Spis treści
Przedmowa
Są książki, które czyta się dla intrygi. Są takie, które czyta się dla języka. Są wreszcie książki, które zostają z człowiekiem dlatego, że dotykają miejsc zwykle starannie zasłanianych: winy, wiary, władzy, pożądania, wstydu i przemocy, która najczęściej nie zaczyna się od noża, lecz od przemilczenia. Zapach ryb należy do tego trzeciego, najrzadszego rodzaju. To nie jest po prostu kryminał. To nie jest tylko powieść polityczna. To nie jest również wyłącznie opowieść o Kościele, jego mrocznych zakamarkach i handlu tym, co miało być nienaruszalne. To książka o systemie, który przez lata uczył ludzi milczeć, i o tych, którzy pewnego dnia postanowili przestać.
Już sam tytuł jest znakomity. Ryba w tradycji chrześcijańskiej była jednym z najstarszych znaków rozpoznawczych wiary. Cichym symbolem wspólnoty, dyskretnym kodem nadziei, znakiem tych, którzy rozpoznawali się pośród prześladowań. A przecież w języku potocznym „grube ryby” to ludzie nietykalni, ciężcy od wpływów, pieniędzy i bezkarności. W tej podwójności mieści się cała siła tej powieści. Święty znak i odór rozkładu. Mistyka i polityka. Kość świętego i łapczywa ręka urzędnika. Autor bardzo precyzyjnie pokazuje, że historia korupcji nie zaczyna się od walizki z pieniędzmi, ale od chwili, gdy sacrum przestaje być święte, a staje się użyteczne.
Powieść otwiera znakomita scena zbrodni. Toruń, miasto gotyckie, spiętrzone z cegły, pamięci i legendy, staje się tu nie tylko tłem, lecz współbohaterem. Jest w tej książce Toruń prawdziwy: bruk, ulice, mury, rynek, kościoły, Wisła, zapach wilgoci i starej historii, która nie daje się zamknąć w przewodnikowych frazach. Autor widzi to miasto nie jak turysta, ale jak ktoś, kto rozumie, że każde stare miasto Europy ma dwa oblicza. Jedno dla gości. Drugie dla wtajemniczonych. To drugie jest ciemniejsze. Bardziej wilgotne. Częściej mówi szeptem niż dzwonem. Gdy w takim mieście zostaje zamordowany były minister spraw zagranicznych, a na jego piersi spoczywa odwrócony średniowieczny krucyfiks, czytelnik od razu wie, że wszedł nie do zwykłej historii kryminalnej, lecz do opowieści, w której zbrodnia ma pamięć dłuższą niż bieżąca polityka.
Najmocniejszą stroną Zapachu ryb jest jednak bohaterka. Paulina Gertz, była zakonnica, dziś oficer CBŚ, należy do tych postaci, których nie da się pomylić z nikim innym. To kobieta sklejona z pęknięć: z dawnej wiary, z policyjnej dyscypliny, z psychicznej rany i z tej szczególnej inteligencji moralnej, która nie pozwala odwrócić wzroku, nawet gdy prawda okazuje się gorsza od wszelkich przypuszczeń. Autor nie czyni z niej ani papierowej heroiny, ani cynicznej funkcjonariuszki w stylu telewizyjnych seriali. Przeciwnie. Paulina jest wiarygodna właśnie dlatego, że jej siła nigdy nie bywa tania. Kosztuje ją pamięć, ciało, samotność i wreszcie — co najważniejsze — obraz samej siebie.
To jedna z najciekawszych rzeczy w tej książce: śledztwo nie biegnie tu wyłącznie przez archiwa, korytarze statku, kościelne sejfy i notatki dawnych służb. Ono biegnie również przez psychikę bohaterki. Każdy nowy trop podważa nie tylko oficjalną wersję wydarzeń, ale też prywatne fundamenty Pauliny. W pewnym momencie czytelnik rozumie, że największym polem bitwy nie jest pokład luksusowego liniowca ani gabinet hierarchy. Największym polem bitwy jest pamięć córki, która musi na nowo przeczytać własne dzieciństwo, własną religijność i własny lęk.
Wielkim osiągnięciem tej powieści jest też sposób, w jaki łączy politykę z teologią bez popadania ani w tani antyklerykalizm, ani w naiwne moralizatorstwo. Autor wie, że instytucje religijne nie są ani czarne, ani białe. Są ludzkie, a więc pełne pęknięć, ambicji, lęków, uzasadnień, pychy i autentycznego pragnienia dobra. Właśnie dlatego ta historia tak boli. Nie dlatego, że pokazuje „złych księży” czy „skorumpowanych polityków”. To byłoby zbyt proste. Boli dlatego, że pokazuje, jak zło lubi przebierać się za misję, jak przemoc używa języka zbawienia i jak bardzo człowiek potrafi uwierzyć, że grzeszy w dobrej sprawie. To jedna z najbardziej niebezpiecznych form zła: zło sumienne, zorganizowane, usprawiedliwione.
Wątek handlu relikwiami należy do najoryginalniejszych i najbardziej sugestywnych elementów książki. Autor z ogromnym wyczuciem pokazuje, że kradzież świętych przedmiotów nie jest wyłącznie procederem przestępczym ani kolekcjonerskim dziwactwem zamożnych maniaków. To także akt symboliczny. Gdy kości świętych stają się walutą, a relikwiarze przepływają przez konta, fundacje i dyplomatyczne walizki, rozpada się pewien porządek wyobraźni. To, co miało przypominać o śmierci, zbawieniu i świętości, staje się elementem czarnego rynku. W tym sensie Zapach ryb mówi coś bardzo głębokiego o współczesnej Europie Środkowej: o świecie, który po transformacji odzyskał wolność, ale stracił orientację moralną; o świecie, w którym wszystko można kupić, jeśli tylko znajdzie się odpowiednio bezczelny pośrednik.
Drugą wielką siłą tej książki jest jej wymiar psychologiczny. To nie jest tylko opowieść o przestępstwie, ale o dziedziczeniu przemocy. O tym, jak religijny chłód potrafi zniekształcić relację ojca z córką. Jak miłość zamienia się w kontrolę. Jak milczenie bywa bardziej okrutne niż krzyk. Autor z wielką subtelnością prowadzi czytelnika ku odkryciu, że najcięższe zbrodnie nie zawsze rodzą się z nienawiści. Czasem rodzą się z pychy, z potrzeby naprawienia świata własnymi rękami, z przekonania, że skoro Bóg milczy, człowiek ma prawo przemówić za Niego. To już nie jest tylko kryminał. To jest tragedia w klasycznym sensie tego słowa. Tragedia kogoś, kto myli sumienie z wyrokiem.
Nie sposób nie wspomnieć o Katarzynie Wręcz-Głębokiej, jednej z najciekawszych bohaterek drugiego planu, które bardzo szybko przestają być „drugim planem”. To postać napisana z rzadką klasą. Skandalicznie zniszczona przez system, a zarazem niepokonana. Inteligentna, gorzka, dowcipna, emocjonalnie poraniona, ale nie złamana. Relacja między nią a Pauliną należy do najpiękniejszych partii tej książki. Nie dlatego, że jest efektowna. Dlatego, że jest prawdziwa. Wśród śmierci, polityki, kłamstw i kościelnych archiwów rodzi się coś, co nie ma nic wspólnego z dekoracyjnym romansem. To bliskość dwóch kobiet, które przeszły przez różne formy upokorzenia i nauczyły się nie ufać światu. Ich intymność nie osłabia kryminalnego napięcia. Przeciwnie — wzmacnia je, bo każda decyzja zaczyna mieć cenę nie tylko procesową, ale ludzką.
Luksusowy rejs po norweskich fiordach to z kolei pomysł znakomity literacko i dramatycznie. Statek jest tu niemal osobnym organizmem. Pływającą enklawą wpływów, hipokryzji, alkoholu, rytuałów klasowych i dobrze skrojonych kłamstw. Zamknięta przestrzeń daje opowieści dodatkową temperaturę. Nie ma ucieczki. Nie ma rozproszenia. Wszyscy płyną w jednym kierunku, a jednocześnie każdy próbuje płynąć osobno. To klasyczny chwyt powieści kryminalnej, ale wykorzystany z dużą świeżością i rozmachem. Fiordy nie są przy tym pocztówkową ozdobą. Są lustrem dla ludzkiej ciemności. Piękno natury w tej książce niczego nie łagodzi. Wręcz przeciwnie — wydobywa grozę.
Finałowa droga ku Preikestolen należy do tych sekwencji, które zostają z czytelnikiem długo po zamknięciu książki. Nie zdradzając za wiele, warto powiedzieć tylko tyle, że autor bardzo umiejętnie prowadzi opowieść ku miejscu, w którym wszystkie warstwy tej historii — polityczna, religijna, psychologiczna i egzystencjalna — spotykają się nad przepaścią. I nie jest to metafora nadużyta. To rzeczywiście książka o ludziach, którzy przez lata żyli na krawędzi własnych usprawiedliwień, aż w końcu musieli spojrzeć w dół.
W Zapachu ryb imponuje również język. Jest gęsty, obrazowy, chwilami wręcz poetycki, ale nie traci kontaktu z konkretem. Autor umie pisać o polityce bez publicystycznej nachalności, o teologii bez nadęcia, o przemocy bez taniej dosłowności i o pożądaniu bez ckliwości. To rzadkie połączenie. Jeszcze rzadsze jest to, że ten język nie służy wyłącznie stylowi — on służy prawdzie o świecie przedstawionym. Dzięki niemu Toruń pachnie naprawdę, statek kołysze naprawdę, a fiordy zieją chłodem naprawdę.
To książka odważna. Odważna nie dlatego, że uderza w wygodne cele. Odważna dlatego, że nie oszczędza nikogo — ani polityków, ani duchownych, ani śledczych, ani ofiar, ani sprawców. A przede wszystkim nie oszczędza czytelnika. Każe mu zadać sobie pytania, których wolelibyśmy nie zadawać. O to, ile zła rodzi się z pychy ubranej w dobre intencje. O to, czy instytucje potrafią się oczyścić same. O to, czy prawda bez przemocy w ogóle ma szansę przebić się przez układ interesów. I wreszcie — o to, co zostaje z człowieka, gdy odpadają z niego wszystkie role, sutanny, tytuły, stanowiska i legendy.
Zostają kości.
Być może właśnie dlatego ta książka jest tak potrzebna. Bo w świecie, który uwielbia fasady, przypomina o strukturze. O tym, co ukryte. O tym, co gnije. O tym, co trzeba odkopać, choćby pachniało to rybami, błotem, krwią i starym kadzidłem.
Czytelnik otwierający Zapach ryb dostaje więcej niż świetnie skrojony thriller. Dostaje opowieść, która potrafi wzruszyć, przestraszyć i zawstydzić. Dostaje bohaterkę, której nie da się zapomnieć. Dostaje historię o winie, która nie zamienia się w tani moralitet, lecz pozostaje bolesnym pytaniem. A przede wszystkim dostaje literaturę, która nie boi się zaglądać tam, gdzie inni wolą spuścić wzrok.
To książka mocna, inteligentna i niebezpiecznie prawdziwa.
I właśnie dlatego warto ją przeczytać.
Rozdział 1. Otwarcie
Toruń pachniał piernikami i deszczem.
Był piątek, dwudziesty trzeci maja, i miasto budziło się w atmosferze nerwowego oczekiwania. Od tygodni lokalne gazety rozpisywały się o ceremonii, która miała przyćmić wszystko, co dotychczas wydarzyło się nad Wisłą w tym stuleciu. Europejskie Centrum Kopernika — monumentalny kompleks wzniesiony tuż za linią dawnych murów obronnych, na wysokości ulicy Grudziądzkiej — miało zostać uroczyście otwarte o godzinie osiemnastej. Ale już od świtu miasto żyło gorączką przygotowań, jakby szykowało się do własnego ślubu.
Na Rynku Staromiejskim ekipy telewizyjne ciągnęły kable między pomnikiem Kopernika a kamienicą Pod Gwiazdą. Policyjne radiowozy stały w szpalerze wzdłuż ulicy Szerokiej, a funkcjonariusze w cywilu mieszali się z tłumem turystów, którzy jak co roku o tej porze zapełniali gotyckie zaułki. Ktoś powiedział, że przyjadą trzy głowy państw. Ktoś inny twierdził, że pięć. Prawda, jak to zwykle w Toruniu, leżała gdzieś pośrodku — między legendą a fakturą za pierniki.
Paulina Gertz dowiedziała się o ceremonii z porannych wiadomości. Siedziała w swoim mieszkaniu przy ulicy Konopnickiej, na trzecim piętrze bloku z wielkiej płyty, i piła czarną kawę bez cukru. Telewizor mówił coś o Koperniku, o Europie, o nowym rozdziale. Paulina nie słuchała. Myślała o zeznaniach świadka w sprawie przemytu narkotyków przez port w Gdyni, którą prowadziła od czterech miesięcy. Sprawa śmierdziała. Jak wszystkie jej sprawy.
Miała czterdzieści dwa lata, krótkie ciemne włosy i twarz, która mogłaby być piękna, gdyby nie pionowa blizna biegnąca od lewego kącika ust ku żuchwie. Pamiątka z klasztoru. Nie z bójki — z upadku na oblodzone schody prowadzące do kaplicy Sióstr Urszulanek w Pniewach, zimą dwa tysiące piątego roku, kiedy jeszcze nosiła habit i wierzyła, że Bóg ma plan. Bóg najwyraźniej miał plan, tylko nie taki, jakiego się spodziewała. Trzy lata później zdjęła habit. Pięć lat po tym założyła mundur. A teraz pracowała w Centralnym Biurze Śledczym, w wydziale do spraw przestępczości zorganizowanej, i jedynym rytuałem, który odprawiała codziennie rano, było zaparzenie kawy w tureckim tygielku.
Telefon zadzwonił o siódmej czterdzieści trzy.
— Gertz — powiedziała, nie odrywając wzroku od ekranu.
— Paulina, tu Krzysztof. Mamy zmianę planów.
Krzysztof Baranowski, jej bezpośredni przełożony w wydziale, mówił tonem, którego nauczyła się rozpoznawać. To był ton problemów. Dużych problemów.
— Jaka zmiana — zapytała spokojnie.
— Dostajesz nowe zadanie. Dzisiaj jest otwarcie Centrum Kopernika. Wiesz o tym.
— Wiem. Nie moja działka.
— Od teraz twoja. Minister chce kogoś z doświadczeniem na miejscu. Będą zagraniczne delegacje, duchowieństwo, politycy. Pełny cyrk. BOR ma swoich ludzi, ale potrzebują wsparcia analitycznego.
Paulina odstawiła kawę.
— Krzysztof, ja prowadzę sprawę portową. Mam świadka, który może się wycofać w każdej chwili.
— Sprawę portową przejmie Nowicki.
— Nowicki nie odróżni kokainy od cukru pudru.
— To nie jest prośba, Paulina.
Cisza. Za oknem przejeżdżał tramwaj linii drugiej, w kierunku Placu Rapackiego. Zwykły dźwięk zwykłego poranka. Paulina westchnęła.
— O której mam być?
— O szesnastej. Wejście służbowe od strony Grudziądzkiej. Dostaniesz akredytację na nazwisko. I Paulina…
— Tak?
— Ubierz się stosownie. To nie jest nalot.
Rozłączył się. Paulina spojrzała na swoją szafę. Stosownie. Ostatni raz ubierała się stosownie na pogrzebie matki, trzy lata temu. Miała wtedy na sobie czarną sukienkę kupioną w second-handzie przy ulicy Chełmińskiej. Sukienka pewnie wciąż tam wisiała, gdzieś między mundurem a kurtką polarową.
Wstała, podeszła do okna i spojrzała na Toruń. Miasto leżało w majowym słońcu jak kot na parapecie — leniwe, piękne i pełne tajemnic. Gotyckie wieże kościołów przebijały linię dachów. Gdzieś w oddali, za Wisłą, ciągnęły się łąki, na których Kopernik podobno nigdy nie obserwował gwiazd, choć wszyscy twierdzili inaczej.
Istnieje anegdota — być może apokryficzna, ale powtarzana przez toruńskich przewodników z takim przekonaniem, że nabrała mocy faktu — iż Kopernik jako młody kanonik warmijski pewnego wieczoru wrócił do rodzinnego Torunia i stanął na Moście Paulińskim, wpatrując się w odbicie gwiazd w Wiśle. Miał wtedy powiedzieć do towarzyszącego mu brata Andrzeja: „Woda kłamie, bracie. Pokazuje niebo tam, gdzie jest dno”. Nikt nie wie, czy te słowa padły naprawdę. Ale Paulina Gertz, stojąc tego ranka przy oknie, pomyślała, że Kopernik miał rację. W Toruniu wszystko było odbiciem czegoś innego. Piękna fasada. Brudne dno.
Europejskie Centrum Kopernika wyrastało z ziemi jak wizja architekta, który przeczytał za dużo science fiction i za mało historii. Budynek był ogromny. Szkło, stal i beton, splecione w formę, która z jednej strony miała przypominać heliocentryczny model Układu Słonecznego, a z drugiej — jak złośliwie zauważył recenzent „Gazety Wyborczej” — wyglądała jak gigantyczna pralka do prania pieniędzy unijnych. Kosztował czterysta siedemdziesiąt milionów złotych. Oficjalnie. Nieoficjalnie mówiono o sześciuset, ale nikt nie chciał podawać dokładnych cyfr, bo cyfry w Polsce mają to do siebie, że potrafią zabijać kariery szybciej niż kulki.
Budynek stał przy Grudziądzkiej, nieco cofnięty od linii ulicy, otoczony nowo zasadzonym parkiem, w którym drzewa były jeszcze tak młode i cienkie, że wyglądały jak zapałki wetknięte w piasek. Przed głównym wejściem rozciągał się plac wyłożony granitowymi płytami, na których wygrawerowano daty kluczowych odkryć astronomicznych. Turyści chodzili po nich, nie patrząc pod nogi. Tak jak zawsze.
Paulina przyjechała o piętnastej trzydzieści. Pół godziny przed czasem, bo taka miała zasadę. Kto przychodzi punktualnie, ten już jest spóźniony. Kto przychodzi wcześniej, ten widzi rzeczy, których inni nie zauważają.
Zaparkowała swojego wysłużonego Opla Astrę na bocznej uliczce odchodzącej od Grudziądzkiej i przez chwilę siedziała w aucie, obserwując. Przed budynkiem roiło się od ludzi. Ekipy techniczne montowały ostatnie elementy sceny plenerowej. Ochroniarze w ciemnych garniturach i z mikrofonami w uszach stali przy bramkach jak posągi. Policjanci z psami patrolowali parking. Na dachu budynku po drugiej stronie ulicy Paulina dostrzegła dwie sylwetki. Snajperzy. Ktoś traktował tę ceremonię bardzo poważnie.
Weszła od strony wejścia służbowego, tak jak kazał Baranowski. Pokazała legitymację. Przeszła przez bramkę. Odebrała akredytację — plastikową kartę z jej zdjęciem i napisem SŁUŻBA BEZPIECZEŃSTWA — SEKCJA ANALITYCZNA. Uśmiechnęła się gorzko. Sekcja analityczna. Brzmiało to jak eufemizm dla kogoś, kto ma siedzieć cicho i nie przeszkadzać.
Wewnątrz budynek wyglądał jeszcze bardziej imponująco niż z zewnątrz. Główne atrium sięgało czterech kondygnacji w górę, zwieńczone szklaną kopułą, przez którą wpadało popołudniowe słońce. Na środku, zawieszony na stalowych linach, obracał się model Układu Słonecznego w skali, której Paulina nie potrafiła określić, ale która robiła wrażenie. Podłoga z jasnego marmuru odbijała światło. Pachniało nowością, farbą i ambicją.
— Piękne, prawda? — odezwał się ktoś za jej plecami.
Odwróciła się. Stał przed nią mężczyzna w granatowym garniturze, około sześćdziesięciu lat, z twarzą gładką jak u niemowlęcia i oczami tak jasnymi, że niemal przezroczystymi. Uśmiechał się tym szczególnym uśmiechem, który Paulina kojarzyła z politykami i sprzedawcami używanych samochodów.
— Pan jest…?
— Antoni Załupski. Były minister spraw zagranicznych. Obecnie emeryt i filantrop.
Wyciągnął rękę. Paulina uścisnęła ją. Dłoń była sucha i mocna.
— Paulina Gertz. CBŚ.
— Wiem, kim pani jest — powiedział Załupski, wciąż się uśmiechając. — Krzysztof Baranowski mówił mi o pani. Były zakonnica, która łapie przestępców. Fascynujące połączenie.
— Była zakonnica to trochę jak były alkoholik — odpowiedziała Paulina. — Nigdy nie wiadomo, kiedy nastąpi nawrót.
Załupski zaśmiał się. Śmiech był krótki, suchy i pozbawiony wesołości.
— Lubię panią, pani Gertz. Proszę się rozejrzeć. Będzie pani miała co obserwować.
Odszedł w stronę grupy mężczyzn w garniturach, którzy stali przy wejściu do sali konferencyjnej. Paulina odprowadzała go wzrokiem. Było w nim coś, co budziło niepokój. Nie wiedziała jeszcze co. Ale instynkt, ten sam, który kazał jej odejść z klasztoru i który kazał jej wejść do CBŚ, mówił jej, żeby uważała.
Antoni Załupski. Były minister spraw zagranicznych w rządzie, który upadł w dziewięćdziesiątym siódmym roku w atmosferze skandalu. Oficjalnie odszedł z polityki z powodów zdrowotnych. Nieoficjalnie — bo zbyt wielu ludzi wiedziało zbyt wiele o jego kontaktach z rosyjskim biznesem. Od tamtej pory prowadził fundację wspierającą dialog międzyreligijny. Fundację, która — jak mówiono w kuluarach — była głównie narzędziem do utrzymywania kontaktów z ludźmi, od których normalny człowiek trzymałby się z daleka.
W polskiej polityce lat dziewięćdziesiątych krążyła anegdota, według której Załupski podczas jednej z kolacji dyplomatycznych w Moskwie wzniósł toast słowami: „Za przyjaźń polsko-rosyjską — tak długą i tak bolesną jak rosyjska zima”. Rosjanie pili. Polacy się krzywili. A Załupski uśmiechał się tym swoim uśmiechem, który nie sięgał oczu.
O godzinie siedemnastej trzydzieści goście zaczęli wypełniać główne atrium. Paulina stała na galerii pierwszego piętra, oparta o balustradę, i obserwowała. Miała doskonały widok na cały parter.
Przychodzili falami. Najpierw politycy — obecni i byli, krajowi i zagraniczni. Rozpoznała kilku ministrów z aktualnego rządu. Wicepremier do spraw europejskich, kobieta o stalowych włosach i stalowym uśmiechu, rozmawiała z ambasadorem Niemiec. Marszałek Senatu stał przy barze z sokiem pomarańczowym i wyglądał, jakby wolał być gdziekolwiek indziej. Kilku posłów opozycji kręciło się niespokojnie, szukając kamer.
Potem przyszli duchowni. To było bardziej interesujące. Paulina, dzięki swoim latom w klasztorze i późniejszej pracy w CBŚ, znała topografię polskiego Kościoła lepiej niż większość biskupów. Rozpoznała biskupa toruńskiego, który szedł przez atrium jak okręt flagowy w otoczeniu flotylli sufraganów i kanoników. Za nim, w pewnym oddaleniu, szli przedstawiciele Kościoła prawosławnego — dwóch brodatych duchownych w czarnych szatach, którzy wyglądali, jakby materiał na ich stroje kupiono hurtowo w tym samym sklepie co zasłony w starych hotelach. Był też rabin z Warszawy, imam z Gdańska i — ku zaskoczeniu Pauliny — pastor ewangelicki z Norwegii, wysoki blondyn o twarzy wikinga, który rozmawiał płynnie po polsku z jakimś urzędnikiem ministerstwa kultury.
Paulina notowała w pamięci. Twarze, pozycje, gesty. Kto z kim rozmawia. Kto kogo unika. Kto się poci.
O siedemnastej czterdzieści pięć zauważyła Załupskiego ponownie. Były minister stał teraz w bocznym korytarzu prowadzącym do toalet i rozmawiał z mężczyzną, którego Paulina nie rozpoznawała. Mężczyzna był masywny, około pięćdziesiątki, z gęstą czarną brodą i cerą koloru oliwek. Nosił ciemny garnitur, ale spod kołnierza koszuli wystawał fragment czegoś, co wyglądało jak koloratka. Albo jak coś udającego koloratkę.
Rozmowa wyglądała na napiętą. Załupski gestykulował. Brodaty mężczyzna stał nieruchomo. W pewnym momencie Załupski chwycił go za ramię. Brodaty cofnął się o krok. Powiedział coś. Jedno zdanie. Załupski zbladł.
Paulina zanotowała to w pamięci. Brodaty mężczyzna odwrócił się i odszedł w kierunku głównego atrium. Załupski został w korytarzu. Stał nieruchomo przez kilka sekund. Potem wyjął telefon, wybrał numer i zaczął mówić szybko, cicho, z twarzą człowieka, który właśnie usłyszał diagnozę śmiertelną.
Ceremonia rozpoczęła się punktualnie o osiemnastej. Prezydent miasta wygłosił przemówienie, które trwało dwanaście minut i zawierało słowo „innowacja” siedemnaście razy. Paulina liczyła. Po prezydencie miasta mówił minister kultury. Po ministrze kultury — przewodniczący Komisji Europejskiej w nagranym wcześniej wideo, które zacięło się dwa razy, co nadało całości niechcianego ludzkiego wymiaru. Na końcu przemówił dyrektor Centrum, młody astrofizyk z Krakowa, który mówił o Koperniku tak, jakby znał go osobiście.
— Kopernik nie bał się patrzeć — powiedział, stojąc na tle obracającego się modelu Słońca. — Nie bał się zakwestionować tego, co wszyscy uważali za pewne. My, w tym miejscu, chcemy kontynuować tę tradycję.
Oklaski. Flash-e aparatów. Uśmiechy dla kamer.
Paulina nie klaskała. Obserwowała.
Tłum w atrium liczył teraz około sześciuset osób. Kelnerzy zaczęli krążyć z tacami szampana i kanapek. Rozmowy stawały się głośniejsze, bardziej swobodne, bardziej alkoholowe. Politycy rozmawiali z dziennikarzami, duchowni z biznesmenami, dyplomaci ze sobą nawzajem. Wszystko wyglądało idealnie. Zbyt idealnie.
O osiemnastej czterdzieści Paulina zeszła na parter, żeby się rozejrzeć z bliska. Przechodząc obok baru, usłyszała fragment rozmowy dwóch mężczyzn w garniturach.
— Załupski szuka Krawczyka. Widziałeś go?
— Krawczyk poszedł do podziemi. Podobno chce zobaczyć wystawę przed oficjalnym otwarciem.
— Typowy Krawczyk. Zawsze musi być pierwszy.
Paulina przeszła dalej. Podziemia. Centrum miało rozbudowaną część podziemną — trzy poziomy, na których mieściły się sale wystawowe, magazyny, pomieszczenia techniczne i, jak słyszała, specjalnie zaprojektowana komora do symulacji obserwacji astronomicznych w warunkach zerowego zanieczyszczenia światłem. Dostęp do podziemi prowadził przez klatkę schodową w tylnej części budynku, za salą konferencyjną.
Paulina zawahała się. Nie miała powodu, żeby schodzić na dół. Jej zadaniem była obserwacja gości na głównej ceremonii. Analityka, jak powiedział Baranowski. Siedzieć cicho. Nie przeszkadzać.
Ale instynkt mówił co innego.
Instynkt mówił, że coś jest nie tak.
Skierowała się w stronę tylnej klatki schodowej. Minęła salę konferencyjną, w której technicy pakowali sprzęt nagłaśniający. Przeszła przez krótki korytarz oświetlony jarzeniówkami. Dotarła do drzwi z napisem POZIOM -1 — STREFA TECHNICZNA — WSTĘP ZA OKAZANIEM IDENTYFIKATORA.
Drzwi były uchylone.
Paulina wyjęła swoją legitymację. Zeszła po schodach. Powietrze zmieniło się od razu — z ciepłego i perfumowanego na chłodne i metaliczne. Pachniało betonem, klimatyzacją i czymś jeszcze. Czymś, co Paulina rozpoznała, zanim jej świadomy umysł zdążył to nazwać.
Krew.
Pachniało krwią.
Przyspieszyła kroku. Korytarz na poziomie minus jeden był długi i prosty, oświetlony rzędami halogenów. Po obu stronach ciągnęły się drzwi do pomieszczeń technicznych, oznaczone numerami. Paulina szła szybko, ale cicho. Lata w klasztorze nauczyły ją poruszać się bezszelestnie. Lata w CBŚ nauczyły ją, żeby przy tym mieć rękę blisko broni.
Broń. Nie miała broni. Przyszła na ceremonię bez broni, bo Baranowski powiedział, że to nie jest nalot.
Cholera.
Zapach nasilał się. Na końcu korytarza, przy ostatnich drzwiach oznaczonych numerem T-17, Paulina zobaczyła smugę na podłodze. Ciemną. Lśniącą. Ciągnęła się spod drzwi jak palec wskazujący.
Podeszła. Nasłuchiwała. Cisza.
Pchnęła drzwi.
Pomieszczenie było niewielkie — może dwadzieścia metrów kwadratowych. Prawdopodobnie miało służyć jako magazyn na eksponaty, bo pod ścianami stały metalowe regały, jeszcze puste. Oświetlenie działało w połowie — świeciły tylko dwie z czterech lamp, rzucając na wnętrze nierówne, żółtawe światło.
Na podłodze, pośrodku pomieszczenia, leżał Antoni Załupski.
Na plecach. Z szeroko otwartymi oczami, które wpatrywały się w sufit z wyrazem, którego Paulina nie potrafiła nazwać. Nie był to strach. Nie było to zaskoczenie. Było to raczej coś na kształt zrozumienia. Jakby w ostatniej sekundzie życia Załupski pojął coś, co przez lata mu umykało.
Gardło miał podcięte.
Rana biegła od ucha do ucha, głęboka i precyzyjna, wykonana jednym ruchem. Ręka, która to zrobiła, nie drżała. Krew zdążyła już przestać tryskać i teraz tworzyła wokół głowy coś na kształt ciemnej aureoli. Koszula, jeszcze godzinę temu biała i wykrochmalona, była teraz ciemnoczerwoną chustą. Garnitur za sześć tysięcy złotych — bezużytecznym opakowaniem.
Ale to nie ciało przykuło uwagę Pauliny najbardziej.
Na piersi Załupskiego, ułożony z niemal liturgiczną starannością, leżał krucyfiks.
Był stary. Bardzo stary. Paulina, choć nie była ekspertem od sztuki sakralnej, od razu rozpoznała średniowieczną robotę. Drewno ciemne, niemal czarne od wieków. Postać Chrystusa wyrzeźbiona z brutalną prostotą wczesnego gotyku — bez elegancji renesansu, bez dramatyzmu baroku. Surowa, prymitywna, prawdziwa.
I odwrócona do góry nogami.
Krucyfiks leżał na piersi martwego ministra z Chrystusem głową w dół. Jak w mszy czarnej. Jak w rytuałach, o których Paulina czytała w aktach spraw, których wolałaby nie pamiętać.
Stała nieruchomo przez pięć sekund. Może dziesięć. Czas zmienił konsystencję.
Potem zrobiła to, czego nauczyło ją CBŚ. Cofnęła się o krok. Nie dotknęła niczego. Wyjęła telefon. Wybrała numer.
— Baranowski.
— Krzysztof, tu Gertz. Mam trupa. Poziom minus jeden, pomieszczenie T-17.
Cisza na linii. Paulina słyszała oddech przełożonego.
— Kto? — zapytał wreszcie.
— Antoni Załupski. Były minister spraw zagranicznych. Podcięte gardło. Na piersi ma krucyfiks odwrócony do góry nogami.
Cisza trwała dłużej. Paulina mogła sobie wyobrazić twarz Baranowskiego — jak ściekają z niej kolejne warstwy pewności siebie.
— Nikogo nie wpuszczaj. Nikogo nie wypuszczaj. Jadę.
Rozłączył się.
Paulina schowała telefon. Spojrzała jeszcze raz na ciało. Na krucyfiks. Na krew.
Gdzieś nad jej głową, cztery kondygnacje wyżej, sześćset osób piło szampana i rozmawiało o Koperniku, o Europie, o przyszłości. Grała muzyka. Brzęczały kieliszki. Świat kręcił się dalej, nieświadomy, że pod jego stopami leży martwy człowiek z odwróconym krzyżem na piersi.
Paulina pomyślała o Koperniku. O jego słowach — prawdziwych lub wymyślonych — wypowiedzianych na moście nad Wisłą. „Woda kłamie, bracie. Pokazuje niebo tam, gdzie jest dno”.
Tu było dno.
W ciągu następnych dwudziestu minut Paulina stała przy drzwiach pomieszczenia T-17 i nie wpuszczała nikogo. Przyszło trzech ochroniarzy. Legitymowali się kartami Biura Ochrony Rządu. Paulina pokazała im swoją legitymację CBŚ i powiedziała, że mają czekać. Próbowali protestować. Paulina powiedziała to samo, tylko ciszej. Zaczekali.
O dziewiętnastej szesnastej zjawił się Baranowski. Za nim szedł zespół techników kryminalistyki w białych kombinezonach. Baranowski był blady. Blady jak ściana korytarza, w którym stali.
— Pokaż — powiedział.
Paulina odsunęła się. Baranowski wszedł do pomieszczenia. Stał nad ciałem przez może pół minuty. Potem wyszedł.
— Jezus Maria — powiedział cicho.
— Właśnie — odpowiedziała Paulina. — Dosłownie.
Baranowski spojrzał na nią. W jego oczach było coś, czego wcześniej nie widziała. Strach. Nie strach przed trupem. Baranowski widział trupy. Strach przed czymś większym. Przed konsekwencjami. Przed lawiną, która właśnie ruszyła.
— Kto wie? — zapytał.
— Ja. Ty. Trzech ludzi z BOR-u na korytarzu. Nikt na górze.
— Na górze jest prezydent miasta, trzech ministrów, ambasadorzy, biskup i sto kamer telewizyjnych. Jeśli to wycieknie teraz…
— To wycieknie — przerwała Paulina. — Pytanie brzmi: kiedy i na czyich warunkach.
Baranowski potarł twarz dłońmi. Wyglądał, jakby postarzał się o dziesięć lat w ciągu dziesięciu minut. Był dobrym policjantem, ale to wykraczało poza policję. To była polityka, religia i morderstwie splecionymi w węzeł, którego nikt nie chciał rozwiązywać.
— Ten krucyfiks — powiedział. — Co o nim wiesz?
— Średniowieczny. Może trzynasty, może czternasty wiek. Nie jestem ekspertką, ale wygląda na autentyk. I jest odwrócony do góry nogami.
— Symbol satanistyczny?
— Albo antykatolickie statement. Albo prowokacja. Albo coś zupełnie innego.
— Co innego?
Paulina zawahała się. Myślała o czymś, co widziała w aktach sprawy sprzed lat. W archiwach, do których nie powinna mieć dostępu, ale miała, bo w CBŚ granice między wydziałami są bardziej porowate, niż ktokolwiek chciałby przyznać.
— Nie wiem jeszcze — powiedziała. — Ale to nie jest przypadkowy symbol. Ten, kto go tu położył, wiedział, co robi. I chciał, żebyśmy wiedzieli, że wie.
Baranowski skinął głową.
— Dobra. Zamykamy budynek. Cisza medialna do odwołania. I Paulina…
— Tak?
— Ta sprawa jest twoja.
Paulina patrzyła na niego.
— Myślałam, że jestem tu tylko analitycznie.
— To było godzinę temu. Godzinę temu żył jeszcze minister. Teraz go nie ma. I ktoś zostawił odwrócony krzyż na jego piersi w budynku, w którym jest pół polskiego rządu. To nie jest sprawa dla analityka. To jest sprawa dla kogoś, kto rozumie zarówno przestępców, jak i księży.
Paulina milczała przez chwilę. Gdzieś w głębi budynku trzasnęły drzwi.
— A co, jeśli przestępca i ksiądz to ta sama osoba? — zapytała cicho.
Baranowski nie odpowiedział. Nie musiał. Oboje wiedzieli, że w Polsce to pytanie było mniej retoryczne, niżby się mogło wydawać.
O godzinie dwudziestej budynek został zamknięty. Oficjalnie — z powodu awarii systemu wentylacyjnego. Goście wyprowadzeni wyjściami ewakuacyjnymi. Szampan nie dopity. Kanapki nie zjedzone. Ceremonia skrócona. Prezydent miasta wygłosił przeprosiny z twarzą człowieka, który właśnie dowiedział się, że jego życie już nigdy nie będzie takie samo.
Paulina stała na parkingu i patrzyła, jak ostatnie limuzyny odjeżdżają Grudziądzką w stronę centrum. Niebo nad Toruniem zrobiło się ciemnogranatowe. Gdzieś nad Wisłą krzyczały mewy.
Pomyślała o Załupskim. O jego uśmiechu, który nie sięgał oczu. O tym, jak chwycił brodatego mężczyznę za ramię i jak tamten cofnął się o krok. O jednym zdaniu, które brodaty wypowiedział i od którego Załupski zbladł.
Kim był brodaty mężczyzna?
I gdzie teraz jest?
Paulina wyjęła telefon i zadzwoniła do wydziału. Poprosiła o nagrania z kamer monitoringu w Centrum Kopernika. Wszystkie. Od rana.
Potem wsiadła do samochodu, odpaliła silnik i wyjechała na Grudziądzką. Skręciła w Szosę Chełmińską, potem w Mickiewicza, potem w Konopnickiej. Droga do domu. Droga, którą znała na pamięć. Ale tego wieczoru wszystko wyglądało inaczej. Ulice wydawały się węższe. Cienie dłuższe. Latarnie słabsze.
Na klatce schodowej w swoim bloku minęła sąsiadkę z drugiego piętra, starszą kobietę, która zawsze pachniała kapustą i pytała Paulinę, kiedy wyjdzie za mąż. Tym razem sąsiadka nic nie powiedziała. Może wyczuła coś w twarzy Pauliny. Może po prostu była zmęczona.
Paulina weszła do mieszkania. Zamknęła drzwi na klucz. Usiadła na kanapie. Nie zapaliła światła.
W ciemności widziała twarz Załupskiego. Otwarte oczy. Podcięte gardło. Krucyfiks odwrócony do góry nogami.
I nagle, z siłą uderzenia, dotarło do niej wspomnienie. Nie z CBŚ. Nie z akt. Z klasztoru. Z nocy, kiedy nie mogła spać i przeszła do biblioteki, i znalazła na najwyższej półce starą księgę w skórzanej oprawie. Liber Iudicii. Księga Sądu. Rękopis z piętnastego wieku, który prawdopodobnie nie powinien znajdować się w klasztorze Urszulanek w Pniewach. Opisywał rytuał, w którym odwrócony krucyfiks kładziono na piersi zdrajcy wiary. Nie jako akt satanizmu. Nie jako bluźnierstwo. Jako wyrok. Jako ogłoszenie, że ten człowiek zdradził to, co święte, i że jego kara jest sprawiedliwa.
To nie było bluźnierstwo. To był sąd.
Ktoś osądził Antoniego Załupskiego. Ktoś, kto znał starą tradycję. Ktoś, kto wierzył, że ma prawo wymierzać sprawiedliwość w imieniu Boga. Albo przeciwko Bogu. Albo zamiast Boga.
Paulina wstała. Podeszła do okna. Toruń leżał w ciemności, rozświetlony łańcuchami latarni, które biegły wzdłuż ulic jak różańce. Gotyckie wieże kościołów rysowały się na tle nieba jak palce wskazujące wymierzone w chmury.
Miasto pachniało piernikiem i deszczem.
I krwią.
Ale tego zapachu czuła tylko Paulina.
Na biurku w sypialni leżał stos papierów, które przyniosła z biura trzy dni temu. Sprawa portowa. Kokaina z Gdyni. Świadek, który mógł się wycofać. To wszystko wydawało się teraz odległe jak inna galaktyka.
Paulina otworzyła laptopa. Wpisała w wyszukiwarkę: „Antoni Załupski handel relikwiami”. Zero wyników. Spróbowała inaczej: „Załupski klasztory lata 90”. Jeden wynik — artykuł z regionalnej gazety z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku, za parawanem, którego nie mogła ominąć o tej porze.
Zamknęła laptopa. Zaparzyła kawę. Czarną, bez cukru. Trzecią tego dnia.
Stała w kuchni i patrzyła na ścianę. Na ścianie wisiał mały drewniany krzyż. Zwykły. Prosty. Prawidłowo odwrócony. Kupiła go na pchlim targu przy ulicy Kościuszki w Toruniu, trzy lata temu, w dniu pogrzebu matki. Nie wiedziała, dlaczego go kupiła. Nie wiedziała, dlaczego go powiesiła. Nie modliła się. Nie chodziła do kościoła. Ale krzyż wisiał.
Teraz patrzyła na niego inaczej.
Odwróciła go do góry nogami. W wyobraźni. Tylko w wyobraźni. I zobaczyła to, co zobaczył morderca Załupskiego. Nie bluźnierstwo. Nie prowokację.
Sprawiedliwość.
Straszną, starą, bezlitosną sprawiedliwość.
Telefon zadzwonił o dwudziestej trzeciej czterdzieści jeden. Numer nieznany.
— Gertz — powiedziała.
— Pani Paulina Gertz? — Głos kobiecy. Niski, lekko zachrypnięty, z nutą czegoś, co mogło być ironią albo zmęczeniem. — Moje nazwisko to Wręcz-Głęboka. Katarzyna Wręcz-Głęboka. Być może pani o mnie słyszała.
Paulina słyszała. O tak, słyszała.
— Słucham panią.
— Muszę się z panią spotkać. Chodzi o Antoniego Załupskiego.
Paulina zacisnęła palce na telefonie.
— Skąd pani wie o Załupskim? Nic nie zostało podane do mediów.
— Właśnie dlatego muszę się z panią spotkać. Są rzeczy, których media nigdy się nie dowiedzą. Chyba że ktoś im powie. A ja nie chcę mówić mediom. Chcę mówić pani.
Cisza. Paulina słuchała szumu własnej krwi w uszach.
— Gdzie? — zapytała.
— Kawiarnia Pod Kurantem. Rynek Staromiejski. Jutro, dziewiąta rano. Usiądę przy oknie.
— Skąd będę panią wiedziała?
Krótki, suchy śmiech.
— Pani Gertz, niech pani nie żartuje. Moja twarz była na okładce każdej gazety w tym kraju. Z różnych powodów. Nie wszystkie były przyjemne. Rozpozna mnie pani.
Rozłączyła się.
Paulina odłożyła telefon. Katarzyna Wręcz-Głęboka. Była posłanka, była wiceminister, była nadzieja partii. Kobieta, która straciła mandat, karierę i twarz w aferze seksualnej z rumuńskim ślusarzem Ryszardem Napletescu — aferze, która przez trzy tygodnie nie schodziła z pierwszych stron gazet, a potem została zapomniana, jak wszystko w Polsce jest zapominane, gdy pojawi się kolejny skandal.
Co łączyło Katarzynę Wręcz-Głęboką z Antonim Załupskim?
I skąd wiedziała o morderstwie, zanim ktokolwiek podał to do wiadomości publicznej?
Paulina podeszła do okna. Toruń spał. Wisła płynęła w ciemności, cicha i obojętna. Na moście drogowym imienia Piłsudskiego migały światła samotnego samochodu.
Jutro zaczynało się coś, czego Paulina nie potrafiła jeszcze nazwać. Ale czuła to. Tak jak czuła zapach krwi w podziemiach Centrum Kopernika, zanim jej świadomy umysł zdążył go rozpoznać.
Zapach. Metaliczny, słodkawy, pradawny.
Zapach ryb, pomyślała nagle, bez żadnego powodu. I zadrżała.
Na Rynku Staromiejskim zegar na wieży ratuszowej wybił północ. Dwanaście uderzeń. Każde jak gwóźdź wbijany w wieko trumny.
Nowy dzień. Nowa sprawa. Stare grzechy.
Paulina zgasiła światło w kuchni, ale zostawiła zapaloną lampkę w przedpokoju. Nawyk z klasztoru. Siostry zawsze zostawiały jedno światło zapalone na noc. Na wypadek gdyby Bóg chciał zajrzeć.
Paulina nie wierzyła już w Boga. Ale światło zostawiała.
Na wszelki wypadek.
Rozdział 2. Była zakonnica
Paulina nie spała.
Leżała na wąskim łóżku w swoim mieszkaniu przy Konopnickiej i wpatrywała się w sufit, na którym wilgoć zostawiła plamę przypominającą mapę Skandynawii. Zegar na szafce nocnej pokazywał trzecią dwadzieścia siedem. Za oknem Toruń milczał tą szczególną ciszą, która zapada nad miastem między ostatnim pijanym wracającym z knajpy a pierwszym tramwajem. Cisza jak spowiedź. Pusta i pełna jednocześnie.
Myślała o gardłach.
Nie o gardle Załupskiego — choć i ono wracało, oczywiście, że wracało, ciemna linia od ucha do ucha, precyzyjna jak pociągnięcie pędzla. Myślała o gardłach w ogóle. O tym, jak kruche jest to miejsce. Kilka centymetrów skóry, mięśni, chrząstek. Pod spodem tętnice szyjne, żyły, tchawica, przełyk. Cała maszyneria życia skoncentrowana w jednym wąskim odcinku ciała, jakby projektant popełnił błąd konstrukcyjny. Albo zrobił to celowo. Żeby przypomnieć, że jesteśmy śmiertelni. Że wystarczy jedno pociągnięcie, jeden ruch nadgarstka, i wszystko się kończy.
W klasztorze nauczyli ją, że gardło to miejsce modlitwy. Że dźwięk rodzi się w krtani i wznosi ku Bogu. Psalm sto czterdziesty dziewiąty, werset szósty: „Niech chwała Boża będzie w ich ustach”. Siostry śpiewały jutrzni o piątej trzydzieści rano, stojąc w dwóch rzędach naprzeciwko siebie w kaplicy, i ich głosy spotykały się pod sklepieniem jak dwie rzeki wpadające do tego samego morza. Paulina pamiętała to uczucie. Wibrację w piersi. Rezonans w czaszce. Poczucie, że jest się częścią czegoś większego.
Teraz gardło Załupskiego było milczące na zawsze. Ktoś uciszył go z chirurgiczną precyzją. I zostawił na jego piersi krucyfiks odwrócony do góry nogami, jakby chciał powiedzieć: ten człowiek nie zasługuje na modlitwę.
O czwartej Paulina wstała. Wiedziała, że sen nie przyjdzie. Nie tej nocy. Może nie przez kilka najbliższych nocy. Tak to działało — po każdym trupie jej ciało potrzebowało czasu, żeby przypomnieć sobie, jak się zasypia. W CBŚ nikt o tym nie mówił. Nikt nie mówił o bezsenności, o nawracających obrazach, o zapachu krwi, który wracał w najmniej spodziewanych momentach — podczas jedzenia obiadu, podczas jazdy tramwajem, podczas czytania gazety. Terapeutka wydziałowa nazywała to reakcją stresową. Paulina nazywała to ceną.
Wzięła prysznic. Zimny. Kolejny nawyk z klasztoru, gdzie ciepła woda była luksusem zarezerwowanym na niedziele. Ubierając się, stanęła przed lustrem i przez chwilę patrzyła na swoje odbicie. Blizna na twarzy wyglądała dziś bardziej wyraźnie niż zwykle. Jakby mróz klasztornych schodów wciąż w niej siedział, zamarznięty na wieczność w tkance bliznowatej.
Miała szczupłą, żylastą sylwetkę kobiety, która nigdy nie jadła dla przyjemności. Ciemne włosy ścięte krótko, pragmatycznie, bez ambicji estetycznych. Oczy ciemnoszare, osadzone głęboko, z wyrazem, który ludzie często mylili z chłodem. To nie był chłód. To była uważność. Paulina patrzyła na świat tak, jak się patrzy na scenę zbrodni — szukając tego, co nie pasuje, co zostało przesunięte, co ktoś próbował ukryć.
Włożyła ciemne jeansy, szarą koszulę i skórzaną kurtkę, pod którą zamocowała kaburę z Glockiem 19. Wczoraj przyszła na ceremonię bez broni. Ten błąd się nie powtórzy.
O szóstej trzydzieści była już w Komendzie Wojewódzkiej Policji przy ulicy Grudziądzkiej. Budynek stał niecały kilometr od Centrum Kopernika — ironia losu, która nie umknęła Paulinie. Morderca zabił w cieniu policji. Dosłownie.
Komenda o tej porze była jeszcze na wpół pusta. Dyżurni pili kawę z automatów, które serwowały płyn o smaku rozczarowania. Korytarze pachniały linoleum i środkiem dezynfekcyjnym. Na tablicy ogłoszeń ktoś przypiął kartkę: „Kto pożyczył mój kubek, niech go odda. Podpis: asp. Wiśniewski”. Normalność. Piękna, banalna normalność, od której Paulina czuła się tak daleko, jakby patrzyła na nią z kosmosu.
Pokój, który przydzielono jej jako bazę operacyjną, znajdował się na drugim piętrze. Niewielki, z jednym oknem wychodzącym na parking. Biurko, dwa krzesła, szafa metalowa, tablica korkowa na ścianie. Na biurku stał komputer, którego wiek Paulina szacowała na epokę lodowcową. Obok leżała brązowa teczka z napisem odręcznym: „ZAŁUPSKI A. — materiały wstępne”.
Otworzyła teczkę. W środku było niewiele. Protokół oględzin miejsca zdarzenia — sporządzony pospiesznie przez techników, którzy przyjechali po telefonie Baranowskiego. Kilkanaście zdjęć. Wstępna opinia medyka sądowego, który zbadał ciało na miejscu.
Paulina rozłożyła zdjęcia na biurku jak karty tarota. Wiedziała, że to porównanie jest niesmaczne, ale nie potrafiła się od niego uwolnić. Każde zdjęcie opowiadało fragment historii. Ciało z szeroko otwartymi oczami. Rana na gardle. Krew na marmurowej podłodze. I krucyfiks.
Krucyfiks.
Na zdjęciach wyglądał jeszcze bardziej intrygująco niż na żywo. Drewno niemal czarne, z delikatnymi pęknięciami biegnącymi wzdłuż słojów. Postać Chrystusa wyrzeźbiona w stylu, który Paulina kojarzyła z wczesnym gotykiem skandynawskim — surowa, geometryczna, pozbawiona cierpienia. Chrystus na tym krzyżu nie cierpiał. Panował. Albo sądził. Jego twarz była maską władzy, nie bólu.
Paulina wyjęła lupę z szuflady biurka. Pochyliła się nad zdjęciem. Na odwrocie krucyfiksu, ledwo widoczny na ciemnym drewnie, znajdował się znak. Litera. Albo symbol. Zdjęcie było zbyt niskiej rozdzielczości, żeby to rozstrzygnąć.
Zapisała w notesie: „Krucyfiks — zbadać proweniencję. Symbol na odwrocie — powiększyć zdjęcie.”
Wstępna opinia medyka sądowego była lakoniczna, jak to zwykle bywa z opiniami pisanymi o trzeciej w nocy. Zgon w wyniku wykrwawienia na skutek rany ciętej szyi. Narzędzie zbrodni — ostry przedmiot o gładkim ostrzu, prawdopodobnie nóż o długości klingi minimum piętnaście centymetrów. Rana zadana od tyłu. Jedna rana. Brak śladów walki na ciele ofiary. Brak ran obronnych na dłoniach i przedramionach. Wniosek: ofiara nie broniła się. Albo nie zdążyła, albo nie chciała, albo nie mogła.
Paulina zamknęła teczkę. Rana zadana od tyłu, jednym ruchem, bez wahania. To nie był amator. To nie był impulsywny akt przemocy. To była egzekucja.
O siódmej czterdzieści pięć zadzwonił Baranowski.
— Nie spałaś — stwierdził, nie pytając.
— Nie spałam. Co mamy z monitoringu?
— Częściowo. System w Centrum Kopernika był uruchamiany stopniowo. Część kamer na poziomie minus jeden nie działała w momencie zdarzenia. Technicznie nie były jeszcze podłączone.
— Jak wygodnie.
— Albo jak zaplanowane. Mam kogoś, kto pracuje nad resztą materiału. Dam ci znać.
— Krzysztof, potrzebuję dostępu do archiwów IPN.
Cisza na linii. Paulina prawie słyszała, jak Baranowski się krzywi.
— Po co ci IPN?
— Załupski był ministrem w dziewięćdziesiątym szóstym i dziewięćdziesiątym siódmym. Odszedł w atmosferze skandalu. Chcę wiedzieć, co jest w jego teczce.
— Jeśli jest teczka.
— Zawsze jest teczka, Krzysztof. Pytanie tylko, ile stron ktoś wyrwał.
Baranowski westchnął. To był ciężki, mokry westchnienie człowieka, który wie, że właśnie wchodzi na pole minowe.
— Dostaniesz dostęp. Ale Paulina…
— Tak?
— Bądź ostrożna. Załupski miał przyjaciół. Wciąż żyjących, wciąż wpływowych przyjaciół. Jeśli zaczniesz grzebać w ich przeszłości, będą kopać pod tobą.
— Niech kopią. Ja już jestem na dnie.
Rozłączyła się.
Istnieje pewna anegdota, powtarzana w kręgach polskich służb specjalnych z mieszaniną podziwu i zgrozy, o oficerze kontrwywiadu, który w latach dziewięćdziesiątych dostał zadanie zbadania powiązań pewnego ministra z rosyjskim biznesem. Oficer pracował nad sprawą osiem miesięcy. Zebrał dowody. Napisał raport. Złożył go na biurku przełożonego. Następnego dnia został przeniesiony do wydziału zajmującego się kradzieżami rowerów w Radomiu. Raport zniknął. Minister kontynuował karierę. Oficer nigdy nie wrócił do kontrwywiadu. Nikt nie pamięta jego nazwiska. Wszyscy pamiętają lekcję.
Paulina znała tę historię. Znała ją, bo oficer, który skończył w Radomiu, był jej instruktorem w szkole policyjnej. Pewnego wieczoru, po zajęciach, kiedy inni kursanci poszli do baru, został z nią w sali wykładowej i powiedział coś, co zapamiętała na zawsze.
— Gertz, zapamiętaj jedno. W tym kraju prawda nie jest bronią. Prawda jest amunicją. Musisz wiedzieć, kiedy ją wystrzelić. Bo jeśli wystrzelisz za wcześnie, trafisz w ścianę. A jeśli za późno, cel już zdąży uciec.
O ósmej trzydzieści Paulina pojechała do Zakładu Medycyny Sądowej przy ulicy Marii Skłodowskiej-Curie, gdzie ciało Załupskiego czekało na pełną sekcję. Prowadził ją doktor Marek Szulc, patolog o dwudziestoletnim doświadczeniu, człowiek, który wyglądał jak ktoś, kto nigdy w życiu nie widział słońca. Miał bladą, niemal przezroczystą skórę, rzadkie jasne włosy i oczy w kolorze rozmytego błękitu. Mówił wolno, precyzyjnie, waży każde słowo, jakby składał zeznania przed sądem nawet wtedy, gdy zamawiał kawę w bufecie.
Paulina lubiła Szulca. Był jednym z niewielu ludzi, przy których nie musiała udawać, że śmierć jej nie rusza.
— Rana jest czysta — powiedział Szulc, stojąc nad stalowym stołem sekcyjnym, na którym leżało ciało byłego ministra, przykryte białym prześcieradłem do pasa. — Jedno cięcie. Od lewej do prawej. Głębokie. Przecięte obie tętnice szyjne, żyła szyjna wewnętrzna i tchawica. Śmierć nastąpiła w ciągu dwóch, może trzech minut.
— Kierunek cięcia od lewej do prawej — powtórzyła Paulina. — Czyli sprawca stał za nim i był praworęczny.
— Prawdopodobnie. Albo leworęczny i stał przed nim, ale kąt nacięcia sugeruje pozycję od tyłu.
— Ślady walki?
— Żadne. Nic pod paznokciami. Brak otarć, brak siniaków. Toksykologia wróci za kilka dni, ale wstępnie nie widzę oznak odurzenia. Źrenice reaktywne w momencie zgonu. Ten człowiek był przytomny, kiedy go zabijano.
Paulina stała przy stole i patrzyła na twarz Załupskiego. W śmierci wyglądał inaczej niż w życiu. Uśmiech, który nie sięgał oczu, zastąpił grymas, który nie sięgał niczego. Twarz zastygła w wyrazie, który Paulina wczoraj nazwała zrozumieniem. Teraz, w zimnym świetle prosektorium, wyglądał raczej na rezygnację. Jakby Załupski w ostatniej sekundzie nie zrozumiał dlaczego, ale przyjął, że tak musi być.
— Narzędzie — powiedziała.
— Nie znaleziono na miejscu. Ale mogę ci powiedzieć, co to było. Ostrze gładkie, nie ząbkowane. Kąt nacięcia wskazuje na lekko zakrzywioną klingę. Nie nóż kuchenny. Nie scyzoryk. Coś specjalistycznego. Może nóż myśliwski. Może chirurgiczny. Albo…
Szulc zawahał się. Paulina widziała, że myśli o czymś, co go niepokoi.
— Albo co?
— Albo nóż rytualny. Widziałem kiedyś podobne rany. Lata temu, w sprawie, o której wolałbym nie mówić. Mężczyzna zabity w opuszczonym kościele pod Krakowem. To samo cięcie. Ta sama precyzja. Narzędzie okazało się średniowiecznym nożem liturgicznym, używanym w rytuałach, których Kościół oficjalnie nigdy nie uznawał.
Paulina poczuła dreszcz. Nie zimna. Czegoś innego.
— Masz zdjęcia tego narzędzia?
— Gdzieś w archiwum. Wyślę ci, jak znajdę. Ale Paulina…
— Tak?
Szulc zdjął rękawiczki lateksowe. Powoli, palec po palcu. Patrzył na nią swoimi rozmytymi oczami.
— Ten krucyfiks, który znaleziono na ciele. Widziałem go. Przed sekcją, kiedy zdejmowali ubranie. To nie jest zwykły krucyfiks.
— Wiem. Średniowieczny.
— Nie tylko średniowieczny. Ja nie jestem historykiem sztuki, ale znam kogoś, kto jest. Zadzwoniłem do niej w nocy. Wysłałem jej zdjęcie. Odpowiedziała mi o piątej rano. Trzęsła się na głos.
Paulina uniosła brwi.
— Trzęsła się?
— Powiedziała, że jeśli ten krucyfiks jest tym, za co go uważa, to jest wart więcej niż cały budynek, w którym go znaleziono. I że nie powinien istnieć. Że został zniszczony. Oficjalnie. W tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim roku.
Ekspertka nazywała się profesor Hanna Dolniak. Kierowała Katedrą Historii Sztuki Sakralnej na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika — tym samym uniwersytecie, który sponsorował Centrum Kopernika, tym samym uniwersytecie, pod którego bokiem zamordowano byłego ministra. Toruń był małym miastem. Wszystko tu było blisko. Zbyt blisko.
Paulina spotkała się z nią o jedenastej w jej gabinecie na Wydziale Sztuk Pięknych, w budynku przy ulicy Sienkiewicza. Gabinet wyglądał tak, jak powinien wyglądać gabinet profesor historii sztuki — książki od podłogi do sufitu, reprodukcje obrazów na każdej wolnej powierzchni ściany, zapach starego papieru i świeżo zaparzonej herbaty. Na biurku, obok stosów publikacji, stała figurka Matki Boskiej z Lourdes, kiczowata i plastikowa, która wyglądała jak jedyny przedmiot w pomieszczeniu nieposiadający wartości historycznej.
Profesor Dolniak była drobną kobietą po sześćdziesiątce, z siwymi włosami spiętymi w kok i twarzą, która musiała być kiedyś piękna, a teraz była interesująca. Miała żywe, ciemne oczy i ręce, które nie potrafiły być nieruchome — przez całą rozmowę obracała w palcach srebrny długopis, jakby nawet w bezruchu musiała coś tworzyć.
— Proszę usiąść — powiedziała, wskazując krzesło naprzeciwko biurka. — Herbaty? Mam darjeeling i mam polską z Biedronki. Polecam darjeeling. Polska smakuje jak skrucha.
Paulina usiadła. Odmówiła herbaty.
— Pani profesor, doktor Szulc powiedział mi, że rozpoznała pani krucyfiks znaleziony na ciele ofiary.
Dolniak przestała obracać długopis. Położyła go na biurku z deliberacją, która sugerowała, że potrzebuje obu rąk wolnych, żeby opowiedzieć to, co zamierza.
— Rozpoznałam. Albo raczej — myślę, że rozpoznałam. Jeśli mam rację, to mamy problem znacznie większy niż morderstwo.
— Słucham.
Dolniak wstała. Podeszła do regału za biurkiem i wyjęła z niego dużą, oprawioną w skórę księgę. Otworzyła ją na stronie, która była już wcześniej zaznaczona kawałkiem bibuły. Na stronie znajdowała się czarno-biała reprodukcja fotografii. Krucyfiks. Ten sam surowy styl. Ta sama geometryczna twarz Chrystusa. Te same pęknięcia w ciemnym drewnie.
— To jest Krucyfiks z Nidaros — powiedziała Dolniak, kładąc księgę przed Pauliną. — Wykonany prawdopodobnie w drugiej połowie trzynastego wieku w warsztacie związanym z katedrą w Trondheim. Nidaros to stara nazwa Trondheim, jeśli pani nie wie.
— Wiem — odpowiedziała Paulina. — Centrum pielgrzymkowe. Grób świętego Olafa.
Dolniak uniosła brwi, wyraźnie zaskoczona.
— Klasztor — wyjaśniła Paulina krótko.
— Rozumiem. Tak. Krucyfiks z Nidaros był jednym z najcenniejszych obiektów sztuki sakralnej w Skandynawii. Przez wieki przechowywany w katedrze trondheimskiej, potem w różnych klasztorach na wybrzeżu norweskim. W osiemnastym wieku trafił do prywatnej kolekcji. W dziewiętnastym wrócił do Kościoła. A w tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim roku, podczas niemieckiej okupacji Norwegii, został oficjalnie zniszczony.
— Oficjalnie.
— Tak. Oficjalnie. Niemcy zarekwirowali kolekcję kościelną w Trondheim w ramach programu Ahnenerbe — programu badań nad dziedzictwem przodków, prowadzonego przez SS. Część obiektów wywieziono do Niemiec. Resztę uznano za zniszczoną. Krucyfiks z Nidaros był na liście zniszczonych.
Paulina patrzyła na reprodukcję. Na ciemne drewno. Na surową twarz Chrystusa, który nie cierpiał, lecz sądził.
— Ale nie został zniszczony — powiedziała.
— Nie. Jeśli to, co leżało na piersi pańskiego trupa, jest oryginałem — a jestem prawie pewna, że jest — to Krucyfiks z Nidaros przeżył wojnę. Pytanie: gdzie był przez ostatnie osiemdziesiąt lat? I jak trafił do podziemi Centrum Kopernika w Toruniu?
Paulina milczała. Myślała. Układanka, która wczoraj wyglądała jak zwykłe morderstwo — brutalne, ale zrozumiałe — zaczynała nabierać wymiarów, których nie spodziewała się zobaczyć. Krucyfiks warty fortunę. Obiekt, który oficjalnie nie istnieje. Na piersi byłego ministra spraw zagranicznych, z krzyżem odwróconym do góry nogami.
— Pani profesor, jest coś jeszcze. Na odwrocie krucyfiksu jest jakiś znak. Symbol albo litera. Na zdjęciach nie da się go dobrze odczytać.
Dolniak skinęła głową.
— Widziałam go na zdjęciu od Szulca. Jest niewyraźny, ale myślę, że to litera „P” w stylu uncjalnym. Albo symbol ryby.
— Ryby?
— Ichthys. Ryba. Najstarszy symbol chrześcijański. Starszy od krzyża. Akronim od Iesous Christos Theou Yios Soter — Jezus Chrystus, Boży Syn, Zbawiciel. Pierwsi chrześcijanie używali go jako znaku rozpoznawczego w czasach prześladowań. Rysowali rybę na murach, na drzwiach, na piasku. Jeśli ktoś rozumiał symbol, był swoim. Jeśli nie — był obcym.
Paulina poczuła, jak coś się w niej przesuwa. Jak element układanki, który przez godziny leżał na stole bezużytecznie, nagle znajduje swoje miejsce.
— Ryba — powtórzyła cicho.
— Ryba. Ale proszę mnie dobrze zrozumieć, pani Gertz. Ichthys na średniowiecznym krucyfiksie to anomalia. Ten symbol wyszedł z powszechnego użycia w czwartym, piątym wieku, kiedy krzyż stał się oficjalnym znakiem Kościoła. Jego obecność na trzynastowiecznym krucyfiksie sugeruje, że ten przedmiot nie był wykonany dla oficjalnego Kościoła. Był wykonany dla kogoś, kto uważał się za spadkobiercę czegoś starszego. Czegoś bardziej pierwotnego.
— Sekta?
— Nie lubię tego słowa. Ale tak — pewna tradycja. Odłam. Grupa, która uważała, że Kościół zszedł z drogi, i która posługiwała się starymi symbolami jako znakiem tożsamości. W średniowiecznej Skandynawii było kilka takich grup. Wiemy o nich bardzo niewiele. Zostawili po sobie garść dokumentów, kilka przedmiotów liturgicznych i mnóstwo legend.
Paulina wstała. Podeszła do okna. Za oknem, na ulicy Sienkiewicza, studenci szli na zajęcia z torbami i kawami w jednorazowych kubkach. Normalni młodzi ludzie w normalny piątkowy poranek. Nie wiedzieli, że kilkaset metrów od nich, w podziemiach nowego budynku, leżało ciało mężczyzny z trzynastowiecznym krucyfiksem na piersi. Nie wiedzieli i nie powinni wiedzieć. Jeszcze nie.
— Pani profesor, jeszcze jedno pytanie. Jak taki przedmiot mógł trafić do współczesnej Polski?
Dolniak znów wzięła do ręki długopis. Obracała go przez dłuższą chwilę, zanim odpowiedziała.
— Są dwa scenariusze. Pierwszy — ktoś znalazł go po wojnie w ruinach, w piwnicy, w zapomnianych zbiorach. Takie rzeczy się zdarzały. W czterdziestym piątym roku Europa była jednym wielkim pchlim targiem. Dzieła sztuki krążyły jak monety — z ręki do ręki, z kraju do kraju, bez dokumentacji, bez proweniencji. Drugi scenariusz jest gorszy.
— Gorszy?
— Nielegalny obrót. Handel relikwiami i sztuką sakralną. To nie jest zjawisko z przeszłości, pani Gertz. To jest przemysł. Cichy, dobrze zorganizowany i niezwykle dochodowy. W latach dziewięćdziesiątych, po upadku komunizmu, z klasztorów w Polsce, Czechach, na Ukrainie i w krajach bałtyckich zniknęły setki cennych przedmiotów sakralnych. Monstrancje, relikwiarze, krucyfiksy, ikony. Część trafiła do prywatnych kolekcji na Zachodzie. Część do Rosji. Część — nikt nie wie dokąd.
— I nikt tego nie ścigał?
Dolniak uśmiechnęła się. To był uśmiech bez wesołości, pełen goryczy i zmęczenia.
— Pani Gertz, pani była zakonnicą. Pani wie, jak działa Kościół. Skandale się tuszuje. Straty się ukrywa. Jeśli z klasztoru znika cenna relikwia, to oficjalnie — nigdy jej tam nie było. A jeśli ktoś pyta, to usłyszy, że nie powinien pytać.
Paulina wiedziała. O tak, wiedziała doskonale. W klasztorze w Pniewach, w roku, w którym odeszła, zniknęły dwa srebrne relikwiarze z kaplicy bocznej. Oficjalne wyjaśnienie: oddano je do konserwacji. Nikt nigdy nie widział rachunku od konserwatora. Nikt nie pytał. Siostry modliły się, pracowały i milczały. Bo milczenie było cnotą. A pytania — grzechem pychy.
— Dziękuję, pani profesor — powiedziała Paulina. — Będę potrzebowała pani pomocy jeszcze nieraz.
— Wiem — odpowiedziała Dolniak. — Proszę tylko o jedno. Jeśli ten krucyfiks jest prawdziwy, niech go pani chroni. To nie jest dowód rzeczowy. To jest kawałek historii. Kawałek, o którym myśleliśmy, że nie istnieje.
Paulina wyszła z budynku na Sienkiewicza i ruszyła pieszo w stronę Starego Miasta. Potrzebowała chodzić. Myślała lepiej w ruchu — kolejne dziedzictwo klasztoru, gdzie chodzenie po krużgankach było jedyną dozwoloną formą samotności.
Szła ulicą Mickiewicza, potem skręciła w Szeroką, potem przeszła pod Bramą Klasztorną i weszła w labirynt staromiejskich uliczek. Toruń pachniał piernikiem, jak zawsze. Piernikowy zapach był tak wszechobecny, że turyści uważali go za naturalny, jakby wydobywał się z gotyckiej cegły. W rzeczywistości wydobywał się z czterech fabryk, dwunastu sklepów i niezliczonych kramów, które otaczały Rynek Staromiejski jak oblężenie.
Na Rynku, pod pomnikiem Kopernika, stała grupa japońskich turystów, którzy fotografowali się z posągiem astronoma. Kopernik stał z astrolabium w ręku i patrzył na nich ze spokojem człowieka, który wie, że wszechświat jest większy niż jakakolwiek fotografia. Paulina pomyślała, że Kopernik byłby dobry w CBŚ. Cierpliwy. Metodyczny. Gotowy zakwestionować to, co wszyscy uważali za pewne.
Kawiarnia Pod Kurantem mieściła się w kamienicy przy wschodniej pierzei Rynku. Paulina znała to miejsce. Bywała tu czasem na kawie, kiedy potrzebowała wyrwać się z biura. Teraz miała tu spotkanie z kobietą, która zadzwoniła do niej o wpół do dwunastej w nocy i wiedziała o morderstwie, zanim podano je do mediów.
Było dziesięć po dziewiątej. Paulina specjalnie przyszła później niż umówiona godzina. Chciała, żeby Katarzyna Wręcz-Głęboka czekała. Czekanie odsłania ludzi. Pokazuje, jak reagują na brak kontroli.
Weszła do kawiarni. Wnętrze było ciepłe, pełne zapachu kawy i świeżego pieczywa. Przy oknie, dokładnie tam, gdzie obiecała, siedziała kobieta, której twarzy Paulina nie musiała szukać.
Katarzyna Wręcz-Głęboka wyglądała inaczej niż na zdjęciach z gazet. Starsza, oczywiście — minęło pięć lat od afery, która zniszczyła jej karierę. Ale nie tylko starsza. Spokojniejsza. Jakby pożar, który przeszedł przez jej życie, wypalił wszystko, co zbędne, i zostawił tylko rdzeń. Miała jasne, prawie platynowe włosy ścięte do ramion, wysokie kości policzkowe i usta, które nawet w bezruchu wyglądały, jakby zaraz miały powiedzieć coś ironicznego. Nosiła ciemny golf, żadnej biżuterii. Piła espresso.
Paulina usiadła naprzeciwko. Przez chwilę patrzyły na siebie w milczeniu, które było jednocześnie pomiarem i negocjacją.
— Spóźniła się pani — powiedziała Katarzyna.
— Celowo.
— Wiem. Chciała pani zobaczyć, jak reaguję. Reaguję spokojnie. Jak pani widzi.
— Widzę.
Katarzyna uniosła filiżankę. Piła powoli, patrząc na Paulinę ponad krawędzią.
— Jest pani mniejsza, niż się spodziewałam — powiedziała.
— Jest pani spokojniejsza, niż się spodziewałam — odpowiedziała Paulina. — Biorąc pod uwagę, że wie pani o morderstwie, o którym nikt nie powinien wiedzieć.
— Nikt nie powinien. Ale ktoś wie. Bo ktoś widział. I ten ktoś zadzwonił do mnie, zanim zadzwonił na policję. Co mówi pani co nieco o tym, jak działa ten kraj.
Paulina pochyliła się do przodu.
— Kim jest ten ktoś?
— Tego pani na razie nie powiem. Nie dlatego, że nie chcę. Dlatego, że nie mogę. Bo jeśli podam pani to nazwisko, a pani je gdziekolwiek zapisze, ten człowiek nie dożyje przyszłego tygodnia.
Paulina oceniała ją. Kalkulowała. Katarzyna Wręcz-Głęboka nie była histeryczką ani mitomanką. Była politykiem — byłym politykiem — i mówiła językiem, który Paulina rozumiała. Językiem wymiany. Dam ci coś. Dasz mi coś. Zobaczymy, kto zyska więcej.
— Czego pani chce? — zapytała Paulina wprost.
Katarzyna odstawiła filiżankę. Jej oczy — ciemnozielone, zauważyła Paulina, ciemnozielone jak butelkowe szkło — nabrały wyrazu, który nie był już ironiczny. Był poważny. Śmiertelnie poważny.
— Chcę tego samego, co pani. Prawdy.
— Ludzie, którzy mówią, że chcą prawdy, zwykle chcą zemsty.
— Może. A może chcę obu. Czy to dyskwalifikuje moje informacje?
Paulina milczała przez chwilę. Na Rynku Staromiejskim zegar na wieży ratusza wybił godzinę. Głuchy, metaliczny dźwięk przenikał przez szyby kawiarni.
— Niech pani mówi — powiedziała Paulina. — Ale niech pani wie, że jeśli kłamie, będę wiedziała.
Katarzyna uśmiechnęła się lekko. Pierwszy raz od początku rozmowy.
— Była zakonnica, która łapie kłamców. Fascynujące połączenie. Załupski powiedział mi kiedyś to samo.
Paulina zamarła.
— Znała go pani?
— Znałam. Lepiej, niż bym chciała. I dlatego tu jestem. Bo Antoni Załupski nie był tym, za kogo się podawał. Nikt z nich nie jest. A ten krucyfiks, który znaleziono na jego ciele — ten odwrócony krucyfiks — to nie jest przypadek. To jest wiadomość.
— Od kogo?
— Od kogoś, kto wie, skąd ten krucyfiks pochodzi. Kto wie, jak trafił do Polski. Kto wie, ile krwi na nim jest. Nie tej wczorajszej. Starej. Bardzo starej krwi.
Paulina poczuła, jak mięśnie jej karku się napinają. Każdy instynkt mówił jej, żeby słuchała. Każdy instynkt mówił też, żeby nie ufała. W CBŚ nauczyli ją, że informatorzy są jak noże. Można nimi kroić chleb. Można nimi zabić. Zależy, kto trzyma rękojeść.
— Proszę kontynuować — powiedziała.
Katarzyna pochyliła się do przodu. Jej głos był teraz cichy, niemal szept.
— W latach dziewięćdziesiątych istniała siatka. Ludzie z polityki, z Kościoła, ze służb. Zajmowali się handlem tym, co najcenniejsze — nie narkotykami, nie bronią. Relikwiami. Sztuką sakralną. Krucyfiksami, ikonami, relikwiarzami z klasztorów, które po upadku komunizmu zostały otwarte jak puszki Pandory. Załupski był jednym z nich. Nie największym. Nie najważniejszym. Ale kluczowym. Bo jako minister spraw zagranicznych miał coś, czego inni nie mieli.
— Kanały dyplomatyczne.
— Właśnie. Poczta dyplomatyczna. Nieskontrolowane przesyłki. Walizki, których nikt nie otwiera na granicy. Przez te walizki przeszły dziesiątki, może setki przedmiotów. Z Polski do Norwegii. Z Norwegii do Rosji. Z Rosji na Zachód. A ten krucyfiks, ten odwrócony Chrystus — on przeszedł odwrotną drogę. Z Norwegii do Polski. I ktoś go teraz zwrócił. Na piersi człowieka, który go ukradł.
Paulina siedziała nieruchomo. W głowie miała tysiąc pytań. Ale zadała tylko jedno.
— Skąd pani to wszystko wie?
Katarzyna odchyliła się na krześle. Jej twarz znów przybrała wyraz ironii, ale pod spodem było coś innego. Ból. Stary, dobrze ukryty ból.
— Bo byłam częścią tego świata, pani Gertz. Nie siatki. Nie handlu. Ale świata, w którym ci ludzie się obracali. Jadłam z nimi kolacje. Piłam z nimi wino. Słuchałam ich rozmów, kiedy myśleli, że jestem zbyt pijana albo zbyt głupia, żeby zrozumieć. A potem, kiedy stałam się niewygodna, zniszczyli mnie. Afera z Napletescu. Myśli pani, że to był przypadek? Rumuński ślusarz, który akurat miał przy sobie aparat? Proszę. To była egzekucja. Inna niż ta Załupskiego. Bez krwi. Ale równie skuteczna.
Na Rynku Staromiejskim zaczął padać deszcz. Krople uderzały o szybę kawiarni jak palce wybijające rytm na bębnie. Paulina patrzyła na Katarzynę Wręcz-Głęboką i po raz pierwszy od bardzo dawna czuła coś, co nie było ani podejrzliwością, ani profesjonalnym dystansem. Było czymś cieplejszym. Czymś niebezpieczniejszym.
Rozpoznaniem. Tak to nazwała w myślach. Rozpoznaniem. Patrzyła na tę kobietę i widziała kogoś, kto przeszedł przez ogień i nie spłonął. Kto stracił wszystko — pozycję, reputację, przyszłość — i mimo to siedział prosto, mówił jasno i nie prosił o litość.
Paulina znała to uczucie. Sama je przeżyła. Kiedy zdejmowała habit, kiedy wychodziła z klasztoru z jedną torbą i poczuciem, że zdradziła wszystko, w co wierzyła, kiedy stała na peronie w Pniewach i nie wiedziała, dokąd pojechać — wtedy wyglądała tak samo. Prosto. Jasno. Bez litości dla siebie.
— Dobrze — powiedziała Paulina. — Opowie mi pani wszystko, co wie. Ale nie tutaj. Nie teraz.
— Gdzie?
— Przyjdzie pani do komendy. Oficjalnie. Jako świadek.
— Nie. Nie do komendy. Komenda cieknie jak stare rury. Wszystko, co pani tam powie, za godzinę będzie wiedziała połowa Torunia.
Paulina wiedziała, że Katarzyna ma rację. Komenda ciekła. Wszystkie komendy ciekły. To była chroniczna choroba polskiej policji.
— Więc gdzie? — zapytała.
Katarzyna wyjęła z torebki wizytówkę. Położyła ją na stole. Na wizytówce był adres. Ulica Podmurna, numer, którego Paulina nie znała. I numer telefonu.
— Moje mieszkanie. Dziś wieczorem. Dwudziesta. Przyniosę dokumenty, których nie powinna pani widzieć. A pani przyniesie zdjęcia krucyfiksu. Popatrzymy razem. Zobaczymy, co się ułoży.
Wstała. Zostawiła na stoliku banknot za kawę. Przez chwilę stała nad Pauliną, a Paulina patrzyła na nią od dołu i myślała o dziwności losu, który sprawił, że w jednym dniu straciła serce normalnej sprawy portowej i zyskała wejście do czegoś, czego kształtów jeszcze nie widziała, ale czego ciężar już czuła.
— Pani Gertz — powiedziała Katarzyna, zakładając płaszcz. — Jeszcze jedno. Ten brodaty mężczyzna, z którym Załupski rozmawiał na ceremonii. Wie pani, kim jest?
Paulina zamarła. Nie mówiła nikomu o brodatym. Nie zdążyła. Nie było tego w żadnym raporcie.
— Skąd pani wie o brodatym? — zapytała, a jej głos był nagle twardy jak stal.
Katarzyna uśmiechnęła się. Tym razem uśmiech był smutny.
— Bo go znam. Nazywa się Wasyl Angełow. Oficjalnie jest duchownym Bułgarskiego Kościoła Prawosławnego. Nieoficjalnie… nieoficjalnie jest czymś znacznie gorszym.
I wyszła. Dzwonek nad drzwiami kawiarni zabrzęczał za nią jak ostatni akord psalmu.
Paulina została przy stoliku. Deszcz padał coraz mocniej. Na Rynku Staromiejskim turyści chowali się pod parasolami i pod arkadami kamienic. Kopernik stał w deszczu ze swoim astrolabium, mokry i niewzruszony. Stał tak od stu pięćdziesięciu lat. Przetrwał wojny, okupacje, transformacje ustrojowe i budowę centrum handlowego dwa kilometry dalej. Przetrwa i to.
Paulina wyjęła notes. Zapisała trzy słowa.
Angełow. Relikwie. Ryba.
Potem dopisała czwarte.
Ojciec.
Nie wiedziała, dlaczego je napisała. Nie miało to żadnego logicznego związku ze sprawą. Ale ręka sama je wykreśliła, jakby wiedziała coś, czego umysł jeszcze nie rozumiał. Paulina patrzyła na to słowo przez długą chwilę, a potem zamknęła notes i schowała go do kieszeni kurtki.
Efraim Wyprysk. Emerytowany proboszcz parafii świętych Janów w Toruniu. Jej ojciec, którego nie widziała od trzech lat. Który nie przyszedł na pogrzeb matki. Który nie zadzwonił, kiedy odeszła z klasztoru. Który milczał.
Zawsze milczał.
Paulina wstała, zapłaciła za kawę, której nie zamówiła, i wyszła w deszcz. Na ulicy Podmurnej, gdzieś pod jednym z numerów, czekały na nią dokumenty, których nie powinna widzieć. W prosektorium przy Skłodowskiej-Curie czekało ciało z podcięty gardłem. W gabinecie profesor Dolniak czekała księga z fotografią krucyfiksu, który oficjalnie nie istniał.
A gdzieś w Toruniu — albo poza nim, albo znacznie bliżej, niż chciałaby myśleć — czekał człowiek, który zabił Antoniego Załupskiego jednym precyzyjnym cięciem i zostawił na jego piersi trzynastowieczny wyrok.
Deszcz padał na gotyckie dachy. Wisła płynęła pod mostem Piłsudskiego, ciemna i obojętna. Mewy krzyczały nad rzeką.
Toruń pachniał piernikiem i deszczem.
I rybami, pomyślała Paulina. Pod tym wszystkim — rybami.
Rozdział 3. Martwe archiwa lat 90
Archiwa nie umarły same.
Ktoś je zabił. Systematycznie, cierpliwie, przez lata. Z precyzją chirurga, który wie, które tkanki wyciąć, żeby organizm przeżył, ale nie pamiętał. Paulina Gertz zrozumiała to w sobotni poranek, siedząc w czytelni Instytutu Pamięci Narodowej przy ulicy Wybickiego w Warszawie, przed stosem teczek, w których brakowało stron jak zębów w uśmiechu starca.
Przyjechała do Warszawy nocnym pociągiem. Nie lubiła latać. Nie lubiła też jeździć samochodem na długich trasach — za dużo czasu na myślenie, za mało bodźców, żeby myśli utrzymać w ryzach. Pociąg był idealnym kompromisem. Stukot kół, zapach przegrzanego plastiku, przypadkowi współpasażerowie, których obecność zwalniała z obowiązku samotności, ale nie wymagała rozmowy. Wsiadła w Toruniu o dwudziestej trzeciej. Wysiadła na Dworcu Centralnym o trzeciej czternaście. Spała może godzinę. Może dwie. Sny były krótkie i ostre jak odłamki szkła.
Śniła o rybim zapachu.
O szóstej siedziała w całonocnej kawiarni na Marszałkowskiej i piła czarną kawę, czekając na otwarcie archiwum. Warszawa o szóstej rano wyglądała jak kobieta po nieprzespanej nocy — zmęczona, ale wciąż piękna w ten rozpaczliwy, nieuporządkowany sposób. Śmieciarki jeździły po Nowym Świecie. Bezdomni zwijali śpiwory pod arkadami przy Krakowskim Przedmieściu. Gdzieś w oddali, za Wisłą, wstawało blade słońce, które nie obiecywało ciepła.
Paulina miała przy sobie dwie rzeczy: laptop z zaszyfrowanymi notatkami i oficjalne pismo od Baranowskiego, które otwierało dostęp do zasobów IPN oznaczonych klauzulą „zastrzeżone”. Baranowski załatwił to w ciągu dwunastu godzin, co w polskiej biurokracji było odpowiednikiem cudu. Albo odpowiednikiem strachu. Ktoś wyżej nacisnął odpowiednie guziki. Ktoś, kogo Paulina nie znała i prawdopodobnie nie chciała znać.
Czytelnia IPN mieściła się w budynku, który z zewnątrz wyglądał jak każdy inny biurowiec z lat siedemdziesiątych — beton, prostokąty, rezygnacja. W środku było lepiej. Czyste korytarze. Sprawna klimatyzacja. Uprzejmi pracownicy w sposób, który sugerował, że przeszli szkolenie z obsługi ludzi, którzy szukają rzeczy, o których chciano by zapomnieć.
Archiwistka, która przyjęła jej wniosek, nazywała się Ewa. Nie podała nazwiska. Miała około trzydziestu pięciu lat, okrągłą twarz, krótkie rude włosy i okulary w grubych oprawkach, za którymi kryły się oczy kogoś, kto widział za dużo papierów i za mało słońca. Przyjęła pismo Baranowskiego, przeczytała je dwukrotnie, podniosła wzrok na Paulinę i powiedziała jedno zdanie, które brzmiało jak ostrzeżenie.
— Teczka Załupskiego jest niekompletna.
— Wiem — odpowiedziała Paulina.
— Nie. Pani nie wie. Pani myśli, że wie. Ale to, co pani zobaczy, jest bardziej niekompletne, niż pani sobie wyobraża.
Paulina usiadła przy wyznaczonym stole. Ewa przyniosła dwie teczki i jedną teczkę pomocniczą. Położyła je na stole z delikatnością kogoś, kto kładzie kwiaty na grobie.
— Pierwsza to teczka personalna — wyjaśniła. — Druga to teczka pracy. Trzecia to materiały powiązane — osoby, które pojawiają się w kontekście Załupskiego. Są jeszcze dwie teczki, ale mają wyższą klauzulę. Pismo pani przełożonego nie wystarczy.
— Co jest w tych dwóch teczkach?
Ewa poprawiła okulary. Jej usta zacisnęły się w cienką linię.
— Gdybym wiedziała, nie mogłabym pani powiedzieć. Ale nie wiem. Nikt ich nie otwierał od dwunastu lat. Ostatni wniosek o dostęp złożył dziennikarz śledczy w dwa tysiące dwunastym roku. Wniosek odrzucono. Dziennikarz zginął trzy miesiące później w wypadku samochodowym pod Piotrkowem Trybunalskim.
Paulina patrzyła na nią.
— Mówi mi pani to oficjalnie?
— Mówię pani to nieoficjalnie. Oficjalnie podaję pani trzy teczki i życzę owocnej pracy.
Ewa odeszła. Paulina otworzyła pierwszą teczkę.
Antoni Załupski, urodzony dwudziestego sierpnia tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego pierwszego roku w Gdańsku. Syn Tadeusza, inżyniera stoczniowego, i Heleny z domu Wójcik, nauczycielki matematyki. Ukończył prawo na Uniwersytecie Gdańskim w siedemdziesiątym piątym. Doktorat w siedemdziesiątym dziewiątym — prawo międzynarodowe, temat pracy: „Suwerenność państwowa a zobowiązania traktatowe w kontekście Aktu Końcowego KBWE”. Brzmiało niewinnie. Brzmiało jak kariera akademika, który miał zostać profesorem i spędzić życie wśród książek.
Ale Załupski nie został profesorem. W osiemdziesiątym roku, w kilka tygodni po powstaniu Solidarności, pojawił się na liście współpracowników Służby Bezpieczeństwa. Pseudonim: „Nawigator”. Kategoria: kontakt operacyjny, później tajny współpracownik. Oficer prowadzący: kapitan Ryszard Morawiec, Wydział IV WUSW w Gdańsku. Wydział IV. Paulina wiedziała, co to znaczy. Wydział IV zajmował się zwalczaniem Kościoła katolickiego.
Młody prawnik, syn inżyniera stoczniowego, doktorant prawa międzynarodowego — i tajny współpracownik wydziału, który inwigilował księży. Paulina zapisała to w notesie. Nie dlatego, że mogłaby zapomnieć. Dlatego, że pisanie porządkowało myśli. Klasztorna dyscyplina. Siostry Urszulanki mówiły, że myśl zapisana jest myślą oswojoną. Myśl niezapisana błąka się po duszy jak niespokojny duch.
Teczka personalna kończyła się na roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym. Po tej dacie — nic. Jakby Załupski przestał istnieć. Jakby system, który go stworzył, po prostu wyłączył się i zabrał go ze sobą. Paulina wiedziała, że tak to działało. W dziewięćdziesiątym roku Służba Bezpieczeństwa została rozwiązana. Część akt zniszczono. Część ukryto. Część zabrali ze sobą ludzie, którzy wiedzieli, że informacja jest cenniejsza niż pieniądze.
Teczka pracy była grubsza, ale bardziej okaleczona. Paulina liczyła brakujące strony. Od numeru czterdzieści siedem do numeru sto dwadzieścia trzy — siedemdziesiąt sześć stron wyrwanych z segregatora, z chirurgiczną precyzją, nie zostawiając nawet strzępów papieru przy kółkach. Od numeru sto pięćdziesiąt osiem do numeru dwieście jedenaście — kolejne pięćdziesiąt trzy strony. Puste miejsca. Białe plamy. Luki, które krzyczały głośniej niż jakikolwiek tekst.
To, co zostało, było fragmentaryczne, ale wymowne. Raporty z lat osiemdziesiątych opisywały kontakty Załupskiego ze środowiskami kościelnymi w Trójmieście. Bywał na kolacjach u proboszczów. Uczestniczył w rekolekcjach. Zdobywał informacje o nastrojach wśród duchowieństwa. Nic nadzwyczajnego — typowa praca tajnego współpracownika w typowym polskim mieście w typowych polskich czasach.
Ale jeden dokument wyróżniał się spośród reszty. Raport z dwudziestego trzeciego marca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku. Ostatni dokument w teczce przed wielką luką. Napisany pośpiesznie, jakby autor nie miał czasu na polerowanie stylu. Adresowany do naczelnika Wydziału IV, podpisany przez kapitana Morawca.
„TW «Nawigator» informuje, że ks. E.W., proboszcz parafii pw. Świętych Janów w Toruniu, nawiązał kontakt z osobami z kręgów handlu antykami kościelnymi. Według informacji TW, ks. E.W. pośredniczy w transferze przedmiotów sakralnych z klasztorów na terenie województwa toruńskiego do odbiorców za granicą (Norwegia, RFN). TW ocenia skalę procederu jako znaczącą. Dalsze rozpoznanie w toku.”
Paulina przeczytała ten akapit trzy razy.
Ks. E.W. Proboszcz parafii Świętych Janów w Toruniu.
Efraim Wyprysk.
Jej ojciec.
Są momenty, kiedy ciało reaguje szybciej niż umysł. Kiedy adrenalina zalewa krew, zanim świadomość zdąży przetworzyć informację. Paulina poczuła to teraz — nagłe przyspieszenie pulsu, napięcie mięśni karku, suchość w ustach. Reakcja, której nauczyła się nie okazywać. Twarz pozostała nieruchoma. Ręce nie drżały. Ale wewnątrz coś się przesunęło. Coś ciężkiego i ostrego, jak kamień spadający na dno studni.
Ojciec.
Ksiądz Efraim Wyprysk, proboszcz parafii Świętych Janów w Toruniu przez trzydzieści dwa lata. Człowiek, który ochrzcił połowę dzieci w Starym Mieście. Który spowiadał pokolenia torunian. Który stał na ambonie każdej niedzieli i mówił o miłości, przebaczeniu i łasce. Który w domu milczał jak grób. Który patrzył na swoją córkę oczami, w których nigdy nie było ciepła. Który nie przyszedł na pogrzeb matki swojej córki.
Paulina pamiętała ostatnią rozmowę z ojcem. Trzy lata temu, przez telefon. Matka właśnie umarła — rak trzustki, szybki i bezlitosny, sześć tygodni od diagnozy do końca. Paulina zadzwoniła do ojca z informacją o pogrzebie.
— Ojcze, mama nie żyje. Pogrzeb w czwartek, w kościele Świętego Jakuba.
Cisza. Długa, ciężka cisza, za którą kryło się coś, czego Paulina nigdy nie potrafiła nazwać. Potem trzy słowa.
— Będę się modlił.
I rozłączył się.
Nie przyszedł. Nie zadzwonił więcej. Paulina stała przy grobie matki na cmentarzu przy ulicy Wybickiego w Toruniu i patrzyła na pustkę obok siebie. Pustka miała kształt ojca. Pustka pachnęła kadzidłem i zdradą.
Teraz, w czytelni IPN, Paulina patrzyła na trzydziestopięcioletni dokument i czuła, jak ta pustka wraca. Ale nie jako ból. Jako pytanie. Jako trop.
Ks. E.W. pośredniczy w transferze przedmiotów sakralnych z klasztorów do odbiorców za granicą. Norwegia. RFN. Skala procederu znacząca.
Czy jej ojciec był złodziejem? Handlarzem relikwii? Człowiekiem, który pod osłoną sutanny okradał klasztory i wysyłał łupy za granicę?
Czy może — i ta myśl była gorsza — był czymś więcej? Może nie złodziejem, ale organizatorem? Nie wykonawcą, lecz architektem?
Paulina zamknęła teczkę. Odłożyła ją na bok. Otworzyła trzecią — materiały powiązane. Tu były nazwiska ludzi, którzy pojawiali się w orbicie Załupskiego. Biznesmeni z Trójmiasta. Oficerowie SB. Duchowni. I jedno nazwisko, które pojawiało się trzykrotnie, za każdym razem w innym kontekście, jakby właściciel miał trzy różne życia prowadzone równolegle.
Wasyl Angełow.
Po raz pierwszy — w raporcie z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku, jako „obywatel bułgarski, duchowny prawosławny, kontakt Wydziału II WUSW Gdańsk”. Wydział II. Kontrwywiad. Po raz drugi — w notatce z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku, jako „osoba zainteresowana nabyciem przedmiotów sakralnych pochodzenia skandynawskiego”. Po raz trzeci — na luźnej kartce, niedatowanej, dopisanej ręcznie na marginesie, czterema słowami: „Angełow — KGB — weryfikacja negatywna”.
Weryfikacja negatywna. To znaczyło, że ktoś sprawdził, czy Angełow jest agentem KGB, i oficjalnie uznał, że nie jest. Ale w języku służb „weryfikacja negatywna” mogła znaczyć trzy rzeczy. Że naprawdę nie jest agentem. Że jest, ale nie udało się tego udowodnić. Albo że ktoś zdecydował, iż lepiej nie udowadniać.
Paulina istnieje pewna prawidłowość, którą zauważają wszyscy, którzy pracują z archiwami służb specjalnych. Im ważniejszy jest człowiek, tym mniej jest o nim dokumentów. Drobni informatorzy mają teczki grube na trzy cale, pełne drobiazgowych raportów o sąsiadach, kolegach z pracy, znajomych z kościoła. Prawdziwi gracze — agenci wpływu, oficerowie pod przykryciem, ludzie, którzy kształtowali politykę z cienia — mają teczki cienkie jak hostia. Albo nie mają ich wcale.
Wasyl Angełow miał w archiwum IPN trzy wzmianki. Trzy wzmianki w ciągu czterech lat. To było albo bardzo mało, albo bardzo dużo.
O trzynastej Paulina wyszła z budynku IPN. Potrzebowała powietrza. Potrzebowała ruchu. Potrzebowała przetworzyć to, co przeczytała, zanim informacje zaczną się zlepiać w bezkształtną masę, z której nie da się niczego wydobyć.
Szła ulicami Warszawy bez celu. Albo raczej z celem, którego nie chciała sobie jeszcze uświadomić. Nogi niosły ją na południe, przez Mokotów, w stronę Wisły. Dzień był ciepły, prawie letni. Ludzie siedzieli w ogródkach kawiarnianych, jedli lody, rozmawiali. Normalne życie normalnych ludzi w normalną sobotę. Paulina czuła się jak duch przechodzący przez ścianę — obecna, ale niedotykalna.
Myślała o ojcu.
Efraim Wyprysk urodził się w tysiąc dziewięćset czterdziestym ósmym roku w Chełmnie, czterdzieści kilometrów od Torunia. Syn rolnika i córki rolnika. Wstąpił do seminarium duchownego w Pelplinie w sześćdziesiątym szóstym roku. Święcenia w siedemdziesiątym drugim. Wikariat w kilku parafiach na Kujawach. W osiemdziesiątym pierwszym roku — nominacja na proboszcza parafii Świętych Janów w Toruniu. Jedna z najstarszych, najbardziej prestiżowych parafii w diecezji. Kościół, w którym — jak głosi tradycja — ochrzczono Mikołaja Kopernika w lutym tysiąc czterysta siedemdziesiątego trzeciego roku.
Istnieje anegdota, którą Paulina słyszała od matki jako dziecko. Kiedy ojciec dostał nominację na proboszcza Świętych Janów, biskup pelpliński miał mu powiedzieć: „Efraimie, daję ci kościół, w którym ochrzczono człowieka, który zmienił obraz wszechświata. Nie zmień obrazu kościoła”. Ojciec podobno odpowiedział: „Nie zmienię, Ekscelencjo. Dopilnuję, żeby został taki, jaki był zawsze”. I przez trzydzieści dwa lata dotrzymywał słowa — przynajmniej na zewnątrz. Kościół Świętych Janów pozostawał taki, jaki był zawsze. Piękny. Gotycki. Pełen tajemnic, o których nikt nie mówił.
Paulina pamiętała ojca z dzieciństwa jako człowieka z dwóch materiałów. Na ambonie był płomienny. Jego kazania — długie, gęste, pełne biblijnych metafor i historycznych odwołań — ściągały ludzi z całego Torunia. Mówił o Bogu tak, jakby rozmawiał z nim rano przy śniadaniu. Mówił o grzechu tak, jakby znał go osobiście. Mówił o przebaczeniu tak, jakby sam go potrzebował. Ludzie słuchali, kiwali głowami, płakali.
W domu był inny. Cichy. Nieobecny. Patrzył na córkę jak na obcą, która przypadkiem zamieszkała pod jego dachem. Przy posiłkach milczał. Wieczorami zamykał się w gabinecie, z którego dochodził zapach papierosów i szelest papieru. Matka — cicha, łagodna kobieta, która kochała go z desperacją kogoś, kto wie, że jest niekochana — nigdy nie wchodziła do gabinetu. Paulina weszła raz. Miała dwanaście lat. Otworzyła drzwi i zobaczyła ojca siedzącego przy biurku, pochylonego nad czymś, co wyglądało jak stary zeszyt w skórzanej oprawie. Ojciec podniósł głowę. Jego oczy — zwykle obojętne, zwykle nieobecne — przez ułamek sekundy były pełne czegoś, co Paulina rozpoznała dopiero lata później. Strachu. Czystego, nagiego strachu.
— Wyjdź — powiedział.
Nie krzyknął. Nie podniósł głosu. Powiedział to cicho, spokojnie, tonem, który nie dopuszczał dyskusji. Paulina wyszła. Nigdy więcej nie otworzyła tych drzwi.
Teraz, idąc mokotowskimi ulicami, myślała o tym zeszycie. O skórzanej oprawie. O strachu w oczach ojca. I o tym, że niektóre drzwi zamknięte w dzieciństwie otwierają się dopiero wtedy, gdy znajdzie się właściwy klucz. Albo gdy ktoś zostanie zamordowany.
O piętnastej Paulina wróciła do IPN. Ewa — archiwistka o rudych włosach i oczach, które widziały za dużo papierów — czekała na nią przy wejściu do czytelni. Miała w ręku brązową kopertę.
— Znalazłam coś — powiedziała cicho. — To nie jest z zasobu IPN. To jest z depozytu. Materiały przekazane przez osobę prywatną w dwa tysiące piątym roku, z zastrzeżeniem, że mają być udostępnione dopiero po jej śmierci. Osoba zmarła w dwa tysiące dziewiętnastym roku. Materiały zostały odtajnione, ale nikt ich nie przeglądał. Nikt o nie nie pytał.
— Kto je przekazał?
— Kapitan Ryszard Morawiec. Oficer prowadzący TW „Nawigator”.
Paulina wzięła kopertę. Ręce nadal się nie trzęsły. To była kwestia treningu. Klasztornego i policyjnego.
— Dlaczego mi to pani daje? — zapytała.
Ewa zdjęła okulary. Bez nich jej twarz wyglądała młodziej i bardziej bezbronna. Miała piwne oczy z krótkowzrocznymi zmarszczkami dookoła.
— Bo ten dziennikarz, który zginął pod Piotrkowem, to był mój brat — powiedziała Ewa. — I pytał o te same rzeczy, o które pani pyta.
Cisza. Paulina patrzyła na archiwistkę. Archiwistka patrzyła na Paulinę. Między nimi, na dystansie dwóch kroków, wisiał ciężar, który nie miał kształtu słów.
— Jak się nazywał pani brat? — zapytała Paulina.
— Tomasz Morawiec. Tak. Syn kapitana Morawca. Syn oficera prowadzącego. Ironiczne, prawda? Ojciec tworzył akta. Syn próbował je odczytać. Ojciec umarł w łóżku. Syn na szosie.
Paulina schowała kopertę do torby. Nie otworzyła jej od razu. Nie tutaj. Nie pod fluorescencyjnym światłem archiwum, w którym ściany miały uszy, a uszy miały właścicieli.
— Dziękuję — powiedziała.
— Proszę nie dziękować. Proszę znaleźć prawdę. I proszę przeżyć.
Kopertę otworzyła w pociągu powrotnym do Torunia. Intercity o siedemnastej trzydzieści, wagon drugi, miejsce przy oknie. Pociąg ruszył z Centralnego, przejechał przez Wolę, minął Żoliborz i wyrwał się z Warszawy jak człowiek uciekający z pożaru. Za oknem Mazowsze rozciągało się płasko i bezkresno, pola rzepaku żółte jak złoto, niebo szare jak ołów.
W kopercie były trzy dokumenty.
Pierwszy — odręczne notatki kapitana Morawca, napisane niebieskim atramentem na papierze w linie, wyrwanym z zeszytu. Datowane na okres od marca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego do stycznia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego roku. Dwa lata. Dwa lata, w których wszystko się zmieniło — upadł mur berliński, upadła Służba Bezpieczeństwa, upadł system, a ludzie systemu musieli znaleźć nowy sposób na życie.
Notatki Morawca były lakoniczne, ale precyzyjne. Pisał tak, jak mówią oficerowie wywiadu — bez emocji, bez ozdobników, z chirurgiczną dokładnością. Paulina czytała i czuła, jak układanka, dotąd rozproszona jak puzzle wysypane na podłogę, zaczyna nabierać konturów.
„Marzec 89. «Nawigator» informuje o spotkaniu ks. E.W. z przedstawicielem norweskiej fundacji «Arv og Tro» (Dziedzictwo i Wiara) w hotelu Kosmos w Toruniu. Rozmowa dotyczyła transferu przedmiotów sakralnych z klasztoru cystersów w Pelplinie do Norwegii. «Nawigator» podaje, że wartość przedmiotów szacowana jest na 200—300 tys. dolarów.”
„Maj 89. «Nawigator» informuje, że transport z Pelplina został zrealizowany. Przedmioty (4 relikwiarze, 2 monstrancje, 1 krucyfiks datowany na XIII w.) przewiezione do Gdyni, skąd drogą morską wysłane do Bergen. Odbiorcą jest osoba o inicjałach W.A., duchowny prawosławny, obywatel bułgarski, stały pobyt Norwegia.”
W.A. Wasyl Angełow.
Paulina poczuła uderzenie gorąca na karku. Oto był łącznik. Oto było połączenie między martwym Załupskim, odwróconym krucyfiksem, brodatym mężczyzną na ceremonii i — przede wszystkim — jej ojcem. Nitka, która biegła od klasztoru cystersów w Pelplinie, przez port w Gdyni, przez morze, aż do Bergen w Norwegii. Nitka, na której zawieszone były relikwie kradzione z polskich kościołów i sprzedawane za setki tysięcy dolarów.
Czytała dalej.
„Sierpień 89. Zmiana sytuacji politycznej wpływa na operację. Wydział IV traci kompetencje. Brak dalszych instrukcji od przełożonych. «Nawigator» kontynuuje raportowanie z własnej inicjatywy. Informuje, że ks. E.W. rozszerzył działalność na klasztory w woj. bydgoskim i olsztyńskim. Nowy partner — osoba z kręgów dyplomacji, inicjały A.Z., prawnik, powiązany z MSZ.”
A.Z. Antoni Załupski. W osiemdziesiątym dziewiątym roku jeszcze nie był ministrem. Był prawnikiem powiązanym z MSZ. Ale już wtedy — już wtedy — był częścią siatki.
„Styczeń 90. SB rozwiązana. Kończę prowadzenie TW «Nawigator». Materiały operacyjne przekazuję do archiwum zgodnie z procedurą. Załącznik: lista przedmiotów sakralnych przetransferowanych w okresie marzec-grudzień 89. (34 pozycje, szacunkowa wartość łączna: 1,2 mln USD). UWAGA: materiały dotyczące ks. E.W. i A.Z. przekazuję do depozytu osobistego. Uzasadnienie: materiały zawierają informacje mogące stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa mojego i mojej rodziny.”
Kapitan Morawiec bał się. Człowiek, który przez lata prowadził agentów, inwigilował księży i raportował przełożonym o każdym szepcie w konfesjonale — ten człowiek bał się na tyle, żeby schować część materiałów i zastrzec, że mają być ujawnione dopiero po jego śmierci. Co wiedział? Co widział? I kogo się bał?
Drugi dokument w kopercie był maszynopisem. Cztery strony, bez nagłówka, bez podpisu, bez daty. Ale Paulina rozpoznała styl Morawca — tę samą suchą precyzję, tę samą oszczędność słów, za którą kryła się lawina informacji.
Maszynopis opisywał mechanizm handlu relikwiami. Był to schemat tak prosty i tak genialny, że Paulina niemal poczuła podziw. Schemat działał następująco:
Ksiądz E.W., korzystając ze swojej pozycji proboszcza prestiżowej parafii i kontaktów w diecezji, identyfikował w klasztorach i kościołach przedmioty sakralne o dużej wartości historycznej i materialnej. Następnie, pod pretekstem konserwacji lub inwentaryzacji, organizował ich czasowe „wypożyczenie”. Przedmioty nigdy nie wracały. W ich miejsce pojawiały się kopie — tak dobre, że żaden prowincjonalny proboszcz ani siostra zakonna nie byli w stanie odróżnić ich od oryginału.
Oryginały trafiały do Gdyni, gdzie A.Z. — wykorzystując swoje kontakty w MSZ — załatwiał ich transport drogą morską do Norwegii. W Bergen odbiorcą był W.A., który sprzedawał je dalej — do prywatnych kolekcji w Niemczech, Szwajcarii i Rosji. Pieniądze wracały do Polski przez sieć fikcyjnych fundacji i stowarzyszeń charytatywnych, powiązanych z Kościołem.
System działał od wczesnych lat osiemdziesiątych. Na początku na małą skalę — pojedyncze przedmioty, okazjonalne transporty. Pod koniec dekady, kiedy transformacja ustrojowa stworzyła chaos idealny dla tego rodzaju operacji, skala wzrosła gwałtownie. Morawiec szacował, że w samym tylko roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym z polskich klasztorów zniknęły przedmioty o łącznej wartości przekraczającej milion dolarów.
Paulina odłożyła maszynopis. Za oknem pociągu Mazowsze zamieniło się w Kujawy. Pola rzepaku ustąpiły miejsca łąkom, na których pasły się krowy. Normalny pejzaż normalnego kraju. Pod spodem — złoto kradzione z kościołów.
Trzeci dokument był listą.
Lista przedmiotów — trzydzieści cztery pozycje, ponumerowane starannie, z opisami tak szczegółowymi, że profesor Dolniak zemdlałaby z wrażenia. Relikwiarze, monstrancje, kielichy, pateny, krucyfiksy. Przy każdej pozycji — miejsce pochodzenia, szacunkowa data wykonania i szacunkowa wartość rynkowa.
Pozycja dwudziesta ósma przykuła uwagę Pauliny.
„Krucyfiks, drewno dębowe, polichromia częściowo zachowana. Datowanie: XIII w. Proweniencja: klasztor benedyktynów, Trondheim (Nidaros), Norwegia. Przechowywany w klasztorze cystersów w Pelplinie od 1947 r. (brak dokumentacji przejęcia). Na odwrocie symbol Ichthys. Szacunkowa wartość: 400—600 tys. USD. Status: przetransferowany do Bergen, maj 1989.”
Krucyfiks z Nidaros.
Ten sam, który trzydzieści pięć lat później leżał na piersi zamordowanego Załupskiego w podziemiach Centrum Kopernika w Toruniu.
Paulina patrzyła na tę pozycję i czuła, jak historia zatacza koło. Krucyfiks wykonany w trzynastym wieku w Trondheim. Wywieziony z Norwegii — kiedy? Przez kogo? Trafił do klasztoru cystersów w Pelplinie w czterdziestym siódmym roku — rok po wojnie, w chaosie powojennej Europy, kiedy przedmioty krążyły jak liście na wietrze. Leżał w Pelplinie przez czterdzieści dwa lata, zapomniany albo ukrywany. W osiemdziesiątym dziewiątym roku został skradziony i wysłany z powrotem do Norwegii. A teraz wrócił. Na piersi martwego człowieka. Odwrócony do góry nogami.
Koło się zamknęło. Ale kto je zamknął? I dlaczego?
Pociąg wjechał do Torunia o dziewiętnastej czterdzieści siedem. Paulina wysiadła na dworcu Toruń Główny i przez chwilę stała na peronie, wdychając wieczorne powietrze. Miasto pachniało inaczej niż rano. Piernik ustąpił miejsca czemuś cięższemu, bardziej ziemistemu. Wilgoć z Wisły. Kurz z ulic. I ten drugi zapach, którego nikt oprócz niej nie czuł.
Ryby.
Zadzwoniła do Katarzyny Wręcz-Głębokiej. Telefon dzwonił pięć razy, zanim kobieta odebrała.
— Gertz — powiedziała Paulina. — Muszę się z panią zobaczyć. Dzisiaj. Teraz.
— Miało być o dwudziestej.
— Plany się zmieniły. Mam dokumenty, które pani musi zobaczyć. I mam pytania, na które musi mi pani odpowiedzieć. Natychmiast.
Cisza. Paulina słyszała w tle muzykę — coś klasycznego, może Chopin, może Debussy.
— Podmurna dwadzieścia trzy — powiedziała Katarzyna. — Kod do bramy: pięć siedem dziewięć dwa. Drugie piętro, drzwi na wprost.
Paulina wsiadła w taksówkę. Podała adres. Samochód ruszył przez Szosę Chełmińską, skręcił w Wały Generała Sikorskiego, potem w Podmurną. Ulica Podmurna biegła wzdłuż dawnych murów obronnych — z jednej strony gotycka cegła fortyfikacji, z drugiej kamienice, stare i nowe, restaurowane i zapuszczone, piękne i brzydkie naraz. Toruń w pigułce.
Numer dwadzieścia trzy był kamienicą z osiemnastego wieku, z odrestaurowaną fasadą i ciężkimi drewnianymi drzwiami, za którymi kryło się podwórze z kocimi łbami. Paulina wstukała kod. Brama otworzyła się z trzaskiem. Na podwórzu pachniało starym drewnem i jaśminem. Na drugim piętrze, za drzwiami na wprost, czekała Katarzyna.
Otworzyła natychmiast, jakby stała przy drzwiach. Miała na sobie luźną lnianą koszulę i ciemne spodnie. Włosy były mokre — wychodziła spod prysznica albo chciała, żeby tak to wyglądało. Mieszkanie za jej plecami było jasne, ciepłe i pełne książek. Regały od podłogi do sufitu na każdej ścianie. Na podłodze dywan w kolorze starego złota. Na stoliku przy kanapie — butelka czerwonego wina i dwa kieliszki.
Dwa kieliszki. Paulina zauważyła to od razu.
— Proszę — powiedziała Katarzyna, odsuwając się. — I proszę nie mówić, że nie pije pani wina. Wszyscy piją wino. Nawet byłe zakonnice.
Paulina weszła. Usiadła na kanapie. Nie dotknęła wina.
— Byłam w archiwum IPN — powiedziała bez wstępów. — Znalazłam dokumenty z lat osiemdziesiątych. Dotyczą handlu relikwiami. Załupski, Angełow i jeszcze jedna osoba.
— Jaka osoba?
Paulina patrzyła na Katarzynę. Mierzyła ją wzrokiem. Szukała fałszu, kalkulacji, gry. Widziała tylko uważność. I coś jeszcze. Coś, co wyglądało jak autentyczne zainteresowanie.
— Mój ojciec — powiedziała Paulina. — Ksiądz Efraim Wyprysk. Proboszcz parafii Świętych Janów w Toruniu. Emerytowany od trzech lat. Nie widziałam go od pogrzebu matki. A właściwie nawet na pogrzebie go nie widziałam, bo nie przyszedł.
Katarzyna nie okazała zaskoczenia. To było samo w sobie interesujące. Albo wiedziała, albo doskonale kontrolowała reakcje. Jedno i drugie czyniło ją niebezpieczną.
— Wiedziała pani — stwierdziła Paulina.
— Wiedziałam, że jest zamieszany. Nie wiedziałam, że jest pani ojcem.
— I to zmienia coś?
Katarzyna nalała wino do obu kieliszków. Podniosła swój. Patrzyła na Paulinę ponad krawędzią szkła.
— Zmienia wszystko. Bo teraz wiem, że nie odpuści pani tej sprawy. Nawet jeśli powinna. Nawet jeśli będzie to oznaczać zniszczenie jedynej rodziny, jaka pani została.
Paulina sięgnęła po kieliszek. Upiła łyk. Wino było dobre. Cierpkie, ciemne, z posmakiem czegoś, czego nie potrafiła nazwać. Jak ta rozmowa. Jak całe to śledztwo.
Za oknem, nad Wisłą, krzyczały mewy. Toruń zasypiał. Ale jego sny — Paulina była tego pewna — były niespokojne. Pełne duchów, które nie chciały zostać pochowane. Pełne dokumentów, które ktoś próbował zniszczyć. Pełne ryb, które śmierdziały.
Martwe archiwa lat dziewięćdziesiątych wcale nie były martwe.
Były żywe.
I miały zęby.
Rozdział 4. Katarzyna Wręcz-Głęboka
Wino stygło w kieliszkach.
Paulina siedziała na kanapie w mieszkaniu przy Podmurnej dwadzieścia trzy i czuła, jak czas zmienia konsystencję. Gęstnieje. Zwalnia. Staje się substancją, w której można się zanurzyć albo utonąć. Katarzyna siedziała naprzeciwko, w fotelu obciągniętym wyblakłym aksamitem, z nogami podciągniętymi pod siebie jak kot, i patrzyła na nią wzrokiem, który nie był ani ciepły, ani zimny. Był dokładny. Wzrok kobiety, która przez lata musiała czytać ludzi szybciej niż ustawy, bo w polityce jedno i drugie mogło zabić.
Między nimi, na stoliku z ciemnego drewna, leżały rozłożone dokumenty z koperty kapitana Morawca. Lista trzydziestu czterech skradzionych przedmiotów sakralnych. Notatki oficera prowadzącego. Maszynopis opisujący mechanizm handlu. Papier pachniał starzyzną i atramentem. Pachniał latami, w których wszystko było możliwe, bo nikt nie patrzył.
— Wiedziała pani o tym wszystkim — powiedziała Paulina. To nie było pytanie.
— Wiedziałam fragmenty. Szumy. Szepty na korytarzach. W polityce nikt nigdy nie mówi wprost. Mówi się bokiem. Mówi się w przerwach na kawę, w toaletach sejmowych, w samochodach między spotkaniami. Połowa wiedzy, którą posiadałam jako posłanka, pochodziła z rozmów prowadzonych w miejscach, gdzie oficjalnie żadna rozmowa się nie odbywała.
— A druga połowa?
— Z łóżek. Ale o tym porozmawiamy później.
Katarzyna uśmiechnęła się. Uśmiech był krótki, asymetryczny — lewy kącik ust uniósł się wyżej niż prawy, co nadawało jej twarzy wyraz ironii pomieszanej ze smutkiem. Paulina zauważyła, że ten uśmiech pojawiał się zawsze, gdy Katarzyna mówiła o przeszłości. Jakby przeszłość była żartem, którego puenta okazała się zbyt okrutna.
— Niech mi pani opowie o sobie — powiedziała Paulina. — Nie to, co było w gazetach. To, co naprawdę.
Katarzyna odchyliła głowę do tyłu. Zamknęła oczy na moment. Kiedy je otworzyła, były ciemniejsze niż przed chwilą, jakby wspomnienia zmieniły im odcień.
— Naprawdę — powtórzyła. — Naprawdę to jest słowo, którego nie używałam od lat. W polityce nie ma „naprawdę”. Jest „oficjalnie”, „nieoficjalnie” i „absolutnie dementujemy”. Ale skoro pani chce naprawdę…
Wstała. Podeszła do regału za fotelem i wyjęła z niego album w twardej oprawie. Otworzyła go na pierwszej stronie i podała Paulinie. Na zdjęciu stała młoda kobieta — może dwudziestoparoletnia — w akademickiej todze, z dyplomem w ręku i uśmiechem kogoś, kto wierzy, że świat czeka na nią z otwartymi ramionami. W tle widać było gmach Uniwersytetu Jagiellońskiego.
— Kraków, dziewięćdziesiąty trzeci — powiedziała Katarzyna. — Prawo, summa cum laude. Byłam najlepsza na roku. I najgłupsza, bo wierzyłam, że prawo ma coś wspólnego ze sprawiedliwością.
Historia Katarzyny Wręcz-Głębokiej była historią lotu i upadku, opowiedzianą tak wiele razy przez media, że straciła kształt prawdy i nabrała kształtu mitu. Mity mają to do siebie, że są proste. Prościej jest powiedzieć: ambitna polityczka zniszczona przez seks-skandal. Prościej jest narysować łuk od sukcesu do hańby. Prościej jest nie pytać, kto trzymał dłuto.
Urodziła się w Kielcach w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym pierwszym roku, jako córka nauczyciela historii i pielęgniarki. Dzieciństwo zwyczajne jak chleb powszedni — blok, szkoła, wakacje u babci na wsi pod Jędrzejowem. Ojciec, człowiek cichy i mądry, który wieczorami czytał jej Sienkiewicza i opowiadał o powstaniu styczniowym tak, jakby sam w nim walczył, zaszczepił w niej dwie rzeczy: miłość do kraju i nieufność wobec władzy. Matka, kobieta twarda jak rzemień, która pracowała na dwa etaty w szpitalu wojewódzkim, nauczyła ją trzeciej: że nikt ci niczego nie da za darmo.
Katarzyna była dzieckiem, które w szkole siedziało w pierwszej ławce i zadawało pytania, na które nauczyciele nie umieli odpowiedzieć. Dlaczego Polska jest biedna? Dlaczego ludzie kłamią? Dlaczego ci, co rządzą, nie robią tego, co obiecują? Nauczyciele odpowiadali wymijająco albo wcale. Katarzyna uczyła się z tego więcej niż z podręczników.
Na studiach w Krakowie rozkwitła. Prawo dawało jej strukturę, logikę, poczucie, że świat da się uporządkować za pomocą paragrafów. Była aktywna w samorządzie studenckim, pisała do gazet, organizowała debaty. W dziewięćdziesiątym piątym roku, dwa lata po dyplomie, wstąpiła do partii — tej samej, która później ją zniszczy, ale o tym jeszcze nie wiedziała. Nikt nigdy nie wie.
Kariera polityczna przebiegała z szybkością, która budziła podziw i zazdrość w równych proporcjach. W dziewięćdziesiątym ósmym — asystentka posła. W dwutysięcznym — radna sejmiku województwa świętokrzyskiego. W dwa tysiące piątym — posłanka na Sejm. W dwa tysiące siódmym — wiceminister spraw wewnętrznych. Miała trzydzieści sześć lat i świat leżał u jej stóp jak dywan, po którym szła pewnym krokiem w kierunku, który wydawał się jedynym możliwym. Do góry.
Istnieje anegdota — Paulina słyszała ją kiedyś od kolegi z CBŚ, który wcześniej pracował w BOR — że podczas jednego z posiedzeń komisji sejmowej Katarzyna Wręcz-Głęboka powiedziała do przewodniczącego, starego partyjnego aparatczyka o twarzy z wosku: „Panie przewodniczący, pan kłamie. I pan wie, że kłamie. I ja wiem, że pan wie. Jedyna różnica między nami jest taka, że ja to mówię na głos, a pan udaje, że nie słyszy”. Protokolantka podobno przestała pisać w połowie zdania. Przewodniczący podobno zbladł. Katarzyna podobno nie drgnęła.
Ta sama cecha, która wyniosła ją na szczyt, strąciła ją w przepaść. Bezpośredniość. Niezdolność do milczenia. Przekonanie, że prawda jest warta więcej niż kariera. W polityce takie przekonanie jest chorobą terminalną. Pytanie tylko, kiedy pacjent umrze.
— Napletescu — powiedziała Paulina.
Katarzyna, która właśnie nalewała sobie drugą lampkę wina, na moment znieruchomiała. Butelka zawisła nad kieliszkiem. Potem dokończyła nalewanie ze spokojem, który wyglądał na ćwiczony.
— Napletescu — powtórzyła. — Tak. Ryszard Napletescu. Rumuński ślusarz z Timișoary. Przyjechał do Polski w dwa tysiące dziewiątym roku, pracował na budowie w Warszawie, potem w Kielcach, potem w Sejmie — jako technik od zamków i systemów zabezpieczeń. Czy to nie urocze? Rumuński ślusarz, który miał klucze do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej.
— I do pani.
Katarzyna patrzyła na Paulinę. Jej oczy — ciemnozielone jak butelkowe szkło, Paulina pamiętała to z kawiarni Pod Kurantem — nie mrugały.
— I do mnie. Tak. Ryszard miał do mnie klucze. Przez trzy miesiące. Trzy miesiące, w których byłam szczęśliwa w sposób, jakiego nie znałam wcześniej i prawdopodobnie nie poznam więcej. Czy to pani szokuje?
— Nic mnie nie szokuje.
— Kłamie pani, ale przyjmuję to z wdzięcznością. Ryszard był… jak by to powiedzieć. Był prosty. Nie w sensie głupi — w sensie nieskomplikowany. Nie grał. Nie kalkulował. Nie mówił jednego, myśląc drugie. Kiedy się śmiał, śmiał się naprawdę. Kiedy był smutny, był smutny naprawdę. Kiedy mnie dotykał, dotykał mnie naprawdę. W świecie, w którym żyłam — w świecie polityki, dyplomacji, wiecznych masek — to było jak tlen dla kogoś, kto przez lata oddychał dwutlenkiem węgla.
Paulina milczała. Rozumiała. Bardziej niż chciała przyznać.
— Zdjęcia — powiedziała po chwili.
— Tak. Zdjęcia. Pojawiły się w sierpniu dwa tysiące dziesiątego roku. Na stronie internetowej, o której nikt wcześniej nie słyszał i która przestała istnieć dwa tygodnie później. Ale te dwa tygodnie wystarczyły. Zdjęcia rozeszły się jak pożar. Ja i Ryszard. W moim mieszkaniu. W pozycjach, które nie zostawiały wątpliwości co do natury relacji. Zdjęcia były ostre, dobrze oświetlone, zrobione z kąta, który sugerował ukrytą kamerę w sypialni. Profesjonalna robota.
— Kto je zrobił?
Katarzyna upiła wino. Trzymała kieliszek obiema rękami, jakby szukała ciepła.
— Tego nigdy oficjalnie nie ustalono. Prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie naruszenia prywatności po czterech miesiącach. Brak dowodów. Brak podejrzanych. Sprawca nieznany. Akt zamknięty.
— A nieoficjalnie?
— Nieoficjalnie? Kamera została zainstalowana przez ludzi, którzy mieli dostęp do mojego mieszkania i do mojego życia. Ludzi, którzy wiedzieli o Ryszardzie, zanim ja sama wiedziałam, że coś do niego czuję. Ludzi, dla których rumuński ślusarz był idealnym narzędziem — wystarczająco egzotyczny, żeby wzbudzić sensację, wystarczająco niskiego stanu, żeby wzbudzić pogardę. W Polsce możesz sypiać z kim chcesz, pod warunkiem, że ta osoba jest na odpowiednim poziomie. Dyplomata — proszę bardzo. Biznesmen — czemu nie. Ale ślusarz? Rumuński ślusarz? To było nie do przyjęcia.
Gorzki śmiech. Krótki jak strzał.
— I zniknęłam. Mandat — utracony. Partia — wyrzuciła mnie w dwadzieścia cztery godziny. Przyjaciele — przestali odbierać telefony. Media — żerowały na mnie przez miesiąc, potem znalazły nową ofiarę. A ja zostałam sama. W pustym mieszkaniu, z pustym telefonem, z pustym życiorysem.
— A Ryszard?
— Ryszard wrócił do Rumunii. Dzień po publikacji zdjęć. Zniknął. Dosłownie — spakował torbę, wsiadł w autobus i przepadł. Próbowałam go znaleźć. Przez pół roku. Zadzwoniłam na każdy numer, który miałam. Napisałam na każdy adres. Nic. Jakby się rozpłynął. Jakby nigdy nie istniał.
— Albo jakby ktoś go zabrał.
Katarzyna spojrzała na Paulinę ostro. Po raz pierwszy tego wieczoru w jej oczach było coś, co nie było kontrolą ani ironią. Było bólem. Surowym, nieosłoniętym bólem, który wyglądał jak rana otwarta w środku twarzy, za którą zwykle kryła się maska.
— Tak — powiedziała cicho. — Albo jakby ktoś go zabrał. Myślałam o tym. Przez pięć lat myślałam o tym każdej nocy. Czy Ryszard był prawdziwy? Czy naprawdę mnie kochał? Czy może od początku był ustawiony — podsunięty mi jak przynęta, żeby mnie złapać i zniszczyć? Nie wiem. I prawdopodobnie nigdy się nie dowiem. I to jest najgorsza część tej historii. Nie hańba. Nie utrata kariery. Nie samotność. Niepewność.
Paulina znała ten rodzaj bólu. Miał go w sobie każdy człowiek, który kiedykolwiek kochał i nie wiedział, czy był kochany naprawdę. W klasztorze modliła się o pewność. O pewność, że Bóg ją kocha. Że jej wybór ma sens. Że habit, który nosi, jest zbroją, nie więzieniem. Pewność nigdy nie przyszła. Przyszło za to coś innego — cicha, uporczywa wątpliwość, która drążyła jak woda w kamieniu, aż kamień pękł.
— Dlaczego panią zniszczono? — zapytała Paulina. — Nie mówię o oficjalnym powodzie. Mówię o prawdziwym.
Katarzyna postawiła kieliszek na stoliku. Obok dokumentów Morawca. Obok listy trzydziestu czterech skradzionych relikwii. Szkło stuknęło o drewno jak kropka na końcu zdania.
— Bo zaczęłam pytać o pieniądze — powiedziała. — Jako wiceminister spraw wewnętrznych miałam dostęp do informacji, których nie powinnam była mieć. Zobaczyłam przepływy. Fundacje kościelne, które otrzymywały miliony złotych z budżetu państwa i nie potrafiły wyjaśnić, na co je wydają. Stowarzyszenia charytatywne, które istniały tylko na papierze. Przelewy zagraniczne, które szły przez konta, do których nikt nie miał wglądu. Zaczęłam kopać. I ktoś postanowił, że pora przestać.
— Kto?
— Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Wiem tylko, że rozkaz musiał przyjść z poziomu, na który ja — jako wiceminister — nie miałam wstępu. Z poziomu, na którym polityka i Kościół przestają być osobnymi bytami i stają się jednym organizmem. Hydrą o dwóch głowach i jednym sercu.
Paulina wstała. Podeszła do okna. Za szybą Podmurna leżała w ciemności, oświetlona latarniami, które rzucały pomarańczowe kręgi na kocich łbach. Po drugiej stronie ulicy widać było fragment muru obronnego — gotyckiego, grubego, stawianego w czternastym wieku, żeby chronić miasto przed najeźdźcami. Mur przetrwał wojny, pożary, rozbiory. Ale tego, co działo się za nim, nie powstrzymał.
— Te fundacje — powiedziała Paulina, nie odwracając się od okna. — Czy którakolwiek z nich miała związek z handlem relikwiami?
Cisza. Paulina odwróciła się. Katarzyna siedziała w fotelu z wyrazem twarzy kogoś, kto właśnie podjął decyzję, od której nie ma odwrotu.
— Fundacja Sacrum et Lux — powiedziała wreszcie. — Zarejestrowana w Toruniu w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim roku. Oficjalny cel: ochrona dziedzictwa sakralnego w Polsce i Europie Północnej. Zarząd: trzy osoby. Przewodniczący — Antoni Załupski. Skarbnik — osoba o nazwisku, którego pani jeszcze nie zna, ale pozna. I sekretarz zarządu — ksiądz Efraim Wyprysk.
Paulina poczuła, jak podłoga lekko drży pod jej stopami. Albo to nie podłoga. Albo to ona sama. Ojciec. Znowu ojciec. Nie na marginesie dokumentu SB, nie w notatce kapitana Morawca, ale w oficjalnym rejestrze fundacji, w zarządzie organizacji powiązanej z Załupskim.
— Kto był skarbnikiem? — zapytała, a jej głos był twardy jak mur za oknem.
— Wasyl Angełow.