E-book
9.42
drukowana A5
37.89
drukowana A5
kolorowa
68.08
Zapach namiętności

Bezpłatny fragment - Zapach namiętności

Objętość:
290 str.
ISBN:
978-83-8155-905-8
E-book
za 9.42
drukowana A5
za 37.89
drukowana A5
kolorowa
za 68.08

Prolog

Delikatne fale potężnego, błękitnego jeziora, spienione niczym obłoki na pochmurnym niebie, owinęły się wokół stóp, prowadzących młodego człowieka coraz głębiej w tak często odwiedzany przez niego świat — świat jego jaźni. Jak bezwładna kula spadał na to twarde dno własnych przeżyć rozważając i analizując ostatni z etapów swojego życia starając się jednocześnie dojrzeć siebie samego jak najdokładniej.

Z radością zauważył, że zrobił znaczne postępy w odbieraniu otaczającej go rzeczywistości. Był z siebie nawet dumny, co jednak nie pozwoliło mu zapomnieć o sprawie najważniejszej, tej, która wypełniała jego umysł i serce przez ostatnie lata i pokierowała jego dotychczasowym życiem…

Męczył się tą powracającą, natrętną niczym mucha myślą, zdawał sobie jednak sprawę, że nie wolno mu było o tym zapomnieć; że tak już musiało być…

I nigdy nie pominął jej analizując każdego dnia minione chwile. Zamykał oczy, zaglądał w głąb siebie i widział to, co tak bardzo wzburzało jego gorącą krew. Serce szalało, miotało się niby osaczony zwierz. Rozum odmawiał posłuszeństwa; to emocje stawały się panem jego ciała.

Naga stopa z pasją sprzeciwiła się nadchodzącej fali, rozpryskując ją na miliony drobnych kropelek lśniących nieprzeniknionym miedzianym blaskiem. Całe piękno zachodzącego słońca odbiło się w tych drobniutkich kropelkach, co wprowadziło młodego mężczyznę w osłupienie. To zauroczenie owym zjawiskiem trwało jednak zbyt krótko, by mogło wyryć w jego duszy trwały ślad.

Większą uwagę skupił na barwie tafli jeziora, barwie jego bolesnych wspomnień. Nie potrafił oderwać od niej swego uporczywego spojrzenia.

„Ten kolor… Te oczy…” — myślał gorączkowo, a emocje rosły w nim tak szybko, aż odniósł wrażenie, że wkrótce rozsadzą jego wnętrze i ta woda o barwie niezapomnianych oczu stanie się jego grobem.

Nagle poczuł się dziwnie znużony. Nagromadzenie tych uczuć odebrało mu wszelką siłę, a zmęczenie dopadło go z taką mocą, że zmuszony był oprzeć się na ogromnym kamieniu, o który rozbijały się, wierzące w swą niezachwianą potęgę, fale. Usiadł na nim, lecz nie zrezygnował z wpatrywania się w wykańczający go błękit jeziora…

Ponownie zajrzał w głąb swej duszy i wrócił wychodzonymi ścieżkami wspomnień do przeszłości…

Dzień pierwszy

Drobny, mieniący się w miedzianych promieniach niknącego już słońca, ptaszek usiadł na parapecie. Jego maleńka, kolorowa główka kręciła się z kosmiczną prędkością, gdy ten z lękiem w brunatnych oczkach lustrował otoczenie. Nagle z jego ptasiego dzióbka wydobyła się piękna, acz zawodząca melodia, roztaczając wokół swe blaski.

Dźwięczność tej serenady dobiegła w końcu uszu śpiącej kobiety, która na jej brzmienie wolno podniosła swe powieki. Słodka jak miód, a jednocześnie tak pełna smutku melodia docierała stopniowo do jej świadomości.

Westchnęła i przeciągnęła się, lustrując pomieszczenie. Pokój zalała łuna rozpalonych promieni zachodzącego słońca, przedzierając się przez późno — popołudniowy półmrok. Ognista czerwień osiadła na komodzie stojącej tuż przy oknie oraz bladoróżowym kocu, gładko rozłożonym na szerokim, miękkim łożu, na którym zasnęła. Liczne zakola rozgrzanym odcieniem tańcowały na dywanie w odcieniu ècru, pokrywającym lśniącą podłogę.

Maja z fascynacją przyglądała się temu zjawisku. Wrażliwa na piękno, zauroczona wpijała się swą duszą w to, co wyśledziły jej oczy. Coraz bardziej podobało jej się to miejsce.

Tego popołudnia, gdy wynajęła z narzeczonym domek na najbliższe dwa tygodnie, była zbyt wyczerpana trwającą dwanaście godzin podróżą, by mogła dokładnie przyjrzeć się otoczeniu. Michał załatwił wszelkie formalności, ona jedynie posłusznie kroczyła za nim, marząc tylko o tym, aby położyć się i nie myśleć już o niczym. Kiedy jednak jej zmęczone i obolałe ciało poczuło zapach oraz miękkość świeżej pościeli, od razu zmorzył ją sen i odpłynęła w objęcia Morfeusza.

Nie wiedziała, co robił w tym czasie Michał. Gdy zasnęła, był jeszcze w pokoju; kiedy mały ptaszek ściągnął ją do codzienności istnienia swym śpiewem, była już sama. Z uśmiechem zwróciła swą twarz ku małej kruszynce wędrującej po parapecie. W tym samym momencie ptaszek rozwinął swe skrzydełka i, przekonany, iż gdzie indziej będzie mu lepiej, odfrunął.

Wstała zdecydowana znaleźć swego mężczyznę. Szybko podeszła do lustra wiszącego na ścianie w odcieniu jasnego fioletu i poprawiła kasztanowe, lekko falowane włosy, które w czasie snu przybrały kształt starej, zużytej miotły, po czym wygładziła różową koszulkę oraz bordowe rybaczki i wyszła na werandę.

Zdziwiła się, jak ciepło było tego wieczoru. Przyzwyczajona do wilgotnego, chłodnego, górskiego powietrza z lubością przyjmowała na siebie delikatne, parne oddechy powietrza, delektując się każdym powiewem. Podeszła do balustrady i, przymknąwszy oczy, oparła się o barierki.

Gdzieś z oddali dochodziły do niej odgłosy radosnej zabawy nad brzegiem jeziora, śmiech dzieci, szczekanie psów mieszkańców Przystani, głośne rozmowy. Jej nozdrza, drażnione przez ostre zapachy pieczonych na grillu kiełbas, chłonęły wszystko, co było inne niż dotychczas jej znane.

Westchnęła z rozkoszy i otworzyła oczy. Jak bardzo cieszyła się, że Michał namówił ją na ten wyjazd! Nie do końca była przekonana, gdy przedstawił jej propozycję wspólnego spędzenia dwóch tygodni nad jeziorem Mamry. Zgodziła się, ponieważ Michał potrzebował odpoczynku po pracowitych miesiącach i, z nią czy bez niej, przyjechałby do Przystani.

A ona sama zaczęła odczuwać monotonię życia w mieście. Potrzebowała, tak jak i on, trochę ciszy, spokoju i kilka dni, które mogłaby spędzić z ukochaną osobą.

Michała dostrzegła niemal natychmiast, gdy tylko się rozglądnęła. Stał w odległości zaledwie kilkuset metrów przy innym domku po drugiej stronie ścieżki tego małego ustronia dla turystów. Oparty o rozłożysty, potężny pień dębu wyglądał niczym grecki bóg. Maja zafascynowana przyglądała się narzeczonemu, a na jej twarzy bezwiednie pojawił się uśmiech. Jakże ona go kochała! W tamtym momencie nie potrafiła wyobrazić sobie większej miłości, która mogłaby wypełnić jej serce.

Nie zawsze patrzyła na Michała w ten sposób. Był dla niej przede wszystkim przyjacielem, któremu mogła zwierzyć się ze wszystkiego. Dopiero potem widziała swego narzeczonego, z którym miała przecież spędzić resztę życia.

Wróciła wspomnieniami do dawnych lat, kiedy nawet nie spodziewała się, iż, wówczas wysoki, chudy blondyn, kilka lat później zmężnieje, a jego jasne włosy przybiorę złoty blask, kontrastując z opalonym ciałem. Nie spodziewała się także, że kiedykolwiek ujrzy w nim mężczyznę, który tak bardzo nią zawładnie…

Podczas tych przechadzek po ścieżkach przeszłości Maja całkowicie została pochłonięta przez wspomnienia. Nie zauważyła nawet, że Michał obejrzawszy się przyglądał się jej. Lustrował każdy jej ruch, każdy gest; badał wzrokiem błyszczące w ostatnich promieniach słońca ciało swojej kobiety. Zatapiał wzrok w miedzianych w tamtym momencie włosach Mai, które niesfornie wiły się wokół jej zamyślonej, wyrażającej fascynację twarzy.

Nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego farbowała je na czarno. Nie raz dawał jej do zrozumienia, że naturalny kolor włosów Mai podoba mu się najbardziej, lecz ona uparcie sięgała po pudełko z napisem „Farba do włosów”.

Maja wyczuła na sobie palące spojrzenie i od razu zwróciła swą twarz w kierunku Michała. Uśmiech rozjaśnił jej oblicze, gdy zauważyła jego rozpromienione oczy. Zwinnie zeskoczyła z werandy kierując się w jego stronę, a on ponownie zwrócił się do swego rozmówcy wynajmującego domek, przy którym stali:

— Dobra, Witek, idę — poklepał go po ramieniu, a mężczyzna, będący mniej więcej w jego wieku, uśmiechnął się dobrodusznie.

— Pewnie — odpowiedział i roześmiał się cicho, a jednocześnie jego szare oczy zabłysły łagodnie i wypłowiałe na słońcu włosy zsunęły mu się na czoło. — Porozmawiamy później. Teraz korzystaj z tego, że jesteście tu sami.

Michał pożegnał się z nowo poznanym kolegą, z którym przegadał ostatnią godzinę i podążył w kierunku narzeczonej. Odległość pomiędzy nimi zmniejszała się z każdym krokiem i z każdym krokiem ich serca biły coraz mocniej.

— Cześć, kochanie — odezwał się Michał, całując Maję w skronie. — Wyspałaś się?

— Tak! Czuję się fantastycznie! — roześmiała się i objęła go w pasie ramionami, przybliżając do niego swoje ciało — Kto to był? — zapytała zwracając swoją twarz ku jego.

Michał uśmiechnął się.

— Cóż to, kochanie, nie wystarczam ci już ja? — spytał, drażniąc się z nią.

Maja udała obrażoną i odwróciła się tyłem do mężczyzny. Wiedziała doskonale, że Michał będzie starał się ją jakąś udobruchać. Nie musiała długo czekać. Już poczuła na karku gorący dotyk jego ust, drobnymi pocałunkami składający przeprosiny.

Przymknęła oczy i uśmiechnęła się. Było jej bardzo dobrze, nawet mimo świadomości, iż stali się obiektem powszechnego zainteresowania wśród wczasowiczów.

— Na co masz ochotę? — zapytał nagle Michał, szepcząc jej do ucha.

Maja oparła tył swej głowy na jego ramieniu i spojrzała w cudowny błękit nieba. Taką barwę niebo może mieć tylko na Mazurach! Ich dłonie spotkały się na jej brzuchu.

— A jakie są tu atrakcje? — spytała go z uśmiechem.

— Uff! — wypuścił potężną porcję powietrza z płuc — Mogłabyś wybierać do rana!

Odwróciła się w jego stronę, opierając dłonie na jasno-niebieskiej koszulce narzeczonego, a on wciąż trzymał ją w swych ramionach. Spojrzeli sobie w oczy, które tryskały niewypowiedzianym blaskiem i radością. Michał posłał jej zniewalający uśmiech, sprawiając, że poczuła na plecach mrowienie.

— Naprawdę? — pytanie jej nawiązywało do chwilowo przerwanej rozmowy.

— Chodź, zabiorę cię nad jezioro — odezwał się. — Nawet go nie widziałaś.

— Zawsze można to nadrobić.… — roześmiała się słysząc swój uwodzicielski ton głosu, tak do niej niepodobny.

Michał jedynie posłał jej kolejny uśmiech i, złożywszy pocałunek na miękkim, zaróżowionym policzku, objął ją i skierował w powrotną drogę.

— Ty na pewno zszedłeś już na plażę! — Maja zerknęła na Michała, wiedząc, iż jej narzeczony nie był w stanie usiedzieć w jednym miejscu tylu godzin.

— Owszem, rozejrzałem się trochę — odpowiedział, wciąż patrząc przed siebie.

Minęli swój domek objęci w pół i dalej podążali, jakby wiedzeni śmiechem i krzykami turystów. Coraz donioślej dochodziły ich pluski w wodzie, dźwięk motorówek sunących po jeziorze, zapachy grillowania. Coraz częściej otaczały ich połacie zieleni mieniące się w złotawo-rudych blaskach. Maja wdychała świeże powietrze, a podniecająca radość z możliwości korzystania z życia w takich uroczych ustroniach napawała ją rosnącą energią.

— Popatrz, jak cudowna jest tutaj zieleń! — zachwycona rozglądała się na wszystkie strony z rażącą jasnością w oczach.

Michał zerknął na narzeczoną, nie do końca rozumiejąc jej zachwyt, graniczący niemal z euforią. Owszem, podobało mu się w tym miejscu, lecz podobnie czułby się w każdym innym otoczeniu, ponieważ to wiązało się z odpoczynkiem od pracy, na który tak długo czekał.

Maja już nie raz zaskakiwała go podobnymi komentarzami, na pozór banalnymi, lecz w jej ustach brzmiącymi, jak zaklęcie. On sam nigdy nie zauważał tego, na co ona zwracała uwagę. Zawsze podziwiał w niej ten zmysł dostrzegania piękna, który towarzyszył jej odkąd pamiętał, a do którego ciągle nie mógł się przyzwyczaić.

— Rzeczywiście — potwierdził, ale jego myśli natychmiast powędrowały innym torem. — Zastanawiałem się dziś nad samochodem.

— Tak? I co zrobisz? — zapytała Maja, podchwyciwszy temat, który bardziej odpowiadał jej narzeczonemu.

— Witek powiedział mi, że zna tutejszego mechanika. Jutro oddam mu go do naprawy.

— Witek to ten mężczyzna, z którym rozmawiałeś chwilę temu, tak? — Maja posłała mu uroczy uśmiech, który on musiał odwzajemnić.

Uwielbiał te chwile, gdy jego narzeczona śmiała się albo po prostu uśmiechała. Cała jej twarz błyszczała wówczas blaskiem intensywniejszym niż gwiazdy, przewodniczki nocy. Mógł wtedy wpatrywać się w nią i jedynie smutek w jej oczach sprowadzał go przeważnie na ziemię.

— Tak, to on — odpowiedział jej.

— A więc od jutra zaczynamy zwiedzanie okolic! — zawołała i wysunąwszy się z objęć Michała, wesoło śmiejąc się, zbiegła w dół plaży odsłoniętej przez kilka liściastych drzew.

Michał pobiegł za nią.

* * *

Wysoki, młody mężczyzna, z dłońmi schowanymi w kremowych kieszeniach sztruksów, wkroczył wolno do sypialni małego, wczasowego domku. Pokręcił głową, uśmiechając się do siebie. Momentalnie przypominały mu się czasy, kiedy to on i jego żona, którą wielbił tak bardzo, byli o krok od ślubu pewni decyzji, jaką podjęli; decyzji, która wiązała ich na całe życie.

Zerknął na rozmarzoną, rudowłosą, młodziutką kobietę, siedzącą na szerokim łożu przykrytym zielono — seledynowym kocem. Skupiona na perfekcyjnym pomalowaniu paznokci u stóp nie zwróciła uwagi na wchodzącego mężczyznę. Dopiero, kiedy zakończyła pracę nad ostatnim paznokciem lewej stopy, podniosła głowę, zauważając go.

— Dlaczego się uśmiechasz? — zapytała, przyglądając się mu przez moment, po czym zajęła się swoją prawą stopą.

Mężczyzna przez chwilę jeszcze spozierał na delikatną postać kobiety, przypominającą raczej nastolatkę niż dwudziestoczteroletnią mężatkę. Uśmiechnął się szerzej i usiadł na brzegu łóżka.

— Mówiłem ci, że jesteś śliczna? — szepnął, czule odsuwając ogniste loki z czoła kobiety.

Roześmiała się. Jej błyszczące, szmaragdowe, duże oczy spoczęły na jego szarych, zafascynowanych nią. Wpatrywali się w siebie tak, jak wiele lat temu, gdy ujrzeli się po raz pierwszy.

— Dlatego się uśmiechasz?! — zawołała, lekko szturchając go łokciem w ramię. — Cieszysz się, że jeszcze się nie zestarzałam! — dodała z przekąsem.

— Daj spokój, Iga. Przecież wiesz, że moje uczucie do ciebie potężnieje, a nie maleje.

— Chodź tu, mój romantyku, i daj mi buziaka! — wyciągnęła do niego ręce, a kiedy mężczyzna pochylił się nad nią, składając na jej słodkich ustach gorący pocałunek, objęła jego szyję. — O której wychodzimy na zabawę? — zapytała, patrząc mu w oczy.

— Nie wiem, kochanie. Ja mógłbym wyjść już teraz, ale widzę, że ty ciągle się szykujesz.

Pocałowała go i zabrała się do kończenia pedicure.

— Jeszcze tylko się ubiorę i to już koniec. — rzekła pochłonięta pracą.

Mężczyzna skierował się do łazienki, by przeczesać trochę burzę jasnych włosów. Spojrzał w duże lustro i nagle ponownie zobaczył w nim odbicie kogoś zupełnie innego, a może właśnie kogoś, kto żył w nim od początku jego istnienia? Nie był tego pewien, choć bardziej skłaniał się ku drugiej z możliwości…

Zmarszczył brwi i uporczywie wpatrywał się w swoje odbicie. Z trudem przełknął ślinę. Jak błyskawice przedzierały się przez jego umysł dawne, minione chwile. Prześladowały go, ilekroć coś skojarzyło mu się z tamtym człowiekiem, a zdarzało się to nader często. Jego rozważania przerwał w pewnej chwili dźwięczny kobiecy głos:

— Witek, kochanie, jestem gotowa! Chodź!

Roześmiana postać wbiegła do łazienki. Witold spojrzał na nią dosyć poważnie. W jego oczach żarzyło się jeszcze coś, co Iga przez te wszystkie lata ich znajomości zdołała już zaaprobować. Podeszła do niego i opierając swoje dłonie na jego piersi zatopiła się w szarości oczu męża. Intensywność jego spojrzenia stopniowo malała i Witek z każdą kolejną sekundą stawał się ponownie sobą, ku ogromnej uciesze jego żony.

— Znowu o nim myślałeś? — szepnęła, opierając policzek na jego piersi.

Witek objął ją mocno, przytulając do siebie. Zamknął oczy, pochłaniając ten spokój, który ona mu przyniosła, jak zwykła to robić. Jej obecność zawsze dawała mu ukojenie, uspokajała jego rozkołatane serce. Wystarczyło jedno spojrzenie w te duże szmaragdowe oczy, tchnące tak potężną miłością, by wróciła mu wiara w siebie; świadomość, że jest komuś potrzebny.

Uśmiechnęła się do niego. A kiedy on posłał jej równie szeroki uśmiech, wiedziała, że ponownie odzyskała męża. Oczy jej zaiskrzyły dzikim blaskiem, a domek na nowo wypełnił się wesołym śmiechem kobiety.

— Chodź! — zawołała, pociągając go za sobą. — Idziemy się bawić! W końcu zaczynamy siódmy rok naszego małżeńskiego pożycia.

Teraz i on się roześmiał. Zawsze zarażała go dobrym humorem; zawsze obdarzała go kilogramami optymizmu. Była dla niego opoką w trudnych chwilach, które czasem go nawiedzały.

Objęli się w pasie i podążyli ku dźwięcznej muzyce życia, dobiegającej do ich uszu. Każdego wieczoru, odkąd wynajęli domek nad jeziorem, wybierali się na zabawy, odbywające się nad jego brzegiem. W ciągu tych trzech zaledwie dni poznali wielu innych wczasowiczów i tubylców. Iga wręcz paliła się do zawierania nowych znajomości. Jej towarzyska dusza rwała się do rozmów i zabaw z innymi.

Witek chciał właśnie poinformować żonę o zawarciu przez niego nowej znajomości, spojrzał więc w jej oczy iskrzące w świetle słońca. W tym samym momencie jej twarz rozświetlił także szeroki uśmiech, a mężczyzna podążył spojrzeniem za wzrokiem Igi.

W ich kierunku podążał szczupły, młody osobnik, którego skóra lśniła zdrową opalenizną, kontrastującą z bielą jego zębów, gdy rozchylił usta w uśmiechu. Zza okularów spozierały błękitno — szare oczy, wyróżniające się na jego złocistej twarzy.

Przesunął dłonią po obciętych na krótko, ciemnych włosach, po czym zatrzymał się, stanąwszy przed małżonkami.

— Idziecie na zabawę? — zapytał, nie przestając się uśmiechać.

— Pewnie! — roześmiała się Iga. — Nie korzystać z takich okazji to po prostu bluźnierstwo!

Mężczyzna wsunął dłonie do kieszeni swoich granatowych spodenek i uniósł brew. Nie do końca był przekonany co do prawdziwości stwierdzenia Igi, chociaż nie mógł zaprzeczyć, że często sam wybierał się na różne imprezy.

— A ty? Nie idziesz? — zapytał Witek, zauważając sceptyczne spojrzenie kolegi.

— Nie. Przed chwilą skończyłem pracę i byłem u mamy coś zjeść — odpowiedział brunet, głęboko odetchnąwszy. — Jestem trochę zmęczony.

— Wykończysz się, chłopie — zawyrokował Witek. — Mogłeś przecież skończyć tę pracę jutro, zamiast dziś ją przedłużać.

— Wiesz przecież, że dla mnie to jest przede wszystkim przyjemność…

— Co może być przyjemnego w dłubaniu w samochodach? — zdziwiła się Iga.

Mężczyźni jedynie spojrzeli na siebie, uśmiechając się pobłażliwie, a ich spojrzenie wyrażało tylko jedno słowo: „kobiety!”.

Iga jednak nie zwróciła na to najmniejszej uwagi i, chwytając znajomego pod ramię, oznajmiła:

— Idziesz z nami. Nikt ci nie każe wyginać się na parkiecie, a towarzystwa przecież możesz nam dotrzymać. To chyba nie jest męczące?

Wobec tak postawionego „zaproszenia” mężczyzna nie był w stanie odmówić. Poddał się jej czynom i posłusznie, podobnie jak Witek, podążył za ognistowłosą kobietą, kiedy ta ruszyła do przodu, opierając się na ramionach obu mężczyzn. Szli w skupieniu, delektując się cudowną aurą, lecz ciszę, jaka zaległa pomiędzy nimi na moment, przerwał w końcu Witek.

— Kamil, znajdziesz jutro trochę czasu w swoim warsztacie? — zapytał, spoglądając w stronę kolegi nad głową żony.

— Znowu coś poszło w waszym aucie? Pewnie, że znajdę — zaoferował się bez chwili wahania, choć nie był tego całkowicie pewien.

— Nie, nie chodzi o nasz samochód — zaprzeczył Witek. — Znajomy ma problem ze swoim…

— Który? — przerwała Iga, zwracając swoją młodziutką, wyrażającą zaciekawienie, twarz w kierunku męża.

— Nie znasz go, kochanie — odpowiedział jej i zaraz zwrócił pytający wzrok na Kamila. — Zajrzysz…

— Jak to nie znam?! — wykrzyknęła kobieta, zatrzymując się; jej brwi utworzyły ostry łuk nad dużymi, lśniącymi szmaragdami oczami. — Jak to możliwe, że ty znasz kogoś, kogo nie znam ja?!

Witek westchnął, patrząc w seledynowe tęczówki pałające żalem i rozczarowaniem.

— Poznałem go zaledwie przed godziną, kochanie — zaczął spokojnie, chwytając jej twarz w swe dłonie. — Na pewno poznasz go na zabawie. Obiecał, że przyjdzie i zabierze swoją narzeczoną.

Twarz Igi stopniowo łagodniała i nabierała tego dziewczęcego blasku, do którego jej mąż był tak przyzwyczajony. W chwili spontaniczności objęła go w pasie, opierając swój policzek na szerokiej piersi mężczyzny i zamknęła oczy, czerpiąc z tych kilku sekund jak najwięcej spokoju męża.

Kamil, przyglądający się z boku tej scenie, pokręcił jedynie głową z niedowierzaniem. Iga ciągle wprawiała go w oszołomienie swoimi zmianami humoru. Podziwiał Witka, że przez tyle lat znosił to wszystko i, zdawałoby się, ciągle kochał swą żonę tak samo! On sam nie wytrwałby — wiedział coś na ten temat.

* * *

Michał odsunął krzesło, na którym usiadła jego narzeczona, po czym przeszedł na drugą stronę drewnianego stolika, wolno popijając chłodne piwo. Z zainteresowaniem rozglądali się wokół, siedząc nieco na uboczu wspaniałej restauracji, składającej się jedynie z parkietu, dachu i baru, wdychając aromatyczne zapachy.

— Więcej tu osób o tej porze, niż kilka godzin wcześniej — odezwał się, posyłając swej towarzyszce uśmiech, po czym łyknął trochę klarownego, miodowego napoju z pianką.

Kiedy Maja, znużona podróżą, oddawała się marzeniom sennym, on, spacerując po okolicy, zdecydował się skorzystać z okazji i, siedząc przy tym samym stoliku, który wybrał dla nich w tym momencie, przemyślał wiele spraw, dotyczących jego własnej pracy, jak i osobistych. Podobało mu się to miejsce ze względu na ciszę, jaka panowała wówczas wśród klientów oraz obsługi.

Maja wolno sączyła wodę mineralną z cytryną i przyglądała się zabawom dzieci na małej plaży. Z ich miejsca widoczna była błękitnozielona tafla ogromnego jeziora, co bardzo przypadło jej do gustu. Radosny spokój spływał na nią, chociaż wokół robiło się coraz głośniej. Dziwnie kojące było to miejsce, doszła do wniosku. Spojrzała na Michała i z uśmiechem odpowiedziała:

— Tutaj o tej porze życie dopiero się zaczyna.

— Będziemy musieli się przestawić…

Wszystko przyjmował bez żadnego problemu, co często Maję dziwiło. Zmarszczyła teraz brwi, podnosząc na niego wzrok. Wpatrywała się przez moment w jego jasne oczy, zastanawiając się, czy zawsze taki był, czy tylko nie mogła przypomnieć sobie podobnych sytuacji. Kiedyś jednak nie spędzała z nim tak dużo czasu, możliwe zatem, iż uszło to jej uwadze.

Michał zauważył jej uporczywe i zamyślone spojrzenie, co jednakże wcale go nie zaskoczyło. Maja dosyć często wpatrywała się w niego, do czego zdążył się już przyzwyczaić przez cały ten czas jego zalotów i okresu ich narzeczeństwa.

Ujął w swe ręce jej maleńką w porównaniu ze swoją dłoń, co od razu sprowadziło ją na ziemię. Zarumieniła się, nagle przyłapana na tak intensywnym przyglądaniu się narzeczonemu. Zdawała sobie sprawę, że nie ma w tym nic zdrożnego, nie była jednak w stanie zapanować nad tym odruchem.

Rumieniec ten jedynie rozpalił w nim ogień, a w oczach jego zalśnił nagły blask i Michał mocniej ścisnął dłoń Mai.

— Kochanie, wyjdź za mnie… — szepnął, zatapiając się całkowicie w jej orzechowych oczach.

Źrenice dziewczyny przybrały kształt ciemnych, porcelanowych talerzy. Zdumiała ją prośba Michała. Była już przecież jego narzeczoną; już usłyszała owo błaganie z jego ust zaledwie przed tygodniem!

— Ale… — odezwała się, lecz on nie dał jej dokończyć, jakby domyślał się, co chce mu powiedzieć, i ciągnął żarliwie:

— Dzisiaj… Teraz…

Intensywność jego spojrzenia zaczęła ją przerażać. Nigdy wcześniej nie widziała go takim, jakim był w owej chwili. Serce momentalnie przyspieszyło; czuła swój puls w każdym odcinku ciała, a w głowie zaszumiało jej tak bardzo, że odniosła wrażenie, iż zbliżała się do stanu omdlenia.

— Michał, ale… — zaczęła, lecz ponownie nie dane jej było dokończyć.

W zasięgu jej wzroku znalazł się ktoś, kogo gdzieś już widziała. Podniosła wzrok na szczupłego mężczyznę, którego gęste włosy, jakby wypłowiałe, odróżniały się w półmroku otoczenia, idącego w ich kierunku. I wtedy doznała olśnienia! Z nim to właśnie kilkadziesiąt minut wcześniej rozmawiał jej narzeczony.

Michał odwrócił się, podążając za spojrzeniem narzeczonej. Nie bardzo spodobało mu się towarzystwo, jakie ujrzał. Miał nadzieję, iż jeszcze dziś kobieta, z którą się związał, zostanie jego żoną, lecz jego plany nagle legły w gruzach. Z niesmakiem ponownie zwrócił swą twarz w stronę Mai, która jednak ze spuszczoną głową z zainteresowaniem przyglądała się przezroczystej barwie wody mineralnej.

Była mocno zaskoczona tym, o co poprosił ją Michał. Zupełnie nie spodziewała się tak spontanicznego kroku po zwykle opanowanym mężczyźnie, nie była na to ani trochę przygotowana. W jej umyśle od tych wszystkich niepoukładanych myśli zrodził się całkowity chaos. Momentalnie zabolała ją głowa, a spokój, jaki czuła dotychczas, gdzieś się ulotnił.

Michał tymczasem wstał i, przywitawszy się ze znajomym, podszedł do przyszłej żony, która również się podniosła. Objął ją w pasie, po czym zwrócił się do przybyłych:

— To Maja, moja narzeczona — spojrzał na kolegę. — A to Witek.

— Miło cię w końcu poznać — odezwał się przedstawiony mężczyzna, podając dłoń czującej się niezbyt pewnie dziewczynie i uśmiechając się serdecznie. — Michał prawie ciągle o tobie mówi!

Maja zerknęła na narzeczonego, po czym posłała Witkowi szeroki uśmiech. W jego szarych, przezroczystych oczach kryło się coś nieokreślonego, co jednak wzbudziło w niej zaufanie. Miała wrażenie, iż stoi przed nią człowiek naprawdę autentyczny, nie udający nikogo, kim nie jest.

— Mam nadzieję, że przedstawił mnie w korzystnym świetle! — roześmiała się, wiedząc jednocześnie, że Michał nie mógłby powiedzieć o niej niczego złego za jej plecami.

— Oczywiście! Chyba w to nie wątpisz? — podchwycił Witek, po czym wysunął na przód swoją żonę, która już nie mogła doczekać się, kiedy zacznie głębiej poznawać ową parę. — To moja żona, Iga. Na pewno się zaprzyjaźnicie.

Obie kobiety z uśmiechem na twarzach przywitały się ze sobą i Iga, czując się już pełnoprawną członkinią grupy, postanowiła przedstawić jeszcze Kamila, stojącego ciągle za małżonkami. Chwyciła go pod ramię i rzekła:

— Znacie Kamila? Pewnie jeszcze nie zdążyliście zapoznać się z nikim! To jest nasz zaufany mechanik. Szybko poradził sobie z naszym autem, prawda, złotko?

Przyszli małżonkowie ze zdumieniem przyjęli zarówno słowotok młodej, ognistowłosej kobiety, jak określenie, jakim obdarzyła bruneta. Przez moment przyglądali się jej niczym nieziemskiemu zjawisku, zaraz jednak Maja zreflektowała się i podała swą dłoń wyciągniętej, opalonej dłoni Kamila, posyłając mu uroczy uśmiech. Michał zaraz potem poszedł w jej ślady.

Wszyscy, za obopólną zgodą, usiedli przy tym samym stoliku natychmiast po tym, jak pozostali kupili sobie coś do picia. Nastąpiło krótkie zamieszanie, spowodowane rozlokowywaniem się, aż w końcu wokół towarzystwa zaległa chwilowa cisza. Iga, gdy tylko wreszcie usiadła wygodnie, od razu ją przerwała, zagadując Maję. Kiedy kobiety zajęły się rozmową, Kamil zwrócił się do Michała.

— Słyszałem, że masz problem ze swoim samochodem — powiedział.

— Tak. Nie wiem, co się z nim dzieje — odpowiedział Michał spokojnie. — Przyjechaliśmy tu i właściwie zaraz potem nie mogłem go odpalić. Próbowałem wiele razy. Czasem zaskakiwał, czasem nie. Mógłbyś go obejrzeć?

— Pewnie. To dla mnie żaden kłopot — Kamil upił łyk piwa, nieodrywając wzroku od rozmówcy. — Jutro przyprowadź go do mojego warsztatu. Witek wie, gdzie to jest, więc poinstruuje cię.

— Zabiorę się razem z tobą. — zaoferował się Witek, zwracając się do nowo poznanego kolegi.

Michał tylko skinął głową. Popijając wolno swoje piwo zapatrzył się gdzieś przed siebie, co od razu zwróciło uwagę Kamila. Zmarszczył brwi, intensywnie zastanawiając się, jak to możliwe, by na świecie istniały tak ponure istoty. Zerknął na Maję, która rozprawiała z Igą. Obie śmiały się i zdawały się nie zwracać uwagi na mężczyzn. Tak bardzo różniła się od swojego narzeczonego, że Kamilowi nie mieściło się w głowie, że ta kasztanowowłosa kobieta mogłaby dzielić resztę swojego życia z takim człowiekiem.

Witek, jakby wyczuwając wątpliwości Kamila, od razu zareagował, chcąc je rozwiać.

— Stało się coś, Michał? — zapytał blondyna, który gwałtownie ocknął się ze swoich myśli.

— Nie, dlaczego pytasz? — był wyraźnie zdziwiony.

— Jakiś czas temu byłeś taki radosny, że cię nie poznaję! Teraz praktycznie się nie odzywasz — wyjaśnił.

Michał uśmiechnął się. Rzeczywiście na moment odpłynął, ale zdarzało mu się to bardzo często. Witek na pewno przyzwyczai się do tego niebawem, tak jak i wiele innych osób z jego otoczenia. Każdy potem stwierdzał, że Michał, bez jego bujania w obłokach, nie byłby tym samym Michałem! Była to jego nieodłączna cecha osobowości.

Wyjaśnił to Witkowi, a przy okazji także i Kamilowi, który jednak dość sceptycznie podszedł do tego wyjaśnienia.

Ten wieczór, mimo wszystko, był bardzo przyjemny dla każdego z członków towarzystwa. Kamil, choć postanowił posiedzieć tylko chwilkę, został, aż reszta znajomych zdecydowała się rozejść. Nastała późna, poprzeplatana błyszczącymi, srebrnymi oczami mroku, noc. Na czarnym niczym heban niebie królował dumnie księżyc, pokazując połowę swej twarzy.

Dwie pary objęte w pół wracały do swych domków i tylko jeden człowiek z dłońmi schowanymi w kieszeniach spodni, obserwując czubki swych adidasów, podążał do domu samotnie…

Dzień drugi

Złota łuna spłynęła na niego ciepłym oddechem, a on odniósł wrażenie, jakby odpłynął ponownie w świat marzeń sennych. Ciepło to wypełniło jego serce, roznosząc je po całym ciele i Witek pod jego wpływem zsunął z siebie zielony koc. Otworzył oczy i uśmiechnął się. Czuł pod palcami ogniste, płonące w świetle porannego słońca delikatne loki żony, owijające się między jego palcami. Słyszał jej spokojny oddech, co po raz kolejny dało mu pewien rodzaj bezpieczeństwa.

Doznawał takiego wrażenia, odkąd pamiętał. Zawsze była dla niego właśnie tą osobą, na której nigdy się nie zawiódł. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, choć praktycznie nigdy nie wierzył, że mogłoby go spotkać coś takiego — dziś może to stwierdzić bez żadnego wahania. Jej cudowne oczy, tak błyszczące w tamtym sierpniowym słońcu rażącą zielenią, zrobiły na nim ogromne wrażenie. Nigdy przez te wszystkie lata nie zapomniał ich blasku i młodzieńczego wyrazu.

Spojrzał na Igę. Spała tak słodko, ułożywszy swą kształtną głowę na jego ramieniu, że nie miał serca jej budzić. Zapewne była zmęczona po tej upojnej nocy, gdy zabrał ją do bram nieba. Radowało go to, że ciągle jeszcze, po sześciu latach małżeństwa, kochali się tak intensywnie i żarliwie, jakby mieli wrażenie, iż jest to ich ostatni raz.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.42
drukowana A5
za 37.89
drukowana A5
kolorowa
za 68.08