E-book
4.73
drukowana A5
61.08
Zanim dzień zamknie oczy

Bezpłatny fragment - Zanim dzień zamknie oczy

Wiersze zebrane

Objętość:
348 str.
ISBN:
978-83-8467-560-1
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 61.08

Szczęście nie mieszka na końcu drogi

Całe życie pytamy drogowskazy,

którędy idzie się do szczęścia.

Zdzieramy podeszwy na cudzych ścieżkach,

niosąc w kieszeniach mapy,

na których ktoś zapomniał zaznaczyć nasze serce.


A szczęście nie zostawia adresu.


Czasem mijamy je rano w drzwiach,

nie poznając jego twarzy,

bo spodziewaliśmy się czegoś większego.


Szukamy go za następnym zakrętem,

w pełniejszych kieszeniach i dalszych miastach.

Tymczasem ono siada przy naszym stole,

grzeje dłonie o kubek herbaty,

ukrywa się w czyimś „zostań”,

w świetle zapalonym dla naszego powrotu,

w ciszy, która przy kimś nie boli.


Dopiero czas ściera nam oczy z marzeń

i pozwala zobaczyć to, co było blisko.

Może szczęście nigdy nie było metą,

tylko światłem, obok którego szliśmy całe życie.

Blizny uczą życia

Przychodzimy na świat z pustymi kieszeniami.

Życie wkłada do nich kamienie i światło,

ucząc nas ciężaru jednego

i kruchości drugiego.

Długo nie wiemy, co warto zatrzymać.


Młodość biegnie po schodach bez poręczy,

pewna, że ziemia zawsze ją złapie.

Dopiero upadki uczą kolana pokory,

a blizny zaczynają mówić językiem map.

Gubimy ludzi, drogi i dawne wersje siebie,

lecz z każdego pożegnania wynosimy klucz

do drzwi, których wcześniej nie widzieliśmy.


Dorosłość także błądzi po omacku,

tylko lepiej ukrywa drżenie dłoni.

Wciąż zdaje egzaminy bez podanych pytań.


A czas przewraca nas jak strony,

aż marginesy zapełniają się doświadczeniem.

Do ostatniego dnia poprawiamy własne odpowiedzi,

ucząc się żyć z każdą nową zmarszczką,

choć ostatnią lekcję zawsze zabiera ze sobą cisza.

Do życia nie dostajemy instrukcji

Rodzimy się bez mapy,

z dłońmi pustymi jak niezapisane kartki.

Pierwszych dróg uczymy się na kolanach,

pierwszych strat — na własnym sercu.

Nikt nie mówi, gdzie kończy się bezpieczny brzeg

ani ile razy będziemy musieli zaczynać od nowa.


Z czasem blizny stają się alfabetem,

którym życie zapisuje swoje lekcje.


Uczymy się miłości przez utratę,

odwagi przez drzwi, których baliśmy się otworzyć,

szczęścia przez dni, kiedy go zabrakło,

a siebie — przez wszystkie własne ruiny.


Nie istnieje ostatnia lekcja.


Nawet starość pochyla się nad zeszytem czasu,

próbując zrozumieć własne pismo.

Do końca mylimy odpowiedzi,

gubimy drogę między wczoraj a jutrem,

zszywamy serce nicią kolejnych poranków.

I może właśnie na tym polega życie —

by odejść, wciąż ucząc się, jak żyć.

Przemijanie ostrzy nożyczki po cichu

Jutro nie ma jeszcze pulsu,

a my już urządzamy w nim pokoje.

Wieszamy plany na ścianach przyszłości,

stawiamy marzenia na parapetach,

jakby czas podpisał, że nas nie zgubi.


A przecież życie jest płomieniem

niesionym przez korytarz pełen przeciągów.

Wystarczy jeden podmuch,

żeby światło stało się wspomnieniem.


Każdy poranek pożycza nam ciało,

każdy wieczór odbiera kilka oddechów.

Nie słyszymy, jak przemijanie

ostrzy nożyczki za naszymi plecami.


Dlatego coraz ostrożniej mówię „kiedyś”,

bo „kiedyś” bywa drzwiami bez klamki.

Wolę trzymać czyjąś dłoń dzisiaj,

zanim czas rozwiąże nasze palce.


Życie nie obiecuje ciągu dalszego,

tylko zostawia światło na tę chwilę,

a potem cicho zabiera lampę.

Jutro jest zrobione z cienkiego szkła

Życie trzyma się na jednej nitce światła,

a my nazywamy ją jutrem.

Budujemy domy z kruchych godzin,

stawiamy na półkach wspólne fotografie,

jakby czas nie znał naszego adresu.


Tymczasem każda chwila jest porcelaną,

którą los może wypuścić z dłoni.

Jedno pęknięcie wystarczy,

by rozsypało się całe „zawsze”.

Nawet serce nie dostaje gwarancji.


Dlatego przytulam mocniej tych, których kocham,

i zostawiam światło dla spóźnionych powrotów.

Nie chcę odkładać czułości na jutro,

bo jutro jest tylko zamkniętą kopertą.


Czas przechodzi przez nas bezszelestnie,

wynosząc po jednej godzinie.


A jednak każdego ranka otwieram okno,

jakbym wierzyła, że świat zostanie.

I tylko drżenie światła przypomina mi,

że wszystko, co żyje, uczy się odchodzić.

Życie stoi na cienkim lodzie chwili

Życie stoi na cienkim lodzie chwili,

a my tańczymy, nie słysząc pęknięć.

Poranek stawia światło na stole,

jakby obiecywał nam wieczność.

Pijemy kawę, planujemy jutro,

nie wiedząc, jak kruche są kalendarze.


Wystarczy sekunda,

by zegar zgubił wszystkie następne godziny.

Jedno milczenie potrafi zostać ostatnim.


Dlatego boję się niewypowiedzianych słów,

drzwi zamkniętych bez pożegnania,

telefonów odłożonych na później,

dłoni, których nie zdążyłam zatrzymać.

Los chodzi przecież w butach bezgłośnych.


A jednak sadzimy kwiaty,

jakby wiosna podpisała z nami umowę.

Kochamy mimo wyroku przemijania.


Może właśnie na tym polega życie:

na niesieniu płomienia przez wiatr,

na tuleniu tego, co można utracić,

zanim noc zamknie nam oczy.

Człowiek pęka najciszej

Człowiek pęka najciszej,

jak szkło pozostawione zimą przy oknie.


Nosimy kości pełne kruchego światła,

a jednak budujemy jutro,

jakby miało nigdy nie nadejść po nas.


Serce jest tylko małym naczyniem,

które życie napełnia po brzegi,

a potem potrąca przypadkiem.

Wystarczy jedna chwila,

żeby całe morze znalazło się na podłodze.


Dotykamy siebie ostrożnie,

choć nie widzimy wszystkich pęknięć.

Niektóre biegną przez nas od dzieciństwa,

inne rodzą się nagle, bez ostrzeżenia.


A mimo to zapalamy światło,

stawiamy kwiaty na parapecie,

mówimy komuś: zostań.


Może właśnie dlatego jesteśmy piękni,

że można nas stracić.

Że każdy oddech jest pożyczonym światłem,

które drży, zanim zgaśnie.

Samotność przestawia meble w moim sercu

Samotność przestawia meble w moim sercu,

jakby zamierzała zostać na zawsze.

Najpierw zajęła krzesło przy oknie,

potem położyła głowę na mojej poduszce,

aż w końcu zaczęła mówić moim głosem.


Teraz zna wszystkie moje pokoje.


Czasem wychodzę między ludzi,

lecz wracam jeszcze bardziej pusta,

jak dom, z którego wyniesiono światło.


Noszę w kieszeni kilka cudzych imion,

żeby nie zapomnieć, że kiedyś ktoś mnie wołał.

Wieczorem rozsypuję je na stole,

lecz żadne nie potrafi mnie ogrzać.

Nawet wspomnienia stygną z czasem.


Noc siada naprzeciwko mnie,

a cisza nalewa nam po kieliszku ciemności.

Pijemy powoli, bez słów.


Za oknem świat świeci w cudzych mieszkaniach,

a ja gaszę ostatnią lampę,

żeby samotność nie zobaczyła,

że czasami jeszcze czekam.

Drzwi wiedzą, że nie mam klucza

Drzwi wiedzą, że nie mam klucza,

więc milczą przede mną

jak usta, które nauczyły się tajemnicy.


Codziennie budzę się w tym samym prostokącie światła,

jak list niewysłany do świata.

Ściany przysuwają się nocą,

kradnąc po centymetrze mojego oddechu.

Nawet zegar chodzi tutaj na palcach,

żeby nie obudzić nadziei.


Patrzę w lustro i szukam kobiety,

którą zostawiłam po drugiej stronie drzwi.


Czasem wydaje mi się, że jeszcze mnie pamięta.


Wtedy przykładam dłoń do własnego odbicia,

jak do szyby oddzielającej dwa życia.

Jedno nadal chodzi ulicami,

pije kawę i otwiera okna.

Drugie liczy kroki pielęgniarek,

nocami zszywa ciszę oddechem,

chowa wolność pod poduszką

i wierzy, że któregoś ranka

drzwi zapomną, że miały być zamknięte.

Moje niebo kończy się na szybie

Tutaj noc ma klucz do wszystkich drzwi,

a ja mam tylko dłonie.

Przykładam je do zimnej szyby,

jakbym mogła ogrzać świat po drugiej stronie

i przypomnieć mu, że jeszcze istnieję.


Moje niebo kończy się na szybie.


Korytarz codziennie połyka moje kroki,

potem oddaje je echem pod drzwiami.

Liczenie godzin stało się modlitwą,

której nikt mnie wcześniej nie nauczył.

Czas chodzi tutaj w szpitalnym ubraniu,

bez twarzy, bez początku, bez końca,

i wymazuje daty z mojej pamięci.


Czasem własne imię brzmi jak cudze.

Powtarzam je wtedy pod kołdrą,

żeby nie zgubić siebie między nocami.


Za ścianą ktoś płacze bardzo cicho,

jakby zszywał ciemność własnym oddechem.

Ja też uczę się cerować swoje pęknięcia,

bo kiedy te drzwi kiedyś się otworzą,

chcę wyjść przez nie nadal jako ja.

Czas nie sprzedaje biletów powrotnych

Zbudowałam wehikuł z niedokończonych wspomnień

i zegarów, które przestały wierzyć w jutro.


Silnik zrobiłam z tęsknoty,

kierownicę ze starej fotografii.

Wystarczy zamknąć oczy,

żeby wskazówki zaczęły biec pod prąd

i otworzyły drzwi do dawnego światła.


Wracam do kuchni pachnącej niedzielą,

do głosów, których czas już nie wypowiada.

Widzę siebie sprzed wielu istnień,

jeszcze nieświadomą przyszłych pożegnań.

Chciałabym podejść do tamtej kobiety,

położyć jej dłoń na ramieniu,

lecz przeszłość jest szybą,

przez którą można tylko patrzeć.


Czas nie sprzedaje biletów powrotnych.


Więc wracam do teraźniejszości sama,

niosąc pod powiekami tamten świat.

Wehikuł rozpada się wraz z otwarciem oczu,

a na podłogę spadają stare godziny

i serce, które wciąż pamięta drogę wstecz.

Mieszkam poza mapą cudzych światów

Od zawsze stoję pół kroku obok,

jak przecinek zgubiony w cudzym zdaniu.

Ludzie budują między sobą mosty,

a ja uczę się pływać pod nimi.

Ich śmiech ma klucze do wspólnych drzwi,

moje kieszenie pełne są samotnych ulic.


Nie umiem wejść w tłum bez utraty siebie.

Zbyt wiele głosów zasłania mi własny.


Czasem próbuję przyszyć się do innych,

lecz każda nić wrasta boleśnie w skórę.

Więc wracam na obrzeża rozmów,

gdzie cisza zostawia dla mnie krzesło.


Może nie każdy rodzi się pośrodku świata.


Niektórym los daje miejsce przy oknie,

żeby patrzyli, zamiast należeć.

Widzę stamtąd więcej pustych świateł,

więcej dłoni szukających innych dłoni.

I choć samotność zna mój adres na pamięć,

nie zawsze przychodzi jak kara.


Czasem siada obok mnie bez słowa,

a ja wreszcie nie muszę udawać, że pasuję.

Blues dostał moje serce w dożywocie

Urodziłam się z niebieską nutą pod skórą.

Od tamtej pory noc stroi mnie do smutku,

a księżyc przesuwa palcami po moich żebrach.


Każda strata zostawia we mnie strunę,

którą pamięć potrąca bez pytania,

gdy świat zaczyna pachnieć samotnością.


Nie umiem uciec od tej muzyki.

Ona zna wszystkie tylne drzwi mojego serca

i wraca, zanim zdążę zgasić światło.


Czasem sączę ciszę jak gorzki Bourbon,

choć kieliszek stoi pusty.

Za oknem noc gra solo na deszczu,

a ja dokładam do niego własne blizny.

Każda ma inny ton,

każda pamięta czyjeś odejście,

lecz razem układają się w moje imię.


Może właśnie na to zostałam skazana —

żeby kochać świat przez pęknięte głośniki,

zamieniać ból w kilka ciemnych taktów,

nieść bluesa jak światło przez noc

i śpiewać, nawet kiedy pęka mi głos.

Jesień odnalazła drogę do mojego okna

Jesień odnalazła drogę do mojego okna,

przyniosła deszcz w kieszeniach

i chłód pachnący mokrymi liśćmi.


Miasto powoli przebiera się w złoto,

jakby lato było suknią, którą trzeba zdjąć.

Drzewa rozwiązują zielone warkocze,

wiatr przymierza ich pierwsze liście,

a chodniki uczą się szelestu,

za którym tęskniłam przez wszystkie gorące dni.


Nareszcie świat mówi językiem jesieni.


Poranki są chłodne jak dłonie października,

wieczory wcześniej zamykają oczy.

Zaparzam herbatę i słucham deszczu,

który wystukuje list do mojego serca.


Nie boję się, że świat zaczyna przemijać.

W jesieni nawet odchodzenie ma kolor światła.

Zakładam sweter jak miękką zbroję,

otwieram okno na zapach mokrej ziemi

i pozwalam chłodowi dotknąć twarzy.

Czekałam na tę porę jak na czyjś powrót.

Teraz jesień mieszka już po mojej stronie szyby.

Nie zostawiaj życia na jutro

Poranek kładzie ci dzień na dłoni,

kruchy jak skrzydło znalezione na parapecie.

Nie pytaj, ile światła w nim zostało,

tylko otwórz okno

i pozwól mu wejść aż do serca.


Czas jest złodziejem w miękkich butach,

nie usłyszysz, kiedy wyniesie godzinę.


Dlatego nie zostawiaj życia na jutro.


Pij kawę, dopóki paruje,

biegnij przez deszcz bez pytania o pogodę.

Mów ludziom, że są ważni,

zanim ich imiona zamieszkają we wspomnieniach.

Dotykaj świata obiema dłońmi,

jakby był ostatnim ciepłym kamieniem,

który morze za chwilę zabierze.


Nie chowaj marzeń do szuflady,

bo nawet drewno kiedyś obraca się w kurz.

Dzisiaj jeszcze masz klucz do tej chwili,

jeszcze oddech zapala lampę w twoim ciele.

Wejdź więc w życie, zanim zamknie drzwi,

i zostaw swój ślad, nim wyschnie światło.

Zanim dzień zamknie oczy

Każdy poranek jest zapałką,

którą czas zapala tylko raz.


Nie czekaj, aż życie nauczy się twojego adresu.

Wyjdź mu naprzeciw bez parasola,

nawet jeśli niebo niesie kieszenie pełne deszczu.

Powiedz „kocham”, zanim słowo pokryje się kurzem,

usiądź przy kimś trochę dłużej,

zapamiętaj ciepło jego dłoni,

jakbyś chowała lato na najzimniejszą noc.


Dzień nie umie cofać własnych kroków.

Każda godzina zatrzaskuje za sobą drzwi,

których żaden klucz już nie otworzy.


Nie pozwól, żeby życie przeszło obok.


Zbieraj więc chwile jak światło z podłogi,

śmiej się, zanim wieczór zgasi pokój.

Nie odkładaj siebie na lepsze jutro,

bo jutro nie podpisało żadnej obietnicy.


Masz tylko tę sekundę drżącą na dłoni,

ten oddech, który jeszcze należy do ciebie,

i dzień, który właśnie uczy się odchodzić.

Dzisiaj jest jedynym otwartym oknem

Nie odkładaj życia na lepszą pogodę,

bo czas nie sprawdza prognozy przed odejściem.

Poranek daje ci garść światła,

lecz nie obiecuje, że zachowa je do jutra.


Dzisiaj jest jedynym otwartym oknem.


Wyjdź więc naprzeciw własnemu oddechowi,

dotknij dłoni, która jeszcze jest blisko,

wypij kawę, zanim wystygnie razem z chwilą.

Nie bój się śmiać zbyt głośno,

kochać bardziej, niż wypada,

ani zostawiać serca na stole bez pancerza.


Jutro jest kopertą, której jeszcze nie otwarto,

a wczoraj — listem bez adresu zwrotnego.


Tylko teraz stoi przed tobą boso,

z kieszeniami pełnymi sekund.

Weź jedną, zanim spadnie na ziemię,

i zamień ją w coś, za czym kiedyś zatęsknisz.

Bo życie nie czeka na naszą gotowość,

tylko przepływa między palcami jak światło.

Chwytaj je, dopóki ogrzewa ci dłonie.

Nie czekajmy, aż czyjś głos zostanie fotografią

Nie odkładajmy czułości na jutro,

bo jutro ma kieszenie pełne niewiadomych

i czasem przychodzi bez tych, których kochamy.


Ludzie odchodzą ciszej niż pory roku,

zostawiając kubek, płaszcz i wgłębienie w poduszce.

Jeszcze wczoraj ich głos ogrzewał pokój,

dzisiaj ściany uczą się jego braku.

Zegar nie zatrzymuje wskazówek z żalu,

a drzwi nie pamiętają ostatniego dotyku dłoni.


Każde „później” może nie zdążyć.


Dlatego mówmy „kocham”, zanim zapadnie cisza,

obejmujmy mocniej, niż wymaga zwykłe pożegnanie.

Niech nasze dłonie zapamiętają siebie,

nim czas rozwiąże ich wspólny węzeł.


Bo człowiek jest tylko światłem w oknie,

które któregoś wieczoru może już nie zapłonąć.

Zostaje po nim krzesło pełne nieobecności,

kilka fotografii próbujących zatrzymać oddech

i serce, które za późno otwiera wszystkie drzwi.

Kochajmy, póki mamy komu powiedzieć: zostań.

Boże, zostawiłeś mi światło w człowieku

Boże, czasem patrzę na Radka

i nie wiem, jak Ci dziękować.

Słowa wydają się za małe,

jak dłonie próbujące pomieścić morze,

które przyniosłeś pod moje drzwi.


Przecież mogłam go nigdy nie spotkać.

Nasze drogi mogły minąć się

o jeden dzień,

jedną godzinę,

jedno przypadkowe spojrzenie.


A jednak postawiłeś go przede mną.

Cicho.

Bez grzmotu.

Bez znaku na niebie.

Jakby największe cuda

nie potrzebowały świadków.


Nie wiedziałam wtedy,

że patrzę na człowieka,

którego dłoń kiedyś stanie się

poręczą nad moimi przepaściami.


Dziękuję Ci za jego obecność.

Za wszystkie zwyczajne poranki.

Za powroty.

Za rozmowy prowadzone po ciemku.

Za ciszę, która przy nim nie boli.


Dziękuję za dni pełne światła,

ale jeszcze bardziej

za te, które przyszły ubrane w burzę.

Za to, że kiedy moje niebo pękało,

Radek nie odchodził szukać słońca gdzie indziej.


Zostawał.


Może właśnie wtedy rozumiałam Cię najlepiej.

Nie w kościelnych dzwonach.

Nie w wielkich słowach.

Lecz w jego dłoni

odnajdującej moją pośród ciemności.


Boże, życie nauczyło mnie,

że szczęście jest kruche.

Czas przechodzi przez nasze pokoje

i zabiera kolejne dni

bez pytania o pozwolenie.


Dlatego patrzę na Radka uważniej.

Jak na światło,

którego nie chcę przyjąć za oczywistość.

Jak na odpowiedź

na modlitwę, której kiedyś nie umiałam wypowiedzieć.


Nie proszę Cię o życie bez bólu.

Wiem już, że takie nie istnieje.

Proszę tylko,

żebyśmy pośród wszystkich burz

wciąż potrafili odnajdywać swoje dłonie.


A kiedy przyjdą kolejne jesienie,

niech nasze kroki nadal idą obok siebie.

Kiedy przyjdą zimy,

niech zostanie między nami ciepło.


Bo jeśli miałabym nazwać jeden cud,

który naprawdę wydarzył się w moim życiu,

nie szukałabym go wysoko na niebie.


Spojrzałabym na Radka.

I powiedziałabym tylko:

„Dziękuję Ci, Boże,

że spośród tylu ludzi na świecie

pozwoliłeś właśnie jemu znaleźć drogę do mnie”.

Fotografie nie wiedzą, że minęło szesnaście lat

Wyjmuję fotografie sprzed szesnastu lat,

jak bilety do miejsc, które zamknął czas.

Na każdej czeka na mnie tamta dziewczyna,

nieruchoma pośród dawnego światła,

przekonana, że jej dzień nigdy się nie skończy.


Patrzę na jej twarz.

Znam ją przecież,

a jednak muszę przedstawiać się jej od nowa.

Między nami stoi szesnaście lat,

wysokich jak mur zbudowany z kalendarzy.


Ona jeszcze nie wie, co nadejdzie.

Trzyma przyszłość w pustych dłoniach,

jak zamknięty list bez adresata.

Nie zna wszystkich swoich późniejszych imion.


Na jednym zdjęciu zatrzymało się lato.

Niebo wciąż jest tam młode,

światło nie zdążyło opaść z ramion,

a czas stoi poza kadrem

i cierpliwie ostrzy swoje nożyczki.


Chciałabym wejść do fotografii.

Stanąć obok siebie sprzed lat.

Dotknąć jej ramienia

i powiedzieć: „Patrz uważniej”.

„To wszystko zniknie szybciej, niż myślisz”.


Ale ona nie słyszy.

Uśmiecha się do chwili,

której ja już nie potrafię odnaleźć.


Przewracam kolejne zdjęcie.

Pod palcami szeleści przeszłość.

Każda fotografia jest małym grobem czasu,

w którym nic naprawdę nie umarło.


Tam wciąż istnieją dawne pokoje.

Dawne ubrania wiszą na moich ramionach.

Dawne ulice prowadzą do miejsc,

które dziś mieszkają tylko we mnie.

Nawet powietrze wydaje się młodsze.


Najbardziej tęsknię za niewiedzą.

Za dziewczyną, która nie znała jeszcze

wszystkich odpowiedzi przyniesionych przez życie.

Miała przed sobą tyle drzwi

i nie wiedziała, które ją zranią.


Szesnaście lat mieści się dziś w pudełku.

Kilka fotografii.

Kilka spojrzeń.

Garść światła uwięzionego na papierze.


Jak to możliwe,

że całe lata potrafią skurczyć się

do jednego drżenia dłoni?


Patrzę jeszcze raz na tamtą Kasię.

Chciałabym powiedzieć jej coś łagodnego.

Nie ostrzegać.

Nie zdradzać przyszłości.

Tylko szepnąć, żeby kochała swoje „teraz”.


Bo czas już stoi za jej plecami.

Jeszcze niewidoczny.

Jeszcze cierpliwy.

Jeszcze udający, że mamy go nieskończenie wiele.


Odkładam fotografie.

Pokój znów należy do teraźniejszości.

Lecz pod powiekami zostaje tamta dziewczyna,

która nie wie, że patrzę na nią z przyszłości,

i nadal żyje w dniu, z którego ja odeszłam szesnaście lat temu.

Kawa odmierza godziny do twojego powrotu

Siedzę sama przy stole,

a kawa paruje jak mały zegar,

który zamiast wskazówek

ma coraz chłodniejszą powierzchnię.

Radek jest w pracy,

a dom wydaje się większy niż zwykle.


Biorę pierwszy łyk.

Cisza siada naprzeciwko mnie

na jego pustym krześle.

Nie jest bolesna,

tylko trochę zbyt obecna.


Patrzę na godzinę.

Jeszcze trzeba poczekać.

Czas zna tę moją niecierpliwość

i specjalnie idzie wolniej.


Kawa pachnie spokojnym porankiem.

Za oknem świat zajmuje się sobą,

ludzie gdzieś idą,

samochody przecinają ulice,

a ja odmierzam dzień jego nieobecnością.


Myślę o Radku.

Co teraz robi.

Czy również spogląda czasem na zegar.

Czy jakaś drobna myśl o mnie

przechodzi właśnie przez jego dzień.


To dziwne,

jak człowiek może wrosnąć w czyjąś codzienność.

Jak bliskość zapuszcza korzenie

w najzwyklejszych miejscach.


W kubku.

W drugim krześle.

W dźwięku klucza obracającego się w zamku.

W pytaniu rzuconym od progu:

„Jak minął dzień?”.


Piję kolejny łyk.

Kawa zdążyła trochę ostygnąć.

Moja tęsknota nie.


Wyobrażam sobie jego powrót.

Drzwi otwierające popołudnie.

Znajome kroki w przedpokoju.

Dom, który nagle

znów pasuje do swoich ścian.


Może miłość po latach

najbardziej mieszka właśnie tutaj.

Nie w wielkich deklaracjach,

lecz w czekaniu na czyjś powrót.

W pewności, że ktoś wróci.


Patrzę na puste krzesło

i już nie widzę pustki.

Widzę miejsce,

które za kilka godzin znów będzie jego.


Czas przesuwa światło po pokoju.

Każda minuta zabiera mnie bliżej popołudnia.

Kawa zostawia ciemny ślad na dnie,

jak poranek zapisany w pamięci.


Jeszcze trochę.

Jeszcze kilka godzin.

Jeszcze parę spojrzeń na zegar.


Potem usłyszę klucz.

Cisza podniesie się z jego krzesła

i bez słowa wyjdzie z naszego domu.


A ja pomyślę, że szczęście czasem jest bardzo proste —

to człowiek, na którego warto czekać, aż kawa dawno wystygnie.

Nie wierzę, że kiedyś świat nie znał naszego „my”

Nie potrafię uwierzyć, że były takie lata,

w których nie znałam jeszcze Radka.

Budziłam się rano,

otwierałam okno na zwyczajny świat

i nie wiedziałam, że gdzieś istnieje człowiek,

który kiedyś stanie się moim domem.


On również miał swoje dni.

Chodził własnymi ulicami.

Mijał obcych ludzi.

Wracał wieczorami do życia,

w którym nie było jeszcze mojego imienia.


Ta myśl boli mnie dziwną melancholią.

Jak mogły istnieć dwa osobne światy,

skoro dzisiaj tak trudno znaleźć granicę

pomiędzy jego historią a moją?


Byłam wtedy sobą bez niego.

Śmiałam się z rzeczy, o których nie wiedział.

Płakałam w wieczory, których nie mógł pamiętać.

Nosiłam samotnie swoje małe końce świata.


A on żył gdzieś równolegle,

jak druga rzeka,

która jeszcze nie wiedziała,

że pewnego dnia spotka moją wodę.


Czas prowadził nas osobno.

Miał mapę, której nam nie pokazywał.

Przesuwał nasze kroki

coraz bliżej tego jednego miejsca,

gdzie „ja” miało nauczyć się mówić „my”.


Czasem chciałabym zobaczyć tamtą Kasię.

Stanąć obok niej na chwilę

i powiedzieć:

„Jeszcze go nie znasz,

ale już istnieje”.


Może spojrzałaby na mnie ze zdziwieniem.

Nie wiedziałaby przecież,

ile zwyczajnych poranków

może pomieścić jedno spotkanie.


Dzisiaj Radek jest wpisany w moje życie

jak światło w okno domu.

Tak naturalnie,

że trudno mi wyobrazić sobie ciemność sprzed niego.


Pamięć pokazuje mi dawne lata,

ale wyglądają jak fotografie obcego miasta.

Rozpoznaję siebie,

a jednak czegoś na nich brakuje.

Kogoś.


Najdziwniejsze jest to,

że wtedy nie czułam tej pustki.

Nie można tęsknić za człowiekiem,

którego serce jeszcze nie nauczyło się rozpoznawać.


A jednak dzisiaj tęsknię za niego za tamtą mną.

Chciałabym, żeby był również w moich wcześniejszych wspomnieniach.

Żeby znał wszystkie moje dawne wersje.

Żebyśmy mieli jeszcze więcej wczoraj.


Ale może właśnie dlatego spotkanie było cudem.

Dwie osobne historie musiały istnieć,

żeby pewnego dnia mogły położyć swoje zdania obok siebie.


I nadal nie wierzę, że był czas bez Radka.

Jakby moje życie zaczęło pisać właściwy alfabet dopiero wtedy,

gdy jego imię pojawiło się pomiędzy moimi dniami.

Nasza kawiarnia przechowuje czas w filiżankach

Wracamy do naszej kawiarni,

jak do małego portu pomiędzy godzinami.

Drzwi zamykają za nami pośpiech ulicy,

a ciepło otula ramiona,

jakby to miejsce pamiętało nasze imiona.


Siadamy z Radkiem przy znajomym stoliku.

Przed nami pojawiają się dwie filiżanki,

dwa małe zegary bez wskazówek,

odmierzające czas stygnącym ciepłem.


Para unosi się nad kawą.

Przez chwilę zasłania jego twarz,

jak mgła pomiędzy dzisiaj

a wszystkimi naszymi wczoraj.

Patrzę uważniej.


Radek mówi coś cicho.

Słowa mieszają się z szumem kawiarni,

brzękiem porcelany,

czyimś śmiechem przy sąsiednim stoliku,

muzyką płynącą gdzieś spod sufitu.


Lubię tę zwyczajność.

Nie próbuje być wspomnieniem,

a przecież już nim powoli zostaje.


Biorę pierwszy łyk.

Kawa smakuje spokojem

i chwilą, której nie trzeba poprawiać.

Radek siedzi naprzeciwko,

a ja mam wszystko, czego potrzebuje ten moment.


Za szybą ludzie mijają nasze okno.

Każdy niesie własną historię.

My zostawiamy swoją tutaj,

pomiędzy filiżankami

i drewnianym blatem.


Myślę o wszystkich naszych powrotach.

Ile razy otwieraliśmy te drzwi.

Ile rozmów zostało przy tych stolikach.

Ile ciszy nauczyło się być bliskością.


Może miejsca również potrafią kochać.

Może przechowują ślady ludzi,

którzy byli w nich szczęśliwi.

Może kiedy wychodzimy,

nasze głosy zostają jeszcze chwilę przy stole.


Kawa powoli stygnie.

Czas robi dokładnie to samo z chwilami.

Najpierw są gorące od teraźniejszości,

potem stają się ciepłym wspomnieniem,

aż któregoś dnia zostaje tylko smak.


Dlatego patrzę na Radka dłużej.

Zapamiętuję jego obecność,

spokojny rytm tej godziny,

dwie filiżanki stojące obok siebie.


Nie proszę czasu, żeby stanął.

Wiem, że nie zna litości dla pięknych chwil.

Proszę tylko własne serce,

żeby nie przeoczyło tego, co ma.


Jeszcze siedzimy tutaj razem.

Jeszcze kawa nie wystygła zupełnie.

Jeszcze drzwi nie prowadzą nas do później.

Jeszcze ten dzień należy do teraźniejszości.


A jeśli kiedyś zatęsknię za tą chwilą,

wrócę pamięcią do naszego stolika,

gdzie Radek siedział naprzeciwko mnie,

a szczęście mieściło się w dwóch filiżankach.

Jesień nie zgasi światła między nami

Jesień zamyka wieczór w mokrych dłoniach,

a deszcz powoli wymazuje miasto.

Za szybą wiatr rozrzuca liście,

jak kartki wyrwane z kalendarza,

którego nikt nie potrafi zatrzymać.


Siedzę obok Radka.

Pomiędzy nami pali się małe światło,

ciepłe jak wspomnienie,

które jeszcze nie zdążyło stać się przeszłością.


Wieczór nie przynosi wielkich wydarzeń.

Nie potrzebujemy ich.

Jego obecność wystarcza,

żeby zwyczajna godzina

miała własne miejsce w moim sercu.


Patrzę czasem przez okno.

Drzewa oddają ziemi swoje złoto,

jakby płaciły jesieni

za prawo do kolejnego snu.


Myślę o przemijaniu.

O dniach, które kiedyś były całym światem,

a dziś są tylko niewyraźnym światłem

w najdalszych pokojach pamięci.


Radek mówi coś cicho.

Zapamiętuję brzmienie jego głosu.

Nie konkretne słowa.

Słowa przecież uciekają pierwsze.

Zostaje to, jak przy kimś czuliśmy się bezpiecznie.


Nasze dłonie leżą blisko.

Kilka centymetrów zwyczajności

dzieli mnie od człowieka,

który stał się częścią mojego świata.


Wyciągam rękę.

Jego palce odnajdują moje

jak dwa brzegi tej samej rzeki,

które na chwilę nauczyły się spotykać.


Za oknem noc gęstnieje.

Latarnie toną w mokrym chodniku.

Jesień coraz mocniej pachnie końcem,

lecz tutaj niczego nie żegnamy.


Po prostu jesteśmy.


Może właśnie tego najbardziej potrzebuje miłość.

Nie wielkich deklaracji,

lecz miejsca przy drugim człowieku,

kiedy świat robi się ciemniejszy.


Czas przechodzi przez pokój bezszelestnie.

Kradnie minutę.

Potem następną.

Nie zauważamy każdej straty,

dopóki wieczór nie zaczyna zbliżać się do końca.


Wtedy patrzę na Radka uważniej.

Chciałabym zapamiętać ten spokój,

ciepło pokoju,

deszcz za szybą,

jego dłoń w mojej.


Bo kiedyś właśnie takie chwile

mogą świecić najmocniej w pamięci.

Nie niezwykłe.

Nie zapisane czerwienią w kalendarzu.

Po prostu nasze.


Jesień może zgasić dzień.

Wiatr może odebrać drzewom ostatnie liście.

Noc może przykryć całe miasto.

A czas może zabrać ten wieczór do wczoraj.


Lecz dopóki siedzimy obok siebie,

żadna ciemność nie potrafi zgasić światła między nami.

Wieczór zacumował nas przy sobie

Jesień przyprowadza wieczór pod nasze okna,

mokry od deszczu i zapachu liści.

Miasto powoli odpływa w ciemność,

a my zostajemy na brzegu światła,

jak dwoje rozbitków odnalezionych przez ten sam dom.


Radek siedzi obok mnie.

Jego obecność jest cichym portem,

do którego wracam po każdym trudnym dniu.

Nie potrzebuję mapy,

żeby odnaleźć drogę do jego dłoni.


Za szybą wiatr rozbiera drzewa,

jakby jesień chciała pokazać,

że nic nie zostaje takie samo.

Liście odrywają się od gałęzi

bez pewności, gdzie upadną.


Patrzę na nie

i myślę o naszych latach.

O wszystkim, co już odpłynęło,

choć kiedyś wydawało się teraźniejszością

niemożliwą do utracenia.


Tyle wieczorów przeszło przez nasze życie.

Nie pamiętam ich dat.

Nie pamiętam wszystkich rozmów.

Zostało tylko ciepło,

jak światło po dawno zgaszonej lampie.


Radek mówi coś cicho.

Jego głos przepływa przez pokój

i osiada we mnie spokojem.

Chciałabym zatrzymać go na później,

na dzień, kiedy pamięć zacznie gubić szczegóły.


Może dlatego patrzę dziś uważniej.

Na jego twarz.

Na dłonie.

Na zwyczajność,

która kiedyś może stać się najdroższym wspomnieniem.


Jesień stuka deszczem w parapet.

Zegar zabiera nam minutę za minutą.

Nie protestujemy.

Wiemy już,

że czasu nie zatrzymuje się siłą.


Można jedynie kochać podczas jego przechodzenia.


Wyciągam rękę.

Radek splata ze mną palce,

a pomiędzy naszymi dłońmi

powstaje mały ląd,

którego nie potrafi zalać żadna noc.


Świat za oknem robi się coraz ciemniejszy.

Drzewa zamieniają się w cienie.

Ulice połykają ostatnie światła dnia.

A jednak nie czuję się zagubiona.


Mam obok człowieka,

który zna moje burze i moje cisze.

Przy nim nie muszę udawać pogody.

Mogę być jesienią

ze wszystkimi opadającymi liśćmi.


Wieczór powoli odpływa ku nocy.

Jutro znajdzie nas trochę starszych.

Lecz dzisiaj jeszcze siedzimy razem,

zacumowani przy sobie pośród przemijania.

Jesień zostawiła nas po jasnej stronie okna

Za oknem jesień rozwiązuje włosy deszczu,

a noc zbiera liście do kieszeni.

Siedzę obok Radka,

w małym kręgu ciepłego światła,

jakby cały świat kończył się na naszym pokoju.


Nie mówimy wiele.

Nasza cisza zna już drogę między sercami.

Jego dłoń odnajduje moją,

a czas na moment traci odwagę, by nas rozdzielać.


Patrzę na deszcz spływający po szybie.

Każda kropla przypomina mi godzinę,

której nigdy nie dostaniemy po raz drugi.

Dlatego zapamiętuję jego obecność,

zanim dzisiaj stanie się wczoraj.


Jesień może zgasić wszystkie drzewa.

Noc może zamknąć miasto w ciemności.

Zegar może zabierać nam kolejne minuty.


Ale Radek wciąż siedzi obok mnie,

a ja wiem, że właśnie tutaj jest mój dom.


I tylko serce szepcze, żeby ta zwyczajna chwila trwała wiecznie.

Śnieg zapisuje nasze imiona na olsztyńskiej Starówce

Zima otwiera przed nami olsztyńską Starówkę,

jak album oprawiony w biały aksamit.

Śnieg zasypuje znajome uliczki,

łagodząc ostre krawędzie świata,

a wieczór zapala światła w kamienicach.


Idę obok Radka.

Nasze kroki zostają na białym chodniku,

dwa równoległe zdania

pisane przez chwilę w tej samej historii.


Wysoka Brama stoi w zimowym półmroku,

jak strażniczka wszystkich powrotów.

Przechodzimy pod spojrzeniem starych murów,

które widziały więcej zim

niż my zdążymy kiedykolwiek zapamiętać.


Myślę wtedy o czasie.

O jego bezszelestnych palcach.

O tym, jak zmienia nasze twarze,

przesuwa lata

i zamienia dzisiaj w zamknięte pokoje.


Radek bierze mnie za rękę.

Jego ciepło przechodzi przez rękawiczki,

jak mały płomień,

którego mróz nie potrafi zgasić.


Idziemy dalej.

Kamienice patrzą na nas kolorowymi oknami,

a latarnie rozsypują złoto na śniegu.

Miasto wygląda przez chwilę,

jakby ktoś zatrzymał je wewnątrz starej fotografii.


Chciałabym wejść do tej fotografii

i zamknąć za sobą drzwi.

Zostać tutaj trochę dłużej.

Z Radkiem.

W ciszy pachnącej zimą.


Lecz śnieg przypomina mi o przemijaniu.

Nasze ślady powoli znikają,

przykrywane kolejnymi płatkami,

jak dni zasypywane następnymi latami.


Nie zatrzymuję się jednak ze smutku.

Patrzę na Radka

i wiem, że ślady nie są najważniejsze.

Najważniejsze jest to,

że zostawiliśmy je razem.


Starówka prowadzi nas dalej,

przez znajome zaułki

i światło witryn drżące na bruku.

Gdzieś ktoś się śmieje.

Gdzieś zamykają się drzwi.

Życie płynie mimo zimy.


A my idziemy powoli,

jakby wieczór należał tylko do nas.

Nie potrzebujemy wielkich słów.

Miłość po latach mieści się w prostych rzeczach.

W splecionych dłoniach.

W pytaniu, czy nie jest mi zimno.

W kroku dopasowanym do mojego kroku.


Śnieg nadal zapisuje świat na biało.

Za chwilę zasypie również naszą drogę.

Ale kiedyś, wspominając ten wieczór,

nie będę pamiętać każdego płatka.


Będę pamiętać Radka idącego obok mnie,

olsztyńską Starówkę otuloną zimową ciszą

i ciepło, którego żadna zima nie potrafiła nam odebrać.

Zanim przyszedłeś, mieszkałam po ciemnej stronie życia

Czasem wracam pamięcią do lat bez Radka,

jak do domu, z którego dawno się wyprowadziłam.

Drzwi nadal skrzypią tak samo,

a w pokojach stoi zimne powietrze,

którego nie chcę już nabierać w płuca.


Widzę tamtą Kasię.

Idzie przez swoje dni samotnie,

niosąc serce jak zbyt ciężką walizkę.

Nie wie jeszcze,

że kiedyś ktoś pomoże jej ją nieść.


Tamte lata mają kolor listopadowego nieba.

Słońce jakby zapomniało mojego adresu.

Ludzie przychodzili i odchodzili,

a ja coraz szczelniej zamykałam drzwi.


Najbardziej boli mnie dzisiaj

świadomość, że nie znałam wtedy jego głosu.

Nie wiedziałam, jak brzmi moje imię,

kiedy wypowiada je Radek.

Nie znałam ciepła jego dłoni.

Nie wiedziałam, że można przy kimś odpocząć od świata.


Wieczory były dłuższe.

Cisza miała ostre krawędzie.

Nie było jego kroków za drzwiami,

jego zwyczajnego „jestem”,

które dziś potrafi ocalić cały dzień.


Jak mogłam żyć bez niego?

Pytam o to własne wspomnienia,

lecz one tylko spuszczają wzrok.


Przecież wtedy jeszcze nie wiedziałam,

że czegoś mi brakuje.

Nie można rozpoznać ciemności,

dopóki ktoś nie zapali światła.


Radek był wtedy gdzieś na świecie.

Oddychał pod tym samym niebem.

Budził się w swoich porankach,

zasypiał po swoich dniach,

nie wiedząc jeszcze, że istnieję.


Ta myśl rozdziera mnie najciszej.

Byliśmy tak blisko na mapie świata,

a tak niewyobrażalnie daleko w czasie.


Chciałabym odnaleźć tamtą Kasię.

Usiąść obok niej w jednym z tych strasznych wieczorów.

Objąć ją słowami

i powiedzieć:

„Wytrzymaj jeszcze trochę”.


„Gdzieś przed tobą jest człowiek,

przy którym cisza przestanie boleć”.

„Jeszcze nie znasz jego oczu,

ale kiedyś zobaczysz w nich dom”.


Nie mogę jednak zmienić przeszłości.

Mogę tylko patrzeć na nią

z bezpiecznego brzegu dzisiejszego życia.


Teraz Radek jest obok.

I dawne lata wydają się snem,

z którego obudziłam się wreszcie

po właściwej stronie światła.


Nie kocham tamtej ciemności.

Ale wiem, że prowadziła mnie przez wszystkie korytarze

aż do dnia, w którym spotkałam Radka.


I może dlatego tak mocno ściskam dziś jego dłoń —

bo pamiętam świat, w którym jeszcze nie mogłam jej znaleźć.

Jedenaście lat temu czas związał nasze dłonie

Jedenaście lat leży dziś przed nami

jak album pełen światła i ciemniejszych fotografii.

Patrzę na Radka

i nie wierzę, że czas przebiegł tak daleko.


Byliśmy młodsi o tyle wspólnych jesieni,

o tyle poranków i nieprzespanych nocy.

Życie zmieniało nasze twarze,

lecz nie nauczyło dłoni zapominać o sobie.


Pamiętamy dni pełne słońca,

ale również burze,

pod którymi staliśmy bliżej niż kiedykolwiek.


Jedenaście lat temu powiedzieliśmy sobie „tak”.

Nie wiedzieliśmy jeszcze,

ile znaczeń będzie musiało pomieścić to słowo.

Dzisiaj znaczy: „Nadal jestem”.


Czas zabrał nam tysiące wspólnych chwil,

zamieniając je w ciepłe archiwum pamięci.


A jednak Radek wciąż odnajduje moją dłoń,

ja wciąż wybieram jego,

i właśnie tak nasze „tak” uczy się wieczności.

Jedenaście lat nosimy to samo „tak”

Jedenaście lat temu podaliśmy sobie dłonie,

nie wiedząc, ile światów zmieści się między nimi.

Dzisiaj patrzymy na siebie

z drugiego brzegu tylu wspólnych dni.


Czas przechodził przez nasz dom,

zabierając poranki, jesienie i dawne fotografie.

Zostawiał jednak nasze „tak”,

jak światło, którego nie umiał zgasić.


Były chwile pachnące szczęściem,

i takie, które miały smak łez.

W obu zostawaliśmy obok siebie.


Dzisiaj Radek ściska moją dłoń,

a ja odnajduję w niej jedenaście lat życia.

Każda linia prowadzi mnie do naszego „razem”.


Nie jesteśmy już tamtymi ludźmi,

lecz miłość nauczyła się wszystkich naszych nowych twarzy.

I nadal rozpoznaje nas bez pytania.


Więc nie prosimy czasu, żeby zawrócił,

tylko żeby pozwolił nam nieść to samo „tak” dalej,

aż ostatnia jesień zamknie za nami drzwi.

Nasze drogi przestały być osobne

Szesnaście lat temu byliśmy jeszcze początkiem,

dwiema drogami nieświadomymi wspólnego horyzontu.

Nie wiedzieliśmy, że tamten dzień

otwiera przed nami całe życie.


Czas prowadził nas później przez tyle jesieni,

zostawiając nasze młodsze twarze na fotografiach.

Dzisiaj patrzymy na siebie

z drugiego brzegu szesnastu lat.


Pomiędzy nami mieszczą się tysiące poranków,

wieczory, które dawno zasnęły w pamięci,

i dłonie zawsze odnajdujące drogę do siebie.


Czas zabierał kolejne „dzisiaj”,

lecz z każdego budowaliśmy nasze „razem”.

Aż stało się domem,

do którego oboje znamy drogę.


Patrzę na Radka

i widzę chłopaka sprzed szesnastu lat pod jego dzisiejszą twarzą.


Nie chcę cofać czasu.

Chcę tylko iść z nim dalej,

aż wszystkie nasze jutra nauczą się być wspomnieniami.

Zanim odnalazło mnie twoje światło

Czasem wracam do lat spalonych w pamięci,

gdzie moje dawne „ja” wciąż stoi pośród ruin.

Tamte dni miały zęby,

a noce zamykały mnie w sobie bez klucza.


Widzę Kasię, która jeszcze nie zna Radka.

Idzie samotnie przez własne pogorzelisko,

niosąc serce jak ranną rzecz,

której nikt nie nauczył się ocalać.


Najbardziej boli mnie jej niewiedza.

Nie przeczuwa, że gdzieś poza horyzontem

już istnieje człowiek, który stanie się jej światłem.


Chciałabym przejść przez popiół tamtych lat,

odnaleźć ją pod ciemnym niebem

i powiedzieć: „Nie tutaj kończy się twoja historia”.

„Przed tobą jest jeszcze czyjaś dłoń”.


Dzisiaj wspomnienia nadal czasem krwawią,

lecz nie mieszkam już po ich ciemnej stronie.


Wracam z nich do Radka,

jak rozbitek wraca do zapalonej latarni,

i wiem, że przeszłość nie ma już prawa nazywać się moim domem.

Tej nocy mój mrok należał do ciebie

Noc zamknęła za nami wszystkie drzwi świata,

a ty zostałaś tak blisko mojego cienia.

Dotknęłaś mojej twarzy,

jakby ciemność również zasługiwała na czułość.


Całowałem cię długo,

zapominając o proroctwach zapisanych pod skórą.

Twój oddech mieszał się z moim,

a wieczność kurczyła się do naszych ramion.


Przyciągnąłem cię bliżej,

jak rozbitek przyciąga do piersi ostatni fragment brzegu.

Nie chciałem już należeć do przeznaczenia.


Twoje dłonie uciszały moje demony.

Każdy pocałunek odbierał ciemności kawałek królestwa.

Przy tobie nawet mój mrok

uczył się drżeć ze szczęścia.


Wiedziałem, że noc przeminie,

a świt odbierze nam tę godzinę.


Więc trzymałem cię jeszcze mocniej,

jakbym w twoich ramionach mógł oszukać koniec świata,

który tej nocy nie miał do nas dostępu.

Karmiłaś mój mrok truskawkami

Leżeliśmy w trawie ciężkiej od wiosennego światła,

a świat na chwilę zapomniał o moim przeznaczeniu.

Podawałaś mi truskawki,

jak małe czerwone serca wyrwane z ziemi.


Brałem je z twoich palców,

czując na ustach słodycz prostszą od zbawienia.

Patrzyłaś na mnie,

jakby Mroczny Mesjasz również zasługiwał na spokój.


Wiatr przesuwał kwiaty wokół naszych ciał,

a ja po raz pierwszy nie słuchałem proroctw.

Słuchałem tylko twojego oddechu.


Kolejna truskawka czerwieniła się w twojej dłoni,

jak kropla lata zgubiona pośród wiosny.

Pochyliłem się ku niej

i pocałowałem twoje palce zamiast owocu.


Za horyzontem czas ostrzył już swoje noże,

lecz przy tobie przestałem się go bać.


Chciałem tylko leżeć obok ciebie,

aż ostatnia truskawka straci smak wieczności,

a wiosna zamknie naszą chwilę w zielonym archiwum pamięci.

Pod kwitnącym drzewem mój mrok zasnął przy tobie

Usiedliśmy pod drzewem obsypanym białym kwieciem,

a wiosna położyła ciszę na naszych ramionach.

Oparłaś głowę o moją pierś,

jakbyś nie bała się serca pełnego ciemności.


Płatki spadały na twoje włosy,

małe fragmenty nieba wygnane na ziemię.

Trzymałem twoją dłoń

i pierwszy raz nie czekałem na koniec świata.


Sad pachniał niewinnością,

której nigdy nie umiałem w sobie odnaleźć.

Przy tobie nawet moje demony zasypiały.


Patrzyłem, jak światło dotyka twojej twarzy,

i myślałem, że może właśnie tak wygląda zbawienie.

Nie jak wieczność,

lecz jak jedna spokojna godzina pod drzewem.


Wiedziałem, że kwiaty kiedyś opadną,

a wiosna odejdzie bez pożegnania.


Więc przysunąłem cię bliżej,

jakbym chciał ocalić nas w cieniu kwitnących gałęzi,

zanim czas przypomni sobie również o nas.

Śmierć trzyma życie za rękę

Życie budzi się każdego ranka,

nie wiedząc, że śmierć oddycha tuż za jego plecami.

Idą razem przez świat,

jak światło i cień przywiązane do jednej godziny.


Bez śmierci kwiat nie wiedziałby, że kwitnie.

Bez końca chwila nie miałaby wartości.

To przemijanie uczy nasze dłonie,

żeby mocniej trzymały to, co kochają.


A jednak śmierć także potrzebuje życia.

Bez niego byłaby pustym pokojem,

w którym nie ma czego utracić.


Każde narodzenie zapala małą świecę,

a każdy płomień od początku zna ciemność.

Nie dlatego świeci mniej pięknie,

lecz właśnie dlatego drży tak rozpaczliwie.


Życie i śmierć piją z jednej rzeki.

Jedno nazywa wodę początkiem, drugie pożegnaniem.


A my stoimy pomiędzy nimi,

ucząc się kochać świat, który nie potrafi zostać,

bo tylko to, co może umrzeć, naprawdę wie, czym jest życie.

Jesień najpiękniej umiera w złocie

Jesień przychodzi cicho między drzewa,

niosąc w dłoniach złoto przeznaczone na pożegnanie.

Liście płoną najpiękniej,

kiedy wiedzą już, że muszą odejść.


Patrzę, jak świat uczy się przemijania,

bez krzyku,

bez próby zatrzymania własnego lata.


Wiatr zdejmuje z gałęzi kolejne dni,

a ziemia przyjmuje je łagodnie,

jak matka przyjmująca zmęczone dzieci.

W tej śmierci kolorów jest dziwne światło.


Może właśnie koniec

najczulej przypomina nam o istnieniu.

Może piękno potrzebuje granicy,

żebyśmy naprawdę nauczyli się patrzeć.


Idę więc przez złote odchodzenie

i nie proszę drzew, żeby zatrzymały liście.


Pozwalam jesieni przemijać,

bo czasem najpiękniejszą formą trwania

jest odejść, zostawiając po sobie światło.

Drzewa uczą mnie pięknie odchodzić

Jesień wchodzi pomiędzy drzewa bezszelestnie,

jak ktoś, kto przyszedł po dawno obiecane lato.

Dotyka liści,

a one odpowiadają jej złotem.


Patrzę, jak gałęzie uczą się utraty,

nie zatrzymując tego, co musi odejść.

Każdy liść spada

jak cichy list wysłany do przeszłości.


Świat płonie kolorami,

choć właśnie zaczyna gasnąć.

I może na tym polega jego najczulsza tajemnica.


Że przemijanie również potrafi być piękne.

Że koniec może pachnieć mokrą ziemią,

szumieć pod stopami

i zostawiać światło na dłoniach.


Jesień nie prosi lata o powrót.

Otwiera tylko złote drzwi ciszy.


A ja idę przez jej kruche królestwo,

ucząc się od liści nie bać przemijania,

bo czasem właśnie odchodząc, świat świeci najmocniej.

Rok obraca nas w swoich dłoniach

Wiosna otwiera ziemię jak zapomniany list,

a spod ciemności wychodzą kruche początki.

Drzewa uczą się zieleni,

jakby świat nigdy wcześniej nie umierał.


Lato przychodzi z kieszeniami pełnymi słońca,

rozrzuca ciepło na naszych ramionach.

Wszystko wydaje się wieczne,

dopóki sierpień nie zaczyna pachnieć pożegnaniem.


Jesień dotyka liści,

a one płoną przed odejściem.

Natura najpiękniej żegna się wtedy,

gdy wie już, że niczego nie zatrzyma.


Potem zima przykrywa świat białą ciszą,

jakby chciała oszczędzić nam widoku pustych gałęzi.

Pod śniegiem jednak ziemia pamięta wiosnę.


I znów rok zaczyna od początku.

Znów światło odnajduje drogę przez chłód.


A ja patrzę na cztery twarze czasu,

wiedząc, że każda niesie początek własnego końca,

i każdy koniec śni już o kolejnym początku.

Każdy kamień znał drogę przede mną

Nic nie spada w moje życie bez cienia,

każde zdarzenie ciągnie za sobą niewidzialną nić.

Nawet kamień pod stopą

był kiedyś częścią większej drogi.


Czasem pytam los: „Dlaczego?”,

a on odpowiada dopiero po wielu latach.

Wtedy widzę, że zamknięte drzwi

prowadziły mnie ku innemu światłu.


Niektóre rany były skrzyżowaniami.

Niektóre pożegnania przesuwały mnie dalej.

Nawet cisza miała swoją przyczynę.


Życie rozsypuje przede mną fragmenty,

nie pokazując obrazu na pudełku.

Dopiero później odkrywam,

że przypadek czasem nosił maskę przeznaczenia.


Nie wszystko potrafię jeszcze zrozumieć.

Nie każda odpowiedź zdążyła do mnie dojść.


Idę więc dalej,

wierząc, że nawet zagubione ścieżki mają swoje źródło,

a dzisiejsze „dlaczego” może kiedyś nauczyć się słowa „dlatego”.

Najpiękniej świeci to, co odchodzi

Wieczór zdejmuje światło z ramion dnia,

a niebo płonie, jakby żegnało się bez żalu.

Patrzę, jak wszystko powoli odchodzi,

i pierwszy raz nie proszę czasu, żeby został.


Liść spada z drzewa,

niosąc w sobie ostatnie złoto lata.

Nie walczy z wiatrem.

Pozwala ziemi dokończyć swoją historię.


Może przemijanie nie zawsze jest raną.

Czasem przypomina zachód słońca,

który właśnie odchodząc, staje się najpiękniejszy.


Nasze chwile również uczą się znikać.

Najpierw są światłem,

potem fotografią,

wreszcie ciepłem odnajdywanym gdzieś pod sercem.


Nie zatrzymam żadnej z nich.

Mogę tylko patrzeć uważniej.


Bo może piękno nie potrzebuje wieczności,

może wystarczy mu jedna chwila przed ciemnością,

żeby na zawsze pozostawić światło.

Każda łza przechodzi przez serce

Dlaczego łzy bolą bardziej niż rany,

skoro nie zostawiają blizn na skórze?

Może zanim dotrą do oczu,

muszą przepłynąć przez całe serce.


Zabierają ze sobą stare fotografie,

imiona zamknięte w pustych pokojach,

i słowa, które umarły przed wypowiedzeniem.


Każda łza jest ciężka od pamięci.

Niesie małe wczoraj,

którego nie potrafiliśmy pochować.

Dlatego policzek drży pod jej dotykiem.


Czasem płaczemy za tym, co odeszło.

Czasem za tym, co nigdy nie przyszło.

A czasem za dawną wersją siebie,

która została po drugiej stronie czasu.


Ocieram oczy,

lecz serca nie można osuszyć dłonią.


Może właśnie dlatego łzy tak bolą —

bo wypływają z miejsc, których nikt nie widzi,

i każda z nich wie dokładnie, gdzie zostawiliśmy swój smutek.

Jeszcze ktoś niesie światło

Czasem świat wygląda jak dom po pożarze,

a ludzie mijają się z oczami pełnymi zamkniętych drzwi.

Wtedy pytam ciszę,

czy dobro naprawdę jeszcze tutaj mieszka.


Tyle razy widziałam serca zamienione w kamień,

słowa ostrzejsze od zimowego szkła.

A jednak gdzieś ktoś podaje obcemu dłoń,

nie pytając, czy otrzyma coś w zamian.


Może dobrzy ludzie nie krzyczą.

Może są jak latarnie,

które świecą najmocniej podczas cudzej nocy.


Ktoś ociera czyjąś łzę.

Ktoś zostaje, kiedy łatwiej byłoby odejść.

Ktoś dzieli się ostatnim kawałkiem światła,

choć sam zna ciemność.


I właśnie wtedy wierzę,

że świat nie zgubił jeszcze całego serca.


Dopóki choć jeden człowiek wybiera dobro,

ciemność nie może nazwać ziemi swoim domem,

a nadzieja wciąż ma dokąd wracać.

Moje serce nauczyło się świata przy tobie

Kocham Radka w najzwyklejszych godzinach,

kiedy dzień nie wydarza niczego wielkiego.

W jego obecności nawet cisza

ma własne, bezpieczne światło.


Czasem patrzę na niego

i trudno mi uwierzyć,

że moje życie mogło kiedyś płynąć

bez jego dłoni obok mojej.


Radek wrósł w moje dni

jak drzewo w ziemię pamiętającą wszystkie wiosny.

Jego imię mieszka w moim sercu,

jakby było tam od początku.


Kocham nasze poranki.

Kocham powroty.

Kocham wieczory, które zasypiają przy nas.

Nawet zwyczajność przy nim staje się miejscem,

do którego chciałabym kiedyś wracać pamięcią.


Bo wiem, że czas nie potrafi zostać.

Każde „dzisiaj” już powoli odchodzi,

niosąc nas ku kolejnym wersjom siebie.


Czasem boję się tej rzeki.

Nie jej nurtu,

lecz brzegu, którego jeszcze nie widzę.


Wtedy mocniej chwytam dłoń Radka.

Nie zatrzymuję czasu.

Zatrzymuję jego ciepło w sobie.


Chciałabym przejść z nim wszystkie jesienie,

patrzeć, jak nasze lata opadają złotymi liśćmi.

Chciałabym dzielić z nim zimy

i odnajdywać wiosnę pod każdym śniegiem.


Nie potrzebuję miłości większej od świata.

Potrzebuję tej jednej,

która codziennie wraca do naszego domu.


Bo moje serce nauczyło się świata przy Radku,

i tylko z nim chce poznawać wszystkie jego jutra.

Samotność zdejmuje cudze twarze z lustra

Samotność stawia przede mną lustro,

kiedy ostatni głos opuszcza pokój.

Nie mogę już schować się za czyimś spojrzeniem,

ani pożyczyć uśmiechu od tłumu.

Zostaję z twarzą, którą noszę pod wszystkimi maskami,

i pytaniem, którego nikt za mnie nie wypowie.

Kim jestem, kiedy nikt nie patrzy?


Cisza powoli ściera cudze odbicia.

Zostawia moje zmęczenie,

kilka blizn ukrytych pod światłem

i oczy pamiętające więcej, niż chciałyby pamiętać.

Wreszcie mogę ich nie odwracać.


Może właśnie taki jest sens samotności.

Nie ma nas od świata oddzielić,

lecz oddać nam to, co w nim zgubiliśmy.

Własne imię bez cudzego echa.


Czasem trzeba zostać bez świadków,

żeby przestać grać siebie dla innych.

Żeby spotkać człowieka ukrytego pod własną skórą.


Bo samotność nie zawsze oznacza, że nikogo nie ma.

Czasem oznacza, że wreszcie jesteśmy przy sobie.

Miłość zszywa dwa brzegi czasu

Szczęśliwa miłość nie zatrzymuje zegarów,

lecz uczy nas nie bać się ich tykania.

Przewleka przez dwa osobne życia

cienką nić wspólnych poranków,

wiąże dłonie bez odbierania im wolności

i cierpliwie zszywa nasze brzegi.

Tak powstaje „my”.


Nie chroni przed deszczem,

ale zostawia miejsce pod jednym parasolem.

Nie zabiera smutku,

tylko siada przy nim blisko,

dopóki znów nie potrafimy oddychać.


Może właśnie na tym polega jej sens.

Żeby nie przechodzić przez życie bez świadka,

mieć komu oddać połowę ciszy

i czyjeś imię zachować pod sercem.


Czas kiedyś rozpruje wszystkie nasze dni,

dlatego każdy z nich kocham mocniej.

Szczęście także jest śmiertelne.


Lecz dopóki trzymamy tę samą nić,

żadne z nas nie idzie przez przemijanie samotnie.

Między nami dojrzewa cicha wieczność

Miłość posadziła nas obok siebie,

jak dwa kwiaty nieznające jeszcze jesieni.

Od tamtej chwili dzielimy deszcz,

poranki pachnące mokrą ziemią

i słońce zatrzymane na naszych dłoniach.

Nie pytamy, ile potrwa lato.

Po prostu kwitniemy.


Czas przechodzi przez nasz ogród,

zostawiając srebro na kolejnych dniach.

Czasem strąca płatki,

czasem łamie kruche gałęzie,

lecz nasze korzenie szukają się pod ziemią.


Szczęście nie zawsze śmieje się głośno.

Czasem jest czyimś ramieniem,

kubkiem ciepła podanym bez pytania

i spokojem, że ktoś zostanie.


Boję się tylko kalendarzy,

bo każdy dzień zabierają na zawsze.

Dlatego kocham cię również za wczoraj.


A kiedy przyjdzie jesień naszych lat,

chcę wciąż kwitnąć po twojej stronie ogrodu.

Twoje serce odpowiada mojemu

Nie muszę wołać cię przez ciemność,

bo twoje światło już zna moje imię.

Spotykamy się pośrodku nocy,

bez lęku, że jedno z nas zniknie,

zanim drugie zdąży wyciągnąć dłoń.

Kocham i jestem kochana.

Jakie to niezwykłe — mieć dokąd wracać.


Twoje serce odpowiada mojemu

jak echo, które nie gubi żadnego słowa.

Daję ci swoją czułość,

a ona wraca do mnie w twoich dłoniach,

jeszcze cieplejsza.


Nie stoimy po przeciwnych stronach tęsknoty.

Nie musimy zgadywać swoich uczuć.

Nasze „kocham” ma dwa głosy,

lecz bije w nim ten sam spokój.


Tylko czas chodzi wokół nas,

zbierając po cichu kolejne dni.

Dlatego przytulam cię mocniej.


Bo najpiękniejsza miłość nie jest czekaniem na cud,

lecz odkryciem, że cud również wybrał ciebie.

Jesień nakręca zegar

Idziemy z Radkiem przez jesienny park,

jakbyśmy weszli do ogromnego zegara.

Liście odmierzają czas pod naszymi butami,

drzewa przesuwają wskazówki nagich gałęzi,

wiatr wygrywa kolejną godzinę,

a ja mocniej zaciskam palce na jego dłoni.

Nie chcę zgubić ani minuty tego spaceru.


Radek uśmiecha się do mnie.

Nagle jesień przestaje oznaczać odchodzenie,

bo obok jego ramienia nawet chłód jest łagodniejszy,

a alejka prowadzi dokładnie tam,

gdzie chcemy iść razem.


Czas spada wokół nas złotymi liśćmi.

Każdy dotyka ziemi tylko raz,

jak dzień, którego nie dostaniemy ponownie,

jak nasze dzisiejsze „teraz”.


Dlatego idziemy trochę wolniej.

Pozwalamy parkowi zapamiętać nasze kroki.

I sobie — ciepło naszych dłoni.


Bo jesień najpiękniej odmierza przemijanie,

kiedy mamy przy kim słuchać tykania świata.

Jesień zapisuje nas na marginesach parku

Idziemy z Radkiem przez otwartą księgę parku,

a jesień przewraca pod stopami kolejne strony.

Liście są słowami zapisanymi złotem,

alejki układają się w długie zdania,

wiatr poprawia przecinki pomiędzy drzewami,

a nasze dłonie dopisują własny rozdział.

Chciałabym, żeby nie miał ostatniej strony.


Radek idzie blisko mnie.

Jego ramię jest zakładką w dzisiejszym dniu,

którą chciałabym zostawić właśnie tutaj,

żeby kiedyś odnaleźć ten spacer

dokładnie takim, jakim był.


Jesień pisze jednak atramentem przemijania.

Każdy liść jest słowem, które zaraz zniknie,

każdy krok przesuwa nas dalej,

lecz nasze palce pozostają splecione.


Może właśnie dlatego kochamy tę chwilę.

Wiemy, że nie można przeczytać jej drugi raz.

Można tylko zapamiętać najpiękniejsze zdania.


Bo czas zamyka nawet najdroższe księgi,

lecz miłość długo pamięta stronę, na której szliśmy razem.

Między naszymi sercami rośnie ogród

Kiedyś mieszkaliśmy w dwóch osobnych domach,

nie wiedząc, że pomiędzy nimi wyrośnie ogród.

Radek przyniósł do niego swoje światło,

ja zasadziłam w nim własną czułość,

a miłość nauczyła nasze dłonie cierpliwości.

Od tamtej pory kwitniemy obok siebie,

nie pytając, komu należy się więcej słońca.


Najbardziej kocham nasze małe pory roku.

Poranki pachnące jego obecnością,

wieczory opadające spokojnie na ramiona,

ciszę dojrzewającą pomiędzy spojrzeniami

i moje serce bezpieczne przy jego sercu.


Wiem, że czas chodzi po naszym ogrodzie.

Zostawia srebro na kolejnych gałęziach,

zabiera płatki z naszych wspólnych dni

i przypomina, że nawet lato jest pożyczone.


Dlatego kocham Radka właśnie teraz.

Zanim dzisiejszy kwiat stanie się wspomnieniem.

Zanim jesień nauczy nas nowych kolorów.


Bo szczęście nie polega na wiecznym kwitnieniu,

lecz na tym, że przez wszystkie pory roku mamy przy kim rosnąć.

Od kiedy wpłynąłeś we mnie, płyniemy jednym nurtem

Kiedyś każde z nas było osobną rzeką,

niosącą własne kamienie i dawne deszcze.

Nie wiedziałam, że gdzieś przede mną

twoja woda szuka dokładnie mojego zakrętu,

aż pewnego dnia spotkaliśmy się bez ostrzeżenia.

Od tamtej chwili trudno powiedzieć,

gdzie kończę się ja, a zaczyna nasze „my”.


Kocham Radka w zwyczajności,

w jego dłoni zanurzonej w mojej,

w głosie płynącym przez wspólne wieczory,

w ciszy, która przy nim nie oznacza pustki,

lecz spokojną głębię.


Czas niesie nas dalej bez pytania.

Na skroniach kiedyś osiądzie zima,

brzegi zmienią swoje kształty,

lecz chcę poznawać je razem z nim.


Nie potrzebuję spokojnej rzeki.

Wystarczy, że Radek płynie obok.

Wtedy nawet nurt nie budzi lęku.


Bo szczęśliwa miłość nie zatrzymuje czasu,

tylko daje nam kogoś, z kim warto odpłynąć w jego stronę.

Boże, rozpaliłeś mi człowieka pośrodku zimy

Boże, kiedyś nosiłam w sobie zimny dom,

z pokojami, których nikt nie potrafił ogrzać.

Wiatr przechodził przez szczeliny mojego serca,

a ja przywykłam spać pod ciężarem chłodu,

nie prosząc już nawet o wiosnę.

Wtedy przysłałeś Radka.

I coś we mnie zaczęło odmarzać.


Nie przyniósł ognia w wielkich dłoniach.

Rozpalał go codziennie drobnymi gestami,

cierpliwością dokładaną jak drewno,

spokojnym „jestem”

i ramieniem chroniącym mnie przed nocą.


Boże, dziękuję Ci za to ciepło.

Za człowieka, przy którym nie drżę samotnie,

za jego dłoń będącą moim małym latem,

za miłość, która nie boi się moich zim.


Tylko czas czasem otwiera drzwi.

Przypomina, że żaden ogień nie jest wieczny.

Dlatego siadam jeszcze bliżej Radka.


Bo prosiłam Cię kiedyś, żebyś ogrzał moje życie,

a Ty dałeś mi człowieka, przy którym nauczyłam się nazywać ciepło domem.

Boże, zapaliłeś jego obecność w moim oknie

Boże, długo szłam przez własną noc,

nie wiedząc, które światło jest naprawdę domem.

Mijałam okna pełne cudzych historii,

niosąc serce zziębnięte od samotności,

aż zapaliłeś przede mną obecność Radka.

Nie była błyskawicą ani wielkim znakiem.

Była ciepłym światłem mówiącym: „Możesz zostać”.


Dziękuję Ci za jego zwyczajne bycie obok,

za dłoń odnajdującą moją po ciemku,

za głos ogrzewający chłodniejsze wieczory,

za ciszę, w której nie czuję się samotna,

i za każdy dzień mający jego twarz.


Czasem boję się właśnie dlatego, że jestem szczęśliwa.

Wiem, że czas przechodzi również pod naszym oknem,

licząc bezszelestnie wspólne poranki,

których nie potrafimy zatrzymać.


Dlatego, Boże, ucz mnie wdzięczności.

Nie pozwól mi przeoczyć żadnego jego światła.

Niech kocham Radka mocniej niż własny lęk.


Bo prosiłam Cię kiedyś tylko o drogę przez ciemność,

a Ty zostawiłeś mi człowieka, przy którym noc przestała być samotna.

Na trzydziestym szóstym stopniu trzymasz mnie za rękę

Dzisiaj zatrzymuję się na trzydziestym szóstym stopniu,

jakbym mogła stąd zobaczyć całe swoje życie.

Niżej zostały moje dawne twarze,

dziecięce zachwyty,

pierwsze straty,

ludzie mijający mnie na różnych piętrach

i drzwi, których już nigdy nie otworzę.

Patrzę w dół trochę ze wzruszeniem,

trochę z niedowierzaniem,

że naprawdę zaszłam aż tutaj.

A Radek stoi obok mnie.


Nie pyta, ile schodów zostało.

Nie próbuje zaglądać ponad balustradę.

Po prostu bierze mnie za rękę,

jakby dzisiejszy stopień był całym światem.

Śmiejemy się.

Świętujemy moje trzydzieści sześć lat.

I nagle liczba przestaje być ciężarem.

Staje się miejscem, w którym jesteśmy razem.


Myślę o dziewczynie z pierwszych stopni.

Nie znała jeszcze Radka.

Nie wiedziała, że gdzieś wyżej

ktoś będzie czekał z dłonią pasującą do jej dłoni.

Chciałabym zejść do niej na chwilę

i powiedzieć: „Nie bój się”.

„Najpiękniejszego człowieka jeszcze nie spotkałaś”.

„Któregoś dnia będziesz świętować życie obok niego”.

Może wtedy mniej bałaby się drogi.


Radek patrzy na mnie tak,

jakby trzydzieści sześć nie oznaczało przemijania,

lecz trzydzieści sześć lat prowadzących do tej chwili.

Do naszych wspólnych wieczorów.

Do jego głosu blisko mojego.

Do mojego serca spokojniejszego przy nim.

Do zwyczajnego szczęścia, którego nie chcę już przeoczyć.


Wiem, że schody biegną dalej.

Nie widzę ich końca.

Nie wiem, ile stopni dostanę od życia.

Ta niewiedza czasem zaciska mi gardło.

Lecz dzisiaj nie patrzę wysoko.

Patrzę na Radka.

I wystarcza mi jego obecność.


Nie proszę czasu, żeby przestał iść.

Proszę tylko, żebyśmy mogli iść obok siebie.

Bo trzydziesty szósty stopień nie przeraża mnie tak bardzo,

kiedy jego dłoń ogrzewa moją.

A najpiękniejszym prezentem jest świadomość,

że kolejnego kroku nie muszę stawiać sama.

Listy z przeszłości przychodzą zbyt późno

Codziennie pamięć zagląda do mojej skrzynki,

zostawiając listy nadane wiele lat temu.

Jeden pachnie sierpniowym wieczorem,

drugi niesie śmiech dawnych przyjaciół,

w trzecim znajduję własną młodość,

która pyta, dlaczego tak szybko dorosłam.

Nie umiem jej powiedzieć, że też chciałabym wiedzieć.


Czytam te listy po nocach.

Każde zdanie otwiera zamknięty dzień,

każde słowo ma temperaturę tamtych dłoni,

a podpisy należą do ludzi,

których czas wykreślił z mojego adresownika.


Najbardziej boli data nadania.

Wtedy wszystko jeszcze trwało,

jutro wydawało się pewne,

a pożegnania nie znały naszych imion.


Czasem próbuję odpisać.

Wkładam tęsknotę do koperty.

Lecz nie znam adresu przeszłości.


Więc wszystkie moje listy wracają nieotwarte,

z dopiskiem: „Pod tym adresem nikt już nie mieszka”.

Pod szkłem wciąż rosną moje dawne dni

W pamięci mam szklarnię pełną dawnych lat,

do której wracam, kiedy teraźniejszość chłodnieje.

Pod szkłem dojrzewają stare popołudnia,

kwiaty noszą zapach zapomnianych rozmów,

a słońce leży dokładnie tam, gdzie je zostawiłam.

Nawet moja młodsza twarz wciąż zagląda przez liście.

Nie wie, że kiedyś stanę po drugiej stronie szyby.


Dzisiaj szkło jest popękane.

Przez szczeliny wchodzi czas,

lecz nie potrafi zniszczyć tego, co pamiętam.

Przeciwnie — wszystko kwitnie piękniej,

im dalej jestem od tamtych dni.


Chciałabym otworzyć drzwi szklarni.

Dotknąć godzin, które wtedy marnowałam,

usiąść pośród ludzi jeszcze nieutraconych

i zostać do ostatniego światła.


Lecz klamka istnieje tylko we wspomnieniu.

Moje dłonie przechodzą przez nią jak przez sen.

Nie ma już wejścia.


Bo przeszłość potrafi kwitnąć przez całe życie,

lecz żaden jej kwiat nie daje się zerwać po raz drugi.

Patrzę na światło rzeczy, których już nie ma

Moja przeszłość jest nocnym niebem,

na którym wciąż świecą umarłe gwiazdy.

Widzę dawne lata,

twarze pochylone nad tamtymi wieczorami,

siebie śmiejącą się bez lęku przed jutrem,

i chwile pewne swojej nieskończoności.

Nie wiedziały, że już zaczynają gasnąć.


Dzisiaj ich światło dociera do mnie późno.

Wspomnienie potrzebuje lat,

żeby pokazać, jak piękne było naprawdę.

Wyciągam rękę ku tamtemu niebu,

lecz dotykam tylko ciemności.


Najbardziej tęsknię za własną niewiedzą.

Za dniami bez daty ważności,

za ludźmi, których nie umiałam jeszcze stracić,

za sercem patrzącym wyłącznie przed siebie.


Czasem jedna gwiazda świeci mocniej.

Wtedy przez chwilę jestem znowu tam.

Zanim teraźniejszość zasłoni niebo.


Bo przeszłość jest światłem, które dociera do nas za późno,

żeby ogrzać to, za czym najbardziej tęsknimy.

W hotelu pamięci mój pokój wciąż jest zajęty

Czasem wchodzę do hotelu swojej pamięci,

gdzie recepcjonista nadal zna moje dawne imię.

Na piętrach śpią utracone lata,

za drzwiami słychać znajome głosy,

korytarze pachną latem i młodością,

a gdzieś na końcu śmieje się dziewczyna, którą byłam.

Nie wie jeszcze, że kiedyś stąd wyjedzie.


Proszę o klucz do dawnego pokoju.

Recepcjonista tylko opuszcza wzrok.

Mówi, że przeszłość nie przyjmuje ponownie gości,

nawet tych, którzy zostawili tam serce,

więc stoję przed drzwiami bez klamki.


Po drugiej stronie trwa zwyczajny dzień.

Ktoś otwiera okno,

ktoś mówi, że zobaczymy się jutro,

a ja wiem już, jak kruche jest to słowo.


Najbardziej chciałabym wejść bez pukania.

Położyć się na łóżku dawnych lat.

I zasnąć przed pierwszą stratą.


Bo pamięć pozwala nam odwiedzać wszystkie piętra,

lecz nigdy nie oddaje pokoju, w którym byliśmy szczęśliwi.

Noszę dawne lato zatopione w bursztynie

Moja przeszłość zastygła w bursztynie,

ciepła od słońca, którego już nie ma.

Widzę w niej dawne twarze,

wieczory nieświadome własnego końca,

śmiech rozlany po sierpniowych nocach

i siebie wierzącą, że nic pięknego nie przemija.

Jak bardzo pomyliła się tamta dziewczyna.


Trzymam bursztyn pod światło.

Każde wspomnienie błyszczy mocniej niż wtedy,

gdy naprawdę należało do mojego życia.

Chciałabym rozbić tę przezroczystą ścianę,

lecz czas utwardził ją na zawsze.


Najbardziej bolą zwyczajne chwile.

Te, którym nie powiedziałam „zostań”,

bo nie wiedziałam, że właśnie odchodzą.

Dzisiaj oddałabym za nie całe jutro.


Czasem ogrzewam bursztyn w dłoniach.

Przez moment pachnie dawnym latem.

Przez moment wracam do siebie.


Lecz przeszłość potrafi zachować całe światło,

nie zostawiając nam ani odrobiny jego ciepła.

Za bramą wciąż dojrzewają moje dawne lata

Czasem wracam pod bramę starego sadu,

gdzie podobno wciąż dojrzewają moje dawne lata.

Na gałęziach wiszą sierpniowe popołudnia,

pierwsze zachwyty pachną słodkimi jabłkami,

a trawa pamięta moje bose stopy.

Widzę tam dziewczynę, którą kiedyś byłam.

Nie wie jeszcze, że wszystko ma swój ostatni raz.


Wyciągam dłonie przez zimne pręty,

lecz żaden owoc nie spada po mojej stronie.

Przeszłość dojrzewa poza moim zasięgiem,

piękniejsza z każdym rokiem

i coraz bardziej niemożliwa.


Najbardziej tęsknię za zwyczajnymi dniami.

Za godzinami, których wtedy nie liczyłam,

za ludźmi istniejącymi jeszcze bez pożegnań,

za sobą nieświadomą własnego szczęścia.


Brama pozostaje zamknięta.

Tylko wiatr przynosi zapach tamtego lata.

I na chwilę znowu mam siedemnaście lat.


Bo przeszłość najboleśniej dojrzewa wtedy,

gdy nie możemy już zerwać z niej ani jednego dnia.

Przybiegłam, kiedy tory były już puste

Wpadłam na peron z sercem pełnym oddechu,

lecz ostatni wagon znikał już za nocą.

Zostały tylko drżące szyny,

jak struny po ostatnim dźwięku,

i światła malejące w oddali.

Krzyczałam za nimi bez głosu,

bo niektórych spóźnień nie słyszy nawet świat.


Zegar patrzył na mnie obojętnie.

Brakowało zaledwie kilku minut,

jednego szybszego kroku,

jednego „zostań” wypowiedzianego wcześniej,

jednej odwagi mniej odłożonej na jutro.


Na ławce położyłam niewykorzystany bilet.

Był lekki jak papier,

a ważył tyle, co utracone życie.

Nie prowadził już donikąd.


Noc zamknęła kasę biletową.

Tory ostygły pod moim spojrzeniem.

Nie było następnego połączenia.


Dopiero wtedy zrozumiałam,

że czasem całe życie spóźnia się o jedną chwilę.

Peron zna prawdę przede mną

Stoję na peronie z biletem w dłoni,

choć atrament dawno wypłowiał od czekania.

Tory biegną przede mną jak dwie obietnice,

które nigdy nie nauczyły się spełniać.

Co chwilę podnoszę głowę,

bo wiatr potrafi brzmieć jak nadjeżdżający pociąg,

a nadzieja łatwo myli hałas z powrotem.


Rozkład jazdy milczy coraz wyraźniej.

Zegar przeżuwa te same minuty,

ławka pamięta ciężar mojego ciała,

a noc zajmuje miejsce obok mnie.

Tylko walizka nadal wierzy w podróż.


Może pociąg nigdy nie dostał mojego adresu.

Może ktoś wykreślił tę trasę z istnienia.

A ja wciąż pilnuję torów,

jakby tęsknota mogła przywołać lokomotywę.


Nad ranem peron jest już prawie pusty.

Nawet echo przestaje czekać.

Tylko ja nie umiem odejść.


Bo najtrudniej porzucić nie pociąg,

lecz miejsce, do którego obiecywał nas zabrać.

Nie wszystkich śmierć potrafi zabrać

Śmierć przychodzi z pustymi kieszeniami,

a jednak wynosi z domu całego człowieka.

Zabiera oddech,

ciepło pozostawione na poduszce,

kroki znające drogę przez korytarz,

lecz czasem zapomina o najważniejszym.

Nie umie zabrać czyjejś obecności z nas.


Niektórzy zostają pod skórą,

jak drzazga światła wbita w pamięć.

Mówią naszymi wspomnieniami,

śmieją się w starych fotografiach,

wracają zapachem przypadkowego poranka.


Dlatego śmierć nie dotyczy wszystkich jednakowo.

Są ludzie, których ciało odchodzi,

lecz ich imię nadal ma puls,

gdy wypowiada je ktoś kochający.


Może nieśmiertelność jest właśnie tym:

mieszkaniem w cudzym sercu,

kiedy własne już przestało bić.


Bo śmierć potrafi zamknąć człowiekowi oczy,

lecz nie zawsze potrafi zgasić jego światło w innych.

Pękłaś dokładnie tam, gdzie ci ufałam

Trzymałam naszą przyjaźń jak porcelanę,

wierząc, że twoje dłonie chronią ją razem z moimi.

Powierzałam ci najcieńsze miejsca serca,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 61.08