E-book
9.45
drukowana A5
22.83
drukowana A5
Kolorowa
44.72
Zbiór „Dobra aura” 07.01.26

Bezpłatny fragment - Zbiór „Dobra aura” 07.01.26

Objętość:
57 str.
ISBN:
978-83-8440-399-0
E-book
za 9.45
drukowana A5
za 22.83
drukowana A5
Kolorowa
za 44.72

Słowo wstępne

Opowiadania zawarte w tym tomiku są jak miejsca, które wszyscy dobrze znamy, ale coraz rzadziej odwiedzamy. Zbyt daleko od codziennych szlaków, jakby w innej dzielnicy. Obawiamy się ich, bo a nuż zmieniłyby nam codzienną rutynę. A ta, choć nieraz dokuczyła, jest przecież swoja.

„Dobra aura” jest żartem z naszej odwagi, wzruszenia, zadumy, które przychodzą za późno, kiedy życie dało sobie radę bez ich udziału, przybierając kształt rozpoznawalny, ale drażniąco nie nasz.

W tych historiach jest też pytanie o przyszłość, którą próbujemy wypatrzeć za rogiem ulicy, najczęściej spotykając tam nie gotowy obraz, lecz innych zagubionych ludzi i jedyną radą jakiej możemy im i sobie udzielić jest proste życie z odrobiną humoru.

Aucik

Madzia wyjechała do wielkiego miasta. Zapowiadała od dawna, że nie zostanie na wsi ani w mieście do pięciu tysięcy mieszkańców. Dowcipnisia. Stefan zaglądał do jej pokoiku i czuł się dziwnie — pomieszczenie jest, a dziewuchy nie ma. Nikt nie trzaska drzwiami, nie błyska komputerem po nocy. Do wczoraj jeszcze się łudził, że zmądrzeje, jak wyjdzie za mąż, ale właśnie postanowiła, że zostanie singielką. I dzieci też na taki świat nie wyda — nie chce, żeby cierpiały. Stefana aż przytkało na samo wspomnienie. „Cierpiały! Z takim dziadkiem jak on i taką babcią jak Halina!” Nie mógł słuchać, jak koledzy przechwalali się wnukami: jakie zmyślne, jakie bystre. I jeszcze jemu dogadywali — „A co, u ciebie jakoś się nie zanosi? Zostaniesz sam na starość.” Bolało go to. Nawet psa zaczął głaskać.

I nagle dowiedział się, że można sobie kupić wnuka. Powiedział mu Tomek, najmłodszy chłopak od sąsiadów. Zamówił mu tę zabawkę, a jak przyszła, to jeszcze poskładał, odpalił i nauczył mówić „dziadku”. Robocik łaził za Stefanem i popiskiwał. Nic więcej nie mówił, ale rozumiał — na przykład, że trzeba iść do łóżeczka. Położyli go w pokoju Madzi, a on tylko mrugnął dwa razy oczkami i już spał.

Rano robocik wstał bladym świtem i próbował naprawić dach na psiej budzie. Azor nie wybiegał myślami do najbliższego deszczu, ale cieszył się tak bardzo, że aż splątał łańcuch. Stefan pomyślał, że skoro mały jest taki pilny, można by go przyuczyć do roboty w ogródku. Zrobił słodką minę, jaką zawsze w jego rodzinie zachęcano dzieci do pracy, ale uświadomił sobie, że maszynka nie ma jeszcze imienia. Franuś, Kubuś — jak mu tu dać?

— Aucik — podrzuciła przytomnie Halina i od razu się przyjęło. Stefan na małym szpadelku demonstrował sztukę kopania ziemi, ale robocik nie palił się do naśladowania, prowadząc do logicznego wniosku, że nie jest wart nawet ćwierci pieniędzy, które za niego wybulili. Na szczęście za płotem pojawił się Tomek i wytłumaczył, że urządzenie jest stworzone do towarzystwa, nie do harówki, a w ogóle to wymaga najpierw treningu.

— Treningu? — skrzywił się Stefan. — To co, mam z nim latać po polach, czy jak? Tomek wyjaśnił, że to tylko się mówi „trening”, a naprawdę trzeba go czegoś nauczyć.

— No, to go nauczę i szlus — burknął Stefan.

Kiedy Tomek oddalił się z garścią warzyw, Stefan zabrał się do nauczania, jednak szybko uświadomił sobie, że nie wie, od czego zacząć. Halina podpowiedziała, że może od stworzenia świata, raju, wypędzenia i tak dalej, ale spojrzeli tylko po sobie i dali spokój. Postanowili przejść do historii Polski, chociaż i tu nie było łatwo. Wreszcie, dobrze już zgrzany Stefan, wpadł na to, że zaczyna się od podstaw. Napił się wody i zasiadł w ulubionym foteliku.

— Dziadek — skierował palec na siebie — szklarnia, babka, śliwa węgierka, śliwa renkloda — ciągnął mimo protestów Haliny niezadowolonej z tej „babki” i miejsca na liście. Kazał wszystko powtórzyć Aucikowi, trochę zaskoczony, że malec wymienił go na drugim miejscu po Halinie, a na trzecim ustawił Azora, chociaż nie było o nim wzmianki. Drzewa też pozycjonował nie tak. Zaczął od orzecha u sąsiadów, potem był kasztanowiec u drugich, jeszcze jesion i klony, a dopiero daleko z tyłu jego ukochane owocowe. Stefan patrzył z miłością na książkowo amputowane konary i odczuwał żal, że przegrały z jakimiś przerośniętymi drzewskami. Rozumiał, że trening ma swoje prawa, tylko dlaczego poważne sprzęty ogrodowe były zaledwie odhaczane przez małego spryciarza? I jakim prawem patrzył na nie z góry!

Jeszcze bardziej ubodło go dziwaczne upodobanie Aucika do obiektów poza działką. Uparcie nie chciał pojąć, że przed i za ogrodzeniem to dwie różne jakości. I tak na przykład umiarkowanie zachwycił się podlewaczką do pomidorów i pułapką na nornice, chociaż były to z prawdziwego zdarzenia automaty. Za to gapił się na ogródek meteo u sąsiada, model windy hydraulicznej i inne pierdoły sklecone dla zbytku.

Mocno zakłócało to trening i wywoływało emocje, wprawdzie tylko u nauczyciela, ale tym większe, że uczeń zdawał się nie mieć ich wcale. Nie dziwota, że Stefanowi puściły nerwy, kiedy zauważył, że wnuczek wcale go nie słucha, pochłonięty śledzeniem zegara słonecznego, oczywiście po tamtej stronie. Zamachnął się i rzucił słowo, którego w żadnym treningu nie przewidziano.

Pod wieczór przyszedł Tomek z propozycją, że może trochę podszkolić Aucika z innych dziedzin. Na pytanie z jakich, zaczął się plątać — że trochę z literatury, matematyki, fizyki i takich tam. Stefan odpowiedział, że się zastanowi i że musi to obgadać z małżonką — tak mówił do obcych o Halinie. Naradzali się jak zwykle w piwnicy, bo tam są najgrubsze mury i w razie czego sąsiedzi nie słyszą. Tym razem była jednomyślność. Niech szkoli, ale przez siatkę, żeby go żadnych świństw nie nauczył — tak umyślili.

Tomek zabrał się do rzeczy zaraz na drugi dzień. Ustawił sobie stolik turystyczny na wysokości szklarni, żeby — jak miarkował Stefan — maksymalnie się zabunkrować i wciskać małemu ciemnotę. Rad nie rad, siedział w czterdziestu stopniach, żeby mieć wszystko pod kontrolą. Ale o dziwo, Tomek mało co mówił. Rozstawił komputer i tylko klepnął co jakiś czas w klawisze. Mały też milczał i Stefan nabrał podejrzenia, że czekają, aż sobie pójdzie. Faktycznie, najchętniej by się zanurzył w baseniku Madzi, tak dopiekało. Odskoczył dla zmyłki na chwilę i zaraz wrócił z chytrą miną, a tu nic, tylko komputer mruczał i migało światełko. Aż się bał, co z tego wyjdzie, bo nie żeby był podejrzliwy, ale coś za cicho szła ta nauka.

To, że mały zhardział, było jasne i nawet ktoś mniej bystry od Stefana by się zorientował. Zwrócił uwagę, że podlewanie można „zoptymalizować”, że posesja jest ofiarą złej ergonomii, że samochód mogłyby dzielić dwie, a nawet trzy rodziny, bo i tak stoi bezczynnie. Na wzmiankę o dzieleniu się Stefan odruchowo dotknął paska od spodni. Na szczęście Halina była w pobliżu i bardzo chętnie, a nawet trochę na złość, nadstawiła ucha. Wiele z konkluzji wnuczka od dawna sugerowała mężowi i jak dotąd — groch o ścianę. Rozsierdzony Stefan zabrał się do demontażu węży ogrodowych.

— Jak jaśnie państwo takie mądre, to niech se podlewa ręcznie! — krzyczał, plącząc się i potykając o swój wynalazek. Do wieczora zlikwidował większość dorobku racjonalizacyjnego i nawet z rozpędu zaczął odkręcać panele fotowoltaiczne, ale uświadomił sobie, że aż tak mocno nikt ich nie krytykował. Tego dnia nie wszedł do pokoiku wnuczka i poszedł spać obrażony.

Rano oglądał przez okno swoją działkę, żałośnie pustą, i ze zgryzoty nie zjadł parówek na śniadanie. Mały jakby spuścił z tonu i podejmował neutralne tematy, ale że takich było niewiele, więc jedli prawie w milczeniu. Stefan powzdychał trochę, a że długo nie umiał usiedzieć bez pożytku, zabrał się za równanie górek po kretach. Nagle tknęło go, że oprócz niego coś jeszcze pomrukuje. Spojrzał i zdrętwiał. W szczelince za cieplarką w najlepsze odbywał się ciąg dalszy treningu, który Stefan miał za zakończony. Przeklęte niebieskie oczko migało, jakby chciało wlać w małego wszystkie mądrości świata.

Zaklął, tym razem jawnie, i wykonał swoją popisową szarżę z przytupem. Oczekiwał, że chłopcy rozbiegną się przerażeni, ale widać już zatracili wartości. Aucik przywitał go spojrzeniem jakby z innej planety, a Tomek pozdrowił dość ozięble. Zaaplikował małemu strukturalizm i podświetlił hermeneutykę jako następną. Stefan jęknął i odszedł do piwnicy. Otworzył sobie puszkowe i myślał, co robić, żeby nie zwariować.

Halina, zmartwiona bojkotem parówek, usmażyła na obiad porządne schaboszczaki i polała ziemniaki sosem. Stefan faktycznie nie oparł się i zajadał ze smakiem. Aucik przyglądał mu się z zainteresowaniem. Widać, że miał już po dwóch dniach dobrą kindersztubę, bo nie pchał się z komentarzem, czekając, aż zniknie ostatni kęs kotleta. Obiad i porządny kompot śliwkowy usposobiły Stefana łaskawie.

— No, co tam powiesz, wnusiu? Czego się dzisiaj nauczyłeś? — zagadnął malca.

Miał na myśli coś pożytecznego, na przykład budowę ławki. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo jego wnuczek oddalił się od ludzkich spraw.

— Właściwie nic nowego, dziadku. Rozważam wieczny dylemat zbrodni i kary. I czy można do niego zastosować życie świnki.

Tego już było za wiele. Ani Halina, ani nikt na świecie nie umiałby zatrzymać teraz Stefana, a już najmniej autonomia zapisana wytłuszczonym drukiem w instrukcji. Przez godzinę latał po posesji z kablem od żelazka, szukając zuchwałego smarkacza, który uzyskał azyl w budzie Azora i nie dawał znaku życia. Stefan zażądał rozmowy z Tomkiem. Chłopak podszedł zadowolony, że dzieli ich siatka z drutu czwórki.

Zgodził się, że wskutek intensywności treningu nastąpiło spiętrzenie danych i niekontrolowana konfuzja etyczna. Cofnąć się tego już nie da, bo szkoda dzieciaka, ale można próbować relatywizacji. Wieczorem skruszony Aucik przeprosił dziadka i powiedział, że moralność ludzka nie jest w stanie pomieścić na serio lęków innych niż nasze, więc co dla innych jest ciałem, to dla innych mięsem i tak musi zostać — chyba.

Stefan nie był zachwycony, ale przynajmniej nikt mu nie zaglądał w talerz i to już był postęp. Pokpił chwilę z wegetarianizmu i całkiem już udobruchany, zaczął opowiadać anegdotę o żonie Władka, która tak się odchudzała, że utyła. Już dochodził do puenty, kiedy otworzyły się drzwi i do pokoju wpadła Magda, cała kolorowa od miastowej cyganerii. Z rodzicami przywitała się zdawkowo i całą uwagę skierowała na nowego mieszkańca. Zdążyła już o nim usłyszeć w autobusie. Zaraz zasypała go pytaniami, a on odpowiadał tak chętnie, jakby tylko na to czekał. Stefan nic z tego nie rozumiał i wyszedł zły na dwór. Zdążył tylko mruknąć do Haliny, że „ta mu dopiero do łba nakładzie”.

Czy nakładła coś więcej, tego się nie dowiedział, bo co innego zajęło rodzinę bez reszty. Okazało się, że ekscentryczna i piękna Madzia przestała zwracać uwagę na patykowatą sylwetkę i niezborne ruchy Tomka, a zakochała się w jego umyśle. Stefan trochę nie nadążał, ale był szczęśliwy, że córka spaceruje wieczorami w towarzystwie młodego sąsiada i drobiącego za nimi Aucika. Kiedy wspomniała nieśmiało o zaręczynach, nie wytrzymał i ryknął, bo taki już był tata Stefan, że i złościł się, i wzruszał szczerze.


Zaraz też zabrał się do organizacji wesela, bo żeby się miało bez niego obejść — jak sugerowali młodzi — nie wchodziło w grę. Do ustalenia było — dwieście czy trzysta osób. Reszta proporcjonalnie do liczby gości i na bogato. Magda przystała na trzysta pod warunkiem, że ona załatwia band.

Po długiej debacie za kamiennymi murami Stefan ustąpił, ale wyraz niedocenionego wyrzeczenia obnosił długo. Takim ujrzał go frontman zespołu z wielkiego miasta i jako człowiek doświadczony wiedział, że jest sprawą czasu i wódki, kiedy usłyszy verba veritatis od szefa tej imprezy. Próbował rozchmurzyć tę twarz przymilnymi dedykacjami i gatunkiem muzyki, który grywał tylko wtedy, gdy musiał. Wszystko daremnie.

Stefan tężał w oczach i grubo przed oczepinami zespół ujrzał go zogromniałego gniewem, na wprost sceny.

— Grać albo pieniądze oddawać! — wybrzmiało w twardej akustyce sali balowej tuż po efektownej frazie saksofonu.

Lider przyjął to z godnością. Mrugnął wymownie do swoich ludzi i sięgnął po futerał gitary. Jednak zaczekał z pakowaniem i słuchał uważnie, co mówi mu do ucha sympatyczny robocik. Powoli wracał mu dobry nastrój, aż w końcu podał akord i skonsternowanych gości ogarnęła pełnokrwista weselna gorączka.

Muzyka nie milkła już do rana, a co najdziwniejsze – perfekcyjnie spełniała gusta wszystkich razem i każdego z osobna. Nie mieli pojęcia, jak tego dokonał, ale świeżo ukuty przydomek Didżej Aucik był na ustach wszystkich. Nie byli też świadomi udziału w socjologicznym eksperymencie. Ludzie zawsze słyszą to, co chcą usłyszeć – taka była pierwsza konkluzja Aucika, który zaraz uznał ją za mało odkrywczą i poszedł o krok dalej, dowodząc, że nadawca z czasem przestaje słyszeć sam siebie.

Pod ciśnieniem

Pojawił się w opcji „kup razem” z pompką, chyba dlatego, że wyglądał jak manometr. Kliknąłem i zaraz pożałowałem. Ciśnieniomierz medialny? Czy myśmy już wszyscy oszaleli? No trudno — to tylko parę złotych.

Oglądałem dziwne urządzenie. Oprócz manometru miało niszę na palec. Nacisnąłem. Strzałka drgnęła i zaraz wróciła do zera. Powtórzyłem — to samo. Zakląłem.

— Co, zepsuty? — spytał wesoło facet przy paczkomacie.

— Nie wiem — mruknąłem.

— Można oddać — pocieszał.

— A może działa? — spytał i bez ceremonii wsunął palec w szczelinę.

— Chodzi — powiedział ucieszony. — Wykazuje to samo co ten mój. Zero przecinek jeden.

— To pan ma taki w domu? — jęknąłem rozczarowany.

— Tak, kupiłem w komplecie ze sprężarką. Będzie śmigał, pan spróbuje — zachęcał.

Z ociąganiem przytknąłem palec do ikonki. Mężczyzna obserwował mnie z uwagą.

— Zero? — wykrzyknął. — To pan pobił nawet mnie. Co, nic pan nie wrzuca?

— Wrzucam, ale jakoś nikt nie czyta…

— A filmiki pan zamieszcza?

— Filmiki? Nie, ja piszę komentarze i takie różne… — przerwałem, zmieszany.

— E, bez filmików nie ma szans. No, chociaż obrazki.

Nie przyznałem się żonie do zakupu. Wepchnąłem go do zagraconej szuflady i poszedłem wypróbować pompkę. Tym razem humor mi się poprawił. Wystarczyło parę ruchów i opona w moim rowerze nabrała jędrności.

Po południu przyszli znajomi — niespodziewanie. Czekali u siebie na innych znajomych, ale im się nudziło, więc postanowili poczekać na nich u nas. Kiedy tamci przyjechali, mieliśmy w ogrodzie sześcioro gości, którzy zapomnieli, gdzie mieli się spotkać, ale widać było, że wszystko im jedno. Raźno zajęli się telefonami. Żona poszła zrobić kawę, a ja myślałem, jak się wymknąć na rower. Żal mi było pięknego dnia, który uciekał bezlitośnie.

Wykorzystałem chwilę, kiedy zrobił się ruch koło tacy, i chyłkiem przemykałem z rowerem do furtki.

— O, Leszek! — zatrzymał mnie głos koleżanki. — Ciebie w ogóle nie ma w souszalach. A przecież na rowerze mógłbyś zrobić furorę.

— A skąd wiesz, że mnie nie ma? — spytałem, zawracając niechętnie.

— Bo cię nie ma — poparła ją druga koleżanka. — O, już nie ma — dorzuciła, patrząc kwaśno na czajniczek z mlekiem.

Pierwsza koleżanka odstawiła swoją kawę i sięgnęła do torebki. Ujrzałem piękny manometr w kwiecistej oprawie.

— No, sprawdź sobie — zachęcała.

— Nie, ja się nie bawię w takie rzeczy — skłamałem.

— Dużo tracisz — mówiła z ustami pełnymi ciasteczek. — O, ja podskoczyłam pięć minut temu! — pisnęła radośnie.

— To po klepce z twoim oleandrem, Jola! — śmiała się do mojej żony, idącej do domu po śmietankę.

Zanim się zorientowałem, ktoś chwycił mój palec i przycisnął do urządzenia.

— Zero? — jęknęli chóralnie. — Leszek, co z tobą?!

— Dajcie spokój, to chore! — wyrywałem się, już nieco zły.

— Tato, ten twój gadget zaniża! — usłyszałem dramatyczny głos córki. Nie wiem, jak znalazła przeklęte urządzenie, ale właśnie stała naprzeciw mnie z rumieńcami złości na nastoletniej buzi.

— Pokazuje, że mam osiem i pół, a ja już dawno przekroczyłam dziewięć! — prawie zapłakała.

Koledzy, pochłonięci dotąd przeglądaniem stron motoryzacyjnych, nagle zaczęli filmować moją córkę, bezwstydnie kierując kamerki na jej zgrabne nogi w krótkich spodenkach. Na moje wymowne spojrzenie przestali, ale z chytrymi minami ładowali materiał, udając, że zamykają telefony. Ich żony — jak im się wydawało — dyskretnie przytaknęły, że już to mają.

— Macie rację — odezwałem się po przełknięciu emocji. — Machnę sobie klepkę z rowerem, ale w lesie. Tu by wyszła sucho, najwyżej na zero dwa.

Last minute

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.45
drukowana A5
za 22.83
drukowana A5
Kolorowa
za 44.72