— I pamiętaj, dopiero po mojej śmierci… — zakrzywiony palec Starego Antoniego złowieszczo zakreślił znak krzyża nad ciężką pierzyną.
Notariusz schował dokumenty do teczki.
— Będę pamiętać, proszę się nie martwić.
Mały pokoik spowijała woń ciężkich maści, którymi lekarz kazał co wieczór smarować chorego. Sam Antoni twierdził, że bardziej by mu pomogło kadzidło — ale cóż, skoro doktor kazał, to nikt nie śmiał oponować. Aż dziwne, że taki posłuch miał zwyczajny medyk w czasach zaniku autorytetów.
Odkąd Stary Antoni zaczął chorować, stał się zgryźliwym i zrzędzącym starcem. Wynikało to z ograniczeń ruchowych, braku samodzielności, niemożności doglądania Rytuału Dnia Powszedniego. Jego choroba zrodziła się kilka lat temu z pospolitej grypy, potem niepostrzeżenie zaczęła podgryzać stawy, by w końcu zająć się sercem. Lekarz nie dawał większych nadziei. Za to ksiądz mamił Życiem Wiecznym — mimo to, Stary Antoni wolał trzymać z doktorem.
— A swoją drogą, to ja chyba gdzieś Ciebie widziałem — chory zmrużył oczy przypatrując się notariuszowi.
— Tak. Dawno temu… — prawnik nerwowo przetarł okulary.
— Czy to nie Ty byłeś u mnie na rewizji? Jeszcze w starym domu?
— Tak, to ja.
Antoni rozchmurzył się rozpoznając Tego Drugiego z Powiatu.
— A co u Twojego prokuratora? Jak mu tam… Rzeźnik?
— Rzeźniczak.
— No właśnie. Co u niego? Zrobił karierę? Złapał jakiegoś szpiega?
— Do województwa poszedł.
— I co?
— No co… Ustrój się zmienił, lustracja była. Teraz na emeryturze jest. Ale kontaktów z nim nie utrzymuję.
— A jakże… — Antoni uśmiechnął się szyderczo.
— To ja już pójdę — notariusz podniósł się z krzesła.
— Pewnie. Na mnie już więcej nie zarobisz.
— Do widzenia.
— Optymista… Do widzenia…
Stary Antoni sam się zdziwił, że przez tyle lat przechowywał w pamięci twarz tego człowieka. Jej widok uruchomił film, który na projektorze wspomnień wyświetlał przybrudzone obrazki przeszłości. Niewyraźna całość układała się we wspomnienia — niekoniecznie przyjemne.
— Koryto szersze i żarcie urozmaicone, ale świnie te same — pomyślał Stary Antoni i przełknął gorzko ślinę, bo ta myśl dotyczyła także jego Pierworodnego — Młodego Antoniego.
Młody Antoni zdążył w lokalnych strukturach zrobić karierę jako zapalony działacz. Sekretarz Lisowski pokazał mu gdzie stoją konfitury i jak po nie sięgać. Na szczęście Młody nie zaszedł za daleko — miotła historii zdmuchnęła partyjny firmament: Lisowski wylądował na śmietniku historii, a Młody Antoni zdążył się przeobrazić — nałożył patriotyczną maskę i skupił wokół siebie podobnie zagubionych. Zaszył się w strukturach samorządu, a gdy tylko ktoś przywoływał niedawną historię — młody Antoni zaczynał dąć w Patriotyczną Dutkę — a im bardziej koło dupy grzało, tym głośniej dął. Pewnie sam nie zauważył, jak zaczął głosić narodowe slogany, które z czasem stały się sloganami narodowo-socjalistycznymi, bo jak wiadomo, czym skorupka za młodu…
Do pokoju weszła żona Antoniego.
— Maryniu — pamiętasz tego chujka co tu był przed chwilą? — zapytał.
— Nie — kobieta zatrzymała się na środku pokoju. W ręku trzymała tubkę z maścią. — A powinnam?
— Nie. To nawet dobrze, że nie pamiętasz.
— Przecież to notariusz, z Powiatu — zreflektowała się.
— Teraz notariusz, a kiedyś świnia. Teraz pewnie też świnia, ale z pieczątką.
— Mogłeś go nie brać.
— Eee tam. Jakbym miał co ważnego do spisywania… Sama wiesz, jaki majątek mamy.
— Odwróć się na brzuch. Będę smarować.
— A co tak śmierdzi? Nawet przez maść czuć.
— Rurę w piwnicy wywaliło. Chyba przemarzła. Hydraulik ma przyjść.
— Kto?
— Wiesio Lisowski, hydraulik.
— Taki z niego hydraulik, jak ze mnie akrobata. Mróz na dworze?
— Co się dziwisz, połowę grudnia mamy. Minus dwadzieścia.
— To za mało, żeby rurę rozsadziło. Przecież wiesz, że nasza piwnica…
— Wiem, wiem… Piramida…
Stary Antoni, już jako emerytowany nauczyciel historii, wprowadził się z żoną do tego domu na początku lat dziewięćdziesiątych. Miała to być nobilitacja, bo przenieśli się z Zadupia do Gminy, a w rzeczywistości był to wybór z przymusu. W starej chacie nie mieli bieżącej wody, co jesień trzeba było zaprzątać głowę opałem, a potem przez całą zimę latać z żarem od pieca do pieca. O łazience i ubikacji nie było co wspominać. Do tego choroba. Jednak Starego Antoniego mierziło najbardziej to, że ową przeprowadzkę zorganizował Młody Antoni. To on, przez swoje układy i znajomości w Urzędzie, załatwił zamianę prawie zrujnowanego gospodarstwa na dom, w którym do niedawna mieścił się Ośrodek Zdrowia. Ośrodek zlikwidowano, bo według nowych obliczeń taniej było postawić na parkingu ambulans i chorych wozić do Powiatu.
Niewielki remont wystarczył, by wprowadzić się i mieszkać na przyzwoitym poziomie, choć budynek sam w sobie nie był nowy. Pamiętał czasy powojenne, kiedy to budowano z gruzowisk, a dachy kryto odzyskaną z pogorzelisk blachą. No i jak każdy dom z tamtego okresu, posiadał piwnicę, do której wchodziło się bezpośrednio z kuchni. Wystarczyło podnieść w podłodze klapę. Ta piwnica była szczególnie udana — panował w niej specyficzny mikroklimat, bo praktycznie żadna żywność się w niej nie psuła. Dlatego mówił o niej Piramida. Niestety, z biegiem lat coraz trudniej staruszkom było podnosić masywną klapę i obecnie w Piramidzie zamiast zapasów znajdowały się tylko kanalizacyjne rury.
Mimo ewidentnych wygód, Stary Antoni nie lubił tego domu. Głównie dlatego, że postrzegał go jako próbę odkupienia grzechów przez Młodego Antoniego.
— A Zygmuś na Święta przyjedzie? — dopytywał.
— Może przyjedzie. Mówił że jeszcze nie wie, czy mu wolne dadzą.
— Dobrze, żeby przyjechał.
— No, dobrze by było, ale co… Co na to poradzisz? — Marynia westchnęła, bo matczyne serce podpowiadało, że nie o urlop, ale o żal jaki Zygmuś nosił w sobie, chodziło. — Może kiedyś przyjedzie… — dodała.
Młodszy syn Starego Antoniego — Zygmuś, a właściwie Zygmunt, bo był to dwudziestokilkuletni młodzieniec, owszem — miał żal, ale nie do rodziców, lecz do starszego brata. Obaj mieszkali w Powiecie, ale nie utrzymywali ze sobą kontaktów.
— Pani Mario — Wiesio Lisowski, hydraulik z przypadku, wylazł z piwnicy. — To grubsza sprawa. Dzisiaj nie skończę.
— A kiedy?
— Po niedzieli. Potrzebny zawór, u nas takiego nie ma. Muszę zamówić, to potrwa.
— W powiecie nie mają?
— Eee, raczej nie. To stary model.
— No dobrze…
Wiesio zamknął ciężką, piwniczną klapę i przykrył ją chodnikiem, tkanym przez gospodynię domu w czasach, kiedy oczy i plecy jeszcze dobrze służyły. Z pokoju obok dobiegł suchy kaszel Starego Antoniego.
— Maryniu? Kto u nas jest?
Marynia otworzyła drzwi.
— Hydraulik, mówiłam. Rury naprawia.
— Wiesio? Daj go tutaj…
Lisowski niechętnie, ale wszedł do pokoju. Rozejrzał się za miejscem do siedzenia, ale jedyny taboret stał tuż przy łóżku Antoniego. Nie skorzystał. Wolał przestępować z nogi na nogę. Nawet jako były, w dodatku słaby uczeń, wciąż czuł respekt przed historykiem.
— Co tam? — gospodarskim tonem zapytał Antoni.
— Zawór puścił. Prawo miał, ze starości. Zamówię nowy, ale to potrwa.
— Ile?
— Parę dni. Prowizorycznie zabezpieczyłem. Do tego czasu wytrzyma.
— Taak, kurwa. Prowizorki są najtrwalsze. Cała Ameryka trzyma się dzięki szarej, klejącej taśmie.
— Był Pan w Ameryce? — Wiesio ożywił się.
— Nie, ale wiem. Nie muszę być, żeby wiedzieć — tak jak ty nie musisz się znać na rurach, żeby być hydraulikiem.
— No co pan…
— Takie czasy, kurwa.
Wiesio spuścił oczy.
— Nie udawaj — ciągnął Antoni. — Wszyscy wiedzą, że ojciec ci czeladnicze papiery załatwił. Gówno mnie to obchodzi, byle robota była dobrze zrobiona.
— Będzie, panie Antoni.
— A co ty taki grzeczny, co? Że mojemu synowi dupy nadstawiasz, to nie znaczy, że i dla mnie musisz.
— No co pan… — Wiesio zaczerwienił się.
— Już ja, kurwa, swoje wiem. W lustro spójrz. Z tym ogolonym łbem wyglądasz jak ziarnko grochu. A i w środku pewnie tyle samo rozumu… Ile ty masz lat?
— Trzydzieści cztery…
— Ja pierdolę… Stary chłop, a taki głupi. Nic się nie zmieniłeś. Mój Antek młodszy od ciebie.
— Młodszy.
— To po jaki chuj dajecie mu się tak zwodzić i latacie z tymi durnymi hasłami?
— A co, może nieprawda? — Wiesio podniósł głowę.
— Co ty, kurwa, możesz wiedzieć o prawdzie? Barany jesteście, na czele z moim synem. A on wysługuje się tobą — przecież wiem. Nie przysłał prawdziwego hydraulika, tylko ciebie. Żeby mi na złość zrobić.
— Panie Antoni, tak nie można…
— Nie można?! A ludzi od zdrajców, pachołków Moskwy i żydów, wyzywać można?
— Kiedy to prawda…
— Nie pierdol mi tu o prawdzie. A twój ojciec, kim był? Do której grupy go zaliczysz?
Wiesio zaczerwienił się jeszcze bardziej i spuścił głowę.
— To zwykły człowiek był… — wyburczał.
— Pierwszy Sekretarz Partii w Urzędzie Gminy, zwykły człowiek! Czy ty słyszysz, jakie pierdoły gadasz?!
Lisowski bez słowa wyszedł z pokoju. W oczach miał łzy.
— Nie przejmuj się — pocieszała go żona Antoniego. — Chory jest i jak mu najdzie, to gada od rzeczy…
— Właśnie… — Wiesio prawie chlipał. — Od rzeczy… — powtarzał jak skarcony uczniak i szybkim krokiem wyszedł na podwórze. Zimne powietrze trochę go otrzeźwiło.
— Pierdolony staruch — otarł rękawem nos. — Następnym razem mu jebnę.
— Antoni — Marynia usiadła obok męża. — Nie możesz tak traktować ludzi.
— A kto mi zabroni?
— Po prostu tak nie można. Wszystkich wyzywasz, obrażasz.
— Nie wszystkich.
— Ale tak nie można. Nawet lekarzowi się obrywa.
— Bo mi wmawia, że mam Tourette’a. A mnie po prostu wszystko wkurwia.
— Ludzie się od nas odwrócą…
— Mówisz, jakby zawsze w naszą stronę patrzyli… Przecież my całe życie na Zadupiu…
— Tak, ale teraz inaczej jest — łagodziła Marynia.
— Gówno prawda. Dla takich jak my, zawsze jest tak samo — przejebane.
— Antoni…
— No dobra już, dobra. Za ile golenie?
— Jeszcze kwadrans…
Co drugi dzień, zawsze o tej samej porze, pierworodny syn Antoniego, Młody Antoni, przychodził ogolić ojca. Nie w smak mu były te wizyty, bo nie dość, że musiał wysłuchiwać ojcowskich tyrad, to jeszcze ten przeżytek — brzytwa — bo pomimo nieustannych nalegań, ojciec nie chciał zrezygnować z tradycyjnego golenia. Młody Antoni, jak za karę, musiał odświeżać ostrze na pasku — tym samym, którym nie raz oberwał. Pasek wisiał na haczyku wbitym w futrynę. To nic, że w czasach kiedy wymuszał dyscyplinę była to inna futryna — w starym domu, na Zadupiu. Tutaj tak samo się prezentował i przywoływał bolesne wspomnienia. Stary Antoni ostatni raz garbował nim synowską skórę, kiedy dowiedział się, kto na niego o bimber doniósł. Od tamtej pory coś między nimi pękło, skończyło się.
— Co tu tak śmierdzi? — Młody Antoni już w progu pociągnął nosem.
— O, kurwa, perfumiarz się zjawił — zza wpół otwartych drzwi stęknął ojciec.
— Rura w piwnicy pękła, ale Wiesio był — uspokajała matka. — Po niedzieli będzie zrobione.
— Dobrze, żeby przed świętami…
— Obiecał, że zdąży.
— Co tam knujecie? — niecierpliwił się ojciec.
— Nic, nic… Już idzie… — zapowiedziała Marynia.
Młody Antoni powiesił na haczyku elegancką jesionkę, drogi kaszkiet i skórzane rękawiczki. Butów nie zdejmował, bo włoskich butów, według niego, nie powinno się zdejmować — zwłaszcza gdy kosztowały niemałe pieniądze.
— Było tu twoje popychadło — zaczął zaczepnie Stary Antoni.
Syn spokojnie postawił na taborecie miseczkę z wodą i pędzlem.
Ojciec zaczynał swój regularny, prowokacyjny rytuał.
— Nawet nie pytasz o kogo chodzi?
Cisza.
— A nie wiesz czemu tak nerwowo zareagował, jak zapytałem go o ojca?
Młody Antoni milczał, choć wiedział — wiedział on, wiedział ojciec i cała okolica wiedziała. Wiedza to była powszechna, więc tym bardziej bolała tych, których dotyczyła. Przekazywano ją z ust do ust ze zdziwieniem, zakłopotaniem, czasami śmiechem, ale najczęściej z satysfakcją człowieka małego, któremu udało się wspiąć na palce i to mu wystarczało, by na innych patrzeć z góry.
Sprawa dotyczyła niedawnych wydarzeń. Polski Orzeł dumnie już nosił koronę, ale ci, którzy go wcześniej pozbawili, mieli się nie najgorzej. Pochowali się za paragrafami, użyli starych znajomości by przycupnąć, albo przygarnąć nieco państwowego, czyli niczyjego, mienia. Tak było też z Lisowskim, byłym Pierwszym Sekretarzem w Urzędzie Gminy. Ustawił się nieźle, przenosząc swoje koneksje z gabinetu na mniej formalny, ale równie mocny grunt — myślistwo. Wszyscy partyjni kolesie traktowali je jako klub elitarny. I bardzo tego pilnowali. Lisowski nie był w ciemię bity i wiedział, że koneksje wywiedzione z łowiectwa będą go chronić, ustawiać i pomagać. Nie potrzebował wiele czasu by skłócić myśliwskie środowisko, a intrygami doprowadzić do przyspieszonych wyborów. Oczywiście, to Lisowskiego wybrano na nowego przewodniczącego. Niestety, nowy przewodniczący długo nie zagrzał eksponowanego miejsca, bo niektórzy nie zapomnieli jego „zasług” i wkrótce zorganizowali mu huczne polowanie: zaproszono co ważniejszych ludzi z okręgu, a nawet władz centralnych. Tradycyjnie, gdy zwierzęta leżały pokotem, rozpoczęła się część nieoficjalna, przez znawców bigosem zwana. Toastom nie było końca, wszyscy poklepywali nowego przewodniczącego, wznosili szklaneczki, usłużnie dolewali. Dolewanie było przemyślane i świetnie przeprowadzone. Lisowski w połowie imprezy po prostu się schlał i zaległ w domku. W tym czasie ktoś wypatroszył zająca i jego wnętrza włożył nieprzytomnemu Lisowskiemu pod koszulę, ktoś inny oddał strzał z dubeltówki. Nowy przewodniczący obudził się. Wszyscy wytrzeszczyli oczy z okrzykiem „o kurwa”. Lisowski spojrzał na swój brzuch. Też krzyknął „o kurwa”, chwycił oburącz wnętrzności i wyskoczył z domku. Kazał swojemu kierowcy natychmiast wieźć się do szpitala. Na izbie przyjęć trzeźwy lekarz zerknął na flaki grubości małego palca i już wiedział. Niestety, wiedział też cały personel, postawiony na równe nogi w celu ratowania życia nowemu Przewodniczącemu, a staremu Sekretarzowi.
— Co, czerwony chujek dalej się kryje za żółtymi firankami? — ni to spytał, ni stwierdził Stary Antoni.
Syn nie odpowiedział, choć była to prawda. Lisowski po myśliwskim blamażu sam się wypisał z koła, zerwał kontakty i czerpał zyski z ciemnych interesów, które najwyraźniej powiązane były ze Wschodem.
Puszysta piana zmiękczała zarost. W tym czasie Młody Antoni ostrzył brzytwę. Starał się przy tym robić obojętną minę, choć ojciec dobrze go znał i wiedział, że w synu aż kipi.
— No, walnij mi tu jakąś hitlerowską gadkę — prowokował. — Uświadom mnie.
Młody zacisnął zęby i zaczął wprawną ręką prowadzić brzytwę. W głowie miał tylko jedno: nie odezwać się ani słowem. Tak postanowił trzy lata temu, kiedy ojciec przyrównał jego organizację do Brunatnych Koszul. Ani słowa, do końca życia. Przychodził tu, golił Starego, ale robił to tylko ze względu na matkę.
Następnego dnia Antoniemu pogorszyło się. Rano ledwie otworzył oczy. Wpatrywał się w bielony sufit i mrugał, ale bardzo rzadko i powoli. No i ani razu nie przeklął.
Marynia wezwała lekarza. Daleko nie miał, mieszkał prawie po sąsiedzku, więc po kilku minutach już siedział przy łóżku. Zbadał puls, temperaturę, osłuchał.
— Proszę pokazać język.
Antoni tylko przecząco pokręcił głową.
— Mhm… — mruknął lekarz, bo wiedział, że żadne perswazje nie zadziałają. — No cóż, to by było na tyle…
— Ale w jakim sensie? — zapytała Marynia zza pleców. — Że koniec wizyty, czy że koniec… no, koniec.
Lekarz milczał. Oboje przeszli do kuchni.
— Pani Mario — zaczął. — Słabo to widzę. Męża trzeba zawieźć do szpitala.
— No to zawieziemy. Przekonam go.
— Nie w tym rzecz. Nie mamy czym zawieźć. Ambulans wróci dopiero pojutrze.
— To może jakoś sami zorganizujemy… Samochód to nie problem. Syn załatwi.
— Proszę próbować, i to szybko.
Doktor wyszedł, a Marynia cichutko wsunęła się do pokoju Antoniego.
— Do szpitala cię zawieziemy — zaczęła.
Stary Antoni obrócił na nią oczy.
— Antoś samochód załatwi — usiadła przy łóżku.
Chory spojrzał uważniej na żonę i pokręcił głową.
— Proszę cię, to dla twojego zdrowia. Pozwól mu się zawieźć.
Jeszcze jeden, przeczący ruch. Marynia wiedziała, że na nic jej namowy. Wstała ze łzami w oczach.
— To może po księdza pójdę? — zapytała z nadzieją.
Stary Antoni długo myślał, w końcu mrugnął przyzwalająco. Marynia szybko zarzuciła chustkę na głowę, odziała palto i nie zapinając guzików wyszła na dwór. Śnieg skrzypiał nie znacząc śladów na plebanię.
Proboszcz znał swoją parafię jak własną kieszeń. Zrządzeniem losu, albo kościelnych władz, doczekał tu starości. Witał tu i żegnał wielu księży, wikarych i katechetów, którzy niczym kadzidlany dym, przemykali przez jego parafię. Siłą rzeczy znał też swoich parafian. Nie musiał pytać by wiedzieć, że Marynia przyszła po wiatyk. Proboszcz zbytnio nie liczył na spowiedź i przyjęcie Komunii przez chorego, ale wiedział, że skoro go tam wzywano, to sprawa była poważna: Stary Antoni potrzebował — jeżeli nie Boga, to spotkania z proboszczem.
Kapłan z namaszczeniem zdjął z szafy dyżurną walizeczkę, sprawdził zawartość i po chwili ruszył z Marynią przez biały, grudniowy puch. Zmrożony śnieg nie kleił się; nie było z czego stawiać bałwanów, budować zamków, toczyć bojów na śnieżki. Przyczajone w wychuchanych dziurkach okien dziecięce oczy odprowadzały dwie przygarbione, ciemne postaci, aż pod próg domu Starego Antoniego.
Marynia wprowadziła księdza, a sama została w kuchni. Nastawiła czajnik i czekała. Zza zamkniętych drzwi sporadycznie dobiegał przyciszony głos proboszcza. Antoniego nie było słychać. Pewnie coś mówił, ale jego słowa nie miały siły odlecieć. Trwało to i trwało. Nakręcany raz w tygodniu zegar tykał jakby głośniej i wolniej. Maryni zdawało się, że czekanie nie ma końca. Siedziała przy kuchennym stole trzymając dłonie na blacie. Przyciskała wyblakłe, ceratowe różyczki, ale niewiele to pomagało na drżenie rąk. Patrzyła przez okno, ale niczego nie widziała. Nawet nie zauważyła, kiedy ksiądz wyszedł od Antoniego. Patrzył teraz na nią jakby inaczej: z ciekawością, ale i współczuciem.
— Wyspowiadał się? — zapytała.
— Hmm… tak jakby…
— Co to znaczy? Rozgrzeszenia ksiądz mu udzielił?
— Udzieliłem…
— Bez spowiedzi?
— Córko — tego zwrotu Marynia nie słyszała od dzieciństwa, a miała prawie siedemdziesiąt lat — spowiedź to nie klepanie formułek. To rozmowa z Bogiem…
— Ale Antoni zawsze twierdził, że nie potrzebuje pośredników…
— To prawda. Nic się nie zmienił. Potrzebna mu była rozmowa z człowiekiem. Ze starym człowiekiem — dodał ksiądz. — Z Bogiem twój mąż od dawna dogadany…
— Co teraz?
— Chcesz wiedzieć co teraz, czy co potem?
— Jedno i drugie.
Proboszcz usiadł, Marynia postawiła przed nim herbatę.
— Jeśli chodzi o teraz, to nic nie możesz zrobić. Wszystko w rękach Boga. A co do potem, to cóż… — ksiądz zamyślił się, rozejrzał po izbie. — Niejeden chciałby wiedzieć, ale dopóki siedzisz w kuchni, widzisz tylko kuchnię. Żeby zobaczyć dom, trzeba wyjść na zewnątrz. Do tego czasu możemy tylko zgadywać, domyślać się, wyobrażać. Myślę, że twój Antoni niedługo wszystkiego się dowie…
Po policzkach Maryni ześlizgnęły się dwie łzy. Otarła je szybko rękawem.
— Nie płacz, dziecino — ciągnął proboszcz. — Jesteśmy jak świece. Zapalamy się i gaśniemy, nie mamy na to wpływu.
Zegar wybił osiemnastą.
— No cóż, z Bogiem — kapłan dopił herbatę.
— Z Bogiem — Marynia odprowadziła go do sieni. Długo jeszcze stała w drzwiach łapiąc pojedyncze płatki śniegu, które powoli topniały na woskowych policzkach.
W całej wsi panowała ciężka cisza: nawet najdrobniejszego dźwięku, nawet wietrznego podmuchu — tylko rosnące, pionowe słupy dymu z kominów, których domy sposobiły się do nocy…
Rano z Antonim było jeszcze gorzej. Marynia dzwoniła do syna.
— Przyjedziesz?… Wiem, że dzisiaj golenie, ale może przyjedź szybciej? — mówiła ściszonym głosem, bo Stary Antoni źle znosił rozmowy telefoniczne, nawet cudze. We wsi mało kto miał prywatny telefon i trzeba było nie lada zabiegów, by nie zlikwidować go w budynku ośrodku zdrowia, do którego się wprowadzali. Tych zabiegów podjął się Młody Antoni, prężny działacz z koneksjami. To wystarczyło, by ojciec wilkiem patrzył na czarny, ebonitowy aparat. Utożsamiał go z ciemną stroną własnego syna.
Młody Antoni mieszkał w powiatowym miasteczku, z którego przyjazd starym, ale własnym Golfem, zajął mu pół godziny.
— Z ojcem źle… — powitała matka.
Pocałował ją w czoło i bez słowa wszedł do chorego. W milczeniu przygotował mydło, pędzel i brzytwę. Widział, jak spod w pół przymkniętych powiek ojciec mu się przygląda. Namydlił zarost i zaczął ostrzyć brzytwę. Nawet cieszył się, że ojciec nic nie mówi, bo po ostatnim goleniu miał szczerze dość. Żałował tylko, że ta cisza spowodowana była chorobą, a nie refleksją.