E-book
8.19
drukowana A5
43.2
Zaślepiona

Bezpłatny fragment - Zaślepiona

Objętość:
242 str.
ISBN:
978-83-8126-292-7
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 43.2

1

Irena i Ada szły ulicą Monte Cassino stanowiącą główną promenadę Sopotu, a wszyscy przechodnie oglądali się za nimi. Prezentowały się nadzwyczaj atrakcyjnie. Obie były wysokie, smukłe i długonogie. Ada — tleniona blondynka koło czterdziestki, o typowym wyglądzie żony marynarza przywożącego dla niej z zagranicy ciuchy i kosmetyki — wystrojona, ufryzowana, z mocnym makijażem. Irena — młoda dziewczyna o zjawiskowej urodzie, z kasztanowymi włosami sięgającymi pasa, harmonizującymi z głębokim brązem jej sarnich oczu z czarną oprawą oraz alabastrową karnacją subtelnej twarzy. Była przyszłą studentką Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, tuż po egzaminach wstępnych na tę uczelnię. Rozpierało ją poczucie szczęścia z powodu dostania się na wymarzone studia i perspektywy przeniesienia się do Krakowa, który urzekł ją już podczas pierwszej szkolnej wycieczki.

Spędzała wakacje u starszej kuzynki Adeli. Po raz pierwszy rodzice wypuścili ją samą w tak daleką podróż. Zachłystywała się balsamicznym powietrzem, w którym wibrował delikatny zapach morskiej bryzy. Odnosiła wrażenie, że unosi się w nim aura ekscytującej przygody. W chłodnych powiewach wiatru odpoczywała od upału panującego w zakopconych Katowicach, rozkoszowała się przejrzystym niebem znanym wprawdzie z wędrówek po Beskidach z przyjaciółką, lecz tam zawsze pojawiały się jakieś chmurki, tutaj natomiast było ono nieskazitelnie błękitne. Zachwycała się spotykanymi na molo i promenadzie eleganckimi wczasowiczami. To był zupełnie inny świat.

Nie wchodziła do lodowatego morza, wystarczyło jej wpatrywanie się w spienione fale i puszczanie wodzy wyobraźni. Siedzenie z Adą w koszu chroniącym od porywistego wiatru nie było zbyt atrakcyjne, lecz samotne wędrówki wzdłuż plaży — to było to. Wpatrywała się wówczas w bezkresny horyzont, za którym kryły się fascynujące zachodnie kraje: Szwecja, Finlandia, Dania. Wyobrażała sobie, jak tam musi być pięknie i luksusowo. Najbardziej chyba jednak lubiła chodzić z kuzynką po długim molo, które prowadziło daleko w głąb, w szaro-zieloną toń. Było to najdłuższe molo nad Bałtykiem, jedna z największych atrakcji Sopotu.


Podczas spacerów po ulicy Monte Cassino ze szczególną ciekawością obserwowała osoby wchodzące do kawiarni SPATiF-u, klubu środowisk twórczych — aktorki i aktorów, inne znane z telewizji osobistości oraz nieznajome osoby, głównie piękne dziewczyny. Było to miejsce spotkań bohemy, mekka artystów i intelektualistów.

Irenę kusiło to miejsce, nigdy jednak nie przyszło jej do głowy, by tam wejść.

— Byłaś w tej kawiarni? — spytała kiedyś kuzynkę.

— Nie, to nie dla mnie, za wysokie progi — pokręciła głową Ada. — Ale ty jesteś przyszłą artystką. Wejdź tam. Idź, idź koniecznie. Przyzwyczajaj się powoli do tego środowiska. Tylko pamiętaj, żebyś wróciła przed jedenastą. Obiecałam to twoim rodzicom.

Kobieta zawróciła w stronę domu, zostawiając Irenę samą przed kawiarnią. Stała niezdecydowanie przez jakiś czas, w końcu zebrała się na odwagę.

Raz kozie śmierć! — Szybko wbiegła po schodkach.

Gdy weszła do środka, stanęła jak wryta. Takiego zgromadzenia atrakcyjnych, oryginalnych egzemplarzy ludzkiego rodzaju w życiu nie widziała. Rozejrzała się i ujrzała wolny stolik, przy którym usiadła. Wkrótce dosiadła się do niej śliczna blondynka z mocnym makijażem i wyzywającym spojrzeniem fiołkowych oczu z wytuszowanymi długimi rzęsami. Miała na sobie koronkową białą sukienkę z dużym dekoltem.

— Jesteś tu chyba pierwszy raz, bo cię nigdy dotąd nie widziałam — powiedziała. — Mam na imię Basia, a ty?

— Irena.

— Spodobasz się moim znajomym. Zaraz się tu zjawią. Zapoznam cię z nimi. Zobaczysz, będziesz tu przychodziła co dzień. To miejsce przyciąga jak magnez.

Wkrótce dosiadło się do nich parę osób. Urzeczone jej urodą zdecydowały, że należy ją wciągnąć w grono stałych bywalców SPATiF-u. Odtąd spędzała w tym towarzystwie całe dnie. Na plaży, w kawiarni, na spacerach w lesie. Tylko do Grand Hotelu nie chodziła, gdzie oni balowali w nocy, gdyż musiała być przed jedenastą w domu. Pewien otyły jegomość o wyglądzie gangstera stawiał takim jak ona jedzenie i trunki.

Jednak kiedy powiedziała kuzynce, że chciałaby pójść kiedyś na dancing do Grand Hotelu, ta po zastanowieniu stwierdziła, że w końcu jest ona dorosła, i dała jej klucz od mieszkania, żeby nie budziła jej w nocy.

— Tylko nie dopuść do odebrania sobie cnoty, bo potem mąż ci to będzie wiecznie wymawiał, tak jak mój Edek — ostrzegła ją, wygrażając palcem. — Zresztą — zaśmiała się frywolnie i machnęła z lekceważeniem ręką. — W artystycznym środowisku, to mężczyźni inaczej do tego podchodzą. Ale uważaj, żebyś nie zaszła w ciążę.

— Oczywiście, na pewno do tego nie dojdzie — zapewniła ją Irena.

Odtąd wracała do domu nad ranem po nocy spędzonej w Grand Hotelu na tańcach. Po wstaniu z łóżka zdawała Adzie relacje z dnia poprzedniego, których ta wysłuchiwała z wypiekami na twarzy, gdyż imponowało jej, że Irenka przebywa w tak wytwornym towarzystwie. Pożyczała jej swoje najlepsze ciuchy i kosmetyki.


Pewnego popołudnia, wychodząc z plaży, Irena natknęła się na Piotra, przystojnego, atletycznie zbudowanego bruneta z kręconymi włosami, o czarnych jak węgle oczach, znajomego ze SPATiF-u studenta szkoły filmowej.

— Pójdziesz ze mną coś zjeść? — spytał przepitym i przepalonym, chrapliwym głosem.

— Nie, nie jestem głodna — odpowiedziała zgodnie z prawdą.

— A to przejdźmy się na razie trochę — zaproponował obojętnie.

Szła obok niego posłusznie, a on zabawiał ją rozmową. W pewnym momencie przystanął przed jakimś domem.

— No teraz, to już musisz być głodna! Tutaj mieszkam. Chodź, przyrządzę dla nas wspaniałą sałatkę — rzekł tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Bez najmniejszych podejrzeń weszła z nim na pierwsze piętro. Podobał się jej, chciała z nim trochę dłużej pobyć. Nawet nie przyszło jej do głowy, że to może być niebezpieczne. Wspólnie zrobili sałatkę z pomidorów i ogórków, które trzymał na balkonie. Otworzył butelkę wina i spytał niedyskretnie z szelmowskim uśmiechem:

— Podobno wciąż jeszcze jesteś dziewicą. Ile ty właściwie masz lat?

— Osiemnaście — odpowiedziała cicho.

— I nigdy jeszcze nie byłaś zakochana? — pytał dalej.

— Owszem — skinęła głową potakująco. — Ale bez wzajemności — dodała smutnym tonem.

— Co ty opowiadasz? Taka śliczna dziewczyna i kochała się bez wzajemności? To niemożliwe… A może ty nie masz temperamentu?

— Nie wiem — wzruszyła ramionami.

— I od października będziesz studiować w Akademii Sztuk Pięknych? — kontynuował dopytywanie.

— Tak — odpowiedziała z dumą.

— No dobrze, to jak ty to sobie wyobrażasz?

— Cieszę się, uwielbiam malarstwo — zapewniła skwapliwie.

— Och, nie to mam na myśli — rzekł z iskierkami w oczach. — Jaka z ciebie będzie artystka, skoro nawet nie wiesz, czy masz temperament? A nie całowałaś się z chłopakami.

— Nie. Umawiałam się czasami na randki z kolegami, ale byli nieciekawi. Zakochiwałam się w starszych, przystojnych mężczyznach, którzy…

Przerwała i zaczerwieniła się. Piotr wstał z krzesła, podał jej rękę i poprowadził do tapczanu.

— No, chodź — rzekł łagodnie. — Zaraz się przekonamy, czy masz temperament. Najpierw nauczymy się całowania.

Objął ją i zaczął delikatnie całować. Było to bardzo przyjemne. Ale kiedy zaczął rozpinać guziki jej bluzki, obleciał ją strach. Usiłowała wyrwać się z jego objęć, lecz trzymał ją mocno jak w kleszczach.

— Nie wyrywaj się — szepnął, szybko oddychając. — Czas najwyższy, żebyś straciła cnotę.

— Nie, nie! — krzyknęła przerażona. — Ja nie chcę, nie mogę! Puść mnie!

Rozluźnił uścisk, a ona wyrwała się i usiadła na krześle, zapinając bluzkę.

On pozostał na tapczanie i rzekł z poważną miną:

— Nie myślisz chyba, że zamierzam cię zgwałcić. Powiedz mi, czego się boisz, a ja ci wszystko wyjaśnię. Inne dziewczyny w twoim wieku tracą cnotę z uśmiechem na ustach. A ty się wyrywasz! — Pokiwał głową z politowaniem.

Zaczerwieniła się i milczała.

— Ciesz się, że możesz to zrobić z kimś, kto się na tym zna — perorował. — Na studiach zrobisz to z jakimś niedoświadczonym kolegą z twojego roku i nie będziesz miała żadnej przyjemności. Ten pierwszy raz jest bardzo ważny. Jeśli nie będzie udany, możesz mieć przez całe życie problemy. Większość kobiet rodzi dzieci i do końca życia nie wie, co to jest orgazm. A ja ci ręczę, że ze mą będziesz go miała.

Spojrzała na niego zawstydzona, nie wiedząc, co powiedzieć.

Przyjął to jako przyzwolenie i wstał z tapczanu.

— Nie, nie zbliżaj się do mnie! — krzyknęła znowu. — Przecież mnie nie kochasz.

Nie taki miał być ten pierwszy raz. Wprawdzie wyobrażała go sobie całkiem mgliście, bo nie miała pojęcia, jakby to było. Jednak odmalowywała to sobie tak… odświętnie jako coś pięknego, najpiękniejszego w życiu. Jako coś, po co właściwie żyła. Często myślała, jak to będzie. Ale z pewnością nie tak. To miało nastąpić z wielkiej, prawdziwej miłości.

— Dziecino — zaczął jej perswadować. — Bardzo mi się podobasz, ale nie mogę ci powiedzieć, że cię kocham. To byłoby nieuczciwe… Ja naprawdę chcę ci zrobić przysługę. Dopóki nie stracisz cnoty i nie zaczniesz życia płciowego, będziesz niepełnym człowiekiem. Seks jest w życiu najważniejszy — pouczał. — Czy ty wiesz, że kobiety niewyżyte seksualnie, odbywają stosunki ze swoimi psami. Sam podglądałem kiedyś z kolegą taką jedną panią.

Patrzył na nią w milczeniu. Po chwili dodał, jakby czytał w jej myślach:

— Nie mogę się z tobą tylko całować. Chociażby dlatego, że to niezdrowo. Podniecać się i potem co?

Poczuła się upokorzona. On zaś widząc, że łzy spływają jej po policzkach, pocałował ją w czoło.

— Przepraszam — powiedział. — No sam nie wiem, co z tobą zrobić — mówił, udając zakłopotanie.

Teraz dopiero zorientowali się, że na dworze leje jak z cebra.

— Nie wyjdziemy w taką ulewę. Wiesz co? Dam ci swoją koszulę. Przebierz się w łazience. Prześpij się u mnie do rana — namawiał.

Objął ją czule i pocałował.

— Pójdę pierwszy do łazienki, a ty po mnie. Jak wrócisz, będę już spał. — Położysz się koło mnie, tapczan jest szeroki. Nie martw się — uspokajał ją. — Wszystko będzie dobrze. Na pewno cię nie skrzywdzę.

Ucieszyła się, że może z nim zostać, gdyż bardzo się jej podobał. Chciała, żeby się w niej zakochał. Wierzyła, że tym razem jej nie tknie, tak jak przyrzekł. Po skończeniu toalety weszła do pokoju. Było ciemno. Uklękła przy tapczanie i odmówiła pacierz, po czym położyła się obok niego i po jakimś czasie spokojnie usnęła. Kiedy się obudziła, był już na nogach.

— Ubierz się szybciutko — ponaglał. — Odprowadzę cię do kuzynki, bo pewnie niepokoi się o ciebie.

Zaśmiał się i wyznał szczerze:

— Wiesz, byłem przekonany, że uda mi się odebrać ci cnotę. Nie jestem taki uczciwy, jakby się zdawało. Ale kiedy zobaczyłem, że klęczysz i się modlisz, zrezygnowałem.


Gdy opowiedziała to Adzie, ta załamała ręce.

— Ależ ty jesteś lekkomyślna! — krzyknęła zdenerwowana. — Przecież on cię mógł zgwałcić. Koniec! Oddaj mi klucze i od dzisiaj o jedenastej masz być w domu.


Od tego czasu Piotr ledwie ją dostrzegał i nigdy więcej nie zamienił z nią ani słowa. Bolało ją to. Do końca pobytu w Sopocie była z tego powodu nieszczęśliwa. Tak bardzo chciała przeżyć z nim wielką miłość. Zapomniała o nim dopiero, kiedy znalazła się w Krakowie. Studia pochłonęły ją bez reszty. Zbywała zaczepki kolegów, gdyż żaden nie zrobił na niej większego wrażenia.

2

W pewien wieczór wybrała się z koleżanką do słynnej Piwnicy Pod Baranami. Usiadły na samym końcu oblężonego półokrągłego baru i zamówiły po lampce wina. Nagle poczuła na sobie wzrok siedzącego na drugim jego końcu młodzieńca, wprost naprzeciw niej. Trudno było go nie zauważyć. Górował wzrostem, promieniował rzadko spotykaną męską urodą. Barczysty, ognisty brunet z krótko ostrzyżoną, kręconą czupryną z zielonymi, kocimi oczyma, które ją zafascynowały. Był tak piękny, że poczuła, jak ciarki przechodzą jej po plecach. Bezwiednie posłała mu uśmiech. Natychmiast podszedł do niej i zaprosił do tańca, a ją poraziło jak prądem, natychmiast poderwała się. Gdy ją objął, utonęła w jego potężnych ramionach. Zalała ją fala szczęścia. Potrącani przez rokendrolujące, wywijające różne figury pary, nie potrafili się od siebie oderwać. Był od niej o głowę wyższy, chociaż miała metr siedemdziesiąt wzrostu i wysokie obcasy. Gdy spojrzała do góry, by mu się przyjrzeć, zadrżała z wrażenia. Zawirował świat, gdy spotkały się ich oczy, porażone nawzajem palącym blaskiem. Ogłuszające dźwięki jazzowej muzyki nie pozwalały rozmawiać. Nie musieli. Wystarczyło im ciepło ich ciał i błogie uczucie, jakiego oboje doznali.

Kiedy usiedli wreszcie w cichszym kącie i on zaczął jej o sobie opowiadać, czar prysł. Irenie zrzedła rozanielona mina. Okazało się, że Tadeusz Poliński, jak się jej przedstawił, studiuje politologię, a jego ojciec jest pierwszym sekretarzem komitetu wojewódzkiego w Tarnowie, on sam też należy już do partii.

To było dla niej nie do pomyślenia. Ona miałaby się zakochać w takim wrednym „komuchu”? W dodatku on się tym chlubił! Był dumny ze swojego ojca! Co powiedzieliby na to jej pochodzący ze Lwowa rodzice? Wychowała się w nienawiści do tego ustroju i komunistycznej propagandy. Była religijną osobą. Jak mogłaby się spotykać z ateistą, który pewnie zabroniłby jej chodzenia do kościoła?

Milczała. Nie chciała mu niczego o sobie opowiedzieć, poza tym, że studiuje malarstwo.

— Wybierzemy się jutro do kina? — spytał, nie przeczuwając niczego złego.

— Nie. Nie mogę.

— To może pojutrze?

Milczała.

— A może wolisz do teatru albo na jakiś koncert? Może do kawiarni? — pytał dalej, niezniechęcony jej milczeniem.

— Nie możemy się spotykać — rzekła wreszcie smutnym tonem. — Trudno. Bardzo bym chciałabym, ale nie mogę.

— Jak to? Dlaczego? Masz kogoś? To z nim zerwij! — krzyknął, nie czekając na odpowiedź. — Przecież my… musimy się spotykać! — Objął ją czule i wpił się wargami w jej usta.

Poczuła zawrót głowy. Nie broniła się, nie uwolniła się z jego objęć. Było tak cudownie.

— To co, zerwiesz z nim? — szepnął jej do ucha, gdy skończyli się całować. — Będziesz moją dziewczyną?

— Muszę to przemyśleć.

— Chyba żartujesz. Przecież sama czujesz, że musimy być razem — przekonywał ją gorliwie. — Taki cud zdarza się tylko raz. Jesteśmy dla siebie stworzeni.

— Muszę już iść do akademika.

— Odprowadzę cię.


Szli w milczeniu. On obejmował ją i mocno przytulał, a jej łzy spływały po twarzy ze wzburzenia.

Kiedy się żegnali, pocałował ją namiętnie. — Jutro wpadnę do ciebie — powiedział.

— Nie, proszę cię.

— Powiedz mi wreszcie, o co chodzi! — Zdenerwował się. — Przecież to niemożliwe, żebyś kochała kogoś innego.

— Nie mogę ci powiedzieć, o co chodzi.

— To nie mów, trudno. Ale jutro zabieram cię do kina — oświadczył tonem nieznoszącym sprzeciwu.


Kiedy wróciła do swojego pokoju, jej towarzyszka już spała. Była druga w nocy. Chciała przespać się jeszcze przed jutrzejszymi zajęciami, jednak nie mogła usnąć. Wciąż miała przed oczami płomienny wzrok Tadeusza. Czuła ciepło jego ciała, zapach jego czerwonego swetra. Żaden mężczyzna nigdy dotąd nie zrobił na niej tak piorunującego wrażenia. Nikt nigdy nie przytulał jej tak czule i przejmująco. W niczyich ramionach nie czuła się tak bezpiecznie. A jednak… Była w rozterce. Nienawidziła tych wrednych „komuchów”. Jak mogła się w kimś takim zakochać? Idolem jej rodziców był wybrany niedawno na papieża Jan Paweł II, który wkrótce miał odbyć pielgrzymkę do Polski. Nie mogła się już tego doczekać. Wyobrażała sobie, co o nim myśli Tadek. I ona miałaby się w kimś takim zakochać?

Z drugiej jednak strony czuła się niewiarygodnie szczęśliwa. Przeżywała „miłość od pierwszego wejrzenia”. Prawdziwą, wielką miłość, o której zawsze marzyła. Jak miała się jej wyrzec?


Kiedy nazajutrz wieczorem zjawił się w jej pokoju, znów poczuła przypływ fali szczęścia. Miał na sobie błękitny sweter, w którym wyglądał jeszcze lepiej niż w czerwonym.

— Pójdziemy do kina? Czy może wolisz znowu potańczyć w Piwnicy?

— Chodźmy potańczyć — zdecydowała.


Tym razem wywijali rokendrola z wszystkimi możliwymi figurami. Zachłystywali się radością i namiętnie całowali. Wypili mnóstwo wina. Rozmawiali tylko o wzajemnym oczarowaniu i uczuciu. Tadeusz był zbyt inteligentny, by nie domyślić się, że przyczynę jej spontanicznej niechęci do spotykania się z nim stanowiło jego pochodzenie i partyjne nastawienie. Żałował, że jej o tym powiedział, ale nie przyszło mu do głowy, że ona będzie miała mu to za złe. Jemu zupełnie nie przeszkadzało, że — jak się domyślił — zakochał się w antykomunistycznie nastawionej, religijnej dziewczynie. Był przekonany, że uda mu się przeciągnąć ją na właściwą — jego zdaniem — stronę. Nie zdziwił się, że, gdy jej zaproponował całodzienny wypad w niedzielę na łono natury, powiedziała, że najpierw musi pójść na mszę.

Spotykali się odtąd co dzień. Złota jesień ogarnęła ich romantycznym tchnieniem. Na Plantach drzewa mieniły się kolorami, w powietrzu unosił się zapach zeschłych liści, kwiaciarki na Rynku sprzedawały różnokolorowe chryzantemy i astry, które Tadeusz kupował. Dbał o to, by w jej pokoju były zawsze świeże kwiaty. Wciąż na nowo wyznawał jej miłość i uwielbienie. Wykazywał zrozumienie dla jej niechęci do zbliżenia, jednak stawał na głowie, aby ją zdobyć.

W końcu wpadł na pomysł, żeby zaprosić ją na dobrą kolację do skromnego, lecz nastrojowego hotelu „Pod Różą” mieszczącego się w renesansowym pałacyku przy ulicy Floriańskiej.

Irenie bardzo się tam spodobało. Z apetytem zjadła wspaniałą kolację, mocno zakrapianą.


— Zamówiłem tu pokój — szepnął w pewnym momencie, gdy mieli już dobrze w czubie. — Chciałbym być z tobą sam na sam.

— Nie, mowy nie ma — zaoponowała.

— Ty się chyba czegoś boisz. Nie masz do mnie zaufania — rzekł z wyrzutem.

— Nie mam zaufania do siebie — przyznała szczerze.

— Co ty opowiadasz? — obruszył się. — No chodźmy. Tam sobie w ciszy spokojnie porozmawiamy.

— A nie…

— Naprawdę nie — zapewnił ją żarliwie. — Nie bój się.

Spędzili tam godzinę, całując się namiętnie.

Zachwycał się subtelnym wyrazem jej twarzy, pięknymi dłońmi, małymi, ślicznymi uszami, każdym szczegółem jej ciała, zwłaszcza gładką jak jedwab skórą, którą wyczuwał gładząc jej gołe ramiona. Czuła niesamowite podniecenie. Przeraziła się, że straci cnotę. Tak nagle, nieoczekiwanie? Bała się tego. Mogłaby zajść w ciążę. Odsunęła się od niego gwałtownie.

— Będę uważał — uspokajał ją, jakby czytał w jej myślach.

— Nie mogę, to grzech — rzekła zdecydowanie, trzęsąc się jak osika.

— Jaki grzech? Przecież się kochamy. Mówisz tak, jakbyś żyła w średniowieczu. Powinnaś przestać chodzić do kościoła, bo to cię ogłupia.

— Nie mogę, naprawdę nie mogę — kręciła głową z determinacją.

— Nie zrobię tego — zapewnił ją stanowczym tonem — dopóki nie uwolnisz się od tych katolickich przesądów, bo nie chciałbym, żeby cię dręczyły wyrzuty sumienia. Znam dekalog. Nawet w nim jako grzech określa się cudzołóstwo. Przecież w naszym przypadku nie może być mowy o cudzołóstwie. Oboje jesteśmy wolni. Ale poczekam, aż sama to zrozumiesz.

Z upływem czasu — tak jak przewidział — pozbyła się oporów, przede wszystkim z powodu utraty wiary i odsunięcia się od Kościoła, do czego w głównej mierze on się przyczynił. A przy tym żadna z jej koleżanek nie chodziła do kościoła i wszystkie sypiały ze swoimi chłopakami.

Akt ten dokonał się spontanicznie w jego pokoju, w akademiku. A choć nie była to zbyt romantyczna sceneria, to jednak przeżyła ogromną rozkosz. Odtąd byli nierozłączni. Rozumieli się doskonale, czytali w swoich myślach. Tadeusz zainteresował się architekturą i sztuką, zwłaszcza malarstwem, aby mieć z nią wspólny temat. Razem zwiedzali zabytki, chodzili po wspaniałych krakowskich kościołach, do muzeów i na wystawy. Wspólnie spędzili wakacje na górskiej wędrówce w Tatrach. Rodzicom powiedziała, że wybiera się z koleżanką.

Upłynęły dwa lata. Tadeusz pisał już pracę magisterską. Planowali pobrać się po jej obronie. Wiadomo było, że on zrobi polityczną karierę i będą opływali w dostatki. Jednak Irena obawiała się reakcji rodziców. Wiedziała, że ogarnie ich rozpacz, jak dowiedzą się, za kogo ich córka zamierza wyjść za mąż. Utrzymywała to na razie przed nimi w tajemnicy. Głowiła się nieustannie, jak im o tym powiedzieć. Nie wyobrażała sobie ich spotkania z rodzicami Tadeusza. Sama też czuła ogromną niechęć do przyszłych teściów.

3

Leniwie snuł się pogodny październik, nieprzystający do nerwowej atmosfery „solidarnościowego karnawału”. Wraz z zapachem zeschłych liści, w powietrzu unosiła się aura niezwykłej, ekscytującej, acz ryzykownej przygody. Na uczelni odbywały się burzliwe dyskusje. Głównie na temat samorządności i działalności służb specjalnych w Akademii. Okazało się, że cały czas miały dostęp do teczek personalnych pracowników i studentów. Domagano się nowej ustawy o szkolnictwie wyższym, dopuszczenia reprezentacji młodzieży akademickiej do ciał kolegialnych, zaprzestania indoktrynacji ideologią komunistyczną. Nie zapominano także o kwestiach ekonomicznych: o zwiększeniu stypendiów, o przyznawaniu nagród wyłącznie za wyniki w nauce, a nie za zaangażowanie polityczne po stronie władzy.

W dyskusjach brylował Roman Skotnicki występujący żarliwie przeciw rozpracowywaniu przez Służbę Bezpieczeństwa struktur powstałego we wrześniu Niezależnego Zrzeszenia Studentów, w którego działalność był zaangażowany. Mówił o rozbudowaniu agentury w szeregach Zrzeszenia, o jej posunięciach nękających i dezintegrujących organizację. Jego entuzjazm i elokwencja zafascynowały Irenę. Nie wstąpiła dotąd do NZS-u, bo Tadeusz odradzał jej to gorliwie. Jednak pod wpływem wystąpień Romana, zapragnęła to uczynić. Długo jednak nie potrafiła zdobyć się na ten krok. Ciągnęło ją do Zrzeszenia, lecz nie chciała narazić się ukochanemu. Obawiała się, że on z nią zerwie. A przy tym miała słaby charakter. Była płochliwa i nieśmiała. Zebrała się jednak na odwagę i postanowiła w końcu skontaktować się z Romanem.

Po pewnym zebraniu z drżeniem serca podeszła do niego.

— Czy mógłbyś mnie wciągnąć do NZS-u? — spytała niemal szeptem, bo z wrażenia zaschło jej w gardle. — Nie jestem tak całkiem zdecydowana, więc chciałabym z tobą o tym porozmawiać. Wiesz, nigdy dotąd nie interesowałam się specjalnie polityką, a poza tym… jestem podszyta tchórzem.

— Przyjmiemy cię z otwartymi ramionami — odrzekł ucieszony.

Dawno już zwrócił na nią uwagę i czekał tylko na okazję, by zbliżyć się do niej.

— Może wpadłabyś do mnie teraz, bo w publicznych miejscach taka rozmowa jest niebezpieczna. Wszędzie pełno szpicli. Mieszkam tu w pobliżu, przy Basztowej.

— Mieszkasz przy Basztowej? Z rodzicami?

— Nie. Sam. Wynajmuję małe mieszkanko od takiej starszej pani, która przeniosła się do córki.

Wytrzeszczyła na niego oczy, zdumiona, skąd go stać na wynajmowanie mieszkania na Starym Mieście. Sama bytowała w akademiku, podobnie jak inni studenci spoza Krakowa.

— Ale… — zająknęła się. — To musi być strasznie drogo.

— Moi starzy mają forsę. Ojciec prowadzi dobrze prosperujący zakład zegarmistrzowski, a matka handluje dolarami. — Uśmiechnął się pobłażliwie.

Zawahała się przez chwilę, czy pójść do niego, zastanawiając się, czy on aby nie chce jej uwieść. Miał opinię podrywacza. Fama niosła, że jest świetny w łóżku. Przyjrzała mu się uważnie. Mimo niewysokiego wzrostu był bardzo męski. Jego fizjonomia wyrażała wybitną inteligencję. Wyglądał raczej na intelektualistę niż na artystę. Nosił czarny golf i szare dżinsy. Miał jasne, krótko ostrzyżone włosy, szare oczy o twardym, przenikliwym spojrzeniu i olśniewający uśmiech. Z jego twarzy emanowała energia i pewność siebie. Wzbudzał jej sympatię, lecz mimo to nie podobał się jej jako mężczyzna. Przede wszystkim dlatego, że był od niej niższy. A poza tym nie przyszło jej nawet do głowy, że mogłaby zdradzić Tadeusza.

Przeciskali się w tłumie wychodzących z zadymionej sali studentów.

— Widzę, że dałaś się poderwać Romanowi — zauważyła jej przyjaciółka Maryla. — Myślałam, że pójdziesz z nami.

Irena zaczerwieniła się, lecz nic nie odpowiedziała. Wyszli z uczelni na plac Matejki, gdzie grupki rozdyskutowanej młodzieży paliły papierosy. Parę metrów dalej skręcili w prawo i znaleźli się na Basztowej. Po przejściu kilku kroków Roman zatrzymał się przed jedną z kamienic.

— Tutaj mieszkam — oznajmił niemogącej otrząsnąć się z oszołomienia dziewczynie.

Była niesamowicie podekscytowana. Ledwo mogła za nim nadążyć na uginających się nogach, gdy wbiegał po wysokich schodach. Na ostatnim piątym piętrze otworzył drzwi mieszkania po prawej stronie korytarza.

— Musisz obejrzeć moje obrazy — rzekł, gdy weszli do środka.

Po przejściu przez ciemny przedpokój z lustrem w złoconych ramach i garderobą, znaleźli się w dużym, wytapetowanym w brązowe wzorki salonie z przedwojennymi, solidnymi meblami z dębowego drzewa. Stał tam dwuczęściowy bufet, komoda, kanapa i okrągły stół przykryty szydełkowym beżowym obrusem. Otaczały go cztery krzesła z przybrudzonym żółtym obiciem. Na ścianach wisiały impresjonistyczne pejzaże. Zniszczony parkiet pokrywał wysłużony, z lekka wyleniały turecki dywan. Na stole leżały porozrzucane broszury i gazety. Obok kanapy, na podłodze stały trzy sterty książek prymitywnie wydanych w drugim obiegu. W pokoju panował artystyczny nieład. Meble były pokryte kurzem, a na dywanie można było zauważyć okruchy.

— Wolałbym, kurczę, urządzić mieszkanie nowocześnie — skrzywił się Roman. — Ale cóż — rozłożył bezradnie ręce — właścicielka mieszkania nie pozwoliła mi niczego zmieniać. Ma nadzieję na sprzedanie tych gratów.

— Mnie się tu podoba. Lubię takie stare meble i przedwojenną atmosferę — rzekła zdyszana Irena, rozglądając się po pokoju. — A co, wolałbyś meblościankę, żeby mieszkanie straciło indywidualny charakter? To po prostu obłęd. Do jakiego mieszkania wejdziesz, wszędzie taka sama meblościanka… A tutaj… Wystarczy odkurzyć meble, wyczyścić obicia kanapy i krzeseł, kupić nowy dywan, wstawić jakiegoś dużego fikusa albo palmę i parę doniczkowych kwiatów… — Lustrowała uważnie pokój. — Powiesiłabym jeszcze jakieś ładne zasłony, białe firanki, i byłoby całkiem przytulnie.

— Jestem strasznie zajęty działalnością. Nawet na malowanie nie mam czasu, kurczę. Zacząłem ciekawy obraz i nie wiem, kiedy go skończę…

— A te fajne pejzaże ona ci zostawiła? — przerwała mu.

— Sam je namalowałem. Ona miała na ścianach rodzinne portrety. Na razie musi zostać tak, jak jest. Na szczęście starsza pani zabrała do córki meble z sypialni, w której urządziłem pracownię. Pokój jest duży, więc wstawiłem do niego tapczan, szafę na ubrania i półkę z książkami. Nie ma tam najlepszego światła do malowania, ale ujdzie. Mam tu też kuchnię i łazienkę. Chcesz zobaczyć? Musimy wrócić do przedpokoju.

— Nie, nie — zaprzeczyła. — Odsapnę trochę na kanapie. Wykończyły mnie te schody.

— Dzięki nim mam to mieszkanie. Jego właścicielka nie miała już siły po nich wchodzić… Zmęczyłaś się, co? Okay. Najpierw napijemy się piwa, obrazy pokażę ci potem.

Ten sobie żyje. Nie ma to, jak zasobni rodzice — pomyślała z zazdrością. Sama musiała się gnieździć w małym pokoiku w akademiku, wspólnie z koleżanką. U niej w domu się nie przelewało. Ojciec był księgowym w spółdzielni rzemieślniczej, a matka pracowała jako sekretarka w szkole podstawowej.

Roman wyszedł do kuchni. Po chwili przyniósł na tacy butelkę piwa z lodówki i dwie szklanki. Postawił je na stole, otworzył butelkę i opróżnił, wlewając jej zawartość do szklanek. Usiadł naprzeciw niej na krześle. Patrzył na nią poważnym wzrokiem. Nic nie wskazywało na to, że chce ją uwieść. Uspokoiła się, łyknąwszy nieco piwa.

— Pochodzę z Katowic, a ty? — spytał.

— Wyobraź sobie, że też — odpowiedziała spokojnym tonem, ponieważ zdążyła już ochłonąć.

Popijali piwo i prowadzili rozmowę o ostatnich wydarzeniach.

— Wiesz, moi rodzice strasznie się przejmują, co wieczór słuchają „Wolnej Europy”, całe dnie tylko o tym rozmawiają. Ale ja… Tak jakoś… Nie jestem specjalnie zaangażowana — mówiła niepewnie. — To znaczy nie byłam do czasu, kiedy usłyszałam cię na zebraniu — zaczerwieniła się z powodu tego wyznania. — Koleżanka mnie tam zaciągnęła, bo ja… Trochę na przekór rodzicom, zawsze z daleka trzymałam się od polityki.

— Naprawdę? Dopiero teraz cię to poruszyło? — zdziwił się i spojrzał jej przenikliwie w oczy.

Jaka ona śliczna — myślał zafascynowany jej urodą. — Co za twarz! Wszystko duże: słodko-czekoladowe oczy, nos, usta. A całość taka subtelna, łagodna, ciepła. Ten anielski uśmiech. No i te wspaniałe, rudawe włosy! Kiedyś namaluję jej portret.

— No, ja to już jestem starym konspiratorem — rzekł z dumą. — Zacząłem się angażować przed czterema laty. Ciebie jeszcze nie było w Krakowie, kiedy przeżyliśmy tu, kurczę, wstrząsające wydarzenie w maju siedemdziesiątego siódmego, zamordowanie z inspiracji bezpieki Stanisława Pyjasa, studenta Uniwersytetu Jagiellońskiego zaangażowanego w działalność opozycyjną. Chyba słyszałaś? Wziąłem wówczas udział w „Czarnym marszu”, który na znak protestu przeszedł ulicami Krakowa. Zaraz po nim powołaliśmy niezależny Studencki Komitet Solidarności, którego jednym z celów było dążenie do zainicjowania prac nad utworzeniem autentycznej i niezależnej reprezentacji studenckiej. Udało się dopiero po sierpniowych strajkach. Powstało wtedy Niezależne Zrzeszenie Studentów. Jego zalążki pojawiły się już w połowie września na Uniwersytecie Jagiellońskim, a w ciągu następnych pięciu dni także na kolejnych krakowskich uczelniach, między innymi w naszej Akademii. Teraz walczymy o rejestrację Zrzeszenia.

— Wiem, słyszałam twoje bojowe wystąpienia — przerwała mu. — Właśnie pod jego wpływem chciałabym wstąpić do NZS-u.

— To ryzykowne. Mamy wciąż na karku bezpiekę. Spotykają nas niesamowite szykany. Nie boisz się?

— Trochę tak, jednak z drugiej strony rodzice od dzieciństwa wpajali mi niepodległościowe tradycje i nienawiść do komunistów, którzy im zmarnowali życie. Zdawało mi się, że to do mnie nie dociera, teraz jednak pobudziło do działania. Strasznie długo się wahałam… Przyznam ci się, że to nie tylko chodziło o tchórzostwo.

Umilkła, zastanawiając się, czy powiedzieć mu o Tadeuszu, wobec którego miała nieczyste sumienie. Drętwiała z lęku, co będzie, jak on dowie się o jej ryzykownej decyzji. Jednak trwała przy niej. Czuła, że musi to zrobić. Gotowa była nawet przypłacić ją utratą ukochanego. Jednak nie wierzyła, że on to uczyni. Za bardzo ją kochał. Będzie musiał się z tym pogodzić.

— A o co jeszcze? Powiedz — nalegał.

— Mój chłopiec jest… jakby tu powiedzieć… No, komunistą.

— Rozumiem. Musisz z nim natychmiast zerwać. Inaczej nie będziemy mogli przyjąć cię do NZS-u. Żebyś mu, broń Boże, nie zdradziła swoich zamiarów.

— Nie mogę z nim zerwać. Zamierzamy się pobrać.

— Oszalałaś! Chcesz wyjść za mąż za jakiegoś wrednego komucha? To jak ty to sobie wyobrażasz? Musisz z nim zerwać! Nie ma dyskusji!

Spojrzał jej surowo w oczy i wstał z miejsca. — No, teraz pokażę ci obrazy.

Wyszli do przedpokoju, z którego do sypialnio-pracowni prowadziły odrapane drzwi. Zauważyła ciemny obraz na sztalugach i parę płócien stojących na podłodze. Zaczął jej je kolejno pokazywać. Były to atakujące jaskrawymi kolorami, abstrakcyjne malowidła. Zrobiły na niej duże wrażenie.

— Naprawdę masz talent — rzekła z zachwytem.

— Nie przesadzaj. Nie są zbyt dobre. Ten na sztalugach, to dopiero będzie mój pierwszy prawdziwy obraz. Takie będę teraz malować! — wykrzyknął z dzikim błyskiem w oczach.

Przez moment spojrzała na niego zdziwiona. Zauważyła z niepokojem, że on ciężko dyszy z podniecenia. Odsunęła się od niego i zaczęła przyglądać się niedokończonemu dziełu, lecz było tak ciemne, że nie mogła na nim niczego rozpoznać. Może dlatego, że drżała na całym ciele.

— Domyślasz się, co on będzie przedstawiał? — spytał z przejęciem, wpatrując się w niedokończone dzieło.

— Nie mam pojęcia — odpowiedziała niepewnie.

— Dopiero nad nim pracuję. Pokażę ci, jak skończę.

— Powiedz, co to będzie — rzekła, starając się opanować drżenie.

— No dobrze. Przypomnij sobie, po jakim wydarzeniu zaangażowałem się w walkę z komuną.

— Ach, wiem! — wykrzyknęła. — Malujesz ten „Czarny marsz!”.

Wtem Roman rzucił się na nią i zaczął się do niej dobierać.

— Oszalałeś?! Co ci się stało?! — krzyczała, usiłując się wyrwać z jego ramion.

— Nie opieraj się, bo będę cię musiał zgwałcić, a to boli. — Ściskał ją w objęciach jak w kleszczach. Mimo drobnej postury był silny. Przeraziła się nie na żarty. Przestała się wyrywać, bo bała się bólu. Nidy dotąd nie przeżyła fizycznego bólu. Ból duszy — to co innego. Poznała go, lecz tego bólu obawiała się. Ze strachu nie stawiała już dłużej oporu. Wówczas wziął ją na ręce i zaniósł na tapczan. Zaczął ją całować i pieścić z niesłychaną czułością.

— Pokochaj mnie — rzekł stłumionym głosem.

Poddała się rozkoszy, gdy ją posiadł. Kochali się długo i namiętnie. To było nie do opisania, co się z nią działo. Nie przypuszczała, że seks może być czymś tak cudownym! Nigdy nie przeżyła czegoś takiego z Tadeuszem. Czuła, że dopiero to jest prawdziwa miłość.

— Już cię pokochałam — szepnęła wzruszona i uszczęśliwiona.

Nie przyszło jej do głowy, że owo upojne przeżycie spowodowane było patriotycznym uniesieniem, bohaterską aurą i talentem Romana… Niezwykłą sytuacją, zaskoczeniem jego zachowaniem. Tadeusz długo ją przygotowywał do oddania mu się. I później, za każdym razem to ona decydowała, czy będą mieli seks. A Roman nie pytał jej o zdanie, tylko wziął jak swoją. Ta subtelna dziewczyna poddała mu się całkowicie.

4

Nazajutrz podjęła szaloną decyzję, którą jej narzucił. Przeprowadziła się z domu studenckiego do mansardy przy Basztowej. W tym samym dniu w akademiku zjawił się Tadeusz.

— Ona się wyprowadziła — oznajmiła mu już od progu z tajemniczą miną Maryla, przyjaciółka Ireny, która dzieliła z nią akademicki pokoik.

— Pokłóciłyście się? Co się stało? A z kim teraz mieszka? — pytał zdziwiony.

— Z pewnym… rewolucjonistą, działaczem NZS-u — odpowiedziała z kpiącym uśmieszkiem.

— Co ty opowiadasz?! Wyprowadziła się z akademika?! — krzyknął osłupiały. — Chyba żartujesz!

— Mówię poważnie. Zakochała się.

— Wygłupiasz się! Daj spokój z takimi żartami. — Zbladł jak ściana i usiadł na pustym łóżku Ireny. Regularne rysy jego pięknej twarzy wydłużyły się. Przygasł blask jego obramowanych rzęsami marzyciela, lazurowych oczu, doprowadzających dziewczyny do wzdychań. Siedział zgarbiony i mierzwił czuprynę kręconych włosów.

Maryli zrobiło się go żal. Jak ta idiotka mogła zamienić tego wspaniałego, potężnego mężczyznę na takie chuchro? Piękna z nich była para! Usiadła obok niego i objęła go. — Strasznie mi przykro, Tadku. Ona… po prostu oszalała.

— Naprawdę? Mówisz poważnie? Jak to możliwe? Tak z dnia na dzień? Przed dwoma dniami była u mnie. Spaliśmy ze sobą — wymamrotał. — Przecież ona mnie kocha — rozłożył bezradnie ręce.

— Prosiła, żeby ci nic nie mówić.

— Chyba zwariuję! — Mężczyzna wstał z łóżka, złapał się za głowę i zaczął chodzić tam i z powrotem po pokoju. Po chwili zatrzymał się i rzekł zdecydowanym tonem: — Idę do tego faceta. Skuję mu mordę! Kto to jest? Powiedz mi, gdzie mieszka.

— Nie wiem. Uspokój się. Myślę, że ona wkrótce oprzytomnieje i wróci do ciebie. Zobaczysz, że tak będzie — pocieszała go.

Spojrzał na nią rozpaczliwie, spuścił głowę i wyszedł skulony jak zbity pies.

Gdy zjawił się w swoim pokoju, w akademiku, mieszkający z nim Adam przeraził się jego ponurej miny.

— Stało się coś złego? — spytał zaniepokojony.

— Chodź na wódkę. Stawiam.

Adam włożył kurtkę i, o nic nie pytając, podążył za nim do najbliższej podłej knajpy. Wypili setkę czystej z czerwoną kartką, zakąsili obowiązkowym śledzikiem. Tadeusz wciąż milczał, jego kolega też, czekał cierpliwie na wyjaśnienie.

— Idziemy dalej — odezwał się w końcu zgnębiony nieszczęśnik.

Zapłacił przy barze i udali się do następnej speluny. Obeszli w ten sposób parę podłych restauracji. W ostatniej, gdy mieli już dobrze w czubie, Tadeusz wycedził przez zęby:

— Irka mnie zdradziła! Koniec świata!

— Przecież gziliście się przed dwoma dniami.

— Nie ma o czym mówić — wybełkotał zdradzony mężczyzna. — Zabiję tego skurwiela! Chodź, idziemy spać. Mam już dość tego zasranego życia.

Gdy wrócili do akademika, zdjęli tylko buty i kurtki, po czym zwalili się na łóżka w ubraniu. Natychmiast usnęli.

Rano Adam obudził się pierwszy. Potrząsnął kolegą:

— Wychodzę na zajęcia. Bądź szczęśliwy, że już obroniłeś magisterkę. Możesz jeszcze spać, ale uważaj, żebyś nie zrobił dzisiaj jakiegoś głupstwa.

Tadeusz przetarł oczy. — Muszę się policzyć z tym skurwielem, który sprzątnął mi sprzed nosa Irenkę — powiedział.

— Jak to sprzątnął?

— Ona przeprowadziła się do niego.

— W takim razie to skończona sprawa. Daj sobie z nią spokój. Mało to dziewczyn szaleje za tobą? Możesz przebierać jak w ulęgałkach.

Tadeusz podniósł się z pościeli. — Co mi z tego? — Wzruszył ramionami. — To są dziwki, same pchają się człowiekowi do łóżka. A ją musiałem przez pół roku zdobywać. Nie wyobrażasz sobie, stary, jaka ona jest wspaniała! Z żadną inną nigdy nie było mi tak… cudownie.

— Jeszcze ci będzie. Z niejedną. Zapomnij o niej. Pies jej mordę lizał.

— O nie! Drugiej takiej nie ma. Ona musi być moja! — krzyknął z desperacją. — Nie ustąpię, rozumiesz? Nie ustąpię. Będę za nią chodził tak długo, aż do mnie wróci. Byłem jej pierwszym mężczyzną i muszę zostać ostatnim.

— To nie ma sensu. To się na nic nie zda, skoro z nim zamieszkała.

— Tak myślisz? — zastanawiał się zdesperowany mężczyzna. — Chyba masz rację. Robienie scen, nachodzenie ich nie ma sensu. Nie będę się poniżał. Muszę przeczekać, aż ona oprzytomnieje i zrozumie, że kocha mnie, a nie jego. Przecież jesteśmy dla siebie stworzeni. Pasujemy do siebie idealnie. Ona z pewnością oprzytomnieje i wróci do mnie skruszona. On jej zawrócił w głowie tą… poronioną walką z komunizmem, bo jest jakimś działaczem NZS-u. Ale ona się opamięta. Wróci do mnie — pokiwał głową z przekonaniem. — Zresztą — wydął wzgardliwie wargi. — Tylko patrzeć, jak partia zabierze się ostro do tej całej „Solidarności”.

— Co ty powiesz? To dobrze, że nie wstąpiłem do Zrzeszenia, a przyznam ci się, że mnie ciągnęło.

Tadeusz nie słuchał już kolegi.

— Jak jej kochaś wyląduje w więzieniu, to przyleci do mnie z płaczem — bełkotał dalej. — Mój ojciec mu to załatwi… Przeczekam. Przeczekam tego skurwiela.


Tymczasem Irena instalowała się w mieszkaniu Romana. Oboje byli podekscytowani, nawzajem sobą oczarowani. Nigdy dotąd, z nikim innym, nie przeżyli takiej rozkoszy. Bezładnie opowiadali o sobie, poznawali swoje ciała, umysły i serca. Odkrywali przed sobą nawzajem swe wnętrze. Raz po raz przerywali rozmieszczanie rzeczy Ireny i kochali się namiętnie. Nie mogli się sobą nasycić. To było istne szaleństwo, obłędny seks. I docieranie do najskrytszych zakątków duszy.

Kiedy w końcu uporali się z przeprowadzką, usiedli wyczerpani na kanapie i oprzytomnieli.

— Jak my to powiemy rodzicom? — martwiła się Irena. — A co mam zrobić z Tadeuszem? On mnie chyba zabije.

— Nie przesadzaj. Poradzimy sobie, i z nim, i z rodzicami — uspokoił ją Roman. — Ja z moimi nie będę miał problemu. Stać ich na utrzymywanie nas do czasu, gdy zacznę sprzedawać obrazy. A twoi będą zadowoleni, że związałaś się z kimś takim, jak ja.

— No a Tadeusz? Może mścić się na tobie. Donosić na ciebie. Nie da się ukryć, kim jesteś.

— To jest problem — Roman westchnął ciężko. — Przez jakiś czas będziemy go mieć na karku, w końcu jednak się odczepi.

— Pewnie był już w akademiku i wie, że się wyprowadziłam. Jutro będzie na mnie czyhał na uczelni.

— Musisz się z nim spotkać i wybić mu z głowy, że do niego wrócisz.

— Głupio mi wobec niego.

— Wobec takiego komucha nie powinnaś mieć skrupułów. Powinnaś się cieszyć, że wreszcie się od niego uwolniłaś. Co powiedzieliby twoi rodzice, gdyby się dowiedzieli, z kim się zadajesz?


Gdy okazało się, że Tadeusz nie usiłuje się z nią spotkać, odczuli ulgę. Nigdy więcej już nie zaprzątali sobie nim głowy. Ich życie toczyło się jak we śnie. Przeżywali euforię szalonej miłości i patriotycznych uniesień. Choć uginali się pod ciężarem miażdżących pogróżek i szykan bezpieki, to jednak przepełniała ich radość. Nareszcie mogli być sobą, głośno mówić, co czują i myślą. Nie musieli, jak dotąd, gryźć się w język, by nie zdradzić swych poglądów. Irena cieszyła się, że udało się jej odnaleźć właściwą drogę życiową, zgodną z jej przekonaniami. Nic więcej do szczęścia nie było jej potrzeba.

Niesłychane napięcie przeżywali w czasie walki o legalizację „Solidarności”. Przeżyli wielką radość i satysfakcję, gdy organizacja została zarejestrowana. NZS był jej studenckim odpowiednikiem i również wkrótce został zalegalizowany. Ich życie toczyło się w niesamowitym tempie, jak w gorączce. Sypiali zaledwie trzy, cztery godziny na dobę. Mimo zaangażowania w działalność polityczną Roman chlubnie ukończył studia. Irena była z niego dumna.

Żyła w nieustannym podekscytowaniu. Pasjonowały ją wszelkie zebrania. Stanowiły dla niej interesujące spektakle z żywą akcją i barwnymi postaciami. A choć ich scenariusz był podobny, zawsze znajdowała w nich nowe wątki i zaskakujące pointy. Ludzie zdarli z twarzy maski. Po tak wielu latach wymuszonego milczenia wyrażali bez osłonek przemyślenia, dawali upust uczuciom dotąd tłumionym. Płacili za to wysoką cenę, bo zło, nienawiść i podstęp też zostały dopuszczone do głosu. Nie przebierano w słowach, bezpardonowo raniąc się nawzajem. Nękał ich chaos, brak doświadczenia, zasadzki bezpieki. Żerowali na tym demagodzy i nieuczciwi spryciarze. Roman był raczej gruboskórny i wszelkie ataki spływały po nim jak woda, lecz Irena bardzo się wszystkim przejmowała. Często odnosiła wrażenie, że spłoną w ogniu zwalczających się antagonizmów. Czuła, że tylko inny płomień może wchłonąć ów żar sprzeczności — wszechogarniający ogień miłości do współbraci, łączący w poczuciu szczęścia, jak w finale dziewiątej symfonii Beethovena ze słowami „Ody do Radości” Schillera. Nic nie było w stanie zmienić jej przekonania, że tylko Duch Miłości może „odmienić oblicze tej ziemi”, zgodnie z pamiętnymi słowami Jana Pawła II na Placu Zwycięstwa.

Chociaż pod wpływem Tadeusza oddaliła się od Kościoła, to teraz najlepiej czuła się na mnożących się w tym czasie nabożeństwach, podczas których przezwyciężano uczucie nienawiści i chęć odwetu. Brali w nich udział wszyscy, także ateiści. Nikogo nie raziła ta ostentacyjna religijność. Pomagała w walce z przeciwnościami, w oczyszczaniu się z brudów, w mozolnym przyswajaniu zasad demokracji. Wzbudzała radość płynącą z odzyskania szacunku dla samych siebie, z rosnącego poczucia własnej wartości.

W tym czasie ożyły w niej uczucia religijne, głównie pod wpływem papieża, który był idolem „Solidarności”. To jego obraz wisiał na bramie Stoczni Gdańskiej podczas pamiętnego strajku. Jego pielgrzymka do Polski rozżarzyła iskrę, która rok później rozpaliła tę bezkrwawą rewolucję. Wszystkimi wstrząsnęły wówczas jego słowa. Słowa wyrwane z głębi duszy. Słowa, których nikt dotąd nie śmiałby na głos wypowiedzieć. A teraz nieustannie je powtarzano.

5

Wprowadzenie stanu wojennego zaskoczyło ich jak włamywacz, który wtargnął nocą do ich ciepłego gniazdka. Rankiem trzynastego grudnia obudził ich alarmujący dzwonek u drzwi i łomotanie. Nie otwierali, sparaliżowani przerażeniem. Nagle stanęli przed nimi trzej potężni mężczyźni w grubych paltach i milicjant z łomem w ręku, którym włamali się do mieszkania. Wypełnili swymi cielskami sypialnię, czyniąc z niej piekło. Wyglądali jak cztery diabły, zgłaszające się po ich dusze.

— Pan Roman Sawka? — spytał jeden z nich. — Proszę się ubrać i pójść z nami — dodał, nie czekając na odpowiedź.

Irena zamarła z przerażenia. Jej serce skurczyło się z żalu za pełnym nadziei, tak nieoczekiwanie przerwanym życiem, które skończyło się wraz z wtargnięciem diabłów. Zdawało się jej, że spada w otchłań, jakby znikła na zawsze z realnego świata. Czuła się jak w klatce z tygrysami prężącymi się do skoku, by ich rozszarpać na kawałki.

Roman zerwał się z tapczanu. — Jakim prawem?! — krzyknął przeraźliwie. — Nigdzie z wami nie pójdę!

— Proszę nie zmuszać nas do użycia przemocy — rzekł ostrym tonem oficer bezpieki.

Zdesperowany mężczyzna rzucił się w stronę okna i złapał się kaloryfera. Milicjant usiłował go od niego odciągnąć. Na pomoc pospieszyli mu tajniacy. Jednak Roman tak mocno się trzymał, że razem z nim wyrwali kaloryfer ze ściany. Po czym obezwładnili go i założyli mu kajdanki. W piżamie wyprowadzili na dwudziestostopniowy mróz.

— Jezus, Maria! — krzyknęła za nim zdrętwiała ze strachu Irena, po czym opadła zemdlona na poduszkę.


Po internowaniu Romana snuła się po domu w bólu i rozpaczy. W piekło zamieniło się ich przytulne mieszkanko, które pieczołowicie urządziła tak, jak jej to przyszło do głowy, gdy weszła do niego po raz pierwszy. Dokupiła jeszcze w DESIE oryginalny stolik okolicznościowy z mozaikowym blatem i dwa żółte fotele. Postawiła je przed kanapą, a okrągły duży stół z czterema krzesłami, który stał tam poprzednio, przeniosła na środek pokoju. Zamieniła zniszczony turecki dywan na czerwony boucle i ręcznie uszyła czerwone zasłony. Kupiła mnóstwo doniczkowym kwiatów, dzięki czemu mieszkanie zamieniło się w zieloną i kolorową oazę.

Teraz stało się dla niej ponurym więzieniem. Wieczorami zmęczoną, wyczerpaną płaczem i wiecznym bólem w skroniach, zawodził sen, a nerwy nie mogły się uspokoić w złowrogiej samotności, która ją ogarnęła po opuszczeniu mieszkania przez Romana.

Zwątpiła w sens ich politycznej działalności. Straciła wszelką nadzieję. Opanowała ją gorycz i poczucie bezsilności. Rodzice usilnie namawiali ją, by do nich wróciła, jednak pozostała w Krakowie i co dzień chodziła na komendę milicji, usiłując dowiedzieć się, gdzie znajduje się jej ukochany. Daremnie. Nie udzielano żadnych informacji. Przepadł jak kamień w wodę.

Była wykończona nerwowo. Patrole milicyjne i czołgi na ulicach doprowadzały ją do histerii. Nie sypiała po nocach, a gdy udało się jej usnąć, dręczyły ją koszmary. Widziała ukochanego brutalnie przesłuchiwanego, pobitego, zakrwawionego. Nie miała apetytu, chudła w oczach.

Nie mogła skontaktować się z jego rodzicami, ponieważ nie znała numeru ich telefonu. Nie wiedzieli o jej istnieniu. W ciągu przeżytego w ekstazie roku, który upłynął im do wprowadzenia stanu wojennego, Roman nie pomyślał o poinformowaniu ich, że mieszka z Ireną. Nie utrzymywał z nimi zbyt częstych kontaktów. Od czasu do czasu dzwonił do nich z poczty i raz w miesiącu zgłaszał się po pieniądze. Ona często telefonowała do rodziców i nawet odwiedziła ich parę razy. Jednak nie wspomniała o Romanie. Opowiadała im tylko o działalności politycznej, co w pełni aprobowali. Oboje też należeli do „Solidarności”.


W przypływie desperacji postanowiła poprosić o pomoc Tadeusza. Zaprosiła go do siebie. Wiedziałem, że tak będzie — pomyślał uszczęśliwiony. — To było do przewidzenia.


*


Siedzieli przy kawie, którą otrzymała w paczce z duszpasterstwa akademickiego. On w fotelu, ona naprzeciw niego na kanapie.

— Wybraliście się z motyką na słońce — perorował Tadeusz. — Przecież to było oczywiste, że źle skończycie. Geopolityczne położenie Polski związało nas po wojnie na zawsze ze Związkiem Radzieckim. Tyle razy ci to tłumaczyłem. — Wstał z fotela i usiadł przy niej. Objął ją i zaczął gładzić po głowie. — Po co ci było to szaleństwo? Ze mną byłaś bezpieczna. No i… szczęśliwa. Kochałem cię, a ty… wbiłaś mi nóż w samo serce.

— Strasznie mi przykro. Nie wracajmy do tego. Przecież mi wybaczyłeś, skoro chciałeś się ze mną spotkać. Ze względu na to, co nas łączyło, pomóż mi, bardzo cię proszę — mówiła błagalnym tonem. — Twój ojciec mógłby wstawić się za Romanem. Jako pierwszy sekretarz w Tarnowie ma z pewnością chody w krakowskim komitecie wojewódzkim.

— Żartujesz chyba — wzruszył ramionami. — Mój ojciec miałby się wstawiać za takim łajdakiem? Wykluczone.

— Naprawdę, nie wiem, jak cię przekonać. Zrobię wszystko, czego ode mnie zażądasz w zamian za uwolnienie Romana — mówiła żarliwie, patrząc mu w oczy.

Tadeusz usiadł przy niej na kanapie. Przytuliła się do niego mocno. Była zdecydowana oddać mu się. Przemyślała to przed skontaktowaniem się z nim.

— Posłuchaj — zaczął poważnym tonem. — Jego życie wisi na włosku. Wiem coś o tym. Wkrótce ich rozstrzelają albo wywiozą na Sybir.

— Jezus, Maria, co ty opowiadasz! — krzyknęła przerażona, tuląc się do niego coraz mocniej. — To niemożliwe!

— Możliwe, wiem to na pewno. Tylko w jeden sposób możesz mu uratować życie. Musisz wrócić do mnie.

Zaniemówiła. Wytrzeszczyła na niego oczy, czuła, że grunt usuwa się jej spod nóg.

— To niemożliwe — wyszeptała po chwili, lecz w dalszym ciągu tuliła się do niego.

— Dlaczego? Kochaliśmy się. Nadal się kochamy. Gdyby tak nie było, nie szukałabyś u mnie pomocy. On ci zawrócił w głowie. Omamił walką z komuną. Wciąż jednak mnie kochasz. Teraz masz tylko mnie. Jego już nie zobaczysz.

— Jak to? Twój ojciec nie może go wyrwać z łap bezpieki?

— Może. Jednak musisz mi przyrzec, że o nim zapomnisz. Wystarczy, że uratujesz mu życie. Zastanów się nad tym całkiem chłodno. Powtarzam, kochamy się. Zapomniałaś już, jak dobrze nam było ze sobą. Straciłaś głowę dla tego rewolucjonisty, bo pociągnęła cię wspaniała idea, którą wszczepili ci twoi nierozsądni rodzice. Ty jednak masz chyba na tyle rozsądku, by zrozumieć, że to przegrana sprawa. Musisz pogodzić się z polskimi realiami, czego nie potrafił ten twój zwariowany działacz. Nic dobrego by cię z nim nie czekało. A ja mam przed sobą wspaniałe perspektywy.

Myśli Ireny zaczęły się kotłować, rozsadzając czaszkę. Serce waliło w piersi jak szalone. Po policzkach spływały łzy. Tadeusz miał słuszność. Zrozumiała, że w jej rękach było życie Romka. Musiała się go wyrzec, jeśli chciała, żeby żył. Nie chciała mieć już nic wspólnego z polityką, z tą walką z wiatrakami. Pragnęła spokoju i dobrobytu, a Tadeusz mógł jej to zapewnić, lecz… kochała Romana. Nie, nie mogła go tak podle zdradzić. Z drugiej jednak strony dobrze jej było w ramionach dawnego kochanka. Czuła się w nich bezpieczna.

Siedziała w milczeniu, a on ściskał ją czule i całował po policzkach.

— Posłuchaj, Irenko. Miałaś szczęście, że zastałaś mnie jeszcze w akademiku. Jutro wyprowadzam się do swojego mieszkania. Mam dyplom w kieszeni, ojciec załatwił mi dobrze płatny etat dziennikarski w krakowskim oddziale „Trybuny Ludu”. Możemy sobie wspaniale ułożyć życie. Nad czym się jeszcze zastanawiasz?

Irena wybuchła szlochem.

— Jeśli nie wrócisz do mnie, on zginie. I też go stracisz. Nie masz innego wyjścia. Wróć, wróć — szeptał jej do ucha. — Zapomniałaś już, jak bardzo mnie kochałaś, zanim ten twój bohater cię zbałamucił.

Ciepło jego ciała działało na nią kojąco. Uspokoiła się i poddała jego pieszczotom. Była całkowicie zgnębiona, spragniona jakiegoś pocieszenia. Znalazła je w ramionach dawnego kochanka. Całując się namiętnie, spontanicznie zaczęli się rozbierać. Posiadł ją zachłannie. A ona zapomniała się w rozkoszy, którą dał jej ten piękny mężczyzna.

6

Tadeusz nalegał, aby przeprowadziła się do niego.

— Nie możesz tam w dalszym ciągu sama mieszkać. To niebezpieczne. Bezpieka ma cię na oku.

— A co będzie, jak Roman wróci i zastanie puste mieszkanie? Muszę na niego poczekać.

— Nie wyobrażaj sobie, że z nim zostaniesz. Jeśli to zrobisz, mój ojciec postara się, by go znów aresztowano — groził jej.

— Powiem mu prawdę. Zrozumie, że muszę być z tobą. Ale chcę z nim porozmawiać i pożegnać się — powiedziała ze łzami w oczach.


Jak cień krążyła między jednym a drugim mieszkaniem, nie mogąc doczekać się powrotu ukochanego. Jednak w nocy zapamiętywała się w rozkoszy z Tadeuszem, zapominając o całym tym koszmarze.

Gdy dowiedziała się o strajkach w kopalniach, zastanawiała się, kto je zorganizował. Wszak internowano wszystkich, zdawałoby się, zdolnych do tego ludzi. W kopalni „Wujek” górnicy zabarykadowali się i żądali uwolnienia internowanych oraz przywrócenia do życia „Solidarności”. Do głębi poruszona słuchała w radio, jak ich żony błagały, aby zrezygnowali. Uprzedzono je bowiem, że grozi im rozstrzelanie. I tak się też stało. Dziewięciu górników oddało życie. Irena przeżyła wstrząs, poczuła wyrzuty sumienia z powodu zdrady swoich niedawnych ideałów. Popłakiwała często, gdy była w mieszkaniu Romana. Tadeusz kazał jej łykać tabletki uspokajające, więc u niego jak tako się trzymała.


Nie mogła sobie wyobrazić rozstania z ukochanym, wiedziała jednak, że to konieczne. Znienawidziła Tadeusza za szantaż, który rzucił ją w jego ramiona. Wyrzuty sumienia doprowadzały ją do szaleństwa. Czuła się jak ostatnia dziwka. Zaczęła wymigiwać się od sypiania u niego. Nie przejmował się tym zbytnio. Przekonany był o wygranej. Wiedział, że czas leczy rany. Był pewien, że w końcu ukochana Irenka wyrzuci z serca jego rywala. Postanowił uzbroić się w cierpliwość. Wielkodusznie zgodził się na jej wyjazd do rodziców na święta Bożego Narodzenia, chociaż zamierzał spędzić je z nią w gronie swojej rodziny. Chciał przedstawić ją wreszcie swoim rodzicom. Zależało mu na tym, lecz uległ jej prośbom, by doceniła jego dobrą wolę.


To były ponure święta. Okazało się, że najlepsza przyjaciółka Ireny, Kasia też została internowana, co ją dodatkowo przygnębiło. Przyjaźniła się z nią od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Wspólnie spędzały wakacje, wędrując po Beskidach. Gdy po maturze Irena wyjechała na studia do Krakowa, pisały do siebie listy, w których zwierzały się ze wszystkiego. Spotykały się podczas każdego pobytu Ireny u rodziców i jej przyjaciółki w Krakowie.

Kasia nie dostała się na studia i rozpoczęła pracę w biurze. Zdawała na architekturę, bo — w odróżnieniu od Ireny — była zdolną matematyczką, a przy tym też ładnie rysowała. Przystępowała do egzaminu wstępnego trzykrotnie, w końcu doszła do wniosku, że nie ma zdolności w tym kierunku. Dalej więc pracowała w biurze i rozpoczęła zaoczne studia ekonomiczne.


Poznały się w nowo wybudowanej, pachnącej farbą, świeżo wymalowanej szkole, gdy obie zjawiły się w niej z bijącym sercem po raz pierwszy jako siedmioletnie dziewczynki. I odtąd stały się nierozłączne. Okazało się, że mieszkały w tym samym bloku nad stawem, do którego właśnie sprowadzili się ich rodzice. Obie były grzecznymi, dobrze ułożonymi dziewczynkami. Uczyły się dobrze, wspólnie odrabiały lekcje. Na przerwach chodziły po podwórku pod rękę, zwierzając się ze swoich dziecięcych problemów. Po lekcjach bawiły się na placu zabaw przed domem, nieraz wyprawiały się na pobliską, porośniętą trawą hałdę, z której w zimie zjeżdżały na sankach. W niedzielę jeździły tramwajem z rodzicami na mszę do parafii w pobliskiej dzielnicy Katowice-Dąb. Na osiedlu nie było kościoła. Władze nie udzieliły zezwolenia na jego budowę, mimo pilnej potrzeby. Matka Kasi nie pracowała, więc jeździła też z nimi na lekcje religii.

W piątej klasie zaniedbały się nieco w nauce, ponieważ zamiast odrabiać lekcje pochłaniały książki, głównie romanse, wagarowały w Parku Kultury i Wypoczynku na pierwszych niewinnych randkach z dwoma dryblasami z ósmej klasy, którzy imponowali im „dorosłością” i ekscytowali kradzionymi pocałunkami.

Były do siebie tak podobne, że czasami mylono je w szkole, z czego się cieszyły, bo kochały się jak siostry i chciały za nie uchodzić. W liceum zaczęły farbować włosy na ten sam kasztanowy kolor, kupowały te same ciuchy w domu towarowym. Nie było między nimi najmniejszych scysji, obie bowiem miały łagodne usposobienie i podobne zainteresowania. Najbardziej lubiły rysować. Chodziły nieraz po lekcjach do parku, szkicowały kwiaty i drzewa.

Rodzice Kasi również pochodzili ze Wschodu i podobnie jak rodzice Ireny, byli wrogo nastawieni do komunistycznej rzeczywistości. Dziewczynkom obijało się o uszy coś niecoś z ich frustracji, lecz spływało to po nich jak woda, tak samo zresztą jak i indoktrynacja w szkole. Zadowolone były ze swojego życia, nie wyobrażały sobie, że mogłoby być inaczej. Tak wspaniale, jak to podobno było w przedwojennej, wolnej Polsce, według relacji rodziców. Były szczęśliwe. Nie miały wielkich wymagań ani wielkich pokus. Lubiły lekcje rosyjskiego, podczas których uczyły się melodyjnych piosenek. W niczym im nie przeszkadzało uzależnienie ojczyzny od Związku Radzieckiego. Żyły w świecie marzeń, czytanych powieści, oglądanych francuskich i włoskich filmów. To były piękne czasy. Beztroskie i spokojne.


Teraz Irena wyrzucała sobie, że to przez nią Kasia została internowana. To ona namówiła ją do wstąpienia do „Solidarności”. Więcej, przekonała ją, aby kandydowała w wyborach na przewodniczącą zakładowej komórki. Gdyby jej przyjaciółka była tylko szeregowym członkiem, pewnie by jej nie internowano. Martwiła się o nią, tak samo niemal jak o Romana, i niemal tak samo cierpiała z powodu jej zniknięcia. Zaraz po przyjeździe odwiedziła jej rodziców, z nadzieją, że może coś wiedzą o losie córki. Niestety, podobnie jak Roman, przepadła jak kamień w wodę.


Jej optymistyczny z natury ojciec pocieszał jak mógł swoje obie załamane kobiety. Irena nie wspomniała rodzicom o Tadeuszu, lecz opowiedziała im wreszcie o Romanie, wypłakując się w ich ramionach.

— Możesz być z niego dumna — stwierdził jej ojciec. — Nie płacz, Bóg czuwa nad internowanymi — pocieszał ją. — Cały świat ujął się za nimi. Prezydent Stanów Zjednoczonych, a zaraz po nim wszystkie państwa świata zachodniego nałożyły sankcje gospodarcze na Polskę. Międzynarodowy Czerwony Krzyż domaga się dopuszczenia inspekcji w ośrodkach internowania. Ręczę ci, że zostaną wkrótce zwolnieni, a ich walka nie pójdzie na marne. Polska odzyska niepodległość…

— Ale kiedy? — przerwała mu jej matka. — Nie wiadomo, czy tego dożyjemy, a nasza córka… Marny jej los przy tym bojowniku — załamała ręce. — Nie wracaj do Krakowa, zostań w domu — zwróciła się do Ireny.

Ta pokręciła przecząco głową. — Nie mogę, mamusiu. Tam dowiem się w końcu, co się z nim dzieje, muszę tam na niego czekać. Prawda, tatusiu?

— Jak uważasz, córciu. — Mężczyzna rozłożył bezradnie ręce. — Ja jednak też wolałbym, żebyś została w domu. Jesteś wykończona, wyglądasz jak z krzyża zdjęta.

— Tutaj niczego się nie dowiem, a tam może ujawnią w końcu, co się dzieje z internowanymi. Może będę mogła się z nim zobaczyć, przekazać mu jakąś paczkę. Muszę, muszę wracać — rzekła zdecydowanie.

— Masz rację, dziecino. Oni ugną się w końcu pod naporem sankcji i wypuszczą internowanych. Jestem tego pewien.

W to akurat Irena nie wierzyła, lecz liczyła, że ojciec Tadeusza użyje swoich wpływów, by Romana uwolniono.

7

Tymczasem skuty kajdankami Roman znalazł się na komendzie milicji, gdzie po długim czekaniu, podczas którego funkcjonariusze SB straszyli internowanych, że „wyjadą na białe niedźwiedzie” i po rewizji osobistej załadowano ich do więziennej furgonetki bez okien, jadącej w niewiadomym kierunku. Podejrzewali, że na Sybir. Jednak wylądowali na ponurym dziedzińcu ciężkiego więzienia w Uhercach. Po mocowaniu się z potężnymi mężczyznami, którzy uprowadzili go z mieszkania i długotrwałym staniu na mrozie w piżamie przed wprowadzeniem ich do budynku, Roman zupełnie opadł z sił. Słaniał się i szczękał zębami. Był bliski utraty przytomności.

Potraktowano ich jak przestępców, zamykając w nieogrzewanych celach. Dopiero tu zdjęto Romanowi kajdanki. Skostniały z zimna zwalił się na pryczę. Do przykrycia miał tylko trzy cuchnące koce. Był zupełnie załamany i zrezygnowany. Całkowicie rozbity. Dręczyły go ataki kaszlu, po których zapadał w letarg. Nie odzywał się do nikogo, nie mógł zebrać myśli. Nie dochodziło do niego, co się dzieje w celi. Nie zdawał sobie sprawy, jak długo to trwało.

Ocknął się dopiero w ciepłym pokoju przesłuchań, łapczywie popijając gorącą herbatę. Przed nim siedział za biurkiem chudy, kościsty człowiek w garniturze, o żółtych, fałszywych oczach i kpiącym uśmieszku na ustach. Na biurku leżała otwarta, pękata teczka biurowa. Funkcjonariusz właściwie nie pasował do powszechnych wyobrażeń o szarym i ponurym, nierzucającym się w oczy esbeku. Wręcz przeciwnie, wyglądał malowniczo ze swoimi długimi, zmierzwionymi zupełnie siwymi, białymi włosami i kontrastującą z nimi czarną oprawą jasno-piwnych oczu. Mimo tych włosów nie był stary. Mógł mieć około pięćdziesięciu lat, o czym świadczyła jego twarz.

— I po co to panu było? — zwrócił się do Romana, rzucając ciężkie jak topór spojrzenie. — Artysta! Zamiast malować zajął się polityką. Przecież to bez sensu — pokiwał głową z politowaniem. — Jeżeli pan stąd kiedyś wyjdzie — przerwał i machnął ręką. — Lepiej nie mówić… Ale przystąpmy do rzeczy. Musi mi pan opowiedzieć o swoich kontaktach, zarówno w nielegalnej opozycji, jak i po legalizacji.

— O jakich kontaktach? Wszystko wiecie o mojej działalności. Znaliście każdy mój krok. Ma pan to wszystko w teczce, która przed panem leży. O co chodzi?

— Musi pan coś opowiedzieć. Niech pan zaczyna od początku i opowiada wszystko po kolei, co pan robił, z kim pan współpracował i tak dalej.

Roman spuścił głowę i milczał.

— Dlaczego nie złożył pan odwołania? — spytał oficer łagodniejszym tonem. — Wszyscy inni złożyli.

— Nie byłem w stanie ruszyć się z pryczy… Poza tym… To byłoby bez sensu. Ten cały stan wojenny i to internowanie są nielegalne.

— Bzdury pan plecie! — krzyknął nagle esbek, przybierając groźną minę. — Chyba chciałby pan wyjść na wolność, co?

— Zrozumiałe — bąknął Roman. — Jednak niczego nie będę opowiadał — podniósł głowę i tępym wzrokiem spojrzał swemu prześladowcy w oczy.

— To nigdy pan stąd nie wyjdzie. — Oficer wzruszył ramionami, wydymając wargi.

— Niech mi pan wreszcie da spokój. Chcę wrócić do celi. Muszę się położyć, bo źle się czuję. Naprawdę, traci pan czas — zaniósł się gwałtownym kaszlem.

Porucznik pomyślał chwilę, po czym rzekł:

— Nie będę pana męczył, bo widać, że jest pan chory. Przeniesiemy pana do szpitala więziennego. Niech się pan tam dobrze zastanowi. Kiedy poczuje się pan lepiej, znów pogadamy.

Po powrocie do celi Roman rzucił się na kaszę, którą strażnik przyniósł im na obiad. Jedząc łapczywie, krztusił się i pokaszliwał.

— Musimy wreszcie wezwać lekarza — zwrócił się do niego jeden z towarzyszy niedoli.

— Nie trzeba. Ten esbek powiedział, że przeniosą mnie do szpitala — odpowiedział i znów położył się na pryczy, szczelnie owijając się kocami.

Wkrótce zjawił się lekarz. Starszy, niepozorny, łysy człowieczek. Miał grobową minę. Wyglądał na ciężko przestraszonego. Po osłuchaniu Romana stwierdził:

— Nabawił się pan obustronnego zapalenia płuc. To poważna sprawa. Owinie się pan kocem i przejdziemy do naszego szpitala. Zaaplikujemy panu antybiotyk i… zobaczymy. Najlepiej byłoby, gdyby udało się pana przenieść do kliniki, bo w naszym szpitalu… — Nie dokończył, tylko machnął ręką. — Spróbuję, może się uda. To nie zależy ode mnie — rzekł ponurym tonem, nie patrząc mu w oczy.


Nazajutrz zjawił się przy jego szpitalnym łóżku przesłuchujący go oficer. Rozkazał innym chorym, by wyszli z sali.

— Ma pan szansę wydostać się stąd do kliniki, bo tutaj nie wydobrzeje pan zbyt szybko — oznajmił. — Jednak musi pan przedtem podpisać zobowiązanie do współpracy — dodał bez ogródek.

— Mowy nie ma — rzekł Roman zdecydowanym tonem.

— Chce się pan wykończyć? Nie zależy panu na życiu?

— Kiedy wreszcie odczepi się pan ode mnie?! — krzyknął, po czym zaniósł się kaszlem.

— Niech się pan dobrze zastanowi — pokiwał z politowaniem głową porucznik. — Chce pan sczeznąć w tym więzieniu? Jeśli podpisze pan współpracę, wyjdzie pan na wolność. Wprost z kliniki w ramiona ukochanej. Wyobraża pan sobie, co ta dziewczyna przeżywa, nie wiedząc, co się z panem dzieje? A pańscy rodzice?

Roman spojrzał mu w oczy wzrokiem pełnym pogardy, po czym odwrócił się na bok, przykrył z głową i wybuchł tłumionym szlochem.

— Zdychaj, ty idioto! — krzyknął oficer i zostawił go w spokoju.

W spokoju?! Nieszczęsny mężczyzna był roztrzęsiony. Serce waliło mu w piersi, jakby chciało ją rozerwać. Zdawało mu się, że za chwilę pęknie. Dusił się kaszlem, płaczem i poczuciem bezsilności. Przed oczami miał wykrzywioną bólem twarz Ireny. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo chciałby ją zobaczyć.

Wszystko skończone — myślał zrozpaczony. — Miłość, malowanie, walka o wyzwolenie ojczyzny spod komunistycznego jarzma… Wszystko już się dla mnie skończyło, absolutnie wszystko. Całe to moje życie. Pełne nadziei i wielkich planów.


Tymczasem stan jego zdrowia poprawiał się z dnia na dzień. Młody, zdrowy organizm poradził sobie z zapaleniem. Kaszel powoli ustępował. Co z tego? Skoro ogarnęła go tak obezwładniająca depresja, że stracił chęć do życia. Leżał ze wzrokiem utkwionym w sufit i nie miał ochoty podnieść się z pościeli. W jego znękanym mózgu dudniła jedna tylko myśl:

„Koniec ze mną. Wszystko stracone”.

Chociaż łykał tabletki nasenne, cierpiał na bezsenność, a gdy udało mu się w końcu nad ranem usnąć, dręczyły go koszmarne sny. Gdy zjawiał się porucznik, odwracał się na bok i przykrywał po czubek głowy.

Nie zdawał sobie sprawy, ile czasu upłynęło, kiedy przez włączany na wieczorny dziennik głośnik, jak grom z jasnego nieba poraziła go niesłychana wiadomość. Generał Jaruzelski ogłosił, że internowani mogą wyemigrować!

— Nie! — krzyknął nagle i zerwał się z pryczy.

— Człowieku, co ty robisz? — zwrócił się do niego więzień leżący na sąsiednim łóżku. — Ledwo trzymasz się na nogach. Kładź się z powrotem.

Spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem, zachwiał się z wrażenia i zwalił na pościel.

Nie, to nie może się tak skończyć — myślał gorączkowo. — Wydobrzeję, jestem młody, mam silny organizm. Przetrzymam. Będę malował, będę z moją ptaszyną! Wyjedziemy za granicę! Tam zrobię karierę.

Uszczęśliwiony zaczął snuć marzenia o przyszłym życiu z ukochaną w jakimś wolnym kraju. Tej nocy po raz pierwszy usnął i miał przyjemne sny. Śniła mu się Irena.


Nazajutrz znów zjawił się jego prześladowca. Tym razem Roman spojrzał na niego pytająco i czekał, co ma mu do powiedzenia. Oficer wyrzucił za drzwi innych chorych i zwrócił się do niego, jak zwykle z politowaniem kiwając głową:

— Gdzie pan ma rozum? Już dawno mógł pan napisać list do swojej dziewczyny i zobaczyć się z nią. Ale do pana nic nie docierało. W ogóle nie chciał pan ze mną rozmawiać.

— Naprawdę? Zaraz do niej napiszę! — krzyknął uszczęśliwiony, siadając na łóżku.

— Teraz to już nie ma sensu. Rozmawiałem z lekarzem. Wyszedł pan z tego. Ma pan końskie zdrowie. Już dzisiaj mógłby pan wrócić do domu.

Roman zerwał się z pryczy, lecz po chwili usiadł z powrotem.

— Tak w piżamie? — Rozłożył bezradnie ręce.

— Co pan w takiej gorącej wodzie kąpany? Najpierw trzeba załatwić formalności związane ze zwolnieniem z internowania.

— No świetnie, świetnie — powtarzał gorączkowo. — Muszę natychmiast zacząć załatwiać emigrację za granicę.

— Przedtem odbędziemy wiele rozmów — rzekł twardo oficer, patrząc mu w oczy wzrokiem bazyliszka.

— Jakich rozmów? Generał Jaruzelski chce się nas jak najszybciej pozbyć z kraju.

— Pan chyba spadł z choinki. Wyemigrować mogą zwolnieni z internowania, a pan jeszcze nie jest zwolniony.

— Nie rozumiem. Przecież powiedział pan, że mogę wracać do domu — denerwował się Roman.

— Powiedziałem: mógłby. Mógłby pan, gdyby podpisał pan zobowiązanie do współpracy.

— Pan chyba zwariował — oburzył się Roman. — Jeszcze pan sobie tego nie wybił z głowy?

— Jaki pan naiwny. Wyobraża pan sobie, że za granicą zrobi pan karierę? Takich artystów jak pan mają na pęczki w każdym zachodnim kraju. Bez naszej pomocy nic pan nie osiągnie. My tam mamy swoich ludzi, mamy kontakty…

— Nie będziemy tak rozmawiali — przerwał mu Roman, unosząc do góry ręce. — Jak pan to sobie wyobraża?! — krzyknął.

— Normalnie. Tak jak powiedziałem, podpisze pan współpracę, wypuścimy pana na wolność, potem odbędziemy wiele, wiele rozmów o tym, co i jak będzie pan dalej robił za granicą. Dopiero wtedy pan sobie wyjedzie. Do Niemiec. Tam przyda się nam pan najlepiej. Oni w zasadzie nie przyjmują internowanych, jednak pan, jako Ślązak, zostanie uznany za tak zwanego późnego przesiedleńca.

— Wpadł pan na świetny pomysł — rzekł z ironią Roman. — Tak. Wyemigruję do Niemiec. Jako przesiedleniec poradzę tam sobie bez waszej pomocy. A na razie wracam do więzienia. Przeczekam. W końcu wypuścicie nas wszystkich.

— Do jakiego więzienia chce pan wrócić? — Wzruszył ramionami oficer. — Tutaj już nie ma ośrodka odosobnienia. Wszyscy internowani zostali wywiezieni daleko stąd. Jutro wywieziemy i pana. Nigdy już pan nie zobaczy ani swojej dziewczyny, ani rodziców, ani innych bliskich osób.

Roman spuścił głowę i siedział w milczeniu. Grunt usunął mu się spod nóg. Poczuł, jak serce podskakuje mu do gardła.

— Radziłbym, żeby pan to sobie przemyślał. Poczekam do jutra na odpowiedź — rzekł spokojnym tonem oficer i wyszedł z sali.


Tej nocy Roman znów nie mógł zasnąć. Przewracał się z boku na bok. Dręczyło go poczucie bezsilności. Zostać kapusiem? Jak Judasz donosić za srebrniki na kolegów? Upaść tak nisko z wyżyn bohaterstwa, które napawało go dumą? To było nie do pomyślenia. Bezgranicznie gardził donosicielami. Stanowili dla niego jakiś perfidny, przerażający gatunek człowieka sprzedającego duszę diabłu. Nie potrafił zrozumieć, jak można przyjaźnić się z kimś jedynie po to, by na niego donosić, by go „rozgryźć” i zniszczyć. Wykluczone.

Z drugiej jednak strony… Miał sczeznąć w więzieniu? Nigdy więcej nie zobaczyć ukochanej? Nie mógł się pogodzić z tym, że jego życie miałoby się tak skończyć. Łzy spływały mu po policzkach. Ponure myśli doprowadzały do obłędu.

Nad ranem przyszło mu do głowy, że mógłby podpisać to przeklęte zobowiązanie, tylko dla pozoru. Wysyłać jakieś bzdurne raporty, starać się nikomu nie szkodzić. Liczył na swą inteligencję i pomysłowość.

Nie dam się zgnoić! — buntował się. Mam przed sobą całe życie. Wyjadę z Irenką do Niemiec i jakoś sobie z nimi poradzę. Może uda się nam uciec do Stanów? Tam mnie nie znajdą… Akurat? — Postukał się w czoło. — Cholera! Oni tam też mają swoich agentów. Szybko by mnie dopadli. — Westchnął ciężko. –Trudno, muszę podpisać ten cyrograf, nie mam innego wyjścia. A potem będę próbował wywieźć ich w pole — zdecydował zrezygnowany.

8

Gdy Irena dowiedziała się, że rodziny innych internowanych zaczęły otrzymywać od nich listy i zezwolenie na odwiedziny oraz wysyłanie im paczek, natychmiast udała się na komendę policji. Jednak w dalszym ciągu nie mogła uzyskać informacji o Romanie. Pobiegła do Tadeusza. Wpadła jak burza.

— Powiedz mi, dlaczego on nie daje znaku życia! — krzyknęła od progu. — To musi być twoja sprawka.

— Jak możesz mnie oskarżać? — spytał z wyrzutem, uszczęśliwiony, że wreszcie się zjawiła. — Siadaj, uspokój się. Dowiadywałem się o niego. Rozmawiałem z ojcem. Nie chciałaś się ze mną spotykać, więc nie mogłem ci powiedzieć, że on wkrótce zostanie zwolniony. Nie mógł do ciebie napisać. Leżał w więziennym szpitalu z wysoką gorączką. Miał zapalenie płuc. Ale już jest dobrze. Wyszedł z tego. Po co miałby teraz pisać, skoro wróci, zanim by do ciebie dotarł list, który musiałby przejść przez cenzurę?

— Boże drogi, dlaczego nie przyszedłeś do mnie z tą wiadomością?

— Nie chciałem cię martwić. Czekałem, aż on wyzdrowieje. Zapewniam cię, że wkrótce go zobaczysz. — Objął ją i zaprowadził do pokoju, gdzie usiedli na wersalce. — Mam nadzieję, że pamiętasz, co mi obiecałaś. Pożegnasz się z nim na zawsze i wyjdziesz za mnie, kochanie — objął ją czule. — Zostań dziś ze mną. Tak bardzo się stęskniłem.

Irena odsunęła się od niego i spuściła głowę. Ogarnęła ją rozpacz.

— Ostrzegam cię, jeśli zechcesz z nim zostać, on wróci do więzienia — rzekł ostrym tonem.

Wstała gwałtownie z wersalki. — Nienawidzę cię! — krzyknęła z furią i wyszła, trzaskając drzwiami.

Przez całą drogę do domu płakała. Gdy znalazła się w mieszkaniu, zażyła tabletkę uspokajającą i usiadła bezradnie na kanapie. Zrozumiała, że znalazła się w pułapce, w którą wpadła z własnej głupoty.

Jezus Maria, co teraz będzie? — Złapała się za głowę. — Jak mogłam prosić Tadka o pomoc? Jak mogłam z nim sypiać? Jak mogłam mu obiecać, że wyjdę za niego, jeśli jego ojciec wstawi się za Romanem? Jak mogłam mu uwierzyć, że internowani zostaną rozstrzelani albo wywiezieni na Sybir? Z rozpaczy straciłam rozum! Zwątpienie i tchórzostwo wtrąciły mnie do grobu. — Zdawało się jej, że zapada się pod ziemię, wprost do piekła. — Inni modlili się, chodzili na msze za internowanych, prosili Boga o ich uwolnienie. Mieli nadzieję, że Bóg ich wysłucha — myślała zrozpaczona. — A ja… zwróciłam się o pomoc do wroga. Zamiast pomóc, zaszkodziłam Romkowi. Co z tego, że wróci wcześniej od innych? Jeśli się nie rozstaniemy, Tadeusz zrobi wszystko, by go znów aresztowano. Tymczasem inni wytrwają do zniesienia stanu wojennego i doczekają się w końcu powrotu bliskich.

Z czarnych myśli wyrwał ją dzwonek. Zerwała się z kanapy. Podeszła na palcach do drzwi, spojrzała przez judasza i natychmiast je otworzyła, po czym padła w ramiona ukochanego.

— Jesteś! — wykrzyknęła uszczęśliwiona.

— Nie mogłem się doczekać, ptaszyno — rzekł, całując ją.

— Siadaj. Z pewnością jesteś głodny, zrobię coś do jedzenia. Najpierw jednak napijmy się kawy. Muszę nacieszyć się twoim widokiem — mówiła szybko, nerwowo. — Jak ty wyglądasz? Wykończyły cię te zbiry. Tak bardzo za tobą tęskniłam. Umierałam ze strachu i rozpaczy. Jednak jesteś. Nareszcie jesteś!

Boże drogi, jak mam mu powiedzieć, komu zawdzięcza uwolnienie i za jaką cenę — przykre myśli psuły jej radość z jego powrotu. To straszne, że będziemy musieli się rozstać!

— Ty też jesteś wymizerowana, kochanie — powiedział, siadając z nią na kanapie. — Wyobrażam sobie, co przeżyłaś.

Rozpłakała się i przytuliła do niego mocno, jakby chciała zatrzymać go na zawsze w uścisku.

— Nie płacz. Już jest dobrze — scałowywał jej łzy. — Teraz już nikt i nic nas nie rozłączy.

— Będziemy musieli się rozstać! — krzyknęła, zanosząc się płaczem.

— Co ty opowiadasz, Irenko? — Wytrzeszczył na nią oczy. — Dlaczego mielibyśmy się rozstać?

— Żebyś znów nie wylądował w więzieniu! — łkała coraz głośniej.

— Uspokój się, ptaszyno. — Pogładził ją po policzku. — Jesteś nerwowo wykończona, to zrozumiałe, ale skąd ci to przyszło do głowy?

— To moja wina. Co my teraz zrobimy? — Uspokajała się powoli, postanawiając opowiedzieć mu wszystko jak na spowiedzi i prosić o wybaczenie.

— Twoja wina? — zdumiał się. — Nie rozumiem, o czym mówisz.

— Zaraz wszystko ci opowiem, tylko zaparzę kawę.

Wyszedł razem z nią do kuchni. Przerażony śledził jej nerwowe ruchy, gdy wsypywała kawę do szklanek.

Ona chyba coś sobie ubzdurała z rozpaczy. To wszystko przekroczyło jej nerwową wytrzymałość– myślał zmartwiony. — Muszę jej to wyperswadować. Przejdzie jej, przecież jest psychicznie zdrowa — pocieszał się.

Sam zajął się zaparzeniem kawy, bo zauważył, że jej trzęsą się ręce.


— Tak, to moja wina, że musimy się rozstać — powiedziała, łyknąwszy nieco kawy, gdy usiedli w pokoju.

— Co ty opowiadasz? Dlaczego mielibyśmy się rozstawać? Jak mogłaś sobie coś takiego ubzdurać? — Załamał ręce.

— Nie zastanawiałeś się nad tym, jakim cudem tak wcześnie cię wypuszczono?

— Żadnym cudem. Chcą mnie na zawsze wyrzucić z Polski.

Spojrzała na niego zdumiona. Ach, tak to sobie Tadek wykombinował, żeby na zawsze pozbyć się rywala — pomyślała. — Tym bardziej muszę mu wszystko opowiedzieć.

— Zwolnili cię dzięki Tadeuszowi. Przyrzekłam mu, że jeśli jego ojciec wstawi się za tobą, to wyjdę za niego — zanosiła się szlochem. — Zrozum! — Złożyła błagalnie dłonie. — Chciałam uratować ci życie. On twierdził, że was rozstrzelają albo wywiozą na Sybir. Uwierzyłam, bo nie udzielano żadnych wiadomości o internowanych. Zagroził mi, że jeśli po twoim uwolnieniu nie rozstanę się z tobą, to wrócisz do więzienia… Zwątpiłam, straciłam wszelką nadzieję. Myślałam tylko o tym, żeby ci za wszelką cenę uratować życie.

— Jak mogłaś zwrócić się o pomoc do kogoś takiego?! — krzyknął spontanicznie, lecz natychmiast się uspokoił i przytulił ją mocno. — Przepraszam. Wyobrażam sobie, jak bardzo byłaś zdesperowana.

— To ja powinnam błagać cię o przebaczenie! — wykrzyknęła i uklękła przed nim.

Podniósł ją i posadził sobie na kolanach. — Jak mogłaś uwierzyć w takie bzdury? — mówił, całując ją po włosach. — Zostanę tak długo w Polsce, aż nas razem wypuszczą. Tadeusz nie jest w stanie nam w tym przeszkodzić.

— Aresztują cię — rzekła z przekonaniem, uspokajając się.

— Nie mogą mnie aresztować, jeśli nie dam się wciągnąć do nielegalnej działalności. On blefował, by cię odzyskać. Uwierz mi, im zależy na tym, żeby się mnie pozbyć.

— Ale mnie nie wypuszczą z tobą.

— Jak się pobierzemy, nie będą mogli cię zatrzymać.

— Jesteś tego pewien? — spytała.

— Oczywiście. Możesz mi zaufać.

Poddali się palącemu ich pragnieniu. Zaczęli się namiętnie całować i wkrótce znaleźli się na tapczanie.

9

Nazajutrz obudziło ich łomotanie do drzwi.

— Otwierajcie! Wiem, że tam jesteście! — krzyczał Tadeusz.

Irena zerwała się przerażona.

— Leż spokojnie — rzekł Roman. — Ja z nim porozmawiam.

Włożył szlafrok, podszedł do wejścia i uchylił drzwi.

— Czego tu szukasz? — spytał ostrym tonem.

— Przyszedłem po Irenę. Chyba powiedziała ci o naszej umowie. Zwolnili cię, więc zabieram ją do siebie i nigdy już jej nie zobaczysz.

— To ty jej już nie zobaczysz, skurwielu. Spieprzaj! — krzyknął Roman i zatrzasnął mu drzwi przed nosem.

Tadeusz stanął jak wryty. Co on taki pewny siebie? — zdumiał się zszokowany. Poczuł się, jakby go zdzielono obuchem. Przygotowany był na to, że ta łagodna dziewczyna pokornie pójdzie do niego.

Umówił się z ojcem, że ten zadzwoni, jak Roman zostanie zwolniony. Kiedy rankiem zatelefonował, Tadeusz natychmiast postanowił zabrać do siebie Irenę. Nie mógł wiedzieć, że jego rywal dogadał się z bezpieką. Nawet jego ojciec o tym nie wiedział. Takie sprawy stanowią ścisłą tajemnicę.

Jak go z powrotem wsadzą do więzienia, sama do mnie przyleci — pocieszył się. — Tak długo czekałem, to jeszcze trochę poczekam. Trudno — pomyślał gorzko rozczarowany.

Kompletnie załamany wolnym krokiem wrócił do domu. Zadzwonił do redakcji, że jest chory. Usiadł smętnie przy stole, na którym przygotował wspaniałe śniadanie dla ukochanej, lecz nie chciało mu się jeść. Tak się cieszył, że nareszcie będzie ją miał dla siebie. Niestety, znów będzie musiał czekać, nie wiadomo jak długo, bo przecież musi się znaleźć jakiś powód do aresztowania Romana.

Ten idiota od razu da się wciągnąć do podziemnej działalności, to pewne — pocieszał się. — Nie będę musiał zbyt długo czekać.

Rozejrzał się z dumą po trudno dostępnych, najbardziej wówczas luksusowych swarzędzkich meblach.

Tak wspaniale urządziłem dla nas mieszkanie, spełniałem wszystkie jej życzenia, a ona woli mansardę tego wyskrobka — myślał załamany. — Zwariowany ten nasz naród. Te strajki, demonstracje, te modły w kościołach… Psychoza tłumu. Stan wojenny im się nie podoba. Powinni dziękować Bogu, że Ruscy nie stratowali ich czołgami… I ta biedna Irenka dała sobie zawrócić w głowie. Dała się porwać emocjom… No cóż, ona z mlekiem matki wyssała nienawiść do komunistów, więc znalazła sobie bohatera.

Tfu! — Splunął na podłogę i przewrócił ze złością stół. — Jak długo jeszcze mam na nią czekać?! — krzyknął ze złością. — Trzeba było mu dać po mordzie i zmusić ją, żeby ze mną poszła! Tylko jak? Miałem wyważyć drzwi, kiedy mi je przed nosem zatrzasnął? Co miałem zrobić? — wściekał się rozgoryczony.

Wyjął z barku butelkę „Wyborowej”, postawił ją na stoliku okolicznościowym, usiadł na kanapie i zaczął popijać. Kiedy ją opróżnił, wyjął następną. Upił się do nieprzytomności.


*


Kiedy Tadeusz dowiedział się, że Irena wyszła za mąż za Romana i wyemigrowała z nim do Niemiec, natychmiast udał się do rodziców. Jechał jak szalony, przyciskając gaz do deski.

Mieszkali w dużym, szaro otynkowanym domu, urządzonym meblami na wysoki połysk, ze ścianami obwieszonym kiczowatymi landszaftami. Odkąd zainteresował się architekturą, sztuką i muzyką, fatalnie czuł się w tym szkaradnym miejscu.

Gdy przekroczył jego próg, rodzice przerazili się na jego widok. Wychudzony, przygarbiony, z podkrążonymi oczyma wyglądał, jakby wyszedł z długoletniego pobytu w więzieniu.

— Tadziu, co się z tobą dzieje?! — krzyknęła korpulentna brunetka o takich samych jak jego, zielonych oczach, biorąc go w ramiona i całując w policzek. Miała na sobie elegancką suknię w krzykliwym zielonym kolorze, który wraz z pofarbowanymi na rudo, ufryzowanymi włosami czynił ją podobną do papugi. — Tak bardzo się ucieszyłam, jak zadzwoniłeś, że przyjeżdżasz, ale widzę, że dzieje się z tobą coś niedobrego.

— Jak się masz, chłopie? — Poklepał go po plecach łysawy tłuścioch w rozpiętej koszuli, z wylewającym się ze spodni brzuchem. — No, faktycznie, marnie wyglądasz. Chyba nie przejąłeś się tymi rozruchami? Poradzimy z tym sobie. Rozgość się, napijemy się koniaczku i opowiadaj, co ci leży na wątrobie.

— Może najpierw coś zjesz, bo tak schudłeś, że chyba głodujesz w tym Krakowie. Nie masz tam nikogo, kto by o ciebie zadbał. Czas najwyższy, żebyś się ożenił.

— Nie jestem głodny. Nie mam apetytu.

— To zjemy ciasto, napijemy się kawy — rzekła kobieta i wyszła do kuchni.

— Co się dzieje. Chorujesz? — zaniepokoił się gruby aparatczyk, gdy już usiedli przy koniaku.

— Gorzej, umieram! — krzyknął Tadeusz, unosząc ręce.

Jego ojciec zaniemówił, patrząc mu badawczo w oczy.

— Umieram z miłości, z tęsknoty, z rozpaczy — mówił z egzaltacją. — Mam do ciebie żal. Obiecałeś mi, że tego łajdaka znów aresztują, niedługo po wypuszczeniu z więzienia. A tymczasem on ożenił się z moją dziewczyną i wywiózł ją za granicę — powiedział z wyrzutem.

— Nie histeryzuj. Zrobiłem wszystko, co było w mojej mocy. Niepotrzebnie zresztą dałem ci się uprosić. — Grubas machnął pogardliwie ręką.

— Musisz się dowiedzieć, gdzie oni mieszkają.

— Co ci to da? Nie pojedziesz do Niemiec, żeby ją porwać — roześmiał się tubalnie. — Przestań zawracać sobie nią głowę. Znajdź sobie inną i zapomnij o niej.

— Próbowałem. Mam dziewczynę. Prawdziwą seksbombę, jednak wciąż myślę o Irenie. Śni mi się co noc. Ty sobie nie wyobrażasz, jak myśmy się kochali, zanim ten łajdak zawrócił jej w głowie.

— Czas leczy rany. Zapomnisz o niej.

— To niemożliwe. Muszę ją odzyskać. Pewnie jest tam nieszczęśliwa — mówił Tadeusz szybko, gorączkowo. — Ona mnie kocha. Wiem to na pewno. Ten skurwiel wziął ją na walkę z komuną. Dała się zbałamucić. Jest taka łagodna, słaba. Jednak teraz pewnie żałuje. Nie zna języka, czuje się obco między Szwabami. Jak z nią porozmawiam, to go zostawi i wróci ze mną do Polski. Przekonam ją, że…

— Co się z tobą dzieje? — przerwał mu ojciec. — Ty chyba oszalałeś. Jesteś w amoku. Opamiętaj się. Wiem, trudno ci jest pogodzić się z przegraną. Zawsze wygrywałeś i miałeś wszystko, czego pragnąłeś. To urażona ambicja. Przejdzie ci. Z biegiem czasu zapomnisz o niej.

— Nic nie rozumiesz. Nie ustąpię temu bubkowi. Ona musi być moja! — krzyknął młodzieniec z emfazą, opróżniając kieliszek.

— Uspokój się, bądź mężczyzną. — Ojciec walnął go w plecy. — Czasami w życiu trzeba pogodzić się z przegraną.

W tym momencie wróciła jego matka z kawą i ciastem.

— No i jak tam. Dogadaliście się? — spytała z niepokojem.

— W sprawie czego mieliśmy się dogadać? — odburknął jej mąż. — Nie wsadzaj nosa w nie swoje sprawy.

— Nigdy mi nic nie mówicie! — Zdenerwowała się. — To mój syn. Mam prawo wiedzieć, co go gnębi.

— Gnębi! Gnębi! — krzyknął tłuścioch. — Za dobrze mu się powodzi. Rozmamłany jak baba. To twoja wina. Zrobiłaś z niego maminsynka. — Bądź mężczyzną — zwrócił się do syna. — Masz dobrą pracę, niczego ci nie brakuje. Nie zawracaj mi głowy duperelami.

— To znaczy, że nie dowiesz się, gdzie oni mieszkają?

— Sam się dowiedz, jak chcesz ściągnąć na siebie podejrzenia, że zadajesz się z wrogami ustroju. Głupi byłem, że dałem się w to wciągnąć, ale teraz koniec. Nie chcę więcej o tym słyszeć, rozumiesz?!

— O czym ty mówisz? — zmartwiła się kobieta. — Tadziu, nie wplątuj się w takie sprawy. To niebezpieczne.

Tadeusz wstał z miejsca. — Nie potrzebuję twojej pomocy — zwrócił się do ojca. — Sam mógłbym się dowiedzieć, ale nie chciałem nikogo w to wtajemniczać. Chciałem… — załamał mu się głos. — Myślałem… — Nagle rozpłakał się i wyszedł, trzaskając drzwiami.

— Chciałeś się wypłakać na mamusinej piersi, ty maminsynku! — krzyknął za nim ojciec.

Matka zerwała się i pobiegła za nim.

— Natychmiast wracaj! Siadaj! — rozkazał jej mąż. — Zostaw go. Jak będziesz się nad nim rozczulać, to mu całkiem puszczą nerwy. On musi wziąć się w garść.

Kobieta posłusznie wróciła na miejsce. — Nie dzieje mu się krzywda? — spytała, patrząc lękliwie w oczy mężowi.

— Nic złego mu się nie dzieje. Jak się uspokoi, to zrozumie, że mam rację. Nie martw się, za parę dni zadzwoni i mnie przeprosi.

Gdy Tadeusz dojechał do Krakowa, ochłonął ze zdenerwowania. Był jednak w podłym nastroju. Fatalnie czuł się we własnej skórze. Nie chciał być synem aparatczyka, nie chciał być „partyjniakiem”. Zazdrościł tym wszystkim powszechnie szanowanym opozycjonistom.

Usiadł smętnie na wersalce i rozczulał się nad sobą.

Dlaczego urodziłem się w komunistycznej rodzinie? — użalał się w myśli. -–– Do tej pory byłem z tego dumny, jednak teraz w tym całym stanie wojennym czuję się jak szmata. Duszę się w tej atmosferze nienawiści do takich jak ja. Co z tego, że Irena mnie kochała, skoro z chwilą powstania „Solidarności” zaczęła mną gardzić. Ten bojownik nie zawróciłby jej w głowie, gdybym nie był partyjniakiem. Co mi z tego dziennikarstwa, skoro czuję się unurzany w błocie zakłamania? To obrzydliwe picie wódki z prymitywnymi towarzyszami! Ten cynizm redakcyjnych kolegów. Teraz dopiero otworzyły mi się oczy. Koszmar. Nikt nie czyta naszej gazety. Jesteśmy powszechnie znienawidzeni. Jak spotykam kolegów ze studiów, to udają, że mnie nie widzą. Najgorsze, że to się już nigdy nie zmieni. Do końca życia będę pogardzanym komuchem. Że też nie przyszło mi do głowy, by zostać w Londynie, kiedy tam byłem na praktyce językowej! Przecież widziałem ten wspaniały świat, a mimo to wierzyłem, że kapitalizm obumiera, a przyszłość należy do socjalizmu, jak mi to od dzieciństwa wpajano. Teraz dopiero zrozumiałem, jaki byłem głupi.

— Nie chcę żyć w tym nieszczęsnym, ruskim nadwiślańskim kraju! — krzyknął nagle, wstając gwałtownie z miejsca.

Podszedł do barku, wlał do kieliszka koniaku. Usiadł z powrotem. Łyknął sporo i rozjaśniło mu się w głowie.

Przecież nie muszę — podjął nagle decyzję, czując podekscytowanie. — Głupi jestem. Olek ma kontakty z bezpieką. Dowie się, gdzie wylądował Romek. Wyjadę na turystycznym paszporcie do Niemiec. Złożę podanie o azyl. Powiem, że nie mogę w dalszym ciągu jako dziennikarz okłamywać społeczeństwa. Znam stosunki w krajach komunistycznych, znam angielski. Z niemieckim też sobie poradzę. Ślęczałem nad nim, by zapoznać się z niemiecką literaturą potrzebną mi do pracy magisterskiej. Przydam się Niemcom w jakimś instytucie zajmującym się stosunkami w państwach bloku wschodniego.

Ale zaszkodzę ojcu — zmitygował się. — A matka chyba umrze z rozpaczy — sposępniał. — Trudno. Irena jest najważniejsza. Bez niej moje życie nie ma sensu. Ona jest dla mnie wszystkim. Jak zrobię tam karierę naukową i stworzę jej luksusowe warunki, to zostawi tego chłystka.

10

Roman i Irena przeżywali euforię. Nie przypuszczali, że na Zachodzie jest tak wspaniale. To był zupełnie inny świat. Piękny, kolorowy. Zupełnie inna jakość życia. Nigdy dotąd nie zdawali sobie sprawy, jak ponuro jest w Polsce. W porównaniu z Monachium, Kraków, który wydawał się im najwspanialszym miastem w świecie, jawił się im teraz szary, brudny, zaniedbany.

W Polsce nigdy nie mieliby tak wspaniałych warunków materialnych i perspektyw rozwoju artystycznego. Największe wrażenie zrobiły na nich muzea, gdzie mogli oglądać oryginały obrazów najsłynniejszych artystów, które dotąd znali tylko z reprodukcji. Zachwycali się architekturą, wspaniałymi placami, dekoracyjnymi fontannami, a zwłaszcza bogatymi gotyckimi i barokowymi kościołami. Oszołomieni byli przepychem i elegancją tego wspaniałego miasta.

Jednak po zachłyśnięciu się urokami życia, zaczęli obserwować rzeczywistość krytycznym okiem. Poruszył ich problem nieznanego w Polsce bezrobocia. Niektórzy znajomi opowiadali im, że wysyłają po sto, dwieście podań o pracę i w końcu załamują się psychicznie. Odznaczająca się wyjątkową empatią i dobrym sercem Irena najbardziej przejęła się problemem bezdomności, z którym w Polsce nigdy się nie zetknęła. Był to dla niej szok. Nie wyobrażała sobie, jak można żyć na ulicy. Kiedyś przeczytała w gazecie, że jakiś chory psychicznie stratował nogami niemal na śmierć bezdomnego, a pewien inny człowiek zaatakował nożem nieszczęśnika śpiącego przed wejściem do supermarketu. Serce kroiło się jej z żalu nad losem tych ludzi. Nie była w stanie zrozumieć, jak to możliwe, by tak bogate społeczeństwo nie potrafiło zapewnić tym biedakom godnego życia. Wiedziała, że są w Monachium noclegownie, dziwiła się zatem, dlaczego wielu bezdomnych sypia pod mostem i w przeróżnych innych miejscach. Niepojęte było dla niej, że tak wielu nie ma mieszkania, chociaż niektóre nowo wybudowane domy na podmiejskich osiedlach świeciły w tym czasie pustkami. Urząd socjalny płacił czynsze za żyjących z zasiłku, który przysługiwał też bezdomnym. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego nie korzystają z tego.

Co to za ludzie, ci bezdomni — zachodziła w głowę — dlaczego wolą żyć na ulicy?

Wiedziała oczywiście, że są to na ogół alkoholicy i narkomani, ale istniały też ośrodki medyczne zajmujące się kuracją odwykową, którą im zapewniano.

— Nie masz innych problemów? — strofował ją Roman, gdy zaczynała z nim o tym rozmawiać.

Gardził tymi ludźmi i brzydził się nimi. Ona natomiast szczerze im współczuła. Przyglądała się ich dziwacznemu wyglądowi świadczącemu o tym, że chcieli się wyróżniać w szarym tłumie, być niezwykłymi. Skórzane spodnie, cudaczne fryzury i kolory włosów, łańcuchy, kolczyki, piercingi i inne przedziwne akcesoria świadczyły jej zdaniem o ich pragnieniu wyjątkowości, którego nie byli w stanie zaspokoić w inny sposób niż upijając się i narkotyzując.

Najbardziej współczuła kobietom. Kiedyś w zimie, gdy wracali z koncertu, nie potrafiła się powstrzymać, by nie podejść do bezdomnej układającej się do snu przed wejściem do butiku przy jednej z głównych ulic. Było to niezwykłe, ponieważ nie spotykało się tych nieszczęśników w takich miejscach. Sypiali na ogół w przejściach podziemnych, w korytarzach stacji metra, w miejscach oddalonych od luksusowej dzielnicy.

— Nie chciałaby pani przespać się u nas? — spytała spontanicznie.

Kobieta natychmiast wygrzebała się z łachów, którymi była otulona, jakby w obawie, by się nie rozmyślono, i zdecydowanym tonem chrapliwego głosu powiedziała: — Idziemy.

Wyglądała dziwacznie. Miała na sobie watowaną czarną kurtkę z podoklejanymi kolorowymi frędzlami z zaciekami kleju. Pewnie sama ją sobie tak ozdobiła. Spod nasuniętej do brwi zielonej, włóczkowej czapy z ogromnym czerwonym pomponem widać było zniszczoną twarz narkomanki z rozszerzonymi źrenicami.

— Czyś ty oszalała?! — zdenerwował się Roman. — Chcesz sobie zasmrodzić mieszkanie? Ona może być agresywna. Może narozrabiać. Może nas okraść.

— Daj spokój. Boisz się słabej kobiety?

— A gdzie ją położysz?

— W pracowni. Chyba lepiej jej będzie w ciepłym mieszkaniu niż na mrozie.

— Ale musiałaby pani spać na podłodze — zwróciła się do bezdomnej.

— Nie ma sprawy. Ja i tak nie mogłabym spać na łóżku. Odzwyczaiłam się. Taka jedna bogata pani wynajęła mi nie tak dawno na siebie mieszkanie. No wiesz, takiej jak ja nikt mieszkania nie wynajmie — rozgadała się, wyrzucając z siebie słowa jak z karabinu maszynowego. — No i dobrze. Po co mi mieszkanie? Jestem wolna jak ptak. Żadnego sprzątania, żadnych obowiązków. Ta pani kazała mi spać na tapczanie. To nie dla mnie. Spałam na podłodze. I w ogóle — machnęła ręką — to była katastrofa! Ona zabierała mi zasiłek socjalny i robiła dla mnie zakupy, żebym nie wydawała go na papierosy, alkohol i coś lepszego. Kazała mi chodzić do przychodni na odwyk. Nie dało się żyć. To co, idziemy?

— Nie — zwrócił się do niej ostrym tonem Roman. — Nie ma u nas miejsca.

— A dlaczego nie pójdzie pani do noclegowni? — spytała zawiedziona Irena, nie potrafiąc sprzeciwić się mężowi. — Wzięłaby pani prysznic, dostała czyste rzeczy…

— Tam straszna żulia — przerwała jej bezdomna, układając się z powrotem na ziemi. — Uciekam od tych bezdomnych, nie mogę ich znieść. Unikam tych wszystkich miejsc, gdzie koczują. Brzydzę się nimi! Normalnie w zimie myję się śniegiem… A teraz spierdalajcie! Chcę spać.

Po tym incydencie Irena przestała interesować się bezdomnymi. To po prostu pewien nieszczęśliwy, upośledzony gatunek człowieka. Nie da się im pomóc — stwierdziła z rezygnacją.


Ten problem wybiła sobie z głowy, lecz gnębiło ją coś innego. Z goryczą myślała o niesprawiedliwości dziejowej. Buntowała się przeciw temu, że jej naród, który tyle wycierpiał podczas wojny, musiał teraz przeżywać piekło komunistycznych rządów i nędzę.

Niemcy nie ponieśli żadnej kary — myślała z goryczą. — Wręcz przeciwnie. Są najbogatszym i najważniejszym państwem w Europie. Żyją sobie jak w raju. My wciąż ponosiliśmy klęski, na polu walki, w powstaniach. A oni wiecznie są zwycięzcami, nawet po przegranej wojnie.

Nie, nie zazdrościła im — to uczucie było jej obce — tylko serce się jej ściskało, gdy myślała o rodakach. Co miesiąc wysyłała paczki do rodziców, krewnych, do szkolnych i akademickich koleżanek. Przyłączyła się też do akcji wysyłania paczek prowadzonej przez niemieckie społeczeństwo. Roman zżymał się, że wydaje na to tak wiele pieniędzy.

— Wstydziłbyś się, my tu opływamy w dostatki, a oni tam głodują — wymawiała mu.


Im wiodło się wspaniale. Od jego zasobnych rodziców dostali parę tysięcy dolarów na początek, a poza tym jako „późni przesiedleńcy” otrzymali sporą sumkę na zagospodarowanie i komfortowe trzypokojowe socjalne mieszkanie w wysokościowcu na obrzeżu miasta, z balkonu którego widzieli szczyty Alp. Roman od razu zrobił prawo jazdy i kupił srebrnego Opla. Malował jak szalony obrazy związane z wydarzeniami w kraju. Rzucił się w wir politycznej działalności tamtejszej Polonii. Chodził w aureoli bohatera.

Prowadzący go oficer nie skłamał, że zapewnią mu kontakty, zarówno w polskim, jak i w niemieckim środowisku. W dużej mierze dzięki nim zdobywał, nie tylko coraz większy krąg znajomych, lecz również dodatkowe środki na działalność polityczną i artystyczną. A teraz pieniądze i kariera były dla niego najważniejsze. Zachłystywał się luksusami, o jakich w Polsce mógł tylko pomarzyć. Śmiał się w duchu ze swych oporów przed donosicielstwem. Pozbył się skrupułów, ponieważ współpraca z bezpieką windowała go coraz wyżej. Nie miał wyrzutów sumienia. Nie sądził, że jego raporty komukolwiek szkodzą. Przecież bezpieka miała tu tak wielu agentów i konfidentów, że i bez jego raportów o wszystkim wiedziała.

Współczuł imającym się najprymitywniejszych zajęć Polakom, wielu pomagał w przeróżny sposób. Ludzie z ukończonymi w Polsce studiami pracowali fizycznie. Nie mieli czasu na naukę języka, co było niezbędne do znalezienia jakiegoś lepszego zajęcia. Przebywali wyłącznie w polonijnym „getcie”. Wykształcone dziewczyny sprzątały, opiekowały się starszymi ludźmi, w najlepszym wypadku udawało się im zaczepić się jako gosposie w jakimś zamożnym polskim domu, których było niewiele.


Oni oboje dość szybko opanowali język w wystarczającym stopniu, bo oprócz ukończenia kursu językowego, pilnie się uczyli i mieli szerokie kontakty z Niemcami. Najbardziej jednak przyjaźnili się z Polakami pracującymi tu w swoich zawodach. Z rodzinami architektów i lekarzy, które stać było na kupowanie jego obrazów. Garnęli się teraz do antykomunistycznej aktywności, chociaż dotąd trzymali się z daleka od swoich prymitywnych rodaków.

Niemcy też interesowali się jego działalnością. Zwłaszcza angażujący się w politykę. Organizowali wystawy jego obrazów i kupowali je. Zamawiali u niego portrety, za które dobrze płacili.

Po pewnym czasie stać ich było na wynajęcie dużego, luksusowego mieszkania w śródmiejskiej secesyjnej kamienicy, które pełniło funkcję salonu artystycznego. Urządzali w nim patriotyczne spotkania z udziałem wybitnych przedstawicieli polskiej emigracji, a także opozycji w kraju. Spotkania te odbywały się w uroczystej oprawie obrazów Romana, dostarczając niezapomnianych przeżyć i patriotycznych uniesień uczestniczącym w nich kilkudziesięciu osobom. Gościli tam na przykład ministrowie Rządu Polskiego na Uchodźstwie w Londynie.

Pierwsze z tych spotkań pozostawiło w pamięci Ireny niezatarty ślad. Był to wieczór autorski poetki Barbary Sadowskiej, matki zamordowanego przez bezpiekę Grzegorza Przemyka. Poruszająca konfrontacja z matką opłakującą tragiczną śmierć syna w czytanych przez siebie wierszach przytłaczała ogromem cierpienia ich autorki. Z upływem czasu Roman stał się znanym organizatorem i uczestnikiem manifestacji oraz sympozjów potępiających stan wojenny, jak również poświęconych walce o suwerenność Polski i innych państw o ustroju komunistycznym. W dalszym ciągu zawzięcie walczył z „komuną”. Nie przeszkadzało mu to w przekazywaniu szczegółowych informacji bezpiece. Najważniejsze, że był w swoim żywiole. Nie zastanawiał się zbyt często, czy to niemoralne. Miał chyba elastyczne sumienie. W każdym razie pieniądze i powodzenie uśpiły je. Jednak od czasu do czasu odzywało się. „Sprzedałeś duszę diabłu. Jak Judasz za srebrniki donosisz na przyjaciół.” I wówczas coś gryzło go wewnątrz. Ogarniała go czarna melancholia. Dusiła chandra, którą zalewał alkoholem. Na szczęście zdarzało się to dość rzadko.


Na jednym ze spotkań poznali małżeństwo gdańskich artystów — rzeźbiarkę Małgorzatę i malarza Szymona Sobeckich, którzy od dawna już mieszkali w Niemczech. Przenieśli się właśnie z Essen do Monachium. On był przystojnym brunetem, a ona — szara myszka z małymi oczkami i zbyt wielkim nosem. Potrafiła jednak zakręcić się koło niego, kiedy się podczas studiów poznali. Wzięła go na litość. Wyczuła u niego instynkt opiekuńczy i dobre serce. Podniecały go jej kompleksy i łzy. Pocieszanie kończyło się zawsze w łóżku. Wzruszały go nawet nieustanne sceny zazdrości, co mu zresztą nie przeszkadzało w skokach na bok. Głównie jednak imponowała mu intelektem, wyobraźnią i poczuciem humoru. A przy tym była zapobiegliwa i sprytna. W Polsce załatwiała im partyjne zlecenia. Pochodziła ze wsi i potrafiła dogadać się z „towarzyszami”.


Małgorzata zaprosiła Irenę do swojej pracowni. Gdy ta stanęła wśród zgromadzonych w niej figur, doznała wstrząsu. Z jednej strony uczyniły na niej piorunujące wrażenie, lecz z drugiej — o dziwo! — poczuła się wśród nich całkiem swojsko. Byli to dla niej ludzie, z którymi stykała się na co dzień. Zdeformowani, podziurawieni, poskładani z kawałków. Niektórzy z nich mali, inni — olbrzymy, jedni — szarzy, drudzy — bajecznie kolorowi. Przedziwni, lecz bliscy.

Ze zdziwieniem wyczytała później w katalogach, że są to istoty pozaziemskie, postaci mityczne czy też roboty, androidy. Sugerowały to zresztą wymyślone przez artystkę nazwy tych rzeźb. Ale z Ireną rozmawiała o nich jak o bliskich i znajomych. I tak na przykład pokazała jej niebieską figurę jako prototyp przyszłej synowej. Młoda, ładna, dobra, łagodna, skromna — Matka Boska Zielna. Nie była to zresztą jedyna Madonna, która wyszła spod jej dłuta, a raczej szlifierki tarczowej i innych elektrycznych maszyn.

Zaczęło się od „Jutrzenki Wolności”, pomysłu niezłomnego patrioty księdza Pawła Skotnickiego, proboszcza polskiej parafii w Essen, który organizował przeróżne imprezy na rzecz „Solidarności”. W Polsce Małgorzata i Szymon byli ateistami, ale po przybyciu do Niemiec przeistoczyli się w gorliwych katolików. Pewnego razu ksiądz Paweł, wskazując na Małgorzatę, powiedział: „A Gosia zrobi nam figurę Matki Bożej — „Jutrzenki Wolności”.

Zaniepokoiło ją to zadanie. Nigdy dotąd nie wykonała żadnej wolno stojącej rzeźby postaci ludzkiej. Socrealizm ze swymi popiersiami Lenina, Stalina, Dzierżyńskiego oraz innych rewolucjonistów i przodujących robotnic obrzydził polskim artystom twórczość tego rodzaju. A poza tym była w zasadzie malarką.


Kiedy po obejrzeniu rzeźb usiadły przy kawie, Irena uniosła się wraz z artystką na fali jej dawnych wspomnień.

W lecie 1975 mąż jej wyjechał na plener do Rzeszowa, a ona została sama w domu, żeby coś namalować. Czuła się opuszczona i samotna. Była to bowiem ich pierwsza rozłąka. Dotąd zawsze pracowali wspólnie. Malowali obrazy, najpierw w dużym jednym pokoju, gdzie syn za szafą miał łóżeczko i rzucał na nich z góry zabawkami, gdy nie mógł usnąć, a później w domu wybudowanym dzięki realizacjom ogromnych malowideł ściennych i mozaik ceramicznych na zlecenie Komitetu Wojewódzkiego PZPR.

— Czułam w swym wnętrzu taką… wielką dziurę, patrząc na swoje obrazy — snuła wspomnienia Gosia, przenosząc się w zadumie w tamte czasy. — Były tak jakoś irytująco ładne. Wprost nie do zniesienia! Wzięłam do ręki nóż i ze złością zaczęłam wycinać dziury. Dwa cięcia i… zwisa kawałek płótna. Patrzę z przerażeniem, co ja najlepszego zrobiłam i oczom nie wierzę. Ten zwisający kawałek płótna określa przestrzeń, załamuje światło, rzuca cień, uplastycznia obraz. Odkrywam ogrom możliwości przeróżnych rozwiązań kompozycyjnych. No dobrze — zastanawiam się — ale kto to zrozumie? Pomyślą, że zwariowałam! Nikt tego nie zaakceptuje! Mimo to spakowałam obrazy i wysłałam je na wystawę do Rzeszowa. A oni wszyscy tam już na nie czekali. Otwierają skrzynię… W pierwszym momencie mąż mój krzyknął: „Ktoś uszkodził obrazy!”. Zorientowali się jednak w końcu, w czym rzecz. Skojarzyłam sobie później, że podobnie ciął obrazy włoski malarz Lucio Fontana. Nie przejmowałam się tym jednak, malując dalej swój „dziurawy świat” i nazywając to „totalną destrukcją”. Później wpadłam na jeszcze lepszy pomysł — robiłam dziury, a następnie cerowałam je, łącząc gobelinowe wstawki z malarstwem… Wiecznie przychodzą mi do głowy jakieś dziwne pomysły. Kiedyś, na przykład, podczas przedświątecznych porządków nie miałam serca wyrzucić odpadów spleśniałego chleba. Zachwycona jego barwą zaczęłam go łączyć z drzewem, tworząc obiekty, w których zawsze występuje krzyż. Tak mi on jakoś pasuje do chleba.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 43.2