E-book
40.95
drukowana A5
68.25
Zanim Nadejdzie Wieczność

Bezpłatny fragment - Zanim Nadejdzie Wieczność


Objętość:
232 str.
ISBN:
978-83-8245-486-4
E-book
za 40.95
drukowana A5
za 68.25

Zanim Nadejdzie Wieczność

Księga Wampirów, Część Pierwsza: Egzystencja


Świat skrywa wiele tajemnic. Każdego dnia przechodzimy obok siebie, nawet nie zwracając na to większej uwagi. Często siedząc w kawiarni czy na ławce w parku dostrzegamy osobę stojącą parę metrów od nas. Patrzy dyskretnie w naszą stronę i posyła blady uśmiech po czym znika jak kamfora. Chwilę się nad tym zastanawiamy ale nim zdążymy mrugnąć, zapominamy o tym. Wieczorem gdy wracamy do domu czujemy dziwne dreszcze na ciele. Czyjś wzrok na sobie. Odwracamy się ale za nami nikogo nie ma. Nasze serce przyśpiesza a my cali drżymy ze strachu. Czujemy się zagrożeni i boimy się o swoje życie. Mamy rację. Bo gdzieś tam w zaroślach czai się nasz morderca. Najgroźniejszy ze wszystkich drapieżników żyjących na świecie. Koszmar naszych snów. A jest nim…

WAMPIR



Rozdział Pierwszy: W ciemności

1. KŁótnia

Vancouver pogrążyło się w deszczu oraz w smutku, tak jak ja. Przemierzając puste ulice, rozchlapywałam stopami wodę, brudząc tym swoje kremowe buty. Zła jak osa, ścisnęłam mocniej pasek torby, skręcając w polną ścieżkę. Prowadziła ona do domu mojej przyjaciółki. Obie mieszkałyśmy na obrzeżach Vancouver, blisko siebie. Idąc pośrodku dwóch kolein, na horyzoncie ujrzałam piętrówkę z białej cegły. Wdrapując się po schodach, zapukałam do drzwi. Miałam nadzieję, że w mieszkaniu ktoś był; jako pierwsze przywitało mnie szczekanie psów.

— Uspokójcie się! — przytłumiony głos dobiegł zza drzwi. Czekając za przyjaciółką rozejrzałam się jeszcze dookoła, starając się uciec od niezjadliwych myśli.- Emma? — szok wymalowany na twarzy rudowłosej dziewczyny, powitał mnie jako pierwszy.- Emma, nie mówiłaś, że przyjdziesz. Coś się stało? Wejdź — przepuściła mnie w drzwiach, odganiając dwa psy ode mnie. Pupile chciały się przywitać.

— Wiem, że nie dałam ci znać, że przyjdę ale to nagła sytuacja. Mogę zostać? — nerwowo zacisnęłam palce na pasku torby.

— Nic się nie stało, doskonale wiesz, że jesteś u nas zawsze mile widziana, tyle że coś musi być nie tak — wskazała brodą na torbę sportową, do której spakowałam kilka swoich rzeczy. Buffi — szpic miniaturowy w tym czasie obwąchiwał moje kostki oraz ubłocone trampki.

— Zwiałam z domu — wyznałam zdejmując przemoczone buty, zostając w skarpetkach.

— Wstawię wodę na herbatę — pokiwałam tylko głową, kierując się korytarzem prosto do salonu. Grał w nim telewizor. Na bordowym narożniku leżała Kiki — owczarek niemiecki, który na mój widok nawet nie ruszył się z miejsca. Lenka — kot syjamski, siedziała z dumnie uniesioną głową na kredensie. Zostawiając torbę na podłodze, przy jeszcze stojącej choince, usiadłam koło Kiki.

— Cześć psiaku — pogłaskałam pupila między uszami, gdy w tym czasie do pomieszczenia weszła Hori.

— Zaraz woda się zagotuje, to zaleję herbatę. Powiesz mi teraz co się stało i postaram się coś wymyślić — klapnęła obok mnie, złączając dłonie ze sobą.

— Jak co mogło się stać? — zbulwersowana wstałam na równe nogi, strasząc tym Lenę.- Tira, to się stało — westchnęłam przemierzając nerwowo salon.

— Siemka — w drzwiach stanął Matt — starszy brat Hori.

— Hejka — przeczesałam posklejane od deszczu włosy, przenosząc spojrzenie za okno. Widok rozciągał się na puste pola, sad oraz niewielki ogródek babci dziewczyny.

— Coś się stało, bo tak głośno się nagle zrobiło — Matt zaśmiał się, zapewne chcąc rozluźnić atmosferę, która przeze mnie stała się tak gęsta, że siekiera sama by wisiała w powietrzu. Targały mną złość oraz smutek.

— Idź stąd! Musimy tylko we dwie porozmawiać, nie jesteś nam do szczęścia tutaj potrzebny — warknęła rudowłosa, przykuwając moją uwagę od skropionej szyby.

— Nie wyjdę bo gdybyś zapomniała ja też tu mieszkam — Matt jedną dłonią oparł się o krawędź łuku.- Po za tym może Emma ze mną też chce porozmawiać. Dopóki sama mnie nie poprosi o wyjście, nigdzie się nie wybieram — zaakcentował każde słowo, aby dotarły one do świadomości mojej przyjaciółki. Uwielbiałam ich oboje. Dwa wysokie rudzielce, uparte gorzej niż osły.

— Wyłaź… — fuknęła, mierząc brata złowieszczym spojrzeniem. Odnosiłam wrażenie, że złość Hori karmiła rozbawienie Matta.

— Nie mów do mnie jak do psa — dał jej pstryka w nos.

— Mogłybyśmy zostać na jakiś czas same, proszę? — postanowiłam przerwać im sprzeczkę, która do niczego nie prowadziła.

— Dobrze. Jakbyś czegoś potrzebowała to wiesz, gdzie mnie szukać — obdarzył mnie ciepłym uśmiechem, czochrając siostrę po głowie a następnie wychodząc.

— Mogę zostać u ciebie na noc? — zagaiłam kiedy zostałyśmy już zupełnie same, tylko z Kiki.

— Pewnie, że tak! — zachwyt zawitał na twarzy Hori. W mieszkaniu nagle rozległ się gwizd czajnika.- Matt wyłącz gaz! — cisza.- Matt! Ty mendo!

— Nie drzyj się już tak. Idę przecież.

— Jak nie masz co robić to zrób herbatę! — krzyknęła rudowłosa, z przechyloną głową w stronę korytarza.

— Sama sobie zrób! — Matt uciszył czajnik.

— Nie mi kretynie! Emmie! — sfrustrowana przewróciła oczami, opadając na narożnik.

— Jej zrobię — zachichotałam, nie mogąc się powstrzymać. Przy nich wszystko stawało się lżejsze i zabawniejsze.

— To mi też, jak już i tak robisz! — przebiegle zarechotała, zacierając dłonie w triumfie.- Wracając do ciebie Emma, mów co ten pawian wymyślił — mianem pawiana określałyśmy moją młodszą siostrę.

— Poszło o kasę. Wyobraź sobie, że siedziałam u siebie w pokoju i przeglądałam neta, chcąc kupić sobie parę książek, gdy nagle ona weszła do mnie, jak do siebie. Bez pukania, bez żadnego uprzedzenia. Zaskoczona spojrzałam na nią, czekając za rozwojem akcji. Ten pawian podszedł do mojej szafy, wyjmując z niej pieniądze. Moje pieniądze! — wściekłość powróciła jak bumerang. Ponownie zaczęłam przemierzać salon, szukając spokoju.- Kiedy wyrwałam jej pieniądze z ręki, stwierdziła, że ją biję — przystanęłam rozkładając ręce z bezsilności.- Oczywiście odstawiła przedstawienie, udając przy tym niewiniątko, za którym wstawił się Archer. Jak ja tego typa nie trawię! — klapnęłam w końcu na kanapie, chowając w dłoniach twarz.

— Lepiej niech ona trzyma się tych swoich napakowanych koleżanek — syknęła Hori, opierając się o wezgłowie.

— Przydałoby się tej dziewczynie porządne lanie, które zapamiętałaby do końca życia. Dodatkowo fajnie by było, gdyby ktoś w końcu wywalił Archera z domu. Siedzi u nas zdecydowanie za długo. Nie wiem co mama w nim widziała na początku — westchnęłam spoglądając na kumpelę, w której piwnych oczach ujrzałam pustkę.

— Nie mamy nikogo takiego — nadal wpatrywała się nieobecnym wzrokiem w jeden punkt.

— Proszę — do salonu wszedł Matt z dwiema szklankami. Kładąc je na stole, wyciągnął jedno z krzeseł, siadając na nim okrakiem, mając oparcie przed sobą.

— A ty będziesz tak tu siedzieć? — burknęła Hori, przeczesując swoje bujne loki.

— Spoko, nie robię z tego jakiejś wielkiej tajemnicy — stało mi się wszystko jedno. Biorąc jedną z ozdobnych poduszek na kolana, skubałam jej róg.

— Nie jestem w temacie ale możecie kontynuować — ciszę przerwał Matt patrząc raz na mnie, raz na swoją siostrę.

— Mama jakoś zareagowała? — zagaiła niepewnie dziewczyna, drapiąc się w kącik ust.

— Oczywiście, że wstawiła się za mną — tak zawsze było, co bardzo irytowało Tirę. Uważała, że nasza mama to właśnie mnie faworyzowała.- W pierwszej chwili myślałam, że na serio wyrzuci Archera za drzwi ale on uspokoił się i zaczął przepraszać. Odnoszę wrażenie, że on po prostu zastraszył mamę — starałam się przestać analizować każdy szczegół ale nie potrafiłam. Archer pojawił się w naszym życiu pół roku temu. Z początku wydawał się całkiem spoko; nauczyciel geografii, lubiący podróżować, przebywać z bliskimi — typ rodzinny. Jednak wyobrażenia kilku miesięcy, budował na kłamstwach oraz fałszywych maskach. Mimo wszystkich tych kitów, jedyne co mogłam o nim powiedzieć to, że dla mnie był awanturnikiem, krętaczem oraz manipulatorem. Pomimo wielokrotnego wyrzucania go za drzwi, Archer zawsze wracał. Nie wiedziałam tylko dlaczego; jaki miał ku temu powód.

— Ten cały Archer to jakiś psychol. Raz spotkałem go w jakimś sklepie — Matt wyciągnął przed siebie rękę, jakby chciał kogoś zatrzymać. — Obym go nie musiał już nigdy więcej widzieć. Kłócił się z kasjerką o fałszywość ich promocji.

— Co za człowiek — nie miałam sił.

— A co jeśli zrobi on krzywdę twojej mamie? — insynuacja Hori zasiała w moim sercu ziarno niepokoju. Archer raczej nie podniósłby ręki na moją rodzicielkę ale pewności także nie miałam.

— To mnie tam nie będzie — gorzkie słowa ciężko przeszły przez moje gardło.- Podasz szklankę? — zwróciłam się do chłopaka, który w skupieniu wpatrywał się w choinkę.

— Pewnie — przerywając analizę jakiejś sprawy, podał mi herbatę. Stała się letnia, mimo to nadal przyjemnie ogrzewała moje dłonie. Nawet nie zauważyłam, jak bardzo sucho miałam w gardle.

— Mama w ogóle wie, gdzie jesteś? — Hori zerknęła na mnie z troską.

— Zapewne się domyśli. Nawet słowem się nie odezwałam po kłótni. Spakowałam kilka swoich rzeczy i wyszłam z domu, nikomu nic nie mówiąc. Nawet nie wiem, czy mogę nazywać go domem. Od kiedy Archer pojawił się w nim, ciągle czuję się niekomfortowo. Nawet, gdy chodzę w spodenkach źle się czuję! Dodatkowo Tira stała się nieznośna. Nie mogę się doczekać, kiedy w końcu pojedzie na ten obóz sportowy.

— Jeszcze trochę kochana — przyjaciółka położyła mi dłoń na kolanie, w geście pocieszenia.

— Kiedy wyjeżdża?

— Pod koniec lutego i wróci dopiero w kwietniu — to miało być spełnieniem marzeń.

— Wytrzymasz — zaopiniował Matt; herbata była cudowna. Herbata była lekarstwem na każde zło świata.

— Muszę, nie mam zbytnio innego wyboru — stęknęłam, podciągając nogi do siadu tureckiego.

— Nie myślałaś aby przenieść się do akademika? — grymas niezadowolenia zagościł na mojej twarzy.

— Wiesz Matt, myślałam nad tym i nawet byłam się zapytać, czy istnieje taka możliwość. Niestety póki nie jestem na uczelni mogę zapomnieć. Czyli muszę jeszcze męczyć się co najmniej pięć miesięcy, nie licząc wakacji — wyliczyłam, mrużąc w skupieniu oczy.

— Zawsze możesz zamieszkać u mnie! — Hori wyrzuciła ręce nad głowę.

— Lubię swój dom, choć Tirę i Archera bym z niego już dawno wyrzuciła — skwitowałam. Po za tym bardzo tęskniłabym za mamą, dlatego wizja zamieszkania w akademiku mnie nie cieszyła.

— A wasi rodzice znowu uciekli? — zaśmiałam się aby rozluźnić nieco atmosferę, upijając parę łyków herbaty.

— Wybyli zaraz po obiedzie do znajomych. Ojciec napalił się na grę w brydża oraz picie szkockiej — dziewczyna przewróciła oczami, biorąc na kolana przechodzącą Lenę, której się to ewidentnie nie spodobało. Hori wydawała się nie słyszeć sprzeciwiającego się syczenia kota.

— Tak więc mamy wolny wieczór. Niedługo ma lecieć spider-man w telewizji to może obejrzymy sobie — zaproponował Matt, przeskakując po kanałach pilotem.

— To ja skoczę po jakieś przekąski oraz picie. Po krakersach zawsze chce mi się pić — jęknęła wstając, tym samym zrzucając z kolan Lenę. Kot prychnął, chowając się gdzieś pod stołem.

— Musimy w końcu rozebrać ten wiecheć — chłopak wskazał brodą na choinkę, która mimo końca stycznia nadal stała włączona.

— Już jestem! — zachwycona Hori położyła przekąski na stole. Dostrzegłam opakowanie ciastek, chrupek kukurydzianych oraz krakersy i paluszki.- Jeszcze skoczę po colę.

— Hej Buffi — przywitałam szpica, który wskoczył na moje nogi. Wydreptując sobie miejsce, w końcu się ułożył z głową na moim kolanie. W tylnej kieszeni dżinsów poczułam wibracje telefonu.

Nadawca: Mama

Odbiorca: Emma

Data: 25.01.2019

Godzina: 18:20

Emma, gdzie jesteś? Wszystko w porządku? Bardzo martwię się o ciebie, dlaczego nie odbierasz?

Dopiero po przeczytaniu wiadomości zobaczyłam, że mama dzwoniła do mnie trzy razy a ja nawet nie poczułam wibracji. Dźwięk miałam wyłączony.

Nadawca: Emma

Odbiorca: Mama

Data: 25.01.2019

Godzina: 18:20

Spokojnie mamo, jestem u Hori. Nie musisz się o mnie martwić a nie odbierałam bo mam wyciszony telefon.

— Mama napisała? — Hori zerknęła mi przez ramię, spoglądając z kim pisałam.

— Tsa… Któż by inny do mnie pisał?

— Wychowawczyni, dyrekcja, rada szkolna — przyjaciele na przemian wymieniali moich potencjalnych korespondentów. W sumie mieli rację, jednak nie o takie osoby mi chodziło. Co prawda posiadałam wielu znajomych ale przyjaciół miałam tylko trzech — Hori, Matta oraz Christiana, jednak z tym ostatnim straciłam kontakt, po jego wyjeździe do Anglii.

— Dobra, dobra… Film się zaczyna — zauważyłam, chcąc zakończyć swoje tortury. Pomimo osiemnastu lat nigdy nie posiadałam większej grupy zaufanych mi przyjaciół a co dopiero chłopaka. Nie znaczyło, to że nie posiadałam adoratorów, bo posiadałam. Jednak postanowiłam wpierw skupić się na nauce oraz przyszłej karierze. Nie chciałam zniszczyć tego, co udało mi się przez lata zbudować. Chłopak by tylko mnie rozpraszał, przez co zaniedbałabym naukę, tym samym moje stopnie spadłyby w dół, co totalnie przekreśliłoby moją szansę na Stenberg College. Marzyłam o zostaniu chirurgiem i ratowaniu ludziom życia. Tak niewiele mnie dzieliło do dostania się na uczelnię.

Nadawca: Mama

Odbiorca: Emma

Data: 25.01.2019

Godzina: 18:20

Proszę, wróć do domu.

Nadawca: Emma

Odbiorca: Mama

Data: 25.01.2019

Godzina: 18:28

Dopóki w nim jest Archer tego nie zrobię mamo.

Na tym smsie postanowiłam zakończyć wymianę wiadomości z rodzicielką. Bardzo ją kochałam ale nie miałam zamiaru patrzeć bezczynnie, jak ten gbur niszczył jej życie. Z Tirą nic nie mogłam zrobić. Chcąc odpocząć od tej chorej sytuacji, pozwoliłam się wciągnąć akcji filmu.

— Oglądałem ten film już chyba z dwadzieścia razy w swoim życiu i raczej nigdy mi się nie znudzi — zaopiniował Matt, przeciągając się na podłodze. W połowie filmu przeniósł się tam, narzekając na niewygodne krzesło oraz ból w plecach.

— Mnie się chyba już przejadł — zaprotestowała Hori, klepiąc się po pełnym brzuchu. Zjadłyśmy prawie wszystko, popijając to całą, dwulitrową butelką coli.

— Ciastka czy film? — zażartował Matt, obrywając przez to poduszką.

— Film kretynie. Jestem głodna — dodała Hori po chwili zastanowienia.- Co Buffi? Na spacer byś chciał iść?

— Mogę się z nimi przejść na spacer. Dobrze mi zrobi trochę świeżego powietrza — stwierdziłam, podnosząc się do pionu. Buffi radośnie zaszczekał, zaś Kiki słysząc słowo spacer przyniosła w pysku smycz.

— Pójdę z tobą, jeśli pozwolisz. Kiki bywa czasem narwana, jeśli zobaczy coś w zaroślach to od razu zacznie się wyrywać. Kilka dni temu pognała w stronę lasu, znikając tam na parę godzin — poinformował Matt, także wstając. Głaszcząc owczarka po łbie, zabrał smycz.

— Pewnie -przytaknęłam wstając z kanapy. Nawet nie spodziewałam się, że aż tak zdrętwiałam.

— To Buffiego — podał mi Matt drugą smycz, którą doczepiłam do kółeczka w obroży. Zarzucając na siebie kurtkę założyłam buty i przepuszczona w drzwiach przez przyjaciela, wyszłam na dwór. Kropił delikatny deszczyk ale nie przeszkadzał w spacerze, natomiast wiatr niósł zimne powietrze. Matt wraz z Kiki poszli nieco dalej, zaś ja pozostałam na ścieżce, starając się trzymać blisko domu.

— Co się stało Buffi? — spytałam psiaka, który z oklapniętymi uszami chował się między moimi nogami, wydając z siebie cichy warkot.- Co tam widzisz? Kota? A może wiewiórkę? — gadałam do psa aby go trochę uspokoić lecz to nie pomagało; sama zaczynałam odczuwać strach. Nieco przerażona spojrzałam w stronę krzewów, które zasłaniały widok na pobliskie pole. Wysokie na trzy metry krzewy oraz niewielkie choinki stanowiły naturalną granicę miedzy podwórkiem a polem uprawnym. Przyglądając się ciemnościom zauważyłam jakieś dwa złote punkciki. Wtem moją koncentrację zburzyło pchnięcie w zgięcie kolana — to Kiki podbiegła do mnie, trącając mnie nosem.

— Na co tak patrzycie? — Matt zaciekawiony ustał obok mnie, wpatrując się gdzieś daleko.

— Widzieliśmy chyba kota buszującego po gałęziach — wyjawiłam z ciarkami na plecach. W nocy nigdy nie można było być pewnym tego co się widzi. Noc skrywała wiele tajemnic.

2. Miasto

Ta noc była jakąś katorgą — non stop się wierciłam, nie mogłam zasnąć a myśli nie dawały mi spać. Dopiero, gdy uliczne latarnie ponownie się włączyły, zaczęłam przysypiać aż w końcu udało mi się zasnąć. Jednak moja podróż do krainy marzeń nie trwała długo, gdyż obudziło mnie drapanie pazurków w drewniane drzwi. Niechętnie otworzyłam jedną powiekę aby dostrzec źródło hałasu. Lekko uniosłam głowę, rozglądając się po pokoju przyjaciółki — to Buffi hałasował, dając znać, że chce wyjść. Szybko odwróciłam wzrok na Hori lecz ta smacznie spała zwrócona twarzą do ściany. Starając się nie narobić koncertowego hałasu, powoli wysunęłam stopy spod kołdry, przyciągając tym uwagę szpica.

— Już idę — uciszyłam pupila szeptem, który zaczął przeciągle poszczekiwać. Idąc boso po dywanie dotarłam do rozsuwanych drzwi, po czym psiak wybiegł jak poparzony. Podążyłam za nim, chcąc się dowiedzieć co stało za sprawą jego błagań. No tak… Jedzenie to siła wyższa — Buffi kochał jedzenie, tak jak jego właścicielka. Korzystając z okazji wydostania się z łóżka oraz dotarcia do kuchni, gdzie mały złośnik wcinał karmę, nalałam sobie wody do szklanki. Strasznie wyschło mi gardło od płaczu oraz paplaniny dnia poprzedniego.

— Hej Emma, czemu nie śpisz? — za meblami kuchennymi, które pełniły rolę ściany pojawił się Matt, nieco strasząc mnie. Nie spodziewałam się, że ktoś mógł wstać.

— Hej. Buffi chciał wyjść coś wszamać, przez co dobijał się do drzwi — wyjawiłam bardzo zmęczona, zbyt zmęczona aby objaśniać przyjacielowi całą genezę mojej obecności w kuchni.

— Słyszałem jak tymi szponami po drzwiach jeździł ale nie chciało mi się za bardzo wstać. Jednak zaniepokoiłem się, gdy nastała cisza. Pomyślałem, że to Hori wstała ale widzę, że się pomyliłem — zaśmiał się rudowłosy, opierając się o blat nad szafkami.- Moja siostra ma z tobą za dobrze — stwierdził, przyglądając się wpierw psu a następnie mi.

— Dlaczego? — na serio nie wiedziałam, dlaczego Hori by miała mieć ze mną za dobrze. Przecież nic nie zrobiłam.

— Sama powinna wstać i zająć się psem aby to ciebie nie obudził. W końcu jesteś naszym gościem a pies należy do niej — wyjaśnił swoją myśl, przecierając twarz dłonią. Matt wyglądał także na zmęczonego.

— Toć nic się nie stało — machnęłam ręką.

— Odzywała się jeszcze mama do ciebie? — szybko zmienił temat, wprawiając mnie w zakłopotanie. Moja rodzicielka dzwoniła do mnie ale nie odebrałam — złamałabym się słysząc jej głos i wróciłabym do domu.

— Nie chciałam odebrać — wyznałam otulając się szczelniej ramionami, nie chcąc brnąć w ten temat.- Napisałam jej tylko smsa na dobranoc. To wszystko — wzruszyłam beznamiętnie ramionami, rozglądając się na boki, byleby nie spojrzeć na Matta.

— Rozumiem. Wypijesz kawę albo herbatę? — spytał wchodząc do pomieszczenia.

— Dziękuję ale chyba pójdę się jeszcze położyć. Pogoda widzę, że sprzyja spaniu więc to wykorzystam. Cześć Lenka — przywitałam kota, który właśnie wszedł do kuchni z uniesionym ogonem.- Zabieram cię ze sobą — wzięłam zwierzaka na ręce, pośpiesznie udając się do pokoju przyjaciółki.

Hori nadal smacznie spała więc nie chcąc jej obudzić, powoli wślizgnęłam się pod kołdrę razem z kotem. Lenka wygodnie usadowiła się między moją ręką a klatką piersiową i zasnęła. Postanowiłam pójść w ślady czworonoga, choć przyznam, że trochę się obawiałam o swoją krtań przy Lenie. To dość narwany zwierzak.


— Mrr… — coś mokrego dotknęło mojego policzka, zostawiając na nim ślad. Niechętnie otworzyłam oczy, ujrzawszy pyszczek Leny, która pod wpływem mojego ruszenia się zeskoczyła na podłogę.

— Dobry dzionek — głos Hori dotarł do moich uszu.

— Hej — przetarłam twarz dłońmi nadal pozostając niewyspana.

— Jak mi się dobrze dzisiaj spało — dziewczyna przeciągnęła się jak kot, rozprostowując kości.- Która godzina? — spytała szukając wzrokiem swojego telefonu ale leżał na biurku.

— Po jedenastej — spojrzałam na swój wyświetlacz, siadając po turecku pod kołdrą.

— Masakra… Ja myślałam, że to jakaś trzynasta a tu tak wcześnie. Ciekawe jak tam rodzice wczoraj wrócili do domu. Jak ojciec się upił to na pewno zostali u znajomych — Hori od samego rana stała się rozgadana.- Trzeba by było jakieś sowite śniadanko zrobić bo głodna jestem.

— Dopiero co wstałaś a już o jedzeniu myślisz — zaśmiałam się, za co oberwało mi się poduszką.

— Tak. Śniadanie to podstawa całego dnia. Później może byśmy poszły sobie na małe zakupy — zaproponowała rudowłosa schodząc z materaca dość nieudolnie. Noga nastolatki zaplątała się w poszewkę kołdry przez co o mało się nie przewróciła.

— Uważaj kobieto, nie chcę cię z dywanu zeskrobywać — rzuciłam się na poduszkę plecami, nie mając na nic w ogóle ochoty.

— No co? Każdemu się może zdarzyć — zachichotała podchodząc do szafy, skąd wyjęła ubrania.- Jak będziemy w centrum to przypomnij mi abym zajrzała do zoologicznego po szczotkę dla Leny. Tą co teraz mam niedługo wyciągnie kopyta — osiemnastolatka przebrała górną część piżam na niebieską koszulkę z różnymi, kolorowymi napisami. Sama zwlokłam tyłek z łóżka, chcąc nie chcąc musząc się ogarnąć. Ze swojej torby wyciągnęłam pierwsze, lepsze ciuchy.

— Jak nie zapomnę to ci przypomnę — szybko przebrałam się, bojąc się, że ktoś zaraz bez pozwolenia wparuje do pokoju.


Po godzinie czasu obie byłyśmy uszykowane do wyjścia.

— Dokąd idziecie? — Matt stanął naprzeciwko nas, bacznie obserwując nasze poczynania.

— Idziemy na miasto. Trochę pochodzimy po centrum, obejrzymy co ciekawego jest w sklepach, wskoczymy do księgarni i zoologicznego. Pogadamy, poplotkujemy i tyle — wyjaśniła Hori, wdziewając na stopy buty z szarym meszkiem.

— Głównie idziemy oderwać się od tego wszystkiego — dodałam od siebie, poprawiając włosy, które jak zawsze musiały znaleźć się za materiałem bluzy oraz częściowo wejść w zasuwak.

— Mogę iść z wami? — Matt z uśmiechem czekał za pozytywną odpowiedzią.

— Nie. My idziemy same — zbyła Hori swojego brata, wychodząc na zewnątrz.

— Innym razem — pocieszyłam przyjaciela, także wychodząc z mieszkania. Na dworze nie było aż tak źle jak myślałam. Co prawda kropił deszcz ale za to nie wiał wiatr. Dało się przeżyć drogę do centrum, choć zaczynałam żałować, że jednak nie wybrałyśmy się tam autobusem.

— Matko kochana! Ja już mam zadyszkę — wysapała rudowłosa idąc wciąż przed siebie. Olewanie zajęć z wychowania fizycznego dawało dziewczynie swe znaki.

— Przecież przed nami jeszcze połowa drogi. Nie chcę cię martwić moja droga ale czeka cię jeszcze powrót do domu — to był przysłowiowy gwóźdź do trumny.

— Nie osłabiaj mnie. Możesz trochę zwolnić? Zsuwasz tak szybko jakbyś miała wiatraczek w tyłku — jęki przyjaciółki nieco spowolniły moje kroki ale nie lubiłam tak mozolnie się wlec. — Teraz pamiętam dlaczego jeździmy autobusem a nie chodzimy na pieszo — zaskomlała dotrzymując mi wreszcie kroku.

— Nie jęcz… Do szkoły nie raz przecież chodzimy — upomniałam dziewczynę, która tylko przewróciła oczami.

— To nie to samo… Spotykamy się praktycznie na miejscu — w sumie miała rację. Mi wystarczyło piętnaście minut aby dotrzeć do szkoły a Hori choć miała taką samą odległość co ja musiała wychodzić dużo wcześniej ode mnie. W gruncie rzeczy piesza wyprawa na zajęcia nie była zbyt mądrym pomysłem, mimo wszystko lubiłyśmy to. Szczególnie jak dopisywała pogoda na dworze. Maj czy czerwiec sprzyjał naszym wczesnym wyjściom.

— Marudzisz jak stara babcia — zaśmiałam się, odwracając twarzą do przyjaciółki, idąc tyłem.

— Nie obrażaj babć. Moja jakoś nie marudzi, no… Tylko czasami jęczy, że coś ją w kościach łupie ale to nie jest to samo — zagroziła mi palcem, lecz oczy kumpeli błyszczały od radości.

— Dobra, dobra. Nie marudź. Poczekaj, ktoś do mnie napisał — wyjęłam telefon z tylnej kieszeni dżinsów.

Nadawca: Mama

Odbiorca: Emma

Data: 26.01.2019

Godzina: 12:40

Cześć córcia. Wrócisz dzisiaj do domu?

Na wiadomość od mamy moje serce przeszyła radość; minęło dopiero parę godzin a już za nią tęskniłam.

Nadawca: Emma

Odbiorca: Mama

Data: 26.01.2019

Godzina: 12:40

Cześć mamuś. Dopóki jest w domu Archer na pewno nie wrócę. Hori pozwoliła mi zostać u siebie tak długo jak chcę. Nie mogę patrzeć jak ten typ cię niszczy mamo.

Z bólem w sercu wysłałam smsa a mój dobry humor zniknął.

— Mama napisała? — głos Hori przywrócił mnie na ziemię.

— Tak, chce abym wróciła do domu ale nie chcę, gdy ten kretyn tam jest. Wystarczy mi już sama obecność Tiry — westchnęłam, dostając kolejnego smsa.

Nadawca: Mama

Odbiorca: Emma

Data: 26.01.2019

Godzina: 12:41

Po pracy wpadnę do Hori i porozmawiamy.

— Mama chce wieczorem przyjechać do ciebie i porozmawiać — poinformowałam przyjaciółkę odpisując na wiadomość.

Nadawca: Emma

Odbiorca: Mama

Data: 26.01.2019

Godzina: 12:41

Dobrze

— Wrócisz z nią do domu? — zmartwienie zagościło na twarzy dziewczyny.

— Nie wiem, zobaczymy. Powiedziałam, że dopóki Archer jest u nas to nie ma mowy o powrocie. Może w końcu go wywali — schowałam telefon do kieszeni, pokonując dalszą drogę w milczeniu.


— Myślisz, że twoi rodzice nie mieliby nic przeciwko, gdybym została jeszcze na chociaż jedną noc? — zapytałam w końcu, przeglądając sukienki, na które w życiu nie byłoby mnie stać. Kwota pięciuset dolarów za kawałek materiału z ozdobnymi złoceniami to zbyt bolesny cios dla mojego portfela.

— Pewnie, że się zgodzą. Mówiłam ci nawet wczoraj, że możesz u mnie zamieszkać — upomniała mnie rudowłosa przykładając do swojego ciała cudowną, fioletową suknię aż do ziemi.- Co sądzisz? Nie wyglądam jak stara babcia? — moja przyjaciółka nie czuła się dobrze w tak długich kreacjach. Raz miała taką na sobie — na weselu kuzyna, żałowała.

— Myślałam, że żartujesz sobie z tym zamieszkaniem u ciebie. Co do sukienki weź coś krótszego. Masz zgrabne nogi więc ich nie zakrywaj. Ja to mogę długie kiecki nosić bo jestem niska więc mnie chociaż trochę wydłużają — zaśmiałam się, dotykając tiul pudrowej sukni balowej.

— Pójdziemy do Luiggie’go to tam może sobie coś upatrzę. Chociaż nie wiem po co przeglądamy te kiecki skoro nawet nie mamy po co ich kupować — dziewczyna złapała się palcami za grzbiet nosa, zamykając na chwilę oczy z załamania.

— Choćby po to aby wydać mniej kasy w czerwcu na bal pożegnalny — rozłożyłam ręce na boki, podziwiając poziom swojej inteligencji ekonomisty.

— W sumie, coś w tym jest… — westchnęła patrząc na czarne, świecące milionem diamencików cudo. Wolałam nie zerkać na cenę.

— Chociaż nie widzi mi się iść na ten bal. Jak sobie pomyślę ile roboty będzie mnie czekać przy tym to aż głowa mnie boli. Imprezy szkolne to pikuś! — nieco za głośno się wydarłam więc szybkim krokiem opuściłam sklep, wychodząc na dwór. Zmierzałyśmy w stronę naszego ulubionego sklepu Luiggie’go.- Bal pożegnalny musi być wyjątkowy, oryginalny i jedyny w swoim rodzaju — wyjaśniłam gestykulując wolną ręką. Będąc w księgarni kupiłam kilka przyborów — zakreślacze, zszywki do papieru, taśmę i takie tam oraz nową książkę na wolne wieczory. Ferie zimowe powoli się kończyły więc chciałam coś jeszcze przeczytać nim praca oraz nauka z powrotem zawalą mi życie.

— Musisz iść jako przewodnicząca szkoły czy tego chcesz czy nie, po za tym ja cię siłą tam zaprowadzę jeśli zajdzie taka potrzeba — zagroziła mi Hori pół żartem, pół serio.- Muszę mieć kogoś do towarzystwa bo akurat mnie rodzice zmuszają abym poszła. Nie mam zamiaru stać pod ścianą i ją podpierać.

— Nie narzekaj… Możesz zawsze wziąć ze sobą któregoś z kuzynów lub brata a nawet gdyby, to do balu masz jeszcze kilka miesięcy więc nigdy nic nie wiadomo. Ostatnim czasem Piter do ciebie się tak ładnie uśmiecha — zaśmiałam się słodko, lekko przygryzając zębami koniuszek języka.

— Daj spokój — dotarłyśmy w końcu do przeszklonego budynku z brązowym napisem na szybie „Luiggie”.

— Dzień dobry — przywitała nas kobieta w wieku mojej mamy.

— Dzień dobry — uśmiechnęłam się do ekspedientki, idąc w kierunku sukienek oraz butów.

— A ty z kim masz zamiar pójść? — zagaiła Hori, przeglądając sukienki pozostałe z letniej kolekcji ubiegłego roku. Ich cena została obniżona aż o sześćdziesiąt procent więc postanowiłam i ja się skusić na kilka rzeczy.

— Z nikim — wzruszyłam ramionami, przeglądając wzorzyste stroje.- Będę i tak zbyt pochłonięta przemowami oraz całą organizacją — dodałam dając się porwać szału zakupów.


— Jestem taka głodna! — burknęła Hori siadając na ławce, obok siebie położyła z cztery ogromne torby wypchane ubraniami oraz kosmetykami. Moje pakunki były stanowczo skromniejsze — dwie letnie sukienki, jaskrawożółte trampki oraz dwa kremy.

— Musisz jeszcze pójść do zoologicznego — przypomniałam przyjaciółce stając naprzeciwko niej, zakrywając sobie słońce dłonią. Promienie co prawda raziły w oczy ale wychodziły zza chmur deszczowych stanowczo zbyt rzadko. Przeważnie w Vancouver styczeń i luty to najbardziej deszczowe miesiące lecz inne także nie osładzały życia jego mieszkańcom. Lato choć gorące, bywało często ulewne.

— Kurczaki! — jęknęła rudowłosa, przechylając głowę do tyłu. Wnioskowałam po jej minie, że nie była zachwycona.

— Ja wskoczę do spożywczaka po coś do przekąszenia a ty załatw zoologiczny. Spotkamy się tutaj chyba, że się nie wyrobię przez kolejkę — pragnęłam wrócić już do domu i legnąć się na łóżku ale moje kiszki także marsza grały. Idąc z tobołami, weszłam do budynku, gdzie kręciło się kilka osób. Spotkałam tam nawet nauczycielkę od angielskiego, która wraz ze swoimi dwoma brzdącami wybierała słodycze. Starając się przejść niezauważona dotarłam do działu z bułkami — spotkanie kogoś znajomego, w tym nawet nauczyciela kończyło się tak samo, rozmową. Akurat na dyskusję nie miałam ochoty. W biegu chwyciłam dwie bułki z nadzieniem porzeczkowym, po jabłku oraz piciu bananowym.


Po zapłaceniu sprzedawcy wyszłam z powrotem na dwór, nie mogąc ogarnąć tych wszystkich reklamówek w jednej ręce. Drugą starałam się schować telefon do kieszeni, za którego etui miałam schowaną kasę. Niestety w sklepie nie było mi dane ogarnąć się na spokojnie, gdyż jakiś starszy typ charczał i sapał mi nad uchem, dając znać abym się pośpieszyła bo na tym świecie jestem nie tylko ja. Musiałam się jednak okazać sierotą i upuściłam torbę z kosmetykami — swoimi oraz Hori. Modliłam się tylko aby nic się nie potłukło. Hori wydawała sporo kasy na drogie kosmetyki więc z pewnością urwałaby mi łeb. Na szczęście wszystko okazało się pozostać w całości, choć brakowało mi jednego opakowania. Ze zmarszczonymi brwiami rozejrzałam się w okolicy swoich stóp lecz białe, turlające się opakowanie kremu przykuło już po chwili moją uwagę. Starając się je złapać nie patrzyłam na to czy kogoś potrącę — chciałam je uratować przed samochodami, które poruszały się od czasu do czasu po ulicy. Kiedy już miałam pudełko prawie w dłoni ktoś inny podniósł mój dobytek.

— To zapewne twoje, moja pani — szok to jedyne co czułam. Zaskoczona, zażenowana i zdezorientowana podniosłam głowę, ujrzawszy te zielone, ciemne oczy, które posiadały bezkresną otchłań. Otchłań bez dna, przepełnioną swego rodzaju smutkiem. Wraz z mężczyzną powróciłam do pionu, gdzie okazało się, że spokojnie owy osobnik mógł napluć mi na głowę. Sięgałam mu może do mostka.

— Dziękuję — odpowiedziałam prawie szeptem skrępowana a zarazem owiana przerażeniem. Ten mężczyzna miał coś w sobie, coś co kazało trzymać się od niego z daleka a zarazem przyciągało jak magnes. Te oczy owiane tajemnicą, ostre rysy twarzy łagodzone delikatnym uśmiechem — sztywnym aczkolwiek uśmiechem. Jednak nie to w tym wszystkim przyciągało najbardziej wzrok. Jego skóra wydawała się być niczym z porcelany — delikatna, krucha i blada niczym pergamin. Nieskazitelnie czyta, nieskalana ani jedną blizną. Nie to co moja, która naznaczona została przez naturę licznymi pieprzykami, które często przeklinałam.

— Emma! — krzyk Hori rozniósł się za moimi plecami, przykuwając uwagę nieznajomego. Na krótką chwilę oderwał ode mnie wzrok, patrząc hen dal za mnie, co ja także poczyniłam. Ujrzawszy biegnącą w moim kierunku Hori chciałam przeprosić bruneta lecz go już nie było. Zniknął! Nagle, jak od pstryknięcia palcami. A co jeśli miałam właśnie halucynacje a moja wyobraźnia płatała mi figle? Może wewnętrzna część mnie, którą zakopałam gdzieś głęboko w czeluściach mroku zdołała się przebić na zewnątrz? Co ja już za głupoty opowiadam.- Wiesz ile ja za tę szczotkę musiałam dać?! To jakieś złodziejstwo! — rudowłosa zdyszana jak na lekcji wf-u stanęła u mego boku, wymachując mi wspomnianą szczotką przed oczami. Powracając na ziemię schowałam goniony wcześniej krem. Myśl o tajemniczym typku nie dawała mi spokoju i musiałam się dowiedzieć czy dostawałam powoli już paranoi.

— Czy ty też widziałaś tego chłopaka, który stał tu — wskazałam palcem jak umysłowo upośledzona, wywołując napad śmiechu przyjaciółki.

— Owszem. To był człowiek więc jak go miałam nie widzieć? Skóra, kości więc wiesz… Siłą rzeczy niewidzialny nie był — górną częścią nadgarstka otarła pojedynczą łzę.

— Ja mówię poważnie Hori — skarciłam kumpelę, chcąc porozmawiać poważnie. Martwiłam się, że zaczynałam wariować.- On tak nagle zniknął, widziałaś dokąd poszedł? — chciałam się tego bardzo dowiedzieć. Człowiek nie mógł sobie od tak zniknąć ani nikt nie przemieszczał się z taką szybkością.

— Nie wiem dokąd poszedł bo leciałam do ciebie ze spuszczonym łbem — wyjawiła wzruszając ramionami.

— Trudno. Uznajmy, że ten typek był jednak wytworem mojej wyobraźni. Masz jedzenie — wetknęłam do rąk przyjaciółki brązową torebeczkę z bułką.- Mam jeszcze soczyste jabłuszka oraz pitko — pragnąc zapomnieć o dziwnym przeżyciu przekierowałam rozmowę na inny tor. Udało mi się, gdyż Hori pałaszując drożdżówkę opowiedziała mi jak to sprzedawca okradł ją na szczotce dla pupila.

— Zbierajmy się do domu bo czuję, że niedługo zacznie padać — wybełkotała rudowłosa z pełną buzią, popijając sok.

— Dobra, tylko jakoś ogarnę się — przecierając usta wierzchem dłoni, zwinęłam papierową torebkę wyrzucając ją do pobliskiego kosza.


Reszta dnia upłynęła mi na spędzeniu czasu przed telewizorem wraz z Hori oraz Mattem. Pomimo oglądania filmu akcji nie mogłam zapomnieć widoku nieznajomego. Te jego puste, smutne oczy oraz porcelanowy wygląd. Gryząc patyczek od pianek w karmelu patrzyłam tępo w ekran, myślami będąc we wspomnieniach dzisiejszego popołudnia.

— Bo się zakujesz — wybełkotała Hori, wpychając sobie garść popocornu popijając go następnie colą prosto z dwu litrowej butelki. Nie miałam pojęcia jakim cudem ta dziewczyna nie tyła.

— Spokojna głowa — powróciłam na ziemię, odkładając czysty patyczek na talerzyk ze stertą innych wykałaczek.

— Dzieciaki co chcecie na kolację? — do salonu weszła mama rodzeństwa podpierając się jedną ręką w talii. Kobieta jako jedyna ze wszystkich domowników była mojego wzrostu a jej włosy mieniły się ciemnym blondem.

— Może byś mamuś jakieś frytki z kurczakiem zrobiła? Albo wiem! Zapiekankę! — od razu dziewczyna się ożywiła na myśl o jedzeniu, choć sama wtryniła ogromną paczkę chipsów oraz żelków.

— Mi obojętne — na serio było mi obojętne. Nie byłam specjalnie głodna.

— Co zrobisz to będzie. Ja nie mam takich wymagań jak ten pasibrzuch — zaśmiał się Matt, wstając z kanapy i wychodząc gdzieś. Wtem rozległo się szczekanie psów oraz pukanie do drzwi — domyśliłam się, że to moja mama zgodnie z obietnicą przyjechała aby ze mną porozmawiać. Trochę się bałam tej rozmowy, nie chciałam ulec i to napawało mnie obawami — że będę za mało stanowcza.

— Dzień dobry pani Lopez — tak, to moja mama. Wstając na równe nogi postanowiłam zmierzyć się ze swoimi słabościami.

— Cześć mamuś — przywitałam w końcu swoją rodzicielkę, która stała w korytarzu i rozmawiała z Mattem lecz po usłyszeniu mego głosu natychmiast zamilkła.

— Kochanie — odkładając torebkę na wysoki blat mebli kuchennych, podeszła do mnie z rozłożonymi ramionami. Od razu zatopiłam się w jej objęciach, bardzo tego potrzebując. Pachniała tak jak zawsze — nutą wanilii i trawy cytrynowej.- Nie uciekaj mi już nigdy więcej tak bez uprzedzenia z domu — głos szatynki zadrżał od natłoku emocji. Ujmując moją twarz w dłoniach spojrzała mi w oczy, szukając w nich zrozumienia oraz potwierdzenia.

— Dobrze mamo — przytaknęłam doskonale zdając sobie sprawę z mojej nieodpowiedzialności.

— Idźcie sobie porozmawiać do salonu, tam wam nikt nie będzie przeszkadzać — blondynka machnęła ścierką od wycierania naczyń, trafiając w udo Matta, który nadal stał za plecami mamy i przyglądał się nam.

— Dobry wieczór — Hori przywitała moją rodzicielkę promiennym uśmiechem, wymijając nas w drzwiach od salonu. Szatynka zajęła miejsce przy stole, ja zaś usiadłam na przeciwko niej. Zapadła cisza.

— Kochanie — rozmowy podjęła się mama jako pierwsza, za co byłam jej wdzięczna. Nie miałam pojęcia jak rozpocząć, od czego zacząć.- Chciałam cię przeprosić za tą wczorajszą sytuację. Tira nie ma prawa brać bez twojego pozwolenia twoich rzeczy a Archer nie powinien tak na ciebie naskakiwać — spuściła głowę w dół mając dłonie wyciągnięte przed siebie na czerwonym obrusie. Widok załamanej rodzicielki łamał mi serce więc aby ją choć trochę pocieszyć, złapałam ją za ręce.

— Tira to moja siostra więc ma prawo mieszkać w domu pomimo swojego charakteru ale Archer musi zniknąć z naszego życia — oznajmiłam na co szatynka przytaknęła mi głową. Zdawałam sobie sprawę jak ciężko było mamie wychować samotnie dwoje dzieci i jak bardzo brakowało jej wsparcia. Archer miał być właśnie nim — wsparciem a okazał się gnojem i egoistą.

— Dzisiaj jak wyszedł rano do swojej matki spakowałam jego rzeczy i wystawiłam za drzwi. Ślusarza umówiłam już wczoraj więc przed moim wyjściem do pracy wymienił wszystkie zamki od drzwi zewnętrznych — mama wyjęła wtem pęk świecących kluczy z kieszeni swojego beżowego płaszcza, kładąc przedmiot przede mną.- Wolałam to zrobić podczas jego nieobecności, gdyż bałam się jego reakcji — ogarnęła mnie duma. Choć mama bała się to jednak przezwyciężyła strach i wyrzuciła tego oszusta z domu.

— Dobrze zrobiłaś mamo — upewniłam kobietę w racji jej postępowania. Czułam w tamtej chwili ogromną radość, która malowała uśmiech na mojej twarzy.

— Wrócisz ze mną do domu czy chcesz zostać jeszcze u Hori? — spytała rodzicielka z nadzieją w głosie lecz nie chciałam ponieść się zbytniej euforii.

— Dzisiaj jeszcze zostanę u niej na noc ale wrócę jutro — zapewniłam szatynkę, zabierając z blatu nowe klucze od mieszkania.

— Dobrze, będę na pewno czekać — mocniej ścisnęła moją dłoń.

— Adeline zostaniesz u nas na kolację? — do salonu na palcach weszła mama Hori, praktycznie szepcząc.

— Nie dziękuję ci moja droga za propozycję ale muszę wracać do domu. Tam zapewne czeka moja druga córka, która umiera z głodu — krótki śmiech mamy zasiał ziarno niepewności z moim sercu. Co jeśli mama wróci do domu a Tira zachowała się jak idiotka i wpuściła pod jej nieobecność Archera a ten w ramach zemsty coś zrobi mamie? Czy Tira w ogóle ma nowe klucze? — Może Emma zostać u was na noc?

— Pewnie, to nie jest dla nas żadnym problemem — nie przysłuchiwałam się rozmowie kobiet, zbyt pochłonięta analizowaniem swojej decyzji, zastanawiając się czy aby jej nie zmienić.

— Pa kochanie. Do jutra — mama ucałowała mnie w czoło wychodząc z mieszkania. Dopiero z chwilą zamykających się drzwi świat wrócił mi do normalnego biegu.

— Emma, żyjesz? — Hori machała mi rękoma przed oczami a ja stałam jak słup soli po środku korytarza pożarta przez swoje myśli.

— Tak — przytaknęłam do końca nie zdając sobie sprawy na co się zgodziłam.


Minęła godzina od odjazdu mojej mamy z domu Hori a ja już byłam po kolacji. Jakbym na dłużej zamieszkała z przyjaciółką, musiałabym zainwestować w trenera osobistego lub w karnet na siłownię. Normalnie ważyłam niecałe pięćdziesiąt kilo a już drugiego dnia pobytu u Hori miałam wrażenie jakbym przytyła z pięć dodatkowych kilogramów.

— Czarne czy beżowe rajstopy? — blondynka machnęła w powietrzu wspomnianymi rzeczami, wyczekując za odpowiedzią.

— Beżowe — odpowiedziałam przyglądając się pani domu, która na sobie miała granatową sukienkę.

— Idziecie gdzieś? — Hori wyraźnie była zaskoczona ponownym wyjściem swoich rodziców. Nieco skrępowana starałam się wtopić w łóżko przyjaciółki.

— Idziemy sobie potańczyć trochę z twoim ojcem do remizy. Mamy w końcu piątek więc trzeba się trochę zabawić. Zabralibyśmy was ale co za dużo to nie zdrowo — blondynka puściła do swojej córki oczko śmiejąc się wesoło, następnie wychodząc z pokoju.

— Właśnie moja własna matka w bardzo ładny sposób powiedziała mi, że ma mnie dosyć — rudowłosa parsknęła śmiechem nie będąc złą na rodzicielkę.- Lepiej dla nas — dodała kładąc się do poprzedniej pozycji.- Obżarłam się! — jęknęła brązowooka, chowając twarz w dłoniach.- Masz może ochotę na lody? — nic nie mówiąc po prostu pokręciłam przecząco głową.

— Dzieciaki my z ojcem wychodzimy już. Matt siedzi u siebie w pokoju więc jak coś to idźcie do niego — mama Hori zakładając żakiet poinformowała nas o wyjściu.

— Okey! — przyjaciółka nawet nie odkrywając twarzy krzyknęła przez palce.

— Miłej zabawy — powiedziałam będąc jedyną kulturalną osobą, lekko dźgając Hori za karę palcem w żebra.

— Dziękuję kochanie — mama Hori uśmiechnęła się do mnie wychodząc z pokoju.

— Dobra, to jak mamy wolną hate to co robimy? — rudowłosa poderwała się ze swojego łóżka robiąc niezgrabny fikołek do tyłu, lądując stopami na podłodze. Włosy zasłoniły chwilowo jej twarz, mimo to byłam w stanie ujrzeć szeroki uśmiech przyjaciółki.

— Może też sobie potańczymy? — rzuciłam pomysł choć taniec nie należał do moich mocnych stron.

— Niezły pomysł. Spalę trochę tych kalorii z kolacji — poklepała się po brzuchu, idąc do salonu. Natomiast ja mozolnie zgramoliłam się z materaca podążając za Hori, która przewracała zawartość jednej z szaf. — Mam! Tylko weź to teraz podłącz — złapała za kabelki, które trzeba było podpiąć do telewizora aby dwie maty mogły funkcjonować.


Po kwadransie mordęgi z przewodami udało nam się ogarnąć system, dzięki czemu mogłyśmy zabrać się do tańczenia. Niestety nasze kondycje mogły poszczycić się jedynie kompromitacją — wytrzymałyśmy aż trzy minuty skakania za strzałkami. Zmęczona padłam na podłogę a Hori z czerwonymi wypiekami uchyliła okno, przez które wpadło świeże powietrze pachnące deszczem.

— Może jednak karaoke? — rzuciła kumpela, szukając już w szafie zestawu do śpiewu. Nic już nie mówiłam bo ledwo mogłam złapać oddech więc tylko przewróciłam oczami.

Karaoke połączone z naszymi wrzaskami, gdyż śpiewem się tego nazwać nie dało, zajęło nam ponad godzinę, po czym postanowiłyśmy odpocząć przy filmie. Tym razem postawiłyśmy na komedię, na której śmiałyśmy się jak nienormalne. Łzy mimowolnie spływały na moje policzki. Kiki nagle poderwała się z kanapy po czym ujadając wniebogłosy pobiegła do drzwi.

— Poliki i szczęka mnie bolą — Hori złapała się za brodę zerkając kątem oka na zaniepokojonego psa. Wtem dobiegło walenie do drzwi. Przeraziłam się do tego stopnia, że z mojej twarzy momentalnie odpłynęła krew.

— Twoi rodzice? — rzuciłam z nadzieją w głosie, że może zapomnieli kluczy od mieszkania, choć racjonalna strona mojego umysłu pukała się palcem po czole, wytykając mi, że normalny człowiek aż tak nie wali pięściami do drzwi po zapomnieniu kluczy. Wpierw by zadzwonili albo delikatnie zapukali.

— Kiki by tak nie ujadała — przestraszona Hori powoli zeszła z kanapy, stając w drzwiach salonu, z którego widziała drzwi frontowe. Dobijanie nie cichło a pies skakał na płytę odbijając się od niej łapami.


3. Napaść


— Zaraz popuszczę ze strachu — wyznała szeptem Hori przyglądając się nadal drzwiom wejściowym. Oprawca wiedział doskonale, że ktoś musiał być w mieszkaniu, gdyż telewizor grał dość głośno a w kuchni paliło się światło, wylewając się na ganek. Walenie się ponowiło.

— A jeśli ktoś potrzebuje pomocy? — wypaliłam wzruszając lekko ramionami.

— Pomocy! Błagam was! — męski głos dotarł do środka a jęki oraz agonia przepełniająca go, aż przecinała serce.- Błagam — jakaś niewidzialna ręka złapała mnie za serce i je ścisnęła z niewyobrażalną siłą. Chęć pomocy drugiemu człowiekowi przejęła nade mną kontrolę i niewiele myśląc podbiegłam do drzwi, otwierając je. Kiki oczywiście chciała doskoczyć do nieznajomego lecz Hori dzielnie ją powstrzymywała, ciągnąc za obrożę. Uspokojona faktem, że Kiki nie pogryzie przybysza, skupiłam całą uwagę na nim. Przeraziłam się nie na żarty. Ktoś go na serio zaatakował. Ofiarą napaści okazał się Roy Obraian — chłopaka znałam tylko z widzenia i choć był naszym rówieśnikiem, nigdy nie miałam z nim kontaktu. Jako przewodnicząca szkoły znałam większość osób uczęszczających do naszej placówki, a one znały mnie. Roy uczęszczał do innej grupy niż moja i Hori, nawet wątpiłam aby moja przyjaciółka kojarzyła go choćby z twarzy.- Dziękuję — jęknął leżąc na podłodze, opierając się dłońmi o płytki, na które skapywała krew.

— Co ci się stało? — rozejrzałam się dookoła stojąc na schodach lecz nic nie zauważyłam. Tylko ciemność. Bojąc się o swoje życie szybko weszłam do mieszkania, zamykając drzwi na wszystkie zamki.

— Mamo! Krew — Hori wyłoniła się ze swojego pokoju, opierając się czołem oraz dłonią o ścianę. Rudowłosa panicznie bała się krwi i potrafiła zemdleć w ciągu dziesięciu sekund po jej zobaczeniu. Podobno krew śmierdziała dla niej metalem oraz starymi rybami, ja tam nic takiego nie czułam.

— Przynieś mi apteczkę a ty chodź ze mną — złapałam blondyna pod pachę i pomogłam mu wstać z kolan do pionu. Gibał się na boki, mając kolana jak z waty co nie ułatwiało mi roboty.- Matt! — wydarłam się ale niestety przyjaciel mnie nie słyszał.- Daj koce — odbierając apteczkę od Hori poprosiłam ją o jakiś materiał, który zabezpieczyłby kanapę przed poplamieniem ją krwią. Ledwo przytrzymując chłopaka, mocno zacisnęłam zęby, czekając aż kumpela rozłoży fioletowy ręcznik. Następnie z odwróconą głową do choinki pomogła mi usadowić blondyna na kanapie. Dopiero kiedy odetchnęłam z ulgą dotarło do mnie poszczekiwanie Buffiego, który podgryzał nogawki Roya.

— Nie Buffi — Hori odciągnęła od ledwo przytomnego rówieśnika psiaka i wyniosła go gdzieś. Z pokoju obok zaś dochodziło uporczywe ujadanie Kiki, która dostawała furii.

— Hej, słyszysz mnie? — złapałam brodę chłopaka i skierowałam jego twarz tak, aby spojrzeć mu w oczy. Źrenice miał powiększone, przysłaniające prawie w całości błękitne tęczówki. Wtem moją uwagę przykuły ukąszenia na szyi, wyglądające jak po ugryzieniu węża. Nigdy owych na własne oczy nie widziałam lecz ta opuchlizna oraz wyciekająca jakaś maź z ran, mi się nie podobała.

— Wybacz — Hori zadławiła się czymś, zapewne zawartością zwrotną żołądka. — Ale ja ci nie pomogę. Słabo mi — świetnie, właśnie miałam na głowie drugi problem. Nie wiedząc co począć, wstałam z kolan i pobiegłam do pokoju Matta, który był zamknięty na klucz a ze środka dochodziła cicha muzyka. Nie czekając na nic, zaczęłam walić pięściami o drewnianą płytę ale chłopak mnie nie słyszał albo nie chciał słyszeć. Nie miałam pojęcia co on tam robił ale go do jasnej nędzy potrzebowałam. Zrezygnowana dobijaniem się do niego, odpuściłam wracając do salonu. Tam Hori leżała blada na podłodze a Roy powoli mi odpływał, zaś ja nadal nie wiedziałam czy to z powodu utraty krwi czy może przez ukąszenie węża.

— Hori? — przykucnęłam przy przyjaciółce, która bujała się w miarę swoich możliwości jak przy chorobie sierocej.

— W porządku — jęknęła ze zamkniętymi oczami.- Zaraz mi przejdzie — zapewniła więc podreptałam na czworakach do blondyna. Dychał. Miał płytki oddech ale żył. Dostrzegając telefon Hori na stole, złapałam go i dzięki Bogu znając hasło mogłam zadzwonić na pogotowie.

— Pogotowie ratunkowe we Vancouver, w czym mogę pomóc? — operator linii odebrał prawie natychmiastowo.

— Nazywam się Emma Lopez, znajduję się w domu przyjaciółki na ulicy Woldfrood trzy. Do mieszkania przyszedł jakiś mężczyzna, chyba został zaatakowany. Ma podarte ubrania, jest cały zakrwawiony — mówiłam jak w amoku, pokładając nadzieję w operatorze. Bałam się bo nigdy nie miałam w swoim życiu takiej sytuacji. Jedynym najniebezpieczniejszym zdarzeniem w całym moim życiu było opatrywanie Tirze zdartych kolan oraz łokci, gdy wywaliła się za dzieciaka na rowerze.

— Rozumiem, a jaki jest stan poszkodowanego? Zna go pani? — zamarłam, przyglądając się półprzytomnemu chłopakowi.

— Kojarzę tylko z widzenia, to Roy Obraian ale co do nazwiska mogłam go przekręcić. Posadziłam go na kanapie bo słał się na nogach. Jest strasznie blady i zlany potem. Na szyi ma sporo ukąszeń możliwe, że ukąsił go wąż.

— Wysłałem już karetkę oraz funkcjonariuszy policji, za niedługo powinni się zjawić — szybko zerknęłam na Hori, która usiadła po turecku, odzyskując powoli kolory na twarzy. Kamień spadł mi z serca na ten widok.

— Wampir — jęknął chłopak stłumionym głosem.- Zabiły ich, wszystkich — zakaszlał, nie mogąc złapać oddechu.

— On się dusi! — krzyknęłam do słuchawki, wstając na równe nogi ze strachu, że zaraz koleś zejdzie mi z tego świata.

— Spokojnie, panika nam nic nie pomoże. Czy poszkodowany ma drożne drogi oddechowe? Nic nie zalega mu w ustach? — dopytywał mężczyzna wcale nie uspokajając mnie.

— Mówił więc raczej nic nie ma w ustach — przyznałam do końca nie będąc pewna.

— Kołek w serce, tylko to ich zabije — kompletnie odjechał gościu jakimś innym pendolino. Zaczęłam podejrzewać, że się zwyczajnie zaćpał albo jad powodował u niego halucynacje.

— Ten chłopak ma straszne halucynacje — zwróciłam się do operatora.

— Po ugryzieniu niektórych gatunków węży mogą wystąpić takie objawy, to normalne. Wspominała pani, że jest pani w domu przyjaciółki, co z nią? — zerknęłam na Hori, która przyglądała się Royowi.

— Boi się krwi więc się położyła na podłodze aby opanować odruchy wymiotne i mi nie zemdleć. Teraz siedzi o własnych siłach i przestaje być blada — oznajmiłam uśmiechając się delikatnie do przyjaciółki.

— Czy jest jeszcze ktoś w domu, kto mógłby pomóc?

— Jest brat mojej przyjaciółki ale zamknięty siedzi w pokoju i mnie nie słyszy — przyznałam z ciężkim westchnieniem obserwując mamroczącego chłopaka.

— On też jest potworem. Nie wpuszczajcie ich…

— Czy stan poszkodowanego uległ zmianie? — ponownie przyjrzałam się blondynowi.

— Raczej nie. Nadal majaczy ale z rany sączy się jakaś dziwna wydzielina, mająca słodki zapach. Przypomina trochę ropę ale ropa śmierdzi, a to nie — trudno mi było opisać coś czego w życiu na oczy nie widziałam. Wtem do moich uszu dobiegł odgłos syreny, przez co poczułam ulgę — ogromną ulgę. Szybko biegnąc do drzwi, wyszłam na zewnątrz aby móc zaprowadzić ratowników do chłopaka.- Karetka już jest — poinformowałam operatora, który podziękował za współpracę i rozłączył się. Ratownicy znając już szczegóły sytuacji zabrali Roya na noszach do szpitala. Kiedy go wywozili bardzo zmartwiłam się o niego — dostał jakiegoś ataku skurczy połączonych z padaczką, na dodatek jego oddech oraz puls były ledwo wyczuwalny. Hori się także zajęto — podano jej środki uspakajające, posadzono ją koło okna a ja podałam jej szklankę wody.

— Funkcjonariusze policji jeszcze do pań się zgłoszą w celu złożenia wyjaśnień — rzekła kobieta zabierając torbę oraz puste opakowanie po kroplówce.

— Dobrze — po odprowadzeniu ratowniczki do drzwi, stałam tam tak jeszcze przez parę chwil, dopóki karetka nie zniknęła mi z pola widzenia. To było coś strasznego a zarazem niesamowitego. Zamyślona zamknęła drzwi na wszystkie zamki i wróciłam do Hori, która siedziała przy uchylonym oknie, oparta głową o ścianę.- Jak się czujesz? — zapytałam biorąc jedno z krzeseł, siadając naprzeciwko przyjaciółki.

— Już lepiej, dziękuję. Jak myślisz, wyliże się on z tego? — jej głos był smutny oraz mętny. Nie wiedziałam czy to wina leków uspakajających, czy może natłoku emocji.

— Nie mam pojęcia, choć mam nadzieję, że tak — na serio nie miałam pojęcia co mu się stało. Żadne książki nie opisywały takiej przypadłości. Fakt są drgawki, padaczka czy skurcze mięśni ale nie aż takie i raczej nie w takich połączeniach, chociaż co ja tam mogłam wiedzieć. Byłam jeszcze w liceum a wiedzę medyczną posiadałam jedynie z książek albo niektórych tematów szkolnych — choćby udzielenie pierwszej pomocy.

— Czemu Matt nie przyszedł? — do Hori zaczęły dopiero docierać niektóre rzeczy.

— Zamknął się w pokoju i słuchał muzyki, chociaż pewnie miał jeszcze słuchawki na uszach i grał, bo przy takiej głośności magnetofonu nie dało się nie słyszeć mojego dobijania.

— Trzeba wypuścić Kiki z Buffim bo szaleju dostaną — Hori wstała z krzesła, maszerując do swojego pokoju, z którego wyleciały psy. Od razu rzuciły się do obwąchiwania zakrwawionego materiału, następnie biegnąc do drzwi wejściowych, gdzie postanowiły ujadać. W czasie, gdy dziewczyna stanęła w progu salonu, ktoś zapukał do drzwi.

— To pewnie policja — przełknęłam ciężko ślinę, bojąc się tej rozmowy. Nie chciałam mieć na pieńku z prawem — jakby to wyglądało w moim nieskazitelnym podaniu do szkoły…

— Starzy mnie zabiją — z tą myślą Hori poszła otworzyć drzwi, odpędzając znowu psy — nie mundurowych, swoje psy.- Panowie chcą z nami porozmawiać — jeny!

— Dobry wieczór — przywitałam się z mężczyznami, wstając z krzesła. Tak szczerze to nie wiedziałam jak miałam się zachować w ich obecności. Ja nigdy nic złego nie przewiniłam a przyszło mi stanąć przed policją.

— Witam, porucznik Creig. Dostaliśmy zgłoszenie o napaści na chłopaka. Chcielibyśmy wyjaśnić tę sprawę — miałam ochotę zemdleć aby nie musieć przeprowadzać tej rozmowy. Niestety całą czwórką usiedliśmy w salonie i przeprowadziliśmy poważną dyskusję, w której opowiedziałam całą historię od początku. Mimo tego policjanci nie omieszkali zadać pytań, na które w swojej opowieści już wcześniej udzieliłam odpowiedzi.- Będziemy z paniami w kontakcie — powiedział na odchodne policjant, zamykając po ponad godzinnej dyskusji swój notes. Hori odprowadziła panów do drzwi, po czym stanęła w wejściu do salonu niczym zombie.

— Mam dość atrakcji jak na jeden dzień — klapnęła na kanapę, zamykając na chwilę oczy. Ja sama odczuwałam już zmęczenie fizyczne oraz psychiczne.

— Dziewczyny chcecie coś do picia bo robię sobie kawę?! — głos Matta od razu podniósł mi ciśnienie, przez co miałam ochotę rzucić mu się do gardła. — To jak? — jego głowa pojawiła się w salonie, zaś dłońmi opierał się o przeciwne ściany.

— Nie chcę nic! — krzyknęłam rozzłoszczona, rozkładając ręce na boki. Przyjaciel przybrał zmieszaną minę, nie wiedząc o co mi biega — pewnie skąd miał wiedzieć, skoro miał wylane na moje wrzaski oraz walenie do drzwi.

— Emma? Wszystko okey? — spytał zaniepokojony wchodząc do pokoju, podchodząc do mnie. Złapał bez namysłu skrawek mojej bluzki umazanej krwią, której wcześniej nawet nie zauważyłam przez natłok emocji oraz szybkość rozwoju sytuacji. Momentalnie zrzuciłam dłoń przyjaciela, odpychając go od siebie.

— Teraz to cię obchodzi? Gdzie byłeś jak dobijałam się do twojego pokoju kretynie?! — wrzeszczałam na cały głos, ciesząc się, że jedynym sąsiadem Hori była jej babcia, która o tak późnej porze smacznie spała po środkach nasennych.

— Idź już sobie Matt, grać w te swoje durne gierki czy co tam robiłeś — warknęła zmęczona Hori, machając obojętnie ręką w powietrzu.

— O co wam chodzi? Co za baby… — westchnął Matt, zostawiając nas same w salonie. Poirytowana klapnęłam obok dziewczyny, opierając głowę o zagłówek.

— Starzy mnie zabiją — Hori jęknęła zaciskając usta w wąską linię, myśląc nad zaistniałą sytuacją. Nie wiedziałyśmy co się stało temu chłopakowi, jednak jeśli sprawa tyczyłaby się włamania, napadu czy nie daj Boże morderstwa, miałyśmy poważne problemy — siedziałyśmy po uszy w gównie.

— Mnie może mama nie zabije, bo nic złego nie zrobiłyśmy ale jak to będzie wyglądać na moim życiorysie? Która z uczelni będzie chciała przyjąć osobę z kartoteką policyjną — westchnęłam już widząc oczami wyobraźni rozmowę kwalifikacyjną na studia.

— Chciał nie chciał uratowałaś mu życie więc raczej pozytywnie na to spojrzą — przyjaciółka starała się wyperswadować mi negatywne myśli z głowy ale jej argumenty nie docierały do mojej świadomości. Kiedy miałam zanegować wypowiedź dziewczyny, do drzwi rozległo się ponowne pukanie. Psy szczekając przybiegły do salonu lecz ich postawa różniła się od wcześniejszej. Tym razem poszczekiwanie było cichsze, przedłużone. Buffi schował się pod stół zaś Kiki położyła się za kanapą, gdzie miała legowisko — położyła uszy wzdłuż ciała tak jakby bała się czegoś.- Pewnie to policjanci czegoś zapomnieli, pójdę otworzyć — Hori przewracając oczami wstała na równe nogi, nie zwracając najmniejszej uwagi na zachowanie podopiecznych.


4. Jednak to nie sen

Nim Hori dotarła do drzwi, ja stanęłam w wejściu do salonu z dudniącym sercem. Ten wieczór był pełen niespodzianek więc jakiś pijany typek albo złodziej, by mnie nie zdziwił. Kiedy rudowłosa w końcu otworzyła drzwi przybyszowi, ujrzałam wysoką postać, odwróconą do nas przodem lecz przez kaptur zaciągnięty na głowę zbytnio nie widziałam twarzy.

— Dobry wieczór, w czymś mogę panu pomóc? — głos Hori zatrząsł się, zapewne bojąc się zamiarów owego typa. Usłyszawszy dziewczynę, nieznajomy uniósł swą twarz, ukazując nam jej nieskazitelność. Wszędzie rozpoznałabym te oczy.

— Dobry wieczór moje panie. Proszę, wybaczcie mi to najście — zaczął mężczyzna, gdy ja stałam jak sparaliżowana cały czas gapiąc się na niego, z lekko rozwartymi ustami. Chłopak jednak nie ukrywał tego, że on także mierzył mnie swym spojrzeniem. Światło wylewające się z kuchni na ganek ocieplało twarz bruneta, która aż emanowała blaskiem. Z drugiej strony był środek nocy więc mogłam już mieć omamy.- Pragnę podziękować za opiekę nad bratem — dokończył, bacznie obserwując mnie. Czułam wtedy skrępowanie oraz lekki strach, bo w jego osobie było coś, co kazało człowiekowi uciekać.

— O kim mowa? Chyba pomylił pan nas z kimś innym — Hori czuła się przy nim zaś tak swobodnie, co nieco mnie dezorientowało. Musiałam być już bardzo zmęczona. Dopiero po chwili dotarły do mnie przerażające fakty. To Royowi została udzielona pomoc, ponadto krwawił a nieznajomy emanował dziwną aurą. Otulając się szczelniej ramionami powędrowałam do salonu, nie mogąc wytrzymać przenikliwego spojrzenia zielonych oczu chłopaka. Siadając na kanapie, nadal słuchałam rozmowy Hori z przybyszem lecz część uwagi skupiłam na Kiki, która skomląc schowała łeb pod swoim kocykiem. Choć znajdowałam się daleko od nieznajomego, czułam jego obecność, jakby stał obok mnie. Duszności atakowały moją klatkę piersiową, zaś serce łomotało mi jak szalone. Czemu tak się działo? Nie miałam pojęcia.

— Och, nie ma sprawy. W głównej mierze to powinien podziękować pan Emmie, gdyż ja miałam odlot jak tylko zobaczyłam krew — nie mogłam uwierzyć jak Hori mogła z taką lekkością rozmawiać z tym gościem. Nic do niego osobiście nie miałam ale jakoś wolałam nie mieszać się w jego sprawy.

— Z ogromną przyjemnością pragnąłbym podziękować panience osobiście lecz owa dama raczej nie chce mnie oglądać — nie chciałam go widzieć? Tak, no może nie do końca. Bijąc się sama ze swoimi myślami, w końcu wstałam do pionu z zamiarem pójścia i powiedzenia nieznajomemu o mylności jego teorii ale z drugiej strony, po co miałam to robić? Najlepiej było nie pchać się w problemy.

— Ona? — śmiech Hori wybił mnie z transu.- Proszę się nią nie przejmować. Emma ma po prostu swój świat — świetnie, moja przyjaciółka właśnie tłumaczyła moje zachowanie obcemu typowi.

— Wszakże nie będę już więcej was niepokoić. Jeszcze raz dziękuję i życzę spokojnej nocy — miał taki ciepły i melodyjny głos.

— Dobranoc — dźwięk zamykanych drzwi dotarł do moich uszu a wraz z przekręcaniem zamka, spadało ze mnie ciśnienie oraz strach. Załamana usiadłam na podłodze w siedzie tureckim, gdzie po paru minutach dołączyła do mnie rudowłosa.

— Udusić cię? — rzuciłam mordercze spojrzenie na kumpelę, która chichrając się pod nosem, poczerwieniała na twarzy.

— Ale za co? — jej uśmiech był szeroki i niepokojący.

— Za obgadywanie mnie — szturchnęłam ją w ramię, przez co ze śmiechu upadła tyłkiem na podłogę.- Emma ma po prostu swój świat — naśladowałam głos przyjaciółki.- Osłabiasz mnie — jęknęłam, nie mogąc już dłużej opanować śmiechu, którym zaraziłam się od Hori.

— Oj no… Nawet nie wiesz jak go to zabolało, gdy tak nagle sobie poszłaś. Nie masz pojęcia jakim on tęsknym wzrokiem cię wypatrywał — zapiszczała dziewczyna ukrywając twarz w dłoniach.- Do ostatniej chwili liczył na to, że może pojawisz się z powrotem — no i dopadły mnie wyrzuty sumienia. Może jednak powinnam wtedy wyjść i wyjaśnić mu, że na serio nic do niego nie miałam.

— Serio? — ogarnął mnie na dodatek lekki wstyd za swoje niemiłe zachowanie. Oczami wyobraźni widziałam tego mężczyznę o porcelanowej twarzy lecz największy cios w serce zadało mi wspomnienie jego oczu. Smutnych, bez żadnej głębi. Może byłam kolejną osobą, która go tak potraktowała. Może to właśnie przez jego wygląd ludzie odrzucali go tak szybko — tak jak ja.

— Na serio. Aż mi go żal — westchnęła Hori.- Nie łam się, sama mówiłaś, że żadnego chłopaka nie chcesz więc to i lepiej, że go zbyłaś już na samym początku — dziewczyna wstała, wcale nie poprawiając mi humoru. Właściwie osiemnastolatka miała rację. Po co miałam robić jemu czy sobie nadzieję, skoro nie miałam czasu na związek. Z drugiej strony, kto powiedział, że chciał czegoś więcej?! Widziałam go tylko może z dwa razy! Sama jakieś bzdury sobie do głowy napychałam.- Idę się położyć bo zaraz skonam — chwiejnym krokiem rudowłosa podeszła do wyjścia, rzucając mi ostatnie, przelotne spojrzenie emanujące podejrzeniami.

— Ja zaraz też przyjdę — bardziej rzuciłam to sama do siebie niż do przyjaciółki. Chcąc pozbierać trochę myśli skierowałam się na ganek, gdzie usiadłam na schodach. Chłodne powietrze przyjemnie otuliło moją skórę a kotłujące się we mnie emocje, uspokoiły się. Totalnie zwariowałam. Oszalałam. Tak, to było doskonałe określenie na mój stan psychiczno-emocjonalny. Nie wiedziałam ile czasu spędziłam na dworze lecz gdyby nie błysk jakiś dwóch złotych kropek w zaroślach, nadal bym tam siedziała.


Odgłos dość głośno grającego telewizora obudził mnie, przez co siłą rzeczy musiałam otworzyć powieki. Zmęczona nocnymi wydarzeniami, odwróciłam się na lewy bok aby zobaczyć czy Hori nadal śpi, lecz jej już nie było. Wpatrując się w sufit starałam się przeanalizować akcję, która wydarzyła się zaledwie parę godzin wcześniej i choć bardzo pragnęłam aby to okazało się zwykłym snem, nie mogłam tego sobie wmówić — to było realne. Roy, krew, karetka, rozmowa z policją, tajemniczy nieznajomy. Za dużo tego! Niezgrabnie zeszłam z łóżka, podnosząc kołdrę z podłogi, którą musiałam najwyraźniej skopać w czasie snu. Założywszy kapcie przyjaciółki, które stanowczo były za duże na mnie, wyszłam na korytarz, gdzie pachniało sercem, szynką oraz bazylią. Mniam! Od razu mój żołądek przypomniał mi o sobie a ja ze smutkiem musiałam przyznać, że stawałam się głodna za często. Mieszkanie u Hori mi nie służyło. Zerknąwszy przez kuchenne okno przypomniałam sobie wszystko od nowa. Potworne walenie do drzwi, błaganie o pomoc oraz ujadanie psów. Dodatkowo szare chmury oraz delikatny deszcz nie sprzyjał poprawie mojego samopoczucia. Powracając na ziemię, podążyłam do salonu, skąd dobiegał dźwięk telewizora. Już od samego progu ujrzałam przyjaciółkę siedzącą przy stole z podciągniętymi nogami do klatki piersiowej, piłującą paznokcie. Emanował od niej strach oraz panika, co nieco zbiło mnie z pantałyku. Za jej plecami stała mama dziewczyny, która z przejęciem wpatrywała się w ekran. Natomiast pan domu rozłożony był na łóżku, siedząc w samej koszulce oraz majtkach, powinnam się do takiego widoku przyzwyczaić ale jakoś nie umiałam. Zawsze czułam potworne skrępowanie. Dopiero, gdy ustałam przy stole ujrzałam Matta bawiącego się z Buffim.

— Dzień dobry kochanie — mama Hori przywitała mnie ciepłym uśmiechem, zagarniając mój rozczochrany kucyk za ramię.

— Dzień dobry.

— Emma, słuchaj — rudowłosa wskazała palcem na telewizor, w którym prezenterka mówiła o czymś a w tle, na jakimś monitorze pokazany był dom oraz policja, rozwijająca żółto-czarną taśmę. Czując potworną suchość w gardle, usiadłam aż z wrażenia na jednym z krzeseł. Panika Hori nie wzięła się z powietrza i podejrzewałam o co mogło chodzić w wiadomościach. Błagałam tylko abyśmy nie pojawiły się w nich, przedstawione jako świadkowie zdarzenia. Kątek oka zerknęłam jeszcze na twarze towarzyszy i dopiero wtedy zauważyłam, że Matt natarczywie wpatrywał się we mnie. Starając się zlekceważyć jego przewiercające na wylot spojrzenie, skupiłam całą uwagę na prezenterce, która oddała głos dziennikarzowi, będącemu na miejscu zdarzenia. Kojarzyłam ten dom oraz okolicę.

— Późną nocą w mieszkaniu państwa O. rozległy się hałasy, które zaalarmowały sąsiadów o awanturze. Jak mówią z początku wyglądało to na nic nadzwyczajnego, domowa kłótnia z powodu małolatów. Jednak w nocy operator linii sto dwanaście odebrał telefon od młodej kobiety, proszącej o pomoc. W jej domu zjawił się młody mężczyzna z licznymi śladami ran — matko święta i cała trójco! Miałam ochotę zapaść się pod ziemię tak, aby nikt mnie nigdy nie znalazł! Przecież to chodziło o nas! — Służba ratunkowa zadziałała sprawnie, dzięki czemu chłopak trafił pod opiekę specjalistów. Następnie sprawą zajęła się policja — dziennikarz podszedł do jednego z funkcjonariuszy, z mikrofonem.- Przepraszam, jestem Tom Henks z faktów dnia, mógłbym zadać panu kilka pytań? — jednak policjant burknął tylko, że nie ma czasu na wywiady lecz już jego kolega, wręcz w podskokach pojawił się przed kamerą. Mężczyźni wymienili ze sobą kilka szepczących wiadomości, po czym zwrócili się do kamerzysty.- Jest przy mnie porucznik wydziału kryminalnego, Harry Berthon. Jak wygląda sytuacja? Czy oprócz młodocianego są jacyś poszkodowani? — bałam się odpowiedzi policjanta. Bałam się, że ktoś tam w środku mógł błagać o pomoc, umierając w agonii. A co jeśli to było włamanie? W moich oczach wezbrały się łzy, które starałam się opanować. Chciało mi się płakać ale nie ze smutku lecz z przerażenia. Miałam tak poukładane życie, bez żadnych wykroczeń karnych a mi się nagle, tuż przed końcem liceum, miało przydarzyć się coś takiego.

— Niestety na miejscu zdarzenia zastaliśmy trzy ciała. Trupy — dobrze, że siedziałam bo inaczej by mi się nogi ugięły w kolanach.- Matka, ojciec oraz siostra uratowanego chłopaka zostali w bestialski sposób zabici. Nie wiemy niestety kto to zrobił ale musiał być nad wyraz silny. Ukręcenie człowiekowi karku do łatwych nie należy — aż mi się w głowie zakręciło. Musiałam aż z wrażenia podeprzeć się łokciem o blat.

— A jak obecnie wygląda stan zdrowia młodocianego?

— Za wiele na temat jego zdrowia mi nie wiadomo lecz z tego co wiem, jest on w śpiączce. Czekamy aż się z niej wybudzi aby mógł złożyć nam zeznania. Może on nakieruje nas na mordercę czy nawet morderców.

— Jeszcze jedno… Z akt sprawy dowiedziałem się, że w tym domu mieszkała jeszcze jedna osoba, której pan nie wymienił — dziennikarz podsunął mikrofon w stronę funkcjonariusza.

— Zgadza się. Roy O. tak ma na imię młodociany, mieszkał wraz z dalekim kuzynem.

— Wiadomo coś na jego temat?

— Niestety nie. W nocy, gdy ratownicy medyczni zabrali chłopaka do szpitala mężczyzny nie zastaliśmy w domu — z tego zdania wywnioskowałam, że funkcjonariusze zanim przyjechali spisać nasze zeznania, pojechali wpierw do domu Roya. Jednak coś mi się nie zgadzało. Nieznajomy wczoraj przyszedł podziękować za opiekę nad bratem a tu się jednak okazało, że to jest jego kuzyn. A co jeśli ten nieznajomy o smutnych oczach wszystkich ich pozabijał?

— Teraz oddaję głos do studia.

— Dziękuję Tom. Potworna tragedia rozegrała się w spokojnym Vancouver. Policja oczywiście będzie na bieżąco informować o przebiegu śledztwa a do momentu złapania przestępcy, prosi o unikanie samotnych wyjść, ciemnych uliczek oraz przestrzega przed otwieraniem drzwi komukolwiek po zmroku. Teraz przeniesiemy się do centrum, gdzie …

— Em… — Hori szturchnęła mnie w ramię, wskazując głową na korytarz. Bez chwili zastanowienia wstałam z miejsca, idąc za przyjaciółką. Moje nogi były jak z waty, bałam się. Po wejściu do pokoju rudowłosej, dziewczyna zamknęła za sobą drzwi, chwilowo milcząc.- To się wyda — Hori odwróciła się do mnie ze łzami w oczach.

— Morderstwo? — zakryłam usta dłońmi, nie wiedząc co o tym wszystkim myśleć. Nie miałam pojęcia co powiedzieć.

— Przecież będzie śledztwo, przesłuchiwanie, stawianie się na komendzie, Boże święty! — dziewczyna włożyła palce we włosy, ciągnąc za nie.

— Zabiją nas… Obedrą żywcem ze skóry a później wskrzeszą i zakopią żywcem. Oczywiście mówię o rodzicach — dopiero wstałam a już miałam dosyć.

— Emma, niedaleko nas doszło do morderstwa — prawie bezgłośnie to wypowiedziała, machając przed sobą rękoma.

— To znaczy, że morderca chodzi wśród nas — aż mi się gorąco zrobiło.

— Nie wracam do szkoły! Zbiorę zapasy jedzenia, wody i papieru toaletowego oraz mydła i zamknę się w piwnicy. Zabiję okna dechami a drzwi zastawię szafą — dziewczyna nerwowo przemierzała pokój, co jakiś czas zerkając na mnie.

— Musimy powiedzieć o tym rodzicom. Matt się już na pewno zorientował, co się wczoraj stało — zdruzgotana nie miałam pojęcia co począć. Z jednej strony nie chciałam ukrywać przed mamą takiej ważnej rzeczy lecz z drugiej, nie chciałam jej martwić.

— Oszalałaś?! Matka by mnie zabiła, gdyby się dowiedziała, że w nocy, pod ich nieobecność, wpuściłam do domu jakiegoś obcego typa. Jeszcze zakrwawionego. Są oni bardzo tolerancyjni i mam mega wolność ale oni także mają swoje granice — wyszczebiotała żwawo gestykulując dłońmi.

— Jak nie my powiemy, to zrobi to Matt albo policja — koniec końców na pewno funkcjonariusze odwiedziliby nas.

— Może nie. Poczekajmy jeszcze z powiedzeniem — Hori wydała z siebie jęk rozpaczy.

— I co? Później wyjdziemy na oszustki? Nie powiedzenie tak istotnej rzeczy wiąże się z kłamstwem — oburzenie przejęło nade mną górę. Panika nie była moim najlepszym doradcą.

— A co innego zrobisz? Pójdziesz do swojej mamy i powiesz jej: mamo uratowałam życie obcemu chłopakowi, przez co mogę mieć na pieńku z mordercą? — sarkazm aż kipiał z ust przyjaciółki.

— A nie? Musi wiedzieć, że może grozić jej niebezpieczeństwo. Tyczy się to też twojej rodziny, bo to u ciebie w domu przebywała niedobita ofiara. Ten psychol może nie wie o omamach Roya i z myślą, że się wypaplał będzie chciał nas zlikwidować — nastała chwilowa cisza, w której Hori coś analizowała.

— Znasz tego chłopaka?

— Kojarzę — westchnęłam, siadając na materacu. Wtem pod moim telefonem ujrzałam jakąś kartkę.- A to co? — podniosłam telefon aby móc zerknąć na tajemniczy przedmiot. Pergamin był dość gruby oraz lekko pożółkły, zaś litery napisano piórem, czarnym atramentem a samo pismo było pochylone w prawą stronę, z zawijasami. Wszystko było przejrzyste, równe oraz takie nietypowe. Treść wiadomości a raczej listu zaniepokoiła mnie, choć coś w środku, jakieś niewidzialne piórko, miło połaskotało mnie na sercu.


5. Zaskoczenie

— Co tam masz? — Hori usiadła obok mnie, zabierając mi z ręki kartkę.

Sterty zapisanych pergaminów,

mrok rozświetlany tylko blaskiem świec i rozlany atrament,

są świadkami mych porażek,

w oddaniu myśli, co kłębią się w mej głowie.

Choć me serce dawno już martwe,

ociepla jego truchło Twe wspomnienie.

Wspomnienie oczu,

co z bliska są piękniejsze od szmaragdów samej Kleopatry.

Wspomnienie lica,

niczym u samego anioła, zesłanego mi z niebios.

Ech…

Gdybym tylko duszę swą posiadał,

przysiągłbym na nią, że melodia Twego serca

jest tak piękna, iż mnie opętała.

— Wooow! Co to jest? — Hori zarechotała głośno, jeszcze raz czytając list. A może jednak wiersz?

— Nie wiem co to ale … — zawiesiłam chwilowo głos, szukając odpowiedniego określenia.- Treść wiadomości ilekroć przeczytana przeze mnie, miło odbijała się w moim sercu.

— Urocze a zarazem przerażające. Jak to się tu znalazło? — to pytanie zmroziło mi krew w żyłach bo prawdopodobnie znałam nadawcę listu, choć styl pisma oraz języka mi do niego nie pasował. Wyrywając kartkę z rąk Hori, o mało co nie drąc przypadkowo pergaminu, wyszłam z pokoju, kierując się do sypialni Matta. Nie pukając do drzwi, po prostu do niego weszłam. Chłopak zaskoczony siedział przed swoim komputerem, oglądając jakiś film, mając założone słuchawki na uszach.

— Ej! Puka się! — krzyknął, szybko zdejmując z uszu słuchawki, wyłączając monitor, tak abym nie widziała co na nim było.

— Lepiej mi wyjaśnij co to jest do diabła — wkurzona podchodami Matta, rzuciłam list na blat jego biurka.- Jaja sobie ze mnie robisz? — warknęłam, czując narastającą irytację. Był dla mnie jak brat!

— Co? Co to?

— Nie udawaj niewiniątka. Znajdowało się to na szafce nocnej w pokoju Hori. Tylko ty to mogłeś tam w nocy położyć — machnęłam ręką przed sobą, czekając na wyjaśnienia od przyjaciela.

— Żadnych listów po nocach nie piszę, po za tym to nie moje pismo! — nawet nie wiem kiedy przeszliśmy do kłótni.- Patrz! Czy to ci przypomina te wymuskane bzdety? — rzucił wpierw swoje zeszyty na biurko, chcąc mi udowodnić, że się mylę. Następnie złapał list, machając mi nim przed oczami. Faktycznie, to były dwa różne pisma ale to nie znaczyło, że nie mógł się postarać albo użyć jakiegoś szablonu.

— To żaden dowód Matt — syknęłam przez zaciśnięte zęby.

— To… — spojrzał na treść listu.- Toć to jakieś bzdury. Nie wiem z kim ty się zadajesz ale typ jest chyba ze starej epoki — wyśmiał mnie, z dziwnym uśmiechem wytykając mi starość adoratora.

— Byś mógł mieć chociaż na tyle odwagi by się przyznać a nie jak tchórz teraz się wypierasz! — burknęłam zaciskając palce w pięści.

— Dzieciaki co tu się dzieje? — mama Hori w końcu weszła do pokoju zaniepokojona zapewne naszymi wrzaskami.

— Nie mieszaj się do tego — Matt warknął na swoją rodzicielkę, która zdziwiona zachowaniem syna uniosła tylko brew do góry.

— Emma dostała list od kogoś z wyznaniem miłości — Hori wetknęła głowę do pokoju brata, mając ogromny uśmiech w kształcie banana.

— Nie wyznania miłości ale jasno dającego znać, że temu komuś się podobam — spojrzałam oskarżycielsko na Matta, który w irytacji przeczesał swoje włosy.

— Nic ci nie pisałem! Ty prócz tej swojej nauki i kariery nic nie widzisz, więc takie bzdury tym bardziej nie powinny spowodować u ciebie zaćmienia — Hori wraz ze swoją mamą wciągnęły głośno powietrze, obawiając się tego, co miało nastąpić. Zabolały mnie słowa chłopaka, gdyż myślałam, że jest moim przyjacielem i mogłam mu się ze wszystkiego zwierzyć. Jednak się okazało, że miał dosyć moim narzekań oraz snucia planów dotyczących mojej przyszłości. Po za tym jakie zaćmienie? Wpierw pisze takie rzeczy, swoją drogą pięknie ujęte rzeczy a później krzyczy na mnie i się wypiera. Na dodatek co miał na myśli, że nic innego nie widzę prócz nauki? Czy coś na serio przeoczyłam?

— Spoko, rozumiem — postanowiłam podejść do tego z dystansem, choć miałam ochotę go pobić. — Oddaj mi to — rozkazałam wskazując brodą na kartkę.

— Nie. To jest jakiś bełkot — zaprotestował oburzony faktem, że chciałam zatrzymać wiersz.

— Oddawaj!

— Oddaj proszę Emmie to — blondynka stanowczo rozkazała swojemu synowi zwrócić moją własność.

— Ale…

— Bez ale i zaraz to sobie wyjaśnimy. Nie będzie w tym domu żadnych waśni — Matt w końcu się poddał a ja bez chwili wahania odebrałam to co należało do mnie.

— Tchórz — warknęłam wściekła na przyjaciela, który przewrócił oczami, krzyżując ręce na klatce piersiowej.

— Teraz powiedzcie mi po kolei co się stało — mama rodzeństwa usiadła na wersalce syna, lustrując każde z nas wyczekującym wzrokiem.

— Znalazłam to przed chwilą w pokoju Hori, pod swoim telefonem — wyznałam, pokazując blondynce wiersz, czując się nieco skrępowana zaistniałą sytuacją. To nie miało tak wyglądać.

— Pięknie napisany i bardzo wzruszający. Matt komu zapłaciłeś za napisanie go?

— Co?! Kpiny sobie teraz ze mnie robicie? — rudowłosy zapierał się.

— Kochanie, wiesz dobrze, że do naszego domu nikt w nocy nie jest w stanie wejść. Wszystko zawsze zamykamy, po za tym Kiki nikomu obcemu nie pozwoliłaby przekroczyć progu bez naszej zgody. Kiedy wróciliśmy z ojcem do domu w skrzynce ani pod drzwiami nie znaleźliśmy żadnego listu aby móc położyć go Emmie. Nawet tutaj nie ma napisane do kogo jest ten wiersz, więc równie dobrze mógłby być dla Hori a jednak leżała kartka pod telefonem Emmy. Proszę więc abyś mi to wyjaśnił — blondynka mówiła ze spokojem, choć w niektórych momentach jej głos drżał. Wiedziała, że takie wyznanie mogłoby się źle skończyć dla naszej przyjaźni — mojej oraz Matta.

— To nie ja jestem adresatem. Może to Hori sobie wszystko wymyśliła — zaczęło się oskarżanie wszystkich po kolei.

— Ja?! Może jeszcze ojciec co? — Hori burknęła, wchodząc do pokoju

— Ojciec to nawet listy zakupów nie umie spisać — matka rodzeństwa zaśmiała się kpiąco.

— Po prostu nie umiesz przyznać się do swoich czynów — wściekła zabrałam list, wychodząc z pomieszczenia.

— Emma! — Hori pobiegła za mną do swojego pokoju, gdzie postanowiłam przebrać się z piżamy i wrócić do domu.- Co ty robisz? — Hori z niepokojem spojrzała na moje poczynania.

— A jak myślisz? Spadam do domu — wyjaśniłam pokrótce pakując swoje rzeczy do torby.

— Nie idź.

— Idę, nie mam zamiaru przebywać z kimś kto nie umie przyznać się do własnych czynów — rzuciłam wygrzebując jakąś koszulkę oraz spodnie.

— Przecież możemy go unikać albo pójść gdzieś aby w hacie nie siedzieć — dziewczyna próbowała mnie przekonać lecz zamierzałam postawić na swoim. Musiałam pobyć sama ze swoimi myślami.

— Hori, dość. Proszę — jęknęłam, spoglądając na przyjaciółkę z dołu. Wstając do pionu rozebrałam się, zakładając wpierw spodnie, następnie przewracając bluzkę na odpowiednią stronę.

— Nie zrobisz ze mnie kretyna! — niespodziewanie do pokoju wparował Matt, przez co w ataku paniki chwyciłam za kołdrę, zakrywając się nią.- Nie wmieszasz mnie w jakieś tandetne podchody. Taki świstek papieru potrafi ci zamydlić oczy ale to, że ktoś przy tobie jest i cię wspiera to już tego nie dostrzegasz! Zacznij żyć w realnym świecie a nie we własnych fantazjach. Nie ma żadnego księcia na białym koniu, który poczeka aż skończysz studia. Jest to co tu i teraz. Nic lepszego ci się już nie trafi — słowa chłopaka w ogóle do mnie nie trafiały i odnosiłam wrażenie jakby jakaś niewidzialna szyba postawiona przede mną, odbijała wszystko co mówił Matt niczym piłeczki tenisowe.

— Daruj sobie, pogadamy jak zaczniesz zachowywać się adekwatnie do swojego wieku a teraz wyjdź — rozkazałam pokazując palcem na drzwi.

— To jest mój dom więc nigdzie wychodzić nie będę — jeśli stawiał sprawy w ten sposób to wszystko było jasne. Wściekła na niego jak osa zwyczajnie w świecie odwróciłam się plecami do Matta i zlewając wstyd założyłam koszulkę.

— Uspokójcie się — poprosiła Hori nie wiedząc co począć. Przyglądała się z boku.

— Spiszemy się później a my — spojrzałam na przyjaciela.- Przemyśl swoje zachowanie — po tych słowach złapałam za torbę, zabierając telefon oraz list zwyczajnie w świecie skierowałam się w stronę wyjścia. Mama rodzeństwa nawet nie próbowała mnie zatrzymywać więc bez problemu wyszłam na dwór, gdzie panował straszny chłód.


Z tej całej akcji wyszła większa drama niż myślałam ale czułam, że miałam słuszną rację. Idąc samotnie praktycznie pustymi ulicami, zatapiałam się w coraz większym chaosie myśli. Przemierzając pobliski park, moją uwagę przykuł z oddali budynek szpitalny. Choć znajdował się dość daleko, postanowiłam tam pójść.


Po pół godzinie dotarłam na miejsce. Mijając kilka karetek weszłam przez rozsuwane drzwi szpitalne na hol, w którym panowało przyjemne ciepło. Nie rozglądając się dookoła ruszyłam w kierunku rozświetlonego korytarza, który prowadził do serca budynku — wielu sklepików, kawiarni czy innych stoisk, zapewniające pacjentom oraz ich bliskim możliwość małych zakupów. Przepychając się między ludźmi dotarłam do wind lecz widząc kolejkę do każdej z nich, postanowiłam skorzystać ze schodów. Przeskakując co drugi stopień dotarłam na pierwsze piętro, gdzie znajdował się oddział intensywnej opieki medycznej. Podejrzewałam, że właśnie tam leżał Roy. Możliwe, że nie powinnam się w ogóle pojawiać w szpitalu ale musiałam dowiedzieć się jaki był stan zdrowia chłopaka. Jednak już od samego wejścia napotkałam policjantów siedzących w lobby, pijąc kawę oraz przeglądając jakieś papiery. Liczyłam na szybką oraz cichą akcję lecz zostałam zatrzymana przez jakiegoś młodzika o strasznie piskliwym głosie.

— Panienka to dokąd? — stanął przede mną, kładąc mi swoją dłoń na ramieniu.

— Spokojnie młody, poznaję panią — uff… To jeden z funkcjonariuszy, który poprzedniego wieczoru spisywał moje zeznania.

— Dzień dobry. Ja chciałam się tylko dowiedzieć co u Roya, czy coś wiadomo? — stresowałam się jak diabli a moje dłonie zrobiły się całe mokre. Z trudem przełykając ślinę wytarłam ręce w spodnie.

— Eh… Nie jest za ciekawie moja droga — pan policjant okazał się miłą osobą, która nie patrzyła na mnie jak na psychopatę. Równocześnie mógł osądzić mnie o współpracę z mordercą, skoro nie znałam swojego rówieśnika a martwiłam się jego stanem. Zdecydowanie przesadzałam z analizowaniem wszystkiego dookoła. Musiałam wyluzować.- Chodź ze mną — poprosił, gestem dłoni pokazując oszklone drzwi od oddziału. Podziękowałam kiwnięciem głowy, idąc przed siebie. Już po przekroczeniu progu uderzył we mnie zapach środków do dezynfekcji, który o dziwo nie drażnił mnie jak innych. Nawet lubiłam go.

— Przepraszam! Przepraszam… — podbiegła do nas pielęgniarka.- Ta pani kim jest? — zmierzyła mnie podejrzliwym wzrokiem czarnoskóra kobieta, podpierając się jedną dłonią w tali.

— Spokojnie siostro. Ta pani uratowała życie naszemu poszkodowanemu — policjant zaśmiał się, poklepując mnie po ramieniu.

— Mam cię na oku kruszyno — niby powiedziała to w słodki sposób ale wyczuwałam w jej tonie groźbę.

— Pani wraca skądś? — mężczyzna zerknął na torbę trzymaną przeze mnie w ręku.

— Wracam do domu od przyjaciółki — odpowiedziałam krótko.

— Pan Obraian leży tutaj — otworzył mi drzwi pod numerem dziesięć.

— Dziękuję — bąknęłam wchodząc do sali, gdzie rozchodził się dźwięk pikających maszyn. Trzy łóżka pozostały puste a na czwartym leżał Roy, podłączony do respiratora oraz kardiomonitora. Wyglądał koszmarnie. W miejscach pogryzień znajdowały się opatrunki i to dość grube, mimo to przesiąknięte były żółto-czerwoną mazią. Niepewnie podeszłam do rówieśnika, chcąc zobaczyć jego rany.

— Panienka Emma? — jakiś męski głos rozbrzmiał za moimi plecami, strasząc mnie. Blednąc na twarzy, szybko odwróciłam się w stronę gościa, którym okazał się nieznajomy z rynku. Jego oczy przykuły moją uwagę lecz dziś zauważyłam w nich iskierkę, delikatny płomyczek tlącej się radości. Radości jednak zbyt małej by mogła przedostać się na tą bladą, nieskazitelnie porcelanową twarz.

— Dzień dobry… — zająknęłam się przez łapczywie łapane powietrze. Nie spodziewałam się go tutaj spotkać, po tym jak policjant w wiadomościach poinformował o braku obecności kuzyna poszkodowanego. Właśnie kuzyna a nie brata. Moja podświadomość zapaliła czerwoną lampeczkę nad moją głową, każąc mi na niego uważać. Kłamca? Czy on mógł być mordercą? Na tę myśl włoski na plecach stanęły mi dęba. Nasze spojrzenia krzyżowały się ze sobą lecz przez przenikliwość jego wzroku, jako pierwsza zerwałam kontakt wzrokowy.- Policja wie, że tu jestem. Przyszłam sprawdzić tylko jak się czuje — zaczęłam się tłumaczyć obcemu typowi jak jakaś idiotka ale co mogłam poradzić na to, że wywoływał u mnie takie skrępowanie. Jego uroda nie należała do przeciętnej, choć każdy ma inny gust. Dla mnie był przystojny.

— Ciesze się, że panienkę widzę — jejku… Ten uroczy uśmiech. Ogarnij się!

— Wyjdzie z tego? — chciałam zmienić temat mając nadzieję, że w końcu mężczyzna oderwie ode mnie swój natarczywy wzrok. Na marne.

— To silny chłopak, da sobie radę. Za kilka dni powinien wrócić do zdrowia — głos nieznajomego był niczym muzyka — delikatny, słodki a zarazem z nutą przerażającej powagi. Sam styl mówienia oraz dykcji wskazywał na inne pochodzenie bruneta.

— To najważniejsze, że rokowania są dobre — mężczyzna podszedł do łóżka, kładąc dłonie na poręczy. Jego ręce także wyglądały jak z porcelany lecz mimo swej złudnej kruchości podejrzewałam, że posiadały w sobie siłę. Zastanawiały mnie jedynie niebieskie odcienie żył pod skórą, które były praktycznie niewidoczne. Automatycznie zerknęłam kątem oka na swoje dłonie. Lekko sino-różowe od zimna z widocznymi żyłami. Posiadałam strasznie drobne dłonie.- To pana brat? — ciekawość zwyciężyła i musiałam się dowiedzieć prawdy. Ponadto gdyby kłamał w końcu spuściłby ze mnie spojrzenie, które przewiercało mnie na wylot. Bardzo krępująca sytuacja.

— Muszę się przyznać do powiedzenia niecałej prawdy. Bowiem Roy to mój daleki kuzyn, jednakże jest dla mnie o wiele bliższy. Dla mnie to młodszy brat. Nasze więzi krwi są silniejsze niż te, które łączą mnie z moimi bliskimi krewnymi — i sprawa wyjaśniona. Chociaż czy to nie kolejna bajeczka?

— Ooo… Rozumiem — a co innego miałam powiedzieć? — Będę się zbierać — poinformowałam, ostatni raz zerkając na nieprzytomnego Roya, któremu kończyła się właśnie kroplówka.

— Proszę nie, znaczy — nieznajomy zrobił krok w moją stronę z wyciągniętą ręką, którą natychmiast zabrał z powrotem. Reakcja mężczyzny bardzo mnie zaskoczyła, wprawiając w jeszcze większe zakłopotanie.- Dziękuję za uratowanie mu życia — odparł zrezygnowany.

— Nie ma za co — po tych słowach uśmiechnęłam się do nieznajomego, kierując się w stronę drzwi. Dopiero kiedy znalazłam się za nimi odetchnęłam z ulgą. Zamykając drewnianą płytę, oparłam się o nią plecami, wypuszczając powoli powietrze z płuc. Jednak czułam po drugiej stronie obecność bruneta.

— Ciężki widok? — policjant zjawił się obok mnie tak nagle, że aż podskoczyłam w miejscu. Zajadał się akurat pączkiem.

— Przykry — wybąkałam pod nosem, tak na prawdę całą swoją uwagę poświęciłam nieznajomemu niżeli Royowi.- Mam pytanie… — zaczęłam niepewnie.- Czy z moją przyjaciółką będziemy wzywane jeszcze na posterunek w celu złożenia jakiś zeznań? — musiałam się spytać. Nie mogłabym spać nocami, nie znając odpowiedzi.

— Zapewne tak moja droga a czemu pytasz? — policjant zerknął na mnie ze zmarszczonymi brwiami, które były dość bujne.

— Jestem przerażona tym co się stało. Morderstwo… Jeśli trafi to do jakiś akt żadna szkoła mnie nie przyjmie na studia — wypaliłam jak durna ale musiałam z kimś o tym porozmawiać, skoro nie mogłam zrobić tego z mamą. Funkcjonariusz się ośmiał, co zbiło mnie z tropu.

— Moja droga nie musisz się obawiać tego, że ta sprawa wpłynie jakoś na twoje podanie na studia. Spokojnie. Na pewno zostaniesz wymieniona w aktach sprawy ale wątpię aby to jakoś wpłynęło na twoją kandydaturę. Uratowanie ludzkiego życia to czyn godny pochwały — przez chwilę zastanowił się, przenosząc następnie wzrok na moją osobę.

— Myśli pan? — trochę mi ulżyło.

— Na pewno. A dokąd się wybierasz jeśli mogę wiedzieć. Jeśli to nie jest jakąś tajemnicą — ponownie znalazłam się w lobby, gdzie policjanci przeglądali jakieś dokumenty.

— Pragnę dostać się do Stenberg lecz na jedno miejsce przypada aż dwudziestu aplikujących — statystyki porażały mnie.

— Powiem ci, że łatwiej się dostać niż tam utrzymać. Skąd wiem? Mój chrześniak tam uczęszczał ale po pierwszym semestrze zrezygnował. Za duże parcie a takie same studia możesz zdać spokojniej — zamyślona spojrzałam na swojego rozmówcę.

— Aż tak tam źle? — wiedziałam, że tam panował bardzo wysoki poziom edukacji a wymagania sięgały ponadpodstawowych starań ale żeby rezygnować przez to…

— Kiedy zajęcia zaczynasz o ósmej rano i siedzisz na wykładach do późnego wieczoru a następne godziny przeznaczasz na naukę, to uwierz że pół roku to i tak wyczyn. Nie wiem jak niektórzy wytrzymują pięć i pół roku — mężczyzna zaśmiał się pod nosem, krzyżując ręce na klatce piersiowej.

— Ja będę chciała dać radę, planuję naukę w Stenberg już od samego początku liceum — jakoś rozluźniłam się a sama obecność pana w niebieskim mundurze mniej mnie przerażała.

— Widzę, że ambitna jesteś — funkcjonariusz pokręcił przecząco głową. Wtem mój telefon zaczął dzwonić, wprawiając mnie w lekkie zażenowanie.

— Przepraszam, muszę odebrać — szybko odebrałam, odchodząc na krok.- Do widzenia! — weszłam na schody.- Tak mamuś? — odezwałam się jako pierwsza po odebraniu połączenia.

— Kochanie, gdzie jesteś? Masz straszne echo — wiedziałam, że się zorientuje. Wpadłam w panikę. Powiedzieć prawdę czy kłamać? Prawda? Kłamstwo?

— Właśnie wychodzę ze szpitala — nie zdążyłam ugryźć się w język. Mentalnie strzeliłam sobie w twarz.

— Co się stało? Wszystko w porządku? — zaczęło się przesłuchanie prawdziwego gliniarza…

— Uspokój się mamo, ze mną jest wszystko w porządku. Wracam do domu od Hori więc wstąpiłam po drodze do znajomego, który leży w szpitalu — ugh! Wpadłam jak śliwka w kompot a przecież obiecałam Hori trzymać język za zębami. Poza tym mama na pewno zobaczyłaby w końcu wiadomości o morderstwie.

— Już się bałam, że stało się coś tobie — wyraźnie odetchnęła z ulgą, zaś mi ciężar przybył na barki.

— Nie, nie. Spokojnie, wracam już do domu — poprawiłam uścisk na torbie, wychodząc ze szpitala. Na dworze nadal było zimno i lekko kropiło.

— To dobrze. Musimy porozmawiać — wyznała, przyprawiając mnie tym samym o ciarki. Czyżby już się domyśliła?

— Niedługo będę — rzuciłam krótko do słuchawki. Po usłyszeniu wymruczanej zgody, rozłączyłam się. Znalazłam się we fatalnej sytuacji. Nie wiedziałam co począć. Głos rozsądku kazał mi szczerze porozmawiać z rodzicielką lecz z drugiej strony miałam przyjaciółkę, której ten pomysł zdecydowanie się nie podobał. Znajdowałam się między młotem a kowadłem. Zrozpaczona stałam przy barierce od kamiennych schodów szpitala, które prowadziły do drugiego wejścia. Postanowiłam powiedzieć szatynce prawdę, gdyż jakby coś się jej stało, nigdy bym sobie tego nie wybaczyła. Hori musiała nie tyle co zrozumieć, co po prostu zaakceptować moją decyzję. Nie miałam zamiaru mieć czyjegoś zdrowia czy życia na sumieniu. Jedna osoba już leżała w śpiączce, w szpitalu. Niespodziewanie poczułam czyjąś dłoń na swoim ramieniu, przez co serce podeszło ze mi ze strachu do gardła.


6. Odwaga czy głupota

Dłoń lekko oparta o moje ramię doprowadziła mnie prawie do zawału. Natychmiastowo odwracając się na pięcie ujrzałam przed sobą postać nieznajomego z rynku. Automatycznie wykonałam krok do tyłu aby choć trochę wejść w swoją strefę komfortu. Powoli zaczynałam się zastanawiać czy to nie jakiś stalker. Ostatnimi dniami, gdzie bym nie poszłam tam zjawiał się i On.

— Najmocniej przepraszam, że przestraszyłem panienkę lecz muszę cię o coś prosić — stałam jak sparaliżowana. Jakiś obcy typ zaczepił mnie pod budynkiem szpitala, na dodatek mając jakieś specjalne życzenia. Miałam ochotę dać nogi, jednak te odmówiły mi posłuszeństwa. Stałam więc w miejscu czekając na dalszy rozwój sytuacji.

— Słucham… — odchrząknęłam. To było tyle, na co w tamtej chwili było mnie stać. Nieźle…

— Ośmielę się poprosić damę o nie wychodzenie po zmroku z domu. W okolicy grasuje niebezpieczny myśliwy — matko… Z jakiej on epoki się urwał? Ze średniowiecza? Tak, wiem… Byłam bardzo oschła w swoich myślach ale na głowie miałam więcej problemów niż to czy wyjść po zmroku, czy spełnić jakąś zachciankę obcego typa.

— Okey — burknęłam z wymuszonym uśmiechem, chcąc już iść do domu. Tam czekała mnie bardzo trudna rozmowa z mamą.

— Proszę, poczekaj — głos mężczyzny stał się przyciszony, niepewny. Mogłam zwalić to także na omamy słuchowe ale dałabym sobie uciąć mały palec, że nieznajomy się odezwał. Jednak się nie odwróciłam i poszłam w swoją stronę. Nawet się nie obejrzałam.


Widząc z dala swój dom cieszyłam się a zarazem obawiałam tego, co miało nastąpić — rozmowy. Musiałam przyznać się do sytuacji, która miała miejsce poprzedniego wieczoru. Stojąc przed drzwiami wejściowymi wyjęłam pęk nowych kluczy. Od samego progu przywitała mnie cisza, co ostatnimi czasy było czymś niemożliwym. Kiedy Archer wręcz wprowadził się do nas, ciągle grał telewizor.

— Mamo! — krzyknęłam, z niewiadomych powodów przestraszyłam się, że coś mogło się jej stać.

— W kuchni skarbie! — odetchnęłam z ulgą słysząc głos szatynki. Szybko zdjęłam buty, rzucając torbę w korytarzu. Moja rodzicielka siedziała przy stole, pisząc coś w swoich papierach.- Nie myślałam, że tak szybko wrócisz — wstała z krzesła, podchodząc do mnie aby mnie przytulić.

— Tak wyszło, trochę poprztykałam się z Mattem — wyznałam, chcąc wyczuć o czym chciała porozmawiać mama. Takie wybadanie gruntu.

— A to nowość. Przecież wy się skarbie nigdy nie kłócicie — wyznała, zajmując z powrotem swoje miejsce, zaś ja zajęłam te na przeciwko niej.

— Miałam z nim spokojnie porozmawiać a wyszła mała awantura — przyznałam lekko zawstydzona swoim zachowaniem. Może trochę za ostro wsiadłam na przyjaciela. To był tylko głupi list.

— Co takiego musiał zrobić, że aż doszło do kłótni? — powiedzieć jej, nie powiedzieć. Biłam się z myślami.

— Eh… — westchnęłam podpierając się łokciem o blat stołu.- Napisał do mnie list, w którym wyznał że mu się podobam. On niestety jest dla mnie wyłącznie przyjacielem. Ponad to później wyparł się wszystkiego — machnęłam przed sobą ręką, chcąc zbyć poruszony temat. Jakoś działał mi na nerwy.

— Może powinnaś szczerze porozmawiać z Mattem, tylko na osobności bo znając trochę rodzinę Hori, to z pewnością zlecieli się wszyscy — mama jak zawsze zaskakiwała mnie swoją umiejętnością przewidywania.

— Przyszli prawie wszyscy — wymruczałam z lekko uniesionymi brwiami. W sumie zaczynałam się nie dziwić, że chłopak wyparł się swojego czynu. Kto by chciał się przyznawać do czegoś tak prywatnego przed rodziną? Głupio postąpiłam.

— Porozmawiam z nim na osobności na ten temat ale na razie muszę to wszystko sobie przemyśleć — oznajmiłam, mając potworny chaos w głowie, niczym po jakimś huraganie.- O czym chciałaś mamo porozmawiać? — chciałam mieć to już za sobą. Ten dzień był istną katastrofą.

— O Archeru — o nie… Momentalnie wstałam na równe nogi, obawiając się tego, że moja rodzicielka ponownie go przygarnęła pod nasz dach.- Uspokój się, Emma… — szatynka podeszła do mnie, kładące delikatnie dłoń na moim ramieniu.

— Co tym razem? — od samego rana nosiło mnie rozdrażnienie.

— Był tu dzisiaj rano jak do ciebie dzwoniłam — na chwilę zawiesiła głos.- Zaraz wrócimy do tematu szpitala — fuck… Miałam nadzieję, że zapomniała o tym.- Oczywiście przepraszał i chciał wrócić ale postanowiłam być twarda. Kazałam mu się wynosić, jednak ten mi się nagle oświadczył.

— No chyba nie przyjęłaś pierścionka! — krzyknęłam, wyrzucając ręce ku górze. Potrzebowałam odizolowania się od ludzi i świata. Za szybko wybuchałam złością.

— Pewnie, że nie! Bym musiała być masochistką — ulga z serca. Zawsze uważałam moją mamę za mądrą oraz rozsądną osobę, jednak o zbyt miękkim sercu. Jednak coś mi mówiło, że najważniejsza część naszej rozmowy dopiero przed nami.- Po odesłaniu go z kwitkiem zaczął mi grozić. Powiedział, że się zemści na mnie — westchnęła szatynka, siadając z powrotem na swoim miejscu. Ręce mi opadły a całe powietrze jakby uszło ze mnie. Tak jak z przebitego balona.

— Trzeba to zgłosić na policję — głos miałam twardy oraz stanowczy. Żaden burak nie będzie groził mojej mamie! Sama miałam ochotę go udusić własnymi rękoma.

— Na razie nic nie zrobił więc nie ma sensu — protestowała kobieta, podpierając głowę opuszkami palców.

— Na razie. A co będzie jeśli postanowi cię zaatakować? — wtem przed oczami mojej wyobraźni pojawił mi się obraz z wiadomości. Żółto-czarna taśma, policjanci, śledczy, zwłoki wywożone w czarnych workach. Na samo wspomnienie przeszły mnie nieprzyjemne dreszcze.

— Wystarczy jedna dodatkowa groźba albo jedno najście i pójdę — obiecała z lekkim uśmiechem.

— Dobra — uniosłam dłonie w geście kapitulacji. W końcu mama była dorosła i wiedziała co robi.

— A u jakiego znajomego byłaś w szpitalu? — niepewnie zapytała, bacznie obserwując moją reakcję. Powiedzieć jej o całej sytuacji z Royem czy jednak sobie darować?

— Nie znasz go na pewno. Jest moim rówieśnikiem. To Roy Obraian. Trafił wczoraj w nocy do szpitala — te słowa przechodziły mi przez gardło niczym żyletki. Z trudem je wypowiadałam.

— Rzeczywiście nie kojarzę go ani z imienia czy nazwiska. To coś poważnego? — drążyła szatynka temat, choć w głębi serca modliłam się aby sobie odpuściła. Wtem zaświeciła mi się w głowie lampeczka, podpowiadająca mi, że mama nic nie wie o zbrodni.

— Został zaatakowany i leży w śpiączce — mówiłam prawdę. Nie całą ale jednak prawdę. Okropnie się czułam z tym. Powinnam nie być tchórzem i opowiedzieć o wszystkim ale wolałam trzymać język za zębami.

— To straszne! — rodzicielka zakryła usta dłonią a jej oczy powiększyły się.- Wiadomo kto to zrobił?

— Niestety nie — urwałam szybko, spuszczając wzrok w podłogę. Sama nie wiedziałam kto mógł mu coś takiego zrobić, choć moja intuicja podsuwała mi pomysł iż to mógł być nieznajomy ale jakoś odpychałam od siebie tą myśl.- Idę do siebie — poinformowałam momentalnie kierując się do pokoju. Nie miałam ochoty na rozmowę z kimkolwiek, więc planowałam ukryć się w sypialni. Po zamknięciu za sobą drzwi rzuciłam się na łóżko wypruta z emocji.- Co ja robię ze swoim życiem- załkałam w pościel. Czując zapach płynu do prania zamknęłam oczy, nawet nie wiedząc kiedy zasnęłam.


Zimny powiew wiatru otulił moje ręce oraz twarz, wywołując grymas niezadowolenia. Niechętnie otworzyłam powieki, lekko unosząc głowę do góry. Okno zostało uchylone, zaś ja leżałam w poprzek łóżka z rękoma zwisającymi z materaca. Zostałam także przykryta przez kogoś kocem i podejrzewałam, że mama musiała u mnie być. Zmęczona pomimo drzemki wstałam na równe nogi aby zamknąć okno. Na dworze stało się jeszcze gorzej. Rozcierając gęsią skórę na rękach podeszłam do szafy aby wyjąc bluzę. Wtem moją uwagę przykuła kartka papieru, leżąca na biurku, przygnieciona koszyczkiem ze świeczką. Od razu przez moje ciało przeszło uczucie niepokoju. Znałam już ten kolor pergaminu, to pismo. Czyżby Matt przyszedł do mnie, gdy spałam, przynosząc nowy list? Z łomoczącym sercem ubrałam bluzę i wraz z kartką usiadłam na krześle.

Choć me ciało skute lodem,

uczuć pozbawione.

Ty niczym płomień,

wskrzeszasz w nim ogień.

Tak bardzo pragnąłbym się ujawnić, lecz boję się Ciebie stracić…

Jednak nie robiąc nic, stracę Cię na wieki…

Czy uczynisz mi ten zaszczyt?

Tam, gdzie zawsze piękne rosną kwiaty,

a powietrze przepełnia słodycz.

Tam będę czekał od zachodu słońca aż do jego wschodu.

Od razu zaczęłam się zastanawiać o jakie miejsce może chodzić autorowi. Tam, gdzie zawsze rosną kwiaty… Chodzi o jakiś ogród? Powietrze przepełnia słodycz? Nie wiedziałam, dlaczego ale pierwsze skojarzenie miałam z pszczołami oraz miodem. Może autorowi listu chodziło o ogród botaniczny. Dzięki jego przeszklonej kopule można było podziwiać wschód jak i zachód słońca. Analizując treść, ponownie ją czytając, szybko sprawdziłam która godzina. Już dawno słońce zaszło i nastał zmierzch.

— Mamo! — zbiegłam po schodach na parter, spodziewając się właśnie tam znaleźć rodzicielkę.- Mamo! — zatrzymałam się na korytarzu lecz wszędzie panowała szarówka. Zdezorientowało mnie to trochę.- Tira?! — zawołałam, mając nadzieję że ktoś z bliskich mi odpowie ale przeliczyłam się. Cisza. Wtedy ogarnął mnie niepokój. Totalna pustka oraz cisza. Z nerw słyszałam w uszach bicie własnego serca. Na palcach przeszłam do jadalni, pustka. Wszystko jak zawsze stało na swoim miejscu. Następnie weszłam do kuchni lecz tam efekt zastałam ten sam. Tylko to przeklęte tykanie zegarka. Nie wiedząc, gdzie wszystkich wywiało, wróciłam do siebie. Zamyślona usiadłam na skraju łóżka, zastanawiając się co począć. Co prawda noc jeszcze nie zapadła ale spotkanie za zmroku lekko mnie przerażało, zważywszy na ostanie wydarzenia. Racjonalna część mnie przemawiała aby zostać w mieszkaniu lecz ta ciekawska strona męczył by iść do ogrodu. W końcu kto inny niż Matt mógł być adresatem listu? Matt nie mógł zrobić mi krzywdy. Ze ściskiem w żołądku postanowiłam iść stawić czoła prawdzie.

Chwyciłam telefon, zbiegłam ponownie na dół, założyłam kurtkę oraz buty i wyszłam z domu. Na dworze stało się jeszcze zimniej niż parę godzin wcześniej. Ogród na moje szczęście nie znajdował się jakoś daleko od mojego mieszkania ale trzy kilometry na pieszo, w dodatku pod wiatr nie napawały mojej osoby optymizmem.


Przez kilka minut przemierzałam opustoszałe ulice miasta, zastanawiając się, gdzie poznikali wszyscy mieszkańcy. Zawsze Vancouver tętniło życiem. Ta rozsądna część mojej świadomości krzyczała alarmująco, że jestem skończoną kretynką iż idę wieczorem spotkać się w ciemno. Czując się coraz bardziej niepewnie, chciałam zawrócić. Nawet dwa razy zawróciłam w stronę domu lecz głupota kazała iść mi dalej. Nawet nie zauważyłam kiedy dłonie zaczęły mi drżeć. Nie wiedziałam czy to z zimna, czy ze skrajnych emocji. Musiałam się kogoś poradzić i w razie najgorszego scenariusza — śmierci, chciałam aby wiedziała chociaż jedna osoba, gdzie mnie zacząć szukać.

— Halo?! Halo! — głos Hori rozbrzmiał po drugiej stronie słuchawki. Tak. Zadzwoniłam do przyjaciółki.

— Hori? — słyszałam w tle szczekanie Buffiego.

— Wszystko w porządku? Nie dawałaś znaku życia. Bałam się, że się na mnie pogniewałaś — w głosie rudowłosej wyczułam smutek, zmieszany z napięciem.

— Nie. Spokojnie… Po prostu zasnęłam — znowu nie mówiłam całej prawdy. Nie wspomniałam o szpitalu, rozmowie z mamą. Znowu poczułam się podle.

— Ufff… To dobrze, bo zaczęłam się martwić. Gdzie ty jesteś? Trudno cię zrozumieć bo słyszę… Wiatr?

— Tak, bo jestem na dworze

— Co?! Oszalałaś kobieto? — mimowolnie przewróciłam oczami na atak histerii dziewczyny.- Gdzie cię tam niesie?

— Matt jest w domu? — to pytanie zamknęło usta mojej przyjaciółce na dłuższą chwilę.- Jesteś tam? — zbyt długo się nie odzywała.

— Jestem?… Czemu pytasz o mojego brata? — niepewność. Już pewnie miała w głowie tysiące scenariuszy, dlaczego wypytywałam się o chłopaka.

— Jest czy nie? — zależało mi na czasie, gdyż dochodziłam do celu. Już widziałam z daleka ogromną, szklaną kopułę, oświetloną przed uliczne latarnie. Jednak nie to martwiło mnie najbardziej. Nadchodziła noc. Postanowiłam przystanąć i poczekać za odpowiedzią. Jakby to nie był Matt, miałabym możliwość zawrócenia.

— Od razu po tobie także gdzieś wyszedł i do tej pory nie wrócił. Ponowię pytanie: czemu pytasz?

— Dobra, już tłumaczę. Po tym jak obudziłam się, na biurku znalazłam kolejny list — ruszyłam przed siebie, będąc gotowa na konfrontacje z przyjacielem. Oczekiwałam od niego wyjaśnień.

— Myślisz, że Matt go napisał? — wyczułam w głosie dziewczyny zawahanie.

— Miejmy nadzieję, że to on bo jestem już pod kopułą ogrodu, gdzie miałam poznać autora listu — ciężko westchnęłam, stając przed wejściem ogromnego obiektu, który wydawał się przewyższać wszystkie drzewa w okolicy. Nie wiedziałam czy to przez majestat budynku czy natłok skrajnych emocji ale poczułam ciarki na plecach.

— Zwariowałaś! — Hori krzyknęła do słuchawki a w tle usłyszałam huk spadającego przedmiotu.- Jesteś wariatką?! — chyba nią byłam.


7. Spotkanie

— Emma zwariowałaś idąc na spotkanie Bóg wie z kim! A co jeśli Matt mówił prawdę i to nie on jest adresatem wiadomości?

— To by się nie trzymało kupy — serio. Bo kto inny by dostał się do domu Hori, w którym mieszkały dwa psy.

— W ogóle skąd wiesz, który to miał być ogród. W ogóle skąd ta pewność? Konkretnie się określił czy jak?

— Eeee… — zapomniałam, że w naszym mieście były przecież dwa ogrody. Noż jasny gwint! Jednak mimo wszystko od razu skojarzyłam ten konkretny. Byłam w nim wiele razy. Zaś w tym drugim tylko raz na wycieczce szkolnej. Tam jednak nie znalazłabym miejsca, gdzie widziałabym wschód jak i zachód słońca. A może nie musiał Matt go widzieć bo by zerknął na zegarek. Chociaż kto normalny by siedział tyle czasu w jakimś miejscu bez celu? Poza tym jak Matt chciał tam wejść, skoro oba obiekty były pozamykane na noc.- W liście było mniej więcej coś w stylu, że będzie w miejscu gdzie pachnie kwiatami oraz miodem więc wydedukowałam, że to ogród botaniczny, bo co innego? Pasieka?

— Też nie głupi pomysł… Emma, proszę cię wracaj do domu. Nie pamiętasz już co się stało z Royem? — przyjaciółka ściszyła głos, zapewne bojąc się, że jej rodzice coś usłyszą.

— Nawet na chwilę obecną nie wiem jak tam wejść — na prawdę nie wiedziałam. Ogród od frontowej strony był zamknięty. Próbowałam coś zobaczyć przez szyby ale panowała tylko ciemność.

— Wracaj, proszę.

— Napisał, gdzie czuć kwiaty i miód… To musi być tutaj — jęknęłam szarpiąc ostatni raz za klamkę.- Musi być inne wejście. Musi tam czekać a jak nie tam, to gdzieś w pobliżu. Zadzwonię do niego — poinformowałam przyjaciółkę, która nawet nie zdążyła zaprotestować.

Szybko rozłączyłam się, wybierając numer chłopaka. Czekając aż odbierze, ruszyłam przed siebie w celu obejścia obiektu.

— Cześć …

— Matt! — krzyknęłam zbyt entuzjastycznie niż planowałam.

— Nie mogę odebrać, zostaw wiadomość a oddzwonię później — no tak… Sekretarka.

— Gdzie jesteś Matt… — zaczęłam się martwić, że może podczas czekania na mnie coś mu się stało. Wiedział o morderstwie ale nie zdawał sobie sprawy, że ofiara siedziała w jego salonie. Znaczy podejrzewałam, że coś mu w głowie mogło świtać ale pewny do końca nie był. Zaniepokojona wybrałam ponownie numer do Horii.

— I? — dziewczyna emanowała zniecierpliwieniem.

— Nie odebrał. Poczta się włączyła — dotarłam do tylnych drzwi budynku. Ku mojemu zdziwieniu ktoś zostawił je lekko uchylone lecz niewielki kamień uniemożliwiał im całkowite otwarcie się.- Chyba już czeka w środku — odkopnęłam kamień, wchodząc ostrożnie do środka. Pierwszy raz w życiu robiłam coś nielegalnie. Ręce drżały mi jak narkomance, serce waliło jak młotem a nogi miałam jak z waty. Bałam się, że przewrócę się na twarz na prostej drodze.

— Skąd wiesz?

— Bo weszłam do środka — szepnęłam przymykając za sobą drzwi. Niestety te zatrzasnęły się z hukiem, oznajmiając chyba wszystkim o moim przybyciu. Wszystkim począwszy od robaków, duchów po żywych, w tym ochroniarzy.

— Co to był za hałas?

— Drzwi się zatrzasnęły- jęknęłam przed zęby, klnąc na swoją naiwność. Gorzej jeśli zatrzasnęły się na dobre a ja zostałabym zmuszona nocować w arboretum aż do jego otwarcia. Wolałam jednak tego nie sprawdzać. Obawiałam się włączenia alarmu.

— Emma! — krzyk rudowłosej aż usłyszałam bez potrzeby przykładania słuchawki do ucha.

— No co?… Ale tutaj ciemno — niektóre miejsca były oświetlone jakimś bladym światłem dobiegającym ze stron ścian oraz sufitu lecz większość spowijał i tak mrok.- Zatłukę Matta, że wybrał takie miejsce — burknęłam mając coraz większe uczucie niepokoju. Czułam się obserwowana z każdej strony.

— Uważaj na siebie.

— Na razie idę przed siebie — słyszałam każdy swój krok i każdy swój oddech.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 40.95
drukowana A5
za 68.25