E-book
10.92
drukowana A5
60.07
drukowana A5
Kolorowa
96.71
Zapach skoszonych traw

Bezpłatny fragment - Zapach skoszonych traw


Objętość:
507 str.
ISBN:
978-83-8126-741-0
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 60.07
drukowana A5
Kolorowa
za 96.71

Rozdział I

Choking Agent


W stożkowym piecu zwanym Wielkim Generatorem temperatura spalanego koksu sięga 1200 stopni Celsjusza. W atmosferze VII kręgu dantejskiego piekła czarne złoto zostaje zgazowane w bezbarwną, bezwonną, cichą śmierć. Następnie schłodzona płaszczem wodnym Mora, wtłoczona pod ciśnieniem w szklanych rurek krwiobieg wędruje do cylindrycznych wież przemywających, gdzie zostaje oczyszczona z nadmiaru ziemskiego brudu. Kąpiel jej nie zaszkodzi, uspokoi, obniży temperaturę, złagodzi temperament przed kolejnym etapem przemiany, przed zespoleniem na grafitowym łonie aktywnego węgla z zielonożółtym ulubieńcem słońca tak bardzo znienawidzonym przez układ oddechowy. I oto jest. Niewidoczny obecny. Zrodzony ze światła. Śpi. Spokojnie oddycha, czeka, by w odpowiedniej chwili wypełnić serce taką ilością krwi, aż pęknie osierdzie uwalniając rzekę ognia.


Deutsch Eylau/Iława, 1 czerwca (niedziela) 1941 r.


On. Taki trochę chłopiec z plakatu, radosny harcerz z reklamy cukru. Objawił się o poranku w kształcie równoramiennym wpisanym w prostokąt otwartych drzwi. Rześki i krzepki. Doskonały jak wzór harmonicznego podziału. Wrócił, mój ci on. Pomyślała ona, Persila biała dama, pachnąca owsianką i toaletowym mydłem „Springbrunnen”. Higieną osobistą schludnej mieszczki uzupełnia przykazanie czystości. Brud, choroba, głód nie mają u niej najmniejszych szans. W przedsionku stoi i patrzy. Wzroku nie odrywa od jego oczu. Przypomina instruktorkę Bund Deutscher Mädel na porannym apelu. Jest prawdziwa, szczera i prosta. Jest niemiecka. Praktyczna i zdrowa. Żona, matka, praczka. Skupia na sobie uwagę. Przyciąga wzrok wokół swych magnetycznych bioder. Wzbudza zainteresowanie w aureoli podziwu niczym przenajświętsza panienka. Zachęca całą sobą do bliższego kontaktu na nieskazitelnej prześcieradła bieli. W ramach wstępu do duchowego odrodzenia chętnie udzieli lekcji gimnastyki na wykrochmalonej pościeli. Na co dzień dyskretnie uśmiechnięta, wdzięczna i skromna, aseptycznie uprzejma, powściągliwie wylewna teraz energicznie rzuca się, jak głodna wampirzyca na jego szyję. Na swych ustach czuje jak jego tętnica gorącym życiem wzburzonej krwi pulsuje. Smukłe palce z praktycznie przyciętymi paznokciami próbuje wbić w jego plecy. Już go nie wypuści, choć wie, że będzie musiała. Powitanie, jak ostatnie pożegnanie. Nieudolnie udaje zaskoczenie, tłumi emocje, z radości płacze. Przez łzy spostrzega, że objawienie o geometrycznie mocno zarysowanych konturach i masywnej bryle, dobrze się prezentuje w nowym, szarym mundurze, zdecydowanie lepiej niż w poprzednim, brązowym. Feldgrau ładnie podkreśla linię jego szerokich ramion, współgra z kwadraturą szczęki, framugą drzwi i gęstością łuku brwi. Kontrastuje przyjemnie z błękitem jego bystrych oczu. W tych jesiennych, polskich brązach nieodparcie kojarzył się z ludzkim gównem. Nawet pachniał podobnie: gotowanym grochem, kiszoną kapustą, przetrawioną wódką, końskim pączkiem na kocim łbie, lasem, zmierzchem, rydzem, strachem, halnym wiatrem, piwnicą, obawą przed niepewną przyszłością, oczekiwaniem śmierci, końcem tańca. Teraz roztacza wokół woń pewności siebie. Wraz z nim do mieszkania wkracza zapach benzyny, trotylu i monachijskiego pilznera z odrobiną wyczuwalnej goryczki oraz radości promieniującej z jego lędźwi i mocnych kości. Na wysmaganej wiatrem gładkiej twarzy zadowolonego z siebie zdobywcy świata można wyczuć także nutę potasowego mydła do golenia i mentolowej pasty do zębów. Dba o siebie. To oznaka zdrowia i hartu ducha. Jest w dobrej kondycji. Mieszanka jego aromatów wypełnia całą wolną przestrzeń wonną, pobudzając przyjemnie wszystkie węchowe receptory, uruchamiając ciąg miłych skojarzeń połączonych z dagerotypami radosnych wspomnień. Wnętrze niewielkiego mieszkania w czynszowej kamienicy na Karl Freyburger Strasse nr 10 powiększa się o dodatkowy wymiar triumfu woli. Tego właśnie od roku w tym miejscu brakowało. Mocnych akcentów. Testosteronu. Jednoznacznie sprecyzowanej mocy zapewniającej bezpieczeństwo. Tęsknoty uświadomionej na poziomie śluzowej błony. Powiewu męskiej świeżości. Mundur przylega do niego, jak druga skóra. Dopasowany doskonale, jak prezerwatywa „Olla” do jego, no tego. Dopasowany idealnie podkreśla zalety, maskuje wady, informując jednocześnie o bojowym charakterze swego nosiciela. Maskuje i zabezpiecza, lecz ten umundurowany posiadacz błękitu oczu nie lubi prezerwatyw, nie lubi półśrodków, asekuranctwa, zdecydowanie jest wyznawcą pełni wrażeń. Naramienniki zdobi jedna, gęsto tkana, biała belka grubo rozsypanej kokainy. Gefrejter Leo Wilczynsky znowu jest na przepustce i Hanne, żoną jego będąc dobrze wie co to dla niej oznacza. Powrót męża na łono trzeba traktować dosłownie. Trzeba mu poświęcić więcej niż odrobinę nocnego wysiłku w ramach tęsknoty rekompensaty. Zostanie nieco zachwiana jej delikatna kwasowo-zasadowa równowaga, ale jest na to przygotowana. Od chwili ostatniego rozstania tego właśnie na wstępie się spodziewała. Doskonale wie, czego się od niej wymaga, jakie są jego oczekiwania. Wiele się już nauczyła i wiele zniesie dla szczęścia rodziny. Kocha Leona, a rodzina przecież jest najważniejsza. Potem zdrowie, dostatek, Bóg i narodowy socjalizm. Nie traktuje swej poddańczej, lecz pierwszoplanowej roli w kategorii przymusu ani poświęcenia, raczej jako zwykłą małżeńską powinność, prostą fizjologiczną czynność. Może odrobinę jest w tym aktorskiego zadania, ale z pewnością mniej niż metafizyki i smutku w jej oczach zwierząt kopytnych. Wszystko w imię miłości. Tak to sobie tłumaczy, choć imię miłości przybiera czasem zatrważająco niecodzienne formy. Bywają dni, że sama tego chce, sama do niego lgnie, jak ćma do ognia, ale teraz to nie ten czas. On jest zdobywcą. Inicjatywa jest jego domeną. Zapewne jest wyposzczony długim okresem rozłąki i szybko skończy. Lecz myli się Hanne. Leon wcale nie jest wyposzczony, wręcz przeciwnie. Jest zaspokojony i dodatkowo dobrze przygotowany, wytrenowany. O jego kondycję i brak abstynencji przez kilka miesięcy dbały najlepsze dziwki Beneluksu, jedne z wdzięczności za wyzwolenie z rutyny inne dla pieniędzy i rozrywki.

Przepustka Leona jest nieco inna niż poprzednio, ale różnice są czysto formalne, inne szczegóły graficzne, inne emblematy i język. Treść oraz sens pozostał ten sam, powitalno pożegnalny, wypoczynkowo wysiłkowy, określający przynależność i status będący nagrodą za służbę. Tylko wojsko jest zupełnie inne od poprzedniego. Choć struktura podobna to różnica jest zasadnicza, mniej więcej taka, jak między zwycięstwem a porażką. Za to Leon jest wciąż ten sam, może trochę schudł, ale wyszło mu to tylko na dobre. Jest bardziej wyżyłowany, wygłodniały taki charakterny i jednocześnie jakoś szlachetniej witalny, zahartowany w boju, znoju, gnoju. Sprawia wrażenie nieśmiertelnego. Na razie Leon jest wstrzemięźliwy, umiarkowanie podekscytowany, oficjalnie dobrotliwy i pobłażliwie zdystansowany. Delektuje się obrazem Hanne, upaja się drobnymi szczegółami, kosmykiem blond włosów za uchem, 234 rzęsami górnej powieki i 138 rzęsami powieki dolnej, zjeżonymi włoskami na alabastrowym karku, ruchem nadgarstka widmowym, akomodacją oka, serdecznym palcem słońca, różową płytką paznokcia z białą plamką świadczącą o niedoborze wapnia. Rozpływa się w zapachu jej słów prostych zębów, pszennego chleba, masła, białego sera i sody „Henko”. Leon wnika w pory jej gładkiej skóry, w mięśnie poprzecznie prążkowane i tkankę gładką, przesącza się do wnętrza, krąży jej ujarzmionymi prostym rytmem tętnicami bez śladu cholesterolu. Przypomina ją sobie całą. W najdrobniejszych szczegółach odtwarza topografię jej ciała, wszystkie wcięcia, wygięcia, łuki, linie proste i krzywe krzyżujące się pod różnymi kątami, liczy powtórzenia. Tak, to bez wątpienia ona, symetrycznie zapamiętana ta sama, znajoma, zbadana, niepodzielnie jedyna. Siedzi naprzeciwko przy kuchennym stole i błądzi wzrokiem ucieka, powraca. Leon patrzy i myśli o czymś zupełnie innym aniżeli mówi. Snuje fantastycznie smętne opowieści wypakowując prezenty ze swego plecaka obszytego sierścią, a ona słucha, udając zainteresowanie, a może nie. Opowiada, jak to jest gdzie indziej, w świecie, jakie różnice, zaskoczenia, podobieństwa i nieprawdopodobieństwa. Jak tęsknota wielka obgryza do białej kości samotność wojownika pod rozgwieżdżonym niebem Flandrii, kiedy widok ruin jest budujący, a ludzka krzywda powszednieje w swych coraz mniej zaskakujących, przewrotnych formach. Takie bajanie nieco cynicznego globtrotera amatora, mydlenie oczu, wciskanie kitu naiwnej ciemnocie z azjatyckim rodowodem, reklama swojej wersji wydarzeń jako jedynego obowiązującego opisu rzeczywistości. Pośród płynących niczym miód spadziowy słów na stole pojawiają się kolejno: francuskie pończochy bez nóg, rękawiczki z cielęcej skóry bez dłoni, belgijskie praliny z holenderskiego mleka i ziaren kakaowców z Kongo, brazylijska kawa egipska chałwa oraz oryginalny amerykański Veet. Najprawdziwszy z prawdziwych krem do bezbolesnej depilacji zbędnego owłosienia. Wygląda jakby Leon ograbił sklep kolonialny. Hanne ogląda z radością pełną podziwu i szczerego zainteresowania te wszystkie skarby i oblicza w myślach, jak długo i w jakich pozycjach będzie musiała wyrażać swą wdzięczność.

Hanne jest z natury spolegliwa więc cierpliwie przeczeka. Bez problemu przetrwa czas próby, ale ten szelmowski uśmieszek w kącikach jego mięsistych ust nie wróży nic dobrego, nic złego także nie, może tylko coś niespodziewanego, ale z pewnością niegroźnego. Leon przecież nie jest jakimś tam pierwszym lepszym zboczeńcem, bywa nim na tyle na ile pozwala małżeństwo i fantazja. A zarówno jedno, jak i drugie ma swoje naturalne ograniczenia. Przywykła do tego, że Leon potrafi być zaskakujący w poszerzaniu granic przyzwoitości. Czasami lubi być odrobinę kontrowersyjny. Póki co, cieszy się podarunkami i mężem Leonem się cieszy i On także jest bardzo zadowolony ze schludnego domu i zadbanej żony, zadowolony, że taki zaradny, opiekuńczy, mądry i zorganizowany, taki doceniony, męski taki, wykazał się i budzi podziw zasłużony nawet bardziej niż zwykle. Zawsze sądził, że najważniejsze w życiu są dobre wybory. Teraz jest o tym przekonany, czując zapach świeżo parzonej kawy pieszczący jego nozdrza niemniej aniżeli oczy cudowny widok kochającej żony.

Leo Wilczynsky, kiedyś Leon Wilczyński, lat 30, niegdyś zdecydowanie mniej. Urodzony w Bischofswerder to znaczy w Biskupcu, tam też ochrzczony w kościele świętego Jana Nepomucena i Matki Bożej Różańcowej. Obecnie zamieszkały w Deutsch Eylau w narożnej kamienicy u zbiegu Schloß Straße i Karl Freyburger Straße dawnej Kaiserstraße naprzeciwko sklepu „Delikatesy i Destylaty” Christoph Scheminski. Mieszkanie na drugim piętrze nad redakcją Eylauer Zeitung dzieli wraz z żoną Hanne, kiedyś Janeczką z domu Nowicki. Na metrażu zaznacza swą obecność także dwuletnia córka Ana do niedawna nieistniejąca. Powołana do życia na jednej z przepustek w ciepłą sierpniową i cierpliwie zdradliwą noc w dogasającej kilka kilometrów dalej Polsce w zaczynającym się nieznanym świecie bez granic, w innych czasach, w innym mundurze i charakterze w odmiennej od dotychczasowej koniunkturze, w nowym cyklu rozrodczym ssaków łożyskowych. Wszystko się zmienia, ale On jest wciąż ten sam. Przystosowany do każdych warunków człowiek z pogranicza, kameleon. Nigdy nie zazna spokoju. Ten stan jest obcy jego naturze. Spokój jest dla niego równoznaczny ze stagnacją, a ta z powolną, wegetatywną śmiercią.

Leon nie lubi dzieci, ale lubi robić „te rzeczy”. Konsekwencją „tych rzeczy” niestety czasami bywa potomstwo. Chwila przyjemności, a potem lata niedogodności, taka kiepsko wyważona proporcja. Dożywotnia katorga na własne życzenie dopadła w końcu Leona. Córkę widzi na żywo i w kolorze po raz pierwszy. Jest o wiele brzydsza niż na czarno białym zdjęciu, które przysłała mu Hanne. Dodatkowo roztacza bardzo intensywny zapach, inny od wszystkiego, co kiedykolwiek wciągał w nozdrza. Dziwna to sytuacja, że na co dzień działając w batalionie siejącym śmierć i zniszczenie, od święta powołał do życia życie, nieświadomie równoważąc w ten sposób bilans ogólnych strat. Życie, na razie nieświadome własnego życia. Do zjawiska zwanego córką podszedł niczym do potencjalnego zagrożenia, profesjonalnie, nieufnie i asekuracyjnie jak do fugasa na polu walki. Bierze ją delikatnie na ręce, unosi w swych mocnych dłoniach przed oblicze swe, przyglądając się pod różnymi kątami, uważnie temu czemuś. Nie rozpoznał w niej żadnej znajomej istoty ludzkiej, żadnego podobieństwa do Hanne, a już tym bardziej do siebie. Widział już wcześniej inne dzieci, ale to było jakieś inne, było jego własnością. Mimo tego wydawało się bardziej obce niż naprawdę obce dzieci. I ta obcość zrodzona z różnicy była doznaniem dominującym z dnia na dzień pogłębianym uczuciem, dla którego więzy rodzinne nie miały żadnego znaczenia. Z wyglądu i wagi przypominała nieco granat moździerzowy 82 mm. W stosunku do granatów jakoś nigdy nie przejawiał uczuć wyższych ani nie odczuwał z nimi głębszych więzi emocjonalnych poza zwyczajnym uczuciem zagrożenia i ostrożnym dystansem. I wtedy Ana eksplodowała, a Leona okaleczyły odłamki panicznej bezradności. Zrozumiał, że od tego momentu płacz dziecka oznacza coś zupełnie innego niż dotychczas. Z odsieczą podążyła pozostająca w odwodzie, nieustraszona żona, pewna siebie i profesjonalnie opanowana, a przy tym promieniejąca pięknem gwiazdy ekranu, co najmniej jak jakaś Niemirzanka, czy inna Ina Benita. Zagrożenie zostało zneutralizowane. Bezpieczny spokój nocnej wolności w oczekiwaniu na nagrodę. Patrzy na nią z sytym zachwytem a ona na niego patrzy błękitnymi oczętami, jak na bohatera kroniki filmowej Deutsche Wochenschau. Bez względu na mundur jednakowo przystojnego, wiernego i nieustraszonego bohatera romantycznie okaleczonego popędami racjonalizmu, naznaczonego bliznami odwagi lub strachu. W spojrzeniu Hanne jest zaproszenie, jakieś wyzywające wyznanie. Przynajmniej tak mu się wydaje. Czeka nocy, by mu sprostać. Jest czerwiec czterdziestego pierwszego roku, gorący i niespokojny niczym wrzątek w starym, aluminiowym garnku, w którym żona wygotowuje zasrane pieluchy. 21 Batalion Pionierów wraz z 21 Dywizją Piechoty właśnie wrócił do garnizonu w Elbing na zasłużony odpoczynek po udanej, aczkolwiek wyczerpującej wycieczce po Europie, więc Leon do domu ma teraz bardzo blisko. Wszystko układa się w spójną, sensowną całość. Rok temu podpisał volkslistę, opowiadając się po jedynej właściwej w zaistniałej sytuacji stronie, po stronie zwycięzców. Oni dyktują teraz warunki, modelują świat według uznania, formują niczym mokrą glinę, uzyskując pożądane kształty. Czysty pragmatyzm. Janeczka była w ciąży, a on w zawieszeniu, bez żołdu i perspektyw z nieciekawą przeszłością w wojsku polskim. Musiał przystosować się do nowych okoliczności i zrobił to najlepiej, jak potrafił. Mógł oczywiście pozostać dumnym lub martwym reprezentantem przegranej sprawy, idealistycznym trupem. Co prawda miałoby to w sobie ten tragicznie romantyczny polski wymiar z pierwiastkiem żywej martyrologii uwięzionej w tkance miękkiej, ale względy praktyczne wzięły jednak górę. Rodzina zawsze psuje idealizm, rozmontowuje go na bezużyteczne części. Gdy się jest szczęśliwym posiadaczem rodziny oraz nieodpartej woli życia wtedy trudno być szlachetnym marzycielem, aniołem miłosierdzia lub demonem zemsty z wyżyn obserwującym ludzkie bagno. Ostatecznie mógł przecież znaleźć zatrudnienie w fabryce smoły i papy u Hanne papy. Wybrał inaczej. Znaczy lepiej.

Wreszcie nadchodzi ta noc wyczekiwana, piękna i naga, intensywnie pachnąca pachami Hanne wonna aura kobiecej świętości. Rozkwitająca w pachwinach, w małżowinach, chłonnych węzłach, w ustach, na czereśniowych wargach w owocowych sadach skryta sprośna wiosna młoda cała jego, obfita, otwarta i oddana. Szerokie biodra, mocne uda, jędrne pośladki, którymi mogłaby łupać orzechy od laskowych po kokosowe. Wszystko takie użyteczne, a co najważniejsze w zasięgu ręki, dostępne, żywe, czułe, własne. Leon zaraz rozpocznie pielgrzymkę neofity do miejsca pokalanego poczęcia. Czuje puls tężejących gonad. Ciężkie, mleczne piersi o kasztanowych sutkach przygniecione owłosionym torsem Leona, naprężone, uwięzione w jego szerokich ramionach w szorstkich dłoniach zwiastują dobrobyt. Hanne w objęciach jak liana splątana, unieruchomiona, zachęcająco rozchylona, rozszerzonymi naczyniami krwionośnymi przyzywa Leona. Wydziela dla niego strefy, produkuje soki. Pij, chłeptaj, całuj, żryj. Nasycaj się powoli do woli. Za każdym razem, gdy wkłada w nią język, czuje, że zacieśniają się między nimi coraz mocniej więzy. Krew szybciej krąży po orbicie w odbycie. Pulsujący kwiat, unerwiony ukwiał. On żyje dla tej chwili, chciałby zatopić ją w bursztynie, unieruchomić siebie w niej uwięzić. Pragnie uchronić przed końcem noc przed słońcem niech nigdy nie przeminie czas rozpusty wypełnionej pustki zespolonej w mocnym ud uścisku z poczuciem spełnienia i wyzysku. Ta chwila jest nim całym, naprężonym i twardym chujem żelbetonem zbrojonym, tytanowym rdzeniem wzmocnionym. Zdolnym do przebicia sztywną szpicą bunkrów na linii Maginota albo pancerza pociągu pancernego w najgrubszym miejscu, na wylot, jednym ruchem, precyzyjnym pchnięciem z biodra. Jeden sztos i wszystko rozpierdolone. Każda twierdza zdobyta. Punkt oporu przełamany. Czysta energia. Ana za przepierzeniem schowana śpi najedzona, spokojna, zaszczana, do rana. W ciszy domowego zacisza Leon dyszy, kurcząc się i prężąc, napinając i rozciągając muskulaturę, zaginając przestrzeń w czasie, wykonuje ruchy niegodne filozofa, którym na szczęście nie jest. Ona wchłania go przez wszystkie pory w skórze, zasysa go wszystkimi możliwymi otworami pozostającymi do dyspozycji jego nienasyconej eminencji wilczego apetytu. Leon oczywiście chętnie skorzysta nawet na zapas ze wszystkich dobrodziejstw. Ma klucz do wszystkich drzwi, do każdej kłódki, zręcznymi palcami sapera pioniera odbezpieczy każdy rygielek, zdejmie wszystkie zabezpieczenie, rozbroi każdą pułapkę. I odwrotnie równie łatwo uzbroi skumulowane ładunki, wetknie w sam środek zapalnik i w odpowiedniej chwili połączy dwa kabelki. Zrobi zwarcie, detonując olbrzymi ładunek skumulowanej energii, uważając, aby sytuacja nie wymknęła się spod kontroli. Jest gruntownie przygotowany na przezwyciężenie nawet najmniejszego przejawu oporu wynikającego z obawy lub choćby czystej przekory. Leon wie co i jak, co w co, po co, kiedy i jak głęboko, tudzież płytko. Leon bywa teraz w wielkim świecie, nabywając rozległej wiedzy o kobiecie. Zrywał naręczami córki holenderskich hodowców tulipanów, lizał gorzką belgijską czekoladę, szlifował diamenty w Antwerpii, a we Francji wiadomo. Ten kraj to antidotum na zatwardzenie każdego rodzaju. Depresje leczą syfilisem, a syfilis poematem. Można się tam pozbyć wszelkich zahamowań. Raj na ziemi, gdzie kobiety są jak butelka Beaujolais Nouveau, którą najpierw z przyjemnością się opróżnia, aby następnie z przyjemnym zawrotem głowy wypełnić. Francuzki nie znoszą próżni. Leon kobiety traktuje instrumentalnie nie tylko w sensie muzycznym, lecz także w znaczeniu głęboko teologicznym. W ujęciu świętego Tomasza z Akwinu, wedle którego zaspokajanie męskich żądz to główna rola tych nieczystych istot pozostających w przemożnej władzy wstrętu. Leon nauczył się grać na tym skomplikowanym ludzkim instrumencie. Gra na nim, jak wprawny organista na swych organach w katedrze najświętszych wygórowanych oczekiwań, wydobywając pożądane dźwięki, czasem jednakże w fałszywej tonacji, lecz nigdy niepozbawione prawdziwych emocji. Na szczęście nie ma tu melomanów wyczulonych na czyste dźwięki. Temat ten zawsze go bardzo interesował i zatracił się zupełnie w tym zagadnieniu, w podnieceniu, bez zmysłów, ironii, poza kontrolą. Praktykuje na Hanne nowe techniki zaspokajania swych pragnień, wzbogacając jej drobnomieszczańską moralność o nieznane jej dotąd ogólnie trudno akceptowalne elementy czystej perwersji balansującej na granicy przyjemności i bólu. Na szczęście skrywa je tajemnica alkowy. Nie wszystko jej się podoba, niektórych rzeczy nie lubi, sprawiają jej przykrość, zawstydzając. Niektóre wręcz brzydzą, inne wręcz przeciwnie pozbawiają ją wstydu, w jego miejsce konstruując tajemniczo mroczną piramidę przyjemności na krawędzi przytomności. Leon eksperymentuje i nawet nie wie, że znowu jest w pułapce, w rozrodczej klatce. Z przodu z tyłu z góry z dołu z boku na plecach w rozkroku twarde w miękkie, sprężyste w mięsiste ciała jamiste. Wprawia w wibracje wszystkie dewiacje, powietrze drży jak jędrne uda żony. W Tokio wzbudzają się sejsmografy. W Islandii obsuwają się lodowce. Leon jest w centrum wszechświata, w środku wirującej galaktyki, wewnątrz barysfery manipuluje kodem życia w rozprężającym się ciśnieniu w ciasnym czasie i przestrzeni. Czuje, że wszystkie procesy geologiczne egzo i endogeniczne, właściwości fizykochemiczne, teorie ekonomiczne, twierdzenia matematyczne i zagadnienia filozoficzne, opracowania encyklopedyczne, biblia, tora, sutry, czakry, teleskopy i namioty, makro analizy i mikro urazy, wstrząsy i potopy, wszystkie zagadnienia etyczne i erotyczne, sekretne praktyki ascetyczne, manicheizm, zoroastryzm, szowinizm, okultyzm, koła zębate przekładni obrotowych i elektromagnetyczne fale radiowych transformatorów, produkcja pokostu i świąteczne gotowanie bigosu, siły witalne i słabości trywialne kanalizują się teraz wewnątrz twardych jąder, gdzie napierają na siebie siły akcji i reakcji o przeciwnych zwrotach i takich samych wartościach, ścierają się płyty tektoniczne i poglądy polityczne, wypiętrzają masywy górskie i budzą się wulkany grożące wybuchem w niekontrolowanej eksplozji kumulacyjnego ładunku o mocy kilkudziesięciu tysięcy słońc. Wszystko zaraz eksploduje, urywając głowę Hanne.. Wystrzeliwując ją z impetem rzymskiej katapulty oblężniczej na okołoziemską orbitę. Wyrywając dziurę we frontowej ścianie kamienicy, zalewając ulice Deutsch Eylau gęstym potokiem rozżarzonej białej lawy, która płynąc nieprzerwanie przez Karl Freyburger Strasse i spływając dalej majestatyczną, gęstą falą po schodach parku miejskiego wzdłuż promenady wpadnie w końcu wprost do Jezioraka. Wypełni go po brzegi swą mętną parującą treścią unicestwi wszelkie znane i nieznane formy życia, zapładniając gotową na wszystko śmierć. Leon stara się zapobiec tej katastrofie, przeciwstawia swą żelazną wolę napierającemu coraz bardziej, ze zdwojoną siłą żywiołowi. Rzeczywistość pęka w szwach, trzeszczy, skrzypi, stęka, piszczy, warczy, jęczy, a On musi unieruchomić tylko swym postanowieniem, samą wolą silną falę tsunami wzbierającą gdzieś w pobliżu Haiti, falę, która chluśnie tu za kilka sekund. Takie przed nim stoi zadanie. Wiadomo, że nie podoła, polegnie, to przesądzone, niezależne od jego woli, ale zanim się to stanie, mężnie walczy, próbując wykonać zadanie. Na jedną milisekundę straci świadomość przytomności i wzniesie się na wyżyny tylko po to, aby upaść i poczuć swój upadek jako zwycięskie wyzwolenie z okowów obezwładniającego ciało i umysł pożądania. Tak sobie wyobraża śmierć. Hanne leży miękko na brzuchu, łuk triumfalny pleców pięknie wygięty omal nie pęknie, cięciwa się napina między wzgórzami pośladkami ginie w gorącej dolinie, różowej szczelinie i wtedy, właśnie wtedy ona szepcze.

— Ktoś puka, dobija się do drzwi ktoś puka w drzwi — oddech miarowo przywraca do normy puls.

— Że co?!

— Ktoś puka w drzwi, puka ktoś przecież — powtarza głośniej z twarzą w kwiecistej poduszce w czerwone malwy albo hibiskusy w wezgłowiu łóżka wciśniętej.

To niemożliwe! Wszystko odpływa, odpływa, cofa się wezbrana, groźna fala, niebezpieczeństwo się oddala, Haiti ocalone. Siła woli wygrała. Cofa się satysfakcja pospiesznie umyka przez zamknięte drzwi milisekundowa utrata przytomności. Uciekają przed dotknięciem stopy Boga. Żar wygasa w hutniczym piecu surówka stygnie. Jak to jest możliwe, że w takiej chwili ktoś puka do drzwi? Nieprawdopodobne, lecz możliwe. To się właśnie nazywa timing. Boleśnie prawdziwe. Ktoś, kurwa ma czelność i bezczelnie puka. Konsekwentnie zaznaczając swą natarczywą obecność, po drugiej stronie drzwi wystukując natrętne staccato. Leon jest skrajnie załamany i równocześnie nieziemsko wkurwiony. Mieszanka tych dwóch odczuć jest toksyczna i mocno wybuchowa. Wzbiera w nim nowa, brunatna gniewu fala. W tym stanie jest w stanie zabić każdego bez ostrzeżenia, bez pytania i tłumaczenia z premedytacją zajebać na śmierć. Niestety Leon jest nieuzbrojony. Broń palna znacznie ułatwiłaby sprawę, ale nawet podczas wojny posiadanie broni jest nielegalne. No właśnie. Jest wojna. Jest członkiem zwycięskiej armii i nie ma nawet grama broni palnej, nawet małego, damskiego pistolecika. To chyba nie jest normalne. W dodatku pierwszą rzeczą o jakiej pomyślał w zastępstwie w zestawie dostępnych śmiercionośnych przedmiotów jest tłuczek do ziemniaków. Wiadomo, że lepszy byłby tasak do mięsa albo nożyce do kastrowania knurów, ale niestety nie zarejestrował ich obecności podczas swego ostatniego pobytu w kuchni. Nie będzie przecież teraz buszował po szafkach i szufladach w poszukiwaniu tych użytecznych przedmiotów. Nie ma czasu, a rozpierdalacz ziemniaków owszem, wisi na ścianie na wieszaku między patelnią i chochelką usłużnie wyczekując kreatywnego zastosowania.

— Weź mnie Leonie! — woła — Weź mnie!!! — Każdy widelec, nóż, łyżka, cały kuchenny arsenał wrzeszczy próbując zamanifestować swą użyteczność. Nawet tarka z dolnej szuflady krzyczy — Chętnie bym komuś ryja zdarła! Jestem taka w tym domu niedoceniona!

Lecz Leon nie słucha. Jest głuchy z nienawiści. Nie skupia się na dokonaniu racjonalnej selekcji, to nie jest odpowiedni czas na wybory, bierze to, co najbliżej pod ręką. Sięga więc po ten tłuczek do ziemniaków i z tym tłuczkiem do ziemniaków w zaciśniętej dłoni wychodzi szybko z kuchni cały rozczochrany, wytarmoszony, rozbisurmaniony, szeroko rozchwiany na mocnych nogach, jeszcze w pełni nie wygaszony, piorunująco zelektryzowany, namagnesowany niczym igła w kompasie wskazująca cel ataku, z gołą dupą rozjuszonego kopulacyjną porażką goryla skacze agresywnie korytarzem wprost do drzwi susami zmierza. Nagi, zwierzęco bezwzględny dziki bóg zemsty. Hanne leży jak kot syjamski na perskim dywanie, leniwie rozciągnięta w poprzek łóżka z jakimś rozbawionym zaciekawieniem obserwując rozwój niespodziewanie zaistniałej sytuacji. Luźna i lżejsza, wyzwolona, Leona z siebie pozbawiona, ciągle wilgotna kotka mokra. Spogląda wyczekująco, nie spuszczając z oka płynącego ku drzwiom okazałego galeona gołego Leona. Widać, że złapał wiatr w żagle, idzie taranem wprost na kurs kolizyjny, gotowy do anihilacji, pacyfikacji, abordażu. Jest na fali, pędzi od zawietrznej. Skomplikowany plan jest taki, że otworzy szybko drzwi i tłuczkiem mocno przypierdoli. Tyle. Bez żadnego ostrzeżenia, tłumaczenia. O nic nawet nie zapyta. Najpierw działanie, a dopiero później ewentualnie w razie konieczności jakieś odstraszające retoryczne pytanie, o ile ktoś trupem nie padnie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 60.07
drukowana A5
Kolorowa
za 96.71