E-book
8.19
drukowana A5
40.09
Zaślepiona

Bezpłatny fragment - Zaślepiona

Objętość:
242 str.
ISBN:
978-83-8126-292-7
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 40.09

1

Irena i Ada szły ulicą Monte Cassino stanowiącą główną promenadę Sopotu, a wszyscy przechodnie oglądali się za nimi. Prezentowały się nadzwyczaj atrakcyjnie. Obie były wysokie, smukłe i długonogie. Ada — tleniona blondynka koło czterdziestki, o typowym wyglądzie żony marynarza przywożącego dla niej z zagranicy ciuchy i kosmetyki — wystrojona, ufryzowana, z mocnym makijażem. Irena — młoda dziewczyna o zjawiskowej urodzie, z kasztanowymi włosami sięgającymi pasa, harmonizującymi z głębokim brązem jej sarnich oczu z czarną oprawą oraz alabastrową karnacją subtelnej twarzy. Była przyszłą studentką Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, tuż po egzaminach wstępnych na tę uczelnię. Rozpierało ją poczucie szczęścia z powodu dostania się na wymarzone studia i perspektywy przeniesienia się do Krakowa, który urzekł ją już podczas pierwszej szkolnej wycieczki.

Spędzała wakacje u starszej kuzynki Adeli. Po raz pierwszy rodzice wypuścili ją samą w tak daleką podróż. Zachłystywała się balsamicznym powietrzem, w którym wibrował delikatny zapach morskiej bryzy. Odnosiła wrażenie, że unosi się w nim aura ekscytującej przygody. W chłodnych powiewach wiatru odpoczywała od upału panującego w zakopconych Katowicach, rozkoszowała się przejrzystym niebem znanym wprawdzie z wędrówek po Beskidach z przyjaciółką, lecz tam zawsze pojawiały się jakieś chmurki, tutaj natomiast było ono nieskazitelnie błękitne. Zachwycała się spotykanymi na molo i promenadzie eleganckimi wczasowiczami. To był zupełnie inny świat.

Nie wchodziła do lodowatego morza, wystarczyło jej wpatrywanie się w spienione fale i puszczanie wodzy wyobraźni. Siedzenie z Adą w koszu chroniącym od porywistego wiatru nie było zbyt atrakcyjne, lecz samotne wędrówki wzdłuż plaży — to było to. Wpatrywała się wówczas w bezkresny horyzont, za którym kryły się fascynujące zachodnie kraje: Szwecja, Finlandia, Dania. Wyobrażała sobie, jak tam musi być pięknie i luksusowo. Najbardziej chyba jednak lubiła chodzić z kuzynką po długim molo, które prowadziło daleko w głąb, w szaro-zieloną toń. Było to najdłuższe molo nad Bałtykiem, jedna z największych atrakcji Sopotu.


Podczas spacerów po ulicy Monte Cassino ze szczególną ciekawością obserwowała osoby wchodzące do kawiarni SPATiF-u, klubu środowisk twórczych — aktorki i aktorów, inne znane z telewizji osobistości oraz nieznajome osoby, głównie piękne dziewczyny. Było to miejsce spotkań bohemy, mekka artystów i intelektualistów.

Irenę kusiło to miejsce, nigdy jednak nie przyszło jej do głowy, by tam wejść.

— Byłaś w tej kawiarni? — spytała kiedyś kuzynkę.

— Nie, to nie dla mnie, za wysokie progi — pokręciła głową Ada. — Ale ty jesteś przyszłą artystką. Wejdź tam. Idź, idź koniecznie. Przyzwyczajaj się powoli do tego środowiska. Tylko pamiętaj, żebyś wróciła przed jedenastą. Obiecałam to twoim rodzicom.

Kobieta zawróciła w stronę domu, zostawiając Irenę samą przed kawiarnią. Stała niezdecydowanie przez jakiś czas, w końcu zebrała się na odwagę.

Raz kozie śmierć! — Szybko wbiegła po schodkach.

Gdy weszła do środka, stanęła jak wryta. Takiego zgromadzenia atrakcyjnych, oryginalnych egzemplarzy ludzkiego rodzaju w życiu nie widziała. Rozejrzała się i ujrzała wolny stolik, przy którym usiadła. Wkrótce dosiadła się do niej śliczna blondynka z mocnym makijażem i wyzywającym spojrzeniem fiołkowych oczu z wytuszowanymi długimi rzęsami. Miała na sobie koronkową białą sukienkę z dużym dekoltem.

— Jesteś tu chyba pierwszy raz, bo cię nigdy dotąd nie widziałam — powiedziała. — Mam na imię Basia, a ty?

— Irena.

— Spodobasz się moim znajomym. Zaraz się tu zjawią. Zapoznam cię z nimi. Zobaczysz, będziesz tu przychodziła co dzień. To miejsce przyciąga jak magnez.

Wkrótce dosiadło się do nich parę osób. Urzeczone jej urodą zdecydowały, że należy ją wciągnąć w grono stałych bywalców SPATiF-u. Odtąd spędzała w tym towarzystwie całe dnie. Na plaży, w kawiarni, na spacerach w lesie. Tylko do Grand Hotelu nie chodziła, gdzie oni balowali w nocy, gdyż musiała być przed jedenastą w domu. Pewien otyły jegomość o wyglądzie gangstera stawiał takim jak ona jedzenie i trunki.

Jednak kiedy powiedziała kuzynce, że chciałaby pójść kiedyś na dancing do Grand Hotelu, ta po zastanowieniu stwierdziła, że w końcu jest ona dorosła, i dała jej klucz od mieszkania, żeby nie budziła jej w nocy.

— Tylko nie dopuść do odebrania sobie cnoty, bo potem mąż ci to będzie wiecznie wymawiał, tak jak mój Edek — ostrzegła ją, wygrażając palcem. — Zresztą — zaśmiała się frywolnie i machnęła z lekceważeniem ręką. — W artystycznym środowisku, to mężczyźni inaczej do tego podchodzą. Ale uważaj, żebyś nie zaszła w ciążę.

— Oczywiście, na pewno do tego nie dojdzie — zapewniła ją Irena.

Odtąd wracała do domu nad ranem po nocy spędzonej w Grand Hotelu na tańcach. Po wstaniu z łóżka zdawała Adzie relacje z dnia poprzedniego, których ta wysłuchiwała z wypiekami na twarzy, gdyż imponowało jej, że Irenka przebywa w tak wytwornym towarzystwie. Pożyczała jej swoje najlepsze ciuchy i kosmetyki.


Pewnego popołudnia, wychodząc z plaży, Irena natknęła się na Piotra, przystojnego, atletycznie zbudowanego bruneta z kręconymi włosami, o czarnych jak węgle oczach, znajomego ze SPATiF-u studenta szkoły filmowej.

— Pójdziesz ze mną coś zjeść? — spytał przepitym i przepalonym, chrapliwym głosem.

— Nie, nie jestem głodna — odpowiedziała zgodnie z prawdą.

— A to przejdźmy się na razie trochę — zaproponował obojętnie.

Szła obok niego posłusznie, a on zabawiał ją rozmową. W pewnym momencie przystanął przed jakimś domem.

— No teraz, to już musisz być głodna! Tutaj mieszkam. Chodź, przyrządzę dla nas wspaniałą sałatkę — rzekł tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Bez najmniejszych podejrzeń weszła z nim na pierwsze piętro. Podobał się jej, chciała z nim trochę dłużej pobyć. Nawet nie przyszło jej do głowy, że to może być niebezpieczne. Wspólnie zrobili sałatkę z pomidorów i ogórków, które trzymał na balkonie. Otworzył butelkę wina i spytał niedyskretnie z szelmowskim uśmiechem:

— Podobno wciąż jeszcze jesteś dziewicą. Ile ty właściwie masz lat?

— Osiemnaście — odpowiedziała cicho.

— I nigdy jeszcze nie byłaś zakochana? — pytał dalej.

— Owszem — skinęła głową potakująco. — Ale bez wzajemności — dodała smutnym tonem.

— Co ty opowiadasz? Taka śliczna dziewczyna i kochała się bez wzajemności? To niemożliwe… A może ty nie masz temperamentu?

— Nie wiem — wzruszyła ramionami.

— I od października będziesz studiować w Akademii Sztuk Pięknych? — kontynuował dopytywanie.

— Tak — odpowiedziała z dumą.

— No dobrze, to jak ty to sobie wyobrażasz?

— Cieszę się, uwielbiam malarstwo — zapewniła skwapliwie.

— Och, nie to mam na myśli — rzekł z iskierkami w oczach. — Jaka z ciebie będzie artystka, skoro nawet nie wiesz, czy masz temperament? A nie całowałaś się z chłopakami.

— Nie. Umawiałam się czasami na randki z kolegami, ale byli nieciekawi. Zakochiwałam się w starszych, przystojnych mężczyznach, którzy…

Przerwała i zaczerwieniła się. Piotr wstał z krzesła, podał jej rękę i poprowadził do tapczanu.

— No, chodź — rzekł łagodnie. — Zaraz się przekonamy, czy masz temperament. Najpierw nauczymy się całowania.

Objął ją i zaczął delikatnie całować. Było to bardzo przyjemne. Ale kiedy zaczął rozpinać guziki jej bluzki, obleciał ją strach. Usiłowała wyrwać się z jego objęć, lecz trzymał ją mocno jak w kleszczach.

— Nie wyrywaj się — szepnął, szybko oddychając. — Czas najwyższy, żebyś straciła cnotę.

— Nie, nie! — krzyknęła przerażona. — Ja nie chcę, nie mogę! Puść mnie!

Rozluźnił uścisk, a ona wyrwała się i usiadła na krześle, zapinając bluzkę.

On pozostał na tapczanie i rzekł z poważną miną:

— Nie myślisz chyba, że zamierzam cię zgwałcić. Powiedz mi, czego się boisz, a ja ci wszystko wyjaśnię. Inne dziewczyny w twoim wieku tracą cnotę z uśmiechem na ustach. A ty się wyrywasz! — Pokiwał głową z politowaniem.

Zaczerwieniła się i milczała.

— Ciesz się, że możesz to zrobić z kimś, kto się na tym zna — perorował. — Na studiach zrobisz to z jakimś niedoświadczonym kolegą z twojego roku i nie będziesz miała żadnej przyjemności. Ten pierwszy raz jest bardzo ważny. Jeśli nie będzie udany, możesz mieć przez całe życie problemy. Większość kobiet rodzi dzieci i do końca życia nie wie, co to jest orgazm. A ja ci ręczę, że ze mą będziesz go miała.

Spojrzała na niego zawstydzona, nie wiedząc, co powiedzieć.

Przyjął to jako przyzwolenie i wstał z tapczanu.

— Nie, nie zbliżaj się do mnie! — krzyknęła znowu. — Przecież mnie nie kochasz.

Nie taki miał być ten pierwszy raz. Wprawdzie wyobrażała go sobie całkiem mgliście, bo nie miała pojęcia, jakby to było. Jednak odmalowywała to sobie tak… odświętnie jako coś pięknego, najpiękniejszego w życiu. Jako coś, po co właściwie żyła. Często myślała, jak to będzie. Ale z pewnością nie tak. To miało nastąpić z wielkiej, prawdziwej miłości.

— Dziecino — zaczął jej perswadować. — Bardzo mi się podobasz, ale nie mogę ci powiedzieć, że cię kocham. To byłoby nieuczciwe… Ja naprawdę chcę ci zrobić przysługę. Dopóki nie stracisz cnoty i nie zaczniesz życia płciowego, będziesz niepełnym człowiekiem. Seks jest w życiu najważniejszy — pouczał. — Czy ty wiesz, że kobiety niewyżyte seksualnie, odbywają stosunki ze swoimi psami. Sam podglądałem kiedyś z kolegą taką jedną panią.

Patrzył na nią w milczeniu. Po chwili dodał, jakby czytał w jej myślach:

— Nie mogę się z tobą tylko całować. Chociażby dlatego, że to niezdrowo. Podniecać się i potem co?

Poczuła się upokorzona. On zaś widząc, że łzy spływają jej po policzkach, pocałował ją w czoło.

— Przepraszam — powiedział. — No sam nie wiem, co z tobą zrobić — mówił, udając zakłopotanie.

Teraz dopiero zorientowali się, że na dworze leje jak z cebra.

— Nie wyjdziemy w taką ulewę. Wiesz co? Dam ci swoją koszulę. Przebierz się w łazience. Prześpij się u mnie do rana — namawiał.

Objął ją czule i pocałował.

— Pójdę pierwszy do łazienki, a ty po mnie. Jak wrócisz, będę już spał. — Położysz się koło mnie, tapczan jest szeroki. Nie martw się — uspokajał ją. — Wszystko będzie dobrze. Na pewno cię nie skrzywdzę.

Ucieszyła się, że może z nim zostać, gdyż bardzo się jej podobał. Chciała, żeby się w niej zakochał. Wierzyła, że tym razem jej nie tknie, tak jak przyrzekł. Po skończeniu toalety weszła do pokoju. Było ciemno. Uklękła przy tapczanie i odmówiła pacierz, po czym położyła się obok niego i po jakimś czasie spokojnie usnęła. Kiedy się obudziła, był już na nogach.

— Ubierz się szybciutko — ponaglał. — Odprowadzę cię do kuzynki, bo pewnie niepokoi się o ciebie.

Zaśmiał się i wyznał szczerze:

— Wiesz, byłem przekonany, że uda mi się odebrać ci cnotę. Nie jestem taki uczciwy, jakby się zdawało. Ale kiedy zobaczyłem, że klęczysz i się modlisz, zrezygnowałem.


Gdy opowiedziała to Adzie, ta załamała ręce.

— Ależ ty jesteś lekkomyślna! — krzyknęła zdenerwowana. — Przecież on cię mógł zgwałcić. Koniec! Oddaj mi klucze i od dzisiaj o jedenastej masz być w domu.


Od tego czasu Piotr ledwie ją dostrzegał i nigdy więcej nie zamienił z nią ani słowa. Bolało ją to. Do końca pobytu w Sopocie była z tego powodu nieszczęśliwa. Tak bardzo chciała przeżyć z nim wielką miłość. Zapomniała o nim dopiero, kiedy znalazła się w Krakowie. Studia pochłonęły ją bez reszty. Zbywała zaczepki kolegów, gdyż żaden nie zrobił na niej większego wrażenia.

2

W pewien wieczór wybrała się z koleżanką do słynnej Piwnicy Pod Baranami. Usiadły na samym końcu oblężonego półokrągłego baru i zamówiły po lampce wina. Nagle poczuła na sobie wzrok siedzącego na drugim jego końcu młodzieńca, wprost naprzeciw niej. Trudno było go nie zauważyć. Górował wzrostem, promieniował rzadko spotykaną męską urodą. Barczysty, ognisty brunet z krótko ostrzyżoną, kręconą czupryną z zielonymi, kocimi oczyma, które ją zafascynowały. Był tak piękny, że poczuła, jak ciarki przechodzą jej po plecach. Bezwiednie posłała mu uśmiech. Natychmiast podszedł do niej i zaprosił do tańca, a ją poraziło jak prądem, natychmiast poderwała się. Gdy ją objął, utonęła w jego potężnych ramionach. Zalała ją fala szczęścia. Potrącani przez rokendrolujące, wywijające różne figury pary, nie potrafili się od siebie oderwać. Był od niej o głowę wyższy, chociaż miała metr siedemdziesiąt wzrostu i wysokie obcasy. Gdy spojrzała do góry, by mu się przyjrzeć, zadrżała z wrażenia. Zawirował świat, gdy spotkały się ich oczy, porażone nawzajem palącym blaskiem. Ogłuszające dźwięki jazzowej muzyki nie pozwalały rozmawiać. Nie musieli. Wystarczyło im ciepło ich ciał i błogie uczucie, jakiego oboje doznali.

Kiedy usiedli wreszcie w cichszym kącie i on zaczął jej o sobie opowiadać, czar prysł. Irenie zrzedła rozanielona mina. Okazało się, że Tadeusz Poliński, jak się jej przedstawił, studiuje politologię, a jego ojciec jest pierwszym sekretarzem komitetu wojewódzkiego w Tarnowie, on sam też należy już do partii.

To było dla niej nie do pomyślenia. Ona miałaby się zakochać w takim wrednym „komuchu”? W dodatku on się tym chlubił! Był dumny ze swojego ojca! Co powiedzieliby na to jej pochodzący ze Lwowa rodzice? Wychowała się w nienawiści do tego ustroju i komunistycznej propagandy. Była religijną osobą. Jak mogłaby się spotykać z ateistą, który pewnie zabroniłby jej chodzenia do kościoła?

Milczała. Nie chciała mu niczego o sobie opowiedzieć, poza tym, że studiuje malarstwo.

— Wybierzemy się jutro do kina? — spytał, nie przeczuwając niczego złego.

— Nie. Nie mogę.

— To może pojutrze?

Milczała.

— A może wolisz do teatru albo na jakiś koncert? Może do kawiarni? — pytał dalej, niezniechęcony jej milczeniem.

— Nie możemy się spotykać — rzekła wreszcie smutnym tonem. — Trudno. Bardzo bym chciałabym, ale nie mogę.

— Jak to? Dlaczego? Masz kogoś? To z nim zerwij! — krzyknął, nie czekając na odpowiedź. — Przecież my… musimy się spotykać! — Objął ją czule i wpił się wargami w jej usta.

Poczuła zawrót głowy. Nie broniła się, nie uwolniła się z jego objęć. Było tak cudownie.

— To co, zerwiesz z nim? — szepnął jej do ucha, gdy skończyli się całować. — Będziesz moją dziewczyną?

— Muszę to przemyśleć.

— Chyba żartujesz. Przecież sama czujesz, że musimy być razem — przekonywał ją gorliwie. — Taki cud zdarza się tylko raz. Jesteśmy dla siebie stworzeni.

— Muszę już iść do akademika.

— Odprowadzę cię.


Szli w milczeniu. On obejmował ją i mocno przytulał, a jej łzy spływały po twarzy ze wzburzenia.

Kiedy się żegnali, pocałował ją namiętnie. — Jutro wpadnę do ciebie — powiedział.

— Nie, proszę cię.

— Powiedz mi wreszcie, o co chodzi! — Zdenerwował się. — Przecież to niemożliwe, żebyś kochała kogoś innego.

— Nie mogę ci powiedzieć, o co chodzi.

— To nie mów, trudno. Ale jutro zabieram cię do kina — oświadczył tonem nieznoszącym sprzeciwu.


Kiedy wróciła do swojego pokoju, jej towarzyszka już spała. Była druga w nocy. Chciała przespać się jeszcze przed jutrzejszymi zajęciami, jednak nie mogła usnąć. Wciąż miała przed oczami płomienny wzrok Tadeusza. Czuła ciepło jego ciała, zapach jego czerwonego swetra. Żaden mężczyzna nigdy dotąd nie zrobił na niej tak piorunującego wrażenia. Nikt nigdy nie przytulał jej tak czule i przejmująco. W niczyich ramionach nie czuła się tak bezpiecznie. A jednak… Była w rozterce. Nienawidziła tych wrednych „komuchów”. Jak mogła się w kimś takim zakochać? Idolem jej rodziców był wybrany niedawno na papieża Jan Paweł II, który wkrótce miał odbyć pielgrzymkę do Polski. Nie mogła się już tego doczekać. Wyobrażała sobie, co o nim myśli Tadek. I ona miałaby się w kimś takim zakochać?

Z drugiej jednak strony czuła się niewiarygodnie szczęśliwa. Przeżywała „miłość od pierwszego wejrzenia”. Prawdziwą, wielką miłość, o której zawsze marzyła. Jak miała się jej wyrzec?


Kiedy nazajutrz wieczorem zjawił się w jej pokoju, znów poczuła przypływ fali szczęścia. Miał na sobie błękitny sweter, w którym wyglądał jeszcze lepiej niż w czerwonym.

— Pójdziemy do kina? Czy może wolisz znowu potańczyć w Piwnicy?

— Chodźmy potańczyć — zdecydowała.


Tym razem wywijali rokendrola z wszystkimi możliwymi figurami. Zachłystywali się radością i namiętnie całowali. Wypili mnóstwo wina. Rozmawiali tylko o wzajemnym oczarowaniu i uczuciu. Tadeusz był zbyt inteligentny, by nie domyślić się, że przyczynę jej spontanicznej niechęci do spotykania się z nim stanowiło jego pochodzenie i partyjne nastawienie. Żałował, że jej o tym powiedział, ale nie przyszło mu do głowy, że ona będzie miała mu to za złe. Jemu zupełnie nie przeszkadzało, że — jak się domyślił — zakochał się w antykomunistycznie nastawionej, religijnej dziewczynie. Był przekonany, że uda mu się przeciągnąć ją na właściwą — jego zdaniem — stronę. Nie zdziwił się, że, gdy jej zaproponował całodzienny wypad w niedzielę na łono natury, powiedziała, że najpierw musi pójść na mszę.

Spotykali się odtąd co dzień. Złota jesień ogarnęła ich romantycznym tchnieniem. Na Plantach drzewa mieniły się kolorami, w powietrzu unosił się zapach zeschłych liści, kwiaciarki na Rynku sprzedawały różnokolorowe chryzantemy i astry, które Tadeusz kupował. Dbał o to, by w jej pokoju były zawsze świeże kwiaty. Wciąż na nowo wyznawał jej miłość i uwielbienie. Wykazywał zrozumienie dla jej niechęci do zbliżenia, jednak stawał na głowie, aby ją zdobyć.

W końcu wpadł na pomysł, żeby zaprosić ją na dobrą kolację do skromnego, lecz nastrojowego hotelu „Pod Różą” mieszczącego się w renesansowym pałacyku przy ulicy Floriańskiej.

Irenie bardzo się tam spodobało. Z apetytem zjadła wspaniałą kolację, mocno zakrapianą.


— Zamówiłem tu pokój — szepnął w pewnym momencie, gdy mieli już dobrze w czubie. — Chciałbym być z tobą sam na sam.

— Nie, mowy nie ma — zaoponowała.

— Ty się chyba czegoś boisz. Nie masz do mnie zaufania — rzekł z wyrzutem.

— Nie mam zaufania do siebie — przyznała szczerze.

— Co ty opowiadasz? — obruszył się. — No chodźmy. Tam sobie w ciszy spokojnie porozmawiamy.

— A nie…

— Naprawdę nie — zapewnił ją żarliwie. — Nie bój się.

Spędzili tam godzinę, całując się namiętnie.

Zachwycał się subtelnym wyrazem jej twarzy, pięknymi dłońmi, małymi, ślicznymi uszami, każdym szczegółem jej ciała, zwłaszcza gładką jak jedwab skórą, którą wyczuwał gładząc jej gołe ramiona. Czuła niesamowite podniecenie. Przeraziła się, że straci cnotę. Tak nagle, nieoczekiwanie? Bała się tego. Mogłaby zajść w ciążę. Odsunęła się od niego gwałtownie.

— Będę uważał — uspokajał ją, jakby czytał w jej myślach.

— Nie mogę, to grzech — rzekła zdecydowanie, trzęsąc się jak osika.

— Jaki grzech? Przecież się kochamy. Mówisz tak, jakbyś żyła w średniowieczu. Powinnaś przestać chodzić do kościoła, bo to cię ogłupia.

— Nie mogę, naprawdę nie mogę — kręciła głową z determinacją.

— Nie zrobię tego — zapewnił ją stanowczym tonem — dopóki nie uwolnisz się od tych katolickich przesądów, bo nie chciałbym, żeby cię dręczyły wyrzuty sumienia. Znam dekalog. Nawet w nim jako grzech określa się cudzołóstwo. Przecież w naszym przypadku nie może być mowy o cudzołóstwie. Oboje jesteśmy wolni. Ale poczekam, aż sama to zrozumiesz.

Z upływem czasu — tak jak przewidział — pozbyła się oporów, przede wszystkim z powodu utraty wiary i odsunięcia się od Kościoła, do czego w głównej mierze on się przyczynił. A przy tym żadna z jej koleżanek nie chodziła do kościoła i wszystkie sypiały ze swoimi chłopakami.

Akt ten dokonał się spontanicznie w jego pokoju, w akademiku. A choć nie była to zbyt romantyczna sceneria, to jednak przeżyła ogromną rozkosz. Odtąd byli nierozłączni. Rozumieli się doskonale, czytali w swoich myślach. Tadeusz zainteresował się architekturą i sztuką, zwłaszcza malarstwem, aby mieć z nią wspólny temat. Razem zwiedzali zabytki, chodzili po wspaniałych krakowskich kościołach, do muzeów i na wystawy. Wspólnie spędzili wakacje na górskiej wędrówce w Tatrach. Rodzicom powiedziała, że wybiera się z koleżanką.

Upłynęły dwa lata. Tadeusz pisał już pracę magisterską. Planowali pobrać się po jej obronie. Wiadomo było, że on zrobi polityczną karierę i będą opływali w dostatki. Jednak Irena obawiała się reakcji rodziców. Wiedziała, że ogarnie ich rozpacz, jak dowiedzą się, za kogo ich córka zamierza wyjść za mąż. Utrzymywała to na razie przed nimi w tajemnicy. Głowiła się nieustannie, jak im o tym powiedzieć. Nie wyobrażała sobie ich spotkania z rodzicami Tadeusza. Sama też czuła ogromną niechęć do przyszłych teściów.

3

Leniwie snuł się pogodny październik, nieprzystający do nerwowej atmosfery „solidarnościowego karnawału”. Wraz z zapachem zeschłych liści, w powietrzu unosiła się aura niezwykłej, ekscytującej, acz ryzykownej przygody. Na uczelni odbywały się burzliwe dyskusje. Głównie na temat samorządności i działalności służb specjalnych w Akademii. Okazało się, że cały czas miały dostęp do teczek personalnych pracowników i studentów. Domagano się nowej ustawy o szkolnictwie wyższym, dopuszczenia reprezentacji młodzieży akademickiej do ciał kolegialnych, zaprzestania indoktrynacji ideologią komunistyczną. Nie zapominano także o kwestiach ekonomicznych: o zwiększeniu stypendiów, o przyznawaniu nagród wyłącznie za wyniki w nauce, a nie za zaangażowanie polityczne po stronie władzy.

W dyskusjach brylował Roman Skotnicki występujący żarliwie przeciw rozpracowywaniu przez Służbę Bezpieczeństwa struktur powstałego we wrześniu Niezależnego Zrzeszenia Studentów, w którego działalność był zaangażowany. Mówił o rozbudowaniu agentury w szeregach Zrzeszenia, o jej posunięciach nękających i dezintegrujących organizację. Jego entuzjazm i elokwencja zafascynowały Irenę. Nie wstąpiła dotąd do NZS-u, bo Tadeusz odradzał jej to gorliwie. Jednak pod wpływem wystąpień Romana, zapragnęła to uczynić. Długo jednak nie potrafiła zdobyć się na ten krok. Ciągnęło ją do Zrzeszenia, lecz nie chciała narazić się ukochanemu. Obawiała się, że on z nią zerwie. A przy tym miała słaby charakter. Była płochliwa i nieśmiała. Zebrała się jednak na odwagę i postanowiła w końcu skontaktować się z Romanem.

Po pewnym zebraniu z drżeniem serca podeszła do niego.

— Czy mógłbyś mnie wciągnąć do NZS-u? — spytała niemal szeptem, bo z wrażenia zaschło jej w gardle. — Nie jestem tak całkiem zdecydowana, więc chciałabym z tobą o tym porozmawiać. Wiesz, nigdy dotąd nie interesowałam się specjalnie polityką, a poza tym… jestem podszyta tchórzem.

— Przyjmiemy cię z otwartymi ramionami — odrzekł ucieszony.

Dawno już zwrócił na nią uwagę i czekał tylko na okazję, by zbliżyć się do niej.

— Może wpadłabyś do mnie teraz, bo w publicznych miejscach taka rozmowa jest niebezpieczna. Wszędzie pełno szpicli. Mieszkam tu w pobliżu, przy Basztowej.

— Mieszkasz przy Basztowej? Z rodzicami?

— Nie. Sam. Wynajmuję małe mieszkanko od takiej starszej pani, która przeniosła się do córki.

Wytrzeszczyła na niego oczy, zdumiona, skąd go stać na wynajmowanie mieszkania na Starym Mieście. Sama bytowała w akademiku, podobnie jak inni studenci spoza Krakowa.

— Ale… — zająknęła się. — To musi być strasznie drogo.

— Moi starzy mają forsę. Ojciec prowadzi dobrze prosperujący zakład zegarmistrzowski, a matka handluje dolarami. — Uśmiechnął się pobłażliwie.

Zawahała się przez chwilę, czy pójść do niego, zastanawiając się, czy on aby nie chce jej uwieść. Miał opinię podrywacza. Fama niosła, że jest świetny w łóżku. Przyjrzała mu się uważnie. Mimo niewysokiego wzrostu był bardzo męski. Jego fizjonomia wyrażała wybitną inteligencję. Wyglądał raczej na intelektualistę niż na artystę. Nosił czarny golf i szare dżinsy. Miał jasne, krótko ostrzyżone włosy, szare oczy o twardym, przenikliwym spojrzeniu i olśniewający uśmiech. Z jego twarzy emanowała energia i pewność siebie. Wzbudzał jej sympatię, lecz mimo to nie podobał się jej jako mężczyzna. Przede wszystkim dlatego, że był od niej niższy. A poza tym nie przyszło jej nawet do głowy, że mogłaby zdradzić Tadeusza.

Przeciskali się w tłumie wychodzących z zadymionej sali studentów.

— Widzę, że dałaś się poderwać Romanowi — zauważyła jej przyjaciółka Maryla. — Myślałam, że pójdziesz z nami.

Irena zaczerwieniła się, lecz nic nie odpowiedziała. Wyszli z uczelni na plac Matejki, gdzie grupki rozdyskutowanej młodzieży paliły papierosy. Parę metrów dalej skręcili w prawo i znaleźli się na Basztowej. Po przejściu kilku kroków Roman zatrzymał się przed jedną z kamienic.

— Tutaj mieszkam — oznajmił niemogącej otrząsnąć się z oszołomienia dziewczynie.

Była niesamowicie podekscytowana. Ledwo mogła za nim nadążyć na uginających się nogach, gdy wbiegał po wysokich schodach. Na ostatnim piątym piętrze otworzył drzwi mieszkania po prawej stronie korytarza.

— Musisz obejrzeć moje obrazy — rzekł, gdy weszli do środka.

Po przejściu przez ciemny przedpokój z lustrem w złoconych ramach i garderobą, znaleźli się w dużym, wytapetowanym w brązowe wzorki salonie z przedwojennymi, solidnymi meblami z dębowego drzewa. Stał tam dwuczęściowy bufet, komoda, kanapa i okrągły stół przykryty szydełkowym beżowym obrusem. Otaczały go cztery krzesła z przybrudzonym żółtym obiciem. Na ścianach wisiały impresjonistyczne pejzaże. Zniszczony parkiet pokrywał wysłużony, z lekka wyleniały turecki dywan. Na stole leżały porozrzucane broszury i gazety. Obok kanapy, na podłodze stały trzy sterty książek prymitywnie wydanych w drugim obiegu. W pokoju panował artystyczny nieład. Meble były pokryte kurzem, a na dywanie można było zauważyć okruchy.

— Wolałbym, kurczę, urządzić mieszkanie nowocześnie — skrzywił się Roman. — Ale cóż — rozłożył bezradnie ręce — właścicielka mieszkania nie pozwoliła mi niczego zmieniać. Ma nadzieję na sprzedanie tych gratów.

— Mnie się tu podoba. Lubię takie stare meble i przedwojenną atmosferę — rzekła zdyszana Irena, rozglądając się po pokoju. — A co, wolałbyś meblościankę, żeby mieszkanie straciło indywidualny charakter? To po prostu obłęd. Do jakiego mieszkania wejdziesz, wszędzie taka sama meblościanka… A tutaj… Wystarczy odkurzyć meble, wyczyścić obicia kanapy i krzeseł, kupić nowy dywan, wstawić jakiegoś dużego fikusa albo palmę i parę doniczkowych kwiatów… — Lustrowała uważnie pokój. — Powiesiłabym jeszcze jakieś ładne zasłony, białe firanki, i byłoby całkiem przytulnie.

— Jestem strasznie zajęty działalnością. Nawet na malowanie nie mam czasu, kurczę. Zacząłem ciekawy obraz i nie wiem, kiedy go skończę…

— A te fajne pejzaże ona ci zostawiła? — przerwała mu.

— Sam je namalowałem. Ona miała na ścianach rodzinne portrety. Na razie musi zostać tak, jak jest. Na szczęście starsza pani zabrała do córki meble z sypialni, w której urządziłem pracownię. Pokój jest duży, więc wstawiłem do niego tapczan, szafę na ubrania i półkę z książkami. Nie ma tam najlepszego światła do malowania, ale ujdzie. Mam tu też kuchnię i łazienkę. Chcesz zobaczyć? Musimy wrócić do przedpokoju.

— Nie, nie — zaprzeczyła. — Odsapnę trochę na kanapie. Wykończyły mnie te schody.

— Dzięki nim mam to mieszkanie. Jego właścicielka nie miała już siły po nich wchodzić… Zmęczyłaś się, co? Okay. Najpierw napijemy się piwa, obrazy pokażę ci potem.

Ten sobie żyje. Nie ma to, jak zasobni rodzice — pomyślała z zazdrością. Sama musiała się gnieździć w małym pokoiku w akademiku, wspólnie z koleżanką. U niej w domu się nie przelewało. Ojciec był księgowym w spółdzielni rzemieślniczej, a matka pracowała jako sekretarka w szkole podstawowej.

Roman wyszedł do kuchni. Po chwili przyniósł na tacy butelkę piwa z lodówki i dwie szklanki. Postawił je na stole, otworzył butelkę i opróżnił, wlewając jej zawartość do szklanek. Usiadł naprzeciw niej na krześle. Patrzył na nią poważnym wzrokiem. Nic nie wskazywało na to, że chce ją uwieść. Uspokoiła się, łyknąwszy nieco piwa.

— Pochodzę z Katowic, a ty? — spytał.

— Wyobraź sobie, że też — odpowiedziała spokojnym tonem, ponieważ zdążyła już ochłonąć.

Popijali piwo i prowadzili rozmowę o ostatnich wydarzeniach.

— Wiesz, moi rodzice strasznie się przejmują, co wieczór słuchają „Wolnej Europy”, całe dnie tylko o tym rozmawiają. Ale ja… Tak jakoś… Nie jestem specjalnie zaangażowana — mówiła niepewnie. — To znaczy nie byłam do czasu, kiedy usłyszałam cię na zebraniu — zaczerwieniła się z powodu tego wyznania. — Koleżanka mnie tam zaciągnęła, bo ja… Trochę na przekór rodzicom, zawsze z daleka trzymałam się od polityki.

— Naprawdę? Dopiero teraz cię to poruszyło? — zdziwił się i spojrzał jej przenikliwie w oczy.

Jaka ona śliczna — myślał zafascynowany jej urodą. — Co za twarz! Wszystko duże: słodko-czekoladowe oczy, nos, usta. A całość taka subtelna, łagodna, ciepła. Ten anielski uśmiech. No i te wspaniałe, rudawe włosy! Kiedyś namaluję jej portret.

— No, ja to już jestem starym konspiratorem — rzekł z dumą. — Zacząłem się angażować przed czterema laty. Ciebie jeszcze nie było w Krakowie, kiedy przeżyliśmy tu, kurczę, wstrząsające wydarzenie w maju siedemdziesiątego siódmego, zamordowanie z inspiracji bezpieki Stanisława Pyjasa, studenta Uniwersytetu Jagiellońskiego zaangażowanego w działalność opozycyjną. Chyba słyszałaś? Wziąłem wówczas udział w „Czarnym marszu”, który na znak protestu przeszedł ulicami Krakowa. Zaraz po nim powołaliśmy niezależny Studencki Komitet Solidarności, którego jednym z celów było dążenie do zainicjowania prac nad utworzeniem autentycznej i niezależnej reprezentacji studenckiej. Udało się dopiero po sierpniowych strajkach. Powstało wtedy Niezależne Zrzeszenie Studentów. Jego zalążki pojawiły się już w połowie września na Uniwersytecie Jagiellońskim, a w ciągu następnych pięciu dni także na kolejnych krakowskich uczelniach, między innymi w naszej Akademii. Teraz walczymy o rejestrację Zrzeszenia.

— Wiem, słyszałam twoje bojowe wystąpienia — przerwała mu. — Właśnie pod jego wpływem chciałabym wstąpić do NZS-u.

— To ryzykowne. Mamy wciąż na karku bezpiekę. Spotykają nas niesamowite szykany. Nie boisz się?

— Trochę tak, jednak z drugiej strony rodzice od dzieciństwa wpajali mi niepodległościowe tradycje i nienawiść do komunistów, którzy im zmarnowali życie. Zdawało mi się, że to do mnie nie dociera, teraz jednak pobudziło do działania. Strasznie długo się wahałam… Przyznam ci się, że to nie tylko chodziło o tchórzostwo.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 40.09