E-book
13.65
drukowana A5
40.97
Zapach nadziei

Bezpłatny fragment - Zapach nadziei


Objętość:
318 str.
ISBN:
978-83-8155-489-3
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 40.97

Mojemu mężowi, bez którego nie powstałaby ta książka. Dziękuję za wsparcie, jakiego udzielasz mi każdego dnia. Za to, że zawsze za mną stoisz i pchasz mnie do przodu.


Rozdział pierwszy

Londyńska pogoda obudziła go o dziesiątej rano po skończonej właśnie czterodniowej zmianie. Wykąpał się i podgolił brodę. Zastanawiał się, jak to jest, że niektórzy mogą się golić raz na dwa tygodnie, a on, nieszczęśnik, przed lustrem musi spędzać co drugi dzień. Tłumaczył sobie ten fenomen późnymi ciążami w rodzinie i powolniejszą niż w wypadku innych ewolucją.

Nikodem, bo tak mu było na imię, zszedł do kuchni, gdzie przygotował sobie na śniadanie klasyczną mrożoną pizzę oraz herbatę podawaną o niestandardowo angielskiej porze. Nie bawarkę, lecz najzwyklejszą w świecie czarną herbatę. Bez udziwnień. Wspinając się po schodach z talerzem i kubkiem w rękach, myślał o tym, dokąd pojedzie tym razem, jako że po czterech dwunastogodzinnych dniach w pracy przysługiwały mu cztery dni wolności. Północ, południe, a może krótki wypad do ojczyzny? Nie lubił siedzieć w domu, który zresztą traktował jak hotel — tu tylko nocował.

Usiadł przy klawiaturze komputera, zakąszając kolejny kawałek sowicie skropionego keczupem (nie „keczapem”! ) ciasta z serem i pieczarkami. W międzyczasie wszedł na dobrze wszystkim znany portal społecznościowy i zabrał się za odpisywanie na wiadomości. Jedna szczególnie go zainteresowała. Przyjaciel z rodzinnego Gdańska napisał, że jego koleżanka wraca za miesiąc z Meksyku, kraju Azteków, i potrzebuje noclegu. Zapytał, czy jest możliwość, aby zatrzymała się na noc w jego rosyjsko-polskim domu. Na szczęście dla niego suche litery nie zdradzają emocji, a tym bardziej podniecenia. Chłodno odpowiedział więc koledze:

— Nie ma problemu.

Tyle że w głowie nagle zaczęła mu grać muzyka. Nie chciał jednak jeszcze tańczyć, przeczuwając, że w nieodległej przyszłości „zamiast solo będzie tańczyć godo”.

Po pewnym czasie Iga, rzeczona niewiasta, nawiązała z nim kontakt i tak od słowa do słowa zaczęli do siebie pisać.

Rozdział drugi

Szła już ponad półgodziny, mijając po drodze wyłącznie domki szeregowe. Od wyjścia z pociągu nie widziała nic poza nimi. Wszystkie były takie same. Zniecierpliwiona i zaniepokojona, że pewnie dawno minęła dom Nikodema, zatrzymała się na rogu ulicy.

— Przepraszam bardzo, jak dojdę do Coleraine Road? — zapytała pana w średnim wieku, malującego właśnie płot przy swoim domu.

— Coleraine Road? Coś kojarzę. — Mężczyzna odłożył pędzel i zaczął rozglądać się po okolicy, a następnie zawołał swoją żonę, która zajmowała się w tym czasie ogródkiem. Poprosił ją, żeby przyniosła telefon, po czym rzucił: — Niech no popatrzę na mapę.

Dziewczyna czekała cierpliwie na wskazówkę, zerkając na mapę w telefonie i rozglądając się w nadziei, że nagle ujrzy ulicę, której szuka. Nic z tego. Nikodem miał wprawdzie odebrać ją z Victoria Station, ale niestety nie mógł wziąć tego dnia wolnego. Zresztą proszenie go o to byłoby już przesadnym wykorzystywaniem jego gościnności. Wystarczy, że z chęcią przygarnął pod swój dach i zechciał przenocować zupełnie obcą mu osobę.

— Musi pani skręcić teraz w lewo, a następnie druga ulica w prawo i minie pani taki spory park. Proszę iść cały czas prosto, aż dojdzie pani do Humber Road i wtedy proszę skręcić w prawo. To będzie Coleraine Road — wytłumaczył mężczyzna ochoczo, gestykulując i pokazując rękami, w którą stronę należy skręcać.

— Bardzo dziękuję. Na pewno trafię. Miłego dnia. — Uśmiechnęła się do sympatycznego mężczyzny oraz jego żony i ruszyła dalej.

„Najpierw w lewo, później w prawo, park, ulica… i w prawo” — Iga powtarzała sobie drogę w głowie, aż jej skupienie przerwała interesująca myśl. Ciekawe, jakby to było mieć właśnie taki dom, plewić spokojnie ogródek u boku męża, który maluje płot. „Byłoby miło…” — rozmarzyła się na minutę. Ale tylko na minutę, bo szybko odezwał się wewnętrzny głos rozsądku, który zaśmiał się z tej jakże odważnej myśli: „Bądź realistką, dziewczyno. Z jakim mężem? Prędzej sama własnymi rękoma wybudujesz dom, niż wyjdziesz za mąż”.


* * *


Po chwili na horyzoncie ukazał się park, o którym wspomniał sympatyczny Brytyjczyk. Nim Iga się obejrzała, była już na Coleraine Road. To jednak nie była upragniona meta, bo ulica ciągnęła się jeszcze długo. W końcu przed jej oczami pojawił się dom numer sto pięćdziesiąt dwa. Zapukała raz. Nic. Drugi raz. Nic. Trzeci raz. W końcu usłyszała, że ktoś schodzi po schodach. To był Kamil, współlokator Nikodema.

— Cześć, ty musisz być Iga. Koleżanka Nikodema? — zapytał wesoły chłopak z obfitym zarostem przywodzącym na myśl drwala. W tym czasie panowała moda na tego typu szczeciny. Podobno w dawnych czasach symbolizowały siłę, mądrość i dostojeństwo. Być może dlatego wróciły do łask.

— Tak, cześć. — Iga uśmiechnęła się trochę skrępowana.

— Wchodź, nie stój tak.

Kiedy dziewczyna przekroczyła próg, poczuła niesamowitą ulgę, że w końcu może ściągnąć plecak po długiej podróży. Kamil zaprosił ją do kuchni i zaparzył herbatę. Obserwowała go dłuższą chwilę i zastanawiała się, czy chłopak wie, że tak naprawdę nie zna Nikodema osobiście i rozmawiali tylko trochę przez Internet, a jedyne, co ich łączyło, to wspólny kolega z Gdańska. Lekko zdezorientowana nie zapytała o to.

Kamil wydał jej się ciekawą osobą. Pomimo lekkiego konserwatyzmu, który u niego wyczuwała, zrobił na niej bardzo dobre pierwsze wrażenie. Porozmawiali chwilę o polityce oraz wymieni zdanie na temat Londynu. Dopili herbatę.

— No dobrze, miło się rozmawia, ale muszę jeszcze zrobić kilka rzeczy. Poza tym jesteś pewnie zmęczona. Chodź, pokażę ci pokój Nikodema.

— Super, dzięki — odparła i skinęła głową.

— Gdybyś czegoś potrzebowała, będę w pokoju obok — rzekł i otworzył drzwi do pokoju współlokatora.

— Mógłbyś tylko podać mi hasło do wi-fi? Muszę napisać artykuł i jeszcze dziś umieścić go w Internecie.

— Jasne, już ci zapisuję.

— Dzięki.


* * *


Pokój Nikodema znajdował się na pierwszym piętrze. Kiedy Iga weszła do środka, poczuła, jakby znała to miejsce, jakby już tu kiedyś była. Panowała w nim intensywna aura. W rzeczywistości był to jednak zupełnie obcy pokój zupełnie obcego mężczyzny.

Dziewczyna położyła plecak obok biurka i wyciągnęła z niego laptopa, żeby spisać przeżycia z Meksyku. Była godzina piętnasta, a Nikodem miał być w domu dopiero około osiemnastej, więc miała jeszcze sporo czasu. Podniosła delikatnie klapę, żeby zacząć pisać artykuł na temat konferencji oraz szkolenia, na jakim była w Meksyku. Pierwsze piętnaście minut spędziła jednak na obserwowaniu pokoju.

Niby był to zwyczajny pokój, nic specjalnego, a jednak w jakiś sposób ją zaciekawił. Wrażenie, że kiedyś już tu była, nie chciało jej opuścić. „Dlaczego to miejsce wydaje mi się takie znajome i bliskie, skoro jestem tu pierwszy raz?” — zastanawiała się. Przez chwilę jeszcze rozglądała się dookoła, jakby szukała weny na ścianach. Nie potrafiła skupić się na pracy. Zazwyczaj jet lag nie dawał jej się we znaki tak jak tym razem. „Dlaczego nie mogę się skupić?” — denerwowała się. Czyżby to zmęczenie podróżą czy może też niebezpieczna sytuacja sprzed dwóch dni, gdy jeszcze była w Meksyku? A może raczej czuła się tak nieswojo, dlatego że siedzi w pokoju chłopaka, którego nigdy nie widziała, a który kazał jej wejść do swojej sypialni pod jego nieobecność? Próbowała odpowiedzieć sobie na pytanie, skąd takie zaufanie z jego strony, ale nic nie przychodziło jej do głowy.

W końcu zaczęła pisać sprawozdanie z pobytu w Ameryce Łacińskiej. Wprawdzie bardzo wolno, ale zaczęła. W dwie godziny opisała pokrótce cały tydzień oraz przebieg szkolenia zorganizowanego przez Meksykanów. Kilka kliknięć i tekst znalazł się na stronie organizacji.


* * *


Tymczasem Nikodem, jeszcze siedząc w pracy, niecierpliwie czekał na wiadomość od Igi. Dopiero kiedy koleżanka dała znać, że z niewielkimi przebojami udało jej się znaleźć właściwy dom, odetchnął z ulgą, choć jednocześnie podniecenie spowodowane zbliżającym się spotkaniem zaczęło rosnąć.

Owo uczucie nie zmalało w drodze do domu. Wiedział, że za chwilę ją zobaczy. Dziewczynę, z którą przez ostatnie tygodnie ochoczo wymieniał wiadomości na Facebooku oraz dzielił się abstrakcyjnymi, wręcz nieco filozoficznymi, przemyśleniami.


* * *


Nikodem stanął w drzwiach pokoju.

— Cześć! — powiedział wysoki, przystojny brunet i uśmiechnął się. „Jest piękniejsza niż na zdjęciach” — pomyślał.

— Cześć — odparła lekko zawstydzona dziewczyna, która siedziała przy biurku z laptopem.

Choć po mistrzowsku ukrywała zdenerwowanie przemieszane z podnieceniem, serce zaczęło walić jej jak młotem, kiedy chłopak stanął w progu. W końcu wcześniej tylko rozmawiali na Facebooku i wprawdzie zajrzała na jego profil, bo była ciekawa, jak wygląda, ale w rzeczywistości Nikodem nieco różnił się od tego wizerunku. Wysoki, przystojny brunet. A oczy… Ach, oczy miał wręcz cudowne — wielkie i brązowe. To się zgadzało. Jednak jej przekonanie, że nieco przypomina modela zniknęło. Był równie przystojny, lecz nie upozowany jak na zdjęciach. Uśmiechnięty od ucha do ucha chłopak w luźnych szortach i koszuli w kratę zrobił na niej niesamowite pierwsze wrażenie. Od razu go polubiła.

On z kolei ujrzał filigranową blondynkę o niebieskich oczach z drobnymi zmarszczkami w kącikach oczu. Momentalnie domyślił się, skąd się wzięły. „Pewnie ciągle się śmieje” — pomyślał. Jej bardzo jasna cera — od razu przykuła jego uwagę. Podobały mu się kobiety o jasnej karnacji. Poandto, nie ujrzał na jej twarzy ani krzty makijażu, jedynie jej małe oczy były lekko podkreślone czarną kredką — co jeszcze bardziej mu się spodobało. Do tego dołeczki w zarumienionych policzkach — wręcz go oczarowały.

Chwilę rozmawiali o tym, jak każdemu z nich minął dzień. Wymienili kilka uśmiechów i głębokich spojrzeń, po czym Nikodem zaproponował:

— Może chcesz wyskoczyć na spacer? Nie chcę nalegać… Nie wiem, czy nie jesteś zbyt zmęczona. Może wolisz odpocząć?

— Nie — zaprotestowała. — Chętnie się przejdę.

— Super. To daj mi piętnaście minut. Tylko wezmę prysznic i możemy iść.

— Jasne. — Odwzajemniła uśmiech.

Iga zamknęła w międzyczasie wszystko na komputerze. Po chwili usłyszała pukanie do drzwi.

— Proszę.

— To co? Gotowa?

— Jasne. Ale nie pukaj do swojego pokoju, bo dziwnie się czuję. — Na jej zarumienionych policzkach znów pojawiły się dołeczki.

— Dobrze — zaśmiał się.

— Ach… póki pamiętam… — Sięgnęła do torebki. — Taki mały drobiazg.

— Sombrero! — Uradował się na widok małego czarnego meksykańskiego kapelusza. — A cóż to takiego? — zapytał, wskazując na worek z ciemnoczerwonymi suszonymi kwiatami.

— Agua de Jamaica — odparła.

— Jamajka? A ty nie byłaś przypadkiem w Meksyku? — zażartował.

Uśmiechnęła się.

— To jest taka herbatka, która ma sporo właściwości. Poprawia metabolizm, obniża cholesterol i takie tam różne.

Spojrzał na nią, a potem obdarzył ją ujmującym uśmiechem. „To jest taka herbatka” — powtórzył w myślach. W głębi duszy ucieszył się, że o nim pomyślała.


* * *


Po drodze kupili dwa butelkowe piwa. Przeszli kawałek i usiedli na murku.

— Wiesz, lubię tak czasami porozmyślać, leżąc na trawie, ale dzisiaj chyba pozostaje nam tylko murek, bo trochę padało. — odparł.

— Nic nie szkodzi. Dla mnie ważniejsze jest towarzystwo, więc jeśli nie będziesz mnie zanudzał to będzie wszystko w porządku — zażartowała.

Już po pierwszych minutach chłopak zauważył, że Iga jest otwarta na rozmowę i tryska życiem oraz pozytywną energią. Oprócz tego, że była piękna, od razu wyczuł, że jest bardzo inteligentna i może być idealną kandydatką do pofilozofowania. Początkowo nawiązując kontakt, myślał, że jego śmiałe i nietypowe podejście do życia spłoszy dziewczynę. Tak się jednak nie stało. Ku jego zaskoczeniu sama zaczęła żywo dzielić się swoimi przemyśleniami. Po chwili dowiedział się, że walczy o prawa człowieka, pisze i jest tłumaczem, co w jego życiu było powiewem świeżości. Dostrzegł w jej oczach determinację i upór. W rzeczy samej, doskonale wiedziała, czego chce, i potrafiła to osiągnąć. Zawsze kiedy coś zaczynała, to również to kończyła. Brało się to stąd, że była osobą bardzo słowną. Nie tylko w stosunku do innych ludzi, lecz przede wszystkim względem samej siebie. Kiedy obiecała coś samej sobie, wiedziała, że MUSI to wykonać.

Iga z kolei zauważyła, że jej przystojny kolega jest bystry, błyskotliwy i lubi prowokować ludzi, żeby wyciągać z nich prawdę. A pomimo eleganckiej koszuli, którą miał tamtego dnia na sobie, miała nieodparte wrażenie, że chłopak wiedzie życie luzaka, a może nawet włóczęgi. Przypominał jej trochę Włóczykija z „Muminków”, za którym szalała w młodości. Filozof, podróżnik, pasjonat życia. Tak właśnie go widziała w tamtym momencie.

— Skusisz się? — spytał chłopak, podając jej torebkę z orzechami.

— A, daj trochę. — Udawała opanowanie, chociaż serce biło jej mocno, a policzki zaróżowiły się z podniecenia. Czuła na sobie jego przenikliwe spojrzenie. — Wiesz, że mnie dziś pokierowali do Subwaya na kanapkę zamiast do metra? — Próbowała przywołać zabawną sytuację z rana, żeby zagłuszyć samą siebie.

— Jak to? — zapytał, przegryzając kolejnego orzecha.

— Szukałam metra i zapytałam faceta: Where is the subway? A on mi pokazał tę knajpę Subway z kanapkami, która była na rogu.

Nikodem zaśmiał się i poklepał koleżankę po ramieniu.

— A no tak… Amerykanie… Tutaj mówią na metro underground.

— A no tak… Brytyjczycy i ich angielski… — zaśmiała się. Powiew wiatru sprawiał, że blond włosy co chwilę opadały jej na twarz. — Kiedyś poprawili mnie, jak na autobus powiedziałam bus, a nie coach.

Rozmowa płynnie toczyła się swoim rytmem. Szybko jednak na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy, co zmusiło chłopaka do zaproponowania powrotu do domu. Chciał, aby odpoczęła przed jutrzejszym lotem. Nie miał najmniejszej ochoty wracać, ale pomimo tego, iż często przypinano mu etykietkę egoisty, w rzeczywistości wcale nim nie był. Wolał jednak, żeby ludzie tak myśleli, dlatego też niejednokrotnie prowokował dyskusje i zawsze podkreślał, że świat nie dzieli się tylko na białe i czarne.


* * *


Kiedy wrócili do domu, Nikodem najpierw zademonstrował koleżance działanie angielskiego włącznika światła, a następnie pościelił jej łóżko w swoim pokoju. Położył świeżo wypraną pościel i udał się do sypialni kolegi, który właśnie wyszedł na nocną zmianę. Wiedział, że nie może sobie pozwolić na nic więcej. Gdyby jednak dziewczyna okazała się bez polotu, finezji i interesującego wnętrza, ta historia miałaby zupełnie inne zakończenie. W dodatku pojawiłoby się znacznie szybciej.

Umył zatem tylko zęby, a później w łóżku zabrał się za codzienną prasówkę, czyli czytanie niewybrednych historii oraz ciekawostek z dziedziny fizyki. W pewnym momencie usłyszał pukanie do drzwi. Natychmiast pomyślał: „Oho, może jednak rybka sama chce, żeby ta historia inaczej się zakończyła?”. Z uśmiechem na twarzy wstał z łóżka i otworzył drzwi.

— Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale chciałam tylko zapytać, czy rano cię obudzić? Będę wychodzić około czwartej, więc nie wiem, czy jest sens, żebyś też wstawał. Może po prostu zatrzasnę drzwi?

— Mmm — odparł lekko zawiedziony, że się pomylił. — Obudź mnie, proszę — dodał po chwili, zatrzymując tylko dla siebie myśl, że miło będzie dla kogoś wstać w środku nocy. Patrzył na nią przez dwie minuty bez słowa, a kiedy wreszcie zamknęła drzwi i zniknęła, położył się na łóżku i westchnął.

Iga tymczasem weszła do jego pokoju, usiadła przy biurku i położyła na nim głowę. Zachichotała mimowolnie.

Po chwili oboje zasnęli.


* * *


Spojrzała na zegarek. Była trzecia czterdzieści. Za dziesięć minut miał zadzwonić budzik, ale go ubiegła. Poprzewracała się trochę w łóżku, z którego za żadne skarby nie chciała wychodzić. Czas jednak był nieubłagany i nie zważał na jej gorące prośby. Ubrała się w mgnieniu oka, umyła zęby i sięgnęła do torebki po kartkę i długopis.

Obudziła go, jak obiecała. Nikodem, na wpół śpiący, w bokserkach i T-shircie, gdy Iga jeszcze się przygotowywała, zszedł do kuchni przygotować jej coś na śniadanie. Na szczęście miał chleb, twarożek i łososia, którego wręcz ubóstwiał. Zrobił jej kilka kanapek na drogę. „Miło jest tak coś dla kogoś przygotowywać” — pomyślał, nakładając łososia. Szybko jednak odepchnął tę myśl.

Iga zeszła po chwili na dół, założyła plecak i popatrzyła na wyciągniętą w jej stronę rękę ze starannie zawiniętymi w folię kromkami. Uśmiechnęła się tylko, podrapała po czole i spojrzała w oczy Nikodema. W końcu wzięła kanapki.

— Może kiedyś się zdzwonimy? Miło będzie jeszcze porozmawiać — powiedział, patrząc w niebieskie oczy dziewczyny.

— Tak, może przypadkiem przyjedziesz do Wrocławia albo ja znowu do Londynu.

Rozstali się.

„Szkoda — pomyślał, zamykając za nią drzwi. — Tak dawno nie robiłem nikomu kanapek”.

Rozdział trzeci

O czwartej trzydzieści w Londynie wciąż panował zmrok. Na szczęście o tej porze nie było korków i w mgnieniu oka dostała się taksówką na lotnisko. To miejsce już tętniło życiem. Kolejka do odprawy przypominała tę za chlebem za komuny.

W końcu przedostała się na drugą stronę i usiadła w kawiarni. Miała jeszcze godzinę do odlotu. Małe cappuccino i croissant pozwoliły jej trochę się obudzić. Popijając kawę, bacznie przyglądała się podróżnym. Lubiła to robić. Lubiła lotniska. Patrząc na ludzi, wyobrażała sobie, jak wygląda ich życie, oraz kreowała w głowie różne historie.

Wzięła ostatni łyk delikatnej kawy i spojrzała na rozkład lotów na ekranie, który znajdował się tuż przed nią. Czerwone DELAYED komunikowało opóźniony lot. „No tak. Normalka” — westchnęła. Wyszła zatem z kawiarni, kupiła jeszcze małą butelkę wody i usiadła w poczekalni gdzie koczowało sporo podróżników. Na szczęście miała ze sobą niedokończoną książkę Jane Austen.

Po trzech godzinach czekania zakomunikowano w końcu otwarcie bramki do Wrocławia. Ruszyła więc w kierunku wejścia na pokład, gdzie spoczęła na kolejną chwilę. Dopiero gdy w kolejce zostały dwie osoby, wstała i zbliżyła się do mężczyzny sprawdzającego paszporty.

Kiedy samolot powoli się wznosił, obserwowała, jak skrzydło przecina chmury niczym watę cukrową. Na to podobieństwo wspomniała smak dzieciństwa. Zmrużyła na chwilę oczy. Jednak nie na długo, bo dochodzący z tyłu samolotu krzyk dziecka co rusz ją budził. Spojrzała na zegarek. Została jeszcze godzina. Próbowała czytać książkę, żeby zagłuszyć własne myśli, ale te nie dawały jej spokoju. Nie potrafiła nie myśleć o Nikodemie. Czuła, że chciałaby spędzić z nim jeszcze trochę czasu. Rozmowa z nim na żywo była jeszcze ciekawsza oraz intensywniejsza niż przez Facebooka. Za wszelką cenę starała się jednak odepchnąć myśl podszeptującą, że pragnie go znów zobaczyć.


* * *


On tymczasem wstał wcześnie rano, a kiedy podszedł do biurka, zobaczył karteczkę, której nie zauważył, kładąc się do swojego łóżka po pożegnaniu się z Igą. Podniósł świstek i przeczytał: „Porażką jest nie mieć odwagi spróbować. (…) Jedyną rzeczą odgradzającą większość ludzi od ich marzeń jest strach przed porażką”.

Uśmiechnął się. Wziął łyk zimnej wody i zamyślił się na moment. Tak krótka znajomość nieświadomie utwierdziła go w przekonaniu, że tacy ludzie jednak istnieją. Wzbudziła w nim żywsze uczucia, których od dawna nie doznawał. „Nie pamiętam, kiedy ostatni raz czułem się tak podekscytowany. Szkoda, że nie została na dłużej” — zreflektował się.


* * *


Gdy w końcu dotarła do Wrocławia, rzuciła torebkę na łóżko, a pięćdziesięciolitrowy plecak cisnęła w kąt. Była zmęczona, ale dumna z siebie i swojej odwagi. Napuściła wody do wanny, żeby wziąć relaksującą kąpiel. W czasie kiedy wanna powoli napełniała się letnią wodą, a piana stawała się coraz gęstsza, zaparzyła sobie zieloną herbatę ze skórką pomarańczową, którą tak uwielbiała.

Siedząc w wannie, znów złapała się na tym, że myśli o właśnie minionym wyjeździe. Większość tych myśli zajmował Londyn. A przecież wyprawa do Meksyku była bardziej fascynująca niż jakieś tam szare miasto. O co chodzi? Dlaczego zamiast wspominać chwile w kraju Azteków, zawracała sobie głowę Londynem, za którym nigdy szczególnie nie przepadała? Za każdym razem, kiedy wracała myślami do konferencji, na której była, czy też do wieczornych eskapad po Meksyku, jej podświadomość szybko przenosiła ją do Europy. Chciała to kontrolować i skupić się na dalekiej podróży, fantastycznym jedzeniu, niesamowitej, egzotycznej kulturze, ale nie umiała.

Po półgodzinie wyszła z wanny, usiadła w fotelu i włączyła telewizyjny program informacyjny. Chciała dowiedzieć się, co działo się w Polsce przez te kilka dni. Otworzyła też laptopa i weszła na Facebooka, gdzie czekało na nią kilka wiadomości od znajomych, którzy chcieli się dowiedzieć, czy wszystko z nią w porządku i jak przebiegła podróż. Wśród wiadomości była również jedna od Nikodema. Tę otworzyła jako pierwszą i przeczytała:

— Hej! Mam nadzieję, że miło spędziłaś te kilka godzin. Cieszę się, że mogłem Cię poznać i porozmawiać na żywo. Mam nadzieję, że kanapka smakowała. Dziękuję za poranną inspirację na biurku i oby do zobaczenia jeszcze kiedyś. Saludos!

Iga uśmiechnęła się do komputera i od razu odpisała:

— Bardzo miło spędziłam ten krótki czas, a to dlatego, że miałam fantastyczne towarzystwo. A co do kanapki, to nawet sobie nie wyobrażasz, jak smakowała! Gracias por todo!

Następnie zaczęła odpisywać na resztę wiadomości.

Rozdział czwarty

Pewnego wrześniowego dnia Nikodem znalazł w szafce dziwne kwiatki, które Iga przywiozła mu z Meksyku, i pomyślał, że będą idealnym pretekstem, żeby do niej napisać:

— Hej, Iga! Mogłabyś mi napisać, ile tych kwiatów mam wrzucić do takiego normalnego kubka? Potrzebuje silnego pobudzenia! :)

Dziewczyna odczytała wiadomość dopiero wieczorem, gdy zrobiła sobie małą przerwę w tłumaczeniu. Popijając małą czarną, uśmiechnęła się do telefonu, nie zdając sobie z tego sprawy. W głębi duszy bardzo ucieszyła ją ta niby nic nieznacząca wiadomość. Przed jej oczyma znów ukazał się obraz tamtego dnia, kiedy to siedzieli na murku i rozmawiali. Odpisała po chwili:

— Wsyp małą garść i zalej wszystko gorącą wodą, a później dolej odrobinę zimnej. Ale taką naprawdę małą garść, żebyś później zasnął. :)

Zamyśliła się na moment, po czym wróciła do tłumaczenia. Czuła jednak, że wiadomość wybiła ją z rytmu. Tym bardziej że po kilku minutach telefon znów zadźwięczał. Pokusa była zbyt silna, po prostu nie mogła się jej oprzeć. Przesunęła delikatnie kciukiem po ekranie telefonu i zerknęła.

— Hehe, dobrze. :) Dzięki. Co u Ciebie w ogóle słychać?

— Wszystko w porządku. Pracuję dalej w tym samym biurze tłumaczeń, a w wolnej chwili robię drobniejsze rzeczy dla organizacji. A co u Ciebie?

— Powolutku leci, też bez większych zmian. Dalej jestem inżynierem w hotelu, ale zrobiłem kurs i zdobyłem patent żeglarski. No i oczywiście nie ma dnia bez hiszpańskiego. Zacząłem się uczyć tak specjalnie pod podróż, więc krok po kroku do przodu. Na razie mam tylko jakiś program do języka, ale zastanawiam się, kiedy zacząć szukać jakiegoś wyrozumiałego nauczyciela.

Iga długo patrzyła na ostatnią wiadomość i po chwili zaczęła się zastanawiać, dlaczego inne nie wywołują u niej tego samego, niepojętego uczucia. Dlaczego wiadomości od innych ludzi traktuje bez emocji, nawet jeśli przekazują więcej konkretnej treści. Trochę tego nie rozumiała, a skoro nie rozumiała, to się przestraszyła. Bo tak to już jest na tym świecie, że boimy się tego, czego nie rozumiemy. A zamiast postarać się coś zrozumieć, wolimy to odepchnąć — w końcu tak jest łatwiej.

Nie odpisała zatem nic więcej. Nawet „cześć” na pożegnanie. Tak było bezpieczniej. Bo przecież bezpieczniej rozmawiać z kimś, kto nie wywołuje w nas emocji, niż z kimś, kto sprawia, że całe nasze ciało dziwnie wibruje od środka. Czyż nie?

Rozdział piąty

Minęły prawie dwa miesiące od ostatniego kontaktu Nikodema z Igą. Któregoś pochmurnego listopadowego dnia dziewczyna zasiadła do komputera, żeby sprawdzić połączenia lotnicze do Peru. W styczniu czekała ją bowiem konferencja na temat praw człowieka. Miała także przeprowadzić proste szkolenie dla grupy kobiet w Limie. Nie do końca udało jej się wyhaczyć najlepszą ofertę, ale w końcu wybrała taką, która najbardziej jej odpowiadała. Perspektywa rysowała się zachęcająco. Zapisała potwierdzenie kupna biletów i zanim zamknęła klapę laptopa, weszła jeszcze na moment na Facebooka. Od razu rzuciła jej się w oczy tablica Nikodema. Uśmiech na jej twarzy pojawił się na samą myśl o chłopaku i o tamtym dniu w Londynie. Wzięła głębszy oddech i odważyła się do niego napisać o planowanym wyjeździe z przyjaciółmi.

— Hola, Nikodem! Jak idzie Ci nauka hiszpańskiego? Piszę do Ciebie, bo planujemy ze znajomymi wyjazd do Ameryki Łacińskiej (Peru, Boliwia, Meksyk etc.). Wszystko zależy od cen biletów, więc jeszcze konkrety są do ustalenia, ale myślimy o kwietniu/maju. Jakbyś był chętny, to daj znać.

Cały dzień czekała na odpowiedź. Nie dostała jej.


* * *


Nikodem dopiero następnego dnia odczytał wiadomość. Na jej widok uśmiechnął się, bo przecież od dwóch tygodniu wręcz namiętnie szukał chętnych na wyprawę do Ameryki Południowej. Przeszukał mnóstwo stron i forów, a tu nagle taka osoba sama się znalazła.

— Hej, Iga, jestem bardzo chętny! — odpisał w przypływie emocji. — Napisz mi, jak będziesz wiedzieć coś więcej, to chętnie przyłączę się do jakiegoś planowania. Na jak długo chcecie pojechać? Poza tym będę miał w ten sposób kolejny bodziec do nauki hiszpańskiego.

W głowie chłopaka zaczął powoli malować się obraz Machu Picchu i ich dwojga na szczycie. „W końcu jest ktoś, kto nie ogranicza się do własnego podwórka, a czuje się obywatelem świata — pomyślał. — W końcu ktoś patrzy szerzej, nie boi się spakować i wyruszyć w nieznane! Miałem dobre przeczucie co do niej”.


* * *


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 40.97