E-book
27.3
drukowana A5
65.92
Zatoczka moralności

Bezpłatny fragment - Zatoczka moralności

Dziennik Zuzanny Hiszpania 2019


Objętość:
569 str.
ISBN:
978-83-8245-408-6
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 65.92

Czy wiecie, że w życiu zdarzają się cuda?


Ja wiem. Cudem jest spotkanie Zuzanny i Jasnego Duszka. Ten pojawia się i przenika myśli. Stworzony z wyobraźni, Jasny Duszek, otacza Zuzannę miłością i wdzięcznością.


Nie jest zauważany przez innych. Oni nie słyszą jego głosu i jego podpowiedzi. Widzi i słyszy je tylko Zuzanna. A on jest w każdym z nas, jest obok nas. Jest w naszych myślach.


To Jasny Duszek daje nam siłę i równoważy emocje. Wciela się w materię nieosiągalnego duszka, który ledwie da o sobie znać, pokaże się na chwilę i już go nie ma. Zostawia tęsknotę i przemyślenia.


Nagle rozpływa się i znika, nie zostawiając po sobie nawet cienia na fali spokojnego morza. Sztuką jest znaleźć miejsce i czas, kiedy pojawi się Jasny Duszek. Znaleźć tę chwilę i odkryć okno przenikania się równoległych światów. Zuzanna doświadczyła tego cudu, znalazła tę chwilę i odkryła okno przejścia.

Elżbieta Skwara


Zatoczka moralności.

Dziennik Zuzanny

— powieść z nutką tajemniczości, o życiu, miłości i Hiszpanii.


Dedykuję ją kobietom.



Wstęp

Marzenia? Czy macie marzenia? Ja mam. Moim marzeniem jest być szczęśliwą kobietą, kochać i ukończyć powieść. Ale czy jestem w pełni szczęśliwa? Chyba nie. Nie wiem.

Marzenia to moje pragnienia związane z tym, czego nie mam, a chciałabym mieć. Chciałabym odnaleźć siebie. Zagubiłam się, zapomniałam być sobą.

Moim celem jest napisanie książki i życie wśród miejsc ukochanych, tam gdzie będę czuła się cudownie sama ze sobą. To tam nauczę się być szczęśliwą.

Wszyscy mamy marzenia, ale nie wszyscy dążą do ich spełnienia. Nie mają odwagi, żyją w swojej strefie komfortu i nie zastanawiają się nad tym, że życie nie polega na stagnacji. Życie to żyć pełną piersią, życie to zmieniać je i dążyć do doskonałości. Postanowiłam spełniać swoje marzenia. Nie chcę godzić się na marazm, niezadowolenie z siebie, życie pod dyktando innych. Chcę nauczyć się być sobą. Oczekuję czegoś więcej od życia.

Chcę się realizować, bo życie mamy tylko jedno. Nie chcę go marnować i żyć tylko z dnia na dzień, narzekając.

Chcę wolności, chcę robić w końcu to, co sprawia mi radość. Chcę na wyciągnięcie ręki, tak blisko, mieć ukochane morze, żółty piasek i słońce prawie przez cały rok. Chcę być wolna w słowach, myślach i czynach. Chcę być szczęśliwa w każdej chwili i każdego dnia.

Zuzanna


„Życie każdego człowieka jest dziennikiem, w którym chciałoby się napisać jedną historię, a pisze się inną”

— James Matthew Barrie

Rozdział I
Podjęłam decyzję: wyjeżdżam. Moim celem jest Hiszpania

Początek marca 2019 roku


Zawsze myślałam, że to takie łatwe zostawić wszystko za sobą. Zostawić dotychczasowe życie, uciec gdzieś daleko, uciec na koniec świata. Nie dlatego, że mam dość. Po prostu, żeby pobyć w samotności, przemyśleć swoje życie i odnaleźć siebie. Ale to nie jest takie łatwe i proste.

Napisałam kilka książek, ale chciałabym, żeby ta, którą zaczęłam pisać, powstała w miejscu bardzo mi bliskim, nad morzem. Morze jest dla mnie uniesieniem, odnowieniem i wyciszeniem.

Kilka lat temu, będąc w Hiszpanii, a konkretnie w Maladze, poczułam taki dziwny impuls, poczułam szczęście. To było dziwne uczucie, takie, jakby ktoś mi szeptał do ucha: „To jest twoje miejsce, to tu znajdziesz szczęście”. To było nierealne, ale to właśnie wtedy, spacerując brzegiem morza, poczułam, że chcę tu żyć. To jest moje miejsce na ziemi.

***

Pisanie kolejnej książki szło mi niemrawo. Ciągle coś się działo, nie miałam w sobie wewnętrznego spokoju. Wiktor zarzucał mi, że go zaniedbuję, wychodził z domu, a ja się zamartwiałam. Nie mogłam się skupić na tym, o czym piszę. Wydawca dzwonił, naciskał, pytał o termin ukończenia książki.

Nie wiedziałam, co mam zrobić ze sobą, byłam rozdrażniona i za wszystkie niepowodzenia winiłam siebie. Czym bardziej wydawca naciskał, tym bardziej czułam się osaczona. Nawet przychodziły mi do głowy myśli o zerwaniu umowy.

Termin umowy został dokładnie określony na koniec września. Teraz mamy już marzec, a moja książka ma dopiero kilka rozdziałów.

Ostatni czas był dla mnie zagubieniem. Znalazłam się w trudnej sytuacji i właśnie ten głos sprzed wielu lat podszepnął mi taką myśl.

Postanowiłam, że wyjadę tam, gdzie poczułam szczęście i radość z życia. Wiedziałam, że właśnie tam wszystko się odmieni.

Książka, którą piszę, jest dla mnie bardzo ważna. Potrzebuję materiałów do jej powstania, potrzebuję dużo czasu i wolności, a nie myślenia o przyziemnych sprawach.

To ma być powieść historyczna, oparta na faktach, lecz niektóre postacie i sytuacje będą miały charakter fikcyjny. Świadomie wprowadziłam wątek fikcyjny ze względu na tajemniczość i ciekawość fabuły, oraz — co tu dużo ukrywać — tym samym przyciągnięcie czytelnika.

Mentalnie długo przygotowywałam się do wyjazdu. Wiedziałam, że czekały mnie trudne rozmowy z bliskimi. Chciałam wyjechać przynajmniej na kilka miesięcy.

Po wielu dniach wahań i analiz za i przeciw, podjęłam ostateczną decyzję. Wyjeżdżam do Hiszpanii. Nikt i nic mnie nie powstrzyma.

— Zuza, czy ty uciekasz ode mnie? — To były pierwsze słowa Wiktora, kiedy obwieściłam mu swoje tajemnice i marzenia. — Jesteś o zdrowych zmysłach? — dodał mój mąż.

— Ależ skąd, jestem normalna, po prostu wyjeżdżam tylko na kilka miesięcy. Przecież nie zostawiam cię, będziemy cały czas w kontakcie. Wiesz, że świat jest mały i w każdej chwili możesz do mnie przyjechać. Poza tym uważam, że tobie i mnie przyda się rozłąka. Znowu zatęsknimy za sobą, jak za dawnych lat — przekonywałam.

— Nie lubię, jak jesteś daleko ode mnie, ale rozumiem. Jeśli ci to pomoże i napiszesz w końcu tę książkę, to przecież cię nie zatrzymam. Jak tak chcesz, tak zadecydowałaś, to jedź.

Rozmowy między nami trwały jeszcze długo, ale ja już postanowiłam i podjęłam ostateczną decyzję. Nikt i nic mnie nie odwiedzie od celu, jaki sobie postawiłam.

Kupiłam bilet do Malagi. Uznałam, że tam chcę jechać. Pamiętam słoneczną Hiszpanię. Jestem tym krajem, szczególnie Andaluzją, zauroczona. Nigdy nie czułam się tak dobrze jak wtedy. To były cudowne i niezapomniane, wakacyjne dni.

Zapakowałam tylko niezbędne ubrania, wzięłam paszport i wymieniłam złotówki na euro. Najważniejszy był laptop z tekstem powieści i telefon. Uznałam, że jak będę czegoś potrzebowała, to sobie kupię.

Bilet zarezerwowałam na szesnastego marca. Wiktor w końcu zrezygnował z przekonywania mnie, że ten mój wyjazd to zły pomysł. Wiedział, że zatrzymanie mnie na siłę, nic nie da.

Została mi jeszcze jedna ważna rozmowa. Rozmowa z moimi dziećmi. Musiałam im powiedzieć o podjętej przeze mnie decyzji. Byłam ciekawa, jaka będzie ich reakcja.

Zaprosiłam Natalię i Kamila na obiad. Byli zaskoczeni. Tak naprawdę to byłam bardziej zestresowana rozmową z nimi niż z Wiktorem. Nie wiedziałam, jak mam im o moim wyjeździe powiedzieć.

— Moje kochane dzieci, muszę wam powiedzieć o decyzji, jaką podjęłam. Zaprosiłam was dzisiaj po to, żeby poinformować was o moim wyjeździe. Natalko, Kamilku, wyjeżdżam do Malagi na trzy, cztery miesiące, no może na pół roku.

— Mamo, sama wyjeżdżasz — zapytała Natalia — czy razem z tatą?

— Wyjeżdżam sama, córeczko.

— A co na to tata? — zapytali jednogłośnie.

— Cóż, po wielu rozmowach zgodził się. Kochani, piszę książkę i chcę mieć spokój, a poza tym chcę pobyć sama ze sobą. Co wy na to? — zapytałam z niepokojem.

— Jedź, mamo, będziemy w kontakcie. Dobrze ci to zrobi, odpoczniesz, nic cię nie będzie rozpraszać, wyciszysz się. Widzę, jaka jesteś zestresowana — powiedziała Natalia.

— Dziękuję, wiedziałam, że tak będzie, że wy mnie zrozumiecie, bo tato trochę się buntował. Myślę, że jest niezadowolony, ale odwiedzajcie go i dzwońcie. — Spojrzałam na Wiktora, ale on nie odzywał się, tylko słuchał, o czym mówię.

Moje kochane dzieci. Zawsze mogę na nie liczyć, chcą tylko mojego dobra, szczególnie Kamil — chłopiec bardzo wrażliwy. Jestem z nim bardzo blisko. To taki synuś mamusi. Przystojny chłopiec, z wykształcenia informatyk. Jest na ostatnim roku studiów. Mieszka z dziewczyną, ma swoje piękne mieszkanie i zawsze o mnie pamięta. Dzwoni i często nas odwiedza. Wspaniały i kochający syn.

Natomiast Natalia — buntowniczka, mądra i piękna kobieta, z wykształcenia biolog. Zawsze uwielbiała biologię, kocha zwierzęta, jest pełną energii kobietą i również wspaniałą córką. Jestem dumna z moich dzieci. Natalia również ma swoje mieszkanie. Pięknie je urządziła, ale panuje w nim ciągle nieład, co spędza mi sen z powiek.

Dzieci dały mi pozwolenie, Wiktor z ciężkim sercem, ale nie miał innego wyjścia. A ja byłam zdeterminowana.

Te kilka dni do wyjazdu minęły bardzo szybko. Wreszcie nadszedł ten dzień. Jutro dzień wyjazdu.


16 marca 2019 roku, sobota


— Odwieziesz mnie na lotnisko? — zapytałam Wiktora rankiem tego dnia.

— Oczywiście, że tak. Muszę przyznać, że niepokoję się o ciebie. Gdzie będziesz mieszkała, czy o tym myślałaś? Jesteś nieobliczalna, jechać w ciemno do innego kraju, gdzie nikogo nie znasz… — jeszcze próbował mnie zniechęcić.

— Przestań mnie straszyć, dam sobie radę, mam pieniądze i telefon. Nie jadę na koniec świata ani na jakieś odludzie. Znam język angielski. Nic więcej nie potrzebuję.

Wzięłam walizkę i podręczną torbę, wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy na lotnisko.

Pożegnałam się z Wiktorem i przeszłam do kontroli.

Z daleka pomachałam Wiktorowi i zostałam sama. Nie czekałam długo, napiłam się tylko kawy, zjadłam croissanta i już wsiadałam do samolotu.

Będąc już na pokładzie, cały czas rozmyślałam. Dopiero wtedy dopadły mnie wątpliwości. Co ja robię, jak się odnajdę w innym kraju, znając tylko język angielski, a nie hiszpański? Pomyślałam, że jakoś się dogadam. Zawsze targają mną rozterki przy podejmowaniu jakichkolwiek decyzji. Lecz, muszę przyznać, że jestem ryzykantką.

Lot minął szybko, nikt na nikogo nie zwracał uwagi.

Po wyjściu z samolotu chwilę czekałam na bagaż i wyruszyłam w stronę wyjścia z lotniska.

Lotnisko w Maladze to największe lotnisko w Hiszpanii. Bardzo przyjazne i dobrze oznakowane, a przy tym piękne, z niezliczonymi sklepami, kawiarenkami i restauracjami. Z walizką i podręczną torbą w ręku udałam się na przystanek autobusowy. Znalazłam go bez problemu. Wsiadłam do autobusu, wcześniej pytając się pani, która również wychodziła z lotniska, który autobus jedzie do centrum Malagi.

Z lotniska do centrum Malagi było osiem kilometrów. Jechaliśmy około dwadzieścia pięć minut. Za bilet zapłaciłam trzy euro. Wysiadłam przy porcie. Poznałam to miejsce i z daleka poznałam również biuro turystyczne. Znałam to biuro, ponieważ poprzednim razem, kiedy tu byłam, pytałam w nim o drogę. Wtedy pytałam, jak dojść do kolejki, a dzisiaj chodziło mi o wynajęcie pokoju lub domku.

Zmęczona, głodna i przepocona dotarłam do biura. Było ciepło, a ja miałam na sobie zimowe ciuchy i buty. Na szczęście zdjęłam czapkę i rozpięłam kurtkę. Weszłam do środka.

— Dzień dobry, szukam pokoju lub domku na wynajem, może być na peryferiach Malagi, ale blisko morza — powiedziałam jednym tchem po angielsku.

— Dzień dobry, proszę usiąść, zaraz coś znajdziemy dla pani — odparła młoda, czarnowłosa kobieta. Szukała, przeglądała jakieś dokumenty, gdzieś dzwoniła, a ja cierpliwie czekałam, rozglądając się.

— A na jak długo chce pani wynająć domek czy pokój? — zapytała.

— Tak wstępnie chciałabym na kilka miesięcy, może nawet na pół roku — dodałam. — Jestem pisarką, chciałabym jakieś spokojne miejsce, gdzie mogłabym pisać.

— Mam coś dla pani, mały domek nad morzem, ale zaznaczam, że nie jest ogrzewany. Proszę spojrzeć. — Pokazała mi zdjęcie.

Od razu spodobał mi się ten mały domek nad morzem.

— Jest taki, o jakim myślałam. Czy mogę wiedzieć, ile wynosi miesięczna opłata za wynajem tego domku?

— Miesięcznie to pięćset euro — powiedziała.

— Dziękuję, jestem zdecydowana. A jak daleko to jest od Malagi?

— Około piętnastu, dwudziestu kilometrów, lecz autobus jeździ do La Cala del Moral co piętnaście minut. Miasteczko tak właśnie się nazywa. Z dojazdem do Malagi nie ma żadnego problemu. Proszę klucze do domku, najdalej jutro pojawi się właścicielka i omówicie resztę szczegółów.

Spisałyśmy umowę, pani podała mi adres i oryginał umowy. Wzięłam klucze, bagaże i poszłam w stronę wyjścia.

— Do widzenia, dziękuję pani. — Byłam zadowolona, że tak sprawnie wszystko poszło.

— Do widzenia, do zobaczenia i życzę pani przyjemnego pobytu w Hiszpanii.

Byłam bardzo zmęczona i głodna, więc pomyślałam, że najpierw muszę coś zjeść, napić się kawy i zrobić zakupy, zanim pojadę do mojego domku.

Zatrzymałam taksówkę. Na szczęście pan mówił po angielsku, więc poprosiłam go o zawiezienie mnie najpierw do restauracji.

— Proszę pana, mam prośbę, czy mogę u pana zostawić walizkę? Przyjechałam z Polski, jestem głodna, zjem coś w restauracji, zrobię zakupy i pojedziemy pod ten adres. — Podałam mu kartkę z adresem.

Taksówkarz był trochę zdziwiony, ale zgodził się. Zaproponował mi market, powiedział, że tam jest restauracja, więc coś zjem i zrobię zakupy, a potem pojedziemy pod wskazany adres.

Wkrótce zaparkowaliśmy na parkingu marketu.

— Dziękuję, jest pan bardzo miły. Zapraszam na kawę, nie będzie pan tak siedział sam w taksówce, a to przecież potrwa — zaproponowałam. — Jestem Zuzanna — przedstawiłam się.

— A ja jestem Antonio. — Podał mi rękę i uśmiechnął się.

— Bardzo mi miło. — Odwzajemniłam uśmiech. — Antonio, zapraszam na kawę.

Antonio, młody człowiek, podobnie jak ja około czterdziestki, miał śniadą cerę i czarne włosy. Typowy Hiszpan. Bardzo przystojny i spokojny. Na pierwszy rzut oka było widać, że to porządny człowiek.

— Antonio, jeżeli można wiedzieć, czy masz rodzinę? — zapytałam, w międzyczasie zaspakajając głód i popijając kawę.

— Tak, mam żonę i troje dzieci: syna i dwie córki. Syn już jest dorosły, córka również, tylko najmłodsza jest z nami.

— Antonio, teraz pójdę na zakupy a ty, jeżeli chcesz, zamów sobie jeszcze jedną kawę albo wodę, oczywiście na moje konto.

— Dziękuję, Zuzanno. — Uśmiechnął się. Zostawiłam Antonia w restauracji i poszłam na zakupy.

Kupiłam najpotrzebniejsze produkty do jedzenia i pojechaliśmy do mojego wynajętego domku nad morzem.

Rzeczywiście od Malagi do mojej miejscowości, w której miałam mieszkać, czyli La Cala del Moral, było osiemnaście kilometrów. Podjechaliśmy pod domek, zapłaciłam i podziękowałam Antoniowi.

— Antonio, podasz mi swój numer telefonu, gdybym chciała jeszcze skorzystać z twoich usług?

— Ależ oczywiście, proszę. — Antonio dał mi swoją wizytówkę.

— Bardzo mi miło, wiesz, że nikogo tutaj nie znam — zaznaczyłam.

— Do widzenia, Zuzanno, miłego pobytu w Hiszpanii.

— Dziękuję, do widzenia, Antonio.

Antonio wsiadł do swojej taksówki i odjechał, a ja najpierw rozejrzałam się wokoło. Sprawdziłam numer domu. Tak, to był ten.

Stałam przed furtką, a kilka metrów dalej stał mały domek, wokół którego było dużo zieleni. Inne domy oddalone były od mojego domku o około dwieście metrów. Była cisza i spokój.

Otworzyłam furtkę i ruszyłam w stronę domku. Szłam ścieżką, rozglądając się z ciekawością. Szukałam morza, ale go nie zobaczyłam. Otworzyłam kluczem drzwi i weszłam do środka mojej przystani na kilka miesięcy.

Znalazłam się w przedsionku, otworzyłam następne drzwi i weszłam do obszernej kuchni, wyposażonej we wszystko, co potrzebne do zrobienia posiłków. Taka normalna kuchnia. Otworzyłam następne drzwi i znalazłam się w salonie z telewizorem, biurkiem i szafą. Było tradycyjnie, bardzo czysto i podobało mi się. Otworzyłam kolejne drzwi, tu była sypialnia z dużym łóżkiem. W łazience była wanna i prysznic w jednym. Bardzo praktyczne, czasami lubię poleżeć w wannie, jednak preferuję prysznic.

Chociaż byłam zmęczona, koniecznie chciałam zobaczyć morze, wyszłam więc na zewnątrz, za domek. Wtedy w oddali ukazał mi się przepiękny widok błękitu morza z małą plażą.

Wróciłam do domku (tak nazwałam ten dom: „domek”). Był mały, a wśród tej pięknej zieleni wyglądał jak z bajki.

Wzięłam prysznic i bez chwili zastanowienia położyłam się do łóżka. Zmęczenie dało o sobie znać. Natychmiast zasnęłam.

Kiedy się obudziłam i otworzyłam oczy, było ciemno. Początkowo nie wiedziałam, gdzie jestem. Jak oprzytomniałam na dobre, uświadomiłam sobie, że jestem sama w tym małym domku i że jestem w Hiszpanii.

Nawet nie zadzwoniłam do Wiktora, że jestem już na miejscu. Zapaliłam światło, zrobiło się jeszcze przytulniej. Wzięłam do ręki telefon, a tam było kilka nieodebranych połączeń i esemesy. Telefony były od Wiktora. Pomyślałam, że jednak martwi się o mnie, chociaż ostatnio panował między nami chłód. Jesteśmy razem od dwudziestu pięciu lat. To kawał czasu. Zaraz do niego oddzwoniłam.

— Halo, Wiktor, to ja.

— Zuza, nie odbierasz telefonu, denerwuję się — powiedział z wyrzutem.

— Niepotrzebnie się denerwujesz. Wynajęłam domek blisko plaży. Jak tylko się wprowadziłam, poczułam się bardzo zmęczona i zasnęłam. Nie martw się, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Jest przed sezonem, więc na razie będę płaciła mniej. Za marzec zapłaciłam dwieście pięćdziesiąt euro, to za pół miesiąca. Tutaj jest ładnie, zielono i trochę na odludziu, ale właśnie o to mi chodziło. Jak się na dobre zadomowię, wyślę ci zdjęcia — opisałam mu pokrótce, jak tutaj było. — A ty jak sobie radzisz?

— Zuza, to dopiero parę godzin, radzę sobie, ale dzwoń do mnie i odbieraj telefon. No to cześć, do usłyszenia.

— Do usłyszenia.

Odłożyłam telefon i z energią zabrałam się do rozpakowywania walizki. Poukładałam swoje rzeczy w szafie. Jedzenie, które kupiłam, włożyłam do lodówki. Laptop i telefon położyłam na biurku.

Lubię porządek. Rozejrzałam się z zadowoleniem. Otworzyłam okna, poczułam chłodne, świeże i wiosenne powietrze. Była cudowna cisza, tylko z daleka wśród tej ciszy słyszałam lekki szum morza.

Przypuszczałam, że o tej porze roku jeszcze nie ma żadnych turystów w tej małej miejscowości.

Włożyłam sweter i wyszłam na zewnątrz. Było ciemno, cicho i wiał lekki wiatr od morza. Tego dnia nic już nie mogłam zobaczyć, więc wróciłam do domku. Zrobiłam sobie kolację i wypiłam gorącą herbatę.

W domku było chłodno, ogrzewania w nim nie było, więc gorąca herbata trochę mnie rozgrzała.

Jak spotkam się z właścicielką czy właścicielem w najbliższym czasie, to poproszę o jakiś elektryczny piecyk.

Otworzyłam laptopa i trochę pisałam. Napisałam też plan dnia: o której będę pracowała nad książką, że będę zwiedzała, pływała w morzu i spacerowała jego brzegiem.

Czułam się świetnie. Lubię być sama, wejrzeć w głąb siebie, zastanowić się nad sobą. Bardzo mi było tego potrzeba.

La Cala del Moral, w której jestem, to małe miasteczko rybackie i turystyczne, leżące niedaleko Malagi i położone nad samym morzem.

Włączyłam telewizor i postanowiłam, że będę oglądała filmy i wiadomości tylko w języku hiszpańskim. Tym sposobem będę słuchała, uczyła się i oswajała się z językiem. Pomyślałam, że nie będę się nudziła. Jeszcze chwilę się rozglądałam, poznawałam nowe miejsce i odkrywałam nieznane mi zakamarki domku.

Było już późno. Dochodziła godzina jedenasta wieczorem, więc powoli zbierałam się do spania.

Moja pierwsza noc tutaj. Przypomniałam sobie nasze, polskie powiedzenie, że to, co się przyśni w pierwszą noc w nowym miejscu, to się spełni. Zobaczymy.


17 marca 2019 roku, niedziela


Rankiem obudziło mnie słońce wlewające się przez okna. Wczoraj nie zaciągnęłam rolet i nie zasłoniłam okien. Nie zapamiętałam snu, chyba nic mi się nie śniło. A szkoda.

Otworzyłam szeroko okna, wdychając czyste i świeże powietrze. Zrobiłam kilka ćwiczeń, wzięłam prysznic i ubrałam się. Przygotowując śniadanie, czułam w sobie radość i ciekawość tego uroczego miejsca.

Tak jak postanowiłam, usiadłam do pisania mojej powieści. Pisałam, dopóki nie poczułam bólu w plecach. Krzesło przy biurku było niewygodne. Na pewno nie do długiej pracy przy komputerze.

Skończyłam na dzisiaj, więc zapisałam tekst i wyłączyłam komputer. Spojrzałam na zegarek, dochodziło południe. I tak dosyć długo wytrzymałam.

Wypiłam kawę i wyszłam przed domek. Wszystko pięknie się zieleniło. Jedne kwiatki już kwitły, inne za chwilę miały zakwitnąć. Nie to, co u nas. W Polsce jeszcze trwała zima, a tutaj była wiosna w pełni.

Ogród przy domku był trochę zaniedbany, ale pewnie właściciele mieli się nim zająć wkrótce. A może ja popracuję w nim, tak po prostu, dla odstresowania? Lubię prace ogrodnicze.

Zaczęłam dalej zwiedzać moje nowe otoczenie. Poszłam za domek, a z daleka oślepił mnie przecudny widok. Przede mną było prawdziwe morze. Morze, które kocham. Przyglądając się dokładniej, widziałam również małą plażę. Nic mi nie zasłaniało tych pięknych widoków.

To jest to, czego chciałam. Spokój, zieleń, morze i cisza. Musiałam tylko zrobić obiad i zjeść, a potem chciałam zwiedzić okolice, ale przede wszystkim pójść nad morze.

Zjadłam makaron z sosem, który smakował mi jak nigdy. Popiłam gorącą herbatą i powoli zaczęłam zbierać się do wyjścia.

Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Od razu pomyślałam, że to pewnie właściciele.

— Dzień dobry — powiedziałam, otwierając drzwi. Przede mną stała kobieta w moim wieku, a może nawet młodsza.

— Hola, jestem właścicielką domku. Czy rozumie pani po hiszpańsku? Jeżeli nie, to mówię, ale tylko trochę, po angielsku.

— To dobrze, bo rozumiem tylko po angielsku. Witam panią, proszę wejść do środka, Mam na imię Zuzanna, jestem z Polski, miło mi panią poznać — przedstawiłam się.

— A ja jestem Blanca, również bardzo mi miło.

— Blanco, napijesz się kawy?

— Tak, poproszę. — Przyglądała mi się wnikliwie.

Robiłam kawę i rozmawiałyśmy bardzo prostym językiem i przy pomocy rąk. Nauczyła się języka angielskiego również ze względu na przyjmowanie turystów, szczególnie anglojęzycznych. Blanca zapytała mnie, czy jestem zadowolona i jak długo zamierzam tu zostać. Czynsz za wynajem będzie pobierała sama. Po prostu przyjdzie do mnie pod koniec każdego miesiąca.

Blanca była miłą i ładną kobietą o czarnych oczach i czarnych włosach.

Rozmawiałyśmy. Opowiadała mi o tym domku, że ma go po dziadkach i darzy go sentymentem. Dodała, że jej dziadkowie już nie żyją. Mówiła, że będzie do mnie zaglądała. Zapytałam ją o piecyk, może elektryczny, gdyż wieczorem w domku jest chłodno. Obiecała, że przyniesie mi elektryczny piecyk, ale za prąd muszę zapłacić dodatkowo. Zgodziłam się.

— Zuzanno, muszę się zbierać, do zobaczenia i dziękuję za kawę. Mieszkam niedaleko, więc będziemy się widywać. Bardzo się cieszę, że to ty będziesz mieszkała w moim domku. Zaraz przyniosę piecyk. Jeśli cię nie będzie, zostawię go przed drzwiami.

— Bardzo się cieszę i dziękuję, Blanco. Do zobaczenia.

Blanca wyszła, a ja, tak jak zamierzałam, zaczęłam się zbierać do wyjścia nad morze. Pogoda była piękna, świeciło słońce, a niebo było błękitne. Nie wiem, jaka była temperatura powietrza, nigdzie nie zauważyłam termometru. Muszę zapisać w kalendarzu, żeby kupić termometr, ale czułam, że jest bardzo ciepło. Zamknęłam domek na klucz i poszłam w stronę morza. Zaledwie parę minut zajęło mi dojście na plażę.

Zdjęłam tenisówki i stałam tak z gołymi stopami, zanurzonymi w piasku. Stałam jak urzeczona, patrząc na spokojne morze o zmiennych kolorach szmaragdu. Nikogo wokół nie było, tylko ja, słońce, piasek, cisza i morze.

Usiadłam na piasku wpatrzona w dal i zamyśliłam się.

Nagle ujrzałam przed sobą chłopca. Może miał szesnaście lat, a może więcej. Stał przede mną, wpatrywał się we mnie i nic nie mówił.

Chłopiec miał jasne włosy, jasną cerę i zielone oczy. Nie wydawało mi się, że jest stąd. Wyglądał jak anioł, a co ciekawe, nic nie mówił, nie poruszał ustami, a ja jego słyszałam i rozumiałam. Skąd on się wziął tutaj tak nagle? Czy z morza? Nie zauważyłam, kiedy do mnie podszedł.

— Skąd jesteś i jak masz na imię? — zapytałam.

— Jestem z morza i nie mam imienia.

— Jak to z morza?

— Nie jestem z twojego świata.

— Nie rozumiem, o czym ty mówisz. Zabierzesz mnie, chociaż na chwilkę, do twojego świata? — zapytałam z niedowierzaniem.

— Nie mogę, nigdy nie słyszałem, żeby jakiś żywy człowiek wszedł do naszego świata.

Pomyślałam: „Co się dzieje? Czy ja śnię?”.

— A jaki jest ten twój świat?

— Mój świat jest dobry, pełen miłości. W moim świecie nie ma miejsca na zło. Nikt z twojego świata nas nie widzi i nie słyszy.

— To dlaczego ja widzę ciebie i rozmawiam z tobą?

— Mój świat jest równoległym światem do waszego. My was widzimy i słyszymy, a wy nas nie. Jestem twój, jestem przy tobie na zawsze. Zasłużyłaś na to, żeby mnie widzieć. Jesteś dobra i przywołałaś mnie. Każdy człowiek z waszego świata ma swojego duszka w naszym świecie.

— No nie przesadzaj, mój Jasny Duszku, z tą moją dobrocią. Czy mogę cię zobaczyć w domku, w którym mieszkam?

— Nie, tylko tutaj jest czysta energia, której nic nie zakłóca. Woda to jest twój żywioł. Tylko tutaj jest okno przejścia. Tylko tutaj możesz mnie zobaczyć. Jestem przy tobie, pomagam ci, a ty tego nie widzisz. Każdy z was ma swojego anioła stróża, ale nie każdy o tym wie i nie każdy go spotka. Ty jesteś wyjątkiem — odpowiedział na moje pytanie Jasny Duszek. Jasny Duszek, bo tak nazwałam mojego anioła stróża.

Nagle tak jak się pojawił, tak zniknął. Wstałam, biegałam po plaży w tę i z powrotem. Wołałam go, ale była tylko cisza i spokój. Fale i piasek przyjemnie otulały moje stopy. Spojrzałam na zegarek, spędziłam na plaży cztery godziny. To zadziwiające, a zdawało mi się, że to była tylko chwila.

Zaczęłam się zastanawiać, co to było, a to było takie realistyczne. Mogłam go dotknąć, a zarazem nie mogłam się ruszyć z miejsca. Siedziałam na piasku jak zahipnotyzowana. „Kto to był?”, pytałam samą siebie.

Kiedyś, właśnie mi się przypomniało, moja mama mówiła mi, że jej siostra straciła dziecko. Widziałam zdjęcia i wydawało mi się, że ten chłopczyk miał takie same oczy i włosy. Niesamowite, nie wiem, co mam o tym myśleć. Czułam, że jest mi bliski. Nie chciałam, żeby odszedł, a właściwie rozpłynął się na moich oczach.

Cały wieczór miałam przed oczami tego chłopca. W końcu postanowiłam, że już nie będę się zastanawiała nad tym, co mi się przytrafiło.

Otworzyłam laptopa, odpowiedziałam na maile. Pisały do mnie moje dzieci. Pytały, jak jest tutaj, czy się już zadomowiłam i jak się czuję.

Nikomu z nich nie przyznałam się, co magicznego mnie dzisiaj spotkało. Nie będę o tym mówiła. Będzie to moja tajemnica. I tak tajemniczo minął drugi dzień mojego pobytu w Hiszpanii.


18 marca 2019 roku, poniedziałek


Obudziłam się i wstałam z myślą o spotkaniu z zielonookim chłopcem — Jasnym Duszkiem. Dlaczego ja? Co chce mi powiedzieć?

Wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie i włączyłam komputer. Kontynuowałam pisanie mojej powieści. Skończyłam tak, jak zaplanowałam, około południa.

Pod koniec pisania poczułam znajomy ból pleców. Pomyślałam, że muszę wstać i rozprostować się, i że na moją dolegliwość najlepiej pomoże mi pływanie. Uwielbiam wodę, a pływanie sprawia mi ogromną przyjemność.

Wyszłam do ogrodu, spacerowałam, szukałam wiosny, która tutaj zagościła się na dobre. Nie to co w Polsce, tam jest jeszcze zimno, nie ma listków na drzewach ani nawet pąków i kwiatów.

Na razie nie tęskniłam za domem, nie tęskniłam za Wiktorem. Może dlatego że nie miałam czasu myśleć o nim. Dużo czasu poświęcałam na pisanie. Chciałam zrobić obiad i napić się kawy. Dzisiaj to już by była druga kawa. Zwykle pijam tylko jedną dziennie, ale uwielbiam ją.

Zadzwonił telefon, więc szybko wbiegłam do domku i wzięłam go do ręki.

— Halo, słucham.

— To ja, mamo, jak sobie radzisz? — Dzwoniła Natalia.

— Dobrze, córeczko, nie mam czasu nawet zatęsknić za wami. Dużo piszę, byłam nad morzem tylko raz, ale dzisiaj zaraz się tam wybieram. Idę popływać. Wiesz, dokucza mi znowu ten ból pleców, pewnie za dużo siedzę przed komputerem. — „To chyba prawda”, pomyślałam. — A co u ciebie, córeczko?

— Wszystko dobrze, tylko brak mi ciebie i naszych rozmów.

— A co u Kamila, jak jego miłość?

— Dobrze, chyba dobrze, nie widziałam się z nim od czasu twojego wyjazdu.

— Muszę do niego zadzwonić.

— Mamuś, to kończę, całuję cię mocno, kocham cię. Uważaj na siebie. Chciałam tylko usłyszeć twój głos.

— Do usłyszenia, córeczko, też cię kocham.

Zjadłam obiad, napiłam się wody, włożyłam kostium kąpielowy i poszłam nad morze. W tej zatoczce osłoniętej od wiatru było zacisznie i nie było ani żywej duszy. Rozebrałam się i wskoczyłam do morza. Pływałam tam i z powrotem od brzegu na około dziesięć metrów w głąb. Nie jestem doskonałą pływaczką i dlatego jestem ostrożna. Woda była trochę chłodna, ale mi to nie przeszkadzało. Kiedy się zmęczyłam, wyszłam z wody, okryłam ręcznikiem, usiadłam, zamknęłam oczy i zamyśliłam się.

Kiedy je otworzyłam (a może nie? Zresztą nie wiem), przede mną stał mój Jasny Duszek. Ten sam chłopiec co wczoraj.

— Jesteś, czekałem na ciebie. — Uśmiechał się.

— Nadal nie wiem, jak masz na imię. Powiesz mi? — zapytałam.

— To jest nieważne, w naszym świecie nie ma imion.

— Tak? Więc będę cię nazywała Jasnym Duszkiem. Powiedz mi, Jasny Duszku, czy mieszkasz tutaj?

— Mieszkam wszędzie, nie wiem, co to znaczy tutaj.

— No tu, w tym miasteczku.

— Jestem obok ciebie, jestem twoimi myślami. Świat nie jest taki, jak ty go oglądasz. Mój świat jest inny i dobry. Taki jak ty. Ty masz dobre myśli i lubisz ludzi. Jesteś empatyczna. A ja czuwam nad tobą, bo mnie potrzebujesz. W waszym świecie nikt nie widział mojej rozpaczy i tego, że jest mi źle. Wiem, że ty widziałabyś ten mój ból w moich oczach. Potrafisz wczuć się i zrozumieć drugiego człowieka. Napiszesz powieść i będziesz szczęśliwa. A dzisiaj widzę jeszcze w twoich oczach smutek. Twoja dusza też jest smutna. Jesteś taka jak ja. Ale to się zmieni. — Znał mnie, tyle o mnie wiedział.

— Masz rację, Jasny Duszku, jestem smutna. Uciekłam od smutku, od codzienności. Chcę się oderwać od tej rzeczywistości, w której tkwiłam. Chcę odnaleźć siebie. Chcę nauczyć się radości i bycia szczęśliwą. Jasny Duszku, czy mnie słuchasz, gdzie jesteś?

Rozejrzałam się i nigdzie go nie było. Nagle zniknął. Pomyślałam, że taki mały chłopiec, a taki dorosły w słowach. To dziwne. To prawdziwy chłopiec czy moje myśli, czy jakaś zjawa?

Spojrzałam na zegarek i znowu nie mogłam uwierzyć, że tyle czas upłynęło.

Spokojnie i powoli zebrałam się. Chwilę spacerowałam brzegiem morza. Rozglądałam się za chłopcem. Pomyślałam: „A może ktoś robi sobie żarty ze mnie?”. Nie, to nie były żarty, bo nagle Jasny Duszek rozpłynął się, a ja nie widziałam jego odejścia. Zawróciłam i szłam w stronę domku. Byłam głodna i poczułam przejmujący chłód od morza.

Po przyjściu do domku włączyłam piecyk i usiadłam znowu do komputera. Pisało mi się świetnie. Zadzwoniłam też do Wiktora. Opowiedziałam mu, jak mi jest tu dobrze i że wena twórcza mnie nie opuszcza.

— A ty jak sobie radzisz? — zapytałam.

— Nudzę się i tęsknię za tobą, chociaż to dopiero kilka dni.

— Wiktor, zajmij się czymś, zrób w końcu porządek w piwnicy i garażu. Zapomnisz o tęsknocie i nudzie.

— Dobrze ci się mówi. Nie jestem taki porządkowy jak ty.

— To naucz się, zaplanuj, zapisz, ile zrobisz każdego dnia — podpowiedziałam.

— Zuza, muszę kończyć, do następnego telefonu.

— To pa, kochanie, trzymaj się.

Rozłączyłam się, zrobiłam herbatę i wyszłam przed domek. Było już ciemno.

Planując jutro, postanowiłam, że zwiedzę miasteczko, ale dopiero po pracy nad moją powieścią. Jeszcze na chwilę włączyłam telewizor, posłuchałam hiszpańskiej mowy i poszłam spać. Wiedziałam, że również pójdę nad moje ukochane morze.

Jest mi tutaj bardzo dobrze. Jestem wyciszona i spokojna. Czuję w sobie dobrą zmianę, chociaż to dopiero dwa dni.


19 marca 2019 roku, wtorek


Od samego rana było słonecznie, słońce wciskało się poprzez rolety do sypialni. Wstałam z łóżka wypoczęta i radosna. Otworzyłam szeroko okna.

Wyszłam przed domek, a widoki, które oglądałam, zachwycały mnie. W oddali widziałam wzgórza i daleko, ale w zasięgu wzroku, domki, które stały pięknie uszeregowane. Wszystkie były podobne do tego, w którym teraz mieszkam.

Wykonałam kilka prostych ćwiczeń, potem wzięłam prysznic i zjadłam śniadanie. Jak co dzień o tej porze, od tych paru dni, usiadłam do komputera i pisałam.

W międzyczasie zrobiłam sobie małą przerwę na kawę.

Było prawie południe, kiedy skończyłam swoją pracę, i tak jak sobie wczoraj obiecałam, wybrałam się do miasteczka.

La Cala del Moral to małe miasteczko. O tej porze roku spokojne, bez żadnych turystów. Miałam mapę, więc kierowałam się w stronę jego centrum. Po drodze podziwiałam wspaniałe, niecodzienne dla mnie widoki.

Miasteczko nie ma wysokich budynków. To jest taka dawna typowa hiszpańska, rybacka „wioska” z niską zabudową. Te małe domki, jak się dowiedziałam, to przede wszystkim domki letniskowe malagijczyków. W podobnych domkach mieszka również tutejsza społeczność.

Któregoś dnia wybiorę się na zwiedzanie Malagi. Byłam w Maladze kilka lat temu. To piękne miasto, trochę je znam, lecz tylko jako turystka i właściwie to tylko centrum, port i plażę. Jestem tutaj i chcę je poznać dokładnie.

Po kilkunastu minutach dotarłam do centrum miasteczka. Od razu zauważyłam kawiarenkę i postanowiłam wejść do środka. Miejsce było bardzo ciekawe, przyjazne, ale puste. W środku nikogo nie było. Zamówiłam kawę i usiadłam na zewnątrz kawiarenki. Rozmyślałam i z ciekawością przyglądałam się tak nielicznie przechodzącym mieszkańcom. Kelner podał mi kawę i zaproponował do niej ciastko, czyli croissanta. Zdecydowałam się na nie. Piłam kawę i jadłam ciastko, a przy tym obserwowałam, co się dzieje dokoła mnie.

Z daleka zobaczyłam Blancę (właścicielkę mojego domku). Nie wiedziałam, jak się zachować. Czy zawołać ją, czy czekać, aż ona mnie pozna i podejdzie do mnie. Chciałam z kimś porozmawiać. W tym momencie Blanca również mnie zobaczyła i zdecydowanie szła w moją stronę.

— Hola, Zuzanno, jak miło cię widzieć.

— Cześć, Blanco, ciebie też miło widzieć. A może przysiądziesz się, zamówię ci kawę? — zaproponowałam.

— Dziękuję. Chętnie napiję się kawy, akurat mam wolną chwilę. A co u ciebie, jak ci się mieszka?

— Mieszka mi się super. Przede wszystkim dziękuję za piecyk. Bardzo mi się tu podoba. Oczywiście domek też. Jest taki, jak sobie wymyśliłam. Mogłabym tu zostać na stałe, jest taka cisza i spokój. To jest to, co lubię. Blanco, a ty pracujesz zawodowo czy jesteś w domu?

— Pracuję w przychodni, a dodatkowo w sezonie, czyli od wczesnej wiosny do późnej jesieni, zarabiam na wynajmie właśnie tego domku, w którym mieszkasz.

— Blanco, ale teraz jest pusto, nie ma turystów, a jest druga połowa marca i jest ciepło.

— Tak, teraz jest spokojnie, ale od kwietnia, maja będą przyjeżdżali turyści. Będzie gwarniej i tłumnie na ulicach i plaży. Zobaczysz sama, a w wakacje przyjadą jeszcze mieszkańcy Malagi, ci co mają tutaj domki letniskowe.

— Nie przeszkadzają mi ludzie i cieszę się, że mogę mieszkać w twoim domku — dodałam.

— Zuzanno, jeśli zamierzasz zostać u nas dłużej, a nie znasz hiszpańskiego, mam dla ciebie propozycję. Czy wiesz, że w naszym miasteczku jest szkoła języka hiszpańskiego? Jeśli chciałabyś nauczyć się mówić po hiszpańsku, to masz jedyną taką okazję.

— Ojej, to cudownie, na pewno skorzystam. A gdzie znajduje się szkoła i jak tam dojdę?

— Szkoła mieści się w hotelu z ogrodem, położonym blisko plaży. Właściwie to piętnaście minut od domku i bez problemu tam trafisz. Wszędzie są reklamy. Jeśli dobrze się przyjrzysz, od razu rzucą ci się w oczy.

— Dziękuję ci bardzo, wykorzystam pobyt tutaj i będę uczyła się języka. — „To dopiero okazja”, pomyślałam.

— Świetnie, przepraszam, ale już muszę iść, obowiązki na mnie czekają. Do następnego spotkania. — Blanca wstała i podziękowała za kawę.

— Do następnego — odpowiedziałam.

Zapłaciłam i jeszcze pospacerowałam wąskimi uliczkami, które mnie tak bardzo urzekły. Rozmyślałam o Blance, sympatycznej, miłej i otwartej. Oglądałam wystawy, wstąpiłam do sklepiku, zrobiłam zakupy i wróciłam do domku.

Nie wzięłam ze sobą telefonu, świadomie zostawiłam go w domku. Jednak po drodze zmieniłam zdanie i pomyślałam, że mogłam wziąć go ze sobą, a może ktoś będzie dzwonił do mnie. Ktoś, czyli Wiktor albo dzieci.

I rzeczywiście. Gdy tylko otworzyłam drzwi, zauważyłam, że pulsuje zielona lampka w telefonie. Rozpakowałam zakupy, ze spokojem usiadłam i wzięłam telefon do ręki.

Dzwonił Wiktor, dzwonił nawet kilka razy. Wybrałam jego numer.

— Cześć, Wiktor, co się dzieje, dzwoniłeś kilka razy?

— Cześć, dlaczego nie odbierasz telefonu? Gdzie jesteś? Denerwuję się — znowu zwracał się do mnie z wyrzutami.

— Byłam w miasteczku i nie wzięłam ze sobą telefonu. Nie martw się o mnie, radzę sobie. A co u ciebie, czy wszystko w porządku?

— Tak, nic się nie dzieje, tylko nudzę się bez ciebie, nic mi się nie chce. Najchętniej przyjechałbym do ciebie.

— Co ty opowiadasz, to ja specjalnie wyjechałam, żeby spokojnie pisać swoją powieść, a ty chcesz tu przyjechać? A co z twoją pracą? — zapytałam.

— Wziąłbym urlop — odpowiedział.

— Nie wygłupiaj się, wytrzymaj te pół roku, a może nawet krócej. Wiktor, muszę kończyć, bo nie jadłam obiadu, a muszę go jeszcze ugotować.

— Zuza, chcesz się mnie pozbyć? — zapytał zdenerwowany.

— To nie tak, zrozum, jestem głodna. Pa, kochanie, jeszcze zadzwonię do ciebie.

— No to pa. Ja nie gotuję, jem na uczelni. Zuza, chciałbym, żebyś już tu była.

— Ojej, jesteś dorosły. Przecież wiesz, że przyjechałam tutaj do pracy, a nie dla przyjemności, pa, pa, uważaj na siebie.

Odłożyłam telefon i zabrałam się za obiad. Zrobiłam zupę pomidorową i usmażyłam naleśniki. Zupa będzie na kilka dni. Po dzisiejszym dniu czułam się zmęczona. Planowałam chwilę odpocząć i potem pójść pobiegać na plażę. Może znowu spotkam Jasnego Duszka.

Było późne popołudnie, włożyłam kostium kąpielowy i poszłam nad morze. Kilka minut biegałam wzdłuż morza gołymi stopami po ciepłym piasku. Potem wskoczyłam do wody. Jak cudownie było, gdy tak przemieszczałam się otulona wodą. Pływałam kilka razy tam i z powrotem. W końcu trochę zmęczona wyszłam z wody, zdjęłam mokry kostium kąpielowy, włożyłam suchą bieliznę i usiadłam na piasku. Nie pamiętam, żebym tak biegała i pływała. Niestety, zauważyłam, że w ogóle nie mam kondycji. Nic dziwnego, nie uprawiałam żadnych sportów, nawet nie chodziłam na spacery. O bieganiu nie było mowy. Ale tutaj wszystko nadrobię.

Uwielbiam morze, mogę godzinami patrzeć jak fale dotykają moich stóp. Na plaży nikogo nie było. Pomyślałam o Jasnym Duszku, zaczęłam się za nim rozglądać, ale nigdzie go nie było. Nie pojawił się. Zrobiło mi się smutno. Może nie mogłam się wyciszyć, zamyślić się.

Natomiast z daleka ujrzałam postać mężczyzny, który biegł w moją stronę. Ogarnął mnie niepokój, szybko się zebrałam i zaczęłam odchodzić. W tym samym momencie mężczyzna przyśpieszył i już był przy mnie.

Zatrzymał się i spojrzał mi w oczy. Speszona nie wytrzymałam jego przenikliwego spojrzenia i odwróciłam wzrok. Zauważyłam jego zdziwienie i jakieś dziwne zaskoczenie. Może pomylił mnie z kimś innym. Nie wiem. Po chwili roześmiał się zawadiacko. Pomyślałam, że jest pewnym siebie facetem.

— Hola, witam piękną panią — przywitał mnie po hiszpańsku.

— Dzień dobry — odpowiedziałam po angielsku — nie mówię po hiszpańsku. Czy mówi pan po angielsku?

— OK, rozumiem, to w takim razie przejdę na angielski. — Cały czas był uśmiechnięty.

— Miło mi — odpowiedziałam pewna siebie, ale bez uśmiechu.

— Jestem Marcos, a pani jak ma na imię?

— Zuzanna — odpowiedziałam i naszły mnie wątpliwości, czy dobrze zrobiłam.

— Susana? Piękne imię. Cieszę się, że cię spotkałem (przeszedł na ty!). Nawet nie pomyślałem, że kogoś o tej porze spotkam, a staram się prawie codziennie biegać, no może nie codziennie, ale obowiązkowo w weekendy.

Podobało mi się to moje nowe imię, jakim nazwał mnie ten mężczyzna. Pewnie w Hiszpanii Zuzanna to Susana. To na pewno jest o wiele prostsze w wymowie, szczególnie dla cudzoziemca.

— Przepraszam, już muszę iść, zaraz będzie zmierzchać.

— Mogę cię odprowadzić?

— Nie, dziękuję, mieszkam blisko i sama trafię do domku. To ten, który widać w oddali. — Spojrzałam w stronę domku.

— Znam ten domek, to własność moich bliskich. A co tutaj robisz i jak długo zamierzasz zostać? — dopytywał się.

— Piszę powieść i nie wiem, jak długo tu zostanę. — „Ale z niego ciekawski”, pomyślałam.

— Może będziemy razem biegać?

Nie podobało mi się jego zachowanie, był taki zuchwały.

— Dziękuję, jestem już na miejscu. — Nie zareagowałam na to wspólne bieganie. — Dobranoc. — Otworzyłam furtkę i szybkim krokiem poszłam w stronę domku. Jednak na moment odwróciłam się.

— Dobranoc, Susano. — Uśmiechnął się, odsłaniając równe, białe zęby.

Weszłam do domku, zapaliłam światło, przyrządziłam sobie kolację, cały czas rozmyślając o tym mężczyźnie. Przystojny mężczyzna o ciemnej karnacji, Hiszpan z krwi i kości. Na pewno jest po czterdziestce, a może starszy, ale w podobnym wieku co ja. I te jego oczy — zalotne, czarne i przenikliwe. Kiedy patrzył na mnie, musiałam odwracać wzrok. Swoim spojrzeniem przenikał mnie na wskroś. Myślę, że jest żonaty, podobnie jak ja.

Usiadłam jeszcze na chwilę do komputera, przeglądnęłam maile. Pisały do mnie moje dzieci i Wiktor. Pisał również wydawca, pytając o książkę. Odpowiedziałam na wszystkie wiadomości. To był długi dzień. Jakże intensywny i nie spotkałam dzisiaj mojego Jasnego Duszka. Pewnie dlatego, że zakłócona została energia przez moje spotkanie z nieznajomym na plaży.

Włączyłam telewizor, ale tylko po to, żeby nie było tak cicho, a przy tym wsłuchiwałam się w to, co mówią. Takim sposobem uczyłam się hiszpańskiego. Podjęłam decyzję, że zapiszę się do szkoły językowej. Pójdę tam, może jutro, i zapiszę się na lekcje od pierwszego kwietnia. To już postanowione.

Telewizor mówił, a ja rozmyślałam. Jak to jest, co mnie ciągnęło, żeby właśnie tutaj przyjechać. Codziennie odkrywam coś nowego, nie czuję samotności, jest mi tutaj bardzo dobrze. Nie myślę o Polsce, nie myślę o Wiktorze i dzieciach.

Czy jestem złą żoną i matką? Chyba nie, całe życie poświęcałam się tylko dla nich, nie mogę przecież mieć wyrzutów sumienia właśnie teraz, kiedy jestem taka szczęśliwa. Nie jestem również egoistką. W końcu mogę pomyśleć o sobie i zadbać o siebie. To wcale nie świadczy o tym, że jestem złą matką i żoną.

Nawiasem mówiąc, muszę również wybrać się do fryzjera. Chcę zmian, a może zmienię również styl ubierania? Jedno wiem, chce mi się żyć.

No, ale dosyć tego myślenia o sobie. Wzięłam prysznic i wsunęłam się do czystej i pachnącej pościeli. Zaraz też zasnęłam. Już wiem, że jutro będzie nowy, piękny dzień.


20 marca 2019 roku, środa


Nowy dzień i nowe wyzwania. Wstałam wypoczęta i radosna, jak zwykle tutaj, odsłoniłam rolety, słońce wpływało do sypialni. Otworzyłam szeroko okno, posłałam łóżko, potem wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie i zajęłam się pracą nad tekstem.

Powieść się tworzyła. Dzisiaj trochę wolniej, ponieważ szukałam materiałów w necie, ale i tak jestem zadowolona z tego, co napisałam. Moja powieść historyczna z wątkami fantazji musi być wiarygodna, szczególnie jeśli chodzi o daty i fakty historyczne.

I znowu odezwał się ten mój znajomy ból w plecach. Musiałam na dzisiaj skończyć to pisanie. Za długo siedziałam przed komputerem. Było prawie południe, więc zajęłam się przygotowywaniem obiadu. A wcześniej zrobiłam sobie drugą kawę, popijałam i gotowałam makaron. Zupę miałam z wczoraj. Uwielbiam dania z makaronem.

Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Zajęta przygotowaniem posiłku i zamyślona aż podskoczyłam. Wystraszyłam się. „Kto to jest?”, pomyślałam i otworzyłam. W drzwiach stała Blanca.

— Hola, Zuzanno.

— Witam cię, Blanco, jak miło cię widzieć, wejdź, właśnie kończę robić obiad. Może zjesz ze mną?

— A co gotujesz? Pachnie zachęcająco.

— Makaron z sosem, bardzo lubię takie dania. À propos gotowania. Moją maksymą jest: „Gotuję, bo muszę, a jem po to, żeby żyć, a nie żyję po to, żeby jeść”. — Roześmiałam się, właściwie to z samej siebie.

— Pięknie to powiedziałaś, Zuzanno. Przyszłam sprawdzić stan licznika prądu i zapytać, czy używałaś już piecyk elektryczny?

— Raz czy dwa włączyłam, ale na krótko. To dopiero marzec. Może być jeszcze chłodno i piecyk się przyda. Idź spisać licznik, a ja nałożę makaron na talerze. A może zjesz zupę, mam pomidorową z ryżem? Chcesz do picia kawę czy herbatę?

— Proszę o kawę i dziękuję za zupę, zjem tylko makaron.

Blanca spisała licznik, siadłyśmy do obiadu i gawędziłyśmy. Okazała się osobą szczerą, przyjazną, ciepłą i miłą. Rozmawiało się z nią cudownie, choć wprawdzie z problemami, ze względu na język. Jednak radziłyśmy sobie.

— Będę się zbierać, dziękuję za obiad. Danie było bardzo smaczne.

— Blanco, a czy mogę ci zadać jedno pytanie?

— Tak, słucham cię.

— Wczoraj na plaży spotkałam mężczyznę o imieniu Marcos. Mówił, że jest bliskim rodziny, która wynajmuje ten domek, czy znasz go?

— Oczywiście, że go znam, to jest mój starszy brat. Ale o co chodzi? — zapytała zdziwiona.

— O nic, Blanco, tak chciałam wiedzieć, ponieważ biegał po plaży i odezwał się do mnie. Przedstawił się i przywitał ze mną, a że było już szaro na dworze, zaproponował, że odprowadzi mnie do domu. Jaki to przystojny mężczyzna.

— Oj, tak, to prawda. Brat jest rozwiedziony, ale ma narzeczoną. Właściwie to mieszka w Maladze, ale też często tutaj przebywa i wtedy biega. Jest lekarzem.

— Dziękuję za szczegółowe informacje na jego temat. Ja tak tylko chciałam wiedzieć. Mieszkasz tutaj, to wszystkich znasz. Pytam ciebie, bo nie wiedziałam, kto to jest. Trochę bałam się obcego mężczyzny. Nawiasem mówiąc, jestem mężatką, mam dwoje dzieci. Wiesz, zmierzchało, ja i nieznany mężczyzna. Przyznam, że robiłam dobrą minę do złej gry. Tak to u nas się mówi. — Pomyślałam, że właściwie to jest mi obojętne, czy jest rozwiedziony i czy ma narzeczoną. Nie jestem zainteresowana.

— Zuzanno, bać się Marcosa? Rozśmieszyłaś mnie, a to, co o nim powiedziałam, o tej narzeczonej, nic złego nie miałam na myśli. Tylko tak powiedziałam, nie wiem czemu. Dziękuję za pyszny obiad, już uciekam, pa, kochana.

Czy mnie wyczuła i to, o czym myślę?

— No to cześć, Blanco, do następnego spotkania.

Blanca wyszła, a ja miałam sobie za złe, że ją zapytałam o biegacza. Mam nadzieję, że nie powie mu, że o niego pytałam. Dzisiaj w zasadzie nie miałam zamiaru nigdzie daleko wychodzić. Wyszłam na chwilę do ogródka. Nawet nie zapytałam Blanki, czy mogę trochę uporządkować go i powyrywać chwasty. Ale myślę, że nie będzie miała nic przeciwko temu.

Nad morze, obowiązkowo!, chciałam pójść. Popływać i pobiegać. Tak, postanowiłam, że będę biegała i pływała. W ten sposób też wykorzystam ten mój pobyt tutaj.

Powyrywałam chwasty, spulchniłam ziemię i od razu zrobiło się piękniej. Lubię, jak wszystko jest jak należy, nawet w ogródku, czyli wszystko uporządkowane.

Przebrałam się w kostium kąpielowy, wzięłam ręcznik i pobiegłam nad morze. Woda o tej porze roku była chłodna, ale do pływania jak najbardziej dobra. Zresztą lubię chłodniejszą wodę bardziej niż taką, jak to mówią, „ciepła woda jak zupa”.

Na plaży było pusto, wskoczyłam do morza i pływałam tam i z powrotem, chyba tak z dziesięć razy. Zmęczyłam się, wróciłam na brzeg i opatuliłam się ręcznikiem.

Osuszyłam się, włożyłam suchą bieliznę i biegałam wzdłuż plaży.

Wracając, z daleka zobaczyłam postać w miejscu, gdzie rzucony leżał mój ręcznik. To był Jasny Duszek, czekał na mnie i uśmiechał się z daleka. Widziałam go. To nie było moje urojenie.

— Czekałem na ciebie. Pamiętaj, zawsze bądź dla siebie dobra. Wszystko to, co robisz, to właśnie ty musisz chcieć. Bądź sobą, słuchaj siebie i tego, co podpowiada ci twoja intuicja.

— Jasny Duszku, ciągle się zamartwiałam o dzieci, chciałam zadowolić męża, chociaż się z nim nie zgadzałam. Zawsze inni byli ważniejsi ode mnie.

— Dlatego tu jestem, chcę ci pomóc. To ty jesteś dla siebie najważniejsza.

— Wiem o tym i czuję to, że następuje we mnie zmiana.

— Więc nie zastanawiaj się, czy to dobre, czy złe, rób to, co dyktuje ci serce. Nie słuchaj innych. Nieważne, jak cię oceniają. W twoich rękach jest twoje życie, zmieniaj je na dobre dla siebie i dla mnie.

— Powiedz mi, Jasny Duszku, dlaczego, ty to robisz?

— Jestem twoim aniołem. Żyjemy w równoległych światach. Jestem tobą, a ty jesteś mną. Co dobre jest dla ciebie, to dobre jest dla mnie.

Chciałam, jeszcze zadawać pytania, słuchać odpowiedzi, ale Jasny Duszek znowu rozpłynął się w morzu. To nie był chłopiec z krwi i kości. Nie odszedł, tylko na moich oczach nagle zniknął.

Wzięłam ręcznik i poszłam w stronę domku, rozmyślając o Jasnym Duszku. Zastanawiałam się, po co on to robi, po co mówi mi, jak mam żyć. Może trzeba mnie prowadzić za rękę, może jestem bezsilna i nieporadna wobec życia?

Po tych kilku dniach pobytu w Hiszpanii zaczęłam się zastanawiać nad sobą.

Czy to nie o to chodziło, kiedy zdecydowałam się tutaj przyjechać? I że przyjechałam tutaj nie tylko po to, żeby pisać książkę, ale żeby odnaleźć siebie? Bo co, jeśli się pogubiłam, a tego nie zauważyłam? A Jasny Duszek nauczy mnie, jak odnaleźć siebie?

Nawet nie wiem, kiedy dotarłam do domku. Na dworze zaczęło się ściemniać. Zapaliłam światło, włączyłam piecyk, bo zrobiło się chłodno, i zajęłam się kolacją.

Potem znowu usiadłam do komputera, popijając gorącą herbatę. Odpowiedziałam na maile. Pisał również Wiktor, pytając ciągle, co robię i dlaczego nie dzwonię.

Jest jak mały chłopiec, bezradny, ale i apodyktyczny. Jest pogubiony, kiedy nie ma przy sobie kogoś, komu może dyktować, co ma robić. Ciągle mi mówi, że wie, co dla mnie jest dobre, a co złe. Nie zdziwiłabym się, gdyby któregoś dnia zjawił się w drzwiach domku, ale myślę, że tak nie będzie, bo co wtedy z jego pracą.

Praca jest dla niego bardzo ważna. Musi pracować i zarabiać, a zarabia dobrze. Ja również zarabiam, chociaż ostatnio trochę mniej, ale myślę, że powieść, którą piszę, przyniesie mi duże zyski.

Było już późno, oczy mi się kleiły, więc poszłam do łóżka. Zasnęłam, gdy tylko przyłożyłam głowę do poduszki.

W tym domku zasypiam szybko i przesypiam całą noc. Przed wyjazdem budziłam się kilka razy w ciągu nocy ze względu na problemy z alergią, które powodowały trudności w oddychaniu. Wstawałam zmęczona, niewyspana i rozdrażniona.

I tak skończył się następny, piękny dzień. Za mną jest już kilka tych cudownych dni. A co przede mną? Wielka niewiadoma.


21 marca 2019 roku, czwartek


Obudziłam się wyspana i rześka, co w domu w Polsce zdarzało mi się bardzo rzadko. Tutaj wszystkie dolegliwości całkowicie ustąpiły. Śpię, jak to mówią, jak zabita, noc mija niepostrzeżenie. Moment i jest już ranek. Wstaję z radością, nadzieją i ciekawością, co przyniesie mi nadchodzący dzień.

Jeszcze leżąc w łóżku, układałam plan na najbliższe godziny. Wstałam, wzięłam prysznic i ubrałam się. Nawet zrobiłam sobie delikatny makijaż i postanowiłam, że dzisiaj popracuję krócej nad książką. Wybiorę się do fryzjera. Pospaceruję wąskimi uliczkami miasteczka. Będę podziwiać kamieniczki, a potem zjem obiad w restauracji.

Jak wrócę do domku zabiorę się za sprzątanie, odkurzę, a potem zobaczę. Na pewno pobiegnę nad morze.

Zrobiłam sobie kawę i pisałam. Bez pamięci zagłębiłam się w historię swojej powieści i dalej pisałam.

W międzyczasie zadzwonił Kamil.

— Cześć, mamo, jak się czujesz? Jak ci idzie pisanie?

— Synku, właśnie jestem w trakcie pisania. Jest mi tu tak dobrze, że nawet nie mam czasu zatęsknić za wami. Jestem bardzo zajęta, czas tutaj biegnie jakoś szybciej, a co u ciebie?

— Normalnie, nauka, praca i Julia. Myślimy, żeby się pobrać, ale jeszcze będziemy rozmawiali na ten temat. Zobaczymy. Mamo, tęsknię za tobą, brak mi rozmów między nami. Dzwonię do taty, ale on ciągle powtarza, że niepotrzebnie zgodził się na twój wyjazd. Nie może się pogodzić, że ciebie przy nim nie ma. Jakoś dziwnie się zachowuje.

— Da sobie radę, jest jak dziecko, niech dorośnie, synku. Dobrze, że do niego dzwonisz. A Natalka też dzwoni do ojca?

— Nie wiem, pewnie tak, ciągle jest zajęta, zabiegana, zaabsorbowana swoją pracą. Nic poza nią nie widzi. Rzadko ze sobą rozmawiamy. Jak ja do niej nie zadzwonię, to ona na pewno nie zadzwoni pierwsza.

— To nic, synku, kocha nas, ale praca dla niej jest na pierwszym miejscu i musimy to zrozumieć.

— Mamo, już kończę, Julia cię pozdrawia, do następnego telefonu, to pa, pa.

— Pa, synku, bardzo cię kocham, podziękuj Julce i również pozdrów ją ode mnie.

Oderwałam się od pisania książki i wypadłam z rytmu. Telefon od Kamila tak mnie rozkojarzył. Znowu weszłam w świat rodzinny i przez chwilę byłam w domu, w Polsce.

Zapisałam tekst, wyłączyłam komputer i przebrałam się w cieniutką kolorową sukienkę na ramiączkach. Wzięłam ze sobą sweter, zamknęłam domek i udałam się do fryzjera. Wprawdzie nie wiedziałam, gdzie znajduje się salon fryzjerski, ale pomyślałam, że znajdę go albo zapytam kogoś.

Doszłam do centrum miasteczka i od razu go zobaczyłam. Weszłam do środka.

— Dzień dobry — powiedziałam po angielsku do pań fryzjerek.

Tylko jedna z nich znała język angielski. Wszystkie trzy były młode, piękne i uśmiechnięte, a salon był urządzony nowocześnie.

— Hola, zapraszamy, w czym możemy pomóc, co pani sobie życzy?

— Chciałabym podkreślić mój jasny kolor włosów. Chcę, żeby pani podcięła mi włosy, ale tak, żebym mogła je związać.

— Wszystko rozumiem, proszę usiąść. Napije się pani kawy? A może wody mineralnej? — zaproponowała.

— Poproszę wodę. — Oddałam się w ręce fryzjerki.

Trochę rozmawiałyśmy, właściwie to fryzjerka pytała mnie, skąd jestem, gdzie mieszkam i na jak długo tu przyjechałam. Cały ten zabieg z włosami trwał ponad godzinę. Fryzjerka bardzo się starała, uczesała mnie pięknie, a kolor wyszedł taki, jak chciałam — jasny i naturalny.

— Dziękuję, bardzo mi się podoba — pochwaliłam ją, kiedy skończyła.

— Dziękuję, do zobaczenia następnym razem, zapraszamy.

— Do zobaczenia. — Zapłaciłam i wyszłam z salonu.

Czułam się świetnie. Idąc, przeglądałam się w oknach wystaw. Pomyślałam, że fajna babka ze mnie. Ruch na uliczkach się wzmógł, dochodziła czwarta po południu. Chwilę pospacerowałam i zaczęłam iść w stronę domku. Już miałam za jakieś sto metrów skręcać w moją uliczkę. Spojrzałam przed siebie i zauważyłam, że z jednego z podobnych domków jak mój wyszli mężczyzna i kobieta. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że mężczyzną jest mój znajomy biegacz z plaży. Pomyślałam, że kobieta jest pewnie jego narzeczoną. Była młoda, ładna, szczupła, o ciemnej cerze i czarnych włosach. Szli w stronę centrum miasteczka, z którego ja wracałam. Zauważyłam, że kiedy podeszli bliżej, Marcos również mnie poznał.

Nie zdążyłam uciec. Podeszli do mnie i przywitali się. Marcos przedstawił mnie swojej narzeczonej. W tym momencie nawet nie zapamiętałam jej imienia. Jakoś głupio się poczułam.

— Dzień dobry, Susano, ale niespodzianka, cieszę się, że cię widzę — powiedział do mnie.

— Witajcie. — Już chciałam odejść, zestresowana i speszona. Powiedziałam tylko, że się śpieszę.

— Pięknie wyglądasz — powiedział do mnie, cały czas patrząc prosto w moje oczy.

— Do widzenia. — Uśmiechnęłam się do nich obojga.

— Do widzenia, do zobaczenia — odpowiedzieli.

Szybkim krokiem odeszłam i skręciłam w moją uliczkę. Wydawało mi się, że jego dziewczyna nie zna dobrze angielskiego. Chyba nie wiedziała, co mi powiedział, bo zachowywała się swobodnie. Odwróciłam się. Kobieta trzymała Marcosa pod rękę, odwrócona w jego stronę coś mówiła do niego. Powoli szłam w stronę domku i w ogóle się nie śpieszyłam.

Myślałam o biegaczu, jaki on jest przystojny, i że ten typ mężczyzny podoba się wielu kobietom. Mnie również się bardzo podobał. Miał w sobie coś takiego, że cały czas o nim myślałam. Przyciągał kobiety do siebie. Ale ja go nie znam i nie wiem, czy jest tak naprawdę. A może to tylko mnie tak bardzo przyciągał?

Co ja mówię, przecież mam Wiktora i nie mogę tak myśleć. To głupie z mojej strony.

Wiktor też jest przystojny, ale na swój sposób. To pan trochę siwiejący, łysiejący i z brzuszkiem. I nie taki zadbany i wyprostowany jak Marcos. Tu widać, że ten Hiszpan dba o siebie. Jest szczupły i do tego dżentelmen. Jak wrócę do domu, wezmę się za Wiktora. Zapiszę go na siłownię.

Weszłam do domku i dopiero zdałam sobie sprawę, że nie poszłam na obiad, tak jak planowałam. Głód dał o sobie znać. Za bardzo zachwyciłam się sobą, swoim odbiciem w wystawach, a potem spotkaniem Marcosa. Pogubiłam się.

Pierwsze kroki skierowałam do kuchni. Ale najpierw zdjęłam moją piękną sukienkę i zabrałam się za smażenie naleśników. Zjadłam, popiłam herbatą, chwilę odpoczęłam, poczytałam książkę i wzięłam się za sprzątanie. Po półtorej godzinie wszystko lśniło z czystości. Uwielbiam chodzić po domu i podziwiać swoją pracę.

Wyszłam przed domek, zachwycałam się kwiatkami i krzewami, które miały również maleńkie, kolorowe kwiatki. Jaka piękna jest ta przyroda. Usiadłam na ławce przy stoliku i czułam się tak, jakby to było moje miejsce na ziemi. Mój domek, otoczenie, blisko plaża i morze. Popijając sok pomarańczowy, tak sobie marzyłam, że to wszystko jest moje. Och, jak cudownie jest tak pomarzyć. Ptaki fruwały i ćwierkały radośnie, a oprócz śpiewów natury była niczym niezmącona cisza.

Domek stał przy wąskiej uliczce, a domy jeden od drugiego oddalone od siebie o jakieś sto czy dwieście metrów.

Moją głowę znowu zaprzątały myśli o Marcosie. Odrzucałam je, a one wracały. Ciekawe, w którym domu mieszka. Czy w tym, z którego, jak mi się wydawało, wychodzili? Pewnie mieszka, czy mieszkają, na końcu tej uliczki, równoległej do mojej, chociaż nigdy jego ani jej wcześniej nie spotkałam.

Jutro już piątek. Minie tydzień, odkąd tu jestem. Tak szybko mija mi tutaj ten czas.

Ciekawe, czy jeszcze spotkam brata Blanki i jakiej specjalności jest lekarzem. Zadawałam sobie takie niedorzeczne pytania. Bo cóż mnie to obchodzi. Ale ciągle miałam jego uśmiech przed oczami.

Kiedy spotkam go ponownie, zapytam, co by mi poradził na ból pleców. Coraz częściej dokucza mi ten nieprzyjemny ból.

Na tym koniec moich rozmyślań i marzeń. Postanowiłam pójść na plażę. Włożyłam kostium kąpielowy, na to dres i pobiegłam nad morze. Z drżeniem wskoczyłam do chłodnej wody. Nie wiem, jaka była jej temperatura, ale może to było około dwudziestu stopni Celsjusza. To nic dla mnie nie znaczyło. Przepłynęłam kilka razy tam i z powrotem. Myślę, że jak zwykle z dziesięć metrów w głąb morza.

Wyszłam z wody, cała drżąc z zimna, zdjęłam mokry kostium, włożyłam suchą bieliznę i na to dres. Ręcznik zostawiłam na piasku i pobiegłam wzdłuż plaży. Nad morzem nie było żadnego człowieka, tylko ja, szumiące morze i słońce, które było wyjątkowo ciepłe.

Wróciłam na swoje ulubione miejsce. Wpatrywałam się w morze, wyczekując Jasnego Duszka. Ale Jasny Duszek nie pojawiał się.

Z daleka zobaczyłam natomiast biegnącego w moim kierunku mężczyznę. Tak jak myślałam, to był Marcos. Od razu go poznałam. Pewnie wiedział, że tu będę. Chwila i był już przy mnie.

— Hola, Susano, jak się masz?

— Cześć, mam się dobrze, pływałam, biegałam, a teraz idę do domku.

— Zostań, pobiegamy razem.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Chciałam już iść. Co się ze mną działo? Przy nim traciłam głowę.

— Dlaczego jesteś taka speszona i uciekasz wzrokiem? Jesteś taka nieśmiała? — Znowu spojrzał tym swoim przenikliwym spojrzeniem i uśmiechnął się.

— Oj tam, co ty mówisz? Nie jestem nieśmiała. Ale chcę już iść do domku. Do zobaczenia. A ty biegaj dalej. Przecież dopiero co przyszedłeś na plażę — dodałam.

— Nie mam już ochoty na bieganie, ale mam ochotę na rozmowę z tobą. Co ty na to, Susano? — Podszedł do mnie i objął mnie wpół. Wyzwoliłam się z jego objęć i odsunęłam się na rozsądną odległość.

— Nie mogę zostać, mam mokre włosy i nie chcę się przeziębić. Muszę wracać i napić się gorącej herbaty. Do widzenia. — Jeszcze raz się pożegnałam i już odchodziłam.

— Napiłbym się kawy. Może zaprosisz mnie do siebie? Proszę. — Wyczułam, że miał wielką ochotę pójść ze mną do domku.

— No cóż, dobrze, zapraszam cię na kawę. — Był zadowolony i cieszył się jak dziecko. — Chodźmy.

Nie bałam się, ufałam mu, ponieważ wiedziałam, że to jest brat Blanki.

Przez całą drogę mało się odzywaliśmy. Wymieniliśmy ze sobą tylko kilka słów. Zastanawiałam się, czy dobrze robię, zapraszając Marcosa do siebie. No cóż, porozmawiać zawsze można. Potrzebowałam towarzystwa. Cały tydzień byłam tylko sama ze sobą oprócz rozmów z właścicielką domku.

Nawet nie wiem kiedy i już byliśmy przed domem. Otworzyłam drzwi i zaprosiłam go do środka.

— Rozgość się, a ja wezmę szybki prysznic, wysuszę włosy, przebiorę się i już jestem. — Po piętnastu minutach byłam z powrotem.

— Czy wiesz, że ja znam ten dom? To jest dom mojej siostry. Czuję się w nim jak u siebie w domu — pochwalił się.

— Wiem, Blanca mi wspominała, że jesteś jej bratem.

— Rozmawiałyście o mnie? — Spojrzał mi w oczy.

— Tak, pytałam ją o ciebie po tym pierwszym naszym spotkaniu — powiedziałam zgodnie z prawdą. — Również prosiłam ją, żeby nic ci nie mówiła.

— No cóż, moja siostra jest tajemnicza, to dobrze.

— Głupio wyszło, przepraszam. Ojej, zrobiłeś mi herbatę? — Zaskoczył mnie, na stole stała herbata dla mnie i kawa dla niego.

— Tak i zapraszam, wypij taką gorącą, żeby się rozgrzać. Szukałem również czegoś słodkiego, ale nic nie znalazłem. Masz pusto wszędzie, co ty jesz, kobieto?

— Jakoś sobie radzę, rzeczywiście muszę jutro zrobić zakupy. — Zawstydził mnie.

Piłam gorącą herbatę, a Marcos kawę, i rozmawialiśmy.

Prawił mi komplementy, śmiał się i żartował. Czuł się bardzo swobodnie. Rzeczywiście, czuł się jak u siebie w domu. Nie zadawał mi żadnych pytań, ja również nie pytałam go o nic.

Właściwie rozmawialiśmy o przyrodzie, pogodzie i że tu takie trochę odludzie. Powiedziałam, że mi to bardzo odpowiada. Marcos mówił, że w tym okresie, czyli wczesną wiosną, przeważnie przyjeżdżają emeryci i starsi ludzie. Mówił, że tutaj nawet w wakacje jest spokojniej, no może nie całkiem. Ale jest mniej ludzi niż gdzie indziej. Przyjeżdża tu wielu turystów, między innymi rodziny z dziećmi i ci, którzy lubią ciszę i spokój.

Natomiast ja opowiadałam, że zauroczyła mnie Malaga. Dlatego wybrałam to miejsce na pisanie swojej powieści. Chciałam się tam wybrać któregoś dnia. Marcos od razu to podchwycił i zaproponował, że zawiezie mnie i pokaże mi piękno Malagi. To miasto zna bardzo dobrze. Delikatnie odmówiłam. Nie chcę wchodzić w jakieś zależności i wdzięczności.

— Mówiłaś, że piszesz powieści. Opowiedz mi o tym — poprosił z zaciekawieniem.

— Przeważnie piszę powieści historyczne, żeby było ciekawiej, dodaję wątki zmyślone. Przyjechałam tutaj, żeby mieć spokój i skończyć zaczętą powieść. Miałam z tym problemy u siebie. Nie mogłam się skupić, nie szło mi pisanie, a termin jej oddania nieubłagalnie się zbliża.

— To coś o tobie już wiem. Susano, dziękuję za miłą pogawędkę i kawę. Będę się zbierał. — Niechętnie wstał i podszedł do drzwi. Zatrzymał się, spojrzał na mnie tym swoim przenikliwym wzrokiem, który tak mnie rozbrajał. Wyczułam, że chciał mi coś powiedzieć. Nie dopytywałam. Pewnie myślał, że go zatrzymam.

— Dziękuję za miły wieczór i profesjonalnie zaparzoną herbatę — powiedziałam z uśmiechem. — Do zobaczenia.

Marcos wyszedł z mojego domku. Spojrzałam w okno. Stał na podwórku jeszcze kilka chwil. Potem, nie odwracając się, poszedł i zamknął za sobą furtkę.

Marcos — jakie piękne ma imię! Ale fajnie mi się z nim rozmawiało. Poukładany, inteligentny i mądry człowiek.

Od razu przyszedł mi na myśl Wiktor. Ach, te moje porównania.

Czy mam wyrzuty sumienia wobec mojego męża? Nie, nic się nie stało. Każdy może rozmawiać z kim chce. O niczym to nie świadczy, chyba że ktoś ma kosmate myśli, tak jak ja w tej chwili. Dobrze jest porozmawiać z drugim człowiekiem. Jesteśmy dorośli i mamy swój rozum. Wtedy, po raz pierwszy od wyjazdu z Polski, zatęskniłam za Wiktorem.

Resztę wieczoru pochłonęło mi odpowiadanie na maile. Potem zrobiłam sobie kanapki, jadłam i pisałam. Zrobiło się późno, więc nawet już się nie myłam, przecież, jak wróciłam z plaży, wzięłam prysznic. Poszłam spać. Pełna wrażeń z całego dnia, nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Tylko przyłożyłam głowę do poduszki i już wpadłam w ramiona Morfeusza.


22 marca 2019 roku, piątek


Obudziłam się dosyć wcześnie tego ranka. Po wczorajszych wrażeniach nie było ani śladu. W myślach już planowałam dzień. Popracuję, a potem pójdę na zakupy, ponieważ jest piątek. Nie wiem, czy w weekend będę gdzieś wychodziła. A tak na dobrą sprawę nie wiem, czy sklepy otwarte są w soboty i niedziele, oczywiście poza sezonem.

Kiedy tylko wstałam, przede wszystkim otworzyłam na oścież okna. Jeszcze w piżamie wyszłam do ogródka, porozciągałam się i zrobiłam kilka przysiadów.

Rześka i lekka wzięłam prysznic i zjadłam śniadanie. Z kawą na biurku dalej pisałam moją powieść. Zapomniałam o całym świecie, pisało mi się wspaniale, nie to co w domu, w Warszawie.

Tam ciągle ktoś mi przeszkadzał. To ciekawe, czy jakiś pisarz może pisać i nie tracić wątku, gdy po domu, za plecami, ciągle ktoś się kręci? Niestety, nie miałam gabinetu czy wolnego pokoju do pisania.

Ja tak nie mogę, muszę mieć spokój i ciszę. Jak to dobrze, że tu przyjechałam. Pisałam i pisałam. Świat dla mnie nie istniał. Byli tylko moi bohaterowie i czasy tak odległe od naszych. Kiedy znowu poczułam ból w plecach, to był znak, że muszę kończyć pisanie.

Wstałam od biurka, wyprostowałam się i zrobiłam kilka ćwiczeń. Usiadłam znowu, ale tylko po to, żeby zapisać tekst. Wszystkie dane przegrałam na pendrive’a, nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć, i wyłączyłam komputer.

Dochodziła pierwsza. Dzisiaj chciałam zjeść obiad w restauracji. Potem zrobić zakupy i miałam mieć czas na moje morze ukochane, na fale otulające i masujące moje stopy i mnie całą.

Włożyłam suknię z falbankami i krótkim rękawkiem. Okryłam się szalem, wzięłam torebkę i wyruszyłam do miasteczka.

Szłam powoli, zachwycając się tymi cudnymi uliczkami i domkami takimi jak mój. Wokół domków kwitły kwiaty i rosły kwitnące krzewy. Gdzieniegdzie przechodził jakiś człowiek. Im bliżej centrum, tym na ulicach było więcej ludzi. „Najpierw muszę się rozejrzeć za jakąś ciekawą restauracją”, pomyślałam. I rzeczywiście, wypatrzyłam taką elegancką, niewielką restaurację, ze stolikami na zewnątrz. Weszłam do środka.

— Hola, dzień dobry.

— Hola, zapraszam panią do stolika — przywitał mnie kelner, który od razu do mnie podszedł. To był przystojny, zresztą jak wszyscy Hiszpanie, młody człowiek.

— Gracias — odpowiedziałam po hiszpańsku i usiadłam przy stoliku.

Stolik nakryty był eleganckim obrusem. Zamówiłam moje wybrane danie. Czekając, rozglądałam się po sali. Tylko dwa stoliki były zajęte, cóż, nie ma się co dziwić. Pewnie tutejsi mieszkańcy gotują obiady w domu, a turystów jest niewielu. A może jada się tutaj obiady późnym popołudniem? O ile pamiętam, chyba tak jest.

Kelner przyniósł mi zamówioną paellę, którą uwielbiam, z ryżem i owocami morza.

Paella wywodzi się z Hiszpanii, a konkretnie z Walencji. Jej nazwa pochodzi od łacińskiego słowa patella, co oznacza naczynie służące Rzymianom do ofiarowania darów bogom.

Paella została wymyślona przez hiszpańskich robotników, którzy przygotowywali to danie w czasie przerw w pracy z uwagi na to, że ryż był tani i sycący. To było idealne danie dla każdego i na każdą kieszeń.

Tradycyjnie paella jedzona jest prosto z patelni, w której jest przygotowywana. W restauracjach nie praktykuje się przekładania tej potrawy na talerz. Patelnię stawia się po prostu na drewnianej desce lub na podgrzewaczu i wtedy sami nakładamy sobie na talerz tyle, ile zjemy.

Paella to danie lekkie i radosne. Cudownie aromatyczne i takie, które kojarzy mi się z morzem, słońcem i Hiszpanią.

Do tego zamówiłam kawę, sernik i lampkę białego, wytrawnego wina. Cóż to była za uczta. Delektowałam się pysznym jedzeniem i popijałam wino. Pod koniec posiłku, kiedy na talerzu miałam niewiele, kelner przyniósł mi kawę i deser.

Siedziałam zamyślona i szczęśliwa w tym pięknym miejscu. Było przytulnie i bardzo czysto. Nawet nie chciało mi się stąd wychodzić. Patrzyłam przez okno na uliczkę.

W pewnym momencie zobaczyłam Marcosa z narzeczoną. Przeraziłam się. Pomyślałam, żeby tylko nie weszli do tej restauracji. Byłoby mi głupio. Tak naprawdę czułam się czemuś winna. Nie wiem czemu, ale wpadłam w panikę,

Faktem jest, że Marcos działał na mnie jakoś tak dziwnie. Nie potrafię tego opisać. I te jego oczy, takie przenikliwe. Od razu opuszczałam wzrok, kiedy patrzył na mnie. Czułam się tak, jakbym była przez niego prześwietlana. Muszę nabrać dystansu, potraktować go jak znajomego. Niestety, nie mogłam z restauracji uciec.

Marcos z kobietą, nie pamiętałam jej imienia, weszli do restauracji. Oczywiście od razu mnie dostrzegł, powiedział coś do kobiety i podeszli do mnie.

— Ojej, jaka niespodzianka, ciągle wpadamy na siebie. Dzień dobry, Susano — przywitali się ze mną oboje. — Czy możemy się do ciebie przysiąść? — zapytał Marcos.

— Oczywiście, proszę, siadajcie, ja i tak już kończę i będę wychodziła.

— Nie śpiesz się, zostań z nami, wstąpiliśmy z Eleną tylko na kawę — powiedział.

Elena, właśnie tak miała na imię narzeczona Marcosa. Podszedł kelner i przyjął zamówienie. Marcos zamówił kawę dla siebie i narzeczonej oraz trzy lampki czerwonego wina, czyli dla mnie również.

— Susano, będę tłumaczył Elenie, o czym rozmawiamy. Elena tylko trochę rozumie po angielsku. Nie krępuj się i nie denerwuj, bo widzę, że jesteś zestresowana.

— Tak, przyznaję, jestem zestresowana — powiedziałam.

— Cieszę się, że się spotkaliśmy. Susano, rozluźnij się. — Spojrzał mi głęboko w oczy i uśmiechnął się. — Przyjechaliśmy na weekend do mojego domu. Elena również jest lekarką. Chyba Blanca ci mówiła, że jestem neurologiem. Elena jest internistką. — Tłumaczył się? Czy co?

— Bardzo dobrze, że macie wspólne zainteresowania zawodowe. — Spojrzałam na Elenę i znowu się do niej uśmiechnęłam, już bardziej rozluźniona niż na początku.

Elena była brunetką, bardzo ładną i młodą. Do tego zgrabną i szczupłą. Śmiałą i swobodną. Wsłuchiwała się w to, co mówię, chyba jednak znała, może nawet więcej niż trochę, język angielski i wydaje mi się, że rozumiała, o czym mówimy. Jestem przeciwieństwem Eleny. Jestem delikatną blondynką, również szczupłą jak ona, tyle że dużo starszą. Czy jestem ładna? Nie uważam się za ładną, ale myślę, że to kwestia gustu.

— Susano, o czym tak myślisz? Jesteś taka tajemnicza. Mówię do ciebie, a ty nic, jesteś gdzieś daleko. — Marcos dotknął mojej ręki.

— Przepraszam, rzeczywiście zamyśliłam się, nie wiem czemu. Miło mi być tu z wami, ale już was pożegnam. Muszę jeszcze zrobić zakupy, a potem chcę pobiegać nad morzem. — Chciałam jak najszybciej stamtąd wyjść.

— Również było nam miło, do zobaczenia. — Oboje wstali.

— Do zobaczenia, dziękuję za wino, nie powinnam pić tej drugiej lampki. Trochę mi to wino uderzyło do głowy, a nie jestem przyzwyczajona. — Roześmiałam się, właściwie z siebie.

— Do zobaczenia! — Marcos spojrzał na mnie i dotknął mojego ramienia, poczułam dreszcz na całym ciele, a Elena podała mi rękę.

Szybko wyszłam z restauracji i wstąpiłam do marketu w pobliżu. Zrobiłam zakupy. Kupiłam również czerwone wino, pomyślałam: „A co, przecież mi wolno”.

Kiedy wróciłam do domku, najpierw zadzwoniłam do Wiktora. Już nie był taki znudzony i nie mówił, że brak mu mnie. Jakoś sobie poukładał swój świat beze mnie. Myślę, że i ta tęsknota, o której tak mówił, już mu przeszła. Bardzo szybko przystosował się do tej nowej sytuacji. Był w bardzo dobrym nastroju.

U dzieci wszystko dobrze, dzwonią do niego, nawet Natalia go odwiedziła. Obiady jada w uczelnianej stołówce, tak że bez reszty poświęca się pracy.

Rozmyślałam, jak mi tu jest dobrze, czuję się jak u siebie w domu. Jednak to prawda, że i ja szybko dostosowuję się do nowych warunków.

Nawet przez chwilę pomyślałam, że mogłabym zostać tutaj na stałe. Ojej, co to by było?

Zostawić wszystko, całą przeszłość. O nie, nie dałabym rady się utrzymać. Z pisania trudno żyć na takim poziomie, jak żyję teraz. Gdyby nie Wiktor, nie mogłabym tu przyjechać. Może gdybym znalazła jakąś pracę?

Co mi przychodzi do głowy, jakieś niedorzeczne myśli zaprzątają mi ją. O czym ja myślę? Przecież nie rozstanę się z Wiktorem, tyle lat przeżyliśmy razem. Ale jak się zastanowię nad nami, to ostatnio oddaliliśmy się od siebie. Nie ma między nami takiego przyciągania jak jeszcze parę lat temu. Odkąd dzieci się wyprowadziły, każde z nas żyje swoim życiem. Życie nasze spowszedniało. Może po moim powrocie coś się zmieni, zobaczymy.

Włożyłam kostium kąpielowy i pobiegłam nad morze. Wskoczyłam do chłodnej wody i pływałam do momentu, aż się zmęczyłam. Potem, osuszyłam się miękkim ręcznikiem i przebrałam. Włożyłam dres i jeszcze biegałam po piasku, żeby się rozgrzać. Kiedy wróciłam na moje miejsce, zobaczyłam Jasnego Duszka, czekał na mnie.

— Jasny Duszku, jesteś! — Uśmiechał się do mnie, a ja czułam jego opiekę, jego troskę i miłość.

— Jestem przy tobie, nawet jak mnie nie widzisz. Pamiętaj, że decyzje, które teraz podejmujesz, zaważą na dalszym twoim życiu.

— Jasny Duszku, ja wiem, jestem ostrożna i rozważna. Co masz na myśli? — zaniepokoiłam się.

— Sama wiesz, o czym mówię. Cokolwiek zrobisz, to ty jesteś odpowiedzialna za swoje wybory. Kiedy jesteś szczęśliwa, to i ja jestem szczęśliwy. Gdy jesteś smutna i jest ci źle, ja czuję to samo. Nie oceniam cię. Jestem tobą, twoimi myślami. Wiem, o czym myślisz, i wiem, co będzie dalej.

— Jasny Duszku, czy znasz dalsze moje życie? Jak to jest?

— Znam całe twoje życie, ale ty możesz je zmieniać. Układaj je tak, jak chcesz, i tak, żebyś nigdy niczego nie żałowała. Twoje życie zmienia się pod wpływem twoich myśli, podejmowanych decyzji. Czuję twoje emocje i rozterki.

Jasny Duszku… ale gdzie jesteś? Co się stało? Dlaczego tak nagle znikasz?

Znikąd nie było odpowiedzi. Jasny Duszek rozpłynął się. Jak można tak nagle zniknąć? To nierealne. Działo się to na moich oczach, a ja nie rozumiałam tej sytuacji. Zostałam sama na plaży. Zrobiło mi się chłodno. Drżałam i nie tylko z zimna. Słowa Jasnego Duszka utkwiły mi w pamięci.

Wstałam i pobiegłam do domku. Najpierw zrobiłam sobie kąpiel w wannie. Woda była tak gorąca, że aż skóra na moim ciele zrobiła się cała czerwona.

Rozluźniona i rozgrzana, ale też bardzo głodna, zaczęłam przygotowywać kolację. Zjadłam ze smakiem kanapki z sałatką z pomidorem, serem i awokado. Wypiłam jeszcze gorącą herbatę i zasiadłam do komputera odpowiedzieć na maile.

Pisała Natalia i Kamil. Wydawca był ciekaw, jak daleko jestem z książką. Odpisałam wydawcy, że tak, jak mi się dobrze tutaj pisze, to podejrzewam, że szybko się z nią uporam. Wspomniałam, że ukończę ją nawet wcześniej niż opiewa termin umowy. Jeżeli chce, mogę mu przesyłać po kilka rozdziałów do redagowania i korekty.

Jeszcze chwilę przeczytałam materiały potrzebne mi do książki, skopiowałam tekst i wyłączyłam laptopa. Położyłam się do łóżka, zgasiłam światło i rozmyślałam o Marcosie i o Jasnym Duszku. Na nowo przeżywałam cały dzień. Mam tak zawsze, jak coś ważnego czy nieznanego dzieje się u mnie. Wieczorem moje myśli cały czas krążą wokół tych wydarzeń.

Dzisiaj, szczególnie zaprzątał mi głowę Marcos. Jaki on przystojny, aż dech zapiera mi w piersi, kiedy na niego patrzę. To dlatego czuję się przy nim zestresowana, onieśmielona i uciekam przed jego wzrokiem. Czy to normalne, że boję się go spotkać? Czy to normalne, że nie wiem, jak się przy nim zachować? Bardzo dobrze nam się rozmawiało, gdy był u mnie w domku. Wydawało mi się, że był naturalny. A może to przy Elenie tak się zmienia? Elena chyba jest dużo od niego młodsza. Może chce jej zaimponować. Dziwne to wszystko. Ale również nie rozumiem siebie.


23 marca 2019 roku, sobota


Obudził mnie świergot ptaków. Tak ćwierkały, tak cieszyły się, że byłam tym bardzo zaciekawiona. Co się dzieje? Wstałam z łóżka i otworzyłam okno. Wszystko stało się jasne. Było pochmurnie i padał lekki deszczyk. Powietrze pachniało ozonem. Było już tak sucho, że to dobrze, że zaczęło padać. Lubię deszcz, uspokaja mnie. Zostanę dzisiaj w domku i trochę więcej popracuję.

Wzięłam prysznic, ubrałam się, zrobiłam sobie makijaż, ale delikatny, taki jak lubię. Lubię być naturalna.

Włożyłam dres. Kupiłam go przed wyjazdem i zaszalałam, bo w kolorze różowo-czarnym. Na śniadanie zachciało mi się naleśników z dżemem. Trochę czasu mi to zajęło. Nasmażyłam całą stertę i ze smakiem zjadłam aż pięć sztuk. Zrobiłam sobie kawę i usiadłam przy biurku. Popijając kawę, pisałam moją powieść. Wiosenny deszcz tylko mi w tym pomagał.

Kiedy znowu zaczęłam odczuwać bóle pleców, przerwałam pisanie, wyprostowałam się i zrobiłam kilka ćwiczeń. W międzyczasie deszcz przestał padać, ale nadal było pochmurnie.

Wyszłam przed domek, biegałam wokoło i przyglądałam się roślinności błyszczącej od deszczu.

Wiosna to piękna pora roku, to odnowienie, to nowe życie.

Nie chcę o tym myśleć, że ten pobyt tutaj szybko minie i że będę musiała wrócić do codzienności i bylejakości w Warszawie. Jak ja się tam znowu odnajdę? W tej szarości, bez morza i bez domku.

W tym domku jest taka dobra energia, czuję się w nim, jakby to było moje miejsce na ziemi. Ciekawa jestem, czy Blanca sprzedałaby mi ten domek. Muszę ją o to zapytać. To domek po jej dziadkach. Dla Blanki ma walory sentymentalne oprócz tych finansowych. Tylko czy stać byłoby mnie na jego kupno? Coś mi się wydaje, że nie. To tylko niespełnione marzenia.

Mówię o nim „domek” tak zdrobniale, ponieważ to jest maleńki dom, bardzo przyjazny, skromnie urządzony, ale z sercem. Na każdym kroku widać minimalizm, a ja go uwielbiam. Jest tylko to, co niezbędne do życia. Nigdy nie lubiłam i nie lubię chomikować zbyt dużo rzeczy i mebli. Ma być tylko to, co jest najpotrzebniejsze.

Wróciłam z ogrodu i znowu usiadłam do pracy. Zerknęłam na zegarek, dochodziła już godzina druga. No, dosyć na dzisiaj, postawiłam kropkę i skończyłam pisanie. Zaraz zrobię obiad na dwa dni, a potem pobiegnę nad morze.

Muszę być codziennie nad morzem, morze to dla mnie Jasny Duszek, to oczyszczenie, to siła, to pokarm dla duszy.

Zajęłam się gotowaniem, ale ciągle wracały myśli o Marcosie. Odrzucałam je, a one wracały. Ciekawe, czy on też tak o mnie myśli. Na pewno nie. Co ja sobie wyobrażam. Nawet nie można mnie porównać z Eleną. Mając przy boku Elenę, piękną kobietę, który mężczyzna myślałby o innej?

Po obiedzie pozmywałam, zrobiłam sobie jeszcze kawę, którą wypiłam z przyjemnością, i wyszłam z domku. Byłam w dresie i wzięłam ze sobą płaszcz przeciwdeszczowy. To na wypadek, gdyby padało. Cały czas było pochmurnie.

Nie chciałam pływać, tylko przywitać się z morzem, pobiegać i pospacerować.

Ojej, jak cudownie. Zostawiłam płaszcz na piasku, zdjęłam tenisówki i biegałam wzdłuż plaży tam i z powrotem. Trochę zmęczyłam się, chwilkę odpoczęłam i zrobiłam kilka przysiadów.

Stanęłam twarzą w kierunku morza i patrzyłam, jak fale uderzały o piasek, zabierały plażę. Zmieniały kolory, przybliżały się i odpływały. Pomyślałam, że dzisiaj nie pojawi się Jasny Duszek. Jaka szkoda.

Już miałam wracać do domku, kiedy nagle usłyszałam swoje imię. Z daleka biegł w moją stronę Marcos.

— Susano, Susano, zaczekaj. — Szybko podbiegł do mnie.

— Co ty tutaj robisz? — zapytałam zaskoczona.

— A ty co tutaj robisz? Tobie też mogę zadać to pytanie — odpowiedział z uśmiechem pytaniem na moje pytanie.

— Przyszłam pobiegać, przywitać się z morzem — odpowiedziałam.

— Ja również chciałem pobiegać, ale przyszedłem nad morze dla ciebie. Chciałem cię zobaczyć. Wiedziałem, że cię tutaj spotkam.

To do mnie niepodobne, ale nie speszyły mnie jego słowa.

— Chyba żartujesz, czemu chciałeś mnie spotkać? — zdziwiłam się.

— Nie wiem czemu, ale wciąż o tobie myślę. Ciągnie mnie do ciebie. Lubię z tobą rozmawiać i lubię twoje towarzystwo. — Podszedł do mnie, objął mnie, stał tak blisko, że czułam jego oddech.

— Marcos!!! — Uwolniłam się z jego objęć.

— Nie miałem nic złego na myśli, nie bój się mnie. — Śmiał się.

— OK, będziesz jeszcze biegał? Bo ja już wracam do domu. — Odwróciłam się i zaczęłam iść w stronę domku.

— A mogę się wprosić na herbatę? — zapytał nieśmiało.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, wahałam się, ale pomyślałam: „Co mi zależy, przynajmniej z kimś porozmawiam”.

— Tak, zapraszam cię, ale mam pytanie. Co na to powie Elena? — Nie chciałam wchodzić między ich relacje.

— Zostałem sam, Elena pojechała na dyżur. A ty też jesteś sama, więc będzie nam we dwoje raźniej przy dzisiejszym, pochmurnym dniu. — Pomyślałam, że ma rację.

— No dobrze, robi się chłodno, więc już chodźmy. Włączę piecyk, napijemy się gorącej herbaty — powiedziałam.

— No to chodźmy. — Uśmiechnął się i wziął mnie pod rękę.

Weszliśmy do domku, włączyłam piecyk i poszłam do łazienki, żeby się odświeżyć. Kiedy wróciłam, Marcos jak poprzednio zrobił herbatę, ale tylko dla mnie.

Dobrze, że kupiłam wino. Postawiłam na stoliku wino i naleśniki, które zostały mi ze śniadania. Usiadłam obok niego na kanapie i rozmawialiśmy na poważne tematy, tak od serca.

Opowiadał mi o sobie, o swoim rozwodzie, samotności, o synu, który mieszka z matką. Mówił, że ma z nim dobry kontakt, właściwie to, niestety, tylko telefoniczny. Jego syn ma siedemnaście lat, a na imię Felipe. Jest uczniem średniej szkoły. Rzadko się z nim widuje, ponieważ mieszka w Barcelonie.

Ja opowiedziałam o Wiktorze i po co tu przyjechałam, że mam dwoje dorosłych dzieci.

— Musisz mieć wyjątkową wyobraźnię i fantazję, żeby pisać książki.

— Rzeczywiście, trzeba mieć wyobraźnię — odpowiedziałam, i dodałam, że uwielbiam pisać.

— A ja nie przepadam za pisaniem, ale lubię czytać i dużo czytam. Mam nadzieję, że dasz mi przeczytać swoją książkę?

— Oczywiście, jak tylko ją wydam. Wyślę ci na adres Blanki. Przepraszam, że pytam cię o takie intymne sprawy. Jesteście zaręczeni z Eleną? — Może nie powinnam być taka ciekawska i żałowałam, że zapytałam.

— No, nie powiedziałbym, że zaręczeni. Rozmawialiśmy o małżeństwie, ale tylko w żartach. Elena jest dużo młodsza ode mnie. Waham się, a tak naprawdę nie spieszy mi się do małżeństwa, a może nie trafiłem na tę jedyną.

— Mam nadzieję, że ona to rozumie i to, że nie myślisz o niej poważnie.

— Tak, ona to wie, kocha wolność. Myślę, że też nie traktuje mnie poważnie, chociaż jesteśmy ze sobą.

— Dziękuję ci za szczerość i przepraszam za te osobiste pytania — odpowiedziałam. — Jeszcze tylko jedno pytanie chcę ci zadać, czy mogę?

— Susano, możesz pytać mnie o wszystko. — Przysunął się do mnie bardzo blisko. Patrzył mi prosto w oczy. Odsunęłam się.

— Ile masz lat, Marcos?

— Mam czterdzieści pięć lat, a ty, mogę wiedzieć?

— Jestem od ciebie młodsza, mam czterdzieści cztery lata. Właściwie to będę miała dopiero jesienią.

— Więc jesteśmy prawie równolatkami i dlatego tak dobrze się rozumiemy. To świetnie, prawda? — Roześmiał się.

Rozmawialiśmy o sobie, o swoich zainteresowaniach, co lubimy. Było tak, jakbyśmy znali się od bardzo dawna. Przestałam się stresować, nie byłam już taka onieśmielona czy spięta przy nim. Może to po tym winie, które piliśmy.

Zrobiło się późno. Wypiliśmy całą butelkę wina. Zjedliśmy wszystkie naleśniki, a Marcos, ani myślał iść do domu.

— Jest mi tu dobrze z tobą. Jesteś taka śliczna i mądra. Takie kobiety lubię. Co ty masz w sobie, że nie chce mi się stąd wychodzić? Chciałbym zostać z tobą — zaczął od komplementów. Chciał mnie uwieść? Muszę uważać, bo jestem wrażliwa na słowa.

— Muszę cię przegonić, jest już bardzo późno, idź już. — Chciałam, żeby już poszedł, bo robiło się gorąco i niebezpiecznie.

— A mogę jeszcze zostać? — prosił i patrzył na mnie swoimi pięknymi, czarnymi i zalotnymi oczami. Wiedział, że tym jego oczom nie potrafię się oprzeć.

— Marcos, nie patrz tak na mnie — śmiałam się — dobranoc. Idź już. Jestem już śpiąca. — Oparłam się swoim myślom.

Marcos niechętnie, ociągając się, ale jednak wyszedł.

Byłam zadowolona, że jednak okazał się dżentelmenem. Nie naciskał. Zachował się przyzwoicie. Wiedziałam, że to wspaniały mężczyzna.

Nie wiem, czy dzisiaj zasnę. Tyle emocji na wieczór i Marcos, ten zalotnik, co zawrócił mi w głowie i te jego oczy, którym nie można się oprzeć.

Szybko wskoczyłam do łóżka, rzeczywiście, nie mogłam zasnąć. Rozmyślałam, o tym, co się wydarzyło w ciągu dnia. Przypomniały mi się młodzieńcze lata, zakochanie i randki. Dzisiaj poczułam się przy tym mężczyźnie, jakbym znowu miała osiemnaście lat.


24 marca 2019 roku, niedziela


Powoli otworzyłam oczy. Najpierw pomyślałam: „Ciekawe, jaka jest dzisiaj pogoda”. Wstałam i jak zwykle rozsunęłam zasłony i podniosłam rolety. Zasłony nie przepuszczały światła, ale również chroniły przed słońcem. Niecodziennie jednak zasłaniałam nimi okna. Przeważnie zasłaniałam okna roletami. Lubię, jak trochę widzę prześwitującą jasność dnia.

Zapowiadał się piękny dzień. Nie było ani śladu po deszczu. Niedziela powinna być dniem wolnym od pracy, ale nie dla mnie.

Po śniadaniu zaparzyłam kawę, postawiłam filiżankę na biurku i włączyłam komputer. Wcześniej pootwierałam szeroko okna, czułam to powietrze zalewające pokój. Było rześkie i pachnące. Miałam wrażenie, jakbym pisała w ogrodzie. Tego mi było trzeba. Z przyjemnością usiadłam do pracy.

Jeszcze raz i raz dziękowałam losowi, Jasnemu Duszkowi, że właśnie tutaj się znalazłam.

Pomyślałam, że wszystko jest po coś, że ktoś lub coś nami kieruje. Może to właśnie mój anioł — Jasny Duszek. Tylko do tej pory nigdy mi się nie pokazał. Zdarzyło się to po raz pierwszy tutaj. Dlaczego? Tego nie wiem, a może chodzi o zmianę w moim życiu?

Przestałam rozmyślać i skupiłam się na pisaniu. Kiedy piszę, zapominam o całym świecie. I tym razem też tak było.

Upłynęło dobrych kilka godzin, kiedy znowu dał o sobie znać mój znajomy ból w plecach. To świadczyło o tym, że na dzisiaj koniec pisania.

Wyszłam przed domek, kilka minut gimnastykowałam się. Pozachwycałam się kwiatami w ogródku. Wczorajszy deszcz był potrzebny, ponieważ wszystko jakby się rozweseliło. Wszystko odżyło i jeszcze bardziej się zazieleniło. „Jak tu pięknie”, pomyślałam. Nigdy nie czułam się tak cudownie.

Po chwili wróciłam do domku. Przyrządziłam obiad i zjadłam z apetytem.

Zastanawiałam się, czy iść na plażę, czy może pójść do miasteczka. Pomyślałam, że pewnie jest tam pusto, przecież była niedziela. I wtedy przypomniałam sobie o szkole językowej. Muszę się zapisać na lekcje, ale nie wiem, gdzie mieści się szkoła.

Szybko znalazłam stronę w necie na temat szkoły i lekcji języka hiszpańskiego w naszym miasteczku. Zapisałam w kalendarzu. Oto co przeczytałam na temat tej szkoły:

„La Playa to akredytowana przez Instytut Cervantesa szkoła położona tuż przy plaży w La Cala del Moral. Jest to spokojna dzielnica rybaków oddalona o piętnaście kilometrów od centrum Malagi, w zachodniej części Costa del Sol.

Wszystkie sale w szkole wyposażone są w urządzenia cyfrowe i mają południowo zorientowane okna z widokiem na morze. Spokojnym rozmowom w rodzinnej atmosferze sprzyja otoczenie tropikalnego ogrodu, który okala budynek. Metodologia szkoły oparta jest o komunikację. Profesjonalnie przygotowane treści podawane są w bezpośredniej i luźnej atmosferze. Młoda i dynamiczna kadra z dużym doświadczeniem międzynarodowym stara się, żeby nauka w szkole La Playa była atrakcyjnym przeżyciem. Szkoła szczyci się faktem, że 60% jej uczniów wraca w kolejnych latach. Oferuje ona również kursy on-line”.

To tyle napisano na temat tej szkoły. Jutro wybiorę się tam osobiście i zamówię lekcje. Pomimo że tylko chwilowo mieszkam w Hiszpanii, to wykorzystam okazję i nauczę się nowego języka. Chciałabym umieć posługiwać się biegle językiem hiszpańskim.

Zaaferowana szkołą, lekcjami hiszpańskiego, mimowolnie spojrzałam w okno i zobaczyłam zbliżającą się do mnie Blancę.

„Co ona tu robi? Czy wie, że Marcos był u mnie?”. W pierwszej chwili tak pomyślałam. Ciekawe, że przychodzi w niedzielę.

— Blanco, miło cię widzieć, wejdź, proszę. — Otworzyłam drzwi i zaprosiłam ją do środka.

— Hola, Zuzanno, przyniosłam ci ciasto. Upiekłam wczoraj, jest bardzo dobre.

Zdziwiłam się i zarazem ucieszyłam.

— Bardzo dziękuję, zaraz zrobię kawę. — Wstawiłam wodę, przygotowałam filiżanki i talerzyki. Usiadłam naprzeciwko Blanki. Zapytałam, czy nie będzie jej przeszkadzało, że wypijemy kawę w kuchni.

— Bardzo dobrze, posiedzimy w kuchni — zgodziła się.

Kiedy woda się zagotowała, zaparzyłam kawę i postawiłam w szklanym dzbanku na stole.

— Nie czujesz się tutaj samotna? — zapytała mnie Blanca.

— Nie, ani trochę, całe przedpołudnie piszę swoją powieść, robię sobie posiłki i wychodzę na plażę. Jak na razie nie nudzę się, jest mi tak dobrze. Cudowny ten twój domek. Nie chcesz go sprzedać? — zapytałam nieśmiało.

— Nie, co ty mówisz, nigdy nie myślałam o sprzedaży domku. Zawsze go wynajmuję. Mam z niego dodatkowe pieniądze. Nie sprzedam tego domu. Właściwie to muszę bardziej o niego zadbać. Również o ogródek. Widzę, że ty już coś robiłaś przy kwiatach.

— Tak, lubię pracować w ogródku. Któregoś dnia dokładnie zajmę się nim i przede wszystkim powyrywam chwasty.

— Zuzanno, chciałam cię o coś zapytać, to jest sprawa osobista. Co myślisz o Marcosie? Za często opowiada o tobie, mówił mi, że był u ciebie wczoraj. Wiesz, to jest mój brat, chciałabym, żeby ułożył sobie życie z Eleną. Polubiłam ją, traktujemy ją jak jego narzeczoną. Ostatnio zauważyłam, że odsuwa się od niej, nie wiem czemu. Czy ty coś o tym wiesz? — zapytała, patrząc na mnie wnikliwie.

— Nie, nic nie wiem, spotkaliśmy się wczoraj nad morzem i zaprosiłam go na herbatę. Chyba to nic złego. Blanco, ja mam męża i dwoje dzieci. Nie romanse mi w głowie. Chociaż, muszę ci się przyznać, że masz cholernie przystojnego brata. Ale nie martw się. Z mojej strony nic mu nie grozi. Nie chcę rozbijać narzeczeństwa. Dla mnie to tylko przyjaciel, z którym bardzo dobrze mi się rozmawia. Rozumiemy się może dlatego, że jesteśmy w podobnym wieku.

— No wiesz, ja tego tak nie widzę z jego strony. Mówił mi, że się świetnie ze sobą czujecie, że może z tobą porozmawiać na każdy temat, że macie podobne zainteresowania. Z Eleną nie ma takiego porozumienia jak z tobą. Jestem trochę zaniepokojona ich związkiem. Posłuchaj mnie, ty wyjedziesz, a on będzie znowu sam. Nawet nie wiesz, jak on przeżył rozwód. W ogóle nie chciał myśleć o kobietach, liczyła się tylko jego praca. Kiedy pojawiła się Elena bardzo się ucieszyłam, a teraz znowu się martwię.

— Blanco, nie martw się, to dorosły mężczyzna, on wie najlepiej, co jest dla niego dobre. Któregoś dnia spotkałam ich w restauracji i poznałam ją, ale Marcos zachowywał się przy niej jakoś tak dziwnie. Jakby nie był sobą. Ze mną zachowuje się inaczej. Chociaż, co ja tam wiem, widzieliśmy się trzy razy i to krótko. Przyznam ci się, że podoba mi się. Jestem z tobą szczera, ale powtarzam, że mam męża. I wiesz, Blanco, że różnica wieku między nimi jest trochę za duża. Ale to jest moje zdanie.

— Dziękuję ci, że jesteś ze mną szczera. Jak ci smakuje moje ciasto? — zmieniła nagle temat.

— Pyszne, zostanie mi jeszcze na jutro do kawy. Przychodź do mnie częściej, poznamy się bliżej, pogadamy. Bardzo ważne są szczere rozmowy. A jeśli będziesz chciała zapytać mnie o coś, to się nie krępuj, pytaj.

— Pójdę już, Zuzanno, dzięki za kawę. Do zobaczenia.

— Dzięki, że przyszłaś, dzięki za ciasto, do zobaczenia, do następnego spotkania.

Blanca wyszła, a ja zastanowiłam się nad tym, co mówiła. Oznaczało to, że Marcos jej się zwierza. Zdziwiłam się, co jej mówił o mnie. Mnie o tym nie powiedział. Blanca wiedziała więcej niż ja. Boi się o brata. A co by było, gdybyśmy zakochali się w sobie? Czy Blanca polubiłaby mnie? Pewnie specjalnie przyszła, żeby dowiedzieć się więcej ode mnie na temat naszych relacji. Nie chciała wprost powiedzieć, żebym zostawiła Marcosa w spokoju. No cóż, na razie nie ma o czym mówić, zdystansuję się do niego. Będę go unikała. Ale czy ja chcę tego? Nie, ciągle myślę o nim. A z drugiej strony nie chcę się czuć winna zakończenia związku Marcosa i Eleny.

Koniec rozmyślań. Pogoda była ładna, słońce świeciło i wiał lekki wiatr, a w zatoczce pewnie było zacisznie i woda była cieplejsza niż gdzie indziej. Postanowiłam, że wybiorę do zatoczki.

Przebrałam się w kostium kąpielowy, włożyłam dres, wzięłam duży, czerwony ręcznik, na nogi klapki i pobiegłam na plażę. Pływałam i biegałam. Na plaży nie było ani żywego ducha. Byłam tylko ja, piasek, morze i Jasny Duszek, który nagle pojawił się i tak zaczął:

— Zastanawiaj się. Myśl, co robisz i patrz w przyszłość. Nie krzywdź, a kiedy nieświadomie tak się stanie, to będzie ci z tym źle. Będziesz miała wyrzuty sumienia, a inni będą cierpieć. Musisz wiedzieć, czy prawdziwie kochasz, czy wcześniejsza miłość już się skończyła. Czy jesteś gotowa na nową miłość — przestrzegał mnie.

— Jasny Duszku, dlaczego mi to mówisz?

— Czuję cię i wiem, o czym myślisz. Bądź rozsądna, ale wiedz, że przed miłością nie uciekniesz. Przemyśl, to ty podejmujesz decyzje. Nie wiesz, co się stanie, ale tylko ty możesz zmienić bieg życia.

— Jasny Duszku, znasz mnie i moje myśli. Nie wiem, co zrobić. Czy mam zakończyć nasze relacje i spotkania sam na sam? Ale to wbrew mnie samej. Czy poradzę sobie z emocjami? Jego siostra wyczuwa, że coś się z nim dzieje i martwi się o niego. Nie wiem, co robić? Boję się siebie.

— To jego siostra, ona czuje, że jest tobą zafascynowany, i boi się, co może się stać. Boi się o brata. Tak jest w miłości. Szczęście jednych, czasami powoduje cierpienie innych. Czy tego chcemy, czy nie.

— Jasny Duszku, dobrze, że jesteś, mój aniele. Tylko tobie mogę szczerze o wszystkim powiedzieć. Mogę podzielić się swoimi wątpliwościami. Ufam i wierzę ci.

Jak nagle się pojawił, tak nagle zniknął. Okryłam się ręcznikiem i skierowałam w stronę domku, myśląc o tym, co mówił Jasny Duszek.

Wzięłam prysznic i włożyłam dres. Tak jest mi wygodnie. Zabrałam się za kolację.

Pomyślałam, że jest niedziela, więc zadzwonię do Wiktora. Wybrałam jego numer, ale czekałam i czekałam, a on nie odbierał telefonu.

Zdziwiona pomyślałam, że pewnie nie słyszy. Odłożyłam telefon. Zaraz oddzwoni, jak tylko zobaczy, że dzwoniłam. Napisałam również esemesa. Czekałam i czekałam, ale nie oddzwonił i nie odpisał.

Są takie momenty, że brak mi go, tyle lat jesteśmy razem, to chyba normalne. Wiktor to dobry człowiek, chociaż trochę wybuchowy. Zawsze musi postawić na swoim. Ale do tego przyzwyczaiłam się. Również do tego, że to on decydował, gdzie pojedziemy na wczasy. Ja decydowałam o urządzaniu mieszkania i zakupach. Znam Wiktora jak własną kieszeń. Pewnie teraz siedzi przed telewizorem i popija swoje ulubione whisky, a może i przysypia.

Mam tylko nadzieję, że dba o mieszkanie, pranie i prasowanie swoich koszul. Musi mieć codziennie świeżą koszulę. Pod tym względem jest pedantem, mam na myśli jego ubiór. Jest przystojny, trochę mógłby zeszczupleć, ale podoba się kobietom. Nie jestem o niego zazdrosna nic a nic. Natomiast Wiktor wykazuje te cechy w stosunku do mnie. I to mi się w nim nie podoba. Nie lubię zazdrośników.

Włączyłam telewizor, chwilę obejrzałam wiadomości. Nawet myślałam, że obejrzę jakiś film. Niestety nie było nic ciekawego, więc go wyłączyłam i wzięłam książkę do czytania. Nie czytałam zbyt długo. Poczułam się senna, więc położyłam się do łóżka i zaraz zasnęłam.

Jutro kolejny dzień, muszę pamiętać, żeby zapisać się do szkoły językowej.


25 marca 2019 roku, poniedziałek


Kiedy się obudziłam, za oknem było jeszcze ciemno. Leżałam w łóżku i rozmyślałam o wszystkim, co się tutaj dzieje, o swoich dzieciach i dlaczego Wiktor nie odzywa się do mnie. Może jest chory albo ma uszkodzony telefon, a może zapomniał już o mnie?

Nigdy się nie rozstawaliśmy. Długo musiałam przekonywać go o swoim wyjeździe. Początkowo się denerwował, więc czekałam na takie momenty, kiedy tryskał humorem, po to, żeby z nim porozmawiać. Czym bardziej drążyłam ten temat, tym Wiktor łagodniał i w końcu się zgodził.

Może mogłam powiedzieć zdecydowanie: „jadę” albo że „nieważne, czy się zgadzasz czy nie, to jest moja decyzja i jej nie zmienię”. Lecz ja nie mogłabym i nie chciałam tak postąpić. Zawsze chciałam, żebyśmy razem podejmowali decyzje o tak ważnych sprawach. Między innymi również chodziło o koszty. Taki wyjazd, i to na kilka miesięcy, miał pochłonąć dużo pieniędzy. Zdawałam sobie z tego sprawę. Mnie samej ze sprzedaży książek nie stać byłoby na takie luksusy. Wprawdzie mam oszczędności, ale trzymam je na „czarną godzinę”, jak to się potocznie mówi.

Wstałam, otworzyłam okno. Zapowiadał się słoneczny dzień, tylko lekka mgła utrzymywała się nad domkiem. Na śniadanie zjadłam grzanki. Mogłam sobie na to pozwolić, ponieważ kuchnia była znakomicie wyposażona. Było tak jak w każdym, normalnym domu. Nic mi nie brakowało, mogłam piec, gotować, tylko tyle, że nie przepadałam ani za gotowaniem, ani za pieczeniem.

Zrobiłam kawę, postawiłam filiżankę i ciasto od Blanki na biurku i tak przygotowana usiadłam do komputera, by dalej pracować nad powieścią.

Była cisza, nikt mi nie przeszkadzał, idealne warunki dla pisarza. Po kilku godzinach znowu naszedł mnie znajomy ból.

Wstałam od biurka po to tylko, żeby się rozruszać i pogimnastykować. Lepiej się poczuję, to znowu usiądę do pisania. I wtedy przypomniałam sobie, że przecież Marcos jest neurologiem. Jak tylko się z nim spotkam, zapytam o profesjonalne ćwiczenia na te bóle. Muszę przyznać, że jak tylko wstanę od biurka, trochę się rozruszam, ból natychmiast ustępuje.

Myślę, że winne jest krzesło, które jest niedostosowane do dłuższego siedzenia. Powinnam kupić dobry fotel. Jak będę w markecie, a wybiorę się w najbliższym czasie, to poszukam odpowiedniego fotela.

W miasteczku jest duży supermarket o nazwie Mercadona. Może nawet w tym tygodniu tam pójdę.

Poczułam się lepiej, ból ustąpił i znowu usiadłam do pisania. Dzisiaj pisałam długo, świetnie mi się pisało. Zbliżała się godzina druga, więc zapisałam, skopiowałam tekst i wyłączyłam komputer.

Wyszłam do ogródka, nacieszyłam oczy kolorowymi kwiatami. Z daleka, z tyłu ogrodu, popatrzyłam na morze. Ono tak bardzo mnie przyciągało. Wyrwałam również kilka chwastów, które rozpychały się wśród kwiatów.

Jak tu jest pięknie. Nigdy nie przeżywałam tego, co teraz. Jest we mnie tyle dobrej energii, szczęścia i siły.

Pomimo że to był zwykły dzień, a Wiktor w pracy, postanowiłam, że zadzwonię do niego. Może odbierze ode mnie telefon. Wybrałam jego numer i czekałam. W końcu usłyszałam głos Wiktora.

— Słucham? — odezwał się zirytowany.

— To ja, Zuzanna, dzwoniłam wczoraj do ciebie, napisałam esemesa i nie oddzwoniłeś. Gdzie byłeś? — odezwałam się tym razem ja z wyrzutem do Wiktora.

— Nie słyszałem telefonu, byłem w domu, a esemesa nie widziałem, wiesz, jak nie lubię czytać i pisać esemesów — wykręcił się, czułam to.

— Czy wszystko dobrze? Martwię się o ciebie, a i twój głos jakiś jest dziwny, masz jakieś kłopoty w pracy? — zapytałam.

— Wszystko dobrze, nie martw się, daję sobie radę. Posiłki jadam na uczelni. W weekendy jem obiady w restauracji. Nie chce mi się gotować. Moja asystentka, wiesz która, Agata, bardzo dba o mnie. Przynosi mi kanapki do pracy, czasem idziemy razem na obiad do restauracji. Zuza, muszę już kończyć, jestem w pracy i jestem bardzo zajęty — szybko skończył naszą rozmowę.

— Dobrze, dobrze, a dzieci dzwoniły do ciebie? — zapytałam.

— Nie, żadne z nich nie dzwoniło. Zresztą, przecież wiesz, że dla nich tylko ty się liczysz. Jak ciebie nie ma, to nie przychodzą i nie dzwonią do mnie — odpowiedział rozdrażnionym głosem.

— Oj, przesadzasz, to ty zadzwoń do nich. Ja do nich dzwonię, a ty w ogóle. Może nie chcą ci przeszkadzać. Może myślą, że będziesz się denerwował. I jak zwykle to twoje „jestem zajęty i teraz nie mam czasu”. No dobrze. Pa, pa, kochanie, trzymaj się — skończyłam rozmowę.

— To pa, Zuza.

Coś mi tu nie pasowało, był taki inny, oficjalny. Głos miał zniecierpliwiony, tak jakby nie był sobą. Może nie był sam albo ma kłopoty w pracy. Nawet nie zapytał się o mnie, jak mi się tu żyje, jak mi się pisze i co robię w wolnym czasie. Wyglądało na to, że to go w ogóle nie interesuje.

Muszę zadzwonić do Natalii, żeby odwiedziła ojca. A tak mnie zapewniał, jak to on nie wytrzyma, że będzie tęsknił, a dzisiaj jakby był obcym człowiekiem. Czy coś wyczuwa? Ale w zasadzie to nie mam sobie nic do zarzucenia. Dam sobie z nim spokój. Nie będę już o tym myślała, pewnie miał zły dzień.

Tak bardzo zgłodniałam, że ukroiłam sobie kromkę chleba i zjadłam. Bez niczego, nawet bez masła. Zastanawiałam się, co tu sobie zrobić na obiad. Nie wiem, ale chyba znowu usmażę te moje ulubione naleśniki. Przyszło mi do głowy, że źle się odżywiam, mało jem i to byle co. Czuję, że schudłam. Nie widziałam w łazience wagi. Na pewno postaram się ją kupić. Jeżeli chodzi o picie, to piję dużo wody i soków. W piątek kupiłam sześć butelek wody mineralnej i zostały mi tylko dwie. Jeszcze mam sok pomarańczowy. Jak będę robiła zakupy, to znowu kupię na zapas wody. Szkoda, że nie mam auta. Wprawdzie mam prawo jazdy, mogłabym wynająć auto, ale nie mam zamiłowania do prowadzenia samochodu. Niestety, w związku z tym muszę wszystko dźwigać w rękach. Muszę się zorientować, czy są tu taksówki, chociaż jest tu wszędzie blisko. A może będę robiła zakupy przez Internet? Muszę sprawdzić, czy tak można. Zrobię to, jak tylko włączę komputer.

Zjadłam naleśniki, były jak zwykle pyszne, i popiłam gorącą herbatą.

Po obiedzie, jakie to szumne słowo: „obiad”, pozmywałam, sprzątnęłam kuchnię i pokój. Wszystko było w należytym porządku.

Tak jak sobie obiecałam, chciałam pójść dzisiaj zapisać się do szkoły na lekcje hiszpańskiego.

Zrobiłam delikatny makijaż, przy tych jasnych włosach i opaleniźnie wyglądałam ładnie. Podobałam się sobie. Ubrałam się elegancko, w kolorową suknię z krótkim rękawkiem, do tego włożyłam żakiecik w kolorze jasnobeżowym. Włożyłam wygodne buty i wyszłam z domku.

Szłam uliczkami miasteczka, powolutku, kierując się w stronę morza. Rozglądałam się, ale nie dostrzegłam żadnej szkoły La Playa.

Akurat przechodziła młoda dziewczyna, pomyślałam, że ona będzie wiedziała, więc podeszłam i zapytałam ją po angielsku:

— Przepraszam, gdzie znajdę szkołę językową?

— Proszę skręcić w tę uliczkę, iść prosto i na jej końcu jest szkoła. — Dokładnie wskazała mi drogę.

— Dziękuję bardzo. — Uśmiechnęłam się i poszłam we wskazanym kierunku.

Rzeczywiście, z daleka zobaczyłam duży budynek, usytuowany w pięknym ogrodzie blisko plaży. Weszłam do środka. W recepcji siedziała młoda i śliczna dziewczyna.

— Dzień dobry, chciałam się zapisać od pierwszego kwietnia na lekcje hiszpańskiego. Jeżeli można, najbardziej odpowiadałoby mi dwa razy w tygodniu i niestacjonarnie.

— Na początek, zanim zaczniemy rozmowę, chciałabym powiedzieć, że w naszej szkole lekcje odbywają się w warunkach stacjonarnych. Mamy hotel i uczymy studentów od poniedziałku do piątku, po dziesięć godzin w tygodniu. W grupie może być najwyżej siedem osób. Rozumiem, że pani chce wziąć lekcje dwa razy w tygodniu jako studentka dochodząca. Też tak można, ale raczej preferujemy system stacjonarny. Mamy kilka chętnych osób takich jak pani i zrobimy dla was wyjątek. Zapiszę panią do grupy początkującej. Lekcja trwa pięćdziesiąt minut. Chciałabym zaznaczyć, że bardzo nam miło, że będzie pani naszą studentką i że wybrała naszą szkołę. Już zapisuję, proszę o jakiś dokument z nazwiskiem. Umowę podpiszemy na pierwszych zajęciach. Jeśli jest pani zdecydowana, poproszę o zaliczkę w wysokości stu euro. Czy to pani odpowiada? — Długa była ta przemowa, ale pani dokładnie i ze szczegółami wytłumaczyła mi to wszystko, co chciałam wiedzieć.

— Tak, odpowiada mi, a czy mogę zapłacić kartą? — zapytałam.

— Tak, oczywiście, proszę. — Podała mi terminal.

— O której godzinie będą zaczynały się zajęcia? — zapytałam jeszcze.

— Zwykle zajęcia zaczynają się o godzinie dziesiątej i trwają do dwunastej, ale jak już wcześniej wspomniałam, robię dla pani i kilku innych osób wyjątek. Mamy kilka osób takich jak pani, więc stworzymy dla was grupę. Proponuję godzinę czternastą w każdy wtorek i czwartek. Tak też umówiłam się z pozostałymi studentami. Wyjątek stanowi pierwsza lekcja, która odbędzie się w poniedziałek pierwszego kwietnia.

— Dziękuję, odpowiada mi godzina czternasta.

— Dobrze, już zapisałam panią, spotykamy się pierwszego kwietnia w poniedziałek, o godzinie czternastej. Dziękuję i do zobaczenia — pożegnała mnie recepcjonistka.

— Dziękuję, do widzenia, życzę miłego dnia — powiedziałam i wyszłam.

Muszę zapisać datę i godzinę w kalendarzu, żeby nie zapomnieć. Chcę się nauczyć hiszpańskiego. Uwielbiam ten kraj, tych ludzi i ich język. Ludzie tutaj są tacy otwarci, uśmiechnięci i piękni. Ich uroda i ciemne włosy zachwycają mnie. Bardzo mi się podobają.

Szłam, rozmyślając i nie zwracając uwagi na to, co dzieje się wokół mnie. Nagle usłyszałam swoje imię, obejrzałam się i zobaczyłam Marcosa. Szedł w moją stronę szybkim krokiem, pomyślałam, że może chodzi za mną.

— Susano, uciekasz przede mną? Nie mogę cię dogonić. Jesteś tajemnicza i zamyślona. Nie słyszałaś, że cię wołam?

— Nie uciekam przed tobą, nie słyszałam, żeby ktoś mnie wołał. Poza tym nie spodziewałam się ciebie, ale miło mi cię widzieć.

— Nawet nie wiesz, jak miło mi ciebie widzieć. Wyglądasz pięknie. Wyszłaś na spacer? — Patrzył prosto w moje oczy, a ja speszona odwróciłam wzrok. Oj, te jego oczy!!!

— Na spacer również, ale przede wszystkim zapisałam się do szkoły języka hiszpańskiego. Chcę mówić po hiszpańsku, móc się porozumiewać z tutejszymi ludźmi i oczywiście z tobą i Blancą.

— Tak się cieszę, a od kiedy zaczynasz?

— Od pierwszego kwietnia.

— Susano, zapraszam cię na kawę, co ty na to?

— Nie wiem, głupio mi, tutaj ludzie cię znają, wiedzą o tobie wszystko, a ja wciskam się w twoje ułożone życie — odpowiedziałam, bo obiecałam sobie, że będę go unikała.

— Ależ co ty mówisz, nie obchodzą mnie inni i nikt, tylko ty mnie obchodzisz. — Znowu mnie zawstydził.

— Czuję się nieswojo, jak tak mówisz.

— Ale czemu? Chodź, moja śliczna. — Objął mnie wpół i lekko popchnął w stronę kawiarenki.

Usiedliśmy w środku kawiarni, z dala od okna. Marcos zamówił dla nas kawę i do tego butelkę czerwonego, wytrawnego wina.

— Upijemy się. Czy nie wystarczyłoby po lampce? — zaniepokoiłam się.

— Gdzie ci się śpieszy? A może ktoś czeka na ciebie w domku? — Roześmiał się, odsłaniając białe, równiutkie zęby. Wyglądał super.

— Chyba żartujesz, nikt na mnie nie czeka, za to na ciebie pewnie Elena. — Uśmiech zniknął z jego twarzy. Stał się poważny na wspomnienie jej imienia.

— Elena… ona została w Maladze, wczoraj posprzeczaliśmy się — powiedział.

— Przepraszam, niepotrzebnie o niej wspomniałam. — Zrobiło mi się głupio.

— To nic, nie przepraszaj, nic się nie stało. Na zdrowie, moja piękna. — Znowu był to ten sam, wesoły Marcos.

— Za nasze zdrowie. — Powoli smakowałam dobre, czerwone wino.

Siedzieliśmy, popijaliśmy wino i rozmawialiśmy. Czułam się świetnie w jego towarzystwie. Miałam przy sobie prawdziwego mężczyznę, w moich oczach idealnego. Marcos prawił mi komplementy, żartował i cały czas się uśmiechał.

Wypiliśmy całą butelkę wina, ale nie szumiało mi w głowie. Więcej się uśmiechałam i czułam się tak, jakby poza nami nikogo tu nie było.

W kawiarni spędziliśmy ze dwie godziny. Lecz czas z Marcosem minął niczym chwila. Ale trzeba było już wracać. Chciałam jeszcze pobiec nad morze.

— Bardzo ci dziękuję za mile spędzone popołudnie, ale muszę już iść. Chciałabym jeszcze przywitać się z morzem i pobiegać po plaży.

— Czy mogę ci towarzyszyć? Tak bardzo proszę. — Ponownie spojrzał mi w oczy, a ja mu uległam.

— Powiem ci szczerze, chciałam być sama. Nie wiem czemu, ale masz w sobie coś takiego, że ten twój czar tak na mnie działa. Nie potrafię ci odmówić. No to chodźmy.

— Pochlebiasz mi. Naprawdę, tak na ciebie działam? Przyznam ci się, że działasz na mnie podobnie. Ciągle jesteś przy mnie w moich myślach. Przy tobie czuję się szczęśliwym człowiekiem.

Wyszliśmy z kawiarni i skierowaliśmy się w stronę mojego domku. Marcos chodził krok w krok za mną. Przymilał się i dotykał mnie. Oczywiście broniłam się przed nim. Szybko przebrałam się w dres i poszliśmy nad morze.

— A ty będziesz biegał w garniturze, w takim eleganckim ubranku? — Teraz ja z uśmiechem spojrzałam mu głęboko w oczy, o dziwo bez skrępowania. Czy to wino tak na mnie podziałało?

— Nie, oczywiście, że nie. Przebiorę się, mieszkam niedaleko. Czekaj na mnie, zaraz do ciebie dołączę.

— OK, w tym czasie będę biegała. Wracaj szybko.

Marcos pobiegł się przebrać. Mężczyzna biegnący w garniturze i po plaży wyglądał tak śmiesznie, że nie mogłam powstrzymać się ze śmiechu. Uśmiałam się jak nigdy dotąd, aż rozbolała mnie szczęka.

Pomyślałam o Jasnym Duszku. Na pewno był przy mnie, tylko ja go nie widziałam. On czuł, wiedział, że zaraz miał przybiec Marcos, i nie mogłam go zobaczyć.

Marcos przebrał się bardzo szybko i już biegł w moją stronę. Rzeczywiście mieszkał blisko plaży, gdyż to trwało chwilę, może z piętnaście minut, i był już z powrotem.

Nigdy, jak do tej pory, nie proponował mi i nie zaprosił mnie do siebie. To dobrze, bo pewnie nie poszłabym do niego do domu. Ale kto wie? Już nie ręczę za siebie, kiedy jestem blisko niego. Co się ze mną dzieje? Nie powinnam i nie chcę zrobić czegoś niewybaczalnego.

— Już jestem. Biegniemy dziesięć razy tam i z powrotem, od końca zatoczki do kawiarenki, tej, którą widać w oddali, co ty na to? — zaproponował.

— Dobrze.

Marcos biegł pierwszy, a ja biegłam za nim. Biegać po piasku było dosyć ciężko. Podnosiłam wysoko bose nogi i biegłam. Buty rzuciłam na piasek.

Marcos był wysportowany, więc gdy ja zrobiłam pierwszy raz trasę tam i z powrotem, on już kończył ją drugi raz. Trwało to trochę, dziesięć razy tam i z powrotem, to dla mnie za duży dystans.

Marcos już zaliczył swój bieg, a ja jeszcze miałam przed sobą dwa podwójne. Kiedy skończyłam, byłam bardzo zmęczona, padłam na piasek i tak leżałam, ciężko oddychając. Po nim nie było widać ani śladu zmęczenia. Położył się koło mnie i nagle jego twarz znalazła się tuż przy mojej.

Spanikowałam, poczułam jego zapach. Marcos wpatrywał się w moje oczy. Wyczułam, że chce mnie pocałować. Chciałam tego pocałunku, ale nie mogłam. Ja, mężatka, a Marcos — przecież też nie jest wolny. Tak nie może być. Przypomniały mi się słowa Blanki.

Powoli odsunęłam się od niego i wstałam. Marcos również wstał, podszedł do mnie i przytulił mnie do siebie. W ogóle się nie broniłam, wręcz przeciwnie, przytulałam się do niego również. Nic nie mówił, tylko trzymał mnie w objęciach do momentu, aż ja sama nie wyzwoliłam się z jego objęć.

— Chyba wiesz, że mam męża? — zwróciłam się do Marcosa.

— Tak, wiem, ale czuję, że tak jak ja ciebie, tak ty mnie przyciągasz do siebie. Powiedz, czy tak nie jest, czy jest ci ze mną dobrze? Powiedz, Susano?

— Tak, to prawda, jest mi w twoim towarzystwie bardzo dobrze, ale może dlatego, że jestem tutaj sama. Potrzebuję ciepła drugiej osoby, a Wiktor jest daleko, no nie wiem — stwierdziłam.

— Jestem zauroczony tobą, nigdy do nikogo nie czułem tego, co do ciebie. Wszystko mi się w tobie podoba. Uwierz mi, nigdy nie spotkałem kobiety, takiej jak ty.

— To za duże słowa, wiesz, że ja nie szukam romansów, przygodnych miłostek. Przyjechałam tu po to, żeby pisać swoją powieść. Za kilka miesięcy wyjadę i zapomnisz o mnie.

— Nigdy o tobie nie zapomnę, uwierz mi, nie zrezygnuję z ciebie, moja piękna — stanowczo zaprzeczył moim słowom.

— Jest już późno, słońce zachodzi i muszę już iść. Chcę jeszcze zadzwonić do córki, a poza tym jestem potwornie głodna. Odkąd tu jestem, jadam nieregularnie, ale prawdę mówiąc, jeśli już jadam, to mało i na szybko. Przyrządzam dania proste, które zajmują mi niewiele czasu i są łatwe do zrobienia.

— Mam propozycję, chodźmy do restauracji, zjesz coś porządnego, co ty na to?

— Popatrz, jak wyglądamy, musielibyśmy się przebrać, a to zajmie trochę czasu. Dziękuję, ale chcę już wracać do domku. Może następnym razem — odpowiedziałam.

— No dobrze, moja piękna. W takim razie chodźmy, odprowadzę cię do domu.

Marcos odprowadził mnie do domku. Na pożegnanie pocałował mnie w policzek, uśmiechnął się i odszedł. Było po nim wyraźnie widać, że był rozczarowany moją odmową. Wyczułam, że najchętniej wszedłby za mną do mojego domku i został.

Po wejściu do domku pierwsze kroki skierowałam do kuchni. Usmażyłam jajecznicę z pomidorami. To moja ulubiona i pyszna jajecznica. Zjadłam z apetytem i dopiero wskoczyłam pod prysznic. Przebrałam się i postanowiłam zadzwonić do Natalii. Martwił mnie Wiktor. Wybrałam jej numer.

— Natalko, cześć, córeczko, co tam u ciebie? Nie dzwonisz, nie piszesz. Czy wszystko dobrze? — zapytałam.

— Cześć, mamo, u mnie bez zmian, jestem zapracowana, mamy nowy projekt i od rana do wieczora siedzę w pracy. Właśnie przyszłam do domu, masz szczęście.

— Córeczko, mam prośbę, podejdź do taty, nie wiem, co się z nim dzieje. Nie odbiera telefonu, nie odpowiedział mi na esemesa. Dzwoniłam w niedzielę, myślałam, że będzie w domu, ale nie odbierał, więc zadzwoniłam dzisiaj rano na uczelnię. Odebrał, ale rozmawiał ze mną tak raczej służbowo, nie był taki jak zawsze. Mówił, że wczoraj nie słyszał telefonu, ale że był w domu cały dzień. Martwię się, co się dzieje. Natalia, podejdź wieczorem do niego. Może ma jakieś kłopoty, a nie chce mi mówić. Dobrze, córeczko? — Nie powinnam jej prosić o to, ale byłam niespokojna.

— Dobrze, mamo, jutro pójdę do taty. A jak twoja powieść? Może skrócisz wyjazd, a może wcześniej ją ukończysz i wrócisz? Tęsknimy za tobą. Mamo, a nie czujesz się samotna? Przecież nie znasz tam nikogo. Jesteś w obcym kraju.

— Córeczko, nie czuję się ani trochę samotna. Pływam w morzu, biegam, dużo piszę i bliżej poznałam właścicielkę domku, w którym mieszkam. Ma na imię Blanca. Wczoraj odwiedziła mnie i przyniosła mi ciasto. Wiesz, zapisałam się do szkoły językowej. Będę się uczyła hiszpańskiego.

— To cudownie, mamo, nie marnujesz czasu, bardzo się cieszę. Tyle lat byłaś tylko dla nas, spełniałaś zachcianki taty, a w końcu zadbałaś o siebie. Wiesz, że nie spodziewałam się, że tata zgodzi się na twój wyjazd? To taki z niego zazdrośnik. Traktuje cię tak, jakbyś była jego własnością. A ty masz prawo do swojej wolności. Przepraszam, że tak mówię, kocham ciebie tak samo jak tatę, ale ty niektórych rzeczy nie zauważałaś. Jestem twoją córką, ale również kobietą i inaczej niż ty patrzę na związki damsko–męskie. Na wasz związek również.

— Dzięki, córeczko, za wykład psychologiczny, już ci nie przeszkadzam, kocham cię bardzo. Pa, dobranoc.

— Dobranoc, mamusiu.

Odłożyłam telefon na biurko. Natalia ma rację, ten wyjazd dobrze mi zrobi. Inaczej też spojrzę na nasz związek. Dzieci wszystko widzą lepiej, a my z codziennego przebywania razem, naszych przyzwyczajeń, już nie reagujemy, nie zauważamy różnych naszych zachowań i relacji wobec siebie.

Rozebrałam się i położyłam do łóżka. Marcos cały czas był obecny w moich myślach, w mojej głowie. Przerażona pomyślałam, że może zakochałam się w nim. A może to tylko zauroczenie, które minie tak szybko, jak przyszło?

Już od pierwszego spotkania czułam się tak, jakbym znała Marcosa od zawsze. Rozumiemy się bez słów, wystarczy jedno spojrzenie. Myślę, że takie spotkania przytrafiają się nam bardzo rzadko. Czy to dary od losu? Kiedyś czytałam, że taki związek określa się mianem związku karmicznego. Myślę, że to jest właśnie prawdziwa miłość i przyjaźń między dwojgiem ludzi.

Kiedy patrzę na Marcosa, od razu przychodzi mi na myśl, że to nasze spotkanie musiało nastąpić i że nie dało się przed nim uciec. Między nami już od pierwszego spotkania było wyraźnie czuć chemię. Nadajemy na tych samych falach, myślimy tak samo i patrzymy na świat w ten sam sposób.

Żeby tylko wiedział, co ja o nim myślę i że cały czas mam go przed oczami… Trudno mu się oprzeć, boję się i nie wiem, jak długo potrwa moja ucieczka przed tym uczuciem. Marcos, taki mądry człowiek, spokojny i cierpliwy. Nigdy, jak do tej pory, nie widziałam go zdenerwowanego. Zawsze jest miły i uśmiechnięty. Ciekawe co z Eleną? Czy się pogodzą i co na to Blanca, że nadal spotykam się z jej bratem? Mam wyrzuty sumienia w stosunku do niej.

Zasnęłam z nim, z jego uśmiechniętą twarzą w moich myślach.


26 marca 2019 roku, wtorek


Na dzisiaj nie miałam żadnych planów. Wstałam i jak zwykle odsłoniłam rolety i otworzyłam okno. Słońce wdzierało się do sypialni. Wyskoczyłam przed domek, zrobiłam kilka przysiadów i pobiegałam w miejscu. Oddychałam świeżym, pachnącym powietrzem. Z daleka wyczuwałam ten cudowny zapach morza i słyszałam delikatny szum fal.

Rankiem wszystko było inne, była cisza dookoła. Ludzie tutaj muszą być bardzo szczęśliwi. A może to tylko ułuda? Moje wyobrażenie? A może mają takie same problemy jak my, tylko inaczej przeżywają swoje zmartwienia czy radości?

Wydaje mi się, że do życia podchodzą bardziej optymistycznie niż my — Polacy. Nie zamartwiają się tak jak ja drobiazgami i na zapas. Przyjmują życie takim, jakie jest. Z uśmiechem i optymizmem lepiej im się żyje. A może to kwestia charakteru.

Wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie, zrobiłam sobie kawę i usiadłam do komputera. Całą sobą weszłam w świat bohaterów mojej powieści historycznej, opartej na faktach, z przewagą fikcyjnych postaci. Dlatego też te fakty mają dla mnie duże znaczenie. Powieść musi być wiarygodna. Pisałam, lecz kilka razy wstawałam od biurka, żeby rozprostować plecy i znowu siadałam, i pisałam.

To na dzisiaj już koniec. Nie chciało mi się dłużej pisać. Postanowiłam, że zrobię porządny obiad, miałam mięso, warzywa. Obrałam i ugotowałam ziemniaki. Ostatnio ich nie jadłam, a musiałam je zużyć, bo inaczej by się zepsuły.

Popołudnie miało należeć tylko do mnie. Zamierzałam pójść na plażę, pływać, biegać i rozmyślać. Nie widziałam też Jasnego Duszka. Tęskniłam za nim, za zielonookim chłopcem z jasnymi włosami. Czułam, że jest mi bardzo bliski.

Pamiętam stare zdjęcia mojej mamy z siostrą i jej synem. Syn mojej kochanej cioci był bardzo podobny do Jasnego Duszka. Czy to jest on? Muszę pamiętać, żeby go o to zapytać.

Obiad był bardzo smaczny, taki, jaki przyrządzałam w domu. Zjadłam z wielkim apetytem. Ugotowałam tyle, że będę miała jeszcze na jutro. Zaparzyłam herbatę, postawiłam na biurko i usiadłam na chwilę znowu przed komputerem.

Odpowiedziałam na maile, a było ich coraz mniej. Oczywiście najczęściej pisał mój wydawca. Przygotował już okładkę do mojej powieści, musiałam akceptować jego coraz nowsze wersje. Minęło dziesięć dni, a znajomi chyba zapomnieli o mnie. Moja sąsiadka nie odezwała się, zresztą nigdy nie miała dla mnie czasu. Ale prawdą jest, że i ja nie odezwałam się do niej. Moje dzieci rzadko dzwoniły. Były zapracowane i nie pisały tak często, jak bym chciała. Wiktor, no cóż, ostatnio też oddalił się ode mnie.

Jakże prawdziwe jest przysłowie, że „co z oczu, to z myśli, a może i z serca”. Muszę przyznać, że jakoś mnie to tak bardzo nie ruszało. Najważniejsze były moje dzieci, a one, gdyby coś się działo, dzwoniłyby do mnie czy pisały esemesy. Wiktor też jest dla mnie ważny, ale teraz przestał dzwonić, chociaż ja czekam na telefon od niego. Może zatęskni za mną, za moim głosem i w końcu zadzwoni? Bardzo mnie martwi, że Wiktor nie dzwoni.

Co się dzieje? Mam jakieś złe przeczucia.

Włożyłam kostium kąpielowy, wzięłam duży ręcznik, bieliznę do przebrania, dres, torbę z piciem i pobiegłam na plażę. Dzisiaj trochę wcześniej niż zwykle. Zamierzam dłużej tu posiedzieć, popatrzyć na morze, na jego zmieniające się kolory. Tak bardzo mnie ono uspokaja. Pływałam w tej chłodnej wodzie jak zwykle — tak z dziesięć metrów w głąb morza i z powrotem. Nie czułam zimna. Po wyjściu z wody wytarłam się, przebrałam i zaczęłam biegać wzdłuż plaży.

Kiedy dobiegłam do miejsca, gdzie zostawiłam swoje rzeczy, zobaczyłam małą postać. Jasny Duszek czekał na mnie. Wyglądało to dziwnie, tak, jakby stał i pilnował moich rzeczy.

— Jasny Duszku, tęskniłam za tobą. — Spojrzałam w jego zielone oczy, a one uśmiechały się do mnie. Cieszył się, że mnie widzi. — Powiedz mi, kim ty jesteś, czy znasz siostrę mojej mamy, czy to ty jesteś tym chłopcem z rodzinnego zdjęcia?

— To nie ja, to tylko moje ciało, w którym byłem uwięziony. Nie lubiłem go i jego już nie ma. Jestem wolny i szczęśliwy. Jestem tobą. Jesteś taka jak ja. Ale ty lubisz swoje ciało. Nasze dusze to jedno. Jesteśmy wewnętrznie połączeni.

— To, co mówisz, to jakaś magia, to jest takie niezwykłe. Nie wiem, jak to rozumieć. Co mam robić? Znasz moje myśli i wyczuwasz moje emocje. Wiktor, który się nie odzywa. Marcos, którego lubię i jestem nim zauroczona. To moje życie tutaj. Nie wiem, jak znajdę się po powrocie do domu. Będzie mi tam źle i nie chcę tam wracać.

— Nie pytaj mnie, nie doradzę ci, nie powiem, co masz robić. To jest twoje życie. Sama decyduj, nie wahaj się, rób to, co ci dyktuje serce. Będę z tobą, jakąkolwiek podejmiesz decyzję. Tylko przemyśl dokładnie, czego tak naprawdę chcesz. Pomyśl o konsekwencjach, czy poradzisz sobie sama ze sobą, z wyrzutami sumienia. Jeśli chcesz być szczęśliwa, pamiętaj, że nic nie jest warte tego, żeby się poświęcać. Przeanalizuj swoje dotychczasowe życie. Jakie ono było? Jakbyś je nazwała?

— Jasny Duszku, dziękuję, że jesteś przy mnie. Moje życie było marazmem, źle się czułam. A czy już na zawsze będę widziała ciebie, gdziekolwiek będę?

— Nie, nie ma drugiego miejsca, innego okna przejścia. Nigdzie na żadnym świecie, moim i twoim. Tylko tutaj. Pomimo że nie będziesz mnie widziała, zawsze będę z tobą, gdziekolwiek będziesz, bo jestem tobą, jesteśmy jedną duszą.

— Jasny Duszku, nie znikaj, zostań — wołałam. Wołałam, a on rozpłynął się w powietrzu i zniknął.

— Susano, co się z tobą dzieje, mówię do ciebie, a ty nie reagujesz? Co z tobą? Jakbyś myślami była bardzo daleko. — Przede mną stał Marcos.

— A ty skąd tutaj? Długo tak stoisz? — zapytałam przerażona.

— Wiedziałem, że tu będziesz i przyszedłem. Wróciłem z pracy i nie mogłem się doczekać, żeby cię zobaczyć.

— Przyjeżdżasz codziennie po pracy do La Cala del Moral?

— Tak, nie mogę wytrzymać w mieszkaniu bez ciebie. Jutro mam wolny dzień, nie muszę być w szpitalu. Może pojedziemy do Malagi, pokażę ci jej piękno — zaproponował.

— Chętnie, ale do południa na pewno nie, zawsze pracuję nad powieścią. Po południu tak, z przyjemnością — zgodziłam się od razu.

— Jak się cieszę, zobaczysz miejsca, których sama byś nie zobaczyła. Przyjadę po ciebie o drugiej, dobrze?

— OK, dobrze, będę czekała.

Nie myślałam o niczym innym, tylko o tym, żeby być blisko niego. Niech się dzieje, co chce, jestem pewna, że tego bardzo chcę. Bałam się, ale też nie mogłam siebie zrozumieć. Co się dzieje? Marcos codziennie przyjeżdżał. Mówił, że do mnie. Czy to się dobrze skończy? Marcos rozwiedziony, ale ja — mężatka. Powinnam być rozsądniejsza.

— Powiedz mi, a co z Eleną, nie będzie miała ci za złe? Chyba wie, że spotykasz się ze mną — zapytałam zaniepokojona.

— Nie martw się tym, Susano, nie spotykam się już z Eleną.

Susano. Tak do mnie mówił. Miał trudności z mówieniem „Zuzanna”. Podobało mi się jak wymawiał moje imię „Susana”.

— Ojej, co ty, przecież byliście parą, co się stało? Czy to przeze mnie?

— Nic się nie stało, powiedziałem jej, że to nie jest to, czego bym oczekiwał od życia przy jej boku. Mówiłem, że jest za młoda dla mnie, a ja potrzebuję dojrzałej kobiety. Nie kręcą mnie rozrywki, zabawy, coraz to nowe ciuchy, żeby pokazać się przed innymi. Susano, tak naprawdę to nie byłem sobą przy niej. Chciałem się do niej dostosować. To mnie uwierało. Naprawdę jestem sobą tylko przy tobie. Chcę w końcu być sobą, przy Elenie to nie byłem ja.

— Jesteś miły, ale co na to Elena?

— Byłem zdziwiony jej reakcją, właściwie żadną reakcją. Myślę, że nie kochała mnie prawdziwie, tylko moją pozycję i pieniądze. Rzuciła mi w twarz tylko takie słowa: „No to cześć, to koniec i dobrze”. Powiedziała to tonem obrażenia, zdenerwowania, ale w sumie jak na zerwanie zachowała się dobrze.

— Czy to nie ja byłam powodem waszego zerwania? Mam wyrzuty sumienia.

— Nie, Susano, ale gdy ciebie poznałem, to pomyślałem, że Elena to nie kandydatka na żonę, jaką chciałbym mieć. Zawsze miałem wątpliwości, ale gdy po raz pierwszy zobaczyłem ciebie, byłem już pewien, że między mną a Eleną to koniec.

— Pójdziemy już czy jeszcze zostajemy na plaży? Chciałabym być w domku.

— A zaprosisz mnie na kawę? — zapytał z uśmiechem, wpraszając się do mnie.

— Tak, zapraszam cię na kawę.

Zostawiliśmy za sobą zatoczkę. Marcos objął mnie wpół i tak objęci wróciliśmy do domku. Zrobiłam kawę dla Marcosa, a dla siebie herbatę. Nie miałam nic więcej, nawet jednego ciasteczka, ale to nie było takie ważne. Siedzieliśmy przy stole i rozmawialiśmy.

Marcos opowiadał mi o swojej pracy w szpitalu. Jest ordynatorem na neurologii. Opowiadał o swojej pracy z taką pasją, że słuchałam go z podziwem. Wiedziałam już, że jest lekarzem z powołania.

Natomiast ja opowiadałam o swoich powieściach. Mówiłam, że być teraz pisarką jest trudno, ludzie nie czytają i w związku z tym nie kupują książek.

Nie mogę jednak narzekać, można się utrzymać z pisania, ale to nie jest to, czego bym oczekiwała. Wciąż piszę, bo to jest moja pasja, nie mogłabym żyć bez tego. Jestem w tym konsekwentna i piszę codziennie do południa, tak jak sobie zaplanowałam.

Pisałabym dłużej, lecz ze względu na ból pleców kończę szybciej. W międzyczasie muszę wstawać od biurka. Wtedy robię kilka ćwiczeń, a potem znowu siadam i piszę.

Marcos od razu zainteresował się tym moim bólem.

— Pokaż, w którym miejscu cię boli.

Stanęłam, pokazałam miejsce, w którym czuję ból.

— Może to jest zwyrodnienie kręgosłupa, a może masz krzesło niedostosowane do biurka. A to jest ważne, Susano. Czy robiłaś coś z tym, byłaś u specjalisty?

— Nie, ponieważ ból znika, kiedy wstanę i rozprostuję plecy.

— Nie lekceważ tego, zabiorę cię na dokładne badanie. Będę o tym pamiętał.

— Nie przesadzaj, nie jest tak źle, ale obiecuję, że udam się do lekarza po przyjeździe do Polski.

— Zmartwiłaś mnie. Któregoś dnia zaproszę cię do szpitala i dokładnie zbadam. Twoje europejskie ubezpieczenie pokryje koszty. — Odezwał się w nim lekarz zaniepokojony stanem zdrowia swojej pacjentki.

— W tej chwili mnie nie boli, mówiłam ci, że tylko wtedy, kiedy zbyt długo siedzę przed komputerem. Nawet myślałam o zakupie fotela zdrowotnego z atestami. W przyszłym tygodniu wybiorę się do sklepu meblowego lub z artykułami do rehabilitacji i kupię sobie porządny fotel.

— Koniecznie, właśnie od tego musisz zacząć.

Długo jeszcze rozmawialiśmy, przytulaliśmy się, ale nic więcej nie było między nami, nawet pocałunku. Było już późno, więc Marcos wstał, pożegnał się, pocałował mnie w policzek i mocno do siebie przytulił.

— Do jutra moja śliczna. Przyjadę po ciebie o drugiej. Bądź gotowa, Malaga na nas czeka.

— Dobranoc, do jutra.

Marcos wyszedł, a w domku zrobiło się pusto. Przyzwyczajam się do niego. Tyle dobrego, tyle szczęścia wnosi do mojego życia. A co z Wiktorem? Nie wiem. Na razie o tym nie myślę. Marcosa traktuję jak przyjaciela, przynajmniej na razie.

Już nie byłam przy nim taka speszona i zdenerwowana. Czułam się swobodnie, a i on wydał mi się inny niż na początku. Rzeczywiście może tak zachowywał się pod wpływem Eleny. To dosyć prawdopodobne. Czuję, że przy mnie jest sobą.

Zadzwoniłam do Wiktora. Trochę czułam się winna wobec niego. Dzwoniłam kilka razy, ale nie odbierał. Co się z nim dzieje? Co on kombinuje? Ale żeby nie odbierać telefonu? Nie mogę tego zrozumieć. W takim razie będę czekała na telefon od Natalii.

Jeszcze zjadłam kromkę chleba, wykąpałam się i położyłam się spać.

Obawiam się jutra, za szybko się zgodziłam na ten wyjazd do Malagi. Chciałam sama tam pojechać, pospacerować i pozwiedzać. A może lepiej, że Marcos będzie ze mną. To jego miasto.

Tracę przy nim głowę, nie mogę myśleć racjonalnie. Jest już o wiele lepiej niż na początku znajomości. Ale czy będę potrafiła się skupić na zwiedzaniu i oglądaniu miasta? Co się ze mną dzieje? Przecież nie jestem nastolatką, a dojrzałą kobietą. Zachowuję się jak niewinna dziewczyna.

Chociaż nie ma nic, żadnej różnicy w myśleniu o miłości osoby młodej, dojrzałej czy starej.

Myślenie, postrzeganie świata z wiekiem nabierają tylko mądrości życiowej, myślę, że również rozsądku. Nasza dusza jest taka sama, dusza nigdy się nie starzeje.

Pamiętam, że zawsze taka byłam, traciłam głowę w sytuacjach stresowych, ale też takich, gdy mnie ktoś zauroczył czy bardzo mi się podobał. To się nie zmieniło do dziś.

Mam nadzieję, że zaraz zasnę, muszę być wypoczęta na jutro i muszę ładnie wyglądać.


27 marca 2019 roku, środa


Spałam bardzo dobrze. Wstałam wypoczęta i świeża. Podniosłam rolety, otworzyłam okna i wyszłam przed domek. Pobiegałam wokół domku, zrobiłam kilka przysiadów i skłonów. Ćwiczyłam około dwadzieścia minut.

Potem wróciłam, wskoczyłam pod prysznic, zjadłam śniadanie i z gorącą, aromatyczną kawą usiadłam do komputera.

Potrafiłam tak bardzo skupić się na pracy, że nic wokół mnie nie istniało. Byłam tylko ja i moi bohaterowie. Dzisiaj pisałam do dwunastej. Nagle usłyszałam pukanie. Niechętnie oderwałam się od komputera i podeszłam do drzwi.

Na progu stała Blanca, pomyślałam: „O Boże, co ona chce?”. Zaraz potem pomyślałam o nas — o Marcosie i o mnie.

— Witaj, Blanco, proszę, wejdź. — Nie dałam po sobie poznać, że się stresuję.

— Hola, Zuzanno, nie przeszkadzam ci? — zapytała i dodała: — Przyszłam tylko na chwilę.

— Blanco, nigdy mi nie przeszkadzasz, piszę, ale dobrze mi zrobi chwila przerwy.

— Zuzanno, pewnie się domyślasz, dlaczego przyszłam do ciebie? — Zestresowałam się tym jej pytaniem.

— Nie, nie wiem, ale się cieszę, że przyszłaś. Napijesz się kawy?

— Nie, dziękuję. Przyszłam w sprawie Marcosa. Czy wiesz, co się z nim dzieje? Nie chce ze mną rozmawiać.

— Blanco, mówił mi, że zerwał z Eleną. Nic go już z nią nie łączy. Mówił, że to była pomyłka. Będę z tobą szczera, zaprosił mnie dzisiaj na zwiedzanie Malagi. Uwierz mi, to nie było zamierzone z mojej strony. A co do Marcosa? Bardzo mi się podoba, jako mężczyzna. Ale dla mnie, jak na razie, to tylko przyjaciel. Jest mi dobrze przy nim. Czuję, że jest zainteresowany mną i to nie jako przyjaciółką. Ale, nie wiem, co dalej będzie z nami. Blanco, boję się tego, co dzieje się między nami. Dlaczego tak bardzo przyciąga nas do siebie? Nie chciałam, żeby tak się stało, ale z każdym spotkaniem staje mi się bardziej bliski. Sama nie wiem, co robić, ale nie chcę tego kończyć. Przy nim zapominam o swoim mężu. Ostatnio zaprząta mi głowę swoim zachowaniem. Powiem ci, że przez ostatnie dni nie dzwoni do mnie i nie odbiera ode mnie telefonów. Nie wiem, co się tam dzieje. Trochę tym się martwię.

— Dziękuję za szczerość. Nie chcę, żeby został zdradzony kolejny raz. Zuzanno, wasza sytuacja nie jest jasna, masz męża, wyjedziesz i zostawisz go, a on będzie cierpiał. Jak myślisz, długo zostaniesz w Hiszpanii? Czy tak jak zamierzałaś pół roku, czy może krócej?

— Nie wiem, dobrze mi się pisze, więc może skończę wcześniej. Jeszcze nie wiem, ale czy chcesz wiedzieć na pewno? Czy może masz już turystów na lato za większe pieniądze?

— Nie, nie mam turystów, tylko tak zapytałam. Mieszkaj w domku, jak długo chcesz. Polubiłam cię, Zuzanno. Tylko nie skrzywdź Marcosa, o to cię proszę. Jeżeli go nie kochasz, to nie wciągaj go w ten romans.

— Dziękuję, jesteś dla mnie kimś więcej niż właścicielką domku, który wynajmuję. Blanco, jesteś moją przyjaciółką.

— Marcos mówi o tobie Susana, czy ja też mogę tak do ciebie mówić?

— Oczywiście, bardzo mi się tak podoba.

— Pójdę już, zasiedziałam się, przepraszam i dziękuję za szczerą rozmowę, do zobaczenia.

— Do zobaczenia.

Blanca wstała i wyszła.

Nie wiedziałam, co o tym myśleć, nie miała do mnie żadnych pretensji, ani żalów, ale chciała wiedzieć, co jest między nami. Pewnie jest tak, jak mówiła — Marcos nie chce jej nic powiedzieć.

Już dalej nie pisałam, zresztą pewnie nie napisałabym nic więcej. Zapisałam tylko tekst, zamknęłam komputer i zaczęłam przygotowywać się na spotkanie z Malagą.

Znowu wzięłam prysznic, umyłam i ułożyłam włosy, potem zrobiłam delikatny makijaż i zaczęłam przeglądać ubrania. Nie wiedziałam, w co się ubrać.

Przywiozłam mało ubrań i tylko to, co niezbędne. Wtedy nie myślałam, że będą mi potrzebne bardziej eleganckie rzeczy. Wybrałam jasne, beżowe, cienkie spodnie i cieniutką, zapinaną na guziki jasną bluzkę, nie zapominając o żakieciku z długimi rękawami. Zakładałam, że może być mi chłodno, szczególnie wieczorem.

Tak naprawdę wolę, jak jest chłodniej niż upalnie. Wybrałam wygodne buty, nie te na obcasach, ponieważ mieliśmy dużo chodzić. Byłam gotowa do wyjścia, ale trochę zestresowana. Czekałam, spacerując po salonie, poprawiając coś tam bezwiednie i patrząc na zegarek. Do spotkania zostało jeszcze pół godziny.

Punktualnie o czternastej usłyszałam klakson. Wyjrzałam przez okno, na ulicy stało auto. Chyba to było audi. Tak myślę, ale nie znam się na samochodach. Sama nie jeżdżę, oczywiście z wyboru. Wiktor jeździ naszą starą toyotą. Czasami zabiera mnie, ale przeważnie korzystam z komunikacji miejskiej.

Wzięłam torebkę, zamknęłam domek i wsiadłam do auta.

— Dzień dobry. — Przywitałam go uśmiechem.

— Witaj, pięknie wyglądasz. Jesteś taka śliczna, czy wiesz o tym, Susano? — Spojrzał mi w oczy.

— Nie przesadzaj, ale dziękuję, staram się zawsze wyglądać dobrze, kiedy wychodzę.

— To jedźmy, Susano, a naszym celem Malaga — powiedział i ruszył sprzed domku.

Jechaliśmy około dwadzieścia minut. Marcos podjechał pod budynek w samym centrum miasta. Wjechał do podziemnego garażu i zaparkował. Wysiedliśmy i wtedy mi powiedział, że tutaj ma własny apartament. Mieszka tutaj, kiedy musi zostać dłużej w szpitalu albo gdy ma dyżur. Do domu w miasteczku też często przyjeżdża. Zaskoczył mnie tym apartamentem.

Trochę się bałam i stresowałam. Czemu byłam taka zdenerwowana? Nie wiem. A może wiem?

— Susano, widzę stres na twojej twarzy. Czym się martwisz? Tutaj najlepiej zaparkować auto. To jest centrum, a o tej porze są problemy z parkowaniem.

— Nie denerwuję się, wierzę ci, przecież wiesz, co robisz. — Ale i tak się denerwowałam.

— Chcesz zobaczyć, jak mieszkam? Wejdziemy? Tylko na chwilkę.

— No dobrze — odpowiedziałam. Muszę przyznać, że byłam ciekawa, jak mieszka.

Wjechaliśmy windą na trzecie piętro i Marcos otworzył drzwi. Zarówno winda, jak również klatka schodowa były luksusowe. Mieszkanie było piękne, duże i nowocześnie urządzone. Dominowały jasne kolory. Okna były zasłonięte roletami. W mieszkaniu panował półmrok i było trochę chłodno. Jak na mężczyznę w mieszkaniu był nieprzeciętny porządek. Wręcz było pedantycznie. Chodziłam po mieszkaniu i oglądałam je. Bardzo mi się podobało. Znajdowały się tam cztery pokoje, sypialnia, obszerna łazienka, a jeden z pokoi, ten największy, był z aneksem kuchennym. Widoki z okien były przepiękne. Jedne okna wychodziły na centrum miasta, inne, takie jak sypialnia, na park.

— Jak tu jest cudownie, masz piękne mieszkanie, jestem nim zachwycona.

— Dziękuję ci, jest piękne, to fakt, tylko puste, bo jestem sam. Brakuje w nim takiej pięknej kobiety jak ty.

— Nie mów tak, widzisz, jak się rumienię.

— Susano, pewnie jesteś głodna i ja też, więc chodźmy. Najpierw pójdziemy na obiad, a potem zwiedzanie aż do samego wieczora.

— Oj tak, jestem bardzo głodna, tylko skorzystam z toalety i idziemy.

Marcos również skorzystał z toalety i wyszliśmy. Zabrał mnie do eleganckiej restauracji, zamówił obiad, do tego po lampce wina. Nie pamiętam, kiedy jadłam tak dobre jedzenie. Popijaliśmy wino i rozmawialiśmy. Zarówno ja, jak i Marcos chcieliśmy wiedzieć o sobie jak najwięcej. Marcos wciąż dopytywał mnie o Wiktora, zadawał mi pytania, czy go kocham i czy jestem z nim szczęśliwa. Nie mogłam potwierdzić, ale też dopiero te jego pytania pozwoliły mi dokładnie zastanowić się nad naszym związkiem. Wyszliśmy z restauracji i Marcos najpierw zaprowadził mnie do parku. Byłam tutaj z wycieczką i przypomniały mi się te cudowne chwile spędzone w Maladze. Teraz na nowo je odkrywałam. Marcos służył mi za przewodnika i pięknie opisywał to, co widziałam.

Zachwyciłam się tym wspaniałym miastem. Jest cudowne. „Malaga jest drugim co do wielkości miastem w regionie Andaluzji (na południu Hiszpanii). Jest stolicą Costa del Sol”. Tak zaczął swoją opowieść.

Pogoda była piękna, słońce świeciło, lecz nie było upału. Idealny czas na zwiedzanie. Przechadzaliśmy się po parku, który ma już ponad sto lat. To przepiękny park znajdujący się w samym sercu Malagi. Z jednej strony historyczna część miasta, z drugiej port i cudna promenada, która robi ogromne wrażenie dzięki białej konstrukcji, pełniącej rolę zadaszenia.

Poza tym jest tu wiele ławeczek, na których można przysiąść. Ogromne wrażenie wywarły na mnie piękne fontanny, rzeźby, no i płytki ceramiczne, ułożone na ziemi i na ławkach, układające się w piękne obrazy i kształty. Na każdym kroku podziwiałam to piękno przyrody i tę tropikalną roślinność. Wśród tej zieleni dawały o sobie znać fruwające nad nami, skrzeczące, jasnozielone papużki. Wszędzie rosły różnorodne kwiaty pełne kolorów i palmy dające cień w upalne dni. To wszystko, ta roślinność zauroczyły mnie. Urzekły mnie również zabytki, piękne kamieniczki i te wąskie tajemnicze uliczki tego miasta.

Trudno było mi oderwać wzrok od tej miejskiej, wspaniałej architektury. Przechadzając się uliczkami, co chwilę przystawaliśmy, żebym mogła podziwiać barwne fasady kamienic i ukwiecone balkony.

Marcos zwrócił mi uwagę na fortecę usytuowaną wysoko na wzgórzu. Forteca La Alcazaba ma siedemset lat. Jest jedną z największych muzułmańskich budowli militarnych, jakie zachowały się w Hiszpanii. Również zamek, z którego do dziś zachowały się jedynie baszty obronne. Nie wchodziliśmy na wzgórze, ale myślę, że widoki stamtąd na miasto i port są na pewno wspaniałe. Marcos obiecał mi, że kiedyś tam wejdziemy. Potem kierowaliśmy się w stronę portu. Poszliśmy nad morze i spacerowaliśmy promenadą. Przyglądałam się i z zainteresowaniem słuchałam mojego osobistego przewodnika. W porcie zacumowane były ogromne statki i małe żaglówki, kołyszące się na wodzie. Widoki były przepiękne.

Dalej opowiadał, że plaże Malagi z miękkim piaskiem i czystą wodą ciągną się przez piętnaście kilometrów. Ciekawostką jest to, że Unia Europejska przyznała im nawet błękitne flagi, które dostają tylko najlepsze plaże Starego Kontynentu.

Chciałam jeszcze dzisiaj zobaczyć katedrę i właśnie szliśmy w jej stronę. Wszystko to, co oglądałam, wywarło na mnie ogromne wrażenie. To było coś wspaniałego i wielkiego. W ciszy i z ciekawością oglądałam to piękne cudo i jego bogactwo. Czułam ducha czasu w tym miejscu. Byłam zachwycona wielkością katedry i ciszą panującą w środku, pomimo dużej liczby zwiedzających ją turystów. Kiedy wyszliśmy, Marcos opowiedział mi jej historię.

Powiedział, że katedra to renesansowy kościół. Znajduje się wewnątrz granic, które wyznaczają arabskie mury, tworząc wielki zespół architektoniczny z pobliską Alcazabą i zamkiem Gibralfaro. Została wybudowana w latach 1528–1782 według planów Diego de Siloé. Jest jednym z największych symboli Malagi. Katedra ma kształt prostokąta i wygląda trochę jakby powstała z połączenia nie do końca pasujących do siebie klocków. Efekt ten nie był jednak zamierzony.

Katedrę budowano przez około dwieście lat. Jest mieszanką różnych stylów. Została zaprojektowana w stylu renesansowym, ale w środku widoczne są wpływy gotyku, natomiast zewnętrza fasada to jest styl barokowy, który można zobaczyć również w środku katedry. Słuchałam z zapartym tchem.

Katedra znajduje się przy Plaza del Obispo. Na tym placu, oprócz wielu restauracji, kawiarni i miejsc, w których można przysiąść chociażby na chwilę, znajduje się Centrum Sztuki i Pałac Biskupi. W Centrum Sztuki można podziwiać wystawy wielu artystów, przepiękny dziedziniec, cesarskie schody, kaplicę czy też prywatny ogród. Dzisiaj nie wchodziliśmy tam, ale na pewno kiedyś zwiedzę to centrum. Lecz już sama fasada tego budynku zrobiła na mnie duże wrażenie. Wszystko to, co oglądałam, to była jakaś magia. To pokarm dla mojej duszy.

— Susano, czy nie masz już dość chodzenia? Nie jesteś zmęczona? A może usiądziemy w kawiarence i napijemy się kawy albo herbaty, jak chcesz? — zaproponował.

— Ojej, super, tak, tak, chcę usiąść, chodźmy do kawiarni. Masz rację, marzy mi się gorąca, dobra herbata z cytryną i miodem.

Marcos zaprowadził mnie do małej, przytulnej kawiarenki. Piliśmy, ja herbatę, on kawę, i rozmawialiśmy. Przekomarzaliśmy się i śmialiśmy się z siebie. Było tak cudownie, pomyślałam: „Chwilo trwaj”.

Czułam się przy nim taka szczęśliwa. Tak naturalnie przytulał mnie, trzymał mnie za rękę, a ja się nie broniłam. Nie zwracałam uwagi na ludzi siedzących w kawiarence. Marcos mówił i cały czas patrzył mi w oczy. Jego oczy zawsze były uśmiechnięte i hipnotyzowały mnie.

Dla takiej chwili warto żyć. Mówił, że cały czas o mnie myśli, że czuje mój zapach, kiedy zasypia. Będę jego i nie odda mnie nikomu, nawet Wiktorowi.

Przez chwilę zapomniałam o Wiktorze, jakby go nie było. Jakby nigdy nie istniał w moim życiu, a przecież był, nosiłam jego nazwisko, urodziłam mu dzieci.

— Znowu się zamyśliłaś, Susano, o czym tak myślisz?

— Myślałam o Wiktorze i o moich dzieciach. Przy tobie zapomniałam o nich.

— Nie myśl, ja już więcej nie będę wspominał Wiktora, ale jestem zazdrosny, że on ma ciebie, a ja nie.

— Nie mów tak, nie jestem temu winna, że mam rodzinę. To wszystko tak się pogmatwało. To przez ten mój przyjazd tutaj. Muszę to wszystko przemyśleć.

— Nie mówmy o nim. Teraz jesteśmy my i tylko my.

Przytulił mnie i tak pięknie się uśmiechał, pokazując białe, równiutkie zęby. Znowu spojrzał na mnie tym swoim dziwnym wzrokiem. Nie mogłam się powstrzymać i zamknęłam oczy.

— Kochany, tylko nie patrz tak na mnie, twój wzrok przenika mnie do głębi i wtedy coś dziwnego dzieje się ze mną.

— Susano, mówisz do mnie „kochany”. Kim jestem dla ciebie? — Spojrzał na mnie zaskoczony.

— Jesteś moim pięknym czasem, który zatrzymał się we mnie, zatrzymał mój świat

— Tak pięknie to powiedziałaś. Właśnie tak się czułem od pierwszego spotkania z tobą. Nie mogę uwierzyć, że to prawda i że spotkałem ciebie. Jesteś dla mnie ideałem, jesteś moim marzeniem, Susano. Chodźmy stąd, chcę być tylko z tobą. Pójdziemy do mnie jeszcze na chwilę, a potem pojedziemy do La Cala del Moral. Dobrze, moja śliczna?

— Dobrze — powiedziałam i pomyślałam sobie: „Tak. Jestem pewna, że to on jest moim przeznaczeniem. Nigdy nie czułam się taka kochana, taka ważna dla kogoś jak teraz. Jestem dorosła, to ja decyduję, co zrobię, i to ja czuję w moim sercu, kogo kocham, a kogo nie. Będę wreszcie żyć, tak jak pragnę, tak jak chcę, chociażby miało to trwać miesiąc czy dwa”.

— Jesteś czasami taka zamyślona, jakbyś była gdzieś daleko. Jesteś tajemnicza i intrygująca, tak jak teraz. Mówię do ciebie, a ty mnie nie słuchasz, jakbyś znowu była w innym świecie.

— Już dobrze, jestem z tobą i tylko z tobą, nawet w myślach.

Podeszliśmy pod budynek, weszliśmy do windy, wjechaliśmy na piętro i weszliśmy do apartamentu. Kiedy tylko Marcos zamknął za nami drzwi, przytulił mnie do siebie i zaczął całować. Całował mnie po twarzy i w usta, najpierw delikatnie, a potem niecierpliwie.

Kiedy oddałam mu pocałunek, nie wahając się ani chwili, zaprowadził mnie do sypialni. Powolutku rozpinał guziki w mojej bluzce…

Nie mówiłam nic, nawet się nie opierałam. Nawet nie miałam wyrzutów sumienia wobec Wiktora. Był tylko Marcos i ja.

Czas się zatrzymał, po prostu nie istniał. Oboje tego chcieliśmy i nic się dla nas nie liczyło. Byliśmy tylko my dwoje. Wiedziałam, że Marcos jest tym mężczyzną, na którego czekałam całe życie. Wiedziałam, że tylko jego pragnę.

Później leżeliśmy, rozmawialiśmy i śmialiśmy się. Marcos ciągle mnie dotykał, obejmował i powtarzał, że jestem cudowna. Po raz pierwszy powiedział, że bardzo mnie kocha.

To dojrzały mężczyzna, nie żaden tam nastolatek, i dobrze wie, że gdybym nie chciała tego, co on, nie naciskałby na mnie i nic by się nie wydarzyło. Pragnęłam jego tak samo jak on mnie.

Było już ciemno, kiedy zaczęliśmy się zbierać, a było tak cudownie nam ze sobą. Niestety, czas wracać do domku. Nie brałam ze sobą telefonu i pomyślałam, że może ktoś dzwonił do mnie, a ja nie odebrałam. Może dzwonił Wiktor, a może Natalia. Szczerze mówiąc, nie chciałabym, żeby właśnie dziś dzwonił mój mąż. Zdradziłam go fizycznie i psychicznie. Pierwszy raz w naszym wspólnym życiu.

Zeszliśmy na parking, wsiedliśmy do auta, a Marcos całą drogę zagadywał mnie, dotykał, mówił, że to, co mu się przytrafiło, to chyba sen. Podróż minęła bardzo szybko. Podwiózł mnie pod domek, wysiadł z auta i odprowadził pod same drzwi.

— Susano, mogę wejść na chwilkę? Nie mogę się z tobą rozstać. Chcę mieć ciebie przy sobie, chcę cię kochać.

— Wejdź, ale tylko na chwilę.

Weszliśmy do domku, cały czas mnie dotykał, całował i przytulał, odwzajemniałam się tym samym. Nie mogliśmy się rozstać.

— Marcos, idź już, rano idziesz do pracy, a ja nie wyjeżdżam. Wkrótce się spotkamy.

— Do zobaczenia, kochana Susano, będę tęsknił za tobą.

— Do zobaczenia, mój kochany.

Niechętnie i zasmucony, ale wyszedł.

Co za dzień. Zostałam sama. Najpierw wzięłam prysznic, przebrałam się w dres i jednocześnie przestraszyłam się. Nie pomyśleliśmy o zabezpieczeniu, a potem jednak stwierdziłam, że mam czterdzieści cztery lata. Przecież w tym wieku nie zajdę w ciążę, tym bardziej że lada dzień dostanę okres. Już więcej o tym nie myślałam. Wzięłam do ręki telefon, ale nikt nie dzwonił. Włączyłam komputer, otworzyłam pocztę, były jakieś reklamy i wiadomość od wydawcy, nic więcej.

Nikt o mnie nie myśli, a to dopiero jedenaście dni jak mnie nie ma w domu, w Polsce.

Ochłonęłam po spotkaniu z Marcosem, przełamałam się i postanowiłam znowu zadzwonić do Wiktora. Wybrałam jego numer i, o dziwo, zaraz się odezwał.

— Halo, Wiktor, co się dzieje? Nie dzwonisz do mnie.

— Jestem bardzo zapracowany i nie mam czasu.

— Ale teraz chyba jesteś w domu? Słyszę jakieś głosy. — Wyraźnie słyszałam hałasy.

— Nie jestem w domu, jestem w barze, jem kolację i słabo cię słyszę. Zadzwoń później.

— Wiktor, sam jesteś czy w towarzystwie?

— Jestem ze znajomymi i nie mogę rozmawiać. — Wyczułam jego zdenerwowanie.

— Nie możesz wyjść na zewnątrz? Co się z tobą dzieje? Nie dzwonisz do mnie, nie masz dla mnie czasu. Jak się w końcu do ciebie dodzwonię, nie możesz rozmawiać. Halo, jestem Zuza, twoja żona, zapomniałeś?

— Co ty opowiadasz, ty też pewnie nie siedzisz zamknięta sama w domu, tylko wychodzisz. Pewnie masz nowych znajomych. Czy ja wiem, co ty tam robisz? Nie wierzę, że jesteś taka święta — skomentował.

— Wiktor, przyjechałam tu do pracy, towarzystwo też mam, ale mam też czas, żeby zadzwonić do ciebie.

— Zuza, daj spokój, muszę kończyć, zadzwonię innym razem.

— No dobrze, to dobranoc.

Odłożyłam telefon i nie wiedziałam, co o tym myśleć. Czułam się winna. Ja, mężatka, i takie rzeczy wyprawiam. Zdradziłam Wiktora i jeszcze mam do niego pretensje. Wiktor pewnie też się zabawia. Właściwie nie czułam żalu, nie winiłam go, nie czułam nic, nawet smutku. Nasza miłość dawno się skończyła, było jej mniej i mniej, a my nie zauważaliśmy tego.

To rozstanie. Ten mój wyjazd zakończył nasz wspólny rozdział życia. To już koniec naszej miłości. Nie chcę już o nią walczyć. Wszystko się skończyło.

Postanowiłam, że nie będę już do niego dzwoniła, zabiegała i słuchała, jak mówi do mnie zniecierpliwionym tonem.

To rozstanie pomoże nam podjąć decyzje, o których ani ja, ani on nigdy byśmy nie pomyśleli. Można było przewidzieć, że nasz związek kiedyś się rozpadnie.

Tak bardzo chciałam podzielić się moimi rozterkami z Marcosem. Niestety, nie mogłam. Wtedy przyszła mi do głowy taka myśl. Dlaczego nie mamy do siebie numerów telefonu? Nie pomyśleliśmy o tym — ani on, ani ja. Wszystko tak szybko się dzieje.

Zrobiłam kanapki na kolację, zjadłam, posłuchałam wiadomości po hiszpańsku i poszłam spać. Ten dzień zostanie na zawsze w mojej pamięci. To był cudowny, bardzo długi dzień i aż tyle się wydarzyło. Chyba się zakochałam.


28 marca 2019 roku, czwartek


Obudziłam się wcześnie, myśląc o Wiktorze. Wiedziałam o jego zmiennym charakterze, ale to, co wczoraj się stało, to było dziwne. Był gdzieś w miejscu publicznym. To pewne, że poza domem. Rozmawiał ze mną tak, jakbym wyrządziła mu jakąś krzywdę. Jakbym uciekła od niego. Wyjechałam za jego zgodą, by w spokoju pisać powieść. Zresztą i w domu ciągle obrażał się na mnie. To ja pierwsza wyciągałam rękę na zgodę. Poczekam na telefon od niego, a na razie zadzwonię do Natalii. Ale to wieczorem.

Wstałam trochę przygaszona tą całą sytuacją. Otworzyłam szeroko okna i wyszłam przed domek. Zrobiłam kilka ćwiczeń i pobiegałam wokół domku. Humor mi się poprawił. To ta zieleń, ćwiczenia i to, że jestem tutaj, sprawiły, że inaczej, z optymizmem spojrzałam na świat.

Wspomniałam Marcosa i zrobiło mi się cieplej na sercu. Znam go dopiero kilkanaście dni, tak naprawdę nie wiem, jaki jest, ale wiem, że przy nim czuję się cudownie i spokojnie. Jestem jego pewna i wierzę mu. Budzi we mnie zaufanie.

Co do Wiktora — zawsze miałam wątpliwości, czy jest prawdziwy i czy mogę mu ufać. Teraz to zauważam. Nigdy przedtem tak o nim nie myślałam. To ta rozłąka i Marcos otworzyły mi oczy. Zobaczyłam go w innym świetle. Stał się dla mnie obcy.

Tęskniłam za Marcosem, a przecież widzieliśmy się wczoraj. Nie umawialiśmy się. Wyszedł i nic nie powiedział o spotkaniu. Nie wiem, czy dzisiaj się spotkamy, czy pracuje, czy przyjedzie do domu. To wszystko nie jest takie proste, a nie mogę się z nim skontaktować. Będę czekała. Nie mam zamiaru naciskać na spotkania ani przyśpieszać, czas pokaże, co będzie dalej.

Zrobiłam śniadanie, popiłam herbatą i zaparzyłam kawę, żeby popijać w czasie pracy nad książką. Włączyłam komputer i najpierw odczytałam maile. Pisał jak zwykle wydawca. Ma jeszcze inną okładkę, wysłał mi jej zdjęcie do akceptacji. Muszę się zastanowić, dobrze obejrzeć i wtedy zaakceptuję tę, która podoba mi się najbardziej. Tak też mu napisałam.

Jakim zaskoczeniem był dla mnie mail od Wiktora. Pisał, że mnie przeprasza za wczoraj, że mnie kocha i tęskni i takie tam sobie tłumaczenia, w które nie uwierzyłam. Ale to miłe z jego strony, poczuł się winny, to fakt. Na razie nic mu nie odpisałam. Poczekam i zastanowię się, co odpisać. Wylogowałam się z poczty i zajęłam się pisaniem. Kiedy piszę, nic nie istnieje, jestem tylko ja i moja książka.

Po kilku godzinach pisania, znowu wrócił znajomy ból pleców. Wstałam, rozprostowałam się, chwilę pochodziłam po pokoju, napiłam się wody i znowu usiadłam do komputera.

Skończyłam przed godziną czternastą. Byłam już głodna, więc zajęłam się obiadem. Ugotowałam zupę i usmażyłam kurczaka, a do tego zrobiłam sałatę z pomidorami, awokado i mozzarellą. Zjadłam z apetytem i zostało mi jeszcze na jutro. W końcu zjadłam porządny obiad, pomijając ten wczorajszy w Maladze.

Było piękne popołudnie, nie planowałam nic, więc zabrałam się za wyrywanie chwastów w ogródku. Pozrywałam suche listki z kwiatów, powyrywałam chwasty i spulchniłam ziemię. Po ciężkiej, ale przyjemnej pracy w ogródku zerwałam kilka różnych kwiatów i włożyłam je do wazonu, żeby było milej w pokoju. Pachniały niesamowicie. Ciekawe, czemu kwiaty przyniesione z kwiaciarni nie pachną tak intensywnie? W zasadzie wszystkie mają podobny zapach, chociaż wizualnie wyglądają piękniej niż te z ogródka.

Ktokolwiek będzie wchodził i otworzy furtkę, od razu zobaczy porządek. Wszystko, czyli krzesła ogrodowe, stolik i donice, ustawiłam tam, gdzie powinny być, gdzie ich miejsce, czyli blisko domku.

Spacerowałam i podziwiałam swoją pracę. Byłam brudna, spocona, o rękach już nie wspomnę.

Od razu weszłam pod prysznic, umyłam również włosy, włożyłam szlafrok i posmarowałam całe ciało pachnącym mleczkiem. Wyczyściłam ręce i paznokcie. Taka czyściutka i wypachniona włożyłam strój kąpielowy, na to mój ulubiony dres i byłam gotowa do wyjścia — oczywiście nad morze. Jeszcze rozejrzałam się po domku, wyjrzałam przez okno do ogródka, wszystko było w jak najlepszym porządku.

Po godzinie wzięłam ręcznik, wodę do picia i wyszłam z domu. Parę minut i byłam na plaży w mojej zatoczce. To ciekawe — nazwa tego miasteczka w języku polskim to „zatoczka moralności”. Czy tutaj w zaciszu tej zatoczki zbierają się pary zachowujące się moralnie czy niemoralnie? Oto jest pytanie.

Nikogo nie było, zdjęłam dres i wskoczyłam do wody. Kiedy już się zmęczyłam pływaniem, wyszłam z wody, osuszyłam się ręcznikiem, przebrałam się i zaczęłam biegać wzdłuż plaży.

Rozgrzana i przepocona usiadłam na ręczniku i patrzyłam w morze. Natychmiast pojawił się Jasny Duszek.

— Jasny Duszku, jak dobrze, że jesteś. Jestem niespokojna i mam wyrzuty sumienia, ale tylko troszkę. Ty przecież wiesz czemu. Czy miłość to grzech?

— Wiem, co czujesz. Nigdy nie wiń siebie. Kochać to piękne słowo, a przeżywać miłość to nie grzech. Wiedz, że cokolwiek zrobisz, będę z tobą. Wiem, że twoje uczucie do tego mężczyzny jest bardzo silne. Czy jesteś szczęśliwa? Odpowiedz sobie. Reszta się nie liczy. Żyj chwilą i zachowuj się tak, jak podpowiada ci serce i intuicja. Nie miej wyrzutów sumienia. Pomyśl, czy jesteś taka pewna swojego męża.

— Jasny Duszku, nie oceniasz mnie? Nie winisz? Dziękuję ci.

— Co to znaczy, że cię nie oceniam? Jestem tobą. Jak mogę cię winić, to jest tak, jakbym siebie winił. Gdy jesteś szczęśliwa, ja też jestem szczęśliwy. Nie wstrzymuj swojego serca i bądź sobą.

— Jak dobrze, że jesteś przy mnie, mój aniele.

Nagle, jak zwykle, Jasny Duszek rozpłynął się, zniknął w głębinie morza.

Rozejrzałam się wokół i pomyślałam, czy to ktoś lub coś, a może nieznana mi energia wszechświata spowodowała, że tak nagle rozpłynął się, nie zostawiając po sobie nawet cienia na fali tego spokojnego morza. Na plaży nie było nikogo. Byłam tylko ja ze swoimi myślami.

A moje myśli wciąż krążyły wokół Marcosa. Gdzie jest? Co robi w tej chwili? Czy myśli o mnie i za mną tęskni?

Siedziałam, słońce otulało i ogrzewało moje ciało, tylko cienie chmur płynące po niebie tańczyły, tworzyły obrazy na mojej twarzy.

Powoli zaczęłam się zbierać i wracać do domku. Zmierzchało, zatrzymałam się na chwilę i zauroczona patrzyłam na morze. Uwielbiam wschodzące słońce nad morzem i słońce chowające się o zachodzie.

Jeszcze nie oglądałam, odkąd tutaj jestem, wschodu słońca w mojej zatoczce. O tej porze jeszcze śpię. Musiałabym bardzo wcześnie wstać i przyjść nad morze. Któregoś dnia tak zrobię. Zachodów słońca nie widzę tak dokładnie, przez zasłaniające budynki, drzewa, ale i tak wygląda to pięknie. Widziałam wiele wschodów i zachodów słońca i zawsze jestem zauroczona tymi widokami, tą magią kolorów. Tak, widoki są nie do opisania.

Kiedy przyszłam do domku, było już ciemno. Byłam trochę niespokojna, ponieważ Marcos nie odzywał się. Nabrałam wątpliwości. Nawet byłam trochę zła na siebie, że tak szybko mu uległam. Może pomyślał, że zachowuję się podobnie w stosunku do innych mężczyzn. Że jestem kobietą, nie daj Boże, lekkich obyczajów. Ale ja taka nie jestem. I wiem, że takie zachowania nie podobają się mężczyznom.

No trudno, stało się. Prawdę mówiąc, nie żałuję tego, co się wydarzyło między nami. Będę czekała na niego, a nie zastanawiała się, czy zrobiłam dobrze, czy nie. Co się stało, już się nie odstanie.

Zajęłam się przyrządzaniem kolacji. Jadłam, popijałam i przeglądałam słownik hiszpański. Za kilka dni idę do szkoły językowej i tam będę musiała porozumiewać się tylko po hiszpańsku. Na początek chcę nauczyć się podstawowych słów. Jak to dobrze, że wzięłam ze sobą słownik polsko-hiszpański. Najważniejsze to umieć się przywitać, pożegnać, podziękować czy przeprosić. I tutaj nachodzą mnie wątpliwości co do akcentu. Kiedy się spotkam z Marcosem, poproszę go o przepytanie mnie. Właśnie tych słów nauczę się na pierwszą lekcję:

bardzo dziękuję — muchas gracias,

dzień dobry — buenos días,

do widzenia — hasta luego,

witaj — do kobiety bienvenida, do mężczyzny bienvenido,

przepraszam, czy to miejsce jest wolne? — perdone, está libre este asiento?

Ale jeszcze dopisałam:

proszę — por favor,

przepraszam — disculpe,

wybacz mi — perdóname,

kocham cię — te amo czy te quiero.

To kilka ważnych słów i zdań jak na moją pierwszą lekcję. Będę codziennie uczyła się nowych zwrotów. I jak tu się nudzić, kiedy mam zapełniony cały dzień, każdą godzinę i minutę. W tym momencie zadzwonił telefon.

— Słucham?

— To ja, mamo, Natalia.

— Słucham cię, córeczko, cieszę się, że dzwonisz. Co słychać?

— Mamo, tylko się nie denerwuj. Byłam u taty i spotkałam u niego, wiesz, tę jego asystentkę Agatę. Czuła się w naszym domu jak u siebie. Nawet się nie speszyła, kiedy mnie zobaczyła. Tato był bardzo zdenerwowany. Zachowywał się dziwnie. Był taki nieswój, wprawdzie zaprosił mnie do środka i zaproponował herbatę, ale mu odmówiłam. Powiedziałam, że chciałam zobaczyć, jak się ma bez ciebie, i że może czegoś potrzebuje. „Widzę, że już ktoś się tobą zaopiekował”, tak powiedziałam do taty i dodałam, żeby zastanowił się, co robi. Powiedziałam, że zadzwonię do ciebie i o wszystkim powiem. „Natalia, to nie jest tak, jak myślisz”, powiedział. Bardzo mnie tym zdenerwował. „Cześć, tato”, ruszyłam w stronę drzwi i wyszłam. Mamo, byłam na ojca wściekła.

— Natalko, coś czułam, tato nie dzwonił do mnie. Kiedy dzwoniłam, denerwował się, mówił, że ma dużo pracy. Dobrze, że mi o tym mówisz, wiem, na czym stoję. Nie martw się, dziecko. Mam nadzieję, że mu przejdzie. Nie jestem zdziwiona, nie zaskoczyłaś mnie tą informacją.

— Mamo, czy ja o czymś nie wiem? Myślałam, że jesteście idealną parą i że bardzo się kochacie. — Zaskoczyły ją moje słowa.

— Córeczko, nic ci nie mówiłam, ale od dawna tato odsunął się ode mnie. Zresztą ja od niego też. Nie stało się to nagle. Tak to bywa, córeczko. Nie chciałam wam mówić, ale wcześniej czy później i tak byście się dowiedzieli. Przykro mi bardzo. Teraz, nic nie zrobię, muszę ukończyć powieść. Nie wiem, jak długo tu będę, ale jak wrócę, porozmawiam z ojcem.

— Mamo, będziesz chciała się rozwieść z tatą?

— Jeszcze nie wiem, co zrobię, na razie nie chcę o tym myśleć. Kochane dziecko, najważniejsza jest w tej chwili moja powieść. Nie zamartwiaj się tym, jakoś sobie poradzę.

— Nie myślałam, że tak bez emocji to przyjmiesz. Bałam się powiedzieć ci o ojcu. Widzę, że między wami nie ma już takiej więzi jak dawniej.

— Natalko, nie zastanawiaj się nad tym aż tak bardzo.

— Mamusiu, przykro mi, że tak się stało, jestem dorosła i to rozumiem. Tylko proszę cię, nie martw się. — Martwiła się o mnie. — Przepraszam, że musiałam ci o tym powiedzieć. Kończę już, dobranoc, mamo.

— Dobranoc, córeczko, dzwoń do mnie i nie wiń ojca. To przecież twój ojciec, czasami tak bywa, że coś się kończy. Takie jest życie — odpowiedziałam.

— Pa, mamusiu.

Skończyłyśmy rozmawiać. Czułam się fatalnie, a łzy zakręciły mi się w oczach. Rozpłakałam się. Poczułam się porzucona i zdradzona, a na dodatek sama wśród obcych ludzi i w obcym kraju.

Nie chciałam pokazać Natalii, co tak naprawdę czuję. Nie chciałam jej martwić, ale było mi ciężko na duszy. Ja i Marcos, nasz romans i ta wiadomość o Wiktorze. To było za dużo jak dla mnie i na jeden dzień.

Wiem, że nie było między nami dobrze, ale nigdy nie spodziewałam się, że Wiktor mnie zdradzi. Może już wcześniej mnie zdradzał z tą Agatą, a ja tego nie zauważałam? Ostatnio, teraz tak myślę, coraz więcej pracował, coraz dłużej przebywał w pracy. A ja byłam zajęta sobą i nie zwracałam na niego uwagi.

To się porobiło, nie czuję się już winna tego, co się stało pomiędzy mną i Marcosem.

Tyle lat razem i nagle koniec. Nie zostanę z Wiktorem. Jak tylko wrócę, zajmę się rozwodem.

Nie wiem, czy dzisiaj zasnę. Mimo wszystko bardzo mnie poruszyła i zabolała ta zdrada. Nawet nigdy nie pomyślałabym, że tak się skończy nasze małżeństwo. Tyle lat byliśmy razem.

Położyłam się spać, jednak nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok. Niechciane myśli wciskały się do głowy i nie dawały mi spać.

Żeby tylko zasnąć, jutro będzie lepiej. Zawsze noc czy wieczór powodują, że zmartwienia i kłopoty urastają do większych problemów, niż są w rzeczywistości. Nocą bardziej je przeżywamy. Rankiem jakoś inaczej patrzę na trudne sytuacje, które mnie dotykają. Rankiem patrzę na świat bardziej optymistycznie. Muszę podejść racjonalnie do tego, co się wydarzyło. Moja powieść i Marcos to jest teraz dla mnie najważniejsze.

W końcu po długiej rozmowie z samą sobą zasnęłam.


29 marca 2019 roku, piątek


Nocą budziłam się kilka razy. Mimo wszystko, czyli mimo mojego zachowania, bardzo przeżywałam zdradę Wiktora.

Tak się wydaje, tyle lat przeżyliśmy razem, a tu taki cios. Gdyby dowiedział się o mojej zdradzie, na pewno przeżywałby bardzo, może nawet bardziej niż ja. Jesteśmy siebie warci. Roześmiałam się do siebie, chociaż bardzo mnie to dotknęło i nie było mi do śmiechu.

Ranek przyniósł mi inne spojrzenie na tę sprawę z Wiktorem.

Nastał piękny dzień. Słońce świeciło. Wstałam z łóżka. Pierwsze, co zrobiłam, to wyszłam przed domek. Jak tu było cudownie! Nie warto zaprzątać sobie głowy tym, na co nie mam wpływu. Nie będę dzwoniła i prosiła Wiktora, żeby zakończył tę znajomość. Nie wybaczę mu. Wiktor wiedział, co robi, podobnie jak ja wiedziałam, co robię. Miałam tego świadomość i liczyłam się z konsekwencjami.

Właściwie wszystko poszło po mojej myśli, nikt, czyli moje dzieci, nie będą mnie winić za rozpad naszego związku, tylko ojca. Jestem okropna. Co ja mówię? Tylko że cały czas o tym myślę. Jak to, czy obchodzi mnie ta zdrada? Tak. Zabolało mnie? Tak, to prawda. To po co udaję bohaterkę? Jestem wrażliwą kobietą i bardzo mnie ta sytuacja przygnębiła, chociaż zrobiłam to samo.

Wróciłam do domku, wzięłam prysznic, ubrałam się i zrobiłam śniadanie. Nie chciało mi się jeść, ale się zmusiłam, ponieważ bardzo schudłam. Muszę jeść, bo się rozchoruję. Zjadłam jedną kanapkę, wypiłam herbatę i zaparzyłam kawę. Nawet nie chciało mi się dzisiaj pisać. Nie miałam do tego głowy, ale przecież muszę, żeby jak najprędzej oddać powieść do redakcji i korekty. Wydawca mnie ponaglał. Muszę również zastanowić się nad okładką. W końcu włączyłam komputer i zaczęłam pisać. Zdziwiłam się, że mogłam wyłączyć myśli, które zaprzątały mi głowę od wczoraj. Pomimo wszystko, pisało mi się bardzo dobrze. Nie myślałam już o Wiktorze i o tej całej sytuacji. Kiedy zerknęłam na zegarek, dochodziła druga. Zaskoczyło mnie, że to już jest ta godzina.

Na dzisiaj skończyłam moje pisanie. Nagle zrobiłam się bardzo głodna, a że miałam obiad z wczoraj, więc tylko podgrzałam i zjadłam. Potem pozmywałam i sprzątnęłam kuchnię. Wzięłam do ręki kalendarz, żeby zapisać swoje plany.

Po pierwsze muszę kupić fotel i zrobić zakupy spożywcze. Pomyślałam, że wybiorę się do supermarketu Mercadona. Muszę zobaczyć na mapie, jak daleko jest na przystanek autobusowy. Chodzi mi o to, żeby nie dźwigać zakupów do domu. Zresztą, mogę przecież wziąć taksówkę. Zapisałam również datę lekcji hiszpańskiego. Zastanawiałam się, co będę jeszcze potrzebowała. Wtedy usłyszałam pukanie do drzwi. Pomyślałam, że pewnie to Blanca.

— Już idę — zawołałam, otworzyłam drzwi i zobaczyłam w nich Marcosa.

— Susano, tak bardzo stęskniłem się za tobą. Wybacz, że wczoraj nie przyszedłem, miałem dyżur w szpitalu. Nie mogłem się z tobą skontaktować. Jadę prosto ze szpitala, moja kochana. — Tak mocno mnie do siebie przytulił, myślałam, że połamie mi żebra.

— Jak dobrze, że jesteś. Już myślałam, że o mnie zapomniałeś. — Spojrzałam mu w oczy.

— Moja Susi, kupiłem ci telefon z hiszpańskim numerem. Będziemy w kontakcie. Bardzo się denerwowałem, co o mnie pomyślisz, że nie odzywam się do ciebie.

— Ojej, dziękuję, tylko po co takie wydatki. Przecież wiesz, gdzie mnie szukać. Jestem tutaj i zawsze będę na ciebie czekała. Napijesz się kawy?

— Tak, chętnie i jestem głodny jak wilk, chyba zjem ciebie. — Cały czas mnie obejmował i przytulał.

Podgrzałam i podałam mu to, co zostało z obiadu. Zaparzyłam kawę. Usiedliśmy, a ja opowiedziałam mu o wczorajszym dniu, o Wiktorze i że tak bardzo się zdenerwowałam, że nie mogłam przez niego spać.

Opowiedziałam o relacjach w naszym małżeństwie. Również o tym, że ostatnio źle się układało między nami.

Marcos śmiał się i cieszył jak dziecko. Powiedział, że teraz jestem jego, że on też miał obiekcje, bał się, że go zostawię, że wyjadę i skończy się ta nasza sielanka.

— Susano, jesteś wolna, to dobrze, że tak się stało. Jestem już spokojny. Mam wolny weekend, co z nim zrobimy?

— Nie wiem, zaproponuj coś albo jedź do domu, przebierz się, ja również się przebiorę i spotkamy się na plaży, dobrze?

— O, nie, nie zostawię cię, ubierz się i jedziesz ze mną. Nie zostawię cię teraz ani na moment.

— Daj mi chwilę.

Poszłam do łazienki, odświeżyłam się, zrobiłam lekki makijaż, uczesałam włosy, potem ubrałam się w sukienkę, wzięłam sweter i torebkę.

— Jestem gotowa, możemy jechać.

— Jesteś piękna i moja, kochana Susi. — Był radością całym sobą.

Parę minut i byliśmy przed domem Marcosa. W końcu wiem, gdzie mieszka. Dom przypominał mi ten mój, tylko był bardziej zadbany, bardziej nowoczesny i dużo większy. W środku było bardzo czysto, podobnie jak w apartamencie w Maladze.

Dom wewnątrz, ale również na zewnątrz przeszedł kapitalny remont. To było widać na pierwszy rzut oka.

To parterowy dom, z ulicy niby niepozorny, ale w środku bardzo przestronny. Znajduje się tu duży salon i duża kuchnia. W głębi jest sypialnia, a przy niej łazienka. Na końcu przedpokoju mieści się gabinet. Marcos mógł spokojnie pracować i nic mu nie przeszkadzało. Było jeszcze jedno pomieszczenie, nieużywane, a nazywane jako gospodarcze.

Kiedy weszliśmy do domu, Marcos poszedł do łazienki, słyszałam, że bierze prysznic. Ja rozglądałam się po całym domu. Wypatrywałam śladów kobiety. Nic nie znalazłam, natomiast na biurku stała fotografia młodzieńca podobnego do Marcosa. To był bardzo młody, przystojny człowiek. Wiedziałam, że to jest jego syn Felipe.

Wyszedł z łazienki roześmiany, szczęśliwy i zabrał się za przyrządzanie posiłku. To, co zjadł u mnie, to było stanowczo za mało jak na mężczyznę. Zrobił mi kawę, otworzył czerwone wino i nałożył jedzenie na talerze. Broniłam się, nie byłam głodna, mówiłam, że jadłam obiad, ale nie chciał mnie słuchać. W końcu zmusiłam się i trochę zjadłam. To, co przyrządził, było przepyszne.

Siedzieliśmy, piliśmy wino i rozmawialiśmy o nas, o naszych dzieciach. Było mi jak w niebie.

Marcos cały czas był przy mnie, dotykał mnie i całował. Nie mogłam mu się oprzeć. Wylądowaliśmy w łóżku, a świat dla nas się zatrzymał, nie istniał.

Co on takiego ma w sobie? Co on ze mną zrobił? Z każdym dniem kochałam go coraz bardziej i bardziej. Nie pamiętam, żeby było mi tak dobrze z Wiktorem. Nie czułam się nigdy taka kochana. Marcos mówił mi cały czas, jak bardzo mnie kocha, a ja to czułam.

Było już ciemno, kiedy wstaliśmy. Dokończyliśmy wino, które było przepyszne.

Ubraliśmy się i zaproponowałam, żebyśmy poszli nad morze pospacerować boso po piasku.

— To super — odpowiedział z entuzjazmem.

Wzięłam sweter, ponieważ wieczory jeszcze są chłodne, i poszliśmy nad morze. Nikogo nie było, tylko my, morze i piasek.

— Susano, zostań u mnie na noc, proszę — złożył mi propozycję nie do odrzucenia.

— No, nie wiem, nie mam piżamy, kremów, bielizny do przebrania. Marcos, nie jestem przygotowana.

— Pójdziemy pieszo do twojego domku, zabierzesz wszystko, czego potrzebujesz, Susi, proszę!

— Dobrze, tak zahipnotyzowałeś mnie, że nie wiem, co się ze mną dzieje. Czy to jakiś sen? Działasz na mnie tak, że ulegam ci i robię wszystko, co tylko chcesz — powiedziałam i roześmiałam się.

— Ty też mnie zahipnotyzowałaś, moja piękna Susi. — Przytulił mnie do siebie i pocałował.

Poszliśmy po klucze do domu Marcosa, a potem do mojego domku. Wzięłam tylko niezbędne rzeczy. Zamknęłam drzwi i poszliśmy plażą z powrotem do jego domu. Szliśmy w ciemności, spacerkiem po plaży, a nasze gołe stopy zagłębiały się w piasku, jeszcze ciepłym, nagrzanym od słońca.

Rozmawialiśmy do późna w nocy, Marcos chciał wiedzieć o mnie wszystko, pytał się o szczegóły, a ja pytałam jego. Nie mogliśmy się nagadać. W końcu znużeni, szczęśliwi i przytuleni do siebie zasnęliśmy.


30 marca 2019 roku, sobota


Kiedy się obudziłam, było jeszcze ciemno. Marcos smacznie spał, więc cichutko wyszłam z łóżka i poszłam do łazienki. Nie chciało mi się już spać.

Wzięłam prysznic, ubrałam się, podkreśliłam tylko swoje błękitne oczy i byłam gotowa witać nowy dzień.

Nie umiałam się znaleźć w domu Marcosa. Szukałam kawy, filiżanek, chciałam dla nas zaparzyć kawę. Poszukiwanie kawy i cukru pozwoliło mi przejrzeć wszystkie szafki. Wszędzie panował ład i minimalizm. W szafkach i szufladach było tylko to, co niezbędne. Widzę, że Marcos to zorganizowany człowiek.

Szukałam też pieczywa i czegoś na śniadanie, niestety zapomniał, czy zapomnieliśmy o takich przyziemnych produktach jak chleb. Muszę przyznać, że nie mieliśmy do tego głowy, tak byliśmy zapatrzeni w siebie.

W międzyczasie wzeszło słońce. Kuchnia była usytuowana od wschodniej strony, więc ranek zalał ją światłem. Było tu przyjemnie i przytulnie.

Usiadłam przy stole i czekałam aż Marcos wstanie.

Zastanawiałam się, skąd ma ten dom. Nie był nowy. Był typowy dla tego regionu i podobny do mojego domku. Ciekawe, czy to po rodzicach, a może po dziadkach. Czy Marcos po prostu kupił go od kogoś.

To taka przystań po pracy. Wiem, że większość malagijczyków ma tutaj letnie domy, które albo wynajmują, albo mają dla siebie na weekendy.

Nagle z zamyślenia wyrwał mnie głos Marcosa.

— Susano, co ty tu robisz? Obudziłem się, a ciebie nie było przy mnie, przestraszyłem się.

— Czekam na ciebie, zaparzyłam kawę, a ty tak smacznie spałeś, że nie chciałam cię budzić.

— Moja kochana, chcę, żebyś zawsze była przy mnie. — Objął mnie i pocałował. — Idę pod prysznic, zaraz wracam. Nie uciekaj mi, Susi.

Marcos poszedł do łazienki, a ja do sypialni. Posłałam łóżko i otworzyłam okno. Pozbierałam swoje rzeczy i schowałam do torby. Przeszłam do kuchni i czekałam na Marcosa. Słyszałam, jak nucił jakąś melodię, był wesoły jak ptaszek. Zrobiłam na śniadanie sałatkę, z produktów, które znalazłam w lodówce. Były jajka, więc zrobiłam omlet.

— Jestem, możemy napić się kawy. Widzę, że znalazłaś, co potrzeba. Ojej i omlet zrobiłaś!

Odpowiedziałam, że przejrzałam lodówkę i znalazłam tylko warzywa i jajka.

— Już wiem, gdzie co masz. Ale masz porządek, jestem zaskoczona, nie spodziewałam się. — Naprawdę byłam zdziwiona.

Piliśmy kawę, jedliśmy, rozmawialiśmy i śmialiśmy się.

— Susano, mam pewne plany na wieczór. Chciałbym, żebyś poznała moich przyjaciół. Umówiłem nas w restauracji, w tej, w której byliśmy, co ty na to?

— A nie za wcześnie na poznawanie twoich przyjaciół? — Zaskoczył mnie. — Mam wątpliwości. Nie wiem, czy będę się dobrze czuła wśród twoich przyjaciół. Dopiero co byłeś z Eleną, a teraz ja, co pomyślą twoi przyjaciele? — powiedziałam zestresowana.

— Proszę cię, nie mów tak. Chcę, żeby cię poznali, chcę cię pokazać całemu światu i chwalić się tobą. Chcę krzyczeć na cały świat, że kocham tylko ciebie. Umówiłem nas na siódmą wieczorem. Zobaczysz i przekonasz się, że to super przyjaciele. Zawsze mogę na nich liczyć. Bardzo mi pomogli w najtrudniejszym okresie mojego życia.

— Dobrze, kochanie, tylko martwię się, czy mnie zaakceptują. Moje życie nie jest takie poukładane jak twoje. A teraz chciałabym pójść do swojego domku. Jak wiesz, codziennie pracuję nad powieścią, mam umowy, terminy i muszę pisać. Pójdę do domku, popracuję i spotkamy się o szóstej. Muszę się przebrać, odświeżyć i będę gotowa na spotkanie, dobrze? — Spojrzałam mu w oczy, przymilając się.

— Susano, a myślałem, że będziemy całe dwa dni razem, od rana do wieczora… Nie chcę się z tobą rozstawać. Ale rozumiem. Będę tęsknił za tobą.

— Kochany, jestem już gotowa. Też będę za tobą tęskniła. — Trzymał mnie w ramionach i całował.

— Odprowadzę cię do domku — zaproponował Marcos.

— Dziękuję, no to chodźmy.

Marcos odprowadził mnie pod domek. Kiedy weszłam, od razu zauważyłam, że ktoś dzwonił. Miałam aż trzy nieodebrane połączenia, wszystkie były od Wiktora. Dzwonił, żeby się tłumaczyć, ale postanowiłam, że poczekam, zrobię sobie kawę, a potem zadzwonię, zanim zacznę pisać.

W końcu wybrałam numer Wiktora, odebrał natychmiast.

— Cześć, Zuza, dzwoniłem. Gdzie byłaś? Dlaczego nie odbierasz telefonu? — mówił z wyrzutami.

— Nie muszę cały czas siedzieć w domku i czekać na telefon od ciebie. Natalia mi o wszystkim powiedziała. Bardzo mi przykro. Gdy tylko wyjechałam na kilka miesięcy, ty od razu zabawiasz się z tą swoją asystentką. Nie dzwonisz, a potem tłumaczysz się, że jesteś zajęty i przyjmujesz ją w naszym mieszkaniu. Nie chcę słuchać twoich wyjaśnień.

— Zuza, ale to nie tak, to przez samotność i tęsknotę za tobą, wybacz mi.

— Nie ośmieszaj się. Na razie nie chcę z tobą rozmawiać i nie dzwoń do mnie. Jak wrócę, może wcześniej niż myślisz, wtedy porozmawiamy. Pamiętaj, że to ty mnie zdradziłeś, i nie zdziw się, że ja postąpię podobnie. Dałeś mi tym samym wolną rękę.

— Nie mów tak, chcę być z tobą i… mamy dzieci.

— Mamy dzieci, ale dorosłe. Zapomniałeś? Zresztą rób, co chcesz, Wiktor, zawiodłeś mnie, to cześć.

— Nie gniewaj się, wybacz mi. Nie wiem, jak to się stało, ale wiem, że to nie tylko moja wina.

— A czyja, moja? Że wyjechałam? Przecież umówiliśmy się, wyraziłeś zgodę na ten wyjazd. Wiktor, szkoda mojego czasu, muszę pisać, a jak wrócę do Polski, to porozmawiamy, cześć.

— Cześć, Zuza, ale ja cię kocham — dodał.

„Tak, już w to wierzę”, pomyślałam i rozłączyłam się. Ta rozmowa tylko mnie zdenerwowała.

Wyszłam przed domek. Po chwili ochłonęłam, a zdenerwowanie ustąpiło. Pooddychałam świeżym powietrzem i wróciłam do środka. Już całkiem uspokojona zabrałam się za pisanie.

Myślałam tylko o moich bohaterach, zaglądałam na strony internetowe o historii. Musiałam bardziej wysilić swoją wyobraźnię. Pomimo zdenerwowania pisało mi się bardzo dobrze.

Gdy skończyłam rozdział, zapisałam tekst, skopiowałam go na pendrive’a i zamknęłam komputer.

Dochodziła godzina trzecia. Do spotkania miałam dużo czasu, całe trzy godziny. Postanowiłam pobiec nad morze. Przedtem zjadłam, ale tylko kanapkę, i wypiłam herbatę. Szłam na kolację, więc nie mogłam się opychać.

Włożyłam kostium kąpielowy, dres, wzięłam ręcznik i pobiegłam, dosłownie pobiegłam, na plażę.

Pływałam, biegałam aż do utraty sił. Usiadłam na piasku i patrzyłam na morze, na delikatny, zmieniający się kolor wody. Zamknęłam oczy, nie myślałam o niczym i wtedy pojawił się Jasny Duszek.

— Jasny Duszku, jak dobrze, że jesteś. Mam trudne dni. Jestem bardzo poruszona tym, co się wydarzyło. Już wiem, że kocham Marcosa, a z Wiktorem się rozwiodę.

— Jesteś tego pewna, że chcesz zostawić Wiktora? Skreślić go ze swojego życia? Gdybyś tylko chciała, byłabyś nadal z mężem. To twoja decyzja. Tylko jedno słowo, a Wiktor byłby tu z tobą. Nie obwiniaj go. Jesteście dorośli i zdarzają się takie sytuacje. Czy byłabyś w stanie mu wybaczyć? Przemyśl to jeszcze raz. Ale jaką decyzję podejmiesz, zawsze będę z tobą. Musisz brać odpowiedzialność za swoje wybory i ponosić tego konsekwencje.

— Jasny Duszku, jestem pewna, że chcę być z Marcosem. Kocham go i jestem z nim szczęśliwa. A co będzie, jak wrócę? I czy wrócę? Nie chcę o tym myśleć, a może Wiktor nie będzie już chciał być ze mną. Wtedy zostanę sama. Nie boję się przyszłości. To są moje przemyślenia.

— Cieszą mnie twoje przemyślenia. Wiesz, co dobre dla ciebie. Co postanowisz, tak będzie. To twoje życie. Będziesz szczęśliwa, bo tego bardzo chcesz i ja tego chcę. Jestem twoimi myślami, ale ich nie zmieniam. Ty je zmieniasz.

Jasny Duszek zniknął nagle i niespodziewanie. Rozejrzałam się po plaży. Wokół nikogo nie było. Zebrałam się szybko i poszłam do domku. To był najwyższy czas, żeby wyszykować się na spotkanie.

Wzięłam prysznic, umyłam, ułożyłam włosy i spięłam je wysoko. Ale pojawił się problem — nie wiedziałam, co mam na siebie włożyć. Przywiozłam ze sobą bardzo mało ubrań. Nie zabrałam nic eleganckiego.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 65.92