E-book
13.65
drukowana A5
31.07
drukowana A5
kolorowa
55.49
Zarazem sędzia!

Bezpłatny fragment - Zarazem sędzia!


Objętość:
133 str.
ISBN:
978-83-8104-737-1
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 31.07
drukowana A5
kolorowa
za 55.49

Dla mojej Mamy, miłośniczki kryminałów

Wstęp

Konrad „Wilczan” Rozwadowski siedział w małym barku w śródmieściu Warszawy nad kolejnym już drinkiem. Jutro miał wyjechać do Pleszewa, a właściwie do Gołuchowa na nową misję. Oczywiście już od dawna wiedział, że to mała miejscowość w Wielkopolsce.


— Wtedy też siedziałem przy barze — pomyślał i pociągnął sporego łyka. Przyćmione trochę światła odbijały się w niezliczonych kolorowych butelkach wszystkich alkoholi świata. Jak na taki mały barek, zestaw i tak był imponujący. Wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą. Przypomniał sobie, jak został zwerbowany przez prezesa Jana Pikulskiego. To było przecież w bardzo podobnym do tego barku.


Przy ladzie bardzo młoda dziewczyna, której nie powinno tu w ogóle być, odebrała telefon i zaczęła rozglądać się po sali. W tym czasie siedzący obok chłopak wrzucił jej coś do szklanki. Do dziewczyny już podchodzili jacyś znajomi, ale Konrad był szybszy. Złapał szklankę i oddał barmanowi.

— Odstaw to i zatrzymaj. A dziewczynie daj zamiast drinka gorącej herbaty — poprosił barmana. — Na mój rachunek.

Najwyższy z przybyłych, znajomych dziewczyny, podszedł do Konrada z wściekłym wyrazem twarzy.

— Co jest, koleś. Masz jakąś sprawę? — zapytał wrogo.

Zanim Konrad zdążył cokolwiek odpowiedzieć, siwowłosy  mężczyzna zeskoczył ze stołka wprost na stopy napastnika. Obaj zastygli w bezruchu. Chłopak był tak zaskoczony, że nie bardzo wiedział jak zareagować. Rozejrzał się dookoła i znowu napotkał twarde spojrzenie siwego.

Jeden z kompanów wysokiego, widząc wahanie przywódcy, wyciągnął nóż.

— Wy niedorobione gnoje, zawsze macie ten sam problem. Na strzelaninę przychodzicie z nożami — powiedział spokojnie siwy, odchylając połę marynarki i pokazując chłopakom kaburę z pistoletem.

— OK. My wychodzimy — wybąkał do kolegów wysoki chłopak i po chwili już ich wszystkich nie było.

— A ty Monika, zadzwoń natychmiast do ojca, żeby cię stąd zabrał — rozkazał siwy stanowczo dziewczynie.


Po kilkunastu minutach wszedł zdecydowany, wysoki mężczyzna w towarzystwie dwóch osiłków. Rozejrzał się krótko po sali i podszedł do Moniki, która tylko spuściła głowę. Konrad gestem pokazał barmanowi, żeby podał mu szklankę i przekazał ojcu dziewczyny. Ten bez słowa ją odebrał i podał za siebie.

— Bardzo dziękuję — powiedział do siwego. — Jestem dłużnikiem.

— Byłem tu przypadkowo — zbagatelizował sprawę siwy, a tamten nie skomentował.

Barman wskazał wzrokiem dostawcę pigułki i wtedy Konrad domyślił się już, że to policja. Gdy trochę się uspokoiło po zabraniu młodego mężczyzny od zabaw w gwałty i wyjściu policjantów, siwy sąsiad z barku uważał za stosowne przedstawić się:

— Jestem Jan Pikulski.

— Konrad Rozwadowski.


I tak zaczął się nowy i dziwny etap życia Konrada. Przede wszystkim przyjął nowe imię Wilczan. Wilkomir — to było staropolskie imię męskie, złożone z członów Wilko  („wilk”) i mir — („pokój, spokój, dobro”). Oznaczało tego, który zapewnia pokój od wilków. Do form pochodnych, zdrobniałych tego imienia, należało właśnie jego nowe imię — Wilczan.

Wilczan fot. Pixabay

Od dwóch już lat Wilczan był członkiem międzynarodowej fundacji „Contra Malum” z siedzibą w Los Angeles. Oddział fundacji z centralą w Warszawie, w budynku przy ulicy Madalińskiego 55, tropił, analizował i opisywał przypadki groźnych przestępstw, z którymi nie poradziła sobie krajowa policja. Oprócz personelu gromadzącego dane, fundacja zatrudniała dobrze opłacanych własnych detektywów, nazywanych dla niepoznaki reporterami śledczymi, ale Wilczan nigdy żadnego z kolegów nie poznał.


Obecne zadanie polegało na odnalezieniu mordercy działającego w Wielkopolsce, w Gołuchowie, małej miejscowości położonej pomiędzy Pleszewem a Kaliszem. Po torturach uduszono tu profesora Antoniego Machalarka z Krakowa, poszukiwacza skarbów, zaangażowanego w znalezienie skarbu ukrytego prawdopodobnie w słynnym zamku w Gołuchowie. Profesor przeniósł się nawet z Krakowa do tej małej miejscowości i mieszkał w niedużym skromnym domku. Wszystko to miało miejsce na początku 2013 roku. Policja nie miała żadnego tropu, a jedyne, co zginęło z domu profesora, to jakaś stara grafika. Córka profesora, na stałe mieszkająca w Niemczech, zeznała, że ta grafika związana była z tajemnicą zamku i przedstawiała jakąś fantazyjną literę. Pamiętała tylko, że była to jakaś samogłoska, ale nie była pewna, czy to „a”, czy „u”.


To właśnie ona skontaktowała się z fundacją „Contra Malum” i wyznaczając wysokie honorarium, zleciła odnalezienie zabójcy ojca. Barbara z domu Machalarek, była obecnie żoną bardzo bogatego przemysłowca z Bawarii i mogła sobie na to pozwolić. Pikulski wysłał więc już dwa lata temu swojego detektywa mającego pomóc w rozwiązaniu tej zagadki, ale zginął on w niejasnych okolicznościach. Według oficjalnej wersji wysłany do Gołuchowa detektyw Mateusz Mostowicz, poślizgnął się na rozlanym oleju i wpadł do nieoznakowanej studni. Zakwalifikowano to jako nieszczęśliwy wypadek. Ale Pikulski wiedział swoje. Teraz to już była honorowa sprawa fundacji. Pikulski długo przygotowywał swojego najlepszego detektywa Wilczana do rozgryzienia tej zagadki.


Ktoś inny także szykował się do długo wyczekiwanej rozgrywki. Wszystko było zapięte na ostatni guzik i plan nie mógł się nie powieść. Teraz to było już tylko ostatnie spojrzenie na listę, która za chwilę miała pójść z dymem.

Kuzyn.

Internetowy podrywacz.

Ul.

Studnie.

Kokaina.

Detektyw.

Materiały pirotechniczne.

Palec.

Proce.

Schronisko.

Wyglądało to zupełnie jak dziesięć przykazań.


Prezes Jan Pikulski zapoznał Wilczana z odkrytymi w następnym okresie faktami. Przypuszczano, że zabójstwo związane było z legendą Gołuchowa i skarbem Izabelli z domu Czartoryskiej. Przestępca dowiedział się prawdopodobnie od zmarłego profesora, że żeby odnaleźć skarb, należy wskazówkę odczytać z wielu ukrytych elementów literowej układanki. Było to prawdopodobnie kilkanaście segmentów-grafik, które stanowiły hasło do odnalezienia skarbu. Zbrodniarz był też już chyba w posiadaniu kolejnej części, którą zdobył po spaleniu hotelu Lambert w Paryżu w lecie w 2013 roku, niedługo po zabójstwie w Gołuchowie. Podpalacza nigdy nie odnalazła francuska policja. Prawdopodobnie na trop grafiki-litery ukrytej na francuskim zamku, naprowadził przypuszczalnego mordercę-podpalacza tragicznie zmarły profesor.


Wyglądało na to, że przeciwnik aż dwa lata przygotowywał się do wykonania następnych kroków. W tym czasie ani policji, ani detektywom fundacji, nie udało się niczego nowego ustalić. Ale morderca postanowił w końcu wykonać swój ruch. W kilkunastu branżowych pismach na początku lipca ukazały się artykuły o legendzie Gołuchowa i zaproszenie dla posiadaczy literowych grafik Izabelli z domu Czartoryskiej. Wszyscy, którzy pomogą w odnalezieniu skarbu, mieli otrzymać wysoką nagrodę.

Dyrekcja Muzeum Narodowego, po uzgodnieniach z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego, potwierdziła nieprzekraczalną wysokość nagrody, w wysokości 10% wartości znaleziska. Po nagłośnieniu całej sprawy, dzięki darczyńcom z kraju i od Polonii, na specjalnie utworzone konto, zaczęły napływać na ten cel datki z całego świata.


Prezes Pikulski przekonał Wilczana do zmiany wizerunku. Miał pojechać do Gołuchowa jako roztargniony i nie uporządkowany dziennikarz. Czyli potencjalnie niegroźny.

Fundacja w lipcu też opłaciła sponsorowane artykuły, opisujące zagadkę kolekcji obrazów Izabelli z domu Czartoryskiej. Sugerowano w nich, że wkrótce tajemnica może zostać wyjaśniona. W Gołuchowie powinni w pierwszych dniach września stawić się posiadacze grafik-liter ze słownej wskazówki. Termin prezes Pikulski wybrał nie przypadkowo. Chciał osiągnąć dwie rzeczy: po pierwsze, trochę namieszać w przygotowaniach przeciwnika, a po drugie: w dniach 9–10 września, miały odbywać się w Gołuchowie Międzynarodowe Targi Ogrodnictwa. W tłumie gości, wystawców, dziennikarzy i zwykłych gapiów łatwiej będą mogli się poruszać jego detektywi.


— Każdy z nas woli wiadomości dobre od złych i to jest oczywiste. Ale to nie zwalnia cię z prawidłowej zdolności przyjmowania krytycznych informacji, które w wielu sytuacjach mają wyjątkową wartość i są niezwykle ważne. Jeżeli taką krytyczną wiadomość uzyskasz w porę, to będziesz mógł jeszcze zareagować, żeby coś nie skończyło się zupełną katastrofą. Przyglądaj się z czujną uwagą właśnie złym wiadomościom — pouczał Wilczana pan prezes.

prezes Pikulski fot. Pixabay

— I jeszcze jedno, ale bardzo ważne. Niech to będzie twój realny przeciwnik, któremu musisz nadać jakieś imię dopóki oczywiście go nie złapiesz — podsumował ostatecznie wspólne przygotowania prezes Jan Pikulski.

— Ja już go w myślach nazwałem: Harpagon skrytobójca — oświadczył Wilczan. — Harpagon to synonim słowa chciwiec.

Rozdział I. Poniedziałek. O5.IX.2016

I teraz właśnie na samym początku września, w poniedziałek, włączył się do gry Wilczan, przyjeżdżając pociągiem do stacji z napisem Pleszew. Szybko okazało się, że to jeszcze nie Pleszew, ale zwykła dziura Kowalew. Duży zabytkowy budynek dworca dziwnie wyglądał w otoczeniu wiejskich gospodarstw, witających przyjezdnych pianiem kogutów. Wszyscy pasażerowie poszli w kierunku małej stacji kolejki wąskotorowej, z której jednowagonowy czerwony pociąg w dziesięć minut dowiózł ich do właściwej już stacji Pleszew-Miasto.


Samo miasteczko zdecydowanie lepiej prezentowało się na zdjęciach niż w rzeczywistości. Odnowione kamienice rynku sąsiadowały z trochę odrapanymi. A jedna gęsto oblepiona reklamami wyglądała naprawdę fatalnie. Za to Wilczan od razu, nawet jeszcze w dojazdowej kolejce, zwrócił uwagę na ponadprzeciętną urodę dziewczyn i kobiet, co dość dobrze wróżyło.

Wilczan minął zakład pogrzebowy „Powstań”, świadczący, że nie było wśród pleszewian też najgorzej z poczuciem humoru.

Poszedł kawałek dalej i na ulicy Kaliskiej w biurze wypożyczalni, wynajął granatowego Golfa na miejscowych numerach, żeby za bardzo nie rzucał się w oczy. Dopasował siedzenie, poustawiał lusterka i ruszył do wykonania zadania.


Wilczan zaczął rekonesans od Gołuchowa. Oczywiście przede wszystkim obejrzał słynny renesansowy zamek. Znał podstawowe o nim informacje.

zamek w Gołuchowie fot. Pixabay

Początkowo zamek stanowił własność rodu Leszczyńskich, potem przechodził z rąk do rąk, aż wreszcie popadł w ruinę. I wtedy w połowie XIX wieku posiadłość kupili Działyńscy, ale największy wkład w przywrócenie świetności zamkowi wniosła Izabella Elżbieta z Czartoryskich Działyńska. Zatrudniła architektów i dekoratorów z Francji, którzy go odrestaurowali, a nawet wyposażyli w oryginalne renesansowe detale. W zamkowych wnętrzach Izabella urządziła ogólnodostępne muzeum. Natomiast otoczenie zamku — park–arboretum, był zasługą jej męża Jana. To był największy park dendrologiczny w Polsce, bo miał prawie 160 hektarów powierzchni. Rosło tu ponad 650 różnych gatunków roślin, z których większość pamiętała jeszcze czasy Działyńskich.


Wilczan zjechał z głównej drogi, przecinającej miejscowość i wszedł do małego miejscowego sklepiku. W drzwiach minął się ze starszą kobietą.

— To do widzenia, pani Marcysiu — ze śpiewnym akcentem powiedziała wychodząca klientka.

— To szeptucha. Przyjechała tutaj na gościnne występy — oznajmiła konfidencjonalnie pani Marcysia, sprzedawczyni.

— A kto to jest szeptucha? — poprosił o wyjaśnienie zaciekawiony Wilczan, który nigdy o nich nie słyszał.

szeptucha fot. Pixabay

— Najogólniej wróżbitka. Ta akurat czyta głównie z moczu, a leczy gorącym popiołem. Mocz to jej narzędzie pracy. Wróżenie z moczu było znane w większości starożytnych kultur. Dla szeptuchy istotny jest kształt, jaki przybiera struga moczu podczas sikania i obserwacja tworzących się bąbelków. Zachęcam pana także do powróżenia, bo od każdego nowego klienta dostanę prowizję — uśmiechnęła się zachęcająco pani Marcysia.

— OK. Teraz już będę wiedział i pewnie skorzystam. Ale mam jeszcze jedno pytanie. U kogo tu można wynająć kwaterę? Żeby było niedrogo, ale za to z taką domową atmosferą. Jestem dziennikarzem i nie mam za dużo kasy na diety.

— Niech pan idzie do pani Mani na ulicę Akacjową 7. Może jeszcze coś ma, bo niedługo targi i dużo już jest porezerwowane. Powie jej pan, że Marcysia pana przysłała, to może coś jeszcze znajdzie — zaproponowała sprzedawczyni.

Wilczan uprzejmie podziękował i wyszedł ze sklepu.

— Gościu, daj mi ze trzy złote na piwo — zaczepił go młody szczupły chłopak pod sklepem.

— Nie wyglądasz na biednego z domu — sceptycznie przyjrzał mu się Wilczan.

— Panie, u nas w domu taka bida, że jak wczoraj szedłem koło jeziora, to mi kaczki chleb rzuciły!

Wilczan roześmiał się i dał mu piątkę, bo już za sam tekst chłopakowi się należało. Zastanowił się przez chwilę, a potem przydzielił rezolutnemu młodemu mężczyźnie, mającemu na imię Sławek, zadanie, za które obiecał dać mu dodatkową kasę. Wytłumaczył, że potrzebna jest mu na początek para, najlepiej studentów, którzy spędzają wakacje w Gołuchowie lub okolicach. A drugie zadanie to przedstawienie listy wszystkich przyjezdnych, którzy będą przybywać tutaj na co najmniej tydzień, lub mają taką rezerwację, a jednocześnie interesują się grafikami.

— Będę mieszkał prawdopodobnie u pani Mani. Jak nie, będziesz musiał mnie sam odnaleźć. Kontakt przez telefon, SMS-a lub e-mail — oznajmił Sławkowi.

— Mój to 13.jajko@gmail.com — powiedział Sławek.

Wilczan tylko pokiwał głową.


Ewa Mostula przyjrzała się bryle zamku, a zwłaszcza jego drugiej, tak wyjątkowo wstrętnej dla niej kondygnacji.

— Boże — pomyślała. — Tak dawno już tu nie byłam.

A przecież to, co tu się wydarzyło, paskudnie zaważyło na całym jej późniejszym życiu. Na kierunku studiów, które skończyła i na pracy zawodowej, którą wykonywała. I ostatecznie na zadaniu, z którym tu przyjechała. Po ukazaniu się tych ogłoszeń zrozumiała, że nadarzała się najlepsza okazja, żeby rozliczyć się z przeszłością. Pamiętała, że matka zawsze opowiadała jej i siostrze Magdalenie, że prawdziwy klucz do zamkowego skarbu tkwi w grafikach Izabelli. Ewa Mostula miała absolutną pewność, że i ten, o którym myślała i którego tak nienawidziła, też o tym doskonale wiedział. Przesunęła sobie trochę na wcześniej zaplanowany urlop i przyjechała do Gołuchowa.


Wilczanowi rzeczywiście udało się wynająć lokum w agroturystyce u pani Mani, która dała mu ostatni mały, ale miły pokoik, tylko ze względu na wstawiennictwo pani Marcysi. Pani Mania była wesołą i pogodną starszą panią. Od razu zaproponowała Wilczanowi powróżenie, ale udało mu się na razie jakoś wykpić.

— W krótkim czasie spotkałem już dwie wróżbitki — pomyślał Wilczan.

Po zapewnieniu sobie noclegu, poszedł się znowu do zamku. Po drodze przyczepił się do niego nieduży, ale za to hałaśliwy piesek. W zamku wynajął przewodnika, który na początek przegonił psa.

— Pewnie uciekł z miejscowego schroniska — oznajmił.

Później przewodnik oprowadził go po wszystkich dostępnych salach, opowiadając legendy związane ze skarbem oraz kilka wesołych anegdot. W sumie Wilczan był bardzo zadowolony, bo poznał kilka ciekawych historii, których wcześniej nie udało mu się wygrzebać w internecie.


Muniek Kałużyński zameldował się w recepcji Ośrodka Sportu i Turystyki i odebrał klucz od domku nr 5. Wszedł do środka i od razu spojrzał na stół. Na stole leżała koperta z zaliczką, identyfikator, telefon, a w wazonie stał duży bukiet kwiatów. Jak na razie wszystko było doskonale przygotowane. Tajemniczy zleceniodawca perfekcyjnie wywiązywał się ze swoich obietnic. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to już za trzy dni będzie bogatszy o dziesięć tysięcy i stąd szybko wyjedzie. Teraz musiał rozpocząć narzuconą grę i zanieść ten ładny bukiet kwiatów do właściwej osoby. Przed tym chciał jeszcze rozejrzeć się po okolicy.

Muniek Kałużyński fot. Pixabay

Gdy zamykał swój domek, sąsiad również właśnie wychodził na dwór. Od dość drobnego Muńka był wyższy przynajmniej o głowę. Podszedł do Kałużyńskiego i się przedstawił:

— Dzień dobry. Jesteśmy sąsiadami. Szymon Piwowarczyk.

— Witam. Muniek Kałużyński.

— Domek tylko dla siebie? — zapytał Muńka Piwowarczyk.

— Tak. Niczego innego nie udało się znaleźć i musiano mi wynająć cały domek — odpowiedział Muniek.

— U mnie było tak samo. Też musiałem wynająć cały domek — oświadczył Piwowarczyk.

Obaj popatrzyli na swoje indentyfikatory i zorientowali się, że obaj są delegowani na targi.

— Ładny bukiet — stwierdził Piwowarczyk.

— Mam tu w Gołuchowie kogoś z rodziny i właśnie wybieram się w odwiedziny — odpowiedział Muniek.

Muniek nie zauważył, że tuż po jego odejściu nowy znajomy szybko wstukał dane z jego identyfikatora do swojego tabletu.

Piwowarczyk obserwował przyjazd sąsiada, bo w recepcji dowiedział się, że tylko domek stojący obok, właśnie numer 5, pozostał pusty. Wyszedł przed swój drewniany budyneczek we właściwym momencie, tak, by przyjrzeć się nowemu sąsiadowi. Przeczuwał, że trafił od razu na właściwego człowieka. Trzeba to było tylko potwierdzić. Zastanowił się przez chwilę i wyciągnął telefon. Rzeczywiście wystarczyła jedna rozmowa z kadrami ministerstwa i już mógł poczuć się właścicielem dwóch tysięcy. Tylko należało jeszcze umieścić nazwisko „KAŁUŻYŃSKI” na obu tablicach.


Emil Adwentowicz najbardziej lubił siostrę Grażynę. Zawsze troszczyła się o niego i nigdy go nie spotkało z jej strony nic złego. Bardzo o niego dbała podsuwając mu ciągle nowe książki do przeczytania. Trochę dziwiła się, że ostatnio prosił o same kryminały, ale nieprzerwanie spełniała jego prośby. Gdy ktoś ją zastępował, traktowany był niestety po partacku, tak samo jak reszta pacjentów ośrodka psychiatrycznego. Wiedział, że prawdopodobnie będzie tutaj do końca swoich dni, ale w głębi duszy nie mógł się z tym pogodzić. Tylko z telewizji i z kolorowych tygodników przyglądał się światu na zewnątrz. Wyczytał o skarbie Gołuchowa i mającym się odbyć spotkaniu właścicieli grafik. Marzył sobie o odkryciu hasła i zdobyciu ogromnej fortuny. Z takimi pieniędzmi na pewno udałoby się przekonać każdą komisję o jego całkowitej poczytalności. Byłoby to orzeczenie o ostatecznej wolności, skutkującej wydostaniem się z tego zamkniętego ośrodka w Gdańsku.

Wizyta jednego ze znanych mu lekarzy w nocy u jego ukochanej pielęgniarki Grażyny spowodowała początkowo ogromny szok. Po prostu nie mógł uwierzyć, że jego miłość pieprzyła się z lekarzem, zamiast zajmować się nim i innymi pacjentami. Nie kontrolując do końca swojego postępowania, podglądał kochającą się parę. Sam nie wiedział, co podszepnęło mu zabranie ubrania oraz dokumentów lekarza i ucieczkę ze szpitala. Całkowicie dominującą w jego postępowaniu myślą był imperatyw wcielenia się w postać doktora i udanie się do Gołuchowa. Tak na swój sposób rozumiał pierwszy krok do wolności.


Już po paru godzinach zgłosiła się do Wilczana para młodych studentów z ostatniego roku Polsko–Japońskiej Akademii Technik Komputerowych z Warszawy. Sławek rzeczywiście działał wyjątkowo szybko.

— Podobno może pan mieć dla nas jakieś zlecenie. Wrzesień mamy jeszcze wolny, bo pozdawaliśmy w terminie wszystkie egzaminy — powiedział chłopak.

— Tak, jeżeli chcecie zarobić parę złotych — zachęcił młodych Wilczan.

— OK. Pewnie, że chcemy. Właśnie niedługo już mieliśmy wracać do Warszawy, bo kończą się nam fundusze. Co to miałoby być? — zapytała dziewczyna.

— Powiem wprost. Zdaję tutaj, w dużej prywatnej firmie, egzamin na detektywa. Nie mam zielonego pojęcia, kto jest w komisji. Moje zadanie to rozpoznać osoby, które podają się za kogoś innego i szczególnie interesują się grafikami i rozwiązaniem zagadki gołuchowskiego skarbu. Warunek jest taki, że mam to zrobić bez zwracania na siebie uwagi. Pomyślałem, że moglibyście robić sobie zdjęcia razem z takimi osobami na drugim planie. Nie powinien to być oczywiście nikt z miejscowych. Chodzi mi o wszystkich gości, którzy już są i o tych, co przyjadą na początku września, na XVIII Dni Ogrodnika — Targi Międzynarodowe. Płacę po 500 złotych na głowę. Po wykonaniu zadania dodatkowo aparat jest wasz. A jest całkiem niezły — kusił studentów Wilczan.

— No, dobrze. Pod warunkiem, że oświadcza pan, że to nic nielegalnego — zdecydował młody mężczyzna. Ja jestem Grzegorz, a to Kasia. — Forsa zawsze się przyda. Kuu dakenara inu demo kuu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 31.07
drukowana A5
kolorowa
za 55.49