Zanim Przestaniesz Patrzeć

Bezpłatny fragment - Zanim Przestaniesz Patrzeć


Proza współczesna
Thriller
Kryminał
Polski
Objętość:
359 str.
ISBN:
978-83-8455-374-9

Rozdział 1 — W cieniu reflektorów

…Flesz błyskawic był widoczny z oddali. Rwący wiatr przedzierał się przez liście, wyłamując gałęzie. Porywiście szarpał, swą siłą wyłamał konar z drzewa, który z trzaskiem runął bezpośrednio na przednią maskę jadącego szarego BMW. Był w nim, za kierownicą, sprawca, który właśnie uciekł z miejsca wypadku, w którym ofiarą była kobieta. Kobieta ta właśnie dostała wiadomość — złą wiadomość — i będąc w szoku, szła przed siebie prosto pod koła jadącego auta…

Mike — nieśmiały, skryty, niewysoki, smukłej budowy brunet, wiek 38 lat, chirurg z zawodu. Marzący o rodzinie, samotny, bez nałogów, z posadą w miejskim szpitalu. Bezdzietny.

Mike z załzawionymi oczyma wsiadł do szarego BMW i jechał bezmyślnie przed siebie. W głowie miał tylko słowa, które przed wyjściem wypowiedziała do niego Sara. Nie mógł opanować łez, które zalewały mu oczy i ciekły po policzkach. Działając jak automat za kierownicą, przestał dostrzegać, co się przed nim dzieje.

Porywisty wiatr szarpał gałęziami drzew stojących przy ulicy, zrywał te drobniejsze, którymi ciskał bezwiednie wszędzie, a równocześnie narastający ulewny deszcz zalewał wielkimi strugami przednią szybę samochodu, której wycieraczki nie nadążały zbierać. Widoczność — prawie zerowa.

Jechał tak, nie mając pojęcia, że jedzie już drugi raz tą samą drogą, dodatkowo dość szybko — na tyle, że w odblasku świateł nadjeżdżającego samochodu nie widział już praktycznie nic.

Odgłos uderzenia o maskę… Ten dźwięk go otrzeźwił. Zląkł się. Zaczął zwalniać, aż się zatrzymał.

Strugi deszczu zalewały przednią szybę, wycieraczki chodziły i próbowały niezdarnie zebrać zalewającą wodę. Mike patrzył przed siebie w szybę. W głowie wciąż słyszał huk odgłosu czegoś ciężkiego, w co prawdopodobnie uderzył. Myśli zlatywały mu w głowie jedna przez drugą.

…To musiał być człowiek. Zerwał się w panice i wyskoczył z auta. Lało. Rzęsiście, ulewny deszcz zalewał wszystko. Mike, nie zamykając drzwi, ruszył w poszukiwaniu. Szedł, mrucząc:

— Proszę, proszę, niech to nie będzie człowiek… Błagam, żeby to nie był człowiek…

Tak mruczał jeszcze przez chwilę, aż doszedł do miejsca, w którym w coś uderzył. Zaczął się rozglądać — przed sobą i po bokach. Nie było nikogo, tylko czarny asfalt mieniący się od połyskujących w świetle kropel i szum, który emitował ulewny deszcz.

Mike stał osłupiały, nie mając pojęcia, co teraz. Rozejrzał się ostatni raz i zaczął cofać się do tyłu. Kłębiące myśli i strach, który doszczętnie go ogarnął, wzięły górę. Odwrócił się i zaczął uciekać. Biegł w stronę samochodu z myślą, która utkwiła mu w głowie: Co teraz? Zgniję w więzieniu, jeżeli rzeczywiście uderzyłem w człowieka.

W myślach próbował sobie to jakoś wytłumaczyć… A może to był jeleń? Pełno ich tu. Może uciekł…

Rozdział 2 — Deszcz i strach

Mike wskoczył za kierownicę auta i gwałtownie ruszył przed siebie. Po kilku set metrach zaczął kierować się w stronę domu, mijając po drodze auta z naprzeciwka, które go oślepiały, które przenosiły go do tamtej chwili, kiedy w kogoś lub coś uderzył. Dojechał pod swój dom, zatrzymał się, lecz nie wyłączył silnika.

Siedział, opierając głowę o kierownicę, trzymając się rękoma kierownicy, wgapiał się w ulewny deszcz spływający po szybie.

Po krótkiej chwili sięgnął za klamkę i otworzył drzwi. Zawahał się przez chwilę, zastanawiając się, czy może była już u niego policja. Spojrzał w kierunku drzwi wejściowych swojego domu, które znajdowały się pomiędzy dwoma kolumnami. Nie było jednak widać obecności kogokolwiek.

Wysiadł, zamykając za sobą drzwi, ruszył w stronę domu. Po przejściu około dziesięciu metrów zatrzymał się.

Myśl, która przeleciała mu przez głowę, przeraziła go… Powinienem chyba sprawdzić, czy są jakieś ślady na aucie… Obrócił się w stronę auta i ruszył powolnym, niepewnym krokiem.

Podszedł do przedniej maski samochodu i zaczął się jej przyglądać. Na pierwszy rzut oka wyglądało wszystko normalnie. W chwili, gdy przesuwał się wzdłuż przodu maski, dojrzał wgniecenie, pęknięty reflektor i, co gorsza, popękaną szybę od strony pasażera. Kolana aż mu się ugięły, gdy to zobaczył. Oparł się o samochód. Był doszczętnie przemoczony, przemarznięty i wystraszony. Mamrotał pod nosem: — To niemożliwe… To nie może być prawdą… Dlaczego… Dlaczego ja…

Rozdział 3 — Znaleziona

…Teraz wracamy do domu, chodź tutaj już, do nogi, wracamy, bo strasznie leje i nie będziemy dłużej chodzić, piesku… Właściciel Harta, będący na spacerze, żwawo szarpnął smycz i przyciągnął do siebie psa. Szedł chodnikiem wzdłuż ulicy wraz z psem, mijając po lewej drzewa wysokie na cztery metry, a po prawej prywatne posesje. Przy jednej z nich, akurat nieoświetlonej, pies zaczął się wyrywać i szczekać.

— Uspokój się, przestań, już… — wołał do psa jego właściciel.

Pies wyrwał się właścicielowi i pobiegł w stronę nieoświetlonej posesji, która była niezamieszkana.

Właściciel psa, zdenerwowany, ruszył za swoim pupilem, wołając:

— Wracaj już, chodź tutaj, nie czas na zabawę…

Zbliżył się, zdyszany, do swojego psa, który stał i natarczywie coś obwąchiwał.

— Co tu robisz? Idziemy, chodź, no chodź już… — pies zapierał się i nie chciał iść, zaczął znowu się wyrywać.

— Co wyprawiasz? Uspokój się, czego tam szukasz? Pokaż mi, co tam jest…

Właściciel psa odsunął go na bok i się nachylił.

— Rzeczywiście, coś tu jest… Cholera, ciemno tu, nic nie widzę… Poczekaj… — przyciągnął do siebie psa.

— Użyjemy latarki, tylko muszę zobaczyć, jak to cholerstwo działa…

Kiedy włączył latarkę w telefonie i skierował ją w miejsce, gdzie wcześniej nie mógł dojrzeć, co tam jest, zdębiał, aż z przerażenia przykucnął.

— Cholera, piesku, trzeba wezwać pomoc… Tu leży jakiś człowiek… O Boże…

Pokiereszowane ciało, wytarzane w kurzu, przemoczone i całe we krwi, z podkulonymi nogami, leżało bez ruchu. Właściciel psa starał się wyczuć puls, ale nie udało mu się. Trzęsąc się, zaczął próbować odblokować swój telefon, ale że miał mokre ręce, palce ślizgały mu się po ekranie.

Po kilku próbach odblokował telefon i zaczął wzywać pomoc.

…Mike złapał się obiema rękoma za głowę, opierając się przy tym o maskę samochodu. Bezgłośnie krzyczał, błagał Boga, by to był zły sen. Nagle zląkł się od odgłosu przejeżdżającego sportowego pickupa w pobliżu. Zerwał się na proste nogi i poszedł w kierunku domu, bacznie obserwując otoczenie. Stanął przed drzwiami, wyciągnął klucz z kieszeni i włożył do zamka, zaczął przekręcać, przez moment wahając się. W głowie kotłowały mu się myśli, jedna przez drugą: czy policja już wie, a może już go szukają?

Otworzył drzwi i wszedł do ciemnego przedpokoju. Wcisnął przycisk, chcąc zapalić światło, ale nie działało. Przestraszony, w pośpiechu zaczął iść w ciemności, przesuwając rękę po ścianie w poszukiwaniu włącznika. Nerwowo, w pośpiechu przesuwał się w stronę kolejnego pomieszczenia, potykając się o jakiś mebel. Potknął się i poleciał na lewe ramię, runął na podłogę bezwładnie. Upadając, przekręcił się na plecy i uderzył głową w coś twardego, tracąc przytomność.

Po około dziesięciu minutach od wezwania pomocy przez właściciela psa, pogotowie przybyło na miejsce. Ambulans, przy pełnym oświetleniu, wjechał z impetem na chodnik i zatrzymał się przy wymachującym ręką starszym człowieku.

— Czy to pan wzywał pomoc? — zapytał kierowca ambulansu.

— Tak — odpowiedział właściciel psa. — O, tam leży ktoś, nie wiem kto, nie widać, panie, cały we krwi chyba… Straszne… Ja, panie, z psem wyszedłem na chwilę, bo tak leje, a tu taka tragedia…

Do ciała leżącego dobiegło po chwili dwóch medyków, przynosząc ze sobą nosze. Jeden z medyków oglądał ciało i powtarzał drugiemu:

— To kobieta, nieprzytomna. Wyczuwalny puls. Założymy jej blokadę na kręgosłup. — Krzyknął: — Przysuń te nosze tutaj.

Medycy wspólnie położyli poszkodowaną na nosze, zapięli ją pasami i szybko przenieśli do ambulansu.

— Doktorze… — właściciel psa, zdruzgotany, zawołał do medyka — czy żyje jeszcze?

Medyk odpowiedział:

— Tak, żyje.

Właściciel psa, trzęsącym się głosem, zapytał jeszcze:

— A przeżyje?

Medyk odpowiedział:

— Miejmy nadzieję…

Rozdział 4 — Lęk przed prawdą

Dźwięk otwierających się drzwi, następnie odgłos przesuwającej się, prawdopodobnie, dłoni po ścianie w poszukiwaniu włącznika światła.

— Mike, jesteś tu? — głos kobiety.

Mike się ocknął. Leżał na plecach, czując potworny ból z tyłu głowy.

— Mike, gdzie jesteś? — nawoływała dalej kobieta.

Mike ocknął się na dobre, próbował się pozbierać z podłogi. Zawołał ochrypłym głosem:

— Sara, to ty?

Sara zapaliła światło w pokoju i dostrzegła zbierającego się z podłogi Mike’a.

— Mike, nic ci nie jest? Co się stało?

Mike wstał na równe nogi, próbując sobie coś przypomnieć, ale nie pamiętał — nic, kompletnie nic.

Podeszła do niego Sara, chwyciła go pod ramię, pytając:

— Co ci się stało? Pokaż… Masz rozwaloną głowę. Co się dzieje?

Mike stał, trzymając się za tylną część głowy. Zastanawiał się, jak znalazł się w domu i dlaczego leżał na podłodze.


— Proszę przygotować salę numer dziewięć, będziemy operować. Mamy pacjentkę, prawdopodobnie z wypadku… — krzyczał do pielęgniarki medyk.

W pośpiechu prowadzili nosze w kierunku windy. W szpitalu ogólnie panowała cisza, poza odgłosami windy i krzątających się po korytarzach pacjentach. Takie sytuacje jak ta bywały rzadkością.

— Doktorze! Doktorze, tutaj, proszę za mną… — doktor wychodzący z windy dojrzał pielęgniarkę i energicznie ruszył w jej stronę.

Pielęgniarka odwróciła się i ruszyła też w stronę sali operacyjnej.

— Co dzisiaj mamy? — zapytał doktor pielęgniarki.

— Z tego, co się orientuję… — pielęgniarka, idąc, próbowała doczytać się szczegółów — kobieta, prawdopodobnie ma około 35 lat, obecnie leży pod respiratorem w sali numer dziewięć. Stan stabilny, krwotok wewnętrzny opanowany.

— Czy wiemy, jak się nazywa? — zapytał doktor.

— Nie, jeszcze nic nie wiemy… — odparła pielęgniarka.

— A właśnie, Kate, możesz mi powiedzieć, kiedy wraca z urlopu Mike? — zapytał doktor pielęgniarki.

— Doktor Mike? Nie jestem pewna, ale chyba w przyszłym tygodniu… — odpowiedziała pielęgniarka.

— Rozumiem… — odpowiedział doktor.

— Zespół już jest gotowy? — zapytał doktor pielęgniarki.

— Tak, doktorze, wszyscy już czekają… — odpowiedziała pielęgniarka.

Rozdział 5 — Kim jestem?

— Mike, wszystko w porządku? Dziwnie się zachowujesz… — powiedziała Sara.

— Tak, tak, wszystko w porządku… — odpowiedział Mike Sarze.

Mike wszedł do pokoju i zaczął rozglądać się dookoła, jakby czegoś szukał. Przyglądał się wszystkiemu, jakby to wszystko, co znajdowało się wokół niego, widział pierwszy raz w życiu.

— Mike, dziwnie się zachowujesz. Nic ci nie jest? — powtórzyła Sara.

— Naprawdę, wszystko w porządku… — odparł Mike.

Zawzięcie próbował sobie coś przypomnieć. Podszedł do okna, uniósł rękę i lekko odsunął żaluzje, próbując coś dojrzeć na zewnątrz.

— Mike, dziwnie się zachowujesz… Wiesz, jeżeli się gniewasz za tę sytuację, to bardzo mi przykro, ale nic na to nie poradzę, taka już jestem… — powiedziała Sara.

Mike spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem.

— Nie, nie gniewam się… — odpowiedział niepewnie. Cały czas próbował sobie coś przypomnieć, ale gdy tylko zaczynał bardziej zastanawiać się nad otoczeniem, nad sobą, nad Sarą… odnosił wrażenie, że wie coraz mniej.

Otoczenie wydawało mu się znajome, ale nie wiedział, gdzie się znajduje. Zauważył też, że do końca nie jest pewien, kim jest Sara.

Sara wyszła z pokoju i udała się do kuchni.

— Zrobić ci coś do picia, Mike? — zapytała.

— Tak, proszę… — odpowiedział Mike.

— Zrobię ci mrożoną kawę, twoją ulubioną, dobrze, Mike? — dodała Sara.

Mike pomału odszedł od okna. Rozglądając się cały czas, próbował sobie przypomnieć cokolwiek. Usiadł w dużym, skórzanym, ciemnobrązowym fotelu tuż przy kominku. Rozsiadł się wygodnie i znowu zaczął się rozglądać. Spojrzał w stronę kominka, który był usytuowany po lewej jego stronie. W głębi popiołu wciąż widać było lekko żarzące się kawałki drewna.

Patrząc tak, dotarło do niego, że nie wie nic. Zaczął powtarzać w myślach swoje imię: Mike, Mike… Pomyślał: Tak, mam na imię Mike… Kim jestem? Cholera… co jest? Nie wiem, kim jestem.

Sara, wracając z kuchni z mrożoną kawą, weszła do pokoju, w którym siedział Mike. Zauważyła, że go nie ma. Mike zsunął się z fotela i przysunął się do kominka. Siedząc na kolanach, wpatrywał się w lekko żarzące się kawałki drewna w głębi popiołu.

— Mike, Mike… — zawołała Sara. Mike nie odpowiadał, nie dlatego, że nie słyszał, lecz dlatego, że nie odebrał tego wołania jako skierowanego do niego.

— Mike… — Sara minęła stół, obeszła fotel. — Tu jesteś… Co robisz na podłodze?

Mike uniósł głowę, spojrzał na Sarę i zapytał:

— Kim jesteś?

Sara, zdezorientowana, aż się wyprostowała, wytrzeszczając oczy.

— Co ty mówisz, Mike? To ja, Sara. Coś ci się stało? Nie poznaję cię. Zachowujesz się dziwnie. Nie poznajesz mnie, zachowujesz się, jakbyś był tu pierwszy raz w tym domu. Co jest z tobą? Co się dzieje?… To pewnie przez to uderzenie w głowę. Zaraz chyba zawiozę cię do szpitala, żeby cię przebadali…

Mike patrzył na Sarę z niedowierzaniem.

— Dlaczego tak patrzysz na mnie? — zapytała Sara.

Sara — przyjaciółka Mike’a, są razem od roku w bardzo burzliwym związku. Około 160 cm wzrostu, ciemny blond, włosy średniej długości, drobna budowa ciała, niebieskie oczy. Miła, ale bardzo impulsywna osoba. Architekt z zawodu w lokalnym urzędzie miasta.

Rozdział 6 — Walka o życie

— I jak nasza pacjentka? — zapytał doktor zespołu.

— Stan stabilny, jakoś się trzyma, doktorze… — powiedziała jedna z asystujących lekarek.

— To co, zabieramy się do roboty… — powiedział doktor do zespołu.

Doktor, po założeniu maski oraz dodatkowego fartucha ochronnego, włożył rękawice chirurgiczne i podszedł do stołu operacyjnego, przygotowanego do zabiegu. Oświetlenie nad stołem było bardzo jasne, a przy nim stała aparatura, z której wydobywał się jednostajny szum. Dochodził też dźwięk monitorów usytuowanych tuż obok stołu — miarowe piknięcia.

— Skalpel, proszę. Co my tu mamy… linia środkowa, zaczniemy odtąd…

— Proszę — podała skalpel asystentka.

— Tniemy. Zaczniemy od góry… — powiedział chirurg.

— Krwawienie nadal postępuje… Krwawi bardziej niż się spodziewałem.

— Proszę tutaj przysunąć ssak… i proszę więcej gazików.

Rozległ się dźwięk ssaka wysysającego krew z naczyń krwionośnych, która dodatkowo była zbierana przez kolejne gaziki.

— Krwawi coraz bardziej, cholera… Będę potrzebował większej ekspozycji. Haki, proszę, tylko szybko — bo czas nie jest naszym sprzymierzeńcem.

— Już widać… aorta jest przecięta. Potrzebuję zacisku naczyniowego.

W tym samym czasie odezwał się anestezjolog stojący na końcu sali, wpatrujący się w monitor:

— Ciśnienie spada… 60/40, puls nitkowaty.

— Proszę o dodatkowy koncentrat krwinek… grupa B RH-… Podłączone.

— Dobra, zacisk mamy gotowy… Ale tutaj coś widzę — chyba jakieś krwawienie, może z tętnicy biodrowej.

— Nie ma co się zastanawiać. Sprawdzaj, bo jeszcze trochę i ją stracimy.

— Trzeba założyć protezę… Dobra, mam. Zaciskam… Krwawienie ustało.

W pełnej napięcia atmosferze, przy doskonałej koordynacji, zespół chirurgów walczył o życie pacjentki, która była poszkodowana prawdopodobnie w wypadku samochodowym.

Rozdział 7 — Wewnętrzna pustka

Mike usłyszał dźwięk, lecz nie rozpoznawał go. Dźwięk dochodził z jego kieszeni. Słyszała to Sara i zapytała go:

— Nie sprawdzisz kto?

— O czym mówisz? — zapytał Mike.

— Jak to o czym… — powiedziała Sara. — Jesteś chirurgiem, więc może to ktoś ze szpitala…

Mike nie ukrywał zdziwienia na twarzy. Wsadził rękę do kieszeni i wyciągnął szpitalnego pejdżera, na którym było dziesięć nieodczytanych wiadomości. Zdziwił się bardzo, patrząc na ekran, próbując przeczytać, kto do niego napisał. Tymczasem Sara przyglądała mu się z niedowierzaniem.

— Wiesz, Mike… — powiedziała — z tobą musi naprawdę być coś nie tak. Nie wiesz, że jesteś chirurgiem? Mike, mówię do ciebie…

Mike, jakby się ocknął, zastanawiał się przez chwilę, jakim cudem nie pamięta, kim jest i jak ma na imię.

Po około godzinnej operacji:

— Skończyliśmy… Teraz trzeba czekać… — powiedział prowadzący operację chirurg.

— Doktorze… — zawołała pielęgniarka.

— Tutaj panowie z policji przyszli, w sprawie tej z wypadku…

— Wiedzą już, jak się nazywa? — zapytał doktor.

— Nie, doktorze. Właśnie chcą to ustalić i chcą z doktorem rozmawiać… — odpowiedziała pielęgniarka.

— Dobrze, to proszę ich zawołać… — powiedział doktor.

Pielęgniarka odwróciła się i poszła w stronę głównego korytarza zawołać detektywów z policji.

— Panowie, doktor zaprasza do siebie. Proszę pójść tutaj w prawo, a na końcu korytarza będą mieli panowie drzwi po prawej. Doktor będzie na panów czekał…

Policjanci ruszyli według wskazówek pielęgniarki do pokoju doktora.

Rozdział 8 — W śladzie milczenia

— Witamy pana, doktorze. Otóż jesteśmy tu w sprawie pana pacjentki, tej, którą właśnie doktor operował — powiedział jeden z policjantów.

— Tak, wiem, pielęgniarka mi wspominała. Zatem w czym mogę pomóc panom? — odpowiedział doktor.

— Chcielibyśmy się dowiedzieć, czy poszkodowana będzie mogła zeznawać. Chcemy wiedzieć, kiedy będzie to możliwe — powiedział policjant.

— Panowie, bardzo mi przykro, ale chyba nie nastąpi to prędko. Pacjentka miała ciężki wypadek, w wyniku którego doznała poważnych obrażeń wewnętrznych. Na ten moment jest w śpiączce farmakologicznej, więc sami panowie rozumieją… Jeżeli tylko stan pacjentki się poprawi, zostaniecie panowie poinformowani. A teraz przepraszam, bo mam następną operację. Panowie wybaczą… — poinformował ich doktor.

Po rozmowie z doktorem policjanci udali się na komisariat.

— Witam, jak tam wieczór w terenie? — zapytał jeden z policjantów dyspozytora.

— Poza tym wypadkiem, to w miarę spokojnie… — odpowiedział dyspozytor. Chciał jeszcze coś dodać, ale zadzwonił telefon. Machnął tylko ręką, pokazując, że jest w porządku, i odebrał, chwytając za słuchawkę.

— Komisariat policji, w czym mogę pomóc? — zapytał dyżurujący policjant.

— Tak, rozumiem. Proszę podać adres… Tak, tak, zaraz wysyłam radiowóz, proszę się nie oddalać…

Policjanci, po zabraniu kilku osobistych rzeczy z komisariatu, udali się na patrol celem poszukiwań sprawcy wypadku, w którym brała udział poszkodowana. Jeden z policjantów, wychodząc, powiedział:

— Słuchaj, Tom, my lecimy powęszyć za draniem, który to zrobił. Będziemy na łączach…

— Ok — odpowiedział Tom.

Pospiesznie wyszli z komisariatu i wsiedli do nieoznakowanego radiowozu.

— To co, zaczynamy od miejsca, gdzie ją znalazł stary z psem? — powiedział detektyw Jack do swojego policyjnego partnera, Andrew. — O której to było? — zapytał jeszcze, chcąc się upewnić.

— Z półtorej godziny temu, może dwie… — odpowiedział Andrew.

Ruszyli gwałtownie spod komisariatu, kierując się do głównej drogi.

— Weź zapytaj, czy już coś znaleźli na kamerach… — powiedział Jack do Andrew.

— 22 28, zgłoś się… — zawołał przez radio Andrew.

— Tak, 22 28, odbiór, co jest?

— Tu 91 93, macie coś na kamerach już? Od tej, co ją stary z psem znalazł.

— Nie, jeszcze nic, ale sądzę, że analityk niedługo będzie miał raport gotowy… — odpowiedział dyspozytor.

— Zrozumiałem — odpowiedział Andrew.

Po wyjeździe na główną ulicę udali się w kierunku osiedla, na którym miało miejsce zdarzenie, gdzie została znaleziona poturbowana kobieta. Po przejechaniu kilku przecznic dojechali na miejsce.

— Dobra, jesteśmy. A teraz przejedziemy się najpierw w głąb osiedla, bo poszkodowana leżała za drzewem na podjeździe, więc ten, kto ją potrącił, prawdopodobnie jechał w głąb osiedla… — mówił na głos Jack, jadąc pomału i rozglądając się wokół.

— Cisza, pusto, ani żywej duszy… — dodał Andrew.

Miasteczko o tej porze wyglądało jak wymarłe. Poza hulającym wiatrem, niosącym ze sobą suche liście i co jakiś czas padającym deszczem, nie działo się nic.

Rozdział 9 — Zabłąkana pamięć

Zdezorientowany Mike wstał z kolan, podszedł do okna, odchylił żaluzje i próbował znowu zajrzeć na zewnątrz, ale nic nie było widać — na zewnątrz było ciemno.

W tym czasie Sara udała się do kuchni po coś do picia dla siebie. W drodze zapytała:

— Chcesz coś do picia, Mike?

Mike skierował się od okna w kierunku drzwi. Lekko zdezorientowany, otworzył je i w nich stanął. Spojrzał przed siebie — na podjeździe, przy garażu po lewej stronie, stało jego BMW, a po prawej, też na podjeździe, Range Rover Sary. Żadnego z tych aut nie rozpoznał.

Wyszedł, szedł podjazdem, podświetlonym małymi, okrągłymi halogenami, aż do wyjazdu na ulicę.

— Mike, Mike! Gdzie się wybierasz? Wracaj! — krzyczała za nim Sara, która zorientowała się, że Mike wyszedł na zewnątrz.

Szybko wybiegła za nim w stronę ulicy, wołając:

— Mike! Mike, stój do cholery! Poczekaj na mnie, gdzie leziesz?! — krzyczała za nim Sara.

Mike zatrzymał się na poboczu ulicy i zaczął się znowu rozglądać. Przed nim była czarna, asfaltowa droga, mieniąca się światłem mokrego asfaltu, które odbijało się od pobliskich latarni usytuowanych przy drodze. Stojąc tak, zastanawiał się, gdzie jest, dlaczego był w tym domu i dlaczego nic nie pamięta.

— Mike! Mike! — zawołała do niego Sara, zbiegając z podjazdu na ulicę.

— Co wyprawiasz?! — podbiegła do niego i chwyciła go za rękę. — Mike, kochanie… co się z tobą dzieje? — zapytała drżącym głosem.

Rozdział 10 — Podejrzenia w mroku

— Chyba nawracamy, co? — zapytał Andrew Jacka.

— Nie sądzę, żebyśmy tu coś znaleźli, ani żywej duszy… — dodał Andrew.

— Dobra, to nawracamy i przejedziemy się jeszcze raz tędy pomału… — powiedział Jack.

Jack zwolnił i gwałtownie skręcił w prawo, wjeżdżając na przeciwny pas, zaczął nawracać. W trakcie manewru oświetlał pobocze oraz prywatne posesje, które były usytuowane przy drodze.

Gdy już nawrócił, zaczął pomału ruszać, ale się zatrzymał.

— Co jest? — zapytał Andrew. — Dlaczego stoimy? — dodał.

Jack wyglądał, jakby chciał sobie coś przypomnieć.

— Wiesz, coś mi tam mignęło… a raczej ktoś… — odpowiedział Jack.

Wrzucił wsteczny i zaczął się cofać. Po około 20 metrach zatrzymał się.

— Widzisz? — zapytał Jack Andrew.

— Tak, ktoś tam stoi. Jakiś mężczyzna i kobieta… Kobieta ciągnie go za rękę, pewnie klimaty małżeńskie.

— Wiesz, kto to jest? — zapytał Andrew.

— Nie jestem pewien, ale to chyba ten doktorek, co po Wilsonach wynajął dom… — odpowiedział Jack.

— 22 28, odbiór… — wezwał przez radio dyspozytora Andrew.

— Tu 91 93, potrzebuję informacji: kto mieszka przy Parklands Avenue 28? — dodał.

Chwila ciszy, szum z radia przeplatany trzaskami… Po chwili odezwał się głos dyspozytora:

— Mike Smith, chirurg, z dziewczyną. Nazywa się Sara Paterson.

— Dzięki, Tom… — podziękował Andrew i się rozłączył.

Jack cofnął jeszcze trochę, aby być bliżej pary, która stała na poboczu ulicy przy podjeździe. Opuścił szybę i zawołał:

— Pani Paterson, wszystko w porządku? Proszę się nie obawiać, jesteśmy z policji — powiedział Jack.

— Dziękujemy, wszystko w porządku… — odpowiedziała Sara.

— Mike, wracamy do środka, proszę. Jest już późno, chodź, idziemy do domu, Mike… — powiedziała Sara.

Złapała go pod rękę i razem pomału szli w stronę domu podjazdem. Mike szedł, jakby był nieprzytomny, trzymał się kurczowo Sary.

— Coś tam jest nie tak… — powiedział na głos Jack.

— To znaczy, co jest nie tak i z czym? — zapytał Andrew.

— Z nimi. Ten gość był jakiś dziwny… — powiedział Jack.

— Mówisz o tej Sarze i doktorku? Myślę, że się pewnie pokłócili. Ty ze swoją się nie kłócisz? — odpowiedział Andrew.

— Dobra, spadamy stąd… — powiedział Jack i ruszyli.

— Prawie północ, nie jesteś głodny? — zapytał Andrew Jacka.

— A co, ja wampir, że o północy muszę coś zeżreć? — odpowiedział Jack.

Andrew z zaskoczeniem zapytał:

— A to wampiry jadają o północy?

— A ty co się przyczepiłeś? Skąd mam wiedzieć… — odparł Jack.

Ruszyli pomału w kierunku miejsca wypadku. Czarny, mokry asfalt mienił się odblaskiem latarni usytuowanych przy drodze. Spod kół wydobywał się trzask łamanych małych gałęzi, pozrywanych z drzew i leżących na drodze. Od czasu do czasu wiatr podrywał z asfaltu liście i nawiewał je w stronę pobocza. Wiatr czasami zrywał się porywisty i szarpał gałęzie drzew zwisających nad drogą.

A deszcz na przemian — raz tylko kropił, a już po chwili zamieniał się w ulewę.

— Wiesz co, chyba jestem głodny… — powiedział Jack do Andrew.

— Naprawdę? Jak wampir… — zaśmiał się Andrew.

Gdy dojeżdżali do miejsca wypadku, z naprzeciwka nadjechał czarny pickup. Pomału minął ich i się oddalił.

— Chyba jacyś nietutejsi… Nie widziałem tego auta tutaj wcześniej… — powiedział Jack, patrząc we wsteczne lusterko na oddalający się samochód, z którego po chwili były widoczne tylko dwa czerwone punkty świateł stopu.

Może się zgubili, różnie to bywa — pomyślał Jack.

Rozdział 11 — Kiedy prawda powraca

Zmiana dobiegała końca. Było dość spokojnie, poza pogodą, bo ta ogólnie tej nocy nie dopisywała.

— Doktorze, doktorze! — przybiegła do gabinetu zdyszana pielęgniarka.

— Doktorze, pacjentka odzyskała przytomność… — powiedziała.

— Już idę… — odpowiedział doktor, próbując zrozumieć, dlaczego doktor Mike nie odpowiada na jego wiadomości z pagera.

Doktor schował pagera do kieszeni, wstał i wyszedł z gabinetu, kierując się pospiesznym krokiem w stronę windy.

Mike przeleżał całą noc na kanapie w salonie, na przemian usypiał i się budził. Jak tylko się przebudzał, sprawdzał, czy coś pamięta, zadając sobie w myślach pytania: kim jest i dlaczego nic nie pamięta. Gdy tylko upewnił się, że dalej nic nie wie, zamykał oczy i usilnie próbował znowu zasnąć, z nadzieją, że obudzi się, a to będzie tylko zły sen.

— Mike, Mike… — półgłosem wołała do niego Sara.

Mike otworzył oczy. Leżał na plecach na kanapie, a nad nim stała w piżamie Sara.

— Lepiej już, kochanie? — zapytała.

Mike złapał się obiema rękoma za twarz, pocierając ją, żeby się przebudzić.

— Co mówisz… Ach, tak… Chyba lepiej… — odpowiedział i usiadł.

— Pamiętasz już mnie, kochanie? — zapytała Sara.

Mike, siedząc na kanapie, zaczął się rozglądać po pokoju, próbując sobie coś przypomnieć. Spojrzał na Sarę i…

— Tak, ty jesteś Sara, a ja Mike… chirurg chyba… — odpowiedział.

Wychodząc z windy, doktor wyciągnął pagera i spojrzał w niego ponownie.

— Nadal nic nie odpowiada… — pomyślał. — Zawsze to robił, nawet w nocy… Coś musi być nie tak.

Do windy podeszła pielęgniarka.

— Doktorze, przenieśliśmy pacjentkę do sali numer 6… — powiedziała.

— Proszę za mną… — dodała.

Doktor skierował się w kierunku sali numer 6, do pacjentki z wypadku. Idąc za pielęgniarką, zapytał:

— Pani może coś wie o doktorze Mike? Bo nie odpowiada na moje wiadomości…

— Nie, nic nie wiem. My też nie mamy żadnych wieści od niego… — odpowiedziała.

7:00 rano. Przepiękny poranek. Słońce już dość wysoko na horyzoncie. U niektórych kończą się zmiany. W szpitalu doktor prowadzi obchód na koniec zmiany, a potem dołączy do życia rodzinnego. Tak jak policjanci — ich zmiana też dobiegła końca i wrócą do swoich rodzin.

Są jednak i tacy, którzy próbują ustalić, kim są, kiedy tylko otworzą oczy… a inni cierpią, bo znaleźli się w nieodpowiednim czasie i miejscu. Jedyna ich wspólna rzecz — to czas.

Rozdział 12 — Nocne spotkanie

Mike, siedząc na kanapie, sięgnął po spodnie i zaczął je zakładać. Wciągnął je i zapiął, ponownie sięgnął po koszulkę i ją również włożył. Spojrzał na zegar stojący na komodzie — właśnie mijała 7:00 rano.

— Mike, przyniosę ci kawę, może się dobudzisz, bo jesteś jakiś nieprzytomny… — powiedziała Sara.

Mike wstał, założył klapki i poszedł do drzwi wejściowych. Tym razem szedł już pewniej. Otworzył drzwi i stanął w progu. Był ciepły, piękny poranek. Z pobliskich drzew dochodził śpiew ptaków, delikatny wiatr lekko poruszał liśćmi na drzewach.

Mike, rozglądając się, dostrzegł na końcu podjazdu, który dochodził do głównej drogi, czarnego pickupa. Pickup stał w poprzek podjazdu, wyglądał, jakby na kogoś czekał. Chociaż nie było w nim widać nikogo, bo miał wszystkie szyby przyciemnione, miało się wrażenie, że ktoś z głębi auta uważnie obserwuje dom Mike’a.

Mike pomału zrobił krok do przodu i zamknął za sobą drzwi, obserwując pickupa. Zaczął iść podjazdem w dół, w stronę miejsca, gdzie stał samochód. Po około 25 metrach doszedł do stojącego w poprzek podjazdu pickupa.

Stanął przy drzwiach od kierowcy, nieruchomo wpatrując się w szyby, przez które nic nie było widać. Po krótkiej chwili otworzyła się przednia szyba. W pickupie siedział mężczyzna w białej koszuli.

— Witaj, Mike… — odezwał się z drwiną.

— Nie sądziłem, że będziesz tak głupi i zmusisz mnie, abym osobiście cię odwiedził… — powiedział kierowca pickupa.

Mike wpatrywał się w twarz kierowcy, próbując go rozpoznać, ale nic to nie pomagało.

— Co się tak gapisz na mnie? Zdziwiony, że jestem? — dodał kierowca.

Mike nie rozumiał zachowania nieznajomego. Stał i wpatrywał się w niego.

W tym samym momencie zza pleców, od strony domu, dobiegł głos Sary:

— Mike! Mike… — wołała niepewnym głosem.

Wyszła do połowy podjazdu i zobaczyła, jak Mike stoi przy czarnym pickupie. Zaczęła jeszcze raz wołać:

— Mike! Mike, co tam robisz?!

Mike nie odpowiadał. Sara przyspieszyła kroku i zaczęła schodzić w dół podjazdu w jego stronę.

Będąc kilka metrów przed nim, usłyszała głos kierowcy pickupa:

— Dobra, Mike, będziemy w kontakcie. Tym razem masz szczęście, upiekło ci się. Ale radziłbym ci wywiązać się z umowy… — powiedział, domykając szybę i ruszając z piskiem opon w kierunku wyjazdu z miasta.

Sara doszła do Mike’a, chwyciła go pod ramię i zapytała poddenerwowanym głosem:

— Kto to był, Mike?

Mike milczał, patrząc za odjeżdżającym pickupem.

Rozdział 13 — Pułapka obserwacji

— Na drodze wylotowej, Main Road, na kamerach zauważyliśmy, że szare BMW jechało dwukrotnie. Ogólnie oba przejazdy były w krótkim odstępie czasowym, zatem zakładamy, że kierowca tego auta jest w zasięgu podejrzeń.

Drugim przypadkiem był też niedaleko tego miejsca czarny pickup, tylko że miałby mały problem z dystansem do pokonania co do miejsca wypadku, aczkolwiek też można się jemu przyjrzeć… — skomentował technik.

— Dobrze, dziękuję za informację… — powiedział Jack i się rozłączył.

Jack wyruszył spod domu i miał jechać w stronę miasta, ale po tym, jak technik zadzwonił z raportem, stwierdził, że pojedzie w takim razie poszukać właściciela BMW i pickupa.

— 22 28, tutaj 71 73, proszę o ustalenie numeru rejestracyjnego pojazdu. BMW szare jest na CCTV, opis widnieje w raporcie technika… — powiedział Jack.

— Tu 22 28, zrozumiałem, za chwilę przekażę… — odpowiedział dyspozytor.

Jack nawrócił i pojechał w stronę miejsca wypadku. Jechał główną drogą aż do skrzyżowania, gdzie zatrzymał się. Stojąc na światłach, po prawej stronie zobaczył zajazd B&B. Stał na czerwonym świetle, uważnie się rozglądając. Włączyło się żółte, a potem zielone.

Jack ruszył pomału, dość mozolnie i skręcił w prawo. Kiedy dojechał do zjazdu do B&B, zauważył stojący pod hotelem czarny pickup.

Rozdział 14 — Krąg się zacieśnia

— 22 28, tu 71 73. Masz już te numery BMW? A jak możesz, numery pickupa również… — powiedział Jack przez radio do dyspozytora.

Zbliżało się południe, a w sprawie wypadku było coraz więcej niewiadomych. Jack, zamiast korzystać z wolnego, z powrotem wrócił do pracy.

— 22 28 do 71 73… — odezwał się dyspozytor.

— 71 73, słucham… — odpowiedział Jack.

— BMW szare M550, numer rejestracyjny TH 20 UUB. Właściciel Mike Smith, adres zamieszkania Parklands Avenue 28. Jeżeli chodzi o czarnego pickupa, to samochód należy do wypożyczalni. Próbujemy ustalić, kto go wypożyczył, ale na razie nic nie wiadomo… — odpowiedział dyspozytor.

— Zrozumiałem… — odparł Jack.

Ruszył z impetem z pobocza usytuowanego obok B&B, ostatni raz rzucając okiem na pickupa.

— 22 28, tu 71 73. Obserwujcie czarnego pickupa, teraz jest pod B&B. Nie dajcie mu wyjechać z miasta, ale dopóki nie będzie próbował, nie ruszajcie go… — zgłosił do dyspozytora Jack.

— Dobrze, zrozumiałem. Mamy go już na kamerach… — odpowiedział dyspozytor.

Mike siedział przed telewizorem i bezmyślnie przełączał kanały.

— Mike, możesz przestać… — powiedziała Sara. — Nie można nic obejrzeć… — dodała.

Mike spojrzał na zegarek — było prawie południe. Znudzony, z lekkim bólem głowy, szwendał się z miejsca na miejsce. Nie wiedział, co ma ze sobą zrobić.

Sara zaczęła czytać, siedząc na fotelu, magazyn o tematyce architektonicznej, od czasu do czasu spoglądając na Mike’a.

— Wiesz, Mike, zostało mi jeszcze tydzień urlopu. Może gdzieś wyjedziemy na weekend, co ty na to? Mike, słyszałeś, co powiedziałam? — spytała.

Mike podniósł się z kanapy i zaczął znowu chodzić po domu. Skierował się w stronę kuchni, ale zatrzymał się na chwilę w przedpokoju, przy drzwiach. Spojrzał na nie, podszedł i je otworzył. Stanął w progu, patrząc przed siebie.

Przy wyjeździe na główną drogę dostrzegł czarnego mustanga zaparkowanego na początku podjazdu. Pomału zaczął iść w jego kierunku, rozglądając się. Gdy mijał Range Rovera Sary, dostrzegł kogoś stojącego przy tylnej części BMW.

Rozdział 15 — Kruchy kontakt

— Przepraszam, mogę w czymś pomóc? — zapytał Mike.

Udający przestraszonego policjant Jack powiedział:

— Ale mnie pan przestraszył, panie…?

— Mike jestem…

— Tak, wiem. Ja jestem policjantem, mam na imię Jack i przepraszam, że tak bez pytania, ale nie mogłem się oprzeć… ten silnik…

— Panie Mike, chciałbym o coś zapytać pana. Pan jest właścicielem auta, prawda?

— Nie wiem… — odpowiedział Mike.

Z domu wręcz wybiegła Sara.

— O co chodzi, kto to jest? — zapytała Mike’a.

— To pan policjant… — powiedział Mike.

— Tak, jestem policjantem, my się już poznaliśmy… — powiedział Jack.

— A mogę wiedzieć, w jakiej sprawie nas pan odwiedził? — zapytała Sara.

— Pan policjant… hmm… — zastanawiał się Mike.

— Jack jestem… — podpowiedział mu policjant.

— Właśnie. I pan policjant mówił, że dobry ma silnik BMW… — dodał Mike.

Sara, z grymasem zaskoczenia na twarzy, powtórzyła po Mike’u:

— Dobry ma silnik… pan policjant mówi… dobre sobie… — powiedziała.

Jack zauważył, że pani towarzysząca panu Mike’owi zezłościła się jego wizytą, i wycofał się mówiąc:

— Bardzo przepraszam, ja już znikam. Miłego popołudnia życzę… — oznajmił Jack.

Oddalając się dość żwawo w kierunku zaparkowanego Mustanga — nieoznakowanego wozu policyjnego stojącego na wjeździe na podjazd — odwrócił jeszcze na moment głowę.

Sara objęła Mike’a i przytuliła się do niego, mówiąc:

— Powiedz mi, co się dzieje… może mnie już nie chcesz… — powiedziała, zadzierając głowę do góry i próbując spojrzeć Mike’owi w oczy.

Mike patrzył przed siebie, po chwili spojrzał na Sarę i powiedział:

— Mamy pączki… mam ochotę na pączki…

— Nie, nie mamy, ale kochanie, przecież ty nie jadasz pączków… — odpowiedziała Sara.

Rozdział 16 — Śpiączka Rebeki

— Stan pacjentki stabilny, puls w normie, brak kontaktu z pacjentką, od rana do teraz, a jest 12:15 w południe — oznajmił doktor.

— Pacjentka to Rebecca Norman, lat 35 — dodał doktor.

— Doktorze… — zawołała pielęgniarka.

— Przepraszam, chciałam zapytać, czy miał pan kontakt z doktorem Mike…

— Nie. A dlaczego pani pyta? Z tego, co wiem, jest na urlopie — odpowiedział doktor.

— Otóż praktycznie wszyscy próbują się z nim skontaktować i na próżno. Nie odpisuje na wiadomości, jego telefon nie działa. To dziwne, dlatego pytam… — powiedziała pielęgniarka.

— Dobrze zatem, gdy tylko coś będę wiedział, dam pani znać — powiedział doktor. — A teraz, pani pozwoli, ale mam jeszcze wielu pacjentów… — oznajmił i wyszedł z sali numer 6.

Doktor, idąc w stronę gabinetu szerokim pustym korytarzem, zaczął rozmyślać. Dostrzegł, że nigdy nie zauważył nawet koloru ścian korytarza, którym dziesiątki razy dziennie przemierzał w ciągu dnia. Było cicho. Idąc, patrzył w posadzkę, pomyślał, że dopiero pierwszy raz zauważył, jaki wykładzina ma kolor i że wychodzi na ścianę wykończona w łuk.

— Ciekawe… — pomyślał.

— Doktorze… — zawołała pielęgniarka, wychodząc z bocznego gabinetu.

Doktor, zamyślony, nie słysząc wołania, zaczął się oddalać.

— Przepraszam, doktorze, mogę na słowo? — zawołała pielęgniarka.

Tym razem doktor usłyszał, zatrzymał się, w ociężały sposób się odwrócił, odpowiadając:

— Tak, słucham panią…

— Doktorze, chciałam jeszcze raz zapytać, czy coś panu wiadomo, co się dzieje z doktorem Mike. Czy może miał pan z nim kontakt ostatnio? — zapytała pielęgniarka.

— Przykro mi, ale nie miałem z nim kontaktu… — odpowiedział doktor.

— Pytam dlatego, że my z całym zespołem stwierdziliśmy, że trzeba sprawdzić, czy coś doktorowi się nie stało, i postanowiliśmy, że pojedziemy do niego do domu sprawdzić… — oznajmiła pielęgniarka.

— A może wyjechał na urlop i po prostu odpoczywa. Nie raz ludzie mają ochotę odpocząć od pracy i pobyć samemu ze sobą lub z najbliższymi, nie sądzi pani? — powiedział doktor.

— Doktorze, może i tak być, ale doktor Mike nie ma w zwyczaju się nie odzywać i to jest dziwne… — dodała pielęgniarka.

Doktor, nie czekając, powiedział:

— Oczywiście, jeżeli są jakiekolwiek podejrzenia, to jak najbardziej trzeba to sprawdzić. I jeżeli będę w stanie w czymkolwiek pomóc, to proszę śmiało do mnie dzwonić…

Pielęgniarka uśmiechnęła się i powiedziała:

— Jeżeli będziemy potrzebować doktora pomocy, to na pewno się odezwiemy. To do zobaczenia, doktorze. — I poszła korytarzem w stronę windy.

Dr Bossman wyciągnął telefon i zadzwonił do dyspozytora:

— Czy mogłaby pani przekazać doktorowi Bossmanowi… tu mówi doktor Grant. Z tego, co się orientuję, ma dziś wolne, ale chciałbym prosić, aby mu pani przekazała, żeby się ze mną skontaktował. To pilne… — powiedział dr Grant. — A, i może pani przesłać dla mnie raport z wczorajszej operacji pacjentki poszkodowanej w wypadku samochodowym, którą operował dr Bossman… — dodał dr Grant.

— Oczywiście, doktorze, zaraz panu prześlę wszystkie informacje.

Po wielu próbach kontaktu przez zespół lekarzy z dr. Mike’ m Smith postanowili, że odwiedzą go osobiście — pojadą tam, gdzie mieszka.

Rozdział 17 — Wizytacja

Pielęgniarka Kate wraz z pielęgniarzem Johnem wsiedli do samochodu i pojechali pod adres zamieszkania dr. Mike’a. Kate nie miała dobrego przeczucia. Chociaż pielęgniarz John ją uspokajał, miała wrażenie, że dr Mike ma problemy.

Tymczasem dr Mike wrócił do domu z Sarą. Siedział przed telewizorem i oglądał programy, przerzucając z kanału na kanał, a Sara krzątała się w kuchni, planując zakupy. Sprawdzała, co mają w lodówce i w szafkach, próbując ustalić, co muszą kupić. Zastanawiała się, co mogliby zjeść.

— Mike, na co masz ochotę? — zawołała Sara.

Mike był zbyt zajęty przełączaniem programów i nie usłyszał pytania. Sara przeszukiwała dalej półki. Kiedy wyciągała ze spiżarki produkty, usłyszała pukanie do drzwi.

— Mike, otworzysz? Zaraz przyjdę, tylko to odłożę do spiżarki — powiedziała Sara.

Przy drugim pukaniu, głośniejszym i energiczniejszym, dopiero Mike się zorientował. Równocześnie Sara dość głośno krzyknęła ponownie:

— Możesz otworzyć te cholerne drzwi?!

Mike zerwał się na równe nogi, gwałtownie ruszył w kierunku drzwi i zamaszyście je otworzył.

— Doktorze Mike — powiedziała pielęgniarka Kate. — Martwimy się o pana, od wczoraj nie odpowiada pan na żadne wiadomości ze szpitala. Wszystko w porządku? — dodała.

Dr Mike stał w drzwiach zaskoczony, zdziwiony, trochę nieobecny. Po chwili zjawiła się Sara.

— O, dzień dobry, Kate, zapraszam do środka, proszę, wejdźcie — powiedziała.

— To pielęgniarz John, razem pracujemy w szpitalu — przedstawiła kolegę Kate.

— Miło mi — odpowiedziała Sara. — Proszę, wchodźcie dalej, zapraszam.

Pielęgniarze minęli Mike’a i skierowali się do salonu.

— Siadajcie, proszę. Może podam coś do picia, sok, wodę? Co pijecie? — zaproponowała Sara.

— Nie, dziękuję, my tylko na chwilę. Sama rozumiesz, szpital, tam wiecznie jesteśmy potrzebni — odpowiedziała Kate.

— Tak, rzeczywiście. A co się stało, że nas odwiedziliście? — zapytała Sara.

Mike, jakby to nie do niego przyszli, usiadł na fotelu przed telewizorem i zaczął przełączać kanały.

— Otóż przyjechaliśmy, bo od wczoraj dr Mike się nie odzywał — powiedziała Kate. — Ale widzę, że dr Mike… — przyciszyła głos, unosząc brodę w stronę Mike’a, półgłosem dodała — …chyba wszystko w porządku.

Dr Mike nawet nie zwracał uwagi na gości, gapiąc się w telewizor i dalej przełączając kanały.

Sara bez wahania odpowiedziała:

— Wiecie, od wczoraj, jak się uderzył w głowę, to chyba mało pamięta. Miałam zawieźć go do lekarza, ale nie bardzo Mike chciał. Więc siedzimy w domu, ale myślę, że powinniście go zabrać do szpitala i przebadać, bo on niewiele pamięta. Nie wiem, może udaje, bo mnie już nie chce…

Kate spojrzała na Mike’a, który siedział przed telewizorem z pilotem w ręku, nie zwracając sobie głowy wizytą kolegów z pracy. Przyjrzała mu się uważnie, po czym wstała i podeszła do niego.

— Mogę usiąść, Mike? — zapytała.

— Tak, pewnie, siadaj — odpowiedział Mike, nie odrywając wzroku od telewizora. Po chwili dodał: — Masz może pączki?

Kate spojrzała na niego z niedowierzaniem, ale nie chciała go spłoszyć.

— Bardzo mi przykro, Mike, ale nie mam pączków — odpowiedziała. — Ale jak chcesz, to możemy teraz pojechać po pączki.

Mike nie odpowiedział, ale po wyrazie jego twarzy Kate dostrzegła, że się zdenerwował.

— Przepraszam, Mike, chciałam porozmawiać z Sarą… — powiedziała Kate i wstała.

Mike nawet nie zareagował. Kate podeszła do Sary.

— Sara, możemy porozmawiać? — zapytała.

— Oczywiście, chodzi o Mike’a. Teraz sami widzicie, chyba stracił pamięć. Powinniście go zabrać do szpitala — odpowiedziała Sara.

— Tak, rzeczywiście coś jest nie tak. Nie poznał mnie wcale i trochę zachowuje się dziecinnie — powiedziała Kate. Wyciągnęła telefon i dodała: — Zadzwonię do szpitala, żeby przygotowali miejsce na rezonans dla Mike’a.

Mike, jakby nic wokół nie miało znaczenia, wpatrzony w telewizor, zawzięcie przełączał kanały.

— To chyba będziemy szli — powiedziała Kate.

— Oczywiście, weźmiemy ze sobą Mike’a — dopowiedziała.

Rozdział 18 — Krąg obserwatorów

Jack wsiadł do nieoznakowanego wozu policyjnego marki Mustang, którym przyjechał odwiedzić Mike’a. Uruchomił silnik i pomału ruszył, oddalając się od miejsca wizyty. Po chwili zatrzymał się i wycofał we wjazd na pole, następnie nawrócił i ruszył powoli znów w stronę domu dr. Mike’a. Zatrzymał się i wyłączył silnik. Usadowił się wygodnie, postanowił poczekać.

— 71,73, 71,73, tu 22,28 — usłyszał w radiu Jack.

— Tu 71,73 do 22,28, co masz dla mnie? — zapytał Jack.

— Pickup jedzie w twoją stronę, sądzimy, że jedzie pod adres dr. Mike’a — zgłosił dyspozytor.

— Zrozumiałem, dzięki — odpowiedział Jack.

Nagle zauważył jakieś ruchy osób przy zabudowaniach dr. Mike’a — to byli prawdopodobnie goście doktora. Oparł się na kierownicy i zaczął ich obserwować, mówiąc sam do siebie:

— Coś jest tu nie tak z nimi… o co chodzi…, dlaczego wychodzą wszyscy w czwórkę… dziwne…

Z budynku wyszli najpierw pielęgniarka Kate i pielęgniarz John, a po chwili dołączył do nich dr Mike, a za nim Sara.

— Wszyscy zachowują się, jakby z tym doktorkiem było coś nie tak… — mruczał pod nosem Jack.

Po chwili minął go z lewej strony czarny pickup, dojechał do podjazdu dr. Mike’a i się zatrzymał.

— O co tu chodzi, cholera… — mruczał dalej Jack, obserwując sytuację.

Pickup postał chwilę przy podjeździe, po czym pomału odjechał w kierunku drogi wylotowej. Nie minęło dużo czasu, kiedy pojawił się ponownie, lecz tym razem zatrzymał się kawałek przed podjazdem Mike’a, po drugiej stronie ulicy. Wyłączył silnik i stał.

Jack zorientował się, że praktycznie stoją po przekątnej naprzeciwko siebie. Z oddali dostrzegł, że kierowca pickupa wyraźnie obserwuje dom Mike’a i to, co się przed nim dzieje.

— Dobra, Mike, wsiadaj i jedziemy, Sara będzie jechała za nami — powiedziała Kate.

Mike posłusznie wsiadł do auta. Do Sary zawołała:

— Saro, możesz jechać za nami do szpitala.

Sara, lekko zdziwiona, odpowiedziała:

— A po co? Zresztą i tak teraz nie mogę, bo mam umówioną wizytę.

Kate, lekko zdezorientowana jej odpowiedzią, odrzekła:

— Aha, rozumiem. No dobra, to my jedziemy z Mike’ m do szpitala. Do zobaczenia.

Rozdział 19 — W potrzasku

Nagle pickup ruszył z miejsca, w którym stał i obserwował dom dr. Mike’a, z piskiem opon minął Jacka, pędząc z dość dużą prędkością w stronę centrum.

— 71,73 do 22,28, widzicie pickupa? Popędził w stronę centrum, pilnujcie go, odbiór.

W radiu słychać było trzaski, po chwili odezwał się dyspozytor:

— Tak, zrozumiałem. Widzimy go, jak coś się będzie działo, to damy znać, odbiór — poinformował Jacka.

Kate wraz z Johnem i dr. Mike’ m ruszyli powoli spod domu Mike’a, wyjechali z podjazdu i skierowali się w stronę centrum. Po chwili za nimi ruszyła Sara swoim Range Roverem.

— Gdzie jedziemy? — zapytał Mike po tym, jak ruszyli.

— Jedziemy na pączki, Mike. Przecież chciałeś pączki, prawda? — odpowiedziała mu Kate.

Mike przymrużył oczy, patrząc przed siebie i zaczął się zastanawiać, dlaczego właściwie chciał jechać po pączki.

Jechali w stronę centrum, a potem w kierunku szpitala, w ciszy. Mike rozglądał się, przyglądając się wszystkiemu wokół. Było słonecznie i ciepło, chodnikami spacerowali ludzie, a Mike wpatrywał się w nich uważnie za każdym razem, gdy mijali kogoś idącego.

Zadzwonił telefon.

— Tak, słucham — powiedziała Kate, odbierając. — Jest z nami, za chwilę będziemy pod szpitalem. Proszę przygotować od razu dostęp do skanu…

Jack ruszył od razu, trzymając się w bezpiecznej odległości za samochodem, w którym jechał dr. Mike.

— Tu 71,73 do 22,28, zaraz prawdopodobnie dojadę pod szpital za doktorkiem. Powiedzcie mi, co z czarnym pickupem, gdzie jest. Mam nadzieję, że go nie zgubiliście… — W radiu słychać było szum i trzaski, po chwili odezwał się głos dyspozytora: — Mam go cały czas na oku. Poczekaj chwilę… Tak, teraz wychodzi z baru, prawdopodobnie był po papierosy. Wsiada do auta, zresztą za chwilę będziesz go mijał, jest po prawej stronie.

— Dzięki — powiedział Jack.

Kierowca pickupa wsiadł do samochodu, ale nie odjeżdżał — czekał, aż przejedzie samochód z dr. Mike’ m. Kiedy ich dostrzegł, Kate wraz z Mike’ m minęli go. Pickup ruszył od razu za nimi, pospiesznie. Jack po chwili dogonił pickupa i trzymał się go dość blisko, aby go nie zgubić.

W trakcie jazdy przez radio odezwał się dyspozytor:

— 71,73, tu 22,28, mamy informację dotyczącą pickupa, a raczej wypożyczalni, z której został ukradziony. Właściciel jeszcze nie zgłosił kradzieży, bo nie było go w firmie.

— Zrozumiałem — odpowiedział Jack.

— Tu 71,73 do 22,28, nie ruszajcie go na razie, będę go miał na oku.

— Tu 22,28, zrozumiałem. Będziemy w gotowości — odpowiedział dyspozytor.

Kate, wjeżdżając na teren szpitala, zauważyła jadącego za nią pickupa. Powiedziała do Johna:

— Powiedz, że podjedziemy od strony kostnicy.

Kostnica była umieszczona z tyłu szpitala.

— Dobrze — powiedział John. — A co się dzieje? — zapytał jeszcze.

— Czarny pickup jedzie za nami od centrum, chyba ktoś nas śledzi. Jedzie strasznie agresywnie, trzyma się bardzo blisko. Podjedziemy od tyłu, tam przez bramę nie wjedzie — odpowiedziała Kate.

John chwycił za telefon i połączył się ze szpitalem:

— Tu John, dzwonię od Kate. Jedziemy z dr. Mike’ m od tyłu szpitala, na kostnicę. To pilne.

— Przekażę — odezwał się głos w słuchawce, po czym rozmowa została zakończona.

Kate skręciła w głąb parkingu, klucząc pomiędzy zaparkowanymi autami. Dojechała do wyjazdu z parkingu i skierowała się za szpital, w stronę bramy oddzielającej teren od parkingu. Równolegle za nią jechał pickup, cały czas starając się jej nie zgubić. Mijał zaparkowane auta, aż wyjechał na dojazdową drogę, wtedy przyspieszył, z głośno ryczącym silnikiem dojechał do Sary, chyba z zamiarem zajechania jej drogi.

Sara, wjeżdżając na trawnik, przejechała na skróty dojazd do bramy i zatrzymała się przed nią. Otworzyła szybę i nerwowo trzęsącą się ręką próbowała wcisnąć guzik dzwonka.

— Słucham? — odezwał się w głośniku ochroniarz.

Pickup zatrzymał się, kierowca wysiadł z auta, stanął przy nim, wyciągnął papierosa i odpalił zapalniczką, wpatrując się z wściekłością w stronę Kate, która wjeżdżała przez bramę na teren kostnicy z tyłu szpitala wraz z dr. Mike’ m.

Jack, mając kontakt wzrokowy z pickupem przez całą sytuację, dojechał pod bramę i ustawił się na parkingu, obserwując. Kierowca pickupa podszedł do ogrodzenia, oparł się o siatkę i wnikliwie obserwował, dokąd udała się Sara. Stał tak, opierając się i paląc papierosa. W tym czasie Jack siedział w samochodzie i bacznie mu się przyglądał.

— Tu 71,73 do 22,28, macie kogoś na głównym wyjeździe ze szpitala? — zapytał Jack.

— Tak, jesteśmy gotowi — odpowiedział dyspozytor.

— Nie ruszajcie go na razie — dodał Jack.

— Zrozumiałem — odparł dyspozytor.

Kate wraz z dr. Mike’ m i Johnem szli korytarzem w kierunku windy. Mike, idąc po szpitalnym korytarzu, rozglądał się i dziwił wszystkiemu. Kate spojrzała na niego i zapytała:

— Wszystko w porządku, Mike?

Mike spojrzał na Kate, ale jej nie odpowiedział — dalej się rozglądał. Doszli wreszcie do windy. Stanęli przed nią, czekając, aż zjedzie.

— Poznajesz to miejsce, Mike? — pytała Kate.

Mike rozejrzał się i pokręcił głową przecząco.

— Naprawdę nic nie poznajesz? — zapytała jeszcze raz Kate.

Rozdział 20 — Śledzony

Kierowca pickupa zgasił papierosa, wdeptując go w ziemię, rozejrzał się i dostrzegł siedzącego Jacka w mustangu na parkingu. Starał się nie okazać, że go zauważył. Wsiadł do pickupa i pomału ruszył przez parking w stronę wyjazdu ze szpitala.

Jack ruszył w bezpiecznym odstępie za pickupem, starając się mieć go cały czas w zasięgu wzroku.

— Tu 71,73 do 22,28, wyjeżdżamy ze szpitala. Mam pickupa przed sobą, prawdopodobnie wie już o mnie — zgłosił przez radio Jack.

— Tu 22,28, zrozumiałem. Czekamy na znak — odpowiedział dyspozytor.

Kierowca pickupa wyjechał przez główny wyjazd ze szpitala i skierował się w kierunku centrum. Jack cały czas trzymał się blisko, jadąc za nim. Kiedy dojechali do centrum, wjechali na główne skrzyżowanie i zatrzymali się na czerwonym.

Przed Jackiem był jeszcze jeden samochód, a przed nim — pickup. Kierowca pickupa trzymał silnik na wysokich obrotach. Gdy włączyło się zielone światło, z impetem ruszył, wziął ostry skręt w prawo i wjechał na przeciwny pas. Ponownie wcisnął gaz i z ogromnym warkotem silnika odjechał.

Rozdział 21 — Labirynt ulic

Jack utknął, kiedy próbował wyjechać z korka, a w jadącym w przeciwnym kierunku pickupie opuściła się szyba i kierowca zaczął perfidnie przyglądać się Jackowi. Po chwili, na pełnym gazie, odjechał.

Jack nawrócił i próbował go gonić, ale na próżno — pickup zniknął w okolicznych uliczkach.

— 71,73 do 22,28, macie go? Bo spieprzył mi… — zgłosił przez radio Jack.

W radiu było tylko słychać szum i trzaski.

— Słyszycie mnie? Macie go?! — powtórzył Jack.

Po chwili dyspozytor odpowiedział:

— Jest pickup, stoi pod sklepem z narzędziami. Prawdopodobnie wysiadł.

— Cholera… — powiedział sam do siebie Jack. — Dobra, jadę tam, otoczcie ten teren.

— Zrozumiałem — odpowiedział dyspozytor.

Rozdział 22 — Diagnostyka

Po wyjściu z windy pielęgniarka Kate skierowała się głównym korytarzem wraz z dr. Mike’ m i pielęgniarzem Johnem w kierunku oddziału MRI (rezonans magnetyczny).

Po drodze mijali pacjentów oraz personel szpitala.

— Dzień dobry, dr Mike — powiedziała przechodząca z naprzeciwka pielęgniarka.

— Witaj Mike, jak po urlopie? — zawołał znajomy chirurg.

Dr Mike, mijając kolejne osoby, za każdym razem okazywał zdziwienie, wręcz był zszokowany.

Kiedy doszli do oddziału ze skanem MRI, w drzwiach stali już dr Grant i dr Bossman.

— Witaj Mike — powiedział bliski przyjaciel dr Bossman.

— Witaj Mike — dodał dr Grant.

W odpowiedzi nie usłyszeli od Mike’a ani słowa.

— Mike, muszę zadać ci parę pytań. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko — powiedział dr Bossman.

Mike skinął głową.

— Proszę, usiądź tu, przy biurku obok mnie. Ja usiądę tutaj — dodał dr Bossman.

Mike poszedł do biurka i usiadł na wskazanym krześle.

Dr Bossman odwrócił się w stronę pielęgniarki Kate oraz dr Granta.

— Zostawcie mnie na pół godziny z Mike’ m, spróbuję się czegoś dowiedzieć.

Oboje skinęli głową.

— My tu będziemy obok, jak coś… — odparli, po czym obrócili się i wyszli jedno za drugim na korytarz, zamykając drzwi za sobą.

Dr Bossman usiadł przy biurku, spojrzał na dr Mike’a i powiedział:

— Widzę, Mike, że rzeczywiście nic nie pamiętasz, tak jak opisywała to Kate…

Mike siedział, opierając się rękoma o kolana, trzymał w ręku mały kawałek drucika i wyginał go na wszystkie strony. Podniósł wzrok i spojrzał na dr Bossman.

— Wiem, że mam na imię Mike, a teraz znam ciebie… dr Bossman, prawda? — powiedział.

— Wiesz, jesteśmy przyjaciółmi. Znamy się z uniwerka, przeżyliśmy razem wiele wspaniałych imprez… pewnie nie pamiętasz. Naprawdę szkoda, żałuj stary, to były imprezy — odpowiedział dr Bossman.

Mike znowu uniósł głowę, spojrzał na dr Bossman, zaczął mu się uważnie przyglądać, zmrużył oczy, jakby chciał na siłę wydobyć z siebie jakieś wspomnienie, ale na próżno.

— Wiesz… mam wrażenie, że cię lubię, ale nie mam pojęcia, dlaczego — powiedział Mike.

Rozdział 23 — Ślepa ulica

Kiedy tak stali na korytarzu, dr Grant dostał wiadomość na padgera, aby pilnie wstawił się do sali numer 6 na oddziale ratunkowym.

— Muszę was przeprosić, ale potrzebują mnie na ratunkowym, pod szóstką — powiedział dr Grant.

— Nie ma problemu, to do później — odpowiedziała pielęgniarka Kate.

Dr Grant poszedł korytarzem prosto do windy. Po dojściu do niej okazało się, że ktoś trzyma windę na górze. Nie miał czasu czekać, więc stwierdził, że pójdzie schodami. Odszedł od windy i doszedł do drzwi przeciwpożarowych, które były też używane jako wyjście. Otworzył je i zaczął schodzić.

Kiedy był w połowie piętra, minął go mężczyzna, który wyglądał, jakby się spieszył. Gdy go minął, dr Grant zatrzymał się na chwilę i zapytał:

— Widzę, że chyba się pan zgubił, mogę jakoś pomóc?

Mężczyzna nawet przez chwilę się nie zawahał.

— Przepraszam bardzo, ale tak, ma pan rację. Zgubiłem się. Jestem z policji i szukam dr. Mike’a Smith — odpowiedział, wyciągając do okazania odznakę policyjną.

— Doktora Mike’a pan szuka, dobrze usłyszałem? — zapytał dr Grant.

— Tak, dr Mike’a Smith. Chciałem mu zadać parę pytań — odparł policjant.

— Tak w ogóle, to jestem śledczy Andrew — dodał.

— Miło mi, dr Grant — przedstawił się doktor.

— A może ja bym panu jakoś pomógł? — zapytał dr Grant.

— Bardzo dziękuję za chęci, ale przykro mi, nie może mi pan pomóc — odpowiedział policjant.

— W związku z tym będzie mały problem, ponieważ dr Mike jest teraz na badaniach — poinformował doktor.

— Aha, rozumiem, ale to jest tylko parę pytań, a są one bardzo ważne dla nas. Jeżeli mógłby pan przekazać dr. Mike’owi Smith, że czekam, będę bardzo wdzięczny — powiedział policjant.

Dr Grant cofnął się parę schodków w stronę policjanta i dodał:

— Detektywie, problem nie leży w tym, że dr Mike Smith jest zajęty, bo ma pacjentów, lecz w tym, że sam został poddany badaniom na skanerze MRI, ponieważ stracił pamięć… więc chyba reszty nie muszę panu tłumaczyć, panie detektywie.

Rozdział 24 — W martwym punkcie

— Aha, to znaczy mam rozumieć, że dr Mike Smith nic nie pamięta, tak? Zatem… ja nie dowiem się teraz niczego od doktora, tak? — zapytał policjant.

— Jakoś na to wygląda… — dodał doktor, schodząc powoli w dół po schodach.

Policjant, lekko zdezorientowany, nie bardzo wiedział, w którą stronę pójść.

— Przepraszam jeszcze, doktorze, to co… to ja teraz mogę pójść zobaczyć się z dr. Mike’a Smith ’m? — zapytał.

Doktor Grant zwolnił, obrócił się przez lewe ramię i powiedział:

— Detektywie, jest tak, jak powiedziałem, a teraz bardzo mi przykro, ale wzywają mnie na oddział ratunkowy. Do widzenia panu.

Detektyw ponownie zawahał się, w którą stronę iść. Obrócił się i poszedł schodami w górę, do wyjścia obok windy.

Doktor Grant zszedł dwa piętra niżej na oddział ratunkowy, wyszedł na główny korytarz drzwiami przeciwpożarowymi i szerokim korytarzem pospiesznie udał się do sali numer 6. Wszedł na salę, powoli podszedł do łóżka, na którym leżała pacjentka. Zdjął kartę pacjenta z ramy łóżka i zaczął ją przeglądać.

Do doktora podeszła dyżurująca pielęgniarka, spoglądając mu przez ramię na kartę, dodała:

— Tak, przebudziła się dwa razy, ale potem ponownie straciła przytomność.

— Rozumiem… — powiedział doktor. — A czy powiadomiono już rodzinę?

— Tak, rodzina została powiadomiona, jak tylko dowiedzieliśmy się, jak się nazywa pacjentka — odpowiedziała pielęgniarka.

— Cóż, dalej musimy czekać. Jeżeli będzie się coś działo, proszę mnie powiadomić — powiedział doktor, odłożył kartę i udał się w kierunku drzwi wyjściowych.

— Oczywiście, doktorze — odparła pielęgniarka.

Doktor otworzył drzwi i wyszedł na korytarz. Rozejrzał się, zastanawiając się nad tym policjantem, który szukał dr. Mike’a. Szedł powoli w stronę wyjścia z oddziału, w kierunku windy. Idąc, wyciągnął telefon z kieszeni i wybrał numer do dr. Bossman.

Dr Bossman odebrał telefon:

— O, dobrze, że dzwonisz. Możesz przyjść.

— Oczywiście, już idę. A jak Mike? — zapytał dr Grant.

— Kiepsko, nic nie pamięta. Kazałem mu się położyć, robię mu już drugi skan, zatem powinniśmy niedługo coś wiedzieć — odpowiedział dr Bossman.

— A słuchaj, był tam u ciebie policjant, bo spotkałem go na schodach. Wypytywał o Mike’a, mówił, że ma do niego kilka pytań — powiedział dr Grant. Dodał: — Powiedziałem mu, żeby zapomniał o zadawaniu mu pytań, bo Mike nic nie pamięta.

— Tak, był, ale powiedziałem mu, że na obecną chwilę dr Mike nie jest dostępny, a powodem jest wypadek, który miał dzień wcześniej, więc sobie poszedł — odpowiedział dr Bossman.

— Aha, dobra, zaraz będę u ciebie — dopowiedział dr Grant

Rozdział 25 — Tropy się rwą

— 71,73 do 22,28, słuchaj, znikł ten z pickupa. Przeszukałem cały teren w pobliżu, zapadł się pod ziemię, cholera. W pickupie nie ma nic. Niech technicy go jeszcze obejrzą. Odpuszczamy na dziś, jutro pewnie wróci. Wyglądało na to, że bardzo mu zależało na wizycie u doktorka, więc na pewno wróci — powiedział Jack.

— Tu 22,28 do 71,73, technicy są już w drodze, a i detektywie, proszę odebrać detektywa Andrew ze szpitala, będzie tam czekał na pana — odpowiedział dyspozytor.

— Dobrze, zrozumiałem — powiedział Jack.

Jack siedział jeszcze chwilę, zastanawiając się na głos, gdzie mógł zniknąć ten z pickupa.

— Musiał mieć kogoś na miejscu albo wcześniej wszystko zaplanowane… — mruknął.

Odpalił mustanga i powoli nawrócił w kierunku wyjazdu do centrum. Kiedy dojechał do głównej, zatrzymał się.

— Tu 71,73 do 22,28, możecie mi powiedzieć, ile aut zginęło z wypożyczalni, z której był skradziony pickup? — zapytał Jack.

Tylko szum i trzaski. Nagle:

— Tu 22,28 do 71,73… sprawdzaliśmy, ale właściciel jakiś zakręcony, powiedział nam, że nie sprawdzał, czy jeszcze jakieś auto mu skradziono z wypożyczalni, więc nie wiadomo — odpowiedział dyspozytor.

Jack ruszył, mówiąc do radia:

— Dzięki, jadę pod szpital po Andrew.

Słońce znajdowało się już na horyzoncie, powietrze się ochłodziło, wszyscy byli zajęci swoimi obowiązkami. Atmosfera spokojnego miasteczka wydawała się mniej przyjazna dla mieszkańców, można by odnieść wrażenie, że w powietrzu czuć coś, co mroziło krew w żyłach. Jack jechał zamyślony, minął centrum i wyjechał w stronę szpitala. Dojechał pod główne wejście.

Z daleka dostrzegł idącego Andrew. Zjechał na parking pod głównym wejściem i zatrzymał się. Nie wyłączał silnika, ponieważ Andrew już dochodził do auta. Andrew chwycił za klamkę drzwi mustanga i otworzył je, mówiąc:

— Jestem, detektywie Jack.

Jack spojrzał na niego zdegustowany:

— A ty co, detektywie Jack? Co to miało znaczyć?

Andrew uśmiechnął się, wsiadł i zamknął drzwi.

— To tak o, dla śmiechu powiedziałem — odparł.

Jack spojrzał na niego jeszcze raz:

— To się, cholera, uśmiałem, wiesz? Rozumiem, że widziałeś się z doktorkiem?

Andrew spojrzał na Jacka:

— Otóż jest problem, bo nasz doktorek stracił pamięć.

Jack z wyrazem twarzy pełnym niedowierzania zapytał:

— Co stracił nasz doktorek?

— No, pamięć. A co, nie wiesz, co to jest pamięć, detektywie? — zapytał Andrew.

Jack gwałtownie ruszył z miejsca i skierował się do głównego wyjazdu ze szpitala. Chcąc skrócić sobie drogę, nie pojechał głównym wyjazdem, tylko skręcił między zaparkowane auta, klucząc tak pomiędzy nimi, aż wyjechał z powrotem pod główne wyjście do szpitala.

Andrew, lekko skołowany, spojrzał na Jacka:

— Wszystko w porządku? Może ja poprowadzę, detektywie… — dodał.

Jack zjechał znowu na parking, tym razem trochę oddalony od głównego wejścia, ale nadal z widokiem na nie, bo ustawił się przodem.

— Rozumiem, że masz jakiś plan? — zapytał Andrew.

Jack, zamyślony, patrzył w główne wejście do szpitala.

— Wiesz, myślę, że ten z pickupa może tu wrócić do doktorka — powiedział.

Oparł się wygodnie i dodał:

— Myślę, że powinniśmy tu poczekać. Co ty na to, Andrew?

— Ty rządzisz, detektywie — odpowiedział bez namysłu Andrew.

Jack odwrócił głowę, lekko oburzony:

— Możesz wreszcie skończyć się wydurniać z tym „detektywem”?

Andrew uśmiechnął się, ale już nie odpowiadał, tylko uniósł kciuk w formie zgody.

Siedzieli tak, wpatrując się w wejście, po czym Andrew zapytał:

— A ty pamiętasz, jak on wygląda, ten z pickupa?

— Jak go zobaczę, to będę wiedział, że to on — odpowiedział Jack.

— A jak się przebierze albo… no, nie wiem… — dodał Andrew.

Jack dość nerwowo zareagował:

— Andrew, musisz mnie dzisiaj wkurzać? Daj spokój. Co cię dzisiaj ugryzło?

— To nie było złośliwe, Jack… — odparł Andrew.

Zamilkli oboje. Jack gapił się przed siebie, a Andrew zaczął przestawiać stacje radiowe. Co chwilę zmieniał na inną, aż Jack obrócił głowę w jego stronę:

— Posłuchaj, jeszcze chwila i cię wyrzucę z auta, bo nie wytrzymam tego dłużej, słyszałeś?

Andrew próbował ustawić poprzednią stację, ale przerwał mu Jack:

— Kurwa, zostaw to, możesz?

Andrew natychmiast zabrał rękę od radia:

— Dobra, dobra, już.

Jack spojrzał na niego, kiwając głową na boki i mrucząc pod nosem:

— Co za gość… nakręcony, ani chwili spokoju…

Andrew oparł się o fotel, zakładając ręce za głowę, i wpatrując się w szpital przed nimi, powiedział:

— To sobie teraz tu posiedzimy.

Rozdział 26 — W szpitalnych Murach

Dr Grant wraz z Dr. Bossman przeglądali wyniki skanu MRI, a Dr. Mike siedział obok przy biurku, bazgrząc długopisem coś na kartce.

Od drzwi dochodziło ciche pukanie. Dr Grant podszedł i uchylił drzwi.

— O, Kate, wchodź. Właśnie przeglądamy wyniki skanu MRI.

— I co, wiadomo już coś? — zapytała pielęgniarka Kate.

— Ogólnie to jeszcze nic nie wiemy, czekamy na radiologa, doktora Prozaka. Miał już w sumie być, tak w ogóle myślałem, że to on… — powiedział Dr Grant.

— Aha, rozumiem. A jak tam Dr. Mike? — zapytała Kate.

— Jak widzisz, siedzi. Dałem mu długopis i kartkę, i powiedziałem, żeby napisał albo narysował to, o czym myśli — odpowiedział Dr Grant.

Rozległo się głośne pukanie.

— O, pewnie to radiolog — powiedział Dr Bossman i podszedł, żeby otworzyć drzwi.

— Witam, doktorze Prozak. Dziękujemy, że pan przyszedł, mamy tu problem z naszym kolegą, doktorem Mike, o którym panu mówiłem — przywitał radiologa Dr Bossman.

— Proszę tutaj, do tego biurka, podejść — dodał.

— Rozumiem, doktorze. Z uwagi na stan, w jakim się znajduje Dr. Mike, myślę, że lepiej przy nim nic nie mówić — dodał jeszcze Dr Bossman.

— Tutaj spisane są wszystkie objawy, jakie zdiagnozowaliśmy u Dr. Mike S. — powiedział Dr Bossman.

— Aha, dobrze — odpowiedział Dr Prozak, siadając przed komputerem. Mówiąc na głos do siebie: — Co my tu mamy…

Radiolog otworzył w komputerze system PACS, na którym widniały wszystkie obrazy rezonansu — setki warstw i ujęć. Zaczął je przeglądać wnikliwie, ujęcie po ujęciu. Po obu stronach biurka siedzieli Dr Bossman i Dr Grant, którzy z niecierpliwością czekali, aż radiolog powie im cokolwiek, co mogłoby tłumaczyć zachowanie Dr. Mike.

Dr Prozak zaczął oglądać różne sekwencje, które pokazywały tkanki w różnych kontrastach. Patrzył na nie z różnych stron — w poziomie, w pionie i w przekrojach. Szukał wszelkich zmian, takich jak guzy, torbiele, zapalenia, zmiany zwyrodnieniowe czy uszkodzenia nerwów.

Rozdział 27 — Dialog w cieniu

Pielęgniarka Kate, w trakcie, gdy lekarze przeglądali wyniki skanu MRI Dr. Mike, dosiadła się do niego.

— I jak, Mike, się czujesz? — zapytała Kate. — Widzę, że coś tu napisałeś… i to chyba są jakieś rysunki — dodała.

Dr Mike nie przerwał nawet na chwilę, był bardzo skupiony na tym, co robił. Po chwili odwrócił głowę w stronę Kate i zapytał:

— A co z pączkami, po które przyjechaliśmy?

Kate ze zdziwieniem spojrzała na Mike, jakby była pewna, że powinien zapomnieć o pączkach, po które rzekomo przyjechali.

— I jak, będą te pączki? — zapytał jeszcze raz Dr Mike.

— Tak, tak, oczywiście, zaraz będą — zerwała się na równe nogi Kate, dodając: — Zaraz ci je przyniosą, ale musisz jeszcze chwilę poczekać.

Kate wstała od biurka i podeszła do lekarzy, którzy analizowali skan MRI.

— Przepraszam, doktorze Bossman, potrzebujemy dla Dr. Mike pączki, bo się ich domaga. Myślałam, że nie będzie o nich pamiętał — powiedziała Kate.

— Pączki? Nie wiedziałem, że Mike lubi pączki, a znam go bardzo dobrze — odpowiedział Dr Bossman.

Podniósł słuchawkę i wybrał wewnętrzny numer. Po chwili poprosił kogoś, aby pilnie dostarczyli pączki dla Dr. Mike.

— Przepraszam cię, Kate, pączki, o które prosiłaś, powinny niedługo być dostarczone — powiedział Dr Bossman.

Kate, nalewając sobie wody z dystrybutora, skinęła głową, dodając:

— Oby mu smakowały…

Dr Prozak po obejrzeniu całego skanu stwierdził, że napisze raport.

— Bardzo przepraszam, panowie, potrzebuję teraz trochę wolnej przestrzeni do napisania raportu — powiedział radiolog do lekarzy.

— Oczywiście, już znikamy, idziemy do Dr. Mike — odpowiedział Dr Grant.

Dr Prozak rozsiadł się wygodnie w fotelu i zaczął pisać:


Badanie: Rezonans magnetyczny mózgu (MRI) Dr. Mike Smith — sekwencje T1, T2, FLAIR, DWI

Wskazanie: Uraz głowy z amnezją następczą. Uderzenie w okolicę potyliczną.

Opis badania:

W sekwencjach T2 i FLAIR widoczne są drobne, punktowe ogniska hiperintensywne w istocie białej okołokomorowej oraz w obrębie ciała modzelowatego. Zmiany te mogą odpowiadać zmianom pourazowym, zgodnym z rozlanym uszkodzeniem aksonalnym (DAI). Nie stwierdza się cech krwawienia śródczaszkowego, efektu masy ani przemieszczenia struktur linii pośrodkowej. Układ komorowy ma prawidłowy rozmiar i konfigurację, jest symetryczny. Pień mózgu oraz móżdżek nie wykazują zmian.

Wnioski:

Obraz sugeruje rozlane uszkodzenie aksonalne (DAI), zgodne z przebytym urazem głowy. Zaleca się dalszą obserwację neurologiczną oraz konsultację neuropsychologiczną, szczególnie w zakresie możliwych zaburzeń funkcji poznawczych i pamięciowych.

— Panowie, jest raport, zapraszam — zawołał do lekarzy radiolog Dr Prozak.

Dr Bossman i Dr Grant wstali od biurka, przy którym siedzieli z Dr. Mike i pielęgniarką Kate, i podeszli do biurka radiologa. Dr Bossman wziął do ręki wydrukowany raport i zaczął go czytać. Kate próbowała zajrzeć mu przez ramię, co jest napisane. Dr Grant stał obok i razem z nim czytał raport.

Po chwili Dr Prozak odszedł od biurka, stanął przy Kate i powiedział:

— Proszę się nie martwić, Kate, bo widzę, że się pani zamartwia. W mojej opinii, według skanu, widać bardzo drobne urazy włókien nerwowych. Takie zmiany są częste po uderzeniu w głowę, szczególnie kiedy pacjent nie pamięta nic z wypadku. Ogólnie nie ma krwawienia, ale pomimo tego mogą wystąpić problemy z pamięcią, koncentracją i myśleniem. Zalecałbym, aby Dr. Mike odpoczął w domu i unikał jakiegokolwiek stresu. Myślę, że trzeba zlecić rehabilitację poznawczą.

Kate spojrzała na Dr. Prozak i zapytała:

— Czyli Dr. Mike… nic mu nie będzie, tak?

— Według mojej opinii, nic mu nie powinno być, aczkolwiek powinien być na razie pod obserwacją — odpowiedział radiolog.

Dr Bossman zwrócił się w stronę Dr. Prozaka i powiedział:

— Dziękujemy ci, że tak szybko przybyłeś i zdiagnozowałeś naszego kolegę, Dr. Mike.

Rozdział 28 — Obserwator wraca

Znudzony Jack i jego partner Andrew wciąż wgapiali się w główne wejście miejskiego szpitala, siedząc w mustangu na parkingu. Jack, opierając rękę o kierownicę, wystukiwał sobie rytm lecącej melodii w lokalnej stacji radiowej, gdy nagle dostrzegł podjeżdżający autobus, który zatrzymał się na przystanku autobusowym pod szpitalem.

Jack wnikliwie zaczął przyglądać się wysiadającym ludziom z autobusu. Ale nic — nikogo podejrzanego. Gdy już zamierzał powiedzieć do Andrew, że chyba na dzisiaj koniec, spojrzał jeszcze raz w stronę odjeżdżającego autobusu i zobaczył stojącego na przystanku mężczyznę.

Dodatkowo był on w białej koszuli i właśnie odpalał papierosa.

— Cholerą, widzisz to, co ja, Andrew? — zapytał podekscytowany detektyw Jack.

— Tak, widzę. Myślisz, że to on? — odpowiedział Andrew.

— Oczywiście, że to on. Gnoja wszędzie bym rozpoznał… dobra, idziemy za nim — dodał Jack.

Chwycił za klamkę i otworzył drzwi, dodając:

— Dawaj, Andrew, ruszaj się…

Kierowca pickupa stał jeszcze chwilę na przystanku autobusowym, dopalając papierosa, po czym rzucił go pod nogi i zdeptał. Rozejrzał się jeszcze raz dookoła i poszedł w kierunku głównego wejścia do szpitala.

Kiedy doszedł do wejścia, kątem oka dostrzegł Jacka oraz Andrew, którzy szli chodnikiem w jego stronę. Dokładnie wiedział już, kim są. Przyspieszył i wszedł do szpitala. Jack wraz z Andrew również przyspieszyli i wbiegli wejściem za nim, ale jego już tam nie było.

Rozdział 29 — Pączki i podejrzenia

— Myślę, Dr. Mike, że musimy cię zostawić w szpitalu… — idąc w kierunku Dr. Mike, Dr. Bossman myślał na głos. Po czym stanął przy biurku i powiedział:

— Będziemy musieli pójść na oddział, Mike…

Mike spojrzał na Dr. Bossman i zapytał:

— A co z pączkami…?

Dr. Bossman odpowiedział:

— No tak, pączki… przecież powinny już być…

Nie minęła chwila i słychać było pukanie.

— O, i są pączki — odezwał się Dr. Bossman.

Pielęgniarka Kate była najbliżej drzwi. Podeszła, złapała za klamkę, otworzyła i powiedziała:

— O, są i pączki…

Dostawca podał trzy paczki pączków Kate.

— Dziękuję bardzo — odpowiedziała. — Ile za to? — zapytała.

— Zostało już uregulowane — odpowiedział dostawca i poszedł.

Kate wzięła pączki, zamknęła za sobą drzwi i zawołała do Mike:

— Mike, są pączki, tak jak chciałeś…

Dr. Bossman, Dr. Grant i Kate usiedli przy doktorze Mike.

— To co, Mike, teraz popróbujemy, co to za pączki mają w tym regionie — powiedział Dr. Bossman.

Kate rozpakowała pączki i położyła je na biurku przed Mike, dodając:

— Mike, to co, zaczynasz próbować? Są trzy smaki do wyboru…

Mike spoglądał nieufnie na Kate, potem spojrzał również na Dr. Bossmana i Dr. Granta.

— Zatem jak, będziemy mogli się dołączyć? — zapytała Kate.

Dr. Mike skinął tylko głową, chwycił jednego z pączków, przyjrzał mu się z bliska i wgryzł się w pełni otwartą buzią. Kate uśmiechnęła się i powiedziała:

— Widzę, że ci smakują, Mike…

Mike uniósł wzrok, spojrzał na Kate, wstrzymując przeżuwanie, po czym po chwili wrócił do konsumowania. Kate, Dr. Bossman i Dr. Grant również wzięli się za jedzenie pączków.

Siedząc tak, przeżuwali wspólnie pączki, skupiając się na delektowaniu się nimi i wzdychaniu nad tym, jakie to one są dobre.

Jack wraz z Andrew, zdyszani, w ostatniej chwili doskoczyli do windy, w której właśnie zamykały się drzwi. Jack wepchnął ramię między drzwi, blokując zamknięcie. Drzwi otworzyły się i oboje wsiedli do windy.

Andrew, ciężko oddychając, zapytał Jacka:

— Jesteś pewny, że to on?

Jack spojrzał ze złością na Andrew i zapytał:

— Żartujesz sobie ze mnie, czy co? No pewnie, że to on…

Andrew, opierając się lewą ręką o ścianę windy, starał się utrzymać równowagę, a prawą przecierał sobie czoło ociekające potem.

Jack, stojąc obok, spojrzał na Andrew i powiedział:

— Zapasłeś się, Andrew, powinieneś wziąć się w garść i trochę zadbać o kondycję…

Andrew, sapiąc, odpowiedział:

— Jack, odpieprz się, możesz…

Jack okazał swoją drwinę, śmiejąc się do Andrew i dodając:

— Zawału mi kiedyś dostaniesz na akcji i dopiero będą się śmiać z ciebie…

— Weź się odpieprz ode mnie, Jack… — odpowiedział mu zdenerwowany Andrew.

Otworzyły się drzwi windy na drugim piętrze.

— I gdzie teraz? — zapytał Andrew.

— Czekaj, niech pomyślę… — powiedział Jack.

Jack spostrzegł główną tablicę wskazującą oddziały na piętrze i zaczął ją powoli czytać.

— Dobra, schodzimy piętro niżej — powiedział do Andrew.

Jack ruszył w stronę drzwi przeciwpożarowych, aby zejść schodami piętro niżej. Za nim biegł Andrew, próbując mu dorównać tempa. Kiedy Jack chwycił za drzwi, chcąc je otworzyć, okazało się, że były zamknięte. Zaczął nimi szarpać, próbując je otworzyć, ale na próżno.

Andrew również chwycił za drzwi i zaczął szarpać. Jack puścił drzwi i spojrzał na Andrew, pytając go:

— A ty co? Po co te drzwi szarpiesz, jak są zamknięte, co? Myślałeś, że nie umiem ich otworzyć, czy co? — dodał Jack.

Rozejrzał się po korytarzu i dostrzegł po przeciwnej stronie kolejne drzwi przeciwpożarowe. Ruszył w ich kierunku, wołając do Andrew:

— Dawaj, ruszaj się, musimy gnoja dorwać, zanim nam zwieje…

Rozdział 30 — Sara i Ben

Degustację pączków Kate przerwał telefon.

— Słucham — powiedziała Kate, odbierając.

— Cześć, Saro, tak, siedzi z nami, je pączki… — odpowiedziała.

Sara, podniesionym głosem, zapytała:

— Jakie, cholera, pączki?! Mike pączków nie lubi, do cholery! Co wy tam z nim robicie?!

Kate zrobiła oburzoną minę, ale powstrzymała się od komentarza i spokojnym, wyciszonym głosem powiedziała:

— Mike siedzi i je pączki, tak jak miał na to ochotę, więc nie wiem, o czym mówisz…

— Ja już dojeżdżam do szpitala, zaraz tam będę po Mike. Gdzie jesteście? — zapytała Sara.

— Jesteśmy na oddziale ze skanem, na pierwszym piętrze — odpowiedziała Kate.

— Zaraz tam będę — rzuciła Sara.

Dr. Bossman spojrzał na Kate i zapytał:

— A tej to co się stało? Dziwnie się zachowuje…

Kate uśmiechnęła się, odpowiadając:

— Powiem tak — ten typ tak ma. I nie mam pojęcia, co z nią robi Mike…

Sara podjechała pod główne wejście szpitala, zatrzymała się na parkingu. Wyjęła telefon i zadzwoniła ponownie do Kate.

— Jestem — powiedziała. — Możecie mi powiedzieć, gdzie jesteście?

— Na oddziale ze skanem, na pierwszym piętrze — odpowiedziała Kate, tłumiąc śmiech.

Sara chwyciła w jedną rękę torebkę, w drugą telefon i wysiadła z auta. W pośpiechu próbowała zamknąć drzwi nogą, ale była za mała.

— Cholera, co za gówniane auto… — mruczała pod nosem.

Wreszcie udało jej się zatrzasnąć drzwi i pobiegła w stronę wejścia.

Tymczasem kierowca pickupa kręcił się po pierwszym piętrze korytarzami, próbując znaleźć Dr. Mike. Kiedy przechodził obok windy, otworzyły się drzwi, a z nich wyszła Sara. Kierowca pickupa zatrzymał się przy tablicy, obserwując kątem oka Sarę.

Sara minęła go, nie oglądając się i poszła prosto korytarzem w stronę wejścia na oddział ze skanem. Kierowca pickupa ruszył szybko za nią, wołając:

— Hej, przepraszam, ty też…? — zapytał.

Sara zwolniła i obróciła się:

— Do mnie mówisz?

— Tak, do ciebie. Bardzo cię przepraszam, jestem kolegą Dr. Mike. Ty też…

— Słucham?! Czy ja jestem jego koleżanką? Oczywiście, że nie. Jestem jego narzeczoną. A ty, kim jesteś? — powiedziała Sara.

— Mam na imię Ben — odpowiedział kierowca pickupa. — Znamy się z uniwerku, właśnie się do niego wybieram. Może pójdziemy razem?

— Wiesz, Mike teraz jest jakiś zakręcony. Nie bardzo mnie pamięta, wczoraj uderzył się w głowę i chyba zgłupiał, wiesz… — powiedziała Sara.

Ben spojrzał ze zdziwieniem na Sarę, zastanawiając się, co teraz.

— Może sobie już przypomniał… — powiedział Ben.

— A coś ty, przed chwilą rozmawiałam z Kate, no wiesz, z tą Kate… — powiedziała Sara.

Ben, chociaż nie wiedział, o czym mówi Sara, przytakiwał jej.

— A jak się teraz Mike czuje? — zapytał Ben.

— No, wiesz, ogólnie… nie wiem. Zażera się pączkami, to chyba jakieś takie głupie. Zamiast próbować sobie wszystko przypomnieć, to on żre pączki, rozumiesz… — kontynuowała Sara.

— Hej, powinniśmy chyba już iść do niego, co? — zapytał Ben.

— A tak, no idziemy — odpowiedziała Sara.

Udało się im dojść w stronę drzwi działu ze skanem MRI. Sara wcisnęła przycisk interkomu, Ben stał obok, z niecierpliwością czekając, aż ktoś się odezwie.

Po chwili:

— Słucham, w czym mogę pomóc? — odezwał się głos w interkomie.

— To ja, Sara — powiedziała.

— Zatem w czym mogę pomóc ci, Saro? — odpowiedział głos.

— Przyszłam do Dr. Mike, bo on jest tu na skanie — powiedziała Sara.

Po chwili słychać było dźwięk odblokowanego zamka w drzwiach. Sara pociągnęła za klamkę i je otworzyła. Gdy wchodziła na oddział, obróciła się w kierunku Bena — ale jego już nie było.

Zdziwiona wzruszyła ramionami i zamykając za sobą drzwi, poszła korytarzem do recepcji.

Rozdział 31 — Gra w windzie

Ben tymczasem wrócił w kierunku windy, chcąc szybko wydostać się ze szpitala. Windy wszystkie były w ruchu, do tego jechały na górę. Pospiesznie rozglądając się za inną drogą ucieczki, dostrzegł, że obok wind znajdują się drzwi drogi ewakuacyjnej. Skierował się w ich kierunku, ale w połowie drogi zatrzymał się, bo w jednej z czterech wind otworzyły się drzwi.

Ben, nie zastanawiając się, ruszył w kierunku windy i pospiesznie wszedł do środka — była pusta. Wcisnął guzik „parter” i po zamknięciu drzwi winda ruszyła, lecz nie w dół, ale w górę. Ben, lekko poddenerwowany, zaczął wciskać ponownie kilkakrotnie guzik „parter”, ale bez efektu.

Winda dojechała na drugie piętro, zatrzymała się i otworzyły się drzwi. W progu stał starszy mężczyzna o kulach, który powoli zaczął wchodzić do windy. Ben z oburzeniem patrzył, jak mężczyzna wchodzi.

— Wszystko w porządku, młody człowieku? — zapytał Bena. — Możesz wcisnąć czwarte piętro, proszę…

Ben, uśmiechając się przez zęby, sięgnął ręką w kierunku panelu i wcisnął numer cztery.

Jack wraz z Andrew zrezygnowali z pójścia schodami i wrócili w kierunku windy. Gdy wyszli na korytarz, w jednej z wind domykały się właśnie drzwi. Jack ruszył, chcąc zdążyć, ale na próżno. Drzwi się zamknęły, jednak zdążył dostrzec przez szybę w kabinie kierowcę pickupa — Bena.

— Był w środku! Pojechał do góry! — krzyknął do Andrew.

— To co teraz robimy? — zawołał rozkojarzony Andrew.

Ben dojechał na czwarte piętro, po czym otworzyły się drzwi windy. Starszy pan o kulach ruszył do wyjścia. Po dwóch krokach, które zrobił, zatrzymał się jeszcze w progu, obrócił głowę, zmarszczył brew i powiedział:

— Młodzieńcze, widzę, że z ciebie silny gość, więc może mnie, staremu, pomożesz dojść na oddział…

Ben z niedowierzaniem spojrzał na staruszka, mówiąc sobie w myślach:

— Nie, no nie wierzę, kurwa, niemożliwe, ja pierdole co za gość…

— Słyszał pan? Halo! — zawołał staruszek.

— Tak, już, oczywiście, panu pomogę… — powiedział, cedząc przez zęby Ben.

Podszedł do staruszka i wziął go pod rękę, pytając:

— To gdzie teraz zaprowadzić pana, proszę powiedzieć… — po czym razem wyszli powoli z windy w stronę oddziału.

W międzyczasie Jack wraz z Andrew próbowali wydostać się ze szpitala. Obydwaj zbiegali jeden za drugim po schodach przeciwpożarowych aż na parter. Kiedy dostali się na dół, wyszli na korytarz, rozglądając się za Benem, który mógł w międzyczasie zjechać na dół.

Ale tu była cisza, spokój, aż dziwnie — praktycznie na korytarzu było pusto. Jack od razu ruszył do wyjścia na parking i do mustanga. Andrew pędził za nim, próbując go dogonić, bezskutecznie.

Jack otworzył mustanga i wsiadł. Za chwilę dobiegł Andrew, otworzył drzwi, zasapany mówiąc:

— Nie mogłeś poczekać? Ależ ty, chora, pędzisz…

Jack, lekko zdyszany, spojrzał na Andrew i powiedział:

— Wiesz, myślałem, że jak już dobiegniesz do auta, to będę musiał pogotowie do ciebie wezwać… — zaśmiał się.

Andrew wsiadł do auta, zasapany.

— Cholera, Jack, daj spokój… — powiedział.

Jack tym razem nic nie odpowiedział, tylko ironicznie się uśmiechnął.

— Robisz to złośliwie, prawda? — dodał Andrew.

Rozdział 32 — Pościg Jacka i Andrew

Nagle Jack powiedział do Andrew:

— Zamknij się na chwilę… Słyszysz to? — dodał Jack.

Zaczęli więc nasłuchiwać. Z trzasków i szumów w radiu zaczęło dochodzić wezwanie:

— Tu 22,28 do 71,73…

— Tu 71,73 do 22,28, co jest? Masz coś dla nas? — zapytał Jack.

— W sumie tak, otóż mieliśmy wysłać techników, aby sprawdzili wszystkie podejrzane auta… — odpowiedział dyspozytor.

— No, tak… — powiedział Jack.

— I właśnie mamy coś dla was, otóż szare BMW, które technicy sprawdzali, należy do Dr. Mike’a Smith… — powiedział dyspozytor.

— No, tak, przecież sam wam je kazałem sprawdzić… — dodał Jack.

— Myślę, że powinniście je zobaczyć, w jakim jest stanie… — dodał dyspozytor.

— W porządku, jedziemy… — rzucił Jack.

Jack uruchomił mustanga i na pełnej mocy wyjechał z parkingu, pędząc prosto do głównej, na drogę wylotową z miasta. Andrew, jak zawsze, trzymał się wszystkiego, co możliwe, podczas jazdy z Jackiem.

Jack, od czasu do czasu spoglądając ukradkiem na Andrew i jego wystraszony wyraz twarzy, uśmiechnął się i powiedział:

— Nie pękaj, Andrew, dojedziemy w całości…

Andrew, o pełnych rumieńcach na twarzy, przyklejony wręcz do fotela i deski rozdzielczej, starał się zachować na siłę spokój, co mu jednak nieudolnie wychodziło. Pot spływający z czoła zalewał mu oczy. Przecierając je, wydusił z siebie:

— Możesz, cholera, zwolnić? Ja pier…

Jack zwolnił wręcz natychmiast do 30 km/h, pytając:

— Może być, Andrew?

Andrew nawet nie spojrzał na Jacka, tylko posapywał, wypuszczając głośno powietrze ustami.

— Wszystko w porządku? — zapytał Jack. Andrew nawet nie zareagował.

Rozdział 33 — Ślad w szarym BMW

Dojechali wreszcie pod dom Dr. Mike’a i zatrzymali się na podjeździe. Andrew nie wytrzymał i zaczął się drzeć do Jacka:

— Mam tego dość! Zgłoszę cię! Jesteś pieprzonym gnojem, znęcasz się nade mną!

Jack spojrzał na Andrew ze zdziwieniem i powiedział:

— Wracasz z buta na komisariat, nie ma miejsca tu dla mięczaków. Tutaj trzeba mieć jaja i albo je masz, albo wypieprzaj do mamusi…

Otworzył drzwi i wysiadł, po czym poszedł podjazdem w kierunku domu Dr. Mike’a, gdzie stało szare BMW.

Andrew siedział w szoku, bez ruchu, gapiąc się przed siebie. Jack, po przejściu kilku metrów, zatrzymał się i krzyknął do niego:

— Długo, cholera, mam czekać na ciebie?!

— Rusz tę śmierdzącą dupę i przyłaź tu! — dodał Jack.

Andrew poderwał się z fotela, wygramolił z auta, trzasnął ze złością drzwiami i ruszył za Jackiem.

Jack doszedł do BMW od strony bagażnika i szedł wzdłuż boku auta aż do drzwi kierowcy, przyglądając się uważnie, czy nie ma żadnych uszkodzeń. Po chwili dobiegł do niego Andrew, mówiąc:

— Jack, ale nie ma nikogo w domu, a bez ich wiedzy nie możemy tu być, nie mamy nakazu…

— Naprawdę? Co ty mówisz? Jak to… — odpowiedział Jack.

Jack pomału ruszył do przodu, dochodząc do przedniej maski i dalej dokładnie ją wzrokiem skanował, po czym krzyknął:

— Mamy nakaz! Jak to, nie mamy, co ty mówisz?!

Andrew, zdezorientowany, zapytał:

— A skąd niby mamy nakaz?

— Jak to skąd mamy? Mamy i tyle! A teraz chodź tutaj i zobacz, czy mamy nakaz, czy nie… — odpowiedział Jack.

Andrew podszedł do przedniej maski szarego BMW doktorka.

— Widzisz to, co ja? Cholera, mamy gnoja… — powiedział Jack. — Więc mamy nakaz.

Andrew zaczął oglądać uszkodzenia widoczne na masce, po czym dojrzał popękaną przednią szybę i popękany reflektor.

— Rzeczywiście… mamy go. Godzina, uszkodzenia, wszystko się zgadza. Idę do auta wezwać techników — powiedział Andrew.

Po czym poszedł w dół podjazdem do mustanga.

Rozdział 34 — Zawiedziona Sara

W recepcji już czekał na nią Dr. Bossman.

— Witaj, Sara — powiedział Dr. Bossman. — Słuchaj, jest tak… Mike rzeczywiście stracił pamięć, nie udaje, więc musimy go zostawić na parę dni w szpitalu, rozumiesz? Zrobiliśmy mu badania i wykazały, że z powodu uderzenia ma zaniki pamięci.

Sara usiadła na krześle. Siedziała tak przez chwilę z otwartą buzią, wyglądała, jakby zamarła. Po chwili spojrzała na Dr. Bossmana i powiedziała:

— To co… to nie weźmie ze mną ślubu? No bo jak… przecież nie wie, że jestem jego dziewczyną, prawda? — zwróciła się do Dr. Bossmana.

Dr. Bossman, z lekka zaskoczony reakcją Sary, ale znając ją już na tyle, wiedział, jak z nią rozmawiać.

— Sara… — powiedział Dr. Bossman. — Myślę, że nie powinnaś się tym teraz zamartwiać. Najważniejsze jest, aby Mike odzyskał pamięć, więc musisz się teraz uzbroić w cierpliwość, słyszysz mnie? — powiedział Dr. Bossman.

Sara spojrzała na Dr. Bossman i przez spływające jej łzy do nozdrza wydusiła głosem przez nos:

— To co ja mam teraz zrobić? Przecież ja nie wiem, jak mam się uzbroić w cierpliwość… tak powiedziałeś, prawda? — powiedziała zrozpaczona Sara.

Dr. Bossman, spoglądając na Sarę i kiwając głową na boki, powiedział:

— Tak, jak już ci powiedziałem… musisz być cierpliwa. Pomożemy ci przy Mike’u, rozumiesz? — obejmując ją ramieniem, dodał: — Będzie dobrze, zobaczysz, wszystko się ułoży.

W tym czasie Dr. Mike został zaprowadzony na oddział na obserwację przez Kate i Dr. Granta.

Rozdział 35 — Spotkanie z Mike’ m

Dr. Bossman wziął pod rękę Sarę i powiedział:

— Dobrze, Sara, teraz pójdziemy na oddział do Mike’a, zgoda?

Sara, pociągając nosem, wstała, podtrzymywana pod rękę przez Dr. Bossman. Pomału ruszyli korytarzem do wyjścia z oddziału w kierunku windy. Dr. Bossman wyciągnął telefon i zadzwonił do Dr. Granta.

— I jak, jesteście już na oddziale z Mike’m? Bo ja idę z Sarą do was — powiedział Dr. Bossman.

— A jak Sara się trzyma? — zapytał Dr. Grant.

— Wiesz, jaka ona jest… wiecznie zakręcona, ale jakoś się trzyma. Właśnie wytarła swój nos w mój rękaw… — odpowiedział Dr. Bossman.

— To musiało być straszne — w drwiący sposób powiedział Dr. Grant do Dr. Bossman.

— Grant, przestań się nabijać, zaraz będziemy — dodał Dr. Bossman, rozłączając się.

Kiedy doszli do oddziału, na którym leżał Dr. Mike, Dr. Bossmanowi zadzwonił telefon.

— Tak, słucham — zapytał Dr. Bossman.

Ze słuchawki dobiegł głos pielęgniarki:

— Dr. Bossman, jest Pan tu nam potrzebny. Pacjentka, którą doktor operował, wygląda, jakby miała się wybudzić.

— Rozumiem, zaraz będę — odpowiedział Dr. Bossman.

Trzymając pod rękę Sarę, wszedł z nią na salę, gdzie Dr. Mike miał przebywać na obserwacji.

Weszli na salę. Po lewej stronie, na łóżku, siedział Dr. Mike, a obok niego siedzieli Kate oraz Dr. Grant. Doszli do łóżka. Dr. Bossman puścił ramię Sary, a ona podeszła do Mike’a, stanęła przed nim i obiema rękami złapała go za twarz. Łzy ciekły jej po policzkach, a wpatrując się w niego, powiedziała:

— Mój kochany… tak bardzo cię kocham. Musisz sobie mnie przypomnieć, musimy wziąć ślub… — szlochając powiedziała Sara.

Rozdział 36 — Tajemnicza pacjentka

Dr. Bossman zawołał Dr. Granta na bok i powiedział:

— Muszę iść na oddział do pacjentki, tej, którą operowałem, a i miałem ci coś powiedzieć… te obrażenia trochę są dziwne jak na wypadek samochodowy. Dobra, ja lecę i postaram się jak najszybciej wrócić. Jak coś, dzwońcie.

Dr. Bossman wyszedł z sali i korytarzem udał się w kierunku oddziału ratunkowego, do sali numer sześć, gdzie leżała pacjentka z wypadku. Szpitalny korytarz, chociaż był dość szeroki, momentami zdawał się bardzo zatłoczony. Dr. Bossman, mijając pacjentów oczekujących pod gabinetami na swoją kolej, czasami był zmuszony się przeciskać, tak duży był ruch na korytarzu.

Dotarł wreszcie pod salę numer sześć, otworzył drzwi i wszedł do środka.

— Witam, Dr. Bossman — przywitała doktora pielęgniarka Anna. — Otóż pacjentka Rebecca Norman, bo tak ma na imię po naszych ustaleniach, obecnie często przechodzi w stan, który sugeruje jej wybudzenie, co w jej przypadku może być traumatycznym doznaniem — dodała pielęgniarka Anna.

Dr. Bossman, po ocenie wszystkich parametrów, postanowił przeprowadzić wstępne sprawdzenie reakcji fizjologicznych na bodźce, takich jak reakcje źrenic oraz to, jak pacjentka reaguje na ból. Następnie sprawdził parametry z respiratora, ciśnienie śródczaszkowe oraz EEG.

— Wezwie pani anestezjologa, ponieważ będzie potrzebne zwiększenie leków — powiedział Dr. Bossman do pielęgniarki Anny.

— Oczywiście — odpowiedziała pielęgniarka Anna i poszła w kierunku biurka, żeby wezwać anestezjologa.

Anna usiadła przy biurku, sięgnęła po słuchawkę telefonu i wykręciła numer do anestezjologa.

Rozdział 37 — Konsultacja z anestezjologiem

— Doktorze Moreno, witam, otóż jest pan potrzebny na oddziale ratunkowym, sala numer sześć, do pacjentki Rebeki Norman — przekazała pielęgniarka Anna.

— Oczywiście, zaraz będę, dziękuję za informację — odpowiedział Dr. Moreno.

Na sali zapadła cisza. Poza odgłosem aparatury do oddychania i monitorowania życia nie było słychać nic. Dr. Bossman stał przy łóżku, przy nogach pacjentki i zamyślony jej się przyglądał.

Kiedy Anna wstała od biurka i podeszła do Dr. Bossmana, zapytała:

— Wszystko w porządku, doktorze?

— Tak, tak, wszystko jest w porządku — odpowiedział, oddalając się od łóżka pacjentki, lecz nie spuszczając jej z oka.

Doktor podszedł do aparatury EEG i zaczął wpatrywać się w monitor. Po chwili powiedział do Anny:

— Anna, za ile będzie anestezjolog?

— Powinien być za chwilę — odpowiedziała pielęgniarka.

Po chwili było słychać pukanie, po czym otworzyły się drzwi.

— O, witam, Dr. Moreno — powiedział Dr. Bossman i wyciągnął rękę na powitanie.

— Witam, witam, Dr. Bossman. Zatem, co my tu mamy… sprawdźmy — powiedział Dr. Moreno, podchodząc do łóżka pacjentki.

— Rzeczywiście, sama reakcja źrenic oraz to, jak pacjentka reaguje na ból…, poza tym jeszcze zobaczmy parametry z respiratora i EEG — mówił półgłosem Dr. Moreno.

— Tak, trzeba zwiększyć dawkę leków — powiedział Dr. Moreno do pielęgniarki Anny.

— I jak, doktorze Bossman, słyszałem, że Dr. Mike miał wypadek i stracił pamięć, czy to prawda? — zapytał Dr. Moreno.

— Tak, rzeczywiście, Dr. Mike stracił pamięć, upadając w domu i uderzając się w tył głowy. Obecnie jest na oddziale na obserwacji, ale myślę, że wszystko będzie dobrze — odpowiedział Dr. Bossman.

Rozdział 38 — Czekając w samochodzie

Jack usiadł w mustangu, oparł się i założył ręce za głowę, patrząc przed siebie na podjazd, po którym chodził Andrew.

— Ten to się rusza…, ale mi osła do niańczenia przydzielili, cholera… — mruczał pod nosem Jack.

Jack wychylił się przez okno i zawołał do Andrew:

— Jak się chodzi, to się nie śpi! — krzyknął. — Nie śpimy, Andrew, ruszamy się, partnerze… — dodał złośliwie Jack.

Andrew doszedł do samochodu, pytając:

— Coś mówiłeś?

Jack zaśmiał się i odpowiedział:

— Mówiłem, że się w robocie nie śpi, jak się chodzi.

— Odpieprz się wreszcie, Jack — odpowiedział mu Andrew.

— Tu 22.28 do 71,73, słyszysz mnie?

— Tu 71,73 do 22,28, tak słyszę cię, co masz dla nas? — zapytał Jack.

— Wysyłamy ludzi, żeby zatrzymać Dr. Mike w szpitalu, tak jak mówiłeś… — odpowiedział dyspozytor.

— Zrozumiałem, zaraz tam będziemy — zgłosił Jack.

Andrew, wsłuchany w rozmowę, spoglądał na Jacka uważnie. Kiedy dyspozytor skończył, Andrew obrócił się, sięgnął po pas, przełożył go przez siebie i się zapiął.

— Co wyprawiasz? — zapytał Jack.

Andrew nie reagował, zapinał się dalej.

— No co wyprawiasz? — zapytał jeszcze raz Jack.

Andrew wzburzony aż krzyknął:

— O co ci chodzi, Jack?!

— Jak to, o co mi chodzi? Nie jedziesz ze mną, zapieprzasz z buta — odpowiedział Jack.

— Jak to z buta? — zdziwił się Andrew. — Przecież ja jestem w pracy, a ty nie jesteś moim szefem…

— Poważnie? — zapytał Jack.

Andrew zrobił się czerwony ze złości, dodatkowo się spocił, posapywał i furczał wydychanym powietrzem, jakby miał zaraz dostać ataku. Twarz miał w czerwonych plamach, czoło spływało potem. Co jakiś czas przecierał je dłonią i poprawiał swoje rzadkie, mokre włosy ułożone na jeża.

Jack spojrzał na niego z lekkim przerażeniem.

— Hej, stary, co się tak spinasz, wyluzuj, jeszcze mi tu zawału dostaniesz. Nie pękaj, możesz jechać. Żartowałem z tym…

Andrew nawet nie spojrzał na Jacka, gapił się przed siebie, dalej prychając i sapiąc. Po chwili odwrócił się do niego i powiedział:

— Dobrze mi mówili: uważaj na niego, bo to psychol…

Pociągając nosem, dodał:

— A wiesz, co ja im mówiłem? Że są pojebani, że ty jesteś spoko. Ale jednak mieli rację — jesteś psycholem… — przecierając łzy z policzków, powiedział Andrew do Jacka.

Rozdział 39 — Pościg za Dr. Mike’ m

Jack uruchomił mustanga i z piskiem opon odjechał spod domu w kierunku szpitala, celem aresztowania Dr. Mike Smith. Jechali przez osiedle w blasku zachodzącego słońca, którego promienie przenikały między gałęziami i liśćmi koron drzew, otulając je pomarańczową poświatą. Nadawało to niesamowitego uroku wąskiej, dojazdowej uliczce w małym miasteczku u podnóża gór.

Ben, kierowca pickupa, w międzyczasie wrócił w miejsce, gdzie zostawił Sarę. Usiadł na krześle w poczekalni i zaczął się zastanawiać, gdzie może znaleźć Dr. Mike. Kiedy tak siedział, od czasu do czasu ktoś wchodził na oddział lub wychodził. Większość z nich to byli pracownicy szpitala — lekarze, pielęgniarki, sprzątacze — ale zdarzali się też pacjenci, czasem sami, czasem z rodzinami.

Ben przyglądał się wszystkim. W pewnym momencie dostrzegł wychodzącego Dr. Bossman.

Rozdział 40 — Ben w szpitalu

Dr. Bossman wracał właśnie od pacjentki korytarzem i kierował się w stronę windy. Kiedy przechodził, Ben odezwał się:

— Doktorze, ja bardzo przepraszam, otóż przyszedłem tu ogólnie do kolegi, coś chłop ma z pamięcią i co ciekawe to pracuje w tym szpitalu jako lekarz…

Dr. Bossman zatrzymał się kawałek od Bena i słuchał, sprawiając wrażenie znudzonego, ale gdy dotarło do niego, co powiedział Ben, wyglądał, jakby się ocknął i powiedział:

— Słucham, a jak się nazywa?

Ben wstał z krzesła i podszedł do Dr. Bossmana.

— Dr. Mike Smith.

— Dr. Mike Smith, mówi pan? Ale wie pan, że nie ma go w pracy? — zapytał Dr. Bossman.

— No tak, wiem, bo ma problem z pamięcią, no i chciałbym go odwiedzić, a nie mogę go znaleźć — dodał Ben. — Wcześniej tutaj byłem już razem z Sarą, z dziewczyną Mike, ale musiałem odebrać pilny telefon, więc gdy wróciłem, Sary już nie było… — dopowiedział.

Dr. Bossman bardzo bacznie obserwował Bena, kiedy ten tłumaczył mu całą sytuację. Z natury człowiek podejrzliwy i nieufny, powiedział do Bena:

— Myślę, że to nie czas na odwiedziny, panie…

— Ben mam na imię — przerwał mu Ben.

— Zatem, Ben, słuchaj, dzisiaj odwiedziny już się skończyły, więc przykro mi, ale o tej porze pacjentów mogą odwiedzać tylko najbliżsi. Więc żegnam pana — powiedział Dr. Bossman i spokojnie udał się w kierunku wind.

Ben stał znieruchomiały i zdziwiony zachowaniem Dr. Bossman. Pod nosem mruczał:

— Co za dupek z tego doktorka… palant… — po czym wrócił i usiadł na krzesło.

Rozdział 41 — Przyjazd Jacka i Andrew do szpitala

Pod główne drzwi szpitala podjechał Jack Mustangiem, zatrzymał się na chwilę, rozglądając się za miejscem, po czym ruszył na parking naprzeciwko wejścia i tam zaparkował. Spojrzał na obrażonego Andrew i powiedział:

— To co, partnerze, ruszamy po doktorka, co ty na to?

Andrew naburmuszony siedział z założonymi rękami, udając, że nie słyszy, ale nie wytrzymał i zapytał Jacka:

— Naprawdę nazwałeś mnie partnerem i chcesz, żebym…

Nie zdążył dokończyć, bo Jack mu przerwał:

— Żartowałem, baranie.

Chwycił za klamkę, otworzył drzwi i wysiadł, zamykając je z trzaskiem. Andrew zacisnął zęby, dostał mocnych rumieńców na twarzy, aż przyspieszył oddech i znów zaczął parskać powietrzem z ust, próbując zapanować nad stresem.

Rozdział 42 — Mike i jego zagubienie

Sara wyściskała Mike, po czym chwyciła w rękę swój płaszcz i torebkę, mówiąc:

— Wiesz, Mike, będę musiała iść, bo Dona ma do mnie dzwonić. Wiesz, która, prawda? Mówiłam ci… Ach, głuptasie, przecież ty nie pamiętasz. Mniejsza z tym. Mike, proszę, weź się wreszcie w garść, bo mam już tego dość. Ile czasu będziesz mnie nie pamiętał? — powiedziała oburzona Sara.

Obróciła się i poszła w stronę drzwi wyjściowych, po czym bez słowa wyszła. Mike spoglądał obojętnie, gdy Sara opuszczała salę, po czym oparł się wygodnie o poduszki, które pielęgniarka ułożyła mu wysoko. Leżąc tak, patrzył na sufit — biały, z bardzo jasnymi lampami. Pomyślał, że to znajome uczucie… tak jasno tutaj.

Mike usiadł na łóżku i rozejrzał się po pokoju. Przy biurku siedziała pielęgniarka Kate, a obok niej Dr. Grant.

— Hej, doktorku — zawołał Mike do Dr. Grant. — Możesz mi powiedzieć, jak długo tu zostanę?

Dr. Grant wstał i podszedł do Mike.

— Mike… naprawdę mnie nie poznajesz?

Kate, zauważywszy to, podeszła do łóżka Mike, stanęła przy nim i zapytała:

— Mike, a mnie pamiętasz? Musisz mnie pamiętać, przecież nie można takich rzeczy zapomnieć — powiedziała półgłosem.

Dr. Grant spojrzał na Kate lekko zdziwionym i podejrzliwym wzrokiem. Mike przyglądał im się uważnie, wpatrywał w ich twarze, próbując dostrzec cokolwiek znajomego. Nic. Miał ich za dwie obce osoby, które znał jedynie z imienia, bo mu się przedstawiły.

Dr. Grant poklepał Mike po ramieniu.

— Nie martw się, Mike, wszystko sobie przypomnisz.

— Musisz — dodała Kate.

Po chwili rozległo się pukanie do drzwi. Kate wstała od Mike i otworzyła.

— O, doktor Bossman — powiedziała.

— Tak, jestem już, przepraszam, że tak długo, ale spotkałem po drodze jakiegoś kolegę Mike, chciał go odwiedzić — odpowiedział Dr. Bossman.

— Kolegę Mike? — zdziwił się Dr. Grant.

— Wcześniej na schodach spotkałem policjanta, który pytał o Mike… dziwne — dodał Dr. Grant.

Kate wróciła i usiadła przy Miku na łóżku.

— Mike, może chciałbyś coś zjeść? Pić? Może wody chcesz? Wiesz, że lubisz bardzo wodę, cały czas ją piłeś. A poza tym lubisz tenisa, chodzisz na siłownię. O, i lubisz włoską kuchnię, wolisz wino od whisky — mówiła Kate.

Dr. Grant i Dr. Bossman stali tuż obok, przysłuchując się temu, co mówi Kate do Mike. Po chwili Dr. Bossman skinął głową w kierunku Dr. Granta, pokazując mu, żeby podszedł.

— Co jest? — zapytał Dr. Grant.

— Nie uważasz, że Kate za bardzo się spoufaliła i że za dużo wie o Mike? — powiedział Dr. Bossman.

— No, może rzeczywiście… a może sypiają ze sobą… — odparł Dr. Grant.

— Myślisz? — dodał Dr. Bossman.

Jack wraz z Andrew dojechali pod główne drzwi szpitala i stanęli na parkingu tuż pod wejściem.

— No i co, dalej na fochu? — zapytał Jack.

Andrew udawał, że nie wie, o co chodzi, wzruszył ramionami i powiedział:

— Nie wiem, o czym mówisz… O, widzę, że nasi już są — dodał, wskazując palcem radiowóz policyjny.

Jack spojrzał na radiowóz.

— Tak, widzę. To co, idziemy po doktorka? — zapytał.

Andrew skinął głową, chwycił za klamkę, otworzył drzwi i wysiadł. Jack wysiadł również, ale zamykając drzwi, zaczął rozglądać się z niepokojem po parkingu szpitala. Andrew, stojąc już przy wejściu, zawołał:

— Jack, może ruszysz tę śmierdzącą dupę, co?

Jack wciąż się rozglądał. Odwracając się w stronę Andrew, zapytał:

— Co mówiłeś? Bo nie usłyszałem.

Andrew dostał rumieńców, jego okrągłe policzki zrobiły się mocno czerwone.

— Nie, nic… mówiłem, żebyś się pospieszył.

Jack spojrzał na niego, dochodząc do wejścia.

— Dobrze się czujesz? Bo taki czerwony jesteś… wszystko w porządku?

Andrew aż się spocił, kiedy Jack do niego podszedł.

— Tak, w porządku — odpowiedział trzęsącym się głosem.

— Ty się chyba mnie boisz, co, Andrew? — spytał Jack, przyglądając mu się chwilę. — Dobra, nie ma co się rozczulać, trzeba się wziąć do roboty. Idziemy.

Jack wszedł do szpitala, a z lekka zdezorientowany Andrew ruszył za nim.

Rozdział 43 — Ben i Dr. Moreno

Ben siedział na krześle przy wejściu na oddział i zastanawiał się, gdzie może znaleźć Mike. Jego zamiary trochę się zmieniły, ale chciał się upewnić, czy rzeczywiście Mike nic nie pamięta. Ben był osobą bardzo pewną siebie, zawsze osiągał w życiu to, co sobie wziął za cel. Lecz niecałe życie było dla niego takie piękne. Swego czasu był chirurgiem plastycznym, zanim odebrano mu prawo do wykonywania zawodu. Był w jego życiu niechwalebny moment, w którym został skazany i zamknięty na dwa lata w więzieniu.

Myśli kłębiły mu się w głowie, na przemian ze wspomnieniami z mrocznego miejsca, w którym przebywał. Czas spędzony za kratami dla Bena był jedną wielką traumą. Podpierając dłońmi brodę, siedział i wgapiał się w podłogę. Chyba przez moment przysnął, bo chyba zachrapał. Zerwał się, oparł o oparcie krzesła i rozejrzał się, ale korytarz był zupełnie pusty, ani żywej duszy. Oparł się z powrotem i siedział dalej.

— Przepraszam bardzo… halo, słyszy mnie pan? — usłyszał. Ben uniósł głowę i zobaczył stojącego przy końcu korytarza średniego wzrostu mężczyznę o ciemnej karnacji i hiszpańskich rysach twarzy.

— Tak, słucham — odpowiedział Ben.

— Ja bardzo przepraszam pana… — mężczyzna zaczął iść w kierunku Bena, mówiąc dalej: — Wie pan, ja tu pana kilka razy mijałem i pewna myśl nie daje mi spokoju.

— Tak, słucham — powtórzył Ben.

Mężczyzna doszedł do Bena i zatrzymał się przy nim.

— Jestem Dr. Moreno.

— A ja Ben — odpowiedział mu Ben, dodając: — Słucham pana.

— Wie pan, proszę mi powiedzieć… mam takie nieodparte wrażenie, że się już kiedyś spotkaliśmy.

— Nie sądzę, doktorze, pamiętałbym pana — odpowiedział lekko poddenerwowany Ben.

— Wie pan, ja sądzę co innego. Otóż znałem kiedyś, będąc na studiach, bardzo zdolnego młodego człowieka, który był ze mną na roku. Bardzo go podziwiałem — powiedział Dr. Moreno, siadając na krzesło obok Bena i kładąc mu rękę na ramieniu. — Proszę siedzieć.

— I wie pan jeszcze co… jestem pewien, że to pan jest tym człowiekiem.

Ben spojrzał na Dr. Moreno i aż zbladł.

— Proszę się nie denerwować, spokojnie — dodał Dr. Moreno.

Ben chciał wstać, ale usiadł z powrotem. Przechylił głowę w bok i spojrzał na doktora, mówiąc:

— Doktorze, to nie ma chyba już znaczenia. Nie jestem już tą samą osobą.

— Czyli nie myliłem się… to pan, Ben Brown — dodał Dr. Moreno.

— Ma pan pamięć, doktorze… tak, to ja — odpowiedział Ben.

— Bardzo żałowałem, że nie mieliśmy okazji bliżej się poznać wtedy na uniwerku. A proszę mi powiedzieć, bo wiem, że został pan bardzo dobrym chirurgiem i miał pan własną klinikę… — powiedział Dr. Moreno.

— Doktorze, to stare dzieje — odpowiedział Ben.

— Dr. Brown, bo tak powinienem do pana mówić, prawda? — zapytał Dr. Moreno.

— Już nie jestem doktorem. Trochę w życiu mi się pogmatwało, doktorze Moreno… teraz tylko Ben — powiedział ze łzami w oczach.

Dr. Moreno, lekko zmieszany, poklepał Bena po ramieniu, mówiąc:

— Zawsze można wszystko naprawić. Cokolwiek by się nie działo, zawsze trzeba próbować.

— Wiesz, Ben, może moglibyśmy się kiedyś spotkać i powspominać stare czasy — zaproponował Dr. Moreno.

— Pewnie, dlaczego nie — odpowiedział Ben.

— To cóż, muszę już iść, ale nie zapytałem… co cię tu sprowadza, Ben? — zapytał Dr. Moreno.

— W sumie to przyszedłem odwiedzić kolegę. Razem byliśmy na uniwerku. Może go doktor zna, pracuje w tutejszym szpitalu — powiedział Ben.

— A gdzie leży, na jakim oddziale, może wiesz? — zapytał Dr. Moreno.

Ben przez ułamek sekundy zwątpił, czy mówić, ale odpowiedział:

— Dr. Mike Smith. A gdzie leży, to nie wiem.

— Dr. Mike Smith, powiedziałeś? — zapytał jeszcze raz Dr. Moreno.

— Tak, dokładnie tak — odpowiedział Ben.

— Wiesz, Ben, będę cię musiał zmartwić. Mike miał mały wypadek w domu, uderzył się w tył głowy, kiedy się potknął bodajże w domu, i stracił pamięć. Obecnie leży na oddziale pod obserwacją. Jeżeli chcesz, możesz pójść ze mną go odwiedzić. Co ty na to? — zapytał Dr. Moreno.

— Pewnie, z chęcią, jeśli mogę — odpowiedział Ben i wstał z krzesła.

Oboje skierowali się w kierunku windy. Dr. Moreno szedł, mówiąc na głos:

— To niesamowite… po tylu latach spotykamy się znowu, tylko że w szpitalu. A do tego znasz jeszcze Mike.

Rozdział 44 — Spotkanie detektywów i napięcie na oddziale

Kiedy wsiadali do windy, z bocznych drzwi przeciwpożarowych wyszli Detektyw Jack i jego partner Andrew. Zasapany Andrew, po wyjściu na korytarz przy windzie, zapytał Jacka:

— Moglibyśmy używać windy, jak inni, Jack…

Jack spojrzał na Andrew, zmrużył oczy i powiedział:

— Nie, muszę dbać o twoją kondycję, Andrew, bo jeżeli chcesz być na stałe moim partnerem, to musisz być wytrzymały i nie możesz być takim leszczem, wiesz… — powiedział Jack.

Andrew skrzywił się i bez słowa czekał, co dalej.

— Dobra, to chyba tędy, tym korytarzem — powiedział Jack do Andrew.

Andrew wysapał z siebie resztką sił:

— Aha… — i poszedł za Jackiem.

Kiedy doszli do kolejnego korytarza, zeszli schodami piętro niżej.

Ben wraz z Dr. Moreno podążali w kierunku oddziału, na którym znajdował się Mike. W międzyczasie…

Rozdział 45 — Rozpad Sary

Sara wyszła ze szpitala i poszła na parking z zamiarem powrotu do domu.

— Cholera, wiecznie jest coś nie tak z nim, jak długo… ja się tak staram, a on… on ma mnie gdzieś — mruczała pod nosem Sara.

— Teraz jeszcze twierdzi, że mnie nie pamięta… czy to normalne? I co ja mam teraz zrobić? Kto mnie zechce… — użalała się nad sobą.

Przekręciła stacyjkę i uruchomiła Range Rovera, ale nie ruszyła. Łzy stanęły jej w oczach. Oparła się o fotel, chwyciła mocno obiema rękoma kierownicę i krzyknęła:

— Cholera! — po czym uderzając jedną ręką w kierownicę, jeszcze raz krzyknęła: — Co za gnojek! Mike, mam cię dosyć!

Zaczęła płakać. Łzy leciały jej po policzkach, nie nadążała ich wycierać. Chlipiąc przez zęby, mówiła:

— Dlaczego mi to zrobiłeś, Mike…

Rozdział 46 — Wspomnienia Mike’a i sekret Kate

Mike leżał na wpół siedząco na plecach, wpatrując się w sufit. Obok niego siedziała Kate, pielęgniarka, przeglądała jakiś magazyn dla kobiet. Mike po chwili obrócił się w jej stronę i powiedział:

— Wiesz, chyba znam ciebie, pamiętam, jak w laboratorium byłem, miałem coś w ręce, potem przyszłaś ty i kazałaś mi poczekać, bo ktoś tam był… — mówił Mike.

Kate spojrzała na Mike, aż dostała rumieńców, potem spojrzała w stronę Dr. Bossmana i Dr. Granta, którzy siedzieli przy biurku i coś oglądali na monitorze. Odwróciła się z powrotem, mówiąc:

— Mike, pamiętasz… wiedziałam… — powiedziała Kate.

Mike kontynuował:

— Wiesz, potem pamiętam, że widziałem sufit i lampę, a potem zobaczyłem ciebie. Ja chyba siedziałem na krześle, a ty się unosiłaś w dół i w górę. Twoja twarz była taka uśmiechnięta, zaczęłaś mnie całować, skakałaś na mnie, aż mnie coś w tyłek uwierało… — opowiadał Mike. Dodając: — Kate, my się pieprzyliśmy w laboratorium — powiedział głośno, z przejęciem Mike.

Kate spojrzała na Mike i przez zęby zaczęła mówić do niego:

— Mike, ciszej proszę, kochany mój, cieszę się, że sobie przypomniałeś… — mówiła półgłosem Kate.

Kiedy Kate się odwróciła, obok już stał Dr. Bossman i Dr. Grant, który powiedział:

— No ładnie, cóż to sobie ten nasz Mike przypomniał…

Kate głaskała po ręce Mike i mówiła przez zęby:

— Proszę ciszej, Mike…

Dr. Bossman doszedł bliżej do Mike i powiedział:

— Przepraszam, Mike, to nie moja sprawa, ale ważne, że zaczynasz sobie pomału przypominać… — obrócił się w stronę Kate oraz Dr. Granta i powiedział: — Nikt tu z nas treści dokładnie nie słyszał, aczkolwiek możemy powiedzieć, że pamięć zaczyna pomału ci wracać, Mike.

Dr. Bossman odwrócił się z powrotem do Mike i powiedział:

— Mike, myślę, że na dziś wystarczy wspomnień, powinieneś teraz się położyć i odpocząć, zgoda?

Mike spojrzał na Dr. Bossman lekko zdezorientowany, ale bez problemu oparł się wygodnie i zaczął naciągać koc na nogi.

Dr. Bossman obrócił się w stronę Kate i powiedział:

— Kate, mogę prosić na chwilę…

Kate wstała z krzesła, obróciła się i odeszła od łóżka Mike, wraz z nią poszedł Dr. Bossman. Kiedy doszli do biurka, Dr. Bossman zatrzymał się i powiedział:

— Kate, proszę mnie posłuchać. Myślę, że nie powinniśmy nikomu wspominać, co powiedział Mike. Oczywiście wiadomo, dlaczego. Mnie wasze sprawy nie obchodzą, ale jak dojdzie to do Sary, to może z tego być awantura. Rozumie mnie pani? Dla pani dobra też będzie lepiej, jak pani o tym nie będzie wspominać nikomu. Rozumie mnie pani? — dopowiedział Dr. Bossman.

Dr. Grant pomału zaczął podchodzić do Dr. Bossman i Kate, mówiąc:

— Musi wszystko zostać w tym pokoju, rozumiesz, Kate? — dodał Dr. Grant.

Kate usiadła do biurka ze spuszczoną głową, z widocznymi rumieńcami na twarzy i zaczęła pociągać nosem. Uniosła głowę i spojrzała najpierw na Dr. Bossman, a potem na Dr. Granta, mówiąc:

— Tak mi wstyd… ja naprawdę nie chciałam, aby się ktoś dowiedział, przepraszam was bardzo… — powiedziała Kate i wstała od biurka.

Oczy zaszły jej łzami, zaczęła je przecierać, po czym zaczęły jej spływać po policzkach. Zaczęła iść w stronę drzwi, wpadając w płacz.

Dr. Bossman zerwał się w kierunku drzwi za Kate, wołając:

— Proszę poczekać, Kate, proszę tu wrócić, niech się pani uspokoi. Wszystko jest w porządku, jesteśmy dorośli…

Kate, zapłakana, zatrzymała się przy drzwiach, obróciła się i spojrzała w kierunku Dr. Bossman.

Dr. Bossman, spoglądając na Kate, powiedział:

— Proszę nie płakać, niech się pani uspokoi, niech pani pomyśli o tym, że Mikowi wraca pamięć i to jest najważniejsze…

Dr. Bossman wziął pod rękę Kate i doprowadził do biurka:

— Proszę usiąść… — powiedział Dr. Bossman.

Kate, zapłakana, starając się ukryć łzy, przecierała je niezdarnie z policzków. Kiedy usiadła, powiedziała:

— Doktorze, ale ja mogę wszystko wytłumaczyć… — powiedziała Kate.

— Nie ma potrzeby — odpowiedział Dr. Bossman — proszę się uspokoić i nie płakać już… — dodał Dr. Bossman.

Kate powycierała chusteczkami twarz, poprawiła włosy, odwróciła się do Dr. Bossman i powiedziała:

— Doktorze, ja muszę to wyjaśnić…

— Nie trzeba, naprawdę — odpowiedział Dr. Bossman.

Rozdział 47 — Detektywi kontra lekarze

Po chwili dobiegło pukanie do drzwi. Dr. Grant, stojący obok wyjścia, otworzył je, mówiąc:

— Słucham, w czym mogę pomóc?

— Jesteśmy z policji…

— Zauważyłem — powiedział Dr. Grant.

— A to widzę, że doktor zna się na ludziach… — powiedział Detektyw Jack.

— Może i tak, ale to nie dlatego. My się z pana partnerem, bo mam rozumieć, że pracujecie razem, już spotkaliśmy wcześniej — powiedział Dr. Grant.

— Tak? A to całkiem możliwe, bo… — Jack odwrócił się w stronę Andrew i powiedział: — Detektyw Andrew był tu wcześniej, chciał rozmawiać z Dr. Mike, ale nie było to wtedy możliwe… — dodał Jack.

— Tak, dokładnie tak było, a sądzę, że nadal jest to niemożliwe… — powiedział Dr. Grant.

— Możemy wejść? — zapytał Jack.

Dr. Grant nawet nie zamierzał otworzyć bardziej drzwi, odpowiadając:

— Nie, nie możecie panowie, bo Dr. Mike, jak już wspomniałem pana partnerowi wcześniej, nie jest w stanie panom pomóc, bo ma problemy z pamięcią po wypadku.

— Rozumiemy, doktorze, ale my właśnie w sprawie wypadku… — dopowiedział Jack.

— W sumie to nie zmienia faktu, bo Dr. Mike nie jest w stanie zeznawać — z zza pleców dodał Dr. Bossman.

Jack się lekko poddenerwował, mówiąc:

— Dobrze, panowie, nie przyszliśmy tu z wizytą towarzyską. Proszę nas natychmiast wpuścić do Dr. Mike’a Smith, ponieważ mamy nakaz aresztowania, a to już nie podlega żadnej dyskusji.

Dr. Bossman, zbulwersowany zachowaniem Jacka, przepchnął się między Dr. Grantem i wypchnął z drzwi śledczych, zamykając je za nimi na zamek. Dr. Grant odsunął się od drzwi i powiedział:

— I tak będziemy musieli ich wpuścić…

— Może i tak, ale na pewno nie wejdą, dopóki adwokat Mike’a nie przybędzie. Właśnie wysłałem mu wiadomość, powinien zaraz się pojawić, bo kancelaria jest pod szpitalem — powiedział Dr. Bossman.

Kate siedziała przy biurku przestraszona, przestała już płakać, ale teraz bała się o Dr. Mike’a z innego powodu.

— Przecież on nic nie pamięta, to jak mogą go aresztować, a do tego za to, że upadł w domu i stracił pamięć? To dziwne — powiedziała do Dr. Bossman i Dr. Granta.

— Tam musiało się jeszcze coś stać… — dodał Dr. Grant.

— Myślę, że powinniśmy zapytać o to Sarę, ona z nim była tego wieczoru… — dodał Dr. Bossman.

Kate wyciągnęła telefon i zaczęła dzwonić do Sary.

W międzyczasie dochodziły odgłosy z korytarza policjantów, którzy żądali natychmiastowego otwarcia drzwi. Dr. Bossman powiedział do Dr. Granta:

— Otworzę im, bo zaraz będą chcieli się włamać, a Grant, daj mi wyniki skanu, może to ich zatrzymać…

Dr. Grant podszedł szybkim krokiem do biurka i z szuflady wyciągnął wyniki MRI skanu Dr. Mike’a, przejrzał, czy są wszystkie, i poszedł podać je Dr. Bossmanowi.

— Trzymaj, tu jest wszystko…

Jack i Andrew szarpali za klamkę, pokrzykując pod drzwiami:

— Dr. Grant, proszę natychmiast otworzyć, bo będziemy zmuszeni użyć siły i zostanie pan aresztowany za utrudnianie śledztwa!

Dr. Bossman usłyszał dźwięk przychodzącej wiadomości, wyciągnął telefon.

— Będzie za dwie minuty, adwokat Mike’a napisał — powiedział Dr. Bossman do Dr. Granta.

Rozdział 48 — Prawnik Dr. Mike i gra na czas

— Kate — zawołał Dr. Bossman — sprawdź, co tam u Mike’a.

Kate wstała od biurka i poszła w kierunku łóżka, gdzie leżał Mike. Mike leżał na boku, przysypiał, nawet nie zauważył, że coś się dzieje wokół niego.

— Mike przysypia, jest chyba wszystko w porządku, zasłonię mu kotarę — dodała Kate.

Dr. Bossman stał wraz z Dr. Grantem przy samych drzwiach, zastanawiając się, jak długo będzie szedł ten adwokat. Po chwili zadzwonił telefon Dr. Bossmana.

— Jestem prawnikiem Dr. Mike’a, może mnie pan wpuścić, Doktorze Bossman, jestem pod drzwiami — powiedział przez telefon adwokat.

Dr. Bossman otworzył drzwi, przez które na siłę próbowali się wepchnąć policjanci, krzycząc:

— Proszę się odsunąć, proszę nie utrudniać nam pracy! — podniesionym głosem mówił detektyw Jack.

Wraz z nimi wszedł adwokat i poskromił obydwóch panów z policji, mówiąc:

— Panowie, proszę o spokój. Jestem adwokatem pana Dr. Mike’a Smith. Na tę chwilę potrzebuję na osobności porozmawiać z moim klientem, a potem mój klient, o ile mu na to zdrowie pozwoli, będzie do waszej dyspozycji. A teraz proszę o opuszczenie sali, panowie, dziękuję — powiedział mecenas, zamykając drzwi za policjantami.

— Doktorze Bossman… — powiedział adwokat.

— Tak, proszę tutaj — odpowiedział Dr. Bossman, wskazując palcem na zasłoniętą kotarę, gdzie leżał Mike.

Adwokat, Dr. Bossman oraz Dr. Grant podeszli do kotary i odsłonili ją.

— Tu leży Dr. Mike, chyba śpi… Można go obudzić? — zapytał adwokat.

— Myślę, że tak — odpowiedział Dr. Bossman.

Dr. Bossman chwycił delikatnie za ramię Mike’a i półgłosem mówił:

— Mike, śpisz? Możesz na chwilę się odwrócić? Mike, słyszysz? — powtórzył Dr. Bossman.

Mike zaczął się obracać na plecy, przeciągał się, mrucząc, zmrużył oczy i spojrzał na Dr. Bossmana, mówiąc:

— Cześć, doktorku.

Dr. Bossman uśmiechnął się i powiedział:

— Mike, to jest twój adwokat, musi ci zadać kilka pytań, zgoda?

Mike spojrzał na adwokata, na Dr. Bossmana i Dr. Granta, mówiąc:

— Dobrze, pewnie… a po co mi adwokat?

Jack i Andrew stali na korytarzu pod salą, w której leżał Dr. Mike. Oczywiście detektyw Jack był bardzo niezadowolony z sytuacji. W międzyczasie wezwał posiłki w celu dopilnowania wykonania nakazu aresztowania. Kiedy stali pod drzwiami, doszedł do nich umundurowany policjant, który stanął przy drzwiach do sali, w której leżał Dr. Mike S. Jego zadaniem było to konieczne aby dopilnowac, żeby nikt nie wyszedł ani wszedł bez zezwolenia.

— Andrew — odezwał się Jack — możesz iść do auta i dowiedzieć się, czy technicy mają coś już do okazania? — zapytał Jack.

Andrew, nie kwestionując prośby, powiedział:

— Tak, mogę iść sprawdzić.

— Dobra, to ja tu czekam — dopowiedział Jack.

— Idę — odparł Andrew i poszedł wzdłuż korytarza w kierunku wyjścia z oddziału.

Adwokat, po weryfikacji stanu zdrowia pacjenta, które potwierdziły na chwilę obecną brak możliwości przesłuchania Dr. Mike’a w sprawie, otworzył drzwi i zawołał detektywa Jacka, aby poinformować go o sytuacji:

— Zapraszam, panowie — zawołał adwokat do detektywa Jacka.

Jack wraz z policjantem, który pilnował drzwi, weszli do środka.

— Zapraszam, proszę tutaj, tu leży mój klient — dodał adwokat.

Jack podszedł do łóżka, na którym leżał Dr. Mike, a tuż za nim doszedł policjant i stanął z boku.

— Otóż rozmawiałem z lekarzem prowadzącym i mając wgląd do dokumentacji medycznej, zwłaszcza wyników badań MRI, EEG oraz raportu neuropsychologicznego, które potwierdziły zaburzenia poznawcze, w tym amnezję, mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że pacjent nie jest w stanie rozpoznać sytuacji prawnej, zrozumieć jej skutków ani uczestniczyć w postępowaniu.

W związku z tym, że klient nie ma obecnie zdolności procesowej, czyli nie jest w stanie udzielić świadomej zgody ani się bronić, jego stan wskazuje, że dalsze działania policji mogą naruszać prawo do rzetelnego procesu zgodnie z European Convention on Human Rights, Article 6 — mówił adwokat.

Jack słuchał uważnie i kręcił nosem, spoglądając co chwilę to na Dr. Mike’a, to na jego adwokata.

Adwokat kontynuował dalej:

— W związku z tym, w imieniu klienta, żądam odroczenia zatrzymania do czasu poprawy stanu zdrowia. Również proszę o wniesienie tymczasowego zawieszenia czynności procesowych. Jeśli będzie to konieczne, złożymy wniosek o sądową kontrolę zatrzymania.

Jack spojrzał na adwokata i powiedział:

— Zrozumiałem. Zatem na chwilę obecną zostawię tu panom posterunkowego, który będzie pilnował Dr. Mike’a Smith do czasu poprawy jego stanu zdrowia.

Po czym odwrócił się do posterunkowego i powiedział:

— Wychodzimy, a pan tu zostaje przy drzwiach, zrozumiano? Do odwołania. — dodał Jack.

Rozdział 49 — Dziwne zachowanie Andrew

Jack poszedł w kierunku wyjścia z oddziału. Idąc, wyciągnął telefon i zadzwonił do Andrew.

— Słuchaj Andrew, ja wracam do auta, poczekaj tam na mnie. Nie, jestem sam, posterunkowego zostawiłem przy drzwiach, a doktorek niejarzący — poinformował Jack Andrew.

— Zaraz będę — dodał Jack i się rozłączył.

Jack wyszedł na parking przed szpitalem, stanął przy ulicy i wyciągnął papierosy. Rozglądając się, dojrzał w aucie Andrew, który zachowywał się co najmniej dziwnie. Odpalił papierosa i poszedł dookoła do mustanga tak, aby Andrew go nie zobaczył.

Około pięciu metrów przed mustangiem Jack stanął pomiędzy autami i zaczął się Andrew przyglądać, co robi. W tym czasie Andrew dobrze się bawił, pogłośnił sobie muzykę i w jej rytm skakał jak opętany na fotelu pasażera.

Jack pomału doszedł do auta, stanął przy nim i zapukał w szybę. Zlękniony Andrew znieruchomiał i zbladł, spojrzał w szybę i zaczął w panice próbować wyłączyć radio.

— Idiota, oszalał chyba, co z tobą? — otworzył drzwi od mustanga Jack. — Co tak skaczesz, mama w domu nie dała się wyszaleć? — powiedział Jack do Andrew, wsiadając.

Andrew zamarł, ze wstydu zaczerwienił się, wyglądał jakby miał spłonąć. Jack pokręcił tylko głową i odpalił auto, po czym ruszył. Andrew w pośpiechu zapinał pas, starając się nie zwracać na siebie uwagi.

Wyjechali z parkingu na główną. Jack włączył radio i zaczął nadawać:

— Tu 71,73 do 22,28, odbiór… — powiedział Jack.

Ale w radiu słychać było tylko szum i trzaski.

— Tu 71,73 do 22,28… — powtórzył Jack.

Wreszcie, po chwili trzasków i zgrzytów, w radiu odezwał się dyspozytor:

— Tu 22,28 do 71,73, odbiór… — zgłosił się dyspozytor.

— Tu 71,73, jedziemy pod doktorka, adres domowy do jego dziewczyny, muszę jej zadać parę pytań.

— Tu 22,28, zrozumiałem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.