E-book
15.75
drukowana A5
36.23
Zapiski mojego ojca

Bezpłatny fragment - Zapiski mojego ojca


Objętość:
76 str.
ISBN:
978-83-8440-653-3
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 36.23


Dedykuję mojej wnuczce Malti


Wstęp

Oddaję w Państwa ręce zapiski mojego Ojca — profesora medycyny Wiesława Romanowskiego.

Jako jego córka witam Czytelników i zapraszam do świata jego myśli.

Prezentowane tu teksty pochodzą z roku 1947 oraz z lat późniejszych. Są to prywatne notatki i rękopisy, które mój Ojciec gromadził przez lata w różnych zeszytach. Nie powstawały z myślą o publikacji. Były zapisem wewnętrznej pracy, namysłu nad życiem, szczęściem, sztuką i sensem ludzkiego istnienia.

Dziś te rękopisy zostały przeze mnie przepisane i przeniesione na papier książkowy. Zachowałam ich pierwotny charakter, rytm myśli i język. Są niezwykle piękne w formie i treści — pełne subtelnych sformułowań, uważnych obserwacji i filozoficznej wnikliwości.

Ojciec nie daje w nich gotowych rozwiązań. Stawia tezy, a następnie szuka odpowiedzi — często kilku równoległych, czasem sprzecznych, zawsze pogłębionych. Jego rozważania dotyczą szczęścia, sztuki życia, malarstwa, kondycji człowieka.

Druga część książki zawiera cytaty oraz rozważania Ojca odnoszące się do myśli wielkich filozofów i autorów dzieł fundamentalnych dla kultury i refleksji nad światem — takich jak Konfucjusz, Lao-Tse, a także wielu innych twórców filozofii, literatury i myśli humanistycznej. Są to zapiski prowadzone z niezwykłą kulturą intelektualną, w dialogu z tradycją, bez narzucania interpretacji, z szacunkiem dla wieloznaczności sensów.

Z wyjątkową subtelnością Profesor pisze o dziełach sztuki, o rytmach życia i natury, o harmonii i dysonansie, o szczęściu rozumianym nie jako stan posiadania, lecz jako proces, droga i uważność istnienia. Jego spojrzenie na sztukę i życie jest jednocześnie precyzyjne i czułe — wolne od sądów, pełne zrozumienia.

Na końcu książki zamieszczam biogram mojego Ojca — profesora medycyny Wiesława Romanowskiego — aby dopełnić kontekstu jego drogi życiowej i intelektualnej. Jednak to nie tytuły ani funkcje są tu najważniejsze. Najważniejszy jest człowiek. Człowiek i jego myśl.

Zapiski mojego ojca obejmują nie tylko refleksje teoretyczne i obserwacje z obszaru pracy z ciałem, umysłem i koncentracją, lecz także autorskie formy artystyczne stanowiące integralną część jego poszukiwań. Wśród nich znajduje się opera, zapisana ręką autora, będąca próbą ujęcia historii ludzkości i duchowego rozwoju w języku muzyki.

Jej struktura opiera się na klasycznych oznaczeniach tempa — largo, allegro — które pełnią funkcję moderatora narracji, prowadząc słuchacza przez kolejne etapy doświadczenia. Początkowe partie nawiązują do starożytnych cywilizacji Egiptu i Chin, do idei pierwotnej melodii Boga, obecnej również w kulturach Grecji i Rzymu.

W kolejnych częściach pojawia się dramat historii — wojny XIX wieku oraz rok 1939 — wyrażony poprzez napięcie, gwałtowną dynamikę i fortissimo. Zwieńczeniem opery jest dążenie ku Bogu, prowadzone przez partię skrzypiec, podczas gdy basy unoszą się crescendo, nadając całości wymiar transcendencji i wewnętrznego przekroczenia.

Tata miał również wykształcenie muzyczne. Często w domu rodzinnym po obiedzie siadał z mamą do fortepianu, który stał w pokoju stołowym, i grali razem na cztery ręce Chopina, Beethovena, Bacha. Stąd powstała opera.

Dzielę się tymi zapiskami z głębokim przekonaniem, że mogą stać się dla Czytelników przestrzenią refleksji, zatrzymania i dialogu — z autorem, ale także z samym sobą.

Są to zapiski człowieka, który z niezwykłą subtelnością intelektualną i uważnością serca pochyla się nad życiem, sztuką i szczęściem — nie po to, by je zdefiniować, lecz by pozostać z nimi w żywym, myślącym kontakcie.

ANNA ROMANOWSKA

córka profesora


O AUTORCE

Anna Romanowska (ur. 10 stycznia 1961 roku w Warszawie) pochodzi z rodziny inteligenckiej. Ukończyła szkołę pomaturalną analityki medycznej oraz czteroletnie kursy medycyny chińskiej w Krakowie. Jest terapeutką medycyny chińskiej, masażystką i akupunkturzystką z kilkudziesięcioletnim stażem zawodowym.

Równolegle rozwija działalność artystyczną — jest malarką, tworzy obrazy olejne na płótnie. Prowadzi autorską galerię „Sen Kleopatry”, a w swojej twórczości posługuje się pseudonimem artystycznym Kleopatra. Jej prace znalazły nabywców w kraju i za granicą; sprzedała ponad dziewięćdziesiąt obrazów.

Jest również pisarką — pod pseudonimem Vincenta opublikowała nowelę „Podarunek dla Wszechświata”. Od kilkudziesięciu lat praktykuje jogę, traktując ją jako drogę samopoznania i integracji ciała, umysłu oraz świadomości.

Interesuje się filozofią, etyką — w tym etyką wysoko zaawansowaną, medycyną naturalną, zdrowiem, fizjologią oraz prawidłowościami rządzącymi rozwojem człowieka. Szczególne miejsce w jej życiu zajmują rozwój osobisty i duchowy.

Jest osobą o wyjątkowej wrażliwości, którą postrzega jako narzędzie kontaktu z subtelniejszymi poziomami rzeczywistości — wyższymi częstotliwościami gęstości i wymiarów istnienia.


O ROZUMOWANIU PRZEZ PODOBIEŃSTWO
(per analogiam)

15.04.1947 r.

Metoda, trzeba przyznać, bardzo demonstracyjna, łatwo przekonywująca, efektowna, lecz jednocześnie bardzo niebezpieczna i łatwo prowadząca do wniosków całkowicie błędnych. Metoda ta bowiem ogranicza rozumowanie nasze do posługiwania się pewną ilością znanych i gotowych już sformułowań. Hamuje instynktowne wyczucie nowych, nieznanych faktów czy rozwiązań.


Przez wprowadzenie gotowego wzoru, prawdziwego tylko dla pewnego zestawienia faktów, do jakiegoś rozumowania zamykamy i kończymy je, wskazując na ten wzór jak na rozwiązanie. Tą metodą może przemawiać wiara w to, że świat cały zbudowany jest według pewnego planu, jednakowego dla wszystkich układów, na przykład makro- i mikrokosmos, filo- i ontogeneza, stosunki w rodzinie i w państwie, i tym podobne.


Przykłady to są — a przynajmniej wydają się — słuszne, dlatego że dokładnie nie znamy żadnego z tych układów zarówno po jednej, jak i drugiej stronie znaku podobieństwa czy nawet równości.


O SPOŁECZNYM ASPEKCIE TWÓRCZOŚCI

14.06.1947 r.

Często zastanawiałem się nad tym, co jest przyczyną twórczości tak zwanej artystycznej. Co właściwie powoduje, iż poeta, pisarz czy malarz zaczynają w pewnym momencie tworzyć. Pytania te nasunęły mi się w czasie oglądania obrazów Picassa.


Każdy człowiek ma rozwinięty, w mniejszym lub większym stopniu, zmysł artystyczny w którejś z dziedzin sztuki. U niektórych zmysł ten rozwija się znacznie i dochodzi do doskonałości, do talentu. Co to jest jednak ów zmysł artystyczny i talent?


Czy ja, nieudolnie rysując pudełko zapałek, które widzę przed sobą, mam prawo nazwać się artystą? Czy, gwiżdżąc jakąś arietkę, jestem kompozytorem i muzykiem? Czy formułując hipotezę o promieniowaniu komórki żywej, jestem naukowcem?

Człowiek podobny jest do zwierzęcia przez czynności fizjologiczne. Różni się zaś od niego przez to, iż stara się poznać siebie i otaczający go świat. Wyniki tego poznawania ujmuje przy pomocy sądów wyrażanych słowami. Rzecz umowna, którą zawdzięczamy wynalazcy alfabetu. A o tym, że szukano różnych dróg, świadczą sposoby wyrażania sądów obrazami rysowanymi lub rzeźbionymi i dźwiękami.


Zależnie od przyjętego sposobu umowy człowiek myśli słowami, obrazami czy dźwiękami.

A więc myśli, bo odczucie poznania jest w każdym wypadku jednakowe. Percepcja składa się z dwóch aktów: odczucia i wyrażenia.

Pierwszy jest aktem duszy, drugi — organizmu.

Pierwszy jest aktem stałym i jednostkowym dla wszystkich, zależnym tylko od obiektu, drugi — zmiennym i różnym, zależnym od czynników konstytucjonalnych ustroju i umowy, względnie wychowania. To wymaga jeszcze zastanowienia się i na przykład, czy wada wzroku wpływa na jeden akt zniekształcająco.

Należy się zorientować w terminach: sąd, spostrzeżenie itp., a więc różne są sposoby wyrażania sądów i spostrzeżeń.


Nie ma więc powodu do nazywania artystą człowieka posługującego się jednym z umownych sposobów wyrażania sądów, więc — jak to mówiliśmy — drugiego aktu percepcji. Nie będzie artystą ten, co widząc krowę, zamiast nazwać ją słowem, narysuje ją albo naśladować będzie głosem lub instrumentem jej ryk. Ewentualnie, przy pomocy szeregu ruchów tanecznych, będzie starał się ją naśladować.


Mam wrażenie, że dzieło, aby można je było nazwać artystycznym, musi posiadać pewien pierwiastek, nazwałbym go filozoficzno-społeczny. Każde zagadnienie, każde zjawisko, aby zostało dokładnie co do swojej istoty zrozumiane, winno być doprowadzone do stanu głębokiego przeżycia duchowego. Osiągnąć to zaś można przez szczegółowe studium samego zagadnienia czy zjawiska oraz wszystkiego, co ma z nim jakikolwiek związek skutkowo-przyczynowy.


Poznanie atmosfery, w jakiej się dana rzecz rozgrywa. Intensywne i emocjonalne myślenie na dany temat doprowadzi wreszcie do pewnego wstrząsu, zrozumienia całości — syntezy — i zaraz po tym wystąpi naturalna chęć uzewnętrznienia tego przeżycia, chęć podzielenia się z kimś (jednostką czy ogółem) tym radosnym zrozumieniem, uchwyceniem syntezy. Nastąpi moment konieczności tworzenia. A więc filozoficzna synteza i chęć podzielenia się z kimś radością znamionują dzieło artystyczne.


Te dwa subtelne, lecz zasadnicze momenty stanowią przyczynę, że kopia dzieła mistrza, nawet najlepsza, nie będzie „przemawiać”, nie będzie miała tej iskry zdolnej porywać i zachwycać. Jeśli więc kopia, to już najdoskonalsza, a więc fotografia.

Obraz, będący szkolnym niejako wypracowaniem, choćby najlepszym, nie będzie niczym innym jak miernotą. Inny, w który twórca włoży całą swą wiedzę i uczucie, będzie porywał, pod tym warunkiem jednak, że artysta będzie kochał swój naród, będzie pełen szacunku i miłości dla człowieka, będzie się starał pouczyć go, powiedzieć mu, jaką to radosną tajemnicę udało mu się odkryć w zamyślonej twarzy modela, linii horyzontu czy dzieciach wpatrzonych w Boga.


Bez tego drugiego momentu — aspektu społecznego, jakby to można powiedzieć — powstawać będą dzieła może będące wynikiem głębokiego przeżycia twórcy, ale –powiedziałbym — złego przeżycia lub chorego twórcy. Powstawać będą dzieła odpychające, dziwaczne, bez sensu. Jeśli więc teraz będziemy chcieli odpowiadać na pytanie postawione na początku, to powiemy, że artysta tworzyć będzie arcydzieła, gdy potrafi się wznieść do stanu filozoficzno-społecznej kontemplacji.

Chodząc często sam na koncerty czy do galerii obrazów, odczuwałem brak czegoś. Odczuwałem brak kogoś bliskiego przy sobie w chwili, gdy przeżywałem wrażenia podniosłe, gdy było mi dobrze. Do pełnego odczucia piękna brakowało mi świadomości, iż droga dla mnie osoba również ma możność przeżywania dobrego zdarzenia.


Sądzę, iż wszyscy to odczuwają, a zwłaszcza ludzie tak subtelni jak twórcy we wszelkich dziedzinach.

A więc gdy danym jest im rozumieć i odczuwać piękno — lub może lepiej powiedzieć: gdy mogą oni szukać i znajdywać piękno i prawdę wszędzie, daleko lepiej i doskonalej aniżeli wszyscy inni — to naturalnym odruchem jest opowiedzenie komuś życzliwemu o tym swym wielkim przeżyciu.

A że artysta czuje i cierpi „za miliony”, więc tworząc swe dzieło, odczuwa związek z całą ludzkością, stara się pokazać to, co odkrył, nauczyć tego, co mu zostało objawionym, naprowadzić na drogę prowadzącą do stanu, jaki sam przeżywa. Oczywiście są stany i przeżycia, których naśladować nie można. Imitując zewnętrzne cechy owego przeżycia, więc dzieło sztuki (będące odbiciem pewnego stanu emocjonalnego twórcy) niekoniecznie musi wywoływać u widza ten sam stan, a nawet na pewno go nie wywoła.


Bo to są momenty osobiste, będące ukoronowaniem długiego rozumowania, całego szeregu przesłanek logicznie ze sobą związanych. Są to momenty będące wynikiem długiej i uciążliwej pracy umysłowej, dodam: jednokierunkowej nad jednym zagadnieniem. Zatem widz długą musi przejść drogę, może nawet inną niż twórca, aby dojść do stanu, którego odbiciem, wyrazem jest dzieło. Może zresztą widz, jeśli nie będzie przygotowany wcale, nie wykona tej pracy. Może dzieła nie zrozumieć… Lecz niech odczuje przynajmniej życzliwość artysty, niech ma świadomość, że artysta myślał o nim, że chciał mu powiedzieć coś bardzo ważnego, coś, co jest wielkie, słowo jakieś będące ukojeniem niepokoju metafizycznego.


I widz z kolei odczuje wdzięczność, wytworzy się nić życzliwości, związek duchowy. A jeśli widz zrozumie dzieło tak, jak tego chciał artysta, wytworzy się prawdziwe pokrewieństwo. I to jest aspektem społecznym sztuki, a właściwie twórczości w każdej dziedzinie. Jest to moment pedagogiczny twórczości. Tylko to są bardzo subtelne rzeczy i łatwo wszystko poplątać. Nie jest artystą ten, co rozpoczyna pracę z myślą, że „dzieło” swe tworzy dla mas, że chce nauczać, pokazywać drogę itd. To jest kuglarz.


Nie będzie nigdy świętym, kto dąży do świętości i tylko o niej myśli, ani wielkim, kto chce być wielkim.


W naszym rozumieniu cały olbrzymi wysiłek wkłada artysta w pracę nad sobą. W pokorze filozoficznej opracowuje, myśli, rozwiązuje, modli się, podziwia, chwali Boga — wreszcie w natchnieniu danym mu jest przeżyć chwilę błysku, olśnienia… Zrozumiał! odczuł!… pada na kolana… zrywa się i, nie mogąc się powstrzymać, woła głosem wielkim braciom swym i siostrom, że już wie, że im chce powiedzieć…!Chwyta pędzel, młot, skrzypki czy pióro i mówi im…


Oczywiście droga prowadzi po wielu stopniach do góry, wielu ćwiczeń wymaga nauka „mówienia”, więc każdy artysta wykonać musi cały szereg dzieł ćwiczebnych, szkolnych, również mogących być pięknymi, nawet pouczającymi. Ale nie będą to prawdziwe twory, arcydzieła, o których mówiliśmy.


O CELU ŻYCIA

20.06.1947 r.

Poprzednio mówiliśmy o tak zwanym aspekcie społecznym twórczości, o tym, że przekazywanie innym swych osiągnięć jest niejako ich uzupełnieniem. Warto by się teraz zastanowić nad tym, co jest właściwie celem: samo zrozumienie pewnych rzeczy czy też ich przekazywanie innym. Innymi słowy, twórczość poznawcza czy nauczanie i służba bliźnim.


W myśl tego, co było poprzednio powiedziane, obydwa te czynniki łączą się ze sobą, drugi wynika z pierwszego, ale chodzi mi o ustalenie, który z nich jest celem. Pierwszy, a więc poznanie, a drugi ma być pomocą dla ludzi w dojściu do tego samego celu? Czy też drugi czynnik pedagogiczny jest celem indywidualnym każdego człowieka?

A więc „służba bliźniemu”, jak określił cel życia któryś z myślicieli.


Przenosimy się tu na płaszczyznę szerszą, na której znajdują się już nie tylko twórcy w dziedzinie sztuki, ale wszyscy ludzie. Boć każdy jest w swoim zakresie twórcą — jeśli chodzi o myśl badawczą w zakresie celów ostatecznych. Zrozumienie czy wyczucie tych spraw zasadniczych bytu jest dla każdego człowieka oddzielnie wielkim aktem twórczym, powstającym wśród wstrząsających przeżyć wewnętrznych.


Przyszło mi na myśl jeszcze trzecie rozwiązanie, mianowicie: może żaden z tych czynników nie jest celem, a więc ani poznanie, ani nauczanie, a tylko po prostu życie biologiczne, unormowane pewnymi przepisami wynikającymi z konieczności współżycia społecznego.


Spróbujmy odpowiedzieć sobie na te wątpliwości, idąc wolno, i rozmawiać, rozglądając się podejrzliwie na wszystkie strony.

A więc czy poznanie czyni człowieka szczęśliwym? Poznanie otoczenia, budowy materii, budowy energetyczno-materialnej żywej komórki, budowy psychofizycznej człowieka, świata duchowego, roli człowieka w tym świecie, budowy duchowo-materialnej wszechświata, Absolutu-Boga. Ogromną pracę włożyła i wkłada ludzkość w zrozumienie i poznanie tych tajemnic.


Czy są możliwości rozwiązania? Wydaje mi się, że nie. Budowa atomu rozdrobnionego na tyle części, rozbicie atomu i wykorzystanie jego energii wewnętrznej — zjawisko znane nam na drodze spekulatywno-empirycznej.


Jednak mimo wszystko fizyka nie wychodzi poza granice nauki opisowej. Istota — a więc przyczyna — jest w dalszym ciągu niezrozumiała. Jak powstał atom? Czy ruch elektronów jest wiecznym ruchem? Perpetuum mobile? Mówi się, że elektrony krążą po orbitach, ale dlaczego, jaka siła je popchnęła do tego?


Przeskoczeniu elektronu z jednej orbity na drugą towarzyszy emisja kwantu promieniowania. Dlaczego im więcej nauka opisuje faktów, tym więcej rodzi się pytań i wątpliwości? A jak wiemy, doświadczenia nie są zawsze bezpieczne: zadziałamy jednym ciałem na drugie i zobaczymy, co z tego wyniknie, abyśmy mogli opisać wynik. Przysłowie mówi, że zabawa z ogniem nie jest dobrą i bezpieczną zabawą.


W dziedzinie biologii ograniczamy się w dalszym ciągu tylko do obserwacji i opisu — dalecy jesteśmy od zrozumienia. Metafizyka to zbiór domyślników, hipotez. O czym więc mówiliśmy poprzednio? Że poznanie pewnych praw połączone jest z wstrząsem wewnętrznym i tak dalej.


Widać przecież, że to poznanie jest bardzo skromne i że na pewno nie daje powodów do wstrząsu. A więc może to, co nazywamy objawieniem — zrozumieniem, do którego człowiek dochodzi w ekstazie, a które spada nań niby piorun z nieba — jest właśnie tym czynnikiem. Tak, jak piorun z nieba: objawienie dane tylko niektórym ludziom, dlatego że tylko niektórzy go pragnęli i może byli godni.


15.07.1947 r.

Zresztą, nawet gdyby poznanie było doskonałe, gdybyśmy doszli do stanu wiedzy zupełnej o wszystkim, co nas otacza, to bardzo wątpię, czy dałoby nam to szczęście i zadowolenie. Popularne jest powiedzenie o kurze i grzędzie, uwydatniające ludzką dążność do ciągłego zaspokajania ciekawości. Gdyby więc nadszedł kres tego zaspokajania, pozostałyby nuda, pustka, bezcelowość.


Cechą systemów polityczno-społecznych wychodzących z poglądu materialistycznego jest konieczność dawania społeczeństwom coraz to nowych podniet — coraz to nowych celów. Oczywiście prowadzi to w końcu do absurdu, więc aby to ukryć, wywołuje się wojnę. System opiewający szczęście człowieka oparte na poznaniu doprowadziłby ostatecznie do pustki i bezsensu, co mogłoby pchnąć do samobójstwa.


Opisywanie bowiem zjawisk bez zrozumienia ich istoty może zadowolić tylko bardzo niewybrednego badacza. Istoty zaś zjawisk nie rozumiemy, bo jesteśmy skrępowani zmysłami, które potrafią spostrzegać jedynie to, co jest im dostępne — a nie jest tego dużo. W okresie naszego życia tak zwanego pośmiertnego wiele zagadnień stanie się zrozumiałych.

Gdy człowiek ślepy wskutek katarakty stara się poznać jakiś nieznany przedmiot, musi wykonać doprawdy wiele zabiegów, aby uzyskać choćby mgliste wyobrażenie o nim. Dotyk, słuch, smak, powonienie, opowiadania innych ludzi, porównywanie, spekulacja, obliczanie matematyczne, formułowanie wzorów i uogólnień — wszystkie te czynności mają mu pomóc w ujęciu praw i cech badanego obiektu. A są to działania, które mogą mu zająć całe lata.


A gdyby jeszcze, wciąż niezadowolony, zapragnął udoskonalić swe poznanie poprzez zastosowanie przyrządów wysubtelniających jego dotyk, słuch, smak i powonienie, wówczas i całego życia nie starczyłoby mu na znalezienie odpowiednich narzędzi i przeprowadzanie kolejnych badań.


Wreszcie uda się z pewnością do nauczycieli okultyzmu, aby nauczyli go poznawania bez użycia zmysłów — przez wykształcenie umiejętności bezpośredniego widzenia duszą. Pójdzie także do filozofów, którzy mówić mu będą o idei tego przedmiotu, o jego cechach energetycznych, o jego historii, być może nawet o jego przyszłości.


I z tego wszystkiego wytworzy sobie ów ślepiec tylko dość niedokładne wyobrażenie przedmiotu, który tak usilnie pragnął poznać. Gdy jednak, będąc już u kresu życia, które spędził na tak licznych — i, trzeba przyznać, interesujących — badaniach, spotka okulistę, który go zoperuje i przywróci mu możność widzenia, wówczas zachwycony i olśniony stwierdzi, że przedmiot, zdawałoby się tak dokładnie zbadany, posiada jeszcze jedną cechę, której nigdy nie podejrzewał: jest kolorowy.


A więc trzeba będzie jeszcze trochę poczekać, aż poprzez operację ostateczną — śmierć — zyskamy nowe możliwości poznania. Dopiero wtedy zrozumiemy naturę rzeczy, a nie tylko będziemy je mogli obserwować.


I jeszcze jedno stanie się dla nas jasne: że poprzez usilne i trudne badania, którymi niemal wypełniliśmy całe życie, straciliśmy wiele czasu — czasu, którego cena dopiero wtedy stanie się nam zrozumiałą.


O ZNACZENIU PEDAGOGICZNYM MIŁOSIERDZIA

15.07.1947 r.

Uczynkiem wypływającym z miłości, czyli uczynkiem miłosiernym, nazwałbym taki, który nie mieści się w obowiązujących ramach obowiązkowości, sprawiedliwości i obyczajowości i tym podobne. A więc nie będzie uczynkiem miłosiernym, jeśli zapłacę za siebie w tramwaju, bo to jest obowiązek wynikający z przyjętego prawa o konieczności wzajemnej wymiany dóbr, natomiast będzie takim uczynkiem, jeśli zapłacę za kogoś, kto nie ma pieniędzy.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 36.23