E-book
27.3
drukowana A5
55.13
Zasady Gry Tom II

Bezpłatny fragment - Zasady Gry Tom II


Objętość:
402 str.
ISBN:
978-83-8245-279-2
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 55.13

Rozdział 1

Sierpień w tym roku był upalny i słoneczny, choć zdarzały się też dni mocno chłodne, takie jak dziś. W powietrzu czuć było coraz częściej wilgoć nadchodzącej jesieni. Drzewa wciąż zielone i tętniące życiem falowały delikatnie w chłodnym wietrze, a z pobliskiego lasu dało się słyszeć śpiew ptaków. Blanka siedziała w ogrodzie na ulubionym wiklinowym fotelu, ubrana w leginsy i długi, grubo pleciony, beżowy sweter z golfem. Tym razem była sama, pochłonięta pracą nie zwracała uwagi na to co dzieje się wokół niej, choć co jakiś czas rozpraszały ją szczekania psów biegających po ogrodzie.

— Może kawy? — niski, męski, trochę mruczący głos rozległ się tuż za jej plecami, ale zamyślona nawet go nie zauważyła i podskoczyła ze strachu kiedy dłoń dotknęła jej ramienia.

— Może kawy? — mężczyzna powtórzył z uśmiechem, podchodząc do niej od boku i spoglądając w twarz.

— Boże, przepraszam zamyśliłam się, tak poproszę.

— Duża, mocna i z mlekiem? — zaśmiał się.

— Skąd wiesz? — spytała zasłaniając dłonią rażące ją słońce.

— Zawsze pani taką pije — chłopak uśmiechnął się pokazując równe, białe zęby.

— Serio? To tym razem też poproszę — wróciła do czytania konspektów.

Po tych kilku miesiącach u boku Adama przywykła już do stałej obecności ochroniarzy.

Po kilku minutach wysoki, dobrze zbudowany chłopak przyniósł Blance duży kubek z gorącą, pachnącą kawą i talerzyk z ciastkami.

Spojrzała na niego chłodno.

— Nie jem słodyczy.

— Kobiety… — westchnął z uśmiechem i pokręcił głową.

Podjeżdżający pod bramę samochód przerwał ich rozmowę.

— Może by mi ktoś otworzył, bo chyba mi bateria w pilocie wysiadła! — Karolina zawołała wychylając się przez otwarte drzwi.

Blanka parsknęła śmiechem, a chłopak bez słowa i z uśmiechem na twarzy wyciągnął z kieszeni pilot i kierując go w stronę bramy wcisnął guzik.

— Ty serio nie chcesz się pozbyć tego złomu? — Blanka zawołała do wysiadającej pod garażem przyjaciółki.

— Po co? Jeździ? Jeździ!

— Ale nie pasuje teraz do ciebie — odwróciła twarz do wciąż stojącego przy niej chłopaka — no co tak stoisz? Kawka dla pani — uśmiechnęła się szeroko.

Ochroniarz popatrzył na dziewczynę i poszedł w kierunku domu.

— A co on cię tak słucha? — Karola obejrzała się za odchodzącym chłopakiem.

— Perspektywa śmierci za niesłuchanie to wystarczający powód?

— Uważaj, bo znów będzie dym.

— Proszę cię, on ma dwadzieścia lat — zaśmiała się.

— Wielka wada faktycznie.

Blanka przysunęła się blisko do Karoliny i zbliżyła głowę do jej twarzy, rozejrzała się jakby z obawy, że ktoś może usłyszeć co mówi, a Karola z przejęciem otworzyła szeroko oczy.

— Dobra, powiem ci coś, ale obiecaj, że nikomu nie powiesz — szepnęła.

— Wiedziałam! Co jest?

— Obiecaj mi! — poważnie patrzyła dziewczynie w oczy.

— Blant, obiecuję!

— Nawet Donowi!

— Kurwa, Blanka nie przeginaj, mów!

— Kocham Adama co dzień mocniej — zaśmiała się cicho.

— Kurwa! Jaja sobie robisz? — krzyknęła i uderzyła Blankę w głowę, leżącymi na stoliku dokumentami.

— Ej, co mi papiery psujesz?

— Rozmawiałaś z matką? — pytanie Karoliny zmyło z twarzy Blanki uśmiech — Stara, musisz z nią w końcu porozmawiać.

— Karo, ona nie chce ze mną gadać, ona chce, żebym odeszła od Komandosa.

— Po co mówiłaś kim on jest?

— A co miałam jej powiedzieć, że jest kwiaciarzem? Z trzema luksusowymi samochodami, Kawasaki w garażu, gigantyczną chatą i pistoletami zawsze przy sobie?

— No fakt, pewnie sama by się domyśliła, że te giwery to nie na mszyce — zaśmiała się.

— Poczekam trochę, aż jej wkurw minie i spróbuję z nią pogadać. Wiesz, nawet jej się nie dziwię — westchnęła i podciągnęła nogi na fotel — Nie wiem co bym zrobiła gdyby moja córka tak do mnie zadzwoniła i powiedziała, że chce wyjść za gangstera, przemytnika i płatnego zabójcę. Ale z drugiej strony, ona nie chce nawet słuchać tego, co ja mam jej do powiedzenia. Ona by chciała, żebym miała spokojne życie u boku jakiegoś nudnego prawnika, bez stresu, bez zagrożenia i kurwa bez emocji. A tak się nie da, nie wymienię tego życia na spokojne. A matka w końcu przywyknie.

— Wnuk by to przyspieszył… — Karolina spojrzała niepewnie na Blankę.

Dziewczyna przewróciła oczami i oparła się w fotelu.

— A ty co? Gadałaś z Adamem? Nie chcę teraz dziecka, wiem, że Komandos na to czeka jak na zbawienie, ale ja chcę jeszcze trochę popracować. Chociaż tyle, żebym nie musiała wszystkiego sama pilnować. Jak już szkoła mi ruszy na tyle, że będę mogła nadzorować wszystko z domu, to pewnie o tym pomyślimy. No ale on chce już, teraz, natychmiast, najlepiej, żebym jutro zaszła, a pojutrze urodziła — zdenerwowana mówiła patrząc przed siebie — A u was jak?

— A daj spokój — machnęła zrezygnowana dłonią — Wydawałoby się, że to nic trudnego. Gacie w dół, bzyknąć i po sprawie. A tu kicha…

— Oj dopiero jeden cykl przepadł, nie przejmuj się — popatrzyła w smutne oczy Karoliny i chwyciła jej dłoń.

— Nie przejmuję się, ale Don mało nie wybuchnie. Wiesz, męskie ego cierpi, boi się, że to z nim jest coś nie tak. Na zasadzie, co ze mnie za facet, że dziecka lasce nie umiem zrobić — popukała się w czoło — a jak zaczynam z nim o tym rozmawiać, to od razu się kłócimy.

— A co jeśli on ma rację? — Blanka niepewnie spojrzała na Karolinę.

— Nie myślę o tym. Wiesz, może to jest tak, jak z naszym pierwszym seksem? Za bardzo się staramy.

— A może to po tych tabletkach nie wychodzi, może musicie odczekać trochę?

Ich rozmowę przerwał dźwięk przesuwającej się bramy.

— O, rycerz wrócił z wojny — Karolina zaśmiała się na widok wjeżdżającej granatowej Audi.

— No nareszcie, zawsze się boję, że kiedyś nie wróci.

Adam podszedł do dziewczyn i pochylił się nad Blanką, całując jej słodkie, różowe usta. Dziewczyna objęła go mocno za szyję i przyciągnęła do siebie.

— Stęskniłem się za tobą marudo — szepnął jej do ucha — Też chcesz buziaczka? — spojrzał wesoło na Karolinę.

— Odwal się co? — zaśmiała się — musicie się tak mizdrzyć na widoku, jak ja nie mam Dona od prawie tygodnia? Adam, kiedy mi faceta oddasz?

— Myślę, że nie później niż za trzy dni, ale będę ludzkim panem i dam mu po powrocie tydzień wolnego, to się wyprzytulacie.

— Jasne — uśmiechnęła się sztucznie i poszła do domu.

Adam usiadł obok Blanki.

— Jak tam Skaza się sprawdza?

— Co? — spytała zdziwiona.

— Chyba kto? Twój bodyguard — zaśmiał się.

— Aaa, Artur. Fajny, miły, dobrze wychowany, nieźle zbudowany, wesoły, przystojny, młody — wymieniała kolejne zalety patrząc na coraz bardziej wkurzonego Adama.

— A coś złego? — zapytał zaciskając szczęki.

— A po co?

— Żebym miał go za co zastrzelić.

— Kocham cię mój ty tyranie — usiadła mu na kolanach i mocno pocałowała — A czemu on jest Skaza?

— A nie wiem, od początku był.

Jak na zawołanie chłopak podszedł do Komandosa i z uśmiechem przyglądał się wtulonej w niego Blance.

— Skaza, czemu ty jesteś Skaza? — Komandos zapytał znienacka, a chłopak uśmiechnął się jakby się wstydził.

— Jak miałem dziesięć lat, to wyjebałem się na rowerze i rozciąłem sobie ryj, wyglądałem jak Skaza z Króla lwa, dzieciaki mnie tak wtedy ochrzciły i tak już zostało.

— Dobra królu lwie, jedź do domu. Jutro melduj się o piątej.

— Jasne, do widzenia.

Adam patrzył Blance w oczy i od razu poznała, że coś się stało.

— No mów!

— Słońce, jutro wyjeżdżam — jego wzrok był poważny i pełen obaw.

— Na długo? — wbiła w niego swoje niebieskie oczy, ale tylko kiwnął głową.

— Na tydzień.

Dziewczyna schowała twarz w dłoniach.

— Kochanie, nie przejmuj się, to nie pierwszy taki wyjazd, zawsze wracałem — uśmiechał się do niej, ale też się martwił. Nie lubił zostawiać jej na tak długo.

— Jasne. Znów do Rosji?

— Do Czech.

— Jezu, jeszcze tam cię nie było.

— Skaza z tobą zostanie, a potem będzie już Dorian.

— I co, nie boisz się zostawić mnie z takim młodym? — uśmiechnęła się zalotnie

— Nie denerwuj mnie — pokręcił głową i patrzył w ziemię.

— A jak Don nie wróci teraz, to co? Artur będzie tu ze mną cały tydzień całodobowo siedział? Zwariowałeś?

Podniósł na nią wściekły wzrok.

— Blanka nie dobijaj mnie już. Nic się nie wydarzy i Dorian do piątku tu będzie, więc co najwyżej dwa dni z nim będziesz. On dobrze wie co stało się z Darkiem i nie sądzę, żeby się odważył ryzykować, nie jest głupi.

— Przepraszam — przypomniały jej się ostatnie wydarzenia z Darkiem.

— Dobra, chodź do domu, bo zimno się robi. Co to za papiery? — spojrzał na stolik zawalony dokumentami.

— Wykładowcy przesłali mi konspekty zajęć do przejrzenia. Trochę tego jest.

— Mój pracuś — objął ją i przytulił, chowając jej twarz w swoich silnych ramionach — nie miałem jeszcze pracującej kobiety, ciekawe doświadczenie.

— Źle tak jest?

— Dumny jestem z ciebie — podniósł ją do góry i mocno pocałował.

Kiedy weszli do domu Karolina siedziała w salonie na fotelu ze szklanką whisky w ręce.

— Boże, ta już — Blanka odwróciła się do Adama — Karo, Dorian zaraz wróci, już bliżej niż dalej.

— A ja ci mówię, że coś jest nie tak. Nie pierwszy raz wyjechał, a jeszcze nigdy tak się nie bałam jak dziś.

Adam patrzył na Karolinę i było mu jej żal.

— Dziewczyno, ma najlepszych ludzi ze sobą, zna się dobrze na tej robocie. Poradzi sobie, zobaczysz. Chcecie coś zjeść?

Karolina zamknęła zapłakane oczy i pokręciła głową.

— To może coś niezdrowego? Pizza, frytki i wiadro Nutelli? — Adam nie odrywał od niej wzroku.

— Zwłaszcza to wiadro mnie ciekawi, skąd je weźmiesz? — powiedziała pociągając nosem.

— Jak to na pocieszenie to załatwię, tylko już nie rycz.

Karolina podniosła się z fotela i poszła do barku po kolejną porcję procentów.

— Nie pij już może co? Będziesz jutro cierpieć — wyjął jej szklankę z ręki.

— Nie jesteś moim ojcem, nie jesteś moim mężem! — płakała rozżalona.

Komandos obejrzał się na stojącą kilka kroków dalej Blankę i zaśmiał się.

— Słuchaj, jak mocno potrzebujesz to mogę być, no może nie ojcem, ale mężem to czemu nie.

Karolina szeroko otworzyła oczy i stała jak zamurowana.

— Co?

— Jajco! Nie pij tyle, jutro do pracy musisz wstać. Siadajcie zaraz dam wam coś do jedzenia.

Podszedł do Blanki i pocałował ją w szyję.

— Zrób coś z nią — szepnął i ruszył w stronę kuchni.

Blanka wzięła ze stolika szklankę z whisky i usiadła obok Karoliny.

— A ty co? Masz powód do picia?

— No trochę mam, Adam jedzie jutro na tydzień do Czech.

— To też zajebiście — wychyliła pół szklanki alkoholu.

Blanka odwróciła się i patrzyła na chodzącego po kuchni narzeczonego. Chciała się na niego napatrzeć, żeby wystarczyło jej na cały tydzień.

Adam przygotował dziewczynom kolację i usiadł razem z nimi w salonie. Narzuciły tak szybkie tempo picia, że wiadomo było, że żadna nie wstanie przed południem. Po godzinie picia w milczeniu zadzwonił domofon. Adam wstał bez słowa i wyszedł z domu, po kilku minutach wrócił. Popatrzył na zapłakaną wciąż Karolę i postawił przed nią białe wiaderko.

— Co to ma być? Nie będę rzygać, nie po to piłam.

— Nutella, trzy litry wystarczą? — zaśmiał się.

— Co kurwa? — przysunęła się do stolika i otworzyła białą pokrywę.

Zapach czekolady rozniósł się w salonie.

— O żesz w dupę! — spojrzała wesoło na Adama i wcisnęła palec w zawartość wiaderka.

— I to prawdziwa — powiedziała oblizując opuszek.

— A jaka miała być?

— Skąd ją wziąłeś o tej porze i to w wiadrze?

— Wiesz może lepiej nie pytaj — spojrzał na smutną Blankę — Co słońce?

— Ona dostała coś na pocieszenie, a ja? — zrobiła jeszcze bardziej smutną minę.

— Dla ciebie też coś mam, chodź na górę to ci pokażę.

— Jak chcesz to możemy się zamienić — Karolina zaśmiała się do przyjaciółki.

— Żryj tę czekoladę i niech ci w dupę pójdzie — odpowiedziała z uśmiechem.

Adam złapał narzeczoną za rękę i pociągnął w stronę schodów. Wchodząc na górę przyciągnął dziewczynę do siebie.

— O piątej wyjeżdżam — spojrzał na nią poważnie.

— To musimy się spieszyć — odwróciła się do niego i mocno pocałowała.

Adam chwycił ją w pasie i posadził na sobie, niósł ją na górę ciągle całując jej namiętne usta. Zaczęli się rozbierać już na szczycie schodów, Komandos nie mógł wytrzymać widząc półnagą ukochaną. Przycisnął ją do drewnianej ściany i szybko wsunął dłoń między jej nogi.

— Nawet rozgrzewać cię nie muszę — szepnął czując jej ciepłe, mokre krocze.

— Przy tobie zawsze jestem przygotowana na wszystko.

Bez namysłu oplotła jego biodra nogami i czuła jak twardy penis powoli w nią wchodzi. Wyczekiwana przyjemność rozlała się po jej delikatnym ciele. Rytmiczne kołysanie zwiększało jej doznania i pragnęła go mocniej z każdą chwilą. Pieściła językiem jego pulsującą podnieceniem szyję, czuła ulubiony cytrynowo-pieprzowy zapach jego perfum i czuła wzrastającą podnietę kochanka. Komandos mocno ścisnął jej pośladki. Podniecenie Blanki rosło coraz mocniej, nie chciała przestawać, bała się stracić jakąkolwiek chwilę. Nie ukrywała swoich uczuć, a jej jęki były coraz głośniejsze.

— Ej, ja tu wszystko słyszę! — usłyszeli głos Karoliny.

Blanka z uśmiechem schowała twarz w ramię kochanka.

— Włącz sobie telewizor i jedz tę czekoladę! — Adam starał się mówić poważnie, ale wciąż się śmiał.

Odwrócił twarz do Blanki i wbił w nią swoje spragnione, gorące usta. Całował jej szyję i obojczyki, a ich ruchy były coraz silniejsze, dziewczyna wbijała w jego plecy długie paznokcie doprowadzając Adama na skraj rozkoszy. Czuli nadchodzący szczyt ich szaleńczej gonitwy po spełnienie. Adam wciąż pieścił miękkie pośladki dziewczyny kiedy fala orgazmu pochłonęła ich gorące ciała. Nie chcieli przestawać, Komandos rytmicznie i delikatnie przyciskała się do zmęczonej narzeczonej uśmiechając się na widok jej podnieconej twarzy.

— Chodź do sypialni — szepnął całując jej ucho.

Chwycił ją mocno i trzymając dalej na sobie zaniósł ją do pokoju.

— Gdzie pani sobie życzy?

— Najpierw pod prysznic.

Stali chwilę pod strumieniami ciepłej wody całując się i pieszcząc nawzajem swoje spragnione bliskości ciała. Chcieli nacieszyć się sobą przed rozstaniem. Komandos ściskał w dłoniach piersi dziewczyny rozpalając na nowo jej pożądanie. Językiem pieścił jej długą smukłą szyję upajając się jej zapachem, pragnął jej całej, najchętniej nie wypuszczałby jej z rąk i ciągle było mu jej mało. Blanka całowała spiętą klatę Komandosa schodząc miękkimi ustami coraz niżej, aż dotarła do stojącego na baczność członka, uśmiechnęła się patrząc Adamowi w oczy. Poruszyła brwiami i dotknęła językiem delikatnej główki. Adam westchnął głośno i odchylił głowę do tyłu. Położył dłonie na głowie dziewczyny i wplótł palce w jej blond włosy. Wsunęła członka najgłębiej jak mogła, a jego słuszny rozmiar wypełnił jej spragnione usta, poruszała się spokojnie, zaciskając delikatnie miękkie wargi. Ciało Adama szalało w seksualnym amoku, jego oddechy stały się szybkie i urywane, czuł wzrastające napięcie każdego mięśnia jego odurzonego podnieceniem ciała. Ruchy dziewczyny stawały się coraz szybsze i głębsze. Chciał ją podnieść, ale złapała jego dłonie i przytrzymała za plecami, chciała, żeby skończył w jej ustach, wiedziała, że to już nie potrwa długo i nie myliła się. Po kilkunastu sekundach poczuła obfity wytrysk. Ciepła sperma spływała jej powoli do gardła, a dziewczyna nie przestawała pieścić zmęczonego penisa, rytmicznie poruszała głową, zaciskając coraz mocniej wilgotne, miękkie wargi. W końcu Komandos chwycił ją mocno za włosy i odsunął od siebie.

— Wariatka! — uśmiechnął się podnosząc ją z kolan.

— Przepraszam, więcej nie będę — spojrzała na niego pożądliwie i przesunęła językiem po umięśnionej piersi Adama.

— I do tego niewyżyta wariatka! — podniósł ją i posadził sobie na brzuchu — skończymy w łóżku.

Leżeli w białej pościeli kiedy zadzwonił telefon Adama, poznał dzwonek i wiedział, że musi odebrać. Wyszedł rozmawiać do toalety, a po kilku minutach wrócił. Blanka leżała naga na brzuchu, a jej kształtna pupa i szczupłe plecy podniecały go za każdym razem tak samo. Położył się na niej wsuwając męskość między jej pośladki.

— Kochanie, przepraszam, ale muszę jechać do Karola.

— O tej porze? — odwróciła do niego zdziwioną twarz.

— Chyba coś się stało, ale nie chciał mówić przez telefon. Wrócę za jakieś półtorej godziny. Poczekaj na mnie to dokończymy zanim wyjadę — pocałował jej kark i szybko się ubrał.

Blanka leżała w pustym łóżku, co chwilę spoglądając na zegarek, mijała już druga godzina od wyjazdu, a Adama nadal nie było. Dochodziła północ kiedy poczuła jak powoli usypia. Przez sen czuła, że ktoś na nią patrzy i nerwowo otworzyła oczy. Na łóżku obok niej siedział ubrany Adam, odruchowo spojrzała na zegarek, była druga w nocy.

— Długie te twoje półtorej godziny — westchnęła.

Nie odezwał się.

— Adam? Co ci jest? — widziała jego zaciskające się szczęki — Adam! Co się stało?

Patrzył jej w oczy i nie wiedział co powiedzieć.

— Coś im nie poszło… Dorian dostał…

Rozdział 2

Blanka długo patrzyła w kamienną twarz Adama.

— Wiesz, jeśli to żart, to wcale mnie nie śmieszy — powiedziała z żalem w głosie.

— Kochanie… czy ja wyglądam jakbym się śmiał? — pierwszy raz słyszała jak jego głos się łamie. To nie był już ten sam pewny siebie i stanowczy facet.

Łzy napłynęły jej do oczu, a wargi zaczynały drżeć.

— Chcesz powiedzieć, że on… — urwała zdanie, bo nie potrafiła wypowiedzieć tych słów głośno — że on nie żyje? — słysząc własne słowa rozpłakała się w głos.

Adam przysunął się do niej i mocno ją objął.

— Cicho, nie płacz — próbował ją uspokoić chociaż sam ledwo się trzymał.

Zasłaniała usta dłońmi próbując zahamować swój spazmatyczny krzyk rozpaczy i trzęsła się w ramionach Adama coraz mocniej.

— Nie wiemy jeszcze nic pewnego. Karol dostał telefon od jednego chłopaka, który jest z Donem. Nie zdążył powiedzieć nic konkretnego poza tym, że Dorian oberwał. Potem sygnał się urwał, nie wiemy czy stracili telefony czy mają urządzenia zagłuszające sygnał. Lokalizatory też nie odpowiadają, nie wiemy nawet gdzie są. Jeśli żyją to muszą sobie sami poradzić.

— Adam, powiedz, że zostaniesz. Nie pojedziesz do tych cholernych Czech — płakała patrząc mu w oczy.

Nie odzywał się, zdjął bluzę i buty i położył się na łóżku obok niej. Mocno ją przytulił i całował jej włosy. Nie mogła się uspokoić, bo doskonale znała odpowiedź.

— Kochanie, nic mi nie będzie, nie bój się.

— Karolinie mówiłeś to samo. Boże co ja jej teraz powiem? — podniosła na niego oczy.

— Nie wiem, jeszcze nic nie wiemy, podejrzewamy tylko. Będzie się tylko niepotrzebnie martwić. Może to tylko tak groźnie wygląda i nic im nie jest, może jest tylko ranny.

— I co mam z nią siedzieć przy winku i plotkować?

— Rano pojedzie do pracy, a później może będzie już coś więcej wiadomo.

— Tak, o ile wstanie po tej ilości alko. Nie będę jej okłamywać, nie umiem jej okłamywać. Poza tym ja też bym nie chciała, żeby ukrywała przede mną coś takiego. Adam boję się — łzy jak groch spływały jej po bladych policzkach.

— Wiem słońce. Słuchaj, rozmawiałem z Konradem, zaraz zjadą się chłopaki, nie zostaniecie tu same. Karolina jeśli będzie chciała jechać do salonu to też broń Boże sama.

— No tak, to faktycznie nie zauważy niczego podejrzanego.

— To powiesz jej ogólnie, że coś jest nie tak. Nie pierwszy raz macie kilku ludzi do ochrony. A teraz śpij już, ciężki dzień przed tobą — przycisnął ją do siebie i pocałował w skroń.

— Adam, proszę cię, nie zostawiaj mnie tu samej, umrę ze strachu — podniosła się i położyła na Adamie kładąc głowę na jego mostku, a dłonie wsuwając mu pod łopatki.

Komandos szalał na myśl o ich rozstaniu. Objął dziewczynę i mocno przytulił.

— Szybko zleci, zobaczysz. Jutro może dowiemy się czegoś więcej o Donie. Zna się na tej robocie, da sobie radę zobaczysz.

— Do dupy takie życie — podniosła głowę i zbliżyła się do ust Adama — nie chcę cię stracić.

Szare oczy Komandosa zaszkliły się od łez, położył rękę na jej głowie i mocno przyciągnął do siebie. Całował ją długo i subtelnie, upajał się każdym jej dotykiem, chłonął przez skórę jej kuszący zapach i gładził jej skórę próbując zapamiętać każdy kawałek jej ciała. Doskonale wiedział, że może jej już nigdy nie zobaczyć, ale nie chciał jej tego mówić. Nie zniósłby jej reakcji na taką wiadomość.

Blanka przytulona do ciała ukochanego po godzinie płakania usnęła. Obudziły ją przytłumione głosy dobiegające z parteru. Podniosła głowę z poduszki, a brak Adama jej nie zaskoczył. Wstała z łóżka i ubrała szlafrok. Cicho wyszła na korytarz i szła w kierunku schodów. Słyszała głos Adama wydającego rozkazy ochronie, brzmiał tak pewnie i groźnie, że zawahała się czy zejść na dół. Cicho stąpała stopień po stopniu. Komandos stał tyłem do schodów nie widząc pojawiającej się dziewczyny. Blanka spojrzała na kilkunastu wielkich facetów, którzy słuchali grzecznie wszystkich rozporządzeń. Przykładając palec do ust dała im znać żeby na nią nie reagowali. Stanęła na schodku za plecami Komandosa i kiwała głową w rytm jego słów. Chłopaki na początku udawali, że nic nie widzą uciekając wzrokiem po pokoju ale po chwili trudno było im wytrzymać.

— Skaza, czy ja powiedziałem coś zabawnego? — Adam zabrzmiał tak, że Blanka sama się go przestraszyła.

— Nie — Artur patrzył mu w oczy i lekko skinął głową.

Adam obejrzał się za siebie, a przestraszona dziewczyna stała tuż za nim.

— Ty też na odprawę? — spojrzał na nią wściekłym wzrokiem.

— Jak pozwolisz — odpowiedziała przepraszająco.

Nie był zadowolony z jej obecności, ale nie umiał jej wyprosić. Wskazał głową na miejsce przy kominku i odprowadzana wzrokiem przez wszystkich obecnych, usiadła w dużym fotelu, z którego szybko wstał jeden z mężczyzn.

— Nie przeszkadzam wam przypadkiem? — Komandos zgromił podwładnych i wszyscy od razu odwrócili wzrok od Blanki.

Adam próbując nie patrzeć na narzeczoną rozdzielał kolejne zadania. Po kilkunastu minutach chłopaki rozeszli się do swoich obowiązków, a Komandos został w salonie sam na sam z Blanką. Usiadł na kanapie naprzeciwko niej i patrzył jej głęboko w oczy, jakby chciał, żeby czytała jego myśli.

— Przepraszam, nie powinnam przychodzić.

Adam oparł głowę na rękach i patrzył na podłogę.

— Dziewczyno, wiesz co zrobiłaś?

Zdziwiona pokręciła głową.

— Przecież oni wcale nie słuchali co ja mówię — uśmiechnął się.

— W sensie, że…

— Tak w tym sensie — przerwał jej.

— Sorry, chciałam z tobą pobyć zanim wyjedziesz — popatrzyła ze łzami w oczach w jego czarne tęczówki i wstała z fotela.

Słyszał jej kroki na drewnianej podłodze i zamykane drzwi sypialni.

Teraz był wściekły sam na siebie, do jego wyjazdu została godzina, a on zamiast cieszyć się jej bliskością i przytulić to na nią nawarczał. Schował twarz w dłoniach i oparł się o poduszkę kanapy. Wszystko naraz zawaliło mu się na głowę. Po chwili wstał i poszedł do sypialni. Blanka leżała schowana pod kołdrą.

— Słońce, przepraszam. Nerwy mi już dziś nie wytrzymują. Boję się o ciebie — wsunął dłoń pod kołdrę i dotknął jej pleców — błagam odezwij się, bo zwariuję, nie będę cię słyszał przez tydzień — odkrył dziewczynę i przysunął się do jej ciała — kochanie, wiem zasłużyłem, ale ukarz mnie po powrocie, nie teraz — słyszał jak cicho płacze.

Leżał jeszcze chwilę przy niej, głaszcząc jej plecy i kark. W końcu przyszedł czas na wyjazd. Bez słowa pocałował jej głowę i wyszedł z sypialni. Był już u dołu schodów kiedy złapała go za rękę. Przycisnęła go do swoich ust i długo całowała. Objął ją w pasie i przycisnął do ściany, stali tak wtuleni w siebie jakby poza nimi świat nie istniał. Blanka nie hamowała płaczu, słone łzy płynęły po jej twarzy i zwilżały policzki Adama. Bał się wypuścić ją z rąk, obejmował mocno jej talię i przyciskał z całej siły do siebie.

— Przepraszam szefie — głos Skazy zabrzmiał krok od nich.

Komandos nie odrywając ust od warg dziewczyny sięgnął za pasek i wymierzył pistolet prosto w chłopaka.

— Ok, poczekam na zewnątrz — powiedział spokojnie i wyszedł.

Adam wtulił twarz w szyję narzeczonej i przytulił podnosząc ją do góry.

— Słońce nie martw się i bądź ostrożna. Jakby któryś z ochroniarzy budził jakiekolwiek twoje obawy, to dzwoń bezpośrednio do Konrada, wizytówka jest w mojej szufladzie z dokumentami, jeśli chłopaków będzie za mało to powiedz Skazie, zorganizuje jeszcze kilku.

— Adam, oni się tu nie zmieszczą — zaśmiała się — Miało ich być kilku, a nie kilkunastu.

— Oj tam — uśmiechnął się — obstawią posesję, żebyście mogły spokojnie wyjść do ogrodu.

— A mogę chociaż z nimi rozmawiać i kawę wypić? — uśmiechnęła się słodko.

— Dziewczyno, nie kombinuj — patrzył na jej stęsknione oczy — rób co chcesz, tylko bez przesady, bo wolałbym ich nie zabijać po powrocie. I uściskaj ode mnie Karolinę. Muszę lecieć skarbek.

Blanka wtuliła się w jego pachnącą klatę, a on pocałował ją w czoło i wyszedł.

Wiedziała, że nie powiedział jej wszystkiego o swoim wyjeździe i domyślała się dlaczego. Usiadła w kuchni przy stole i oparła głowę o blat.

— Może położy się pani jeszcze spać? Jest po piątej — troskliwy głos Artura ocknął dziewczynę.

— Kurwa Skaza! Nie mów do mnie pani, bo czuję się jakbym już do pięćdziesiątki dobiła.

— Ok, przepraszam — spojrzał na nią ze współczuciem, widział w jej twarzy ból i strach.

Jej piękne niebieskie oczy były matowe i bez życia. Teraz Artur nie był w stanie jej niczego odmówić.

— To może kawy? Dużej, mocnej i z mlekiem — z zainteresowaniem przyglądał się Blance próbując ją rozweselić.

Jej pusty wzrok utkwiony był w okno wychodzące na ogród, po którym co chwilę przechodził jakiś ochroniarz.

— Myślisz, że coś nam grozi? — zapytała nagle odwracając twarz do chłopaka.

— Wiesz, Komandos…

— Wiem co mówił Komandos — przerwała mu — ja pytam co ty myślisz?

Wzruszył ramionami nie spuszczając wzroku z jej przerażonych oczu.

— Możliwe, tu interesy nie zawsze są czyste, nigdy nic nie wiadomo. Chłopaki zniknęli bez śladu, a zemsta zawsze idzie w górę.

— Co?

Skaza usiadł obok niej, ale nie bardzo wiedział czy powinien jej wszystko tłumaczyć.

— Komandos jest bezpośrednio nad Donem, jeśli coś się komuś nie spodobało, że chciał zlikwidować Doriana to nie będzie szukał kogoś, kto jest niżej od niego nie? Pójdzie wyżej, czyli najpierw tutaj.

— I co teraz będą polować na Adama?

— Może nie będą, może ta cała sytuacja to czysty przypadek.

Wiedziała, że chce ją tylko pocieszyć i uspokoić. Dwie rozhisteryzowane baby na pokładzie nie ułatwiłyby im pracy. Pokiwała głową i znów odwróciła twarz do okna.

Czas mijał, a Blanka siedziała nieruchomo przy stole, nie zauważyła nawet, że przed nią pojawiło się śniadanie i kawa.

— Jedz dziewczyno, bo jak schudniesz to Komandos mnie rozstrzela.

— Nie jem tak wcześnie — burknęła.

— Wcześnie? Jest po ósmej — zaśmiał się pokazując białe zęby.

Blanka podniosła na niego szkliste, błękitne oczy i przez kilka długich sekund nie odrywali od siebie wzroku.

— Wow, co dzień tak będziemy miały? — głos Karoliny dobiegł od schodów.

Blanka odwróciła wzrok od Artura i spojrzała na przyjaciółkę.

— Przeszkodziłam wam? — przenikliwie spojrzała na Blankę i opartego o oparcie jej krzesła chłopaka.

— Siadaj, jest świeża kawa — Blanka bez emocji odwrócił głowę.

Karolina podeszła do stołu nie spuszczając wzroku z Artura.

— Zostawię panie, jakby coś było potrzeba to jestem przed domem. Smacznego! — nie czekając na odpowiedź wyszedł z domu.

Karo usiadła tyłem do okna i spokojnie przyglądała się Blance.

— Chyba go strasznie nie lubisz — odezwała się nagle, wskazując głową drzwi od kuchni.

— Bo?

— No, skoro życzysz mu takiego losu, przecież jak Komandos się dowie, że sobie tak przy śniadanku słodko w oczka zaglądacie to pewnie się bardzo ucieszy.

— Serio nie mam ochoty na takie żarty. Adam pojechał do tych jebanych Czech i raczej nie przewiduje pokojowych negocjacji, bo mamy dwudziestu ochroniarzy na podwórku — wskazała głową na okno.

Karolina obejrzała się za siebie.

— Chcesz mi coś powiedzieć? — popatrzyła na czerwone oczy Blanki.

— Nic poza tym, że nie jest wesoło, ale to chyba sama zauważyłaś.

— A co z młodym? — spytała podejrzliwie.

— Karolina, serio? Nie mam głowy do flirtowania. Boję się o chłopaków — spojrzała na Karolę ze łzami w oczach, z nadzieją, że nie zapyta czy wie coś o Dorianie — A ty jedziesz dziś do pracy?

— Jak się ogarnę to pojadę, tylko nie wiem jak będę prowadzić bo jeszcze się czuję na gazie po tej whisky.

— Trzeba chłopaków uprzedzić, że będą z tobą jechali to cię zawiozą od razu.

— Czemu ze mną? — patrzyła w Blanki oczy i widziała, że nie mówi jej wszystkiego — co jest stara?

— Nie nic, Adam wariuje, że nie ma żadnego z nich z nami.

— No, ale Don niedługo wraca.

Blanka wahała się chwilę z odpowiedzią.

— No i jak wróci to chłopaki wyjadą, a przynajmniej ich część — starała się mówić jak najbardziej naturalnie.

— Jasne — uśmiechnęła się z niedowierzaniem — dobra zjem, idę pod prysznic i jadę zarabiać.

Blanka odetchnęła z ulgą, że Karoliny nie będzie kilka godzin w domu, liczyła, że przez ten czas dowie się czegoś pewnego. Wstała od stołu i wyszła przed dom. Na jej widok kilku facetów stanęło na baczność.

— Spocznij załoga — zaśmiała się — Artur mogę cię na chwilę?

Chłopak uśmiechnął się jakby tylko na to czekał.

— Nawet na zawsze, nie tylko na chwilę szefowo — poważnie stanął przed Blanką.

— Karolina chce zaraz jechać do pracy to…

— Ok, dam znać chłopakom, żeby się przygotowali — dokończył za nią.

— Skąd wiedziałeś co chciałam?

— A co mogła pani ode mnie chcieć? Jestem tu od ochrony.

— Tylko ktoś ją musi zawieźć, bo nie bardzo nadaje się do prowadzenia.

Uśmiechnął się i bez słowa poszedł w kierunku garażu. Blanka chwilę stała i wpatrywała się w odchodzącego chłopaka. Podobał jej się, miał w sobie to coś, co przyciągało uwagę. W duchu skarciła samą siebie za takie myślenie, odwróciła się i poszła prosto do sypialni. Wciąż spoglądała na ekran telefonu w nadziei, że dostanie w końcu jakąś wiadomość. Była zmęczona, chciała wziąć prysznic, ale nie miała siły, żeby iść do łazienki. Położyła się na łóżku i zasnęła. Po dwóch godzinach podniosła oczy, szybko spojrzała na telefon, ale nie było żadnej wiadomości. Bała się bardziej z każdą mijającą minutą. Po długim prysznicu poczuła głód. Zeszła na dół w dżinsowych szortach i czarnym koronkowym topie. Nie rozglądając się po domu weszła do kuchni i podskoczyła ze strachu widząc stojącego przy wyspie chłopaka.

— Cholera, chcesz, żebym na zawał zeszła? Zawsze tak cicho siedzisz?

— Sorry — uśmiechnął się.

— Co ty tu robisz? — przeszła obok Artura i wyjęła z lodówki pudełko sałatki i butelkę wina.

— Będziesz pić? Jest jedenasta.

— To zegarek sobie przestaw jak masz z tym problem — spojrzała poważnie — chcesz też?

— Nie dzięki — pokręcił z uśmiechem głową.

— To co tu robisz?

— Zdawało mi się, że pracuję, myślałem, że wiesz.

— Myślałam, że pojechałeś z Karoliną — mówiła nalewając wino do szklanki.

— Jestem osobiście odpowiedzialny przed Komandosem za twoje bezpieczeństwo, więc sorry masz mnie przez tydzień całą dobę. Karolina ma Tomka przy sobie.

— Tomka… — westchnęła — No, jeszcze kurwa lepiej — przewróciła oczami i wychyliła szklankę do dna.

— Wino szklankami pijesz? — pytał zaskoczony.

— Mało w życiu widziałeś — przypomniała sobie imprezy z Karoliną i picie wódki szklankami z Komandosem w hotelu.

Mimowolnie łzy napłynęły jej do oczu, a podbródek zaczął drżeć, nalała kolejną porcję wina i wypiła duszkiem całą zawartość szklanki.

— Wolniej dziewczyno, bo do wieczora nie dożyjesz — zabrał jej butelkę, nalał wino do szklanki, a butelkę odstawił do lodówki — nie chcę skończyć jak Darek — spojrzał jej w oczy.

Po plecach Blanki przeszedł chłodny dreszcz na wspomnienie tamtego pamiętnego wieczoru.

— Darek był…

— Wiem co zrobił nie musisz mi mówić — patrzył na nią poważnie i groźnie.

— Ale ty nie wyglądasz na takiego.

— A on wyglądał? Skąd wiesz, że nie jestem gorszy od niego…?

Rozdział 3

Blanka wpatrywała się w duże niebieskie oczy Skazy i dopiero teraz przyszło jej do głowy, że historia zatoczyła koło. Artur dokładnie jak Darek usypiał jej czujność troską i opieką, był przy niej zawsze wtedy gdy tego potrzebowała, zawsze z uśmiechem na twarzy i chętny do pomocy.

Odstawiła szklankę z winem i bez słowa odsunęła się od wyspy, przy której stali. Artur nie spuszczał z niej swojego wzroku i śmiał się w duchu, że zrobił na niej takie wrażenie. Bała się go i nagle przestał jej się podobać, wspomnienia nagrania z Darkiem szybko ją obudziły. Odwróciła się, ale Skaza zdążył złapać jej nadgarstek. Przerażona odwróciła twarz, a serce biło jej tak szybko, że wręcz słyszała jego uderzenia.

— Nie zapominaj, że tu jest monitoring — powiedziała najodważniej jak umiała.

— Serio uważasz, że jakbym chciał ci coś zrobić to przejąłbym się monitoringiem — jego głos był tak samo ciepły i łagodny jak zawsze, mimo to poczuła na skórze dreszcze.

Była z nim w domu sama, wiedziała, że może jej teraz zrobić absolutnie wszystko. Skaza czuł jak jej ręka, którą trzyma w dłoni drży coraz mocniej. Delikatnie poprowadził ją na drugą stronę wyspy i posadził dziewczynę na hokerze.

— Nic nie zjadłaś — szepnął.

Odsunął się od Blanki i podał jej talerz, widelec i pieczywo.

Dziewczyna siedziała w bezruchu patrząc na Artura i zastanawiając się o co chodzi.

— No jedz — uśmiechnął się jak zawsze.

W oczach Blanki błysnęły łzy strachu. Takiej reakcji nie przewidział.

— Hej dziewczyno, no co ty! Przepraszam, żartowałam sobie. Nie przypuszczałem, że tak zareagujesz — nie wiedział co ma teraz zrobić.

Blanka bez słowa wstała ze stołka i pobiegła na górę.

— Ja pierdolę! — Skaza zasłonił dłońmi twarz wiedząc, że będzie miał kłopoty.

Przerażona dziewczyna zamknęła drzwi sypialni na klucz i rzuciła się na łóżko. Płakała w poduszkę ze strachu i bezsilności, Adam wyjechał i wróci za tydzień, Dorian nie wiadomo czy w ogóle wróci, Karolina w pracy. Jest w domu sama z obcymi facetami, a ten, który miał ją chronić okazał się być kimś innym niż jej się wydawało.

Usłyszała ciche pukanie do drzwi.

— Blanka… — głos Artura przerwał ciszę — przepraszam cię — jego ton był łagodny jak zawsze — wybacz, nie sądziłem, że cię tak przestraszę, serio uwierzyłaś, że mógłbym zrobić ci krzywdę?

Nie odpowiedziała mu, leżała na łóżku i czekała, aż odejdzie od drzwi. W końcu usłyszała oddalające się kroki na schodach. Przytuliła się do poduszki, tęskniła za Adamem, chciała zasnąć i obudzić się u jego boku, niestety jeszcze kilka długich, samotnych dni przed nią. Leżała wtulona w pachnącą pościel i nawet nie zauważyła jak powoli usnęła.

Śnił jej się Artur, jego wielkie błękitne oczy i rzęsy tak długie i gęste, że rzucały cień na policzki. Patrzył na nią dzikim i groźnym wzrokiem. Rzucała się na łóżku, nagle zerwała się z krzykiem i odruchowo obróciła twarz na poduszkę Adama.

— Boże, co tu się dzieje? — mówiła sama do siebie.

Po chwili zauważyła, że spała pod kołdrą i jest cała spocona od nerwów i temperatury w pokoju. Rozebrała się i poszła pod prysznic. Letnia woda przyjemnie chłodziła jej zmęczone i rozgrzane ciało. Wciąż prześladowały ją wspomnienia z dzisiejszego przedpołudnia. Wiedziała, że w końcu będzie musiała wyjść z sypialni i stawić czoła Arturowi. Nie chciała, żeby widział w jej oczach strach, w końcu to ona miała tu rządzić. Wzięła kilka głębokich oddechów i ubrana w krótkie dresowe spodenki i luźny top na szerokich ramiączkach zeszła do kuchni. Dom był pusty, przez okno widziała przechadzających się ochroniarzy. Zrobiła sobie kawę i usiadła w salonie na fotelu. Wzięła łyk gorącego napoju i skrzywiła usta.

— Czemu mi taka dobra nie wychodzi jak im?

Oparła się mocno w fotelu i położyła nogi na stole. Dźwięk otwieranych drzwi od domu poruszył wszystkie jej nerwy. Starała się ukrywać emocje, ale wiedziała, że to na nic, Artur zbyt dobrze wiedział, że się go wystraszyła. Kiedy pojawił się w drzwiach nie wyglądał już tak miło i przyjaźnie jak do tej pory.

Podszedł do Blanki i zatrzymał się kilka kroków od jej fotela. Milczał, a w jego głowie szalały myśli co ma jej powiedzieć. Wiedział doskonale, że przesadził i jakie będą tego konsekwencje, wystarczył jeden telefon do Konrada, żeby zniknął z tego świata.

— Przepraszam panią. Naprawdę nie sądziłem, że uwierzy pani, że mógłbym ją skrzywdzić. Chciałem trochę rozładować pani nerwy, a wyszło odwrotnie. Nie powinienem poruszać tematu Darka, zwłaszcza, że wiedziałem, że nie jest on dla pani przyjemny i łatwy. Nic mnie nie usprawiedliwia, oczywiście poniosę wszystkie konsekwencje, łącznie z wyrokiem…

Blanka patrzyła przed siebie i próbowała opanować emocje, niczego nie była już pewna. Kiedy Artur kłamał, wtedy czy teraz.

— Siadaj! — powiedziała chłodno.

— Wolałbym nie.

— Siadaj do cholery! — spojrzała mu prosto w oczy.

Skaza podszedł do kanapy i usiadł tak, żeby nie zbliżać się do dziewczyny.

— O co ci chodzi co? Taką radość sprawia ci mój strach? Myślisz, że mało mam nerwów, jeszcze od siebie chcesz mi dołożyć? No proszę, mów! Co, teraz odwagi ci zabrakło? Rano byłeś bardziej gadatliwy!

— Przepraszam, nie mam nic na swoją obronę.

Ich rozmowę przerwał dzwoniący telefon Skazy, patrzył w oczy Blanki i czekał na zgodę na odebranie.

Nie odezwała się, wskazała głową na kieszeń, w której dzwonił telefon.

Rozmowa był krótka, w zasadzie tylko słuchał kilka sekund rozmówcy po drugiej stronie i rozłączył się. Spojrzał w Blanki oczy i od razu widziała, że coś jest nie tak.

— O co chodzi? — patrzyła przerażona — Adam czy Dorian? — wiedziała, że musi chodzić, o któregoś z nich.

— Nie wiem, ale za kilka minut będzie tu Konrad.

Wiedziała, że to nie oznacza niczego dobrego, sam by się nie fatygował gdyby chodziło o jakąś pierdołę, w końcu od tego ma ludzi.

— Mogę już odejść? — spytał wstając z kanapy.

— Proszę, ale… nie odchodź daleko — spojrzała ze strachem w jego smutne oczy, a on uśmiechnął się szeroko jak dawniej.

— Jak pani sobie życzy.

Był już przy drzwiach kiedy Blanka zawołała z salonu.

— I nie mów do mnie pani.

Blanka czekała na Konrada, a każda minuta dłużyła się w nieskończoność. W końcu dostrzegła przez okno wjeżdżającego na posesję dużego czarnego SUV-a. Konrad wysiadł i od razy poszedł w stronę domu, Blanka nie wytrzymała i wyszła mu naprzeciw. Uśmiechnął się na jej widok i mocno przytulił.

— Jak sobie radzisz dziecko?

— Jak widać, przyzwyczajam się to współtowarzyszy — kiwnęła głową w stronę ochroniarzy.

— No niestety czasem jest taka konieczność. Chciałem porozmawiać.

— Zapraszam — uśmiechnęła się i odwróciła twarz do Skazy — mógłbyś zrobić nam kawę?

Chłopak spojrzał na Blankę, a później na surową twarz Konrada.

— Tak jest.

— To Skaza jest tu od kawy? — zapytał z uśmiechem, a Blanka przysunęła twarz do jego policzka.

— On robi lepszą niż ja — uśmiechnęła się słodko.

— Ale ty tu jesteś od rozkazywania, a nie od proszenia.

— Jeszcze się nie nauczyłam — szepnęła wesoło.

Usiedli we dwoje na kanapie w salonie.

— A gdzie pani domu? — uśmiechnął się do dziewczyny.

— Karolina? W pracy, będzie po osiemnastej.

Konrad pokręcił z niedowierzaniem głową.

— Skąd oni was wzięli… — zaśmiał się.

— Nie rozumiem.

— Dziecko, jesteście chyba pierwszymi kobietami w rodzinie, które pracują.

— No my jesteśmy z trochę innego świata i niełatwo nam się przestawić. Poza tym nie wyobrażam sobie siedzieć cały czas w domu i nic nie robić, na szczęście od września też wracam do pracy to będę się lepiej czuć.

Skaza podał na stół filiżanki z kawą i bez słowa wyszedł z domu.

Blanka przenikliwie patrzyła na Konrada.

— Ale nie przyjechałeś tu, żeby rozmawiać o naszej pracy, nie?

— Nie, słuchaj nie mam dobrych wieści.

Blanka aż zbladła.

— Uprzedzam, że nie wiemy jeszcze niczego na pewno. Telefony chłopaków są nadal nieosiągalne. Na kilka sekund uruchomił się jeden z lokalizatorów, ale wychodzi na to, że jest w zupełnie innym miejscu niż powinni być. Nie wiem teraz czy zagłuszają sygnał czy się przemieszczają.

— Dorian żyje? — zapytała drżącym głosem.

Długo patrzył jej w oczy.

— Nie wiem dziecko. Wysłałem ludzi w stronę ostatniego sygnału lokalizatora, będziemy śledzić na bieżąco kolejne sygnały, może zdążą do nich dojechać. Myślałem, że narzeczona Dona jest w domu…

— Karolina o niczym nie wie.

— Jesteś pewna, że to dobrze?

— Nie. Ale wiem jedno, że dopóki nie będzie nic pewnego to jej o tym nie powiem. Nie wiem czy stać nas na taką ilość alkoholu, którą by przez ten czas wypiła — uśmiechnęła się — A co z Adamem?

— Jest jeszcze w drodze, myślę, że nie wydarzy się nic nieprzewidzianego. Dopiero zaczynamy z nimi współpracę, to dla Czechów dobry deal, więc raczej nie będzie problemów, nie bój się — złapał ją za rękę — chciałem cię też uprzedzić, że jeśli chłopaki nie odezwą się do końca akcji Adama, to będę chciał, żeby prosto z Czech jechał im pomóc.

Bez słowa pokiwała głową i głośno odetchnęła.

— Muszę już jechać, dziecko. Trzymaj się, jak będę miał jakieś wiadomości, to przekażę przez Skazę.

Otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć, ale zawahała się.

— No mów — spojrzał na nią z zaciekawieniem.

— Adam przed wyjazdem powiedział, że jak będę miała obawy, przed którymś z chłopaków to mam dać ci znać…

— Coś się wydarzyło? — jego wzrok nagle zmienił się we władczy i wściekły, przestał być miłym eleganckim panem, teraz był bezwzględnym szefem — który?

— Nie, tylko czy myślisz, że któryś z nich mógłby…

— Kochanie, Komandos zwariował na twoim punkcie — uśmiechnął się szeroko — i w zasadzie wcale mu się nie dziwię, sam dobierał chłopaków do twojej ochrony i nie sądzę, żeby zrobił to byle jak. Powiem tak, gdybym miał sam dobierać ochroniarzy dla zapewnienia bezpieczeństwa mojej kobiecie — łzy pojawiły się w jego oczach na myśl o żonie — to pewnie wybrałbym tych samych. A to, że cię uprzedził o takiej możliwości to pewnie tylko dlatego, żebyś czuła się pewnie. Nie bój się, żaden z nich nie nadużyje zaufania. Ale oczywiście, jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, co do któregoś z nich to dzwoń o każdej porze, naprawdę o każdej, tu nie ma miejsca na pobłażliwość — objął ją po ojcowsku i pocałował w policzek.

Blanka odprowadziła go do samochodu, a kiedy pojechał poszła do ogrodu i położyła się na leżaku. Dochodziła godzina piętnasta, wiatr ucichł i zrobiło się wręcz upalnie. Blanka przyglądała się szczeniakom Julki, które wesoło buszowały po trawie.

— Przepraszam, może coś potrzeba? — głos Skazy przerwał błogą ciszę.

— Potrzeba — spojrzała mu chłodno w oczy — siadaj! — głową wskazała fotel po drugiej stronie okrągłego stolika.

Chłopak niechętnie usiadł w fotelu i starał się nie patrzeć Blance w oczy.

— Możesz mi teraz powiedzieć o co ci chodzi? Konrad zapewniał mnie, że żaden z was nie nadużyje swojej pozycji tutaj, a jednak wydaje mi się, że posunąłeś się dzisiaj o pół kroku za daleko. Czy tylko mam takie wrażenie co? No słucham. Albo mi to przystępnie wyjaśnisz albo zaraz wracasz do domu!

— Blanka przepraszam, nie wiem co mam ci powiedzieć. Serio, myślałem, że obrócisz to w żart. Nie sądziłem, że cię tym przestraszę. Naprawdę gdybym wiedział, że tak zareagujesz to bym sobie prędzej odstrzelił tę rękę, którą cię trzymałem. Uwierz mi, jest mi wstyd, że do tego doprowadziłem. Zależy mi na tobie i nie wybaczę sobie, że przeze mnie się bałaś. Zrozumiem jeśli będziesz chciała się mnie teraz stąd pozbyć. Zasłużyłem sobie i nie mówię, że nie.

Patrzyła na jego zmienioną twarz i było jej go szczerze żal.

— Słuchaj kolego, uznajmy, że tego, co było rano nie pamiętam. Skoro Komandos wybrał ciebie do mojej ochrony to znaczy, że uznał to za słuszne, więc niech tak zostanie.

Oczy chłopaka nagle się rozpromieniły.

— Dziękuję, nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy. Jeszcze raz cię przepraszam. Nigdy więcej się nie ośmielę.

— Dobra skończ już i nie wracajmy już do tego ok? I żyjmy dalej jakby tego momentu w ogóle nie było tak? Ja nie mam żalu a ty nie przepraszasz mnie przy każdej okazji i nie mówisz do mnie pani, i nie unikasz mojego wzroku tak jak teraz.

— Jasne to co kawy? — zaśmiał się.

— Boże niee, za gorąco na kawę. Zimnego piwa bym się napiła, ale chyba nie znajdzie się, bo nasze chłopy rzadko piwo piją — pokręciła nosem i zamknęła oczy przed rażącym słońcem. Nawet nie zauważyła jak na chwilę zasnęła, przez sen słyszała tylko poszczekiwania psów i przejeżdżający co jakiś czas samochód, nie dziwiło jej to, w końcu chłopaki zmieniali się podczas pracy. Mimo całej sytuacji z Dorianem i wyjazdem Adama czuła się w tej chwili dobrze i spokojnie. Szum drzew koił jej nerwy, cieszyła się ostatnimi chwilami spokoju, bo niedługo miała wrócić Karolina i znów będzie musiała się pilnować. Przymknęła oczy i wsłuchiwała się w śpiew ptaków w pobliskim lesie. Nagle poczuła przenikliwy, mokry chłód na rozgrzanym karku. Poderwała się z leżaka i odwróciła za siebie.

— Wystarczająco zimne? — Skaza stał za leżakiem z kilkoma butelkami zmrożonego piwa — nie wiem jakie lubisz to wziąłem kilka, jasne, ciemne, niepasteryzowane, owocowe, karmelkowe, bezalkoholowe — spoglądał na zaskoczoną dziewczynę i mimowolnie się roześmiał.

— Z czego się śmiejesz?

— Bo wyglądasz jakbym miał w rękach cykającą bombę, a nie butelki z piwem. To które otworzyć?

— Sorry, zaskoczyłeś mnie — popatrzyła na etykietki na butelkach — Apa poproszę — wciąż odpowiadała niepewnie jakby dalej śniła.

— Z butelki czy przynieść szkło?

— A butelka to nie szkło? — teraz to ona się zaśmiała.

— Jak pani sobie życzy — odstawił na stolik resztę butelek i otworzył to wybrane przez Blankę.

— Bożeee jakie dobre — wzięła kilka łyków zimnego napoju.

Z mokrej butelki spadła kropla wody prosto na jej dekolt i powoli spływała głębiej. Skaza bacznie przyglądał się poruszającej po jej ciele kropelce czując w podbrzuszu przyjemne drżenie, nie mógł dłużej na to patrzeć, wstał z fotela i poszedł w stronę domu.

— Wstawię resztę do lodówki — odezwał się za plecami dziewczyny.

Stał w kuchni przy oknie i nie odrywał wzroku z leżącej w słońcu dziewczyny. Jej opalone ciało połyskiwało w promieniach słonecznych i kusiło kształtem i kolorem. Szalał na myśl, że może na nią tylko patrzeć, ale z drugiej strony cieszył się, że jako jedyny jest z nią tak blisko. Zdawał sobie sprawę z tego, że tylko wtedy jak utrzyma się w ryzach będzie mógł na nią patrzeć dłużej.

Podszedł do lodówki i schował przywiezione przed chwilą piwo. Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, chciał być jak najbliżej niej, ale musiał wymyślić dobry powód, żeby się nie zorientowała.

Po kilkunastu minutach Blanka usłyszała dźwięk szkła stawianego na stoliku. Zmrużyła oczy przed słońcem i zobaczyła przeźroczystą miskę z kolorową zawartością.

— A to co? — spytała stojącego obok Artura.

— Nic nie jadłaś dzisiaj, zrobiłem sałatkę owocową, może się skusisz?

— Masz dziewczynę?

Jej pytanie zaskoczyło go do tego stopnia, że stał nieruchomo i tępo na nią patrzył.

— Nie mam.

— Czemu? — pytała tak swobodnie, że nie wiedział jak ma się zachować.

— Nie wiem, tak wyszło. Szczerze to w naszej branży trudno jest utrzymać stały związek, sama wiesz jak wygląda nasze życie. Dziewczyny nie lubią jak facet znika na kilka dni i nie mówi gdzie i z kim.

— Szkoda.

— Czego? — uśmiechnął się i odstawił na stolik szklany talerzyk.

— Że taki facet się marnuje. Kawę zrobi, ugotuje, piwko przyniesie. Ideał — zaśmiała się i nałożyła sobie porcję sałatki.

— Może chciałabyś… bo ja chętnie — jego wzrok wbity był w jej jasne oczy i nagle przestał być wesołym chłopakiem, a zaczął być poważnym facetem.

— Słuchaj, umówmy się, że tego nie słyszałam i nigdy nie będę się zastanawiać dlaczego to powiedziałeś, ok? Będziemy przynajmniej żyć oboje i tak będzie najlepiej. Dzięki za sałatkę — usiadła na leżaku i odwróciła od niego wzrok.

Artur poszedł w stronę kolegów. Blanka zjadła słodkie owoce i siedziała jeszcze na leżaku ciesząc się spokojem.

W końcu stwierdziła, że czas wracać, zabrała ze stolika naczynia i poszła do domu, w środku nikogo nie było. Poszła do kuchni i umyła miskę i talerzyk po sałatce. Ciągle myślała co u Adama, bała się, że coś mu się stanie. Było już po siedemnastej, a wieści od Konrada też nie było. Stała wpatrzona w okno i wycierała dużą szklaną miskę, chciało jej się płakać, tęskniła z matką, która nadal nie odbierała od niej telefonów. Postanowiła, że jak wróci Komandos to pojedzie do niej na kilka dni, w końcu nie wyrzuci jej z domu.

— Wszystko ok? — głos Skazy rozległ się w cichej kuchni.

Zamyślona Blanka podskoczyła ze strachu i upuściła miskę na podłogę, dźwięk tłuczonego szkła przeszył jej uszy, a kawałki miski obiły się o jej gołe nogi. Spojrzała wystraszona w kierunku drzwi.

— Ja pierdolę Skaza! Ja cię zamorduję w końcu za to ciche łażenie! Weź, kurwa, jak włazisz do domu to nie wiem, kurwa, drzwiami jebnij, albo wołaj od progu Wilma I’m home, albo nie wiem co, do chuja!

— Wow, tylu przekleństw w jednym zdaniu to dawno nie słyszałem. Przepraszam, myślałem, że mnie słyszałaś.

— Dobra nieważne, daj szczotkę, muszę to zmieść, bo nie przejdę na boso, za drzwiami jest.

Artur zajrzał za drzwi, wziął szczotkę i podszedł do Blanki.

— Czekaj, to szkło jest na całej podłodze, masz rozmach kobieto.

Podszedł bliżej i objął ją mocno w talii, ciepło jej skóry wywołało u chłopaka przejmujący dreszcz, już wiedział, że nie chce wypuszczać jej z rąk.

— Zwariowałeś? — spytała zaskoczona.

— Wolisz się pokaleczyć? To chyba ty zwariowałaś. Czekaj przeniosę cię i zgarnę to szkło.

Bez wysiłku podniósł dziewczynę i powoli przeniósł spod okna na kuchenną wyspę, czuł odurzający zapach jej ciała. Posadził ją na blacie i patrzył na nią jeszcze kilka długich sekund wciąż trzymając mocno dłonie na jej szczupłej talii.

— Oczywiście znowu w niczym wam nie przeszkadzam prawda? — stojąca w drzwiach Karolina uważnie przyglądała się sytuacji.

Rozdział 4

Oboje zaskoczeni spojrzeli w stronę drzwi.

— O już jesteś? — Blanka zdziwiona popatrzyła na zegar na ścianie.

— Przepraszam, że nie w porę, zdawało mi się, że jestem u siebie — jej ton zdradzał zdenerwowanie widokiem jaki zastała.

— Przestań, jak jesteś na boso to nie właź, bo tu wszędzie jest szkło.

— Pójdę do sypialni, źle się czuję. Nie przeszkadzajcie sobie — odwróciła się w stronę schodów.

— Karolina, wszystko ok? — Blanka widziała, że nie chodzi tylko o to co zobaczyła i coś się musiało stać.

— Nie jest ok, ale nie chcę teraz o tym rozmawiać. Pogadamy później, chcę się położyć.

Artur milczał nie patrząc na żadną z dziewczyn. Po wyjściu Karoliny wziął do ręki szczotkę i zmiótł szkło. Kiedy przechodził obok Blanki spojrzał na jej nagie, zgrabne nogi.

— Kurwa mać!

— Co? — spojrzała na niego zaskoczona.

— Krwawisz, jakiś odłamek musiał uderzyć cię w nogę. Czekaj, masz tu gdzieś apteczkę, czy iść do samochodu.

— W szafce na górze jest apteczka — wskazała ręką wiszącą szafkę — ale daj spokój to nic takiego, daj jakiś ręcznik papierowy albo chusteczkę.

— Może tak najpierw zobaczyć czy szkła w środku nie ma co? — patrzył na nią ze złością i troską.

— Taa, pewnie! Cała miska tam na pewno jest — zaśmiała się robiąc wielkie oczy.

— Żartuj sobie żartuj. Jak ci się to rozpaprze to Komandos mnie za to ścignie. Miał ci włos z głowy nie spaść, a jak zobaczy rozciętą nogę to na bank się ucieszy.

— Dobra nie jojcz! Daj wodę utlenioną i jakiś plaster i po krzyku.

Artur sięgnął z górnej półki plastikowe pudełko z opatrunkami. Bez pytania chwycił zwisającą z blatu nogę Blanki i obracając dziewczyną oparł jej stopę na blacie przed swoimi oczami. Woda utleniona obmyła świeżą ranę, na szczęście rozcięta była tylko skóra. Przykleił plaster na skaleczenie i szybko odwrócił się od Blanki.

— Sprawnie ci to poszło — spoglądała na niego z uznaniem — myślałam, że faceci mdleją na widok krwi, a tu proszę…

— Nie takie rzeczy w życiu wdziałem — odpowiedział stojąc do niej tyłem.

— Mówisz tak jakbyś miał już ze sto lat.

Odwrócił się do niej i oparł biodrami o blat naprzeciwko wyspy.

— Jestem u Konrada wystarczająco długo, żeby napatrzeć się na różne rzeczy. Mało co potrafi mnie już zdziwić.

— Z tego co Komandos mi mówił, to masz dwadzieścia lat, to ile jesteś u Konrada dwa? To wcale nie tak długo.

Artur uśmiechnął się po jej słowach.

— Ja nie jestem tutaj od pełnoletności, niestety. Miałem niecałe szesnaście lat jak zacząłem u niego zarabiać. Nie miałem wyjścia. Na szczęście Konrad okazał się być nie takim bezdusznym szefem jak mi się wydawało na początku. Nie zaczynałem od dilerki czy strzelania. Najpierw pomagałem w klubie, potem trochę stałem za barem. Kilka dni przed osiemnastymi urodzinami chłopaki zrobili sobie wypad na strzelnicę i mnie zabrali ze sobą. Miałem wtedy pierwszy raz pistolet w rękach, szybko się okazało, że strzelam lepiej, niż niejeden z nich. Tam poznałem Komandosa i to on mnie podsunął Konradowi do przeszkolenia i do pracy jako żołnierz — wzruszył lekko ramionami — No i od tamtej pory Konrad zabierał mnie na najgorsze akcje z możliwych, napatrzyłem się na strzelanie i widok krwi nie budzi już we mnie żadnych emocji.

Blanka z ciekawością słuchała opowiadania.

— Trochę to przykre w zasadzie — zmrużyła oczy i zmarszczyła brwi — młody jesteś, zamiast cieszyć się życiem, latać za pannami to siedzisz na zadupiu z obcą babą i musisz jej usługiwać i znosić humory — zaśmiała się i chciała zeskoczyć z blatu, ale Skaza chwycił ją za ramiona i zatrzymał.

— I do tego ślepą babą, jeszcze nie zamiotłem szkieł — spojrzał na podłogę — chyba lepiej będzie to odkurzyć, siedź proszę cię i nie kombinuj ze schodzeniem, pójdę po odkurzacz.

Wrócił po chwili, Blanka siedziała po turecku na wyspie i wyciągała z doniczek z ziołami suche listki.

— Uwaga, włączam odkurzacz — zaśmiał się.

— No bardzo śmieszne, bardzo! Boki zrywać!

— Żebyś później nie gderała, że nie uprzedziłem.

Po kilku minutach Blanka zeskoczyła z wyspy na czystą podłogę. Ciągle zastanawiało ją dlaczego Artur tak szybko zaczął pracę, ale jeszcze bardziej martwiła się o Karolinę. Coś ewidentnie było nie tak, podeszła do drzwi jej sypialni i zapukała.

— No! — usłyszała ze środka.

Stanęła w progu i patrzyła bez słowa na leżącą na łóżku przyjaciółkę.

— Co jest? — zapytała z troską w głosie.

— Już skończyliście romansowanie? — głos Karoliny był oschły i rozżalony.

— Co ty mówisz? Karolina?

— Myślisz, że nie widzę jak na siebie patrzycie? — dziewczyna usiadła na brzegu łóżka.

— Karo, lubię go. Fajny chłopak, to wszystko, naprawdę!

— Nie moja sprawa — łzy popłynęły jej z oczu.

Blanka usiadła przy niej i mocno objęła jej głowę. Nagle dziewczyna rozpłakała się w głos.

— Boże, Karuś, powiedz co się stało.

— Boję się…

— Czego? Co się stało? Ktoś coś ci zrobił? Tomek? — głos Blanki nagle stał się groźny i stanowczy — słuchaj jak któryś z chłopaków coś źle zrobił to powiedz, zadzwonię do Konrada i to załatwię, tylko proszę powiedz co się dzieje.

— No co ty, Tomek to boi się wręcz na mnie patrzeć. O Dona się boję, miał wrócić do piątku i nawet nie mam od niego sms-a, próbowałam zadzwonić, ale telefon ma wyłączony, nigdy nie miał. Mógł nie odbierać, ale zawsze był włączony. Więc są tylko dwa powody, dla których tak jest… — jej głos nagle się zawiesił.

— Jakie? — Blanka doskonale wiedziała co usłyszy, ale nie chciała zdradzać, że zna powód.

— Albo jest teraz u innej…

— No co ty gadasz! — Blanka nagle jej przerwała.

— Albo coś mu się stało… Nie wiem, która opcja jest lepsza, przecież gdyby nie chciał już ze mną być to wystarczyłoby, żeby powiedział, dorosła jestem, jakoś bym to zniosła. Trudno, nie umiem dać mu upragnionego dziecka to zrozumiałe, że chce szukać szczęścia z inną… tylko niech się do mnie odezwie, bo zwariuję — jej płacz coraz głośniej roznosił się po pokoju.

— Karo, co ty gadasz? Don cię kocha i nie jest u innej, na stówę! Nawet tak nie myśl. Może coś mu wypadło i nie może mieć włączonego, albo telefon mu się zepsuł — kłamała ze łzami w oczach i wciąż zastanawiała się czy powiedzieć jej prawdę — Kochanie, nie płacz proszę cię, Don będzie z tobą do śmierci — powiedziała to i łzy spłynęły po jej policzkach — i nieważne czy macie dzieci, czy nie. Zobaczysz już niedługo urodzisz mu gromadę Dorianków.

— Zostawisz mnie samą? — cichy głos Karoliny brzmiał tak smutno, że Blance pękało serce.

— Na pewno? Mogę posiedzieć z tobą jak chcesz.

— Chcę spać, muszę to przespać, bo oszaleję.

Blanka pokiwała głową i pocałowała Karolinę w czoło.

Kiedy zeszła do kuchni miała ochotę rzucać talerzami. Spojrzała przez okno i głośno się rozpłakała. To wszystko trwało zbyt długo, żeby mogło się dobrze skończyć.

Wybiegła z domu i bez słowa ruszyła w stronę lasu, chciała być sama i jak najdalej od tego wszystkiego co na nią spadło. Skaza zobaczył wbiegającą do lasu dziewczynę i szybko ruszył za nią, wbiegł między drzewa ale zniknęła mu z oczu. Nerwowo rozglądał się po lesie szukając czegokolwiek co mogło go na nią naprowadzić.

— Ja pierdolę! Jeszcze tego mi brakowało — mówił sam do siebie.

Nagle usłyszał dźwięk łamanych gałęzi, szybko pobiegł w stronę źródła dźwięku i rozglądał się wokoło, ale niczego nie widział, a z miejsca, w którym stał nie widać już było nawet domu.

— Cholera jak mi się zgubi to się zastrzelę — mówił trzymając się za głowę.

— Nie zgubię się — usłyszał cichy głos przed sobą.

Powoli podszedł kilka kroków i zobaczył Blankę schowaną za pniem drzewa. Siedziała skulona i obejmowała rękami przyciśnięte do siebie nogi.

— Po co tu przyszedłeś? Chciałam być sama, chyba mi wolno prawda? — jej głos był zimny i smutny.

— Blanka… — kucnął przy dziewczynie i ciepło spojrzał jej w oczy — co ty wyprawiasz? Wystarczyło powiedzieć, a nie uciekać i to z płaczem. Powiesz co się stało? — dotknął jej włosów i założył jasny kosmyk za jej ucho.

— Nie dam rady dłużej… nie umiem — rozpłakała się w głos i oparła czoło o kolana chowając twarz.

— Chodzi o Karolinę?

— Ona myśli, że Don ją zdradza, bo nie odbiera telefonu.

— Cholera, może trzeba powiedzieć jej prawdę. Ale czy to coś da? To jak leczenie dżumy cholerą.

— Artur… ja się boję, serio. Chyba nigdy nie bałam się tak bardzo, jeśli Dorian nie żyje to ona ze sobą skończy i naprawdę to nie jest tylko gadanie, ona już bez niego nie funkcjonuje. On jest sensem jej życia rozumiesz? Ona bez niego nie istnieje! — patrzyła mu w oczy i coraz mocniej płakała.

Skaza siedział przy niej i nie wiedział jak ma się zachować.

— Nie płacz proszę cię, jeszcze wszystko może się dobrze skończyć — chciał dotknąć jej włosów, ale Blanka chwyciła jego koszulkę i przyciągnęła go do siebie opierając czoło o jego mostek, a jej łzy wsiąkały w jego t-shirt.

Objął jej głowę i przytulił do siebie opierając podbródek na jej głowie i patrzył przed siebie. Jego serce waliło jak młotem i z trudnością opanowywał buzujące w nim emocje. Miał ją w rękach i nie mógł niczego zrobić, była taka wrażliwa i bezbronna. Pocałował delikatnie czubek jej głowy i powoli wdychał zapach jej włosów.

— Błagam nie płacz już, bo mi serce pęknie, chodź do domu zrobię wam coś do zjedzenia i napijecie się z Karolą co? Może warto jej powiedzieć prawdę, chociaż o tym, że się pochrzaniło, o postrzale nie musisz na razie mówić.

Czuł na swoim ciele jak kiwa głową. Podniósł się i podał jej rękę, chwyciła jego dłoń i z lekkością wstała, otrzepała tyłek z liści i bez słowa poszła w stronę domu.

— Lepiej ci już? — Artur spoglądał na jej spokojną twarz.

— Tak, dzięki. Muszę się jakoś ogarnąć, w końcu niedługo będę żoną gangstera, muszę być silna nie?

— To kiedy ślub? — spytał choć nie chciał słyszeć odpowiedzi.

— Nie wiem, pewnie w przyszłym roku, chciałabym w lato.

— Przez rok wiele się może wydarzyć…

— Masz na myśli coś konkretnego? — jej głos zdradzał poirytowanie.

Nie odpowiedział. Wyszli z lasu na ścieżkę za garażem, Blanka szybkim krokiem szła przed siebie, nie zwracając uwagi na Artura. Nie poszła do domu, położyła się na leżaku i próbowała się uspokoić. Wciąż miała przed oczami widok płaczącej Karoliny. Nadal nie wiedziała co zrobić i która opcja jest teraz lepsza, że będzie się martwić o jego niewierność czy o jego życie. Słońce powoli zaczęło zachodzić za pobliskie drzewa, nie chciała wracać do domu, bała się spotkania z Karoliną. Usłyszała za sobą kroki Artura.

— Skaza, słyszę cię, nie uda ci się mnie przestraszyć tym razem — zawołała.

— Nie mam zamiaru cię straszyć — usłyszała za plecami Karolinę.

Blanka szybko odwróciła głowę i uśmiechnęła się na widok przyjaciółki, bo wyglądała już sporo lepiej.

— No co tam kotek? Jak samopoczucie?

— Nie mów do mnie kotek — spojrzała smutno — Blant, przepraszam cię za te teksty o romansowaniu z Arturem, byłam wściekła, że Don może teraz siedzieć między nogami jakiejś laski i robić z nią to co… — na chwilę wstrzymała oddech — to co ze mną — łzy napłynęły jej do oczu — ja tu siedzę i się martwię, a on co? Pewnie świetnie się bawi z jakąś panienką — otarła dłonią spływające po policzkach łzy.

— Kurwa, Karo nie dobijaj się. Uwierz mi, Dorian nie jest teraz z żadną laską. Boże, jak ja mam ci to opowiedzieć… — obejrzała się za siebie i machnęła ręką na wpatrującego się w nią Artura.

Po chwili chłopak był już przy nich.

— Możesz nam coś przynieść na trudne rozmowy o życiu?

— Czysta czy kolorowa? — spojrzał tym razem na Karolinę.

— Czysta — odpowiedziała nie patrząc mu w oczy.

— I dwie szklanki — Blanka smutno spojrzała mu w oczy.

Po kilku minutach na ogrodowym stoliku stała oszroniona butelka krystalicznego alkoholu i dwie szklanki. Po chwili Skaza doniósł im kilka przekąsek i poszedł do domu.

Blanka długo wpatrywała się w przyjaciółkę, która co chwilę podnosiła szklankę z wódką do ust. Wiedziała, że to nie będzie łatwa rozmowa, musiała się bardzo pilnować, żeby nie powiedzieć jej zbyt dużo.

— Karo, posłuchaj. Dorian cię nie zdradził i nie zdradzi. Wiem to, widzisz rozmawiałam z Konradem i…

— Z kim? — spytała zaskoczona.

— Z Adama teściem, ich szefem. Widzisz Dorian pojechał z chłopakami załatwiać te ich interesy i w zasadzie wszystko dobrze szło, ale…

— Co ale? — wzrok Karoliny przenikał przez Blankę.

— No w tym problem, że nie wiadomo co. Nagle stracili z nimi wszelki kontakt, nie wiedzą co się tam stało i czy są cali, ich telefony nie działają, to dlatego nie możesz się do niego dodzwonić. Lokalizatory też wysiadły, starają się ustalić skąd był ostatni sygnał i wysłali tam już ludzi. Znajdą ich i im pomogą. Zobaczysz! Adam prosto z Czech ma też do nich dotrzeć, dadzą sobie radę.

— Czemu mi nie powiedziałaś od razu?

— Nie wiedziałam, co się dzieje, nie znałam żadnych szczegółów dokładnie tak jak teraz, ale nie mogłam patrzeć jak zadręczasz się myślami, że to chodzi o jakąś dziwkę. Przepraszam, chciałam ci powiedzieć jak już będę wiedziała coś na pewno, a tak dalej nie wiemy co się dzieje i jak to się skończy — patrzyła w oczy Karoliny i była zaskoczona jak spokojnie to przyjęła.

Karola nalała im kolejne szklanki wódki i od razu wypiła swoją.

— Czyli co teraz? Rozumiem, że do piątku nie wróci, nie wiedzą gdzie jest i co się z nimi tam dzieje, nie mogą ich namierzyć, a ja mam tu siedzieć i czekać jak na cud? — wypiła kolejną szklankę czystej, a Blanka aż skrzywiła się od widoku.

— Póki co siedzimy i czekamy na wiadomości od Konrada.

— Słuchaj, a tak właściwie to czemu on cię tak lubi?

To pytanie zaskoczyło Blankę, która w milczeniu patrzyła na Karolinę.

— O co ci chodzi?

— No bo popatrz sama, Komandos był z tobą jeszcze jako mąż Sylwii i teść się o tym dowiedział tak? Zajęłaś właściwie miejsce jego córki przy Adamie, każdy normalny ojciec by się wkurwił, a on mimo to cię lubi, pomaga ci, dba o twoje bezpieczeństwo i tak dalej. Czemu?

Blanka poczuła ciepło w żołądku i to na pewno nie był efekt wypitego alkoholu. W głowie krążyły jej setki myśli i wspomnienia ich pierwszego spotkania na pogrzebie Sylwii, bała się go, przerażał ją jego widok, a potem był dla niej bardzo miły i opiekuńczy.

— Blant? — Karolina próbowała ocknąć przyjaciółkę — co myślisz? Może to specjalnie, bo nie pasujemy do ich świata? Jeśli pozbędzie się chłopaków teraz, zanim wzięliśmy ślub to nie będziemy miały prawa się z nimi identyfikować i będzie im to na rękę co? A dla niego co to za problem wysłać ich na akcje bez powrotu. Dlaczego nagle pojechali osobno? Zawsze Komandos jeździł razem z Donem. A teraz co?

— Boże, Karolina co ty mówisz? — przerażone oczy Blanki zaszkliły się od łez.

— No, ale pomyśl, to by się składało w całość. Nie chcą nas tu!

— No dobra mnie to jeszcze rozumiem ze względu na Konrada i Komandosa, ale ty? Dorian jest wolny, może być z kim chce.

— Może nie całkiem. Mają tych zasad od zajebania to skąd wiesz, że nie ma zasady skąd ma pochodzić żona?

Żadna już się tego wieczora nie odezwała. Piły wódkę szklankami i myślały co dalej.

— Dziewczyny co jest z wami? Tak się zachowują żony gangsterów? — Skaza popatrzył na nie z żalem — chodźcie już do domu, bo chłodno się zrobiło co? Chociaż wam to po tej ilości gorzały to pewnie ciepło.

Karolina próbowała podnieść się z fotela, ale chwiała się na nogach. Artur zawołał Tomka i razem odprowadzili wstawione dziewczyny do domu. Niestety nie dały się zamknąć w sypialniach i zaległy w fotelach w salonie. Tomek doskonale wiedział czym grozi zostawienie ich samych z alkoholem, więc jeden z nich był ciągle z nimi, aż usnęły. Ich poranek też nie był kolorowy, skacowane siedziały w kuchni przy stole i modliły się o szybką śmierć. Chłopaki ze śmiechem przyglądali się bladym jak ściana dziewczynom.

Tomek kucnął obok krzesła Karoliny i z czułością patrzył na jej twarz.

— Może kawy z cytryną? — spytał szeptem leżącą na stole dziewczynę.

— Kurwa — westchnęła z bólem w głosie — a to się robi cicho czy głośno?

— Raczej cicho — zaśmiał się do siebie.

— A pomaga? — szeptała coraz ciszej.

— Na pewno gorzej nie będzie — spojrzał na nią i odgarnął z twarzy jej długie kasztanowe włosy.

— To poproszę — wyszeptała prawie bezdźwięcznie.

— Dla ciebie też? — podszedł do Blanki.

Dziewczyna pokręciła głową i zamknęła oczy.

— Nie dam rady, zrzygam się jak coś przełknę.

Po kilku minutach przed Karoliną stał kubek czarnego, gorącego napoju, Tomek wcisnął do środka sok z połowy cytryny, a dziewczyna aż się wzdrygnęła na ten widok.

— Ja mam to wypić? — spytała Tomka z błagającym wzrokiem.

— Nie no skąd, możesz na to tylko patrzeć, ale to dłużej potrwa. No już, am, am! Pokarmić?

Karolina wzięła w końcu łyk kawy i poczuła jak wczorajsze śniadanie jej się cofa, ale po kolejnym łyku było jej jakby lepiej.

— Chyba będę żyć — wyszeptała i oparła czoło o blat stołu.

— A ja chyba będę rzygać — Blanka zrobiła duże oczy i szybko wstała z krzesła i biegła po schodach do toalety modląc się, żeby wytrzymać.

— No i co? Mieliśmy być ochroniarzami, a nie pielęgniarkami — Artur spojrzał na siedzącego obok Karoliny Tomka.

Chłopak z uśmiechem wzruszył ramionami i dalej patrzył na konającą Karolę.

Skaza pokręcił głową i poszedł powoli za Blanką, usłyszał jęki z toalety i zapukał w drzwi. Nie odpowiadała, ale słyszał jak wymiotuje, nacisnął na klamkę i otworzył drzwi. Dziewczyna klęczała z głową w sedesie, a kolejna fala torsji przeszła przez jej ciało. Cicho do niej podszedł i usiadł obok na podłodze, zgarnął jej włosy do tyłu i włożył za bluzkę.

— Aleś się zaprawiła. Lepiej ci już?

— Nie — zdążyła odpowiedzieć i znów pochyliła się nad muszlą.

Po chwili było już jej na tyle dobrze, że oparła się plecami o zimne kafelki na ścianie.

— Po co tu siedzisz? Lubisz takie widoki? — spytała patrząc w podłogę.

Uśmiechnął się bez słowa, wstał i podszedł do drzwi, a wychodząc obejrzał się za siebie.

— Jak ty nic nie rozumiesz… — pomyślał i zamknął za sobą drzwi.

Rozdział 5

Dziewczyny cierpiały prawie cały dzień i dopiero wieczorem powoli wróciły do życia. Miało to też swoje dobre strony, minął cały dzień, a żadna z nich nie myślała o swoim facecie. Chłopaki też mieli mniej roboty, nikt nie płakał, nie krzyczał i nie uciekał do lasu.

— Miałaś jakieś info od teścia? — Karolina zapytała nie patrząc na Blankę.

— Żadnych, boję się trochę. Długo nic nie wiedzą, za długo jak na nich. A jeśli masz rację, że to wszystko jest przeciwko nam ustawione?

Karolina bez słowa wzruszyła ramionami.

— Ale myślisz, że puściłby na odstrzał dwóch najlepszych ludzi tylko po to, żeby się nas pozbyć? Łatwiej by było im rozkaz wydać. Przecież słuchają tych rozkazów bardziej, niż biblii.

— Faceta potrzebuję — głos Karoliny przerwał Blance.

— Słucham? Co to ma do rzeczy?

— Nic nie ma, mówię tylko, że ciągle myślę o Donie i chce mi się faceta — pusto patrzyła przed siebie.

— Karolina ty się dobrze czujesz? Chyba nie myślisz o tym, co ja teraz pomyślałam?

— Czy chcę go zdradzić? Zwariowałaś? — popukała się palcem w czoło — mówię tylko, że potrzebuję, nie chodzi mi o bzykanie. Chcę się przytulić do faceta, poczuć ciężar męskiej ręki na ciele, zapach mężczyzny tak po prostu. Tak jak córka przytula się do ojca, albo siostra do brata. Co prawda ja nie za bardzo wiem jak to jest, ale pamiętam jak w bidulu Kamil mnie tak przytulał jak było mi źle.

— No to może być kłopot, co prawda facetów to my tu mamy od zarąbania, do wyboru, do koloru, ale kamery nie zapewnią ci dyskrecji, więc sorry musisz zadowolić się mną.

— To chyba podziękuję. Idę spać. Może jutro będzie lepszy dzień. Jak byś się czegoś dowiedziała to budź mnie nawet w środku nocy, proszę cię.

— Jasne. Kładź się, ja też zaraz idę.

Karolina weszła do wielkiej sypialni i zamknęła drzwi, rozejrzała się po pustym pomieszczeniu, a w jej oczach zakręciły się łzy, w wyobraźni widziała wszystkie upojne chwile jakie spędziła tu z Dorianem. Każde miejsce, każdy mebel był przez nich ochrzczony dobrym seksem, trudno jej było powstrzymać się od płaczu na myśl, że może go już nigdy nie zobaczyć.

Chciała ochłonąć, poszła do łazienki i odkręciła wodę w deszczownicy. Powoli rozebrała się spoglądając na swoje odbicie w lustrze, widziała się w nim razem z Donem, dopiero teraz zaczęła rozumieć Blankę, która wariowała za Adamem kilka miesięcy temu.

Zamknęła się w szklanej kabinie i bez ruchu stała pod delikatnymi strumieniami ciepłej wody. Wspomnienia wciąż ją prześladowały, ich gorące wieczory pod prysznicem wywołały w dziewczynie emocjonujący dreszcz. W podbrzuszu czuła znajome ukłucie i mimowolnie przesunęła dłonią po gładkim, jędrnym brzuchu, aż dotarła do swojej kobiecości. Podniecenie ogarnęło jej spragnione pieszczot ciało. Przesunęła palce odrobinę niżej napotykając najwrażliwszy punkt swojego ciała. Oparła się jedną ręką o ścianę i wsunęła palec między gorące wargi docierając do pulsującej łechtaczki. Nie mogła się powstrzymać przed zaspokojeniem swojego pragnienia. Delikatnie sunęła palcami po wilgotnych płatkach, dając sobie rozkosz i ukojenie nerwów. Czuła przechodzące przez jej zmęczone ciało elektryzujące dreszcze. Zamknęła oczy i widziała Dona, który pieści jej ciało. Jej ruchy stały się szybsze, coraz mocniej przyciskała opuszki do drżącego środka swojej łechtaczki, a jej ciało domagało się więcej. Mocnymi ruchami doprowadziła się do orgazmu, gorąca przyjemność owładnęła jej mokre ciało, drżała od rozkoszy i płaczu, który się z niej wyrywał. Po chwili stała pod strumieniami wody zaspokojona, ale nieszczęśliwa. Miała żal sama do siebie, że w takiej sytuacji myślała tylko o swoim erotycznym zaspokojeniu.

Szybko wyszła z kabiny i wytarła się grubym ciemnym ręcznikiem Doriana. Owinięta w puszysty materiał położyła się do pustego łóżka i po chwili zasnęła.

Rano dziewczyny były już w nieco lepszych nastrojach, choć dalej bardzo się denerwowały. Niepewność dobijała je coraz bardziej. W milczeniu siedziały nad śniadaniem, które przygotowali im chłopaki. Karolina przyglądała się ochroniarzom.

— Nie musicie nam gotować i po nas sprzątać, umiemy robić to same — rzuciła od niechcenia.

Tomek z Arturem spojrzeli na siebie, a Skaza podszedł do stołu i postawił na nim dzbanek z kawą.

— Wiem, że umiecie to robić same. Ale dlaczego nie możemy was wyręczyć?

— Mieliście nas ochraniać, a nie usługiwać — spojrzała groźnie na Tomka.

— Mieliśmy o was dbać — Skaza nie odpuszczał.

Karolina nie spuszczała oczu z Tomka, który jak nigdy patrzył jej śmiało prosto w oczy.

— Ja odpuszczam, nie mam siły na takie rozmowy. Możemy po śniadanku posiedzieć w ogrodzie? — spojrzała tym razem na Skazę.

— Czemu pytasz? Ty jesteś tu szefową.

Karolina pokręciła głową i wstała z krzesła. Blanka popatrzyła na zaskoczonych chłopaków i poszła za przyjaciółką do sypialni.

— Karo, co jest?

— Nic.

— Przecież widzę, zobaczysz chłopaki wrócą niedługo cali i zdrowi, nie martw się.

— Nie martwię, tylko dziwnie się czuję, jakby ktoś zabrał mi połowę mnie. Nie czuję się sobą, umarłam bez niego.

— Dziewczyno on nie umarł, nie odszedł tylko wyjechał i niedługo wróci, a my będziemy tu na niego cierpliwie czekać.

— Chciałam czymś się zająć, ale te dwa kołki nam nie pozwolą niczego zrobić — głową wskazała na drzwi sypialni — to Adam był taki genialny, że kazał im nas we wszystkim wyręczać? Co ja głupio pytam, wiadomo, że tak.

— Nie gniewaj się, ale może pojedziemy dziś wieczorem do klubu co?

— Ocipiałaś? Mam się bawić jak Don jest nie wiadomo gdzie?

— Nie musimy się bawić. Posiedzimy przy barze, wypijemy parę drinków i już. Co za różnica gdzie będziemy pić tu czy tam? A przynajmniej zmienimy na chwilę klimat.

— Nie wiem, jak chcesz…

— Dobra, uprzedzę chłopaków — pocałowała Karolinę w czoło i poszła do kuchni.

Po śniadaniu było już posprzątane, Tomek siedział sam przy wyspie nad kubkiem kawy i nawet nie zauważył wchodzącej Blanki.

— Stało się coś? — spytała cicho.

Szybko podniósł na nią wzrok i wstał z hokera.

— Nie, nic. Skaza poszedł po coś do chłopaków.

— Siadaj, pij tę kawę — chłopak nie bardzo chciał siadać jak Blanka stała i przysunął do niej drugi stołek, na którym od razu usiadła — słuchaj chcemy dziś pojechać się napić do jakiegoś lokalu. Zorganizujecie to jakoś?

Zielone oczy Tomka w chwilę się rozjaśniły, nie umknęło to uwadze Blanki, ale nie odezwała się, uznała, że chyba lepiej będzie jak nie pozna szczególnych powodów jego zadowolenia.

— Kot? Czy raczej…?

— Do kota nigdy więcej — przerwała mu szybko — najlepiej gdzieś gdzie jeszcze nigdy nie byłyśmy.

— Jasne — ze zrozumieniem pokiwał głową — na którą godzinę?

— Nie wiem, osiemnasta będzie ok?

— Załatwione. Jakieś zakupy przedtem?

— Nie trzeba, nie jedziemy się bawić tylko wyjść z domu.

Nie czekając na odpowiedź wstała i poszła do ogrodu. Położyła się w ulubionym fotelu i wyciągnęła telefon, chciała zadzwonić do matki, ale wciąż obawiała się jej reakcji. Nie rozmawiały ze sobą już prawie pięć miesięcy, tęskniła za nią, za jej nadopiekuńczością, gderaniem, że za mało je, że za lekko się ubiera. W końcu wybrała numer i czekała z telefonem przy uchu, kolejny sygnał dźwięczał w głośniku, miała się już rozłączyć kiedy usłyszała głos matki.

— Słucham? — jej ton zdradzał nerwy.

— Cześć mamuś, co u was? — głos Blanki drżał z nerwów i wzruszenia.

— Nic ciekawego.

— Mamo, proszę porozmawiajmy normalnie.

— Normalnie? Dziewczyno, żyjesz z mordercą! To jest dla ciebie normalna sytuacja?

— Nie mów tak, nie znasz go. Jak was przywiózł do mnie do szpitala to nie mogłaś się go nachwalić, że miły, że grzeczny i taki och i ach!

— Słucham? To jest ten sam facet, który po nas wtedy przyjechał? Czemu mi nie powiedziałaś?

— Nie chciałaś mnie słuchać! Wystarczyło, że powiedziałam czym się zajmuje to już więcej cię nie obchodziło.

— Czyli ten wypadek w styczniu to nie był wypadek tak? W coś ty się wpakowała dziewczyno?

— Mamo, proszę cię, tamto to był zbieg okoliczności, przypadek że tam byłam. A z Adamem zeszliśmy się później.

— Co to zmienia? Chcesz być żoną przestępcy? Jak będzie wyglądać twoje życie? Będziesz się wiecznie chować przed bandziorami?

— Kocham go mamo! Czy ci się to podoba czy nie, to ja go kocham! I nie odejdę od niego ze strachu o swoje życie! — krzyknęła do słuchawki i się rozłączyła.

— Kurwa! Kurwa! Kurwa! — ze złością syczała przez zęby i zasłaniała twarz dłońmi.

— Burdel otwierasz? — usłyszała za sobą męski, ciepły głos.

— Bo?

— Tyle kurew naraz to tylko w burdelu szukać — zaśmiał się — stało się coś złego? — oczy Skazy próbowały odnaleźć wzrok dziewczyny, ale dalej miała schowaną twarz.

— Nie mogę dogadać się z matką, ma pretensje o mój związek z Komandosem.

— No to ja ci chyba w tym nie pomogę.

— Obawiam się, że nikt mi w tym nie pomoże. Mam wybór matka albo Adam. Czyli w zasadzie żaden wybór.

— A twój ojciec co na to?

— Nie wiem, zawsze słuchał się matki we wszystkim, nie podejmował żadnych decyzji bez niej. Może dlatego niezależność Adama zrobiła na mnie takie wrażenie, nikogo nie pytał o zdanie, nawet nie musiał mówić czego chce, wystarczyło, że spojrzał a wszyscy robili co należało — jej oczy płonęły miłością kiedy o nim mówiła.

— Kochasz go nie? — pytanie Artura wyrwało ją z marzeń.

— A miałeś jakieś wątpliwości?

— Nie, po prostu zazdroszczę mu — przysunął dłoń do jej twarzy i założył jasny kosmyk włosów za ucho dziewczyny.

— Te wasze pieszczoty robią się ostatnio niebezpieczne i to najbardziej dla ciebie Skaza!

Karolina stała kilka kroków od nich i przyglądała się z ciekawością całej sytuacji.

— Karo tobie się już wszystko z jednym kojarzy. Na osiemnastą jedziemy do klubu. Zrobisz nam jakieś fajne drinki, żebyśmy się wprawiły? — spojrzała z uśmiechem na Artura.

Chłopak bez słowa poszedł do domu.

— Drinki? — Karolina usiadła naprzeciwko Blanki.

— Pracował kiedyś jako barman.

— Blant, ja jestem oczywiście tolerancyjna i nie chcę się wtrącać, ale serio to się źle skończy, zobaczysz. Adam mu nie odpuści tego głaskania.

— Nie bój się, pamiętam jeszcze historię z Darkiem. Rozmawiałam z matką.

— No super! I co? — Karolina klasnęła w ręce i podciągnęła kolana pod brodę.

— I nic. Boże dziewczyno w co ty się pakujesz? — przewróciła oczami.

— Wiesz, chyba pierwszy raz cieszę się, że nie mam rodziców, serio. Nie mam takiego problemu — Karolina odwróciła twarz w stronę domu, Skaza niósł dwie duże szklanki z kolorowymi napojami.

— Smacznego! — podał dziewczynom szklanki i odszedł.

Karolina pierwsza spróbowała trunku i zrobiła wielkie oczy.

— O żesz kurwa w dupę!

— Karo panuj nad sobą trochę!

— Próbowałaś tego? Skaza!!! — zawołała do oddalającego się chłopaka.

— Nie smakuje? — zapytał zdziwiony i podszedł bliżej.

— Co to kurwa jest?

— No chciałyście coś smacznego, ale jak nie lubicie to zrobię coś innego — niepewnie patrzył Karolinie w oczy.

— Truskawki są na bank! Ale co jeszcze poza alko? — Karolina nie odpuszczała.

— Pieprz.

— Co? — spytały obie na raz.

— No pieprz, czerwony, truskawki lubią szampana i pieprz — powiedział spokojnie i odszedł.

— Blanka, słońce ty moje najdroższe, odwołuję wszystko co wcześniej mówiłam.

— To znaczy co?

— Głaszczcie się ile chcecie i po czym chcecie, byle on nam takie drinki co dzień podawał.

— Bardzo śmieszne, naprawdę.

Do klubu nie szykowały się za bardzo. Nie planowały zabawy na parkiecie, więc postawiły raczej na wygodny look. Blanka była w ciemnych dżinsach z przetarciami i czarnej bluzce na jedno ramię, Karolina ubrała granatowe, dopasowane dżinsy i błękitną koszulę z krótkim rękawem i wiązaniem z przodu. Zeszły razem do salonu, na stoliku czekały na nie truskawkowo-pieprzowe koktajle. Karolina bez słowa wzięła do ust słomkę zanurzoną w wysokiej szklance.

— Myślisz, że dobrze robimy jadąc tam? — popatrzyła smutno na Blankę.

— Czemu nie? To chyba nic złego.

— A jak ktoś im po powrocie doniesie, że szlajamy się pod ich nieobecność po klubach?

— To może zależy co my tam będziemy robić. Siądziemy przy barze i tyle. Jak znam naszych aniołów stróży to pewnie zawiozą nas do jednej z ich knajp, tam już wszyscy będą wiedzieć kim jesteśmy, więc będzie ok.

Dźwięk otwieranych drzwi przerwał ich dyskusję i obie spojrzały na wchodzącego Tomka, chłopak nie odrywał wzroku od Karoliny, po chwili opanował swoje emocje.

— Gotowe?

Blanka z uśmiechem przyglądała się zapatrzonemu chłopakowi.

— Tak, jedziemy! — odpowiedziała szybko i ruszyła do drzwi.

Tomek szedł kilka kroków przed dziewczynami. Blanka przysunęła twarz do Karoli.

— I ty mi zwracasz uwagę, że Skaza na mnie tak patrzy, a nie widzisz wzroku Tomasza, hipokrytka — zaśmiała się.

Do klubu jechali w kompletnej ciszy, muzyka z radia w samochodzie wręcz drażniła Karolinę, która nadal nie bardzo czuła weekendowy nastrój.

— Co ci jest? — Blanka przysunęła się do przyjaciółki.

— Mam jakieś złe przeczucia, na mózg mi już padło — uśmiechnęła się do Blanki — wzięłaś telefon?

— Jasne. Wypijemy kilka drinów i przed północą będziemy w domu. Musimy wyjść chociaż na chwilę, zwariujemy jak będziemy tylko siedzieć i się martwić.

Po kilkunastu minutach wysiedli przed klubem, jaskrawy neon lśnił nad wejściem do zatłoczonego lokalu, a kolejka przed drzwiami dawała znać, że w środku musi być dobra impreza. Tomek z Arturem podeszli z dziewczynami do ochroniarza stojącego w wejściu. Wielki facet bez słowa przepuścił ich bez czekania, witając się z chłopakami i uśmiechając się szeroko do dziewczyn. Od razu skierowali się do baru, a barman przyglądał się chwilę dziewczynom.

— Nie wiedziałem, że dziś wy tu siedzicie — facet za barem odezwał się do Skazy.

— Dziś prywatnie — odpowiedział pochylając się nad blatem.

— Prywatnie, to miłej zabawy — zaśmiał się i spojrzał na dziewczyny.

— To są narzeczone dwóch naszych, więc zabawy dziś nie będzie — wzruszył ramionami.

Dziewczyny siedziały przy barze i nawet uwagi nie zwracały na tłum ludzi tańczący za ich plecami, kilka razy podchodziło do nich paru facetów, ale widząc ochroniarzy szybko rezygnowali. Dziewczynom to pasowało, dziś nie miały ochoty na imprezowanie. Piły koleje drinki i milczały, barman spokojnie przyglądał się dziewczynom, kiedy po kolejnej szklance zaczęły interesować się parkietem.

— Idziesz tańczyć? — Karolina przysunęła się do Blanki.

— Nie chcę, idź sama, ja będę tu siedzieć.

— Muszę się poruszać — popatrzyła na Tomka.

Chłopak wstał z krzesła, ale odsunęła go od siebie.

— Sorry, ale chcę być sama, obiecuję nigdzie sama nie pójdę.

Tomek niechętnie się zgodził, usiadł tyłem do baru i nie spuszczał Karoliny z oczu. Kręciło go jak tańczyła, jej zgrabne ciało wdzięcznie poruszało się w rytm szybkiej muzyki. Rozpuszczone włosy falowały na jej plecach, a przymknięte oczy dziewczyny doprowadzały go do szaleństwa.

— Nie gap się tak — Blanka szturchnęła go łokciem.

Dopiero teraz zauważył, że dziewczyna siedzi przodem do parkietu.

— Nie gapię, tylko pilnuję — odpowiedział chłodno.

— Jasne a ja jestem Jennifer Lopez — zaśmiała się — lubię cię, dlatego odpuść sobie, narobisz sobie i jej problemów.

— Niczego nie narobię. Nie jestem głupi. Za samo patrzenie jeszcze nie zabijają.

— Czyli jednak się na nią gapisz — zaśmiała się.

— Podoba mi się, po prostu. Nic poza tym, wiem, że kocha Doriana i nic między nami nigdy nie będzie. Dlatego jak Don wróci to rezygnuję z roboty tutaj.

— Tomek no co ty? — patrzyła mu smutno w oczy.

— No co, nie mam zamiaru znęcać się sam nad sobą. Tak będzie najprościej.

Blanka patrzyła w jego smutne zielone oczy, a to co w nich widziała to nie było tylko lubienie Karoliny i ze zrozumieniem pokiwała głową.

— Stary, kłopoty — Skaza klepnął Tomka w ramię.

Chłopak odruchowo obrócił twarz do kolegi, a Artur skinął głową wskazując sytuację jaka działa się w drugim końcu sali.

Karolina szarpała się z jakimś facetem, a po sekundzie zniknęła im z oczu. Tomek bez słowa ruszył w ich stronę wyciągając z kabury pistolet. Zanim Blanka zobaczyła o co chodzi, Skaza jednym ruchem podniósł ją z hokera i przeniósł nad barem stawiając dziewczynę obok barmana.

— Pilnuj jej! — rozkazał.

Szybko pobiegł w stronę gdzie ostatnio widział Karolinę.

Tomek szybko przeszukiwał wszystkie miejsca, w które facet mógł zaciągnąć dziewczynę. Musiał kierować się do wyjścia z tyłu klubu.

— Kurwa! Gdzie ona jest? — Tomek krzyczał do biegnącego za nim Skazy.

— Idź na zewnątrz, ja tu sprawdzę!

Z hukiem otworzył drzwi z tyłu lokalu, było cicho i pusto, nigdzie nie było śladu kogokolwiek. Nagle usłyszał tłumiony kobiecy krzyk, wściekły ruszył w stronę skąd dochodził głos. Wybiegając za róg budynku zobaczył faceta trzymającego Karolinę przyciśniętą do ściany swoim wielkim ciałem, jedną rękę trzymał na jej ustach, a drugą ściągał spodnie miotającej się dziewczyny. Tomka na ten widok ogarnęła furia, w jednej sekundzie stał obok nich, jednym ruchem szarpnął faceta odrywając go od przerażonej Karoliny. Zdezorientowany facet upadł na ziemię, Tomek złapał ramię Karoliny i odwrócił ją twarzą do ściany, usłyszała strzał i upadła na ziemię zamykając oczy i zasłaniając rękami uszy.

Skaza z daleka widział jak Tomek stoi nad facetem z wymierzonym w niego pistoletem, kiedy podszedł bliżej Tomek ani drgnął. Kolejne strzały przeszywały uszy przestraszonej, skulonej pod ścianą dziewczyny. Chłopak jak w amoku ładował w faceta kolejne kule dziurawiąc martwe ciało napastnika.

— Stary, uspokój się, zaraz nie będzie czego sprzątać — głos Artura wyrwał Tomka z transu — zajmij się nią, a ja zadzwonię po chłopaków, żeby zrobili tu porządek — wskazał głową na płaczącą pod ścianą Karolinę.

Tomasz klęknął przed trzęsącą się ze strachu dziewczyną. Nic go teraz nie obchodziło bardziej, niż ona, mocno objął jej głowę i przytulił do siebie, a ona wtuliła się w jego silne ramiona głośno płacząc. Zaplotła ręce na jego plecach i przyciskała go mocno do siebie, bała się oderwać od niego twarz, bo wiedziała jaki widok zastanie. Tomka roznosiły nerwy, nie mógł sobie odpuścić, że stracił ją z oczu i doprowadził do tego, co ją przed chwilą spotkało.

— Karo, przepraszam! To moja wina. Zrobił ci coś? — jego głos drżał z wściekłości.

Kiwnęła przecząco głową, ale nie była w stanie mówić.

Tomek odsunął się i popatrzył w jej zapłakaną twarz, nie wytrzymał, z czułością całował jej mokre od łez policzki przesuwając usta coraz bliżej drżących warg dziewczyny.

Rozdział 6

Tomek czuł na swoich ustach drżący, przerywany oddech Karoliny. Chciał ją mieć, wpić się w jej ponętne usta i całować bez końca. Doskonale wiedział, że jeśli do tego dojdzie, jego życie szybko się skończy i cierpiał czując na sobie słodki zapach jej oddechu. Trzymał w dłoniach wilgotną od łez twarz dziewczyny i czekał na jej ruch.

Karola z wdzięcznością patrzyła na swojego ochroniarza, jego miętowy oddech przyjemnie drażnił jej zmysły, ale w głębi duszy bała się tego, wiedziała, że jeśli ich usta się spotkają to nie będzie się broniła.

Tomek jeszcze bardziej zbliżył się do twarzy dziewczyny i opuścił wzrok na jej drżące wargi, nagle poczuł na ramieniu silny uścisk.

— Stary uważaj, nie rób jej tego… — słysząc głos Skazy zacisnął mocno szczęki.

— Przepraszam cię Karo — wyszeptał zamykając oczy i nie odsuwając ust od twarzy Karoliny.

Kiwnęła głową i oparła czoło w zagłębieniu jego szyi.

— Zabierz ją stąd, zaraz będą chłopaki sprzątnąć to gówno, lepiej, żeby tego nie widziała.

Tomek bez słowa wstał i podał rękę Karolinie, chwyciła jego dłoń i podniosła się z ziemi. Spojrzała w dół i szybko podciągnęła lekko opuszczone spodnie.

— Zdążył ci coś zrobić? — pytał z zaciśniętymi szczękami i łzami w oczach.

Kiwnęła przecząco głową, ale nadal się nie odzywała. Chłopak złapał jej rękę i pociągnął w stronę drzwi do klubu. Chciała się odwrócić.

— Nie patrz! — zasłonił jej widok swoim ciałem — nie chcesz tego oglądać.

Wciąż milczała, grzecznie odwróciła głowę i szła do lokalu. Nie wypuszczając jej dłoni, Tomek przeprowadził ją przez salę w kierunku baru.

Zdenerwowana Blanka kłóciła się z barmanem o to, że nie chce jej wypuścić samej, widząc podchodzącą do baru Karolinę wdrapała się z nogami na bar i podbiegła do przyjaciółki.

— Boże co się stało?

Karolina bez słowa usiadła przy barze i popatrzyła na wysokiego mężczyznę po drugiej stronie. Doskonale wiedział czego potrzebowała, nalał jej podwójną szkocką i postawił przed twarzą. Bez czekania podniosła szklankę i kilkoma łykami wypiła cały alkohol. Palcem pokazała barmanowi, żeby jej dolał.

— Tomek, kurwa, co to było? Co tam robiliście? I właściwie — rozejrzała się wokół siebie — gdzie jest Skaza?

Chłopak patrzył Blance w oczy, ale się nie odezwał.

— Ja pierdolę, co tu się wyrabia? Czemu nic nie mówicie? — wkurzona dziewczyna miała łzy w oczach.

Tomek nie zwracając uwagi na krzyki Blanki usiadł obok wciąż milczącej Karoli, chciał odsunąć z twarzy jej włosy, ale nerwowo odsunęła głowę.

— Boże…. Karol, przepraszam — z żalem patrzył na dziewczynę — chcesz się upić?

Przytaknęła głową.

— Ok, pij. Ja się od ciebie nie ruszę na krok, spokojnie.

Nie zwracała na niego uwagi, piła kolejną whisky kiedy Blanka zauważyła idącego w ich kierunku Artura.

— Ktoś może mi wyjaśnić co tu się odpierdala? — spojrzała na niego wściekła i rozżalona.

Skaza też nie bardzo spieszył się z odpowiedzią na jej pytanie i milczał.

— No zajebiście, dziękuję państwu bardzo! — usiadła przy barze i zamówiła szklankę czystej.

Siedzieli bez słowa kolejną godzinę, tylko Karolina piła próbując doprowadzić się do zgonu, ale nerwy wyjątkowo działały na nią trzeźwiąco. Była pierwsza w nocy jak bez słowa odwróciła się do swojego ochroniarza.

— Chcesz już do domu? — zgadywał jej życzenia.

Znów tylko kiwnęła głową.

Szli w kierunku wyjścia, Tomek z Karoliną z przodu, a kilka kroków za nimi Blanka ze Skazą.

— Możesz mi powiedzieć co się z nią stało?

— Chyba lepiej, żeby ci to sama powiedziała — pochylił się do jej twarzy i delikatnie musnął jej skroń ustami.

Patrzyła na idącą przed nią parę, Tomek trzymał Karolinę za rękę, a dziewczyna potulnie szła za nim nie zwracając uwagi co dzieje się wokół, chciał posadzić ją w samochodzie z Blanką na tylnej kanapie, ale ścisnęła go mocno za rękę, jakby bojąc się zostawać bez niego. Domyślił się o co chodzi i usiadł z nią z tyłu. Całą drogę trzymał jej dłoń, Karolina oparła głowę o zimną szybę i starała się o niczym nie myśleć. Kiedy podjechali pod dom, puściła Tomka i szybko poszła do środka i od razu pobiegła do sypialni. Blanka usiadła z chłopakami w salonie i długo czekała, aż któryś się odezwie.

— Ja oczywiście nie chcę być natrętna, ale co tu się odwaliło? Ktoś łaskawie mi to wyjaśni?

— Idź do niej, potrzebuje cię teraz — Tomek mruknął i podszedł do barku nalewając sobie od razu whisky.

Blanka ze zdziwieniem mu się przyglądała, bo pierwszy raz odkąd go znała pił w pracy.

— Pierdolę z wami! — wrzasnęła i poszła na górę.

Zastukała w drzwi sypialni Karoliny, ale odpowiedziała jej cisza. Powoli nacisnęła klamkę, drewniane drzwi skrzypnęły, a oczom Blanki ukazał się pusty pokój, ale z łazienki słychać było szum wody z deszczownicy. Zapukała w kolejne drzwi, tym razem też nikt jej nie odpowiedział. Chwilę wahała się czy wejść, ale w końcu się odważyła. Powoli uchyliła drzwi, a widok, który zastała doprowadził ją do łez. Na podłodze pod prysznicem siedziała naga Karolina i trzęsła się od płaczu.

— Pogadamy? — Blanka kucnęła obok kabiny.

— Nie ma o czym — odpowiedziała pociągając nosem.

— Chyba jednak mamy. Co się stało w tej knajpie? Gdzie byłaś z Tomkiem?

Dziewczyna zasłoniła twarz dłońmi i głęboko oddychała próbując się uspokoić.

— Poczekaj na mnie w sypialni — powiedziała stanowczo.

Blanka usiadła na miękkim łóżku i czekała, po chwili Karolina ubrana w szlafrok usiadła obok niej.

Blanka nie odrywała od niej wzroku.

— No mów!

— On… — zawahała się — on chciał mnie zgwałcić… — szybko odpowiedziała, łzy znów stanęły jej w oczach, a podbródek zaczął drżeć.

— Kurwa! Tomek? Zabiję skurwysyna! — Blanka poderwała się z łóżka.

— No jak Tomek co ty gadasz?

— Od paru godzin ciągle cię za coś przeprasza…

— Blanka zacznij myśleć, Tomek by mi nigdy krzywdy nie zrobił — mówiła spokojnie i łagodnie — ten facet z dyskoteki, tańczył obok mnie i nagle złapał mnie za rękę i wciągnął w taki ciemny korytarz, nikogo tam nie było, próbowałam krzyczeć, ale przycisnął mnie do siebie i zasłonił usta — opowiadała szybko, jakby chciała mieć to już za sobą — wyciągnął mnie na zewnątrz, chciałam kopnąć w śmietnik, żeby zrobić hałas, ale odsunął mnie na drugą stronę, potem zaciągnął za róg budynku i… — przełknęła ślinę i wytarła łzy z policzków — przycisnął mnie sobą do ściany, czułam na ciele jak mu kutas staje rozumiesz, rozpiął mi spodnie i zaczął ściągać mi je z tyłka…

Blanka wpatrywała się w coraz głośniej mówiącą przyjaciółkę, łzy płynęły jej po twarzy i nie bardzo wiedziała co ma ze sobą zrobić.

— Co dalej? — zapytała niepewnie.

— Przybiegł Tomek, oderwał gościa ode mnie i…

— I co?

— Zastrzelił go… — wyszeptała patrząc Blance prosto w oczy.

Dziewczynę sparaliżowało, zasłoniła usta dłońmi i wbiła wzrok w ciemne oczy przyjaciółki.

— Władował w faceta chyba cały magazynek i gdyby Skaza do niego nie podbiegł do pewnie strzelałby do tej pory. To był jakiś amok!

Blanka przysunęła się do kołyszącej się na łóżku przyjaciółki i mocno ją przytuliła.

— Boże dziecko, co ty przeżyłaś — płakała razem z nią — ale właściwie za co Tomasz cię przeprasza? Zrobił to co powinien.

— Że dopuścił do tego.

Blanka z uśmiechem pokręciła głową.

— Rycerz nie ma co! — pomyślała.

Długo leżały na łóżku przytulone, Blanka kołysała Karoliną jak dzieckiem do snu. Po godzinie zauważyła, że przyjaciółka zasnęła. Okryła ją kołdrą i wyszła z sypialni, cicho zeszła do salonu, Skaza siedział w fotelu I odwrócił się słysząc kroki na schodach.

— Jak mała?

— Zasnęła.

— Powiedziała ci o wszystkim?

— Tak, jak tak dalej pójdzie to do żadnego klubu niedługo nie będziemy jeździć — uśmiechnęła się sztucznie.

— Tomek nie może sobie podarować, że stracił ją z oczu, szaleje.

— Uratował jej dupę i to dosłownie. Niech się nie boi, jest mu wdzięczna. Idę już spać — spojrzała z zaciekawieniem na Artura — to prawda, że władował w tego skurwysyna cały magazynek?

— Prawdę mówiąc to nie liczyłem kul, ale mało z faceta zostało.

Dziewczyna pokręciła z niedowierzaniem głową.

— No co? Rozumiem go, zrobiłbym dokładnie to samo na jego miejscu.

— Ale po co? Wystarczyłby jeden strzał, ja w ogóle jestem przeciwna takim rozwiązaniom i trudno mi się wciąż pogodzić z tym, że tak łatwo wam to przychodzi.

Tym razem to Skaza patrzył na nią z niedowierzaniem.

— Dziewczyno… serio nie wiesz, czy udajesz sama przed sobą, że nie rozumiesz? — patrzył na nią płonącym wzrokiem, od którego czuła na ciele dreszcze i przestraszyła się swojej reakcji.

— Dobranoc! — wstała z fotela i poszła do sypialni.

Leżała w łóżku i myślała o słowach Artura. Doskonale wiedziała o czym mówił, nie trzeba było być geniuszem, żeby zauważyć, że traktują je inaczej, niż zwykli ochroniarze. Taka sytuacja była dość wygodna, ale z drugiej strony mogła doprowadzić w końcu do tragedii. Czuły się przy nich bezpiecznie, bo wiedziały, że dla nich są gotowi na wszystko. To ułatwiało im chwilowo życie, ale też mocno je komplikowało. Zastanawiała się co zrobić, najlepiej byłoby odesłać ich i czekać na Dona i Adama, ale nie wiedziała kiedy wrócą. Nie chciała też traktować chłopaków gorzej, niż do tej pory, ponieważ nie zasługiwali na to, zresztą lubiła ich obu. Może właśnie to był błąd, gdyby traktowały ich od początku jako swoich ochroniarzy, a nie przyjaciół to nie byłoby teraz problemu.

Pukanie do drzwi o trzeciej w nocy zaskoczyło Blankę.

— Kto tam?

Drzwi powoli się otworzyły.

— Nie śpisz? Chciałam ci coś powiedzieć.

— Boże, aż boję się zapytać co — oparła się o poduszki za jej plecami — jesteś pewna, że powinnam to wiedzieć?

— Jestem pewna, że nie powinnaś, ale muszę, bo wybuchnę.

— Co narobiłaś?

— Chyba zdradziłam Dona — patrzyła Blance prosto w oczy i czekała na reakcję.

— Jak to, chyba?

Karolina nieśmiało wzruszyła ramionami.

— To żart tak? Taki trochę głupi, ale powiedz, że to żart!

— Nie. Nie pieprzyliśmy się jeśli o to ci chodzi.

— Dobra, mów od początku, bo nie mam ochoty się domyślać.

— Wiesz, kiedy rozwalił tego faceta, to podszedł do mnie i mnie przytulił tak mocno jak tego potrzebowałam, czułam bicie jego serca, jego każdy oddech, ruch mięśni…

— To jeszcze nie zdrada, chyba — Blanka wtrąciła wierząc, że to już koniec historii.

— Przepraszał, że mnie nie upilnował i…

— I?

— Ja tak strasznie płakałam, zaczął mnie całować…

— Co zrobił? Kurwa Karol! Lizaliście się?!

— No właśnie nie, on całował moje policzki, tak jakby chciał swoimi ustami wytrzeć moje łzy — nieznacznie się uśmiechnęła.

— No a ty co?

— No i właśnie tu zaczynają się problemy. Ja chciałam więcej, czekałam, aż dotknie moich ust. Potrzebowałam tego, żeby mnie do siebie przycisnął i mocno pocałował. I pewnie gdyby Skaza mu nie przerwał to by… no wiesz. Chciałam tego, chciałam jego Blant…

Blanka siedziała z poduszką przyciśniętą do twarzy i długo warczała.

— Nie wierzę! No kurwa mać, nie wierzę! Karolina, rozum ci odebrało? Naćpałaś się jakiegoś szajsu? Co ty wyprawiasz? — krzyczała coraz głośniej — jak zamierzasz tu teraz z nim mieszkać do powrotu Doriana? Co to kurwa ma być? Trudno, Tomek rano kończy pracę.

— Co?

— To! Nie może tu zostać dłużej! Nie panujesz przy nim nad sobą. Serio, przykro mi, bo bardzo go lubię, ale nie!

— A Skaza co? Też na ciebie leci! — krzyczała rozżalona.

— Wiem i wcale się z tego nie cieszę. Ale ja nie tracę przy nim głowy. Spokojnie będę mogła spojrzeć Adamowi w oczy jak wróci. A ty co? Opowiesz Dorianowi tę historię? Czy raczej tylko kawałek?

— Kocham Doriana, naprawdę go kocham!

— I właśnie dlatego Tomek nie może tu zostać, żebyś mogła go spokojnie kochać dalej. Wybieraj, albo jeden, albo drugi! Dobranoc — odwróciła się plecami do Karoliny i przykryła się kocem.

— Nie śpij, porozmawiaj ze mną.

— Karo, kładź się spać, pogadamy rano. Jak chcesz możesz spać ze mną, ale nie rozmawiajmy teraz o tym.

Karolina wsunęła się po koc i przytuliła się do pleców przyjaciółki.

— Tęsknię za Donem, myślisz, że wróci?

— Wróci, wróci.. i zabije Tomka, zobaczysz.

Karolina już się nie odezwała.

Blanka obudziła się o ósmej rano, a Karoliny nie było w sypialni, szybko się ubrała i zeszła do kuchni. Na stole było przygotowane śniadanie, usiadła na krześle i patrzyła w okno naprzeciwko niej, w ogrodzie siedział Artur z Tomkiem, z daleka było widać, że się kłócą. Nie była pewna czy chce wiedzieć o co im poszło. Zobaczyła, że Skaza wstał z fotela i idzie w stronę domu, a po chwili usłyszała trzaśnięcie drzwiami i szybkie kroki.

— O, nie śpisz już! — powiedział zaskoczony jej widokiem.

— Przepraszam, że przeszkadzam — odpowiedziała chłodno nie patrząc w jego stronę.

— Nie, to ja cię przepraszam, cieszę się, że jesteś — powiedział łagodnie jak zawsze i usiadł obok dziewczyny — zrobię ci kawkę co?

Zanim zdążyła odpowiedzieć stał już przy ekspresie. Blanka próbowała ułożyć w głowie wszystko, co chciała mu powiedzieć, musiała ograniczyć jakoś ich zwiększającą się z każdym dniem bliskość.

Chłopak postawił kubek z kawą przed dziewczyną i usiadł obok niej nie odwracając wzroku od jej twarzy.

— O co się kłóciliście? — to pytanie trochę go zaskoczyło.

— A to takie zawodowe sprawy — odpowiedział odwracając wzrok.

— Chodzi o to co wczoraj zaszło między nim a Karoliną?

— Skąd wiesz o tym?

— Powiedziała mi dziś w nocy. Nie wiem co zrobić, powinien odejść stąd jak najszybciej, ale z drugiej strony wiem, że bardziej oddanego ochroniarza Karo mieć nie będzie. Obawiam się tylko, że w końcu chłopaka poniesie, a ona mu się nie oprze. Nie chcę, żeby się przy niej męczył, lubię go i nie będę spokojnie na to patrzeć. Nie życzę mu losu Darka, a wszystko wskazuje na to, że tak się to zakończy. Muszę z nim pogadać.

— Nie musisz, rozmawiałem z nim już. Zostanie do powrotu Dona, ale ma się pilnować. Ja też chciałem cię przeprosić, nie powinienem cię tak traktować.

Patrzyła na niego bez słowa i cieszyła się, że sam jej to powiedział i nie musiała zaczynać tego tematu.

— Nie traktowałeś mnie źle — zaśmiała się.

— Wiem, ale chyba trochę zatraciłem przy tobie granice na co mogę sobie pozwolić, a na co nie. Dla mnie to była ogromna przyjemność móc cię czasem dotknąć.

— Lubię jak mi zakładasz włosy za ucho — powiedziała z uśmiechem, podnosząc kubek do ust.

Bez namysłu wyciągnął dłoń do jej twarzy i przesunął jasny kosmyk za ucho dziewczyny.

Blanka zmrużyła oczy, zrobiła to pierwszy raz odkąd Skaza odważył się ją dotykać.

— Boże dziewczyno, nie rób tak nigdy więcej.

Otworzyła szeroko oczy nie wiedząc o co chodzi.

— Nie jestem z kamienia, a jak tak robisz to serio zapominam po co tu jestem i co mi grozi za to co chciałbym teraz z tobą zrobić.

— Skaza, no co ty!

— Nic, nieważne! — wstał z krzesła i szybko wyszedł z domu.

— I chuj, teraz ja przegięłam — dopiła kawę i poszła do sypialni Karoliny.

Dziewczyna leżała na łóżku w szlafroku.

— Jak ci mała?

— Do bani. Don nie wraca, Tomka sama zaczynam się bać, nie bardzo chce mi się wychodzić z pokoju. Mogę dziś nie wychodzić?

— Jak nie chcesz to pewnie. Słuchaj Skaza rozmawiał z Tomaszem, dogadali się, że zostanie do powrotu Doriana, ale nie będzie się do ciebie zbliżał, no w tym sensie co wiesz.

— Ok, mam prośbę, zostaw mnie dziś samą co? Nie przychodź, chcę pobyć sama. Muszę poukładać sobie cały mój świat, jak będę czegoś potrzebowała to zejdę sama.

Blanka stała nad łóżkiem Karoli bez słowa, trochę zaskoczyła ją ta prośba.

— Jasne, tylko nie zrób niczego głupiego co?

— Nie bój się. Nie gniewaj się na mnie — spojrzała na Blankę ze łzami w oczach.

— No co ty, myśl dziewczyno. Ja pojadę na zakupy, bo lodówka zaraz będzie pustkami świecić.

Blanka cicho zeszła po schodach, chłopaki siedzieli w salonie, bez słowa ich minęła i podeszła do lodówki, otworzyła drzwi i stała przyglądając się zawartości.

— Na co masz apetyt?

Podskoczyła słysząc głos Skazy.

— Nie będę się powtarzać, bo widzę, że jesteś niereformowalny kurwa! Nie mam apetytu, tylko chcę jechać na zakupy i patrzę czego nie ma.

— Wystawię ML-a z garażu.

— Dobra, za dziesięć minut jestem gotowa.

Jechali w ciszy, Blanka nie bardzo wiedziała jak ma z nim teraz rozmawiać, wydawało się jej, że wszystko, co powie będzie przez niego odebrane jako zachęta, więc milczała.

— Stało się coś? — Skaza nie odwracał twarzy od przedniej szyby.

— Martwię się o Karolinę, świat jej się trochę zawalił. Wyjazd Dona, próba gwałtu, jeszcze ten Tomek. Zabiję tego Komandosa jak tylko wróci.

— A jego za co?

— A kto nam was przydzielił do ochrony? Kurwa zazdrośni są o nas, że hej, ale jak przychodzi co do czego to nam przydzielają młodych, fajnych chłopaków, gdzie tu logika?

— Wolałabyś starego i nudnego? — zaśmiał się — widzisz dziewczyno, ochroniarz taki jak Tomek czy ja ma jedno zadanie, dbać o bezpieczeństwo, więc musi być wystarczająco silny, szybki i sprawny, żeby móc to zrobić. Taki fach, nic na to nie poradzisz, a to, że nie jesteśmy chamami i gburami to chyba zaleta, a nie wada.

Blanka nic nie odpowiedziała. Po kilkunastu minutach wysiedli przed supermarketem.

— Wynudzisz się trochę, pewnie ze dwie godziny będę łazić — puściła mu oczko.

— Z tobą się nie można nudzić, zawsze coś odpierdolisz to się pośmiejemy.

— Trudny komplement, ale dzięki — odwróciła się i ruszyła między regały.

Po niecałych dwóch godzinach szli w kierunku samochodu z wózkiem wypełnionym po brzegi. Szybko zapakowali zakupy do samochodu i pojechali do domu. Na podjeździe podszedł do nich Tomek.

— Dalej siedzi u siebie? — Blanka spytała wychodząc z samochodu.

— Tak, nawet na chwilę nie wyszła. Sorry Blanka, ale ja chyba jednak już teraz odejdę, nie chcę jej męczyć swoją obecnością.

— Ale cię wzięło facet — spojrzała na niego smutno — nigdzie nie odejdziesz, ona tym razem to nie przez ciebie tam siedzi, więc bierz torby i do kuchni!

Blanka do wieczora siedziała w ogrodzie z książką w ręce. Skaza z Tomkiem na zmianę przychodzili pytać czy czegoś nie potrzebuje. Co chwilę spoglądała na telefon, bo do teraz nie dostała nawet jednej wiadomości, wiedziała, że to zły znak, ale bała się to przyznać sama przed sobą, wciąż wierzyła, że jakoś wszystko się ułoży. Podniosła oczy znad książki i zobaczyła podchodzącego do niej Tomka.

— Możemy pogadać?

— Jasne, stało się coś? — odłożyła książkę na stolik i pokazała mu ręką fotel — siadaj.

— Co się dzieje z Karolą? Od wczoraj się nie pokazała.

— Musi sobie poukładać wszystko, co się stało, trochę nabroiłeś wiesz o tym?

— Blanka wiem, nie powinienem spuszczać z niej wzroku jak poszła tańczyć, ale to była minuta, nie wiem jakim cudem znalazła się po drugiej stronie sali — tłumaczył się.

Blanka robiła coraz większe oczy nie wiedząc o czym on mówi.

— Chłopie co ty gadasz? — Tomek ze zdziwieniem patrzył w jej duże oczy — ja nie mówię o tym, że ten facet ją wyciągnął z klubu, tylko o tym, co stało się później, jak już go zastrzeliłeś. To nie powinno mieć miejsca, wiem, że ona ci się podoba, ale tak czy inaczej. Ona źle się z tym czuje, bo uważa, że trochę cię sprowokowała, a nie powinna, jest zaręczona i kocha Doriana, a ta sprawa z tobą trochę wpłynęła na jej zdanie o sobie samej. Daj jej czas, żeby sobie wszystko poukładała. I, żeby była jasność, nikt nie ma do ciebie o nic pretensji, ani o to, że na chwilę straciłeś ją z oczu, ani za to, co było potem — patrzyła na rozweselony wzrok Tomka i dopiero po chwili zwróciła uwagę, że to nie jej słowa są powodem tego szczęścia.

Karolina szła właśnie w stronę ogrodu, ubrana w szarą dresową sukienkę do pół uda i tenisówki, włosy miała związane w luźnego koka na czubku głowy, a na nosie okulary pilotki z niebieskim, lustrzanym odbiciem, wyglądała zjawiskowo, a Tomek nie hamował ekscytacji na jej widok.

Blanka śmiała się patrząc jak chłopakowi mowę odebrało.

Tomek wstał z fotela i poszedł w kierunku domu, kiedy mijał Karolinę bez słowa przysunął się do niej, złapał ją za tył głowy i pocałował w czoło. Dziewczyna stała w szoku i patrzyła na odchodzącego chłopaka.

— A jemu co znowu? — zdziwiona zapytała Blankę.

— Nie wiem chyba się zakochał — zaśmiała się.

— W kim?

— No nie we mnie raczej!

— Dobra, dobra — usiadła spokojnie w fotelu i wystawiła twarz w stronę zachodzącego już słońca.

— Ale humorek się chyba poprawił — Blanka nie odwracała oczu od przyjaciółki.

— No, podjęłam decyzję. Odchodzę od Doriana i wyjeżdżam z Tomkiem jak najdalej od tego syfu.

Serce Blanki się zatrzymało, siedziała blada na fotelu i wpatrywała się w wesołe oczy Karoliny. Była naprawdę szczęśliwa, dawno jej takiej nie widziała.

— Co tak na mnie patrzysz? Sama kazałaś mi wybrać jednego z nich.

— Tak, ale, kurwa, myślałam, że jednak zostaniesz z Donem. Kurwa, Karolina co się z tobą dzieje? Po tym wszystkim tak po prostu się zawiniesz i wyjedziesz? — Blanka miała łzy w oczach.

— Żartowałam głupia! Czekam na Dona, chajtamy się szybko i robimy sobie trojaczki od razu.

Blanka siedziała chwilę, zanim zrozumiała słowa Karoliny.

— Pierdolę ten twój humor! O mało nie zeszłam. Weź się nie odzywaj do mnie, kurwa!

— No co? Kocham tego faceta najbardziej na świecie, nie zamienię go na nikogo. A tamto to był tylko jakiś impuls, tęsknota i strach jednocześnie.

— Chwała Bogu, bo już się bałam. Tylko teraz musisz to z Tomkiem jakoś obgadać, żeby chłopak nie wyobrażał sobie zbyt wiele.

— Jutro, dziś odpoczywam i czekam na mojego mafiosa — uśmiechnęła się słodko.

Dziewczyny do późnej nocy siedziały w ogrodzie, w końcu około drugiej godziny wróciły do domu. Tomek z Arturem siedzieli w kuchni i z zainteresowaniem przyglądali się zadowolonym dziewczynom.

— W końcu się śmiejecie — Skaza nie odrywał oczu od Blanki.

— A tak jakoś wyszło i to bez grama alkoholu — Karolina uśmiechnęła się szeroko i poszła do sypialni, a Blanka zaraz za nią.

Dziewczyny od razu poszły spać. Blanka źle spała, budziła się co chwilę i sprawdzała telefon, który wciąż milczał. Spojrzała na zegarek przy łóżku, było kilka minut przed czwartą, błysk świateł samochodu oświetlił okno jej sypialni. Szybko podeszła do szyby i stanęła sparaliżowana kiedy z auta wysiadł Adam. Wybiegła z sypialni i szybko obudziła Karolinę, zbiegły po schodach na parter akurat w chwili kiedy Adam wszedł do salonu, był sam. Stanęły w miejscu i patrzyły na zmęczoną twarz mężczyzny. Postawił na podłodze czarną torbę podróżną. Karolina rozpłakała się w głos, a Blanka spoglądała raz na nią raz na Komandosa.

— Co się stało? Co to jest? — pytała patrząc na Karolinę.

— To jest torba Doriana, w którą spakował się na wyjazd — mówiła przez łzy — czyli że…, że on już nie wróci tak?

Komandos patrzył jej poważnie w oczy i milczał.

Rozdział 7

Karolina stała na schodach, dłońmi zasłoniła twarz i płakała. Blanka chciała ją objąć, ale dziewczyna wyszarpnęła się i uciekła do sypialni. Jej rozpaczliwy krzyk było słychać na parterze, Blanka nie zwracając uwagi na Adama poszła za nią. Usiadła z nią na łóżku i mocno przytuliła, płakały razem objęte.

— Cicho, nie płacz kochanie. Nie płacz — nie wiedziała co ma jej powiedzieć w tej sytuacji.

Płacz Karoliny był coraz głośniejszy, rzucała stojącymi na szafce nocnej przedmiotami, budzik, lampka, książki, wszystko rozbijało się z hukiem o drewniane ściany, Blanka nie hamowała jej, wiedziała, że musi się rozładować, lepiej, żeby rozbijała budzik niż zrobiła coś sobie.

Adam stał nadal w salonie słuchając kolejnych hałasów dobiegających z sypialni i kręcił z uśmiechem głową.

— Temperament godny żony gangstera — powiedział sam do siebie i nalał sobie dużą porcję ulubionej Hennessy.

Kolejny dźwięk rozbijanego przedmiotu usłyszał nad sobą. Spojrzał na sufit i pokręcił z uznaniem głową.

— Czemu się wścieka? — męski głos rozległ się w drzwiach salonu.

— Bo myśli, że nie żyjesz — Komandos odwrócił twarz do wchodzącego powoli Doriana.

— O kurwa! Dostanie mi się… — Don spojrzał na sufit.

— Raczej mi się dostanie, dlatego już się znieczulam, bo to może ostatni koniaczek w moim życiu, jak mnie dopadnie to przez najbliższy rok będę jadł kaszkę przez słomkę.

Karolina szalała w sypialni, w końcu bezwładnie rzuciła się na łóżko i nagle przestała płakać. Martwa cisza zaległa w całym domu. Blanka usiadła przy przyjaciółce i delikatnie gładziła jej głowę.

— Kochanie, wiem, że cokolwiek powiem będzie głupie, ale może prześpij się, odpocznij, zostać z tobą?

— Wyjdź proszę, idź do Adama, czeka na ciebie.

— Poczeka, teraz ty się liczysz.

— Idź, chcę zasnąć i się już nie obudzić.

— Karuś nie mów tak, wiem, że teraz ci to nie pomoże, ale musisz jakoś to przejść. Nie pójdę dopóki nie obiecasz, że nic sobie nie zrobisz.

— Ok obiecuję, ale chcę spać. Idź już.

Blanka okryła ją kocem i wyszła z sypialni, gdy zamknęła drzwi rozpłakała się, dłonią zasłaniała usta, żeby nie było jej słychać. Cicho schodziła do salonu, a gdy była już na dole stanęła sparaliżowana widokiem. Jej twarz zbladła tak, że przez skórę prześwitywały naczynka krwionośne. Adam szybko podniósł się z fotela i podszedł do ukochanej.

— Słońce, wszystko jest w porządku? Co się dzieje?

— Kurwa! Co to ma być? Żarty sobie robicie?

Dorian powoli podniósł się z kanapy, lewą rękę miał w temblaku, drugą podpierał się o kulę.

— Boże Don…

— Nie bój się mała, nic mi nie będzie. Ale rozumiem, że kotek się wkurzył? Zanim dolazłem z tą kulą to trochę zeszło, myślałem, że zdążę pójść do Karoli, zanim spotka Adama samego. Dobra teraz pójdę, może nie umrze na zawał, że ducha widzi.

Powoli poszedł na górę, nacisnął na klamkę i cicho otworzył drzwi. Karolina nie spała, leżała tyłem do drzwi okryta ciemnym kocem. Z miłością patrzył na jej potargane włosy. Rozejrzał się po pokoju i zobaczył bałagan, który zrobiła rozbijając wszystko, co miała w rękach.

— Mówiłam, że nic sobie nie zrobię, po co przyszłaś? Nie jestem dzieckiem, nie musisz mnie pilnować!

— Ciekawe kto tu posprząta? — Dorian wesołym głosem odpowiedział narzeczonej.

Dziewczyna nerwowo odwróciła się w stronę drzwi, siedziała w bezruchu kilkanaście sekund analizując to co widzi.

— Nie umarłem, trochę mnie pokancerowali, ale nie tak łatwo mnie wykończyć. Kotek…

Karolina zerwała się z łóżka i podbiegła do Doriana, chciała rzucić się mu na szyję, ale nie bardzo mogła. Don odłożył kulę, mocno chwycił ją za szyję i przyciągnął do swoich ust. Całował ją mocno i głęboko, jego spragnione usta pieściły jej zapłakaną twarz. Przesunął dłoń na pośladki dziewczyny i jednym ruchem podciągnął ją do góry i nie zwracając uwagi na ból chorej ręki, posadził ją sobie na brzuchu.

Karolina objęła go mocna za szyję i przyciągnęła do swoich ust, całowała go namiętnie nie odrywając rąk od jego twarzy. Dorian pokuśtykał z Karolą na brzuchu do najbliższego fotela i usiadł. Pieścił ustami jej pachnącą szyję, a dłoń wsunął pod sukienkę odnajdując miękkie pośladki, nie mógł się powstrzymać, żeby nie wejść pod skąpe majtki. Jej wilgotna skóra między nogami mówiła wystarczająco dużo, Dorian nie odrywając się od ust Karoliny głośno zamruczał, wiedziała czego pragnie i chciała tego samego. Szybko podniosła pośladki i zsunęła dresowe spodnie narzeczonego, jego kształtny członek był już bardzo gotowy, nie musiał długo czekać. Karolina szybko osunęła się na podłogę i bez zbędnych wstępów włożyła go głęboko do ust, Dorian głośno jęknął opierając głowę o ścianę za fotelem. Karolina nie bawiła się dziś w delikatne zabawy, mocno ssała męskość Dona gładząc dłońmi jego spięte uda. Szybko przesuwała wargi po gładkiej skórze, czując nadchodzący wytrysk nie zwalniała tempa, tęskniła za nim i chciała go czuć. Dorian wplótł dłoń we włosy dziewczyny, ale nie przyciskał jej do siebie, tempo które nadawała ustami było idealne. Językiem pieściła jego najczulszy punkt, a po kilkunastu sekundach poczuła jak ciepłe nasienie wypełnia jej usta, głośny jęk Doriana pobudzał ją jeszcze bardziej, czuła jak jego mięśnie napinają się tak, że zaczęły drżeć. Nie zaprzestała pieszczot, powoli przesuwała wilgotne wargi po gładkiej skórze zaspokojonego penisa. Nie chciała przestawać, po kilkunastu ruchach poczuła jak członek ukochanego znów twardnieje, wiedziała co zrobić, powoli wyciągnęła go z ust liżąc go, aż do samego końca. Weszła z powrotem na biodra Doriana i powoli usiadła na silnym wzwodzie. Jej głośny wydech przyjemnie drażnił uszy Doriana. Szybko zdjęła z siebie dresową sukienkę i sięgnęła rękami na plecy, zdrową ręką objął ją odsuwając jej dłonie od stanika, sam rozpiął haftki i z pożądaniem patrzył jak kolorowa koronka zsuwa się z jej obfitego biustu, czekał na ten widok zbyt długo, żeby móc się pohamować przed wpatrywaniem się w gładką jędrną skórę, miał sprawną jedną rękę, ale nie przeszkadzało mu to w pieszczotach spragnionego ciała kochanki. Całował mocno jej gładką, pachnącą szyję, a dłonią pieścił gorące, miękkie piersi. Karolina powoli i rytmicznie podnosiła pośladki nabijając się coraz mocniej z każdym ruchem. Dorian przygryzał delikatne sutki dziewczyny doprowadzając jej podniecenie do granic wytrzymałości, jęczała głośno czując zbliżający się orgazm. Szybkie ruchy jej bioder podniecały Doriana, a widok kołyszącego się przed jego ustami dużego biustu doprowadzał go do szaleństwa. Po kilku sekundach Doriana przeszedł elektryzujący orgazm, objął Karolinę i mocno przycisnął do swojej męskości dając upust fali ekstazy jaka przechodziła przez jego wycieńczone ciało, po chwili Karolina kołysała się znowu doprowadzając swoje ciało na szczyt erotycznego spełnienia. Mocno przycisnęła głowę ukochanego do siebie, a jej krzyk odbijał się od ścian sypialni, w końcu po kilku sekundach słychać było tylko ich głośne oddechy zmęczenia i zaspokojenia. Karolina mocno przytuliła się do Doriana, jego szybko poruszająca się klatka piersiowa kołysała ją do snu. Po kilku minutach Dorian poczuł, że zasnęła, uśmiechnął się, bo tęsknił za tym. Mocno przycisnął ją do siebie, ręką sięgnął do stolika, na którym leżał duży kąpielowy ręcznik. Rozłożył go i okrył plecy swojej śpiącej królewny. Zachłannie wąchał jej włosy i gładził dłonią gładką nogę narzeczonej.

— Boże, jak ja cię kocham kotek — szeptał całując jej głowę.


Adam z Blanką nie spędzali wieczoru tak intensywnie, Komandos leżał na kanapie w salonie ze szklanką koniaku, Blanka ułożyła się między jego nogami, a głowę oparła o pachnącą jak zawsze klatkę piersiową. Więcej do szczęścia nie było im potrzeba.

Otworzyła powoli zaspane oczy, popatrzyła, że nadal leży na Adamie, wsunęła dłoń pod jego koszulkę i dotknęła ciepłego ciała ukochanego mężczyzny. Wzrok Komandosa w sekundę zapłonął.

— Boże, to nie był sen… jesteś — dziewczyna mocno przytuliła się do narzeczonego.

— Jestem słońce, śpij dalej.

Podciągnęła się wyżej i wtuliła głowę w jego szyję, Adam objął ją mocno ramieniem i co chwilę całował jej czoło. Przysunęła się bliżej jego ust i poczuła jego koniakowo-papierosowy oddech, który działał na nią od dnia ich poznania się. Poczuła skurcz w podbrzuszu i bez czekania pocałowała jego miękkie usta, ręce Adama powoli przesuwały się w dół jej ciała, pieszcząc każdy skrawek spragnionej dotyku skóry. Drżała w jego ramionach z tęsknoty i miłości. Powoli podniosła się opierając na kolanach i usiadła na jego biodrach. Nie odwracając od niej wzroku odstawił koniak na stolik i mocno ścisnął dłonie na jej talii. Blanka pochyliła się do Adama i położyła dłonie na tył jego głowy, w jego oczach widziała coś dziwnego, nie był sobą, coś go gryzło, oparła usta na jego ciepłych wargach i delikatnie wsunęła język do jego ust. Ich języki pieściły się powoli i subtelnie, a dłonie Adama przesuwały się po ciele Blanki tak powoli i delikatnie jak jeszcze nigdy, samymi opuszkami palców dotykał jej gładkich nóg.

Blanka jeszcze nigdy nie widziała go tak opanowanego w pieszczotach, zazwyczaj upajał się nią bez żadnych zahamowań, teraz jakby bał się jej dotykać. Próbowała go rozgrzać i wcisnęła rękę w jego spodnie sięgając swobodnie do krocza mężczyzny. Komandos przymknął oczy i zabrał jej rękę ze spodni. Miała już pewność, że coś jest nie tak. Nie wiedziała tylko czy sprawa dotyczy jego czy jej. Spojrzała na niego pytającym wzrokiem, ale się nie odezwał, zdawało jej się nawet, że unika jej wzroku.

— Co się dzieje? — spytała opierając głowę o jego tors.

— Nic słońce — wyszeptał i sięgnął po stojącą na stoliku kryształową szklankę.

— Nie wierzę, ale ok, gdybyś jednak miał ochotę pogadać to jestem.

Pocałowała go w policzek i wstała. Leżał w bezruchu z zamkniętymi oczami. Dziewczyna ze łzami w oczach poszła do sypialni. Zatrzymała się przy drzwiach do pokoju Karoliny, nie słychać było żadnego dźwięku. Po chwili leżała już w pustym łóżku płacząc w poduszkę. To był najgorszy powrót Adama do domu. Czuła się winna, choć nie miała powodów.

Sierpniowe słońce wpadało do sypialni Blanki przez duże okno, podniosła zmęczone od płaczu powieki i zobaczyła na poduszce obok spokojną twarz Adama. Podniosła głowę i zerknęła na zegarek, dochodziła dziewiąta rano. Komandos leżał niczym nie przykryty, jego idealne ciało wyglądało na białej pościeli mocno pociągająco, wyrzeźbione mięśnie pleców seksownie poruszały się z każdym oddechem, wywołując w Blance gorące dreszcze, jednak wspomnienie ich nocnego spotkania skutecznie ostudziło jej emocje. Poszła do łazienki i po prysznicu oraz ubraniu się powoli zeszła na dół. W kuchni przy stole siedziała już Karolina z Dorianem. Karola wpatrzona w narzeczonego nie odrywała od niego oczu, za to Don trzymając jej dłoń co chwilę podnosił ją do ust i całował.

— Cześć zboczuchy! — podeszła do Doriana i mocno objęła go za szyję i pocałowała w policzek — nie mieliśmy jeszcze okazji się przywitać.

— Czemu zboczuchy? — Karolina podniosła na nią oczy.

— Ta, bo uwierzę, że dziś w nocy dyskutowaliście do rana, a patrząc na to jak bardzo Don się nie może ruszać to raczej nie była pozycja na misjonarza nie?

Karolina uśmiechnęła się zalotnie i popatrzyła na narzeczonego.

— Dobra, wy też nie byliście pewnie lepsi — pokazała Blance język.

— I tu się mylisz — odpowiedziała szybko — Chcecie jeszcze kawy? — zapytała uciekając od tematu i zdziwionego wzroku przyjaciółki.

— Blanka? — głos Karoliny drżał.

— Co?

— Co się dzieje? — nie odrywała od niej wściekłych oczu.

— Nic. Chyba stracił mną zainteresowanie, właściwie spodziewałam się tego, ale chyba nie tak szybko — Blanka stała twarzą do ekspresu unikając ich wzroku.

— Co ty gadasz dziewczyno? Wiesz jak on tu do ciebie leciał? — Dorian próbował się do niej odwrócić, ale leżąca na krześle noga nie bardzo mu na to pozwalała.

Blanka odwróciła się przodem do stołu, miała oczy pełne łez.

— Może i leciał, nie wiem, ale wiem, że ze mną niewiele chciał mieć wspólnego, więc sorry — otarła z twarzy spływające łzy i usiadła z kubkiem naprzeciwko Doriana.

— No to mów stary, co z tobą? Noga, ręka… coś jeszcze uszkodzone? — spojrzała na Karolinę i puściła jej oczko.

— Nie bój się, to co najważniejsze to sprawne jak nigdy wcześniej — Karolina z błyskiem w oczach spojrzała na narzeczonego.

— Przestrzelony bark i piszczel. Ale nic mi nie będzie, uszkodzenia nie będą miały na szczęście wpływu na moją sprawność, przynajmniej w najbliższym czasie.

— Super, trochę napędziłeś nam stracha — uśmiechnęła się, ale widać było, że nadal jest smutna.

Usłyszeli kroki na schodach i wszyscy troje spojrzeli na wchodzącego Adama. Facet niepewnie popatrzył we wbite w niego oczy.

— Brudny jestem?

— Nie — Blanka skwitowała go jednym słowem, wzięła swój kubek i wyszła do ogrodu.

Adam jakby nigdy nic, zrobił sobie kawę i usiadł na jej miejscu przy stole.

— Pojebało się w głowie? — Karolina pierwsza przerwała milczenie.

— Komu?

— Pierdolę! — podniosła się z krzesła i poszła za Blanką do ogrodu.

Dorian wpatrywał się w twarz Komandosa. W jego oczach było coś dziwnego, nigdy tak nie wyglądał.

— Stary, jeśli myślisz, że ukryjesz, że coś się stało to kiepsko ci to wychodzi. Wszyscy już to zauważyli, więc możesz powiedzieć.

Adam podniósł twarz na przyjaciela, ale wciąż milczał, kolejny łyk kawy powoli rozgrzewał jego podniebienie.

— Dobra kawa — tylko to miał do powiedzenia.

— Kurwa, wiesz, gdyby nie ta połamana gira to też bym wyszedł jak dziewczyny, ale to trochę za długo zejdzie.


Dziewczyny siedziały w ogrodzie i milczały. Karolina patrzyła na łzy spływające po twarzy Blanki.

— Przestań może coś się stało, wiesz niby to twardziele, ale może widział coś, co tak na niego wpłynęło.

— To niech mi to powie — mówiła rozżalona.

— Wtedy musiałby przyznać się do słabości, a oni tego się boją.

— Gdzie Skaza i Tomek? — pytanie Blanki zaskoczyło Karolinę.

— Od powrotu Dona i Adama już ich tu nie ma. I chyba już ich raczej tu nie zobaczymy — Karolina odwróciła twarz i głośno przełknęła ślinę.

— Ej, co jest?

— Nic, nawet mu nie zdążyłam podziękować za tamto.

— Karo wybacz, ale może to lepiej — Blanka obejrzała się za siebie sprawdzając czy są same — Ten chłopak doprowadza cię do takiego stanu, że jakbyś zaczęła mu dziękować to skończylibyście co najmniej w łóżku. Czasem mam wrażenie, że on na ciebie silniej działa niż Don, a to nie jest chyba zdrowy układ co?

— Tęsknię za nim Blant — ze łzami w oczach patrzyła na przyjaciółkę.

— Osz ja pierdolę! — dziewczyna podniosła się z fotela i krążyła nerwowo wokół Karoli — co ty chcesz powiedzieć przez to co przed chwilą powiedziałaś?

— Nic poza tym, że za nim tęsknię, za tymi zielonymi wesołymi oczami. Ja go nie kocham Blant, serio!

— No nie jestem pewna… — Blanka patrzyła na zapłakaną Karolinę — kurwa zawsze musi się coś pojebać jak już jest dobrze! Nie możesz go widywać, rozumiesz? Masz narzeczonego, bierzecie ślub i chcecie mieć dziecko tak? Sama wczoraj mówiłaś, że chcesz być tylko z Dorianem. Tomek ci w tym nie pomoże. A jeśli chcesz mu podziękować to poproś Dona, żeby go tu ściągnął i był przy waszym spotkaniu, wszystko temacie.

— Don nie wie o tym, co się stało w Neonie.

— Kurwa! Nie powiedziałaś mu? Zwariowałaś?

— Nie wiem jak mam zacząć.

— Normalnie, byłyśmy w klubie, poszłaś tańczyć, facet cię wyciągnął, przyszedł tomek i trach! Co dalej było to bym raczej ominęła — popatrzyła Karolinie w oczy — musisz mu powiedzieć, wiesz co będzie jak się dowie tego od Tomka albo Skazy?

Karolina szybko otarła z twarzy łzy i wstała z fotela.

— Idziesz do domu?

— Nie chcę — Blanka pokręciła głową i założyła okulary.

Karola ruszyła powoli w stronę domu układając sobie w głowie co powiedzieć Dorianowi. Bała się jego reakcji, złość na Tomka za to, że jej nie upilnował mogła mieś tragiczny skutek, wyobraźnia poniosła ją tak, że nawet nie zauważyła jak weszła do domu. Z kuchni dobiegła ją głośna rozmowa chłopaków, mówili tak szybko, że nic nie mogła zrozumieć. Cicho podeszła bliżej kuchni. Dorian nadal siedział w tym samym miejscu, a Adam odwrócony do niego plecami stał przy wyspie.

Czekała w milczeniu co się wydarzy. Don odezwał się pierwszy.

— Stary ona cię kocha i wybaczy ci naprawdę wiele. Co się martwisz na zapas?

Adam stał wpatrzony w okno wychodzące na las, dopiero po chwili się odezwał.

— Don, kurwa, wybaczyłbyś zdradę? — powiedział to i odwrócił twarz do kolegi zauważając po drodze stojącą przy schodach Karolinę.

Rozdział 8

Karolina stała w bezruchu wpatrując się w czarne oczy Komandosa.

— Kurwa! Nie… — odezwała się, a łzy napłynęły jej do oczu.

Przeniosła wzrok na Doriana, który też był w szoku po tym, co usłyszał.

— Karolina, to nie tak… — Adam próbował jakoś załagodzić sytuację.

— Nie tak? To jak? — przerwała mu — Ja pieprzę! Ona tu siedzi, czeka, martwi się po nocach, a ty jedziesz pierdolić jakąś laskę?

Komandos bez słowa patrzył w podłogę.

— Miała rację, a ja ją jeszcze przekonywałam, że ty ją kochasz! Kurwa, ale głupia byłam, a ty serio potrzebowałeś jej tylko na chwilę — mówiła takim tonem, że przy każdym słowie przez ciało Adama przechodziły dreszcze — nie wiem, co mam powiedzieć, ale wiesz co, żal mi ciebie, żadna laska nie będzie cię tak kochać jak ona, ale tobie to chyba bardziej zależy na bzykaniu niż uczuciach nie? Tylko po co prosiłeś ją o rękę? Czułam, że historia zatoczy koło, raz już ją zostawiłeś bez słowa, umierającą ze strachu o ciebie, teraz będzie to samo co? Ale uwierz mi, nie pozwolę ci jej skrzywdzić kolejny raz! Nie pozwolę na to, żeby tak znowu cierpiała, nie zasługuje na to! Zasługuje na faceta, który będzie ją kochał i pamiętał o tym, że ją ma, i że ona na niego czeka — krzyczała płacząc i trzęsąc się ze złości.

Odwróciła się i ruszyła w stronę sypialni. Adam próbował ją zatrzymać.

— Karolina! Zostań proszę, daj sobie wytłumaczyć! — usłyszał tylko trzaśnięcie drzwi sypialni.

Popatrzył w oczy Doriana, który bez słowa siedział przy stole.

— Warto chociaż było? — Don spytał w taki sposób, że Adama mało nie rozerwało — gratuluję stary.

Dorian podparł się kulą i wstał z krzesła, bez oglądania się na Komandosa poszedł w stronę schodów.

— Dorian, kurwa, pomóż mi! — w głosie Adama był żal i strach.

— W czym do cholery? Serio wdzięczny ci jestem, że mi pomogłeś, ale nie proś mnie o takie rzeczy. Co, chcesz to przed nią ukryć? Przecież już wie, że coś jest nie tak. Powiedz jej wszystko i czekaj na egzekucję. Ja nie będę za ciebie świecił przed Blanką oczami, Karo ma rację ona na to nie zasługuje. Odstrzeliłeś typa za to, że ją dotknął, a sam nie jesteś lepszy. Nie spodziewałbym się tego po tobie.

— Stary nie spałem z żadną laską, to jakieś kurwa nieporozumienie!

— Wiesz może ja się nie znam, ale zdrada to zdrada, co byście nie robili.

— Don, siadaj wysłuchaj mnie, proszę cię.

— Myślę, że to nie ze mną powinieneś teraz rozmawiać, sorry pójdę do swojej kobiety, bo trochę się za nią stęskniłem — odwrócił się i poszedł do Karoliny.

Komandos patrzył przez okno na leżącą w ogrodzie ukochaną, łzy płynęły mu po policzkach, wiedział, że będzie musiał wszystko jej opowiedzieć, bał się tej rozmowy, sytuacja nie była łatwa, czuł się winny całej sytuacji i obawiał się jak ona to odbierze.

Blanka siedziała w fotelu i zastanawiała się nad sobą, chciała wierzyć, że to tylko przelotne problemy, ale czuła przez skórę, że stało się coś złego. W końcu poszła w stronę domu. Skierowała się do sypialni, a przechodząc obok drzwi sypialni Karoliny i Dona usłyszała pojękiwania dziewczyny, zaśmiała się cicho i poszła do siebie, miała nadzieję, że zastanie Komandosa. Pokój był pusty, na łóżku leżały ubrania, w których Adam przyszedł rano do kuchni. Powoli zeszła na dół, ale parter też był pusty. Wiedziała, że Adam nie mógł wyjść z domu, bo by go zauważyła, po chwili usłyszała dźwięk, jakby dwa kawałki metalu o siebie uderzały. Ruszyła w głąb korytarza, a dźwięki stały się głośniejsze. Powoli otworzyła duże drzwi na końcu korytarza. Stała oparta o framugę i przyglądała się z podnieceniem temu co rozgrywało się przed jej oczami. Gładkie, umięśnione plecy Komandosa napinały się co kilka sekund podnosząc kolejny raz sztangę. Robił to z taką szybkością, że zauważyła drżenie jego mięśni. Był tak piękny, że nie mogła oderwać od niego oczu, czuła przyjemne ukłucie w dole brzucha i wiedziała, że tym razem mu nie odpuści.

Po napiętych ramionach spływały mu kropelki potu. Adam wciąż nie wiedział, że jest obserwowany. Nie odwracając się za siebie odstawił sztangę i założył rękawice bokserskie, Blanka z nieukrywaną przyjemnością przyglądała się przygotowaniom. Adam podszedł do dużego worka treningowego i z całych sił zaczął uderzać, worek przyjmował kolejne ciosy kołysząc się jak szmaciana lalka, po kilkunastu ciosach obszedł worek wokół i dostrzegł stojącą w drzwiach narzeczoną. Zatrzymał się i patrzył na nią szczęśliwy, że przyszła.

— Długo tu jesteś? — spytał odpinając rękawice.

— Od sztangi. Nie przeszkadzaj sobie, jak nie chcesz przy mnie to sobie pójdę — szybko powiedziała, ale liczyła, że każe jej zostać.

Komandos uśmiechnął się szeroko i podszedł do ławki, wziął kilka łyków izotonika.

— Stało się coś czy tylko tak zaszłaś? — podszedł do niej tak blisko, że czuła temperaturę jego rozgrzanego ciała.

— Doriany się tulą, a mnie nikt nie chce — zrobiła smutną minę i dotknęła delikatnie opuszkami tatuażu Adama.

— No to przykre trochę — odpowiedział jakby zawstydzony, że go dotyka.

Czuli się jak nastolatkowie na pierwszej randce. Blanka spoglądała zalotnie na Komandosa, który znów zapinał rękawice. Po chwili zobaczyła kolejne uderzenia w worek, każdy cios wywoływał podniecający dreszcz na jej stęsknionym ciele, pragnęła go teraz i natychmiast. Kiedy znów odwrócił się do niej plecami podeszła bliżej i dotknęła jego mokrych, rozgrzanych pleców. Komandos momentalnie zatrzymał uderzenia, ale się nie odwrócił. Blanka delikatnie przesuwała dłonie od lędźwi wzdłuż kręgosłupa, aż do napiętych pulsujących ramion, masowała zmęczone mięśnie ukochanego, który głośno oddychał ze zmęczenia, ale też z podniecenia. Jej miękkie dłonie pobudzały jego pożądanie, wciąż jednak nie chciał jej dotykać, zanim nie wyjaśni z nią tego, co się stało w Czechach. Poruszał ramionami rozluźniając spięte mięśnie, a podniecenie Blanki rosło, miała ochotę zdjąć ubranie i przylgnąć do niego swoim spragnionym ciałem, ale czuła, że coś go blokuje. Przełożyła dłonie na twardy brzuch Komandosa, mimowolnie spojrzał w dół na błądzące po jego ciele delikatne palce narzeczonej. Powoli odpiął rękawice i rzucił je na podłogę. Blanka wiedziała co to oznacza, coraz mocniej przyciskała do napiętych mięśni długie paznokcie wywołując na ciele ukochanego gęsią skórkę.

— Słońce, musimy porozmawiać — Adam nagle odwrócił się do Blanki i patrzył w jej niebieskie oczy.

— Możemy później?

— To ważne — próbował nie zwracać uwagi na dreszcze jakie przechodziły po jego plecach.

— Ważniejsze ode mnie? — Blanka zrobiła słodkie oczy i musnęła ustami mostek Komandosa.

— Kochanie nic nie jest ważniejsze od ciebie, ale…

— Ale jak nic, to po co o tym teraz wspominasz? — coraz zachłanniej pieściła ciało narzeczonego doprowadzając go do szaleństwa.

— Jestem cały spocony — wciąż szukał wymówki.

— Wiem i mam nadzieję, że ja też zaraz będę.

— Słońce, proszę cię, porozmawiajmy… — zamykał oczy, żeby nie widzieć płonącego wzroku dziewczyny.

— Dobrze, porozmawiamy, obiecuję, ale później, teraz mam zupełnie inne plany i potrzebuję twojej pomocy, żeby je zrealizować — uśmiechnęła się zalotnie i stanęła na palcach, aby móc sięgnąć do jego namiętnych ust.

Adam w końcu objął Blankę mocno w pasie i wtulił głowę w jej ramię, powoli zaciągał do płuc słodki zapach perfum dziewczyny.

— Kochaj się ze mną… teraz… proszę — szept Blanki wywołał w Komandosie falę niepohamowanego podniecenia.

Jednym ruchem złapał dziewczynę za pośladki i mocno przycisnął jej biodra do siebie, przez luźne dresowe spodnie Adama czuła jego twardego członka. Zamruczała z zachwytu, mocno objęła ukochanego za szyję i przyciągnęła do swoich ust. Sprawny język mężczyzny namiętnie pieścił usta kochanki. Przesunął dłonie do góry i chwycił Blankę w talii, szybko posadził ją na swoim brzuchu i odwrócił się w stronę ławki do ćwiczeń. Oparł się mocno i posadził dziewczynę na sobie. Jednym ruchem zdarł z niej bluzkę odsłaniając prześwitujący koronkowy biustonosz, widok odznaczających się sutków wyprowadził go z równowagi, mocno szarpnął zapięcie stanika uwalniając biust dziewczyny. Przywarł do niej ustami zachłannie liżąc i przygryzając różowe brodawki. Blanka jęczała głośno z rozkoszy, kołysząc biodrami doprowadzała Komandosa na szczyt. Podniosła się i szybko ściągnęła spodnie kochanka razem z bokserkami, jego potężny wzwód dawał znać, że od dawna na nią czekał, gładząc napięte mięśnie ud Adama wsunęła głęboko do ust wyprężonego członka. Jej wilgotne wargi szybko sunęły po gładkiej skórze dając kochankowi maksimum przyjemności, jego oddechy stały się szybkie i krótkie, a głośne jęki dawały znać dziewczynie o jego zadowoleniu. Chwycił mocno jej włosy i gwałtownie odsunął od swojego krocza.

— Siadaj — wyszeptał jej do ucha całując pachnącą szyję ukochanej.

Bez słowa płynnie opuściła biodra na wciąż sterczącego penisa. Głośny jęk wydobył się z jej ust, mocno odchyliła głowę wypinając biust pod same usta Adama, nie miał nic przeciwko temu. Mocno złapał kołyszące się przed nim kształtne piersi i mocno ścisnął twarde sutki. Blanka syknęła z bólu i podniecenia, coraz szybciej kołysała biodrami dociskając się do gorącego ciała Adama. Oparła dłonie na oparciu po obu stronach głowy kochanka, głęboko i brutalnie całowała upragnione usta mężczyzny, czuła nadchodzący szczyt, jej ruchy były tak szybkie, że traciła oddech, ciało Adama szalało jak w amoku, dłońmi ściskał skórę na plecach dziewczyny doprowadzając ją do szaleństwa, powoli przesuwał ręce coraz niżej, aż dotarł do gorących, jędrnych pośladków, kilka silnych uścisków wystarczyło, żeby z ust Blanki wydobył się głośny krzyk spełnienia. Chwilę później szczytowali oboje obejmując swoje zaspokojone ciała, gorący orgazm przyciskał ich do siebie i długo nie odpuszczał, pierwszy raz czuli tak silną ekstazę. Szybkie, głośne oddechy Blanki dźwięczały tuż przy uchu Komandosa, kręciło go to coraz mocniej, przyciskał do siebie pachnące seksem ciało ukochanej z myślą, że może to być ich ostatni seks. Blanka wciąż obejmowała głowę Adama i czuła jak jego palce delikatnie masują jej zmęczone ciało. Nie wypuszczała go z rąk, nie chciała jeszcze kończyć, a strach przed nieznanym paraliżował ją coraz mocniej.

Podniosła zmęczoną głowę, oparła swoje czoło o jego i spojrzała Adamowi prosto w oczy.

— I co było aż tak źle?

— Nie było — szepnął chowając twarz w biust dziewczyny i całując każdy kawałek miękkiej skóry.

— To czemu tak się broniłeś co?

Długo nie odpowiadał głęboko oddychając prosto na biust dziewczyny.

— Bo wiem, że po tym, co ci powiem nie będziesz chciała więcej tego robić…

Blanka wstrzymała oddech, bo tylko jedno przyszło jej do głowy.

— Masz inną prawda? — zapytała drżącym głosem.

— Blanka wybacz, ja… — nie dokończył, dziewczyna oderwała od siebie jego dłonie, szybko wstała i zaczęła się ubierać. Z płaczem wybiegła z siłowni i szybko poszła do sypialni.

Po kilku minutach do pokoju wszedł ubrany w dresowe spodnie Komandos, pierwsze co zobaczył do leżącą na łóżku walizkę, w której było już kilka ubrań Blanki, dziewczyna wyszła z łazienki trzymając w rękach kosmetyczkę i prostownicę do włosów. Bez słowa minęła wpatrzonego w nią ze łzami w oczach Adama.

— Kochanie, wysłuchaj mnie — próbował napotkać jej wzrok.

— Powiedziałeś wystarczająco dużo. Miej litość nade mną i oszczędź mi szczegółów.

Bez zastanowienia wrzucała kolejne rzeczy do walizki. Klęknęła przy komodzie i wyciągnęła kilka par butów, zostawiając kilka w szafce. Wzięła z szuflady portfel i szybko odwróciła się w stronę drzwi, zanim zrobiła krok do przodu spojrzała pusto w oczy Komandosa, łzy płynęły po jej bladych policzkach, a wargi drżały, nie odrywając od niego swoich błękitnych oczu zdjęła pierścionek z palca i lekko rzuciła na łóżko.

— Proszę nie rób tego… — jego głos się łamał.

Bez słowa wyszła z sypialni i trzasnęła za sobą drzwiami. Kiedy była już przy schodach z pokoju wyszła Karolina, widząc przyjaciółkę z walizkami nie powiedziała słowa, mocno objęła ją za szyję i pocałowała. Blanka zostawiła bagaż w korytarzu i podeszła do siedzącego w fotelu Doriana. Mężczyzna patrzyła na nią rozżalonym wzrokiem i milczał.

— Dzięki Don za wszystko — rozpłakała się i rzuciła Donowi na szyję — dbaj o nią.

— Blanka, kurwa, wcale nie musisz stąd wyjeżdżać — Dorian złapał jej dłoń kiedy chciała odejść.

— Muszę Don, nic mnie tu nie trzyma. Będę was odwiedzać. Dzięki, że mnie tu ściągnąłeś po weselu, to były najwspanialsze miesiące mojego życia. Niestety już się skończyły — nie powstrzymywała płaczu — i w końcu będziesz mógł Karoli kupić samochód, bo zabiorę jej Vectrę — pocałowała go mocno w policzek i szybko wyszła.

W drzwiach stała zapłakana Karolina.

— Nie rycz głupia, może to wszystko było po to, żebyście się w końcu z Dorianem zeszli. Dawaj kluczyki i spadam, za miesiąc daj znać, że jesteś w ciąży. Dzwoń o każdej porze, kocham cię mała — dziewczyny mocno się przytuliły.

Na schodach rozległo się stukanie kółek walizki, nie oglądając się za siebie Blanka wyszła z Karoliną z domu i poszły do garażu. Zanim drzwi się otworzyły, Karola złapała Blankę za rękę.

— Blant nie zostawiaj mnie tu samej, co ja bez ciebie zrobię? Kto mnie będzie pilnował jak Don znów wyjedzie?

— Kotek, on jest połamany i jeszcze parę tygodni będzie w domu, więc jakoś dasz sobie radę. Nie mogę tu zostać, zbyt blisko będzie A… — jej głos nagle się zawiesił — kurwa a ja miałam wyrzuty sumienia o Skazę, ja pierdolę! Przynajmniej matka się ucieszy.

Łzy płynęły z jej czerwonych oczu i starała się nie patrzeć na Karolinę. Kiedy drzwi garażu się otworzyły, szybko wyjęła Karoli kluczyki z ręki i wsiadła do samochodu, wyjechała przed garaż i zapakowała walizki do bagażnika. Mimowolnie spojrzała w okno swojej sypialni, Komandos opierał się czołem o szybę i nie spuszczał z niej wzroku. Szybko odwróciła twarz i ostatni raz przytuliła przyjaciółkę.

— Będę tęsknić i dzwoń do mnie często — Blanka pocałowała policzek Karoliny i szybko wsiadła do auta. Podjechała pod bramę i czekała, aż się odsunie.

Kiedy wyjechała za bramę, Karolina wcisnęła kolejny guzik i szybko wróciła do domu. Bez słowa, z hukiem wpadła do sypialni Komandosa i wymierzyła mu siarczysty policzek, a piekący ból rozlał się po jej delikatnej dłoni.

— Wiem, zasłużyłem…

— Nie jesteś wart ani jednej jej łzy dupku!

Chciała uderzyć go jeszcze raz, ale silna, męska ręka złapała jej nadgarstek. Odwróciła zapłakaną twarz i zobaczyła stojącego za nią Doriana.

— Kotek, zostaw nas co? — mówił spokojnie i z miłością patrzył w jej ciemne oczy.

— Z największą chęcią — odwróciła się i pocałowała narzeczonego.

Kiedy zostali sami Dorian podszedł do dużego jasnego fotela stojącego w rogu sypialni.

— Pozwolisz, że klapnę? — zapytał z uśmiechem.

— Nie żartuj, to twój dom. Jeszcze dziś się wyniosę, możesz uspokoić Karolinę.

— Dobra stary, rozumiem, że powiedziałeś jej prawdę i nie dała się przekonać, że to nie tak jak myślisz? — przewrócił oczami.

— Nie zdążyłem jej niczego wyjaśnić. Może gdyby chciała wysłuchać wszystkiego to byłoby inaczej — spojrzał na trzymany w ręce pierścionek — spierdoliłem Don, od góry do dołu. Wszystko rozwaliłem jednym pocałunkiem.

— W co? — Dorian patrzył na Adama szeroko otwartymi oczami.

— Co, w co?

— Ten pocałunek? Bo nie sądzę, że w rękę, to nie jest powód do rozstania. Gdzie żeś tę laskę całował? No opowiadaj i tak już wszystko za tobą to co się czaisz? Może się czegoś nauczę skoro to taki pocałunek, że można nim zaręczyny zerwać.

— Cholera stary, zwykły pocałunek, w usta nic więcej.

— Serio to wszystko? Czy masz jeszcze coś w zanadrzu?

— Kurwa serio? Dobra, to był długi, namiętny i głęboki pocałunek. Już, lepiej ci? — jego wzrok był pełen żalu i wściekłości.

— Komandos, co się z tobą porobiło? Po co ci to było? Warto było dla jednego lizania stracić taką kobietę?

— Nic nie rozumiesz…


Blanka jechała już prawie godzinę, nie zatrzymywała się nigdzie, bo chciała jak najszybciej dojechać do domu. Całą drogę płakała, co chwilę wycierała z twarzy spływające łzy. Nie kryła swoich emocji, jej głośny płacz dźwięczał w samochodzie Karoliny bez przerwy. W końcu się uspokoiła, łzy na jej twarzy wyschły, a oddech zwolnił. Czuła ulgę, a kilka głębokich oddechów trochę ją otrzeźwiło.

Po chwili zobaczyła czarny sportowy samochód, który z zawrotną prędkością minął jej auto.

— Gnoje wyścigi sobie robią — warknęła zdenerwowana i spojrzała w lusterko czy będzie jechał następny wóz.

Kiedy spojrzała przed siebie mocno nacisnęła hamulec, opony głośno zapiszczały na asfalcie zostawiając za sobą kłęby siwego dymu. Na jej pasie stał w poprzek czarny samochód. Zanim zdążyła zatrzymać do końca swoje auto, mężczyzna w czarnej, dresowej bluzie z kapturem na głowie szybko podszedł do drzwi i chwycił klamkę, chciała krzyknąć, ale zobaczyła przed twarzą lufę pistoletu.

Rozdział 9

Blanka z przerażeniem patrzyła w czarny kawałek metalu kilkanaście centymetrów od jej twarzy. Mimowolnie spojrzała na twarz napastnika, nigdy wcześniej go nie widziała. Jego wzrok był zimny i groźny, choć miał nie więcej, niż dwadzieścia dwa lata, widać było, że nie zawaha się przed niczym.

— Wysiadasz czy mam ci pomóc? — jego głos przerwał martwą ciszę.

— Czego ode mnie chcesz?

— Żebyś wysiadła — czekał, aż dziewczyna się ruszy, ale widząc, że nadal siedzi, odbezpieczył broń i przycisnął do jej zimnego czoła.

Blanka nerwowo odpięła pas i podnosząc dłonie do góry powoli wysiadła z auta.

— Do samochodu — wskazał jej głową sportowe BMW.

Nagle pomyślała, że w zasadzie nie ma nic do stracenia, jej życie straciło jakikolwiek sens bez Adam i było jej to na rękę, żeby ktoś ją zabił.

— A jak nie pójdę to co? — zapytała najodważniej jak umiała.

— To cię tam zaprowadzę.

— A jak się nie dam? Kim jesteś? Chcę jechać do domu — miała w oczach łzy.

Głośny wystrzał sparaliżował dziewczynę. Po chwili zobaczyła mężczyznę kierującego pistolet w oponę Vectry.

— Tym już nie pojedziesz — uśmiechnął się sztucznie.

— Mam zapasówkę — odpowiedziała z równie sztucznym uśmiechem.

Kolejne strzały przeraziły ją tak, że odsunęła się zasłaniając uszy.

Kiedy zapadła cisza spojrzała na samochód, cała przednia szyba była podziurawiona.

— Zapasową szybę też ze sobą wozisz?

Teraz bała się naprawdę, bez słowa wolnym krokiem ruszyła w stronę czarnego samochodu. Drzwi pasażera się otworzyły i wysiadł młody, na oko dwudziestoletni mężczyzna w czarnej bluzie z kapturem i czapce z daszkiem. Bez słowa wpuścił dziewczynę na tylne siedzenie i usiadł z przodu zamykając drzwi. Po chwili kierowca też usiadł i odpalił silnik. Prędkość z jaką jechali doprowadzała Blankę do mdłości. Widząc w lusterku bladą twarz dziewczyny kierowca pokręcił głową i zwolnił.

— Kim wy do cholery jesteście? To jakieś nieporozumienie — próbowała się czegoś dowiedzieć.

— Powiedzmy, że to służbowe porachunki… jeśli wiesz co mam na myśli — miękki głos rozległ się obok siedzenia kierowcy.

Nie odpowiedziała, zmrużyła oczy bojąc się tego, co może się jeszcze wydarzyć. Szybko złapała się za kieszeń, ale jej telefon został w samochodzie na środku drogi, razem z dokumentami, pieniędzmi i bagażem.

— Gdzie mnie wieziecie? — zaskoczyło ją to, że nie zasłonili jej oczu.

— Zawsze tyle gadasz? — kierowca nie wytrzymał — spotkasz się z szefem, on zdecyduje czy dalej będzie cię potrzebował, czy nie. I dobrze radzę, jemu nie pyskuj.

— A co z moimi rzeczami z samochodu? — szepnęła niepewnie.

Mężczyźni zaśmieli się do siebie.

— Już ci raczej nie będą potrzebne, bez obaw.

Chłodny dreszcz przeszedł przez jej ciało. Doczekała się tego, czego bała się odkąd spotkała Adama. Jego praca w końcu odbiła się na niej i to właśnie teraz kiedy od niego odeszła, zaczęła żałować, że wyjechała, przy nim na pewno miałaby ochronę a teraz musi wierzyć, że wspomniany szef nie każe jej zlikwidować. W głowie układała wszystkie możliwe scenariusze spotkania, domyślała się, że jeśli to służbowa sprawa to pewnie będzie kartą przetargową między Komandosem, a szefem, więc musi zrobić wszystko, żeby była mu potrzebna jak najdłużej. Patrzyła przez szybę na szybko mijające ją drzewa na poboczu, nie wiedziała gdzie jest i dokąd jadą. Nie chciała już niczego wiedzieć, domyślała się, że to jest już jej koniec. Żal, że nie zobaczy już Komandosa rozrywał jej serce, tęskniła za nim i żałowała, że odeszła. W głębi serca już dawno wybaczyła mu to co zrobił. Jej życie bez Adama nie miało racji bytu, on był jej życiem, on napędzał jej serce i nim oddychała. Wiedziała, że to głupie i jeśli by mu wybaczyła jedną zdradę to pewnie wkrótce doczekałaby się drugiej, a potem kolejnej. Mimo tego wciąż go kochała najbardziej na świecie i nie chciała kończyć życia z dala od niego. Pomyślała, że jeśli to porwanie doprowadzi do ich spotkania to cieszy się, że tak się stało. Może będzie mogła go jeszcze chociaż raz zobaczyć i powiedzieć mu to czego nie powiedziała przed rozstaniem.

Po prawie półgodzinnej podróży samochód zjechał na boczną, mało ruchliwą drogę. Blanka czuła wzmożony strach wiedząc, że zbliżają się do celu podróży. Pocierała ze zdenerwowania wilgotne od potu, drżące dłonie. Jej gardło było przesuszone, a kiedy próbowała przełknąć ślinę poczuła kłujący ból w gardle i zaczęła kaszleć, łzy płynęły jej po policzkach, a chłopak siedzący przed nią odwrócił się do tyłu.

— W porządku? — zapytał ze szczerą troską w głosie.

Dziewczyna trzymała się za gardło i z zamkniętymi oczami kiwała głową.

Po chwili zobaczyła jak mężczyzna podaje jej butelkę niegazowanej wody. Zaskoczona wzięła szybko kilka łyków i dopiero kiedy odsunęła butelkę od ust pomyślała, że była wcześnie otwarta, zmroziła ją myśl co mogło być w wodzie.

Jej duże, przerażone oczy nie umknęły uwadze chłopaka, który odwrócił się na siedzeniu i patrzył jej w twarz.

— Spokojnie, czysta. Jesteś za mało agresywna, żebyśmy musieli cię uśpić.

— Dzięki — wyjąkała i z uwagą patrzyła porywaczowi w oczy.

Napotykając jej przenikliwe spojrzenie, wbił w nią swoje miodowe tęczówki i po kilku sekundach bez słowa odwrócił głowę.

Za szybą samochodu zobaczyła coraz gęściej rosnące drzewa, bez wątpienia wjeżdżali do lasu, nerwowy skurcz ścisnął żołądek dziewczyny. Próbowała nie dać po sobie poznać zdenerwowania, ale marnie jej to wychodziło. Czuła jak pojedyncze krople łez spływają co chwilę po którymś z policzków. Szybko wycierała twarz wierzchem dłoni sprawiając wrażenie, że niczym się nie przejmuje. W lusterku zauważyła spoglądające na nią litościwe oczy młodego kierowcy. Ściskając w dłoni plastikową butelkę z wodą próbowała nie podnosić wzroku, patrzyła smutno na podłogę i w duchu przepraszała Boga za swoje błędy. Samochód zwolnił wjeżdżając w leśną drogę. Kołysanie auta na nierównej nawierzchni ocknęło Blankę. Niskie podwozie co chwilę haczyło o wyboje, a nerwowy syk kierowcy zdradzał jak bardzo boli go, że jego zabaweczka cierpi na takiej drodze. Blanka mimowolnie uśmiechnęła się do siebie i pokręciła głową. Po kilku minutach jazdy po koleinach wjechali na równą nawierzchnię prowadzącą na duży leśny parking, po obu stronach placu stały duże drewniane wiaty, stoły i ławki, przy kilku z nich były miejsca na ogniska. Jechali przez długi plac, na końcu którego stał srebrny samochód. Jego metaliczny błysk mocno kontrastował z ciemnymi drzewami i szarówką, którą dawało powoli zachodzące już słońce. BMW zatrzymało się kilkadziesiąt metrów od zaparkowanego wozu.

— Koniec wycieczki — kierowca odwrócił się do dziewczyny.

— I co dalej? — popatrzyła na złote tęczówki chłopaka siedzącego obok kierowcy.

— Wysiadaj panna, resztę załatwi już kierowca tego miłego kotka co tam stoi.

— No co wy panowie? Zostawicie mnie tu z obcym facetem?

— A my to co, rodzina jesteśmy?

Po tym pytaniu dotarło do niej, że przez ten cały czas mimo wszystko czuła się bezpiecznie, bała się, że nie zobaczy już Komandosa, a nie bała się o siebie.

Chłopak otworzył drzwi, wysiadł i odsunął fotel dając Blance możliwość wyjścia z samochodu. Chwilę się wahała i spojrzała na kierowcę, który nerwowo rozglądał się przez przednią szybę.

— Ruchy laska, nie będziemy tu stać godzinę! — odezwał się chłodno.

Dziewczyna szybko wyskoczyła z niskiego auta i zdenerwowana stanęła obok chłopaka o złotych oczach. Z żalem popatrzyła mu w twarz.

— Trzymaj się mała, już się chyba nie zobaczymy — odezwał się i nie czekając na odpowiedź wsiadł do BMW i zamknął drzwi. Samochód zamielił kołami w miejscu i wydarł do przodu robiąc pętlę na środku placu, a po chwili zniknął Blance z oczu.

Stała w bezruchu i zastanawiała się co zrobić, była w środku lasu nawet nie za bardzo wiedziała gdzie, kilkadziesiąt metrów od niej duży elegancki samochód stał jakby nikogo w nim nie było. Chciałaby uciec, ale nie ma dokąd. Zrobiła kilka kroków do przodu, wciąż trzymając w ręce butelkę z wodą. Na wprost siebie miała bagażnik Jaguara. Szła powoli w taki sposób, żeby zobaczyć bok samochodu, aby mogła stwierdzić kto jest w środku, po chwili dostrzegła opartego o maskę wysokiego mężczyznę w czarnej dresowej bluzie, na głowie miał czapkę z daszkiem i na to założony kaptur.

— Kurwa, jakiś gang dresów — szepnęła do siebie.

Podchodziła coraz bliżej, miała już dość niepewności.

Mężczyzna stał z głową odwróconą w stronę drzew, jakby w ogóle nie interesowało go co się wokół dzieje.

Dzieliło ich już tylko kilka kroków, Blanka bezszelestnie przesuwała się do przodu nie spuszczając oczu z mężczyzny, nie widziała jego twarzy, ale budził w niej lęk dokładnie taki sam jak Konrad na pogrzebie Sylwii. Stanęła trzy kroki od maski samochodu i nie wiedziała czy ma się odezwać czy czekać na ruch mężczyzny. Paraliżujący strach owładnął jej ciało, ręce zaczęły jej drżeć tak, że upuściła butelkę, która poturlała się bliżej samochodu. Zrobiła krok do przodu i schyliła się, w tym samym momencie mężczyzna odwrócił się do niej twarzą. Podniosła na niego przerażone oczy i nagle cała krew spłynęła jej do nóg. Jego groźny, lodowaty wzrok wbił się w jej niebieskie oczy pełne łez i strachu. Wyprostowała się i z kamienną twarzą przyglądała się mężczyźnie. Próbowała się odezwać, ale głos uwiązł jej w gardle, stała w milczeniu i czekała. W głowie przelatywały miliony myśli, co tu się właściwie dzieje.

Wzrok mężczyzny po kilku sekundach złagodniał, ale dalej nie wypowiedział żadnego słowa.

Blanka odwróciła się do niego plecami i odeszła dwa kroki, po chwili milczenia odwróciła się i rzuciła w stojącego przy samochodzie faceta trzymaną w ręce butelką, która odbiła się od jego ramienia i upadła na ziemię wylewając na piasek swoją zawartość. Blanka szybko podeszła do samochodu i zaczęła okładać pięściami stojącego w bezruchu faceta, początkowo nie bronił się, dając dziewczynie możliwość wyładowania swoich emocji. Po kilkunastu ciosach złapał delikatne nadgarstki i przytrzymał ręce Blanki. Wciąż milcząc patrzyła mu w oczy z nienawiścią i żalem. Kiedy przestała się wyrywać puścił jej dłonie. Nie odrywając wzroku od jej wściekłych oczu chwycił jej twarz i mocno pocałował drżące usta. Wyrywała się i okładała pięściami jego ramiona ale mężczyzna był zdecydowanie silniejszy od niej i nic nie robił sobie z jej atakiem agresji. Całował ją tak długo, aż przestała się szarpać, czuł jak łzy płyną po jej policzkach, a po chwili z ulgą poczuł, że dziewczyna odwzajemnia pocałunek. Jej ciało nagle się rozluźniło, mężczyzna zwolnił lekko uścisk na jej twarzy, ale nadal nie wypuszczał jej z rąk. Stali przyciśnięci do siebie wargami, a ręce Blanki swobodnie zwisały wzdłuż jej drżącego ciała. Po kilku długich minutach mężczyzna odsunął twarz od ust dziewczyny, oparł jej czoło o swoje i znów popatrzył w jej oczy.

— Kochanie przepraszam, daj mi wytłumaczyć, to wszystko nie jest takie na jakie wygląda.

Głośny płacz Blanki rozległ się między drzewami a serce Adama pękało od tego widoku.

— Jak mogłeś mi zrobić coś takiego? Brakowało ci czegoś przy mnie? Czy po prostu znudziłam ci się? — krzyczała odsuwając się od Komandosa.

— Słońce… kocham cię, nie potrafię żyć bez ciebie, uzależniasz silniej od heroiny — jego gorące spojrzenie przenikało wzrok Blanki, chciał ją objąć, ale się odsunęła — Nie przespałem się z żadną inną kobietą. Uwierz mi i daj sobie wszystko opowiedzieć. Don mi uwierzył może i ty spróbuj co? Jeśli po tym, co ci powiem nadal będziesz chciała odejść to nie będę cię zatrzymywał tylko daj mi szansę.

Blanka oparła się o maskę samochodu i nie patrząc mu w oczy czekała co powie.

— W pierwszej klasie średniej szkoły poznałem taką dziewczynę, na początku nie działo się nic ciekawego, ale później coraz lepiej nam się gadało. Chodziliśmy ze sobą dwa lata, potem zaczęło się jakoś psuć, mieliśmy coraz mniej tematów do rozmów, coraz rzadziej się spotykaliśmy i tak się jakoś wszystko rozeszło. Nie widzieliśmy się od matury. Potem moje życie jakoś toczyło się swoim rytmem i o niej zapomniałem. Jak pojechałem do tych Czech bałem się, że coś może pójść nie tak, rzadko czułem taki niepokój przed akcją, tym razem wiedziałem, że stanie się coś złego — spojrzał na twarz Blanki i na łzy spływające po jej policzku — Ale rozmowy poszły nadzwyczajnie dobrze i szybko doszliśmy do porozumienia. Ostatniego dnia jeden z głównych szefów zaprosił mnie do siebie na czeskie piwo, nie bardzo miałem ochotę iść, ale nalegał. Kiedy byłem u niego w domu, przedstawił mi swoją żonę, Marię. Od początku wydawało mi się, że skądś ją znam, ale nie mogłem sobie nic przypomnieć. Później, do chyba trzeciej rozmawiałem z Josefem i jakoś temat Marii wyleciał mi z głowy. Nad ranem przyszła z powrotem, żeby pokazać mi pokój, który przygotowała mi do spania, szedłem za nią korytarzem i przyglądałem się zdjęciom, które wisiały na ścianach ich domu. W pewnym momencie jedno przykuło moją uwagę. Między zdjęciami było zdjęcie Hanki. Dopiero wtedy poznałem, że Maria jest jej matką. Zauważyła, że zatrzymałem się przy tym zdjęciu i jak jej powiedziałem kim jestem to się ucieszyła… ale kiedy zapytałem o Hanię to się rozpłakała.

— Umarła? — głos Blanki niespodziewanie mu przerwał.

— Poprowadziła mnie korytarzem w drugą część domu i cicho otworzyła drzwi do jasnego pokoju… — głos Adama nagle się zawiesił, Blanka słyszała jak głośno przełyka ślinę — na dużym szpitalnym łóżku leżała Hanka, podpięta pod aparaturę spała. Była blada i chuda, wcale nie taka jaką ją pamiętałem, po jej długich kasztanowych włosach nie było śladu. Maria mi powiedziała, że to ostra białaczka, lekarze nie dawali jej szans, żeby przeżyła do tamtego dnia, a jednak ciągle oddychała. Patrzyłem na nią ze łzami w oczach i obwiniałem się o to, że wtedy nie potrafiliśmy się dogadać. Kiedy chciałem wyjść z pokoju odwróciła do mnie twarz, jej oczy były zapadnięte i tak puste jak nigdy, umierała a jednak na mój widok się uśmiechnęła. Nie mogłem się powstrzymać i podszedłem do niej, Boże jak ona wyglądała, skóra i kości, sińce pod oczami. Na stoliku przy łóżku stała tona leków i…

— I co? — Blanka z zaciekawieniem patrzyła w twarz Adama.

— I nasze wspólne zdjęcie z liceum. Rozumiesz to? — spojrzał dziewczynie w oczy — rozumiesz, że przez te wszystkie lata ona na mnie czekała? — odszedł od samochodu i zapalił papierosa.

— I co było dalej?

— Nic, siedziałem przy jej łóżku i opowiadałem o sobie, bo ona nie miała siły mówić, o pracy, o swoim nieudanym małżeństwie i o tobie… — z miłością w oczach przysunął się do Blanki.

— No mów dalej…

— O ósmej rano mieliśmy planowo wyjechać, Josef przyszedł mi powiedzieć, że chłopaki już przyjechali. Złapałem Hankę za rękę, żeby się pożegnać, była taka wątła, delikatna jakby miała się za chwilę rozsypać. Kiedy chciałem ją puścić powiedziała mi, żebym… — wstrzymał dym papierosa w płucach — żebym pocałował ją tak jak kiedyś…

Blanka zrobiła kilka kroków do przodu zostawiając Komandosa za swoimi plecami. Nie umiała powstrzymać łez i nie chciała, żeby on to widział.

— Mów…

— No co miałem zrobić? Ona czekała na śmierć, nie mogłem jej odmówić… pochyliłem się nad nią i… i pocałowałem. Wiem, że to nienormalne, ale nie umiałem inaczej. Wiem, że mnie znienawidzisz za to, co ci teraz powiem. Jak dotknąłem jej ust to poczułem się jak dawniej, jakby wciąż była moją dziewczyną o lśniących oczach. Przez cały pocałunek widziałem przed oczami moją dawną Hanię, w tamtej chwili było mi dobrze, nie potrafiłem, nie chciałem się od niej oderwać, chciałem ją całować jak najdłużej… przepraszam kochanie — ocierał co chwilę łzy z policzków.

Blanka podeszła do Adama i objęła go za szyję, mocno wtulił się w zagłębienie jej szyi i objął jej plecy. Czuła jak się trzęsie.

— Cicho, nie płacz, wszystko może jeszcze się ułoży, w końcu cuda też się zdarzają.

Szybko odsunął ją od siebie i popatrzył w jej smutne oczy.

— Nic się nie ułoży, zanim dojechałem do granicy dostałem telefon od Marii, że Hanka zmarła. Powiedziała mi, że czekała, aż się z nią pożegnam. Teraz czuję się winny jej śmierci, może gdybym nie wszedł do niej to czekałaby dalej. Nie mogę przestać o niej myśleć, nawet w siłowni jak się z tobą… to ciągle myślałem o niej, to z nią się wtedy kochałem…

Blanka smutno opuściła wzrok na ziemię i odeszła zostawiając Komandosa za plecami.

— Kochanie ja wiem, że nie powinienem. Ale nie mogłem inaczej, proszę zrozum mnie. Jesteś dla mnie wszystkim, wybacz mi i wróć ze mną do domu.

Blanka chłodno patrzyła w ukochane, szare oczy, które dziś były wyjątkowo obce. Komandos dobrze wiedział, że pierścionek w jego kieszeni nie znajdzie się na jej palcu. Nie miał już złudzeń.

— Wsiadaj — westchnął — odwiozę cię do rodziców.

Rozdział 10

Blanka podeszła bliżej wciąż patrząc przed siebie i unikając wzroku Komandosa, nie chciała patrzeć mu w oczy, bo nadal bała się jego podniecających tęczówek.

— Najpierw pojedziemy do Vectry, bo stoi na środku drogi z moimi rzeczami, o ile jeszcze tam są.

Komandos podniósł się z maski i poszedł do samochodu. Kiedy wrócił podał Blance jej torebkę.

— Walizki są w bagażniku — powiedział bez emocji.

Dziewczyna pokręciła z niedowierzaniem głową.

— Jasne, czemu mi to do głowy nie przyszło? — popatrzyła na niego z uśmiechem.

Jego kamienna dotąd twarz rozpromieniła się na widok jej uśmiechniętych ust.

— Zapal i jedziemy — powiedziała opierając się o maskę samochodu.

Adam posłusznie wyciągnął papierosa i zapalił. Zapach dymu w połączeniu z jego perfumami tworzyło mieszankę, która dla stojącej obok dziewczyny była nie do zniesienia. Z całych sił starała się opanować swoje odruchy, wciąż odczuwała wzrastające pragnienie, tęskniła za jego dotykiem, chociaż kochali się kilka godzin temu.

— Czyj to samochód? — odezwała się nagle odsuwając od siebie myśli o Adamie.

— Konrada, wiem, że moje i Dona byś poznała.

— A te łepki co zgarnęli mnie z drogi?

— Rekruci — odpowiadał spokojnie na każde pytanie.

— No to lepiej, żeby się nigdy Karolinie na oczy nie pokazali — zaśmiała się patrząc w ziemię.

— Czemu? — stanął przed Blanką i ze zdziwieniem patrzył w jej uśmiechnięte oczy.

— Bo jak się dowie co zrobili z jej niunią, to nawet Konrad ich nie uratuje, no a w zasadzie to kierowcę.

Oczy Komandosa przybrały dobrze Bance znany czarny, lodowaty i wściekły kolor. Widziała, że ledwo nad sobą panuje. Zaciągnął kolejną dawkę nikotyny.

— O czym ty mówisz? — jego ton był tak stanowczy, że nie odważyłaby się teraz żartować.

— O przestrzelonej oponie i podziurawionej przedniej szybie — widząc furię w jego oczach od razu zaczęła go tłumaczyć — Wiesz, nie bardzo chciałam go słuchać i tak jakoś…

— Nic ci nie zrobił? — wyciągnął do niej dłoń, ale widząc jak uchyla się od niego szybko zrezygnował.

— O ile mi wiadomo to nie.

— Już nie żyje… — powiedział spokojnie i znów oparł się o samochód.

— Nie żartuj.

— Słońce nie mieli prawa użyć broni, ani w stosunku do ciebie ani do samochodu. Po prostu, mieli rozkaz załatwić to bez broni. Spieprzyli i tyle.

— No, ale nikomu nic się nie stało, a Vectra i tak była stara — uśmiechnęła się wzruszając ramionami.

— Kochanie, wiesz co się robi za zmianę rozkazu?

Na jego słowa Blankę przeszedł elektryzujący dreszcz, a w podbrzuszu poczuła przyjemny skurcz. Próbowała nad sobą panować, ale wiedziała, że jeśli zaraz nie wsiądą do samochodu to odda mu się bez reszty, a potem będzie cierpieć dwa razy mocniej.

— Wiem, ale może jak to dopiero rekruci to warto…

— Dać im szanse? — spojrzał jej z miłością w oczy — myślisz, że każdemu się należy?

Niepewnie popatrzyła w jego smutne oczy, które pierwszy raz były tak puste.

— Blanka… — westchnął smutno — co z nami dalej będzie? Przecież nie umiemy już bez siebie żyć — delikatnie dotknął palcami opartą o samochód dłoń dziewczyny, ku jego zaskoczeniu nie zabrała ręki.

Jej klatka piersiowa drżała powstrzymując płacz.

— Chodź maleństwo moje, no już uspokój się — schował jej twarz w swoich ramionach i mocno przytulił.

Dziewczyna nie utrzymała emocji i głośno się rozpłakała. Komandos nie wypuszczał jej z rąk całując jej głowę i czoło. Delikatnie wsunął dłoń pod brodę dziewczyny i podciągnął ją lekko do góry zbliżając jej usta do swoich. Powoli dotknął drżących, miękkich warg ukochanej.

Blanka czuła na sobie jego ciepły papierosowy oddech, dreszcze podniecenia przechodziły przez jej ciało wyzwalając kolejne fale pożądania. Przymknęła oczy dając Adamowi sygnał, że mu się poddaje. Nie czekała długo, silny uścisk w talii dał jej do zrozumienia, że wiedział o czym pomyślała. Jednym ruchem posadził ją na masce Jaguara i stanął między jej zgrabnymi nogami, mocno przycisnął ją do siebie i namiętnie całował pachnącą, drżącą szyję ukochanej, wsuwając dłonie pod luźną czerwoną bluzkę. Ciche pojękiwania Blanki prosto do ucha kochanka, doprowadzały go do szaleństwa. Brutalnie wdarł się językiem w usta dziewczyny hamując jej jęki. Byli rozpaleni i stęsknieni, każdy ruch i dotyk sprawiał im nieopisaną rozkosz, a nienasycone ciała domagały się uwagi i spełnienia. Komandos szybko zdjął bluzkę Blanki i śpiesząc się rozerwał jej biustonosz. Dziewczyna tylko się uśmiechnęła kiedy wyrzucał za siebie kolejne części jej ubrań. Szybko rozpięła bluzę ukochanego i zdjęła opiętą, czarną koszulkę odsłaniając umięśnioną, spiętą klatkę piersiową. Dłońmi przesunęła po gładkiej, pachnącej skórze, za którą tak tęskniła. Namiętnie pieścili swoje ciała napawając się swoim dotykiem i zapachem, nie spieszyli się, chcieli wykorzystać każdą wspólną minutę swojej bliskości.

Komandos niepewnie przesunął usta na obojczyk dziewczyny czekając czy pozwoli mu iść dalej. Blanka się nie broniła, cierpliwie czekała na każdy następny dotyk swojego mężczyzny. Czuła, że Adam nie chce jej do niczego zmuszać i boi się jej reakcji na zbyt śmiałe kroki, powoli odsunęła się od kochanka i oparła plecy o zimną karoserię srebrnego kocura, chłód blachy wywołał na jej skórze gęsią skórkę, nie przejmując się tym podniosła pośladki czekając, aż kochanek zajmie się jej dolną garderobą. Adam położył się na dziewczynie i całując każdy fragment jej gorącego ciała przesuwał się niżej, chłonął jej zapach jednocześnie podniecając ją coraz bardziej, jej giętkie ciało wiło się pod napierającą klatką piersiową kochanka, kiedy jego usta zatrzymały się u dołu jej brzucha spojrzał na podnieconą twarz dziewczyny. Poczuła jego wzrok na swojej twarzy, powoli otworzyła oczy i uniosła się na łokciach.

— Nie, nie będziemy teraz rozmawiać!

Szeroki uśmiech Adama mówił jej wszystko, szybko ściągnął z Banki spodenki razem z bielizną i gwałtownie wdarł się językiem w nabrzmiałą, mokrą już kobiecość. Krzyk rozkoszy odbił się echem od drzew. Nie mógł się od niej oderwać, kciukami rozchylił gorące wargi i wdarł się jeszcze głębiej, spazmatyczne jęki Blanki były coraz głośniejsze, a jej ciało tonęło w erotycznym szaleństwie, głośno dyszała próbując odwlec orgazm jak najdłużej się da jednak palce Adama zbyt dobrze wiedziały jak doprowadzić ukochaną na szczyt spełnienia. Kilka ruchów zwinnego języka po wilgotnym wnętrzu ukochanej wystarczyło, żeby orgazmiczny krzyk rozszedł się po lesie. Szczytowała każda komórka jej spragnionego miłości ciała, kochanek nie przestawał pieścić jej kobiecości doprowadzając do kolejnej ekstazy, wycieńczona nie miała już siły krzyczeć, głośno mruczała podniecając tym kochanka. Bez słowa zsunął spodnie i mocno wbił się w pulsujący środek, szybkie ruchy jego bioder przeszywały krocze dziewczyny dając jej bolesną rozkosz, przycisnął swój nagi tors do wiotkiego ciała Blanki mocno chwytając jej dłonie i przyciskając do kołyszącego się w ich rytmie samochodu. Erotyczny taniec ich spragnionych ciał trwał długo, bujali się powoli ciesząc się każdą sekundą przyjemności jaką sobie dawali. Komandos ściskał ustami różowe sutki kochanki, jej piersi jeszcze nigdy mu tak nie smakowały jak dziś. Ruchy Adama z chwili na chwilę stawały się coraz szybsze i głębsze. Czuł nadchodzący orgazm, mocno chwycił nogi dziewczyny i mocno przycisnął do jej brzucha, z całej siły wbił się w tętniące wnętrze, aż głośny jęk bólu i rozkoszy przeszył jego uszy, nie zwracając uwagi na jej zmęczenie posuwał ją coraz szybciej i brutalniej, w końcu dał upust emocjom i zalał jej wnętrze ciepłym nasieniem. Gorący orgazm pochłoną jego wycieńczone ciało, ale pomimo zmęczenia nie przestawał się kołysać między miękkimi udami ukochanej.

Zaspokojony i szczęśliwy opadł na rozgrzane, mokre ze zmęczenia ciało Blanki. Ich szaleńcze oddechy pieściły ich uszy, Komandos zachłannie całował szyję dziewczyny, ciesząc się jej każdym dotykiem, a nozdrza zaciągały głęboko jej oszałamiający zapach.

— Kocham cię dziewczyno, bez ciebie już nie żyję — szeptał Blance do ucha.

Wydychane przez Adama powietrze łagodnie łaskotało jej wilgotną skórę. Leżała wciąż pod nim i biła się z myślami co ma zrobić. Trudno jej było być zazdrosną o pocałunek z dziewczyną, która właśnie zmarła, ale bała się co będzie dalej, kolejna znajoma, która poprosi go o seks na pożegnanie… Z drugiej strony kochała go i nie chciała odchodzić, jej życie bez Adama nie miało już sensu.

— Puść mnie już — szepnęła.

— Słońce, nigdy cię nie puszczę. Nigdy nie pozwolę ci odejść, słyszysz? — oparł się na rękach i zawisł nad jej twarzą — oboje będziemy cierpieć.

— Adam, nie mam żalu o ten pocałunek. Serio staram się ciebie zrozumieć, ale zrozum też mnie. Jak za rok spotkasz inną byłą, która poprosi cię o to samo to co zrobisz?

— Nigdy więcej nie popełnię tego błędu, naprawdę nie sądziłem, że ta jedna chwila może narobić tyle szkód, i że będzie miała takie skutki — podniósł się i powoli ubrał.

Podał Blance leżące obok ubrania i z przerażeniem patrzył jak się ubiera i odwraca od niego wzrok. Wiedział co to może oznaczać.

— Słońce, rozumiem, że nie chcesz już ze mną być. Mój błąd, nie obwiniam cię o nic. Jeśli tego sobie życzysz to nie mogę niczego od ciebie wymagać. Pamiętaj — położył dłonie na jej biodrach i lekko przyciągnął do siebie — należę tylko do ciebie, jeśli będziesz kiedyś chciała wrócić to zawsze i o każdej porze będę czekał — jego wzrok świdrował oczy Blanki.

Czuła jak do oczu napływają jej łzy. Bez słowa wsiadła do samochodu i czekała na wciąż wpatrzonego w nią Adama.


Karolina siedziała z Dorianem w salonie i przytulona milczała myśląc jak bardzo ich życie wywróciło, spoglądała na spokojną twarz narzeczonego i zastanawiała się jak najdelikatniej zacząć z nim rozmowę.

— Don, muszę ci coś ważnego powiedzieć — zaczęła niepewnie.

Wbił w nią płonący wzrok i odruchowo wsunął dłoń pod czarną opiętą koszulkę powoli przesuwając ją w kierunku pępka. Przychylił ciepłe usta do ucha dziewczyny.

— Chcesz mi powiedzieć, że będziemy mieli małego Dorianka? — wyszeptał z iskierkami w oczach.

Karolina uśmiechnęła się, ale jej wzrok nadal był smutny.

— Niestety kochanie to nie o to chodzi, wiem, że czekasz, ale… — nagle łzy napłynęły jej do oczu.

— Kotek, no co ty — mocno otulił ją ramieniem — nie dziś to za miesiąc, albo za rok. Nie przejmuj się tak, kocham cię z dzieckiem czy bez dziecka, na zawsze — chwycił jej brodę i podciągnął do swoich ust — no to co chciałaś mi powiedzieć?

— Mam prośbę, żebyś ściągnął jutro tutaj Tomka, chciałam z nim porozmawiać.

Wzrok Doriana zapłonął złością.

— Zrobił ci coś? — w jego głosie słychać było żądzę mordu.

Karolina w milczeniu patrzyła w piwne oczy narzeczonego.

— Zabiję skurwiela! — próbował podnieść się z kanapy, ale Karolina przycisnęła go do oparcia.

— Don, uspokój się on mi nic złego nie zrobił!

— Jeśli dotknął cię choćby palcem to go rozerwę w rękach!

— Nie no dotknąć to on mnie dotknął i to nie raz… — zaśmiała się.

— Kurwa, Karo serio cię to bawi?

— No dobra już się nie śmieję. Od początku ci opowiem ok? Tylko się nie wkurzaj.

Karolina spokojnie zaczęła mówić o ich wyjeździe do klubu i o wydarzeniu, które miało miejsce za lokalem. Ze łzami w oczach, ze szczegółami mówiła co się tam działo. Czuła coraz silniej zaciskające się na niej ramię Doriana. Spojrzała na jego poważną, zmienioną twarz, jego szczęki zaciskały się rytmicznie, i mimo że widziała tylko jego profil to zauważyła łzy w jego piwnych oczach. Chwilę wahała się co powiedzieć dalej i ile z tego, co się tam stało może mu powiedzieć. Dorian siedział w milczeniu tak jakby nie zauważył, że na chwilę przestała mówić.

— …i wtedy przybiegł Tomek — zdenerwowana kontynuowała — oderwał ode mnie tego faceta i…

— Zastrzelił go? — dokończył za nią.

Była zaskoczona, bo odezwał się pierwszy raz odkąd zaczęła opowiadać.

— Zastrzelił — na samo wspomnienie tamtej sceny otarła łzę — Ale jak! Chyba cały magazynek w niego władował.

— I dobrze. Co dalej?

— Skaza zadzwonił do kogoś, żeby zabrali to co z niego zostało. Don ja mu nawet nie zdążyłam podziękować…

— Nie musisz, to był jego obowiązek — powiedział chłodno i bez emocji.

— Wiem, ale nie chodzi mi o to, że mi wtedy pomógł tylko…

— Tylko co? — słychać było, że jest wściekły.

— Tylko o to co później dla mnie zrobił… — powiedziała niepewnie.

Dorian bez słowa wstał i powoli podszedł do barku, nalał do szklanki koniak Komandosa i podniósł do ust.

— Pijesz? Przecież bierzesz leki — zaskoczona dziewczyna podniosła się z kanapy.

— Już mi chyba nic kurwa nie zaszkodzi co? — patrzył na narzeczoną z wyrzutem i żalem.

— Dorian, co z tobą?

— Ze mną? To może ty mi powiedz co Tomek takiego ci zrobił, że chcesz mu podziękować co? Dobrze ci z nim było?

— A ciebie to w łeb tam nie postrzelili? Co ty pieprzysz? Chodzi mi o to, że zajął się mną jak najlepszy przyjaciel. Nic nie musiałam mówić, a on wiedział czego potrzebuję, nie odstępował mnie na krok dopóki nie wysiedliśmy pod domem — nagle Karolina się rozpłakała — Bałam się Don! Bałam się każdego faceta, który obok mnie przechodził, który na mnie spojrzał. Wbijałam w rękę Tomka paznokcie ze strachu, a on bez słowa siedział obok mnie i czekał, aż mi będzie lepiej. O nic mnie nie pytał, niczego ode mnie nie chciał, po prostu był! Wiem, że sporo ryzykował, to był wasz klub i wszyscy wiedzieli kim jestem, a mimo to cały czas trzymałam go za rękę, a on nic sobie z tego nie robił.

— No proszę, jaki rycerz… — lekceważący głos Doriana poruszył nerwy Karoli.

— Wiesz co? Wal się! — odwróciła się i pobiegła do sypialni.

Dorian usłyszał tylko trzaśnięcie drzwi. Było mu głupio, ale wiedział czym może się skończyć zbytnia poufałość między Tomkiem a Karoliną. Podniósł szklankę z koniakiem do ust i wciągnął zapach bursztynowego płynu.

— Wykończy mnie ta kobieta.

Odstawił szklankę na stolik i usiadł na kanapie opierając wciąż bolącą nogę na stojącą obok pufę. Był wściekły na siebie, że tak potraktował Karolinę, na Tomka, że nie dopilnował wszystkiego jak trzeba… jego myśli wciąż krążyły wokół sceny, którą mu opowiedziała, nie mógł sobie podarować, że zostawił ją samą i dopuścił, żeby coś jej się stało. Zatopiony w myślach nawet nie zauważył ile czasu tak siedział. Ocknęły go głośne kroki na schodach, odruchowo odwrócił głowę i zobaczył przejętą twarz Karoliny.

— Kotek co się stało?

Dziewczyna podeszła do stolika i popatrzyła mu w oczy.

— Komandos przyjechał…

Z niecierpliwością patrzyli w stronę drzwi wejściowych do domu, lecz nikt się nie pokazywał. Nerwy Karoli napinały się z każdą sekundą coraz mocniej, co chwilę spoglądała na Doriana wciąż wierząc, że Adam wróci z Blanką.

Kiedy usłyszała otwierające się drzwi wejściowe zamarła, ze wstrzymanym oddechem czekała kto wejdzie do salonu, a po chwili ujrzała Adama, który ze wzrokiem utkwionym w podłogę wchodził do pokoju sam. Wkurzona dziewczyna chwyciła stojącą na stole szklankę i z całej siły rzuciła nią w mężczyznę.

Rozdział 11

Lecąca w stronę Komandosa kryształowa szklanka gubiła po drodze koniak rozlewając go na podłogę i meble. Refleks Adama tym razem też nie zawiódł i złapał naczynie, zanim uderzyło w ścianę tuż obok jego głowy. Z uśmiechem popatrzył na wkurwioną Karolinę.

— Nad celnością musisz jeszcze popracować. To kryształ kobieto, jakby się rozpieprzyło to na miliard kawałków, ciekawe kto by to później sprzątnął?

— O patrzcie jaki racjonalny — warknęła mrużąc oczy — Sukinsynu, dałeś jej odejść?

— A co miałem ją zastrzelić? — pytał wkurzony.

— Nie wiem co! Ale jeśli wyjechała to możesz zapomnieć, że wróci.

— Prawda, nie wróci — powiedział smutno.

— Ty kutasie! Nigdy jej nie kochałeś, zawsze była dla ciebie lekiem po Sylwii — Karolina mówiła ze łzami w oczach.

— Karo, nie zmuszę jej do bycia ze mną. Uwierz mi, chcę tego tak samo jak ty, ale nie mogę jej tu więzić.

— Pierdolenie! Już raz ją więziłeś i nikt ci łba nie urwał.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 55.13