E-book
7.88
drukowana A5
15.61
Zanim umrę…

Bezpłatny fragment - Zanim umrę…


Objętość:
49 str.
ISBN:
978-83-8455-159-2
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 15.61

Pożegnanie z domem

Syn Kacper włożył ostatnią walizkę do jej samochodu i nadszedł czas pożegnań. Córka Kasia nie kryła dezaprobaty i niepewności.

— Na pewno chcesz jechać sama? — Po raz ostatni zadała jej to pytanie z nadzieją na inną odpowiedź. — Przecież mogę naprawdę wziąć parę dni urlopu i zaopiekować się tobą, mamuś. Tylko powiedz!

— Nie trzeba, Kasieńko! Naprawdę czuję się bardzo dobrze, lekarz pozwolił mi na takie wyprawy, wyniki były przecież wystarczająco dobre!

Mówiła to z uśmiechem, przytulając córkę i całując ją w oba policzki na pożegnanie.

— No niby tak… — Kasia wydukała nieprzekonana. — Ale zawsze byłoby bezpieczniej pojechać we dwie, razem ze mną!

— Masz teraz sesję na studiach i do tego jeszcze pracę, skarbie. — odpowiedziała ciepło Sandra. — To jest najważniejsze i trzymam kciuki, żeby ci się dobrze wszystko poukładało. Będę do was dzwonić, nie martwcie się.

Syn wyglądał na mniej zmartwionego, ale też nie do końca pewnego słuszności decyzji swojej chorej na raka matki o samotnej wyprawie.

— OK — powiedział rzeczowo. — Dzwoń do nas codziennie. Ale jeśli tylko coś by się pogorszyło, daj od razu znać, a przyjadę po ciebie od razu.

— Oczywiście, że tak. Do zobaczenia, kochani. — przytuliła syna i pożegnała się z nimi, przytulając.

Machała do nich jeszcze, wyjeżdżając na ulicę, aż zarys ich sylwetek zniknął za drzewami. Skręcając w główną drogę, pomyślała, że ma naprawdę dobre dzieci. Po wielu latach troski, opieki i wyrzeczeń dzieci odpłacały się jej ciepłem i miłością, jakie zawsze sama starała się im okazywać. Warto było kierować się sercem, dzięki czemu jej dzieci zawsze zachowywały się nienagannie, unikając pułapek, jakie młodym ludziom niósł współczesny świat. Po latach niepewności, czy sprawdziła się w roli rodzica, zrozumiała, że nie ma większej mocy na tym świecie niż kochające serce matki. Ono zawsze prowadzi we właściwym kierunku i myli się bardzo rzadko.

Miasto w ten majowy, sobotni poranek było dosyć zatłoczone. Powoli przebijała się przez kolejne skrzyżowania, czekając na tę chwilę, gdy wyjedzie wreszcie poza miasto i droga będzie prosta i spokojna. Chciała pomyśleć i zbudować jakiś dalszy plan na ten wyjazd. Wbrew temu, co mówiła dzieciom, aby je uspokoić, wcale nie czuła się aż tak wspaniale ani nie miała gotowej recepty, co robić dalej. Miała tylko nadzieję, że ten wyjazd uwolni ją od ciążących jak kamień wspomnień i pokaże jakąś nową przyszłość. Przyszłość długą czy krótką? Tego właśnie nie wiedziała…

Ostatnie, wysokie budynki miasta, zostały za nią i jechała teraz szeroką, pustą drogą, bez skrzyżowań, mijając tylko kolejne spokojne wsie. Wspomnienia ostatnich miesięcy wróciły do niej jak zły sen. Pamiętała doskonale ten dzień, gdy, robiąc codzienny makijaż, zauważyła na szyi nietypowe zgrubienia. W pierwszej chwili pomyślała, że to ugryzienie komara, ale nie swędziało ani nie było zaczerwienione. Za to przesuwało się pod skórą pod wpływem dotyku. Kilka dni później zauważyła kilka mniejszych grudek, bardzo podobnych, ale w innych miejscach: po drugiej stronie szyi, w pachwinie, a nawet w zgięciu ręki. Były też inne symptomy, które dawały się mocno we znaki: zmęczenie, nocne poty i niewytłumaczalny smutek. Zmiany pod skórą wskazywały na coś poważniejszego i musiała wyjaśnić, co to było. Zrobiła badania, które zlecił lekarz, a gdy w końcu stawiła się z nimi w gabinecie, doktor Smączyński nie miał dla niej dobrych wiadomości.

— Pani Sandro, to jest nowotwór, chłoniak o powolnym przebiegu. Czasem organizm sam pokonuje ten typ raka, więc zawsze trzeba mieć nadzieję, że to samoistnie minie. Ale zdarza się, że stan się zaostrza, a wtedy trzeba wdrożyć leczenie. Dlatego musi pani o siebie zadbać, stosować zdrową dietę, dużo spać i unikać stresu. Na razie będziemy obserwować sytuację. Proszę przyjść na kolejną wizytę z aktualnymi badaniami za trzy miesiące. Wtedy zdecydujemy, co dalej.

Pamiętała szarą mgłę, którą widziała przed sobą, zamykając drzwi lekarskiego gabinetu, gdy wychodziła na korytarz. Nagle ten pogodny dzień wydał jej się bardzo zimny i pozbawiony słońca. Musiała usiąść na krześle w poczekalni, żeby złapać oddech, którego nagle jej zabrakło pod naporem wielkich, nagłych emocji.

Diagnoza nowotworu to jedna z najgorszych wiadomości, jakie może usłyszeć pacjent. Miała dopiero pięćdziesiąt dwa lata, dorosłe dzieci, które jeszcze nie założyły rodzin. Mąż nie żył od pięciu lat i dopiero niedawno pozbierała się po jego śmierci. A tu kolejny cios… Jak ona to powie dzieciom, Kasi i Kacprowi?

Pamiętała spacery, które pomagały jej wtedy opanować lęk i stres. Chodziła przez całe miasto tam i z powrotem, jakby chciała uciec przed tym, czego się dowiedziała. Pamiętała nagłe spadki sił podczas pracy w swoim biurze rachunkowym. Kiedyś nie sprawiały jej żadnych problemów nawet długie nadgodziny, teraz ledwo dawała radę wykonać to, co zwykle. Coraz częściej nie była w stanie zrobić na czas nawet podstawowych dokumentów ani skupić się na wykonywanych zadaniach. Zatrudniła nowe księgowe, bo klientów było coraz więcej i szkoda byłoby ich stracić. Po opłaceniu wynagrodzeń jej dochody spadły, ale wreszcie mogła spać dłużej rano i zmniejszyć stres, oraz wysiłek, co pomagało jej regenerować siły.

Kasia zareagowała na diagnozę bardzo emocjonalnie, a Kacper podszedł do problemu zadaniowo, jak na świeżo upieczonego prawnika przystało. Pilnował, żeby brała suplementy i witaminy, przypominał o badaniach. Kasia dawała emocjonalne wsparcie i Sandra czuła się nieswojo, że to ona go potrzebuje, podczas gdy jako matka to ona powinna być wsparciem dla dzieci. Powoli wszyscy zaakceptowali tę nową sytuację i zrozumieli, że to nie koniec jej życia — żyli wiarą w wyleczenie.

Co jednak musi się stać, aby pokonać taką chorobę? Tego Sandra nie wiedziała. Odnalazła swoją przybladłą ostatnio wiarę w Boga i, trzymając się tej odwiecznej nadziei człowieka na zmartwychwstanie, wierzyła, że nie wszystko jeszcze stracone.

Najgorzej zareagowała jej mama, załamując się zdecydowanie za mocno. Rana po śmierci ojca, który zaledwie rok wcześniej zmarł na raka płuc, nie zdążyła się jeszcze zaleczyć. To wtedy Sandra zdecydowała, że przyjedzie do matki na jakiś czas, pobędą razem, poprawi jej nastrój, a przy tym odświeży stare znajomości z rodzinnego miasteczka. Powspomina.

Pogrążona w tych rozmyślaniach i wspomnieniach przejechała większość drogi. Jechało się bardzo dobrze i szybko pokonywała kolejne odcinki.

Do rodzinnego domu było jeszcze piętnaście kilometrów, kiedy poczuła nagłą falę zmęczenia. U mamy czekał na nią porządny obiad, ale zanim tam dojedzie, musi coś zjeść i napić się kawy, żeby nie zemdleć w progu. Jak na zawołanie po prawej stronie drogi zobaczyła tablicę informacyjną: „Restauracja Staropolska zaprasza!”. Tak, pamiętała, że był tam kiedyś bar, urządzony w typowo PRL-owskim stylu lat osiemdziesiątych. Jednak ta nowa nazwa wskazywała, że bar przekształcono w coś innego. Brzmiało to obiecująco.

Skręciła w stronę, w którą kierowała ją strzałka na tablicy, i zaparkowała pod okazałym budynkiem restauracji. Wyglądał bardzo schludnie, z dużą dbałością o styl już od samego wejścia. Klientów witały plecione kosze z kwiatami podwieszone pod daszkiem nad głównym wejściem i gliniane donice z krzewami na tarasie. Drewniane belki na rogach budynku, wokół okien i na schodach, oraz gont na dachu w oczywisty sposób nawiązywały do wiejskiej, a może nawet szlacheckiej posiadłości. Pomyślała, że będzie się dobrze czuła w takim miejscu, dalekim od minimalistycznego stylu miasta, jaki znała na co dzień.

Wnętrze utrzymane było w tym samym, rustykalnym stylu, a niektóre nowoczesne elementy zostały gustownie wplecione w dekoracje. Kasia studiowała projektowanie wnętrz, więc określenia stylów aranżacji były Sandrze znajome. Właściciel odmienił to miejsce w sposób naprawdę imponujący.

Stoliki były w większości zajęte, ale głównie te podwójne, dla par, albo większe, dla rodzin. Stolik jednoosobowy przy oknie był pusty i tam właśnie usiadła. Kelner podał jej kartę dań, a ona powoli zapoznawała się z jej treścią, podczas gdy na tarasie, widocznym przez okno, kwiaty i krzewy pachniały już pełną wiosną. Przez chwilę mignęła jej myśl, że kiedyś nie zauważała takich detali, pędząc od jednych obowiązków służbowych do drugich, jednocześnie pilnując rutyny domowej i walcząc o lepszy byt każdego dnia. Teraz zwykły posiłek w restauracji budził zarówno zachwyt, jak i pewien smutek, ponieważ nie wiedziała, jak długo jeszcze będzie mogła cieszyć się takimi prostymi radościami dnia. Odpędziła jednak szybko smutne myśli, zdecydowana doceniać każdą chwilę.

Karta dań wyglądała dokładnie tak samo jak otoczenie. Prezentowała typowe polskie jadło: syte, konkretne i dobrze znajome. Wybrała jajecznicę i kawę cappuccino. Czekając na posiłek, przyglądała się wystrojowi, który w środku wyglądał tak samo stylowo jak na zewnątrz. Nie czekała długo i wkrótce kelner podał jej zamówienie. Gdy skończyła, pomyślała, że zapamięta to miejsce i nie raz jeszcze tu przyjedzie. Chciała zapłacić rachunek, ale właśnie wtedy kelner nieoczekiwanie przyniósł jej jeszcze dodatkowy deser.

— Ale ja… nie zamawiałam lodów… — zaprotestowała zdziwiona.

— To jest danie gratis, od naszego szefa — odparł kelner. — Na koszt firmy.

— Od szefa restauracji?! — teraz jej zdziwienie było jeszcze większe.

Kelner przytaknął i z lekkim uśmiechem wskazał bar w centrum sali.

Spojrzała w tamtą stronę. Przy barze stał mężczyzna mniej więcej w jej wieku i uśmiechał się szeroko w jej stronę. Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, bo faktycznie zdawał się jej znajomy, ale nie mogła skojarzyć skąd go zna. Wysoka, szczupła sylwetka, szatyn, włosy z lekką siwizną. Charakterystyczny ruch ręki przeczesywania włosów. I te rysy twarzy… No tak… Rozpoznała go wreszcie. To był przecież Adam, kolega z liceum i przyjaciel jej męża, Krystiana. Po szkole wyjechał za granicę, o ile dobrze pamiętała. Nie widzieli się od wielu, wielu lat. A teraz zamówił dla niej lody w swojej własnej restauracji…

Roześmiała się na te wspomnienia z przeszłości i pomachała mu ręką, a następnie zrobiła zapraszający gest, żeby podszedł do jej stolika.

Gdy Adam szedł w jej stronę, widziała, że czas zmienił go, jak pewnie każdego z ich rocznika. Ale nadal miał w oczach ten dawny blask — iskrę poczucia humoru, które było jego znakiem rozpoznawczym wtedy, gdy razem całą grupą robili wygłupy na szkolnym korytarzu.

— Cześć, Sandro — powiedział, dostawiając sobie krzesło od sąsiedniego stolika. — Od razu cię rozpoznałem, wcale się tak bardzo nie zmieniłaś od czasów naszej szkoły!

— Cześć, Adam, nie żartuj sobie ze mnie… — odpowiedziała przekornie, czując się od razu jak tamta dziewczyna sprzed lat. — „Stary facet nigdy nie jest tak stary jak stara baba”. Znasz to powiedzenie?

— Kokietka z ciebie! Tak jak kiedyś… — roześmiał się Adam.

Jakoś te lata szybko wyparowały i znów czuli się tak swobodnie jak wtedy, gdy robili kawały i głupie żarty, choć zupełnie nieszkodliwe.

— Więc kupiłeś tę ruderę? — zapytała, rozglądając się wokół. — Przepraszam za to określenie, ale naprawdę odnowiłeś to miejsce wręcz niesamowicie!

— Tak, to prawda, władowałem tu mnóstwo wysiłku i także sporo pieniędzy. Ale jestem zadowolony z efektu. I coraz lepiej się zwraca z każdym rokiem.

— Ale gdzie się podziewałeś przez te wszystkie lata? Znajomi mówili, że jesteś gdzieś za granicą…

— Dokładnie tak. Przez trzydzieści lat byłem w Niemczech. Wyjechałem zaraz po maturze. Miałem swój sen o zarabianiu dużych pieniędzy… — Roześmiał się z lekkim przekąsem. — Mam jeszcze kilka takich lokali w różnych lokalizacjach, duży dom z basenem, samochody… Tak, ten jeden sen spełnił mi się znakomicie.

— Niesamowite! — skomentowała zaskoczona. — No naprawdę super, po prostu świetnie! Cieszę się bardzo! Zawsze byłeś pracowity i zasługujesz na sukces jak mało kto. Ja miałam sen o rodzinie i ten mój sen też się spełnił. Chociaż… — posmutniała po chwili. — Pięć lat temu… Krystian…

Adam spojrzał na nią z napięciem.

— Krystian jest tu z tobą?

— Nie. On… nie żyje… Ciężarówka uderzyła w jego samochód na autostradzie. Kierowca przysnął. To było prawie pięć lat temu…

— O mój Boże, nic nie wiedziałem… — powiedział Adam przejęty. — W tym czasie zajęty byłem rozwodem, planami powrotu do Polski… — mówił, patrząc w bok, jakby w swoje ówczesne wspomnienia, które zmiotły zupełnie uśmiech z jego twarzy. — Tak mi przykro…

Patrzył na nią ze współczuciem, chociaż te lata także dla niego zapewne nie były łatwe.

— To nic, już doszłam do siebie. Ale było bardzo ciężko…

Przez chwilę Adam wahał się, jakby niepewny, czy może to zrobić, ale w końcu wyciągnął dłoń i położył na jej dłoni w geście pocieszenia.

— W razie czego jestem tu, gdybyś mnie potrzebowała. W imię naszej dawnej przyjaźni.

— Dziękuję ci — odpowiedziała, zaskoczona jego gestem.

— A ty… masz dzieci? — zapytała go nieśmiało, kiedy te trudne emocje nieco opadły.

— Tak, w Niemczech mam syna. Byłem żonaty z Niemką, Agatą. Gdy nasz syn miał szesnaście lat, poznała jakiegoś przypakowanego Włocha i zakochała się w nim bez pamięci. Zażądała rozwodu i oczywiście nie chciała słyszeć o przeprowadzce do Polski. Widuję Gintera kilka razy w roku, zabieram go do siebie na święta. Jest mu dobrze w Niemczech, ma tam szkołę i wszystkich przyjaciół. Nie tęskni za mną aż tak bardzo. A ja, jak zwykle, realizuję marzenia o budowie imperium… — zażartował.

— I świetnie ci to wychodzi — roześmiała się także, z wielkim uznaniem.

Spojrzał na lody, które już w dużym stopniu zmieniły się w płynną śmietanę.

— Cieszę się, że cię spotkałem, Sandra. Po tylu latach… A może dasz mi numer telefonu? Tak na wszelki wypadek?

— Pewnie, podaj mi swój, wyślę ci strzałkę.

— Super, dzięki. I oczywiście nic nie płacisz. Całe zamówienie na mój koszt. — uśmiechnął się szeroko, na powrót niemal uszczęśliwiony.

— No, nie żartuj, prowadzisz przecież biznes… — próbowała słabo protestować, ale wobec gościa, który ogarnia biznesy w takiej skali, wyglądało to trochę żałośnie…

— Na pewno nie dziś. Spotkania z przyjaciółmi to nie biznes, to przyjemność. Dosyć rzadka, niestety…

Wymienili swoje numery i Sandra szybko skończyła deser, a następnie pożegnali się ciepło. To miłe wrażenie tego nieoczekiwanego spotkania pozostało z nią aż do samego miasteczka. Zostało z nią, gdy witała się z mamą, i także wtedy, gdy razem szykowały stół do wspólnego obiadu. Towarzyszyło jej jeszcze, gdy pomagała mamie pielić ogródek i kiedy opowiadały sobie nawzajem o ostatnich zdarzeniach z ich życia. I nawet wtedy, gdy dzwoniła do dzieci, żeby powiedzieć im dobranoc, a potem żegnała się z mamą, zanim poszły spać.

— Wiesz, chyba niepotrzebnie się tak o ciebie martwiłam — powiedziała jej mama na koniec dnia, gdy stała już w drzwiach swojej sypialni. — Wyglądasz naprawdę dobrze. Może nawet lepiej niż kiedyś… Chyba ten urlop tak dobrze na ciebie działa.

W odpowiedzi Sandra uśmiechnęła się tylko zagadkowo. Czuła się faktycznie dobrze.

Usnęła otulona obrazami i zapachami dawnych lat, gdy wszystko było tak proste, a młodość pełna sił i niezachwianej wiary w przyszłość. Wszystkiego tego, czego tak bardzo jej teraz brakowało…

Czar dawnych lat

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 15.61