Punkt zero
Pociąg zwolnił z przeciągłym zgrzytem, jakby sam miał dość tej podróży.
Warszawa Wschodnia.
Nikodem Żarski otworzył oczy dopiero wtedy, gdy ludzie zaczęli się przepychać do wyjścia. Przez chwilę siedział nieruchomo, jakby sprawdzał, czy naprawdę tu jest. Jakby można było jeszcze zawrócić.
Nie można było.
Wstał, sięgnął po torbę i ruszył za tłumem.
Peron uderzył go chłodem i hałasem. Zapach mokrego betonu, gdzieś kawa z automatu, ktoś się śmiał za głośno. Ktoś się kłócił. Ktoś biegł.
Miasto nie pytało, kim jesteś.
Miasto miało to gdzieś.
Nikodem zatrzymał się na chwilę, rozejrzał. Wszyscy wyglądali, jakby wiedzieli, dokąd idą. Tylko on stał jak ktoś, kto właśnie zgubił kierunek — albo nigdy go nie miał.
Wyciągnął telefon.
Jedno powiadomienie. Numer, którego nie zapisał.
Nie otworzył.
Zamiast tego wszedł w wiadomości i odnalazł ogłoszenie.
„Kawalerka, Praga. Tanio. Bez meldunku. Od zaraz.”
Parsknął pod nosem.
— Idealnie — mruknął.
Przed dworcem uderzył go deszcz. Niezbyt mocny, ale wystarczający, żeby wszystko było szare i ciężkie.
Odpalił mapę. Adres nie był daleko, ale wystarczająco, żeby nie iść pieszo z torbą.
Zamówił Ubera.
Czekając, oparł się o barierkę i odpalił papierosa, chociaż próbował rzucić. Dym szczypał w gardło, ale przynajmniej zajmował czymś ręce.
Telefon znów zawibrował.
Tym razem spojrzał.
Ta sama wiadomość, co wcześniej.
„Nie uciekaj. To i tak do ciebie wróci.”
Zaciągnął się głęboko i zablokował ekran.
— Zobaczymy — powiedział cicho.
Samochód podjechał po kilku minutach. Wsiadł bez słowa.
— Nikodem? — rzucił kierowca.
Nikodem potwierdził i dodatkowo podał adres.
Reszta drogi minęła w ciszy. Warszawa za szybą była szybka, obca, obojętna. Światła rozciągały się w długie smugi, jakby miasto było w ciągłym ruchu, a on stał w miejscu.
Albo odwrotnie.
Kamienica wyglądała, jakby pamiętała lepsze czasy. Odpadający tynk, ciemna klatka, zapach wilgoci.
Drzwi otworzył facet po czterdziestce, w podkoszulku i z papierosem w ustach.
— Ty od kawalerki? — zapytał bez przywitania.
Nikodem skinął głową.
— Wchodź.
Mieszkanie było małe. Jedno okno, stare meble, łóżko, które skrzypiało już od samego patrzenia.
— Tysiąc pięćset. Kaucja drugie tyle — rzucił facet. — Bez papierów, bez pytań.
Nikodem rozejrzał się jeszcze raz.
Idealnie.
— Biorę.
Facet wzruszył ramionami, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
— Klucze jutro. Dzisiaj możesz spać.
Gdy drzwi się zamknęły, zapadła cisza.
Prawdziwa.
Nikodem postawił torbę na podłodze i usiadł na łóżku. Sprężyny jęknęły cicho.
Wyciągnął telefon.
Ekran zaświecił się na moment.
Jedna wiadomość.
Nie otworzył.
Odłożył telefon obok siebie i spojrzał w sufit.
— Nowy start… — powiedział pod nosem.
Brzmiało dobrze.
Tylko że coś w nim już wiedziało, że to nie będzie takie proste.
Bo przed niektórymi rzeczami nie da się uciec.
Nawet jeśli zmienisz miasto.
Wrzask dzieci, odbijająca się piłka o ścianę kamienicy, z oddali jakaś policyjna syrena i jeden jedyny promień słońca jaki dostaje się przez jedno zanieczyszczone okno podświetla mu policzka, przechodząc delikatnie na oczy zaczynają go wybudzać.
Usiadł na łóżku, to się na prawdę dzieje, pomyślał, w lekkiej zamyślonej pozie pozostał jeszcze kilka sekund i lekko się uśmiechnął.
Poszedł do toalety, sikając rozglądał się po zaniedbanej łazience, gdzie obok muszli była zakurzona i na krańcach lekko zardzewiała wanna, po drugiej stronie umywalka, uszczerbiona, porcelanowa, szara choć pewnie była kiedyś biała, pod nią był grzejnik, który narazie nie musiał się przydać bo mieliśmy czerwiec.
Kuchnia bardziej zadbana, chyba właściciel od niej zaczynał remont, na który chyba brakło funduszy, meble nie były najlepsze, ale ściany były czyste, kafelki do połowy, mikrofalówka i czajnik elektryczny stały na balacie chyba jako wizytówka bo to były jedyne nowe sprzęty w tym mieszkaniu, nalał wody do czajnika, rozejrzał się po szafkach by znaleźć szklankę i napić się kawy.
Znalazł dosyć dużo naczyń, wszystkie chyba pamiętały czasy gdy jego babcia była młoda, miała naczynia w podobnym stylu, które miała dostać w prezencie ślubnym.
Po chwili przyszedł właściciel mieszkania, przyniósł mu klucze, które obiecał dzień wcześniej, i praktycznie bez żadnego słowa opuścił jego mieszkanie i poszedł do siebie, piętro niżej. Nikodem mieszkał na poddaszu, które było na piątym poziomie, kamienica sprzed pierwsze wojny światowej miała cztery piętra i strych, którego część właściciel przerobił w mieszkanie.
Nowy początek to praca
Po wynajęciu mieszkania zostało Nikodemowi dwa tysiące złotych oszczędności jakie ze sobą przywiózł do stolicy, czas leci szybko a życie kosztuje.
W małych miejscowościach trzeba wiele rzeczy robić samemu i mimo, że Nikodem miał średnie wykształcenie ogólne to jednak musiał umieć wiele rzeczy robić samemu, wychowywał się na rolnym gospodarstwie, gdy cokolwiek się zepsuło musiał umieć usunąć awarię. Szukał zatem pracy w wielu zawodach.
Idąc przez Pragę widział wiele różnych miejsc gdzie mógłby się zaczepić, jednak było to trudniejsze niż mogłoby się wydawać. Pracy nie było tak dużo jak mu się wydawało jeszcze w pociągu gdy jechał do Syreniego Grodu.
Szukał dalej.
Z każdym kolejnym miejscem było tylko gorzej. „Oddzwonimy”, „zostaw CV”, „na razie nie szukamy” — te same teksty, inne twarze.
Czas uciekał.
Zatrzymał się na chwilę przy krawężniku. Wyciągnął telefon, spojrzał na stan konta. Dwa tysiące. Już nie całe.
Schował go szybko, jakby sam widok miał coś pogorszyć.
Ruszył dalej bez większego planu. Skręcił w boczną uliczkę, potem kolejną. Coraz ciszej, mniej ludzi, mniej życia. Jakby miasto się kończyło kawałek po kawałku.
W końcu trafił na ślepą uliczkę.
Stanął.
— No zajebiście… — mruknął pod nosem.
Odwrócił się, gotowy wracać, kiedy usłyszał dźwięk.
Metal o metal. Krótkie uderzenie. Potem kolejne.
Spojrzał w stronę końca uliczki.
Na samym końcu stał niski budynek z otwartą bramą. Nad nią wyblakły szyld, ledwo trzymający się całości. Warsztat samochodowy.
Podszedł bliżej.
W środku dwóch facetów. Starszy i młodszy. Pracowali w ciszy, przerywanej tylko dźwiękiem narzędzi i krótkimi, konkretnymi hasłami.
— Dziesiątkę podaj. — Masz.
Silnik rozebrany na części. Olej, smar, brud. Wszystko na swoim miejscu, mimo że wyglądało jak chaos.
Starszy poruszał się spokojnie, pewnie. Jak ktoś, kto robi to od lat i nie musi się zastanawiać nad każdym ruchem.
Młodszy był szybszy, trochę bardziej nerwowy, ale ogarniał temat. Patrzył, słuchał, robił.
Nie gadali dużo. Nie musieli.
Nikodem stał i patrzył.
Pierwszy raz od rana coś wyglądało… normalnie.
Nie było tu gadania, obiecywania, kręcenia. Albo robisz, albo nie.
Starszy w końcu podniósł wzrok.
Spojrzał na niego krótko, oceniająco.
— Czego?
Nikodem zawahał się sekundę.
— Szukam roboty.
Facet prychnął cicho, wracając do silnika.
— Każdy szuka.
Chwila ciszy.
Nikodem nie ruszył się z miejsca.
— Cokolwiek — dodał po chwili. — Mogę robić.
Starszy znów na niego spojrzał. Tym razem trochę dłużej.
— Co umiesz?
Nikodem wzruszył ramionami.
— Różne rzeczy. Na gospodarstwie się wychowałem. Jak coś się psuje, to się to naprawia.
Młodszy zerknął na niego kątem oka.
Starszy odłożył klucz.
— To podejdź.
Nikodem zrobił krok do przodu.
— Jak spierdolisz, to wylatujesz — rzucił krótko.
— No to pokaż, co potrafisz.
Nikodem nic nie odpowiedział. Podszedł do auta.
Klucze, maska, szybkie spojrzenie. Bez zbędnych ruchów.
Po kilkunastu minutach odsunął się o krok.
— Gotowe.
Marek podszedł pierwszy. Sprawdził, potem zawołał kogoś z hali.
Chwilę coś mruczeli pod nosem.
— Chodź.
Biuro było małe, pachniało kawą i papierosami.
— Marek Krawiec.
— Nikodem Żarski.
— Skąd?
— Łódzkie. Brzeziny
Marek zmrużył oczy.
— Uciekasz czy szukasz roboty?
Krótka pauza.
— Roboty.
Cisza.
— Do mnie mówisz „szefie”. Będziesz robił z Dawidem, moim synem.. Jak coś odwalicie, odpowiadacie obaj.
— Jasne, szefie.
— Ile potrzebujesz, żeby przeżyć?
— Tysiąc pięćset na czynsz.
— Dobra. Tyle masz stałe. Reszta od roboty — czterdzieści procent. Jak będziesz zapierdalał, zarobisz. Jak nie — wypad.
— Pasuje.
Marek oparł się o biurko.
— Trzy miesiące. Jak się sprawdzisz — umowa.
Chwila ciszy.
— I jeszcze jedno… ja tu wszystko widzę.
Nikodem tylko skinął głową.
— Za płotem masz dom. Jak coś odwalicie… to nie muszę daleko iść.
Nikodem wyszedł z warsztatu dopiero pod wieczór. Ręce miał brudne od smaru, plecy bolały, ale pierwszy raz od dawna czuł coś na kształt zmęczenia, które ma sens.
Ulica była prawie pusta. Gdzieś w oddali przejechał autobus, ktoś zamknął metalową bramę z hukiem.
Ruszył w stronę mieszkania.
Klatka schodowa pachniała wilgocią i starym jedzeniem. Na drugim piętrze ktoś się kłócił przez drzwi, na trzecim było już cicho.
Otworzył swoje.
Mały pokój, łóżko, stół, krzesło. Torba rzucona w kąt, jakby nie była jego.
Zamknął drzwi i przez chwilę stał bez ruchu.
Cisza była cięższa niż hałas warsztatu.
Zdjął bluzę, usiadł na łóżku. Sięgnął po telefon.
Ekran się zaświecił.
Brak powiadomień.
Kciuk zawisł nad ekranem, jakby czegoś szukał. Sam nie wiedział czego.
Westchnął cicho i odłożył telefon obok siebie.
Po chwili sięgnął do torby. Wyciągnął z niej stare, lekko pogniecione zdjęcie.
Dwóch chłopaków. Śmiech, lato, coś jeszcze przed nimi.
Patrzył chwilę. Dłużej niż powinien.
— Kurwa…
Ledwo słyszalnie.
Zacisnął szczękę. Odwrócił zdjęcie i położył je ekranem do dołu.
Położył się na łóżku, patrząc w sufit.
Nie zapalił światła.
Dzień przewinął mu się w głowie jak krótki film.
Warsztat. Smar. Hałas. Facet, który patrzył na niego tak, jakby już z góry wiedział, że coś jest nie tak. Robota, którą zrobił dobrze — i to wystarczyło.
To było dziwne.
Nikt nie pytał. Nikt nie drążył. Nikt nie patrzył jak na problem.
Tylko robota.
I nagle… cisza.
Warszawa była obca, ale przynajmniej obojętna. A obojętność była lepsza niż to, co zostawił za sobą.
Zamknął oczy.
Na chwilę wrócił tam.
Głosy. Szepty. Te same spojrzenia.
„To przez niego.”
Otworzył oczy od razu.
— Pierdolę to…
Cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Odwrócił się na bok.
Nowe miejsce. Nowa robota. Nowy start.
Tylko głowa… dalej ta sama.
I tego nie dało się tak łatwo zostawić za sobą.
Nie jesteś u siebie
Nikodem zamknął drzwi i przez chwilę stał nieruchomo, oparty plecami o chłodne drewno. Jakby bał się, że jeśli zrobi choć jeden krok, to coś się rozsypie. W mieszkaniu panowała cisza. Taka, która nie uspokaja, tylko zaczyna uwierać.
Zdjął buty, jeden kopnął w kąt, drugi odsunął nogą. Plecy bolały go tak, jakby ktoś wbił w nie metalowy pręt. Kark miał sztywny, dłonie ciężkie, jakby nie należały już do niego. Cały dzień był jednym długim ciągiem ruchów, poleceń, spojrzeń i napięcia. Teraz, kiedy wszystko ucichło, zostało tylko zmęczenie. I coś jeszcze.
Coś, co zawsze przychodziło razem z ciszą.
Usiadł na łóżku i pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach. Przez chwilę patrzył w podłogę, jakby chciał się w niej schować. Potem sięgnął po telefon.
Czarny ekran rozświetlił się na chwilę.
Zero powiadomień.
Przejechał palcem w dół, odruchowo, jakby coś miało się pojawić z opóźnieniem. Nic. Cisza nawet w tym małym, świecącym prostokącie.
Otworzył listę kontaktów.
Przewijał powoli, bez celu. Imiona i nazwiska, niektóre znajome, inne już obce. Zatrzymał się nagle.
Na jednym.
Kciuk zawisł w powietrzu.
Przez moment miał odruch, żeby napisać. Tak po prostu. Jak kiedyś.
„Stary, ale tu jest pojebane…”
Zawsze tak zaczynał.
Zawsze była odpowiedź.
Szybka, czasem głupia, czasem konkretna, ale była. Zawsze coś wracało.
Teraz nie wracało nic.
Ekran był nieruchomy. Martwy.
Nikodem wpatrywał się w to imię dłużej, niż powinien. Jakby od samego patrzenia coś miało się zmienić. Jakby to był tylko głupi błąd. Pomyłka. Jakby wystarczyło chwilę poczekać.
Zacisnął szczękę.
Przesunął palcem dalej.
Ale obraz już się odpalił.
Karetka.
Światła odbijające się w szybach.
Krzyk.
Nie jego. Czyjś.
Ręce, które go odciągały.
— Zostaw, kurwa! — wrzasnął wtedy, ale nikt nie słuchał.
I to jedno zdanie. Spokojne, jakby ktoś mówił o pogodzie.
— Nie dało się już nic zrobić.
Wtedy jeszcze nie rozumiał, co to znaczy. Dopiero później dotarło.
Teraz wracało. Zawsze w takich momentach.
W ciszy.
Rzucił telefon na łóżko, jakby go parzył. Wstał gwałtownie i przeszedł się po małym pokoju. Dwa kroki w jedną stronę, trzy w drugą. Za ciasno. Za cicho.
— Ja pierdolę… — mruknął pod nosem.
Podszedł do okna i otworzył je na oścież. Chłodne powietrze wdarło się do środka, przynosząc zapach wilgoci, spalin i czegoś trudnego do określenia. Miasto żyło gdzieś tam dalej, ale tu, na tej ulicy, wszystko było jakby przytłumione.
Patrzył chwilę w dół.
Na chodnik.
Na ławkę pod blokiem.
Na dwóch typów, którzy tam siedzieli.
Jeden miał kaptur naciągnięty głęboko na głowę, drugi opierał się o oparcie i palił papierosa. Dym unosił się powoli, jakby nigdzie się nie spieszył.
Nikodem odsunął się od okna.
Nie chciał tam siedzieć.
Nie chciał myśleć.
Nie chciał czuć.
Założył z powrotem buty, nie wiążąc ich nawet porządnie. Chwycił bluzę i wyszedł.
Drzwi zamknęły się za nim z głuchym trzaskiem.
Klatka schodowa pachniała wilgocią, papierosami i czymś jeszcze — czymś starym, wgryzionym w ściany. Schodził powoli, ręką sunąc po poręczy. Metal był zimny.
Na półpiętrze ktoś zostawił reklamówkę ze śmieciami. Zatrzymał się na sekundę, ominął ją i poszedł dalej.
Na dole światło mrugało, jakby zaraz miało zgasnąć.
Wyszedł na zewnątrz.
Powietrze było cięższe niż na górze.
Zrobił kilka kroków w stronę chodnika.
— Nowy jesteś?
Głos zatrzymał go w miejscu.
Nie był głośny. Ale był pewny.
Odwrócił głowę.
Ci sami dwaj typy z ławki.
Ten w kapturze patrzył teraz prosto na niego. Drugi zgasił papierosa butem i też podniósł wzrok.
Nikodem przez chwilę nic nie powiedział. Zastanawiał się, czy iść dalej, czy odpowiedzieć.
— Pytam się — dodał drugi, już ostrzej.
— Tak — rzucił krótko.
Cisza.
Jeden z nich parsknął cicho.
— I co, myślisz, że tak sobie tu będziesz chodził?
Nikodem poczuł, jak coś ściska mu żołądek. Nie strach. Jeszcze nie. Bardziej coś pomiędzy irytacją a czujnością.
— Mieszkam tu — odpowiedział, spokojnie, bez podnoszenia głosu.
— No patrz — zaśmiał się ten w kapturze. — Mieszka.
Drugi wstał powoli z ławki. Nie spieszył się. Jakby miał cały czas świata.
Podszedł bliżej. Za blisko.
— Słuchaj, kolego — powiedział, patrząc mu prosto w oczy. — Tu nie twoje klimaty. Rozumiesz?
Nikodem wytrzymał spojrzenie. Serce zaczęło bić szybciej, ale twarz miał nieruchomą.
— Rozumiem.
— No to uważaj na siebie.
Lekki uśmiech. Nieprzyjemny.
Chwila ciszy.
Nikodem zrobił krok w bok, jakby chciał ich ominąć. Ten drugi przesunął się minimalnie, blokując drogę.
Nie agresywnie. Ale wystarczająco.
— Gdzie się tak spieszysz? — zapytał.
— Na spacer — odpowiedział Nikodem.
— O tej porze?
— A co?
Znowu cisza.
Napięcie wisiało w powietrzu, jak coś, co zaraz pęknie.
I wtedy ten w kapturze machnął ręką.
— Daj mu spokój. Jeszcze się nauczy.
Ten drugi spojrzał na niego, potem znowu na Nikodema. Przez chwilę wyglądało, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć. Albo zrobić.
Ale w końcu cofnął się o krok.
— No to idź. Spaceruj.
Nikodem nie odpowiedział. Ruszył powoli przed siebie, czując ich wzrok na plecach. Dopiero po kilku metrach odważył się odetchnąć głębiej.
Ręce zaczęły mu się lekko trząść.
Schował je do kieszeni.
Szedł bez celu. Byle dalej od tego miejsca. Byle nie wracać od razu.
Miasto nocą było inne. Cichsze, ale nie spokojne. Jakby coś się w nim czaiło pod powierzchnią. Jakby wszystko było trochę bardziej prawdziwe.
Minął kilka zamkniętych sklepów, przystanek, na którym siedziała jedna osoba wpatrzona w telefon, pustą ulicę, po której przejechał jeden samochód.
Nie wiedział, ile czasu tak chodził.
W końcu zawrócił.
Nie dlatego, że chciał. Po prostu nie miał dokąd iść.
Kiedy wrócił pod blok, ławka była już pusta.
Ale to wcale nie uspokajało.
Wszedł do klatki szybciej niż wcześniej. Drzwi zamknął za sobą mocniej, niż trzeba. Jakby chciał odciąć się od tego, co na zewnątrz.
W mieszkaniu było tak samo cicho jak wcześniej.
Zdjął buty, tym razem powoli. Odłożył je pod ścianę. Zdjął bluzę i rzucił ją na krzesło.
Podszedł do lustra.
Spojrzał na siebie.
Zmęczona twarz. Podkrążone oczy. Szczęka zaciśnięta tak, że aż bolała.
— No to pięknie… — powiedział cicho.
Oparł ręce o umywalkę.
— Nowe życie.
Zaśmiał się krótko. Bez humoru.
— Kurwa.
Wrócił do pokoju i usiadł na łóżku. Telefon leżał tam, gdzie go rzucił.
Podniósł go.
Znowu lista kontaktów.
Znowu to imię.
Tym razem nie zatrzymał się długo.
Zablokował ekran.
Odłożył telefon.
Położył się na plecach i wpatrywał w sufit.
Myśli krążyły, ale żadna nie chciała się zatrzymać na dłużej. Wszystko było jak rozmazane.
Zmęczenie zaczęło w końcu wygrywać.
Ale zanim zamknął oczy, jedna myśl przebiła się przez resztę.
Krótka. Prosta.
Nie po to tu przyjechał, żeby teraz odpuścić.
Przełknął ślinę.
— Jakoś to ogarnę… — mruknął.
Nie brzmiało to jak pewność.
Bardziej jak próba przekonania samego siebie.
Za oknem ktoś krzyknął. Gdzieś przejechał samochód. Potem znowu cisza.
Nikodem zamknął oczy.
I choć ciało w końcu zaczęło odpuszczać, głowa jeszcze długo nie chciała.
Warszawa nie spała.
Ale on już ledwo trzymał się na nogach.
A to był dopiero początek.
Zasady gry
Budzik zadzwonił za wcześnie.
Nikodem nie pamiętał momentu, w którym zasnął. Pamiętał tylko sufit. I myśli, które kręciły się w kółko jak zepsuta płyta.
Otworzył oczy.
Ciało miał ciężkie, jakby ktoś w nocy dołożył mu kilogramy. Plecy bolały jeszcze bardziej niż wczoraj. Głowa pulsowała tępo, bez konkretu, ale wystarczająco, żeby wszystko było wolniejsze.
Przez chwilę leżał nieruchomo.
Nie chciało mu się wstawać. Nie chciało mu się nic.
Ale wiedział, że musi.
— No dawaj… — mruknął do siebie.
Usiadł powoli. Przetarł twarz dłońmi. Telefon leżał obok. Nawet na niego nie spojrzał.
Nie było po co.
Wstał, ogarnął się na szybko i wyszedł. Klatka jak zawsze pachniała tym samym. Już mniej zwracał na to uwagę.
Na zewnątrz było chłodno. Powietrze trochę go otrzeźwiło.
Ławka pod blokiem była pusta.
Ale i tak spojrzał.
Odruch.
Ruszył w stronę przystanku.
Praca tego dnia ciągnęła się jak flaki z olejem. Każda minuta była dłuższa niż powinna. Ludzie mówili, ale słowa przelatywały obok niego. Robił swoje, mechanicznie, bez większego myślenia.
Raz czy dwa ktoś coś do niego rzucił, ale nawet nie zapamiętał co.
W pewnym momencie złapał się na tym, że stoi i patrzy w jeden punkt.
— Halo? — ktoś machnął mu ręką przed twarzą.
— Co?
— Żyjesz?
— Tak.
— No to pracuj.
Skinął głową i wrócił do roboty.
Dzień minął.
Jak zawsze.
Ale nie do końca.
Wracał już wieczorem. Było ciemno. Ulice wyglądały inaczej niż rano — mniej ludzi, więcej cieni.
Zbliżał się do swojego bloku.
Zwolnił trochę.
Znowu ta ławka.
I znowu ktoś na niej siedział.
Tym razem trzech.
Serce zabiło mocniej, ale nie zwolnił.
— O, patrz kto idzie — rzucił jeden z nich.
Nie ci sami co wczoraj.
Ale klimat ten sam.
— Ej, kolego!
Zatrzymał się.
Powoli odwrócił.
— Co?
Jeden z nich wstał. Podszedł bliżej. Za blisko.
— Gdzie tak codziennie śmigasz, co?
— Do domu.
— Do domu… — powtórzył z uśmiechem. — A może byś tak trochę pogadał?
Dwóch pozostałych wstało z ławki.
— Nie mam czasu — odpowiedział krótko.
— A my mamy — rzucił drugi i zrobił krok w jego stronę.
Nikodem poczuł napięcie w całym ciele.
— Mówiłem, że nie mam czasu.
— Ty, patrz jaki szybki — zaśmiał się jeden. — Może trzeba go trochę zwolnić?
Ten najbliżej wyciągnął rękę i lekko pchnął Nikodema w klatkę piersiową.
Nie mocno.
Ale wystarczająco.
Sekunda.
Druga.
— Wystarczy.
Głos był spokojny. Niski. Bez podnoszenia tonu.
Ale wszystko jakby stanęło.
— Dawid… — mruknął jeden z nich.
I nagle zrobiło się inaczej.
— Mamy jakiś problem? — zapytał Dawid.
— Nie, nie… tak tylko gadamy.
— No to już pogadaliście.
Krótka cisza.
— Dobra, spoko. Lecimy.
Rozeszli się.
Jakby ktoś wyłączył scenę.
Został tylko Nikodem i Dawid.
— Dzięki — powiedział w końcu Nikodem.
— Uważaj na siebie.
I ruszył dalej.
Jakby nic się nie stało.
Nikodem wrócił do mieszkania szybciej niż zwykle. Zamknął drzwi i przez chwilę stał, nasłuchując.
Cisza.
Ale inna niż wczoraj.
Usiadł na łóżku.
— Dawid… — powtórzył cicho.
Nie wiedział kim dokładnie jest.
Ale wiedział jedno.
To nie był ktoś przypadkowy.
Położył się i tym razem zasnął szybciej.
Zmęczenie wygrało.
Następnego dnia w pracy było trochę inaczej.
Nie lżej.
Ale bardziej konkretnie.
Nikodem od razu go zauważył.
Dawid stał przy stanowisku. Spokojny. Opanowany. Nie musiał podnosić głosu, żeby ktoś go słuchał.
Ludzie reagowali szybciej. Bez dyskusji.
Nikodem podszedł.
— Siema.
— No.
— Wczoraj—
— Daj spokój. Nie ma tematu.
— Chciałem tylko—
— Pracuj lepiej. Tu się nie gada, tylko robi.
Koniec rozmowy.
Ale coś w tym było.
Za naturalne.
Jakby to był standard.
Po jakimś czasie Dawid sam podszedł.
— Jak długo tu jesteś?
— Kilka dni.
— Widać.
— To źle?
— To znaczy, że jeszcze nie wiesz gdzie jesteś.
Krótka pauza.
— Wczoraj to był początek.
— Czyli?
— Będą sprawdzać.
— Kto?
— Serio chcesz wiedzieć wszystko od razu?
— Wolałbym.
— No to masz problem.
Cisza.
— Tu nie ma instrukcji. Albo ogarniesz, albo nie.
— A ty?
— Byłem obok.
Spojrzenie.
— Dalej to ty decydujesz. Ale zapamiętaj jedno.
Podszedł bliżej.
— Nie pokazuj, że się boisz.
— Nie boję się.
— Każdy się boi. Tylko nie każdy to pokazuje.
Odwrócił się.
— I jeszcze jedno. Krótkie odpowiedzi. Bez tłumaczenia się. Patrz w oczy.
— Wczoraj patrzyłem.
— No i dlatego nic się nie stało.
Pod koniec zmiany Nikodem był bardziej zmęczony niż rano.
Ale głowa pracowała inaczej.
Nie był już tylko chaos.
Zaczynał łapać zasady.
Nie wszystkie.
Ale jakieś.
Wracając, spojrzał na ławkę.
Pusta.
Ale tym razem nie przyspieszył.
W mieszkaniu cisza znowu wróciła.
Ale już nie była taka sama.
Sięgnął po telefon.
Zawahał się.
Odłożył.
— Dobra…
Położył się.
Patrzył w sufit.
— Jakoś to ogarnę.
Nie brzmiało pewnie.
Ale już nie było puste.
Telefon zawibrował.
Dawid.
— No?
— Śpisz?
— Jeszcze nie.
— To wstawaj. Piwo.
— Teraz?
— A kiedy?
— Pięć minut i jesteś pod blokiem.
Rozłączył się.
Nikodem westchnął.
— No pięknie…
Ale wstał.
Dawid czekał pod blokiem.
Ruszyli razem.
Knajpa była niedaleko.
Weszli.
— Dwa — rzucił Dawid.
Usiedli.
Pierwszy łyk.
— I co?
— Lepiej niż wczoraj.
— No widzisz.
Cisza.
— Dalej nie ogarniam.
— I nie ogarniesz od razu.
— To kiedy?
— Jak przestaniesz próbować ogarnąć wszystko naraz.
Rozmowa zaczęła płynąć.
— Wiesz, co cię zgubi? — zapytał Dawid.
— Co?
— Jak zaczniesz brać wszystko do siebie.
— Czyli?
— Ktoś coś powie i już masz milion myśli.
Nikodem skinął.
— A tu tak nie działa. Ty jesteś dla ludzi dodatkiem.
— Brutalne.
— Prawdziwe.
— Czyli mam mieć wyjebane?
— Nie. Masz mieć filtr.
— Jaki?
— Ważne zostawiasz. Resztę wywalasz.
Drugie piwo weszło szybciej.
— I jeszcze jedno — powiedział Dawid. — Nie szukaj problemów.
— Nie szukam.
— Jeszcze.
Spojrzenie.
— Bo tu nie sprawdzasz się dla siebie. Tylko dla innych.
Wyszli.
— Pamiętaj, co mówiłem.
— Spróbuję.
— Nie próbuj. Rób.
Nikodem wrócił do mieszkania.
Cisza.
Ale już spokojniejsza.
Położył się.
Sufit.
Ten sam.
Ale myśli wolniejsze.
— Może faktycznie da się tu ogarnąć…
Nie pamiętał momentu, w którym zasnął.
I pierwszy raz od dawna…
nawet nie próbował kontrolować myśli.
Budzik zadzwonił za wcześnie.
Nikodem nie pamiętał momentu, w którym zasnął. Pamiętał tylko sufit. I myśli, które kręciły się w kółko jak zepsuta płyta.
Otworzył oczy.
Ciało miał ciężkie, jakby ktoś w nocy dołożył mu kilogramy. Plecy bolały jeszcze bardziej niż wczoraj. Głowa pulsowała tępo, bez konkretu, ale wystarczająco, żeby wszystko było wolniejsze.
Przez chwilę leżał nieruchomo.
Nie chciało mu się wstawać. Nie chciało mu się nic.
Ale wiedział, że musi.
— No dawaj… — mruknął do siebie.
Usiadł powoli. Przetarł twarz dłońmi. Telefon leżał obok. Nawet na niego nie spojrzał.
Nie było po co.
Wstał, ogarnął się na szybko i wyszedł. Klatka jak zawsze pachniała tym samym. Już mniej zwracał na to uwagę.
Na zewnątrz było chłodno. Powietrze trochę go otrzeźwiło.
Ławka pod blokiem była pusta.
Ale i tak spojrzał.
Odruch.
Ruszył w stronę przystanku.
Praca tego dnia ciągnęła się jak flaki z olejem. Każda minuta była dłuższa niż powinna. Ludzie mówili, ale słowa przelatywały obok niego. Robił swoje, mechanicznie, bez większego myślenia.
Raz czy dwa ktoś coś do niego rzucił, ale nawet nie zapamiętał co.
W pewnym momencie złapał się na tym, że stoi i patrzy w jeden punkt.
— Halo? — ktoś machnął mu ręką przed twarzą.
— Co?
— Żyjesz?
— Tak.
— No to pracuj.
Skinął głową i wrócił do roboty.
Dzień minął.
Jak zawsze.
Ale nie do końca.
Wracał już wieczorem. Było ciemno. Ulice wyglądały inaczej niż rano — mniej ludzi, więcej cieni.
Zbliżał się do swojego bloku.
Zwolnił trochę.
Znowu ta ławka.
I znowu ktoś na niej siedział.
Tym razem trzech.
Serce zabiło mocniej, ale nie zwolnił.
— O, patrz kto idzie — rzucił jeden z nich.
Nie ci sami co wczoraj.
Ale klimat ten sam.
— Ej, kolego!
Zatrzymał się.
Powoli odwrócił.
— Co?
Jeden z nich wstał. Podszedł bliżej. Za blisko.
— Gdzie tak codziennie śmigasz, co?
— Do domu.
— Do domu… — powtórzył z uśmiechem. — A może byś tak trochę pogadał?
Dwóch pozostałych wstało z ławki.
— Nie mam czasu — odpowiedział krótko.
— A my mamy — rzucił drugi i zrobił krok w jego stronę.
Nikodem poczuł napięcie w całym ciele.
— Mówiłem, że nie mam czasu.
— Ty, patrz jaki szybki — zaśmiał się jeden. — Może trzeba go trochę zwolnić?
Ten najbliżej wyciągnął rękę i lekko pchnął Nikodema w klatkę piersiową.
Nie mocno.
Ale wystarczająco.
Sekunda.
Druga.
— Wystarczy.
Głos był spokojny. Niski. Bez podnoszenia tonu.
Ale wszystko jakby stanęło.
— Dawid… — mruknął jeden z nich.
I nagle zrobiło się inaczej.
— Mamy jakiś problem? — zapytał Dawid.
— Nie, nie… tak tylko gadamy.
— No to już pogadaliście.
Krótka cisza.
— Dobra, spoko. Lecimy.
Rozeszli się.
Jakby ktoś wyłączył scenę.
Został tylko Nikodem i Dawid.
— Dzięki — powiedział w końcu Nikodem.
— Uważaj na siebie.
I ruszył dalej.
Jakby nic się nie stało.
Nikodem wrócił do mieszkania szybciej niż zwykle. Zamknął drzwi i przez chwilę stał, nasłuchując.
Cisza.
Ale inna niż wczoraj.
Usiadł na łóżku.
— Dawid… — powtórzył cicho.
Nie wiedział kim dokładnie jest.
Ale wiedział jedno.
To nie był ktoś przypadkowy.
Położył się i tym razem zasnął szybciej.
Zmęczenie wygrało.
Następnego dnia w pracy było trochę inaczej.
Nie lżej.
Ale bardziej konkretnie.
Nikodem od razu go zauważył.
Dawid stał przy stanowisku. Spokojny. Opanowany. Nie musiał podnosić głosu, żeby ktoś go słuchał.
Ludzie reagowali szybciej. Bez dyskusji.
Nikodem podszedł.
— Siema.
— No.
— Wczoraj—
— Daj spokój. Nie ma tematu.
— Chciałem tylko—
— Pracuj lepiej. Tu się nie gada, tylko robi.
Koniec rozmowy.
Ale coś w tym było.
Za naturalne.
Jakby to był standard.
Po jakimś czasie Dawid sam podszedł.
— Jak długo tu jesteś?
— Kilka dni.
— Widać.
— To źle?
— To znaczy, że jeszcze nie wiesz gdzie jesteś.
Krótka pauza.
— Wczoraj to był początek.
— Czyli?
— Będą sprawdzać.
— Kto?
— Serio chcesz wiedzieć wszystko od razu?
— Wolałbym.
— No to masz problem.
Cisza.
— Tu nie ma instrukcji. Albo ogarniesz, albo nie.
— A ty?
— Byłem obok.
Spojrzenie.
— Dalej to ty decydujesz. Ale zapamiętaj jedno.
Podszedł bliżej.
— Nie pokazuj, że się boisz.
— Nie boję się.
— Każdy się boi. Tylko nie każdy to pokazuje.
Odwrócił się.
— I jeszcze jedno. Krótkie odpowiedzi. Bez tłumaczenia się. Patrz w oczy.
— Wczoraj patrzyłem.
— No i dlatego nic się nie stało.
Pod koniec zmiany Nikodem był bardziej zmęczony niż rano.
Ale głowa pracowała inaczej.
Nie był już tylko chaos.
Zaczynał łapać zasady.
Nie wszystkie.
Ale jakieś.
Wracając, spojrzał na ławkę.
Pusta.
Ale tym razem nie przyspieszył.
W mieszkaniu cisza znowu wróciła.
Ale już nie była taka sama.
Sięgnął po telefon.
Zawahał się.
Odłożył.
— Dobra…
Położył się.
Patrzył w sufit.
— Jakoś to ogarnę.
Nie brzmiało pewnie.
Ale już nie było puste.
Telefon zawibrował.
Dawid.
— No?
— Śpisz?
— Jeszcze nie.
— To wstawaj. Piwo.
— Teraz?
— A kiedy?
— Pięć minut i jesteś pod blokiem.
Rozłączył się.
Nikodem westchnął.
— No pięknie…
Ale wstał.
Dawid czekał pod blokiem.
Ruszyli razem.
Knajpa była niedaleko.
Weszli.
— Dwa — rzucił Dawid.
Usiedli.
Pierwszy łyk.
— I co?
— Lepiej niż wczoraj.
— No widzisz.
Cisza.
— Dalej nie ogarniam.
— I nie ogarniesz od razu.
— To kiedy?
— Jak przestaniesz próbować ogarnąć wszystko naraz.
Rozmowa zaczęła płynąć.
— Wiesz, co cię zgubi? — zapytał Dawid.
— Co?
— Jak zaczniesz brać wszystko do siebie.
— Czyli?
— Ktoś coś powie i już masz milion myśli.
Nikodem skinął.
— A tu tak nie działa. Ty jesteś dla ludzi dodatkiem.
— Brutalne.
— Prawdziwe.
— Czyli mam mieć wyjebane?
— Nie. Masz mieć filtr.
— Jaki?
— Ważne zostawiasz. Resztę wywalasz.
Drugie piwo weszło szybciej.
— I jeszcze jedno — powiedział Dawid. — Nie szukaj problemów.
— Nie szukam.
— Jeszcze.
Spojrzenie.
— Bo tu nie sprawdzasz się dla siebie. Tylko dla innych.
Wyszli.
— Pamiętaj, co mówiłem.
— Spróbuję.
— Nie próbuj. Rób.
Nikodem wrócił do mieszkania.
Cisza.
Ale już spokojniejsza.
Położył się.
Sufit.
Ten sam.
Ale myśli wolniejsze.
— Może faktycznie da się tu ogarnąć…
Nie pamiętał momentu, w którym zasnął.
I pierwszy raz od dawna…
nawet nie próbował kontrolować myśli.
Inna strona
Budzik zadzwonił punktualnie.
Tym razem Nikodem nie leżał długo.
Otworzył oczy i przez chwilę patrzył w sufit, ale coś było inaczej. Myśli nie kręciły się już jak wczoraj. Były spokojniejsze. Jakby ktoś przyciszył hałas.
Usiadł.
Plecy dalej bolały. Ciało nie zdążyło odpocząć. Ale głowa… głowa zaczynała nadążać.
— Dobra — mruknął.
Wstał.
Telefon leżał obok. Spojrzał na niego, ale nie sięgnął. Nie było potrzeby.
Ogarnął się i wyszedł.
Klatka pachniała tak samo jak zawsze.
Już tego nie analizował.
Na zewnątrz chłód uderzył w twarz. Tym razem nie przeszkadzał. Nawet dobrze zrobił.
Ławka.
Spojrzał.
Pusta.
Ale nie zatrzymał się. Nie zwolnił.
Poszedł dalej.
W pracy było… normalniej.
Nie łatwiej.
Ale bardziej czytelnie.
Nikodem łapał się na tym, że odpowiada krócej. Że nie tłumaczy się bez potrzeby. Że patrzy ludziom w oczy dłużej niż wcześniej.
Raz ktoś rzucił coś pod nosem.
Nie zareagował.
Drugi raz.
To samo.
Za trzecim spojrzał tylko.
I wystarczyło.
Zaczynało działać.
Nie wszystko.
Ale coś.
Pod koniec zmiany Dawid podszedł do niego.
— Masz chwilę?
— Mam.
— To chodź.
Bez tłumaczenia.
Nikodem tylko skinął głową.
Szli kawałek w ciszy.
Nie do knajpy.
W inną stronę.
Bloki wyglądały podobnie. Te same światła w oknach. Te same cienie między klatkami.
Zatrzymali się przy jednym z nich.
— Tu — rzucił Dawid.
Weszli do środka.
Klatka była czystsza niż u Nikodema. Ciszej. Inaczej pachniało.
Weszli na drugie piętro.
Dawid otworzył drzwi.
— Wchodź.
Nikodem wszedł.
Mieszkanie było… uporządkowane.
Nie sterylne.
Ale poukładane.
Nic nie leżało przypadkiem.
Nie pasowało to do obrazu, jaki miał w głowie.
Zamknęły się drzwi.
I wtedy usłyszał głos.
— Nie mówiłeś, że masz gościa.
Nikodem odwrócił głowę.
Stała w kuchni.
Opierała się lekko o blat. W ręku kubek. Patrzyła na niego spokojnie. Za spokojnie.
— Bo nie planowałem — odpowiedział Dawid.
— Jasne.
Cisza.
— To jest Nikodem — rzucił krótko.
— Wiem.
Spojrzała na niego.
Trochę za długo.
— Nowy?
— Tak.
— Widać.
Nie było w tym złośliwości.
Ale też nie było ciepła.
Po prostu fakt.
Nikodem lekko skinął głową.
— Cześć.
— Hej.
Dawid wszedł do kuchni.
— Zostajesz czy tylko komentujesz?
— Zobaczę — odpowiedziała.
Usiadła przy stole.
Nikodem został chwilę przy drzwiach, jakby nie do końca wiedział, gdzie się ustawić.
— Siadaj — rzucił Dawid.
Usiadł.
Cisza nie była niezręczna.
Ale była… gęsta.
— Jak długo? — zapytała nagle.
— Co?
— Jak długo tu jesteś.
— Kilka dni.
Kiwnęła głową.
— Czyli jeszcze nic nie wiesz.
Dawid spojrzał na nią krótko.
— Daj spokój.
— Co? Prawda.
Nikodem spojrzał raz na niego, raz na nią.
— Uczę się — powiedział.
— Wszyscy tak mówią na początku.
Łyk z kubka.
— A potem?
Spojrzała na niego.
— Potem już nie mówią.
Krótka cisza.
Dawid oparł się o blat.
— Serio musisz?
— Nie muszę.
— No to?
— Lubię wiedzieć, kto siedzi przy stole.
Nikodem wyprostował się lekko.
— Nikodem.
— Wiem — odpowiedziała spokojnie. — Słucham więcej niż myślisz.
To zdanie zostało.
Zawisło gdzieś pomiędzy.
— Pracujesz z nim? — zapytała.
— Tak.
— I co?
Nikodem wzruszył ramionami.
— Daje radę.
Dawid parsknął cicho.
— Dopiero zaczyna.
— Właśnie.
Znowu spojrzenie.
Tym razem krótsze.
Ale dalej konkretne.
— Uważaj — powiedziała.
— Na co?
— Na to, że zacznie ci się wydawać, że ogarniasz.
Cisza.
— Bo to najgorszy moment.
Nikodem nie odpowiedział.
Nie miał co.
Dawid odstawił coś na blat.
— Dobra, wystarczy.
— Już? — spojrzała na niego.
— Tak.
— Szybko.
— Nie przyszedł tu na przesłuchanie.
— Jeszcze nie.
To „jeszcze” zabrzmiało dziwnie.
Niepokojąco.
Dawid spojrzał na nią ostrzej.
— Daj spokój.
Uśmiechnęła się lekko.
— Daję.
Wstała.
— Miło było.
Spojrzała jeszcze raz na Nikodema.
— Serio.
Nie wiadomo było, czy to ironia, czy nie.
Przeszła obok nich i zniknęła w drugim pokoju.
Drzwi zamknęły się cicho.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
— Nie przejmuj się — powiedział w końcu Dawid.
— Nie przejmuję.
— Taa.
Nikodem spojrzał na niego.
— Ona zawsze taka?
— Różnie.
— Czyli?
Dawid wzruszył ramionami.
— Zależy od dnia.
Krótka pauza.
— I od ludzi.
To też coś mówiło.
Posiedzieli jeszcze chwilę.
Bez wielkich rozmów.
Bez analizowania.
Jakby nic się nie wydarzyło.
Ale jednak się wydarzyło.
Kiedy wyszli, było już ciemno.
Powietrze chłodne.
Miasto cichsze.
Szli kawałek razem.
— I co? — zapytał Dawid.
— Co?
— Jak wrażenia.
Nikodem zastanowił się chwilę.
— Inaczej.
— Czyli?
— Nie wiem jeszcze.
Dawid kiwnął głową.
— I dobrze.
Cisza.
— Nie wszystko musisz rozumieć od razu.
— Wiem.
— Najważniejsze, żebyś patrzył.
— Patrzę.
— To patrz dalej.
Zatrzymali się.
— Na dziś wystarczy — powiedział Dawid.
— Dzięki.
— Nie ma za co.
Ruszył w swoją stronę.
Jak zawsze.
Bez oglądania się.
Nikodem wrócił do mieszkania.
Zamknął drzwi.
Cisza.
Ale inna niż kiedyś.
Usiadł na łóżku.
Przez chwilę patrzył w ścianę.
— „Jeszcze nie”… — powtórzył cicho.
To słowo nie chciało odpuścić.
Położył się.
Sufit.
Ten sam.
Ale myśli znowu inne.
Spokojniejsze.
Ale głębsze.
— Co ja właściwie zaczynam…
Nie dokończył.
Nie musiał.
Oczy same się zamknęły.
I tym razem nie było chaosu.
Tylko coś, co dopiero miało się wydarzyć.
Następnego dnia rano
Autobus przyjechał prawie od razu.
Nikodem wszedł, odbił bilet i usiadł przy oknie. Nie lubił stać, zwłaszcza rano. Za dużo ludzi, za mało miejsca na własne myśli.
Drzwi się zamknęły.
Szarpnięcie.
Ruszyli.
Miasto jeszcze nie do końca się obudziło. Światła w oknach, kilka osób na przystankach, ktoś z psem, ktoś z papierosem. Wszystko jakby wolniejsze niż później w ciągu dnia.
Oparł głowę o szybę.
Chłodna.
Dobrze.
Przez chwilę patrzył bez skupienia, jak mijają kolejne bloki.
I wtedy wróciło.
Jej spojrzenie.
Spokojne.
Za spokojne.
Nie było w nim ani ciekawości, ani dystansu. Raczej coś pomiędzy. Jakby widziała więcej, niż powinna.
Albo więcej, niż chciałby, żeby widziała.
— „Widać.”
To jedno słowo.
Niby nic.
A jednak zostało.
Nikodem skrzywił się lekko.
— No dobra, może i widać… — mruknął pod nosem.
Autobus zatrzymał się. Ktoś wsiadł, ktoś wysiadł. Drzwi syknęły i znowu ruszyli.
Przesunął wzrok na odbicie w szybie.
Widział swoją twarz.
Zmęczoną.
Jeszcze trochę obcą w tym miejscu.
— „Jeszcze nic nie wiesz.”
Westchnął cicho.
No nie wiedział.
I chyba to ją najbardziej bawiło.
Albo martwiło.
Nie był pewien.
Zastanowił się, kim ona w ogóle jest.
Siostra Dawida.
Okej.
Ale co to właściwie znaczy?
Bo Dawid…
Dawid nie pasował do jednego schematu.
A ona jeszcze mniej.
Nie wyglądała jak ktoś, kto siedzi w tym samym świecie co on.
A jednak była tam.
W tym mieszkaniu.
Spokojna.
Jak u siebie.
Jakby wszystko było na miejscu.
Autobus skręcił. Ludzie lekko się zachwiali. Ktoś złapał się poręczy.
Nikodem dalej patrzył w szybę.
— „Lubię wiedzieć, kto siedzi przy stole.”
To też było dobre.
Za dobre.
Nie brzmiało jak zwykłe gadanie.
Bardziej jak zasada.
Albo ostrzeżenie.
Zacisnął lekko szczękę.
Nie lubił, kiedy ktoś go tak czytał.
A ona to zrobiła od razu.
Bez wysiłku.
Bez pytań.
Bez presji.
I to było najgorsze.
Gdyby była nachalna, łatwiej byłoby ją zignorować.
Ale ona nie była.
Była spokojna.
I przez to trafiała dokładniej.
Autobus zatrzymał się znowu.
Starsza kobieta usiadła naprzeciwko. Spojrzała na niego przelotnie, zaraz odwróciła wzrok.
Nikodem wrócił do swoich myśli.
— „Uważaj.”
Na co?
Na Dawida?
Na siebie?
Na to wszystko?
Nie dopowiedziała.
I to chyba było celowe.
Bo teraz siedziało mu to w głowie i nie chciało wyjść.
Oparł łokieć o szybę, podparł brodę.
Miasto zaczynało przyspieszać. Więcej ludzi, więcej ruchu, więcej hałasu.
A on dalej był gdzieś pomiędzy.
Pomiędzy wczoraj a tym, co miało być dzisiaj.
Pomiędzy tym, co widział, a tym, czego jeszcze nie rozumiał.
— „Bo to najgorszy moment.”
Zamknął oczy na chwilę.
Najgorszy moment to kiedy myślisz, że ogarniasz.
Czyli co?
Czyli teraz?
Czy już za chwilę?
Albo jeszcze nie?
Parsknął cicho.
— No to super…
Ktoś obok spojrzał, ale zaraz wrócił do swojego telefonu.
Nikodem otworzył oczy.
Znowu szyba.
Znowu odbicie.
Zaczął się sobie przyglądać trochę uważniej.
Czy coś się zmieniło?
Wyglądał tak samo.
A jednak…
Nie do końca.
Wczoraj by się tym wszystkim tak nie przejmował.
Albo inaczej.
Może by się przejmował, tylko nie wiedziałby czym dokładnie.
A teraz wiedział.
I to było dziwne.
Autobus przejechał przez światła. Zielone. Bez zatrzymania.
— „Jeszcze nie.”
To słowo wracało najczęściej.
Jeszcze nie.
Jeszcze nie jesteś w środku?
Jeszcze nie rozumiesz?
Jeszcze nie masz problemu?
Za dużo możliwości.
Za mało odpowiedzi.
I ona to wiedziała.
Na pewno.
Przewrócił oczami.
— Świetnie…
Oparł głowę z powrotem o szybę.
Tym razem mocniej.
Chłód pomógł.
Trochę.
Zaczął sobie układać to wszystko po swojemu.
Dawid mówi jedno.
Ona mówi drugie.
Oboje spokojni.
Oboje pewni.
Ale nie do końca to samo.
I to już był sygnał.
Że tu nie ma jednej wersji.
Nie ma jednej prawdy.
Są tylko… perspektywy.
Autobus zwolnił.
Przystanek.
Jeszcze dwa.
Nikodem wyprostował się lekko.
Przeciągnął kark.
— Dobra…
Nie rozkmini tego wszystkiego teraz.
I chyba nie musi.
Może faktycznie chodzi o to, żeby nie ogarniać wszystkiego naraz.
Tylko patrzeć.
Jak mówił Dawid.
Ale też słuchać.
Jak ona.
Lekki uśmiech przemknął mu przez twarz.
— Zajebiście…
Dwoje ludzi.
Dwie wersje świata.
A on gdzieś pomiędzy.
Autobus zatrzymał się.
To jego przystanek.
Wstał.
Drzwi się otworzyły.
Wyszedł na zewnątrz.
Chłód uderzył znowu.
Ale tym razem był już gotowy.
Spojrzał przed siebie.
Praca.
Ludzie.
Zasady.
I coś jeszcze.
Coś, co dopiero zaczynało się układać.
— Zobaczymy… — mruknął.
I ruszył.
Powroty
Poranek był ciężki.
Nie przez zmęczenie, tylko przez coś, co wisiało w powietrzu.
Takie niewidzialne napięcie, które czujesz zanim jeszcze wydarzy się coś konkretnego.
Nikodem wszedł do warsztatu chwilę przed czasem. Zapach oleju, metalu i starej kawy był już dla niego czymś normalnym. W tle radio, ktoś coś rzucił półżartem, ktoś inny przeklął pod nosem.
Dzień jak każdy… ale nie do końca.
Dawid stał przy biurku, ubrany już, ale jakoś inaczej niż zwykle. Bez tej swojej luzackiej pewności.
— Dziś mnie nie ma od połowy dnia — rzucił, nawet nie patrząc.
— Coś się stało? — zapytał Nikodem.
— Nic… znaczy… — zawahał się — jadę z ojcem. Do lekarza. Ma zabieg.
Nikodem skinął głową. Nie dopytywał. Ton wystarczył, żeby zrozumieć, że to nie jest temat do rozwijania przy kawie.
— Ogarniesz?
— Jasne.
— Klucze zostają u ciebie. Zamkniesz, alarm, wszystko jak trzeba.
— Spokojnie.
Dawid spojrzał na niego pierwszy raz tego dnia. Krótko, konkretnie.
— Dzięki.
I tyle. Bez patosu, bez gadania. Ale było w tym coś cięższego niż zwykłe „dzięki”.
Reszta dnia przeciągała się jak guma.
Klienci przychodzili, wychodzili, auta się zmieniały, ale czas jakby stanął w miejscu.
Nikodem robił swoje, ale co chwilę łapał się na tym, że myślami odpływa.
Wracała ta historia.
Ta siostra. Lena.
Dawid mówił o niej mało.
W zasadzie prawie wcale.
Ale to, co powiedział, wystarczyło, żeby w głowie Nikodema zbudować obraz.
Ktoś, kto zniknął. Ktoś, kto wraca. I nie wiadomo, z czym.
Pod koniec dnia zrobiło się cicho. Za cicho jak na warsztat.
Nikodem właśnie kończył sprzątać narzędzia, kiedy usłyszał dźwięk samochodu zatrzymującego się przed bramą. Inny niż zwykle. Nowszy. Cichszy.
Wyszedł.
Z auta wysiadła ona.
Nie wyglądała jak ktoś, kto wraca „na chwilę”. Wyglądała jak ktoś, kto przeszło swoje i nie ma zamiaru nikomu się tłumaczyć.
Lena Krawiec.
Wysoka, ciemne włosy spięte niedbale, spojrzenie ostre jak żyletka. Ubrana prosto, ale z klasą, której nie da się kupić — to się albo ma, albo nie.
Spojrzała na Nikodema.
— Dawid jest?
— Nie ma. Pojechał z ojcem.
Krótka pauza.
— A ty?
— Nikodem.
— Wiem.
No i to było dziwne. Bo on jej nie znał, a ona najwyraźniej wiedziała więcej, niż powinna.
— Spoko — powiedziała — poczekam chwilę.
Nikodem skinął głową. Nie pytał skąd wie. Nie jego sprawa.
Zaczęli razem zamykać warsztat. Metalowa brama zjechała z charakterystycznym zgrzytem.
Światła pogaszone. Alarm piknął.
— Dawid zostawił ci klucze? — zapytała.
— Tak.
— To dobrze.
I wtedy się pojawił.
Jak zły moment w filmie, kiedy już myślisz, że scena się kończy.
— Lena!
Głos był za głośny. Za pewny siebie. Taki, który od razu budzi irytację.
Podszedł bliżej. Około trzydziestki, krótko ścięty, sylwetka typa, który lubi pokazać, że „może więcej”.
— Musimy pogadać.
Lena od razu zesztywniała.
— Nie mamy o czym.
— Daj spokój, przestań się wygłupiać — zrobił krok bliżej — ile można?
Nikodem stanął trochę z boku, ale już czuł, że to się nie skończy spokojnie.
— Powiedziałam NIE, Bartek.
— Każdy zasługuje na drugą szansę — ciągnął, ignorując jej ton — zmieniłem się.
— Nie. Ty tylko nauczyłeś się lepiej kłamać.
Cisza.
Krótka, napięta.
— To przez niego? — Bartek spojrzał na Nikodema — masz już nowego obrońcę?
Nikodem westchnął cicho. No i się zaczyna.
— Odpuść — powiedział spokojnie.
— Ty się nie wtrącaj — odburknął Bartek, robiąc krok w jego stronę.
Zły ruch.
Nikodem nawet nie podniósł głosu.
— Mówię ostatni raz. Odpuść.
Coś w jego spojrzeniu zadziałało. Nie siła. Nie agresja. Coś gorszego — spokój człowieka, który nie musi nic udowadniać.
Bartek zatrzymał się.
Popatrzył jeszcze raz na Lenę.
— Jeszcze wrócimy do tej rozmowy.
— Nie wrócimy — odpowiedziała chłodno.
Odwrócił się i odszedł, rzucając tylko pod nosem coś, czego nawet nie było warto łapać.
Chwilę stali w ciszy.
— Dzięki — powiedziała w końcu Lena.
— Nie ma za co.
— Jest.
Spojrzała na niego inaczej niż wcześniej. Już nie jak na obcego.
— Odwiozę cię.
— Nie trzeba.
— To nie była propozycja.
Lekki uśmiech. Pierwszy tego dnia.
— No dobra.
Wsiedli do auta.
W środku było cicho. Radio grało gdzieś w tle, ale ledwo słyszalnie.
— Nie jesteś stąd — rzuciła.
— Widać?
— Słychać.
— Dopiero się uczę.
— Szybko się uczysz.
Nikodem spojrzał przez okno. Miasto przesuwało się obok nich jak taśma.
— A ty? — zapytał.
— Ja wróciłam.
— Na długo?
Krótka pauza.
— Zobaczymy.
Zatrzymali się pod jego blokiem.
— To tu.
— Wiem.
Znowu to samo.
Nikodem spojrzał na nią uważniej.
— Skąd?
Uśmiechnęła się lekko.
— Dawid dużo mówi, jak myśli, że nikt nie słucha.
No proszę.
— Dobranoc, Nikodem.
— Dobranoc.
Wysiadł.
Stał jeszcze chwilę, patrząc jak jej samochód znika za rogiem.
Coś się zaczęło.
I to coś nie pachniało spokojem.
Wręcz przeciwnie.
Nie wszystko da się naprawić
Szpital pachniał jak zawsze — sterylnie, zimno, bez emocji. Jakby wszystko, co ludzkie, zostawało przed wejściem.
Dawid siedział na plastikowym krześle, oparty łokciami o kolana. Patrzył w podłogę, ale nic nie widział. Czas się rozciągał, każda minuta była jak godzina.
Ojciec był na zabiegu.
Niby „rutynowy”. Tak powiedzieli.
Ale coś w tym wszystkim nie grało.
Za bardzo cisza.
Za bardzo napięcie.
Drzwi w końcu się otworzyły. Lekarz wyszedł spokojnym krokiem, jakby to był zwykły dzień w pracy.
— Rodzina pana Krawca?
Dawid wstał od razu.
— Tak.
— Zabieg przebiegł prawidłowo… ale musimy porozmawiać.
No i wtedy już wiedział.
Zawsze jest „ale”.
Gabinet był mały. Za mały na takie rozmowy.
— Pański ojciec choruje od dłuższego czasu — powiedział lekarz bez owijania. — To nie jest nowa sprawa.
Dawid zmarszczył brwi.
— Jak to… od dłuższego czasu?
— Objawy były już wcześniej. Prawdopodobnie ignorowane.
Oczywiście.
Bo przecież „jakoś to będzie”.
— Co dalej?
Lekarz spojrzał na niego uważnie.
— Musi pan wiedzieć jedno — pański ojciec nie powinien wracać do pracy fizycznej. Warsztat… odpada.
Cisza.
Taka, która wbija się w głowę.
— Na stałe? — zapytał Dawid.
— Tak.
I tyle. Jedno słowo, a rozwala cały układ życia.
Ojciec leżał już na sali. Blady, podpięty do aparatury, ale przytomny.
Spojrzał na Dawida.
— I co powiedzieli?
Dawid usiadł obok.
— Że już nie wrócisz do roboty.
Krótka pauza.
Ojciec prychnął lekko.
— No to pięknie.
Nie było w tym złości. Bardziej… zmęczenie.
— Czemu nic nie mówiłeś? — zapytał Dawid.
— Bo nie chciałem robić problemu.
— To nie jest „problem”. To jest wszystko.
Ojciec spojrzał gdzieś w bok.
— Warsztat musi działać.
— Będzie działał.
— Ty go poprowadzisz.
Dawid nie odpowiedział od razu.
To nie była propozycja. To był wyrok.
— A dokumenty? Klienci? Zamówienia?
— Lena pomoże.
Dawid spojrzał na niego ostro.
— Serio?
— Studiuje psychologię, ogarnia papiery lepiej niż ty kiedykolwiek będziesz — rzucił ojciec. — Dzwoniłem do niej. Ma przyjechać.
No i wszystko zaczęło się układać.
Nie przypadkiem.
Matka przyjechała po godzinie.
Zestresowana, roztrzęsiona, już od drzwi wiedziała, że coś jest nie tak.
— Co się dzieje?!
Dawid spojrzał na ojca. Ten tylko kiwnął głową.
— Powiedz jej.
No to powiedział.
Bez upiększania. Bez „będzie dobrze”.
Matka najpierw zamilkła.
Potem usiadła.
Potem zaczęła płakać.
Cicho. Najgorzej.
Lena weszła ostatnia.
Jak zawsze — spokojna, opanowana, ale oczy od razu złapały każdy detal. Jakby skanowała sytuację.
— No… to jesteśmy w komplecie — powiedział ojciec.
Spojrzał po kolei na każdego z nich.
— Słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzał.
Dawid skrzywił się lekko.
— Jak na odprawie w pracy.
— Bo to jest odprawa.
I wtedy zaczął.
Bez emocji. Konkret.
— Ja wypadam z warsztatu. Na dobre.
— Dawid przejmuje wszystko. Klientów, robotę, decyzje.
— Lena ogarnia dokumenty, papierologię, telefony, faktury.
— Matka… — spojrzał na nią łagodniej — pilnuje, żebyście się nie pozabijali.
Nikt się nie śmiał.
— To nie jest prośba — dodał. — To jest plan.
Cisza.
Dawid poczuł, jak coś w nim siada na stałe.
Ciężar. Odpowiedzialność. Strach, którego nie pokaże.
— Dam radę — powiedział w końcu.
Ojciec skinął głową.
— Wiem.
Wieczorem wyszli ze szpitala.
Powietrze było ciężkie, jakby miasto też coś wiedziało.
— Jedziemy do warsztatu — powiedział Dawid.
Lena spojrzała na niego.
— Teraz?
— Teraz.
Nie było sensu czekać.
Warsztat wyglądał tak samo jak zawsze.
Ale już nie był taki sam.
Światło w środku paliło się jeszcze. Nikodem był na miejscu.
Stał przy stole, coś ogarniał.
Spojrzał na nich.
— Co jest?
Dawid wszedł pierwszy.
Bez wstępów.
— Mój ojciec wypada z roboty. Na stałe.
Nikodem zmrużył oczy.
— Co?
— Ja przejmuję warsztat.
Cisza.
— A to — wskazał na Lenę — moja siostra. Będzie ogarniać papiery.
Lena skinęła lekko głową.
— Cześć.
Nikodem spojrzał na nią, potem na Dawida.
Szybka analiza. Łączenie kropek.
— Czyli… zmiany.
— Duże — odpowiedział Dawid.
— I co to znaczy dla mnie?
Dawid podszedł bliżej.
— To znaczy, że albo jedziemy razem i robimy z tego coś konkretnego…
— albo każdy idzie w swoją stronę.
Bez presji w słowach.
Ale sens był jasny.
Nikodem uśmiechnął się lekko.
— No to chyba nie mam wyboru.
— Masz — powiedziała Lena spokojnie. — Zawsze masz.
Nikodem spojrzał na nią.
— Jasne. Ale wybieram robotę.
Dawid pierwszy raz tego dnia się uśmiechnął.
Krótko, ale szczerze.
— No to zaczynamy.
Tego wieczoru wszystko się zmieniło.
Warsztat przestał być tylko pracą.
Stał się odpowiedzialnością.
A odpowiedzialność, jak wiadomo…
nie pyta, czy jesteś gotowy.
Szpital pachniał jak zawsze — sterylnie, zimno, bez emocji. Jakby wszystko, co ludzkie, zostawało przed wejściem.
Dawid siedział na plastikowym krześle, oparty łokciami o kolana. Patrzył w podłogę, ale nic nie widział. Czas się rozciągał, każda minuta była jak godzina.
Ojciec był na zabiegu.
Niby „rutynowy”. Tak powiedzieli.
Ale coś w tym wszystkim nie grało.
Za bardzo cisza.
Za bardzo napięcie.
Drzwi w końcu się otworzyły. Lekarz wyszedł spokojnym krokiem, jakby to był zwykły dzień w pracy.
— Rodzina pana Krawca?
Dawid wstał od razu.
— Tak.
— Zabieg przebiegł prawidłowo… ale musimy porozmawiać.
No i wtedy już wiedział.
Zawsze jest „ale”.
Gabinet był mały. Za mały na takie rozmowy.
— Pański ojciec choruje od dłuższego czasu — powiedział lekarz bez owijania. — To nie jest nowa sprawa.
Dawid zmarszczył brwi.
— Jak to… od dłuższego czasu?
— Objawy były już wcześniej. Prawdopodobnie ignorowane.
Oczywiście.
Bo przecież „jakoś to będzie”.
— Co dalej?
Lekarz spojrzał na niego uważnie.
— Musi pan wiedzieć jedno — pański ojciec nie powinien wracać do pracy fizycznej. Warsztat… odpada.
Cisza.
Taka, która wbija się w głowę.
— Na stałe? — zapytał Dawid.
— Tak.
I tyle. Jedno słowo, a rozwala cały układ życia.
Ojciec leżał już na sali. Blady, podpięty do aparatury, ale przytomny.
Spojrzał na Dawida.
— I co powiedzieli?
Dawid usiadł obok.
— Że już nie wrócisz do roboty.
Krótka pauza.
Ojciec prychnął lekko.
— No to pięknie.
Nie było w tym złości. Bardziej… zmęczenie.
— Czemu nic nie mówiłeś? — zapytał Dawid.
— Bo nie chciałem robić problemu.
— To nie jest „problem”. To jest wszystko.
Ojciec spojrzał gdzieś w bok.
— Warsztat musi działać.
— Będzie działał.
— Ty go poprowadzisz.
Dawid nie odpowiedział od razu.
To nie była propozycja. To był wyrok.
— A dokumenty? Klienci? Zamówienia?
— Lena pomoże.
Dawid spojrzał na niego ostro.
— Serio?
— Studiuje psychologię, ogarnia papiery lepiej niż ty kiedykolwiek będziesz — rzucił ojciec. — Dzwoniłem do niej. Ma przyjechać.
No i wszystko zaczęło się układać.
Nie przypadkiem.
Matka przyjechała po godzinie.
Zestresowana, roztrzęsiona, już od drzwi wiedziała, że coś jest nie tak.
— Co się dzieje?!
Dawid spojrzał na ojca. Ten tylko kiwnął głową.
— Powiedz jej.
No to powiedział.
Bez upiększania. Bez „będzie dobrze”.
Matka najpierw zamilkła.
Potem usiadła.
Potem zaczęła płakać.
Cicho. Najgorzej.
Lena weszła ostatnia.
Jak zawsze — spokojna, opanowana, ale oczy od razu złapały każdy detal. Jakby skanowała sytuację.
— No… to jesteśmy w komplecie — powiedział ojciec.
Spojrzał po kolei na każdego z nich.
— Słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzał.
Dawid skrzywił się lekko.
— Jak na odprawie w pracy.
— Bo to jest odprawa.
I wtedy zaczął.
Bez emocji. Konkret.
— Ja wypadam z warsztatu. Na dobre.
— Dawid przejmuje wszystko. Klientów, robotę, decyzje.
— Lena ogarnia dokumenty, papierologię, telefony, faktury.
— Matka… — spojrzał na nią łagodniej — pilnuje, żebyście się nie pozabijali.
Nikt się nie śmiał.
— To nie jest prośba — dodał. — To jest plan.
Cisza.
Dawid poczuł, jak coś w nim siada na stałe.
Ciężar. Odpowiedzialność. Strach, którego nie pokaże.
— Dam radę — powiedział w końcu.
Ojciec skinął głową.
— Wiem.
Wieczorem wyszli ze szpitala.
Powietrze było ciężkie, jakby miasto też coś wiedziało.
— Jedziemy do warsztatu — powiedział Dawid.
Lena spojrzała na niego.
— Teraz?
— Teraz.
Nie było sensu czekać.
Warsztat wyglądał tak samo jak zawsze.
Ale już nie był taki sam.
Światło w środku paliło się jeszcze. Nikodem był na miejscu.
Stał przy stole, coś ogarniał.
Spojrzał na nich.
— Co jest?
Dawid wszedł pierwszy.
Bez wstępów.
— Mój ojciec wypada z roboty. Na stałe.
Nikodem zmrużył oczy.
— Co?
— Ja przejmuję warsztat.
Cisza.
— A to — wskazał na Lenę — moja siostra więc musi pomagać i będzie tu częściej. Będzie ogarniać papiery.
Lena skinęła lekko głową.
Nikodem spojrzał na nią, potem na Dawida.
Szybka analiza. Łączenie kropek.
— Czyli… zmiany.
— Duże — odpowiedział Dawid.
— I co to znaczy dla mnie?
Dawid podszedł bliżej.
— To znaczy, że albo jedziemy razem i robimy z tego coś konkretnego…
— albo każdy idzie w swoją stronę.
Bez presji w słowach.
Ale sens był jasny.
Nikodem uśmiechnął się lekko.
— No to chyba nie mam wyboru.
— Masz — powiedziała Lena spokojnie. — Zawsze masz.
Nikodem spojrzał na nią.
— Jasne. Ale wybieram robotę.
Dawid pierwszy raz tego dnia się uśmiechnął.
Krótko, ale szczerze.
— No to zaczynamy.
Tego wieczoru wszystko się zmieniło.
Warsztat przestał być tylko pracą.
Stał się odpowiedzialnością.
A odpowiedzialność, jak wiadomo… nie pyta, czy jesteś gotowy.
Nowa rzeczywistość
Poranek był inny niż wszystkie.
Nie było już „starego”, który ogarnie, przypilnuje, zdecyduje.
Był Dawid.
I to on pierwszy otworzył warsztat.
Stał chwilę przy bramie, klucze w dłoni, jakby to był jakiś symboliczny moment. Jak przejęcie czegoś, czego wcale nie chciał, ale nie miał wyboru.
Zamek kliknął.
— Jedziemy — mruknął bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Na początku było spokojnie. Za spokojnie.
Nikodem od razu wyczuł klimat. Dawid chodził szybciej, mówił krócej, patrzył ostrzej. Wszystko było „na serio”.
Nie minęła godzina, kiedy zadzwonił telefon.
Dawid odebrał.
— Warsztat… tak… słucham…
Chwila ciszy.
— Jakie zaległości?
Jego twarz zmieniła się momentalnie.
— Niemożliwe… musi być pomyłka.
Nikodem spojrzał kątem oka.
— Jakie faktury?! — głos już podniesiony.
Pauza.
— Dobrze. Sprawdzę i oddzwonię.
Rozłączył się.
Stał przez chwilę nieruchomo.
— Co jest? — zapytał Nikodem.
— Hurtownia — odpowiedział krótko. — Mamy zaległości.
— Jakie zaległości?
— Kilka faktur. Nieopłaconych.
Nikodem zmarszczył brwi.
— Twój ojciec ogarniał takie rzeczy.
— No właśnie.
Cisza.
I to była ta chwila, kiedy zaczęło do nich docierać, że coś tu jest nie tak.
W tym samym czasie Lena siedziała przy biurku.
Laptop otwarty. Dokumenty rozrzucone. Stosy papierów, które wyglądały jakby ktoś je układał… a potem przestał.
Szybko przestała przewracać kartki „na spokojnie”.
Zaczęła je przekopywać.
— Dawid! — rzuciła w końcu.
— Co?
— Chodź tu.
Podszedł.
— Tu nie chodzi o kilka faktur.
Spojrzał na nią.
— O ile?
— O dużo więcej.
Obróciła ekran w jego stronę.
— Zaległości. Braki w zapisach. Rzeczy, które się nie spinają.
— Ile?
— Na oko? Kilkanaście tysięcy. Może więcej.
Cisza.
Taka, która nie daje się zignorować.
— To jakiś żart — rzucił Dawid.
— Nie. To bałagan. I to duży.
— Niemożliwe… — powtórzył, ale już bez przekonania.
Lena spojrzała na niego spokojnie.
— Twój ojciec coś ukrywał albo przestał ogarniać. Nie wiem co gorsze.
To był moment.
Dawid odwrócił się gwałtownie.
— Świetnie. Po prostu świetnie.
Zaczął chodzić po warsztacie.
— Ojciec wypada, warsztat na mnie, a tu jeszcze długi. Super.
— Uspokój się — powiedziała Lena.
— Nie mów mi, żebym się uspokoił!
Nikodem podniósł wzrok znad roboty.
Cisza zrobiła się ciężka.
— To się da ogarnąć — dodała Lena spokojniej.
— Nie, wiesz co? — Dawid parsknął. — Może nie trzeba nic ogarniać.
Spojrzała na niego.
— Co masz na myśli?
— Może trzeba to zamknąć.
Padło.
Bez emocji. Bez dramatu. Jak fakt.
Nikodem odłożył klucz.
— Serio?
Dawid spojrzał na niego.
— A co mam zrobić? Bawić się w bohatera? Spłacać coś, czego nawet nie rozumiem?
— Rozumiesz — wtrąciła Lena. — Po prostu się boisz.
To było jak iskra.
— Tak?! — Dawid odwrócił się do niej. — To może ty poprowadzisz warsztat, co?
— Nie — odpowiedziała spokojnie. — Ale mogę pomóc ci nie spierdolić wszystkiego w pierwszy dzień.
Cisza.
Krótka. Ostra.
Dawid zacisnął szczękę.
— Mam dość.
Wziął kurtkę.
— Wychodzę.
— Dawid…
— Zajmij się tym jak chcesz.
I wyszedł.
Drzwi zamknęły się głośniej, niż trzeba było.
Zrobiło się pusto.
Nikodem spojrzał na Lenę.
— No… poszło grubo.
Lena westchnęła.
— Musiało.
Chwilę milczeli.
— To co teraz? — zapytał.
Spojrzała na papiery.
— Teraz robimy to, czego on nie chce zrobić.
— Czyli?
— Ogarnąć, w czym jesteśmy.
Spojrzała na niego.
— Zostaniesz po pracy?
— Jasne.
— Pomóż mi to poukładać. Muszę wiedzieć dokładnie, ile tego jest i gdzie są dziury.
Nikodem skinął głową.
— Zostaję.
Wieczorem warsztat był już pusty.
Światła przygaszone. Cisza. Tylko oni i papiery.
Stosy faktur rosły, liczby zaczynały się układać w coś konkretnego. I to coś nie wyglądało dobrze.
— Tu jest większy problem — powiedziała Lena cicho.
— Jak bardzo?
— Bardziej niż myślałam.
Nikodem oparł się o stół.
— Czyli Dawid nie panikuje bez powodu.
— Nie.
Spojrzała na niego.
— Ale uciekanie nic nie zmieni.
Chwila ciszy.
— Dzięki, że zostałeś.
— Spoko.
— Nie każdy by został.
Nikodem wzruszył ramionami.
— Lubię wiedzieć, w co się pakuję.
Uśmiechnęła się lekko.
Pierwszy raz bez tej swojej ostrożności.
— Rozsądne.
Ich spojrzenia spotkały się na dłużej niż powinny.
Cisza zrobiła się inna.
Nie ciężka.
Gęsta.
Lena odłożyła długopis.
— Masz w sobie coś spokojnego — powiedziała nagle.
Nikodem parsknął lekko.
— Pierwszy raz ktoś tak mówi.
— Serio.
Zbliżyła się odrobinę.
— Dziwne czasy na takie rzeczy — mruknął.
— Właśnie dlatego.
I wtedy to się stało.
Bez wielkiego planu. Bez zapowiedzi.
Po prostu.
Pocałunek był krótki… ale wystarczający, żeby wszystko się zmieniło.
Odsunęli się.
Spojrzeli na siebie.
— To… komplikuje sprawy — powiedział Nikodem.
— Już były skomplikowane.
Lekki uśmiech.
— Prawda.
Gdzieś daleko, poza warsztatem, Dawid siedział sam.
I pierwszy raz naprawdę nie wiedział, co dalej.
A warsztat…
zaczynał się sypać od środka.
Cisza między nami
Warsztat był zamknięty.
Kartka na bramie, krótka informacja:
„Nieczynne do odwołania.”
Dla klientów — przerwa. Dla nich — moment prawdy.
Pierwszy dzień wolnego nie był odpoczynkiem.
Za dużo ciszy.
Za dużo miejsca na myśli.
Leżał na łóżku, ręce pod głową, patrzył w sufit. Telewizor grał gdzieś w tle, ale nie słuchał. Wszystko wracało do jednego momentu.
Do niej.
Zamknął oczy.
Na sekundę znowu była blisko. Za blisko.
Jej twarz, ten spokój, który tylko udawał spokój. Oddech. Ciepły. Tuż przy nim.
Przesunął się lekko.
— Kurwa… — mruknął pod nosem.
Otworzył oczy.
Sufit.
Cisza.
Ale to nie znikało.
Siedziała przy stole, laptop, notatki, dokumenty.
Wszystko rozpisane. Kolumny. Kwoty. Terminy.
Chaos zaczynał mieć strukturę.
Powinno ją to uspokoić.
Nie uspokajało.
Zatrzymała się na chwilę. Długopis zawisł nad kartką.
To był błąd.
Impuls. Nic więcej.
Tak to powinna zapisać.
Zamknąć.
Ale pamiętała dokładnie.
Za dokładnie.
Westchnęła cicho i wróciła do liczb.
Urząd.
Kolejka. Numerki. Papier za papierem.
Stał przy okienku, zmęczony już samym staniem.
— Wniosek jest niekompletny — powiedziała urzędniczka bez emocji.
— Co jeszcze? — zapytał krótko.
— Tu podpis, tu załącznik, tu potwierdzenie.
Dawid zacisnął szczękę.
— Dobrze.
Kolejna kartka. Kolejny podpis.
To nie była robota. To była walka z czymś, czego nie da się uderzyć kluczem ani naprawić młotkiem.
Drugi dzień.
Nie wychodził dużo.
Nie chciało mu się.
Albo może po prostu wiedział, że i tak będzie myślał o jednym.
Usiadł na łóżku. Oparł łokcie o kolana.
Znowu to wróciło.
Tym razem wyraźniej.
Jej dłonie.
Blisko. Za blisko.
Wyobraźnia zaczęła dopowiadać resztę.
Na chwilę pozwolił sobie nie przerywać.
Cisza wokół jakby się zagęściła.
Serce szybciej.
Oddech płytszy.
— Dobra, stop — powiedział nagle i podniósł się gwałtownie.
Przeciągnął dłonią po twarzy.
— Ogarnij się.
Ale to nie działało tak, jak powinno.
Bank.
Siedziała naprzeciwko doradcy.
— Jeśli chcecie państwo utrzymać płynność, trzeba będzie rozłożyć zobowiązania — tłumaczył spokojnie.
Lena kiwnęła głową.
— Potrzebujemy konkretów.
— Oczywiście.
Notowała szybko. Konkret za konkretem.
Kontrola.
To było jej.
Ale między jednym zdaniem a drugim pojawił się obraz.
Nieproszony.
Krótki.
Nikodem.
Spojrzała na kartkę mocniej, jakby chciała to zgnieść samym wzrokiem.
— Proszę kontynuować — powiedziała chłodno.
Wieczór.
Cisza była gorsza niż w dzień.
Leżał z zamkniętymi oczami.
I tym razem nie próbował od razu uciekać.
Pozwolił temu przyjść.
Jej głos. Ten spokojny ton. I to, co było pod nim.
Zbliżył się wtedy. Za szybko? Nie. W sam raz.
Na sekundę znowu był w tym miejscu.
Czuł jej obecność. Nie tylko fizycznie.
Coś więcej.
I to było najgorsze.
Otworzył oczy.
— To nie ma sensu… — powiedział cicho.
Ale nie był pewien, czy chodzi o nią… czy o to, że nie może przestać.
Kolejny dzień. Kolejne miejsce.
Bank, urząd, znowu bank.
Podpisy. Rozmowy. Decyzje.
— Jeśli przejmie pan działalność, bierze pan na siebie wszystkie zobowiązania — powiedział doradca.
Dawid spojrzał na niego.
— Wiem.
I naprawdę wiedział.
To już nie było „czy dam radę”.
To było „nie mam wyjścia”.
Wieczorem wróciła do papierów.
Miała już prawie wszystko rozpisane.
Kwoty przestały być abstrakcją. Stały się realne.
Nie wyglądało to dobrze.
Ale dało się to ogarnąć.
Pod jednym warunkiem.
Dyscyplina. Plan. Kontrola.
Zatrzymała się.
Kontrola.
Uśmiechnęła się lekko, bez radości.
Nie wszystko da się kontrolować.
Trzeci dzień.
Nie widzieli się ani razu.
I to było najgorsze.
Bo brak kontaktu nie gasił tego.
Podkręcał.
Siedział przy oknie. Patrzył na ulicę, ale nie widział ludzi.
Zamknął oczy.
I znowu.
Krótki błysk.
Jej twarz bliżej niż powinna.
Ten moment tuż przed.
Nie dokończył tego w głowie.
Nie musiał.
— Kurwa… — westchnął cicho.
Uśmiechnął się pod nosem, bardziej z bezsilności niż z rozbawienia.
— No pięknie.
Przypadkiem.
Pod blokiem warsztatu.
Nikodem szedł. Lena wyszła zza rogu.
Zatrzymali się.
Na sekundę wszystko ucichło.
— Cześć — powiedziała.
— Cześć.
Za blisko.
Za cicho.
Za dużo w tym było.
Spojrzeli na siebie.
I nic więcej.
— Muszę lecieć — rzuciła.
— Jasne.
Minęli się.
Ale to „nic” było głośniejsze niż jakakolwiek rozmowa.
Wieczorem Dawid zadzwonił.
— Przyjedź jutro do warsztatu.
— Otwieramy? — zapytał Nikodem.
— Jeszcze nie.
Pauza.
— Mam decyzję.
Następnego dnia stali we trójkę w środku.
Pusto. Cicho.
Dawid spojrzał na nich obu.
Już bez wahania.
— Albo to zamykamy…
— albo robimy z tego coś większego.
Cisza.
Spojrzał na Nikodema.
— Wchodzisz ze mną w to?
Nikodem zmrużył oczy.
— Co masz na myśli?
— Spółka.
Padło.
Lena uniosła lekko brwi.
Dawid kontynuował:
— Remont. Nowy start. Robimy to na poważnie.
Cisza zgęstniała.
To już nie była tylko praca.
To było coś więcej.
I każdy z nich to czuł.
Granica
Warsztat pachniał kurzem i farbą.
Stare rzeczy leżały rozwalone na kupie — półki, zużyte narzędzia, jakieś graty, których nikt od dawna nie ruszał. Wszystko, co było „po staremu”, właśnie znikało.
Dawid chodził od rana jak nakręcony.
— To wyrzucamy. — To zostaje. — To trzeba ogarnąć.
Krótko. Konkretnie. Bez zbędnych słów.
Lena siedziała przy stole z laptopem, co chwilę coś notując, sprawdzając, licząc.
A Nikodem…
Nikodem robił robotę, ale głową był gdzie indziej.
Od rana miał jedno wrażenie:
że wszystko idzie za szybko.
Jeszcze kilka dni temu był tylko pracownikiem. Robił swoje, brał kasę i wracał do domu.
Teraz?
Spółka. Odpowiedzialność. Długi. I ona.
Spojrzał na Lenę.
Siedziała spokojnie, skupiona, jakby nic się nie wydarzyło.
Jakby ten moment między nimi… w ogóle nie istniał.
I to było najgorsze.
Podniósł ciężką skrzynkę i przeniósł ją pod ścianę.
Ręce pracowały. Głowa nie przestawała.
Jak wejdę w to na serio…
Spojrzał na Dawida.
…to będę tu codziennie.
Znowu Lena.
Z nią.
Zacisnął szczękę.
I co wtedy?
— Podaj mi to — rzuciła Lena, nawet na niego nie patrząc.
Podał.
Ich dłonie zetknęły się na sekundę.
Krótko.
Za krótko, żeby coś się wydarzyło. Wystarczająco długo, żeby wszystko wróciło.
Cofnął rękę szybciej, niż powinien.
— Dzięki — powiedziała normalnie.
Normalnie.
Jakby nic.
To nie jest historia, w którą powinienem wchodzić.
Myśl przyszła nagle. Czysto. Bez emocji.
I została.
Podniósł młotek. Uderzył w starą półkę.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
Drewno pękło.
— Coś ty się tak spiął? — rzucił Dawid.
— Nic.
— Wygląda jak „nic” — parsknął.
Nikodem wzruszył ramionami.
— Robię robotę.
— No to rób dalej.
Lena spojrzała na nich tylko na chwilę.
Zauważyła.
Ale nic nie powiedziała.
To nie jest zwykła dziewczyna.
Nikodem przetarł czoło rękawem.
To siostra szefa.
Spojrzał na Dawida.
Facet, który właśnie rozwalał ścianę młotem, jakby od tego zależało jego życie.
Dawid mi zaufał.
Krótka pauza.
…a ja co?
Nie dokończył.
Nie musiał.
Reszta dnia była cięższa.
Nikt już nie żartował.
Nikt nie mówił więcej niż trzeba.
Każdy robił swoje.
Ale każdy myślał o tym samym.
Wieczorem Dawid odłożył narzędzia.
— Muszę coś załatwić.
Spojrzał na Nikodema.
— Jutro chcę odpowiedź.
Nikodem skinął głową.
— Dobra.
Dawid spojrzał jeszcze na Lenę.
— Nie siedźcie tu za długo.
— Spokojnie — odpowiedziała.
I wyszedł.
Zostali sami.
Cisza wróciła.
Inna niż wcześniej.
Gęstsza.
Nikodem odłożył młotek.
— Długo jeszcze będziemy udawać, że nic się nie stało?
Padło.
Bez przygotowania.
Lena podniosła wzrok.
— To nie jest dobry moment.
— Nie ma dobrego momentu.
Cisza.
Zbliżył się o krok.
— To jest zły pomysł — powiedziała spokojnie.
— Wiem.
— To komplikuje wszystko.
— Wiem.
— To…
Nie dokończyła.
Bo już był za blisko.
Wiedział, że powinien się cofnąć.
Wiedział dokładnie dlaczego.
Dawid. Warsztat. Wszystko.
I właśnie dlatego tego nie zrobił.
Patrząc jej w oczy czuł, że nie powinien tego robić, ale szedł w jej kierunku jak po swoje.
Pewny siebie jak nigdy w jej obecności.
Podchodził coraz bliżej i w oczy patrzał coraz głębiej.
Odłożył płaski klucz jaki miał w ręce na grzejnik, z którego spadł i zrobił głośny trzask, którego zdaje się nikt nie słyszał.
Podszedł i pewnie chwycił ją za kark i zaczął całować.
Myślenia w tym momencie już nie było, tylko odruchowo przesunął to co było na biurku.