Rozdział 1 — NICK
Zaatakowali nas z północy. Pociski przeszyły powietrze, a woń dymu drażniła moje nozdrza. Od kilku dni ukrywałem się w podziemiach kościoła w mieście Hims, wraz z dwójką moich kolegów. Nie mieliśmy dostępu do wody, jedzenia i pomocy lekarskiej, bez której John mógł nie dożyć kolejnego starcia. Oberwał w ramię, kiedy armia Baszara Asada atakowała z powietrza rakietami. Do tej pory zniszczyli prawie każdy zakątek w tym mieście. Spojrzałem w górę na szpary między deskami. Widziałem tam ludzi prezydenta. Przeczesywali teren i musieliśmy być naprawdę czujni, żeby nas się nie zauważyli. Obok mnie siedział Jared, który trzymał w dłoniach różaniec, a jego skupiona, pełna bólu twarz uświadomiła mi, że modli się do Boga o jeszcze jeden dzień życia. Przez te wszystkie dni czekaliśmy na wsparcie, jednak nie było do możliwe. Nasz oddział został zaatakowany i sami potrzebowali pomocy. Ziemia się zatrzęsła, po czym usłyszałem wybuch — jeden po drugim. Żołnierze Państwa Islamskiego opuścili kościół, o czym świadczyła panująca tam cisza. Dałem znak Jaredowi, aby pomógł wstać rannemu Johnowi, natomiast ja będę ich osłaniał. Nie mogliśmy tam zostać, nawet minuty dłużej. Deski, które znajdowały się nad nami, zaczynały pękać pod naporem gruzu. Mogliśmy zginąć albo tutaj, albo na zewnątrz. Już dawno straciłem nadzieję i pogodziłem się z tym, że nigdy nie zobaczę swojej rodziny… Poszedłem pierwszy, aby wybadać teren, a moi przyjaciele szli tuż za mną. Promienie słoneczne oślepiły mnie na chwilę, ale nie na tyle, żeby nie widzieć, że dżihadyści opuścili to miejsce. Odwróciłem się, aby dać znak Jaredowi. Uśmiechnął się do mnie, po czym pocałował z wdzięcznością różaniec, z którym nigdy się nie rozstawał. Potem nastąpił wybuch. Potężna rakieta trafiła prosto w kościół św. Eliana.
Usiadłem gwałtownie na łóżku, szybko oddychając. Od trzech lat śnił mi się ten sam koszmar. Spojrzałem na zegar elektroniczny, który stał na szafce nocnej przy moim łóżku. Wskazywał godzinę 7.00 rano, więc postanowiłem wstać. W południe musiałem zjawić się w jednym z londyńskich liceów na rozmowę kwalifikacyjną. Mój terapeuta poradził mi, abym się czymś zajął, może wtedy przestanie mi się śnić tamten dzień. Posada instruktora samoobrony stała się moim życiowym celem, bowiem wiedziałem, że do Syrii już nigdy nie wrócę. Poszedłem do łazienki, aby przemyć twarz chłodną wodą. W głowie powtarzałem sobie, że muszę zacząć nowe życie, zapomnieć o tamtych wydarzeniach, ale chyba było to niemożliwe. Zszedłem po schodach do kuchni, gdzie krzątała się moja mama.
— Znowu śniło ci się to samo? — Zapytała zmartwiona.
— Nie chcę o tym mówić. — Oznajmiłem dobitnie. Same koszmary powodowały moje zmęczenie, a jeśli miałem ochotę na rozmowę o wojnie, to szedłem do terapeuty.
— Wolisz rozmawiać o tym z jakimś obcym facetem niż ze swoją matką? — Spojrzała na mnie smutno. — Synu, przecież ja doskonale wiem, co ty przeżywałeś i…
— Nic nie wiesz! — Podniosłem głos, przerywając jej w połowie zdania. — Nie wiesz, bo cię tam nie było. To nie ty patrzyłaś na zmasakrowane ciała dzieci, kobiet, na ruiny ich mieszkań. Nie masz pojęcia, co znaczy wojna i walka o każdy dzień.
Matka od kilku dni próbowała dowiedzieć się, z jakiego powodu wróciłem do domu. Cieszyła się, kiedy pewnego dnia stanąłem w jej drzwiach, ale teraz miałem serdecznie dość jej namolnego gadania i prób nawiązania rozmowy. Cieszyłem się na samą myśl o pracy w Londynie, dzięki czemu wyprowadzę się z Bradford i zacznę nowe życie, z daleka od tego koszmaru.
— Dzisiaj masz rozmowę kwalifikacyjną. — Przypomniała mi.
— Pamiętam. — Wywróciłem oczami, zirytowany jej matkowaniem. Miesiąc temu skończyłem dwadzieścia pięć lat, na Boga.
— Nie musisz być dla mnie taki opryskliwy. — Postawiła przede mną talerz z kanapkami, o który nawet jej nie prosiłem. To nie tak, że jej nie doceniałem, ale ten dom był za mały na nasze dwa, dynamiczne charaktery. — Chcę dla ciebie dobrze.
— Przepraszam. — Westchnąłem, po czym podszedłem do niej i pocałowałem w policzek. — Po prostu się denerwuję. Chciałbym dostać tą pracę, zacząć nowe życie.
— Pamiętaj, że masz rodzinę. — Pogroziła mi palcem. Ta kobieta była niemożliwa.
Ręce mi się trzęsły, kiedy jechałem na rozmowę kwalifikacyjną. Podczas drogi z Bradford do Londynu, powtarzałem sobie w głowie najważniejsze informacje, jakie zawarłem w CV. Złożyłem podania do wielu szkół oraz ośrodków dla młodzieży, ale odezwało się tylko liceum, do którego sam niedawno uczęszczałem. Dlatego też byłem zdziwiony, bo dyrektor cieszył się jak dziecko, gdy ukończyłem szkołę. Uczyłem się przeciętnie, jednak wagary, palenie papierosów oraz szkolne bójki wyrobiły mi pewną opinię wśród nauczycieli, czy uczniów. Odkąd wróciłem z Syrii, nie byłem w Londynie. Teraz patrzyłem na to, co się zmieniło, na to, co dokładnie tak samo zapamiętałem. Poprawiłem swój garnitur, kiedy uprzejmy taksówkarz poinformował mnie, że za dwie ulice znajdowało się liceum. Rozmowa kwalifikacyjna była tylko formalnością. Przynajmniej tak zapewniał mnie mój przyszły pracodawca.
— Jesteśmy na miejscu. — Oznajmił kierowca.
— Dziękuję, ile płacę? — Zapytałem.
— Licznik wskazuje £50,60 — Odczytał. Zapłaciłem mu należyte pieniądze, po czym wysiadłem z pojazdu.
Kiedy odjechał, spojrzałem na budynek szkoły. Z lekkim uśmiechem patrzyłem na dwie strzeliste wieże, gdzie kiedyś odbywały się zajęcia z astronomii. Lubiłem te zajęcia, jako jedne z nielicznych. Jak każdy chłopak wolałem siedzieć na boisku i grać w piłkę nożną. Przed wejściem do szkoły, na ławkach wzdłuż ogrodzenia siedziała młodzież. Przyjechałem akurat na przerwę. Słoneczna pogoda pozwalała na spędzanie czasu na dworze. Skończyłem liceum pięć lat temu, czyli stosunkowo niedawno, ale miałem wrażenie, że w ciągu tego czasu młodzież całkowicie się zmieniła. Nasza klasa zawsze trzymała się razem, a teraz widziałem grupki osób, których nie interesowali inni. Świat zdążył się już zmienić.
Szedłem pewnym krokiem w stronę wejścia do szkoły, czując na sobie wzrok większości dziewczyn. Wiedziałem, że stanę się obiektem zainteresowania, ale najważniejsze było to, że sam nie miałem ochoty na żadne romanse. Kiedy znalazłem się w środku, potrącił mnie jakiś chłopak, który uciekał przed drugim z jego plecakiem w ręku. Dziecinada. Gabinet dyrektora mieścił się na pierwszym piętrze, dlatego od razu zacząłem iść w tamtym kierunku. Przechodziłem akurat obok szafek, gdy zobaczyłem, jak dwie, nadmuchane sztucznością dziewczyny, wytrąciły książki z rąk szatynki. Zaśmiały się wrednie, machnęły swoimi doczepianymi włosami, a potem odeszły. Dziewczyna, której wytrąciły książki, westchnęła i kucnęła, aby je pozbierać. Nie mogłem przejść obok obojętnie, dlatego podszedłem do niej, również kucnąłem, po czym sięgnąłem po jedną z książek.
— Dziękuję za pomoc. — Ponownie westchnęła. — Straszna niezdara ze mnie.
— Przecież widziałem, że to te dwie dziewczyny wytrąciły ci je z rąk. — Zmarszczyłem brwi, nie do końca rozumiejąc jej zachowanie.
— Wydawało się panu. — Wzruszyła ramionami. Odebrała ode mnie książkę, a następnie wstała, co również zrobiłem.
— Panu? — Zaśmiałem się. — Jestem niewiele starszy od ciebie.
— Nie znam, pana, więc… — Spojrzała na czubki swoich butów.
— Ty mówisz serio? — Zapytałem z niedowierzaniem.
— No, tak. — Uniosła na mnie swoje spojrzenie. — Przepraszam, ale powinnam już iść.
Kiedy odchodziła, mogłem jej się przez chwilę przyjrzeć. Podczas rozmowy za bardzo byłem zaskoczony jej uprzejmością, żeby zauważyć, jak bardzo była piękna. Długie, falowane włosy w kolorze jasnego brązu oraz duże piwne oczy, które barwą przypominały moje. Ubiorem wyraźnie odstawała od reszty dziewczyn w jej szkole, ale to nie czyniło jej dziwną, tylko wyjątkową. Śledziłem wzrokiem sylwetkę tej uczennicy, dopóki nie zniknęła w sali muzycznej. Dopiero wtedy przypomniałem sobie, po co tak właściwie tutaj przyjechałem. Wszedłem po schodach, a potem kroczyłem korytarzem do końca, gdzie znajdował się gabinet dyrektora — pana Christophera Braida. Zapukałem kilka razy, po czym wszedłem do środka.
— Dzień dobry, panie dyrektorze. — Przywitałem się uprzejmie, aby przynajmniej teraz zrobić dobre wrażenie.
— Witaj Nick. — Podał mi dłoń, którą uścisnąłem. — Proszę, możesz usiąść. Kawy, herbaty?
— Wodę, jeśli można — Uśmiechnąłem się lekko.
— Oczywiście, zaraz wracam. — Oznajmił, a następnie wyszedł z gabinetu.
Zamierzałem się rozejrzeć, żeby sprawdzić czy coś się zmieniło, odkąd byłem tutaj na dywaniku, jednak nie zdążyłem. Pan Braid wszedł do gabinetu ze szklanką wody cytrynowej. Od razu upiłem kilka łyków z powodu stresu. Dyrektor kliknął coś na klawiaturze laptopa, a następnie spojrzał na mnie z przymrużeniem oka. Zaczynałem się jeszcze bardziej denerwować. Nie brakowało mi pieniędzy, ale potrzebowałem tej pracy, jakiejkolwiek pracy.
— Masz tą robotę. — Uśmiechnął się do mnie szczerze.
— Naprawdę? — Zapytałem zaskoczony. Mimo wcześniejszych zapewnień, martwiłem się, czy dostanę tą pracę.
— Oczywiście. — Zapewnił mnie. — Kto mógłby lepiej nauczyć naszą młodzież samoobrony niż były uczeń tej szkoły, który przebywał na wojnie w Syrii? Bardzo się ucieszyłem, kiedy dowiedziałem się, że przeżyłeś to piekło. Serce ludziom pęka, gdy w telewizji mówią o kolejnych ofiarach, w tym dzieciach i kobietach. Naprawdę podziwiam tych, którzy chcą im pomóc. Dlaczego wróciłeś? — Zapytał.
— Powody rodzinne. — Odpowiedziałem wymijająco. Nie rozmawiałem o tym z matką, więc z obcym człowiekiem tym bardziej nie miałem ochoty. To była moja tajemnica, o której nikomu nie zamierzałem mówić.
— Rozumiem. — Pokiwał głową. — Chodź, pokażę ci teraz salę gimnastyczną, gdzie będą odbywały się twoje zajęcia, w ramach programu zajęć pozalekcyjnych.
Z chęcią się zgodziłem, ponieważ sala gimnastyczna została odnowiona dwa lata temu, więc nie wiedziałem, w jakim była teraz stanie. Szliśmy w ciszy korytarzami. Słyszałem tylko swój własny oddech i kroki. Brakowało mi takiej ciszy. Na brązowych ścianach wisiały gabloty ze zdjęciami absolwentów od czasów założenia szkoły. Gdzieś tutaj na pewno znajdowało się również moje zdjęcie. Lubiłem tą szkołę, ale teraz miałem wrażenie, że wszystko się zmieniło. Budynek, szkoła, a może nawet ja. Sala gimnastyczna znajdowała się na parterze we wschodnim skrzydle szkoły. Zaraz obok niej mieściła się stołówka, gdzie uczniowie jadali lunch. Dyrektor pożegnał się ze mną, tłumacząc nawałem obowiązków. Wszedłem do środka. Panowała tam jasność ze względu na duże okna, przez które do wnętrza wpadały promienie słońca. Sala niczym nie różniła się od innym w londyńskich szkołach, ale wiedziałem, że będę się tutaj czuł dobrze. Podszedłem do okna, aby przez nie wyjrzeć. Usłyszałem, że ktoś wszedł do środka. Odwróciłem się i zobaczyłem wysokiego chłopaka, o brązowych, kręconych włosach.
— Nie wolno tutaj przebywać bez obecności nauczyciela wf — u. — Oznajmił zdziwiony moją obecnością.
— Od dzisiaj tutaj pracuję. — Powiedziałem. — I z tego, co widzę, to ty przyszedłeś tutaj bez nauczyciela.
— Z choinki się urwałeś? — Parsknął śmiechem. — Tylko żartowałem.
— Nie sądzę. — Spojrzałem na niego pobłażliwie.
Regulamin sali gimnastycznej wisiał na drzwiach i zdążyłem przeczytać jego pierwszy punkt. Mówił o zakazie wstępu bez nauczyciela do tego upoważnionego, ale sam nie raz łamałem te zasady, więc zamierzałem mu odpuścić. Nie wyglądał na więcej niż osiemnaście lat.
— Jestem Nicholas Davies. — Podszedłem do niego, po czym podałem mu dłoń, którą po chwili zastanowienia uścisnął.
— Harry Donavan. — Również mi się przedstawił. W jednej chwili mnie zamurowało.
— Donavan? Darcy Donavan to twoja siostra? — Zapytałem z nadzieją.
— Tak, mam dwie siostry, ale Darcy to ta normalna. — Odpowiedział. — Znasz ją?
— Darcy była moją najlepszą przyjaciółką w klasie. Koniecznie muszę się z nią zobaczyć. — Uśmiechnąłem się na samo wspomnienie naszych wagarów i paleniu papierosów w męskiej szatni.
Wróciłem z wojny, dostałem pracę i odnalazłem swoją dawną przyjaciółkę. Czułem, że nareszcie uwolnię się od Syrii, od tego, co tam widziałem czy zapamiętałem, a była nią tylko śmierć.
Rozdział 2 — VIVIAN
Tego dnia lekcja muzyki z panem Levinem niczym nie różniła się od tych, na które uczęszczałam rok temu. Wchodził do sali, zajmował swoje miejsce, a potem przyglądał nam się spod swoich okularów. Potrzebował pomocnika, dlatego za każdym razem wybierał kogoś innego. Wybrana osoba musiała zapisywać na tablicy to, co mu dyktował, czasami nawet został zmuszony, aby coś zaśpiewać. Niestety, lekcje muzyki były w naszej szkole obowiązkowe, więc jeśli ktoś nie potrafił śpiewać, miał pecha. Ja uwielbiałam te zajęcia, ponieważ tylko wtedy mogłam się rozwijać. Obok mnie siedziała moja jedyna przyjaciółka — Sofia. Prawie nigdy się nie kłóciłyśmy i zawsze mogłam na nią liczyć. Zanim pan Tom wszedł do sali, modliła się o to, żeby nie musiała dzisiaj śpiewać. Nie przepadała za muzyką, którą ja ubóstwiałam, ale za to z uśmiechem chodziła na zajęcia z literatury angielskiej. Przez całą godzinę dawała upust swojej nudzie, na co wskazywał zeszyt od nut, jednak zamiast zapisków z lekcji, znajdowało się tam jej imię oraz jej chłopaka — Jamesa. Oczywiście wokół nich nie mogło zabraknąć serduszek narysowanych ołówkiem czy długopisem. Patrzyłam na to z pewnym dystansem, ale może było to spowodowane tym, że nie wiedziałam, jak zachowuje się zakochana nastolatka. Stroniłam od kontaktów z mężczyznami, ponieważ mogło to zniszczyć moje plany, do których dążyłam od kilku lat. Sofia wiedziała o wszystkim i nie popierała mojej decyzji, dlatego świetnie dogadywała się moją starszą siostrą — Darcy. Obie wykorzystywały moje miękkie serce i często namawiały mnie na coś, na co nigdy nie powinnam się zgodzić. Na szczęście za każdym razem pastor Tranter mówił, że nie zrobiłam nic złego. Któregoś dnia namówiły mnie na wyjście na kręgle, gdzie jacyś chłopacy rozbierali nas wzrokiem. Nie czułam się z tym dobrze, a one chichotały pod nosem, jakby stało się coś zabawnego. Uciekłam stamtąd i już nigdy z nimi nie wyszłam.
— Słyszałaś o dodatkowych zajęciach pozalekcyjnych? — Zapytała mnie cicho Sofia.
— Nie, a powinnam? — Odpowiedziałam, nie odrywając wzroku od tablicy, przy której dzisiaj stał Andy. Mimo że często mi dokuczał z powodu moich ubrań, było mi go szkoda. Nie potrafił śpiewać, a pan Levin z radością wpisywał mu złe oceny.
— Cheryl mi mówiła, że Tina jej mówiła, że Jo wie od Sam o zajęciach pozalekcyjnych, ale jeszcze nikt nie wie, co to będzie. — Powiedziała na jednym wdechu. — Oby to było coś wartego mojej uwagi.
— Jak zrobić zakupy w dwadzieścia minut? — Spojrzałam na nią rozbawiona. — Takie zajęcia z pewnością by ci się przydały.
— Hej! — Szturchnęła mnie łokciem. — Nie chodzisz ze mną na zakupy, więc skąd możesz wiedzieć, ile mi to zajmuje, co?
— Wystarczy spojrzeć na twoje oceny. — Wzruszyłam ramionami. — Zamiast się uczyć, szwendasz się po galeriach i polujesz na promocje.
— Właśnie. — Jej oczy zabłysnęły figlarnie. — Wczoraj kupiłam przepiękny płaszcz zimowy, a zapłaciłam tyle, co nic.
— Jest wiosna. — Zmarszczyłam brwi.
— Niby tak, ale nie mogłam przegapić takiej okazji. — Przygryzła zakrętkę od długopisu, którą po chwili jej wyrwałam, bo należała do mnie.
Naszą rozmowę, która w ogóle nie powinna mieć miejsca, przerwało znaczące chrząknięcie pana Levina. Stał przy naszej ławce, pewnie już jakiś czas, a my zajęte rozmową o głupotach, nawet tego nie zauważyłyśmy. Usłyszałam, jak Sofia głośno przełknęła ślinę, zapewne obawiając się kary ze strony nauczyciela. Spojrzałam na niego przepraszająco, ale ten pozostał niewzruszony. Sama zaczęłam się bać, chociaż wiedziałam, że kara mi się należała. Pan Levin nie tolerował rozmów na swoich lekcjach. Jak to kiedyś powiedział: „Mam ciekawsze rzeczy do roboty niż użeranie się z dzieciakami, które nie doceniają mojego cennego czasu”. Spuściłam potulnie głowę, gdy napiętym głosem kazał mi się spakować i pójść do dyrektora. Oczywiście moja przyjaciółka chciała zaprotestować, ale powstrzymałam ją swoim spojrzeniem. Nasz dyrektor nie przepadał za nią, dlatego wolałam wziąć winę na siebie. Jak się potem okazało, dyrektor oprowadzał po szkole nowego pracownika, dlatego musiałam na niego poczekać.
— Na litość boską, co robi u mnie wzorowa uczennica? — Zapytał pan Braid, gdy wrócił do gabinetu. Czekałam na niego tylko dziesięć minut, siedząc jak na szpilkach. — Co się stało, Vivian?
— Pan Levin kazał mi tutaj przyjść. — Wyznałam skruszona. — Rozmawiałam na jego lekcji ze swoją przyjaciółką. Naprawdę przepraszam za swoje zachowanie.
Pan Braid głośno westchnął, patrząc na mnie ciepło. Zawsze mnie lubił, dlatego zamiast Sofii, wolałam być tutaj ja. Liczyłam, że sprawa rozejdzie się po kościach, ale przeliczyłam się.
— Tom stanowczo przesadza, ale nie mogę tak tego zostawić. — Przesunął palcami po swoim drewnianym biurku, jakby chciał zetrzeć z niego niewidzialny kurz. — Właśnie zatrudniłem byłego wojskowego, który od jutra zacznie prowadzić zajęcia samoobrony. Wpisuję cię na listę, bez konsultacji z twoim zdaniem. To będzie twoja kara.
— Ale… — Zaczęłam, jednak nie było mi dane skończyć.
— Nie ma „ale”, Vivian. — Pokręcił głową. — Możesz iść już do domu.
Mama uczyła mnie, żebym przyjmowała na siebie karę za swoje złe zachowanie, ponieważ tego chciał Bóg, ale po wyjściu z gabinetu dyrektora, pierwszy raz miałam ochotę głośno krzyczeć. Brzydziłam się przemocą i każdym sportem, który miał z tym związek. Samoobrona opierała się na biciu innego człowieka. Jakiś głos z tyłu głowy powtarzał, że to dla mojego dobra, ale niby kiedy miała mi się przydać ta cała samoobrona? W drodze do kościoła czy z kościoła do domu?
Lekcja muzyki była dzisiaj moją ostatnią, dlatego od razu zaczęłam kierować się w stronę wyjścia. Przechodząc obok sali gimnastycznej, usłyszałam tam głos swojego brata, więc postanowiłam poprosić go o podwózkę do domu. Nacisnęłam klamkę, po czym weszłam do środka, co okazało się być błędem. W środku, oprócz mojego brata odbijał piłkę wcześniej poznany mężczyzna, który pomógł mi pozbierać książki. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie paradował po sali bez koszulki. Odwróciłam wzrok w prawą stronę, nie chcąc słuchać irytującego głosu w mojej głowie. Namawiał mnie, abym spojrzała niego, chociaż na minutę, ale sekunda okazała się być aż nazbyt wystarczająca. Poczułam, jak moje policzki zapłonęły żywym ogniem.
— Harry, mógłbyś odwieźć mnie do domu? — Zapytałam. — Proszę. — Dodałam po chwili, gdy mój brat nadal milczał. Spojrzałam na niego, a ten pokiwał głową w odpowiedzi. Odetchnęłam z ulgą, że mogłam w końcu stamtąd wyjść, jednak przeszkodził mi w tym głos brata.
— Vivi, poznaj naszego instruktora samoobrony. — Usłyszałam w jego głosie ekscytację. — To Nicholas Davies.
— My się już znamy. — Przestępowałam z jednej nogi na drugą, nadal unikając wzroku bruneta. — Możemy już iść? Nie chcę spóźnić się do kościoła.
— Jasne. — Westchnął głośno. — Na razie, Nick.
— Do zobaczenia jutro. — Odpowiedział mu instruktor.
Nawet nie wiedziałam o tym, że wstrzymywałam powietrze, dopóki nie opuściłam sali gimnastycznej. Po chwili wyszedł także mój brat, który wyglądał na zawiedzionego moim zachowaniem. Ze spuszczoną głową szłam za nim na parking, gdzie stał jego samochód. Zrobiło mi się przykro, gdy zobaczyłam, jak bardzo był przybity. Już kiedyś poznawałam jego kolegów, ale moja widoczna niechęć do płci męskiej, odstraszała ich i już nigdy więcej nie przyszli do naszego domu. Mój brat prawie w ogóle nie miał w szkole kolegów, ponieważ każdy się ze mnie śmiał, a jeden Harry nie powstrzyma całej szkoły. Cieszyłam się, że za cztery miesiące kończyłam szkołę. W końcu każdy o mnie zapomni, a Harry zyska przyjaciół, na jakich zasługiwał.
— Przepraszam, Harry. — Spojrzałam na niego smutno. — Obiecuję, że niedługo wszystko się zmieni.
— Nie mogłaś być dla niego miła? — Spojrzał na mnie zirytowany. — Chyba nawet zakonnice powinny takie być, prawda?
— Był rozebrany. — Zauważyłam trafnie. — Nie będę rozmawiać z nagim facetem.
— Nagim? — Roześmiał się głośno. — Vivi, on nie miał na sobie jedynie koszulki. Nasz tata też bez niej chodzi, gdy jest gorąco.
— To co innego. Nie porównuj obcego faceta z naszym ojcem. — Zacisnęłam usta w cienką linię.
Harry westchnął głośno i już więcej nie odezwał się do mnie podczas drogi do domu. Mieszkaliśmy na przedmieściach Londynu, gdzie panowała cisza oraz spokój. Okolica zachęcała do spacerów, a niewielkie jezioro przyciągało niedzielami mojego tatę, którego pasją było wędkarstwo. Ze względu na swój zawód, związany z ciągłym podróżowaniem, nie mógł sobie na to pozwolić tak często, jakby chciał. Mieszkaliśmy w dużym domu, który pomieściłby następne trzy rodziny. Cały czas nie potrafiłam zrozumieć tego bezsensownego zakupu. Moi rodzice posiadali pieniędzy jak lodu, w większej mierze zawdzięczali to pracy ojca, a moja mama — gorliwa katoliczka, skąpiła pieniędzy na różnego rodzaju akcje charytatywne. Pastor Tranter uczył mnie, że do szczęścia nie potrzeba wiele, ale oni chyba tego nie rozumieli.
Po wejściu do domu, Harry od razu poszedł do swojego pokoju. Odłożyłam plecak w holu, z którego prowadziły wejścia do innym pomieszczeń w tym domu. Z kuchni dobiegały jakieś szmery, dlatego postanowiłam to sprawdzić. Tata przebywał teraz we Włoszech, a mama miała swoją zmianę w jednym z londyńskich szpitali. Otworzyłam drzwi prowadzące do kuchni najciszej, jak potrafiłam. Na moich ustach pojawił się szeroki uśmiech, gdy zobaczyłam Darcy, która wyjmowała z lodówki produkty, potrzebne do jej ulubionej sałatki. Ostatni raz widziałyśmy się dwa miesiące temu, więc bardzo za nią tęskniłam. Chciałam przytulić ją z zaskoczenia, ale musiałam być niewystarczająco cicho, ponieważ odwróciła się w moją stronę, a po chwili miażdżyła mnie w swoich ramionach.
— Darcy, co ty tutaj robisz? — Nie mogłam powstrzymać łez szczęścia. Zanim wyprowadziła się od nas z domu, byłyśmy nierozłączne.
— Postanowiłam przyjechać na jakiś czas. — Poczochrała mnie po włosach, czego nigdy nie lubiłam. — Mam nadzieję, że się cieszysz.
— Oczywiście, że tak, ale co z Thomasem? — Zapytałam. Thomas był narzeczonym mojej siostry od dwóch lat i zdążyłam go polubić. Opiekował się moją siostrą, sprawił, że trochę wydoroślała, za co moi rodzice byli mu niezmiernie wdzięczni. Im nigdy się to nie udało.
— Och. — Spuściła wzrok na podłogę. — Thomas musiał zostać w Nowym Jorku. — Wymusiła uśmiech, abym nie zadawała więcej pytań.
Nie zamierzałam o nic wypytywać, bo wiedziałam, że zrobi to mama. Martwiłam się o Darcy. Wyraźnie nie chciała mówić o narzeczonym, a w czerwcu miał odbyć się ich ślub. Postanowili o tym już jakiś czas temu, gdy powiedziałam swojej rodzinie, że kiedy skończę szkołę, pójdę do zakonu. Moja siostra się załamała, mama była wniebowzięta, tata przyjął to z dystansem, a Harry od razu zaakceptował moją decyzję.
— Widzę, że stęskniłaś się za swoją sałatką. — Kiwnęłam głową w stronę produktów, leżących na kuchennym blacie. — Pomogę ci, jeśli chcesz.
— Byłoby super. — Przyznała odprężona. Chyba spodziewała się ognia pytań z mojej strony, ale to i tak zapewne jej nie ominie.
Zabrałyśmy się do pracy. Darcy próbowała przypomnieć sobie przepis na sos, a ja kroiłam potrzebne warzywa. Podczas wspólnego gotowania opowiadała mi swoje zabawne historie, które przydarzyły się jej, zaraz po przeprowadzce do Nowego Jorku. Amerykańska kultura różniła się od naszej, dlatego moja siostra na początku była przerażona, ale teraz mimo wszystko, wyglądała na szczęśliwą. Słuchałam ją uważnie, próbowałam sobie wyobrazić siebie w takim mieście, zakochaną, z dwójką dzieci przy boku, ale nic nie mogłam poradzić na to, że przed oczami widziałam zupełnie coś innego.
Zakon.
Rozdział 3 — NICK
Znalezienie nowego domu, w którym stworzę miłe wspomnienia, nie było trudne. Jeszcze tego samego dnia podpisałem umowę ze starszym małżeństwem. W zamiarach miałem wynajęcie niewielkiego mieszkania, ale postąpiłem zupełnie inaczej. Kupiłem je i nie zamierzałem stąd szybko wyjeżdżać. Po czasie spędzonym na wojnie, potrzebowałem stabilizacji, bezpiecznego miejsca, w którym nie będą budzić mnie koszmary. Moje nowe mieszkanie znajdowało się dwie ulice dalej od szkoły, dlatego cieszyłem się z jego dobrej lokalizacji. Kiedy tylko zamknąłem drzwi za dawnymi właścicielami, zadzwoniłem do mamy, żeby wynajęła ekipę do przeprowadzek, która jeszcze dziś przywiozłaby mi moje rzeczy. Wiedziałem, że kupno mieszkania było bardziej skomplikowane przez jakieś prawne procedury, jednak miałem takie szczęście, że trafiłem na małżeństwo prawników. Przynajmniej nie marnowałem czasu na bieganie po różnego rodzaju urzędach czy notariuszach. Mieszkanie nie wymagało żadnych remontów. Zadbane, urządzone w jasnych kolorach, z widokiem na ruchliwą ulicę. Chodziłem po swojej sypialni podekscytowany jak jeszcze nigdy przedtem. Znalazłem mieszkanie o wiele szybciej niż zakładałem, będąc jeszcze w Bradford, być może spotkam się z najlepszą przyjaciółką z liceum, a jutro czekał mnie pierwszy dzień w pracy. Obawiałam się, że nikt nie przyjdzie na pierwsze zajęcia, ale zanim opuściłem budynek szkoły, dyrektor zapewnił mnie o pierwszej chętnej osobie. Ucieszyłem się i to nawet bardzo. Nie chciałem siedzieć bezczynnie na pustej sali, tylko komuś pomóc. Moje zajęcia kierowałem głównie do kobiet, ale jeśli przyszedłby jakiś chłopak, z pewnością nie będzie się nudził.
Zanim poszedłem spać, wpuściłem ekipę wraz z kartonami, w których znajdowały się moje rzeczy. Po uregulowaniu kosztów z tym związanych, od razu położyłem się do łóżka. Bałem się zasnąć, bałem się kolejnego koszmaru, ale pierwszy raz od dawna nie śniła mi się wojna, tylko niska szatynka ubrana w dresy i rozciągnięty sweter.
Kolejnym plusem mojej pracy było to, że zaczynałem dopiero o godzinie 16.00. Cały dzień mogłem zajmować się innymi sprawami. Po przebudzeniu zorientowałem się o sporej ilości czasu, która została mi do wyjścia. Zdążyłem rozpakować wszystkie kartony, poukładać swoje rzeczy, posprzątać, iść zrobić zakupy, a nawet poznać sąsiadów. Mama dobijała się na moją komórkę od kilku godzin, ale nie zamierzałem z nią na razie rozmawiać. Sprowadziłaby mnie na ziemię, a ja zdecydowanie wolałem zostać w swojej szczęśliwej krainie i właśnie dlatego, kilka godzin później, z torbą na ramieniu wszedłem do sali gimnastycznej. Od razu uderzyła we mnie brutalna rzeczywistość, bo nikogo nie było w środku, ale do rozpoczęcia zajęć zostało pięć minut. Poszedłem do szatni połączonej z salą, po czym przebrałem się w spodnie dresowe, sportowe buty oraz koszulkę na krótki rękaw. Wyszedłem z szatni i w tym samym momencie drzwi od sali się otworzyły. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom.
— To ty jesteś tą jedyną chętną na moje zajęcia? — Zapytałem przejęty. Zobaczyłem przed sobą Vivian, która nerwowo obciągała w dół męską koszulkę, zapewne należącą do Harry’ego.
— Chętna? — Spojrzała na mnie oburzona. — To moja kara za rozmawianie na lekcji. Przykro mi, że pana rozczarowałam.
— Mów mi Nick — Podszedłem do niej bliżej, aby podać jej rękę, jednak ona zrobiła krok do tyłu.
— Wolałabym, żebyś mnie nie dotykał. — Przełknęła głośno ślinę. — Posiedzę sobie tutaj godzinę i pójdę. Możesz zająć się czymś innym, pewnie niedługo będzie więcej chętnych.
— Skąd ta pewność? — Zapytałem zaintrygowany jej zachowaniem.
— Wszystkie dziewczyny się tutaj zlecą, jak cię zobaczą. — Wzruszyła ramionami.
— Czyli uważasz, że jestem przystojny? — Przygryzłem wargę, żeby się nie uśmiechnąć. Jej mina była bezcenna i rozkoszna. Jeszcze nigdy nie widziałem tak zawstydzonej dwudziestolatki. Wyraźnie wyróżniała się wśród innych dziewczyn, ale na początku sądziłem, że jedynie z wyglądu. Cóż, jej zachowanie było jeszcze bardziej intrygujące.
— Co? Nie, oczywiście, że nie! — Zaprzeczyła szybko. — Nie wolno mi tak myśleć!
Teraz już całkowicie nic tego nie rozumiałem. Pamiętałem ją jako piętnastolatkę i zachowywała się wtedy zupełnie inaczej. Mogłem wywnioskować, że ona w ogóle mnie nie kojarzyła z wizyt u niej w domu, ale od tamtego czasu trochę się zmieniłem, a ona nigdy nie przebywała w moim towarzystwie dłużej niż to konieczne. Poza tym ja miałem dwadzieścia lat, a ona piętnaście. Nie mieliśmy wspólnych tematów do rozmów, chociaż od samego początku powtarzałem Darcy, że jej siostra będzie przepiękna. Nie myliłem się. Stała teraz przede mną, unikając mojego wzroku, a jej policzki zdobiły dorodne rumieńce.
— Niby dlaczego? — Prychnąłem. Podszedłem w róg sali, gdzie nauczyciel wychowania fizycznego złożył materace. Wziąłem jeden, po czym przeniosłem na środek sali. — To nic złego, że myślisz o tym, czy dany mężczyzna jest przystojny. W twoim wieku już dawno miałem zaliczone wszystkie bazy.
— Jakie bazy? O czym ty mówisz? — Zrobiła kilka kroków w stronę materaca. W środku odbyłem taniec zwycięstwa, że chociaż zainteresowała się naszą rozmową.
— Przytulanie, całowanie i no wiesz… seks. — Uśmiechnąłem się szeroko.
Vivian wyglądała tak, jakby zaraz miała dostać zawału. Jej oczy były szeroko otwarte, a usta lekko uchylone. Chciało mi się śmiać, widząc jej minę. Musiałem jednak pozostać profesjonalny i zacząć prowadzić zajęcia, bo jak na razie minęło dziesięć minut, a my zajęliśmy się rozmową, zamiast ćwiczeniem. Poleciłem jej, aby porozciągała się tak, jak to robili na wychowaniu fizycznym. Ja w tym samym czasie poszedłem do kantorka, skąd wyniosłem worek treningowy w kształcie dwumetrowego człowieka. Na początek chciałem, żebyśmy poćwiczyli wykonywanie celnych ciosów, które powalą napastnika. Prawie wylądowałem na ziemi, przygnieciony przez worek, gdy zobaczyłem, z jaką łatwością Vivian wykonała szpagat.
— Widzę, że nie będę musiał pracować z tobą nad rozciąganiem. — Oznajmiłem. Vivian, na co dziewczyna od razu poderwała się z podłogi, z której niestety nie spuszczała wzroku. — Na tych i dwóch kolejnych zajęciach będę cię uczył, jak wyprowadzić celne ciosy.
— Nie będę nikogo bić. — Zaprotestowała. — Brzydzę się przemocą.
— Kiedyś możesz nie mieć wyjścia. — Ustawiłem worek pod ścianą. — Nocą czy w klubach spotyka się różnych ludzi, samoobrona to naprawdę przydatna sprawa.
— W nocy śpię, a do klubów nie chodzę, więc nie potrzebuję tego. — W końcu podniosła na mnie wzrok. Robiła to rzadko i tylko na kilka sekund, ale wystarczało, żebym na chwilę zatonął w barwie jej oczu. Nagle w mojej głowie pojawiło się przekonanie, że nigdy nie widziałem piękniejszych.
— Masz dopiero dwadzieścia lat. — Zauważyłem. — Co robisz w weekendy?
— Uczę się, czytam książki, pomagam rodzicom w domu. — Odpowiedziała z uśmiechem. — Nie potrzebuję towarzystwa pijanych nastolatków, żeby zapomnieć o Bożym świecie.
Vivian zaintrygowała mnie już podczas naszego pierwszego spotkania, ale teraz nie potrafiłem przestać na nią patrzeć. Ona wyraźnie nie była mną zainteresowana, dlatego musiałem zacząć nad sobą panować, w końcu nawet jej dobrze nie znałem. Czułem przy niej spokój i wolność, czego od jakiegoś czasu wyraźnie mi brakowało. Na początku protestowała, gdy chciałem, żeby powtarzała po mnie wykonane ciosy, ale na szczęście potem się przełamała. Oczywiście robiła to bardzo nieporadnie i oboje mieliśmy z tego niezły ubaw. Z jej idealnie uczesanego koka zaczęły wydostawać się kosmyki włosów, które co chwilę poprawiała. Moim obowiązkiem jako instruktora było także pokazywanie błędów, jakie popełniała, ale nie miałem do tego serca. Tak bardzo cieszyła się, gdy ją chwaliłem, że nie potrafiłem postąpić inaczej.
— Spróbuj trochę niżej. — Zaproponowałem. — Tutaj na pewno zaboli każdego faceta, jeśli dobrze poprowadzisz uderzenie.
— Nie chcę, żeby go bolało. — Pokręciła głową. — On ma tylko zrozumieć, że źle robi.
— Vivian, pijany koleś nie będzie myślał o tym, czy robi coś złego. — Skarciłem jej naiwność. — On chce, żeby cię bolało, dlatego ty musisz zrobić to samo. On nie zasługuje na łaskę.
— Każdy na nią zasługuje. — Spojrzała na mnie smutno. — Jako były wojskowy, powinieneś to wiedzieć.
Zatkało mnie. Nie chodziło o to, że wiedziała czym się kiedyś zajmowałem, ale już wcześniej coś zauważyłem. Kiedy pierwszy raz ją zobaczyłem, dwie dziewczyny wytrąciły jej książki, a ona zbierała je z podłogi z lekkim uśmiechem na ustach, po czym jeszcze broniła te dziewczyny. Teraz zachowywała się podobnie. Uważała, że nawet ktoś, kto wyraźnie chciałby zrobić jej krzywdę, zasługiwał na łaskę, może nawet przebaczenie. Takie myślenie było naiwne, choć z drugiej strony różniło się od wszystkiego, co wcześniej uznawałem za słuszne i chyba to tak mnie w niej intrygowało.
— Zmieniłabyś zdanie, gdybyś musiała walczyć tam, gdzie ja. — Powiedziałem z zaciśniętą szczęką. — Tam nie myślisz o tym czy Bóg ci to kiedyś wybaczy. Po prostu musisz walczyć o to, żeby jeszcze kiedyś zobaczyć swoją rodzinę, przytulić ją i powiedzieć, jak bardzo się ją kocha. Nigdy tego nie zrozumiesz, więc nie mów teraz o łasce, bo tam jej nie ma.
Zajęcia uznałem za zakończone. Do końca pozostało dziesięć minut, ale bałem się naszej dalszej rozmowy. Ona była zupełnie inna niż ja, dlatego raczej nigdy byśmy się nie dogadali. Vivian pożegnała się ze mną cicho, po czym wyszła z sali. Odłożyłem wszystkie przedmioty na miejsce, przebrałem się w codzienne ciuchy, zamknąłem drzwi od sali, a następnie wyszedłem ze szkoły. Żałowałem, że przyszedłem piechotą, bo nie miałem ochoty na spacer. Pogoda zaczynała się pogarszać, o czym świadczyły kłębiące się, czarne chmury. Z westchnieniem ruszyłem w stronę swojego mieszkania, ale jeszcze zanim opuściłem teren szkoły, usłyszałem nawoływanie mojego imienia. Odwróciłem się w stronę, z której dobiegał głos i zobaczyłem Harr’ego przy jedynym zaparkowanym samochodzie. Obok niego stała Vivian.
— Cześć, Nick. — Podał mi rękę, którą od razu uścisnąłem.
— Cześć. Liczyłem, że wpadniesz na moje zajęcia. — Przyznałem.
— A co? Już masz dość mojej siostry? — Roześmiał się, patrząc na zawstydzoną Vivian.
— Jeszcze nie, ale nie pogardziłbym jakimś męskim towarzystwem. — Wcisnąłem dłonie do kieszeni swoich spodni.
— Będę w samochodzie. — Oznajmiła cicho i już po chwili siedziała w środku jeepa.
Harry westchnął głośno, a zaraz potem wywrócił oczami. Spojrzałem na nią i przyłapałem na tym, że ona także na mnie patrzyła. O dziwo, od razu nie odwróciła wzroku, ale i tak wyglądała na zawstydzoną. W jednej chwili zapragnąłem poznać wszystkie jej tajemnice. Chciałem, żeby pokazała mi inny świat niż ten, który sam znałem. Ona mogłaby być moim lekarstwem.
— Przepraszam cię za nią. — Z rozmyślań oderwał mnie głos Harry’ego. — Bardzo ją kocham, ale już od roku próbujemy z Darcy zrobić coś, żeby wróciła dawna Vivi. Powoli tracimy jakąkolwiek nadzieję.
— Czyli nie zawsze taka była? — Upewniałem się.
— Nie. — Westchnął. — Teraz muszę już jechać, ale może chciałbyś przyjechać do nas pojutrze na obiad? Darcy wczoraj przyjechała do Londynu i na pewno by się ucieszyła, gdybyś wpadł.
— Z przyjemnością, do zobaczenia. — Pożegnałem się.
Nie poznawałem samego siebie. Przyłapałem się na tym, że zaczynałem odliczać czas do obiadu u państwa Donavan. Oczywiście tęskniłem za Darcy, bo po moim wyjeździe na wojnę, nasz kontakt się urwał, ale najbardziej chodziło mi o Vivian. Chciałem na własne oczy zobaczyć, jak zachowywała się u siebie w domu, co lubiła robić, czego nienawidziła. Poczułem wewnętrzną potrzebę zaprzyjaźnienia się z nią, ale wiedziałem, że to nie będzie wcale taka prosta sprawa. Vivian Donavan dręczyła mnie w snach, ale zdecydowanie bardziej wolałem jej brązowe oczy niż ruiny w Syrii.
Rozdział 4 — VIVIAN
Niedzielny obiad w naszej rodzinie był najważniejszy ze wszystkich pozostałych. W ten dzień rodzice bardzo często zapraszali na posiłek pastora Trantera, który zawsze mnie wspierał, wskazywał drogę, ale również pouczał, gdy mi się należało. Po piątkowych zajęciach z samoobrony, miałam wewnętrzną potrzebę na rozmowę z duchownym, ale niestety akurat wtedy go nie było. Chciałam z nim porozmawiać o dziwnej reakcji mojego ciała na dawnego przyjaciela mojej siostry. Dopiero wczoraj przypomniałam sobie, jak często do nas przychodził. Miałam wtedy wrażenie, że Darcy się w nim podkochiwała, podobnie Nick w niej, ale potem nagle zniknął z naszego życia. Moja siostra zakochała się w Thomasie i wyjechali do Nowego Jorku. Właśnie wtedy moi rodzice adoptowali Harry’ego, który od razu nas pokochał, jakbyśmy zawsze byli rodziną. Jako piętnastolatka, unikałam Nicka jak ognia, a przebywałam w jego towarzystwie tylko wtedy, gdy naprawdę musiałam. Byłam dla niego małolatą, natomiast on dla mnie wyrośniętym przyjacielem mojej starszej siostry. Zanim Nick wyjechał na wojnę i spotykał się z Darcy, miałam nadzieję, że będą razem. Nigdy nie brakowało im tematów do rozmów, świetnie czuli się w swoim towarzystwie i przede wszystkim wpadali na szalone pomysły. Teraz brunet zachowywał się zupełnie inaczej, ale może naprawdę wojna go doszczętnie zmieniła. Moja siostra — blondynka o dużych niebieskich oczach, czasami nadal zachowywała się jak dziecko. Z perspektywy czasu przekonałam się, że bardziej pasował do niej Thomas, a nie Nick jednak to przed swoim narzeczonym uciekła do rodzinnego domu. Mama w każdej wolnej chwili wypytywała Darcy o powód przyjazdu, ale ona milczała. Nie chciała o tym rozmawiać, nawet ze mną, a zawsze wszystko sobie mówiłyśmy. Czułam rozczarowanie, choć liczyłam na to, że jeszcze się to zmieni.
Odłożyłam na półkę książkę, kiedy usłyszałam krzyk mamy, abym jak najszybciej pomogła jej w nakryciu stołu. Od rana chodziła nerwowa, dlatego Darcy starała się nie wchodzić jej w drogę. Posłusznie zeszłam po schodach do holu, skąd weszłam do kuchni, w której unosił się zapach smażonej ryby. Już od dawna nie jadłam fish and chips, dlatego mój żołądek od razu upomniał się o odpowiednią ilość jedzenia.
— Vivian, dziecko. — Mama podeszła do mnie z częścią porcelanowej zastawy. — Proszę, nakryj do stołu. Ja w tym czasie dokończę apple pie.
— Dobrze, mamo. — Odebrałam od niej naczynia, z którymi ostrożnie przeszłam do jadalni, gdzie stał szklany stół. Usiadłoby przy nim przynajmniej dziesięć osób, ale na dzisiaj w zupełności wystarczy pięć nakryć.
Kiedy z niezwykłą dokładnością układałam na stole sztućce, według kolejności ich użycia, do jadalni wpadła Darcy. Wpadła, to bardzo dobre słowo, które w zupełności odzwierciedlało jej sposób pojawienia się w tym pomieszczeniu. Spojrzałam na nią karcąco, a po chwili obie usłyszałyśmy krzyk mamy. Upominała nas o szanowanie drogich przedmiotów, jakimi były przykładowo drzwi.
— Co się stało? — Zapytałam. — Wpadłaś tutaj, jakby się paliło.
— Harry właśnie mi powiedział, że zaprosił na obiad swojego kolegę. — Wyznała podekscytowana.
— Czyli muszę przygotować dodatkowe nakrycie. — Przygryzłam wargę, zastanawiając się nad układem siedzenia przy stole.
— Vivi, ty nic nie rozumiesz? — Wyrzuciła ręce w powietrze, wyraźnie poirytowana moją obojętnością. — Ten kolega może być niezłym ciachem, a ty musisz się zabawić, zanim zamkną cię w tym klasztorze.
— Zabawić? — Zmarszczyłam brwi. — Chodzi ci o współżycie?
— Boże, widzisz, a nie grzmisz. — Darcy wywróciła oczami, a zaraz potem pociągnęła mnie gwałtownie za rękę w stronę wyjścia, przez co prawie zbiłam talerz. Chciała odciągnąć mnie od obowiązków, dlatego zamierzałam się sprzeciwić, ale po chwili na moim miejscu pojawił się Harry i to on kończył nakrywać do stołu.
Wbiegła po schodach, nadal nie puszczając mojej dłoni. Poddałam się, ponieważ i tak w starciu ze swoją siostrą, nie miałam żadnych szans. Weszłyśmy do mojego pokoju, na co Darcy od razu się skrzywiła. Podeszła do okna, które zostało przeze mnie szczelnie zasłonięte, jednak ona całkowicie sobie z tym poradziła. Usiadłam z westchnieniem na swoim łóżku i tylko przyglądałam się jej poczynaniom. Po odsłonięciu okna, podeszła do mojej szafy, z której zaczęła wyciągać moje ubrania. Co chwilę słyszałam jej jęki rozczarowania, gdy nie znalazła niczego, co by się jej podobało. Nawet latem, wolałam przecierpieć, ale zakładałam dresy, jakieś bluzy czy swetry. Ludzie często uważali, że miałam nadwagę, a wszystko przez duże ciuchy.
— Nie masz żadnej sukienki? — Zapytała z niedowierzaniem. — Każda dziewczyna powinna mieć, chociaż jedną.
— Nie jestem każda. — Zauważyłam trafnie. Darcy już wiele razy namawiała mnie na założenie sukienki, ale jeszcze nigdy jej się to nie udało. Kochałam ją jak nikogo innego, jednak wolałam, gdy była w Nowym Jorku.
— Vivi, proszę, załóż coś ładnego. — Spojrzała mnie błagalnie. — Zrób to dla mnie i Harry’ego.
Darcy była sprytna, wiedziała jak mnie podejść, bym chociaż w jakimś stopniu zrobiła po jej myśli. Może i Harry nie był naszym prawdziwym bratem, ale mogłabym zrobić dla niego dosłownie wszystko. Skradł nam wszystkim serce, gdy tylko przeszedł przez próg domu. Skoro to on zaprosił swojego kolegę, to wiedziałam, że bardzo mu zależało na tym, abym chociaż raz zachowywała się na luzie. Postanowiłam się o to postarać, najlepiej jak umiałam.
— Ubiorę najlepsze ubrania, jakie mam, w porządku? — Darcy pisnęła radośnie, ale zaraz przeklęła pod nosem, gdy mama zaczęła wołać nas na obiad. — Idź już, a ja zaraz do was dołączę.
Opuściła mój pokój, zanim zdążyłam ją poprosić, aby specjalnie nie denerwowała mamy przy stole. Uwielbiała to robić, czasami się zastanawiałam czy nie było to jej hobby. Z niechęcią podeszłam do walizki, która leżała na dnie dębowej szafy. W jej środku znajdowały się ubrania, prawie w ogóle przeze mnie nieubierane. Wyciągnęłam granatowe, dopasowane spodnie dresowe, a na wierzch założyłam brązowy sweter na rękaw trzy czwarte. Nie przejmowałam się stanem moich włosów ani tym, czy w nocy nie wyskoczył mi jakiś pryszcz. Z uśmiechem na ustach zeszłam po schodach, a potem weszłam do jadalni i dopiero wtedy uśmiech zniknął z mojej twarzy. Zobaczyłam Darcy, która ze łzami w oczach przytulała się do Nicka a on również wyglądał na poruszonego tym spotkaniem. Odchrząknęłam, sygnalizując swoją obecność.
— Vivi, pamiętasz Nicka? — Otarła z łez swoje policzki, na których pozostały ślady po jej tuszu do rzęs. — To jest właśnie kolega Harry’ego.
— Cześć, Vivian. — Brunet wypuścił ze swoich objęć moją siostrę, aby ująć moją dłoń i pocałować jej wierzch. Momentalnie się zapowietrzyłam, kiedy jego usta spotkały się z moją skórą. W tym samym czasie nie odrywał ode mnie wzroku, przez co znowu poczułam gorąc na policzkach. Spojrzałam skrępowana na mamę, która ciskała w niego niewidzialnymi piorunami. Wiedziałam, że to dopiero początek.
Usiedliśmy przy stole zupełnie inaczej niż przewidziałam. Niestety tata nie zdążył na samolot do Londynu, dlatego jedno nakrycie musiałam posprzątać, zanim bezproblemowo mogliśmy zacząć jeść. Siedziałam obok mamy, a naprzeciwko nas miejsce zajął Harry, Nick oraz Darcy. Czułam się tak, jakbyśmy w jakimś sensie się podzielili. Miałam wrażenie, że pierwszy raz siedziałam nie po tej stronie, co powinnam, ale nie mogłam zostawić mamy samej. Kochała Darcy i Harry’ego, jednak obie z moją siostrą nie kryły tego, że jej narodziny były wpadką. Ja byłam najbardziej wyczekiwanym dzieckiem, a Harry skradł jej serce w szpitalu, kiedy zajmowała się nim po wypadku.
Przy stole panowała grobowa cisza. Nikt się nawet nie ruszał, co w końcu przerwała moja siostra. Chwyciła za talerz, na którym znajdował się usmażony dorsz. Mama spiorunowała ją wzrokiem.
— Darcy, najpierw modlitwa, dopiero potem jedzenie. — Skarciła ją jak małe dziecko.
— Tym razem będziesz się musiała bez tego obejść, bo Nick jest niewierzący. — Uśmiechnęła się do niej wrednie.
Zaczęło się.
— Słucham? — Podniosła się z krzesła. Wyglądała na co najmniej oburzoną, czego w ogóle nie rozumiałam. — To prawda? — Zwróciła się do bruneta.
— Tak, pani Celine. — Odpowiedział. — Przestałem wierzyć w Boga, gdy na własne oczy zobaczyłem śmierć. W pewnym sensie powinna pani wiedzieć, o czym mówię.
— Jestem lekarzem, spotykam się z nią codzienne i to nie wpływa na to, w co wierzę. — Zacisnęła usta w cienką linię. — Nie będę siedziała przy jednym stole z ateistą, smacznego.
Naprawdę chciałam ją powstrzymać przed wyjściem z jadalni, ale po raz pierwszy nie potrafiłabym jej obronić. Zachowała się źle w stosunku do Nicka. Spojrzałam na niego i przyłapałam go na tym, że on również się we mnie wpatrywał. Oczywiście nie zdołałam przeoczyć dziwnych uśmiechów na twarzy mojego rodzeństwa. Zaproponowałam, aby każdy nałożył sobie ryby oraz frytek, ponieważ czekał na nas przepyszny deser. Przez prawie cały obiad Darcy rozmawiała z Nickiem o starych czasach. Harry słuchał ich jak zaczarowany, a ja miałam ochotę zaszyć się w swoim pokoju i zdjąć z siebie te niewygodne spodnie. Moje myśli zajmowało zachowanie mamy, która jeszcze nigdy tak nie postąpiła w stosunku do gościa. Zawsze dbała o dobrą opinię wśród sąsiadów, dlatego w okresie wiosny oraz lata urządzała u nas liczne bale, spotkania przy kawie czy grille.
— Vivi, słyszałaś? — Darcy spojrzała na mnie podekscytowana. — W czasie wolnym Nick chodzi do pobliskiego schroniska, gdzie zajmuje się psami i kotami jako wolontariusz.
— Naprawdę? — Spojrzałam na bruneta z niemałym zaskoczeniem. Były wojskowy, który uczył samoobrony, zajmował się bezdomnymi zwierzętami. Bardzo szlachetne.
— Tak, może chciałabyś pójść jutro ze mną do tego schroniska? — Przygryzł wargę. — Potrzebujemy jak najwięcej wolontariuszy.
— To może Darcy i Harry wybraliby się z nami? — Zaproponowałam. — Im nas więcej, tym lepiej.
— Wiesz, siostra… Nickowi chyba chodziło o to, żebyście byli przez jakiś czas sami. — Harry spuścił wzrok na placek jabłkowy, żeby ukryć swój szeroki uśmiech.
— Och. — Właśnie w taki sposób skomentowałam słowa brata. Uśmiechnęłam się do Nicka nerwowo, aby jakoś ukryć zakłopotanie. Niby spotkaliśmy się już sami, wtedy na sali, ale już wiedziałam, że więcej się to nie powtórzy.
Zupełnie nie wiedziałam, co odpowiedzieć, dlatego skłamałam, że musiałam iść do toalety. Zgrzeszyłam, ale każdy to robił, więc ta myśl stała się moim jedynym pocieszeniem. Opieka nad zwierzętami nie była niczym złym, w końcu kochałam te stworzenia, ale wolałam nie przebywać w towarzystwie bruneta dłużej niż to konieczne, tak jak kiedyś. Dotąd nie rozmawialiśmy zbyt wiele, on skrywał jakieś tajemnice, a ja nie wiedziałam czy chciałam je poznać. Telefon kusił mnie, żeby zadzwonić do pastora o poradę, ale nie mogłam dzwonić do niego za każdym razem. Do swoich czerwonych policzków przyłożyłam namoczony wcześniej papier, próbując również uspokoić swoje serce. Przecież nie zrobił nic niestosownego, a może i tak namówiłabym na to wyjście swojego brata czy siostrę. Po upływie kilku minut postanowiłam wyjść z łazienki. W tym samym momencie z jadali wyszedł Nick, który zaczął kierować się w stronę wyjścia.
— Już wychodzisz? — Zapytałam zaskoczona.
— Niestety, obowiązki wzywają. — Oznajmił, jakby rozczarowany tym, że musiał już wyjść. — Przekaż swojej mamie, że obiad był przepyszny. Dziękuję za zaproszenie.
— Dobrze. — Pokiwałam głową z lekkim uśmiechem.
Staliśmy naprzeciwko siebie, patrzyliśmy sobie w oczy, jednak żadne z nas się nie odezwało. Podszedł do mnie bliżej, przez co poczułam jego intensywne perfumy. Chciał ucałować wierzch mojej dłoni na pożegnanie, ale przeszkodziło mu w tym chrząknięcie mojej mamy, która stała na ostatnim schodku, skąd miała doskonały widok na nasze osoby. Nick uśmiechnął się pod nosem, a potem wyszedł. Po spojrzeniu swojej mamy wiedziałam, że będzie czekała mnie poważna rozmowa.
Rozdział 5 — NICK
Schronisko dla zwierząt, w którym pomagałem jako wolontariusz, naprawdę zareagowało entuzjastycznie, gdy wspomniałem o dodatkowej pomocy. Co prawda Vivian nie odpowiedziała na moje zaproszenie, w dodatku nie pojawiła się w poniedziałek w szkole. Pytałem Harry’ego, dlaczego nie było jej na zajęciach i czy przyjedzie dzisiaj do schroniska. Na oba moje pytania nie znał odpowiedzi. Sytuacji nie pomagał fakt, że Harry dziwnie się zachowywał, chciał jak najszybciej zakończyć naszą rozmowę. Postanowiłem wtedy zadzwonić do Darcy, ale nie odbierała telefonu. Do głowy przyszedł mi tylko jeden powód, a mianowicie pani Celine. Kiedy jeszcze przyjaźniłem się z Darcy i byłem częstym bywalcem w ich domu, nie ukrywała tego, że najzwyczajniej w świecie za mną nie przepadała. Sytuacja lubiła się powtarzać, tylko tym razem nie zniknę tak szybko z ich życia. Pani Celine nie darzyła mnie sympatią, gdy jeszcze byłem katolikiem, więc teraz chyba mnie nienawidziła. Jej zachowanie na wczorajszym obiedzie pozostawiało wiele do życzenia, jednak rozumiałem ją w pewnym stopniu, a przynajmniej próbowałem. Odkąd tylko poznałem rodzinę Donavan, zauważyłem, że Vivian była tam chroniona jak największy skarb. Teraz ponownie pojawiłem się w ich życiu, kiedy szatynka już nie była w moich oczach małolatą, tylko piękną, dorosłą kobietą, którą trzeba było jak najszybciej wyrwać z ich kokonu bezpieczeństwa. Postanowiłem spróbować, ale oczywiście potrzebowałem niewielkiej pomocy ze strony Harry’ego oraz Darcy. Część zdążyliśmy obgadać podczas nieobecności Vivi, jednak jeszcze nie skończyliśmy, a oni zaczęli się dziwnie zachowywać. Nagle przypomniałem sobie wyraz twarzy pani Donavan, gdy chciałem ponownie pocałować rękę Vivian na pożegnanie. Mogłem ją wtedy uprzedzić, że niedługo jej córka dopiero zacznie robić zakazane rzeczy.
Z szybko bijącym sercem zbliżałem się do wejściowej bramy schroniska: Battersea Dogs&Cats Home, które znajdowało się niedaleko Hyde Parku. Dwie godziny wcześniej wysłałem Darcy SMS-a z adresem, pod który Vivian mogłaby przyjechać, ale nic nie odpisała. Westchnąłem zawiedziony, gdy nigdzie jej nie zobaczyłem. Postanowiłem przywitać się z Hankiem — właścicielem schroniska, a potem zabrać się za pracę. Moje rozczarowanie trwało zaledwie kilka sekund, ponieważ chwilę potem zauważyłem Vivian, która głaskała Lucky’ego przez żelazne kraty. Nie byłem w stanie opisać swojej radości.
— Cieszę się, że jednak przyszłaś. — Odezwałem się, kiedy podszedłem bliżej niej. Gdybym nadal się jej przyglądał w milczeniu, nawet by nie zauważyła mojej obecności.
— Ja też. — Przyznała z uśmiechem. — W zasadzie to Darcy wyrzuciła mnie z domu, a potem przywiozła tutaj, ale teraz sobie myślę, że bym żałowała, gdybym nie przyjechała. Tutaj jest pięknie.
— Tak, to prawda, też zakochałem się w tym miejscu. — Uśmiechnąłem się do niej lekko. Robiliśmy postępy, bo nie odwróciła wzroku. — A najbardziej w nich. — Kiwnąłem w stronę wybiegów dla bezdomnych psów i kotów.
— Chciałam zabrać ze sobą Harry’ego, ale się rozchorował. — Oznajmiła. — Darcy się nim zajmuje.
Dziękuję ci, Harry.
— Może przyjść następnym razem. — Wzruszyłem obojętnie ramionami, żeby nie zauważyła, że najbardziej chodziło mi o wyłącznie jej obecność. — Dla każdego znajdzie się tutaj praca. W poniedziałek wolontariusze mają o tyle łatwiej, że ich jedynym zadaniem jest wyprowadzenie kilkoro psów na spacer do parku.
— Już nie mogę się doczekać. — Wyznała podekscytowana. Jej oczy świeciły się jak gwiazdy, mimo że teraz był dzień.
Gratulowałem sobie w duchu za ten pomysł. Zaproszenie jej tutaj, to jak strzał w dziesiątkę. Okłamałem ją z tym spacerem, bo akurat on odbywał się zawsze w weekendy, ale tylko podczas spaceru, mógłbym z nią dłużej porozmawiać. Gdybyśmy zostali tutaj, każdy z nas dostałby przydzielony wybieg i musiał się z nim zajmować. Zostawiłem Vivian z Lucky’m, który się do niej łasił, żeby pójść zapytać Hanka o pozwolenie na wyprowadzenie psów. Zgodził się bez najmniejszego problemu, ale widziałem, jak z uśmiechem przyglądał się Vivian. Sam miałem na to ochotę, jednak musiałem do niej wrócić. Hank pozwolił wyprowadzić łącznie cztery psy. Okrutne było wybranie czterech psów z pośród setki, ale na każdego w końcu przychodziła pora.
— Możemy wyprowadzić cztery psy. — Oznajmiłem. Vivian spojrzała na mnie przerażona.
— Jak mogłabym wybrać cztery? Przecież to niesprawiedliwe. — Pokręciła głową. — Każdy zasługuje na to, żeby chociaż na chwilę wyrwać się z tej klatki.
— Vivian, pomyśl logicznie… Nie jesteśmy w stanie wyprowadzić setki psów w jeden dzień. Musimy wybrać, a ty chyba z pierwszym nie będziesz mieć problemu. — Z uśmiechem spoglądałem na Lucky’ego, który skomlał za dotykiem Vivian.
— Masz rację. — Przyznała niechętnie. — To zaczynamy?
Kolejną godzinę zajęło nam wybranie psów. Kiedy Vivian już się na jakiegoś zdecydowała, zobaczyła innego psa i zaraz zmieniała zdanie. Naprawdę zaczynałem sądzić, że nigdy nie dotrzemy do parku, ale na szczęście potem wzięła się w garść. Prowadziłem na smyczy Daisy oraz Alexa, natomiast Vivian — Lucky’ego i Liona.
Spośród nich najstarszy był Lion, który kilka miesięcy temu został porzucony w Hyde Parku.
Nie mogłem powstrzymać uśmiechu, gdy widziałem szczęśliwą Vivian. Z dumą prowadziła psy ze schroniska, jakby to ona była ich właścicielką. Ignorowała krzywe spojrzenia, a nawet ciche śmiechy kobiet, a nawet mężczyzn, którzy nas mijali. Nie potrafiłem zrozumieć tego, że ona w ogóle się tym nie przejmowała. Szła z wysoko uniesioną głową, życzliwe się uśmiechała, natomiast ze starszymi ludźmi, po prostu się witała. Oni odpowiadali jej z uśmiechem, życząc tego, aby Bóg wynagrodził jej swoje zachowanie. Jeszcze nigdy nie spotkałem kogoś takiego.
— Mogę cię o coś zapytać? — Przygryzłem wargę, oczekując na jej zgodę.
— Oczywiście. — Odpowiedziała.
— Dlaczego nie przejmujesz się tym, jak inni ludzie cię traktują? Wyśmiewają cię, a ty w ogóle nie reagujesz. To samo zauważyłem wtedy w szkole, kiedy te dwie dziewczyny wytrąciły ci z rąk książki. Zbierałaś je z uśmiechem na ustach. — Zmarszczyłem brwi. Dokładnie pamiętałem ten dzień.
— A ty mi pomogłeś… — Dokończyła za mnie.
— To nie jest odpowiedź na moje pytanie. — Zauważyłem sfrustrowany.
— Twoje pytanie powinno brzmieć: dlaczego w ogóle powinnam się tym przejmować? — Westchnęła głośno. — Ludziom zawsze coś będzie w komuś nie odpowiadać, niezależnie, czy chodzi o charakter, czy o wygląd. Dlaczego mam udawać kogoś, kim nie jestem, tylko dlatego, żeby komuś to odpowiadało? Czuję się dobrze z tym, jaka teraz jestem, a to jest najważniejsze. To siebie musisz akceptować, żeby nie zwariować. Nie przejmuję się opinią innych, ponieważ ani trochę mnie to nie interesuje. Kiedyś zostaną ukarani za to, jak traktują innych, ale to nie ja będę ich osądzać.
— Wierzysz w karmę? — Musiałem się na chwilę zatrzymać, ponieważ Alex postanowił zaznaczyć swój teren na jednym ze śmietników.
— Nie ma czegoś takiego jak karma, Nick. — Pokręciła głową. — Jest tylko i
wyłącznie wola Boga, ale nie rozmawiajmy o tym, w końcu jesteś ateistą.
— Chyba potrzebuję kogoś, żeby to zmienił. — Spojrzałem jej w oczy. — Pomożesz mi?
— Zawsze. — Odpowiedziała bez wahania.
Tym razem Vivian zachowywała się zupełnie inaczej w moim towarzystwie, niż choćby wczoraj. Nie odwracała wzroku, gdy patrzyłem jej głęboko w oczy, nie rumieniła się co chwilę, chociaż to akurat mi się mniej podobało i śmiała się z moich kiepskich żartów. Próbowałem wypytać ją, dlaczego nie przyszła dzisiaj do szkoły. Niechętnie odpowiedziała, że musiała posprzątać cały dom przed piątkowym balem, który organizował Peter Donavan — ojciec całej trójki rodzeństwa. Ich rodzina słynęła z tych balów, odkąd tylko pamiętałem. Zawsze była przedstawiona jakaś tematyka, jednak tym razem strój pozostał dowolny. Zapytałem Vivian czy na nim będzie. Odpowiedziała, że zazwyczaj nie wychodzi wtedy ze swojego pokoju, ale teraz już wiedziała, że Darcy jej na to nie pozwoli.
— Może chciałbyś przyjść? — Zapytała po chwili. — Harry i Darcy na pewno zrobiliby to za mnie, ale kilka godzin przed balem.
— To chyba nie jest dobry pomysł. — Skrzywiłem się. — Twoja mama mnie nienawidzi.
— To prawda. — Przyznała szczerze. — Bardzo cię przepraszam za jej zachowanie, ona po prostu się o mnie martwi. Nie chce, żebym zboczyła z drogi, jaką jakiś czas temu sobie obrałam, tym bardziej, że zostało niewiele czasu. Za to mój tata cię uwielbia, przyjdź.
Miałem zamiar zapytać ją, do czego pozostało niewiele czasu, ale wtedy coś zauważyłem. Jakieś trzy metry przed nami siedział rudy kot, który postanowił odbyć swoją toaletę w promieniach słońca. Przełknąłem głośno ślinę, patrząc na Liona, który na razie zdawał się niczego nie zauważać. Szedł z nosem przy ziemi, jakby coś, a raczej kogoś wyczuł. Z doświadczenia wiedziałem, że to nie skończy się dobrze, ale mieliśmy jeszcze czas, aby temu zaradzić. Mimo smyczy Daisy, którą trzymałem w prawej ręce, złapałem Vivian za dłoń, aby się zatrzymała. Wciągnęła gwałtownie powietrze, gdy między naszymi dłońmi przeszły prądy, ale nie było czasu, żeby się nad tym zastanawiać.
— Vivian, nie ruszaj się, ani kroku dalej. — Powiedziałem do niej, nie odrywając wzroku od rudego kota. „Modliłem się” o to, żeby on także nie robił gwałtownych ruchów. — Lion nie lubi pewnych zwierząt i nie potrafię wtedy nad nim zapanować.
— Nie lubi kotów? — Zapytała głośno.
Spojrzałem na nią przerażony, a potem wszystko działo się bardzo szybko. Lion podniósł do góry łeb, ponieważ usłyszał to zakazane słowo, a potem zauważył rudego kota. Głośno warknął, po czym wyrwał się ze smyczy w pogoni za kotem, który w końcu nas zauważył. Pozostałe psy, kiedy tylko zobaczyły Liona, biegnącego za kotem, postanowiły do niego dołączyć. Spojrzeliśmy na siebie z Vivian, a następnie ruszyliśmy za nimi. Cieszyłem się, że była ubrana w dresy, bo to zdecydowanie ułatwiało pościg. Słyszałem szczekanie naszych psów, które biegły zdecydowanie szybciej od nas. Nawet nie chciałem myśleć o tym, co zrobiłby mi Hank, gdybym nie wrócił z psami do schroniska. Ludzie schodzili nam z drogi, biegliśmy co tchu za czworonogami, które w końcu zaprzestały pościgu za rudnym kotem. Ich uciekinier postanowił wdrapać się na drzewo, czego psy akurat nie potrafiły zrobić. Mimo że wiedzieliśmy, że już nam nie uciekną, nadal biegliśmy w ich stronę. W nocy trochę padało, więc gdzieniegdzie zrobiło się błoto, o czym z Vivian dosadnie się przekonaliśmy. Najpierw poślizgnęła się ona, a zaraz potem ja, przez co wylądowałem na jej ciele. Oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Opierałem się rękoma po obu stronach jej głowy. Pierwszy raz naprawdę słyszałem jej szczery śmiech i nasz głupi wypadek był tego przyczyną. Po chwili dołączyły do nas nasze psy, które całkowicie straciły zainteresowanie kotem na drzewie.
— Chyba im się spodobało. — Skomentowałem zachowanie psów. Brodziły nosem w błocie, jakby były świniami. Już wiedziałem, kto będzie musiał je osobiście wykąpać.
— Chyba tak. — Powiedziała cicho. Patrzyliśmy sobie w oczy z odległości kilku centymetrów, a ona nawet nie wspomniała słowem, że znajdowałem się za blisko jej ciała. — Powinniśmy już wracać.
— Co? A tak… Masz rację. — Wymusiłem uśmiech. Wstałem z Vivian, ale zanim podałem jej swoją dłoń, aby jej pomóc, ona z westchnieniem spojrzała na błękitne niebo.
Zaczepiliśmy nasze psy na smycze, a potem szybszym krokiem wróciliśmy do schroniska. Obiecałem Hankowi, że jeszcze dzisiaj tu wrócę i wykąpię całą czwórkę, ale najpierw postanowiłem odwieźć Vivian do domu. Dopóki nie znalazłem jeszcze odpowiedniego auta dla siebie, wypożyczyłem inny w komisie. Po dwudziestu minutach zaparkowałem pod bramą willi. Wysiadłem z auta pierwszy, żeby otworzyć Vivian drzwi. Kiedy stanęliśmy przed bramą, nie wiedziałem, jak się z nią pożegnać. Nie zdążyłem nawet wykonać jakiegokolwiek ruchu w stronę Vivian, gdy brama się otworzyła i oboje zobaczyliśmy panią Celine.
— Vivian, w tej chwili do domu. — Pani Donavan zacisnęła obie dłonie w pięści, a jej córka posłusznie wykonała jej polecenie.
Zanim brama się za nimi zamknęła, mama Vivian posłała mi zwycięski uśmiech. Jeszcze zobaczymy, kto będzie się śmiał ostatni. Chciała wojny, to będzie ją miała.
Rozdział 6 — VIVIAN
Nie przepadałam za wtorkowymi lekcjami, ale musiałam jakoś przetrwać ten dzień. Akurat we wtorki mój plan lekcji nie prezentował się komfortowo. Mimo że uczyłam się najlepiej z klasy i miałam szansę na stypendium, cztery godziny sztuki jednego dnia, to chyba jednak jakaś przesada. Zdecydowanie bardziej wolałam literaturę angielską, muzykę czy nawet chemię. Obecnie trwała przerwa na lunch, którą zawsze spędzałam sama. Sofia wykorzystywała ten czas, aby pójść do swojego chłopaka, a ja nie chciałam im przeszkadzać. James niekoniecznie rozumiał moje zachowanie, ale nigdy nie powiedział mi czegoś, co mogłoby sprawić mi przykrość. Po prostu się tolerowaliśmy. Nie szukałam nowych przyjaźni na ostatnie cztery miesiące w tej szkole. Poszłam do biblioteki, jak to miałam w zwyczaju. Przemierzałam regały w poszukiwaniu książki, dzięki której, chociaż na chwilę zapomniałabym o otaczającym mnie świecie. Szukałam w dziale książek obyczajowych, ponieważ innych nie było mi wolno czytać. Nie raz mnie kusiło, żeby przeczytać jakiś romans albo chociaż obejrzeć film o takiej tematyce, ale zaraz potem przypominałam sobie głos mamy, która mówiła mi o moim przeznaczeniu. Kiedy przyznawałam się do tego, o czym myślałam, za każdym razem wspominała o szatanie, chcącym pokrzyżować mi drogę. Bardzo ją kochałam i szanowałam jej zdanie, ale ostatnio ciężko z nią wytrzymać. Wiedziałam, co było tego powodem. Tłumaczyłem jej, że z Nickiem nic mnie nie łączyło, nawet przez chwilę nie pomyślałam o nim w ten zakazany sposób, jednak nic do niej nie docierało. Ciągle powtarzała, że go nienawidziła, natomiast za argument podawała jego wiarę, a raczej jej brak. W tajemnicy przed nią rozmawiałam o tej sytuacji z pastorem. Poradził mi zachowanie trzeźwego umysłu oraz nieuleganie pokusom, które jeszcze staną na mojej drodze.
Siedziałam na samym tyle biblioteki, gdzie zazwyczaj nikogo nie było. Uczniowie naszej szkoły przychodzili tam tylko po lektury, aby w rezultacie przeczytać ich opracowanie. Jeszcze nie poznałam kogoś, kto czytał książki z własnej, nieprzymuszonej woli. Westchnęłam głośno, kiedy zadzwonił dzwonek na lekcję. Czekały mnie teraz ostatnie dwie godziny ze sztuki. Analizowanie obrazu pt.: „Dama z łasiczką”, zajęło nam więcej czasu niż przypuszczał nasz nauczyciel. Pan Larsson był wymagającym nauczycielem, a żaden uczeń tego nie lubił. Od razu ruszyłam w stronę klasy, ponieważ nie chciałam dostać uwagi za spóźnienie. Niestety, ktoś pokrzyżował mi plany.
— O, zobacz Zoe, kto idzie. — Usłyszałam kpiący głos Margaret. — Zakonnica Vivian. Nadal jesteś dziewicą? — Obie wybuchnęły śmiechem, a mnie było stać na głośne westchnięcie.
Zoe Carter i Margaret Navas, królowe korytarzy, które znęcały się psychicznie nad każdym, kto nie pasował do wizerunku tej szkoły. Nigdy niczego im nie zrobiłam, a one i tak uwielbiały mnie wyśmiewać. Zaczęło się w pierwszej klasie, natomiast w tej nareszcie się to skończy. Żartowały z moich ciuchów, zachowania oraz tego, że zamierzałam iść do zakonu. One ani trochę się nie szanowały. Wtedy zawsze się zastanawiałam, co Bóg miał na myśli, gdy je stworzył.
Zignorowałam jej zaczepkę.
— Vivi — Virgi, czekaj! — krzyknęła za mną Zoe, kiedy przyspieszyłam kroku. Użyła mojego przezwiska, które oczywiście miało związek z tym, że jeszcze nigdy nie współżyłam. — Nie uciekaj, bo i tak cię dopadniemy!
Po chwili stałam przyparta do szkolnych szafek. Na korytarzu już nikogo nie było, nawet gdyby sytuacja wyglądałaby inaczej, to i tak nikt nie miałby odwagi, żeby mi pomóc. Obie trzymały pozostałe dziewczyny w garści, a chłopcy ślinili się na ich widok.
— Czego chcecie? — Zapytałam obojętnie.
— Widzisz, Zoe? Vivian potrafi mówić, szkoda, że z ubieraniem jest zupełnie inaczej. — Zmierzyły mój ubiór z widoczną pogardą. Nawet nie wpadłoby im do głowy, że byłam bogata. Wtedy zupełnie inaczej by mnie traktowały, ale nie zamierzałam nic im mówić. — Masz trzymać się z daleka od Nicka, czy to zrozumiałe?
— Nicka? — Powtórzyłam po niej. — On jest instruktorem samoobrony w naszej szkole, nic mnie z nim nie łączy.
— W to akurat ci wierzymy, bo kto by chciał być z kimś takim jak ty? — Prychnęła pod nosem, a jej koleżanka się zaśmiała. — Widziałam was wczoraj w parku, patrzył na ciebie tak, jakbyś mu się podobała, ale niedługo naprawię ten błąd, a ty masz mi w tym nie przeszkadzać, jasne?
— Tak, mogę już iść? — Zapytałam z nadzieją.
Pokiwały głową, po czym Margaret w końcu mnie puściła. Odetchnęłam z ulgą, bo naprawdę byłam już zmęczona ich zachowaniem. Wiedziałam, że zrobiłam błąd, wychodząc wtedy z Nickiem, ale nie żałowałam tego. Świetnie się bawiłam, lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Odwróciłam się do nich tyłem, aby pójść w stronę klasy, ale jednak wtedy ponownie usłyszałam swoje imię. Spojrzałam na nie niechętnie i w tym samym momencie na mojej twarzy oraz swetrze wylądował truskawkowy kefir. Dzieci w Afryce głodowały, a one wolały wylać ten kefir, jakby w ogóle nic je nie kosztował. Głupota ludzka nie znała granic.
— Teraz wyglądasz zdecydowanej lepiej. — Margaret zwijała się ze śmiechu. — Będziemy miały cię na oku, Vivi — Virgi.
Kiedy weszłam spóźniona na zajęcia sztuki, nadal byłam brudna od kefiru, ale nie miałam czasu, aby pójść się wytrzeć. Mimo wszystko, i tak wiedziałam, że bez uwagi na pewno się nie obejdzie. Cała klasa, oprócz mojej przyjaciółki, zarechotała, gdy tylko mnie zobaczyła. Czego innego mogłam się spodziewać? Chciałam przeprosić nauczyciela za swoje spóźnienie, ale Sofia powiedziała mi, że na chwilę musiał wyjść. Wezwał go dyrektor w sprawie wystawy obrazów w naszej szkole. Sofia od razu wiedziała, kto stał za moim wyglądem. Bardzo często mnie broniła, jednak potem się to na niej odbijało, dlatego wolałam nie mieszać w to swoją przyjaciółkę, tym bardziej, że była lubiana w szkole. Nie dzięki Jamesowi — kapitanowi szkolnej drużyny piłkarskiej, a swojemu urokowi. Wpasowała się w tą szkołę, czego nie mogłam powiedzieć o sobie. Po kilku minutach do klasy wszedł pan Larsson.
— Vivian, gdzie byłaś przez pięć minut lekcji? — Spojrzał na mnie surowo. — Takie spóźnienie jest karygodne.
— Tak, wiem i przepraszam, to się więcej nie powtórzy. — Wstałam z krzesła, aby pokazać swój szacunek do jego osoby.
— Dzisiaj z pewnością nie. — Pokiwał głową. — Możesz wyjść.
— Słucham? — Zapytałam zaskoczona. Cała klasa wciągnęła gwałtownie powietrze, słysząc słowa nauczyciela.
— Tam są drzwi. — Wskazał na nie palcem. Moja przyjaciółka po raz kolejny chciała stanąć w mojej obronie, ale pokręciłam głową, aby tego nie robiła. Nie mogłam uwierzyć, że ostatnio ciągle miałam jakieś problemy w szkole.
Nie zdążyłam się nawet rozpakować, więc założyłam na plecy plecak, po czym opuściłam salę. Zasłużyłam na to, aby mnie wyrzucił, dlatego się nie sprzeciwiłam. Moje dwie ostanie lekcje to sztuka, a Nick odwołał zajęcia z samoobrony, więc postanowiłam wrócić do domu. Mój brat nadal symulował chorobę, ale nie chciałam go fatygować. Najpierw poszłam do łazienki, żeby wytrzeć włosy oraz sweter z truskawkowej substancji. Dopiero potem prosto z budynku szkoły, poszłam na przystanek autobusowy. Był oddalony o zaledwie kilka metrów. Ludzie krzywo na mnie patrzyli, kiedy spoglądałam na rozkład jazdy. Autobus numer 405, który podwiezie mnie prawie pod sam dom, miał przyjechać dopiero za pół godziny. Usiadłam obok jakiejś starszej pani. Wtedy przypomniała mi się babcia, z którą od kilku lat nie utrzymywałam kontaktu. Pokłóciła się z mamą o mój zakon i od tamtej pory się do siebie nie odzywałyśmy. Było to przykre, tym bardziej, że mieszkałyśmy w tym samym mieście. Z moich rozmyślań oderwał mnie dzwoniący telefon. Musiałam kilka razy nacisnąć przycisk z zieloną słuchawką, ponieważ ta komórka miała z dziesięć lat. Dzwoniła Darcy.
— Mam nadzieję, że możesz rozmawiać. — Powiedziała błagalnie.
— Tak, mogę. Coś się stało? — Zapytałam niespokojnie.
— Harry gorzej się czuje, więc nie mogę go teraz zostawić, a Nick potrzebuje pomocy. — Wyznała. — Rozchorował się i nawet nie ma nikogo, kto kupiłby mu leki. Mogłabyś to zrobić?
— Darcy, ja nawet nie wiem, gdzie mieszka. — Próbowałam się wykręcić. — Poza tym, nie powinnam przebywać z nim sam na sam, ta pomoc w schronisku, to był niemądry pomysł.
— Vivian, nie przeginaj. — Usłyszałam jej westchnięcie. — Prawdziwa katoliczka powinna pomagać innym w potrzebie, czyż nie?
Moja własna siostra wykorzystywała moje słabe punkty przeciwko mnie. Wiedziała, że jej ostanie zdanie załatwi całą sprawę. Sumienie nie dałoby mi spokoju, gdybym mu nie pomogła. Postanowiłam, że kupię mu lekarstwa, pójdę do niego, a potem od razu wrócę do domu. Darcy wysłała mi w wiadomości adres Nicka oraz czego potrzebował. Ufałam jej, w końcu była pielęgniarką. Wiadomo, że z nas wszystkich, to mama znała się leczeniu najlepiej, ale tak bardzo nienawidziła bruneta, że chyba byłaby w stanie go otruć, zamiast wyleczyć. Życzyłam starszej pani pogodnego dnia, a przede wszystkim zdrowia, po czym poszłam do apteki. Była niedaleko, tak samo jak mieszkanie Nicka. Kojarzyłam z widzenia tą kamienicę, ponieważ tamtą drogą wracałam z kościoła. Farmaceucie podałam telefon z nazwami leków, bo za nic nie potrafiłam ich wymówić. Darcy została pielęgniarką, Harry chciał zostać lekarzem, zupełnie jak nasza mama, tylko ja byłam inna. W aptece zapłaciłam 50£, ale pieniądze nie miały tutaj znaczenia. Ze stresu chyba zaczynał mnie boleć brzuch albo także będę chora. Byłoby mi to na rękę, ponieważ wielkimi krokami zbliżał się bal. Organizował go mój tata, a w zasadzie przekazał mamie pieniądze, aby to ona się wszystkim zajęła. Wczoraj miał wrócić do domu, tym bardziej, że prace w jednym z włoskich kościołów dobiegły końca. Mimo to, postanowił tam zostać, a wrócić w piątek rano. Tęskniłam za nim.
— Nie wiem, jak ci się odwdzięczę. — Nick słabo wymamrotał, gdy dotarłam do jego mieszkania. Naprawdę był chory, a ja podejrzewałam Darcy o spisek. — Może napijesz się czegoś?
— To chyba nie jest dobry pomysł. — Przygryzłam wargę. — W zasadzie, w ogóle nie powinno mnie tutaj być, po prostu mam dobre serce.
— Czasami, chyba aż za bardzo. — Odwrócił ode mnie wzrok. — Rozumiem, że znowu zrobimy dwa kroki do tyłu? Co się zmieniło przez jeden dzień? Twoja mama ci coś powiedziała?
— To nie ma żadnego znaczenia. — Zaznaczyłam. — Nie znamy się za dobrze, dlatego nie mogę się z tobą spoufalać.
— Nie chcesz czy nie możesz? — Zapytał. — Między jednym a drugim jest spora różnica.
Miał rację, naprawdę miałam za dobre serce, bo wylądowałam na jego krześle w kuchni z kubkiem gorącej herbaty. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie i na początku było naprawdę niezręcznie, ale potem wszystko się zmieniło. Mimo różnych poglądów oraz wiary, znaleźliśmy mnóstwo innych tematów. Oboje uwielbialiśmy grać na fortepianie, czytać książki, których i tak nie rozumieliśmy. Nie mogłam uwierzyć w to, że jednak mieliśmy coś ze sobą wspólnego. Krępowałam się pod jego bacznym wzrokiem, kiedy wspominał mnie jako nastolatkę.
— Już wtedy byłaś piękna. — Powiedział, a ja od razu się zarumieniłam. Jeszcze żaden facet mi tego nie powiedział. Spuściłam wzrok na kubek, który trzymałam w obu dłoniach, ale zaraz znowu na niego spojrzałam. — Zaprzyjaźnij się ze mną, chcę cię lepiej poznać, proszę, zgódź się.
Zgodziłam się, chociaż w mojej głowie wciąż krążyły słowa mamy, która mówiła mi, że Nicholas mnie skrzywdzi, a Bóg nigdy mi nie wybaczy, jeśli wybiorę inną drogę niż zakon. Chciałam zaryzykować. Skoro Darcy się z nim przyjaźniła, to przecież ja też mogłam, a przynajmniej tak mi się wydawało.
Rozdział 7 — NICK
Przez kolejne dni nie miałem z Vivian żadnego kontaktu. Harry nie odbierał ode mnie telefonu, a kiedy pewnego razu zadzwoniłem do Darcy, odebrała pani Donavan i to nie była miła rozmowa. Kazała mi się trzymać z daleka od ich rodziny. Nawet nie miała pojęcia, co zamierzałem zrobić, aby uratować siostrę swojej najlepszej przyjaciółki. Teraz Vivian także nią została, ale jak na razie, słabo nam szło. Siedziałem w domu, wykorzystując zwolnienie lekarskie, a ona od tamtego dnia, gdy przyniosła mi lekarstwa, nie przyszła więcej ani razu. Na początku się martwiłem, jednak potem zdałem sobie sprawę, że ona najwyraźniej się przestraszyła, a teraz próbowała sobie przypomnieć, dlaczego powinna trzymać się ode mnie z daleka. Zamierzałem jej w tym przeszkadzać, bo nic nie mogłem poradzić na to, że nieustannie o niej myślałem i chciałem pomóc. Kiedy zadzwoniłem do mojego terapeuty, stwierdził, że znalazłem osobę, której chciałem wynagrodzić to, do czego byłem zmuszony w Syrii. Zabijałem każdego dnia, a tego nie dało się zapomnieć. Z rozmyślań o szatynce oderwał mnie sygnał wiadomości na poczcie. Byłem przekonany, że napisał do mnie dyrektor, ale myliłem się. Mail napisał Peter Donavan, czyli ojciec trójki rodzeństwa, który oficjalnie zaprosił mnie na jutrzejszy bal. Od zawsze go lubiłem i miałem nadzieję, że nie zmienił się pod wpływem swojej upiornej żony, z którą miałem na pieńku. Przez kolejne pół godziny wpatrywałem się w zaproszenie i zastanawiałem się, co zrobić. Pragnąłem zobaczyć Vivian, ale już dzisiaj. Nie chciałem czekać do jutra, a przy okazji podenerwuje panią Celine oraz podziękuję za zaproszenie, które postanowiłem przyjąć.
Czułem się tak, jakbym grał w jakiejś bajce. Musiałem pokonać wysoką, żelazną bramę, a potem zaskoczyć smoczycę, która pilnowała mojej księżniczki oraz przyjaciół. Na szczęście z bramą ani potem z drzwiami nie było problemu, ponieważ otworzył mi pan Peter. Był to wysoki, postawny mężczyzna o blond włosach oraz niebieskich oczach. Zapamiętałem go jako opalonego, pełnego energii człowieka, jednak teraz wcale tak nie wyglądał. Blada cera i zmęczone oczy ani trochę do niego nie pasowały.
— Dzień dobry, panie Donavan. — Przywitałem się z nikłym uśmiechem.
— Nicholas, ile razy mam ci powtarzać, że masz mi mówić po imieniu? — Podał mi dłoń, którą od razu uścisnąłem. — Proszę, wejdź.
— Przyszedłem osobiście podziękować za zaproszenie na jutrzejszy bal. — Oznajmiłem, gdy przeszliśmy do salonu. Wydawało się, że w całym domu panowała cisza. Czyżby nikogo, oprócz nas tutaj nie było? — Co prawda Vivian już to zrobiła wcześniej, ale mimo to dziękuję.
— Vivian? — Spojrzał na mnie zaskoczony. — Nic mi o tym nie wspominała.
— Może zapomniała. — Wzruszyłem ramionami. — Zastałem Darcy albo Harry’ego?
Pan Peter nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ odpowiedź na moje pytanie znalazła się sama. Najpierw usłyszałem zbieganie po schodach co najmniej dwóch osób, a potem ciche kroki, które zbliżały się do salonu. Po chwili zobaczyłem przybitego Harry’ego oraz smutną Darcy. Chciałem się z nimi przywitać, ale oni mruknęli coś niezrozumiałego pod nosem, a potem poszli do kuchni. Ich ojciec tylko westchnął, po czym schował bladą twarz w obu dłoniach. Coś wyraźnie się zmieniło w tym domu i ani trochę mi się to nie podobało, a to, co chwilę później powiedział do mnie pan Peter, wbiło mnie w sofę za kilka tysięcy funtów.
— Proszę, uratuj moją rodzinę. — Spojrzał na mnie ze łzami w oczach. — Może tobie uda się porozmawiać z Vivian, błagam, zrób to dla mnie.
— Gdzie ona teraz jest? — Zapytałem skonsternowany.
— Na drugim piętrze, na końcu korytarza znajduje się wejście na strych, natomiast z niego przejdź przez drzwi balkonowe. Na pewno trafisz. — Od razu wstałem z sofy, aby ruszyć wyznaczoną drogą. — Nick?
— Tak? — Mruknąłem.
— Zaopiekuj się moim dzieckiem. Tylko ty możesz to zrobić, jestem tego pewien. — Wyznał.
Kiedy szedłem po schodach na drugie piętro, a potem korytarzem, zastanawiałem się, co takiego mogło się stać. Darcy i Harry wyglądali, jakby mieli żal do swojego ojca, nigdzie nie widziałem pani Donavan, a Vivian najwyraźniej zamknęła się w najwyższej z wież, a teraz ja musiałem się do niej dostać. Nadal miałem ściśnięte gardło po prośbie jej ojca. Już kiedyś dwukrotnie próbowałem kimś się zaopiekować. Nie wyszło, ale do trzech razy sztuka, prawda? Znalazłem się na strychu i nawet, gdyby pan Donavan nie kazał mi wyjść z niego przed drzwi balkonowe, sam bym to zrobił, ponieważ zobaczyłem przez nie Vivian. Stała tyłem do mnie, ubrana w czarne spodnie dresowe oraz różową koszulę, której zapewne guziki były starannie zapięte pod samą szyję. Jej zwykle rozpuszczone włosy, teraz zostały związane w koka. Otworzyłem cicho drzwi, aby jej nie przestraszyć, ale ona i tak mnie usłyszała. Kiedy spojrzała na mnie zapłakanymi oczami, moje serce zdecydowanie przyspieszyło.
— Nick? Co ty tutaj robisz? Jak mnie znalazłeś? — Zacisnęła drżące usta, a zaraz potem powieki, spod których wypływały kolejne łzy. Podszedłem do niej kilkoma krokami, po czym zamknąłem w swoich ramionach. — C-Co ty ro-oobisz?
— Jestem twoim przyjacielem, więc próbuję pocieszyć. — Objąłem ją mocniej, żeby czuć jej zapach.
Nie odpowiedziała na to zadanie w żaden sposób. Przez chwilę stała sztywna, jakby połknęła kij, ale to się zmieniło. Po dłuższej chwili zaczęła głośno szlochać i z całej siły przyległa do mojej klatki piersiowej. Była taka ciepła, że marzyłem tylko o tym, żeby mnie nie puszczała, jednak najważniejsze było to, aby się dowiedzieć, co wydarzyło się w tym domu zapewne kilka godzin lub minut przed moim przyjazdem. Jednocześnie nie mogłem uwierzyć, że ta niedostępna dziewczyna, właśnie uczyniła mnie swoim prywatnym misiem. Zaciskała w małych piąstkach moją czarną koszulę, którą wcześniej starannie wyprasowałem.
— Powiesz mi, co się stało? — Chwyciłem ją delikatnie za podbródek, aby patrzyła mi w oczy. Moje serce szybciej zabiło, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że dosłownie kilka milimetrów przed moimi ustami, znajdowały się jej. — Dlaczego Darcy i Harry nie odzywają się do waszego taty? Gdzie jest wasza mama? Vivian, możesz mi wszystko powiedzieć, pomogę ci.
— Mój tata ma nowotwór mózgu. — Wyznała po chwili, a zaraz potem ponownie się rozpłakała. — Ostatnie miesiące nie spędzał w pracy, tylko w prywatnych klinikach, które próbowały mu pomóc, ale nic nie dało się zrobić. On umrze, rozumiesz? Nie mogę go stracić.
Odsunęła się ode mnie, jakby nagle przypomniała sobie, że nie powinna przytulać się do jakiegokolwiek faceta. Usiadła na drewnianej ławce, na której zmieściłyby się jeszcze dwie osoby. Nie wiedziałem, co powiedzieć albo jak ją pocieszyć. Mogłem się tylko domyślać, że teraz obwiniała swojego Boga za chorobę taty. Paradoks polegał na tym, że rodzina Donavan należała do jednej z najbardziej religijnych w okolicy, a mimo to spotkała ich taka tragedia. To tylko świadczyło o tym, że każdy człowiek był równy. Pieniądze ani wiara… Nic nie mogło nas uchronić przed śmiercią.
— Mogę ci jakoś pomóc? — Westchnąłem.
— Jeśli lekarzom nie udało się mu pomóc, to ty też mu nie pomożesz. — Pokręciła głową.
— To prawda. — Przyznałem. — Twojemu tacie nie potrafię pomóc, ale tobie owszem.
Z całych sił chciałem, żeby posmakowała życia, którego w ogóle nie znała. Chciałem, aby zrobiła coś szalonego, zmieniła swój styl, otworzyła się na nowe znajomości, pojechała gdzieś, gdzie będzie mogła odkryć siebie na nowo, w końcu nie zawsze taka była. Postanowiłem dowiedzieć się, co takiego się stało, że miałem teraz przed sobą zupełnie inną Vivian, niż zapamiętałem.
— Teraz jedynie obchodzi mnie tata, a nie ja. — Wstała z ławki jak oparzona. — Bardzo ci dziękuję za to, że przyszedłeś, ale to nie jest najlepszy moment, żeby rozmawiać o mnie albo o naszej przyjaźni. Muszę iść do kościoła, modlić się, błagać Go, aby zmienił swoją decyzję. Nie może mi go zabrać, bo z tym nigdy się nie pogodzę, nie zaakceptuję. Nie ma nawet takiej mowy.
Usłyszeliśmy czyjeś kroki. Jak się okazało, Darcy, Harry oraz pan Peter postanowili do nas dołączyć. Harry podszedł do mnie, po czym podał mi dłoń w geście prawidłowego powitania, a jego starsza siostra wpadła w ramiona tej młodszej. Tej, która zdążyła zawrócić mi w głowie. Spojrzałem z bezradnością na pana Donavana, jednak teraz wyglądał tak, jakby wziął się w garść, a to było najważniejsze. Nie mógł się poddać. Nagle poczułem się zbędny w takim gronie. Czułem, że nie powinno mnie tutaj być, dlatego dyskretnie wycofywałem się w stronę wyjścia. Zatrzymał mnie głos taty Vivian.
— Nick, proszę, zostań. To nie będzie nasza ostatnia rozmowa w takim gronie, ale chciałbym, żebyś dokładnie usłyszał to, co zamierzam powiedzieć Vivian. — Wszyscy spojrzeliśmy na niego z wyraźnym zainteresowaniem. — Dziecko, zawsze byłaś inna. Wolałaś siedzieć w domu i czytać książki niż wyjść z innymi dziećmi, ale to właśnie czyniło cię wyjątkową. Oboje z mamą bardzo cię kochamy, ale w jednym się różnimy. Nie chciałbym, żebyś zmarnowała swoje życie w zakonie, do którego matka postanowiła cię posłać. Powiesz mi, że to twoja decyzja… Nieprawda. Ona zawsze ci wpajała, jak ważne miejsce zajmowała religia w naszej rodzinie od pokoleń, zmieniła cię do niepoznania, a ja wolałem wyjeżdżać, aby tego nie widzieć. Jestem tak samo winien jak ona, ale teraz, kiedy niedługo umrę… — Z oczu Vivian poleciały łzy. — Chciałbym, żebyś zachowywała się jak każda, inna dziewczyna w twoim wieku. Chciałbym zobaczyć cię naprawdę szczęśliwą, a jestem pewien, że Nicholas ci w tym pomoże. Prawda, Nick?
Przytaknąłem niemal od razu.
Kiedy potem siedzieliśmy wszyscy razem w salonie, zrozumiałem, co miał na myśli, mówiąc: Zaopiekuj się moim dzieckiem. Tylko ty możesz to zrobić, jestem tego pewien. To zdanie zaczynało mnie przerażać. W Syrii też obiecałem, że będę opiekował się rannym przyjacielem, który potem zginął na moich oczach. Przez pierwsze tygodnie żyłem w przekonaniu o przynoszeniu ludziom śmierci. Dopiero terapeuta mnie z tego wyciągnął. Musiałem pomóc Vivian i nie chodziło nawet o to, że mnie sobą zauroczyła. Chciałem odkupić winy. Pan Peter, Harry oraz Darcy zostawili nas po jakiejś godzinie. Dowiedziałem się, że pani Celine wzięła dzienny oraz nocny dyżur, aby jutro móc uczestniczyć w balu. Zostałem z Vivian sam na sam. Dziewczyna od razu stała się bardziej spięta, ale starała się jak mogła, żeby tego nie okazywać.
— Mój tata nieźle namieszał. — Westchnęła głośno. Siedziała po turecku, obok mnie na sofie i bawiła się poszewką od niewielkiej poduszki. — Nie mam pojęcia, co powiem księdzu Robertowi, który przygotowuje mnie do dołączenia do zakonu. A moja mama? — Prychnęła. — Urządzi mi piekło. Od zawsze chciała, żebym oddała się Bogu, a mi w pewnym momencie zaczęło to odpowiadać. To nie tak, że ona mnie zmusiła.
— Nigdy nie myślałaś o tym, żeby znaleźć sobie chłopaka, wyjść za niego za mąż, a potem mieć dzieci? — Zapytałem z niedowierzaniem. — Vivian, właśnie tak postąpiła twoja mama i nie rozumiem, dlaczego akurat dla ciebie chce innego losu.
— Nie lubi cię. — Zmieniła temat.
— Doskonale o tym wiem. — Uśmiechnąłem się krzywo. — Teraz nie lubi mnie tylko dlatego, że jestem niewierzący. To co zrobi, gdy zmienię jej córkę do niepoznania?
— Nie mam pojęcia… — zaczęła cicho — ale jestem przekonana, że będzie próbowała ci w tym przeszkodzić, a ja nie wiem, po której stanę stronie.
Po tej krótkiej rozmowie odprowadziła mnie pod samą bramę. Miałem ochotę przytulić ją na pożegnanie. Liczyłem na to, że sama na to wpadnie, ale ona zatrzasnęła mi bramę tuż przed samym nosem. Nie będzie łatwo zmienić jej myślenie, jednak już wiedziałem, że to właśnie jej matka wyrządzała jej największą krzywdę. Na balu wszystko się zmieni.
Rozdział 8 — VIVIAN
Przygotowania do balu ruszyły pełną parą. Wykonywałyśmy z Darcy wszystkie polecenia naszej mamy, aby dodatkowo jej nie denerwować. Ona i tak bardzo przeżywała chorobę taty, z resztą jak cała nasza rodzina. Nawet moja siostra darowała sobie uszczypliwe komentarze w jej kierunku. Chyba nikt nie miał siły, żeby jeszcze się kłócić. Od sali balowej tata trzymał się z daleka. Te wszystkie godziny spędzał w swoim łóżku. Chciałam go odwiedzać, ale mama kategorycznie mi tego zabroniła. Powiedziała, że lepiej, abym nie oglądała swojego rodzica w takim stanie. Nie mogłam ukryć żalu, co do jej decyzji. Nie potrafiłam przestać myśleć o tym, że w każdej chwili może umrzeć, że nie doczeka moich urodzin, nie zobaczy, jak kończę szkołę. Lekarze nie ukrywali jego stanu. Był krytyczny. W każdej wolnej chwili modliłam się o jakikolwiek cud, ale nie mogłam przecież targować się z samym Bogiem. Chodziłam jak struta, a krzyki mamy wcale mi nie pomagały. To kwiaty nie takie, to obrus nie pasujący do zasłon, aż wreszcie brudne lustra, które zdobiły całą salę. Okazało się, że bal miał cel charytatywny, więc bardzo się ucieszyłam. Zazwyczaj były to wyłącznie spotkania towarzyskie. Oczywiście mamie ani trochę się to nie podobało, ale nie śmiała się o to spierać ze swoim chorym mężem. Byłam dumna z taty, ponieważ w końcu się jej postawił, a ona odpuściła. Umówiłam się z Darcy, że zajmie czymś naszą rodzicielkę, żebym mogła pójść do taty, jednak nic jej nie umknęło. Krzyknęła moje imię i po chwili wcisnęła mi do rąk kolejny wazon z bordowymi tulipanami. Darcy spojrzała na mnie przepraszająco z drugiego końca sali, na co machnęłam ręką. Mogłam się spodziewać, że mama będzie mnie pilnowała. Jeśli chodziło o tatę, potrafiłam stać się naprawdę uparta. Harry także taki był, ale i na niego znalazła sposób. Wysłała go do najlepszej restauracji z Londynie po zamówienie, którego dokonała kilka tygodni wcześniej. Odetchnęłam z ulgą, gdy w końcu skończyłam swoją pracę. Teraz mogłam nareszcie iść do swojego pokoju i poczytać książkę.
— Vivian, a ty dokąd? — Zatrzymał mnie głos mamy.
— Postawiłam wazony tam, gdzie chciałaś. — Oznajmiłam. — Skończyłam, więc chciałabym iść poczytać książkę.
— Tym razem weźmiesz udział w balu. — Powiedziała to, jakby niechętnie.
— Co? — Wytrzeszczyłam oczy. — Nie mogę… Nie ma mowy.
— Bez dyskusji, młoda damo. — Skarciła mnie wzrokiem. — Osobiście również bym wolała, abyś spędziła ten czas w swoim pokoju i przeczytała coś pożytecznego, zamiast rozpraszała się tańcami, ale twój ojciec życzy sobie twojej obecności. Chyba nie zamierzasz mu odmówić?
— Mamo, ale ja nawet nie mam w co się ubrać. — Zaoponowałam. — Nie mam sukni balowej ani niczego w takim rodzaju. Lepiej będzie, jeśli zostanę u siebie.
— Strój pozostał dowolny. Możesz przyjść nawet w piżamie. — Wzruszyła ramionami. Ze spuszczoną głową ruszyłam w stronę schodów. — Vivian? — Spojrzałam na nią pytająco. — Ostrzegam, że jeśli ubierzesz coś od Darcy albo przyniesiesz wstyd naszej rodzinie, czeka cię jutro poważna rozmowa. Każdy z naszych gości wie, kim zamierzasz zostać. Masz zachowywać się odpowiednio. Nie będę miała czasu, żeby cię pilnować. Czy to jasne?
— Tak, oczywiście. — Odpowiedziałam.
Na mojej drodze do sypialni rodziców stanął ochroniarz, który pilnował drzwi. Wiedziałam, że za nic w świecie mnie do niego nie wpuści, a jeszcze byłby zdolny do tego, aby wezwać moją mamę. Dopiero wtedy byłaby afera, dlatego z westchnieniem weszłam do swojego pokoju. Obecnie panowała w nim jasność, bo Darcy zabrała mi moje zasłony. Nie miałam siły, żeby się z nią kłócić. Duży zegar wiszący nad moim łóżkiem, odliczał czas do balu. Pozostały jedynie dwie godziny. Zanim podeszłam do swojej szafy, usłyszałam dźwięk trąbienia pod bramą. Zapewne Harry wrócił z zamówionym jedzeniem.
— Pomóc ci? — Przez lekko uchylone drzwi zobaczyłam wetkniętą głowę mojej starszej siostry. — Wiem, że nie masz co na siebie włożyć, dlatego przyniosłam ci coś od siebie.
Od razu przypomniałam sobie słowa rodzicielki, więc chciałam zaprotestować, zanim weszłaby z tymi ubraniami do mojego pokoju, ale było już za późno. Darcy wpadła do środka, podekscytowana jak nigdy w życiu. Chociaż na chwilę odzyskała humor.
— Darcy, naprawdę ci dziękuję, ale nie mogę założyć niczego, co jest twoje. — Westchnęłam głośno. — Znasz mamę.