E-book
13.65
drukowana A5
29.62
Zapach krakowskiego bruku

Bezpłatny fragment - Zapach krakowskiego bruku


5
Objętość:
147 str.
ISBN:
978-83-8245-173-3
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 29.62

Ludzie przychodzą i odchodzą. Jednak pewnego dnia spotykamy kogoś, kto zostaje z nami na dłużej...

Mojemu Mężowi R. R.

I

Anna piła kawę, rozmawiając z koleżanką przez komunikator internetowy. Choć było wczesne popołudnie, szarość dnia, która panowała za oknem, pochłaniała całą pozytywną energię grudniowej aury. Była połowa miesiąca, lecz pogoda bardziej przypominała październik. I tak już od kilku lat. Śnieg? Mróź? Rześkie powietrze? Prawdziwa zima? Tylko we wspomnieniach…


— Pojedźmy gdzieś… — zaproponowała niespodziewanie Anna.

— To znaczy? — zapytała Jowita.

— No gdziekolwiek! Tak, żeby złapać oddech, oderwać się, nabrać dystansu. Może Kraków? Kraków to zawsze dobry pomysł! Nawet zimą! — ciągnęła Anna.

— Oderwać? Masz na myśli P…? — zapytała podejrzliwie przyjaciółka.

— Czy ty zawsze musisz sprowadzać wszystko do jednego? — oburzyła się Anna.

— Dobra, dobra… Nie było tematu… Kraków… Tak! To zawsze dobry pomysł. To kiedy? Może przełom stycznia i lutego? Wtedy na pewno dostanę urlop, bo któż bierze wolne w tak ohydnym czasie? No, może mój szef, ale on nie jeździ do Krakowa. Woli bardziej egzotyczne kierunki. — ironizowała Jowita.

— Może być. W takim razie zaczynam szukać noclegu. Hostel? Pensjonat? Hotel? Czy panna ma jakieś wymagania?

— Bardzo śmieszne. Piszesz tak, jak byśmy razem nigdzie nie wyjeżdżały, a co fakt to fakt, kilka szalonych wypadów mamy już za sobą… — zatonęła we wspomnieniach Jowita.


Dziewczyny poznały się na drugim roku studiów. Choć od samego początku były w tej samej grupie, to nie zamieniły ze sobą ani jednego słowa przez cały pierwszy rok. Później nawet zastanawiały się dlaczego, ale doszły do wniosku, że zwyczajnie nie miały wtedy potrzeby wchodzenia w nowe relacje. Łaskawy los sprawił, że obydwie zaczęły studia, mając przy boku dobre koleżanki z liceum. Znajome twarze, znajome głosy, znajome przyzwyczajenia. Przyszedł jednak dzień, że Jowita usiadła obok Anki na ławce przed uczelnią i zaczęły rozmawiać. Rozmawiać niezwykle szczerze, jak na to, że praktycznie się nie znały. Naszło je na wspomnienia pierwszych miłości, które, choć bardzo tego nie chciały, ciągnęły się za nimi aż do tego czasu. Kolejna sprawa to ich nazwiska, brzmiące niezwykle podobnie. Anna Jastrzębska i Jowita Jarzębska. Jak się później okazało, prapradziadek Jowity wyrzucił z nazwiska „s”, bo za dużo osób się myliło. I takim oto sposobem dwie zupełnie różne kobiety niespodziewanie znalazły wspólny język, którym rozmawiały kolejny rok.

— Hostel Smocza Dama! — napisała Anna.

— Nazwa mnie przekonała, rezerwuj! — zgodziła się Jowita.

— Najbliższy wolny termin to 4—8 luty. Pasuje?

— Jasne! Urlop już wpisany! Dobra spadam, muszę wreszcie zacząć pracować. Trzeba zarobić na precle! Ciaooo!

Anna również wyłączyła komputer. Chwilę jeszcze siedziała przy stole, wpatrując się w krajobraz za oknem. Niezwykle nudny i monotonny. Blok, balkony, co jakiś czas ruszające się firanki. Dźwięczało jej w głowie pytanie, to samo od kilku tygodni „Czy dobrze robię?”. Właściwie w głębi wiedziała, że coś jest nie tak, bo ludzie prawdziwie szczęśliwi nie zadają sobie takich pytań. Jednak postanowiła dać temu kolejną szansę. W końcu zresztą coś zaczęło się dziać. Jakieś plany, decyzje, działanie. Mimo tego nie mogła się pozbyć uczucia niepewności.

Z Przemkiem byli razem od trzech lat. Historia niczym komedia romantyczna. Znajomość z lat szkolnych, brak kontaktu przez kilka lat, przypadkowe spotkanie i wybuch uczucia. Pierwszy rok był cudowny. Motyle w brzuchu, luz w głowie, randki, wyjazdy, poczucie szczęścia i spełnienia. Chłopak urzekł ją czułością i wrażliwością, czyli tym, czego o nim nie wiedziała. Niestety również nie wiedziała, jak bardzo potrafi być zazdrosny. Była to zazdrość wszechobecna, podła, bezpodstawna i niszcząca. Dopadła Annę tak niespodziewanie, że dziewczyna nie miała szans odwrotu, gdyż to, co czuła do Przemka, było o wiele silniejsze. Przynajmniej takie miała wrażenie wtedy. Najpierw były telefony. Częste, ale to przecież normalne na początku związku. Chwilę potem coraz częstsze, a następnie nieformalne przesłuchania „Gdzie byłaś? Z kim? Ile czasu?”. Anna czuła się coraz bardziej przytłoczona i zgaszona. Choć dobrze wiedziała, że tak nie powinno być. Przecież szczerze go kochała. „Na szczęście” któregoś dnia Przemek przekroczył granicę i dziewczyna dostała szansę.

Pewnego wiosennego przedpołudnia zaparkowała auto przed uczelnią. Wysiadła i kierowała się w stronę budynku. Usłyszała znajomy dźwięk komórki. Zatrzymała się, wyjęła ją i odebrała. Nie znosiła tego przywiązania do telefonu, które Przemek wprowadził w jej życie. Odkąd była w związku, telefon stał się jej „drugim chłopakiem”.


— Cześć Kwiatuszku! — odezwał się znajomy głos.

— Cześć…? — odpowiedziała.

— Co u ciebie? Tak dzwonię, żeby cię usłyszeć. Gdzie jesteś?

— Idę do szkoły.- odrzekła krótko.

— Do szkoły… A idziesz sama? — zapytał podejrzliwie.

— Tak. Co to znowu za pytania? — zirytowała się Anna.

— Nic! Słyszę, że idziesz w butach na obcasie. Po co je założyłaś? Dla kogo? Komu ty się chcesz podobać?! — krzyczał głos w słuchawce.


Anna poczuła falę gorąca przepływającą przez jej głowę, klatkę piersiową i brzuch. Zatrzymała się, zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Rozłączyła się. Stała przez chwilę nieruchomo. Przelatywały jej przez głowę urywki myśli i zdarzeń. Była wściekła i po raz kolejny poczuła wszechogarniającą bezsilność, której miała serdecznie dość! „Teraz albo nigdy” — pomyślała i zawróciła z powrotem do auta. Zanim ruszyła, napisała wiadomość: „Za pół godziny w naszej kawiarni.” Kiedy dotarła na miejsce, Przemek już czekał przed wejściem. Jego mina mówiła sama przez się. Anna wysiadła z samochodu, wzięła głęboki oddech i ruszyła jego stronę. Nie było czułego przywitania, dotyku, spojrzenia pełnego miłości. Dziewczyna podeszła, wyjęła z torebki swój telefon i rzuciła nim o chodnik tuż pod nogi swojego ukochanego. Przemek otworzył szerzej oczy, lecz nie zdążył nic powiedzieć, bo Anna weszła do kawiarni. Tym razem zupełnie nie zwróciła uwagi na piękne drewniane stoliki, świeże kwiaty w wazonach, pyszne ciasta ustawione na barku pod ścianą. Usiadła przy oknie. Podszedł do niej kelner i zamówiła zieloną herbatę. Zdezorientowany Przemek zjawił się chwilę później. Trzymał w ręku rozbity telefon, a właściwie jego części. Patrzył na dziewczynę zupełnie inaczej niż przed kilkoma minutami. Śmiało można napisać, że dopiero teraz się w niej prawdziwie zakochał. Jego spojrzenie wyrażało więcej niż tysiąc słów. Nie mogła go zostawić. Szansa przepadła.

***

— Ale ciepło! 10 stopni na plusie w grudniu to fenomen! — powiedział Przemek.

— Masz rację. Jest bardzo przyjemnie. — odrzekła Anka.

— W styczniu zamierzam szukać sensownej agencji. — zaczął chłopak.

— Yhym… — odburknęła dziewczyna.

— Mam nadzieję, że razem szybko coś wybierzemy.

— Przemek… Ja nie jestem przekonana… To znaczy jestem, ale ja nie mam takich pieniędzy. Czy nie możemy zaczekać jeszcze trochę?

— Anka, na co? Daj spokój. Ja zamierzam do lata wprowadzić się do swojego mieszkania. — uciął temat.

Przemek ruszył przed siebie, nie czekając na Anię. Nawet go nie zatrzymywała. Pokręciła tylko głową z politowaniem i również skierowała się w stronę domu rodziców swojego chłopaka. Po spacerze wypili w milczeniu herbatę, podczas pożegnania dziewczyna poinformowała tylko o planowanym wyjeździe z Jowitą i wróciła do domu.

II

Luty, podobnie jak grudzień i styczeń, bardziej przypominał jesienny miesiąc, jednak w niczym to Annie nie przeszkadzało. Właściwie od tygodnia myślami była już w dawnej stolicy Polski. Mieście, które tak bardzo kochała, choć zupełnie nie wiedziała dlaczego. Nie miała tam rodziny, nigdy nie przeżyła tam niczego niezwykłego. Jednak, kiedy po raz pierwszy pojechała do Krakowa w liceum, zauroczyła się już po pierwszym dniu. Choć zwykle wycieczki szkolne to nuda, wtedy było inaczej. Ogrom sztuki, piękna, historii, która przecież tam jest na wyciągnięcie ręki, zrobiły swoje. Szarlotka w Jamie Michalikowej i herbata w szklankach rodem z lat dziewięćdziesiątych smakowały jak najlepsze rarytasy. „To miasto ma duszę”- pomyślała, przechadzając się po raz kolejny ulicą Bracką. Tam jest czas, aby się zatrzymać. Tam jest czas, aby się zachwycać. Tam jest czas, aby poczuć się szczęśliwym.

Dziewczyny wyjeżdżały w czwartek o 10:40. Choć Anna miała auto, postanowiły jechać pociągiem. Zresztą lubiły to. Żadnej z nich nie męczył taki sposób podróżowania, wręcz przeciwnie. Spotkały się przed dworcem pół godziny przed wyjazdem.

— Co to znowu za różowa waliza?! — wykrzyknęła z radością Anka, kiedy zobaczyła przyjaciółkę.

— A co? Zazdrościsz? — zapytała z przekąsem Jowita.

— No pewnie! Uwielbiam neony… Chodźmy na kawę! — zaproponowała Anna.

Czas do odjazdu minął w okamgnieniu. Przyjaciółki siedziały w pociągu. Na początku jak zwykle rozmawiały jak nakręcone, jednak po około godzinie, ku uciesze innych pasażerów, zatonęły w lekturze. Anna jednak nie mogła skupić się na czytaniu. Patrzyła na ciągle zmieniający się krajobraz, zastanawiając się, dlaczego kolejny raz jedzie do swojego ukochanego Krakowa...bez ukochanego. Czuła się dziwnie, bo właściwie nie czuła nic. Ani wyrzutów sumienia, ani złości, ani rozczarowania, ani radości. Nie wiedziała jeszcze, że ten planowo spokojny wyjazd, na zawsze zmieni jej życie. No może z jednym wyjątkiem- miłość do Krakowa pozostanie…

III

Plan zwiedzania opracowała Anna. Godnymi odwiedzenia restauracjami też zajęła się ona. W końcu jechała tam już czwarty raz. Kraków przywitał przyjaciółki pięknym słońcem. Gdy wysiadły z pociągu, Anka pewnie ruszyła przed siebie, znając już zawiłość krakowskich peronów i drogi kierującej do wyjścia. Jowita ledwo nadążała. W końcu znalazły się na zewnątrz. Anna wzięła głęboki oddech. Wyjęła z torebki papierosa, oparła się o ścianę starej kamienicy, przy której się zatrzymała i zapaliła go. Jowita zrobiła to samo. Zaciągały się chwilę w milczeniu.

— I tak to teraz będzie wyglądać? — zapytała z wyrzutem Jowita.

— Co? — odpowiedziała pytaniem Anka.

— No pobyt tu! Najpierw maraton, a potem papierosek „tuż po”…!? — krzyknęła Jowita.

Zanim Anna zdążyła odpowiedzieć, obie wybuchnęły śmiechem, krztusząc się dymem. Podniosły z ziemi bagaże i ruszyły w kierunku ulicy Wielopole. Do hostelu miały bardzo prostą drogę, jednak przez „różowy szajs” Jowity, co chwila musiały się zatrzymywać. Niestety krakowskie ulice w większości to stary bruk, po którym bardzo ciężko jeździ się walizkom.

— To chyba tu… — powiedziała Anka.

— Gdzie ten cholerny szyld? — burknęła wściekła Jowita.

— Nie wiem, ale tu go nie ma. Może na domofonie...Jest! „Smocza Dama” numer 3 — ucieszyła się Anka.

Tuż po pierwszym sygnale drzwi kamienicy otworzyły się. Dziewczyny weszły do środka i oniemiały. Rozglądały się, jakby znalazły się w jakiejś bajce, a przecież była to najzwyklejsza krakowska kamienica. Na dodatek stara. Jowita spojrzała na Ankę, która totalnie odpłynęła. Uśmiechnęła się w duchu. Znała bardzo dobrze to milczenie spowodowane zachwytem. Anna schyliła się, aby dotknąć posadzki. Patrzyła na nią jak zaczarowana. Tysiące kolorowych kafelków. Kiedyś zapewne ułożonych równiutko, a dziś odstających, popękanych, wytartych, ale nadal pięknych. Podniosła się i dotknęła poręczy schodów, które były wykonane z drewna. Równie zachwycające, choć stare, wyblakłe i porysowane. Gdy Anna i Jowita zaczęły wchodzić na górę, nie zawiodły się. Schody skrzypiały jak za dawnych lat, a z każdym nadepnięciem, podnosił się kurz. To kolejna rzecz, która łączyła dziewczyny. Uwielbiały starocie i ani jedna, ani druga nie potrafiła przejść obok nich obojętnie.

Zaraz po zameldowaniu wybrały się na Rynek. Okazało się, że mieszkają bardzo blisko. Idąc ulicą Franciszkańską, rozmawiały o planie dnia.


— Dziś proponuję pokręcić się po Rynku i spacerek na Wawel, jutro idziemy na wystawę pod Sukiennicami i obowiązkowo kawka z ciasteczkiem w Jamie Michalikowej- zobaczysz, tam dopiero się przeniesiesz w czasie… — wymieniała z ekscytacją Anka.

— … a dzisiejszy wieczór? — zapytała Jowita.

— Według mojej rozpiski planów brak, także może zdecydujemy później? — odrzekła Anna.

— Jasne. Chodźmy coś zjeść! — krzyknęła dziewczyna.

— Może do Chinkali? Pyszna kuchnia gruzińska… — powiedziała Anka

— Wiesz, że jestem wszystkożerna, także dla mnie bomba! — zgodziła się Jowita.


Po obiedzie przyjaciółki wybrały się na wzgórze wawelskie. Miały tylko pospacerować po dziedzińcu, jednak postanowiły wejść do komnat królewskich oraz podziemi Katedry Wawelskiej. Anna była tam kolejny raz, jednak nie przeszkadzało jej to. Czuła się bardzo dobrze w roli przewodniczki, a wręcz była dumna ze swojej wiedzy, szczególnie tej z zakresu historii. Tym bardziej, że, gdy chodziła do szkoły, przedmiot ten był konsekwentnie odkładany na później. I tak przez wszystkie lata edukacji.

Gdy wyszły z katedry, było już ciemno. Postanowiły jednak iść jeszcze nad Wisłę. Usiadły na pierwszej spotkanej ławeczce. Wokół wszędzie byli turyści. Łatwo ich poznać- chodzą wielkimi grupami, robią miliony zdjęć i bardzo głośno rozmawiają. Annę Kraków wyciszał. Rozumiała radość z bycia w tym mieście, ale nie aż takie egzaltowanie uczuć. Jednak była osobą bardzo tolerancyjną i inni jej nie przeszkadzali. Uważała właściwie, że wśród takiego tłumu można czuć się bezpiecznie.


— To jest dziwne… Siedzimy tu, pod tym zamkiem, który właściwie się nie zmienił od tamtych czasów.. Tam jest tyle pięknych rzeczy z dawnych lat… A te wnętrza? Grobowce? Nie masz poczucia, że oni nadal tu są? — zaczęła Jowita.

— Yhym… — przytaknęła Anka.

— Są tu i patrzą na nas… Jak siedzimy w trampkach i rurkach na ławkach, gadając o Facebooku… — zaczęła śmiać się Jowita.

— Wiesz co… Ja to czasem myślę, że urodziłam się nie w tych czasach, co powinnam.. Serio. Chciałabym żyć wtedy, kiedy kobiety chodziły w tych pięknych sukienkach z gorsetami, nosiły kapelusze, były wożone powozami… — rozmarzyła się przyjaciółka.

— … czyli jutro przejażdżka bryczką? — zapytała żartem Jowita.

— Bardzo śmieszne! Nie o to mi chodzi… Chodzi o tempo życia, jakość życia… Ja naprawdę mam wrażenie, że nie pasuję do dzisiejszych czasów. Nie jest mi do życia potrzebny komputer, telewizor, dvd, tablet- nawet bez komórki mogłabym żyć. Zresztą jak w tej chwili. Nie mam przy sobie telefonu. — ciągnęła Anka.

— Coś powiedziała?! — krzyknęła Jowita.

— Co… „co powiedziałam”? Które? — jąkała się Anka.

— Nie wzięłaś komórki?! Serio? Przecież Przemo… On już pewnie tutaj jedzie! — mówiła szybko Jowita.

— Zwariowałaś! Przemo dostał smsa tuż przed naszym wyjściem z pociągu, odpisał „ok” i… to by było na tyle..- powiedziała Anna.

— Yhym… Serio? Żadnych scen? Nie będzie awantury? Nic? — zapytała lekko zawiedziona dziewczyna.

— Żadnej. To już inny etap, ale… Nie po to się wyrwałam z przyjaciółką do Krakowa, żeby gadać o facetach, ooo wybacz „swoich facetach” — powiedziała Anka, wstając z ławki i ciągnąc za sobą Jowitę.


Gdy wracały do hostelu, zaczął kropić deszcz. Szły na początku ulicą Grodzką, następnie skręciły w ulicę Dominikańską. Tuż przed tym zatrzymały się na Placu Wszystkich Świętych. Jowita weszła do sklepu. Anna została na zewnątrz. Choć padało, nie przeszkadzało jej to. Patrzyła na przejeżdżające co chwila tramwaje. I tłum ludzi, który jest tam zawsze. Idą, wymijają się, rozmawiają ze sobą lub słuchają muzyki, aż w końcu wszyscy się zatrzymują, aby przepuścić tramwaj, bryczkę lub taksówkę. I po chwili znowu to samo, choć stoją ramię w ramię zupełnie inne osoby. Anna zawiesiła wzrok na ulicy, która przez padający deszcz, zrobiła się mokra. Patrzyła, jak małe krople rozbijają się o bruk. Jedna po drugiej, wszystkie tak samo, a jednak każda w inny sposób. „Tutaj nawet deszcz wygląda piękniej…” — pomyślała. Wzięła głęboki oddech. Zamknęła oczy i poczuła w tym wilgotnym, miejskim powietrzu niezwykłą rześkość i ukojenie. Choć powietrze nie ma zapachu, to ona go czuła. Zapamiętała tę chwilę, właśnie dzięki tym cząsteczkom, które nieoczekiwanie przeniknęły jej ciało i duszę… „River flows in you” — tę melodię słyszała w głowie przez te kilka sekund…

IV

Następnego dnia dziewczyny obudziły się dość wcześnie. Na szczęście po deszczu z poprzedniego wieczora pozostało tylko miłe wspomnienie. Anna odsłoniła zasłonę, aby wpuścić do pokoju trochę słońca. Jowita obudziła się po kilku minutach. Przyjaciółki sprawnie ogarnęły fryzury i ruszyły na podbój krakowskich historii. Pierwszym ich przystankiem było bistro znajdujące się kilkadziesiąt metrów od hostelu. Jednym ze zwyczajów w tym mieście było właśnie jedzenie śniadania poza domem. Praktycznie w każdej uliczce Krakowa można znaleźć restaurację, bistro czy zwykły bar, w którym można zjeść pyszny pierwszy posiłek. Weszły do środka i zajęły miejsca przy oknie. Złożyły zamówienie.


— I jak tam? Luby cię wczoraj nie męczył? — zagadnęła Jowita.

— Phi… Dużo bym dała, żeby to zrobił… — odrzekła zdegustowana Anka.

— Yhym… Pozmieniało się coś? — ciągnęła Jowita.

— Ano pozmieniało… Ale może tak ma właśnie być? Fajerwerki były na początku, a teraz… No cóż… Wszystko się zmienia, ludzie, związki, czasy… Nawet nie wiem, czy mi tego brakuje. Teraz jest tak spokojnie. On zna mnie, ja jego. Żadnych awantur, tylko zrozumienie. Nasz związek przerodził się w dobrze funkcjonujący układ partnerski. I czy to źle? Nie wiem… Nie mam jednak ochoty na jakiekolwiek zmiany. Jest dobrze. — skończyła analizować Anna.

— I to najważniejsze. — skwitowała Jowita, upijając łyk białej kawy.

— Skończyłaś? Bierzemy rachunek? — zapytała Anka.

— Tak. Możemy wziąć go łącznie z kelnerem… — powiedziała z przekąsem Jowita.

— Ohoho… No, dlaczego nie… Jest całkiem przystojny. Tylko… Ile on ma lat? 18? — śmiała się przyjaciółka.

— Oj już… Skończ! Jakie 18? Zaraz zresztą zapytam… — powiedziała pewnie Jowita- Przepraszam, czy możemy prosić rachunek? — zwróciła się do kelnera.

— Oczywiście, już przynoszę… — odrzekł chłopak.


Po chwili podszedł do stolika, gdzie siedziały.


— Mieszka pan w Krakowie? — zaczęła Jowita.

— Tak… — odpowiedział krótko.

— Długo? — ciągnęła dziewczyna.

— Z tego co mi wiadomo, od urodzenia. — uśmiechnął się.

— Ooooo! Świetnie! Czyli zna pan to miasto jak własną kieszeń! Może poleci nam pan jakieś ciekawe miejsce na wieczór? — zapytała Jowita.

— Hmmm… Zaraz wrócę. — powiedział chłopak i zniknął na zapleczu.


Anna patrzyła na Jowitę w akcji. Była rozbawiona całą sytuacją, ale i ciekawa, co z tego wszystkiego wyniknie. Kelner wrócił po minucie. Trzymał w ręku kartkę, którą położył na stoliku, zabierając talerze. Uśmiechnął się i odszedł. Jowita zgarnęła kartkę ukradkiem, puściła oczko do Anki i zaczęły się zbierać.


— No pokaż! Pokaż, co tam nagryzmolił! — mówiła rozbawiona Anka.

— Zaraz, już… Zostaw, bo podrzesz! — krzyczała Jowita, wyciągając z kieszeni płaszcza karteczkę. — No i proszę! Tak się działa w Krakowie. „Marcin (więcej niż 18 lat) 511...Szewska 3 godzina 21:00” — przeczytała.

— Słyszał nas! — powiedziała lekko zawstydzona Anka.

— Ha ha… No słyszał. I co z tego? Grunt, że mam jego numer.- odrzekła dumna Jowita.


Dzień minął przyjaciółkom nadzwyczaj szybko. Zanim się obejrzały, była godzina 19:00. W hostelu były od godziny, jednak przyszedł czas, żeby zacząć szykować się na wieczór. Anka była bardzo ciekawa, czy Jowita faktycznie poderwie kelnera „ze śniadania”. Wyszły z kamienicy kilka minut przed 21:00. Po drodze zahaczyły o bar, gdzie wypiły po małym drinku. Jowita była bardzo podekscytowana, choć jako kobieta twardo stąpająca po ziemi, nie liczyła na nic innego, jak zimowy, niewinny, krakowski romansik. Anna wiedziała o tym, jak również o żalu i smutku, jaki nosiła w sobie jej bratnia dusza. Od dwóch lat była sama. Postawiła wszystko na jedną kartę, niestety łącznie ze swoją godnością. Odkryła i odrzuciła, co miała, nie zachowując nawet cząsteczki dla siebie. Przyjaciół również… Anka przyjęła to wszystko z zadziwiającym spokojem. Może dlatego, że Jowita „opuszczała ją” stopniowo? W gruncie rzeczy nie zastanawiała się nad tym, a kiedy po półtora roku otrzymała wiadomość „Cześć. Co słuchać? Może pójdziemy na kawę?”, zgodziła się. Jeszcze wtedy byli razem, jednak po kilku miesiącach wszystko zgasło… Łącznie z Jowitą. Choć była rozsądną dziewczyną, to tego rozstania nie potrafiła zrozumieć. Nie mogła znieść tego, że jemu to wszystko przyszło tak łatwo. Nie mogła znieść tego, że Paweł jej nie kochał. Rozkładała ich związek na czynniki pierwsze setki razy, żeby zrozumieć… I wcale nie to, jak można kogoś nie kochać, bardziej, jak można tak długo być z kimś i go nie kochać. Anka słuchała, pocieszała, przytakiwała, ale w głębi wiedziała, że to załamanie Julita zafundowała sobie na własne życzenie. Dla Anny miłość nigdy nie polegała na rzucaniu wszystkiego, co się ma, dla drugiej osoby. Zresztą doświadczenia pokazały jej, że dobry związek to bycie razem, ale i zachowanie siebie, swoich ulubionych potraw, zainteresowań, pracy, znajomych, filmów. Zawsze czuła się o wiele bardziej atrakcyjna i pożądana, gdy od czasu do czasu mówiła facetom „Dziś już mam plany, spotkajmy się jutro.” Jowita tego nie wiedziała. I tak dwa lata po rozstaniu z Pawłem, rzucała się na każdą przystojniejszą okazję, robiąc właściwie te same błędy i oczywiście, kończąc tak samo — samotnie. Choć tak szczerze w większości przypadków nie można było nazwać „związkami” tych przelotnych romansów.


— Chyba go widzę… — powiedziała Jowita.

— Gdzie? — zapytała Anka.

— No tam! Przy bankomacie… Tylko… Tylko… Nie! — krzyknęła dziewczyna, zatrzymując się.

— Co?! Co się stało? No chodź! Chyba nas widział. — ciągnęła Anka.

— Anka, on jest z dziewczyną! — mówiła szybko Jowita.

— Żartujesz?! Może to jego koleżanka? No chodź… — powiedziała niepewnie dziewczyna.

— Oni się trzymają za ręce! — wysyczała Jowita i otworzyła szerzej oczy, gdy zauważyła, że Marcin z nieznajomą idą w ich kierunku.

— Cześć dziewczyny! Dlaczego nie podeszłyście bliżej? — przywitał się chłopak. — To jest Marta, moja dziewczyna… — przedstawił ciemnowłosą piękność.

— Cześć. — pierwsza przywitała się Anka z uśmiechem.

— Cześć, Jowita… — wyburczała Jowita.

— To co? Jesteście gotowe na zasmakowanie prawdziwego krakowskiego nocnego życia? — zagadnął Marcin.

— Pewnie! — powiedziała z entuzjazmem Anka, zerkając na spłoszoną Jowitę.

— Świetnie! Zatem chodźcie najpierw na „gumisie” — ciągnął Marcin.

— … że co? — obudziła się Jowita.

— Gumisie — zaczęła Marta — to najlepsze drinki z Krakowie.


Dziewczyny spojrzały na siebie i ruszyły za parą. Choć było już dość późno, krakowski Rynek tętnił życiem. To chyba jedyne miejsce w Polsce, gdzie niezależnie od pory roku, można tu spotkać setki turystów. Rozświetlone Sukiennice przyciągają wszystkich- młodych, starszych, zakochanych i samotnych, którzy spacerują z nadzieją, że zdarzy się cud. Właśnie tu, w najbardziej romantycznej scenerii. W żadnym innym mieście Anna nie czuła się tak bezpiecznie. Jakby każda ulica ją przytulała. Jakby każda stara kamienica puszczała jej oczko. Jakby każdy zakamarek podawał jej rękę. Szli ulicą Floriańską, kiedy w pewnej chwili Marcin skręcił w bramę i zatrzymał się. Po prawej stronie były drzwi, które otworzył i gestem zaprosił dziewczyny do środka. Ukazały im się schody, prowadzące w dół. Spojrzały na siebie z lekkim niepokojem, ale zaczęły schodzić. Gdy stopnie się skończyły, ich oczom ukazało się klimatyczne i lekko zadymione pomieszczenie. Pełno w nim było wielkich, kolorowych poduch z indyjskimi wzorami. Praktycznie przy każdym stoliku siedzieli ludzie. Marcin wyrwał dziewczyny z małego zakłopotania, proponując im podejście do baru. Nie pytając ich o zdanie, złożył zamówienie. Wypili. Następnie druga kolejka. Po kilkudziesięciu minutach Jowita opowiadała swoją historię życiową Marcie, a Anka konwersowała na bliżej nieokreślone tematy ze „śniadaniowym kelnerem”. Wieczór planowo miał się skończyć tańcami w klubie „Skrech”, niestety kolejka, aby się tam dostać, pokonała dziewczyny. Jowita przysnęła po 15 minutach, opierając się o ramię Marcina, a Ance odmarzły nogi z zimna.

V

— Która jest godzina?! — zerwała się Anka następnego dnia.

— Yyyy...cooo...Nie wiem, śpij… — burczała przez sen Jowita.

— Jakie śpij! Dziewczyno, na 12:30 mamy zaklepane wejście na wystawę! Gdzie mój telefon?! — wariowała Anna.

— Jaką wystawę… Wooooodyyyy… — jęczała Jowita.

— Mam! Nie! Jest 11:40! Wstawaj! Trzeba się ogarniać! — szalała Anka, biegając jak poparzona po pokoju.

— Nieee… Dlaczego to dziś, a nie jutro? — pytała niezadowolona Jowita.

— … jutro to jedziemy do domu — dlatego! — odpowiedziała przyjaciółka.

Zdążyły. Bez śniadania, bez kawy, ale za to z ogromnym kacem i gumisiowym posmakiem w ustach. Mimo tej małej niedogodności wystawa bardzo im się podobała. Szybko zresztą o niej zapomniały, bo przeniosły się w czasie do średniowiecznego Krakowa. Spędziły pod sukiennicami około dwóch godzin. Orzekły zgodnie, że dawno nie widziały miejsca, które tak ciekawie przedstawia historię. Po zwiedzaniu postanowiły iść od razu na obiad. W końcu pora śniadaniowa już dawno minęła… Nie miały weny na chodzenie po najwęższych uliczkach miasta i postanowiły zajść do pierwszej, lepszej restauracji. Przeszły obok Kościoła Mariackiego i kierowały się w stronę ulicy Grodzkiej.

— Tam, na rogu widzę coś sensownego… Anka? Halo? Dlaczego mówię do siebie? — zwróciła się Jowita do przyjaciółki, która została w tyle.

— …zobacz, grosik… — pokazała monetę Anka, doganiając Jowitę.

— Na szczęście. „Anielskie smaki” — wchodzimy? — zapytała Jowita.

— Może być. — zgodziła się Anka, chowając do kieszeni płaszcza znaleziony grosz.

Tego wieczora dziewczyny postanowiły jednak potańczyć. Ance nie zależało na imprezach, ale zgodziła się ze względu na przyjaciółkę. Od dawna nie przywiązywała zbytniej uwagi do swojego wyglądu. Było nieźle i to jej wystarczyło. Do wyjścia szykowała się przeważnie dwadzieścia minut. Tak też było i teraz. Szybkie upięcie włosów, czarna ołówkowa spódnica, zwiewna, szyfonowa koszula, kozaki za kolano. Choć Jowita była pod wrażeniem wyglądu przyjaciółki, ta tylko krzywo się uśmiechnęła. Z jednej strony wiedziała, że jest ładną i wartościową kobietą, z drugiej jednak „zbyt rzadko podlewany kwiat” uschnie prędzej czy później. A jej ukochany nie należał do skwapliwych ogrodników…

Od godziny 21:30 dziewczyny kręciły się po Rynku. W planach miały iść na drinka, potem poszukać klubu, gdzie można potańczyć. To pierwsze okazało się jednak dość trudne, bo prawie każde miejsce, do którego zaglądały, było przepełnione ludźmi. Po trzydziestu minutach spacerowania w kółko postanowiły wejść do jednego z „droższych barów”. Znajdował się tuż przy Rynku, a jego nazwa wzbudzała zaufanie — „Pod Aniołem”. Weszły do środka i zajęły miejsca na wysokich drewnianych krzesłach.


— Wiesz co? To tutaj znalazłam dziś grosz. — zagadnęła Anka.

— Jaki grosz? — zapytała zdziwiona Jowita.

— Przed obiadem. Tu obok jadłyśmy, a chwilę przed znalazłam na bruku grosz… — wyjaśniała Anka.

— Co dla was? — wtrącił niespodziewanie jeden z barmanów.

— Mojito i wódkę z colą. — odrzekła Jowita.

— Ejjjj, czy ja mam prawo głosu?! — podniosła żartobliwie głos Anka.

— Masz, ale co to zmienia? I tak byś wzięła mojito… — powiedziała spokojnie Jowita.


Anna otworzyła szerzej usta i chciała nawet coś powiedzieć, ale wybuchnęła śmiechem. Po drugim drinku do rozmów dziewczyn zaczęli wtrącać swoje „trzy grosze” barmani, którzy, choć początkowo się nie wydawało, okazali się bardzo sympatyczni. Całą czwórkę połączył i właściwie scalił na cały wieczór temat „Dlaczego Krakowiacy nie lubią Warszawiaków?”. Dziewczyny zanim się obejrzały, minęły dwie godziny. W pewnym momencie zaczął dzwonić telefon Jowity. Gdy go wyjęła, nie wierzyła własnym oczom. Dzwonił Przemek. „Co on do cholery robi?! Przecież wie, że jestem z Anką…” — pomyślała i odrzuciła połączenie.


— Kto to? — zagadnęła Ania.-

— Aaaa mojemu ojcu się przypomniałam. Piątek — nudzi mu się… — rzekła Jowita.

— Nie mówiłaś mu, że jedziemy do Krakowa? — ciągnęła przyjaciółka.

— Pewnie, że mówiłam! Tylko, że on słyszy tylko to, co chce usłyszeć… To co? Zbieramy się? — zmieniła szybko temat Jowita.

— Tak jest! — zasalutowała Anka i podniosła się z krzesła. — Jeszcze tylko skoczę przypudrować nosek… — zamrugała figlarnie i ruszyła w stronę toalety.


Po dwóch minutach wyszła z toalety i zamierzała iść w stronę przyjaciółki, ale nieoczekiwanie wpadła na Kubę, jednego z barmanów. Uśmiechnął się do niej i spojrzał tak, że czas stanął w miejscu. Anka poczuła się nieswojo. Nie wiedziała, czy to przez alkohol, czy przez chłopaka. Już tak dawno nikt nie patrzył jej głęboko w oczy. A w tej właśnie chwili Kuba to robił. Stali w milczeniu naprzeciwko siebie kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt sekund. Dreszcz, który przeszedł Ankę od stóp do głów, nie dawał za wygraną. W końcu wyminęła Kubę i podeszła do Jowity.

— Ooooooooooooo Anka! Co to było?! — emocjonowała się przyjaciółka.

— Nie ekscytuj się, tylko daj mi chusteczkę. — poprosiła nieco speszona Anna.

Po otrzymaniu jej odwróciła się i wróciła do Kuby, który stał w tym samym miejscu. Poprosiła go o długopis, na chusteczce napisała swój numer wraz ze zdaniem „TYLKO POWAŻNE PROPOZYCJE” i z tajemniczym uśmiechem na ustach wręczyła mu zwitek, żegnając się słowami „Faktycznie… Rozmawialiśmy prawie cały wieczór”. Po czym wróciła do przyjaciółki, ubrały się i wyszły z baru. Tuż za rogiem Anna oparła się o ścianę jednej z krakowskich kamienic i wzięła głęboki oddech. Jowita nie mówiła nic. Czekała. Chwilę trwało, zanim ruszyły dalej.


— To gdzie teraz? — zagadnęła wreszcie Anka.

— Co „gdzie teraz”? — zapytała Jowita.

— No, który klub? Miałyśmy iść potańczyć… — mówiła coraz bardziej rozanielona dziewczyna.

— Anka! Czyś ty zwariowała?! Do klubu?! Ja wiem, co widziałam przed kilkoma minutami… On… Ty… Ty i on! Przecież tego się nawet nie da opisać słowami! — mówiła szybko Jowita.

— Yhym… — mruknęła Ania.

— Dałaś mu numer na tej chusteczce? — dopytywała przyjaciółka — Ciekawe czy już napisał? Masz telefon?

— Nie… — odrzekła Anka, która lekko spoważniała.

— Noooo pięknie! A co, jak zadzwoni i będzie się chciał dziś spotkać? — prawie krzyczała Jowita.


Anna popatrzyła na nią z politowaniem, choć w głębi chyba pierwszy raz żałowała, że nie wzięła ze sobą komórki.


— Nic nie będzie. Niech poczeka. Znajdę czas, to oddzwonię — odpowiedziała i mrugnęła z szelmowskim uśmiechem.


W dalszej części wieczoru dziewczyny bawiły się znakomicie. Wybrały klub „Bruleska” i szalały na parkiecie do samego rana. Ich telefony dzwoniły, jednak ani Jowita, ani Anna nie odbierały. Wróciły do hostelu tak zmęczone, że nawet nie pomyślały o tym, żeby je sprawdzić. Choć się tego nie spodziewały, to był ich ostatni wspólny tak udany wieczór…

VI

Pociąg do Warszawy jechał zdecydowanie za szybko. Anna przez połowę drogi patrzyła na nieodebrane połączenia i wiadomości, które wysłał jej w nocy Kuba. Drugą z kolei powstrzymywała się, żeby nie zacząć płakać, choć łzy napływały jej do oczu kilkukrotnie. Czuła ogromne poruszenie. Każdy oddech był dla niej jakby oddechem nowego życia. W głowie miała tysiąc myśli, które zaraz sprowadzała do jednej. Cieszyła i smuciła się jednocześnie. Jowita na szczęście przespała całą drogę. Obudziła się dopiero dziesięć minut przed wysiadką. Gdy wyszły z pociągu, nie rozmawiały. Przemierzały peron, ciągnąc za sobą walizki. Dotarłszy do szczytu ruchomych schodów, Jowita spojrzała przyjaciółce głęboko w oczy. Anna nie wytrzymała i rozpłakała się jak dziecko. Przyjaciółki przytuliły się mocno. Po kilku minutach Ania uspokoiła się.

— No mała, będzie dobrze… Kraków to nie koniec świata… — mówiła pocieszającym tonem Jowita.

— Nie o to chodzi… — odezwała się wreszcie Anka — Jowka, ja mam poczucie, że do tej pory marnowałam życie. Byłam pusta, a teraz wreszcie czuję. Czuję, że dostałam szansę. I nie chodzi wcale o „niego”. On jest tylko zapalnikiem. Chcę zacząć od nowa, chcę wreszcie coś zrobić dla siebie, chcę znów być taka, jak kiedyś!

— Rozumiem. Co zamierzasz? — zapytała Jowita.

— Zamierzam się przeprowadzić do Krakowa. — odrzekła Anna, ocierając spływające po policzkach łzy.

Przez kilka następnych dni Anna dochodziła do siebie. Między innymi dlatego unikała spotkania z Przemkiem. Z Kubą miała kontakt. Chłopak nie był nachalny, jednak dziewczyna nie była w stanie prowadzić podwójnego życia. Dwa tygodnie po powrocie zerwała z Przemkiem. Nie było krzyków, tłumaczeń, złości. Zwyczajna, kilkuminutowa rozmowa, parę jego łez i mocne przytulenie na pożegnanie. Po wyjściu ogromna ulga. Anka czuła się tak, jakby ktoś zdjął jej ogromny łańcuch z serca. Choć płakała, to w głębi wiedziała, że dobrze zrobiła. Czasem wystarczy impuls, zdarzenie i ona to dostała. Żal było nie skorzystać.

Kolejne tygodnie mijały zwyczajnie, choć wszystko przychodziło jakby łatwiej, milej. Anka zaczęła się szczerze uśmiechać. I wciąż myślała o tym, co poczuła, gdy Kuba spojrzał jej w oczy. To było coś niesamowitego. „Przecież takie sceny zdarzają się tylko w filmach” — myślała. A jednak to miało miejsce w prawdziwym życiu. Flirtowali. Flirtowali przez telefon, smsy. Dziewczyna coraz bardziej lubiła jego optymizm. Nie był nachalny. Miał coś w sobie ze starej epoki. Szybko okazało się, że lubią te same potrawy, jazz, starodawne filmy i rzeczy z historią. Najczęściej rozmawiali o Krakowie. Anna czasami nie dowierzała, że istnieje ktoś tak bardzo do niej podobny.

Pewnego marcowego dnia postanowiła, że pojedzie na weekend do Krakowa, bo przecież ile można gadać przez telefon. Zadzwoniła do Kuby.

— No, cześć, jak Ci mija dzień? — przywitała się.

— A dobrze. Dziś mam wolne i zamierzam doprowadzić swój rower do stanu używalności. — odrzekł chłopak.

— Słuchaj… Tak sobie pomyślałam, może wpadnę do Krakowa za dwa, trzy tygodnie? Pod warunkiem oczywiście, że mnie przenocujesz… — zagadnęła figlarnie Anka.

— Nooo pewnie. Zaraz zerknę tylko w grafik, jak pracuję. — powiedział Kuba.

Anna w duszy odetchnęła. W sumie nie wiedziała, jak Kuba zareaguje. Bądź co bądź, aż tak dobrze się nie znali. Właściwie nie znali się w ogóle.

VII

Dni do soboty dłużyły się niemiłosiernie, choć mijały dość szybko i przyjemnie. Pogoda za oknem również nastrajała pozytywnie. Czuć było wiosnę. Anka wsiadła do pociągu przed 9:00. Przez większość drogi czuła delikatne mrowienie w brzuchu. Miała nadzieję, że współpasażerowie nie zwracają na nią uwagi, ponieważ ciągle łapała się na tym, że uśmiecha się sama do siebie. Gdy pociąg dojeżdżał do Michałowic, zaczęła się denerwować. W końcu pierwszy raz jechała gdzieś sama, na dodatek jechała na spotkanie z mężczyzną, który wywrócił jej świat emocjonalny do góry nogami. Mężczyzną, który miał w sobie coś bardzo tajemniczego, a co za tym idzie — pociągającego.

Wysiadła z pociągu. Miała na sobie czarny płaszcz i długie kozaki za kolano. Włosy uczesała w luźny warkocz. Była lekko umalowana. Gdy podróżni się rozeszli, rozejrzała się na prawo i lewo. Na początku go nie zauważyła i jeszcze bardziej zaczęła się denerwować. Przeszła kilka metrów do przodu i wyjęła z torebki telefon. Nie zdążyła jednak nic zrobić, bo podszedł do niej Kuba. Anka uniosła wzrok i szeroko się uśmiechnęła.

— Oooo, jesteś! Już myślałam, że zmieniłeś zdanie, co do naszego spotkania… — paplała dziewczyna.

— Cześć. — odrzekł również chłopak, który niewiele się zastanawiając, nachylił się i pocałował Annę w policzek.

— Wow, bo zaraz się zarumienię… — powiedziała.

Po kilku minutach wyszli z dworca. Ania nie mogła się opanować i wciąż przyglądała się Kubie. Był on średniego wzrostu. Miał szczupłą budowę ciała, dłuższe blond włosy zaczesane do tyłu i piękne niebieskie oczy, które bardzo dobrze zapamiętała po ich ostatnim spotkaniu. Tego dnia miał na sobie czarne jeansy, koszulę i ciemna marynarkę. Widać było, przynajmniej po stroju, że chciał dobrze wypaść. Anię cieszyło to w duchu, bo nadal właściwie nie była niczego pewna. Kiedy znaleźli się na Rynku, poczuli obydwoje ciepło kwietniowego słońca. Usiedli na jednym z murków na przeciwko Sukiennic. Przez chwilę milczeli, jednak Kuba w końcu zaczął.


— Dlaczego mi się tak przyglądasz? — zapytał.

— … bo wydajesz mi się trochę nieprawdopodobny- odrzekła z uśmiechem Ania.

— Co to właściwie znaczy? — ciągnął Kuba.

— Wiesz co… Miałam wątpliwości, czy przejechać taki kawał drogi na randkę, ale coś w środku mi podpowiadało, że warto. No i jestem, ty też. Przyszedłeś na ten peron po mnie, choć zarzekałeś się jeszcze kilka dni temu, że tego nie zrobisz. Zupełnie się nie znamy, a jednak tu jesteśmy i chyba czujemy się podobnie… — powiedziała dziewczyna na jednym tchu.

— Yhymmm… — zamyślił się chłopak.

— Nie martw się bratku, nie oświadczę ci się! — krzyknęła Anka, wstając i ciągnąc Kubę za sobą.

— Ufff, ulżyło mi… — zażartował.

— Chodźmy lepiej na jakąś kawę. — zaproponowała.

— O tak. Zaprowadzę Cię tam, gdzie podają najlepszą w Krakowie! — powiedział Kuba i objął Anię ramieniem, która po raz kolejny tego dnia uśmiechnęła się sama do siebie.

— Faktycznie, kawa bardzo dobra, ale ciasto mają do bani… — powiedziała dziewczyna.

— Ooo, szczera jesteś widzę, a właściwie słyszę… — odrzekł Kuba.

— Zawsze. Może… — zaczęła.

— Słuchaj, może skoczymy do moich rodziców. Poznasz wreszcie Winię. — przerwał jej Kuba.

— Super! Bardzo chętnie wygłaszczę twoją jamnikopodobną suczkę. — uśmiechnęła się Ania.

— Świetnie! Chodźmy zatem na tramwaj. Do Bronowic będziemy jechać 20 minut. — powiedział chłopak.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 29.62