E-book
7.88
drukowana A5
66.21
Zaprzeczenie

Bezpłatny fragment - Zaprzeczenie


Objętość:
423 str.
ISBN:
978-83-8467-978-4
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 66.21

ROZDZIAŁ 1 — Kobieta

Krzysztof zobaczył ją przy drugim stoliku od okna. Nie rozpoznał jej od razu. Najpierw zwrócił uwagę na dłoń. Kobieta trzymała filiżankę za ucho dwoma palcami, a małym dotykała porcelany od spodu, jakby sprawdzała, czy kawa jest jeszcze ciepła. Ten gest zatrzymał go skuteczniej niż twarz.

Stał kilka metrów od niej z telefonem w ręce i nie słyszał człowieka, który coś do niego mówił.

— Krzysztof?

— Przepraszam.

— Pytałem, czy wracasz dzisiaj do Lugano.

— Tak. Oczywiście.

Schował telefon do kieszeni, a kiedy kobieta odstawiła filiżankę, zobaczył jej profil.

Włosy miała krótsze. Kiedyś opadały znacznie poniżej ramion i rano zbierała je jedną ręką, szukając drugą gumki, której zazwyczaj nie mogła znaleźć. Teraz sięgały ledwie karku. Były też ciemniejsze, poprzetykane pojedynczymi srebrnymi nitkami.

Minęły dwadzieścia trzy lata. Policzył bez zastanowienia.

Dwadzieścia trzy.

Człowiek przez taki czas zdąży zmienić samochód kilka razy, mieszkanie przynajmniej raz, przytyć, schudnąć, stracić włosy albo cierpliwość. Twarz też się zmieniała. Ale niektóre gesty najwyraźniej nie. Krzysztof patrzył, jak kobieta ponownie sięga po filiżankę.

Dwa palce na uchu. Mały pod spodem.

Pamiętał ten gest z poranków, kiedy siedziała naprzeciwko niego jeszcze zaspana, z hotelowych śniadań i z kawiarni, w której zawsze zamawiała espresso, a potem narzekała, że jest za gorzkie. Pamiętał też jej śmiech, kiedy zapytał kiedyś, po co w takim razie je pije.

— Żeby mieć na co narzekać.

Przez moment niemal usłyszał jej głos. Kobieta przy oknie powiedziała coś do siedzącego naprzeciw niej mężczyzny i uśmiechnęła się.

Ten sam uśmiech.

A może tylko chciał, żeby był ten sam. Pod mostkiem pojawił się nieprzyjemny ucisk. Powinien był wyjść.

Spotkanie skończyło się kilkanaście minut wcześniej. Miał pociąg, kilka telefonów do wykonania i wiadomość od Anny, na którą jeszcze nie odpowiedział. Wszystko przemawiało za tym, żeby odwrócić się, przejść przez lobby i zostawić kobietę przy drugim stoliku od okna razem z jej kawą, rozmówcą i dwudziestoma trzema latami.

Zrobił kilka kroków w jej stronę, wciąż nie wiedząc, co powie. Jej imię przyszło samo.

— Laura?

Kobieta podniosła głowę.

Nie drgnęła.

Nie wypuściła filiżanki z ręki. Nie pobladła. Nie zrobiła niczego, co przez te wszystkie lata Krzysztof wyobrażał sobie czasem bez żadnego powodu. Po prostu spojrzała na niego. Jej oczy się nie zmieniły.

To one odebrały mu resztkę wątpliwości.

— Laura — powtórzył ciszej.

Mężczyzna siedzący naprzeciwko niej przerwał rozmowę. Kobieta postawiła filiżankę na spodku.

— Słucham?

Krzysztof uśmiechnął się, choć poczuł, że robi to niezręcznie.

— Nie poznajesz mnie?

Patrzyła na niego kilka sekund. Nie było w tym spojrzeniu złości. Ani strachu. Ani nawet próby przypomnienia sobie twarzy.

Była uprzejmość.

Uprzejmość wobec obcego człowieka.

— Obawiam się, że nie.

Uśmiech zniknął mu z twarzy.

— Krzysztof.

Powiedział swoje imię tak, jakby samo miało wystarczyć. Nie wystarczyło. Kobieta lekko pokręciła głową.

— Przepraszam.

— Krzysztof Wolski.

Cisza trwała może sekundę. Może dwie.

— Naprawdę mi przykro — powiedziała. — Chyba mnie pan z kimś pomylił.

Mężczyzna przy stoliku spojrzał najpierw na nią, potem na Krzysztofa.

— Wszystko w porządku?

— Tak.

Odpowiedziała szybko, ale spokojnie. Krzysztof nadal na nią patrzył. Teraz z bliska widział zmarszczki przy oczach. Cienką linię biegnącą od nosa do kącika ust. Maleńką jasną plamkę na lewej skroni, której wcześniej nie było.

Ale oczy były jej.

Usta też.

I sposób, w jaki przed chwilą powiedziała „tak”.

— Florencja — powiedział.

Kobieta zmarszczyła brwi.

— Słucham?

— Dwa tysiące trzeci. Via della Scala.

Tym razem coś się wydarzyło. Tak mu się przynajmniej wydawało. Jej palce, spoczywające dotąd swobodnie obok filiżanki, przesunęły się o kilka milimetrów. Mały palec schował się pod dłonią.

Tylko tyle.

— Nie wiem, o czym pan mówi.

— Hotel Alba.

Mężczyzna przy stoliku wyprostował się.

— Proszę pana…

Krzysztof nawet na niego nie spojrzał. Patrzył na kobietę.

Wspomnienie przyszło bez ostrzeżenia.

Nie hotel.

Nie pokój.

Najpierw zapach.

Mydło, którego używała, i coś jeszcze — lekko cytrusowego, co zostawało na skórze przy szyi. Leżała wtedy bokiem, odwrócona do niego plecami. Przesunął palcami wzdłuż jej ramienia, a ona złapała go za rękę i przycisnęła ją do siebie.

Pamiętał ciepło jej skóry, śmiech i nawet jego powód. Obraz zniknął równie szybko, jak się pojawił. Przed nim siedziała kobieta blisko pięćdziesiątki i patrzyła na niego jak na człowieka, który przekroczył granicę przyzwoitości.

— Krzysztof — powiedział jeszcze raz. — Byliśmy tam razem.

Teraz już nie wyglądała na zaskoczoną. Wyglądała na zmęczoną.

— Nie znam pana.

Powiedziała to wyraźnie. Każde słowo osobno.

Krzysztof milczał.

Kobieta sięgnęła po filiżankę, obejmując ucho dwoma palcami i podpierając porcelanę małym od spodu.

— Proszę pozwolić nam dokończyć rozmowę.

Krzysztof cofnął się o krok.

Nie przeprosił.

Nie potrafił.

Odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia. Dopiero przy drzwiach hotelu wyjął telefon. Na ekranie czekała wiadomość od Anny.

„Kup chleb, jeśli będziesz przechodził obok piekarni.”

Przeczytał ją dwa razy, po czym spojrzał przez szybę. Z miejsca, w którym stał, widział tylko fragment kawiarni. Kobieta nadal siedziała przy stoliku. Jej rozmówca coś mówił. Ona go nie słuchała. Patrzyła na własną dłoń.

Na zewnątrz uderzyło go ciepłe, ciężkie powietrze. Stał pod hotelowym daszkiem, choć nic nie padało. Ludzie omijali go z walizkami, ktoś rozmawiał przez zestaw słuchawkowy, taksówka zatrzymała się przy krawężniku i natychmiast odjechała.

Krzysztof schował telefon, po czym wyjął go ponownie. Wiadomość od Anny nadal była na ekranie. Chleb. Zwykłe słowo, które jeszcze dziesięć minut temu należało do zwykłego dnia.

Odpisał: „Kupię”.

Nie ruszył jednak w stronę dworca.

W odbiciu szyby widział fragment lobby. Laura — jeżeli była Laurą — nadal siedziała przy stoliku. Mężczyzna naprzeciw niej mówił coś szybko, gestykulując. Ona odpowiadała krótko. W pewnej chwili odwróciła głowę w stronę wejścia.

Krzysztof cofnął się od szyby. Poczuł się absurdalnie. Jak człowiek, który podgląda obcą kobietę, bo przypomina mu kogoś sprzed ćwierćwiecza. Tyle że nie przypominała.

To była ona.

Pamięć nie przyszła tym razem obrazem. Najpierw pojawiło się wrażenie jej ciężaru przy jego boku i ciepła nagiej skóry pod dłonią. Potem zapach włosów. Leżeli kiedyś przy otwartym oknie, a z ulicy dochodził stuk naczyń z restauracyjnego ogródka. Laura miała głowę na jego ramieniu i przesuwała palcem po jego klatce piersiowej, bez celu, leniwie.

— Nie zasypiaj — powiedział wtedy.

— Nie śpię.

— Śpisz.

— W takim razie przestań rozmawiać ze śpiącą kobietą.

Pamiętał, że się roześmiał. Pamiętał też, jak uniosła głowę i pocałowała go w miejsce tuż pod obojczykiem, bardziej zaczepnie niż czule. Później przyciągnął ją bliżej. Nie potrzebował fotografii, żeby pamiętać sposób, w jaki wtulała się w niego po wszystkim, jakby przez kilka minut świat poza łóżkiem przestawał istnieć.

To nie było wspomnienie, które można było pomylić z twarzą zauważoną kiedyś w tramwaju.

Krzysztof zamknął oczy.

Wtedy przypomniał sobie bliznę. Niewielką, jasną, tuż nad lewym biodrem. Kiedy zapytał o nią pierwszy raz, odsunęła jego rękę.

— Tego nie dotykaj.

— Boli?

— Nie.

— Więc?

Spojrzała na niego wtedy długo.

— Nie wszystko, co nie boli, trzeba dotykać.

Kilka tygodni później sama położyła jego dłoń w tym miejscu.

Nie powiedziała nic. Krzysztof otworzył oczy.

Tego szczegółu nie zamierzał jej teraz rzucać w twarz przy stoliku. Sama myśl o tym wydała mu się ordynarna.

Ale blizna istniała.

Albo istniała w jego pamięci. Po raz pierwszy dopuścił tę drugą możliwość i natychmiast ją odrzucił. Ruszył w stronę dworca. W pociągu wybrał miejsce przy oknie. Otworzył laptop, ale przez pierwsze dwadzieścia minut nie przeczytał nawet jednej wiadomości. Zamiast tego obserwował przesuwający się za szybą krajobraz.

Anna zadzwoniła, kiedy pociąg zwalniał przed kolejną stacją.

— Żyjesz?

— Jeszcze.

— To dobrze. W domu skończyło się mleko.

— Chleb i mleko.

— Jestem pod wrażeniem. Zapisujesz?

Uśmiechnął się mimowolnie.

— Mam pamięć.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

— Wiem — odpowiedziała Anna. — Czasami aż za dobrą.

Krzysztof spojrzał w szybę.

— Coś się stało? — zapytała.

— Nie.

Skłamał zbyt szybko. Anna znała go wystarczająco długo, żeby to usłyszeć.

— Dobrze — powiedziała tylko. — Opowiesz w domu.

Rozłączyła się.

Krzysztof przez moment trzymał telefon przy uchu. Nie wiedział, co właściwie miałby jej opowiedzieć.

Że spotkał kobietę, z którą dwadzieścia trzy lata wcześniej sypiał, śmiał się, kłócił i budził w obcych pokojach? Że pamiętał jej ciało dokładniej, niż powinien? Że ona patrzyła na niego tak, jakby nigdy nie podała mu ręki?

A przede wszystkim: dlaczego Anna nigdy wcześniej o niej nie słyszała?

Krzysztof zamknął laptop.

Wieczorem wszedł do domu z chlebem pod pachą i mlekiem w papierowej torbie. Na lodówce, obok listy zakupów i kilku starych magnesów, wisiało zdjęcie Mai z ostatnich wakacji. Ich córka od kilku lat mieszkała osobno, więc wieczorami dom należał zwykle tylko do nich.

Anna siedziała przy kuchennym stole. Miała na sobie jego starą koszulę, tę granatową, której od miesięcy szukał i którą najwyraźniej dawno uznała za swoją. Bose stopy oparła na poprzeczce krzesła.

— Znalazłaś ją — powiedział.

Spojrzała na koszulę.

— Co?

— Moją koszulę.

— Nie wiedziałam, że zaginęła.

— Pytałem o nią.

— Mnie?

— Ciebie.

Anna napiła się wina.

— W takim razie musiałeś pytać w chwili, kiedy nie słuchałam.

— Czyli przez ostatnie dwadzieścia lat?

— Mniej więcej.

Podszedł i pocałował ją w czubek głowy. Pachniała szamponem. Kiedy położył dłoń na jej karku, Anna odchyliła głowę i przez moment przytrzymała jego nadgarstek. Ten gest także znał.

Inaczej niż tamten przy filiżance. Ten należał do ich domu, do wspólnych poranków, do nocy, w których nie musieli już niczego sobie udowadniać. Znał linię jej ramion, ciepło skóry pod koszulą, sposób, w jaki przysuwała się do niego, kiedy chciała bliskości, i ten drugi — prawie identyczny — kiedy chciała tylko, żeby przez jeden moment przy niej został.

Pochylił się i pocałował ją w szyję.

— To za mleko? — zapytała.

— Za koszulę.

— W takim razie mogę ukraść jeszcze spodnie.

Zaśmiał się.

Anna odwróciła się do niego.

— A teraz powiedz.

— Co?

— To, czego nie powiedziałeś przez telefon.

Krzysztof cofnął dłoń.

Na stole stały dwa kieliszki. Anna nalała mu wina, zanim wrócił. Po dwudziestu jeden latach małżeństwa znała jego powroty do domu równie dobrze, jak on znał jej ciało.

Usiadł naprzeciwko.

— Spotkałem dzisiaj kogoś.

— To brzmi źle już od pierwszego zdania.

— Kobietę.

— Teraz brzmi jeszcze lepiej.

Krzysztof nie odpowiedział uśmiechem. Anna odstawiła kieliszek.

— Znasz ją?

Spojrzał na żonę.

Właściwa odpowiedź powinna brzmieć: tak. Tylko że po południu kobieta przy drugim stoliku od okna powiedziała mu dokładnie coś przeciwnego.

— Myślałem, że znam.

Anna nie odezwała się od razu. Przesunęła kieliszek o kilka centymetrów, jakby robiła miejsce dla rozmowy, której jeszcze nie rozumiała.

— To znaczy?

— Spotkałem ją w hotelu. Po spotkaniu. Siedziała w kawiarni.

— I?

Krzysztof potarł kciukiem krawędź kieliszka.

— Powiedziała, że mnie nie zna.

Anna przyglądała mu się chwilę, po czym oparła łokcie o stół.

— A zna?

— Tak.

Odpowiedział bez wahania.

— Skoro pytasz mnie takim tonem, to rozumiem, że nie chodzi o koleżankę z podstawówki.

— Byliśmy razem.

— Kiedy?

— Dawno.

— Krzysztof.

— Dwadzieścia trzy lata temu.

Anna cofnęła się na krześle i nie zrobiła sceny. To było gorsze. Kiedy była naprawdę zaskoczona, najpierw milczała.

— Przed naszym ślubem?

— Tak.

Anna popatrzyła na niego tak, jakby szybko przeliczała daty.

— I nigdy o niej nie wspomniałeś.

— Nie było po co.

— A dzisiaj nagle jest po co.

— Bo powiedziała, że mnie nie zna.

— To już słyszałam. Pytam, dlaczego ty wyglądasz, jakby ktoś powiedział ci, że nie nazywasz się Wolski.

— Bo to nie była znajomość na dwa tygodnie.

Anna położyła dłonie płasko na stole.

— Jak długo?

— Kilka miesięcy.

— Kilka, czyli?

— Sześć. Może siedem.

— I była ważna?

Krzysztof nie odpowiedział od razu. Anna skinęła głową, jakby dostała odpowiedź.

— Rozumiem.

— Anka…

— Nie. Jeszcze nie tłumacz. Najpierw chcę wiedzieć, co dokładnie się dzisiaj wydarzyło.

Krzysztof opowiedział jej o stoliku, filiżance i Via della Scala. Pominął wspomnienie łóżka. Pominął bliznę. Pominął to, że stojąc przed tamtą kobietą, pamiętał nie tylko jej twarz, ale także ciepło jej ciała.

Anna słuchała bez przerywania.

— I jesteś pewien, że to ona?

— Jestem.

— Po dwudziestu trzech latach.

— Tak.

— Na podstawie twarzy i tego, jak trzyma filiżankę?

— Nie tylko.

— Czego jeszcze?

Krzysztof spojrzał na jej palce. Obracała obrączkę, czego zwykle nie robiła.

— Są rzeczy, których nie da się pomylić.

— Powiedz konkretnie.

— Wiem.

Anna wstała. Podeszła do blatu i nalała sobie trochę wody. Koszula Krzysztofa przesunęła się po jej udach. Jeszcze kilka minut wcześniej ten widok był częścią zwyczajnego wieczoru. Teraz zauważył, jak bardzo ich dom potrafi być intymny bez żadnej nagości: jego koszula na niej, jej kieliszek po jego stronie stołu, dwa kubki suszące się przy zlewie.

— Spałeś z nią? — zapytała, nie odwracając się.

Krzysztof milczał sekundę za długo. Anna spojrzała przez ramię.

— To było proste pytanie.

— Tak.

W kuchni zrobiło się bardzo cicho.

— Kochałeś ją?

— Wtedy chyba tak.

— A ona ciebie?

— Myślałem, że tak.

Anna wróciła do stołu, ale nie usiadła.

— I ta kobieta dzisiaj patrzy ci w oczy i mówi, że nigdy cię nie znała.

— Dokładnie.

— To albo kłamie, albo ty się mylisz.

— Nie mylę się.

— Mówisz to już trzeci raz. To nie czyni tego bardziej prawdziwym.

Zirytował się.

— Pamiętam rzeczy, których nie można sobie pomylić.

Anna zmrużyła oczy.

— Jakie rzeczy?

Zawahał się.

— Intymne.

Tym razem to ona milczała. Krzysztof od razu pożałował słowa, ale było za późno.

— Rozumiem — powiedziała cicho. — Czyli pamiętasz ją dobrze.

— Nie o to mi chodziło.

— O to.

Anna podeszła bliżej, skupiona, bez śladu gwałtownego gniewu.

— Chcę wiedzieć jedną rzecz. Gdyby dzisiaj powiedziała: „Krzysztof, oczywiście, że cię pamiętam”, wróciłbyś do domu i opowiedział mi o niej?

Nie potrafił odpowiedzieć natychmiast. Anna uśmiechnęła się bez radości.

— No tak.

— Nie wiem.

— To akurat ci wierzę.

Odeszła od stołu.

Krzysztof patrzył, jak znika w korytarzu, a po chwili usłyszał wodę w łazience. Został sam z dwoma kieliszkami i chlebem, którego nawet nie wyjął z torby. Po dziesięciu minutach poszedł za nią.

Anna stała przed lustrem i zmywała makijaż. Koszulę miała rozpiętą o jeden guzik więcej niż wcześniej. Na umywalce leżał mokry wacik, obok jej perfumy. Krzysztof oparł się o framugę.

— Nie chciałem cię zranić.

— Wiem.

— To było przed tobą.

— Wiem.

— Więc o co chodzi?

Anna spojrzała na niego w lustrze.

— O to, że przez ponad dwadzieścia lat nie wiedziałam, że istniała kobieta, którą nadal potrafisz rozpoznać po tym, jak trzyma filiżankę.

Krzysztof nic nie powiedział. Anna odłożyła wacik.

— To robi różnicę.

Odwróciła się do niego. Stała blisko. W normalny wieczór objąłby ją odruchowo. Teraz ręce miał nieruchome.

— I jeszcze coś — dodała. — Jeżeli naprawdę chcesz sprawdzić, czy ona kłamie, najpierw sprawdź siebie.

— Co to znaczy?

— Znajdź coś, co nie zależy od pamięci.

— Mam zdjęcia.

— Masz zdjęcia?

Rozmowa skręcała w stronę, której nie planował.

— Chyba mam.

— Chyba?

— Stare pudełko. W piwnicy albo w gabinecie.

Anna zapięła guzik koszuli.

— To idź i sprawdź.

Nie było w tym zachęty. Raczej polecenie.

Pudełko znalazł po pół godzinie na najwyższej półce w szafie gabinetu. Karton był miękki na rogach i pachniał kurzem. W środku leżały bilety, stare rachunki, dwie pocztówki z Florencji, koperta bez znaczka i fotografie.

Krzysztof usiadł na podłodze i obejrzał pierwsze zdjęcie, przedstawiające grupę ludzi przed restauracją. Na drugim był jakiś plac. Trzecie było zrobione w pokoju hotelowym. Na nim był on. Młodszy o ponad dwie dekady, bez siwizny, w białej koszuli rozpiętej pod szyją. Siedział na brzegu łóżka i patrzył w bok.

Na skraju kadru widoczna była kobieca dłoń.

Tylko dłoń.

Smukłe palce. Ciemny lakier na paznokciach. Na nadgarstku cienka bransoletka z małym, okrągłym medalionem. Przeszedł go nagły chłód.

Pamiętał tę bransoletkę.

Laura zdejmowała ją czasem przed snem i kładła na nocnym stoliku. Raz, kiedy leżeli już pod cienkim prześcieradłem, medalion zaplątał się w jej włosy. Krzysztof próbował go uwolnić, a ona śmiała się tak długo, że w końcu musiał zapalić światło. Później usiadła na nim okrakiem, naga od pasa w górę, i sama rozplątała łańcuszek, mówiąc, że mężczyźni nie powinni naprawiać rzeczy delikatniejszych niż klucz francuski.

Wspomnienie było ostre, pełne światła lampki i ciepła jej ud po obu stronach jego bioder. Nie erotyczne przez samą nagość. Erotyczne przez to, jak naturalna była wtedy jej obecność blisko niego.

Krzysztof odwrócił fotografię.

Na odwrocie ktoś napisał długopisem: „Firenze, maggio 2003”. Pod spodem były dwie litery.

L. M.

Serce zabiło mu szybciej.

Usłyszał kroki.

Anna stanęła w drzwiach gabinetu.

— Znalazłeś?

Krzysztof podał jej fotografię. Anna długo jej się przyglądała.

— To ty.

— Tak.

— A ona?

— Jej ręka.

— Tego nie da się udowodnić.

— Spójrz na bransoletkę.

— Co z nią?

— Nosiła ją zawsze.

Anna odwróciła zdjęcie.

— L.M. — przeczytała. — Laura… co?

Krzysztof otworzył usta. I wtedy zorientował się, że nazwisko nie przychodzi.

Nie od razu. Nie tak, jak powinno.

— Laura…

Anna czekała.

Krzysztof poczuł pustkę, której nie było tam jeszcze kilka godzin wcześniej. Wiedział, jak pachniała. Wiedział, gdzie miała bliznę. Wiedział, że kiedy była senna, mówiła wolniej. Wiedział, że lubiła gorzką kawę, choć zawsze na nią narzekała.

Ale przez kilka długich sekund nie potrafił przypomnieć sobie jej nazwiska. Anna patrzyła już nie na fotografię.

Patrzyła na niego.

— M… — powiedział w końcu Krzysztof.

Jedna litera, nic więcej. Anna oparła biodro o framugę.

— To dość szeroki wybór nazwisk.

— Wiem.

— Byłeś z nią kilka miesięcy i nie pamiętasz, jak się nazywała?

— Pamiętam.

— Widzę.

Nie powiedziała tego złośliwie. To było gorsze. W jej głosie pojawiła się ostrożność, jaką ludzie zachowują wobec rzeczy, których jeszcze nie rozumieją. Krzysztof ponownie spojrzał na litery.

L. M.

M jak…

Przez moment zobaczył drzwi. Mosiężną cyfrę 17. Laurę stojącą przy nich boso, w jego białej koszuli. Materiał kończył się wysoko nad kolanami. Miała rozpięte dwa górne guziki i mokre włosy po prysznicu.

— Nie patrz tak — powiedziała.

— Jak?

— Jakbyś chciał zapamiętać.

— A nie powinienem?

Uśmiechnęła się wtedy i podeszła bliżej. Zatrzymała się tak blisko, że czuł wilgoć jej włosów na policzku.

— Nie wszystko trzeba zabierać ze sobą.

To zdanie wróciło teraz z zadziwiającą dokładnością.

Nazwisko nie.

— Może to nie jej inicjały — powiedziała Anna.

Krzysztof podniósł głowę.

— Co?

— Zakładasz, że napisała to ona. Skąd wiesz?

— Bo zdjęcie było moje.

— Ale skąd wiesz, że to ona napisała?

Anna weszła do gabinetu i położyła fotografię na biurku.

— Masz listy?

— Powinny tu być.

— „Powinny” zaczyna być dzisiaj popularnym słowem.

Przesunął następne teczki. Rachunki, stare umowy, dokumenty samochodu, którego od piętnastu lat nie posiadał. Na dnie znalazł kopertę przewiązaną cienkim sznurkiem.

Zatrzymał rękę.

— To?

— Chyba.

Anna nie sięgnęła po kopertę.

— Chcesz, żebym wyszła?

Pytanie zaskoczyło go bardziej niż powinno.

— Nie.

— To są listy od kobiety, z którą mnie zdradzałeś?

— Nie zdradzałem cię.

— Krzysztof.

— Było przed nami.

Anna patrzyła na niego, po czym skinęła głową.

— Dobrze. To ważna różnica.

Usiadła w fotelu naprzeciw biurka.

— Otwórz.

Sznurek puścił łatwo, a w środku było sześć kopert. Krzysztof spodziewał się, że rozpozna pismo, lecz tak się nie stało. Pierwszą kopertę otworzył ostrożnie. Papier pożółkł przy krawędziach, a na górze widniała tylko data.

12 czerwca 2003.

Bez miejsca.

Bez imienia.

Przeczytał pierwsze zdanie. „Nie dzwoń do mnie do domu.”

Anna nie poruszyła się. Krzysztof czytał dalej w milczeniu. Kilka zdań o spotkaniu. O tym, że ktoś zaczął zadawać pytania. O konieczności zmiany miejsca. Potem fragment, który pamiętał. Nie słowo w słowo.

Ale pamiętał jego sens.

„Kiedy jesteśmy sami, wszystko wydaje się proste. Najgorsze zaczyna się, kiedy trzeba znowu założyć ubrania i wrócić do własnego życia.”

Pod tekstem nie było podpisu. Anna wyciągnęła rękę.

— Mogę?

Podał jej kartkę. Czytała wolniej niż on. Kiedy skończyła, nie oddała jej od razu.

— Mówiłeś, że była wolna.

— Była.

— A to?

Dotknęła paznokciem pierwszego zdania.

— Nie dzwoń do mnie do domu.

— Mieszkała z rodzicami.

— Mając dwadzieścia kilka lat?

— Tak mi się wydaje.

— Znowu.

— Co znowu?

— „Wydaje mi się”.

Zirytował się.

— Minęły dwadzieścia trzy lata.

— Wiem. Nie rozumiem tylko, czemu jej nazwisko jest problemem, a pamiętasz, gdzie miała bliznę.

Cisza zrobiła się nagle zbyt gęsta. Krzysztof spojrzał na żonę.

— Skąd wiesz o bliźnie?

Anna uniosła oczy znad kartki.

— Nie wiem.

— Powiedziałaś…

— Powiedziałeś przed chwilą.

— Nie powiedziałem.

— Krzysztof, powiedziałeś.

Był pewien, że nie.

Prawie pewien.

Przez kilka sekund oboje milczeli. Anna odłożyła list.

— Jesteś zmęczony.

— Nie jestem.

— Od rana byłeś w drodze, potem spotkanie, potem to.

— Wiem, co powiedziałem.

— A ja wiem, co usłyszałam.

Nie podniosła głosu.

Krzysztof poczuł pierwszy chłód, który nie miał nic wspólnego z Laurą. Sięgnął po drugą kopertę. Była pusta.

Sprawdził jeszcze raz.

Nic.

Trzecia zawierała krótki list, czwarta rachunek z restauracji, piąta kartkę hotelową. Szósta była zaklejona.

— Nigdy jej nie otworzyłeś? — zapytała Anna.

— Nie pamiętam.

— Nie otwieraj.

— Dlaczego?

— Bo jeśli była zaklejona przez dwadzieścia trzy lata, to przez jedną noc nic jej się nie stanie.

— A tobie?

Anna uśmiechnęła się krótko.

— Mnie też nie.

Wstała.

Krzysztof złapał ją lekko za rękę, kiedy przechodziła obok.

Zatrzymała się.

Przez materiał jego koszuli czuł ciepło jej biodra. Przesunął kciukiem po wewnętrznej stronie jej nadgarstka. Był to jeden z tych drobnych gestów, które przez lata przestały potrzebować wyjaśnienia. Anna spojrzała na jego dłoń.

— Nie rób tego ze strachu.

— Czego?

— Nie próbuj mnie teraz dotykiem przekonać, że wszystko między nami jest w porządku.

Puścił jej rękę.

— Nie próbuję.

— Wiem.

Pochyliła się i pocałowała go w usta. Krótko, miękko. Bez gniewu, ale też bez obietnicy.

— Więc mówię ci to teraz.

Wyszła.

Krzysztof został sam. Zaklejona koperta leżała na biurku.

Nie otworzył jej.

Przynajmniej przez pierwsze pięć minut. Potem wsunął palec pod krawędź papieru i znalazł w środku jedną kartkę.

Bez daty.

Tym razem na dole widniał podpis. Krzysztof przeczytał go raz.

Potem drugi.

Laura.

Tylko imię.

Niżej, innym długopisem, ktoś dopisał numer telefonu. Numer zaczynał się od włoskiego prefiksu. A pod nim znajdowało się jedno zdanie:

„Jeżeli kiedyś mnie zobaczysz, nie podchodź.”

ROZDZIAŁ 2 — Pomyłka

Następnego ranka Krzysztof obudził się przed szóstą. Anna spała odwrócona do niego plecami. Przez uchylone zasłony wpadało blade światło. Przez kilka minut leżał bez ruchu, patrząc na linię jej karku i nagie ramię wystające spod kołdry.

Znał to ciało od ponad dwóch dekad. Znał drobną nierówność skóry na ramieniu, miejsce pod łopatką, w którym Anna lubiła, kiedy ją całował, i sposób, w jaki przez sen szukała stopą jego nogi, nawet kiedy wieczorem byli na siebie źli.

Teraz także to zrobiła, a jej pięta dotknęła jego łydki. Delikatnie przykrył jej ramię, po czym wstał. W gabinecie kartka nadal leżała na biurku.

„Jeżeli kiedyś mnie zobaczysz, nie podchodź.”

W świetle poranka zdanie wyglądało jeszcze gorzej. Krzysztof wziął telefon.

Przepisał numer.

Patrzył na zieloną ikonę połączenia.

Nie nacisnął.

Zamiast tego otworzył wyszukiwarkę kontaktów. Nie znalazł numeru, więc spróbował wpisać samo imię.

Laura.

Trzy wyniki. Żaden właściwy.

Wrócił do fotografii.

L.M.

I wtedy, bez żadnego ostrzeżenia, nazwisko pojawiło się w jego głowie.

Nie jak wspomnienie. Jak słowo przeczytane chwilę wcześniej.

Moretti.

Laura Moretti.

Krzysztof powtórzył je na głos.

— Laura Moretti.

Z sypialni nie dobiegł żaden dźwięk. Wpisał nazwisko do telefonu, ale nie znalazł żadnego kontaktu.

Sięgnął po laptop. Po kilku minutach znalazł pierwszą rzecz, która naprawdę go przestraszyła.

Laura Moretti istniała. Tylko że kobieta na zdjęciu nie była kobietą z hotelu.

Na ekranie widniało zdjęcie kobiety o jasnych włosach związanych nisko na karku. Miała może pięćdziesiąt lat. Stała przed budynkiem z kamienną fasadą i trzymała w rękach rulon papieru. Pod fotografią: Laura Moretti, architetta, Firenze.

Krzysztof powiększył zdjęcie.

Nie znał tej twarzy. Przewinął stronę niżej. Biogram. Studia we Florencji. Projekty. Nagroda z 2018 roku. Wywiad dla lokalnego pisma. Wszystko wyglądało zwyczajnie i przez to jeszcze bardziej niepokojąco. Rok urodzenia też się zgadzał.

1977.

Krzysztof odsunął laptop.

— Co ty robisz? — usłyszał za plecami.

Anna stała w drzwiach w tej samej granatowej koszuli. Włosy miała związane niedbale, jak zwykle rano. Przez moment Krzysztof patrzył na nią i poczuł absurdalną ulgę, że przynajmniej jedna twarz w jego życiu nadal należy do właściwej osoby.

— Znalazłem ją.

Anna podeszła.

— Tę kobietę z hotelu?

— Laurę Moretti.

Obejrzała zdjęcie.

— To ona?

— Nie.

Anna zerknęła na niego.

— Czyli nie znalazłeś jej.

— Znalazłem Laurę Moretti.

— Krzysztof, jest szósta rano. Spróbuj mówić jak człowiek.

Przesunął laptop w jej stronę.

— Tak nazywała się kobieta, którą znałem. Jestem tego pewien.

— A to nie jest ona.

— Nie.

Anna usiadła na skraju biurka.

— Może pamiętasz złe nazwisko.

— A inicjały na zdjęciu?

— L.M. może oznaczać tysiąc rzeczy.

— I list podpisany Laura?

— Potwierdza imię.

Krzysztof przetarł twarz dłońmi.

— Nie rozumiem tego.

— To akurat mamy wspólne.

Anna sięgnęła po kartkę z numerem telefonu.

— Dzwoniłeś?

— Nie.

— To dobrze.

— Dlaczego?

— Bo o szóstej rano nawet własna matka mogłaby udawać, że cię nie zna.

Uśmiechnął się mimo napięcia.

— Zadzwonię później.

— Nie powiedziałam, że powinieneś.

— Muszę wiedzieć, kto to jest.

— Która? Ta ze strony czy ta z hotelu?

Nie odpowiedział.

Anna odłożyła kartkę.

— Uważam, że najpierw powinieneś zjeść śniadanie.

Odwróciła się, ale Krzysztof zatrzymał ją za biodro. Nie mocno. Odruchowo. Anna spojrzała na jego dłoń.

— Znowu?

— Tym razem bez strachu.

— A z czym?

Przyciągnął ją odrobinę bliżej.

— Z tobą.

Przez moment nic nie mówiła. Potem wsunęła palce w jego włosy i pocałowała go. Początkowo krótko, niemal ostrożnie. Krzysztof objął ją mocniej. Czuł pod cienkim materiałem koszuli ciepło jej pleców i znajomy kształt biodra. Anna oparła kolano o jego udo, jak robiła czasem, kiedy chciała, żeby przestał myśleć.

Pocałunek stał się wolniejszy. Przesunął ustami po jej szyi. Anna odchyliła głowę, ale po chwili położyła dłoń na jego piersi.

— Nie uciekaj tam — powiedziała cicho.

Zatrzymał się.

— Gdzie?

— Do mnie. Przed nią.

Krzysztof spojrzał na żonę. Anna poprawiła koszulę na ramieniu.

— Chcę cię. To nie jest problem. Problem zacznie się wtedy, kiedy będziesz mnie chciał po to, żeby przez godzinę nie myśleć o Laurze.

— Nie myślę o niej.

— Spędziłeś pół nocy w gabinecie.

— Myślę o tym, co się nie zgadza.

— Dla mnie na razie to jedno i to samo.

Pocałowała go jeszcze raz, tym razem w czoło.

— Kawa za pięć minut.

Wyszła.

Krzysztof został przy biurku.


Po dziewiątej zadzwonił pod numer z kartki.

Pierwszy sygnał.

Drugi.

Po czwartym włączyła się automatyczna sekretarka po włosku. Kobiecy głos mówił szybko. Krzysztof nie rozumiał wszystkiego, ale wystarczyło mu jedno słowo.

Moretti.

Rozłączył się bez zostawienia wiadomości. Pięć minut później numer oddzwonił. Patrzył na ekran, dopóki telefon nie zawibrował po raz trzeci.

Odebrał.

— Słucham?

— Chi parla? — zapytała kobieta.

— Czy mówi pani po angielsku?

Krótka pauza.

— Yes. Who is this?

Krzysztof przedstawił się. Nazwisko nie wywołało żadnej reakcji.

— Dzwonię w sprawie Laury Moretti.

— This is Laura Moretti.

— Przepraszam. To będzie dziwne pytanie. Czy była pani we Florencji w czerwcu 2003 roku?

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Mieszkałam wtedy we Florencji.

— Znała pani hotel Alba?

— Oczywiście. Był niedaleko dworca.

Puls przyspieszył.

— Czy zna pani kobietę, która używała pani nazwiska?

Tym razem cisza trwała dłużej.

— Proszę powiedzieć, dlaczego pan pyta.

Nie: nie.

Nie: to pomyłka. Dlaczego pan pyta.

Krzysztof usiadł.

— Spotkałem wczoraj kobietę. Wydaje mi się, że znałem ją dwadzieścia trzy lata temu. Wtedy przedstawiała się jako Laura Moretti.

Oddech po drugiej stronie stał się słyszalny.

— Jak wygląda?

Pytanie było natychmiastowe.

— Ciemne włosy. Teraz krótkie. Około pięćdziesięciu lat. Szczupła. Szare albo zielone oczy.

— Gdzie ją pan spotkał?

— W Zurychu.

— Proszę pana…

Głos kobiety zmienił się. Przestał być uprzejmy.

— Tak?

— Niech pan do mnie więcej nie dzwoni.

— Zna ją pani?

— Nie powiedziałam tego.

— Ale zapytała pani, jak wygląda.

— Każdy by zapytał.

— Nie każdy.

Laura Moretti milczała.

Krzysztof czekał.

— Czy ta kobieta ma bliznę? — zapytała w końcu.

Wstał tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o ścianę.

— Jaką?

— Niech pan odpowie.

Przed oczami znów zobaczył jasną linię nad lewym biodrem. Palce Laury zatrzymujące jego rękę. Potem, tygodnie później, tę samą dłoń prowadzoną przez nią w to miejsce.

— Nad lewym biodrem — powiedział.

Po drugiej stronie rozległ się cichy wydech.

— Proszę jej nie szukać.

— Kim ona jest?

— Nie mogę panu pomóc.

— Używała pani nazwiska.

— Powiedziałam: nie mogę.

— Dlaczego?

Kobieta rozłączyła się.


Krzysztof jeszcze przez kilka sekund trzymał telefon przy uchu. Potem spojrzał na drzwi gabinetu. Anna stała w nich z kubkiem kawy. Nie wiedział, od jak dawna.

— Słyszałaś? — zapytał.

— Tylko końcówkę.

— Wiedziała o bliźnie.

Anna nie odpowiedziała.

— Aniu. Wiedziała o bliźnie.

— Słyszałam.

Postawiła kubek na biurku.

— Czyli?

— Czyli nie zwariowałem.

— Tego nie powiedziałam.

Spojrzał na nią ostro.

Anna westchnęła.

— Krzysztof, żartuję. Prawie.

Usiadła naprzeciwko.

— Co dokładnie powiedziała?

Powtórzył rozmowę.

Anna słuchała bez przerywania.

— Mamy więc dwie Laury — powiedziała, kiedy skończył.

— Jedną Laurę.

— Nie. Jedna tak się nazywa. Druga twierdzi, że ciebie nie zna, a kiedyś używała tego nazwiska. To nie jest to samo.

Krzysztof spojrzał na fotografię.

— Muszę ją znaleźć.

— Tę z hotelu?

— Tak.

— A jeśli nie chce być znaleziona?

— To dlaczego wczoraj siedziała pięć metrów ode mnie?

— Może przez to, że świat nie kręci się wokół ciebie.

Powiedziała to łagodnie, ale trafiła precyzyjnie. Krzysztof odsunął zdjęcie.

— Na kartce napisała: jeżeli kiedyś mnie zobaczysz, nie podchodź.

— Tak.

— To znaczy, że przewidywała, że możemy się spotkać.

— Albo że nie chciała, żebyś ją kiedyś szukał.

— Dlaczego?

Anna objęła kubek obiema dłońmi.

— Może to jest pytanie, na które odpowiedź ci się nie spodoba.


Tego wieczoru Krzysztof nie wrócił do listów. Przynajmniej nie od razu. Anna czytała w łóżku. Kiedy położył się obok, zamknęła książkę i odłożyła ją na szafkę.

— Chodź tutaj — powiedziała.

Nie pytał, czy jest pewna. Przesunął się bliżej.

Anna położyła głowę na jego ramieniu. Przez kilka minut leżeli bez słowa. Krzysztof przesuwał dłonią po jej plecach, powoli, przez cienki materiał koszulki.

— To jest dziwne — powiedziała.

— Co?

— Że można być z kimś tyle lat i nagle odkryć, że istniała część jego życia, o której nie miało się pojęcia.

— To było przed tobą.

— Wiem. Nie mam prawa być zazdrosna o czas, w którym mnie nie znałeś.

Przesunęła palcami po jego brzuchu. Krzysztof odwrócił się do niej.

— Jesteś zazdrosna?

— Trochę.

— O kobietę, która twierdzi, że mnie nie zna?

— Przez to bardziej.

Uśmiechnął się.

Anna pocałowała go. Tym razem nie zatrzymała się na pocałunku. Krzysztof wsunął dłoń pod jej koszulkę i położył ją płasko na brzuchu. Pod palcami poczuł drobne drżenie. Anna przyciągnęła go bliżej, a jego dłoń przesunęła się po talii na plecy.

Pocałował ją pod uchem. Anna odchyliła głowę.

— Tylko jedna rzecz — szepnęła.

— Jaka?

— Dzisiaj nie wypowiadaj jej imienia.

Krzysztof zatrzymał się na ułamek sekundy. Anna sama zsunęła koszulkę przez głowę. Pod nią został jasny stanik.

— Nie zamierzałem.

— Dobrze.

Rozpiął zapięcie. Anna zsunęła ramiączka, ale nie odwróciła się do niego plecami. Patrzyła, kiedy przesuwał dłonie po jej skórze. Kiedy objął jedną pierś, Anna zagryzła wargę i wygięła się lekko w jego stronę. Oddech urwał jej się na moment.

Potem sama wsunęła ręce pod jego koszulkę i ściągnęła ją przez głowę. Ubrania znikały wolno. Na końcu została skóra, ciepło jej uda między jego nogami i palce Anny przesuwające się po jego brzuchu, coraz mniej cierpliwie.

Krzysztof przez moment próbował utrzymać ten sam spokojny rytm. Anna objęła go nogą i przyciągnęła bliżej. Dopiero wtedy przestali mówić.


Po wszystkim Anna zasnęła pierwsza. Krzysztof leżał na plecach i patrzył w ciemność. Czuł jeszcze ciepło jej uda na swojej nodze.

Był spokojniejszy.

Przez to wspomnienie przyszło tak wyraźnie. Laura leżała kiedyś dokładnie tak samo.

Nie obok niego.

Na nim.

Jej włosy rozsypały się po jego piersi. Oddychała szybko, potem coraz wolniej. Krzysztof przesunął dłonią po jej plecach, aż zatrzymał palce na jasnej bliźnie nad biodrem. Tym razem nie odsunęła jego ręki.

— Wiesz, co jest najgorsze? — zapytała.

— Co?

— Że kiedyś będziesz pamiętał nie to, co trzeba.

Wtedy uznał, że żartuje. Teraz już nie był tego pewien.

ROZDZIAŁ 3 — Druga kobieta

Krzysztof patrzył na zdjęcie w laptopie dłużej, niż było to potrzebne.

Laura Moretti miała jasne włosy, wąską twarz i okulary w cienkich, ciemnych oprawkach. Na stronie uniwersytetu widniała fotografia z konferencji sprzed dwóch lat. Podpis mówił, że prowadziła panel poświęcony migracji zarobkowej i pamięci rodzinnej.

Nie była kobietą z hotelu. Nie była nawet do niej podobna.

Krzysztof odsunął laptop.

Na ekranie telefonu wciąż miał zapisany numer z listu. Przez kilka sekund zastanawiał się, czy zadzwonić ponownie. Zrobił to. Odebrała po piątym sygnale.

— Pronto?

— Pani Moretti?

Krótka cisza.

— Tak.

— Dzwoniłem wczoraj.

— Pamiętam.

Jej głos był chłodny, ale nie zaskoczony.

— Powiedziała pani coś o bliźnie.

— Powiedział pan za dużo.

— To pani zapytała.

— Bo chciałam wiedzieć, czy rozmawiam z właściwym człowiekiem.

Zacisnął palce na telefonie.

— Właściwym?

— Panie Wolski, nie powinniśmy rozmawiać przez telefon.

— W takim razie spotkajmy się.

Cisza trwała tym razem dłużej.

— Nie.

— Zna pani kobietę, którą spotkałem?

— Tak.

Jedno słowo.

Wystarczyło.

Krzysztof wstał od biurka.

— Kim ona jest?

— Nie mogę panu powiedzieć.

— Nie może pani czy nie chce?

— To akurat nie ma znaczenia.

— Dla mnie ma.

— Wiem.

Znów to słowo. Jakby wiedziała o nim więcej, niż powinna.

— Laura — powiedział.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Niech pan tak do mnie nie mówi.

— Tak się pani nazywa.

— Ale pan mnie nie zna.

— Wygląda na to, że znałem kobietę, która używała pani imienia.

— To możliwe.

— I pani uważa, że to normalne?

— Nie.

— Więc proszę mi powiedzieć, co się wtedy wydarzyło.

— Nie przez telefon.

— Gdzie?

— Nie powiedziałam, że się spotkamy.

— Przed chwilą powiedziała pani, że nie przez telefon.

Usłyszał cichy oddech.

— Nadal jest pan uparty.

Krzysztof zamarł.

— Skąd pani wie, jaki jestem?

Połączenie zostało przerwane.

Przez kilka sekund patrzył na ekran. Anna stanęła w drzwiach gabinetu. Miała mokre włosy i przewiązany w pasie szlafrok.

— To była ona?

Krzysztof podniósł wzrok.

— Która?

— Ta prawdziwa Laura.

— Tak.

Anna podeszła do biurka.

— I?

— Zna kobietę z hotelu.

Anna znieruchomiała.

— Jest pewna?

— Powiedziała „tak”.

— Kim jest?

— Nie powiedziała.

Anna przesunęła palcem po krawędzi biurka.

— Czyli mamy kobietę, która wygląda jak twoja dawna kochanka, ale nią nie jest. Drugą kobietę, której imienia używała. Listy bez nazwiska. I ciebie, który pamięta bliznę lepiej niż nazwisko.

— Dziękuję za podsumowanie.

— Nie podsumowuję. Próbuję zrozumieć.

Podeszła bliżej.

Szlafrok rozchylił się minimalnie przy szyi. Krzysztof zobaczył mokrą skórę nad obojczykiem i pojedynczą kroplę wody zsuwającą się w dół. Jego wzrok zatrzymał się na niej o sekundę za długo.

Anna zauważyła.

— Nie uciekaj w to.

— Nie uciekam.

— Uciekasz.

Stała blisko, ale nie dotknęła go.

— Krzysztof, ja naprawdę nie mam problemu z tym, że miałeś życie przede mną. Mam problem z tym, że twoje życie sprzed mnie nagle weszło do naszego domu i nie wiemy nawet, jak ma na imię.

— Ja też tego nie chciałem.

— Wiem.

Jej głos złagodniał. Krzysztof objął ją w pasie.

Nie protestowała.

Przyciągnął ją do siebie ostrożnie, jakby pytał bez słów. Anna położyła dłonie na jego ramionach. Poczuł zapach szamponu i ciepło skóry pod cienkim materiałem. Przez pewien czas stali bez ruchu. Potem pocałowała go pierwsza.

Powoli.

Bez pośpiechu.

Krzysztof przesunął dłonią po jej plecach. Szlafrok był jeszcze wilgotny przy karku. Anna przysunęła się mocniej, a jego palce zatrzymały się na jej biodrze. To nie miało nic wspólnego z Laurą.

Przynajmniej chciał, żeby nie miało. Anna odsunęła usta od jego ust.

— Jesteś tutaj?

Pytanie było ciche.

— Tak.

— Na pewno?

Popatrzył jej w oczy.

— Tak.

Tym razem to ona objęła go za kark. Pocałunek stał się głębszy, ale nadal spokojny. Znajomy. Ich. Przez lata nauczyli się własnego tempa. Wiedzieli, kiedy zwolnić, kiedy zostać w bezruchu, kiedy wystarcza dłoń przesunięta po plecach, a kiedy jedno z nich chce więcej.

Anna cofnęła się o pół kroku.

— Zamknij laptop.

Zamknął.

— Telefon też.

Odłożył go ekranem do dołu.

Uśmiechnęła się.

— Tego gestu nie lubię.

— Jakiego?

— Telefon ekranem do dołu. Zawsze wygląda jak początek kłamstwa.

Krzysztof odwrócił telefon ekranem do góry.

— Lepiej?

— Trochę.

Podniosła rękę i dotknęła jego policzka.

— Chodź.

Poszli do sypialni.

Anna zdjęła szlafrok i odłożyła go na krzesło. Pod spodem miała tylko cienką koszulkę i bieliznę. Podeszła blisko i sama wsunęła dłonie pod jego koszulę. Przesunęła je po plecach, potem pociągnęła materiał do góry.

Krzysztof ściągnął koszulę. Kiedy objął Annę w talii, wsunął dłoń pod cienki materiał jej koszulki i położył ją na nagich plecach. Anna zadrżała. Nie z zimna. Jej piersi zarysowały się wyraźniej pod materiałem. Wzrok Krzysztofa zatrzymał się na sekundę. Anna uśmiechnęła się pod nosem.

— Chodź — powiedziała.

Usiadła na brzegu łóżka i pociągnęła go bliżej. Jego dłoń zeszła po jej boku na udo, a jej palce rozpięły pasek przy jego spodniach.

— Tutaj.

Znał to miejsce od lat, ale tej nocy Anna nie pozwoliła mu oprzeć się wyłącznie na pamięci. Odpowiadała ruchem, przyciągając go coraz bliżej, aż przestali potrzebować rozmowy.

Później leżeli obok siebie. Anna miała głowę na jego piersi. Jej palec przesuwał się leniwie po jego skórze.

Krzysztof zesztywniał.

Ten sam gest.

Nie identyczny.

A jednak wystarczająco podobny. Laura robiła tak samo. Anna uniosła głowę.

— Co?

— Nic.

— Nie.

Westchnął.

— Przypomniało mi się coś.

Anna odsunęła rękę.

— Ona?

— Tak.

Przez jedną chwilę patrzyła na niego bez słowa. Potem usiadła i sięgnęła po koszulę leżącą na podłodze.

— Przepraszam.

— Nie przepraszaj.

— Nie chciałem.

— Wiem. I przez to jest gorzej.

Założyła koszulę.

Krzysztof usiadł obok.

— Aniu…

— Nie rób teraz z tego sceny pojednania.

— Nie robię.

— To dobrze.

Wstała.

Przy drzwiach zatrzymała się.

— Dowiedz się, kim ona jest.

— Chcę.

— Nie dla niej.

Odwróciła się.

— Dla nas.

Został sam.

Kilka minut później telefon zawibrował w gabinecie. Krzysztof zobaczył wiadomość od nieznanego numeru.

Włoski prefiks.

„Jutro. 14:00. Como. Caffè Mistral. Sam.”

Pod spodem druga wiadomość:

„I nie mów Annie wszystkiego.”

Krzysztof przeczytał ją trzy razy. Potem spojrzał w stronę sypialni.

Przestraszył się.

Laura Moretti znała imię jego żony.

ROZDZIAŁ 4 — Como

Do Como przyjechał czterdzieści minut za wcześnie. Powiedział Annie, że musi załatwić jedną rzecz związaną z wczorajszym spotkaniem.

Nie skłamał.

Nie powiedział też prawdy. To rozróżnienie towarzyszyło mu od chwili, kiedy wyszedł z domu. Anna stała wtedy przy kuchennym blacie i kroiła pomidora.

— O której wrócisz?

— Nie wiem. Pewnie przed wieczorem.

— Sam?

— Co?

— Pytam, czy jedziesz sam.

— Tak.

Skinęła głową i wróciła do krojenia. Nie zapytała dokąd.

Przy Caffè Mistral wybrał stolik na zewnątrz. Zamówił espresso, choć nie miał na nie ochoty. O czternastej dokładnie zobaczył kobietę przechodzącą przez plac. Rozpoznał ją ze zdjęcia w internecie. Prawdziwa Laura Moretti była niższa, niż sobie wyobrażał. Miała jasne włosy spięte z tyłu i ciemne okulary przeciwsłoneczne. Szła szybko, bez rozglądania się.

Usiadła naprzeciwko.

— Pan Wolski.

— Pani Moretti.

— Bez nazwisk.

— Dlaczego?

— Bo tak będzie łatwiej.

Zdjęła okulary.

Jej spojrzenie było uważne.

— Pokazał pan komuś listy?

— Żonie.

Na twarzy Laury pojawiło się coś pomiędzy irytacją a rezygnacją.

— Prosiłam, żeby nie mówił jej pan wszystkiego.

— Wiadomość dostałem później.

— A teraz?

— Wie, że jadę coś sprawdzić.

— Czyli nie wie, że spotyka się pan ze mną.

— Nie.

Laura oparła się o krzesło.

— Zaczyna pan robić dokładnie to samo, co wtedy.

Krzysztof zesztywniał.

— Wtedy?

— Układać prawdę tak, żeby dało się z nią żyć.

— Nie znam pani.

— To prawda.

— A pani zna mnie?

Laura nie odpowiedziała od razu. Zaczekała, aż kelner postawi przed nią wodę i odejdzie.

— Widziałam pana raz.

— Kiedy?

— W dwa tysiące trzecim.

Zaschło mu w ustach.

— Gdzie?

— W Mediolanie.

— Nie pamiętam.

— I przez to tu jestem.

Wyjęła z torebki małą kopertę. Nie podała jej od razu.

— Kobieta, którą pan znał, nie nazywała się Laura Moretti.

— Tyle już wiem.

— Nazywała się Elena Ferri.

Imię nie wywołało niczego.

Żadnego obrazu.

Żadnego drgnięcia pamięci.

— Elena — powtórzył.

— Tak.

— I używała pani imienia?

— Czasami.

— Dlaczego?

— Bo moje nazwisko otwierało jej drzwi, których jej własne nie otwierało.

— Jakie drzwi?

Laura spojrzała na plac.

— To długa historia.

— Mam czas.

— Ona wtedy też tak mówiła.

— Co to znaczy?

— Że z panem wszystko miało być na chwilę.

Pierwszy raz od początku rozmowy Krzysztof się zezłościł.

— Skąd pani wie, czym miałem być dla niej?

Laura położyła palec na kopercie.

— Bo mi powiedziała.

— Znałyście się?

— Jesteśmy kuzynkami.

— Kuzynkami?

— Nasze matki były siostrami.

— Dlaczego używała pani nazwiska?

— Nie tylko nazwiska. Mojego imienia i nazwiska. Całej tożsamości.

— Nie rozumiem.

— Ma. Tylko nie dla pana.

Przesunęła kopertę po stoliku.

— Proszę.

W środku było zdjęcie. Stare, lekko wyblakłe.

Elena stała na balkonie. Miała na sobie jasną sukienkę na cienkich ramiączkach. Wiatr podnosił jej włosy. Żołądek ścisnął mu się nagle. To była kobieta z hotelu. Młodsza o dwadzieścia trzy lata.

Nie miał wątpliwości.

Odwrócił fotografię.

Na odwrocie napisano:

„E. Ferri, Bellagio, 2002.”

— Elena — powiedział.

Imię wciąż było obce.

— Dlaczego pamiętam Laurę?

— Bo tak się panu przedstawiła.

— Przez kilka miesięcy?

— Tak.

— I nigdy się nie pomyliła?

— Elena była dobra w oddzielaniu światów.

Krzysztof nie spuszczał wzroku ze zdjęcia.

— Gdzie ona jest?

Laura napiła się wody.

— Tego nie wiem.

Podniósł głowę.

— Wczoraj widziałem ją w hotelu.

— Wiem.

— Skąd?

— Napisała do mnie.

— Po spotkaniu ze mną?

— Dziesięć minut później.

— Co napisała?

Laura zawahała się.

— „Znalazł mnie.”

Przeszły go ciarki.

— Czyli mnie poznała.

— Oczywiście, że pana poznała.

— Dlaczego powiedziała, że mnie nie zna?

Laura przesunęła szklankę kilka centymetrów.

— Bo obiecała, że jeśli kiedyś pan ją odnajdzie, zrobi dokładnie to.

— Komu obiecała?

— Panu.

Krzysztof zaśmiał się krótko.

Bez humoru.

— To już jest absurd.

— Nie.

— Mam uwierzyć, że poprosiłem kobietę, z którą byłem, żeby po dwudziestu latach udawała, że mnie nie zna?

— Nie po dwudziestu.

— Co?

— Nie chodziło o czas.

Laura pochyliła się nad stolikiem.

— Powiedział pan: jeśli kiedykolwiek zobaczymy się przypadkiem, mamy być dla siebie obcy.

— Dlaczego miałbym to powiedzieć?

— Tego nie wiem.

— Ale była pani przy tym?

— Nie.

— Więc skąd pani wie?

— Od Eleny.

— Wygodne.

— Bardzo.

Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu. Krzysztof sięgnął po zdjęcie.

— Mogę je zabrać?

— Nie.

— Dlaczego?

— Bo nie jest pana.

— Jest na nim kobieta, z którą…

Urwał.

Laura spojrzała na niego uważnie.

— Z którą co?

— Byłem.

— To za mało.

— Dla pani może.

— Dla niej też.

— Co pani chce przez to powiedzieć?

— Że pan pamięta romans. Ona pamięta coś jeszcze.

— Co?

— Nie powiem.

— Po co w takim razie pani przyszła?

— Żeby sprawdzić, ile pan pamięta.

— A jeśli pamiętam wszystko?

Laura pokręciła głową.

— Nie pamięta pan nawet jej imienia.

To zabolało.

Bo nagle usłyszał w jej głosie ton, który kiedyś znał.

Nie jej.

Eleny.

Pobłażliwe rozbawienie.

„Ty naprawdę myślisz, że pamiętasz ludzi.”

Wspomnienie przyszło gwałtownie.

Pokój był ciemny. Elena siedziała na brzegu łóżka, naga od pasa w górę, z prześcieradłem owiniętym wokół bioder. Krzysztof stał przy oknie.

— Nie lubię, kiedy tak patrzysz — powiedziała.

— Jak?

— Jakbyś już wiedział, jak to się skończy.

Odwrócił się.

— A ty wiesz?

— Ja przynajmniej wiem, że nie wiem.

Podeszła do niego.

Jej skóra była jeszcze ciepła. Oparła czoło o jego klatkę piersiową, a potem przesunęła dłonią po jego plecach.

— Ty naprawdę myślisz, że pamiętasz ludzi — szepnęła.

— A nie?

— Pamiętasz, jak się przy nich czułeś.

Potem pocałowała go.

Powoli.

Z takim spokojem, że nie było w tym pośpiechu ani potrzeby udowadniania czegokolwiek. Krzysztof pamiętał jej palce na karku. Pamiętał zapach skóry po kąpieli. Pamiętał, że kiedy odsunęła się o kilka centymetrów, spojrzała mu prosto w oczy.

— To nie jest to samo.

Wspomnienie zniknęło.

Laura Moretti nadal siedziała naprzeciwko.

— Przypomniał pan sobie coś?

— Tak.

— Co?

— Nie pani sprawa.

Po raz pierwszy się uśmiechnęła.

— Może jednak czegoś się pan nauczył.

Krzysztof odsunął filiżankę.

— Chcę z nią porozmawiać.

— Ona nie chce.

— Wczoraj siedziała kilka metrów ode mnie.

— I uciekła.

— Nie uciekła.

— Pan wyszedł pierwszy.

Zamilkł.

Laura miała rację.

— Gdzie jest teraz?

— Nie wiem.

— Kłamie pani.

— Być może.

— Dlaczego ją pani chroni?

— Bo kiedyś nikt jej nie ochronił.

— Przede mną?

Laura spojrzała mu w oczy.

— Tego musimy się dowiedzieć.

Na moment wstrzymał oddech.

— Co pani sugeruje?

— Nic.

— Pani zasugerowała.

— Powiedziałam tylko, że pan pamięta swoją wersję.

— Nigdy jej nie skrzywdziłem.

Laura nie odpowiedziała.

— Nigdy — powtórzył.

— Może.

— Co znaczy „może”?

— Że Elena nigdy nie powiedziała, że ją pan skrzywdził.

Krzysztof odetchnął.

— Więc?

— Powiedziała, że przez pana musiała zniknąć.

Plac nagle wydał mu się zbyt głośny.

— Zniknąć skąd?

— Z własnego życia.

Laura spojrzała na zegarek.

— Muszę iść.

— Nie.

— To nie jest prośba.

— Pani Moretti…

— Bez nazwisk.

Wstała.

Krzysztof również.

— Jeszcze jedno.

Zatrzymała się.

— Blizna.

Jej twarz stężała.

— Co z nią?

— Skąd pani o niej wiedziała?

Laura zacisnęła usta.

— Bo ja byłam wtedy w szpitalu.

Chłód przeszedł mu po karku.

— Jakim szpitalu?

— Tym, do którego ją przywieziono.

— Kiedy?

Laura założyła okulary.

— Następnego dnia po pańskim ostatnim spotkaniu.

— Co się stało?

— Niech pan zapyta siebie.

Odwróciła się i odeszła, a Krzysztof został przy stoliku, nie próbując jej dogonić.

Nie potrafił.

Telefon zawibrował.

Wiadomość od Anny. „Będziesz na kolacji?”

Patrzył na ekran.

Napisał:

„Tak.”

Skasował.

Napisał ponownie:

„Nie wiem.”

Skasował także to i odłożył telefon. Na stoliku pozostała jedna rzecz.

Laura zabrała zdjęcie.

Zostawiła kopertę.

Krzysztof zajrzał do środka. Na dnie leżał mały, złożony na pół kawałek papieru. Nie zauważył go wcześniej.

Rozłożył.

To nie był list. Był to fragment karty szpitalnej. Imię: Elena Ferri.

Data przyjęcia: 19 czerwca 2003. Niżej, w rubryce osoby do kontaktu, widniało jedno nazwisko.

Krzysztof Wolski.

ROZDZIAŁ 5 — Dziewiętnasty czerwca

W samochodzie siedział przez prawie godzinę, z kartą szpitalną leżącą na siedzeniu pasażera. Nie pamiętał dziewiętnastego czerwca.

To było niemożliwe.

Pamiętał czerwcowe upały. Pamiętał Laurę — Elenę — stojącą przy otwartym oknie. Pamiętał jej nagie plecy, kiedy rano zakładała kolczyki przed lustrem. Pamiętał kłótnię o telefon. Pamiętał jej śmiech w windzie.

Nie pamiętał szpitala, żadnego wypadku ani telefonu, który ktoś miałby do niego wykonać. Na karcie widniało jego nazwisko.

Nie numer telefonu.

Nie „Krzysztof”.

Pełne nazwisko. Wyjął telefon i tym razem zadzwonił do Anny, która odebrała od razu.

— No?

— Krzysztof?

— Spotkałem się z nią.

Po drugiej stronie cisza.

— Z kobietą z hotelu?

— Nie. Z Laurą Moretti.

Anna odetchnęła powoli.

— Czyli jednak to było to „coś do załatwienia”.

— Tak.

— Dlaczego mi nie powiedziałeś?

— Bo dostałem wiadomość, żeby przyjechać sam.

— I uznałeś, że najlepszym pomysłem będzie zastosować się do polecenia obcej kobiety.

— Aniu…

— Nie. Mów dalej.

Krzysztof spojrzał na kartę.

— Ta kobieta z hotelu nazywa się Elena Ferri.

Anna nie odpowiedziała.

— Prawdziwa Laura jest jej kuzynką.

— Dobrze.

— Elena używała jej imienia.

— Dobrze.

— I…

Urwał.

— I co?

— Następnego dnia po naszym ostatnim spotkaniu trafiła do szpitala.

Cisza.

— Co się stało?

— Nie wiem.

— A Laura?

— Nie powiedziała.

— Krzysztof.

— Naprawdę nie powiedziała.

— Dlaczego dzwonisz dopiero teraz?

— Bo na karcie szpitalnej jako osoba do kontaktu jestem wpisany ja.

Anna nie odezwała się przez kilka sekund.

— Przyjedź do domu.

— Aniu…

— Przyjedź.

— Chcę jeszcze coś sprawdzić.

— Nie.

Pierwszy raz tego dnia usłyszał w jej głosie strach.

— Przyjedź do domu. Teraz.

— Dobrze.

— I nie dzwoń już do żadnej z nich z samochodu.

— Dobrze.

— Krzysztof?

— Tak?

— Nie jedź nigdzie indziej.

Rozłączyła się.

Krzysztof spojrzał na kartę. Potem na drogę prowadzącą w stronę domu.

Uruchomił silnik.

Po pięciu minutach telefon zawibrował.

Nieznany numer.

Nie odebrał.

Zawibrował ponownie.

Potem trzeci raz. W końcu na ekranie pojawiła się wiadomość.

„Nie wierz Laurze.”

Krzysztof zwolnił.

Druga wiadomość przyszła chwilę później. „W szpitalu nie byłam przez ciebie.”

A potem trzecia:

„Ale ty tam byłeś.”

Krzysztof zjechał na pobocze. Patrzył na ekran.

Numer był szwajcarski.

Napisał tylko:

„Elena?”

Odpowiedź przyszła natychmiast.

„Nie dzwoń.”

Po chwili kolejna. „I nie pokazuj Annie karty.”

Przez kilka minut Krzysztof siedział na poboczu z włączonym silnikiem.

„I nie pokazuj Annie karty.”

To zdanie drażniło go bardziej niż wszystkie pozostałe. Najgorsze było jednak coś innego. Po raz drugi w ciągu dwóch dni obca kobieta próbowała ustalić, co ma mówić własnej żonie. Zrobił zdjęcie karty. Potem wysłał je Annie. Bez komentarza. Telefon zadzwonił niemal natychmiast.

— Dostałam.

— Wiem.

— To wszystko?

— Wszystko, co mam.

— A wiadomości?

Krzysztof spojrzał na ekran.

— Jakie wiadomości?

— Takie pytanie miałam nadzieję, że mi zadasz.

— Aniu…

— Dostałeś coś jeszcze?

— Tak.

— Od niej?

— Chyba.

— Pokażesz mi?

— Tak.

Anna odetchnęła.

— Dobrze. Wracaj.

Tym razem pojechał prosto do domu. Anna czekała w salonie. Nie miała w ręku wina. Nie siedziała z książką. Telewizor był wyłączony. Na stole leżał jej laptop.

Krzysztof wszedł, położył klucze i telefon obok siebie.

— Masz — powiedział.

Anna spojrzała na telefon.

— Nie musisz.

— Chcę.

Usiadła obok niego, a kiedy przesunął ekran w jej stronę, zaczęła czytać wiadomości bez komentarza. Przy ostatniej zatrzymała palec.

„I nie pokazuj Annie karty.”

— Zna moje imię.

— Tak.

— Skąd?

— Nie wiem.

— Laura też znała?

— Nie powiedziała go przy mnie.

Anna odłożyła telefon.

— A może to ty powiedziałeś kiedyś Elenie o mnie?

— W dwa tysiące trzecim?

— Znaliśmy się wtedy.

— Ledwo.

— Mimo wszystko się znaliśmy.

Próbował odtworzyć daty.

Z Anną poznał się wiosną dwa tysiące trzeciego. Nie byli jeszcze parą. Kilka spotkań w większym gronie. Kawa. Jedna kolacja po konferencji. Telefon od niej, którego wtedy nie odebrał.

Nagle pamiętał telefon. Siedział z Eleną w samochodzie.

Telefon zadzwonił.

Na ekranie: Anna.

Elena spojrzała.

— Kto to?

— Znajoma.

— Ładna?

— Nie wiem.

— To znaczy, że ładna.

— Skąd ten wniosek?

— Gdyby była brzydka, powiedziałbyś od razu.

Zaśmiała się i zabrała mu telefon.

— Oddaj.

— Nie.

— Elena.

— Laura — poprawiła go wtedy.

To jedno słowo uderzyło go teraz jak policzek.

Laura.

Poprawiła go.

Już wtedy.

— Krzysztof?

Głos Anny przywrócił go do salonu.

— Ona widziała twoje imię.

— Co?

— Na telefonie. Dzwoniłaś kiedyś, kiedy byłem z nią.

Anna pobladła.

— Pamiętasz to?

— Sobie przypomniałem.

— I co zrobiła?

— Wzięła telefon.

— Odebrała?

Krzysztof próbował pójść dalej za wspomnieniem. Samochód. Jej palce. Dzwonek.

Potem pustka.

— Nie wiem.

— Ja pamiętam.

— Co?

— Ten telefon.

Krzysztof znieruchomiał.

— Odebrała kobieta.

— Co powiedziała?

— „Krzysztof nie może teraz rozmawiać.”

Anna uśmiechnęła się bez radości.

— Pomyślałam wtedy, że masz dziewczynę.

— Dlaczego nigdy mi tego nie powiedziałaś?

— Bo wtedy nie miałam prawa pytać.

— A później?

— Później uznałam, że skoro jesteśmy razem, tamta kobieta była przed nami.

Przez moment siedzieli w ciszy.

— Czyli znałaś jej głos.

— Jeden raz. Dwadzieścia trzy lata temu.

— Rozpoznałabyś?

— Nie wiem.

Krzysztof wziął telefon.

— Mam numer.

Anna położyła dłoń na jego ręce.

— Nie dzwoń.

— Mogłabyś posłuchać.

— Nie chcę robić z naszego małżeństwa laboratorium.

Puścił telefon.

Anna nadal trzymała jego rękę.

— Krzysztof, musimy ustalić jedną rzecz.

— Jaką?

— Nie chcę potem wyciągać z ciebie reszty po kawałku. Jeśli coś się wydarzy, powiedz mi sam.

— Rozumiem.

— Poczekaj. Jeszcze nie skończyłam.

Jej kciuk przesunął się po jego dłoni.

— Chcę wiedzieć, co się dzieje. Ale jeśli będziesz spotykał się z Eleną, nie będę pytać, czy jej dotknąłeś, czy ją pocałowałeś, czy coś do niej poczułeś. Powiesz mi sam.

— Nie zamierzam…

— Nie obiecuj teraz, co zrobisz za tydzień.

To zdanie zatrzymało go.

Anna wstała.

— Chodź coś zjeść.

— Teraz?

— Tak. Ludzie mają dziwny zwyczaj jedzenia nawet wtedy, kiedy przeszłość próbuje rozwalić im salon.

Zaśmiał się cicho.

— To miało być zabawne?

— Trochę. Nie wyszło.

— Trochę wyszło.

W kuchni jedli prawie w milczeniu.

Później Anna poszła pod prysznic, a Krzysztof został przy stole. Nieznany numer milczał.

Po dwudziestej trzeciej wszedł do sypialni. Anna leżała na boku, czytając.

— Śpisz? — zapytał.

— Czytam.

— To nie wyklucza.

Odłożyła książkę.

Krzysztof położył się obok. Przez chwilę żadne z nich się nie poruszało, potem Anna wsunęła dłoń pod jego koszulkę i położyła ją płasko na brzuchu. Krzysztof przykrył jej dłoń swoją.

— Pamiętasz naszą pierwszą noc? — zapytała.

— Tak.

— Na pewno?

Usłyszał uśmiech w jej głosie.

— Hotel w Genewie.

— Nie.

Odwrócił głowę.

Anna patrzyła na niego.

— Jak to nie?

— Genewa była druga.

— Niemożliwe.

— Pierwsza była u mnie.

Krzysztof zaczął się śmiać.

— Nie.

— Tak.

— Aniu, pamiętam hotel.

— Bo hotel był lepszy.

— Co?

— U ciebie pękła listwa pod łóżkiem.

Zamilkł.

Anna uniosła brwi. I wtedy wróciło.

Trzask.

Jej śmiech.

On próbujący podnieść materac. Anna siedząca naga na podłodze i zasłaniająca twarz rękami, bo nie mogła przestać się śmiać.

— Cholera — powiedział.

— No tak.

— Zapomniałem.

— A ja nie.

Przysunęła się do niego.

— No widzisz.

— Co?

— Zapomniałeś. Ja nie.

Pocałowała go w ramię.

— To, że czegoś nie pamiętasz, nie znaczy, że tego nie było.

Krzysztof patrzył w ciemność.

— A jeśli coś pamiętam?

Anna milczała chwilę.

— To jeszcze nie znaczy, że pamiętasz dobrze.

ROZDZIAŁ 6 — Pokój siedemnaście

Obudził się o trzeciej siedemnaście. Nie wiedział dlaczego.

Anna spała obok. Krzysztof leżał nieruchomo, dopóki nie zrozumiał, co go obudziło.

Numer pokoju.

Siedemnaście.

Wstał i poszedł do gabinetu. Wyjął wszystkie listy.

Na jednym z nich, w prawym górnym rogu, znajdowała się niewielka plama. Wcześniej uznał ją za ślad po kawie. Teraz zobaczył coś jeszcze. Pod światło prześwitywały odciśnięte cyfry.

1 7.

Jakby ktoś pisał na kartce leżącej nad listem. Przypomniał sobie drzwi.

Mosiężną siedemnastkę.

Elenę w białej koszuli. Nie hotel Alba.

Inny pokój.

Inne miejsce.

Usiadł.

Wspomnienie zaczęło wracać fragmentami. Wąski korytarz miał jasnozielone ściany. Pachniało środkiem dezynfekującym.

Serce przyspieszyło.

Drzwi numer siedemnaście.

Elena stała w nich boso. Ale nie miała na sobie jego koszuli. Miała biały szpitalny kaftan.

Obraz zmienił się. Jej włosy były rozpuszczone.

Twarz blada.

— Nie powinieneś tu być — powiedziała.

— Zadzwonili do mnie.

— Kto?

— Nie wiem.

— Krzysztof, idź.

Podszedł.

Elena cofnęła się o krok.

— Nie dotykaj mnie.

— Co się stało?

— Nic.

— Jesteś w szpitalu.

— To nadal może być nic.

Próbowała się uśmiechnąć.

Nie wyszło.

Krzysztof zobaczył opatrunek wystający spod materiału przy lewym biodrze.

Blizna.

Nie była stara.

Powstała wtedy.

Krzysztof otworzył oczy.

Siedział przy biurku, a ręce miał zimne. Przez dwadzieścia trzy lata pamiętał bliznę jako coś, co Elena miała, zanim ją poznał. A przecież widział ją po raz pierwszy jako ranę. To nie była drobna pomyłka.

To były dwa różne wspomnienia złożone w jedno. Telefon leżał obok listów. Na ekranie pojawiła się wiadomość.

Nieznany numer.

„Przypomniałeś sobie pokój?”

Krzysztof nie odpowiedział.

Po chwili przyszła druga.

„17.”

Usłyszał za sobą ruch. Anna stała w drzwiach gabinetu.

Boso.

W jego koszuli. Przez sekundę Krzysztof nie potrafił oddzielić teraźniejszości od wspomnienia.

— Krzysztof?

— Co się stało?

Odwrócił telefon ekranem do góry.

— Przypomniałem sobie szpital.

Anna podeszła.

— Byłeś tam?

— Tak.

— Co się stało Elenie?

Krzysztof spojrzał na wiadomość.

— Nie wiem.

Potem na list.

— Ale wiem już coś innego.

— Co?

— Blizna nie była dowodem, że znałem ją wcześniej.

— Nie rozumiem.

— Powstała wtedy.

— W szpitalu?

— Tak.

— Więc dlaczego pamiętałeś, że dotykałeś jej wcześniej?

Krzysztof nie odpowiedział.

Bo dokładnie to samo pytanie zadawał sobie teraz. Telefon zawibrował po raz trzeci. Anna spojrzała na ekran. Tym razem przeczytali wiadomość razem.

„Zapytaj Annę, gdzie była 19 czerwca 2003.”

Dłoń żony znieruchomiała na jego ramieniu.

Odwrócił się.

— Aniu?

Anna patrzyła na ekran. Nie wyglądała na zaskoczoną. Na moment zesztywniała, jakby data uruchomiła wspomnienie, którego nie spodziewała się dziś dotykać. Anna cofnęła dłoń z jego ramienia.

— Byłam w Mediolanie.

Krzysztof był pewien, że źle usłyszał.

— Gdzie?

— W Mediolanie.

— Dziewiętnastego czerwca?

— Tak.

— Skąd pamiętasz dokładną datę sprzed dwudziestu trzech lat?

Anna usiadła na brzegu fotela.

— Bo następnego dnia miałam egzamin.

— Jaki egzamin?

— Z włoskiego. Ten, z którego potem się śmiałeś, że zdałam, bo egzaminator miał słabość do blondynek.

— Nie jesteś blondynką.

— Ten żart był głupi.

Normalność tej odpowiedzi zbiła go z tropu bardziej niż kolejne wyznanie.

— Co robiłaś w Mediolanie?

— Byłam z Magdą. Pojechałyśmy rano, wróciłyśmy wieczorem.

— Spotkałaś mnie?

— Nie.

— Elenę?

— Nie wiedziałam wtedy, że ma na imię Elena.

— Pytam, czy ją spotkałaś.

— Nie pamiętam, żebym ją spotkała.

— „Nie pamiętam”?

— Chcesz, żebym po dwudziestu trzech latach przysięgła, że na ulicy, dworcu albo w kawiarni nie minęłam kobiety, której wtedy nie znałam?

Krzysztof spuścił wzrok.

— Nie.

— Tak.

Anna wskazała telefon.

— Kto to napisał?

— Zakładam, że Elena.

— Zakładasz.

— Tak.

— A jeśli nie?

To pytanie zawisło między nimi. Krzysztof ponownie spojrzał na numer.

— Chcesz powiedzieć, że…

— Niczego nie chcę powiedzieć. Od dwóch dni wszyscy chcą, żebyś coś zakładał.

Anna wstała.

— Laura podsuwa ci jedną wersję. Elena drugą. Ty masz trzecią. A teraz ktoś próbuje wciągnąć mnie do środka.

— Jesteś już w środku.

— Nie.

Powiedziała to stanowczo.

— Jestem twoją żoną. To nie to samo.

Poszła do drzwi, ale zatrzymała się.

— I jeszcze jedno.

— Tak?

— Nie pamiętam, gdzie dokładnie byłam między trzecią a piątą po południu.

Krzysztof nic nie powiedział.

— Mówię ci to teraz, żeby za tydzień nie wyglądało, że coś ukrywałam.

— Dobrze.

— A ty?

— Co ja?

— Wiesz, gdzie byłeś?

Nie wiedział.

Rano znaleźli w piwnicy pudełko z dokumentami z pierwszych lat ich znajomości. Anna postawiła je na stole.

— Proszę. Archeologia małżeńska.

— Brzmi erotycznie.

— Poczekaj, aż znajdziemy rachunki za prąd.

Uśmiechnął się.

Była to pierwsza zwyczajna wymiana zdań od poprzedniego dnia. W pudełku były bilety, stare faktury, pocztówki, dwie legitymacje i koperta ze zdjęciami, których od lat nie oglądali.

Anna wyjęła fotografię.

— O.

Krzysztof spojrzał.

Genewa.

Hotel.

Anna siedziała na parapecie w jego koszuli, z podwiniętymi nogami. Zdjęcie było nieostre, ale pamiętał ten poranek.

— Druga noc — powiedział.

— Brawo. Terapia działa.

— Bardzo śmieszne.

— Mnie bawi.

Odłożyła zdjęcie.

Krzysztof zatrzymał jej rękę.

— Zaczekaj.

Na odwrocie widniała data.

Wrzesień 2004.

Rok po Elenie. Przesunął kciukiem po krawędzi fotografii, czując na sobie wzrok Anny.

— O czym myślisz?

— Że pamiętam ten pokój lepiej niż wiele rzeczy z dwa tysiące trzeciego.

— Bo byłeś szczęśliwy.

— Z Eleną też byłem.

Anna nie cofnęła ręki.

— Może.

— Co znaczy „może”?

— To samo, co mówiłeś mi kiedyś o wakacjach w Portugalii. Pamiętałeś ocean, restaurację i seks na balkonie. Nie pamiętałeś, że przez dwa dni prawie ze sobą nie rozmawialiśmy.

— Pamiętałem.

— Po tym, jak ci przypomniałam.

Krzysztof popatrzył na zdjęcie.

— Czyli znowu pamiętam tylko dobre rzeczy?

— Nie wiem. Sam widzisz, że pamięć potrafi mieszać rzeczy.

Przerzuciła kilka fotografii.

— Więc chcę zobaczyć Elenę nie tylko w twoim łóżku.

Zdanie zabrzmiało ostrzej, niż chyba zamierzała.

— Aniu…

— Nie mam pretensji. Naprawdę. Ale na razie opowiadasz o niej ciałem.

— Co?

— Blizna. Zapach. Koszula. Jak trzymała filiżankę. Jak cię dotykała. Jak wyglądała rano.

Anna spojrzała mu w oczy.

— Kim ona była, kiedy była ubrana?

Krzysztof otworzył usta.

Nie odpowiedział.

ROZDZIAŁ 7 — Kiedy była ubrana

Florencja, maj 2003.

Laura — wtedy jeszcze tylko Laura — stała przed księgarnią przy Via dei Neri i kłóciła się ze sprzedawcą o książkę, której nie było. Tego dnia ubrała się po francusku: cienką koszulę związała z przodu w węzeł, pod nią miała ciemny stanik, a krótkie dżinsowe spodenki odsłaniały nogi wysoko nad kolanami.

Po ostatniej wizycie u fryzjera jej włosy układały się w niesforne, wycieniowane pasma, trochę jak u Meg Ryan z „French Kiss”. Odsłonięty brzuch podkreślał wąską talię i linię bioder. Kiedy ruszała, robiła to miękko, prawie jakby płynęła między ludźmi.

Nie była delikatna. Nie była tajemnicza. Była wściekła.

— Mówił pan wczoraj, że ją odłoży! — powiedziała po włosku.

Sprzedawca rozłożył ręce.

— Signora, ktoś ją kupił.

— Więc po co pan mówi ludziom, że coś dla nich odkłada?

— Przepraszam.

— Przeprosiny są najtańszą walutą świata.

Krzysztof zaczął się śmiać. Odwróciła się.

— Co?

— Nic.

— Śmiejesz się.

— Trochę.

— To idź i kup mi tę książkę.

— Nie ma jej.

— Wiem. Byłby to imponujący gest.

To pamiętał.

Nie hotel, łóżko ani jej skórę. Ją.

Ją.

Szli potem przez miasto bez planu. Laura mówiła dużo, ale nie o sobie. Potrafiła przez kwadrans opowiadać o kobiecie, którą zobaczyła w tramwaju, i ani słowem nie wspomnieć, gdzie sama mieszka.

— Czym się zajmujesz? — zapytał.

— Pracuję.

— To szeroka specjalizacja.

— Jestem wszechstronna.

— Gdzie?

— W różnych miejscach.

— Masz nazwisko?

— Czasami.

Uznał to za flirt. Dziś nie był już tego pewien.

Wieczorem siedzieli w małej restauracji. Laura zdjęła but pod stołem i dotknęła stopą jego kostki.

— Robisz to specjalnie? — zapytał.

— Co?

— Unikasz odpowiedzi.

— Nie unikam. Wybieram ciekawsze pytania.

— Na przykład?

Pochyliła się.

— Na przykład: dlaczego mężczyzna, który zna kobietę od trzech dni, chce wiedzieć, gdzie ona pracuje, ale nie zapytał jeszcze, czego się boi?

— Czego się boisz?

— Teraz pytasz, bo ci powiedziałam.

— Nadal możesz odpowiedzieć.

Laura przez moment obracała kieliszek.

— Tego, że ktoś będzie wiedział o mnie wszystko.

— Dlaczego?

— Bo wtedy może zdecydować, kim jestem.

— To chyba nie działa w ten sposób.

— Działa częściej, niż myślisz.

Pod stołem jej stopa przesunęła się wyżej po jego łydce. Kontrast między spokojem jej twarzy a tym drobnym, intymnym gestem sprawił, że Krzysztof stracił wątek.

Laura zauważyła.

— Widzisz?

— Co?

— Już przestałeś pytać.

— To nieuczciwe.

— Skuteczne.

Później, w hotelu, nie rzucili się na siebie. To również pamiętał źle. W jego pamięci ich pierwsze zbliżenie przez lata było gwałtowne, niemal natychmiastowe. Teraz wracało inaczej. Laura stała przy oknie. Miała na sobie tę samą koszulę, wciąż związaną pod piersiami, i krótkie dżinsowe spodenki. Włosy po całym dniu były jeszcze bardziej niesforne.

Krzysztof podszedł bliżej. Zmrużyła oczy i lekko zmarszczyła nos, ale się nie cofnęła. Zaczepił palcem o węzeł koszuli. Pociągnął powoli. Supeł puścił. Laura wysunęła na moment koniuszek języka i obserwowała go, czekając, co zrobi dalej.

Odchylił poły koszuli. Pod spodem został ciemny stanik, mocniej zarysowujący jej piersi pod cienkim materiałem. Jego usta dotknęły jej szyi, potem ramienia. Dłonią zsunął koszulę z jednego barku, a pocałunki zeszły niżej, po skórze brzucha, aż w stronę pępka.

Laura oparła dłonie o jego ramiona. Nie prowadziła go jeszcze. Patrzyła. Jego dłonie objęły jej talię, potem zeszły na biodra i zatrzymały się na pasie spodenek.

Szarpnął odruchowo mocniej. Laura krzyknęła krótko, bardziej zaskoczona niż przestraszona.

— Bo mi rozerwiesz.

Sama odpięła guzik dżinsowych spodenek. Zamek zostawiła jemu. Krzysztof przesunął dłonie po nagiej skórze jej boków. Palce wsunął pod pas po obu stronach i zatrzymał na biodrach. Laura nabrała powietrza. Jej pewność nie zniknęła, ale oddech przestał być spokojny.

— Nie spiesz się.

Nie spieszył się.

Koszulę zsunął z jej ramion do końca. Laura została przed nim w ciemnym staniku i rozpiętych dżinsowych spodenkach. Przesunął dłonią po jej plecach, potem po boku. Kiedy objął ją przez materiał stanika, zrobił to pewnie, bez pośpiechu.

Laura przygryzła wargę. Nie odwróciła wzroku. Patrzyła na jego dłoń, potem na niego, jakby bardziej interesowała ją jego reakcja niż własna. Jej ciało odpowiedziało natychmiast. Materiał napiął się wyraźniej, a ona przysunęła się o pół kroku.

Jego palce zatrzymały się na brzegu koronki. Laura ujęła go za nadgarstek. Przesunęła jego dłoń tam, gdzie chciała, i dopiero wtedy puściła. Po chwili sama rozpięła mu koszulę. Jeden guzik, drugi. Przy trzecim straciła cierpliwość i pociągnęła materiał na boki.

Krzysztof roześmiał się, ale śmiech zgasł, kiedy jej usta zeszły z szyi na klatkę piersiową.

Niżej.

I jeszcze niżej.

Kiedy zamknął oczy, poczuł jej dłonie na udach. Zachwiał się i odruchowo chciał podnieść ją wyżej. Laura przytrzymała go stanowczo dłonią na brzuchu.

— Nie pomagaj.

Czerwień jej paznokci była przez moment jedynym ostrym kolorem, który do niego docierał. Potem puściła go i sama wstała. Spodenki zsunęła z bioder jednym ruchem. Stanika nie zdejmowała od razu. Krzysztof objął ją jeszcze raz przez koronkę. Poczuł, jak napina się pod jego dłonią, już bez udawania spokoju.

Laura wsunęła palce w jego włosy i przyciągnęła go do siebie. Dopiero wtedy sama zdjęła stanik i przyciągnęła go z powrotem do siebie. Przez chwilę stali bardzo blisko, bez słów. Potem to ona pociągnęła go w stronę łóżka.

Usiadła na jego skraju i przyciągnęła Krzysztofa między kolana. Jego dłonie wróciły na jej plecy i biodra. Laura raz pozwalała mu prowadzić, chwilę później przejmowała inicjatywę bez słowa. Kiedy położyła się na łóżku, nie pociągnęła go od razu za sobą. Przez moment tylko patrzyła.

Potem wyciągnęła rękę.

Krzysztof pamiętał później nie kolejność, tylko rozsupłaną koszulę na podłodze, ciemną koronkę, czerwone paznokcie na swoim brzuchu i własny oddech, którego nie potrafił uspokoić. Po wszystkim długo leżała obok niego bez słowa. Jej naga noga spoczywała na jego udzie, a włosy przykleiły się do policzka.

Krzysztof przesunął palcem po małym medalionie przy jej bransoletce.

— Co jest w środku?

Laura natychmiast zabrała rękę.

— Nic.

— Otwiera się.

— Wiem.

— Więc?

— Krzysztof.

Pierwszy raz usłyszał ostrzeżenie w jej głosie.

— Dobrze.

Nie zapytał więcej. Rano bransoletki nie miała. Krzysztof wrócił do teraźniejszości przy kuchennym stole.

— Medalion — powiedział.

Anna podniosła wzrok znad dokumentów.

— Jaki medalion?

— Przy bransoletce. Był otwierany.

— Co było w środku?

— Nie wiem.

— Nie zajrzałeś?

— Nie pozwoliła.

Anna uśmiechnęła się lekko.

— Czyli jednak umiałeś się zatrzymać.

— Bardzo zabawne.

— Nie żartuję.

Krzysztof spojrzał na stare zdjęcie dłoni Eleny.

Bransoletka.

Mały okrągły medalion. Przybliżył fotografię telefonem. Na powierzchni medalionu był znak. Wcześniej brał go za rysę. Teraz zobaczył dwie litery.

Nie L.M.

E.F. Elena Ferri.

— Miała własne inicjały — powiedział.

— Czyli nie ukrywała wszystkiego.

— Albo chciała, żebym kiedyś znalazł.

Anna pokręciła głową.

— Znowu robisz z każdego szczegółu wiadomość do przyszłości.

— Masz lepsze wyjaśnienie?

— Tak. Kobieta miała bransoletkę ze swoimi inicjałami.

Krzysztof parsknął śmiechem.

— To rzeczywiście mniej ekscytujące.

— I przez to może być prawdziwe.

Telefon zawibrował. Tym razem numer był zapisany.

Laura Moretti.

— Odbierz — powiedziała.

Włączył głośnik.

— Słucham.

— Jest pan z Anną?

Krzysztof i Anna spojrzeli na siebie.

— Tak.

Po drugiej stronie cisza.

— Dobrze — powiedziała Laura. — Tym razem niech słucha.

Anna przysunęła telefon.

— Słucham.

Laura wyraźnie nie spodziewała się jej głosu.

— Pani Anno…

— Bez nazwisk, prawda?

Krzysztof spojrzał na żonę. Laura milczała sekundę.

— Elena się z panem skontaktowała?

— Tak — odpowiedział Krzysztof.

— Niech pan nie jedzie do niej sam.

— Wczoraj mówiła pani coś zupełnie innego.

— Wczoraj nie wiedziałam, że ona chce wrócić do tamtego dnia.

Anna odezwała się spokojnie:

— Co wydarzyło się dziewiętnastego czerwca?

— Nie przez telefon.

— Wy wszystkie macie alergię na telefony?

Laura po drugiej stronie prawie się zaśmiała.

Prawie.

— Chciałabym się z państwem spotkać.

— Z nami? — zapytał Krzysztof.

— Tak.

— Kiedy?

— Jutro.

— Gdzie?

Laura podała adres w Mediolanie. Krzysztof zapisał.

— Co tam jest?

— Mieszkanie.

— Czyje?

— Kiedyś należało do Eleny.

Znów się napiął.

— Byłem tam?

Laura odpowiedziała dopiero po chwili.

— To chciałabym sprawdzić.

ROZDZIAŁ 8 — Mieszkanie

Mediolan przywitał ich deszczem. Laura czekała pod kamienicą przy Via Plinio. Miała ten sam płaszcz co poprzednio, ale tym razem bez okularów.

— Dzień dobry.

Anna odpowiedziała pierwsza.

— Dzień dobry.

Krzysztof zauważył, że obie przyglądają się sobie o sekundę dłużej, niż wymagała uprzejmość.

Laura wyjęła klucz.

— Mieszkanie stoi puste od lat. Właścicielką jest moja ciotka. To znaczy była. Teraz formalnie należy do mnie i mojego brata.

— Elena tu mieszkała? — zapytał Krzysztof.

— Czasami.

— Znowu „czasami”.

— Z Eleną większość rzeczy była „czasami”.

Kamienica miała wysokie schody i małą windę z metalową kratą. Krzysztof zatrzymał się przed nią. Coś drgnęło.

— Jeździłem nią.

— Pamiętasz?

— Nie wiem.

Laura otworzyła kratę.

— Trzecie piętro.

Winda ruszyła z lekkim szarpnięciem.

Olej.

Stare drewno. Nagle zobaczył Elenę stojącą przy nim.

Nie obraz.

Gest.

Jej dłoń zaciskająca się na jego krawacie.

— Nie patrz tak na mnie.

— Jak?

— Jakbyś już wiedział, co zrobię.

Potem śmiech. Krótki pocałunek. Drzwi windy otwierające się z trzaskiem. Krzysztof zamrugał, kiedy Anna dotknęła jego łokcia.

— Co?

— Byłem tutaj.

Laura nie wyglądała na zaskoczoną.

— Wiedziałam.

— Skąd?

— Elena powiedziała.

— O wszystkim mówiła pani?

— Nie. Wystarczająco.

Drzwi mieszkania otworzyły się ciężko. W środku pachniało kurzem, a salon był prawie pusty. Kanapa przykryta prześcieradłem, stół, dwie lampy, regał bez książek.

Krzysztof wszedł powoli. Nie rozpoznawał niczego.

— To tutaj? — zapytała Anna.

— Nie wiem.

Laura zamknęła drzwi.

— Proszę nie próbować sobie przypominać na siłę.

Krzysztof odwrócił się.

— To zabrzmiało jak rada terapeuty.

— Nie jestem terapeutką.

— Wiem.

— A szkoda — powiedziała Anna. — Przydałby się tu ktoś z kwalifikacjami.

Laura spojrzała na nią i pierwszy raz uśmiechnęła się naprawdę.

— Elena by panią polubiła.

Anna nie odwzajemniła uśmiechu.

— Nie jestem pewna, czy chciałabym.

Weszli do korytarza, z którego po lewej stronie prowadziło wejście do kuchni. Krzysztof stanął w progu. Białe płytki. Wąski blat. Okno wychodzące na podwórze.

Nie.

Nie znał tego.

Potem zobaczył małe pęknięcie w kafelku nad zlewem. I obraz wrócił. Elena siedziała na blacie w jego koszuli. Jedną nogę miała opartą o krzesło. W ręku trzymała filiżankę.

— Nie cierpię śniadań — powiedziała.

— To po co robisz kawę?

— Kawa nie jest śniadaniem. Kawa jest prawem człowieka.

Podszedł.

Dotknęła stopą jego uda.

— Nie zaczynaj.

— To ty zaczęłaś.

— Ja tylko siedzę.

— Bardzo prowokacyjnie.

Uśmiechnęła się. Potem położyła filiżankę i przyciągnęła go za koszulę. Tym razem wspomnienie nie urwało się od razu. Elena odstawiła filiżankę i oparła dłonie o blat.

— Krzysztof.

Podniósł głowę.

— Co?

— Nic. Chciałam tylko sprawdzić, czy jeszcze słuchasz.

Uśmiechnęła się i przesunęła palcami po jego włosach. Jej koszula była zapięta niedbale, jakby ubrała ją, bo rano wypadało mieć na sobie cokolwiek. Krzysztof objął ją w talii. Poczuł pod dłonią ciepło skóry i natychmiastowe napięcie jej mięśni.

Elena pochyliła się i pocałowała go, tym razem bez żartu. Przez moment kuchnia, stygnąca kawa i odgłosy ulicy przestały istnieć. Kiedy jego dłoń przesunęła się wyżej po jej plecach, zatrzymała go.

— Nie tutaj.

— Dlaczego?

Spojrzała w stronę drzwi.

— Bo tutaj zawsze ktoś może wejść.

Wtedy uznał to za kolejną część jej gry. Dziś po raz pierwszy pomyślał, że naprawdę się kogoś bała. Krzysztof odsunął się od progu. Anna obserwowała go uważnie.

— Kuchnia?

— Tak.

— Co pamiętasz?

Zawahał się.

— Ją.

— Oczywiście.

Powiedziała to bez złośliwości. Laura przeszła dalej.

— Sypialnia jest na końcu.

Krzysztof nie ruszył.

— Nie musimy tam wchodzić — powiedziała Anna.

— Muszę.

— Nie. Chcesz.

— Dobrze. Chcę.

— To chodź.

Drzwi sypialni były uchylone. W środku stało łóżko bez materaca, szafa i mała komoda.

Krzysztof wszedł.

Nic.

Zero.

Żadnego wspomnienia.

— Nie znam tego pokoju.

Laura oparła się o framugę.

— To ciekawe.

— Dlaczego?

— Bo Elena twierdziła, że tutaj spędziliście najwięcej czasu.

— A ty pamiętasz hotel.

— Tak.

— I kuchnię.

— Tak.

— Ale nie sypialnię.

— Nie.

Laura podeszła do szafy.

— Elena też nie lubiła tego pokoju.

— Dlaczego?

— Nigdy nie powiedziała.

Otworzyła drzwi. W środku, pod dwoma starymi wieszakami, na półce leżało niewielkie pudełko.

Laura je wyjęła.

— Tego wcześniej nie było.

— Czyli jednak kolejne pudełko.

Laura parsknęła.

— Rozumiem, że macie już kilka.

— Zdecydowanie za dużo.

Krzysztof wziął pudełko. Było lekkie. W środku znajdowała się tylko jedna rzecz.

Kaseta magnetofonowa.

Na białej naklejce napisano długopisem:

„K. — 18/06/03”.

— Dzień przed szpitalem — powiedziała Anna.

Ścisnęło go w brzuchu.

— Macie na czym to odtworzyć? — zapytał.

Laura pokręciła głową.

— Nie tutaj.

Anna wyciągnęła rękę.

— Daj.

— Po co?

— Bo ty zaraz będziesz próbował znaleźć magnetofon w pierwszym kiosku.

— Nie jestem aż tak przewidywalny.

— Jesteś.

Wzięła kasetę.

— Odtworzymy ją razem.

Laura patrzyła na Annę z wyraźnym uznaniem.

— Dobrze.

Krzysztof spojrzał na pustą półkę.

— To wszystko?

— Nie.

Laura otworzyła dolną szufladę komody. Była pusta.

— Kiedyś trzymała tu papiery i drobiazgi, których nie chciała zostawiać w domu.

— Zabrała je?

— Dawno temu. Po wszystkim. Kaseta została osobno.

Anna spojrzała do szuflady.

— Czyli nie ma tu nic więcej?

— Nie. I nie chcę, żebyście szukali rzeczy, których tu nie ma.

Krzysztof skinął głową. Anna podeszła do okna.

— Czy Elena miała wtedy kogoś jeszcze?

Laura nie odpowiedziała. Napiął się.

— Miała?

— To zależy, co pan rozumie przez „miała”.

— Proszę nie robić tego znowu.

— Był mężczyzna.

— Kochanek?

— Nie wiem.

— Partner?

— Nie wiem.

— Mąż?

— Tak.

Cisza w pokoju stała się niemal fizyczna. Anna odwróciła się od okna.

— Była mężatką?

— Tak.

Krzysztof usiadł na krawędzi łóżka, choć nie było materaca.

— Nigdy mi nie powiedziała.

— Wiem.

— Skąd pani wie?

— Bo powiedziała, że panu nie powie.

— Jak miał na imię?

— Davide.

— Nazwisko?

Laura zawahała się.

— Ferri.

— To samo nazwisko?

— Nie byli spokrewnieni. Po ślubie przyjęła jego.

Anna usiadła obok Krzysztofa.

— Czy on wiedział o Krzysztofie?

Laura zamknęła oczy.

— Na początku nie.

— A później?

— Później wiedział, że ktoś jest.

— Kim był? — zapytał Krzysztof.

— Architektem.

— Gdzie?

— Mediolan, czasem Lugano.

Krzysztof poczuł nagłe ukłucie.

Lugano.

— Widziałem go?

— Nie wiem.

— Elena mówiła o nim?

— Nie pod nazwiskiem.

Krzysztof wstał.

— Co to ma wspólnego ze szpitalem?

— Tego nie wiem na pewno.

— A czego pani jest pewna?

— Że osiemnastego czerwca Elena była tutaj.

— Ze mną?

— Tak.

— Skąd?

Laura wskazała kasetę w dłoni Anny.

— Jeśli to rzeczywiście jest to, o czym myślę, usłyszymy.


W drodze powrotnej Anna trzymała kasetę w torebce. Przez pierwsze dwadzieścia minut nie rozmawiali.

— Była mężatką — powiedział w końcu Krzysztof.

— Tak.

— I nic nie wiedziałem.

— Być może.

— Co to znaczy?

— Że dziś rano byłeś pewien, że bliznę miała wcześniej.

— Chcesz powiedzieć, że mogłem wiedzieć o mężu i zapomnieć?

— Chcę powiedzieć, że już nie wiem, czego byłeś wtedy świadomy.

Krzysztof patrzył przez szybę.

— Gdybym wiedział, nie wszedłbym w to.

Anna odwróciła głowę.

— Naprawdę?

— Tak.

— Jesteś pewien?

— Oczywiście.

— Dobrze.

— Co „dobrze”?

— Nic.

— Aniu.

Westchnęła.

— Chcesz odpowiedzi?

— Tak.

— Teraz łatwo ci mówić, co byś wtedy zrobił.

— To było niepotrzebne.

— Możliwe.

— Nigdy cię nie zdradziłem.

— Wiem.

— Więc po co to mówisz?

Anna milczała chwilę.

— Bo nie wiem, czy próbujesz przypomnieć sobie siebie, czy go uniewinnić.

Nie odpowiedział.

Po chwili Anna położyła dłoń na jego udzie.

— Nie kłócę się z tobą.

— Brzmi podobnie.

— Bo jesteśmy małżeństwem.

Krzysztof uśmiechnął się mimo siebie. Jej ręka została na jego nodze.

Znajomy ciężar.

Ciepło przez materiał spodni. Przez kilka kilometrów jechali tak bez słów.


W domu kaseta została na razie w torebce Anny.

— Najpierw prysznic — powiedziała. — Potem możemy przesłuchiwać duchy.

Krzysztof został w sypialni. Kiedy Anna wróciła, miała mokre włosy i jedną z jego koszul. Zatrzymała się przy łóżku.

— Co?

— Nic.

— Od dwóch dni każde twoje „nic” ma własną dokumentację.

Wyciągnął do niej rękę. Anna zawahała się tylko chwilę, po czym usiadła obok. Krzysztof dotknął jej karku. Znał tę skórę, drobne napięcie mięśni pod palcami, sposób, w jaki przechylała głowę, kiedy chciała, żeby został przy tym geście dłużej.

Pocałował ją.

Anna odpowiedziała spokojnie, bez pośpiechu. Po chwili położyła dłoń na jego piersi i odsunęła go na kilka centymetrów.

— Nie chcę z nią konkurować.

— Nie konkurujesz.

— Dobrze. Bo nie zamierzam.

Patrzyła na niego chwilę, po czym sama wróciła do pocałunku. Ich bliskość nie miała nerwowości wspomnień o Elenie. Anna znała go zbyt dobrze, żeby potrzebować ostrożnego wstępu. Wstała z łóżka i stanęła między jego kolanami. Jego koszula sięgała jej prawie do połowy ud, a mokre włosy zostawiały ciemniejsze ślady na materiale.

Krzysztof objął ją w talii przez koszulę. Anna położyła dłonie na jego karku i przysunęła go do siebie tak, że przez chwilę czuł tylko zapach szamponu i ciepło jej ciała.

— Zostań ze mną.

— Zostaję.

Nie zdejmował z niej koszuli. Wsunął dłonie pod jej dolny brzeg i zatrzymał je na nagich bokach. Anna wypuściła powietrze i oparła czoło o jego skroń. Kiedy przyciągnął ją mocniej, materiał napiął się na jej ciele. Anna odpowiedziała bez słowa, obejmując go nogą i dociskając do siebie biodrami.

Dopiero po chwili sama ściągnęła koszulę przez głowę i rzuciła ją na krzesło. Krzysztof został siedząc, a ona wróciła między jego kolana, tym razem bez żadnego dystansu.

Koszula została na krześle, a po chwili kolejne rzeczy przestały mieć znaczenie. Anna sama decydowała, kiedy się odsunąć i kiedy wrócić bliżej, a Krzysztof trzymał ją mocno za talię i uda, nie próbując przyspieszać.

Potem Anna została przy nim pod lekkim prześcieradłem, z nogą opartą o jego łydkę i palcami splecionymi z jego palcami.

— To jest różnica — powiedziała.

— Między czym?

— Między pamiętaniem ciała a znaniem człowieka.

Krzysztof odwrócił się do niej.

— To miało być pocieszające?

— Nie. Prawdziwe.

Pocałowała go krótko.

— A teraz chodźmy posłuchać, kim byłeś, zanim nauczyłeś się odkładać skarpetki do kosza.

— To pomówienie.

— Mam dwadzieścia jeden lat materiału dowodowego.

W domu Anna znalazła stary magnetofon w pudełku po sprzęcie.

— Wiedziałam, że kiedyś opłaci się nie wyrzucać wszystkiego, co masz ochotę wyrzucić.

— To jest argument za zbieractwem.

— To jest argument za żoną.

Włożyła kasetę. Taśma zaskrzypiała.

Najpierw szum.

Potem stuknięcie. I głos Krzysztofa.

Młodszy.

Wyraźnie jego.

— Nagrywa się?

Śmiech Eleny.

— Tak.

— Po co?

— Bo kiedyś mi powiesz, że czegoś nie powiedziałeś.

Anna ścisnęła jego rękę. Na taśmie zaszeleścił materiał. Potem głos Eleny znalazł się bliżej mikrofonu. Na nagraniu przez kilka sekund nie było słów. Tylko bliski oddech, szelest materiału i cichy śmiech Eleny.

— Przestań — powiedział młody Krzysztof.

— Co robię?

— Wiesz.

— Nie wiem. Opowiedz.

Znów szelest, potem krótki pocałunek zarejestrowany zbyt blisko mikrofonu. Anna nie spojrzała na Krzysztofa. On również patrzył wyłącznie na magnetofon. Głos Eleny stał się cichszy.

— Teraz już nie uciekniesz w żart.

— Powiedz jeszcze raz.

— Co?

— To, co przed chwilą.

Długa cisza. Młody Krzysztof westchnął.

— Jeśli kiedyś spotkamy się przypadkiem, nie znasz mnie.

W salonie nikt się nie poruszył. Na taśmie Elena zapytała:

— A ty mnie?

— Ja ciebie też nie.

— Nawet jeśli podejdę?

— Nie podejdziesz.

— Skąd wiesz?

— Bo mi obiecasz.

— Dlaczego?

Znów cisza. Potem Krzysztof powiedział coś ciszej.

Taśma zaszumiała.

Anna podkręciła głośność.

— Cofnij — powiedział Krzysztof.

Cofnęła.

Jeszcze raz. Tym razem usłyszeli.

— Bo jeśli Davide się dowie, stracisz wszystko.

Elena wiedziała.

On też wiedział. Na taśmie odezwała się po chwili:

— A ty co stracisz?

Młody Krzysztof odpowiedział:

— Ciebie.

Elena zaśmiała się cicho.

— To bardzo męska odpowiedź.

— Co to znaczy?

— Że wciąż myślisz, że jestem czymś, co można stracić.

Taśma urwała się na kilka sekund. Potem wrócił głos.

Tym razem inny.

Męski.

Nie Krzysztofa.

— Elena?

Ktoś uderzył w drzwi. Na nagraniu gwałtowny ruch.

Oddech Eleny.

I szept:

— To on.

Kaseta zatrzymała się. Anna puściła rękę Krzysztofa.

— Davide?

Krzysztof patrzył na magnetofon.

— Nie wiem.

Anna nacisnęła play.

Nic.

Koniec taśmy. Krzysztof odwrócił kasetę. Strona B była opisana jednym słowem.

„Anna”.

ROZDZIAŁ 9 — Anna

Przez kilka sekund żadne z nich nie odwróciło kasety. Anna siedziała z rękami splecionymi na kolanach.

— Włącz — powiedziała.

Krzysztof wyjął kasetę, obrócił ją i wsunął z powrotem.

— Jeśli nie chcesz…

— Włącz.

Nacisnął play. Najpierw był szum.

Długi, jednostajny.

Potem kliknięcie.

Głos Eleny zabrzmiał tak blisko, jakby siedziała między nimi.

— Jest osiemnasty czerwca. Późno. Krzysztof wyszedł.

Anna spojrzała na niego. Na taśmie Elena westchnęła.

— Nie wiem, po co to nagrywam. Pewnie przez to, że kiedy coś zapisuję, mogę jeszcze udawać, że nad tym panuję.

Krótki śmiech. Bez wesołości.

— Anna.

Kark mu zesztywniał.

— Nie znam cię — mówiła Elena. — Widziałam tylko twoje imię na jego telefonie. Raz odebrałam. To było dziecinne. Chciałam usłyszeć, jaka jesteś.

Anna znieruchomiała.

— Pamiętam — powiedziała cicho.

Krzysztof położył dłoń na jej ręce. Nie cofnęła jej.

Na taśmie Elena mówiła dalej:

— Powiedział, że jesteś znajomą. Za szybko. Jakby chciał umniejszyć sprawę.

Anna zamknęła oczy. Zawstydził się, choć zdanie miało dwadzieścia trzy lata.

— Nie byliśmy razem — powiedział.

— Cicho.

Nie było w tym gniewu. Chciała słuchać.

— Nie wiem, czy kiedyś będziesz z nim — ciągnęła Elena. — Może nie. Może za miesiąc nie będzie pamiętał żadnej z nas. Ale jeśli będziesz, powinnaś wiedzieć jedną rzecz.

Taśma zaszumiała.

Elena milczała tak długo, że Krzysztof pomyślał, że nagranie się skończyło.

Potem:

— Najgorsze jest to, że potrafi powiedzieć prawdę i pominąć połowę.

Anna otworzyła oczy. Nie patrzyła na niego.

— Mocne — powiedziała.

Krzysztof nie odpowiedział.

— I jeszcze coś — mówiła Elena. — Jest czuły. Naprawdę. Tylko czasem, kiedy chce pomóc, zaczyna decydować za drugą osobę.

Kliknięcie.

Szum.

Krzysztof nacisnął pauzę.

— Chcesz przerwać?

Anna pokręciła głową.

— Nie. Chcę wiedzieć, dlaczego nagrała coś do mnie, zanim byliśmy razem.

Włączył ponownie. Głos Eleny był cichszy.

— Dzisiaj powiedziałam mu o Davidzie.

Krzysztof wyprostował się. Anna spojrzała na niego natychmiast.

— Powiedziałam mu wszystko, co powinnam była powiedzieć wcześniej. Że mam męża. Że to nie jest separacja. Że Davide nadal uważa, że jesteśmy małżeństwem. Bo jesteśmy.

Zrobiło mu się gorąco.

— Wiedziałeś — powiedziała Anna.

— Słyszę.

— Nie. Wiedziałeś osiemnastego czerwca.

— Tak.

Na taśmie odezwał się daleki dźwięk przesuwanego krzesła.

— Krzysztof powiedział, że to niczego nie zmienia. Powiedział, że nie odejdzie, dopóki sama go nie wyrzucę.

Anna wzięła głęboki oddech. Krzysztof przypomniał sobie usta Eleny, kiedy mówiła: „Nie rób ze mnie projektu”.

I własną odpowiedź. Nie pamiętał słów.

Pamiętał za to jej nagie ramię i pasek światła biegnący po skórze. Znowu ciało zamiast rozmowy.

— To nie jest romantyczne — powiedziała Anna.

— Nie.

— Dobrze, że chociaż teraz to słyszysz.

Na taśmie Elena mówiła:

— Jeżeli kiedykolwiek tego posłuchasz, Anno, nie mam zamiaru cię ostrzegać przed nim. Nie znam cię. Może jesteś gorsza ode mnie. Może lepsza. To nie ma znaczenia.

Krótka przerwa.

— Chcę tylko zostawić gdzieś wersję wydarzeń, której Krzysztof nie opowie po swojemu.

Krzysztof poczuł ukłucie złości.

— Świetnie.

Anna dotknęła przycisku pauzy, ale go nie nacisnęła.

— Nie obrażaj się na nagranie.

— Nie obrażam się.

— Się obrażasz.

— Kobieta sprzed dwudziestu trzech lat nagrywa instrukcję obsługi mnie dla kobiety, z którą wtedy jeszcze nawet nie byłem.

— To nie jest instrukcja obsługi. To jest jej strach, że zostanie tylko twoja wersja.

Krzysztof chciał odpowiedzieć.

Nie zdążył. Na taśmie rozległo się pukanie. Nie to gwałtowne ze strony A.

Dwa spokojne uderzenia. Elena powiedziała coś po włosku, za cicho, żeby zrozumieli.

Potem męski głos.

— Posso entrare?

— To ten sam?

— Nie wiem.

Drzwi na nagraniu się otworzyły.

— Hai parlato con lui? — zapytał mężczyzna.

Elena odpowiedziała szybko. Krzysztof rozumiał włoski wystarczająco dobrze. „Rozmawiałaś z nim?”

„Tak.”

„I?”

„Nie odejdzie.”

Mężczyzna zaklął.

Potem powiedział:

— Allora domani facciamo come abbiamo deciso.

Jutro zrobimy tak, jak ustaliliśmy. Anna ścisnęła dłoń Krzysztofa. Na taśmie Elena spytała:

— E Krzysztof?

A Krzysztof?

Mężczyzna odpowiedział:

— Lui non deve sapere niente.

On nie może nic wiedzieć. Nagranie zakończyło się kliknięciem.

Tym razem naprawdę. Krzysztof patrzył na magnetofon.

— To nie był Davide — powiedział.

— Skąd wiesz?

— Nie wiem.

— Krzysztof.

— Głos. Nie pasuje do człowieka, którego pamiętam pod drzwiami.

— Przecież powiedziałeś, że nie pamiętasz Davide’a.

— Nie pamiętam twarzy. Ale ten głos…

Urwał.

Coś wracało.

Bar.

Mężczyzna w jasnej marynarce. Dłoń na ramieniu Eleny zbyt długo, żeby była przypadkowa. Elena mówiąca: „To mój brat.”

— Brat — powiedział.

— Kto?

— Powiedziała mi kiedyś, że ma brata.

— Miała?

— Nie wiem.

Anna spojrzała na kasetę.

— Laura mówiła o swoim bracie. Nie o Elenie.

Coś znowu się przesunęło.

— Muszę zadzwonić do Laury.

Anna wstała.

— Nie teraz.

— Dlaczego?

— Bo jest pierwsza w nocy. I bo przez ostatnią godzinę dowiedziałam się, że twoja dawna kochanka nagrała wiadomość do mnie, ty wiedziałeś o jej mężu, a ktoś następnego dnia planował z nią coś, o czym miałeś nie wiedzieć.

Podeszła do okna.

— Ja potrzebuję dziesięciu minut, w których nikt nie ma tajemnicy.

Krzysztof został na kanapie. Po chwili podszedł do niej. Nie objął jej od razu.

Stanął obok.

— Przepraszam.

— Za co?

— Nie wiem jeszcze.

Anna parsknęła cicho.

— To chyba najbardziej uczciwe przeprosiny, jakie dziś usłyszałam.

Oparła głowę o jego ramię. Krzysztof pocałował ją we włosy.

— Wiesz, co jest najgorsze? — zapytała.

— Co?

— Że jej nie lubię, a zaczynam ją rozumieć.

— Elenę?

— Tak.

— To chyba źle dla mnie.

— Prawdopodobnie.

Zostali przy oknie jeszcze chwilę. Potem Anna odwróciła się do niego.

— Chodź spać.

— Będziesz mogła?

— Nie wiem.

W sypialni zgasiła światło pierwsza. Krzysztof położył się obok, zostawiając między nimi kilka centymetrów przestrzeni. Anna sama ją zamknęła. Wsuwając nogę między jego łydki, przyciągnęła jego rękę do swojego brzucha.

— Nie myśl teraz o niej — powiedziała.

— Postaram się.

— Zła odpowiedź.

Odwróciła się do niego. W ciemności widział tylko zarys jej twarzy.

— Nie. Po prostu bądź tutaj.

Krzysztof pocałował ją w czoło. Anna nie odsunęła się. Przeciwnie, mocniej przytrzymała jego dłoń na swoim brzuchu. Leżeli tak bez słów, aż ich oddechy zaczęły zwalniać.

— Widzisz — powiedziała w końcu sennie.

— Co?

— Jestem obok.

ROZDZIAŁ 10 — Davide

Rano Laura odebrała po drugim sygnale.

— Słucham.

— Odtworzyliśmy kasetę.

Cisza.

— Całą?

— Obie strony.

— Anna słyszała?

— Tak.

Laura wypuściła powietrze.

— Dobrze.

— Kim był mężczyzna na stronie B?

— Jaki mężczyzna?

— Nie zaczynajmy tego.

Krzysztof usłyszał szelest, jakby Laura zamknęła drzwi.

— Co powiedział?

— Że następnego dnia zrobią tak, jak ustalili. I że ja nie mogę nic wiedzieć.

— To Davide?

— Nie.

— Więc kto?

— Marco.

— Brat Eleny?

— Nie miała brata.

— Kim był Marco?

— Przyjacielem. Tak przynajmniej mówiła.

— Kochankiem?

— Nie wiem.

— Ty zawsze nic nie wiesz.

— Bo próbuję nie zamieniać przypuszczeń w fakty. Powinien pan spróbować.

Krzysztof zacisnął szczękę.

— Co planowali?

— Wyjazd.

— Dokąd?

— Do Szwajcarii.

— Lugano?

— Tak.

Krzysztof poczuł chłód. Pierwsze spotkanie po latach.

Lugano.

Miasto, do którego wracał w dniu, kiedy zobaczył Elenę po dwudziestu trzech latach.

— Dlaczego Lugano?

— Marco miał tam mieszkanie.

— A Davide?

— Miał tam klientów. Bywał często.

— Czyli chciała uciec od męża do miasta, w którym on pracował?

— Nie miała uciekać przed Davidem.

— To przed kim?

Laura nie odpowiedziała.

— Przede mną?

— Nie.

— W takim razie przed kim?

— Panie Wolski, nie wszystko dotyczyło pana.

Zdanie zabolało zaskakująco mocno.

— Co wydarzyło się dziewiętnastego?

— Miałam nadzieję, że kaseta to wyjaśni.

— Nie wyjaśniła.

— W takim razie potrzebujemy Marca.

— Gdzie jest?

— Nie wiem.

— Nazwisko?

— Bellini.

Krzysztof zapisał.

— Marco Bellini.

— Tak.

— I dopiero teraz pani o nim mówi?

— Obiecałam Elenie, że nie będę wciągać Marca w tę historię, dopóki nie okaże się, że to konieczne.

— A teraz jest konieczne?

— Teraz usłyszał pan jego głos. I wie pan, że dziewiętnastego miał być z Eleną w Lugano.

Krzysztof milczał.

Anna stała w drzwiach kuchni z kubkiem kawy.

— Marco?

— Bellini.

— Brzmi jak człowiek, który albo sprzedaje wino, albo komuś psuje życie.

— Skąd ty rano bierzesz takie rzeczy?

— Z kawy. Ty też powinieneś spróbować.

Podała mu kubek.

— Co wiemy?

— Że miał mieszkanie w Lugano. Elena miała z nim wyjechać dziewiętnastego czerwca. Ja miałem nic nie wiedzieć.

— I zamiast tego trafiła do szpitala.

— Tak.

Anna usiadła.

— A ty tam byłeś.

— Tak.

— I nadal nie wiemy, dlaczego.

Krzysztof napił się kawy.

— Poszukam Belliniego.

— W internecie?

— Na początek.

— Dobrze.

— Bez wykładu o tym, że robię się detektywem?

— Nie. Ale jeśli kupisz prochowiec, odchodzę.

Uśmiechnął się.

— Zanotowane.

Wyników dla Marco Belliniego było za dużo. Architekci, lekarze, przedsiębiorcy, fotograf, dwóch prawników i nieżyjący piłkarz. Krzysztof dodał „Lugano 2003”.

Potem „Elena Ferri”.

Nic.

Dodał nazwisko Davide. Pierwszy wynik był starym skanem lokalnej gazety gospodarczej. Zdjęcie z otwarcia galerii w Lugano, październik 2002. Trzech mężczyzn i dwie kobiety. Podpis pod fotografią wymieniał:

Davide Ferri, architekt. Marco Bellini, inwestor.

Laura Moretti.

Krzysztof przybliżył zdjęcie.

— Aniu.

Podeszła.

— Co?

Wskazał kobietę stojącą obok Marca.

— To nie Laura Moretti.

Anna pochyliła się nad ekranem.

— To Elena.

— Tak.

Pod zdjęciem widniało jednak nazwisko Laury. Anna usiadła obok.

— Czyli używała jej tożsamości nie tylko przy tobie.

— Tak.

Krzysztof przybliżył Marca.

Mężczyzna miał około czterdziestu lat, ciemne włosy i jasną marynarkę. Coś w ustawieniu głowy było znajome.

Bar.

Dłoń na ramieniu Eleny. „To mój brat.”

— To on — powiedział.

— Pamiętasz go?

— Chyba.

— Chyba czy pamiętasz?

Krzysztof patrzył na twarz mężczyzny.

— Pamiętam, że go nie lubiłem.

— To już coś.

Przewinął stronę niżej.

Artykuł był krótki. Marco Bellini reprezentował spółkę inwestującą w nieruchomości w Ticino i Lombardii. Davide Ferri projektował dla niej dwa obiekty.

Czyli się znali.

Dobrze.

Bardzo dobrze. Wrócił do wyników wyszukiwania. Niżej znajdował się drugi materiał — opublikowany dwudziestego czerwca 2003 roku. Nie dotyczył otwarcia galerii. Opisywał zamknięte spotkanie inwestorów, które odbyło się poprzedniego wieczoru.

Dziewiętnasty czerwca.

— Anna.

Nie odpowiedziała. Czytała ten sam fragment. „Wczoraj wieczorem w Lugano odbyło się zamknięte spotkanie inwestorów…”

Serce przyspieszyło.

— Marco był dziewiętnastego w Lugano.

— Tak.

— Jeśli Elena miała z nim wyjechać…

— Mogła tam dotrzeć.

Otworzył fotografię do drugiego artykułu. Fotografia była niewielka, wykonana przed wejściem do budynku. Marco stał z boku. Obok niego Davide. A za nimi, częściowo zasłonięty przez mężczyznę w płaszczu, znajdował się ktoś trzeci.

Widać było tylko profil. Anna przysunęła laptop.

— Krzysztof.

Nie odpowiedział.

Nie musiała mówić. Rozpoznał własną twarz. Dziewiętnastego czerwca 2003 roku był w Lugano.

Nie w Mediolanie.

Nie przy szpitalnym łóżku Eleny. Przynajmniej nie przez cały dzień. I stał kilka metrów od Davide Ferriego oraz Marca Belliniego.

ROZDZIAŁ 11 — Profil

Krzysztof patrzył na fotografię tak długo, aż twarz na ekranie przestała wyglądać jak jego. Profil był niewyraźny. Ziarnisty. Za mały, by rozpoznać szczegóły, wystarczająco duży, by nie dało się go pomylić.

Włosy miał krótsze. Marynarkę, której nie pamiętał. Lewą rękę uniesioną, jakby poprawiał zegarek albo odsuwał kogoś z drogi. Anna stała obok niego.

— Powiększ.

— Już jest na granicy.

— Powiększ jeszcze.

Obraz rozpadł się na kwadraty. Krzysztof odsunął laptop.

— To nic nie zmieni.

— Nie. Ale może coś zobaczymy.

— Już widzimy.

Anna nie odpowiedziała.

Na fotografii Davide Ferri patrzył w stronę wejścia. Marco Bellini był odwrócony półprofilem. Krzysztof znajdował się za nimi, kilka kroków dalej.

Nie obok nich. Nie z nimi.

Ale wystarczająco blisko, by zdjęcie nie mogło być przypadkiem. Krzysztof zamknął oczy. Najpierw nie pojawiło się nic.

Potem dźwięk.

Krótki metaliczny trzask. Drzwi tramwaju? Pociągu?

Nie.

Winda.

Otworzył oczy.

— Co?

— Nic.

Anna skrzyżowała ręce.

— Nie rób tego.

— Czego?

— Nie mów „nic”, kiedy coś zobaczyłeś.

Krzysztof potarł twarz.

— Windę.

— Jaką windę?

— Nie wiem.

— W Lugano?

— Chyba.

Anna usiadła naprzeciwko.

— Dobrze. To nie zgaduj. Powiedz tylko to, co widzisz.

Krzysztof znów zamknął oczy. Metalowe drzwi. Lustro z plamą przy dolnej krawędzi. Czerwony dywan na korytarzu. Nie nowy. Zbyt miękki, z wydeptaną ścieżką pośrodku. I kobieca dłoń na jego krawacie.

Nie w Mediolanie. Nie w mieszkaniu Laury. Gdzie indziej.

— Elena — powiedział.

Anna nawet nie drgnęła.

— Co robi?

— Trzyma mnie za krawat.

— I?

Wspomnienie przesunęło się o centymetr. Elena była bardzo blisko. Miała włosy związane niedbale, kilka pasm przy policzku. Na ustach nie było uśmiechu.

— Nie powinieneś był przyjeżdżać — powiedziała.

Krzysztof otworzył oczy.

— Powiedziała mi, że nie powinienem był przyjeżdżać.

— To brzmi inaczej niż „nie powinieneś tu być”.

— Tak.

— Czyli mogłeś przyjechać specjalnie.

— Tak.

Anna spojrzała na zdjęcie.

— Pytanie: po co?

Krzysztof wrócił do fotografii. W prawym dolnym rogu widniała część szyldu. Trzy litery i fragment herbu. Nie próbował ich odczytać. Bał się, że jeśli znów zacznie szukać w internecie, każda odpowiedź przyjdzie z ekranu, a nie z niego.

— Chodźmy stąd — powiedział.

— Gdzie?

— Na spacer.

Anna spojrzała na niego podejrzliwie.

— Jest dziewiąta rano.

— Wiem.

— I pada.

— Wiem.

— Czyli naprawdę jest źle.

Włożyła kurtkę.

Przez pierwsze dziesięć minut szli bez słowa. Deszcz był drobny, prawie zawieszony w powietrzu. Krzysztof czuł go na twarzy i próbował nie myśleć o Lugano. Oczywiście myślał tylko o Lugano.

— Mogę cię o coś zapytać? — odezwała się Anna.

— Możesz.

— Gdybyś wtedy wiedział, że ona chce odejść od męża, pomógłbyś jej?

Krzysztof zwolnił.

— Nie wiem.

— To uczciwa odpowiedź.

— Mam wrażenie, że ostatnio wszystkie moje uczciwe odpowiedzi brzmią źle.

— Bo przez lata miałeś dużo ładniejszych.

Spojrzał na nią. Anna nie mówiła tego złośliwie.

— Myślisz, że ją kochałem?

— Nie wiem.

— A ty?

— Myślę, że byłeś nią zachwycony. Nie wiem, czy to była miłość.

— A jeśli było?

Anna wsunęła dłonie do kieszeni.

— Wtedy było. Dwadzieścia trzy lata temu. Nie będę się ścigała z tobą sprzed dwudziestu trzech lat.

Po chwili dodała:

— Bardziej interesuje mnie, czy tamten ty zrobił coś, za co dzisiejszy ty wciąż płaci, nawet o tym nie wiedząc.

Krzysztof zatrzymał się.

— To brzmi jak coś, co powinno mnie pocieszyć?

— Nie. Dzisiaj mam wolne od pocieszania.

Ruszyła dalej. Krzysztof dogonił ją po kilku krokach.

— Aniu.

— Tak?

— Dziewiętnastego czerwca. Mediolan.

— Mówiłam ci.

— Wiem. Ale Elena chciała, żebym cię o to zapytał. Nie Laurę. Ciebie.

— Też o tym myślę.

— I?

— Zadzwonię do Magdy.

— Teraz?

— Nie. Najpierw kawa.

— Wypiłaś już dwie.

— Ja mogę podejmować odpowiedzialne decyzje.

Krzysztof parsknął śmiechem. Był wdzięczny za ten śmiech bardziej, niż chciał przyznać.


Po południu Anna zadzwoniła do Magdy z kuchni. Nie włączyła głośnika. Krzysztof siedział w salonie i udawał, że czyta wiadomości. Nie słyszał słów Magdy, tylko odpowiedzi Anny.

— Tak, dokładnie wtedy.

Przerwa.

— Nie, nie chodzi mi o egzamin.

Dłuższa przerwa.

— Serio?

Krzysztof podniósł głowę. Anna odwróciła się do okna.

— Nie pamiętam tego.

Kolejna przerwa.

— Nie mów mu jeszcze. Najpierw ja z nim porozmawiam.

Krzysztof wstał. Anna natychmiast zobaczyła jego odbicie w szybie.

— Zadzwonię później — powiedziała i się rozłączyła.

Odłożyła telefon.

— „Nie mów mu jeszcze”? — zapytał.

— Wiedziałam, że słuchasz.

— Nie podsłuchiwałem. Mam uszy.

— Gratuluję.

— Co powiedziała Magda?

Anna usiadła przy stole.

— Że dziewiętnastego po południu wyszłam z mieszkania na kilka godzin.

Kark mu zesztywniał.

— Dokąd?

— Tego nie wie.

— Ty wiesz?

— Nie.

— Anna.

— Nie pamiętam.

— I to cię nie przeraża?

— Przeraża. Tylko staram się nie robić z tego spektaklu.

— Co jeszcze?

Anna popatrzyła na swoje dłonie.

— Wróciłam około szóstej.

— Sama?

— Tak.

— I?

— Byłam zdenerwowana. Magda zapytała, co się stało. Powiedziałam jej, że zobaczyłam kogoś, kogo nie chciałam zobaczyć.

Krzysztof nie usiadł.

— Kogo?

— Nie powiedziałam.

— Mogłem to być ja.

— Mogłeś.

— Elena.

— Mogła.

— Davide?

Anna uniosła wzrok.

— Dlaczego miałabym znać Davidego?

— Nie wiem już, kogo znałaś.

Słowa zabrzmiały ostrzej, niż chciał. Anna cofnęła się minimalnie.

— Uważaj.

— Przepraszam.

— Nie przepraszaj odruchowo. Powiedz, co chciałeś powiedzieć.

— Że zaczynam się bać, że wszyscy byli wtedy w tej samej historii, tylko ja pamiętam jej najwygodniejszą wersję.

— Ja też się tego boję.

Po raz pierwszy od początku tej historii powiedziała to bez ironii.

Krzysztof usiadł.

— Magda pamięta coś jeszcze?

— Jedno zdanie.

— Jakie?

— Podobno wieczorem powiedziałam: „On pojechał za nią”.

Krzysztof znieruchomiał.

— On?

— Tak.

— Czyli wiedziałaś o Elenie.

— Albo o jakiejś kobiecie. Pamiętaj, że wtedy znałam cię krótko.

— Ale wiedziałaś, że pojechałem za kimś.

— Najwyraźniej.

— Skąd?

Anna pokręciła głową.

— Nie wiem.

Krzysztof odsunął krzesło.

— Muszę zadzwonić do Eleny.

— Nie.

— Nie?

— Nie zabraniam ci. Jeśli zadzwonisz teraz, zrobisz to w panice i zapytasz ją o pięć rzeczy naraz. Ona odpowie na jedną, a ty przez tydzień będziesz próbował zgadnąć, dlaczego wybrała tę.

— Masz lepszy pomysł?

— Tak. Jedno pytanie.

— Jakie?

Anna spojrzała na fotografię otwartą na ekranie laptopa.

— „Dlaczego przyjechałem do Lugano?”


Krzysztof wysłał wiadomość dokładnie tak, jak powiedziała. Dlaczego przyjechałem do Lugano 19 czerwca 2003? Bez „Elena”. Bez „proszę”. Bez wyjaśnień. Odpowiedź przyszła po siedmiu minutach. Bo mnie prosiłeś, żebym cię powstrzymała.

Krzysztof przeczytał dwa razy. Anna stała obok.

— To nie odpowiada na pytanie — powiedział.

— Odpowiada. Tylko na inne.

Napisał:

Przed czym? Tym razem odpowiedź przyszła natychmiast. Przed tobą samym.

Ogarnęła go złość.

Nie abstrakcyjną. Fizyczną. Wcisnął ikonę połączenia. Anna nie zatrzymała go. Elena odebrała po czwartym sygnale.

— Nie powinieneś dzwonić.

— To zdanie już znam.

Cisza.

— Widziałeś zdjęcie — powiedziała.

Nie zapytała.

— Skąd wiesz?

— Laura.

— Oczywiście.

— Nie bądź na nią zły.

— Nie jestem zły na Laurę.

— Jesteś zły na wszystkich.

— Głównie na siebie, tylko jeszcze nie wiem za co.

Po drugiej stronie usłyszał krótki wydech.

— To akurat pamiętasz dobrze.

Krzysztof wstał i podszedł do okna.

— Dlaczego pojechałem do Lugano?

— Bo chciałeś mnie zatrzymać.

— Przed wyjazdem z Marco?

— Tak.

— Dlaczego?

— Bo uznałeś, że robię błąd.

— Jaki?

— Chciałam odejść od Davidego.

— Z Marco?

— Nie.

Krzysztof spojrzał na Annę. Słuchała.

— Więc kim był Marco?

— Człowiekiem, który miał mi pomóc zniknąć z dokumentów Davidego.

— Co to znaczy?

— To, co słyszysz.

— Nie. To brzmi jak zdanie napisane po to, żeby niczego nie wyjaśnić.

— Marco miał spółki, mieszkania, ludzi. Potrafił przenieść pieniądze, wynająć lokal pod innym nazwiskiem, znaleźć pracę, której Davide nie mógł kontrolować.

— Davide kontrolował twoje pieniądze?

— Elena?

— Kontrolował więcej niż pieniądze.

Anna poruszyła się za jego plecami.

— Bił cię?

— Nie rób z niego potwora, żeby tobie było łatwiej.

Odpowiedź była natychmiastowa.

— Nie pytam, żeby było mi łatwiej.

— Wtedy też tak mówiłeś.

— Co robił?

— Wiedział, gdzie jestem. Z kim rozmawiam. Kiedy wracam. Co kupuję. Do kogo dzwonię. Potrafił być bardzo czuły, a pięć minut później zapytać, dlaczego potrzebowałam siedemnastu minut, żeby wrócić z piekarni.

— Więc używałaś nazwiska Laury?

— Między innymi.

— A Laura się na to zgadzała?

— Czasem. Czasem dowiadywała się później.

— To nie brzmi dobrze.

— Nie byłam wtedy dobrze poukładanym człowiekiem, Krzysztof.

Pierwszy raz wypowiedziała jego imię bez dystansu. Krzysztof zacisnął palce na telefonie.

— A ja?

— Ty chciałeś mnie ratować, dopóki ratowanie wyglądało tak, jak ty je sobie wyobrażałeś.

— Co to znaczy?

— Kiedy powiedziałam, że odchodzę, byłeś zachwycony. Kiedy powiedziałam, że nie odchodzę do ciebie, przestałeś być zachwycony.

Przez sekundę zobaczył Elenę w kuchni. W jego koszuli. Bosą. Z filiżanką kawy. Potem drugi obraz. Hotelowy pokój.

Nie Florencja.

Lugano.

Elena stała przy oknie w samej białej koszuli. Nie jego. Hotelowej? Nie. Jej własnej, za dużej, z podwiniętymi rękawami. Miała mokre włosy. Krzysztof siedział na brzegu łóżka.

— Czyli po prostu wyjedziesz? — usłyszał własny młodszy głos.

— Tak.

— Ze mną nawet nie porozmawiasz?

— Rozmawiamy od godziny.

— To nie jest rozmowa.

— Bo nie mówię tego, co chcesz usłyszeć?

Elena podeszła bliżej.

Krzysztof pamiętał kroplę wody zsuwającą się z jej szyi pod kołnierz koszuli. Pamiętał, że wyciągnął rękę, a ona pozwoliła mu dotknąć talii.

Nie odsunęła się.

Przez moment stali tak blisko, jakby całe wcześniejsze napięcie miało rozpłynąć się w znajomym geście. Elena położyła dłoń na jego karku i pocałowała go.

Krótko.

Bez pośpiechu. Potem cofnęła usta o kilka centymetrów.

— Nie myl tego ze zgodą na twoją wersję mojego życia.

Wspomnienie zgasło. Krzysztof otworzył oczy.

— Byliśmy razem w hotelu — powiedział.

— Elena?

— Tak.

— W Lugano.

— Tak.

— Przed tym spotkaniem inwestorów?

— Przed.

— Uprawialiśmy seks?

Anna odwróciła wzrok, ale nie wyszła. Elena odpowiedziała po chwili:

— Nie.

Ulżyło mu i natychmiast się tego zawstydził.

— Pocałowaliśmy się.

— Tak.

— I powiedziałaś, że nie mam mylić tego ze zgodą na moją wersję twojego życia.

Po drugiej stronie nie było żadnego dźwięku.

— Elena?

— Nie powinieneś był tego pamiętać.

Krzysztof przestał oddychać na moment.

— Dlaczego?

— Bo po tym wszystko się zaczęło.

— Co?

— Twoja decyzja.

— Jaka decyzja?

— Żeby pójść do Davidego.

— Poszedłem do niego?

— Tak.

— Po co?

Elena zaśmiała się krótko. Bez humoru.

— Żeby powiedzieć mu prawdę.

— Jaką?

— O nas.

Krzysztof oparł dłoń o szybę.

— Powiedziałem twojemu mężowi, że z tobą spałem?

— Powiedziałeś mu znacznie więcej.

— Co?

— Że od niego odchodzę. Że mam plan. Że Marco mi pomaga.

Krzysztof odwrócił się od okna.

— Dlaczego miałbym to zrobić?

— Bo chciałeś, żeby przestał mnie ścigać.

— I uważałem, że to pomoże?

— Wtedy uważałeś, że ma.

— I przez to trafiłaś do szpitala?

Elena milczała tak długo, że Krzysztof odsunął telefon od ucha, żeby sprawdzić, czy połączenie nadal trwa.

— Nie — powiedziała w końcu. — Do szpitala trafiłam przez własną decyzję.

— Jaką?

— Nie powiem ci przez telefon.

— Elena…

— Nie.

— Przez dwadzieścia trzy lata nie pamiętałem, że zdradziłem twój plan twojemu mężowi.

— To nie była zdrada w twojej głowie.

— A w twojej?

— W mojej była.

Krzysztof usiadł. Anna nadal stała przy stole.

— Dlaczego w szpitalu podałaś mnie jako osobę kontaktową?

Elena odpowiedziała niemal szeptem:

— Bo mimo wszystko wiedziałam, że przyjedziesz.

— Byłem tam?

— Tak.

— Po spotkaniu z Davidem?

— Tak.

— A Marco?

— Też.

— Davide?

— Nie.

Wrócił zapach środka dezynfekcyjnego. Biały korytarz.

Pokój siedemnaście.

Elena w szpitalnej koszuli. Opatrunek przy lewym biodrze.

Jej oczy.

Nie przestraszone.

Wściekłe.

— Powiedziałaś mi: „Nie powinieneś tu być”.

— Tak.

— Dlaczego?

— Bo Davide wiedział już wszystko. A ty nadal uważałeś, że możesz to naprawić.

— Co próbowałem naprawić?

— Siebie.

— Elena…

— Nie dzisiaj.

— Kiedy?

— Przyjedź do Lugano.

Krzysztof spojrzał na Annę. Anna nie odwróciła wzroku.

— Kiedy?

— Jutro.

— Gdzie?

— W hotelu, w którym wtedy byliśmy.

— Nazwa?

— Pamiętasz.

— Nie.

— Przypomnisz sobie.

— Elena, przestań robić ze mnie test pamięci.

Po drugiej stronie znów krótka cisza.

— Hotel Bellavista. Jedenasta.

— Będziesz?

— Tak.

— Naprawdę?

— Tym razem nie będę udawała, że cię nie znam.

Rozłączyła się.


Krzysztof położył telefon na stole. Anna usiadła naprzeciwko.

— No dobrze — powiedziała. — To już nie jest romans sprzed lat.

— Nie.

— To jest katastrofa logistyczna sprzed lat.

— Próbujesz żartować?

— Próbuję nie rzucić tym kubkiem w ścianę.

Krzysztof opuścił wzrok.

— Powiedziałem jej mężowi.

— Tak.

— Zdradziłem jej plan.

— Tak.

— A potem przez dwadzieścia trzy lata pamiętałem siebie jako człowieka, który nie wiedział nawet, że ona ma męża.

— Powiedz coś.

— Co mam powiedzieć?

— Cokolwiek.

— Nie wiem, czemu to zrobiłeś. Ale zrobiłeś to ty.

— Wiem.

— Wiesz dopiero od kilku minut.

Wstała.

— Jedziesz jutro?

— Tak.

— Sam?

Krzysztof zawahał się.

— Elena chyba tego oczekuje.

Anna popatrzyła na niego chłodno.

— Nie pytałam, czego oczekuje Elena.

— Chcesz jechać?

— Nie wiem.

— Pytam, czy chcesz jechać.

— Ostatnio podobno jest bardzo uczciwa.

Odwróciła się i wyszła do sypialni.


Krzysztof został przy stole. Po kilku minutach usłyszał szufladę, potem przesuwane wieszaki.

Poszedł za nią. Anna stała przed szafą i wkładała kilka rzeczy do małej torby.

— Co robisz?

— Pakuję się.

— Dokąd?

— Do Lugano.

— Przecież powiedziałaś, że nie wiesz, czy chcesz jechać.

— Już wiem.

— Elena może nie chcieć rozmawiać przy tobie.

Anna odłożyła bluzkę.

— W takim razie poczekam w hotelu. Albo pójdę na kawę. Albo będę siedzieć nad jeziorem i zastanawiać się, dlaczego moja młodsza wersja powiedziała dwadzieścia trzy lata temu „on pojechał za nią”.

Krzysztof usiadł na brzegu łóżka.

— Nie chcę cię w to wciągać.

— Jest trochę późno.

— Wiem.

Anna zamknęła torbę.

— Poza tym mam własne pytanie do Eleny.

— Jakie?

— Skąd znała moje imię na tyle dobrze, żeby po dwudziestu trzech latach napisać ci, żebyś zapytał mnie o dziewiętnasty czerwca.

Krzysztof uniósł głowę.

— Przecież słyszała o tobie ode mnie. Kaseta…

— Nie o to chodzi.

— To o co?

Anna podeszła do niego.

— Magda przypomniała sobie jeszcze coś.

— Co?

— Nie powiedziała przez telefon. Wysłała mi później wiadomość.

Ścisnęło go w brzuchu.

— Jaką?

Anna podała mu telefon. Wiadomość była krótka.

„Wróciłaś wtedy z małą kartką. Mówiłaś, że dała ci ją ta Włoszka. Pamiętam, bo zapytałam, skąd zna twoje imię.”

Krzysztof przeczytał jeszcze raz.

— Ta Włoszka.

— Tak.

— Spotkałaś Elenę.

Anna odebrała telefon.

— Najwyraźniej.

— I nic nie pamiętasz?

— Pamiętam coś.

Krzysztof wstał.

— Co?

Anna zamknęła oczy.

— Dworzec.

— W Mediolanie?

— Chyba.

— Co jeszcze?

— Kobieta przy automacie z biletami. Jasna bluzka. Ciemne okulary.

— Elena?

— Nie wiem.

— Co ci powiedziała?

Anna otworzyła oczy.

— Jedno zdanie.

— Jakie?

— „Nie jedź za nim.”

Przeszedł go chłód.

— Za mną?

— Tak sądzę.

— A pojechałaś?

— Tego nie wiem.

ROZDZIAŁ 12 — Bellavista

Następnego ranka jechali do Lugano prawie bez rozmowy. Mai Anna napisała tylko, że wyjeżdżają na dzień. Odpisała kciukiem i pytaniem, czy przywiozą dobrą kawę. Nie wiedziała, po co naprawdę jadą. Anna prowadziła pierwszą godzinę. Krzysztof patrzył przez szybę i próbował nie sprawdzać telefonu co pięć minut.

Elena nie napisała. Laura też nie. Marco Bellini pozostawał nazwiskiem ze starego zdjęcia i głosem na kasecie.

— Jeśli powiesz „dziwnie tu wracać”, wysadzę cię na najbliższym parkingu — powiedziała Anna.

— Nawet nic nie powiedziałem.

— Ale już układałeś zdanie.

— Skąd wiesz?

— Dwadzieścia jeden lat praktyki.

Po chwili dodała:

— I masz minę człowieka, który pisze narrację do filmu dokumentalnego o własnym życiu.

— Dobrze. Nie będę.

— Dziękuję.

Jezioro pojawiło się między budynkami nagle. Jasne, spokojne, obojętne. Krzysztof poczuł coś pod żebrami. Był to raczej cień wspomnienia. Hotel Bellavista znajdował się dwie ulice od brzegu. Nie był tym samym budynkiem, który Krzysztof zobaczył w pamięci.

Przynajmniej z zewnątrz.

— Remont — powiedziała Anna, jakby czytała mu w myślach. — Dwadzieścia trzy lata to sporo.

W recepcji Krzysztof podał nazwisko. Recepcjonistka sprawdziła komputer.

— Pani Ferri czeka w saloniku na pierwszym piętrze.

Anna dotknęła jego łokcia.

— Idź.

— A ty?

— Zamówię kawę.

— Aniu…

— Krzysztof. Idź.

Winda miała nowe drzwi. Ale po ich zamknięciu usłyszał ten sam metaliczny trzask. Wspomnienie uderzyło natychmiast. Elena przy jego krawacie.

„Nie powinieneś był przyjeżdżać.”

Potem coś jeszcze. Jego odpowiedź. „Nie pozwolę ci zrobić czegoś tak głupiego.”

Krzysztof oparł dłoń o ścianę windy. Nie „boję się o ciebie” ani „kocham cię”. „Nie pozwolę ci”. Drzwi się otworzyły. Elena siedziała przy oknie. Nie miała ciemnych okularów. Włosy spięła z tyłu. Na stole stała filiżanka espresso i szklanka wody.

Kiedy go zobaczyła, wstała. Przez kilka sekund żadne z nich się nie odezwało. Krzysztof zauważył, że trzyma filiżankę dokładnie tak samo jak wtedy w hotelowej kawiarni. Dwa palce na uchwycie. Mały palec pod porcelaną.

Tym razem nie powiedział „Laura”.

— Elena.

— Krzysztof.

Usiadł naprzeciwko.

— Anna jest na dole.

Elena spojrzała na niego uważnie.

— Dobrze.

— Dobrze?

— Powinna tu być.

— Myślałem, że chcesz rozmawiać ze mną.

— Najpierw z tobą.

— Spotkałaś Annę dziewiętnastego czerwca.

Elena nie zaprzeczyła.

— Tak.

— W Mediolanie?

— Na dworcu.

— Dlaczego?

— Bo zadzwoniła do ciebie jeszcze raz.

— Nie pamiętam.

— Nie odebrałeś. Odebrałam ja.

— Znowu?

— Tym razem nie powiedziałam, że nie możesz rozmawiać.

— Co powiedziałaś?

— Że pojechałeś do Lugano.

Żołądek mu się ścisnął.

— Po co?

— Chciała wiedzieć.

— Skąd wiedziałaś, że jest w Mediolanie?

— Powiedziała mi.

— I spotkałyście się?

— Tak.

— Dlaczego?

Elena odłożyła filiżankę.

— Bo chciałam ją powstrzymać.

— Przed czym?

— Przed pojechaniem za tobą.

— Dlaczego miałaby jechać?

— Bo powiedziałam jej za dużo.

Zirytował się.

— Zaczynam mieć alergię na to zdanie.

— Wtedy też miałeś alergię na granice.

Zamilkł.

Elena patrzyła na niego spokojnie.

— Przypomniałeś sobie windę?

— Tak.

— Co powiedziałeś?

Krzysztof nie chciał odpowiadać.

— „Nie pozwolę ci zrobić czegoś tak głupiego”.

Elena skinęła głową.

— Tak.

— Brzmię jak dupek.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 66.21