych, są tylko ci, którzy jeszcze nie zrozumieli swojej kolejki.

— To twoje ostatnie słowa? — spytał Argion.

— Nie. Ostatnie słowa są zwykle bardziej osobiste.

Vaelor wyszeptał nagle:

— Na mój znak.

Stehmar nie odwrócił głowy.

— Co robisz?

— To nie drake jest sercem zaklęcia — odparł mag. — On jest tylko batem. Węzeł jest w kręgu. Jeśli go naruszę, wszystkie związane dusze spróbują odejść naraz. Zaklęcie pęknie. Ale wtedy obudzi się też bestia.

— Pocieszające.

— Nigdy nie twierdziłem, że jestem bardem.

Nekromanta uderzył kosturem w skałę. Z bocznych przejść zaczęli wychodzić nieumarli. Dziesiątki. Rycerze, orki, krasnoludy. Milczący, uzbrojeni, z oczami pełnymi tej samej zielonej poświaty.

— Teraz! — rzucił Vaelor.

Argion strzelił do nekromanty. Bełt przeciął powietrze i trafił go w bark, obracając pół kroku. Tavin pomknął nisko przy ziemi ku śluzie. Derexis i Boren zasłonili Stehmara, gdy pierwszy szereg trupów runął na nich ze szczękiem żelaza i kości.

Vaelor wbiegł prosto w krąg.

Stehmar jeszcze nigdy nie widział go takiego. Delikatność zniknęła z jego twarzy, pozostała sama zawziętość. Mag rozciął dłoń na ostrzu własnego noża i chlusnął krwią na runy. Zielone ognie buchnęły wysoko. Powietrze zgęstniało.

Nekromanta zawył.

Nieumarli zachwiali się, jakby pociągnięto za niewidzialne nici.

Drake otworzył ślepia.

Jego ryk uderzył w komorę jak fala. Skała odpowiedziała echem. Jezioro zadrżało. Boren padł na jedno kolano, ogłuszony. Argion zacisnął zęby aż do krwi. Tavin skulił się przy śluzie, ale nie przestał pracować nożem przy starym mechanizmie.

Stehmar ciął.

Pierwszy trup stracił głowę. Drugi wszedł na ostrze własnym ciężarem. Derexis walczył obok niego jak mur — szeroki, nieustępliwy, z mieczem pracującym prosto i bez ozdób. Boren, odzyskawszy równowagę, nabił na miecz orka i odepchnął go z rykiem.

Vaelor wyrwał jedną z runnych kości z kręgu. Zielony płomień wystrzelił spod ziemi. Nekromanta rzucił w niego czarnym jęzorem zaklęcia; coś jak dym i smród spalenizny uderzyło maga w pierś, rzucając go o skałę.

Stehmar zobaczył to kątem oka.

I zobaczył jeszcze coś innego.

Spośród nieumarłych wyłonił się jeden rycerz, wyższy od innych, w rozłupanym hełmie chorążego. W dłoni ściskał drzewce bez sztandaru. Na piersi miał ten sam herb co Stehmar i bliznę na policzku, którą tamten znał aż za dobrze.

Loras.

Oczy nieumarłego zalśniły. Usta poruszyły się niezgrabnie.

— Steh… mar…

To nie był głos. Raczej skrobanie pamięci po wnętrzu kości.

Stehmar zamarł na uderzenie serca.

Nekromanta zaśmiał się.

— Widzisz? Nawet teraz wracają do ciebie chętnie.

Loras ruszył.

Stehmar odbił pierwszy cios. Drugi poszedł niżej. Trzeci zatrzymał miecz o miecz, twarzą niemal przy twarzy dawnego przyjaciela. W zielonym blasku dostrzegł, że pod trupią poświatą jest tam jeszcze coś. Nie życie. Błaganie.

— Wybacz — szepnął Stehmar.

Przeszedł pod ostrzem, skrócił dystans i wbił miecz pod napierśnik, dokładnie tam, gdzie kiedyś Hern tłumaczył nowym rekrutom, że płyty schodzą się najluźniej. Loras zastygł. Zielone światło w oczach zadrżało i zgasło. Ciało osunęło się ciężko na kamień.

W tej samej chwili Tavin wrzasnął: — Zejdźcie ze śluzy!

Stary krasnoludzki mechanizm puścił z hukiem. Jedna z kamiennych zapór rozpadła się, a spiętrzona woda runęła do głównej komory z rykiem niemal równie wielkim jak bestia. Fala uderzyła w pierwsze szeregi nieumarłych, przewróciła ich i zmieniła kamienny pomost w śliską, śmiertelną pułapkę.

Drake zerwał pierwszy łańcuch.

Nekromanta obrócił się gwałtownie. W jego ruchach po raz pierwszy pojawił się strach.

— Głupcy! — ryknął. — On was wszystkich spali!

— Najpierw musi spróbować — odburknął Argion.

Kusznik, trzymając kuszę jedną sprawną i jedną usztywnioną ręką, wypuścił ostatni bełt. Trafił nekromantę prosto w maskę. Kość pękła. Pod nią nie było twarzy człowieka, tylko coś wyschłego, zbyt długo podtrzymywanego zaklęciami.

Vaelor podniósł się ostatkiem sił i wyrwał z kręgu centralny kamień.

Światło zgasło.

To nie był zwykły mrok, lecz nagłe odpuszczenie czegoś, co trzymało jaskinię w napięciu. Zielone nici biegnące z ciał do kręgu zaczęły pękać jedna po drugiej. W komorze rozległ się szum, jakby setki oddechów wypuszczono naraz.

Nieumarli stawali. Jedni padali od razu. Inni obracali głowy, jakby po długim śnie nie mogli pojąć, gdzie są. Z ich oczu znikała poświata. Kości miękły. Ork opuścił topór. Jeden z krasnoludów przyklęknął. Dwaj rycerze osunęli się obok siebie tak spokojnie, że wyglądali niemal jak ludzie zasypiający przy murze po wartach.

Nekromanta wrzasnął i rzucił się ku Vaelorowi.

Nie dobiegł.

Derexis zaszedł mu drogę i przyjął na tarczę pierwszy cios kostura. Tarcza pękła. Drugi cios wszedł w bok rycerza jak czarny gwóźdź. Derexis zachwiał się, ale nie ustąpił. Chwycił kostur obiema rękami, przyciągnął nekromantę do siebie i ryknął do Stehmara:

— Teraz!

Stehmar skoczył.

Jego miecz wszedł nekromancie pod żebra i wyszedł między łopatkami. Przez chwilę wszyscy trwali nieruchomo: Stehmar, nekromanta, Derexis z krwią na ustach. Potem ciało czarownika zaczęło się sypać, jakby od środka wypełniał je popiół. Rozpadł się bez krzyku.

Drake zerwał drugi łańcuch.

— Uciekać! — krzyknął Boren.

Za późno na porządek. Za późno na szyk. Komora trzęsła się już od uderzeń bestii. Trzeci łańcuch puścił z metalicznym jękiem. Rozżarzony oddech smagnął skałę, topiąc stare runy i zmieniając krawędź pomostu w płynny ogień.

Tavin dopadł do Derexisa, ale ten już wiedział.

— Nie dźwigaj mnie — wycharczał. — Most się zawali.

— To się nie odzywaj, tylko wstawaj!

Derexis spojrzał na Stehmara.

— Wyprowadź ich.

Stehmar chciał zaprzeczyć, lecz w oczach starego rycerza nie było miejsca na kłamstwo. Tylko decyzja.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 39.38
drukowana A5
za 99.94