E-book
1.37
drukowana A5
23.32
Zapiski z każdej strony okna

Bezpłatny fragment - Zapiski z każdej strony okna

Objętość:
158 str.
ISBN:
978-83-8104-687-9
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 23.32

Dwa szpitale

Wszyscy jesteśmy w drodze do Paryża, tylko mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Kiedyś ludzie zrozumieją, że mają skrzydła i odlecą.

*

Szerokimi schodami zszedłem do potężnych gotyckich piwnic. Był półmrok, a całe wnętrze przepełniała woń podkisłego piwa. Zamówiłem dla siebie duży, chłodny browar. Rozsiadłem się wygodnie i z rozkoszą delektowałem pierwszym haustem. Lubię ten pierwszy, głęboki aż do bólu w tyle głowy. Na zewnątrz był upał i tłum turystów. Tu kompletny spokój, który przerywała jedynie rozmowa starszych mężczyzn w garniturach. Wyglądali na wykładowców.

— Moją szpadą miała być historia, ale historia to oszustwo. — Znużonym głosem ciągnął pierwszy z nich. — Zmieniłem zatem broń na literaturę. Literatura to dopiero oszustwo, ale w odróżnieniu od uprawiania historii, literackie oszustwo jest zupełnie uczciwe, bo jeśli się z założenia łże, to nikt nie może mieć pretensji. Zresztą… kto przy zdrowych zmysłach wierzy w prawdę literacką? Wiadomo, że wszystko jest kreacją i fikcją. A w historię, niestety, próbują wierzyć liczni, a liczniejsi ją lepią jak im się podoba. Nie mówię o dziejach, ale o ich opisywaniu. O czym tu zresztą gadać. Ktoś wyrwał kartki z Kroniki Galla i historia św. Stanisława jest pisana od lat tak jak jest, a jak było, nie dojdzie już nikt. Ot, historia. I w ogóle co to za naród, co kradnie skrzydła husarzom, by oddać je na złom za nalewkę. I to robią w Łodzi na cmentarzu. Porucznik Pogonowski pewnie zastanawia się o co tak naprawdę walczył? A Konopkę szlag trafia, bo przyczepiają te jego skrzydła i przyczepiają, a rodacy przepijają je, przepijają. A przecież Laszczka uczył go o kompozycji i integralności dzieła. A ono się integruje ze skupem złomu, choć miało z bohaterem spod Radzymina.

Drugi milczy i patrzy tylko w miejsce, gdzie filar zamienia się w pięknie sklepiony strop.

Przysłuchuję się wywodowi i w duchu przyznaję rację sfrustrowanemu akademikowi. Sam jestem historykiem i trochę bawię się w literata. Ale jedno i drugie w gruncie rzeczy uważam tylko za sposób zabijania czasu. Nie wierzę w karierę, bo nie umiem wchodzić nikomu w odpowiednie części ciała. A powiedzenie o siedzeniu cicho w kącie, bo jak się jest dobrym to i tak tam odnajdą, ci co coś mogą, absolutnie mnie nie przekonuje. Nie na tym świecie. Na tym to nie działa. Tylko plecy.

W efekcie robię to i owo a zwłaszcza ovo. Nic z tego kompletnie nie wynika. „Biegł, biegł i nie dobiegł”. Albo: „Biegł, biegł i dobiegł donikąd”. Ale czy tak naprawdę to ma jakieś znaczenie? Ważny jest sam ruch. I spełnienie. Czuję się mimo wszystko spełniony. A historia? Jak napisał jeden aforysta o dziejopisaniu: „Poprawianie zdarzeń fragmentami marzeń”. Czyli kreacja piszącego. Czego historia uczy? Tylko tego, że… nic nie jest wieczne.

— Płasko Panie Hłasko. — Wyszeptało powietrze.

Dokończyłem piwo i ruszyłem na dworzec. Minęło wiele lat nim dotarłem do domu.

*

Leżę na wielkim drewnianym łóżku z laptopem i piszę przez nikogo nie zamówiony artykuł o cmentarzu w Siemkowicach, który mnie zafascynował. E. zawiozła nas do Działoszyna, bo sobie to chwilowo wymarzyłem, i przypadkowo zawitaliśmy w tamte, siemkowickie, strony. Zniszczona Madonna z piaskowca — secesyjna Golgota, przypomniała mi z jakiegoś powodu popiersie z czerwonego piaskowca z cmentarza w Łęczycy i inne z tego samego materiału i tego samego dłuta z cmentarza w Wartkowicach. Wawrzyniec Smogorzewski z Wartkowic był powstańcem 1863 roku, a Stanisław Karśnicki z Łęczycy społecznikiem z okresu I wojny. Obie rzeźby wyszły z warsztatu Urbanowskiego z Łodzi, gdzie pracował Wacław Konopka. A może od Czaplińskiego? Może on je wykonał? Panowie z czerwonego piaskowca zmarli w tym samym czasie. Rzeźbiarz dobry był w każdym razie. Nawet bardzo dobry.

— Zostaw tę historię i wróć do literatury. — Odezwał się Sławek z głębi lustra.

— Dałbyś poleżeć.

— Leżysz już ze sto dni jak łańcuch. Rusz dupsko.

— Znam takich, co mieszkają w szklanych domach telewizorów i komputerów. Im każ ruszyć dupsko. Ja nie robię nic złego. Czekam tylko na E. i sobie piszę.

— Na Godota chyba czekasz. E. jest ciągle przy tobie.

— I o to chodzi. Bez niej mnie nie ma.

— Letarg, mumifikacja! — Wrzasnął.

— Nie drzyj się, bo ci przyłożę. — No bo trochę mnie zdenerwował. Tykać moją E. mu się zachciało.

— Ciekawe jak przyłożysz? — I … Sławek schował się w głębi lustra.

*

Muzyka Des Présa oderwała mnie od tej nieciekawej awanturki. Nie żeby zaraz depresja. Kocham średniowiecze i renesans. W muzyce.

— Weź chłopie P. G. Wodehous’ea i poczytaj o Woosterach. Pochichrasz się trochę, a nie tylko te pienia katedralne ci we łbie. — Sławek nie odpuszczał. — Moteciki, moteciki. — Przedrzeźniał.

Rzuciłem w niego kapciem. Dobrze, że był miękki, bo inaczej stłukłbym lustro. E. by się nie ucieszyła, bo to antyk po jej prababci.

*

Jakiś głos w tyle głowy przypomina mi często, że czas się kończy. Ale to nie Sławek. Nie wiem kto. Wychodzę wtedy na ukwiecony przez moją Śliczną balkon i obserwuję wróbla. Gdy tylko się pojawiam zaraz przylatuje. Siada na teowniku przyspawanym pod kątem do poręczy balkonu, w charakterze ramienia do sznurów do suszenia prania, siada, rozgląda się dumnie niczym Król Lew na skale i udaje, że wcale go tam nie ma. Odwrócony do mnie tyłem ćwierka sobie i już. A jak on głośno ćwierka. Aż powietrze się trzęsie. A potem gdzieś odlatuje. Też musi mieć w pobliżu swoją pustelnię.

*

Zagubiłem się w skończoności ślepej uliczki. Zamknąłem na dziesiątki dni za parawanem mieszkania. Nie ciągnęło mnie do ludzi, do zewnętrza, ani do książek i telewizji. Zatopiłem się w spokoju i tak trwałem, czekając nie bardzo wiadomo na co, ale licząc na zmianę. Czasem warto poczekać. Nawet od uwielbianej muzyki interesowała mnie bardziej najprostsza cisza. Byłem niczym i nie było to takie złe. Świat płynął obok, a ja na przekór wszystkiemu nie robiłem niczego. Sąsiedzi wyłożyli pod swoimi drzwiami wycieraczkę z napisem „Sweet Home”. Mój home też jest sweet. Ożywił go na niedługo siemkowicki cmentarz.

*

Czasem do mojej samotności, gdy nie było Ślicznej E., ktoś przychodził. Kiedyś wpadł tata, i mama pomilczała trochę parę razy, a to rabin Malbim się pojawił. Raz nawet zajrzała Matka Urszula. Mówiłem do nich, ale nie odpowiadali. A w nocy za to dawali mnóstwo rad. Snuli jakieś opowieści, wysłuchiwałem długich peror, by… niczego nie pamiętać po przebudzeniu. Generał Uszakow przyglądał mi się uważnie ze złotej ikony, którą zachwycony (święty z szablą w generalskim mundurze — to ci dopiero oksymoron) kupiłem od Greka na Korkyrze. Ale straciłem do jenerał Uszakowa ufność odkąd obok niego postawiłem, chwilowo w czasie remontu, Żyda liczącego pieniądze. Wpadliśmy z E. natychmiast w takie kłopoty finansowe, że musiałem starozakonnego przenieść do drugiego pokoju. Wtedy w kasie się uspokoiło, ale zaufanie do świętego generała uleciało jak kurz na wietrze. Teraz to po prostu obrazek. Ładny, ale poza zwyczajowym „dzień dobry” nie gadam z nim. Gapi się na mnie z wyższością. Ale ja to olewam. Jego prawo. On był carskim pupilem i robi za prawosławnego świętego, a ja z pochodzenia jestem polska klasa robotnicza wyznania rzymskokatolickiego. Niech się gapi. Co mi tam. Obrazek ładny. Na desce.

*

Lubię „sceny balkonowe”. Rozkładam fotele, kładę serwetkę na miniaturowy stoliczek, stawiam szklanki i przynoszę z lodówki schłodzone piwo. E. ma swój kieliszek, który kupiłem kiedyś w komplecie ze zgrzewką buteleczek „Palm”. Przypomina bardziej baniaczek do picia brandy niż naczynie do piwa. Sam piję ze starej szklanki z browaru Warka, którą dostałem jeszcze w 1985, gdy byłem tam na degustacji. Najlepsze piwo świata, bo prosto z taśmy. Nie wożone, nie widziało słońca, nikt go nie zdążył zdenerwować ani sfrustrować.

Na kieliszku E. jest logo ze śmiesznym, białym konikiem. Przypomina jednorożca. Obrazek ładny. Na szkle. Lubię jednorożce.

*

Fascynują mnie różańce. Mam różne. Muzułmańskie, prawosławne. Tespih z jakiegoś czarnego kamienia kupiłem za jedno euro od Turczynki na kapadockiej wsi. Ten najcenniejszy, z drewna oliwnego, od Palestyńczyka w Jerozolimie. Miał sklepik niedaleko Bazyliki Grobu. Byłem z tym różańcem przy samym Grobie, dotykałem go różańcem. Kropla oliwy spadła mi na czoło. Dla mnie to ważne. Palestyńczyk mówił, że ma dwie żony w Łodzi. Oni wszyscy tak opowiadają. Mój komunijny z czarnego tworzywa oddałem tacie do trumny…

Najwierniejszy różaniec, który noszę wciąż przy sobie, to zwykła „dziesiątka” z drewna. Znalazłem ją przed swoją firmą w śniegu. To był ładny obrazek — różaniec na śniegu.

*

— Napisz w końcu to opowiadanie. — Sławek był namolny.

— Nie chce mi się. Daj mi spokój.

— To niech ci się zachce. Ono i tak będzie za tobą łaziło i stukało ci do głowy. Napisz, a potem będziesz miał tyle ciszy ile zechcesz.

— Nieprawda. Kiedyś przyszedł do mnie Kadosz. Patrzy na mnie i mówi:

— Chcesz być sławny? Jak Miłosz?

— Chcę! Ale jak to zrobić?

— Poproś. Poproś mnie po prostu. — Rzekł Kadosz z uśmiechem.

— I to wszystko. Takie to proste? — Zdziwiłem się.

— Takie proste. — Odpowiedział.

— I poprosiłeś?

— Poprosiłem. Ale jak widzisz nie jestem sławny jak Miłosz.

— A jak prosiłeś, to powiedziałeś kiedy chcesz być sławny?

— No nie.

— A spytałeś, czy sławny jak Czesław Miłosz?

— Nie!

— No to o co ci chodzi? Będziesz sławny jak Miłosz, tylko nie wiadomo kiedy i nie wiadomo, co to za Miłosz. Elohim ma swoje poczucie humoru. A teraz dupsko w troki i pisz to opowiadanie, bo nie będziesz sławny nawet jak ty sam.

— To napiszę opowiadanie na odwrocie biletu kolejowego. Kiedyś mi ich było żal — taki dawali, cholera, dobry papier na te bilety, to pisałem na nich teksty i nawet listy na tych kolejowych biletach.

— Za dużo to ty na bilecie nie napiszesz. Zresztą, teraz już nie robią tych ładnych. Najczęściej drukują paragony.

— To zacznę tak: Czterech filozofów przy knajpianym stole nie ocali świata. Jak ty swoich myśli.

— Albo: Zzuć buty. — Ktoś jeszcze tak mówi?

Sławek się skrzywił.

— Napisz lepiej o szpitalach.

— Wolę teatr.

— Dwa teatry, dwa szpitale, co za różnica. — Zirytował się. — Jak byłeś ostatnio w tym wielkim, żydowskim gmachu to widziałeś pacjentów ubranych jak na premierę, na bal i takich, co wygrzebali się dopiero ze śmietnika.

— Bo tak w życiu jest. Wszyscy nie mogą grać jednocześnie głównej roli. Ale, OK. Zacznę opowiadanie tak: „Zatańczymy jeszcze, gdy nas „dochtory” wyremontują, zatańczymy”. A na razie… bilans płynów i takie tam mało romantyczne wariactwa.

— Czyli jesteś po prostu Moczodawcą?

— Jestem moczodawcą. Ale czytałem Dantego, tylko utknąłem w Piekle. Kocham Bułhakowa, bo tylko on rozgrzeszył po chrześcijańsku Piłata. A my nawet Magdalenom nie umiemy najczęściej wybaczać.

*

Miasto jest strukturą genialnie obłąkaną. Odwraca się od natury, jednocześnie wykorzystując jej atuty dla swojej wygody. Gdy tworzą je ludzie z fantazją potrafi mieć urok, gdy biorą się za nie ćwoki jest chaosem lub ponurą pułapką. Szpitale są jak teatr. Dziwne rolę tam się gra, ale najlepsze przyjmują leżący w nich naturszczycy. Choć Elohim pisze scenariusze. Taki Pan Radoński z sąsiedniego łóżka. Głodny był, nakarmiłem. Całą noc kogoś wzywał. A to błagał, a to bluźnił. Rano przyszła siostra, czyli pielęgniarka mierzyć temperaturę. Taki miała termometr bezdotykowy przystawiany do czoła.

Podchodzi do Radońskiego, a on nie ma temperatury. Zdziwiła się. Zbiegli się różni w bieli, pogadali, poszli. I tak go zostawili. Siedziałem i patrzyłem. Modliłem się za niego. Obaj byliśmy spokojni. A miasto za oknem drżało z podniecenia.

— Nie wiem, czym jest miłość, ale nie chcę z niej uronić ani kropli, ani sekundy, najmniejszego skwarka i okruszyny. — Sławek posmutniał.

— I nie wiem czym jest wiara. Czytałem fragment ewangelii. O uzdrowieniu paralityka, kawałek, gdy przyjaciele opuszczają go przez dach do Jezusa, by go uleczył, a On leczy i mówi, że uzdrowiła go jego wiara. Myślę, że uzdrowiła go chyba wiara przyjaciół, bo paralityk za dużo nie miał w tym wszystkim do powiedzenia.

— Ja też różnie myślę, czasem o tym mówię, ale wierzę. Wierzę! Tylko im więcej czytam tym mniej rozumiem, więc… tym bardziej wierzę. Zrozumienie pewnie jest proste, ale być może moja wiara jest nadal zbyt mała bym rozumiał. — Patrzę Sławkowi w oczy, a on pojmuje moje zawiłe słowa. Ale, jak to Sławek, wraca swoją pioseneczką do innej rzeczywistości rycząc radośnie:

Rozmieniłem swoje życie bez przyczyny

i do lustra teraz stroję głupie miny

i do lustra teraz stroję miny głupie

ale lustro… jak to lustro… ma mnie w dupie

— Oj, Sławek. — Śmieję się z hiciora.

*

— Przestraszyłaś mnie. Błyskało się na niebie, ten wielki księżyc, żółty jak wielokwiatowy miód, padał zimny deszcz. A ty zwijałaś się z bólu i paniki na mokrym balkonie. Nie rób mi tego więcej. Bez ciebie mnie nie ma.

Sławek popatrzył na nas, schylił głowę i zniknął w lustrze.

— Kobiety są naszym szaleństwem. — Wyszeptał.

*

— Sławek, powiedz mi, a niby dla kogo ja mam pisać? Przecież nikt już niczego nie czyta, a na pewno nie ze zrozumieniem. Czytacze są na wymarciu. Opowiem ci takie zdarzenie. Siedzę z „Wyznaniami” św. Augustyna nad Grajcarkiem, a wokół „kurwy” ścielą się gęsto, aż potok się pieni. Słychać ojczystą mowę codzienną. To się nasila, to słabnie, ale nie nikną nigdy „kurwy” nasze narodowe. Polacy zamilkną, gdy ich zabraknie. Bo większość wypowiedzi składa się z nich. To ja ani nie mogę skupić się nad Augustynem, a na pewno nie wierzę, że dla tych, co tak sobie „pokurwili” i poszli, mam cokolwiek tworzyć. Po cholerę. Dla kogo niby?

— Dla mnie pisz. — Szepnął.

*

To opisuję dla niego zapach żeńskiego klasztoru w…, czy to ważne gdzie? Odsmażane kartofelki, coś z domu babcinego, coś ze spokoju.

Jesteś Boże moim spokojem.

Zapach charakterystyczny jedynie dla kobiecych klasztorów. Odsmażane ziemniaki i coś… babcinego. Coś maminego. Jakaś pewność niedzielnego obiadu, i że wszystko będzie dobrze, bo wynajdę na wszystko lek.

— Kobiety są naszym szaleństwem. — Mówi Sławek i odpływa przez dziurkę od klucza.

*

Pijemy schłodzony Zinfandel. Piękny, ciemnoczerwony. Zrobiono go z jakiegoś tajemniczego szczepu winogron w Kalifornii. Ma doskonały smak. Lubimy gdy wino jest chłodne. Nie zimne, lecz chłodne. Oglądamy „Elegię” z niezwykłą i zaskakującą Penelope Cruz i Benem Kingsley’em, który zawsze już będzie mi się kojarzyć z Gandhim. Z ahimsą. Z Tańcem do muzyki przed kinowym ekranem, muzyki puszczanej przed seansem zamiast dzisiejszych reklam. Plakat z Gandhim długo wisiał w moim pokoju. A potem pewnie trafił do Aneżki, jak wiele innych drogich mojemu sercu przedmiotów, którymi chciałem się z nią podzielić.

Czy za sto lat ktoś będzie się wzruszał filmem z Penelope Cruz i „Gandhim”? Usiądzie przed jakimś ekranem, nie ważne jakim, i z lampką dobrego wina wzruszy się obrazem? Zmienią się estetyki i kanony, ale serce filmu przetrwa? Gdzie my wówczas będziemy Kochanie? Czy razem pozwolą nam oglądać stare filmy? Pić wino?

Oby, oby…

Napisałem do ciebie setki listów, tysiące esemesów, miliony słów. Jak ci wyznać miłość. Jak powiedzieć, że kocham cię bardziej niż siebie, chociaż to może tak z zewnątrz nie wygląda, bo wciąż kocham cię za mało. Jak? Jeszcze kiedyś napiszę całą naszą historię.

*

A na nocnym niebie, idealnie płaskiej płycie o barwie granatowej, ciemny księżyc otoczony złocistą aureolą.

*

Znów szpital. Szpital teatralny.

— Choć Miszczu. Zerżnem ciem. — Ciemnoskóry doktor uśmiechnął się stając przede mną na korytarzu.

— To już. — Pomyślałem zaskoczony. — Przede mną powinien być Sławek, któremu znaleziono po 25 latach w zatokach pierścionek mamy, połknięty w dzieciństwie. Nikt mu facjaty nie prześwietlał nigdy, więc wyszło dopiero teraz. A tu mam być pierwszy ja?! Sławek mówił, że mu coś wprowadzili w łeb i puścili światło, które leciało na zewnątrz przez oczy.

— Wyglądałem jak cyborg. — Śmiał się.

Doktor z Allachem w imieniu zaprowadził mnie do jakiegoś małego i ciemnego pomieszczenia. Posadził na krześle, coś zrobił i… Obudziłem się następnego dnia. Przy mnie siedziała dwójka przerażonych studentów, którzy obserwowali dzień wcześniej, jak się okazało, poczynania „Choć Miszczu”. Zerżnął mnie dobrze, więc nie mieli się czego obawiać, ale miło, że przyszli. Oj, dziewczyna była ładna. Lubię ładne dziewczyny.

*

Wychodzę z kliniki w mojej pięknej Łodzi. Bo Łódź jest piękna. A kto tego nie widzi, ten mało widzi. Idę na Fabryczny. Maszyny rozbierają stare kamienice. Jest jak w czasie powstawania Ziemi Obiecanej. Tu dźwigi, tam koparki. Sprzęt się zmienił ale dynamika jak z początków miasta. Miasto w budowie, w przebudowie, w życiu. Odchodzą stare domy, pojawiają się nowe. Normalne. Oj, Elohim!

Autobus dopiero za kilka godzin. Wsiadam w miejski i jadę na Kaliski. Pociąg odjeżdża gdy wchodzę na peron. Następny za kilka godzin. Znów idę na 86 i jadę pod Teatr. Mam dużo czasu do autobusu. Jestem głodny. Nie jadłem już całą dobę. No to do św. Olgi. Koło cerkwi jest maleńki „Teremok”. Tyle razy modliłem się w tej zniszczonej świątyni z baniastą wieżą. Pamiętam tajemną atmosferę, zapach i światła ofirek. Ktoś nieznajomy nazwał wszechobecne świeczuszki i teraz już znam ich imię.

Pewnie gdyby po drodze był kościół, meczet, synagoga to tam bym się modlił. Była cerkiew. Praktykowałem w niej wiarę, że jest Jeden Bóg. Allach. Ha-Szem. Szaddaj. Bóg po prostu. I tyle.

„Teremok” uroczy. Niski piecyk z samowarem, jakieś drobiazgi kazachskie na ścianach i sympatycznie zaciągająca pani za ladą. Namawia mnie na pielmieni muzułmańskie — maleńkie pierożki z baraniną i jagnięciną. Biorę jeszcze hinkali — ostre „pierogi” o wyglądzie pomarszczonych oscypków. Te zmarszczki fajne bo trochę kojarzą się z włoskimi orzechami. Pielmieni ułożone ślicznie na owalnym talerzu, między nimi zmyślnie zakomponowane hinkali. Dostaję dwa ogromne dzbany z sosami. Skrapiam wszystko pomidorowym i część czosnkowym. Biorę też mieszaninę sałatek. Wszystkie cztery kiszone. Boje się, bo nie jadłem poza Ewinkową kanapką nic od doby, ale wszystko jest pyszne i bez sensacji. Dostaję też herbatę w cieniusieńkiej, porcelanowej filiżance. Zielona z trawą cytrynową i o smaku melona.

— Może miód? — Pyta gospodyni wskazując na naczynie pełne bursztynu.

Nagle podbiega do mnie brodaty mężczyzna i niesie dodatkowy pierożek na widelcu. Został w garnku, więc mi się należy. Jest niezwykle.

Inny świat. Coś kresowego. Czuję się jak niegdyś w Czerkasach. Coś z mojego ulubionego XIX wieku. Może to on tak mnie ciągnie na cmentarze i po dworach, parkach, folwarkach, resztkach kirkutów i w krzyże prawosławne. Mój zrozumiany świat, moja literatura. Tylko muzykę wolę bardziej ancien.

Mężczyzna rozmawia z kobietą mieszając języki. Jedno z nich mówi zdanie po polsku, drugie odpowiada po rosyjsku, a potem odwrotnie. Nie jest to jakiś kod. Rozumiem ich. Może po prostu uczą się w ten sposób pierwszego języka, a drugiego nie zapominają.

Gospodyni powoli krząta się przy kuchni, wrzuca pierożki do waru, coś przekłada, przelewa. Nieśpiesznie. Nie ma nikogo poza mną i jest tak, jakbym nie był w lokaliku lecz w domu. Ta niespieszność stoi w opozycji do wariactwa budowlanego w całej dzielnicy. Ale tu przy Piramowicza czas przestał biec. I gdyby nie autobus na długo bym się z chęcią rozpłynął w nieczasie.

— Dziękuję. — Uśmiecham się. — Było pyszne.

— Prosimy jeszcze zajrzeć do nas.

Och, jak bardzo chciałbym. Bo smakowicie, a nieczas zachwyca. I „moja” cerkiew za ścianą.

Wychodzę. W drzwiach mija mnie bez słowa Sławek, który podjechał na rowerze. Zostawił go po prostu na chodniku i wszedł do „Teremoka”. Zdziwiłem się, bo zapuścił brodę, a on nigdy nie miał zarostu.

Podał mi bez słowa kartkę. Przeczytałem:


Możesz pisać proste wiersze zwykłymi słowami

albo konstruować intelektualne szarady

— wybieraj.

Będziesz poetą czy konstruktorem wierszy?

I napisz w końcu to cholerne opowiadanie!!!

*

No to piszę o komódce rabina Malbima, tytuł niemal jak „Mandolina kapitana Corellego”. Z Penelope Cruz oczywiście. Ale tym razem nie z Kingsley’em tylko z Cage’m.

*

Mam stary mebel, który kupiłem od kogoś, kto kupił ją od człowieka, który mieszkał kiedyś w małej synagodze zza mojego okna. Prawdopodobnie stał tam w mieszkaniu należącym niegdyś do Gminy. Być może należał nawet do rabina Malbima. Właściwie to nie kupiłem go w zwyczajny sposób. Kumpel chciał jechać do Paryża. Przywiózł mebel z sąsiedniego miasta, gdzie mieszkał. Wtargał i kazał brać za tyle, ile mu brakowało do wyjazdu. Wziąłem. On trafił nad Sekwanę, a ja mam komódkę Malbima. Wędrowna komódka. Przenosi w przestrzeni — otwarcie drzwiczek wysyła właściciela tu i tam. Mogę teraz opisywać przygody z „podróżników” — zeszytów z notatkami z wypraw, łącznie z bajkami i wierszami. Mogę, ale nie chcę. Jeszcze na to nie pora. Nie wszystko naraz.

*

Czas na kolejny szpital i następny teatr z Avedolem, Insprą, Sedamem, Sortisem w roli głównej. Ach, zapomniałem o moczodajnym Furosemidzie i zabawnym Tritace. I jeszcze Milurit. O, ten jest dobry.

*

Nie wiem gdzie jestem. Ale jestem tam dla ciebie, więc chcę tam mieszkać, choćbym bardzo nie chciał. Ale najdziwniejsze, że nowe miejsce coraz bardziej mi się podoba. Kocham Zgierz, Łęczycę, Płock, Węgorzewo, Toruń i Jerozolimę. Kocham Batignano, Rodowo.

I Jacków kocham, i Siemkowice… i Se radź też. Po prostu kocham być w ruchu. Bo w nim jestem nawet, gdy leżę jak łańcuch.

*

Podratowali. Wracam do szumu za oknem. Moja historia jeszcze się buduje.

*

Mało nie zlałem się kiedyś ze śmiechu jak Sławek zaczął opowiadać o spotkaniu Mojżesza z Bogiem gdzieś na Synaju. Mojżesz domagał się, aby Elohim się przedstawił z imienia.

Cóż za subtelność w spotkaniu śmiertelnika z Kadoszem, przecież to jasne, że od razu domagać się należy przedstawienia się przez Wszechmocnego Panu Mojżeszowi, inaczej przecież nie wypada. No bo niby Bóg tak sobie anonimowo miałby być? A Elohim spokojnie powiedział, że na imię ma… Jestem. Bo zawsze jest. I tyle, co On ma się wdawać w szczegóły. A Mojżesz nie chciał robić tego, co mu Bóg proponował, „bo jestem jąkała” — mówił — „i kto mnie zrozumie” — i takie tam różne jeszcze dyrdymały.

No to Bóg zamienił kij w węża i Mojżesz spruwał przed nim po pustyni, aż miło. Nogi unosił wysoko przed wężem, kolanka chude plątały mu się w kiecuszce. I wiał przed tym kijem, myśląc, że go capnie. Przed kijem.

Mało się nie zlałem z tych sławkowych opowieści biblijnych.

— Moczodoawca. — Skwitował Sławek. Ale szybko zwiał do lustra. Wiedział, że to nie fair tak słuchać moich myśli.

*

Komódka otwarta i idę nocą na szczyt Góry Synaj lawirując wśród wielbłądzich gówienek i ryczących Rosjan.

*

Komódka otwarta i ląduję w pociągu z Wisły. Wracamy z gór ze Sławkiem i resztą paczki. Tłok. Udało się zdobyć przedział. Niestety, po jakichś dwóch godzinach wygody, wchodzi konwój z aresztantem wojskowym. Wywalają nas. Po negocjacjach dziewczyny mogą zostać. Żandarmi wrzucają długą broń na półki i bajerują z laskami w najlepsze. Gdy dojeżdżamy do miasta, gdzie mieszka Sławek postanawiamy je olać, jak one nas. Wysiadamy. Jest noc. Drzwi od strony peronu zepsute, więc gramolimy się po odwrotnej stronie. Stajemy pod siatką i po chwili próbujemy iść w stronę końca pociągu. Jest ciężko, bo miejsca mało a plecaki na stelażach nie ułatwiają. Pociąg rusza. Przylepiamy się do płotu. Brudne ściany przelatują nam przed nosem. Patrzymy ile jeszcze tego i widzimy otwarte drzwi. No to po nas. W ostatniej chwili ktoś je zamyka. Cisza. Wielka cisza. Niesamowicie głęboka. A potem picie kilka dni w domeczku sławkowym między trzema cmentarzami. To pewnie jedyny dom w tej okolicy. Nic, tylko picie. A na koniec mycie butelek. Stuletnich chyba, wyciągniętych z zapomnianej komórki. Setki butelek mytych pod pompką na podwórzu. Bo muszę jechać do domu, a nie mam na bilet. To Sławek te butelki wymyślił. Bierzemy dwukołowy wózek, ładujemy butelki i na skup. A potem na dworzec.

Sławek jeszcze dał mi książkę na drogę. Żeby się droga nie dłużyła.

*

Podobno zaraz za płotem sławkowego królestwa jest grób Damazego Macocha.

I jakby to głupio nie zabrzmi, to… Macoch to też Polska.

*

— Napisałeś. — Ucieszył się Sławek.

— Takie tam bzdety. Prawdziwą opowieść przywiozła E.

— Jaką?

— O obrączce. Pewien rolnik, krótko po ślubie, zgubił ją w polu. Żona w płacz. Szukał, nie znalazł. Wkrótce pojechał do Bułgarii i kupił inną, wtedy z obrączkami w kraju nie było łatwo. Przywiózł podarował. Żona w płacz. Minęły lata. Coś ze 30. Rolnik robił coś w polu, gdy wrócił do gospodarstwa czyścił maszynę. Patrzy, coś się świeci na ostrzu. Przygląda się, a to ta obrączka ślubna. Zaniósł żonie. Żona w płacz.

— Kobiety są naszym szaleństwem.

— A w przypadek wierzysz?

— Nie.

— Ja też nie, ale poza zwykłą miłością tych dwojga, to niczego więcej z historii zaobrączkowanej nie pojmuję.

— A kto pojmie czego chce Elohim?

*

Sławek przygląda się temu, co napisałem. Patrzy gdzieś w bok.

— Teraz mogę być spokojny. Sen o szpadzie zmienił się w pokruszony chleb. Ale w dobrze wypieczony chleb. Dziadek byłby z ciebie dumny. — Powiedział.

I znikł. Jak to Sławek.

Obrazki z wystawy aniołów

— Byłem w Sopocie.

Rabin Malbim popatrzył na mnie z zainteresowaniem, ale nie skomentował. Nie zdziwiłem się nawet. On odrzucił posadę rabina Nowego Jorku, więc czemu mój krótki pobyt nad Bałtykiem miałby mu zaimponować.

*

Odzywają się we mnie pierwotne instynkty — myśliwskie czy łowieckie — nie wiem jak to dokładnie określić. Budzi się we mnie wola walki, gdy zwietrzę … święte obrazki.

Z jakiegoś powodu, kiedy wchodzę gdziekolwiek do miejsca modlitwy, natychmiast węszę za nimi. Jeśli są, niezawodnie je wypatrzę i zdobędę. Kolekcja rozrasta się. Na początku miałem jeden podarowany przez szare Urszulanki z relikwią św. Urszuli Ledóchowskiej.

W maleńkim, zrobionym jakimś dziurkaczem, okrągłym okienku przyklejono kawałek z habitu, w którym zmarła. Włożyłem go do mojej Biblii Tysiąclecia, jako zakładkę do Hymnu o Miłości. I tak to się zaczęło.

Moja Biblia w czerwonej plastikowej okładce wielokrotnie zwiększyła objętość wypełniona obrazkami z wielu stron świata. Czy to roztropne tak zapychać Księgę? A co jest nieroztropnego w obcowaniu ze świętymi? Gdy E. w Krakowie zachorowała pobiegłem do apteki, a po drodze do kościoła. Zwęszyłem oczywiście obrazek — z Matką Czeską. Pomodliłem się do niej i moja Miła wyzdrowiała. Cóż więc złego w tym, że święci z obrazków nie mieszczą się w Księdze?

— Wiesz, są trzy: Wiara, Nadzieja i Miłość. A największa z nich jest Miłość. Anioły zaś są Strażnikami Miłości. Święci to też rodzaj aniołów — Malbim uśmiechał się spod brody.

*

Mieszkamy na Rodos. Zmęczeni nocami bez powietrza — w pokoju nad tawerną nie ma klimatyzacji — wyruszamy w rejs na wyspę Simi. Okrętujemy się na prom i zasiadamy na górnym pokładzie z kubkami frappe. Płyniemy wzdłuż wybrzeża mijając niewielkie bezludne wysepki. E. w chustce na głowie wygląda przepięknie. Słońce praży, ale na wodzie nam to nie przeszkadza tak, jak na lądzie. Zatrzymujemy się w pięknej zatoczce Panormitis na wprost klasztoru św. Michała Archanioła. Budowle przylepione do zbocza są niezwykłe.

Przez bramę w kolorowej wieży wchodzimy na dziedziniec sanktuarium pękający w szwach od pasażerów kilku statków, które przypłynęły jednocześnie. Uciekamy przed tłumem na piętro. Korytarze, urokliwe pokoiki otwarte na oścież. Przez okno jednego z nich widać nasz prom — wygląda jakby miał wpłynąć do klasztoru. Piętrzy się niczym wieżowiec. Schodzimy do kościoła. Tłok niemożliwy. Na ścianach wspaniałe freski. Czarno ubrane kobiety polewają nam dłonie oliwą. Jakiś mężczyzna wciska maleńki pojemniczek z tworzywa. Wewnątrz płyn — podobno leczniczy olej wytapiający się ze świec. Dziwny i zarazem zabawny stary mnich rozdaje wiernym zalaminowane wizerunki św. Michała Archanioła. Wyciągam dłoń. Patrzy zdziwiony, ale wręcza mi obrazek. Jak wszyscy cmokam go w rękę. Stajemy w kolejce do cudownej ikony z Archaniołem w zbroi. Ją także całujemy. I niech się spełni.

*

E. wzięła kawałek szmatki, polała go terpentyną i zaczęła z pasją ścierać zaczęty obraz. — Nic mi dzisiaj nie wychodzi. — Rzuciła widząc, że jestem zdziwiony. Ręka zataczała koliste ruchy po płótnie.

— Zaczekaj! — Zawołałem. — Zobacz! — Anioł. Tu ma skrzydło, a tu nogę.

— Widzę. — Złapała pędzel i kilkoma ruchami podkreśliła to, co wyłoniło się wcześniej samo.

— Archanioł z Panormitis.

*

Dopłynęliśmy do Brindisi i dalej w drogę. Nocleg koło Foggi. W nocy dopadła mnie gorączka. Telepała jak starą Syrenką na wybojach — pewnie od słońca na pokładzie promu.

E. ratowała mnie aspiryną. Rano czułem się nieźle, więc ruszyliśmy do San Giovanni Rotondo. Sanktuarium pustawe, spokój, duchowość. Nietypowe dla tak znanych miejsc świętych. Jakaś tajemna wielkość w tym wszystkim. Nowy kościół wygląda z zewnątrz jak stadion sportowy, a w środku niczym odpust na zapadłej wsi. Podziemia z trumną Ojca Pio to villagio — już może nie wiocha ale jeszcze na pewno nie miasto. Dotknąłem moją „dziesiątką” trumny świętego. Lubię go, może dlatego, że był trochę cholerykiem, jak ja, a jednocześnie był ludzki — w obu rozumieniach. Wrzuciliśmy kartki z prośbami — moje zaczęły się spełniać już po kilku miesiącach.

— Żebyś ty wiedział jakim ja byłem cholerykiem — Zaśpiewał mi w głowie Malbim.

W klasztorze E. cofnęła się do jakiegoś pomieszczenia z książkami i celi świętego, gdzie leżał stary korkociąg. Ben Syrach chwalił picie wina. Wino dla ludzi jest życiem, jeśli pić je będziesz w miarę. Ot i masz umiarkowanie. E. nie było długo, poczułem się słabo. Przysiadłem w pustej sali. Wysokie pomieszczenie z automatami do sprzedaży pamiątkowych medali. Cisza. Tu podobno o. Pio spotykał się z petentami. Kulę się pod ścianą i modlę. Czuję narastający spokój, odzyskuję dobre samopoczucie. Bardzo duchowe miejsce. I jeszcze ta lawenda przy kościele. Różne strony światła.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 23.32