E-book
16.38
drukowana A5
39.51
Zapiski o upadku demokracji w Polsce

Bezpłatny fragment - Zapiski o upadku demokracji w Polsce


Objętość:
223 str.
ISBN:
978-83-8221-707-0
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 39.51

Zapiski o upadku demokracji w Polsce


Felietony z lat 2017 — 2019 zamieszczone na łamach portalu Skwer Wolności


W 2017 roku Katarzyna Wyszomierska wraz z kilkoma znajomymi związanymi z mediami opozycyjnymi założyła portal Skwer Wolności. Był to czas gdy PiS zaczął konsekwentną rozbiórkę systemu demokratycznego w Polsce i nie można było czekać z założonymi rękami. Skwer Wolności stał się opiniotwórczym źródłem informacji o poczynaniach władzy jak i opozycji, zwłaszcza tej która przybrała zaszczytne miano opozycji chodnikowej. Poza felietonami komentującymi rzeczywistość tamtych dni, ważną częścią portalu było kalendarium zawierającego wszystkie większe inicjatywy opozycji. Miałem przyjemność należeć do grona autorów regularnie publikujących w nim materiały. Był to pracowity czas, ponieważ wątków wartych opisania na pewno nie brakowało.

Nazywanie rzeczy po imieniu nie jest łatwe, czytelnicy nie lubią złych wiadomości, które dotyczą bezpośrednio ich samych. Jednak wówczas jak i dzisiaj nie jest jeszcze za późno, aby pokazywać perspektywę jaka zbliża się do nas dużymi krokami. Na nasze nieszczęście materiały pojawiające się kilka lat temu w Skwerze Wolności zupełnie się nie zdezaktualizowały.

Ministerstwo Cyfryzacji chce zdjąć nacjonalistom w sieci kaganiec

Nacjonaliści nadal nie mogą wybaczyć Facebook’owi zamknięcia ich głównych stron, jednak z pomocą przychodzi rząd za sprawą projektu ustawy

Rzecznik wspomnianego ministerstwa Karol Manys w wywiadzie dla Interii zrobił dobrą minę do złej gry i z ujmującym wdziękiem oznajmił, że prace prowadzone w jego resorcie mają za zadanie wzmocnienie wolności w sieci. Projekt przygotowany przez Ministerstwo Cyfryzacji nosi nazwę Ustawy o świadczeniu usług w społeczeństwie informacyjnym. Ponoć jest to dość wstępna wersja i wszystko może ulec w nim zmianie, ale to co już w nim zawarto budzi poważne obawy co do przyszłości poziomu wolności w mediach elektronicznych.

W myśl opatrznie rozumianego prawa do wypowiedzi, wydawcy nie będą mogli kasować komentarzy zawierających treści wulgarne, pornograficzne, hejterskie i nękające. Niejako w pakiecie otrzymamy bogaty repertuar nacjonalizmu i szowinizmu. Wszystko przez pomysł na zakaz ograniczania wypowiedzi ze względu na linię programową, treść czy też regulamin danego serwisu. Co wydaję się niestety oczywiste wydawcy zagraniczni musieliby podporządkować się polskiemu prawu. Jeśli wydawcy odważyliby się usunąć komentarz wykraczający poza regulamin serwisu, wówczas jego autor miałby prawo odwołać się do sądu.

Aby dodać impetu atakowi nacjonalistów opisywany projekt zawiera także zapis o zakazie ograniczania, ani w jakikolwiek sposób utrudniania, dostępu do świadczenia usług drogą elektroniczną. Coś mi się wydaje, że nasz rząd chce na przekór całemu światu wprowadzić zakaz stosowania abonamentów i prenumerat na świadczone usługi. Jeśli przy zakazie kasowania komentarzy było widać atak na Facebook’a, to w tym przypadku mamy cios wymierzony w Wyborczą coraz mocniej rozwijają się w postaci elektronicznej.

Jeśli już będziemy mieli w sieci wszystko co tylko rodzimi ekstremiści zdołają z siebie wygenerować, to czeka nas jeszcze swoiste referendum nad rzetelnością i prawdziwością informacji tam zawartych. Innymi słowy ci sami hajterzy którzy zarzucą sieć swoimi fake’ami będą później mogli sądzić, która informacja zasługuje na uznanie, a która jest niewiarygodna. Ma to się odbywać za sprawą bliżej nie opisanych symboli graficznych zawartych w wiadomościach oraz za sprawą możliwości zamieszczania komentarzy.

Jak dotąd było dość szczegółowo, więc czas na opisanie bata, który jest na tyle ogólny, że można stosować go w zasadzie dowolnie. Zakres świadczonych usług drogą elektroniczną w ramach środków społecznego przekazu ma zawierać się w artykule 18 ustawy o radiofonii i telewizji. Tym samym katalog nieprawomyślnych publikacji będzie zawierał publikacje sprzeczne z polską racją stanu, sprzeczne z moralnością i dobrem społecznym oraz nie szanujące chrześcijańskiego systemu wartości. Uważam, że w gruncie rzeczy trudno będzie zakwalifikować jakąkolwiek publikację do grona spełniających te wyostrzone kryteria.

Drogi czytelniku, jeśli zajrzałeś na łamy Skweru Wolności, spróbuj sobie wyobrazić niedaleką przyszłość. Zakładając, że jakiś tekst przejdzie przez drobne sito artykułu 18 ustawy o radiofonii i telewizji, będzie wówczas ozdobiony wesołymi, nacjonalistycznymi komentarzami. Przy tym „głosujący” na niego prawicowi hejterzy sprawią, że informacje w nim zawarte oznaczone będą jako co najmniej mało wiarygodne. Życzmy sobie, aby powyższe scenariusze pozostały jedynie w kompetencji szalonych filmowców specjalizujących się w postapokaliptycznych wizjach.

28 sierpnia 2017 roku

PiS kolorowymi obrazkami walczy o uznanie na wsi

Z powodu czarnych chmur zbierających się nad dotacjami dla rolnictwa oraz po kompromitacji przy organizacji pomocy dla poszkodowanych w huraganach władza uznała, że pora rozdać na wsi zabawne, kolorowe gazetki.

To nie jest jakaś mało znacząca, oddolna inicjatywa jednego, czy drugiego miejscowego działacza nienajlepszej zmiany. Do operacji przygotowano się kompleksowo. Całość nosi znaczący tytuł „Polska Ziemia” i nie pozostawia wątpliwości o czym będzie zawartość. Zagłębiając się w lekturze można po prostu się odprężyć. O tylu dobrych rzeczach jest tam napisane, że łatwo zapomnieć o chorobach i głodzie na świecie, a o konieczności płacenia podatków nie wspominając.

Wszystko to przez autorów tekstów zawartych w kilkunastostronicowym periodyku. Jarosław Kaczyński oznajmia w ujmujący sposób, że PiS jest dobrym gospodarzem. Premier Szydło podkreśla, że sprawy wsi idą w dobrym, oczekiwanym przez ludzi kierunku. Wtóruje im minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel, który ponadto zajął się trudną rolą redagowania bieżącego wydania, wespół z posłem Robertem Telusem. Pomoc redakcyjną świadczy nie kto inny, jak zespół rolny klubu parlamentarnego PiS.

Po przejściu przez te wszystkie dobre wieści z trudnego frontu rodzimego rolnictwa, redaktorzy nie zapominają o jasnym określeniu źródła ewentualnych potknięć, bo przecież nie porażek w sektorze rolnym. Nie będę trzymał Was w niepewności, za całe zło na wsi jest odpowiedzialne oczywiście PSL. Dziwi mnie trochę taka informacja, ponieważ myślałem, że Donald Tusk w swych knowaniach przeciw Polsce nie omieszkał napsuć także na wsi. Widocznie Tusk zapomniał, albo miał inne ważniejsze sprawy do zepsucia i całą robotę zostawił na barkach byłego koalicjanta.

Po przebyciu niekończących się pokładów satyry na „pańskie” pomysły w walce o rząd dusz terenów wiejskich czas na słowa prawdy. Nie wiem, czy to będą dobre informacje dla rolników, ale postawa rządu powoduje, że dotacje dla rolnictwa są już zagrożone. Bez dotacji nasze rolnictwo będzie na straconych pozycjach w konkurowaniu z rolnictwem europejskim. Jeśli cały zamysł propagandowy pisemka rządowego ma złagodzić twarde lądowanie polskiego rolnika, to przypuszczam, że to się nie uda. Obserwujemy dzisiaj pełną buty i arogancji postawę władz wobec poszkodowanych w nawałnicach. W mediach narodowych widzimy świat równoległy generowany na potrzeby programów informacyjnych. Rzeczywistość jest zupełnie inna. Rząd chce propagować swój obraz dobrego gospodarza bardzo topornymi środkami.

Po słowach prawdy czas na słowa otuchy. Jeśli PiS mocno pracuje nad poparciem wsi w opisywany powyżej sposób, to świadczy o tym, że chyba jest inaczej, niż nam to chcą pokazać. Poparcie dla nich jakie próbuję się nam sprzedawać jest tymczasowe i już nawet oni to rozumieją. Prawdopodobnie jesteśmy bliżej celu, czyli pozbycia się tego towarzystwa, niż możemy się spodziewać. Niekoniecznie będzie to oznaczać dobre wiadomości dla rolników.

29 sierpnia 2017 roku

Historia pisana od nowa za sprawą reformy oświaty

Słowo reforma jest tu na wyrost, zmiany w podstawie programowej i podręcznikach mają za zadanie indoktrynację polityczną naszych dzieci i mają nauczyć je nowomyślenia partii rządzącej

Być może reprezentuję stronnicze grono tych osób, które z niechęcią spoglądają na pisanie na nowo historii jaką naucza się w szkołach. Jakoś trudno mi połączyć zmiany w parlamencie z potrzebą zmian w programie nauczania tego zacnego przedmiotu. Co prawda kiedyś w złotych czasach socjalizmu, czy też komunizmu, tu znów pojawia się kwestia spojrzenia na temat, w dobrym tonie było korygować na bieżąco przekaz podręczników, ale ponoć to się już skończyło i zostały tylko ubeckie wdowy.

Wpadła mi ostatnio w ręce książka do historii dla czwartej klasy oraz zeszyt ćwiczeń do niej. Pewnie nie zainteresowałbym się nią gdyby nie doskonale widoczna informacja na okładce o tym, że uwzględniono w niej nową podstawę programową. Naraz pomyślałem sobie, że czym prędzej sprawdzę u siebie poziom postkomuchowości i innych przywar negujących w moim umyśle wszędzie widoczne skutki „dobrej zmiany”.

Mój plan powiódł się i tak jak myślałem nadal nie mogą zrozumieć przekazu nowych czasów, bezceremonialnie depczących demokrację. Zapamiętały w lewactwie stosowanym na początku spostrzegłem, iż podręcznik stworzony jest z dobrą bolszewicką nutą, karzącą mówić jedynie o swej ojczyźnie bez refleksji, nie daj Boże, na temat krajów ościennych. Wybiegając myślami zupełnie gdzieś za daleko naszły mnie jakieś reminiscencje o Bliskim Wschodzie i Afryce. Dajmy z tym spokój stamtąd przybywają przecież uchodźcy. Pewnie chodzi o to, że i tak nikt już nie jeździ do Egiptu, wobec tego poco roztrząsać niepotrzebnie temat piramid i faraonów.

Dużo można pisać na temat treści zawartych w opisywanych podręcznikach. Aby oddać dokładnie ducha nowej epoki w szkolnictwie posłużę się przykładem z zeszytu ćwiczeń, a dokładnie jego stroną dziewięćdziesiątą pierwszą. Na górze tej strony mamy trzy ilustrację przedstawiające Józefa Piłsudskiego, Jana Pawła II oraz Witolda Pileckiego. Uczeń ma za zadanie napisać imiona i nazwiska tych osób, opisać kim były i otoczyć ramką tą osobę, która zmarła w bieżącym wieku. Proszę mi nie mówić, że zadanie jest trudne. Wystarczy oglądać telewizję publiczną. Aby dodać nieco smaczku do opisu toku nauczania historii w klasie czwartej, posłużę się jeszcze jednym przykładem z tej samej strony wspomnianego zeszytu ćwiczeń. Zadanie jest już trudniejsze, pamiętajmy, że uczniowie mają po dziesięć lat. Nawet dorośli jeszcze nie opanowali na właściwym poziomie tych meandrów wiedzy. Uczniowie w zadaniu muszą dokonać nie lada wyczynu dla nich. Muszą połączyć imiona i nazwiska „żołnierzy wyklętych” z ich pseudonimami. Niby czwarta klasa, ale poziom już wysoki.

Warto spróbować podejść do sprawy na chłodno, może się Wam to uda, mnie się nie udało. Swego rodzaju popkultura historyczna nowej władzy dotarła za sprawą nowej podstawy programowej do szkół. Przypuszczam, że ci z Was, którzy reprezentują nazwijmy to naukowe podejście do każdej nauki, w tym historii, planują już zajęcia uzupełniające dla swoich pociech w domu lub w gronie znajomych myślących podobnie jak Wy.

Dając się ponieść emocjom powinniśmy się rozejrzeć za literaturą drugiego obiegu, dość popularną ponad ćwierć wieku temu. Takie pozycję są dziś dobre dla kolekcjonerów, ale zupełnie nie straciły na znaczeniu. Pozostaje poczekać jeszcze na resztę podręczników jakie powstały wraz z nową podstawą programową. Najciekawsze mogą być książki do języka polskiego. Słyszałem ostatnio o nowym zjawisku wśród polskich literatów, ponoć powstaje prężna grupa bardów smoleńskich.

6 września 2017 roku

Czego opozycja nie powinna robić?

Można się mniej lub bardziej przejmować kolejnymi wynikami sondaży poparcia dla partii politycznych. Na dziś sytuacja nie wygląda różowo, trzeba przyznać, że jest wiele do zrobienia.

Poparcie dla partii rządzącej na poziomie czterdziestu procent jest w stanie odebrać zapał do działania. Patrząc jedynie poprzez liczby wydaję się, że im więcej opozycja robi, tym gorzej wygląda później w oficjalnych rankingach. Prawdopodobnie trzeba tu coś podregulować. A może działania opozycji dokładnie wkomponowują się w to co proponuje nam Nowogrodzka?

Prości ludzie lubią proste komunikaty. Najlepiej jest im wyjaśnić dlaczego właśnie im się nie udało i co teraz muszą zrobić, aby to zmienić. Skoro doszliśmy do tego, że nie są zadowoleni ze swojego dotychczasowego życia pozostaje wskazać winnych. Jak wiadomo pamięć powszechna, stosowana w komunikacji medialnej nie sięga kilku lat wstecz. Winnymi są wszyscy, którzy rządzili w tym właśnie czasie. Na takim prostym przepisie można zbudować prawie nieograniczone poparcie. Chyba tych, którym się najzwyczajniej w świecie udało, jest znów za mało.

Zaangażowanie w życie polityczne to nie jest popularna postawa, ponieważ wymaga czasu i być może nieco środków. Z reguły nikomu nic się nie chce i bez potrzeby nie jesteśmy skłonni wstać z kanapy, a co dopiero iść na wybory, nie ważne jakby nas do tego kuszono. Co innego jeśli możemy przysrać komuś winnemu za swój nieakceptowany los. Wtedy jesteśmy zdolni do niebywałych poświęceń, ba prawie rozszarpalibyśmy gołymi rękami tych, co chcieliby stanąć nam na drodze. Chęć wulgarnego odwetu w powyższym znaczeniu wygrywa i będzie wygrywać z dobroduszną troską o losy ojczyzny.

Jajogłowi mówią o czymś stale w telewizji, ale nikt poza garstką ich wiernych fanów nie wie o co w tym chodzi. Co innego jeśli przekaz jest dostosowany do specyficznych kryteriów o cechach brukowców i dumy narodowej jednocześnie. Można pogodzić ogień z wodą, a z tego mezaliansu powstają takie potworki jak żołnierze wyklęci, czy mit smoleński. Czym bardziej odjechany pomysł, tym lepiej, to nie jest konkurs na poprawność polityczną, tylko walka o rząd dusz. Nie starajmy się zrozumieć tych zasad poprzez rozsądek, szkiełko i oko, nie uda nam się to w ten sposób.

Przy okazji igrzysk rząd dorzuca nieco chleba, oczywiście tym, którzy nigdy nie zainteresowaliby się polityką, gdyby nie pięć stów co miesiąc. Proszę państwa dziś jest dość krucho z poczuciem społeczeństwa obywatelskiego wśród nas. To prawda część z nas może i wie o co w tym chodzi, ale dla większości to jakiś bełkot. Tym samym poletko wyborcze rośnie w siłę i wystarczy co jakiś czas doprawić je neofaszyzmem, szowinizmem lub podobnymi i wykwintnymi przyprawami. Pewnie uważacie, że z tym gównem trzeba ostrożnie? Znów złapałem was na myśleniu po swojemu, a tu mamy przed sobą ich sposób myślenia, spójny, poglądowy i dopasowany do portfela.

Chyba na początku obiecałem wskazówki dla opozycji, a tu mamy gorzkie słowa o nas wszystkich bez wyjątku. Dlaczego większość ma zechcieć poprzeć to co już było, przecież przed nami roztacza się malownicza utopia, która kreują zwolennicy partii rządzącej? Opozycja chyba nie powinna zabiegać o poparcie dla siebie w sposób jaki to robi obecnie. Rządzący grają na tej nucie i tylko zyskują miast tracić. Śmiała teza, ale nie jest naszym celem walczyć do końca pojęcia beznadziejności, tylko jak najszybciej zacząć naprawiać to co zostało zepsute w ciągu ostatnich dwóch lat. Przywódcy opozycji powinni schować swoją ambicję bycia jedynym kapitanem statku demokracji i popracować nad pracą zespołową. To nie czas na udowadnianie sobie i nam wszystkim ich indywidualnych zalet. Będzie jeszcze czas na podział tortu sukcesu, dziś nawet nie mamy pomysłu kiedy ten tort zobaczymy. Jeśli każdy z nas będzie robił na własną rękę jak najlepiej dla ojczyzny, wówczas rządzący wyłapią nas jak natrętne muchy i nic z tego nie wyniknie. PiS boi się masowych wystąpień, pamiętamy jak uległ przez wściekłością kobiet. Należy się organizować, później przyjdzie czas na wyłonienie przywódców i szydełkowanie kolorowych sztandarów.

13 września 2017 roku

Ile mamy wiary w polityce lub polityki w kościele?

W sumie to nikomu taki stan rzeczy nie odpowiada. Egalitaryzm nowoczesnego państwa europejskiego ma się nijak do Konferencji Episkopatu Polski.

Wklejanie nam akcentów związanych z religią na każdym kroku jest po prostu nie w porządku. Jako człowiek na bakier z kościołem, ze względów formalnych, dziwi mnie dewaluowanie znaczenia wiary za względne poparcie osób, które nie widzą w tej przynęcie haczyka. Sprawy zaszły już chyba nazbyt daleko, skoro nie odczuwają tego gorliwi katolicy, a tylko podejrzani osobnicy. Prawdopodobnie gdzieś po drodze niepostrzeżenie ktoś pozamieniał znaczenia dogmatów i teraz mamy jeden wielki bałagan wartości. Dlaczego o wartościach chrześcijańskich musi pisać właśnie ten, któremu są one znane, lecz niezbyt bliskie?

Czy wasze dzieci niedawno miały okazję w niedzielę poświęcić swe plecaki do szkoły, zeszyty i podręczniki? Czy widzieliście w telewizji jak poświęcane są radiowozy, pojazdy straży pożarnej? A może widzieliście jak policjanci konno wystrojeni w skrzydła udają anioły, a może bardziej dziwaczne pegazy, na jakiejś procesji? Czy widzieliście poświęcanie pokryw kanalizacyjnych? Czy widzieliście kapelana lasów państwowych, który jest myśliwym?

Proste odpowiedzi na trudne pytania, to specjalność fachowców od antagonizowania Polaków. Najlepiej będąc w podeszłym wieku mówić o aborcji i poczęciu dziecka. Na kanwie tego trzeba zabronić dostępu do środków antykoncepcyjnych i twierdzić publicznie, że seks jest złem. Można idąc dalej tą pokręconą ścieżką pozbawić kobiety ochrony przed przemocą domową, cynicznie dodając banały o rodzinie biologicznej. Po dzieleniu włosa na czworo przy definicji poczęcia bardzo blisko jest do zaprzestania finansowania zapłodnienia in vitro, ofiarując w zamian naprotechnologię. Aby jeszcze bardziej odrzeć z człowieczeństwa kobiety należy zmusić je do rodzenia dzieci tak zdeformowanych, że anestezjolodzy nie są w stanie im pomóc. Zdeformowane i chore dziecko ma się urodzić tylko po to, aby w kilka godzin umrzeć i zapewnić rodzicom ogromne cierpienia. Czy w szpitalu mamy spotkać się z dogmatem, czy też z wiedzą medyczną? Czy ludzie mają rodzić się tylko po to, aby umrzeć dla Boga?

Po wyjaśnieniu podstawowych zasad czas na wyznaczenie wrogów. Jak stwierdził kiedyś Jarosław Kaczyński emigranci roznoszą choroby i pasożyty, a przede wszystkim nie myślą o niczym innym tylko o wprowadzeniu prawa szariatu nad Wisłą. Przeciw nim nasza obecna władza wyśle neofaszystów, którzy z krzyżami na piersiach i pod ochroną policji rozprawią się z przybyszami, jeśli udałoby się im jednak do nas dotrzeć. Marsze nacjonalistów pod eskortą policji przywodzą na myśl zdarzenia w Niemczech z lat trzydziestych ubiegłego wieku. W tym ciemnym tyglu są szczególne przypadki jak były ksiądz Jacek Międlar wylewający w egzaltacji potoki nienawiści rasowej i nietolerancji religijnej. Do liderów propagatorów nienawiści zaliczyć też trzeba też Piotra Rybaka, który spalił publicznie kukłę Żyda. Co znamienne jednego jak i drugiego pod swoje skrzydła wzięła ostatnio prokuratura ministra Ziobry i nadal są na wolności. Czy po tym co wycierpieliśmy od państw totalitarnych musimy przekonać się jeszcze raz na własnej skórze że nie tędy droga?

Ale kasa musi się zgadzać. Dlatego coraz trudniej zliczyć potok pieniędzy płynący do fabryki bez komina ojca Rydzyka. Czasem zastanawiam się, czy zwrot ojciec nie jest tu szyderstwem? My wszyscy słono płacimy za starania tego duchownego w budowaniu poparcia dla rządu. Rydzyk bardzo mocno buduje z mozołem potęgę medialną, która chętnie wesprze kogo trzeba, jeśli rzeka pieniędzy płynąć będzie nadal. Pieniądze są nasze, władza już nie bardzo nasza. Powodów jest wiele: źródła geotermalne, szkolenie sędziów, nastawmy się na kolejne zaskakujące zlecenia dla Torunia. Pytanie ile działania Rydzyka mają wspólnego z przesłaniem Jana Pawła II? Jak mają się one do przekazu Franciszka?

Dlaczego jesteśmy już tak daleko w absurdzie serwowanym nam na tacy religii?

19 września 2017 roku

Policjant nie jest naszym wrogiem

Policja nie jest nasza, ani nie jest nawet ich, policja powinna służyć nam wszystkim. Nie dajmy się nabić w butelkę nienawiści wobec służb mundurowych, im przecież o to chodzi.

Trwa w najlepsze upolitycznianie wszelkich służb mundurowych, nie znaczy to jednak, że wszyscy funkcjonariusze są już wyznawcami dobrej zmiany i z entuzjazmem podchodzą do dławienia wszelkich prób obrony demokracji. Nie powiem nic odkrywczego jeśli stwierdzę, że policjant to też człowiek.

Nasi policjanci są wysyłani przeciw demonstrującym z innym zadaniem niż dbanie o porządek i bezpieczeństwo obywateli. Oni mają aktywnie sprawić, aby opozycja co najmniej się zniechęciła. Działają więc stąpając po cienkim lodzie swych kompetencji i możliwości w zakresie prawa wynikające z ustawy o policji. W obiektywach kamer opozycji i wolnych mediów jest to piekielnie trudne. Do tego, aby było jeszcze trudniej wszelkie zajścia na ulicy są filmowane przez specjalnie do tego wyznaczonych funkcjonariuszy. Możemy przypuszczać, aby udowodnić później całe popełnione zło protestującym. Ten kija ma jednak dwa końce. Przełożeni mogą w łatwy sposób pooglądać sobie w zaciszu gabinetów zaangażowanie swych podwładnych i ich postawę, a bardziej postawę jaką chcieliby w nich widzieć. Trudno powiedzieć dlaczego większość parlamentarna jeszcze nie zmieniła wspomnianej ustawy. Dałoby to im większe możliwości represjonowania tych wszystkich, którzy mają czelność twierdzić, że coś nie jest tak jak powinno.

Dobrze przypuszczacie, że przeciętny policjant wolałby zmierzyć się z groźnymi bandytami, niż ze zdesperowanymi protestującymi, których trzeba znieść z ulicy, ponieważ właśnie przechodzi neofaszystowska manifestacja. Dla wynoszonych, jak i dla wynoszących to nie są łatwe chwile. Z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że do wynoszenia w sumie można się przyzwyczaić. Ponoć w tym przypadku również najtrudniejszy jest pierwszy raz, a później nabiera się swego rodzaju doświadczenia. Można nawet oceniać poszczególnych wynoszących, czyli sposób podejmowania przez nich czynności. Nie mam dobrych wiadomości, wspomniane rankingi jednoznacznie wskazują, że jakość obsługi mimo coraz częstszych ćwiczeń niestety spada.

Do zabezpieczanie większych imprez na świeżym powietrzu, organizowanych z takim rozmachem około dziesiątego każdego miesiąca przez miłościwie panującą nam władzę potrzeba dużych sił. I nie można przecież powiedzieć, że jeden czy drugi policjant ma grypę lub jelitówkę. Nie chciałbym być w skórze tego funkcjonariusza, który naprawdę nabawił się przeziębienia za sprawą zbyt długiego przebywania na ulicy, pilnując płotków, a bardziej już płotów oddzielających poszczególne sorty Polaków. Nie można zdać się na przypadek i dlatego dowodzący siłami policyjnymi ściągają na te specjalne okazje posiłki skąd się da. Ci z Was którzy mieli okazję widzieć długie kolumny policyjnych samochodów zmierzających do stolicy wiedzą o czym mowa. Ja zawsze jestem w dobrym nastroju gdy jadę do Warszawy w jakimkolwiek celu, policjanci jadący na miesięcznicę już niestety nie. Mają bowiem przed sobą podłą robotę, możliwość uwiecznienie się na łamach mediów, a chyba co najgorsze popełnienia przestępstwa wobec protestujących na ulicy. Funkcjonariuszy czeka wielogodzinne stanie za barierkami i robienie dobrej miny do złej gry. Ci z nich, nie wiem czy mający więcej szczęścia, będą mogli przesiedzieć to wszystko w ciężkich pojazdach do rozbijania barykad, posiadających armatki wodne. Istnieją także inne perspektywy. Pamiętam, jak posłanka opozycji przyłapała podczas grudniowych wydarzeń w sejmie grupę policjantów na zapleczu parlamentu. Byli wyposażeni w plecakowe miotacze gazu, przypominające na pierwszy rzut oka miotacze płomieni z ostatniej wojny światowej. Jak dobrze się domyślacie wspomniani policjantom bardzo wówczas zależało, aby jak najszybciej oddalić się od posłanki wyposażonej w telefon z kamerą.

Nie traktujmy policjantów według jednego wzorca. Nie wszyscy noszą plakietki „śmierć wrogom ojczyzny”, więc nie wszyscy wyznają nową, szaloną doktrynę polityczną rozlewającą się na naszym poletku polityki. Sprzedawana nam nieporadnie nienawiść wobec policji ma sprawić, że ta ostatnia będzie miała w pełni uzasadnione podstawy do egzekwowania prawa. W imię dobrej sprawy jeden, czy drugi zdesperowany protestujący ma na kanwie tego pomysłu, jak rozumiem, przeciwstawić się funkcjonariuszom. Nie widać w tym sensu, ani przyszłości. Pokojowe demonstracje nie mogą przerodzić się w krwawe starcia pomiędzy rodakami. To nie ten czas i nie te okoliczności, mamy wystarczającą ilość ofiar nawet w nieodległej historii, więc protestujmy mając na uwadze, że ci po drugiej stronie też nie chcieliby tu być.

24 września 2017 roku

Będą karać za in vitro

Sejmowa komisja zdrowia kończy pracę nad ustawą o in vitro w myśl której samorządy mogą być karane za wprowadzanie tej metody wspomagania poczęcia dziecka. Będzie gorąco pod sejmem!

To jest kolejny etap zwycięstwa zabobonu i klerykalizmu w polskiej służbie zdrowia. Wcześniej minister Radziwiłł zamknął ogólnopolski program in vitro, przede wszystkim dlatego, że był dużym sukcesem, a ponadto ponieważ został wprowadzony przez koalicję PO-PSL. Niesforne samorządy, dalej będące poza brudnymi łapami podłej zmiany znalazły rozwiązanie tego problemu i postanowiły finansować go na własną rękę. Aby było weselej trzeba dodać, że na taki ruch zdecydowali się samorządowcy z Częstochowy, tym samym Jasna Góra nie pomogła tutaj w niczym. Wsparcie lokalnych władz w tym zakresie rozwija się też prężnie w Łodzi.

Nowogrodzka zebrała jednak ponownie siły i teraz chce ukrócić i ten proceder. Nowelizacja prawa jest nazwijmy to kompleksowa i nie pozostawia otwartej furtki. W sejmie przegłosowano już projekt ustaw o obronie życia i zdrowia nienarodzonych dzieci poczętych in vitro, nowelizacji ustawy o leczeniu niepłodności, Kodeksu Karnego jak również Kodeksu Rodzinnego i Opiekuńczego. Innymi słowy chcą ustanowić bzdurne prawo, a jeśli ktoś odważy się go nie przestrzegać wówczas pójdzie siedzieć, albo pozbawią go praw rodzicielskich. Nie pomoże finansowanie z budżetu, który jest jeszcze poza ich zasięgiem, ponieważ po prostu będzie to zabronione. Formalnie na chwilę obecną samorządy, jeśli chcą finansować in vitro proszą o opinię Agencję Oceny Technologii Medycznych, lecz ta opinia nie jest dla nich wiążąca. To właśnie ma się zmienić, jeśli agencja oznajmi, że nie wyraża zgody samorząd nie będzie mógł udzielić wsparcia finansowego. In vitro pozostanie w marzeniach tysięcy par starających się o dziecko. Jedynym sposobem okaże się wyjazd za granicę, co jeszcze bardziej podniesie koszty ponoszone w tym wypadku z własnej kieszeni. Jest to złamaniem podstawowej zasady równości wszystkich obywateli wobec prawa, narusza Konstytucję i deklarację praw człowieka.

Wesoła i beztroska twórczość komisji zdrowia nie była konsultowana ze specjalistami zajmującymi się leczeniem bezpłodności. Przecież oni wiedzą co mają opracować, niepotrzebne im są opinie biegłych, gdyż tu chodzi o złośliwe upokorzenie par starających się o dziecko. Mamy do czynienia z brutalnym odwetem na kobietach za Czarny Protest i jego sukces w walce z władzą. Przy okazji spełnione zostaną oczekiwania zgorzkniałych środowisk zafascynowanych zupełnie nieciekawym radiem z Torunia. Czarny Protest pokazał siłę oburzenia i desperacji jaka w nas drzemie. Dzisiaj czas na wielką powtórkę, albo jeszcze lepiej na znaczące rozwinięcie tego pomysłu.

Nienawidzimy jak ktoś bezceremonialnie wchodzi nam z buciorami do łóżka! Dlaczego polityk ma decydować o tym czy będziemy mieli dzieci? Dlaczego hipokryci z sejmu chcą nam zakazać stosowania nowoczesnych metod leczenia bezpłodności? Dlaczego średniowieczna doktryna kościelna ma mieć wpływ na funkcjonowanie nowoczesnego państwa świeckiego? Nie zgodzimy się nigdy na wywożenie nas po cichu, tylnimi drzwiami ze zjednoczonej Europy!

27 września 2017 roku

Dla każdego najlepiej po karabinie

Władza właśnie powróciła do swego pomysłu rozszerzenia dostępu do broni, ponoć ma być bezpieczniej. Jednak ja już dziś czuję, że będzie na odwrót.

Aby nie było, że wszystko co kontrowersyjne gotuje nam PiS tym razem do tworzenia prawa zabrali się posłowie Kukiz’15. Pomysł opiera się na przesłaniu, że pilnie należy zająć się legalizacją i normalizacją dostępu do broni. Wynika z tego, że obawiający się o swoje życie i zdrowie obywatel, ma pod górkę jeśli chodzi o załatwienie sobie spluwy, co skłania go do skorzystania z usług nielegalnych handlarzy oferujących co dusza zapragnie. Założenie jak każde inne, jednak w mojej ocenie oparte zbytnio na popularnych serialach sensacyjnych.

Jak przekonaliśmy się wielokrotnie w przeszłości nie ma w zasadzie żadnego pomysłu obecnego obozu rządzącego bez odniesienia się do wszechobecnego i pleniącego się niczym króliki grona „przedstawicieli starej nomenklatury” jak to określił twórczo poseł Tomasz Rzymkowski z Kukiz’15. Poprzednie rządy porozdawały zupełnie bez sensu broń sędziom, prokuratorom i byłym funkcjonariuszom służby bezpieczeństwa, a oni z tej broni nie tyle co nie korzystają, co na dodatek nawet nie potrafią tego robić. I tym skrótem myślowym dochodzimy do konkluzji, że trzeba to wszystko sprawdzić, zweryfikować i oczywiście pozabierać poniektórym to co mają po domach pochowane.

Po wycieczce do przeszłości czas na przybliżenie poselskich pomysłów. Projekt zakłada trzy poziomy dostępu do broni: pierwszy, drugi i trzeci. Czyli począwszy od broni gazowej, broni tak zwanego bocznego zapłonu i strzelb, poprzez broń dopuszczoną do posiadania przez cywilów, aż do prawa noszenia broni krótkiej w miejscach publicznych, oczywiście w ukryciu. Przy zachowaniu zdrowego rozsądku, czyli uzasadnienia w ogóle posiadania jakiejkolwiek broni i zakazie posiadania jej dla skazanych przestępców posłowie dołożyli nieco od siebie. Wnioskują zorganizowanie ogólnopolskiego rejestru pozwoleń na broń, broni będącej w posiadaniu obywateli, jak również wszystkich transakcji sprzedaży poszczególnych jednostek broni.

Posłowie Kukiz’15 nie wiedzieć czemu nie ufają policji w gestii szafowania pozwoleniami na broń. Z przydługiego uzasadnienie wynika, że komendanci wojewódzcy policji podchodzą bardzo uznaniowo do składanych na swe ręce wniosków o dostęp do broni. Kompletny wniosek przedłożony przez obywatela nie powoduje automatycznie osiągnięcia upragnionego celu. Dlatego też chcą, aby tą decyzje powierzyć starostom lub prezydentom miast na prawie powiatu. Oczywiście posłowie ci nie będą kruszyć kopii z PiSem o szczegóły, który z kolei podchodzi ostrożnie do starostów i jeśli będzie taka konieczność chętnie oddadzą decyzje o pozwoleniach wojewodom.

Odrzucając ziarni od plew należy przyznać rację pomysłowi zmian w prawie o dostępie do broni i jednocześnie zapytać dlaczego czy to też właśnie prawo musi być szyte na miarę bieżących potrzeb partii rządzących? Bliżsi i dalszy koledzy ministra Szyszki, który niewiele ma wspólnego ze środowiskiem już zacierają ręce mając przed sobą ułatwienie w dostępie do strzelb myśliwskich, kanonada w naszych lasach będzie jeszcze większa. Chronione i zagrożone gatunki zwierząt to przecież pomysł poprzednich rządów, więc nie pozostaje nic innego jak je powystrzelać. Z kolei określenie broń dopuszczona do użytku przez cywilów daje wiele możliwości dla mniej lub bardziej interesujących się zagadnieniem pasjonatów uzbrojenia. Jeśli zabraknie im fantazji, to wtedy zapewne ktoś zauważy konieczność nowelizacji ustawy raz jeszcze, aby dać tymże cywilom więcej i więcej. Nie daje mi spokoju myśl, że część schludnie wyglądających przechodniów na ulicy będzie miała pod płaszczem schowany pistolet, ponieważ zdołają prawidłowo wypełnić wniosek dla wojewody.

Truizmem jest stwierdzenie, że zwiększeni ilości posiadanej przez społeczeństwo broni niekoniecznie ma coś wspólnego z podniesieniem poziomu bezpieczeństwa. Jeśli przytoczę przykład Stanów Zjednoczonych, to wszyscy będą mieli za złe, że się czepiam naszego przecież największego sojusznika. W zupełnie czarnym scenariuszu widzę małą furtkę dla tych którzy łączą zupełnie niewinne zaciekawienie nacjonalizmem z ofertą sklepów z bronią.

28 września 2017 roku

Wiatr historii daje się nam jednak we znaki

Wiatr historii, a bardziej huragan zmiata właśnie poniektórych patronów ulic z piedestału. Czasem jest w tym nieco zwykłej ludzkiej złośliwości, a czasem chyba wodewilu.

Nie pora na marudzenie, niedawno skończył się czas jaki otrzymali samorządowcy na uporanie się z palącym problemem niewłaściwych patronów ulic. Teraz to co napsuli nasi ojcowie i dziadowie w miastach, wsiach i miasteczkach naprawią wojewodowie wraz z IPN. Wysoka inkwizycja kolejnej z rzędu Rzeczpospolitej nie ma w sobie krzty litości. Przed nimi stoi oczywiście pewne wyzwanie. Tych wykreślanych z nazw ulic trzeba szybko zastąpić kimś innym. Jest i na to sposób. Najprościej sięgnąć po nowonamaszczonych bohaterów, posiadających jeszcze większą moc przebicia, niż „żołnierze wyklęci”.

Na czoło grupy bezwzględnych reformatorów, a może bardziej reformatorów bez refleksji wysunęli się radni PiS z Poznania. Toczą oni obecnie długotrwałą batalię o nazwanie jednej z ulic imieniem generała Andrzeja Błasika. Co prawda ich konkurenci z opozycji oznajmili, że może warto poczekać na ostateczne wyjaśnienie roli generała w katastrofie smoleńskiej, ale wspomnianych aktywistów nowego w szerokim tego słowa znaczeniu to nie zraża.

Oliwy do ognia dolali radni gminy Kroczyce opodal Zawiercia. Zdawać by się mogło właściwa ze wszech miar ulica Armii Krajowej zmieniła nazwę na Jana Pawła II. Wybór był trudny ponieważ w konsultacjach społecznych wzmiankowano takie nazwy jak Jagiellonów, Dąbrowskiego oraz co przestaje już powoli dziwić Ofiar Katastrofy Smoleńskiej. Rzecz jasna przepadła we wspomnianych Kroczycach ulica PPR z wiadomych względów. Stała się zwykłą Handlową, chociaż bardziej uczuciowi mieszkańcy proponowali także nazwy Bajkowa i Ojca Tadeusza Rydzyka. Ostatnie dwie nazwy najbardziej sprawiają, że nie można już spać spokojnie.

W porównaniu do Zawiercia włodarze Świętochłowic poszli w kierunku ilości i pewnego rodzaju oportunizmu. Zmienili bowiem nazwy osiemnastu ulic i jednego placu. Swe ulice straciły tak kiedyś znane postacie jak Nowotko, Buczek, Sawicka i Finder. W niepamięć odesłano też kilka lokalnych osobistości czasów realnego socjalizmu. Pojawił się propagowany z takim trudem Pilecki. W większości przypadków postawiono na standard i tak w Świętochłowicach mamy dziś ulicę Armii Krajowej zamiast też Armii tyle, że Ludowej, Kochanowskiego i Dmowskiego. Trzeba wspomnieć o pewnym sprytnym pomyśle w zmienianiu nazw ulic. Zmieniając nazwę ulicy trzeba postarać się o postać która nosi takie samo nazwisko jak poprzednik i oczywiście inne imię. W Świętochłowicach w ten sposób zmieniono ulicę Floriana Świerczyny na Bernarda Świerczyny, Janka Krasickiego na Ignacego Krasickiego oraz Franciszka Zubrzyckiego na Juliana Zubrzyckiego. Coś jest w tym pomyśle, warto go propagować jak kraj długi i szeroki, pozwoli nam to nie zgubić się w naszych miastach.

Pośmialiśmy się, a teraz warto pochylić się na tym co to wszystko dla nas oznacza.

— Nie mamy obowiązku wymiany dowodów osobistych, praw jazdy, ani dowodów rejestracyjnych, możemy korzystać z nich do końca okresu ich ważności.

— Nie mamy obowiązku składać wniosku o zmianę adresu w związku ze zmianą nazwy ulicy, zmiany dokonywane są z urzędu i są bezpłatne.

— Za wymianę tabliczek z nazwami ulic powinien odpowiadać urząd miasta lub jego odpowiednik.

— Za wymianę tabliczki z numerem nieruchomości zapłacimy niestety z własnej kieszeni, chyba, że obecnie posiadamy taką gdzie nie ma oznaczonej nazwy ulicy, a jedynie numer posesji. Czasem minimalizm popłaca i sprawdza się we wszystkich okolicznościach. Nigdy nie wiadomo co będzie za kilka lat.

— Nie mamy obowiązku składania wniosków o zmiany w księgach wieczystych, zmiany powinny być dokonane z urzędu, a o ich wprowadzeniu powinniśmy zostać powiadomieni.

— Osoby, które prowadzą działalność gospodarczą oraz posiadają pozwolenie na sprzedaż alkoholi muszą złożyć wniosek CEIDG-1, dane z tego wniosku zostaną przesłane do ZUSu / KRUSu, Urzędu Skarbowego i Urzędu Statystycznego.

— Nie ma konieczności składania zmiany deklaracji w sprawie gospodarowania odpadami, dotyczy to mieszkańców jak i przedsiębiorców, zmiany zostaną wprowadzone z urzędu.

— Nie ma konieczności składania informacji w sprawie podatku od nieruchomości, tu także zmiany zostaną wprowadzone z urzędu

— Osoby fizyczne powinny wypełnić i złożyć formularz ZAP-3 lub zgłosić aktualizację danych adresowych w przyszłym roku przy składaniu zeznania podatkowego.

— Osoby pobierające świadczenia z ZUSu powinny złożyć wypełniony formularz WZD-01 o zmianie danych adresowych

— Jeśli chodzi o zmianę danych w bankach, u dostawców energii elektrycznej gazu, u dostawców usług telekomunikacyjnych, telewizyjnych i internetowych, w towarzystwach ubezpieczeniowych, w funduszach emerytalnych, w zakładach pracy, w przechodniach lekarskich, szkołach i przedszkolach i podobnych instytucjach przed nami wyzwanie w postaci poszukiwania stosownych formularzy zmiany adresu lub też konieczność składania oświadczeń o zmianie adresu w formie pisemnej. I tu nas mają, w przeciętnym gospodarstwie domowym korzystamy przecież na ogół z większości wspomnianych usług i mediów. Wypada założyć wygodne buty i w drogę, nim dotknie nas jakieś nieszczęście i stracimy sygnał telewizyjny lub nie dotrze do nas automatyczne wznowienie polisy na nasz samochód.

10 października 2017 roku

Jurgiel sprzedał, Szyszko wyciął, Błaszczak nie zauważył

Kompromitacja PiSu, pomagają swym działaniem w przejmowaniu polskiej ziemi przez obcokrajowców. Propaganda wyborcza to jedno, a życie to już inna historia.

Z matematyką trudno dyskutować. Janusz Piechociński z PSL w dobitny sposób podsumował na Tweeterze realizację pomysłu ograniczenia sprzedaży polskiej ziemi obcokrajowcom. W roku 2015 obcokrajowcy nabyli w naszym kraju 420 hektarów ziemi, ale już rok później, czyli za rządów samozwańczych obrońców tejże ziemi ponad trzy tysiące hektarów. Wynika z tego, że samo zadęcie i krzyki nie pomagają. Trzeba do tego mieć jeszcze jakiś plan.

Wspomniana dynamika sprzedaży, która nie jest do zaakceptowania dla ludowców stała się przesłanką do wniosku o wotum nieufności dla ministra rolnictwa Krzysztofa Jurgiela. Mirosław Maliszewski z PSL grzmiąc w sejmie o realizacji jednej z podstawowych obietnic wyborczych PiSu dodał także, że ustawodawstwo jakie otrzymaliśmy za obecnej kadencji parlamentu mające na celu ochronę polskiej ziemi, przede wszystkim uderza w polskich rolników. Za sprawą utrudnień w obrocie ziemią rolnicy nie mogą korzystać w pełni z udzielanych przez banki linii kredytowych. Nie chodzi tu o to, że banki uwzięły się na nieszczęsnych rolników. Po prostu jeśli rolnikowi powinie się noga i zakupiona z pomocą banku ziemia nie uratuje jego gospodarstwa, to wówczas bank nie może stać się jej właścicielem, ponieważ co oczywiste nie jest rolnikiem. Banków — rolników jeszcze u nas nie ma i pewnie w najbliższej przyszłości nie będzie. Większe ryzyko dla banków oznacza droższe kredyty i bezsensowna spirala nakręca się sama. Dla rolników jest też obecnie niedostępna ziemia będąca pod zarządem państwowym, nie mogą jej kupić. Drugi pomysł na poprawę kondycji gospodarstwa rolniczego jakim jest parcelowanie ziemi gorszych klas na działki budowlane znów rozbija się o twardą rzeczywistość. W tym przypadku na drodze stają nieufni co do zamiarów rolników notariusze. Co prawda ustawa o obrocie ziemią dopuszcza zamianę ziemi rolniczej na inwestycyjna, ale to notariuszom nie wystarcza i zazwyczaj nie chcą uczestniczyć w takim procederze. W wyniku błędnego koła w obrocie ziemią w ręce obcokrajowców w zeszłym roku przeszło trzysta gospodarstw, czyli jak obliczył Maliszewski stanowi to równowartość trzydziestu wsi. Aby było weselej wspomniani polscy rolnicy mają jeszcze na głowie bezskuteczne zmagania resortu rolnictwa z afrykańskim pomorem świń oraz nieuregulowane prawo w zakresie odszkodowań łowieckich.

To nie koniec kłopotów PiSu z obrotem ziemią. Raport ministra Błaszczaka o realizacji w 2016 roku ustawy o nabywaniu ziemi przez cudzoziemców spowodował niewygodne pytania. Występujący z ramienia PO Kazimierz Plocke dopytywał o wyborcze zapewnienia obecnej partii rządzącej o rozprawieniu się ze „słupami’ skupującymi polską ziemię dla obcokrajowców. Pytanie o ilość wykrytych spraw, ilość unieważnionych transakcji oraz o ilość osób które poniosły konsekwencje prawne w tym zakresie pozostało bez odpowiedzi. Do tego Plocke chciał dowiedzieć się w jaki sposób resort spraw wewnętrznych podchodzi do spółek — córek zagranicznych firm, uczestniczących w obrocie polską ziemią. Tu także nie padła odpowiedź. Zgodnie z wytycznymi ministerstwa spraw wewnętrznych spółka rejestrowana w Polsce jest traktowana jako polska jeśli ma mniejszościowy udział kapitału zagranicznego. Ziemia będąca obiektem obrotu tych spółek nie trafiła do opisywanego raportu.

Wspomniane trzy tysiące hektarów może wydać się znikomą ilością wobec bezkresu naszej ojczyzny, ale jest to około dwudziestu procent wszystkiej ziemi jaka zmieniła w zeszłym roku właściciela. Taka informacja zmienia zupełnie rozumowanie problemu. Idąc nieco na skróty można stwierdzić, że PiS odciął naszych rolników od finansowania i od ziemi będącej w rękach państwowych, po czym spokojnie przygląda się jej stopniowemu przechodzeniu w obce ręce. Szukając szybko dobrych stron tego procesu można stwierdzić, że większość upłynnionego areału trafiła do mieszkańców Europy. Poniektórzy piewcy szowinizmu i faszyzmu mogą, więc spać spokojnie, ale nie rozwiązuje to sprawy do końca w moim przekonaniu.

11 październik 2017 roku

Wybory czas zacząć

To jest apel bardziej do opozycji, ponieważ poseł Kaczyński ma już plan i go realizuje. Jak mawia mój znajomy, lepiej już było.

Myślicie może, że jakoś za wcześnie na rozpędzania machiny wyborczej? Nikt nie mówi o kampanii wyborczej. PiS chce zmienić reguły w tej zabawie i rozdać nam swoje zabawki. Ich podstawowe założenie to zdobycie miast w zbliżających się wyborach samorządowych. Mieszczuchy jak dotąd nie kupują zbytnio demagogii obecnej partii rządzącej, zakrapianej święconą wodą i doprawionej szowinizmem. Nie szkodzi. Wychodzi na to, że oni zrobią tak, aby kupili.

Nie ma czasu do stracenia, wybory już za rok w listopadzie. Co prawda Trybunał Konstytucyjny nie kojarzy się dziś z tym co kiedyś, ale orzekł onegdaj, że zmiany w ordynacji wyborczej należy przeprowadzać co najmniej na rok przed wyborami. Tym samym można się spodziewać wkrótce jakiejś eksplozji w mediach mającej odwrócić uwagę od opisywanej sprawy. Później głębokim wieczorem w sali sejmowej, na korytarzu lub na foyer posłowie podłej zmiany uchwalą sobie to co im będzie pasować.

Najbardziej bawi mnie, że poseł Kaczyński obawia się fałszowania wyborów. To jest chyba jakaś paranoja. Żeby zapobiec wszelkim próbom fałszowania wyników głosowania głosy oddane w godzinach otwarcia komitetów wyborczych ma liczyć druga komisja wyborcza. Posiadać ona będzie dużo sił i trzeźwość umysłu, a to jest niezbędne według Kaczyńskiego do prawidłowego liczenia głosów. Jakoś nie mogę rozgryźć, czy chodzi tu o fałszowanie wyników wyborów przez zmęczonych członków komisji wyborczych, czy też o fałszowanie tychże wyników, przez ich zmienników. Wiadomo przecież, że wszyscy członkowie komisji wyborczych nie mają innych zamiarów, niż niecne, a w szczególności te ze wspomnianym fałszowaniem związane. Z wariatem się nie pogadasz, jak mówi przypowieść. Ale nie można przecież powierzyć wyników wyborów w ręce nawet drugiej komisji wyborczej. Czyżby ci drudzy byli jeszcze gorsi od tych pierwszych? Tego jeszcze nie wiadomo. W dobie globalizacji i sieci, znany najbardziej z klasycznych rozwiązań prezes zapowiedział, że każda komisja wyborcza wyposażona zostanie w kamerkę internetową. Przed osobami wchodzącymi w skład komisji zapewne świetlana przyszłość w sieci, chociaż ja osobiście jakoś nie szykuję się na całodniowe oglądanie wrzucania głosów do urny. Za mało w tym procederze akcji i dramaturgii jak na mój gust.

Jak dotąd było o smaczkach, mających ułatwić nam przełknięcie gorzkiej pigułki. Barwne opisy pracy komisji wyborczej mają nam zastąpić jednomandatowe okręgi wyborcze. Pomysł nowy, a już ma przejść do historii, ponieważ sprzyja opozycji. Ma zniknąć z gmin poza miastami na prawach powiatu. Jak sama nazwa wskazuje do samorządu wchodzili tylko zwycięscy z danego okręgu, co bardzo nie pasuje PiSowi. Co zrobić jeśli taki kandydat partii rządzącej dobry jest i basta, a musi nie wiedzieć czemu stawać w szranki z lokalnym działaczem samorządowym, który na dodatek wywodzi się z opozycji? JOWy mają zniknąć zupełnie lub pozostaną w małych miastach, czyli takich miastach, gdzie wygrywał ostatnio nie kto inny jak PiS. Cóż za zbieg okoliczności. Garnitur szyty na miarę.

To nie koniec diabelskich pomysłów obozu władzy. W nadchodzących wyborach ma obowiązywać zakaz jednoczesnego kandydowania do dwóch szczebli samorządu. Tym samym nie będzie można ubiegać się na raz o fotel burmistrza i radnego. Niby nie jest to nic takiego, ale ma utrudnić opozycji życie. Jest szansa, że ludzie Nowogrodzkiej pozbędą się w ten sposób silnego lokalnego gracza. Nie będzie bruździł jako burmistrz, a radnym też nie zostanie.

Kaczyński niesiony swymi skomplikowanymi emocjami poszedł jeszcze dalej. W sumie po co w dość trudnych dla niego wyborach kłopotać się z różnorakimi komitetami obywatelskimi? Do wyborów mogłyby stawać jedynie kandydaci reprezentujący partie polityczne. Do ogrania zostałaby tylko opozycja, która nadal nie może się ze sobą dogadać. Działacze samorządowi, którzy nie są związani z partiami politycznymi to orzech nie do zgryzienia dla PiSu. W tym przypadku nie wystarczy rozdać kilka stów, czy też wysłać kogoś za złotówkę z różańcem nad granice. W lokalnych społecznościach osoby od lat działające na ich rzecz są nie do pokonania jeśli kandydują w wyborach samorządowych i wszystkim o tym doskonale wiadomo.

Jeśli wybory odbędą się nawet na mocy najbardziej surrealistycznej ordynacji, podstawową sprawą jest uczestnictwo w nich. Dopasowywanie prawa wyborczego do swych potrzeb przez partię rządzącą jest tożsame z postępowaniem lokalnych watażków w republikach bananowych. Jednak my nie jesteśmy na szczęście bez wyjścia. Trzeba iść do wyborów za rok i pokrzyżować totalitarne plany. Obecna władza boi się masowych wystąpień. Jeśli pójdziemy oddać swój głos, może to być ich koniec. Wystarczy, tylko tyle i jednocześnie aż tyle.

13 października 2017 roku

Wycieranie gęby Bogiem

11 listopada zamaskowani narodowcy będą wrzeszczeć na całe gardło „My chcemy Boga!”. Na boga wspomnianego, a któż im go zabiera?

Tradycja obchodzenia naszego święta narodowego pod hasłem zupełnie nie mającym nic wspólnego z wydarzeniami z roku 1918 rośnie w siłę. Być może nie jestem laikiem w aspekcie historii, ale długo musiałbym dumać nad tym jaki związek ma odzyskanie niepodległości z potrzebami religijnymi. Należy trochę rozczarować rozpalone głowy. Bezpośredni wpływ na pojawienie się ponownie Polski po stu dwudziestu trzech latach mieli socjalista Piłsudski, socjalista Daszyński, socjalista Moraczewskiego, ludowiec Witos oraz chadek Korfanty. Aby do końca zamieszać w spreparowanych umysłach dopowiem, że formalnie niepodległość została formalnie ogłoszona już 7 października 1918 przez Radę Regencyjną Królestwa Polskiego składającą się z Prymasa Kakowskiego, prezydenta Warszawy księcia Lubomirskiego i ziemianina hrabiego Ostrowskiego.

Niewiele jest tego Boga w odzyskaniu przez nas niepodległości. Oczywiście nie ma to, żadnego znaczenia dla organizatorów tegorocznych obchodów. Przypomnę, że w ubiegłym roku byliśmy bastionem Europy, co miało pokazać gdzie dokładnie mamy cały ten zgiełk z Unią Europejską i jej problemami. W tym roku jako antidotum na wszelkie nasze nieszczęścia zaproponowano szukanie Boga. Jak rozumiem, nie przyniosło oczekiwanego rezultatu tropienie go z różańce w ręku na granicach, więc należy zmienić strategię.

Rośli jegomoście w sportowych kurtkach i biało — czerwonych kominiarkach na pewno znajdą co chcą na ulicach stolicy. Znani są z tego, że nie mają emocjonalnych rozterek przed wprowadzeniem czynów z życie, nim o czymkolwiek pomyślą. Myślenia nie zarzucajmy im bezpardonowo, bo się obrażą i jeszcze będziemy mieli problemy. Wątpliwości zarezerwujmy dla chuderlawych intelektualistów, tylko że oni znów nie będą mieli racji, ponieważ jak zwykle pozostaną w domach, aby pluć jadem ciętych ripost w mediach społecznościowych.

Wszelkiej maści gorliwi katolicy nie zorientują się, że ktoś ich znów nabija w butelkę. Mówiąc o religii pobiegną robić swoje. W tym biegu prawdopodobnie kogoś stratują, ale nikogo to nie interesuje. Można dodać, że mimo, że nie mają wspomnianych kominiarek, to wykazują się podobnym zaangażowaniem. Patrząc na to z boku, przede wszystkim widać agresje jaką okazują, gdy mówią o religii. Człowiek mało uczestniczący w praktykach kościelnych, taki jak ja w tym miejscu najbardziej się zdziwi. Nie wiem czemu, ale religia nie kojarzy mi się z napastliwością i wściekłością.

Gdzieś pomiędzy kijami bejsbolowymi i różańcem są oczywiście zwykli katolicy, którzy muszą wymyślić jak to tego spektaklu podejść z godnością. Podobno wiara nie wyklucza patriotyzmu, więc prawdopodobnie będą chcieli wziąć udział w marszu niepodległości. Z doświadczeń lat ubiegłych wiadomo, że może to być niebezpieczne. Co prawda KOD w zeszłym roku odczarował nieco marsz z 11 listopada, ale od tego wydarzenia upłynęło już bardzo dużo czasu. Udało się wtedy udowodnić, że jest to święto wszystkich Polaków, a nie tylko najgłośniej krzyczących. W ciągu roku poszliśmy jednak bardzo daleko w nonsens polityczny i dziś będzie trudno do tego nawiązać.

Wkrótce obejrzymy kolejny absurdalny festiwal podczas którego zaproponuje się nam wycieranie gęby Bogiem. Oni wychodzą z założenia, że nikt nie odważy się wystąpić przeciw takim praktykom. Kto chciałby pójść na wojnę z narodowcami, kościołem i tymi tysiącami starszych, bogobojnych niewiast słuchających namiętnie audycji z Torunia? Może będą to ci wszyscy, którym kolejny raz władza chce ukraść tożsamość narodową, wyrzucając poza nawias na kanwie powiedzenia, że jeśli nie jesteście z nimi, to jesteśmy przeciw Polsce. Nie byłem i nie będę z nimi, ponieważ patriotyzm to nie jest plastykowy klerykalizm na pokaz. Jeśli oni chcą wymyślać kryteria patriotyzmu to od razu muszę powiedzieć, że nie muszę ich akceptować. Te kryteria określono już wcześniej. Co więcej nie będą się martwił faktem, że nie jestem patriotom w rozumieniu kilku twardogłowych polityków. Nie bawię się zabawkami, które mi dają i to samo polecam Wam wszystkim.

23 października 2017 roku

Zazdroszczę głupcom, bo oni są zawsze uśmiechnięci

Podział mediów na wolne i rządowe stracił na znaczeniu od samospalenia w Warszawie

Myśleliśmy, że żyjemy w poukładanym świecie, gdzie rząd ma swoją tubę propagandową, a naprzeciw niej istnieją nadal wolne media. Dziś sytuacja wygląda jednak inaczej. Media komercyjne nie chcąc nam psuć dobrego samopoczucia związanego z rzekomym cudem gospodarczym i tym samym z możliwością buszowania po centrach handlowych, nie poruszają tematów naprawdę ważnych. Nie chodzi tu o wystrzeganie się przez nie podawania zabitych i rannych w tysiącach przy okazji wszelkich katastrof lotniczych i zamachów bombowych. Wiadomo, że najlepsze są strzelaniny, takie jak ta w Los Angeles. Niby smutni jesteśmy przy tym niesłychanie, ale czekamy na aktualizację postu w mediach społecznościowych i doliczenie się przez policję kolejnych ofiar.

Funkcjonujemy więc sobie spokojnie, gdzieś daleko od większych tragedii, spłacając powoli hipotekę. Wokół oczywiście jest zło i mamy o tym głębokie przeświadczenie, jednak jakoś nie chce nam się drążyć tematu bez potrzeby. I nagle cały ten skrupulatnie poukładany ład codzienny wywraca się do góry nogami, ponieważ ktoś ma naprawdę dość i dokonuje samospalenia. Pomijając reżimówki kierujemy się ku mediom komercyjnym, będąc przeświadczeni, że uzyskamy pełny obraz tego co się stało, a może nawet mały filmik kręcony telefonem. Cóż za rozczarowanie, tam jeszcze bardziej cicho i głucho, niż w mediach narodowych. Coś nie poszło tak jak trzeba.

Nie wierzymy, że takiego newsa mogły przeoczyć rzesze dyżurujących przy komputerach dziennikarzy. Czekamy jeszcze chwilę i nadal nic. Standard, czyli wypadki śmiertelne na drodze, jakiś huragan, ale daleko od nas i ani śladu samospalenia. Po szybkim podsumowaniu nieudolności stażystów we wszystkich polskich mediach, śledzących bieżące wydarzenia przychodzi myśl idea, że ktoś nam czegoś nie chce powiedzieć.

No dobrze, zirytowani odświeżamy stronę internetową i w końcu jest. Jednak znów coś nie pasuje. Po pierwsze wzmianka, zamiast ogromnego leadu na pierwszej stronie, a ponadto od razu mówią nam, że facet jest wariatem i jednak zdołano go na razie uratować. Coś burczą pod nosem, że się nie zgadzał i w ogóle. Trzeba znów odświeżać. Po pewnym czasie mamy więcej szczegółów. Pokazali jego megafon leżący na chodniku, ulotki i ślady po gaśnicy proszkowej. Wielkie media wreszcie reagują, aby się nie ośmieszyć. Już wiadomo, że człowiek dokonał samospalenia, ponieważ nie zgadza się, aby tacy dranie rządzili Polską. Wiemy już wszystko, chociaż już na początku dręczyła nas myśl o takim właśnie biegu wypadków.

Chyba nie będziemy już spać spokojnie, bo przekonaliśmy się, że żyjemy plastykowym świecie, wykreowanym przez poprawność polityczną. Wrzucanie nam do klatki niewygodnych tematów nie sprawi, że polepszy się nasza zdolność kredytowa. Jeśli można zwlekać przed skierowaniem naszych oczu na wydarzenia dramatyczne i naprawdę ważne, wielcy gracze nie będą mieć skrupułów.

A później było już tak jak zawsze. Minister Błaszczak posądził oczywiście opozycję za całe zajście. Hejterzy zadawali ciosy na prawo i lewo, widząc szansę na zaistnienie w sieci. Nierozgarnięci komentatorzy życia politycznego odpłynęli w siną dal, korzystając z silnego podmuchu wiatru nienawiści. Mniej lub bardziej plugawe postacie przewinęły się przez różne wydania programów informacyjnych i można było odgwizdać fajrant.

W tym wszystkim, nadal nie wiem jak dziś czuje się Piotr i czy jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo?

24 października 2017 roku

Kartkówka z historii

Zbliża się święto narodowe, więc mamy dobry czas na małą powtórkę z historii dla klasy czwartej

Zanim uciekniecie w popłochu na samą myśl, że będzie o historii, zatrzymajcie się i to co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze jest to materiał będący zemstą rodzica na obecny system oświaty i za głupie pytania na pracy klasowej jego dziecka. A ponadto zapewne nie chodziliście ostatnio do czwartej klasy, więc przypuszczam, że odstajecie od obecnego poziomu wiedzy jaki wtłacza się do głów waszych dzieci. Zawsze warto wiedzieć o co może was zapytać znienacka, przy obiedzie wasze pociecha.

Trzeba jasno wspomnieć, że dzieci rozpoczynają swą przygodę z historią w szkole właśnie od klasy czwartej. Wcześniej podczas zajęć z edukacji wczesnoszkolnej również stykają się z zagadnieniami o dziejach ubiegłych, ale treści te są dość ogólne i mają dopiero przygotować je na późniejsze doznania w tej materii. Właśnie od września szkoły rozpoczęły wdrażanie reformy oświatowej. Przy okazji tej wątpliwej reformy uczniowie dostali nowe, bezpłatne podręczniki i w sumie powinniśmy się z tego cieszyć, ale gdzieś rodzi się pewien niesmak.

Czwarta klasa to nie są żarty. Poważne przedmioty, kilka nowych rodzajów lekcji, każda lekcja w osobnej pracowni, a do tego oczywiście plecak z książkami ważącymi tyle co sztanga dla kulturysty. Pierwsze koty za płoty. Dzieci już w sumie nie błądzą w poszukiwaniu właściwej pracowni dedykowanej do kolejnej lekcji z ich planu. Przyszedł także czas na różne sprawdziany ich umiejętności, w tym kartkówki, gdzie szybko i poglądowo można dowiedzieć się jakie postępy poczyniła latorośl.

W ramach powtórki podstawowych wiadomości proponuję spróbować odpowiedzieć na pięć pytań jakie padły na kartkówce z historii w klasie czwartej. Wcale nie będzie tak łatwo jak myślicie.

Pytanie pierwsze: Kto napisał słowa „Mazurka Dąbrowskiego”?

Dość łatwe, aby ukrócić możliwą konsternację powiem, że Józef Wybicki.

Pytanie drugie: Jakie święto obchodzimy w dniu 11 listopada?

Wcześniej podpowiedziałem wam, więc się nie liczy, ale dobrze niech będzie Odzyskania Niepodległości.

Pytanie trzecie: Kiedy obchodzimy święto uchwalenia pierwszej polskiej konstytucji?

Tu jest naprawdę łatwo, łączymy to święto z pierwszym dniem maja i mamy ulubiony przez wszystkich długi weekend, przypomnijmy 3 maja.

Pytanie czwarte: Kiedy przypada Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”?

No dobra, to pytanie jest po to, aby was rozłożyć na łopatki. Po kilku chwilach uświadamiamy sobie, że nasza ocena z historii w szkole podstawowej była na wyrost. Później budzi się w nas złość spowodowana faktem utracenia z pamięci podstawowej daty z niezbędnika patrioty. Ale z czasem upewnicie się, że przecież tego nie było na lekcji i jest wam znacznie lepiej. Jak zwykle to nie wy jesteście winni.

Abyście nie musieli sięgać do Wikipedii podpowiem, że dzień ten przypada na 1 marca, a święto zostało uchwalone w roku 2011. To już zupełnie was rozgrzesza, tylko nieliczni z was kończyli czwartą klasę kilka lat temu.

Pytanie piąte: Podaj nazwę regionu Polski w którym znajduje się Zamek Królewski na Wawelu?

Ostatnie pytanie jest za proste, abym wam podpowiadał. Może jednak mając na uwadze ostatnie częste wycieczki prezesa Kaczyńskiego na wspomniany Wawel, pytanie nie jest tak banalne jak nam się wydaje?

I jak wasze odpowiedzi? Dodam, że można było otrzymać pięć punktów, za komplet dobrych odpowiedzi uczeń otrzymywał ocenę bardzo dobrą. Każda źle udzielona odpowiedź to jeden punkt mniej i tym samym niższa o jeden stopień ocena. Odpowiadając prawidłowo na jedno pytanie można było otrzymać mocną ocenę niedostateczną.

Zaniepokoił mnie mój poziom ignorancji z historii, gdyż z reguły otrzymywałem z tego przedmiotu oceny bardzo dobre i celujące. Z pokorą sięgnąłem wiec po podręcznik do klasy czwartej, aby uzupełnić czym prędzej podstawy. Oniemiałem, ponieważ zgodnie z tym co przeczytałem nie byłem w stanie wymienić trzech najważniejszych naszych świąt państwowych. Korci mnie, aby zadać wam właśnie takie pytanie. Poddajcie się bez walki, bo i tak tego nie wymyślicie. Najważniejsze święta obchodzimy 3 maja, 11 listopada i 1 marca. Pierwszego marca zapytacie? Tak, chociaż może jeszcze o tym nie wiecie, moi drodzy. „Żołnierze wyklęci” awansowali z ligi okręgowej do ekstraklasy i walczą o mistrzostwo, a my żyjemy wciąż przeszłością. Świat nie jest już taki jakim mi się wcześniej wydawał. Strach zaglądać do podręczników, ponieważ później można mieć trudności ze snem.

Nasze dzieci są indoktrynowane co najmniej od czwartej klasy. W podręczniku jednym z zadań jest analiza tekstu Zygmunta Szendzielarza zwanego szerzej jako „Łupaszko”. Tego samego, który wymordował dwadzieścia kilka osób narodowości litewskiej w Dubinkach. W tym kobiety i dzieci. Tego samego, który mordował Polaków należących do PPR, ponieważ uznał ich za zdrajców.

Pamiętam jak kiedyś bardzo dawno temu chodziłem do szkoły podstawowej. Kiedyś właśnie na lekcji historii padło zaskakujące pytanie o Katyń. Nauczycielka nie mogąc powiedzieć nic konkretnego jakoś z tego wybrnęła, ale nie czuła się z tym komfortowo. Stare czasy wracają. Na lekcji dzieci dowiedzą się tylko tego co chce ministerstwo oświaty, a na osłodę otrzymają barwny wachlarz kontrowersyjnych bohaterów o rękach splamionych krwią rodaków. Na kanwie dobrych, starych pomysłów proponuję zacząć organizować może od razu tajne komplety, na których opowiemy o prawdziwych bohaterach oraz opowiemy całą prawdę o bohaterach na szybko wyjętych z szafy.

26 października 2017 roku

Według biblii niewierna kobieta powinna być ukarana śmiercią

Tak uzasadnił swój wyrok portugalski sędzia, rozpatrując sprawę zmasakrowania pewnej kobiety przez jej byłego męża i byłego kochanka

Opisywana Portugalka dwa lata temu zdecydowała się zakończyć swój romans, lecz kochanek nie mógł się z tym pogodzić i zaczął szantażować ją perspektywą opowiedzenia o wszystkim mężowi. Kobieta ostała przy swoim i mąż dowiedział się o jej pozamałżeńskim związku. Małżonkowie rozwiedli się, ale to nie zakończyło sprawy. Kilka miesięcy później już były mąż wraz z kochankiem uprowadzili kobietę, uwięzili i skatowali. Były kochanek trzymał ją na ziemi, a były mąż bił ją kijem nabitym gwoździami. Sprawiedliwość teoretycznie dosięgła obu mężczyzn, jednak wyrok piętnastu miesięcy więzienia w zawieszeniu i tysiąca pięciuset euro dla byłego męża wywołała powszechne oburzenie osób mających na uwadze dobro kobiet. Portugalska prokuratura oczekując wyższego wymiaru kary odwołała się od wyroku, ale sąd apelacyjny potrzymał pierwotny wyrok.

Sędzia sądu apelacyjnego argumentując swoją decyzję powołał się na biblię, gdzie według niego można przeczytać, że niewierna kobieta powinna być ukarana śmiercią. Dodał też, że rozumie przemoc mężczyzny, ofiary zdrady, która go upokorzyła.

Portugalskie organizacje kobiece nie mogły uwierzyć, że sąd w ich kraju był w stanie wydać taki wyrok. Według nich powoływanie się na biblię w niedopuszczalny sposób usprawiedliwia wszelką przemoc wobec kobiet. Zapowiedziano manifestacje w wielu portugalskich miastach.

Prezydent Portugali Marcelo Rebelo de Sousa udowodnił jeszcze raz, że jest konserwatystą i stwierdził jakieś banały o tym, że jako przywódca państwa musi przestrzegać konstytucji. Natomiast rada sądownictwa z początku w ogóle nie chciała się zająć sprawą, by później zapewnić ogólnikowo pod naciskiem opinii publicznej, że będzie analizować opisywane orzeczenie.

Jakoś mnie nie cieszy, że nawoływania z ambony do przemocy wobec kobiet, które słychać na naszym podwórku nie są wyjątkiem w Europie. Pomysł idzie niestety również ze strony podłej zmiany. Poseł PiS Łukasz Zbonikowski zadziwił media i swoich kolegów partyjnych skandalem z pobiciem żony. Kobieta zgłosiła się na policję, a później opowiedziała wszystko dziennikarzom. W tym miejscu trzeba wspomnieć o staraniach Zbonikowskiego, aby jego kochanka dokonała aborcji. W partii już nie jest, ale przyjaźń z prezesem pozostała. Na pierwsze strony trafił także były radny PiSu z Bydgoszczy Rafał Piasecki. Były ponieważ zabrakło dla niego miejsca w partii, po tym jak jego znęcanie się nad żoną wyszło na jaw. Piasecki jest znany z wypowiedzi o tym, że mężczyzna zarabia, a żona sprząta, gotuje, prasuje. Oświadczył też kiedyś byłej żonie, jeszcze przed rozwodem, że od nowego roku będzie ją zdradzał, aby ją wychować. Dodał też, że bije ją w imię Boże, aby zrozumiała jak powinna funkcjonować prawdziwa chrześcijanka.

Żadne państwo religijne nie zapewnia poszanowania praw wszystkich swoich obywateli, a w szczególności kobiet. Powoływanie się na religię, jakakolwiek ona byłaby jest zwykłą podłością i nadużyciem. Takie praktyki powinny spotkać się z głośnym oporem osób religijnych, ale co możemy obserwować również i u nas, tak nie jest. Religią posiłkują się osoby, które najdelikatniej można nazwać hipokrytami. Zniekształcony obraz religii każe dokonywać zbrodni, a nawet morderstw, a ci którzy ich dokonują stają się swego rodzaju bohaterami, chronionymi przez instytucje państwowe.

Tylko ludzie ubodzy duchowo mogą na przemocy i poniżaniu budować ognisko domowe. Szczególnie ubolewam, że poszukują uzasadnienia swego postępowania w kościele i go tam znajdują. Hierarchowie kościelni nie stają w obronie bitych dzieci i kobiet. Jeśli rodzina zjawia się regularnie w kościele to wszystko jest w porządku. Nie przejmują się mocny makijażem kobiety, maskującym mniej lub bardziej ślady pobicia.

„Ci którzy walczą o prawa bitych kobiet i niepłodnych małżeństw to mordercza zaraza, jak stalinowcy” abp Marek Jędraszewski

„Dzieci z in vitro są owocem samogwałtu” „In vitro jest źle realizowanym pragnieniem bezpłodnych par, które chcą być rodzicami” Konferencja Episkopatu Polski

29 października 2017 roku

Władza, która zabija traci mandat do sprawowania rządów

Nie zauważyliśmy momentu w którym obecna władza przeszła od podkradania nam po trochu demokracji do eksterminacji ludzi

Samospalenie Piotra Szczęsnego ma w swym tragizmie wiele aspektów. On jeden odważył się zaprotestować przeciw temu co dzieje się wokół nas ofiarując swe życie. Taki czyn trudno popierać, ale nie o to tu chodzi. Może Piotr będzie nam w stanie wreszcie pokazać to wszystko co straciliśmy w ciągu ostatnich dwóch lat? Czas przekonać się, że warto stawiać opór dążeniom partii rządzącej do zdławienia w naszym kraju demokracji. Może powinniśmy wreszcie zmienić sposób walki z ludźmi, którzy wprowadzają nam tylnymi drzwiami dyktaturę. Cięte posty w mediach i lajkowanie memów to za mało, aby żyć w wolnej Polsce. Może również nie tylko garstka z nas zobaczy prawdziwą grozę sytuacji. To nieprawda, że tramwaj którym jeździmy do pracy przyjedzie bez względu na to kto ma większość na Wiejskiej. Może przyjść taki dzień, ze ten tramwaj już nie przyjedzie i będzie zupełnie za późno na naprawę tego stanu rzeczy. Demonstrację w centrum miasta nie są po to, aby utrudnić nam powrót z pracy do domu. Przystańmy i posłuchajmy o czym jest mowa, może dotyczy to również naszego domu do którego właśnie wracamy.

Nie zapominajmy o osobach dotkniętych ustawą dezubekizacyjną. Nie chodzi o ograniczenie ich dochodów na stare lata, gdy najbardziej potrzebują środków na ratowanie podupadającego zdrowia. Nie chodzi także o ich upokorzenie, w dodatku bezzasadne i złośliwe. Pośród osób, które straciły często większość swych emerytur występuje obecnie fala samobójstw, zawałów i udarów. Oni nie mogą poradzić sobie z tym co ich spotkało. Samobójstwo emeryta — ubeka nie jest do przełknięcia przez media, ale to są ludzie tacy sami jak my i nie wolno nam o tym zapominać. Nie liczcie na pikantne szczegóły i skrupulatne statystyki podsumowujące ilość ofiar, nie czytacie brukowca, ale wolne media. Jeśli chcecie usprawiedliwić sankcje wobec emerytów ich służbą w organach bezpieczeństwa, to jest to słabe uzasadnienie. Ustawa trafia we wszystkich, którzy chociaż jeden dzień przepracowali w organach bezpieczeństwa. Można godzinami opowiadać historie ludzi, którzy byli mechanikami w warsztacie, wykładowcami w szkole milicyjnej, albo pełnili podobne funkcje nie mające dokładnie nic wspólnego z represjami wobec opozycji. Sprawiedliwość w tym wypadku jest zupełnie ślepa i obok nas dzieje się tragedia przy blasku reflektorów i ironicznych uśmiechach podłej zmiany.

Pamiętajmy, że w imię fałszywie pojmowanego dogmatu religijnego w naszym kraju ogranicza się dostęp do dokonywania aborcji. Nie wystarczają względy medyczne, czy też fakt, że ciąża jest wynikiem gwałtu. Nawet najgłupsza ustawa wychodząca z parlamentu nie spowoduje, że aborcje znikną z życia kobiet i wnet o nich zapomnimy. Po prostu rozwija się obecnie rynek nielegalnych praktyk tego typu. Oznacza to, że kobiety są znacznie bardziej narażone na komplikacje związane z mało fachowo przeprowadzonym zabiegiem lub zabiegiem przeprowadzanym w nieodpowiednich warunkach. Tu również nie liczcie na liczby i konkretne przypadki. Nie o to tu chodzi. Kobiety nie powinny umierać, ponieważ jedna, czy druga partia płynąc na fali populizmu kłania się konserwatywnemu elektoratowi wyborców.

Przypomnijmy sobie niedawne protesty lekarzy rezydentów. Na przekór propagandzie telewizji publicznej nie zasługującej już od dawna na swe miano, powiedzmy głośno, że lekarzom najbardziej chodziło o zwiększenie poziomu finansowania opieki zdrowotnej w naszym kraju. Absurdalne kolejki do lekarzy specjalistów powodują, że osoby czekające na przykład do kardiologa często nie dożywają wcześniej umówionej wizyty. Najzwyklej w świecie umierają, nim zajmie się nimi specjalista. Powinniśmy wstydzić się, że w Europie tak może wyglądać opieka medyczna. Piotr był samotny, emerytów, których zabiła ustawa jest znacznie więcej, chorych, którzy nie doczekali się na swoją kolej jest jeszcze więcej.

Widzimy wokół siebie propagowanie nacjonalizmu i szowinizmu, skierowane wobec obcokrajowców, wyznawców innej religii, niż katolicka. Szerokie karki, noszące bardzo mało rozumu w głowie atakują później przechodniów na ulicy lub w autobusie, będąc dumnymi z obrony czegoś czego nie pojmą nigdy w pełni. Do tego wciska nam się do głów wrogość wobec innych orientacji seksualnych, innych niż zakłada to kościół. Podłość i głupota prowadzi do śmierci. Przykładem jest czternastoletni Kacper z Gorczyna, który popełnił samobójstwo, ponieważ w małym miasteczku nie mógł uporać się z odrzuceniem spowodowanym swoją orientacją seksualną. Śmierć wokół nas nie może spowodować, że przywykniemy do niej i przejdziemy obok niej do porządku dziennego. Odpowiedzialni są za nią ci, którzy dzielą po mistrzowsku nas wszystkich, zamiast budować mosty.

Idąc dalej w swej podłości władza bluzga obecnie ofiarę Piotra. Prokuratura w Warszawie wszczęła śledztwo w sprawie „doprowadzenia pokrzywdzonego namową bądź udzieleniem pomocy do targnięcia się na własne życie poprzez oblanie ciała i ubrania substancją łatwopalną”.

30 października 2017 roku

Bagno we wrocławskim PCK

Zarząd Główny PCK wprowadził w swoim oddziale we Wrocławiu zarząd komisaryczny po tym jak byli działacze PiSu urządzili sobie tam folwark finansujący ich błyskotliwe kariery polityczne

Na początek poleciały głowy. Został odwołany Rafał Holanowski tamtejszy prezes, a jego funkcję powierzono wiceprezesowi zarządu głównego stowarzyszenia. Holanowski nadal szanowany biznesmen, wywodzi się ze środowiska politycznego PiSu. Zarzuty wobec niego sprowadzają się do dość enigmatycznego określenia braku nadzoru nad finansami oddziału którym zarządzał. To nad wyraz ogólne określenie wymaga doprecyzowania. Tym też zajmuje się obecnie prokuratura. Z drugiej strony należy uzbroić się w naprawdę sporą dawkę optymizmu, aby założyć, że tak medialna sprawa pozostanie niezauważona przez ministra — prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobro. Zresztą sam Holanowski zupełnie nie przejął się zarzutami wobec niego. Nie jest to zaskakujące z mojego punktu widzenia. Pan Rafał nie idzie w kierunku opuszczenia tonącego okrętu w odpowiednim czasie, lecz próbuje pociągnąć ze sobą na dno kolegów z zarządu, utrzymując, że decyzje podejmował nie tylko on.

Zarządowi wrocławskiego PCK zaszkodziła przede wszystkim jawna bezczelność. Nie księgowano faktur, dokumenty finansowe pochowano po piwnicach, utrzymując zapewne, że nikt ich nie będzie tam szukał, bo i po co. Wyszło na to, że stowarzyszenie ma pojemne i głębokie piwnice. Po za fakturami ukryto w nich plakaty wyborcze z wyborów do sejmiku wojewódzkiego Jerzego Gierczaka. Tak jak przypuszczacie Gierczak także ma wiele wspólnego z PiSem. Radny Gierczak musiał pożegnać się ze swoją partią po ujawnieniu afery, ale mnie to nie wystarcza. Jako że śledztwo nadal trwa trudno dotrzeć do szczegółów nad którymi pracuje prokuratura. To co może jeszcze bardziej nas zdenerwować to pogłoski, że przepastne piwnice i inne schowki skrywały również materiały z kampanii wyborczych innych polityków związanych z PiSem. Taki dziwny zbieg okoliczności.

Używanie PCK jako narzędzia w kampanii wyborczej to jeden przekręt. Drugim jeszcze bardziej bulwersującym jest wyciąganie stamtąd dużych sum pieniędzy. Pomysł był banalny, lecz skuteczny. Posłużono się starą metoda na słupa. Jeden z bezrobotnych, którego nie wiedzieć czemu zatrudniono w PCK stał się z dnia na dzień przedsiębiorcom działającym w branży odzieży używanej. A dokładniej użyto jego personaliów do firmowania obrotu zebraną odzieżą. Później już było mniej zaskakująco, po prostu część kasy nie trafiała do PCK, tylko do powyższej fikcyjnej firmy. Mowa jest o setkach tysięcy złotych. Szkoda tylko w tym wszystkim wykorzystanego w nikczemny sposób człowieka, wychowanka domu dziecka. Arkadiusz Hutor ma do zapłacenia ponad sto dwadzieścia tysięcy złotych z tytułu niezapłaconego ZUSu i podatków.

Jeśli chcielibyśmy się bardziej zdenerwować to dodać trzeba, że panowie politycy bez chwili refleksji zdeptali imię PCK, firmując swą działalność logiem PCK. Kontenery z czerwonym krzyżem które miały służyć zbiórce środków dla potrzebujących, stały się źródłem finansowania wielkiej polityki.

Pieniądze były potrzebne do finansowania poszczególnych kampanii wyborczych. Nie był to pojedynczy przypadek. Jak dobrze przypuszczacie takie finansowanie spod stołu jest oczywiście nielegalne. W lokalnej fabryczce PiSu nikt tym się jednak nie przejmował. Do ukazywania w pełnej krasie zalet tych właściwych kandydatów w wyborach byli wykorzystywani pracownicy PCK we Wrocławiu. Proceder dotyczył wyborów samorządowych w roku 2014 i wyborów parlamentarnych w 2015.

Po tym wszystkim w inny sposób można przyglądać się pojemnikom na używaną odzież rozstawionym w całym kraju. Mam jednak nadzieję, że nie spowoduje to naszej wstrzemięźliwości w niesieniu pomocy dla tych, którzy jej wymagają. Na przekór ciąganiu przez nadgorliwych policjantów Jurka Owsiaka po sądach i jadowi cieknącemu z wypowiedzi posłanki Pawłowicz, zawsze warto pomagać innym. Politycy PiSu nie zmienią tu niczego.

9 listopada 2017 roku

Patrzymy wam na ręce — część pierwsza

Wykorzystując nasz kraj niczym folwark, władza obrasta tłuszczykiem, a pojęcie nepotyzmu przybiera nowoczesne znaczenie.

Nie tak dawno przecież, podczas ostatniej kampanii wyborczej do parlamentu, PiS rzucał gromy na koalicję rządzącą za jej rzekome obsadzanie stanowisk swoimi ludźmi. Dziś trudno powiedzieć, że byli zupełnie bez winy, ale już po dwóch latach wiemy, że w wyścigu do koryta obecna władza nie ma sobie równych. Co więcej stale rozwija się w tej niecodziennej dyscyplinie. Możemy tylko żałować, że z uwagi na widoczny brak po jej stronie odpowiednich kadr z reguły mamy do czynienia z kabaretem, albo ze zwykłą katastrofą. Co bardziej niecierpliwi z nas czekają oczywiście na nową odsłonę losów pana Bartka Misiewicza, ale Nowogrodzka nie chce ujawnić, ani rąbka informacji w tej sprawie.

Nazwa Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej zapewne większości z was niewiele mówi, tym bardziej jeśli chodzi o jego lokalizację kielecką. Pomijając animozje dzielące niektórych mieszkańców naszego pięknego nadal kraju z mieszkańcami Kielc, dodać trzeba, że jest to jeden z sukcesów PiSu w obsadzaniu swojakami ciekawych stanowisk. Gdzieś pojawia się myśl, że mamy chyba więcej województw i tym samym więcej takich samych funduszy, ale pozostańmy uczepieni Kielczan. Sprawa wydaje się oczywista i takie jest w gruncie rzeczy. Jakoś przeoczyliśmy zmianę przepisów w sprawie obsadzania rady nadzorczej opisywanych funduszy. Kiedyś wybierał ich w dużej mierze sejmik wojewódzki, ale, że nie wolno pozostawiać spraw samych sobie, dziś robi to nasza ulubiona partia rządząca. Jest się o co bić, ponieważ prezes zarabia tam kilkanaście tysięcy złotych, a to kwota nad którą nie można przejść spokojnie do porządku dziennego. To co powinno nas najbardziej zdenerwować to fakt, że wojewoda Agata Wojtyszek uznała, że dobrym kandydatem do rady nadzorczej funduszu będzie jej siostra. Zarabia mniej, niż wspomniany prezes, ale na wynagrodzenie i tak nie powinna narzekać. Rodzina rzecz święta.

Dla odmiany przejdźmy do bardziej znanych lokalizacji. Sosnowiec ma swoją specyfikę i pojmowanie na Śląsku, ale nie nam budować mosty i zasypywać fosy. Miasto to miało ostatnio swoje pięć minut w mediach, gdy żona prokuratora krajowego Bogdana Święczkowskiego Małgorzata Hencel — Święczkowska została desantowana na stanowisko prezesa Sądu Rejonowego w Sosnowcu. Taki zbieg okoliczności zaskoczył nawet stronników reformy sądów, myśleli oni, że będzie to teraz ogródek ministra — prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry, a tu mamy do czynienia z rodzinnym interesem. Pan Zbyszek uznał zapewne, że jeśli sprawdza się mąż to i sprawdzać powinna się jego żona. Opozycja podniosła wrzawę i chciała wyjaśnień od pani premier. Jednak Ziobro zgodnie z uchwalonymi zmianami w sądach może dziś mianować prezesem każdego sądu w Polsce dowolną osobę, którą zechce. Ponoć pani Małgosia ma nawet kompetencje i doświadczenie wymagane na tym stanowisku. Zapewniali o tym Ryszard Czarnecki i Ziobro, ale właśnie przez ich zapewnienia jakoś sprawa wygląda dość blado.

Branża ubezpieczeniowa do dziś nie może wyjść z podziwu jak szybko była posłanka PiSu Małgorzata Sadurska pochłonęła wiedzę związaną z rynkiem ubezpieczeń. Prawdopodobnie pomogła jej w tym praca w kancelarii prezydenta Dudy. Nie wiadomo do końca dlaczego, ale właśnie ona trafiła do zarządu PZU. Cóż praca jak każda inna, jednak nie w każdej pracy zarabia się dziewięćdziesiąt tysięcy miesięcznie. I znów podniósł się wrzask, ale nic to, psy szczekają, a karawana idzie dalej. Sprawa była już w zasadzie w kompetencjach Państwowej Inspekcji Pracy, gdy okazało się, że Sadurska nie otrzymuje za swoją pracę wynagrodzenia i część z nas chciała uwierzyć, że jest wolontariuszem. Jednak tak nie było. Czekała na zmianę przepisów o swoim wynagrodzeniu. Szybko okazało się, że kasa się jednak zgadza i aby dopiec optymistom pani Małgorzata otrzymała sto tysięcy wyrównania. Wszystko to oczywiście na mocy prawa, nowego prawa. Tym razem o wynagrodzeniu szefów spółek Skarbu Państwa. Taki menadżer może zarobić jedyne sześćdziesiąt cztery tysiące złotych jako część stała i drugie tyle jako część zmienna.

Po wizycie u grubych ryb biznesu i polityki odwiedźmy niewielkie miasteczko jakim jest Działoszyn. Mieszkańcy tego miasta trzymają kciuki za byłą dyrektor biblioteki powiatowej Iwonę Koperską, która z dnia na dzień została również dyrektorem, ale w Poczcie Polskiej. Jest dyrektorem personalnym okręgu łódzkiego tej spółki i jak możemy zakładać nie narzeka na swoje wynagrodzenie. Zyskała nie tylko ona. Wakat jaki pozostawiła w bibliotece został powierzony jej koleżance z pracy, chociaż o konkursie na dyrektora jakoś na dzień dzisiejszy nic nie słychać w powiecie. Jeśli pytanie o powody dla których Poczta Polska odkryła talent menadżerski w powiatowej bibliotece jeszcze nie padło, to powiem, że Koperska jest od kilku lat radną PiS co wszystko wyjaśnia. PiS mocno eksploatuje te rejony jeśli chodzi o nowoodkryte talenty. Karol Młynarczyk z Pajęczna został wicewojewodą, a Marek Szydłowski, Piotr Tasarz i Marcin Ławniczek trafili ku swojej radości do PGE. Prawie można im wszystkim pogratulować, gdyby nie fakt w jakich okoliczność to wszystko przebiega.

Trwa mocna ofensywa personalna bliższych i dalszych działaczy PiSu. Biorą wszystko co leci bez narzekania i wybrzydzania. Jeśli okazuje się, że jakaś spółka albo posada jest dla nich chwilowo niedostępna, to wówczas ich mocodawcy zmieniają szybko coś w parlamencie lub ministerstwie, by dać zielone światło. Krok po kroku PiS buduje sobie poparcie w biznesie państwowym, pozbywając się specjalistów na rzecz ludzi sobie lojalnych. Nie wróży to niczego dobrego Poczcie Polskiej i sądom, lecz nie zakładajmy, że celem jest dobro tych instytucji. Tu chodzi o nakarmienie swoich popleczników za nasze pieniądze, a my możemy się temu przyglądać klnąc pod nosem.

13 listopada 2017 roku

Patrzymy wam na ręce — część druga

Hulaj dusza piekła nie ma, a w ogóle to najpierw musi zgadzać się kasa, to motto polityczne naszej drogiej, w pełnym tego słowa znaczeniu, partii rządzącej

Na Lubelszczyźnie posłanka PiS Agata Borowiec wprowadziła w życie własną wersję programu rodzina na swoim. W pierwotnej wersji chodziło co prawda o dach nad głową, ale po modernizacji chodzi o ciepłe posady dla najbliższej rodziny. W sumie nie powinniśmy, aż tak bardzo narzekać, ponieważ pani Borowiec posiada tylu braci ile trzeba do prawdziwej ofensywy na państwowe posady. Sprawa stałą się głośna, gdy Grzegorz Muszyński objął stanowisko dyrektora w BGK Nieruchomości czyli spółce należącej do Banku Gospodarstwa Krajowego, która to prowadzi program „Mieszkanie Plus”. Jak dobrze domyślacie się nie chodzi o parę groszy, dochody Muszyńskiego za ubiegły rok z tytułu pracy w BGK Nieruchomości to ponad trzysta siedemdziesiąt tysięcy złotych. Przypadki nie istnieją i aby to udowodnić trzeba wspomnieć o drugim bracie pani poseł Marku Borowcu. Żeby nie myśleć długo o strategii jego kariery wybrano prostą drogę, również BGK lecz tym razem w Biurze Transakcyjnym tej spółki. Niestety kolejny brat pani Agaty woli chodzić po lesie i dlatego Andrzej Borowiec pełni jedynie rolę leśniczego w nowoutworzonym leśnictwie Smolnik. Z drugiej strony po zorganizowanym przez ministra Szyszkę najeździe leśników na stolicę może warto nie bagatelizować roli Andrzeja Borowca. Tym razem wszystko potoczyło się gładko i bez zgrzytu, rodzina poseł Agaty Borowiec ma się dobrze, a wszystko wskazuje na to, że będzie się miała jeszcze lepiej.

Do powyższych wyczynów kadrowych w spółkach związanych z państwowymi firmami ma się nijak niewinne pojawienie się syna wiceministra Kazimierza Smolińskiego w spółce Energa. Ponoć był to przypadek jak utrzymuje Smoliński, ale jakoś wrodzony sceptycyzm nie pozwala mi w to uwierzyć, ponieważ Energa to matecznik grubych ryb PiSu. Podobnie jest z równie niewinnym zdobyciem Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska we Wrocławiu przez PiS. Aleksander Marek Skorupa z PO został zastąpiony przez Łukasza Kasztelowicza z PiSu, który wcześniej doradzał wojewodzie dolnośląskiemu. W sumie wszyscy już i tak wiedzą, że podobne fundusze w całym kraju to miejsca o których marzą szeregowi działacze partii rządzącej. Poza standardem można zakwalifikować stawianie PiSu na emerytów. Jacek Teodorczyk radny tej partii z Gdańska, musiał czekać na swoją szansę, aż do siedemdziesiątych urodzin. Mianowano go dopiero wtedy Inspektorem Inspekcji Handlowej w Gdańsku.

Do łask wróciła ostatnio Beata Nowosielska, która kiedyś skłonna była widzieć Donalda Tuska kajdankach, albo nawet na szubienicy. PiS wysłał ją na boczny tor i gdy sprawa przycichła, albo bardziej jej wybryki utonęły w morzu podobnych absurdów, nagrodził za lojalność. Nowosielska musiała wtedy zrezygnować z intratnego stanowiska Ministerstwie Środowiska. Dziś pracuje spokojnie w Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska i jak przypuszczam nie narzeka. Dobrze poinformowane źródła twierdzą, że przed nią szybkie awanse ponieważ czeka nas reforma, to znaczy psucie systemu ochrony środowiska.

Lojalność w dzisiejszych czasach nabiera także nowego znaczenia. A to za sprawą między innymi Krzysztofa Śledziewskiego. Śledziewski zabłysnął w mediach podczas zeznawania przed komisją reprywatyzacyjną. Zeznał, że Gronkiewicz zażyczyła sobie zmiany decyzji w sprawie działki Chmielna 70. Ona jednak obarczyła go odpowiedzialnością za jej przedwczesny zwrot i zwolniła go dyscyplinarnie. W jego zeznaniach Hanna Gronkiewicz — Waltz nie wypadła najlepiej, natomiast on na ich podstawie zyskał ciekawą pracę. Bez konkursu jaki konieczny jest w tej sytuacji pełni obowiązki kierownika administracji w szpitalu w Mińsku Mazowieckim. W Mińsku było to możliwe, dlatego, że rządzi tam PiS. Nie jest zbiegiem okoliczności także fakt, że dyrektor wspomnianego szpitala ma koneksje ze wspomnianą partią. Dla wszystkich zwolnionych dyscyplinarnie w naszym kraju ta właśnie informacja niesie najwięcej nadziei. Można zostać wyrzuconym na bruk, lecz gdy wiesz do kogo się podczepić, to na pewno nie utoniesz.

Mianowania na stanowiska będące w gestii skarbu państwa osób należących do swojej rodziny, pokornych działaczy lub osób mających parcie na szkło nie powinno nas już dziwić. Nie ma co wspominać o kompetencjach tych osób, ponieważ trudno je stwierdzić rozmawiając z bratem, siostrą lub synem. Godny odnotowania jest za to znaczny wzrost bezczelności władzy w obsadzaniu swoimi ludźmi etatów. Przestali się z tym kryć i za nic mają informacje płynące z niezależnych mediów. Może powinniśmy to szybko zmienić, piętnując gdzie tylko można awanse po linii politycznej? My wszyscy będziemy później cierpieć, gdy osoby bez kompetencji obejmą komplet istotnych dla jakości naszego życia urzędów i instytucji.

23 listopada 2017 roku

Opustoszały kraj na skraju Europy

Wielkimi krokami idziemy ku katastrofie demograficznej w Polsce i nie pomogą tu rezolutne apele pani premier o powrót do kraju naszych rodaków pracujących za granicą

Czternaście procent aktywnych lub potencjalnie aktywnych Polaków rozważa wyjazd za granicę w celu znalezienia tam pracy. Takie dane zawiera kolejny raport o naszej emigracji przygotowany przez Work Service. Przy kilkuprocentowym bezrobociu oznacza to dla pracodawców kłopoty ze znalezieniem odpowiednich pracowników. Brak pracowników w bezpośredni sposób wpłynie na skalę produkcji i zakres świadczonych usług. W konsekwencji obecnie wyczyny wicepremiera Morawickiego z dziurą w budżecie mogą być jedynie początkiem zapaści polskiej gospodarki. Przy braku popytu na podstawowe dobra pozostanie nam zainteresować się na nowo gospodarką zbieracko — łowiecką lub też dołączenie do tych, którzy umkną na czas do Anglii, nim zamkną się granice.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 39.51