E-book
15.75
drukowana A5
36.13
drukowana A5
Kolorowa
59.34
ZAPISKI DJA

Bezpłatny fragment - ZAPISKI DJA

PRZEWODNIK DLA TYCH CO GRAJĄ I DLA TYCH CO PŁACĄ


Objętość:
100 str.
ISBN:
978-83-8467-702-5
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 36.13
drukowana A5
Kolorowa
za 59.34

Praca DJ-a to nie sztuka. To sport walki, w którym Twoim głównym przeciwnikiem jest zmęczenie, a sędzią ringowym — pijany drużba z mikrofonem

SŁOWO WSTĘPU

Książkę tą dedykuję mojej żonie która myślała, że granie na weselach to darmowe jedzenie, tort i tańce. Być może dla kogoś stojącego z boku tak to wygląda. Jednak po każdym weselu większość grajków (DJe czy zespoły weselne) przeżywają krótki zespół stresu pourazowego. Dante nie opisał dziewiątego kręgu piekła, bo nigdy nie słyszał chóralnego „gorzko, gorzko!” pijanego drużby.

Proszę też nie traktować tej książki jako podręcznika dla DJów. Jest to zbiór moich przemyśleń, obserwacji jakie nagromadziłem przez prawie 30 lat tułania się po przeróżnych przyjęciach okolicznościowych jako DJ, prezenter i konferansjer i z powodzeniem nadaje się dla każdego kto chce troszę poznać tą branżę, pośmiać się a może i czegoś nauczyć.


W świecie mocnych basów, głośnych setów i niepowtarzalnego klimatu nocnych imprez! Niniejszy zbiór tekstów został stworzony z myślą o kulisach didżejskiego fachu. Odbędziemy podróż przez parkiety, na których za konsoletą spędziłem już blisko 30 lat, rozkręcając zabawy na weselach, urodzinach i wszelkiej maści imprezach okolicznościowych.

Aby jednak w pełni oddać barwność i dynamikę tamtych nocy, część opisywanych sytuacji została celowo i mocno przerysowana. Wszystko to powstało wyłącznie w celach satyrycznych i rozrywkowych. Autor nie miał na celu nikogo obrazić, a ewentualne podobieństwa do prawdziwych osób czy konkretnych wydarzeń są całkowicie przypadkowe. Włączcie swoją ulubioną muzykę, załóżcie okulary (kto musi) i zapraszam do lektury.

SABOTAŻYSTA ZA PÓŁ CENY

Planujesz imprezę. Wesele, event firmowy, a może osiemnastkę córki sołtysa. Zerkając w budżet i widzisz, że świeci tam pustka większa niż w lodówce studenta w poniedziałek po sesji. Naturalny, wyćwiczony przez pokolenia polski odruch obronny krzyczy z całą mocą ”Szukamy taniej! Po co przepłacać za jakiegoś nadętego artystę z mikrofonem?”. Przecież muzyka to tylko tło, a każdy facet z laptopem pożyczonym od szwagra i dwiema kolumnami kupionymi w promocji w markecie budowlanym poradzi sobie z tym śpiewająco, prawda?

Otóż nie. Rynek usług muzycznych boryka się z mrocznym, apokaliptycznym zjawiskiem jakim jest dumping cenowy. Jeśli dostajesz ofertę dużo tańszą od średniej rynkowej, wiedz, że nie wynika ona z bożej łaski ani dobroci serca wykonawcy. To jasny sygnał, że zamiast profesjonalisty zatrudniasz sabotażystę dobrego humoru.

Oto krótka mitologia muzycznej działalności gospodarczej, czyli ”Janusz z pasją” vs ”Taśmociąg Chałtury”.

Na wolnym rynku krążą dwa skrajne poglądy, w które wszyscy ślepo wierzą, dopóki nie zostaną boleśnie zweryfikowani przez rzeczywistość.

Pierwszy to ten że ”Pan z działalności nierejestrowanej to autentyczny pasjonat”. Owszem, na świecie istnieją utalentowane jednostki dorabiające po godzinach, bo kochają muzykę. Ale bywa też tak, że pan Mietek działa bez firmy, bo urzędy skarbowe jeszcze go nie namierzyły, a jego ”Sztabem dowodzenia” jest laptop z pękniętą matrycą, odtwarzaczem Winamp z 2004 roku i plikami podpisanymi ”Hit_na_wesele_ostateczny_FINAL_1(1).mp3”.

Pogląd numer dwa. ”Firma z fakturą i biurem to gwarancja prestiżu”. O, słodka naiwności! Posiadanie NIP-u, pieczątki i pięknej strony internetowej na WordPressie nie chroni przed zjawiskiem zwanym chałturą korporacyjną. Taki usługodawca traktuje Wasz najważniejszy dzień w życiu jak taśmę produkcyjną w fabryce śrubek. Przyjedzie, odpali sztywną, odgórnie skopiowaną playlistę typu ”Hity z Radia X ’98”, popatrzy na Was martwym wzrokiem psychopaty i odbębni swoje godziny, marząc o rosole w domu.

No bo co tak naprawdę kupujesz za ”promocyjną cenę po kosztach”?

Kiedy ktoś drastycznie obniża cenę, gdzieś te koszty musi uciąć. Zazwyczaj tnie na jakości, sprzęcie, bezpieczeństwie i własnej godności. Oto co dostajesz w pakiecie ekonomicznym.

Nagłośnienie typu ”Dźwięk z wiadra”. Kolumny trzeszczą jakby ktoś wrzucił do środka worek widelców, mikrofon bezprzewodowy łapie sygnał z pobliskiej OSP a każde ”Sto lat” kończy się sprzęgiem o sile detonacji granatu, po którym goście tracą plomby w zębach.

Biblioteka muzyczna rodem z czarnego rynku. Zero legalnych platform DJ-skich czy profesjonalnych Record Pooli. Muzyka pobrana za pomocą podejrzanych stron z rozszerzeniem mp3.exe, w tragicznej jakości, gdzie w środku utworu nagle słychać głos lektora reklamującego chińskie kasyno online.

DJ jako element wystawowy wnętrza. Człowiek za konsoletą nie reaguje na gości. Mimo że parkiet świeci pustkami on dalej leci ze swoim programem i puszcza trzeci raz z rzędu ten sam kawałek disco polo, bo akurat tak mu się ułożyło w folderze.

Wielu magików mikrofonu chwali się najdroższym sprzętem nagłośnieniowym świata. Mają systemy basowe, które mogłyby bez problemu obsłużyć koncert Michaela Jacksona na Stadionie Narodowym.

Prawa rynku są jednak brutalne. Posiadanie Ferrari nie uczyni z Ciebie rajdowca, jeśli jedziesz na wstecznym prosto do rowu z pokrzywami. Sprzęt to tylko narzędzie. Jeśli człowiek za konsoletą nie ma zielonego pojęcia o czytaniu parkietu, wyczuciu momentu i budowaniu dramaturgii wieczoru, to nawet kolumny za 100 tysięcy złotych nie pomogą. Kiedy po pierwszym utworze goście uciekają do bufetu po zimną nóżkę, sprzęt za miliony monet służy co najwyżej jako bardzo drogi wieszak na kurtki.

Klasyk taniej oferty muzycznej to kompletna nieelastyczność repertuarowa. Kiedy wujek Zenek podchodzi do konsolety z prośbą o coś z klasyki polskiego rocka, tanio wynajęty DJ patrzy na niego wzrokiem szczenięcia porzuconego w lesie i rzuca kultowe ”Nie mam tego, nie znam, nie moja bajka. Ale mogę puścić mroczne techno z 2011 roku!”

W efekcie muzyka kręci się w kółko wokół tych samych trzech kawałków zapętlonych do granic obłędu. Każda prośba gości kończy się odmową i społecznym zgrzytaniem zębów. Impreza umiera powolną, bolesną śmiercią o godzinie 21:30, a goście zaczynają dyskutować o polityce, bo to wydaje się ciekawsze niż to, co dzieje się na sali.

Zanim więc podpiszesz umowę (o ile jakakolwiek będzie), zapoznaj się z ”Oficjalnym słownikiem pojęć taniego Dja”.

„Miksuję z ręki” — Przycisk sync w darmowym programie na laptopie zaciął się w pozycji permanentnej.

„Elastyczny repertuar” — Znamy trzy utwory, ”Ona tańczy dla mnie”, ”Przez twe oczy zielone” oraz dźwięk awarii systemu Windows.

„Nowoczesne oświetlenie” — Dwie migające żarówki z marketu budowlanego wetknięte w przedłużacz, skutecznie wywołujące u gości epilepsję.

„Prowadzę imprezę z klasą” — Będę milczał przez osiem godzin jak grób, bo zapomniałem tekstu piosenki ”Jedzie pociąg z daleka”.

Aby w pełni docenić dramatyzm sytuacji, spójrzmy, jak na taniego DJ-a reagują poszczególni uczestnicy imprezy.

Pan Młody przez pierwsze dwie godziny udaje, że wszystko jest w porządku, po czym zaczyna potajemnie sprawdzać w Google ceny biletów lotniczych w jedną stronę do Boliwii.

Panna Młoda patrzy na swoje wymarzone szpilki za 800 zł, które tkwią w bezruchu na parkiecie a w jej oczach rodzi się czysta, nieskażona niczym żądza mordu.

Ciotka Kryśka próbuje tańczyć oberka do utworu, który brzmi jak traktor odpalany mroźnym porankiem w PGR-ze.

Świadek przejmuje rolę ochroniarza konsolety, żeby pijany wujek nie pobił DJa za puszczenie po raz czwarty tej samej piosenki o zielonych oczach.

Wizyta gościa przy konsolecie to moment próby dla każdego usługodawcy. W przypadku taniego DJ-a scenariusz zawsze wygląda tak samo.

Wujek podchodzi z uśmiechem i prosi o coś żywszego. DJ doznaje psychicznego szoku i patrzy na niego z wyższością informatyka z helpdesku po czym udziela naukowej odpowiedzi że ”Tego utworu nie ma w jego legalnej bazie danych z 2012 roku”. Następuje faza eskalacji. Wujek wyciąga z kieszeni zmięty banknot stuzłotowy powodując tym samym nagłe olśnienie spływające na Dja. Grajek natychmiast przyjmuje gotówkę, po czym puszcza dany utwór… ale w wykonaniu zespołu Bayer Full w dodatku remixowany w stylu disco polo-trance i to o godzinie 23:45, kiedy wszyscy jedzą tort.

Zaniżanie cen przez amatorów psuje rynek, zmuszając profesjonalistów do ciągłej walki o swoją wartość, ale przede wszystkim uderza w Ciebie jako klienta. Aby uniknąć rozczarowania rodem z taniego horroru stosuj poniższe zasady.

Nic ”na gębę”, zawsze umowa. Dobry DJ podpisać umowę chce bardziej niż Ty, żeby zabezpieczyć swój termin. Jeśli typek kręci nosem na formalności i woli gotówkę do ręki ”na stacji benzynowej”, w dniu wesela możesz obudzić się z ręką w nocniku, bo grajek właśnie stwierdził, że w sumie to mu się nie chciało.

Wymagaj dowodów życia. Poproś o nagrania wideo z imprez, a nie tylko wycinki audio. Zobacz, jak ten człowiek mówi do mikrofonu, czy nie sepleni, nie fałszuje i czy jego żarty nie sprawiają, że sala zamienia się w lodówkę.

Zadaj testowe pytanie. Zapytaj na przykład co zrobi, gdy parkiet całkowicie opustoszeje. Jeśli odpowiedź będzie np. ”Puszczę disco polo na full, ludzie i tak się przyzwyczają”, uciekaj w siną dal, zanim zgaśnie światło.

Złota zasada branży eventowej jest taka, że w świecie rozrywki nie ma ”magicznych” oszczędności. Jeśli oferta jest o 70% niższa od średniej rynkowej, nie wynika to z dobroci serca artysty, lecz z drastycznej redukcji jakości, zdrowego rozsądku i podstawowych standardów cywilizacyjnych.

Wybór DJ-a na najważniejszą imprezę w życiu to nie koszt a obligatoryjne ubezpieczenie Twoich wspomnień. Możesz zaoszczędzić kilkaset złotych dzisiaj, ale koszt terapii psychologicznej po tym, jak Twój ślub został oprawiony muzycznie jak potajemna schadzka w podziemnym bunkrze, wyniesie znacznie więcej. Ostatecznie to Ty wybierasz czy to będzie inwestycja w sukces czy sponsorowanie unikalnego doświadczenia nagłego zawału serca na widok pustego parkietu.

A żeby ukrócić wszelkie spory na koniec powtórzę po raz drugi że nie ma absolutnie żadnego znaczenia, czy Twój DJ ma wielką korporację z NIP-em, kasą fiskalną i flotą busów, czy działa w ramach legalnej działalności nierejestrowanej, traktując imprezy jako pasję i dodatkowy grosz po godzinach. Papier, pieczątki i faktura VAT nie zatańczą z tą przysłowiową ciotką Kryśką. Najważniejsze jest to ażeby DJ był naprawdę dobry w tym co robi. Po prostu cholernie dobry i rzetelny za swoje usługi brał uczciwe, rynkowe pieniądze. Jeśli tak jest to bierz go w ciemno Niezależnie od tego, czy wystawi Ci fakturę, czy przyjmie zapłatę przelewem, blikiem czy gotówką.

WOJNA ŚWIATÓW

Każde polskie wesele to starcie tytanów, o którym nie piszą w podręcznikach historii. Wielka szkoda! Bo krew leje się tam strumieniami. Głównie z oczu fotografa.

Kiedy wujek Staszek wiąże krawat na czole, a z głośników leci ”Ona tańczy dla mnie”, na parkiecie dochodzi do cichej, bezwzględnej wojny podjazdowej.

Z jednej strony stoi ”Mistrz Atmosfery” czyli DJ, który duszę oddałby za mroczny klimat Ibizy w środku województwa mazowieckiego a z drugiej ”Wielki Inkwizytor Fotonów” zwany fotografem. Ten zwykle uzbrojony jest w aparat wart tyle co używany Passat w TDI. Dla niego każda cząsteczka mroku to osobisty cios w jego artystyczne ego.

Gdy tylko Młoda para zjawia się na sali weselnej rozpoczyna się ostre starcie ”Dyktatura ciemności kontra Stroboskopowy amok”.

DJ ma misję dziejową. W jego głowie wesele to nie uroczystość rodzinna, tylko ekskluzywny klub techno w Berlinie, gdzie słońce nie wschodzi od lat, dlatego wykręca suwaki światła na panelu sterowania do zera. Na salę zstępuje gęsty mrok. Goście poruszają się po omacku, trzymając się za kieszenie sąsiadów, żeby nie zgubić drogi do stołu z wodą ognistą.

W tym samym czasie fotograf dostaje klinicznej padaczki. Dla niego brak światła oznacza, że czułość ISO w jego aparacie zaczyna piąć się w rejony zarejestrowane dotąd jedynie przez teleskop Jamesa Webba.

Fotograf płacząc nad matrycą za 15 tysięcy złotych próbuje wybłagać trochę światła tłumacząc, że to jest wesele a nie seans spirytystyczny w kryptach watykańskich. W takich warunkach Panna Młoda na zdjęciach będzie wyglądać jak majaczący w ciemnościach upiór.

Natomiast DJ zawsze będzie twierdził że gość z aparatem nie rozumie jego artystycznej wizji sztuki. Klimat musi być! W pełnym świetle widać, jak ciotka Kryśka myli twista z rock&rollem a wujek Władek nadeptuje partnerce po palcach. DJ ma dbać o tajemnicę oraz głębię dramatyczną!

Gdy nasz grajek widzi, że parkiet zaczyna się rozkręcać, wytacza swoje najcięższe działo jakim jest maszyna do ciężkiego dymu, kupiona zapewne gdzieś na promocji za trzy stówki, zasilana płynem o zapachu truskawek i lizolu rodem z PRLu.

Dla DJa to szczyt luksusu i hollywoodzki efekt mgły nad jeziorem Como. Dla Fotografa to próba morderstwa jego obiektywu.

Gdy kłąb białego, gęstego oparu wylewa się na posadzkę, dzieje się apokalipsa. Aparat mistrza migawki traci zmysły. Zamiast wyłapać romantyczny moment pocałunku Młodej Pary, obiektyw łapie ostateczną ostrość na przepływającą chmurę chemiczną.

— Dlaczego ta mgła jest tak gęsta?! — wrzeszczy fotograf, przedzierając się przez opary w psychologicznej masce przeciwgazowej

— Czy my jesteśmy na weselu, czy ewakuujemy reaktor w Czarnobylu! Przez ten dym nie widać, czy Pan Młody ma jeszcze obie nogi!

— Ty jesteś amator, a nie artysta! — odgryza się DJ — To jest gra świateł na chmurach! To jest abstrakcja!

Kiedy wreszcie wybucha północ i wjeżdża tort, DJ postanawia dobić system. Odpala zestaw chińskich laserów Zielone, czerwone i niebieskie. Kolorowe smugi tną przestrzeń z mocą mogącą strącić wojskowego drona. DJ jest wniebowzięty. Sala wygląda jak plan filmowy ”Gwiezdnych Wojen” połączony z dyskoteką w remizie w 1998 roku.

Fotograf patrzy przez wizjer i widzi czysty horror. Na twarzach tańczących gości pojawiają się setki zielonych kropek, jakby wujek Staszek został zaatakowany przez rój radioaktywnych pszczół. Panna Młoda w zielonej poświacie lasera jest teraz postacią z filmu Avatar, która przypadkowo wdepnęła w promień śmierci.

— Wyłącz ten laser, na miłość boską! Te zdjęcia wyglądają, jak dokumentacja inwazji kosmitów na złomowisko starych samolotów! — krzyczy fotograf.

— Nie będę psuł zabawy! — odpowiada DJ. — Ludzie przyszli się bawić do rytmu, a nie pozować do dowodu osobistego! Niech żyje techno!

Cała ta wojna trwa do godziny trzeciej nad ranem, ale w przerwach na ten przysłowiowy rosół z kury, dochodzi do nieoficjalnych rozmów pokojowych. Obaj profesjonaliści spotykają się przy stoliku dla obsługi (tam, gdzie dają zimnego schabowego i ciepłą colę), żeby wspólnie ponarzekać na rzeczywistość.

Obaj nienawidzą świadkowej, która co pięć minut podchodzi z prośbą o puszczenie piosenki Zenka Martyniuka „dla cioci z Kanady”.

Obaj gardzą wujkiem, który pyta

— A za ile zrobicie mi drugie wesele, jak z tą się rozwiodę do roku?

Obaj wreszcie wiedzą, że bez siebie nawzajem zginęliby w tej branży. DJ potrzebuje fotografa, żeby mieć ładne relacje na Instagramie (gdzie wycina kadr z laserem), a Fotograf potrzebuje DJ-a, bo gdyby ludzie siedzieli przy stołach w ciszy, nie miałby kogo fotografować. No może jedynie tych z otwartymi ustami podczas jedzenia sałatki jarzynowej.

Nad ranem, gdy zmęczeni goście powoli docierają do domu lub zasypiają pod stołem obok wujka Staszka, nasza dwójka artystów pakuje sprzęt.

DJ zwija kable z taką gracją, jakby rozplątywał węzeł gordyjski, a Fotograf ociera łzę nad kartą pamięci pełną zdjęć zielonych ludzików w dymie. Wymieniają się krótkim, pełnym głębokiego zrozumienia spojrzeniem, w którym kryje się jedno, wypowiadane w myśli zdanie

— Oby na następnym weselu nie było zespołu z akordeonem.

Po czym wsiadają w swoje samochody i jadą w noc gotowi na kolejne pole bitwy, gdzieś między pierwszym tańcem a oczepinami z gumowym kurczakiem.

DYKTATOR PARKIETU

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Piękna sala, wykwintne jedzenie, para młoda wpatrzona w siebie z miłością, goście powoli wychodzący na parkiet. Atmosfera jest idealna, prawie magiczna. I wtedy, zza konsolety, niczym mroczny cień w za dużych słuchawkach, wyłania się on.

Nadgorliwy DJ Weselny. Człowiek, który żyje w przekonaniu, że wesele lub urodziny to nie impreza gości, tylko jego prywatny koncert stadionowy, a on sam jest połączeniem Davida Guetty z wodzirejem z najgorszego możliwego snu. Każdy profesjonalny DJ wie, że czasem mniej znaczy więcej. Nadgorliwy DJ wie tylko tyle, że mikrofon jest po to, by go używać. Jego słownik składa się z około piętnastu słów, z których dwa najważniejsze to: „JAZDA” i „JAZDA”. Dla niego to hasło nie jest zwykłym zawołaniem. Niejednokrotni robi też za przecinek, kropkę, wykrzyknik i inne znaki interpunkcyjne.

Zaczyna się nastrojowy walc i nagle słychać

— Jazda, jazda, jazda! Nie widzę rąk w górze!

Cisza przed refrenem w klasyku lat 80.? A tu nagle wrzask przez mikrofon

— Jazda, jazda, jazda! Nie słyszę waszych krzków!

Słychać pierwsze akordy nastrojowej ballady a tu przez mikrofon DJ znów woła

— Jazda, jzad, jazda! kto nie skacze ten donosi, hp, hop, hop!

To ryczące przez mikrofon „JAZDA, JAZDA!” jest jak dźwięk wiercenia w zębie, tylko w wersji imprezowej. On nie zauważa, że goście przerywają taniec, żeby przetrzeć uszy ze zdziwienia gdyż jest w transie. Wierzy, że gdyby przestał drzeć się do mikrofonu choćby na 30 sekund, rzeczywistość by się zawaliła, a goście zapomną że są na weselu.

Obserwowanie Nadgorliwego DJ-a podczas pracy to lepsze widowisko niż sam występ. Jego twarz ma skupiona, jakby właśnie programował trajektorię lotu na Marsa, a oczy śledzą diody na mikserze z intensywnością sapera rozbrajającego bombę atomową.

Tymczasem spójrzymy na to, co faktycznie robi. Po pierwsze ”Phantom Mixing”. DJ kręci pokrętłem, które od 2014 roku jest odłączone od kabla.

Po drugie ”Gwałtowne bujanie”. Wykonuje ruchy godowe pawia wymieszane z atakiem padaczki tanecznej. Macha głową, klatką piersiową i rękami, sprawiając wrażenie, że każdy beat piosenki Disco Polo przechodzi przez jego kręgosłup jak prąd o wysokim napięciu.

Po trzecie ”Wycieranie czoła”. Po każdych 3 minutach pracy wykonuje dramatyczny gest wycierania potu z czoła, żeby wszyscy widzieli, jak niesamowicie ciężko haruje.

Prawda jest taka, że playlista leci z laptopa, a on mógłby w tym czasie wyjść na kebaba i nikt by tego nie zauważył. Muzyka grałaby tak samo. On jest tylko częścią scenografii z funkcją rozkładania i składania sprzętu.

Jakby mało było wrażeń słuchowo-wzrokowych, Nadgorliwy DJ ma w swoim arsenale broń ostateczną czyli „Konkurs życzeń i dedykacji”. Kartka z prośbą o utwór nie jest zwykłą sugestią a punktem wyjścia do publicznej psychodramy. Przed utworem nasz DJ odczytuje

— Specjalna dedykacja od cioci Halinki dla chrześniaka, który, uwaga, uwaga, jutro kończy trzydziestkę a nadal się nie ożenił z tą Basią od sąiadów! Piosenka dla Was, a kto nie klaszcze, ten psuje rodzinne relacje!

W tym momencie biedny chrześniak zapada się pod ziemię, ciotka Halinka macha chusteczką, a DJ z dumą patrzy na konsoletę, przekonany, że właśnie uratował czyjeś życie uczuciowe. Oczywiście utwór, który następuje po tej tyradzie, nijak ma się do klimatu chwili ponieważ następuje w tej właśnie chwili płynne przejście od sentymentalnej ballady do agresywnego techno-remixu biesiady góralskiej.

Istnieje fundamentalna różnica między wodzirejem a dyktatorem zabawy.

Dobry DJ widzi, że ludzie są zmęczeni. Puszcza więc coś wolniejszego, a potem powoli podkręca tempo. Daje ludziom wybór.

Ten nadgorliwy to człowiek z kompleksem władzy. On nie prosi, on wydaje rozkazy. Scenariusze w wykonaniu Nadgorliwego DJ-a wyglądają zazwyczaj tak

— UWAGA, UWAGA! WIDZĘ, ŻE TAM W KĄCIE STOI PAN W NIEBIESKIEJ KOSZULI. PANIE, CO TO MA BYĆ? STOIMY JAK KOŁKI? PROSZĘ WYCHODZIĆ NA PARKIET, BO NIE PUSZCZĘ NASTĘPNEGO KAWAŁKA!

To nie jest zaproszenie do zabawy. To jest publiczne upokorzenie w imię ”dobrej atmosfery”. Ludzie nie wychodzą na parkiet, bo mają ochotę tańczyć. Wychodzą, bo boją się, że za chwilę DJ podejdzie do nich i zrobi wywiad na temat ich życia uczuciowego albo po prostu przywali komuś w głowę mikrofonem.

Jeśli Nadgorliwy DJ nie zniszczył już Twojego słuchu swoim ryczącym „JAZDA, JAZDA!”, z pewnością zajmie się Twoim wzrokiem. Dla niego konsoleta to nie tylko mikser audio, to także (w jego mniemaniu) centrum dowodzenia systemem oświetleniowym godnym finału Eurowizji w Las Vegas.

Problem w tym, że nasz ”wirtuoz światła” nie zna umiaru. Jego filozofia jest prosta. Więcej migającego światła to lepsza impreza i funduje nam przez większość imprezy padaczkowe szaleństwo. Nadgorliwy DJ posiada przycisk stroboskopu, którego używa z precyzją chirurga… mającego akurat atak drgawki. Kiedy leci romantyczna ballada, w której goście próbują ze sobą rozmawiać, on odpala stroboskop z prędkością sprawiającą, że wszyscy wyglądają jak postacie z filmu niemego z lat 20. XX wieku.

Laserowe namierzanie. Mały zielony punkt lasera, który powinien delikatnie omiatać sufit, w rękach Nadgorliwego DJa staje się bronią precyzyjną, która wędruje prosto po twarzach gości, zmuszając ich do ciągłego mrużenia oczu i zasłaniania się dłońmi.

Najlepsze jest to, że nasz ”Król DJ-ów” za konsoletą jest w pełni oświetlony reflektorem punktowym, niczym solista podczas opery. Chce, żebyśmy wszyscy widzieli jego ciężką pracę (czyli to udawane kręcenie pokrętłami), nawet jeśli przez to oświetlenie nie jesteśmy w stanie rozpoznać własnej osoby siedzącej naprzeciwko.

DJ o zapędach dyktatora uważa, że muzyka jest ”naga” bez dodatków. Dlatego posiada magiczny panel efektów, którego nadużywa w sposób wręcz zbrodniczy.

Syrena alarmowa. Używana w losowych momentach, najczęściej gdy wchodzi refren utworu, który każdy zna i chciałby usłyszeć w całości.

Klakson ciężarówki. Idealny jako podkład pod pierwszy taniec młodej pary.

Odgłosy strzałów i laserów. Ponieważ, jak wiemy, każde wesele musi brzmieć jak strefa działań wojennych w przyszłości.

Jeżeli trafiłeś na imprezę z takim „artystą”, masz kilka możliwości.

Udawaj, że tańczysz, ale patrz w podłogę. Jeśli nie nawiążesz kontaktu wzrokowego z DJ-em, może uzna Cię za trudny przypadek i odpuści wyciąganie na środek.

Gdy poziom decybeli jego krzyku przekroczy normy bezpieczeństwa, po prostu załóż własne pchełki do uszu. Nikt nie zauważy, a Twoje bębenki będą Ci wdzięczne.

Pamiętaj że DJ on też ma marzenia. Pewnie chciał być rezydentem na Ibizie, a skończył na weselu u kuzyna Janusza, próbując zmusić wujka Staszka do tańca w rytm kolejnego megamixu.

Oczywiście, po tym całym śmiechu, warto na moment spoważnieć. Prawda jest taka, że DJ to serce każdej udanej imprezy. Żaden algorytm, żadna sztuczna inteligencja ani najlepiej skrojona playlista na Spotify nie zastąpią człowieka za konsoletą, który wyczuje ”chemię” w powietrzu.

Kluczem jest granica dobrego smaku. Najlepsi DJe to mistrzowie subtelności. Ich obecność jest niemal niezauważalna. To nie DJ jest gwiazdą wieczoru a Para Młoda, solenizant czy jubilat.

Dlatego, drodzy grajkowie! Nie bójcie się ciszy, nie nadużywajcie efektów dźwiękowych i pamiętajcie, że JAZDA, JAZDA brzmi znacznie lepiej, gdy płynie z serc zadowolonych gości, a nie z głośników ustawionych na 110 decybeli.

SUKCES W CENIE KEBABA

Jeśli ostatnio miałeś nieostrożność przeglądać facebookowe grupy w stylu ”DJ-e, Wodzireje i inne takie” albo ”Koledzy po fachu — pomoc eventowa”, z pewnością zauważyłeś, że polska branża rozrywkowa przechodzi fascynującą, choć lekko apokaliptyczną transformację. Zamiast wymiany doświadczeń, testów brzmienia kolumn czy dyskusji o tym, jak dobrać oświetlenie architektoniczne, na tablicach króluje nowy, niezwykle prężny gałąź gospodarki: rynek cyfrowych gotowców.

Tak, dobrze słyszycie. Nie musisz już mieć ani grama talentu, poczucia rytmu, muzycznego słuchu czy naturalnej charyzmy. Zapomnij o wielogodzinnych ćwiczeniach w domu czy budowaniu własnego warsztatu. Wystarczy smartfon, aplikacja bankowa, okrągłe 50 złotych (płatne natychmiast na Blika) i voilà! Stajesz się licencjonowanym mistrzem ceremonii.

Scenariusz na grupach jest zawsze szablonowy do bólu. Młody adept sztuki DJ-skiej, który wczoraj kupił swój pierwszy kontroler na pięć rat 0% w popularnym markecie elektronicznym, postanawia ”wejść w temat”. Ale wiadomo że samodzielne pisanie scenariusza imprezy, szukanie własnego głosu czy analiza publiczności to straszna strata czasu. Po co wyważać otwarte drzwi, skoro wujek Facebook handluje gotowymi schematami?

Standardowy post handlowy wygląda mniej więcej tak.

Sprzedam autorski zestaw tekstów do mikrofonu i pancerną playlistę na wesela. Sprawdzone w bojach, działa w 100%, teściowa płakała ze śmiechu, a parkiet płonął. Cena: 49,99 zł. Pierwsze trzy osoby dostają gratis PDF z instrukcją, jak udawać, że miksujesz w przejścia między piosenkami.

Co zawiera ten mityczny cyfrowy pakiet? Przede wszystkim arsenał sucharów o małżeństwie, zestaw żartów o teściowych, które zalatują naftaliną (żarty nie teściowe) i były nieśmieszne już w epoce kasety magnetofonowej i pierwszego ”Big Brothera”. Kolejna składowa tego pakietu to ”Mikrofonowe paliwo rakietowe” czyli klasyczne, niezawodne okrzyki bojowe w stylu: „A teraz wszyscy rączki w górę, bo lecimy z koksem!”, „Kto nie pije, ten jest cieniem!” oraz nieśmiertelne, ryczane z mocą traktorowego silnika wywoływanie do toastu: „Sto lat, sto lat niech żyją, żyją nam!”

Na koniec ”Playlista kierowcy Busa na trasach zagranicznych”. Jest to muzyczna podróż bez trzymanki zaczynając od obowiązkowych nut Zenka Martyniuka, przez dawno zarośnięte mchem ”Despacito”, aż po legendarne ”Czerwone Korale”, przy których nawet krzesła w sali weselnej zaczynają wychodzić na papierosa.

Najlepsza część tego biznesu wcale nie dzieje się w samych postach, ale w sekcji komentarzy. Tam dochodzi do prawdziwych dramatów socjologicznych.

Weteran-Purysta: Za moich czasów człowiek sam układał sety do 4:00 rano! Sprzedajesz gotowce, gnojku, psujesz rynek!.

Kupiec-Optymista: Pakiet super, wujek Janusz o mało nie połknął sztucznej szczęki ze śmiechu.

Aż w końcu ktoś wreszcie odkrywa, że sprzedawane ”autorskie teksty” to w rzeczywistości skopiowany wpis z bloga weselnego z 2011 roku. Wybucha cyfrowa wojna na gify i wyzwiska, która trwa do momentu, aż administrator grupy zablokuje wątek.

Zastanawiałeś się kiedyś, kto właściwie stoi po drugiej stronie i sprzedaje te rewolucyjne materiały?

Zazwyczaj to ten sam weteran konsoli, który ostatni raz grał na weselu, kiedy ”Gangnam Style” było szczytem światowej mody, a wesele bez rzucania welonem o sufit nie miało racji bytu. Teraz, siedząc w ciemnym pokoju w znoszonym dresie, przegląda swoje pożółkłe notatki i desperacko próbuje monetyzować swoją zawodową porażkę. Skoro telefon od dłuższego czasu milczy, a zleceń brak, to może chociaż sprzeda ”wiedzę tajemną” nowemu pokoleniu leniwych naśladowców?

To fascynujący, wręcz darwinowski łańcuch pokarmowy. Sfrustrowany weteran sprzedaje swoje przestarzałe metody młodemu, który myśli, że za 50 złotych kupił instrukcję obsługi ludzkich emocji.

Młodzi DJe, którzy idą tą drogą na skróty, zapominają o jednej fundamentalnej prawdzie. Wesela to nie matematyka! Nie podstawiasz danych pod wzór z podręcznika i automatycznie wychodzi poprawny, matematyczny wynik.

Wesela to żywi ludzie, skomplikowane emocje, alkoholowa dynamika rodzinna i przede wszystkim autentyczność. Kiedy słyszysz, jak DJ próbuje na siłę cytować gotowe teksty z wymiętolonej kartki formatu A4, trzymając mikrofon za blisko głośnika tworząc przy okazji piękne sprzężenie, brzmi to jak przemówienie robota z zaawansowaną dysfunkcją poznawczą.

Goście weselni wyczują fałsz na kilometr. Błyskawicznie widzą, że człowiek za konsoletą nie czuje muzyki, tylko nerwowo odhacza kolejne punkty z kupionej na grupie listy. Widzą, że nie prowadzi imprezy z pasją, tylko ją bezdusznie odtwarza w trybie awaryjnego autopilota.

Chcesz być świetnym DJem i wodzirejem, o którym będą opowiadać anegdoty przez lata z uśmiechem na twarzy?

Buduj własną bibliotekę muzyczną, spędzaj godziny na szukaniu perełek i utworów, które mają duszę.

Nie kupuj sztucznych żartów. Obserwuj ludzi, naucz się z nimi naturalnie rozmawiać, wyczuwaj ich energię i nastroje w danej sekundzie.

Jeśli bezmyślnie kopiujesz innych, zawsze będziesz tylko tanią podróbką. Nigdy nie zbudujesz silnej marki, opierając się na kalkach kogoś, kto sam nie potrafił odnieść sukcesu na rynku.

Branża DJska to nie wyścig zbrojeń na najtańsze gotowe zestawy z internetu. To prawdziwe rzemiosło, które wymaga cierpliwości, wyczucia i pasji.

A dla wszystkich, którzy próbują na siłę być kimś innym na scenie, niech brzmi ta złota, niezmienna myśl

„Nigdy nie staraj się zagrać lepiej od innych bo zagrasz gorzej, niż naprawdę potrafisz”

Dziś, gdy w każdej dziedzinie życia ludzie masowo idą na łatwiznę, weź głęboki oddech i postaraj się znaleźć swój własny oryginalny styl. To jedyna rzecz, której absolutnie nie da się kupić na żadnej facebookowej grupie i za żadne pieniądze.

PROFESOR DJ Z TIK TOKA

W dobie algorytmów, gdzie każdy z dostępem do Internetu, ring lightiem za 300 złotych i kontrolerem kupionym na raty 0% może ogłosić się ”międzynarodowym mentorem sceny klubowej”, narodził się nowy, fascynujący gatunek antropologiczny. Poznajcie go bliżej! Oto nasz lokalny ”Guru Konsolety”, który swoją przygodę z muzyką zaczął raptem 5 lub 6 lat temu od ściągnięcia darmowego programu z torrentów, a dziś w mediach społecznościowych czuje się w obowiązku pouczać całą branżę. Od rezydentów legendarnych klubów po dźwiękowców z Opola.

Zazwyczaj poznasz go po idealnie ustawionym świetle konturującym, bardzo poważnej minie malującej na twarzy mieszankę filozofa po przejściach i kardiochirurga. W tonie głosu słychać sugestie że właśnie dzieli się tajemną wiedzą ezoteryczną wyczytaną ze starożytnych tablic sumeryjskich, a nie sposobem na podłączenie dwóch kolumn aktywnych do chińskiego miksera.

Jeszcze wczoraj ten sam człowiek prawdopodobnie panicznie pytał na forach dla amatorów

„Cześć, jak zsynchronizować dwa utwory w Rekordboxie, bo mi się bit rozjeżdża?”

dzisiaj nagrywa profesjonalną, trzyczęściową serię filmów pt. ”3 Błędy, które sprawiają, że nigdy nie będziesz profesjonalnym DJem (i dlaczego Twoja kariera to dno)”.

Jego content to absolutna kopalnia złota dla każdego, kto zamiast edukacji szuka czystej, niczym niezmąconej rozrywki. Przykładowe tematy jego szkoleń to

Dlaczego granie disco polo to artystyczne samobójstwo i upadek moralny. Mówi to człowiek, który zaledwie dwa tygodnie temu wrzucił na relację set z wesela w remizie, na którym przez 8 godzin katował biesiadę i przyśpiewki o szwagrze, bo płacili w gotówce i od ręki.

Złote zasady ustawiania gainów i headroomu. To trwający kwadrans wykład pełen technicznego żargonu o niuansach sygnału, podczas gdy na jego własnych nagraniach z imprezy dźwięk charczy jak przepalona chińska kolumna głośnikowa na dożynkach.

Jak czytać tłum i zarządzać energią parkietu. Brzmi dumnie i profesjonalnie, zwłaszcza w ustach kogoś, kto jedyny tłum, jaki w życiu widział zza konsolety, to grupka gimnazjalistów, która przyszła tylko dlatego, że wpuściłeś ich za darmo na osiedlową imprezę urodzinową.

Lub też szkolenie bardziej biznesowe pod tytułem Jak zarobić pierwsze 10 000 zł w jeden weekend. Poradnik, w którym uczy, jak wziąć zaliczkę, skasować profil na Facebooku po tym, jak nagłośnienie padło po trzech minutach, i uciec przez okno w toalecie.

Żeby nie być gołosłownym, oto jak wygląda ta ”wiedza tajemna” w praktyce naszych internetowych influencerów.

„Kablologia Stosowana”. Nasz ekspert nagrywa dziesięciominutowy materiał o tym, że jeśli nie kupisz kabla XLR za 400 złotych z pozłacaną wtyczką ze srebra wydobywanego w blasku księżyca, to Twoje sety na weselu będą brzmiały jak dźwięk z walkmana zanurzonego w wannie. Prawda jest taka, że na sali, gdzie 150 osób wznosi toast dziesiątą kolejką wódki, nikt na świecie nie odróżni kabla za 20 zł od takiego za 2000 zł, o ile ten pierwszy po prostu nie przerywa przy każdym mocniejszym tupnięciu w podłogę.

„Policjant od Dedykacji”. Młody ”Guru” z dumą opowiada w sieci żebyś nigdy, przenigdy nie przyjmował dedykacji od gości, bo to doszczętnie niszczy Twój artystyczny koncept wieczoru i sprowadza Cię do rangi szafy grającej!. A w praktyce? Przychodzi wujek Stefan, daje DJ-owi do kieszeni 50 złotych i prosi o „Hej Sokoły”. Nasz ”profesor” oburzony odmawia, wygłaszając manifest o czystości gatunkowej muzyki house, a potem w szoku pisze na grupach posty typu ”Dlaczego po imprezie wujek wystawił mi negatywną opinię w Google i nazwał burakiem?”.

Prawdziwy profesjonalista wie, że artystyczna wizja to jedno, a zadowolony klient, który poleci Cię rodzinie na trzy kolejne imprezy to twarda rzeczywistość.

„Headbanging przy Radiowym Hicie”. Mój absolutny faworyt. DJ, który przy puszczaniu najbardziej zużytego, komercyjnego hitu z radia (który każdy słyszał już 800 razy w tym tygodniu) wchodzi na krzesło, robi minę godną laureata ”Grammy” odbierającego nagrodę życia i macha głową z taką pasją, jakby grał przed 50-tysięcznym tłumem na ”Tomorrowland”. Wszystko to dzieje się w pokoju o powierzchni 12 metrów kwadratowych, podczas nagrywania pionowego filmiku na TikToka. Wygląda to imponująco… dopóki w tle nie zauważysz kota śpiącego na parapecie i suszących się na kaloryferze męskich majtek albo skarpetek które lata swojej świetności mają już dawno za sobą.

„Korekcja EQ dla Zaawansowanych”. Poradnik, w którym nasz ekspert z powagą sędziego ogłaszającego wyrok skazujący, kręci gałkami korektora przy utworze, który w studiu był masterowany przez trzy tygodnie. Ustawia ”środek” na godzinę 13:02, tłumacząc to ”niesamowitym otwarciem sceny dźwiękowej”. W efekcie piosenka brzmi, jakby leciała przez uszkodzony domofon, ale za to ”technicznie” jest poprawnie, prawda?

„Teoria „Flow” bez żadnego Flow”. Materiał filmowy, w którym nasz ”DJ Instructor” tłumaczy, zależność wykonania ”czystego przejścia” podkręcającego energię parkietu. Czynność tę wykonuje za pomocą swojej nadnaturalnej intuicji i wyczulonej muzycznej duszy. Tymczasem w jego setach przejścia są tak niespodziewane i gwałtowne, że ludzie na parkiecie łapią się za głowy, zastanawiając się, czy w lokalu właśnie nie wybuchł gaz. Porady o psychologii tłumu kończą się zazwyczaj wtedy, gdy po trzecim takim karkołomnym miksie parkiet pustoszeje w trzy sekundy, a DJ wmawia widzom w komentarzach, że to był celowy zabieg artystyczny, żeby dać ludziom odpocząć od basu.

I na koniec ”Magia Przycisków Sync a Ideologia Purysty”. Człowiek, który na co dzień ciśnie cię za używanie przycisku synchronizacji tempa, sam w ukryciu ma włączone automatyczne kwantowanie, pętle z automatu i playlisty z gotowymi miksami, a na nagraniach udaje, że ręcznie kręci pitch bendem z precyzją szwajcarskiego zegarka.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 36.13
drukowana A5
Kolorowa
za 59.34