Wstęp: W krainie kamienia, krwi i marzeń
Wyobraź sobie, że stoisz na krawędzi klifu, a u twych stóp wzburzony Atlantyk rozbija się o skały, na których od ośmiuset lat stoi zamek — tak dramatycznie zawieszony między niebem a wodą, że wydaje się, iż lada chwila runie w otchłań. Wyobraź sobie, że wchodzisz do komnaty, gdzie ściany pamiętają bratobójczą zbrodnię na ołtarzu, a przewodnik szeptem opowiada o duchach, które do dziś błąkają się po korytarzach. Wyobraź sobie wreszcie, że siedzisz przy długim, dębowym stole, przy blasku świec, słuchając irlandzkich pieśni i zajadając się pieczenią, którą podają ci aktorzy w strojach z epoki, uśmiechający się pod wąsem, jakbyś był gościem samego króla.
Ta książka, którą trzymasz w dłoniach, jest zaproszeniem do takiej właśnie podróży. Podróży przez dwadzieścia kamiennych opowieści, które razem składają się na historię Irlandii — skomplikowaną, tragiczną, ale i niezwykle piękną.
Jestem historykiem z wykształcenia i podróżnikiem z zamiłowania. Przez lata przemierzałem Zieloną Wyspę wzdłuż i wszerz, wstępując do setek zamków — od tych sławnych, obleganych przez turystów, po te zapomniane, ledwo wystające spod warstwy bluszczu i ziemi. I choć każdy z nich ma swój niepowtarzalny urok, te dwadzieścia, które wybrałem do tej książki, to prawdziwe perły w koronie irlandzkiego dziedzictwa. Każdy jest inny. Każdy opowiada własną historię. I każdy, na swój sposób, zapada w pamięć na zawsze.
Bo czym właściwie jest zamek? Dla jednych to tylko sterty kamieni, pomnik minionej epoki, atrakcja turystyczna godna odhaczenia w przewodniku. Dla mnie — i mam nadzieję, że po lekturze tej książki także dla Ciebie — zamek to coś znacznie więcej. To kamienna kronika, w której zapisano losy ludzi, którzy w tych murach żyli, kochali, zdradzali, walczyli i umierali. To miejsce, gdzie historia przestaje być suchym zapisem w podręczniku, a staje się namacalna, niemal fizycznie wyczuwalna pod palcami.
Wędrując po tych stronach, przekonasz się, jak niezwykła jest to opowieść. Odkryjesz Dublin Castle, który przez siedemset lat był synonimem brytyjskiego panowania, by w końcu stać się sercem irlandzkiej państwowości. Zajrzysz do Trim Castle, największej normańskiej fortecy w kraju, której surowe mury posłużyły za plan filmowego Bravehearta. Zanurzysz się w mroczną atmosferę Leap Castle, uznawanego za najbardziej nawiedzone miejsce w Irlandii, gdzie pod Krwawą Kaplicą wciąż spoczywają kości ofiar wrzuconych do lochu zapomnienia. I westchniesz nad romantyczną historią Kylemore Abbey — zamku, który powstał jako prezent miłosny, a dziś jest opactwem benedyktynek.
Ta książka nie jest zwykłym przewodnikiem. Nie znajdziesz w niej suchych dat i nużących opisów architektonicznych detali (choć i one się pojawią, gdy będą potrzebne). To raczej zbiór opowieści — o ludziach, którzy te zamki budowali, o tych, którzy w nich mieszkali, o legendach, które narosły wokół nich przez stulecia, i o duchach, które do dziś podobno nawiedzają ich korytarze. To próba uchwycenia ducha miejsca — tego czegoś nieuchwytnego, co sprawia, że nawet najbardziej sceptyczny turysta, stając na murach Dunluce czy Rock of Cashel, czuje dreszcz na plecach.
Pisząc tę książkę, starałem się oddać głos zarówno historykom, jak i gawędziarzom. Cytowałem kroniki i listy, ale też przytaczałem ludowe podania i anegdoty, które przewodnicy szepczą turystom przy kominku. Bo Irlandia to kraj, gdzie granica między faktem a legendą jest zawsze płynna, i gdzie nawet najbardziej nieprawdopodobna historia może okazać się prawdziwa — albo przynajmniej stać się prawdziwą dla tych, którzy w nią uwierzą.
Czy po przeczytaniu tej książki będziesz chciał odwiedzić te wszystkie miejsca? Mam taką nadzieję. Ale nawet jeśli nie, mam nadzieję, że choć na chwilę przeniesiesz się w ten niezwykły świat — świat normańskich rycerzy i gaelickich wodzów, angielskich arystokratów i irlandzkich buntowników, świętych mnichów i bezbożnych duchów. Świat, w którym kamienie naprawdę mówią, a historia wciąż żyje.
Zapraszam Cię w tę podróż. Będzie długa, momentami mroczna, innym razem wzruszająca, ale na pewno niezapomniana. Bo zamki Irlandii to nie tylko zabytki. To zwierciadła, w których odbija się dusza tej niezwykłej wyspy.
Część I: Fundamenty Władzy i Historii
Rozdział 1: Dublin Castle
Przez wieki symbol brytyjskiego panowania, dziś serce irlandzkiej państwowości i miejsce zaprzysiężenia prezydentów
Prolog: Kamień, woda i władza
W sercu Dublina, tam gdzie rzeka Liffey spotykała się niegdyś z mrocznym, tajemniczym dopływem Poddle, natura stworzyła basen o czarnej tafli. To właśnie od tego miejsca — Dubh Linn w języku gaelickim, czyli „Czarna Woda” — wzięła swoją nazwę cała osada, a później miasto, które miało stać się stolicą Irlandii. Zanim jednak powstały tu jakiekolwiek mury, zanim Normanowie postawili pierwsze kamienie, teren ten był świadkiem czegoś więcej niż tylko handlu i podróży. Był świadkiem narodzin mitu.
Mówi się, że w mrocznych wiekach, na długo przed przybyciem Anglików, w miejscu tym istniał pogański krąg, a sama „Czarna Woda” była bramą do innego świata. Legendy głoszą, że to właśnie tutaj święty Patryk miał dokonać jednego ze swoich pierwszych cudów, gasząc ogień pogańskiego kapłana wodą z tego właśnie basenu, by udowodnić wyższość nowej wiary. Inna, mniej znana legenda, opowiada o przerażającym stworze, oiseall, który miał zamieszkiwać głębiny Dubh Linn i który pojawiał się zawsze, gdy miastu groziła wielka tragedia. Czy te opowieści są prawdziwe? Jak to z legendami bywa — ich ziarno prawdy tkwi w zbiorowej pamięci miejsca, które od zawsze było sceną dla dramatycznych wydarzeń.
Gdy dziś przekraczamy próg Dublin Castle, stąpamy nie tylko po kamiennych posadzkach korytarzy, ale po warstwach historii, które układają się tutaj niczym w geologicznym przekroju. Pod naszymi stopami, głęboko pod georgiańskimi arkadami i gotyckimi wieżyczkami, leżą szczątki wikińskich domostw, normańskich fortyfikacji i fundamenty angielskiej twierdzy. To miejsce, przez ponad siedemset lat będące synonimem obcej, brytyjskiej władzy, dziś jest domem dla irlandzkiej prezydentury i sceną, na której odgrywane są najważniejsze akty państwowości. Jak to możliwe, że znienawidzony symbol ucisku mógł stać się sercem wolnej republiki? Aby to zrozumieć, musimy cofnąć się do początku XIII wieku, do czasów króla, którego imię do dziś budzi w Irlandii mieszane uczucia.
Część I: Normański miecz i królewski skarbiec (1204—1684)
Rok 1204. Anglia jest we władaniu Jana bez Ziemi, najmłodszego syna Henryka II Plantageneta, monarchy słabego, podejrzliwego i uwikłanego w konflikt z własnymi baronami. Zaledwie kilkadziesiąt lat wcześniej, w 1169 roku, na irlandzkie wybrzeże wkroczyli pierwsi normańscy awanturnicy, wspierając zdetronizowanego króla Leinsteru. Ich sukces był tak spektakularny, że zaniepokojony Henryk II sam postanowił odwiedzić nową prowincję, by ujarzmić zbyt niezależnych wasali. Irlandia stała się lordshipem, ziemią podległą angielskiej koronie, ale bez silnego ośrodka administracyjnego.
I właśnie w 1204 roku Jan wydaje rozkaz Meilerowi Fitzhenry’emu, swojemu justycjariuszowi w Irlandii: wznieść na wzniesieniu nad Dubh Linn zamek z „mocnymi murami i głębokimi fosami dla obrony miasta, wymierzania sprawiedliwości i ochrony królewskiego skarbca”. To nie był kaprys architektoniczny. To była zimna kalkulacja polityczna. Jan potrzebował fortecy, która nie tylko obroni Dublin przed zbuntowanymi irlandzkimi klanami, ale przede wszystkim będzie bastionem jego własnej władzy nad niesfornymi normańskimi lordami, którzy zaczynali czuć się w Irlandii jak u siebie. Zamek miał być głośnym przypomnieniem, czyja ręka trzyma tutaj miecz.
Budowa trwała ponad dwie dekady. Wzniesiono imponującą, czworoboczną twierdzę otoczoną wysokimi murami obronnymi, z czterema masywnymi, okrągłymi wieżami w narożnikach. Był to typowo normański projekt — surowy, funkcjonalny, przytłaczający. Nie był to pałac, lecz machina wojenna. Otaczała go fosa, zasilana wodą z rzeki Poddle, którą sprytnie przekopano, by utworzyć sztuczną barierę wodną. Wjazd prowadził przez most zwodzony, a główna brama strzegła dostępu do miasta.
Z tamtej pierwotnej, średniowiecznej budowli do dziś przetrwała tylko jedna wieża — Record Tower (Wieża Archiwaliów) z lat 1228—1230. Stoi do dziś, masywna, kamienna, nieco przysadzista. Gdy kładziemy dłoń na jej chłodnych, szorstkich blokach, dotykamy XIII wieku. To właśnie w jej murach, w ciemnych i wilgotnych celach, jęczeli pierwsi więźniowie. To z jej strzelnic normańscy łucznicy wypatrywali wrogów. Jej gotyckie blanki są jednak XIX-wiecznym dodatkiem — romantyczną wizją tego, jak średniowiecze powinno wyglądać, a nie jak wyglądało naprawdę.
Przez kolejne stulecia Dublin Castle był nie tylko fortecą, ale i sercem administracji. To tutaj zasiadał justycjariusz, a później Lord Namiestnik (Lord Lieutenant), osobisty przedstawiciel monarchy. To tutaj, w Wielkiej Sali (Great Hall), zbierał się irlandzki parlament. To tutaj, w specjalnie wybudowanej w 1570 roku izbie, obradował sąd Castle Chamber, irlandzki odpowiednik osławionej angielskiej Gwiaździstej Izby (Star Chamber), który sądził wrogów korony z pominięciem standardowych procedur. Zamek był państwem w państwie, miastem w mieście.
Mury te były świadkami zarówno wielkich uroczystości, jak i aktów barbarzyństwa. W 1394 roku gościł tu króla Ryszarda II, który przybył z ogromną armią, by stłumić rebelię. W 1534 roku, w ramach buntu „Jedwabnego Tomasza” (Silken Thomas), powstańcy oblegali zamek, bezskutecznie próbując wyrwać go z rąk Henryka VIII. To na dziedzińcu zamku wystawiano głowy straconych rebeliantów, nabite na pale, by stały się ostrzeżeniem dla innych. Wśród nich znalazła się głowa niejakiego Fizjego z Galway, który w 1581 roku został stracony za wiarę katolicką.
Ale zamek to nie tylko polityka i egzekucje. To także ludzie. W murach tych mieszkał i pracował sir Henry Sidney, trzykrotny Lord Namiestnik w czasach Elżbiety I, który gorliwie wcielał w życie politykę konfiskat i kolonizacji. To w tych korytarzach snuł swe intrygi Thomas Wentworth, hrabia Strafford, bezwzględny namiestnik Karola I, którego rządy doprowadziły Irlandię na skraj otwartego buntu, a jego samego ostatecznie na londyński szafot.
Część II: Feniks z popiołów — narodziny georgiańskiego pałacu (1684—1800)
Nocą 7 kwietnia 1684 roku w zamku wybuchł pożar. Jego skala była katastrofalna. Ogień, który rozpoczął się w jednej z oficyn, szybko strawił większość średniowiecznych zabudowań. Drewniane stropy, wiekowe belkowania, wszystko stanęło w płomieniach. Lord Arran, syn księcia Ormonde, ówczesnego Lorda Namiestnika, podjął dramatyczną decyzję. Aby powstrzymać ogień od pochłonięcia całej fortecy, nakazał wysadzić w powietrze kaplicę zamkową i kilka innych budynków. Średniowieczny Dublin Castle przestał istnieć.
Katastrofa okazała się jednak szansą. Koniec XVII wieku to czas, gdy twierdze ustępują miejsca rezydencjom. Wojna toczy się już gdzie indziej, a władza potrzebuje nie tylko miecza, ale i odpowiedniej oprawy. Rozpoczęła się wielka przebudowa. Na zgliszczach surowego zamku miał stanąć elegancki pałac w stylu georgiańskim, godny reprezentować potęgę Korony Brytyjskiej.
Prace nadzorował sir William Robinson, a później inni wybitni architekci. Stary, czworoboczny dziedziniec zamkowy przekształcono w reprezentacyjny Upper Yard, otoczony klasycystycznymi fasadami. To właśnie wtedy powstaje większość budynków, które widzimy dziś. Jednak nawet w tej nowej, oświeceniowej architekturze, średniowieczna przeszłość daje o sobie znać. Pod arkadami wciąż płynie uwięziony w kanałach Poddle, a fragmenty dawnych murów kryją się w piwnicznych podziemiach.
Najwspanialszym owocem tej transformacji były bez wątpienia Apartamenty Stanowe (State Apartments). To tutaj, wzdłuż południowego skrzydła, Lordowie Namiestnicy mieli nie tylko mieszkać, ale i olśniewać. Każda z sal miała swoją funkcję i własną, bogatą historię.
Sercem kompleksu jest St. Patrick‘s Hall (Sala Świętego Patryka), bez wątpienia jedno z najpiękniejszych wnętrz w całej Irlandii. Jej budowę ukończono w latach 40. XVIII wieku, ale obecny, olśniewający wystrój pochodzi z około 1790 roku. To tutaj odbywały się najwspanialsze bale, bankiety i uroczystości dworskie. Gdy spoglądamy w górę, naszym oczom ukazuje się prawdziwe arcydzieło: plafon namalowany przez włoskiego artystę Vincenzo Valdre (ok. 1742–1814). To najważniejszy malowidło sufitowe w Irlandii, podzielone na trzy ogromne panele.
I tu historia płata nam figla. Na jednym z panelów widzimy świętego Patryka wprowadzającego chrześcijaństwo do Irlandii — scenę symboliczną, uniwersalną. Na drugim — koronację Jerzego III, brytyjskiego monarchy. Na trzecim zaś — scenę, która przez wieki miała być ideologicznym uzasadnieniem angielskiej obecności w Irlandii: „Król Henryk II przyjmuje poddanie się irlandzkich wodzów”. To hołd złożony w 1171 roku, akt, który w brytyjskiej narracji legitymizował ich władzę. Sztuka służyła tu polityce w sposób najczystszy. Ci sami irlandzcy arystokraci, którzy bawili się na balach w tej sali, tańczyli dosłownie pod sufitem gloryfikującym ich ujarzmienie. Gorycz tej ironii nie umknęła nikomu.
Obok Sali Świętego Patryka znajduje się Sala Tronowa (Throne Room). Pierwotnie nazywana Battleaxe Hall od siekier bojowych gwardii, które ją obstawiały, około 1790 roku została przekształcona w królewską salę audiencyjną. Stoi tu tron wykonany z okazji wizyty króla Jerzego IV w 1821 roku — monarchy tak otyłego i nieporadnego, że jego wizyta w Dublinie, choć hucznie fetowana, stała się tematem złośliwych anegdot. Mówiono, że tron musiano specjalnie poszerzyć, a sam król, próbując przemówić po irlandzku, wywołał jedynie salwy śmiechu.
Tuż obok znajduje się Pokój Gobelinów (Tapestry Room), Pożyczalnia (Drawing Room) i inne komnaty, każda wypełniona bezcennymi meblami, portretami monarchów i namiestników, kryształowymi żyrandolami, które pamiętają czasy, gdy przy ich świetle snuto plany dalszego kolonizowania Irlandii.
Nie sposób pominąć również Kaplicy Królewskiej (Chapel Royal), która stanowi architektoniczną perłę w koronie zamku. Ta neogotycka kaplica, wzniesiona w latach 1807—1814 według projektu Francisa Johnstona, stanęła na miejscu średniowiecznej świątyni, wysadzonej w 1684 roku. Jej budowa była aktem politycznej deklaracji. Miała podkreślić dominującą rolę Kościoła Irlandii (protestanckiego) w zarządzaniu krajem. Jej zewnętrzne mury zdobi aż 91 rzeźbionych głów — postaci historycznych i mitycznych, od świętego Patryka po dziekana Swifta, od Briana Boru po Normanów. Wnętrze zapiera dech w piersiach — eksploduje kolorami witraży i misterną, dębową snycerką. Loże dla Lorda Namiestnika i arcybiskupa przypominają loże w teatrze, bo też i nabożeństwa były tu swoistym spektaklem władzy.
Część III: Twierdza w oblężeniu — powstania, szpiedzy i upadek imperium (1800—1922)
Akt Unii z 1800 roku, który zlikwidował irlandzki parlament i wcielił Irlandię do Zjednoczonego Królestwa, paradoksalnie zwiększył znaczenie Dublin Castle. Skoro nie było już lokalnego parlamentu, zamek stał się jedynym centrum decyzyjnym. To tutaj, w biurach rozrzuconych po całym kompleksie, urzędowała brytyjska administracja, policja (DMP i RIC), służby skarbowe i wywiadowcze. Jak to ujął w 1909 roku narodowy dziennikarz R. Barry O‘Brien: „Politycznie, Zamek jest Egzekutywą”.
Dla irlandzkich nacjonalistów zamek stał się celem numer jeden. Był symbolem wszystkiego, co znienawidzone: obcej dominacji, protestanckiej supremacji, uciskającego prawa. W ciągu XIX wieku wielokrotnie planowano jego atak, ale zawsze kończyło się na niczym. Bardziej skuteczne były akcje wymierzone w jego symbolikę. W 1884 roku nazwisko zamku znalazło się w centrum skandalu obyczajowego, gdy nacjonalistyczna gazeta United Ireland ujawniła istnienie wśród oficerów zamkowych homoseksualnego kręgu, co było wówczas poważnym przestępstwem i kompromitacją dla reżimu.
Najgłośniejszą historią kryminalną początku XX stulecia była jednak kradzież irlandzkich klejnotów koronnych w 1907 roku. Insygnia Orderu Świętego Patryka, najwyższego irlandzkiego orderu rycerskiego, zostały skradzione w biały dzień z silnie strzeżonego skarbca w zamku. Podejrzenie natychmiast padło na sir Arthura Vicarsa, głównego herolda, człowieka o słabym charakterze, otaczającego się podejrzanym towarzystwem. Mówiono o szantażu, o homoseksualnych orgiach, o tuszowaniu afery na najwyższych szczeblach, by nie skompromitować dworu królewskiego, który miał odebrać ordery podczas wizyty w Dublinie. Klejnotów nigdy nie odnaleziono, a tajemnica ich zaginięcia do dziś rozpala wyobraźnię historyków i detektywów amatorów.
Wielkanoc 1916 roku. Powstanie Wielkanocne wybucha w całym Dublinie. Grupa 25 członków Irlandzkiej Armii Obywatelskiej (Irish Citizen Army) pod dowództwem Seána Connolly‘ego podchodzi pod bramę zamku. W brawurowym ataku zabijają strażnika i opanowują wartownię. To był moment, by zająć symbol stuleci angielskiej tyranii. Ale powstańcy wahają się. Czy to pułapka? Czy mają siły, by utrzymać tak ogromny kompleks? W tych kilku minutach niezdecydowania brytyjskie posiłki nadciągają z pobliskich koszar Ship Street Barracks. Atak załamuje się. Powstańcy wycofują się, by dołączyć do głównych sił w poczcie. Zamek, serce imperium, o włos uniknął upadku. Gdyby go zdobyto, psychologiczny i propagandowy efekt mógłby zmienić bieg całego powstania.
Lata 1919—1921 to wojna o niepodległość. Dublin Castle staje się ufortyfikowanym obozem wojennym. Druty kolczaste oplatają bramy, na wieżach ustawiono karabiny maszynowe, a na dziedzińcu parkują opancerzone samochody. Wewnątrz tłoczą się urzędnicy, policjanci i osławieni Auxiliaries — paramilitarna formacja złożona z byłych oficerów, znana z brutalności. David Neligan, członek DMP pracujący dla IRA, tak opisywał atmosferę oblężenia: „Przez całą noc na placu migały światła reflektorów, gdy grupy raiderskie przyjeżdżały i wyjeżdżały. […] Auxiliaries byli niezwykłą zbieraniną. Widziało się mężczyzn w mundurach lotników, górali w pełnych kiltach, oficerów marynarki, kowbojów i typy z każdego zakątka globu”. Pili na potęgę, terroryzowali miasto, a ich kwatery w zamku stały się synonimem terroru.
To w tych murach, w noc Krwawej Niedzieli 21 listopada 1920 roku, torturowano i zamordowano trzech członków IRA: Dicka McKee, Conora Clune‘a i Peadara Clancy‘ego. Zostali oni pojmani i zabrani do zamku, gdzie podczas „przesłuchania” pobito ich na śmierć. Oficjalny raport mówił o zastrzeleniu podczas próby ucieczki, ale prawda była bardziej makabryczna. Ich ciała nosiły ślady bestialskiego traktowania. Mord w sercu brytyjskiej administracji tylko podsycił nienawiść i przyspieszył bieg wypadków.
Część IV: Dzień przekazania i nowa rzeczywistość (1922—1938)
16 stycznia 1922 roku. Historia zatacza koło. Po podpisaniu traktatu angielsko-irlandzkiego, nadszedł czas na formalne przekazanie władzy. Brytyjski Lord Namiestnik, lord FitzAlan, ostatni reprezentant korony w Irlandii, oczekuje w swoim gabinecie na przedstawicieli nowego Rządu Tymczasowego. Na czele delegacji stoi Michael Collins, człowiek, którego głowę Brytyjczycy wycenili na 10 000 funtów, rewolucjonista i architekt wojny partyzanckiej.
Collins spóźnia się. Gdy w końcu wkracza do gabinetu, Lord FitzAlan, wyraźnie poirytowany, zwraca mu uwagę: „Spóźnił się pan o siedem minut, panie Collins”. Wtedy, jak głosi legenda, Collins, z uśmiechem na ustach, odpowiada: „Czekaliśmy siedemset lat, możecie poczekać siedem minut”.
W tym jednym zdaniu zawiera się cała historia zamku. Siedemset lat angielskiej administracji, siedemset lat ucisku, buntów, nadziei i rozczarowań. I oto teraz klucze do tej fortecy przechodzą w irlandzkie ręce. FitzAlan, uprzejmy szkocki arystokrata, miał później powiedzieć, że Collins był „najbardziej niezwykłym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkał”. Ale symbolika tej chwili była druzgocąca. Zamek, będący synonimem wroga, stał się nagle własnością zwycięzców.
Przejęcie zamku nie było jednak łatwe. Wybucha wojna domowa, a Four Courts, siedziba sądów, zostaje zniszczona. Przez następną dekadę Dublin Castle służy jako tymczasowy gmach sądów. Dopiero w latach 30. XX wieku zaczyna pełnić funkcje ceremonialne. To tutaj Éamon de Valera, jako prezydent Rady Wykonawczej, przyjmuje listy uwierzytelniające od nowych ambasadorów. Wciąż jednak robi to w imieniu króla Jerzego V, bo Irlandia jest jeszcze dominium. Prawdziwy przełom następuje w 1938 roku.
Część V: Dom Prezydenta — od korony do republiki
Rok 1938. Wchodzi w życie nowa konstytucja Irlandii (Bunreacht na hÉireann), tworząca urząd prezydenta. Pierwszym prezydentem zostaje Douglas Hyde, uczony, protestant, współzałożyciel Gaelic League, człowiek, który idealnie symbolizuje nową, integracyjną wizję państwa. I to właśnie w Sali Świętego Patryka, pod tym samym sufitem Valdre‘a, na którym Henryk II przyjmuje hołd irlandzkich wodzów, Hyde składa prezydencką przysięgę.
Ironia tej sceny jest wręcz namacalna. Sala, która przez wieki była sceną brytyjskiej potęgi, staje się miejscem narodzin irlandzkiej republiki. Sufit, który głosił poddaństwo, milczy, gdy nowa głowa państwa, wolnego państwa, obejmuje urząd. Od tej pory każdy kolejny prezydent Irlandii będzie zaprzysięgany w tym właśnie miejscu. To tutaj w 1974 roku wystawiono trumnę z ciałem prezydenta Erskine‘a Childersa, który zmarł nagle w urzędowaniu, a rok później, w 1975 roku, żegnano Éamona de Valerę, giganta irlandzkiej polityki.
Dziś Dublin Castle tętni życiem. Jest nie tylko pomnikiem historii, ale żywym organizmem. Mieszczą się w nim biura Office of Public Works, Revenue Commissioners, a od 2023 roku także nowa Komisja Wyborcza. Znajduje się tu wspaniała Chester Beatty Library, muzeum światowej klasy kolekcji sztuki orientalnej i zachodniej. Jest też muzeum Gardy (irlandzkiej policji) i muzeum skarbowe.
Zakończenie: Głosy z podziemi
Spacerując po Dublin Castle, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ściany te wciąż przechowują echo minionych wieków. W Podziemiu Średniowiecznym (Medieval Undercroft), odkopanym podczas prac archeologicznych w latach 80. XX wieku, możemy na własne oczy zobaczyć fragmenty murów z XIII wieku, koryto rzeki Poddle, ślady wikińskich domów. To tam, w wilgotnym półmroku, historia przemawia najgłośniej.
Słychać tam jęki więźniów z wieży Record Tower. Słychać szczęk mieczy normańskich strażników. Słychać nerwowe kroki Michaela Collinsa, który po latach walki w końcu wkracza do środka, by przejąć to, co mu się należy. Słychać uroczyste, pełne nadziei słowa prezydenckiej przysięgi.
Dublin Castle jest jak irlandzka historia w pigułce: pełen sprzeczności, bolesny, ale i pełen niespodziewanych zwrotów akcji. Zamek, który zbudowano, by panować nad Irlandczykami, stał się ich domem. Twierdza, która przez wieki była symbolem obcej dominacji, dziś jest sercem irlandzkiej państwowości. I choć kamienie pamiętają krew i łzy, to właśnie na nich, na tych samych kamieniach, wolna Irlandia buduje swoją przyszłość. Jest to lekcja, która wykracza daleko poza architekturę — lekcja o tym, że nawet najciemniejsze symbole można przekształcić i nadać im nowe, lepsze znaczenie. Zamek nie jest już twierdzą wroga, ale fortecą demokracji. Czarna Woda, Dubh Linn, która niegdyś budziła lęk, dziś odbija w swej tafli światło wolności.
Rozdział 2: Trim Castle
Największa normańska forteca w Irlandii, której surowe mury posłużyły za tło w filmie Braveheart
Prolog: Kamienna deklaracja
Gdyby kamienie mogły mówić, te w Trim Castle krzyczałyby. Nie szeptałyby, nie snuły dyskretnych opowieści przy kominku — one grzmiałyby na całą dolinę Boyne, ogłaszając światu, że oto przybył nowy pan i nie ma zamiaru nigdzie się stąd ruszać. To nie jest zamek, który próbuje się podobać. Nie znajdziemy tu finezyjnych zdobień ani kunsztownych detali, które cieszą oko przybysza. Trim Castle jest jak zaciśnięta pięść wymierzona w twarz irlandzkiego krajobrazu — brutalna, masywna i nie pozostawiająca złudzeń co do intencji swoich budowniczych.
Stojąc na południowym brzegu rzeki Boyne, około czterdziestu kilometrów od Dublina, ta normańska kolos dominuje nad miasteczkiem Trim jak śpiący lew. Zajmuje obszar około 30 000 metrów kwadratowych, co czyni go największym zamkiem w Irlandii i jednym z największych założeń normańskich w całej Europie. Ale liczby nie oddają jego istoty. Aby zrozumieć Trim Castle, trzeba pojąć, czym była Irlandia pod koniec XII wieku — krajem podbijanym, krwawiącym, ale wciąż nieujarzmionym. I trzeba poznać człowieka, który postanowił to zmienić, człowieka o twarzy pooranej bliznami i reputacji tak czarnej, że do dziś budzi dreszcz na plecach.
Część I: Człowiek z blizną i jego dzieło
Nazywał się Hugh de Lacy. Dla Irlandczyków był ucieleśnieniem normańskiej buty i bezwzględności. Dla króla Henryka II był narzędziem — niezwykle użytecznym, ale i niebezpiecznym, ostrzem, które mogło zranić także rękę, która je dzierży. Henryk II, ten sam, który zaledwie kilka lat wcześniej wysłał swych rycerzy na podbój Zielonej Wyspy, doskonale zdawał sobie sprawę, że sama militarna przewaga nie wystarczy. Trzeba było obsadzić podbity kraj ludźmi, którzy nie cofną się przed niczym. I tak w 1172 roku Hugh de Lacy otrzymał od króla tytuł Lorda Meath ( Lord of Meath) wraz z ogromnymi nadaniami ziemi. Jego zadanie było proste: skonsolidować normańskie panowanie na niespokojnych rubieżach na północ od Dublina, na granicy terytoriów wciąż kontrolowanych przez irlandzkich wodzów.
De Lacy nie był jednak zwykłym wasalem. Irlandzkie roczniki opisują go jako człowieka „niezwykłego awansu”, który „przyćmił wszystkich Anglików w Irlandii zarówno budową zamków, jak i rozszerzaniem granic”. Ale był też kimś więcej — wolnym duchem, który zbyt dobrze czuł się w nowym kraju. Kiedy w 1180 roku poślubił Rose Ní Conchobair, córkę Ruaidrí Ua Conchobair, arcykróla Irlandii i tego samego człowieka, który kilka lat wcześniej spalił jego pierwszą, drewnianą fortyfikację w Trim, wzbudził tym śmiertelny niepokój Henryka II. Angielski monarcha z przerażeniem ujrzał wizję swojego wasala, który poprzez małżeństwo z irlandzką arystokracją mógł zacząć budować własne, niezależne królestwo. W liście do de Lacy‘ego król wzywał go natychmiast z powrotem do Anglii, obawiając się najgorszego.
Los jednak oszczędził Henrykowi kłopotu pozbycia się niewygodnego lennika. W lipcu 1186 roku, podczas inspekcji budowy kolejnego zamku w Durrow, Hugh de Lacy został niespodziewanie zaatakowany od tyłu. Irlandzki wojownik z klanu O‘Brien, niejaki O‘Meyey, podszedł do niego pod pozorem prośby o pracę i jednym ciosem topora odrąbał mu głowę. Legenda głosi, że morderca działał z zemsty za zniszczenie klasztoru, ale nie brakowało głosów, że topór, który przeciął szyję de Lacy‘ego, był wygodnym rozwiązaniem problemów, z którymi angielski król nie chciał lub nie mógł się mierzyć osobiście.
Śmierć Hugh de Lacy otworzyła nowy rozdział w historii zamku. Jego dzieło podjął syn, Walter de Lacy, który odziedziczył po ojcu nie tylko tytuł, ale i ambicje. To właśnie Walter, w ciągu trzech dekad (około 1196—1206), wzniósł kamienne serce twierdzy, które widzimy do dziś. Wykorzystując strategiczne położenie na wzniesieniu nad brodem na Boyne, miejscu dostępnym wówczas nawet dla statków morskich, które mogły wpływać w głąb lądu, stworzył fortecę, która przez wieki miała być nie do zdobycia.
Część II: Architektura strachu i władzy
Gdy podchodzimy do Trim Castle, naszym oczom ukazuje się widok, który mógł przyprawiać o dreszcz średniowiecznego najeźdźcę. Ogromny, czworoboczny obszar otoczony jest w większości nietkniętym murem obwodowym ( curtain wall) z połowy XIII wieku, rozciągającym się na długość około 450 metrów. W murze tym, od strony prowadzącej do Dublina, wznosi się niezwykła, okrągła barbakan — rzadki element architektury obronnej w Irlandii, który chronił główną bramę wjazdową. To przez tę bramę, przez most zwodzony przerzucony niegdyś nad suchą fosą, wjeżdżali do zamku dostojnicy, kupcy i więźniowie.
Ale prawdziwym sercem twierdzy, jej ostatnią linią obrony i jednocześnie siedzibą pana, jest masywny donżon ( keep) — wieża mieszkalno-obronna. I to właśnie on, górujący nad okolicą, stanowi o unikalności Trim Castle. To nie jest zwykła, kwadratowa normańska wieża. Jej architektura to prawdziwy majstersztyk inżynierii wojskowej i wyraz paranoi, by tak rzec, de Lacy‘ch. Ma formę krzyża wpisanego w kwadrat, co w praktyce oznacza, że zamiast czterech narożników, posiada ich dwadzieścia. Każdy z tych kątów to dodatkowa płaszczyzna, z której obrońcy mogli razić napastników, eliminując martwe pola ostrzału. To forteca zaprojektowana tak, by nawet jeśli wróg wedrze się na dziedziniec, ta kamienna bestia pozostała niezdobyta.
Wchodząc dziś do środka, wąskimi, krętymi schodami, wkraczamy w świat trzech poziomów, które kiedyś tętniły życiem. Na parterze mieściły się magazyny i pomieszczenia gospodarcze. Piętro zajmowała Wielka Sala ( Great Hall), serce świeckiego życia zamku. To tutaj, przy długich dębowych stołach, zasiadał Walter de Lacy ze swoimi rycerzami, toczono dysputy polityczne, przyjmowano gości i obradowano nad losami okolicznych ziem. Można tu, jak pisze przewodnik, „wyobrazić sobie wystawne uczty i trzaskające ognie”. Kolejne kondygnacje kryły komnaty mieszkalne i prywatną kaplicę, do której prowadzą strome, kamienne stopnie — miejsce, gdzie pan zamku mógł na chwilę zapomnieć o polityce i oddać się modlitwie.
Grubość murów sięga miejscami trzech metrów. Kamień na kamieniu, zaprawa wapienna, pot i krew setek anonimowych robotników. Stojąc na szczycie wieży i spoglądając na rozciągającą się w dole dolinę Boyne, widzimy ten sam krajobraz, który osiemset lat temu oglądali normańscy strażnicy: leniwy nurt rzeki, zielone pastwiska i majaczące na horyzoncie wzgórza. To widok, który hipnotyzuje i pozwala zrozumieć, dlaczego to właśnie to miejsce wybrano na fortecę.
Część III: Królowie, parlament i mennica
Trim Castle nie był tylko wojskową placówką. Był centrum administracyjnym ogromnego terytorium zwanego Liberty of Meath. Na jego dziedzińcu i w komnatach zapadały decyzje, które ważyły o życiu tysięcy Irlandczyków. Był też świadkiem wizyt najpotężniejszych ludzi ówczesnego świata.
To właśnie w Trim, w 1210 roku, stanął przed trudnym wyzwaniem król Jan bez Ziemi, ten sam, który nakazał budowę zamku w Dublinie. Przybył do Irlandii, by ukrócić rebelię normańskich lordów, a jego głównym celem był niepokorny Walter de Lacy. Przez wiele tygodni król Jan oblegał Trim Castle, próbując wedrzeć się do środka. Bezskutecznie. Mury wzniesione przez Waltera okazały się zbyt potężne. Choć ostatecznie Walter ugiął się przed królewską wolą i odzyskał łaski, fakt, że jego twierdza nigdy nie została zdobyta szturmem, przetrwał w lokalnej tradycji. Do dziś niektórzy mieszkańcy nazywają Trim Castle „zamkiem króla Jana” ( King John‘s Castle), ale jak celnie zauważa jeden z przewodników, jest to tytuł nadany raczej z ironii, by drwić z angielskiego monarchy, któremu nie udało się go zdobyć.
Później gościł tu inny Plantagenet, król Ryszard II, który podczas swojej niefortunnej wyprawy do Irlandii w 1399 roku zatrzymał się w Trim, by odpocząć od nieudanych negocjacji z irlandzkimi wodzami. A w latach poprzedzających tę wizytę, to właśnie w murach Trim Castle przyszło spędzić młodość przyszłemu królowi Anglii, Henrykowi V. Nie jako gość, ale jako więzień. Zanim zasłynął zwycięstwem pod Azincourt, książę Hal został zesłany do Irlandii przez swojego ojca, Henryka IV, i przetrzymywany w Trim dla jego własnego bezpieczeństwa. Czy wąskie, kamienne korytarze zamku wpłynęły na ukształtowanie się charakteru surowego króla, który pokonał Francuzów? To pytanie, na które historia nie daje odpowiedzi, ale które każe nam patrzeć na te mury z jeszcze większym respektem.
Przez cały XV wiek w Trim Castle zbierał się irlandzki parlament. W jednej z sal, na piętrze donżonu, zasiadali przedstawiciele Korony i możnowładcy, uchwalając prawa dla angielskiej kolonii w Irlandii. Co więcej, na terenie zamku działała mennica, bijąca monetę dla całego regionu. Trim był zatem nie tylko miejscem siły, ale i pieniądza — prawdziwą stolicą angielskiego Pale‘u, tego niewielkiego skrawka Irlandii wokół Dublina, który pozostawał pod bezpośrednią kontrolą Korony.
Część IV: Upadek i zapomnienie
Losy zamku, jak losy wszystkich twierdz, zależały od zmieniającej się sytuacji politycznej. W miarę jak w XVI i XVII wieku angielska władza nad Irlandią stawała się coraz bardziej pewna, a granica Pale‘u przesuwała się coraz dalej na zachód, znaczenie militarne Trim Castle malało. Nie było już potrzeby utrzymywania tak potężnej fortecy na linii frontu. Zamek zaczął podupadać.
Kolejny cios zadały mu wojny konfederackie w latach 40. XVII wieku, a następnie podbój Cromwella. Po zdobyciu Droghedy w 1649 roku i masakrze jego obrońców, wojska parlamentu angielskiego podeszły pod Trim. Zamek, choć na krótko refortyfikowany, nie stawił większego oporu i wpadł w ręce Cromwella. To, czego nie zdołały zrobić irlandzkie klany ani król Jan, dokonał się w wyniku politycznych przemian — zamek stał się niepotrzebny.
Nowy władca Anglii, Oliver Cromwell, w ramach konfiskat ziem powstańcom, nadał Trim Castle rodzinie Wellesleyów, przodków słynnego Arthura Wellesleya, księcia Wellington, pogromcy Napoleona pod Waterloo. To właśnie z tym rodem wiąże się pewna anegdota. Mówi się, że gdy Arthur Wellesley, już jako książę, odwiedził Irlandię, poproszono go, by złożył wizytę w rodowej siedzibie w Trim. Książę, znany ze swej oschłości i pogardy dla wszystkiego, co irlandzkie (mimo że sam urodził się w Dublinie), miał podobno odburknąć: „Po co mam oglądać stertę kamieni, skoro i tak nie można w nich mieszkać?”. Wellesleyowie ostatecznie sprzedali zamek rodzinie Leslie, a ci z kolei baronom Dunsany — Plunkettom.
I tu zaczyna się najmroczniejszy, a zarazem najbardziej przyziemny rozdział w dziejach Trim Castle. Przez większą część XIX i XX wieku zamek, będący własnością Dunsanych, służył… za tło do pikników. Lordowie Dunsany zezwalali miejscowej ludności na swobodny dostęp do rozległych terenów wokół ruin. Część ziem wydzierżawiono nawet lokalnym władzom, które urządziły na nich… wysypisko śmieci. Wyobraźmy sobie ten paradoks: miejsce, które było areną walk królów i centrum administracyjnym średniowiecznej Irlandii, stało się składowiskiem odpadków. Na zamkowym dziedzińcu, pod potężnymi murami, gdzie niegdyś odbywały się turnieje, teraz hałdowano śmieci. Historia potrafi być nieprzewidywalnie okrutna.
Na terenie posesji, tuż przy murach, wzniesiono nawet niewielki budynek, który stał się siedzibą lokalnego oddziału Królewskiego Legionu Brytyjskiego ( Royal British Legion), organizacji zrzeszającej weteranów wojennych. Irlandzcy republikanie patrzyli na to krzywym okiem, ale własność prywatna to własność prywatna. Zamek trwał, zaniedbany, obrośnięty bluszczem, czekając na lepsze czasy.
Część V: Hollywoodzkie odrodzenie
Te lepsze czasy nadeszły w ostatniej dekadzie XX wieku, a przyszły na skrzydłach… Hollywood. W 1994 roku do małego miasteczka Trim wkroczyła filmowa armia. Mel Gibson, u szczytu sławy, przybył do Irlandii, by kręcić swój epicki film o szkockim bohaterze narodowym, Williamie Wallace‘ie — Braveheart. Paradoks polegał na tym, że film opowiadający o szkockiej walce z angielskim uciskiem kręcony był w Irlandii, a główną angielską fortecę miał udawać właśnie Trim Castle, będący symbolem… angielskiego ucisku w Irlandii. Historia lubi ironię.
Na potrzeby filmu, surowe mury zamku „zagrały” angielskie miasto York. To na dziedzińcu Trim Castle kręcono sceny, w których Wallace dokonuje egzekucji na angielskim namiestniku. To w cieniu tych normańskich wież Gibson w swoim kiltie wykrzykiwał kwestie, które na zawsze wryły się w pamięć kinomanów. Sceny londyńskie, w tym tę, w której Wallace zostaje poddany torturom i ścięty, również zrealizowano we wnętrzach zamku.
Produkcja filmu na kilka miesięcy sparaliżowała miasteczko, ale też tchnęła w nie nowe życie. Lokalni mieszkańcy zatrudniani byli jako statyści. W pubach przy piwie dyskutowano o genialności Gibsona i ekscentryczności aktorów. Jednym z nich był Patrick McGoohan, który wcielił się w rolę okrutnego króla Edwarda I Długonogiego ( Longshanks). McGoohan, aktor o irlandzkich korzeniach, zakochał się w okolicy i wielokrotnie powracał do Trim, zarówno prywatnie, jak i zawodowo. Kilka lat później, w 1997 roku, przyjechał ponownie, by w tym samym zamku kręcić amerykański miniserial telewizyjny The Castle. Jak wspominał wówczas dla Meath Chronicle, „uwielbiał wracać do Trim”.
Filmowy sukces Braveheart (5 Oscarów, w tym za najlepszy film) postawił Trim Castle na mapie światowej turystyki. Turyści z Ameryki, Australii, Japonii przyjeżdżali, by zobaczyć na własne oczy miejsce, które widzieli na ekranie. Do dziś w miasteczku można natknąć się na tablice informacyjne wskazujące lokalizacje, w których kręcono film.
Część VI: Odzyskanie godności
Być może sukces filmowy, a być może po prostu zmiana pokoleniowa sprawiły, że w 1993 roku, rok przed przyjazdem ekipy Braveheart, Lord Dunsany podjął decyzję o sprzedaży zamku państwu irlandzkiemu. Po latach zaniedbań, po wiekach bycia własnością prywatną, Trim Castle wrócił w publiczne ręce. Cena? Oprócz kwoty pieniężnej, lord Dunsany wynegocjował sobie prawo dostępu do rzeki i prawa do połowu ryb w tym miejscu — drobnostka, która mówi wiele o priorytetach arystokraty.
Irlandzki Urząd Robót Publicznych ( Office of Public Works, OPW) rozpoczął gigantyczne prace. Kosztem ponad 6 milionów euro (według innych źródeł 4,5 miliona) przeprowadzono kompleksowe badania archeologiczne, wykopaliska i renowację. Odkopano fragmenty fos, zabezpieczono mury, a przede wszystkim — zainstalowano nowy dach nad donżonem, by chronić go przed dalszą erozją. W 2000 roku zamek został udostępniony zwiedzającym. W 2002 roku wysiłki te zostały uhonorowane prestiżową nagrodą Europa Nostra, przyznawaną za najlepsze praktyki w dziedzinie ochrony dziedzictwa kulturowego w Europie.
Część VII: Zamek dzisiaj — między autentyzmem a współczesnością
Dziś Trim Castle jest jedną z najważniejszych atrakcji turystycznych wschodniej Irlandii, sercem regionu zwanego Ireland‘s Ancient East. Jest własnością publiczną, zarządzany przez OPW. Na teren zamku, na rozległy dziedziniec otoczony murami, można wejść bezpłatnie o każdej porze roku. Można pospacerować wzdłuż brzegów Boyne, przejść pieszym mostkiem na drugą stronę rzeki, skąd rozpościera się najpiękniejszy widok na całą twierdzę.
Aby jednak wejść do samego donżonu, trzeba wziąć udział w obowiązkowej, około 45-minutowej wycieczce z przewodnikiem. I warto to zrobić, bo dopiero wtedy można poczuć ducha tego miejsca. Przewodnicy — zazwyczaj pasjonaci, często lokalni historycy amatorzy — opowiadają nie tylko suchą historię, ale i anegdoty, o których nie przeczytamy w żadnym przewodniku. Wspinaczka wąskimi, krętymi schodami na górne kondygnacje nie jest łatwa — osoby z problemami z poruszaniem się muszą liczyć się z ograniczeniami. Ale nagroda na szczycie jest bezcenna: panorama doliny Boyne, która zapiera dech w piersiach i pozwala zrozumieć, dlaczego to właśnie to miejsce wybrano na siedzibę władzy.
Wizyta w Trim to także okazja, by poznać samo miasteczko, uznawane za jedno z najpiękniejszych w Irlandii, z największą liczbą średniowiecznych zabytków na metr kwadratowy w całym kraju. Tuż obok zamku stoi najstarszy w Irlandii w pełni zachowany, niezmieniony średniowieczny most z 1393 roku. Warto też rzucić okiem na tajemniczy grobowiec „Zazdrosnego Mężczyzny i Kobiety” (The Jealous Man and Woman‘s Tomb) na cmentarzu przy katedrze Świętych Piotra i Pawła.
Nad całym tym idyllicznym obrazem wisi jednak pewien dysonans, dosłownie górując nad zamkowymi murami. Na początku XXI wieku irlandzki minister środowiska Martin Cullen nakazał swoim urzędnikom, by nie sprzeciwiali się budowie pięciopiętrowego hotelu tuż naprzeciwko zamku. Decyzja wywołała burzę protestów wśród konserwatorów zabytków, architektów i urbanistów, którzy wskazywali, że wysokość nowego budynku przewyższa mury samego zamku, niszcząc bezpowrotnie średniowieczną sylwetę krajobrazu. Hotel — Trim Castle Hotel — otwarto w sierpniu 2006 roku. Dziś, choć krytykowany za bezmyślność architektoniczną, stanowi wygodną bazę wypadową dla turystów i zapewnia miejsca pracy. To ironia losu na miarę samego zamku — miejsce, które przez wieki było twierdzą przeciwko najeźdźcom, dziś jest atrakcją turystyczną, a jego panoramę zakłóca budynek, który bez tego zamku nigdy by nie powstał.
Zakończenie: Cisza przed bitwą
Gdy słońce chyli się ku zachodowi nad doliną Boyne, a ostatni turyści opuszczają zamkowe mury, Trim Castle wraca do swojej pierwotnej roli — milczącego strażnika. Cisza, która zapada, jest ciężka od historii. W murach tych wciąż słychać echo topora, który zabił Hugh de Lacy. Słychać tupot nóg walijskich łuczników na blankach. Słychać szczęk monet bitych w mennicy. Słychać gniewne pomruki króla Jana, bezsilnego wobec potęgi kamienia. I słychać irlandzki szept, ten sam, który towarzyszył budowniczym, którzy dźwigali te głazy, wiedząc, że pracują dla wroga.
Trim Castle to nie tylko zabytek. To lekcja pychy, ambicji i przemijania. To przypomnienie, że nawet najpotężniejsze fortece, zbudowane, by trwać wiecznie, w końcu ustępują miejsca nowym czasom. Dziś, gdy patrzymy na jego potężną, 20-boczną wieżę odbijającą się w wodach Boyne, widzimy nie tyle symbol angielskiego panowania, ile świadectwo ludzkiej determinacji — tej złej, która chce podbijać, i tej dobrej, która chce ocalić od zapomnienia.
I gdy Mel Gibson, jako William Wallace, krzyczał na zamkowym dziedzińcu: „Walczycie o wolność!”, jego słowa niosły się echem nie tylko po szkockich górach, ale i po irlandzkich dolinach, udowadniając, że historia, choć pisana przez zwycięzców, należy ostatecznie do tych, którzy potrafią nadać jej nowe znaczenie. Trim Castle, największa normańska forteca Irlandii, jest tego najlepszym przykładem.
Rozdział 3: Kilkenny Castle
Potężna rezydencja rodu Butlerów, dominująca nad „Marmurowym Miastem” i rzeką Nore
Prolog: Kamień, który stał się domem
W sercu Irlandii, tam gdzie rzeka Nore zakreśla leniwy łuk, wznosi się budowla, która przez osiem stuleci była niemym świadkiem wzlotów i upadków jednej z najpotężniejszych rodzin Europy. To nie jest zwykły zamek. To raczej kamienna opowieść o ambicji, lojalności, zdradzie i ostatecznie — o miłości do ojczyzny. Kilkenny Castle nie krzyczy swoją historią jak surowe, normańskie fortece. On ją szepta, mruczy pod nosem, ujawniając kolejne sekrety tylko tym, którzy zechcą zatrzymać się na dłużej i wsłuchać w szum wiatru nad rzeką Nore.
Gdy podchodzimy do niego od strony The Parade, uderza nas jego doskonałość. Elegancka sylwetka z potężnymi, okrągłymi wieżami w narożnikach dominuje nad miastem, ale nie przytłacza go. Jest w tym widoku coś znajomego, jakbyśmy oglądali ilustrację z baśni Andersena. A jednak to nie jest bajka. To prawdziwa historia rodziny, która przez prawie 600 lat trzymała w swoich rękach losy nie tylko tego miasta, ale i całej Irlandii. Historia Butlerów — hrabiów, markizów i książąt Ormonde — jest tak bogata i skomplikowana, że mogłaby wypełnić tuzin tomów. A Kilkenny Castle był zawsze w jej samym centrum.
Część I: Normańskie fundamenty — od Strongbowa do Marshala (1172—1391)
Zanim Butlerowie postawili tu stopę, zanim nazwisko Ormonde stało się synonimem potęgi, wzgórze nad Nore było już świadkiem historii. W IX wieku, na długo przed przybyciem Normanów, stała tu prawdopodobnie siedziba lokalnych królów z rodu Mac Giolla Phádraig, władców królestwa Osraighe. To oni pierwsi docenili strategiczne walory tego miejsca — wzniesienia kontrolującego dogodny bród na rzece i skrzyżowanie ważnych szlaków handlowych.
Wszystko zmieniło się w 1172 roku. To wtedy na te ziemie wkroczyli anglo-normańscy rycerze pod wodzą Richarda de Clare, hrabiego Pembroke, znanego powszechnie jako Strongbow. Ten sam, który dwa lata wcześniej zdobył Dublin i zapoczątkował nową erę w irlandzkiej historii. Strongbow, jako wasal króla Henryka II, potrzebował umocnić swoją pozycję na podbitych terenach. Na wzgórzu nad Nore wzniósł prostą, drewniano-ziemną fortyfikację typu motte-and-bailey. Była to typowa normańska prowizorka — szybka, funkcjonalna i mająca służyć jako baza do dalszych podbojów. Nie przetrwała długo. Drewniany fort został wkrótce zniszczony przez irlandzkiego króla Donalda O‘Briena z Thomond, który nie zamierzał biernie przyglądać się obcej dominacji.
Prawdziwa kamienna forteca, którą widzimy do dziś, powstała nieco później, na przełomie XII i XIII wieku. Jej budowniczym był William Marshal, hrabia Pembroke, jeden z najwybitniejszych rycerzy swojego czasu. Człowiek, który przeszedł do historii jako „największy rycerz, jaki kiedykolwiek żył” (the greatest knight that ever lived), został w 1189 roku mężem Isabel de Clare, córki Strongbowa, a wraz z nią odziedziczył ogromne posiadłości w Irlandii. Marshal, w przeciwieństwie do swojego teścia, myślał kategoriami trwałości. Między 1195 a 1213 rokiem zastąpił drewnianą fortyfikację potężnym, czworobocznym zamkiem z kamienia, z czterema masywnymi, okrągłymi wieżami w narożnikach. Jego dzieło — surowa, normańska twierdza — do dziś stanowi serce i szkielet całej budowli.
William Marshal nie był zwykłym możnowładcą. Był regentem Anglii za czasów małoletniego Henryka III, człowiekiem, który uratował królestwo po chaosie rządów króla Jana bez Ziemi. Legenda głosi, że to właśnie on, jako młody rycerz, ocalił Eleonorę Akwitańską przed napastnikami, zyskując tym samym jej dozgonną wdzięczność i wpływ na królewskim dworze. Jego związki z Irlandią były jednak skomplikowane. Król Jan, który początkowo mu ufał, z czasem zaczął go podejrzewać o zdradę i zesłał go do Irlandii, by trzymać go z dala od dworu. To właśnie wtedy Marshal, być może z poczuciem goryczy, ale i z typową dla siebie skrupulatnością, skupił się na umacnianiu swojej pozycji na Zielonej Wyspie. Kilkenny Castle był tego najlepszym dowodem.
Przez kolejne stulecie zamek kilkakrotnie zmieniał właścicieli, pozostając w rękach anglo-normańskiej arystokracji. W 1270 roku odziedziczył go sir Gilbert De Bohun, który władał nim aż do swojej śmierci w 1381 roku. Po jego śmierci, wobec braku męskiego potomka, zamek przeszedł na własność Korony Angielskiej. I wtedy na scenę wkroczyli Butlerowie.
Część II: Butlerowie — Sześć wieków władzy i splendoru (1391—1967)
Rok 1391 był punktem zwrotnym w dziejach Kilkenny. Król Ryszard II, potrzebując gotówki na swoje kosztowne wojny, sprzedał zamek za 3000 funtów Jamesowi Butlerowi, trzeciemu hrabiemu Ormonde. Rodzina Butlerów wywodziła się z Anglii, ale w Irlandii zadomowiła się na dobre. Theobald Walter, protoplasta rodu, przybył na wyspę wraz z królem Henrykiem II w 1171 roku i otrzymał rozległe nadania ziemskie. To właśnie od jego funkcji dziedzicznego podczaszy (butler) króla Anglii wywodzi się nazwisko Butler, które na stałe zrosło się z historią Irlandii.
James Butler, kupując Kilkenny Castle, doskonale wiedział, co robi. Zamek leżał w samym sercu jego posiadłości, u zbiegu szlaków handlowych i w centrum żyznego regionu. Przez kolejne niemal 600 lat Kilkenny Castle miał być główną irlandzką rezydencją Butlerów, hrabiów, a później książąt Ormonde. Pod ich rządami Kilkenny rozkwitło. To oni uczynili z niego średniowieczną stolicę południowo-wschodniej Irlandii, miasto o takim znaczeniu, że zyskało przydomek „Marmurowe Miasto” (Marble City) od charakterystycznego, czarnego wapienia wydobywanego w okolicy, z którego zbudowano wiele jego zabytków.
Ale historia Butlerów to nie sielanka. To pasmo intryg, zdrad, małżeństw z rozsądku i dramatycznych wyborów politycznych, które często stawiały rodzinę po przeciwnych stronach barykady.
Największym wyzwaniem dla lojalności Butlerów okazał się wiek XVII. W 1641 roku wybuchło krwawe powstanie irlandzkich katolików przeciwko angielskiej dominacji. James Butler, dwunasty hrabia, a później pierwszy książę Ormonde, stanął przed dramatycznym dylematem. Był protestantem, lojalnym wobec króla Karola I, ale większość jego rodziny i niemal cała Irlandia pozostawała wierna katolicyzmowi. Gdy w 1642 roku w Kilkenny zebrała się Konfederacja Katolicka (Confederation of Kilkenny), która przejęła kontrolę nad większą częścią Irlandii, zamek stał się jej siedzibą. To w murach Kilkenny Castle, przez sześć lat, obraduje Najwyższa Rada Konfederatów, tworząc własny rząd, armię i bijąc własną monetę. Irlandia po raz pierwszy od stuleci miała namiastkę własnej państwowości. A wszystko to działo się pod nosem Jamesa Butlera, który jako protestant musiał patrzeć, jak jego rodowa siedziba staje się sercem katolickiego buntu.
Książę Ormonde, przebywający wówczas w Dublinie, pozostał wierny królowi. Gdy w 1649 roku do Irlandii wkroczył Oliver Cromwell z zamiarem krwawego stłumienia rebelii, jego wojska obległy Kilkenny. Zamek, mimo że był potężną fortecą, nie wytrzymał artyleryjskiego ostrzału. Wschodnie i północno-wschodnie skrzydło zostały poważnie zniszczone, a po zdobyciu miasta, na rozkaz Cromwella, zostały one rozebrane.
Po restauracji monarchii w 1660 roku i powrocie Karola II na tron, książę Ormonde, jako nagrodę za wierność, odzyskał swoją pozycję i majątek. W 1661 roku powrócił do Kilkenny i rozpoczął wielką przebudowę zniszczonego zamku. Nie chciał już surowej, średniowiecznej twierdzy. Marzył o wygodnej, nowoczesnej rezydencji godnej swojego statusu. To właśnie wtedy, w duchu francuskiego baroku, zamek zyskał nowe, południowe skrzydło, w którym umieszczono główne wejście. Zniknęły średniowieczne mury obronne od strony miasta, a na ich miejscu powstała elegancka, klasycystyczna fasada. Zamek zaczynał przekształcać się w pałac.
Wiek XVIII nie był łaskawy dla Butlerów. Rodzina, choć wciąż wpływowa, popadała w finansowe tarapaty. Utrzymanie tak ogromnej rezydencji przerastało ich możliwości. Zamek zaczął niszczeć, a prace remontowe prowadzono jedynie doraźnie, gdy tylko pojawiły się środki. Dopiero małżeństwo Johna Butlera, siedemnastego hrabiego Ormonde, z Anną Wandesford z Castlecomer, która wniosła w posagu ogromny majątek z kopalni węgla, tchnęło nowe życie w podupadającą fortunę.
XIX wiek to czas wielkiej, wiktoriańskiej przebudowy. Butlerowie, zainspirowani modnym wówczas neogotykiem, postanowili przywrócić zamkowi jego średniowieczny charakter, łącząc go z komfortem nowoczesnej rezydencji. Zatrudniono znanych architektów, którzy nadali wnętrzom przepych, który możemy podziwiać do dziś. To wtedy powstała wspaniała klatka schodowa z mahoniu, dzieło lokalnej firmy R. Furniss & Son, prowadząca na piętro. Przebudowano i udekorowano bibliotekę, salon, sypialnie. To wtedy zbudowano imponującą Galerię Obrazów (Picture Gallery) — ogromną, dwukondygnacyjną salę o długości ponad 30 metrów, wzniesioną na fundamentach zniszczonego wschodniego skrzydła. Jej sufit wsparty jest na kamiennych rzeźbionych wspornikach, a monumentalny kominek z karraryjskiego marmuru, zaprojektowany przez J.H. Pollena, do dziś robi piorunujące wrażenie.
W 1904 roku James Butler, dwudziesty pierwszy hrabia, a później trzeci markiz Ormonde, gościł w zamku króla Edwarda VII i królową Aleksandrę podczas ich wizyty w Irlandii. To był ostatni wielki moment w dziejach zamku jako arystokratycznej rezydencji. Butlerowie, choć wciąż zamożni, powoli wycofywali się z życia publicznego.
Część III: Dramatyczne XX stulecie — wojna, upadek i odrodzenie
Nowy wiek przyniósł nowe wyzwania. Wojna o niepodległość Irlandii (1919—1921) i następująca po niej wojna domowa (1922—1923) ponownie postawiły zamek w centrum wydarzeń. W 1922 roku, podczas walk między zwolennikami a przeciwnikami traktatu angielsko-irlandzkiego, Kilkenny Castle zostało zajęte przez wojska Wolnego Państwa. W trakcie walk zamek został ponownie uszkodzony, choć na szczęście nie tak dotkliwie jak w czasach Cromwella.
To jednak nie kule, a podatki miały zadać ostateczny cios. Śmierć Jamesa Butlera w 1949 roku uruchomiła lawinę opłat spadkowych (death duties), które były tak wysokie, że zagroziły dalszemu istnieniu rodowej siedziby. Rodzina, wyczerpana walką o utrzymanie majątku, podjęła dramatyczną decyzję. W 1935 roku, jeszcze przed wojną, sprzedano na aukcji za 6000 funtów prawie całe wyposażenie zamku — meble, obrazy, dzieła sztuki. Zachowano jedynie rodzinną kolekcję portretów i gobelinów. Ogołocony z pamiątek, z pustymi ścianami, zamek stał się kosztownym ciężarem.
W 1935 roku Butlerowie opuścili Kilkenny na dobre i przenieśli się do Londynu. Zamek stał pusty, niszczejąc z roku na rok. Przez ponad trzy dekady stał jak senny duch nad rzeką Nore, przypominając o dawnej potędze. Przez lata toczyły się dyskusje, co z nim zrobić. Wyburzyć? Sprzedać deweloperom? Na szczęście dla Irlandii, zwyciężył rozsądek.
Przełom nastąpił w 1967 roku. Arthur Butler, szósty markiz Ormonde, wnuk Jamesa, stanął przed trudnym wyborem. Mógł pozwolić, by rodowa siedziba rozsypała się w gruzy, albo mógł zrobić coś, co przeszło do historii jako akt niezwykłej hojności i dalekowzroczności. Wraz ze swoją matką, które były ostatnimi właścicielami zamku z rodziny Butlerów, podjął decyzję o sprzedaży. Ale nie za rynkową cenę. Arthur Butler przekazał zamek mieszkańcom Kilkenny za symboliczną kwotę 50 funtów.
To był akt prawdziwego patrycjusza. Człowiek, który mógł próbować wycisnąć z rodzinnego majątku ostatnie pieniądze, oddał go w ręce narodu, by służył przyszłym pokoleniom. W 1969 roku zamek oficjalnie przejęło irlandzkie państwo, a nadzór nad nim objął Urząd Robót Publicznych (OPW). Rozpoczęła się nowa era.
Część IV: Legenda, która ożywa
Gdy dziś wchodzimy do Kilkenny Castle, wkraczamy do świata, który jest wypadkową wszystkich tych historii. Zamek został pieczołowicie odrestaurowany, a jego wnętrza przywrócono do świetności z lat 30. XIX wieku. To fascynująca podróż przez epoki — od surowych, średniowiecznych murów w przyziemiu i w wieżach, po wiktoriański przepych głównych komnat.
Zwiedzanie zaczyna się od Korytarza Wejściowego, dobudowanego w XIX wieku, który prowadzi nas w głąb budowli. Stąd wchodzimy do Sali Wstępnej (Withdrawing Room), gdzie panie wiktoriańskiej epoki oddalały się po kolacji, pozostawiając mężczyzn przy porto i cygarach. Na ścianach widać fragmenty oryginalnych, ręcznie malowanych tapet w stylu chińskim z lat 20. XIX wieku, uzupełnione współczesnymi reprodukcjami.
Jadalnia (Dining Room) zachwyca bogatymi, tłoczonymi tapetami i kominkiem, na którym umieszczono płaskorzeźbę przedstawiającą Bachusa w rydwanie zaprzężonym w lamparty. Hol wejściowy (Entrance Hall) z czarno-białą posadzką i marmurowym stołem z XVIII wieku jest kwintesencją georgiańskiej elegancji.
Wielkie wrażenie robią komnaty na piętrze. Biblioteka (Library) to eklektyczna mieszanka stylów z połowy i końca XIX wieku. Jej regały wzorowano na oryginalnym, mahoniowym modelu z XVIII wieku. Wiszące tu jedwabne zasłony zostały specjalnie utkane we Francji według historycznych wzorów. Przyległy Salon (Drawing Room) to galeria prawdziwych skarbów. Wiszą tu obrazy z oryginalnej kolekcji Ormonde, w tym XVII-wieczna kopia portretu pięciorga najstarszych dzieci króla Karola I pędzla van Dycka oraz „Allegoria skąpstwa” flamandzkiego mistrza Jana de Herdta.
Na szczególną uwagę zasługuje Sypialnia Chińska (Chinese Bedroom), której ściany zdobi współczesna reprodukcja ręcznie malowanych tapet, oraz Sypialnia Błękitna (Blue Bedroom) z tapetą zaprojektowaną przez słynnego Williama Morrisa.
Koroną wszystkiego jest jednak wspomniana już Galeria Obrazów (Picture Gallery). Ta ogromna, przestronna sala, zalana światłem z wysokich okien, robi piorunujące wrażenie. Sufit wsparty jest na kamiennych wspornikach, a drewniane belki zdobią gęsto osadzone, złocone głowy zwierząt i ptaków. Na ścianach wiszą obrazy z XVII, XVIII i XIX wieku — portrety przodków, pejzaże włoskie i holenderskie. W XIX wieku kolekcja liczyła ponad 300 płócien. Dziś Galeria służy nie tylko jako muzeum, ale także jako miejsce organizacji wystaw czasowych i uroczystości państwowych.
Część V: Duchy i tajemnice — w kręgu legend
Kilkenny Castle, jak każda stara irlandzka posiadłość, ma swoje mroczne sekrety. I choć same mury zamku nie uchodzą za szczególnie nawiedzone, to w pobliskim Shankill Castle, zaledwie kilkanaście kilometrów dalej, rozegrał się dramat godny gotyckiej powieści.
Legenda głosi, że na początku XIX wieku doszło do zażartego sporu między proboszczem miejscowej parafii a właścicielem Shankill Castle. Powód? Najprawdopodobniej chodziło o prawo przejścia przez zamkowy teren lub o dostęp do ścieżki prowadzącej do kościoła. Spór narastał, aż pewnego dnia doszło do tragedii. Ksiądz, który upierał się przy swoim prawie, został zastrzelony przez któregoś z ludzi zamkowych. Konając, rzucił klątwę na posiadłość. „Bramy zamku nigdy się nie zamkną, a ziemia zarosnie chwastami” — miał wyszeptać ostatnim tchnieniem.
I rzeczywiście, przez lata — jak głosi podanie — bramy Shankill Castle, nawet zakute na łańcuchy, otwierały się same w środku nocy. Podobno duch zabitego księdza do dziś spaceruje kamienną ścieżką, która była przyczyną sporu. Aż do lat 90. XX wieku zarośnięte i zaniedbane wejście do posiadłości zdawało się potwierdzać prawdziwość klątwy. W końcu właściciele zmuszeni byli przenieść główną bramę w inne miejsce.
Czy to tylko lokalna opowieść, by straszyć turystów? Być może. Ale gdy zapada zmrok nad rzeką Nore, a mgła podnosi się z łąk, nawet sceptyk zaczyna wierzyć, że Irlandia jest krajem, gdzie granica między światem żywych i umarłych jest cieńsza niż gdzie indziej.
Część VI: Zamek dzisiaj — serce „Marmurowego Miasta”
Dziś Kilkenny Castle tętni życiem. Jest najważniejszą atrakcją turystyczną miasta i jednym z najchętniej odwiedzanych zabytków Irlandii. Setki tysięcy turystów rocznie przechadzają się po jego komnatach, podziwiając przepych, jakim otaczali się książęta Ormonde.
Zwiedzanie jest możliwe przez cały rok. Od kwietnia do września można to robić samodzielnie z audioprzewodnikiem, a od października do marca obowiązują wycieczki z przewodnikiem. Bilet dla dorosłego kosztuje 8 euro, a dla dziecka 4 euro — to niewielka cena za możliwość przeniesienia się w czasie.
Zamek to jednak nie tylko wnętrza. Równie imponujące są jego tereny zewnętrzne. Rozległy park o powierzchni ponad 20 hektarów to idealne miejsce na spacer. Znajdziemy tu formalny ogród różany, tarasy, starodrzew, sztuczne jezioro dodane w XIX wieku, a nawet plac zabaw dla dzieci. W dawnej kuchni zamkowej mieści się dziś Butler Gallery, galeria sztuki współczesnej, która prezentuje prace irlandzkich i międzynarodowych artystów. Na miejscu działa też kawiarnia, w której można odpocząć po zwiedzaniu.
Kilkenny Castle jest także integralną częścią tzw. Średniowiecznej Mili (Medieval Mile), szlaku turystycznego łączącego najważniejsze zabytki miasta — od zamku, przez katedrę św. Kanizjusza, po dominikańskie opactwo Black Abbey. To sprawia, że Kilkenny jest idealnym celem na weekendową wycieczkę z Dublina (dojazd pociągiem zajmuje około 90 minut).
Spacerując po zamkowych ogrodach, warto zajrzeć do pobliskiej Kyteler’s Inn, jednego z najstarszych pubów w Irlandii. To tam, jak głosi legenda, w XIV wieku gospodarzyła Alice Kyteler, oskarżona o czary kobieta, która czterokrotnie wychodziła za mąż i zgromadziła ogromny majątek, co w tamtych czasach musiało wzbudzić podejrzenia. Oskarżona o herezję i kontakty z diabłem, cudem uniknęła stosu, uciekając do Anglii. Jej służąca, Petronilla, została spalona na stosie jako pierwsza w Irlandii ofiara polowań na czarownice. Atmosfera tego miejsca do dziś przypomina o mrocznych tajemnicach średniowiecznego Kilkenny.
Zakończenie: Dom, który stał się dobrem wspólnym
Stojąc na moście nad Nore i patrząc na zachód słońca odbijający się w oknach Galerii Obrazów, trudno nie ulec refleksji nad przemijaniem. Kilkenny Castle przez wieki był symbolem potęgi jednej rodziny. Był twierdzą, pałacem, świadkiem buntów i wojen, miejscem narodzin królewskich ambicji i arystokratycznych skandali. Dziś jest dobrem wspólnym — miejscem, które należy do wszystkich.
To, że możemy dziś spacerować po komnatach, w których obradując Konfederaci z 1642 roku, zawdzięczamy niezwykłej decyzji Arthura Butlera z 1967 roku. Decyzji, która była hołdem złożonym nie tylko tradycji, ale i przyszłości. Gdy za symboliczną opłatą 50 funtów oddawał zamek w ręce narodu, być może myślał o słowach swojego przodka, który 300 lat wcześniej modernizował tę rezydencję po zniszczeniach Cromwella. Być może rozumiał, że prawdziwym bogactwem nie jest posiadanie, ale dzielenie się.
I tak oto najwspanialsza rezydencja Butlerów, rodziny, która przez sześć stuleci dzierżyła stery irlandzkiej polityki, stała się sercem „Marmurowego Miasta” — otwartym, gościnnym i wciąż tętniącym życiem. Gdy w sierpniu każdego roku odbywa się tu słynny festiwal sztuki, a zamkowe ogrody wypełniają się śmiechem dzieci, duchy przeszłości — zarówno te dobre, jak i złe — mogą wreszcie zaznać spokoju. Kamień, który był świadkiem tylu dramatów, w końcu stał się domem dla wszystkich.
Rozdział 4: King John’s Castle (Limerick)
Niezwykłe połączenie średniowiecznej architektury obronnej z nowoczesnym muzeum interaktywnym
Prolog: Kamień nad rzeką czasu
Rzeka Shannon, najdłuższa w Wielkiej Brytanii i Irlandii, płynie leniwie przez serce Zielonej Wyspy, by pod Limerick rozwidlić się w estuarium i ostatecznie oddać swe wody Oceanowi Atlantyckiemu. To właśnie tutaj, na wschodnim brzegu, na wyspie zwanej Królewską (King’s Island), od ponad tysiąca lat ludzie budują, walczą i umierają. Nad nimi, niczym niemy świadek tych wszystkich wydarzeń, góruje masywna sylwetka King John’s Castle — Zamku Króla Jana.
Gdy dziś podchodzimy do jego potężnych murów od strony ulicy Nicholas Street, uderza nas przede wszystkim kontrast. Z jednej strony surowość średniowiecznego kamienia, masywne okrągłe wieże, blanki i baszty, które od ośmiusu lat dominują nad panoramą miasta. Z drugiej — nowoczesność: szklane pawilony, eleganckie wejścia, a przede wszystkim atmosfera miejsca, które tętni życiem. To nie jest kolejny martwy zabytek, zamknięty w gablotce historii. To portal czasowy, który przenosi nas w epokę wikingów, normańskich rycerzy, krwawych oblężeń i intryg politycznych, robiąc to w sposób, jakiego nie powstydziłoby się najlepsze studio filmowe.
King John’s Castle to miejsce, gdzie przeszłość spotyka się z przyszłością w sposób tak spektakularny, że nawet najbardziej zatwardziali sceptycy nowoczesnych muzeów zmieniają zdanie. To opowieść o tym, jak średniowieczna forteca, która przez wieki była świadkiem najbardziej dramatycznych wydarzeń w irlandzkiej historii, dziś stała się laboratorium pamięci, w którym kamienie mówią, a duchy pojawiają się za sprawą najnowszych technologii 3D.
Część I: Zanim powstał zamek — Wikingowie na Królewskiej Wyspie
Zanim jednak Normanowie postawili pierwsze kamienie, zanim król Jan rzucił okiem na ten strategiczny zakątek, miejsce to było świadkiem innej, równie fascynującej historii. Rok 922. Oto na Inis Sibhtonn, jak wówczas nazywano Królewską Wyspę, przybywa wikiński wódz Tomrair mac Ailchi. Zakłada tu pierwszą stałą osadę skandynawskich najeźdźców na Shannon, tworząc bazę wypadową do dalszych łupieżczych wypraw w górę rzeki. To stąd, jak pająk z sieci, wikińscy wojownicy atakują klasztory na Lough Derg i Lough Ree, grabiąc kosztowności i siejąc postrach wśród irlandzkich mnichów.
Przez ponad dwa stulecia Limerick jest ważnym ośrodkiem wikińskiej potęgi, rywalizującym z Dublinem o dominację nad irlandzkimi wodami. W 937 roku dochodzi do krwawej bitwy na Lough Ree, w której wikingowie z Limerick zostają pokonani przez swoich pobratymców z Dublina. Kilka lat później, w 943 roku, zadaje im ostateczny cios połączona armia irlandzkich klanów pod wodzą Ceallachána, króla Munsteru. Wikingowie tracą swą niezależność, stając się jedynie trybutariuszami irlandzkich wodzów, choć w kolejnych stuleciach wciąż odgrywają ważną rolę w lokalnych konfliktach.
Kres wikińskiej obecności w Limerick przychodzi w 1174 roku. Domnall Mór Ua Briain, potężny król Thomond, potomek samego Briana Boru, pali osadę doszczętnie, by nie dopuścić do przejęcia jej przez normańskich najeźdźców, którzy właśnie zaczynają podbój Irlandii. Gdy dwadzieścia lat później, w 1195 roku, na wyspę wkraczają wojska angielskiego króla Ryszarda I Lwie Serce, zastają już tylko zgliszcza. Ale to, co spalone, można odbudować. I to odbudować lepiej, solidniej, na wieki.
Podczas prac archeologicznych prowadzonych w zamku w latach 90. XX wieku, a następnie w trakcie wielkiej renowacji w latach 2011—2013, odkopano pozostałości wikińskich domostw — zagłębione w ziemi konstrukcje z kamiennymi progami i śladami drewnianych ścian. Dziś można je oglądać w specjalnie wyeksponowanym podziemiu, pod nowoczesnym centrum dla zwiedzających. To niezwykłe uczucie stać w miejscu, gdzie tysiąc lat temu paliły się ogniska wikińskich wojowników, gdzie suszyli sieci rybackie i ostrzyli topory. To właśnie na tych fundamentach, dosłownie i w przenośni, miał powstać jeden z najpotężniejszych zamków normańskiej Irlandii.
Część II: Człowiek, którego znienawidzono — Król Jan buduje swą twierdzę (1200—1212)
Gdy w 1199 roku na angielski tron wstępuje Jan bez Ziemi, młodszy brat Ryszarda Lwie Serce, niewielu spodziewa się po nim dobrego władcy. Historia zna go jako czarny charakter z legend o Robin Hoodzie — chciwego, okrutnego i zdradzieckiego monarchę, który doprowadził Anglię na skraj katastrofy, by ostatecznie, pod naciskiem baronów, podpisać Magna Carta Libertatum. Ale Jan, choć nieudolny polityk i wódz, miał jedną cechę, która uczyniła go postacią kluczową dla Irlandii — upór w umacnianiu władzy królewskiej.
Jako „Lord Irlandii” (Dominus Hiberniae) doskonale zdawał sobie sprawę, że dopóki nie stworzy na wyspie sieci potężnych, królewskich fortyfikacji, dopóty jego wasale — normańscy lordowie, którzy czuli się w Irlandii jak u siebie — będą robić, co im się żywnie poda. Dlatego w 1200 roku wydaje rozkaz budowy zamku w Limerick. Wybór lokalizacji nie jest przypadkowy. To strategiczny punkt kontrolny nad rzeką Shannon — naturalną granicą między normańską wschodnią Irlandią a wciąż wolnymi, irlandzkimi królestwami na zachodzie. Zamek ma być miejscem, z którego można kontrolować handel na rzece, pobierać cła i bronić dostępu do miasta przed atakami ze strony zbuntowanych klanów. Jak czytamy na oficjalnej stronie zamku: „John, Lord Irlandii, choć nie tak popularny jak jego brat, był potężną siłą w boju i gdy zabrał się za zdobywanie terytoriów w Irlandii, z pewnością odcisnął swoje piętno w Limerick”.
Budowa trwa ponad dekadę. Około 1210 roku zamek jest gotowy. To jeden z najbardziej zaawansowanych technicznie obiektów obronnych swoich czasów. Brak w nim klasycznego, centralnego donżonu, typowego dla normańskich zamków. Zamiast tego, architekci zastosowali nowatorskie rozwiązanie: potężne, okrągłe wieże w narożnikach połączone masywnymi murami obwodowymi, z monumentalną bramą wjazdową strzeżoną przez dwie baszty. Grubość murów sięga miejscami kilku metrów. To forteca zaprojektowana nie tylko do biernej obrony, ale do aktywnego prowadzenia walki, z licznymi strzelnicami dla łuczników i machin oblężniczych.
W północno-zachodnim narożniku zamku król Jan zakłada mennicę. To niezwykle prestiżowe wyróżnienie dla miasta, świadczące o jego znaczeniu. Bite są tu srebrne pensy i półpensy z wizerunkiem monarchy. Do dziś można je oglądać w muzeum w Limerick — małe, niepozorne krążki metalu, które jednak stanowią namacalny dowód na to, jak potężną instytucją był ten zamek. Był nie tylko twierdzą, ale i centrum finansowym, sercem administracji królewskiej na zachodnim krańcu normańskiego świata.
Część III: Mur, który mówi — Architektura obronna i życie codzienne
King John’s Castle to arcydzieło średniowiecznej inżynierii wojskowej. Jego architektura jest jak książka, którą trzeba nauczyć się czytać. Spójrzmy na potężne, okrągłe wieże. Dlaczego akurat okrągłe? Bo w przeciwieństwie do kwadratowych, nie mają martwych punktów — pociski z machin oblężniczych ześlizgują się po ich zakrzywionych ścianach, a wróg nie może ukryć się w żadnym kącie. Każda z wież to samodzielna forteca, mogąca stawić opór nawet wtedy, gdy reszta murów padnie.
Wejdźmy na dziedziniec. Tu, w cieniu tych wiekowiecznych murów, toczyło się codzienne życie. Służba krzątała się po kuchniach, kowale w kuźniach, a strażnicy ćwiczyli na placu apelowym. Dziś, spacerując po odrestaurowanym dziedzińcu, możemy zobaczyć rekonstrukcje średniowiecznych gier: przeciąganie liny, rzucanie podkowami, grę w młynka (Nine Men’s Morris). To nie tylko rozrywka dla turystów, ale próba przybliżenia nam codzienności, która wypełniała te mury, gdy nie trwały akurat oblężenia.
A oblężeń było co niemiara. XVII wiek to prawdziwy dramat dla zamku. W 1642 roku, podczas powstania irlandzkich katolików, protestanccy uchodźcy chronią się w zamku przed falą przemocy, jaka ogarnęła kraj po rebelii z 1641 roku. Konfederacka armia pod wodzą Garreta Barry’ego oblega fortecę. Barry nie ma ciężkiej artylerii, więc stosuje fortel godny starożytnych Rzymian: podkopuje fundamenty murów, by je zawalić. Podkopano wschodnią kurtynę murów. Oblężeni, widząc, że ziemia usuwa im się spod stóp, poddają się tuż przed tym, zanim mury runęły. Podczas prac archeologicznych w 1990 roku odkryto pozostałości tych XVII-wiecznych podkopów i przeciwpodkopów — drewnianych chodników, którymi starano się zneutralizować działania saperów. Dziś te relikty wojny są jednymi z najcenniejszych eksponatów, świadczących o desperacji i inżynieryjnym geniuszu tamtych czasów.
W ciągu XVII wieku zamek przeżyje jeszcze cztery oblężenia, w tym słynne oblężenia Limerick w latach 1690—1691, które na zawsze zapisały się w irlandzkiej historii. To wtedy, na moście Thomond, tuż obok zamku, podpisano traktat, który dał miastu przydomek „Miasto Traktatu” (Treaty City). Kamień Traktatowy (Treaty Stone), na którym podpisano dokument, stoi do dziś po drugiej stronie rzeki, naprzeciw zamku — niemy świadek kapitulacji, która zakończyła wojnę jakobicką w Irlandii.
Część IV: Legenda o Czerwonej Sali — Duch w zamku
Jak każdy szanujący się irlandzki zamek, i ten ma swoją legendę. Opowieść, którą przewodnicy szepczą turystom, gdy zapada zmrok, dotyczy Czerwonej Sali (Red Sally) — tajemniczej komnaty, która niegdyś znajdowała się w jednej z wież.
Legenda głosi, że w czasach Cromwella, gdy zamek był miejscem kaźni irlandzkich jeńców, w Czerwonej Sali przetrzymywano szczególnie ważnego więźnia — młodego irlandzkiego wodza, który odmówił przejścia na protestantyzm i zdrady swoich ludzi. Anglicy, nie mogąc złamać jego ducha, postanowili go uśmiercić w najbardziej okrutny sposób — zamurowali go żywcem w tej właśnie komnacie. Przez siedem dni i nocy słychać było stamtąd jego krzyki i błagania, aż w końcu zapadła cisza.
Do dziś, jak twierdzą niektórzy, w bezwietrzne noce, gdy księżyc w pełni odbija się w wodach Shannon, można usłyszeć dochodzące z murów westchnienia i jęki. Niektórzy strażnicy nocnej zmiany opowiadają o świetle migoczącym w oknach wieży, w której nikt nie mieszka od stuleci. Czy to prawda? A może tylko wymysł przewodników, by uatrakcyjnić zwiedzanie? W Irlandii, jak to w Irlandii, granica między prawdą a legendą jest zawsze płynna. Jedno jest pewne — spacerując po zmroku wokół tych potężnych murów, nawet najbardziej zatwardziały sceptyk zaczyna wierzyć, że duchy przeszłości wciąż tu mieszkają.
Inna, mniej znana legenda, wiąże się z samym królem Janem. Mówi się, że monarcha, który osobiście nadzorował budowę zamku, zaklął w nim część swojej duszy. Podobno, dopóki choć jeden kamień z zamku pozostanie na swoim miejscu, dopóty duch króla Jana będzie błąkać się po irlandzkich moczarach, próbując odkupić swe winy. Biorąc pod uwagę, że zamek stoi w najlepsze od ośmiusu lat, Jan ma przed sobą jeszcze długą wędrówkę.
Część V: Od koszar do interaktywnego muzeum — Feniks z popiołów (XIX—XXI wiek)
Po krwawych oblężeniach XVII wieku zamek stopniowo traci swe militarne znaczenie. W XVIII i XIX wieku zostaje przekształcony w koszary wojskowe. Brytyjscy żołnierze maszerują po dziedzińcu, gdzie niegdyś stali normańscy rycerze. W murach zamku urządzono mieszkania dla oficerów, magazyny, a nawet więzienie. W latach 1793—1823, by zrobić miejsce pod nowe zabudowania, rozebrano znaczną część wschodniej kurtyny murów oraz XVII-wieczny bastion. Dla ówczesnych decydentów zabytek nie miał znaczenia — liczyła się funkcjonalność.
W 1922 roku, podczas wojny domowej, zamek po raz ostatni odgrywa rolę militarną. Zostaje zajęty przez wojska Wolnego Państwa, które odpierają ataki republikanów. To symboliczny koniec epoki — zamek, zbudowany przez angielskiego króla, by panować nad Irlandią, staje się areną walki między samymi Irlandczykami.
Przez kolejne dekady zamek niszczeje. W latach 30. XX wieku, na terenie zamku, w miejscu dawnych koszar, wybudowano nawet komunalne domy mieszkalne dla ubogich rodzin z Limerick. Wyobraźmy sobie dzieci bawiące się na dziedzińcu, gdzie niegdyś toczono wojny na śmierć i życie, suszące pranie na murach, z których łucznicy wypatrywali wrogów.
Przełom następuje w latach 90. XX wieku. Rośnie świadomość historyczna i turystyczny potencjał zamku. W 1990 roku rozpoczynają się zakrojone na szeroką skalę badania archeologiczne, które odsłaniają wikińskie i średniowieczne warstwy historii. Władze miasta decydują się na wielką rewitalizację.
Największa zmiana następuje jednak w latach 2011—2014. Za kwotę 5,7 miliona euro zamek przechodzi totalną metamorfozę. Powstaje nowoczesne centrum dla zwiedzających, które w harmonijny sposób łączy się z historyczną tkanką. To architektoniczny majstersztyk — szkło i stal wtapiają się w średniowieczny kamień, nie udając, że są z nim tożsame, ale tworząc z nim spójną całość. Głównym celem jest stworzenie interaktywnej ekspozycji, która opowie historię zamku w sposób zrozumiały i atrakcyjny dla współczesnego odbiorcy, szczególnie młodego pokolenia wychowanego na grach komputerowych i filmach.
Część VI: Podróż w czasie za pomocą dotyku — Interaktywne muzeum
I tu dochodzimy do sedna — do tego, co czyni King John’s Castle wyjątkowym na tle innych irlandzkich zamków. To nie jest muzeum, w którym chodzi się z nosem w szybie i czyta tabliczki informacyjne. To jest podróż w czasie, w której jesteś aktywnym uczestnikiem.
Już od progu wita nas światło, przestrzeń i nowoczesność. Wchodzimy do interaktywnej ekspozycji, która przenosi nas w czasy wikingów, normańskich rycerzy i krwawych oblężeń. Wykorzystano tu najnowsze zdobycze technologii: ekrany dotykowe, modele 3D, interaktywne mapy, a przede wszystkim — zapierające dech w piersiach animacje komputerowe i projekcje duchów, które ożywają na naszych oczach.
Wyobraźmy sobie, że stajemy przed szklaną ścianą, na której wyświetla się panorama średniowiecznego Limerick. Możemy dotknąć ekranu, przybliżyć poszczególne budynki, zobaczyć, jak wyglądało życie w mieście. W innym pomieszczeniu, dzięki technologii 3D, możemy obserwować przebieg oblężenia z 1642 roku — widzimy żołnierzy podkopujących się pod mury, słyszymy huk eksplozji, czujemy niemal zapach prochu. To nie jest zwykły film historyczny. To wirtualna rzeczywistość, która angażuje wszystkie zmysły.
Największą atrakcją są jednak „projekcje duchów” — animacje, w których postacie z przeszłości pojawiają się wśród nas, opowiadając swoje historie. Stajemy obok normańskiego rycerza, który tłumaczy nam, jak wyglądała walka w zbroi. Siedzimy w celi razem z więźniem, który błaga o litość. Spotykamy w kuźni kowala, który pokazuje, jak wykuwano podkowy dla rycerskich koni. To wszystko sprawia, że historia przestaje być abstrakcyjnym zbiorem dat i faktów, a staje się namacalnym, emocjonalnym przeżyciem.
Dla najmłodszych przygotowano specjalną Salę Zabaw, w której mogą przymierzyć suknie z XVIII wieku lub kolczugi, pobawić się w rycerzy i damy dworu. Na dziedzińcu spotkają postacie z epoki — wesołego menniczego Willema, surowego konstabla Rogera de Lees i innych kolorowych bohaterów, którzy z humorem opowiadają o sekretach i skandalach zamkowego życia. To żywa lekcja historii, której nie powstydziłaby się żadna szkoła.
Część VII: Zamek dzisiaj — serce średniowiecznej dzielnicy
Dziś King John’s Castle jest najchętniej odwiedzaną atrakcją turystyczną Limerick i jednym z najważniejszych punktów na mapie turystycznej całej Irlandii. Położony w samym sercu średniowiecznej dzielnicy miasta, na Wyspie Królewskiej, przy ulicy Nicholas Street, jest doskonałym punktem wypadowym do dalszego zwiedzania.
Zwiedzanie zamku zajmuje od godziny do dwóch, w zależności od tego, jak bardzo wciągniemy się w interaktywne ekspozycje. Jest otwarty codziennie przez cały rok, z godzinnymi zmianami w zależności od sezonu — latem do 18:00, zimą do 17:00 (ostatnie wejście na godzinę przed zamknięciem). Bilety można kupić online, by uniknąć kolejek, ale wstęp wolny jest również dla tych, którzy zdecydują się na spontaniczną wizytę.
Na terenie zamku znajduje się kawiarnia z pięknym widokiem na dziedziniec i rzekę Shannon — idealne miejsce na odpoczynek po zwiedzaniu. Jest też sklep z pamiątkami, w którym można kupić rękodzieło, książki i lokalne produkty.
Co ważne, zamek jest w dużej mierze dostępny dla osób z niepełnosprawnościami — ekspozycje i dziedziniec są przystosowane do potrzeb wózków inwalidzkich. Niestety, ze względu na zabytkowy charakter, podziemia i wieże mogą być niedostępne dla osób z ograniczeniami ruchowymi.
Jedną z najnowszych atrakcji jest możliwość zjazdu na linie z wieży bramnej zamku. To propozycja dla odważnych, którzy chcą spojrzeć na Limerick z zupełnie innej perspektywy — z wysokości kilkudziesięciu metrów, podziwiając panoramę miasta i rzeki. To kolejny dowód na to, że zamek nieustannie się rozwija, szukając nowych sposobów na przyciągnięcie turystów.
Z okien i wież zamkowych rozpościera się wspaniały widok na Shannon, most Thomond, Kamień Traktatowy i całą starówkę. To idealne miejsce, by zrobić pamiątkowe zdjęcia i poczuć ducha tego niezwykłego miejsca.
Zakończenie: Dialog epok
King John’s Castle to więcej niż zabytek. To pomnik irlandzkiej historii, ale i dowód na to, że nowoczesność może współistnieć z tradycją w sposób harmonijny i twórczy. Spacerując po jego murach, przechodzimy przez warstwy czasu: od wikińskich chat z X wieku, przez normańską twierdzę z XIII, XVII-wieczne fortyfikacje, XIX-wieczne koszary, aż po XXI-wieczne centrum multimedialne.
To, co kiedyś było fortecą wroga, dziś jest miejscem, które jednoczy. Przyjeżdżają tu turyści z całego świata — Amerykanie szukający swych irlandzkich korzeni, Brytyjczycy chcący zrozumieć skomplikowaną historię swych sąsiadów, Irlandczycy pragnący poznać własną przeszłość. I wszyscy znajdują tu coś dla siebie.
Gdy staniemy na szczycie jednej z wież, patrząc na leniwie płynącą Shannon i słuchając krzyku mew, możemy poczuć to, co czuli ludzie przed nami — strach przed oblężeniem, dumę ze zwycięstwa, smutek po klęsce. A potem możemy zejść na dół, do kawiarni, napić się kawy i obejrzeć na tablecie animację 3D, która opowie nam, co właśnie przeżyliśmy. To jest właśnie magia tego miejsca — umiejętność łączenia tego, co było, z tym, co jest.
King John’s Castle to kamienna księga, w której każdy może znaleźć swoją historię. I choć król Jan, od którego wziął swą nazwę, przeszedł do historii jako ten zły, jego zamek w Limerick stał się dobrem wspólnym — pomnikiem, który łączy, a nie dzieli. I za to, paradoksalnie, należy mu się wdzięczność.
Część II: Legendy, Kamienie i Klątwy
Rozdział 5: Blarney Castle
Dom słynnego „Kamienia Wymowności”. Opowieść o tym, dlaczego miliony ludzi całują zimny wapień, by zyskać dar przekonywania
Prolog: Pocałunek na skraju przepaści
Wyobraźmy sobie scenę: u stóp potężnej, średniowiecznej wieży gromadzi się tłum. Ludzie z wszystkich zakątków świata — Amerykanie z flagami na plecakach, Australijczycy w kapeluszach z szerokim rondem, Japończycy z aparatami, Niemcy w wygodnych butach trekkingowych, Polacy z mapami w dłoniach. Wszyscy czekają cierpliwie w długiej, wijącej się kolejce, która prowadzi wąskimi, krętymi kamiennymi schodami na sam szczyt zamku. Gdy w końcu docierają na platformę widokową, okazuje się, że cel ich podróży nie jest ani spektakularny, ani szczególnie piękny. To zwykły, szary, wapienny blok, wmurowany w parapet, na wysokości ponad dwudziestu metrów nad ziemią.
Aby go dosięgnąć, trzeba dokonać aktu pozornie szalonego: położyć się na plecach, chwycić żelazne poręcze i wychylić się w dół, w pustkę, głową w dół, by złączyć swoje usta z zimnym, wilgotnym kamieniem. Asystent trzyma nas za nogi, byśmy nie runęli w przepaść. I w tym momencie, w tej absurdalnej, akrobatycznej pozie, stajemy się częścią tradycji starszej niż większość państw świata, rytuału, który co roku przyciąga setki tysięcy ludzi do małego miasteczka Blarney, kilka kilometrów od Cork.
Witamy w Blarney Castle — miejscu, gdzie magia spotyka się z turystyką masową, gdzie polityczna intryga splata się z geologią, a gdzie legendy mają się lepiej niż w jakimkolwiek innym zakątku Zielonej Wyspy.
Część I: Zanim powstał kamień — McCarthowie i ich królestwo
Zanim jednak przejdziemy do samego kamienia, musimy poznać ludzi, którzy zbudowali dla niego dom. Historia Blarney Castle to przede wszystkim historia rodu McCarthy (irlandzkie Mac Cárthaigh), jednego z najpotężniejszych klanów średniowiecznej Irlandii. Władali oni królestwem Desmond (południowy Munster) i przez stulecia stawiali opór zarówno normańskim najeźdźcom, jak i angielskiej koronie.
Pierwsza fortyfikacja w tym miejscu powstała znacznie wcześniej, bo około 1200 roku, i była prawdopodobnie drewnianą konstrukcją myśliwską. Około 1210 roku zastąpiono ją prostą kamienną budowlą. Ale to, co widzimy dziś, to dzieło jednego człowieka — Cormaca Láidira (Mocnego) MacCarthy’ego, władcy Muskerty, który w 1446 roku wzniósł obecną, potężną wieżę mieszkalną.
Cormac był nie tylko wojownikiem, ale i wizjonerem. Jego zamek, choć dziś częściowo w ruinie, musiał być w XV wieku imponującą budowlą — symbolem potęgi rodu, który nie zamierzał uginać się przed obcą władzą. Mury miejscami osiągają grubość ponad pięciu metrów. To forteca zaprojektowana nie tylko do obrony, ale i do demonstracji siły.
McCarthowie byli również mecenasami kultury. To na ich dworze w Blarney działała szkoła bardów (filidh), przyciągająca poetów i muzyków z całej Irlandii. W tych murach układano pieśni pochwalne na cześć wodzów, snuto opowieści o dawnych bohaterach i pielęgnowano gaelicką tradycję w czasach, gdy angielska kultura zaczynała dominować na wschodzie wyspy. Jak ujmuje to jedno ze źródeł, „w 1600 roku Blarney stało się znane jako »dwór poezji« (Court of Poetry), gdzie poeci zbierali się, by recytować swoje dzieła”. Ten literacki, poetycki rodowód miejsca jest nie bez znaczenia dla historii kamienia, który miał obdarzać darem wymowy.
Część II: Skąd się wziął Kamień? — Korzenie legendy
Pochodzenie Blarney Stone owiane jest mgłą tajemnicy, a legend na ten temat jest tyle, ilu przewodników w Cork. To właśnie ta wielość wersji, wzajemnie się wykluczających, a jednak równie fascynujących, stanowi o niezwykłej aurze tego miejsca.
Legenda szkocka (i najbardziej znana): Najpopularniejsza opowieść sięga roku 1314 i bitwy pod Bannockburn, w której szkocki król Robert the Bruce pokonał Anglików, zapewniając Szkocji niepodległość na kolejne stulecia. Wersja ta głosi, że Cormac MacCarthy, przodek budowniczego zamku, wysłał na pomoc Bruce’owi 4000 swoich wojowników. Wdzięczny król Szkotów miał podzielić się z irlandzkim sojusznikiem największym skarbem — legendarnym Kamieniem ze Scone (znanym też jako Kamień Przeznaczenia), na którym od wieków koronowano szkockich monarchów. Połowa kamienia trafiła do Irlandii i została wmurowana w mury Blarney Castle.
Problem w tym, że Kamień ze Scone, choć owiany legendą, nigdy nie był opisywany jako źródło elokwencji, a raczej jako symbol władzy królewskiej. Co więcej, geolodzy z Uniwersytetu w Glasgow w 2014 roku przebadali próbki kamienia i orzekli jednoznacznie: to nie szkocki kamień, lecz lokalny wapień pochodzący z okolic Cork, mający około 330 milionów lat. Mimo to, legenda ma się dobrze i to ona najczęściej powtarzana jest turystom.
Legenda irlandzka (i starsza): Inna, być może bardziej autentyczna historia, sięga głębiej w irlandzką mitologię. Mówi ona, że kamień ten to w rzeczywistości Lia Fáil — Kamień Przeznaczenia, na którym koronowano starożytnych irlandzkich królów. Według podań, kamień ten miał magiczną moc: ryczał z radości, gdy stawał na nim prawowity władca Irlandii. Z czasem miał zostać przeniesiony z Tara do Munsteru, a ostatecznie trafić do Blarney.
Legenda biblijna: Najbardziej fantastyczne wersje sięgają Starego Testamentu. Według jednej z nich, jest to ten sam kamień, z którego Mojżesz wyprowadził wodę na pustyni, uderzając w niego laską. Inna głosi, że był to kamień, który służył Jakubowi za podgłówek, gdy śnił o drabinie sięgającej nieba, a później został przywieziony do Irlandii przez proroka Jeremiasza.
Legenda celtycka: Jest też opowieść o bogini Clíodhnie, patronce Munsteru. Cormac MacCarthy, uwikłany w proces sądowy, miał zwrócić się do niej o pomoc. Ta kazała mu pocałować pierwszy kamień, jaki napotka rankiem w drodze na sąd. Cormac tak uczynił i wygrał sprawę, oczarowując sędziów swoją wymową. Kamień ten wmurował później w blanki zamku.
Niezależnie od tego, która wersja jest prawdziwa, wszystkie one łączą się w jednym: kamień ten ma niezwykłą moc. A jak to z kamieniami bywa — ich moc nie zależy od geologicznego pochodzenia, ale od wiary, jaką obdarzają je ludzie.
Część III: Królowa, która dała nam słowo „blarney”
Sama nazwa „blarney” na określenie pochlebstwa, czczej gadaniny czy umiejętności mówienia rzeczy miłych, ale niekoniecznie prawdziwych, weszła do języka angielskiego za sprawą królowej Elżbiety I.
Oto tło historyczne: w XVI wieku angielska korona, umacniając swą władzę w Irlandii, starała się zmusić gaelickich wodzów do uznania zwierzchnictwa królowej i oddania swych ziem w lenno. Jednym z nich był Dermot MacCarthy, władca Blarney. Królowa wysłała do niego hrabiego Leicester, by ten doprowadził do formalnego poddania się McCarthiego i przekazania zamku królewskiemu garnizonowi.
Za każdym razem, gdy hrabia przybywał do Blarney, MacCarthy witał go z otwartymi ramionami, organizował wystawne uczty, obsypywał go komplementami, zapewniał o swej dozgonnej lojalności wobec królowej i… znajdował kolejny powód, by odłożyć formalny akt poddania. To „jutro”, „za tydzień”, „gdy tylko skończą się żniwa” ciągnęło się miesiącami, a potem latami.
Hrabia Leicester, zniecierpliwiony, wracał do Londynu z pustymi rękami i składał królowej raporty, w których opisywał kolejne wymówki McCarthiego. W końcu Elżbieta, słuchając tych usprawiedliwień, miała wykrzyknąć z irytacją: „Dość tego! To wszystko to tylko blarney! On nigdy niczego nie zrobi, będzie tylko mówił i mówił!”.
I tak oto nazwisko irlandzkiego rodu, dzięki talentowi do wymijających odpowiedzi i uroczych pochlebstw, na stałe weszło do języka angielskiego. Jak trafnie ujął to irlandzki polityk John O’Connor Power: „Blarney to coś więcej niż zwykłe pochlebstwo. To pochlebstwo osłodzone humorem i doprawione dowcipem”.
Część IV: Krwawe dzieje — Cromwell i upadek McCarthych