E-book
9.92
drukowana A5
65.93
Ups! Bywa — opowiadania zebrane

Bezpłatny fragment - Ups! Bywa — opowiadania zebrane


Objętość:
489 str.
ISBN:
978-83-8126-692-5
E-book
za 9.92
drukowana A5
za 65.93

Witaj, mój drogi czytelniku!

Chciałabym Ci serdecznie podziękować za zainteresowanie moimi opowiadaniami. To mój pierwszy zbiór, więc podejrzewam, że będzie najbardziej różnorodny i… żenujący. Znajdziesz tu historyjki pisane od początku mojej zabawy słowem. Te powstałe w szkolnej ławce, jak również te, które tworzyłam już w czasie studiów na nudnych wykładach. Na pewno rozpoznasz po stylu i tematyce, które jest które.

Może chcesz dowiedzieć się jeszcze czegoś na mój temat? Jeśli interesuje Cię moja przygoda z pisaniem, to spieszę poinformować, że zaczęłam już w gimnazjum. Wbrew pozorom, nie byłam molem książkowym. Nie trafiałam na dobre pozycje i szybko się zraziłam. Uznałam, że wszystko jest tak bardzo przewidywalne, że aż mdłe. Wpadłam więc na genialny pomysł – sama napiszę coś niezwykłego, zaskakującego, interesującego i tak bardzo nieprzewidywalnego, że do ostatniej strony będzie trzymało w napięciu. Plan wszedł w życie bardzo szybko i wkrótce mogłam się pochwalić swoją pierwszą opowieścią! Taką wspaniałą, tylko moją!

Historia powalała. Opowiadała o aniołku, który zszedł na ziemię. Z racji swojej aniołkowatości był oczywiście bardzo piękny. I był kobietą. Pani aniołkowa chodziła więc po polanie i narzekała, jaka jej egzystencja jest nudna, strasznie męcząca i w ogóle to ona chciałaby być człowiekiem. Marzyła jej się wielka miłość – a jakże! Przecież każda istota myśli tylko o tym. Nie, żeby było to jakieś zaskoczenie dla czytelnika. Oczywiście na polanie pojawia się wspaniały mężczyzna i aniołek natychmiast się w nim zakochuje, a potem żyją długo i szczęśliwie. Wiem, zawsze byłam mistrzem zaskakiwania!

Od tej pierwszej opowieści wszystko się zaczęło. Choć teraz jestem już większą dziewczynką, która przeczytała i napisała więcej opowieści, to ten motyw miłości wciąż się do mnie klei. Nie jest on już tak banalny jak w początkowych próbach, nie skupia się tylko na banalnym zakochaniu od pierwszego wejrzenia, aczkolwiek wciąż jest. Jestem przecież romantyczką! Nie mogłabym się obejść bez wplatania relacji damsko–męskich we wszystko, co piszę.

W tym zbiorze opowiadań zdecydowaną większość zajmują więc historie tego typu. Jedne bardzo delikatne, inne nadające się jedynie dla starszego czytelnika. Starałam się jednak wplatać jak najwięcej różnorodnych wątków, aby przy okazji zbytnio nie zanudzać. Moje opowieści zawsze cieszyły się popularnością głównie dzięki lekkości pióra i wplataniu dużej dawki humoru. Mam nadzieję, że nie zawiodę, a następny zbiór opowiadań będzie dotyczył już nie tylko miłości.

Miłego czytania!

P.S.

Oczywiście byłoby mi szalenie miło, gdybym doczekała się opinii po przeczytaniu. Równie chętnie odpowiem na każde pytanie. Możesz śmiało pisać do mnie o każdej porze dnia i nocy pod adres: SirBAngel@gmail.com

So excited . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 4
Ujrzysz światło . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 12
Samobójstwo . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 18
Lubię cię taką bezbronną . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 24
Aparat . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  27
Angel . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 30
Szpital dla skończonych debili . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 35
Zakochane oczy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 48
Czego pragnę najbardziej . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  50
Home alone . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 53
Paryska sztuka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 58
Zaspokoić pragnienia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  62
Miłość w spadku . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  67
Sztylet w sercu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  89

Ludzie bardzo chętnie poddają się emocjom. Słuchają ich dużo częściej niż rozumu. Logika przegrywa w starciu ze wzburzoną krwią i adrenaliną, która wpływa na organizm w czasie przeżywania ekscytacji. Pojawia się rozbudzenie, chęć do działania i więcej siły. Nagle człowiek może odkryć, że jest w stanie zrobić coś, co zwykle przerasta jego możliwości.

Artur uwielbiał przeżywać. Dla niego emocje były sensem życia. Kiedy zobaczył na imprezie przyjaciela piękną dziewczynę, od razu wiedział, że musi ją zdobyć. Przyglądał się przez chwilę, zanim zaatakował. Był doświadczonym łowcą. Tak jak pantera obserwuje swój przyszły posiłek, tak i on najpierw chciał poznać zwyczaje swojej zdobyczy. Sącząc piwo, spoglądał na wdzięczne ruchy rudowłosej piękności w zielonej sukience, która kończyła się jeszcze przed linią kolan, odsłaniając smukłe nogi. Dziewczyna tańczyła z jakimś przypadkowym facetem. Dla Artura to nie była konkurencja. W końcu niewielu mogło się równać z prawnikiem odnoszącym sukcesy na polu zawodowym i prywatnym. Jeszcze mniejsza ilość mężczyzn mogła konkurować z nim pod względem samej fizyczności. Był wysokim brunetem o oliwkowej karnacji, a rysy jego twarzy kryły wspomnienie o włoskich korzeniach, przez co był rozchwytywany już za młodu. Poza atrakcyjnym ciałem miał również intrygującą osobowość i charyzmę, którą zdobywał nawet najtrudniejsze sztuki.

Ruda podziękowała tancerzowi. Biedak nieudolnie próbował ją namówić na kolejny taniec, ale nie miał na to szans. Odsunęła się od niego i ruszyła w stronę koleżanek. Nie stała przy nich długo, bo już po chwili kolejny amant usiłował ją usidlić. Dziewczyna przewróciła oczami i wyszła znowu na parkiet. W tym czasie Artur wykonał pierwszy ruch. Zajął strategiczne miejsce, tuż obok jej towarzyszek i zagadnął jedną z nich. Chodziło o jakąś drobnostkę. Postawił piwo na ich stoliku i zapytał, czy mogłyby go przez chwilę popilnować, po czym odszedł niewzruszony w kierunku toalety. Poczekał na moment, kiedy ruda znów uciekała z parkietu i tak wyliczył odległość, żeby znaleźć się tuż obok niej na ostatnich metrach. Do stolika podeszli jednocześnie. Dziewczyna zwróciła na to uwagę i spojrzała na niego pytająco. Odpowiedział jej uprzejmym uśmiechem.

– Dzięki, dziewczyny – zwrócił się do pozostałych, niejako ignorując rudą.

– O, macie nowego kolegę – zauważyła zielonooka piękność. Nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś nie zwraca na nią uwagi. Zmierzyła Artura wzrokiem, który jednoznacznie mówił, że wpadł dziewczynie w oko. Uśmiechnęła się do siebie i postanowiła poznać go bliżej.

– Z fajnymi dziewczynami łatwo nawiązać kontakt, prawda dziewczyny? – odezwał się, stając pomiędzy dwoma jej koleżankami. Obie były z tego bardzo zadowolone i chętnie go objęły.

– Właśnie. Każdy fajny facet chce się z nami bawić – dodała jedna z nich.

– Fajni faceci są dzisiaj na wagę złota – potwierdziła ruda.

– Podobnie jak piękne kobiety. Ty masz dzisiaj urwanie głowy z adoratorami. – Zamiast bawić się w podchody, Artur od razu spojrzał swojej wybrance prosto w oczy i przeszedł do ataku. – Gdybym był twoim facetem, czułbym się zazdrosny.

– Na szczęście nie mam faceta.

– Boże! – wykrzyknął Artur i udając przerażenie, szybko wyrwał się z objęcia bezosobowych koleżanek. Doskoczył do rudej i zatkał jej usta. Przysunął twarz do jej ucha. – Nie mów tego na głos, bo wszyscy usłyszą i naprawdę nie będziesz miała dzisiaj spokoju – wyszeptał.

– Nie ubierałam takiej sukienki, żeby mieć spokój – powiedziała zaczepnie i puściła mu oczko. Artur uznał to za zielone światło do działania. Chwycił ją w pasie i przyciągnął mocniej do siebie.

– Ech, ty! Niegrzeczna z ciebie dziewczynka. Chyba będę musiał cię stąd czym prędzej zabrać, żeby nie poderwał cię jakiś frajer. To by było karygodne. Chodź na parkiet. Od teraz jesteś tu ze mną – zarządził. Jego męski ton i stanowczość spodobały się dziewczynie. Jej koleżanki również były w niego wpatrzone jak w obrazek.

– Z tobą, czyli z kim? Nawet nie znam twojego imienia.

– Artur, ale jeśli chcesz, możesz mnie nazywać władcą twoich pragnień i emocji – powiedział. Każde jego słowo miało charakter flirtu, a że robił to profesjonalnie, dziewczyna się roześmiała. Wiedział, że rozbawienie ofiary to połowa sukcesu. Dziewczyna już wpadła w jego sidła. Nie wyrażała sprzeciwu nawet, kiedy zaciągnął ją w róg parkietu, z dala od oczu jej koleżanek.

– Ja jestem Sabrina.

– Był kiedyś serial o takiej czarownicy – powiedział i zakręcił nią na parkiecie. – Ty też znasz się na czarach?

– Przekonamy się. – Wykonała kilka tanecznych ruchów, w których ocierała się o jego ciało. Unosiła się i opadała, żeby na końcu spojrzeć mu w oczy. – Czy czujesz się oczarowany? – zapytała.

– W pełni, mała czarownico. – Artur nie potrzebował więcej. Chwycił jej twarz i wpił się w brzoskwiniowe usta, które kusiły go swą miękkością. Zakosztował ich przez chwilę, po czym odsunął się i znów obrócił dziewczyną, wracając do przerwanego tańca. Pozostawił w niej przez to nieopisany niedosyt, którego nie potrafiła się pozbyć. Nie musiał robić nic więcej, bo dziewczyna sama tworzyła okazje do przypadkowego dotyku. Kiedy znaleźli się przy kolumnie, oparła się o nią i wyzywająco spojrzała na mężczyznę. Przysunął się do niej i zaczął coraz mocniej napierać na jej ciało. Podniecenie powoli zaczynało rozsadzać mu spodnie, a myśli skupiał już tylko na znalezieniu lokalizacji sprzyjającej intymności.

– Napijmy się – zaproponował, kiedy dostrzegł kątem oka, że koleżanki jego wybranki zaczynają się niecierpliwie rozglądać. Złapał Sabrinę za rękę i pociągnął ją do barku.

– Czym się zajmujesz? – zapytała.

– Robię drinki – powiedział z łobuzerskim uśmiechem. Zmieszał ze sobą kilka alkoholi i podał dziewczynie jeden z kieliszków.

– Chodziło mi o twój zawód.

– Jestem kuglarzem. Występuję co sobotę na rynku – powiedział z wielką powagą w głosie. Sabrina się roześmiała i szturchnęła go w bok. Mężczyzna zaczął ją za to łaskotać, co w końcu przerodziło się we wsuwanie rąk pod jej sukienkę i kolejne pocałunki.

Wypili jeszcze po dwa kieliszki, po czym wrócili do jej koleżanek. Dziewczyny zaczęły rozmawiać na swoje tematy, do których Artur tylko czasem się włączał. Wziął swoją wybrankę na kolana i skupiał się na tym, żeby towarzystwo nie zauważyło, jak wkłada jej dłoń pod sukienkę i zaczyna delikatnie drażnić wzgórek łonowy.

– To takie ekscytujące. – Odwracała się do niego i szeptała mu do ucha. – Jestem taka podekscytowana. Jeszcze nigdy nie robiłam czegoś takiego.

– To jeszcze nic. Poczekaj na to, co zrobię ci później, mała czarownico – zachęcał ją. – Chcę cię przycisnąć i zadowolić. A potem jeszcze raz i jeszcze.

– Zaraz stracę kontrolę nad sobą. Mmm… podoba mi się to!

Pół godziny później oboje byli już tak nakręceni, że ucieczka od towarzystwa stanowiła tylko formalność. Wymknęli się na tyły domu właściciela i znaleźli wejście na strych. Upojeni namiętnością, nie potrzebowali wiele. Sabrina znalazła włącznik światła, a Artur wyciągnął kilka zimowych futer ze starej szafy. Położył na nich dziewczynę i od razu się na nią rzucił. Ich pocałunki przepełnione były namiętnością i niecierpliwością. Oczekiwanie sprawiło, że nie wiedzieli, co zrobić z rękami. Błądzili nimi na oślep, bo nie potrafili zdecydować, którego fragmentu ciała partnera chcą dotykać.

– Jesteś taka piękna – szeptał jej do ucha, a dziewczyna mruczała z zadowolenia. Podniecenie zdawało się zamienić jej gardło w pustynię. Chłonęła jego pocałunki z jeszcze większym zaangażowaniem, ale szybko poczuła, że to przestało jej wystarczać. Potrzebowała silniejszych doznań.

– Chcę cię. Dzisiaj i jutro, i…

– Nie myślmy o jutrze – przerwał jej, na co dziewczyna zareagowała figlarnym uśmiechem. Jej palce powędrowały do rozporka i rozpięły go. Klamra paska z brzdękiem upadła na podłogę. Sabrina pomyślała, że mogłaby przejąć kontrolę, ale mężczyzna jej na to nie pozwolił. Chwycił ją za włosy i kontrolował każdy jej ruch, kiedy zapragnęła go zaspokajać. Chwilę później rozsunął jej uda i zatopił się w gorącej od podniecenia kobiecie. Mocno wsuwał się w jej wnętrze, a ona wypychała biodra na spotkanie z nim. Wpadli w szał, całkowicie pozbawiając się kontroli. Czuli się, jakby potężna fala zmiotła ich z powierzchni ziemi i pozostawiła po sobie tylko błogość. Kiedy przeżyli szczyt, opadli obok siebie. Drżąc z rozkoszy, powoli zaczęli odpływać.

* * *

Dziewczyna leżała skulona w ramionach Artura, kiedy mężczyzna się obudził. Przez chwilę przyglądał się jej twarzy i nagiemu ciału. Na wspomnienie ubiegłej nocy miał ochotę wziąć ją ponownie przez sen. Powstrzymał się tylko dlatego, że nie lubił pożegnań o poranku. Wolał ulotnić się dyskretnie i pozostać w pamięci dziewczyny wspaniałym kochankiem, a nie mężczyzną, który następnego dnia będzie udawał, że wszystko jest pięknie, odprowadzi ją do domu, a na koniec zapewni, że jeszcze się spotkają. On wiedział, że to była tylko jednonocna przygoda. Nie chciał robić jej nadziei, a jednocześnie nienawidził oglądać smutnych kobiet. Dla niego piękno zawsze powinno pozostać powiązane z uśmiechem. Myśl, że to on był powodem smutku, przyprawiała go o ból głowy. Wolał więc uciec i łudzić się, że Sabrina potraktuje ostatnią noc w ten sam sposób. Wmówił sobie, że po przebudzeniu czułaby się niezręcznie, więc zrobił jej przysługę swoim zniknięciem.

Artur wrócił do mieszkania i wszedł pod prysznic. Ciepło wody zmyło z niego doznania poprzedniej nocy i wszelkie poczucie winy. Było niewiele po dziesiątej, kiedy zagotował wodę na herbatę i zrobił śniadanie. Do tego czasu zdążył całkowicie zapomnieć o zielonookiej bogince, która oddała mu się na imprezie.

Kiedy dwa dni później ktoś zapukał do jego drzwi, bez zastanowienia otworzył. Nie skojarzył kobiety, która uśmiechała się do niego radośnie. Był właśnie w trakcie czytania dokumentów dotyczących jego kolejnej sprawy. Wszyscy jego znajomi wiedzieli, że denerwują go niezapowiedziane wizyty, podejrzewał więc, że u jego progu stoi jakaś akwizytorka, która będzie próbowała mu wcisnąć nową pościel, albo odkurzacz. Zmierzył ją wzrokiem, lecz nie dostrzegł akcesoriów związanych z domniemanym zawodem. Czekał więc cierpliwie na rozwój sytuacji.

– Witaj – powiedziało melodyjnie rudowłose dziewczę.

– W czym mogę pomóc?

– Ja… pamiętasz mnie? – zawahała się. – Poznaliśmy się na imprezie. Jestem Sabrina.

– Ach, tak, mała czarownica. – W jego głowie pojawiło się mgliste wspomnienie jednego z szalonych wieczorów. Usiłował sobie przypomnieć, kiedy podał dziewczynie swój adres. Nie sądził, że był aż tak pijany. Wypił może dwa piwa, a dla mężczyzny jego postury to tyle co nic. Ta kwestia ciekawiła go najbardziej.

– Przeżyliśmy razem magiczne chwile. – Posłała mu jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów. Policzki nieznacznie jej poczerwieniały na samo wspomnienie strychowych harców. Miała ochotę na więcej, a kiedy się obudziła, nie znalazła swojego kochanka.

– Tak, z pewnością. Skąd masz mój adres?

– Och, to nie było takie proste, ale znalazłam cię. – Uśmiechnęła się i przesunęła się w jego kierunku. Zarzuciła mu ręce na szyję i przycisnęła usta do jego zaciśniętych ust. Artur był zdezorientowany. Kobieta sama weszła do jego mieszkania, nie czekając nawet na zaproszenie. – Nie miałam numeru ani adresu, nie zostawiłeś mi nawet swojego nazwiska, żebym mogła cię gdziekolwiek znaleźć. To wyglądało jakbyś nie chciał zostać odnaleziony, ale potem pomyślałam, że to by było zbyt proste. Rzuciłeś mi wyzwanie, żeby sprawdzić, czy mi zależy. Uznałam to za ekscytujące i oto jestem!

– Świetnie – podsumował, przyglądając się jej kobiecym kształtom. Niespodziewana wizyta była mu odrobinę nie w smak, ale Sabrina go zaintrygowała. Był ciekawy, jakim cudem samo imię wystarczyło jej do odnalezienia właściwego adresu. – Zdradź mi więc, moja czarownico, jakiego zaklęcia użyłaś, żeby mnie znaleźć.

– Najpierw usiłowałam sobie przypomnieć, z kim byłeś. Było ciężko, bo zobaczyłam cię przy moich koleżankach i od tej pory nie wspominałeś o żadnym innym towarzystwie. Wypytałam więc dziewczyn, czy nie wspominałeś im o kimś. Nie pomogły, więc poszłam do właściciela. Od razu cię skojarzył, bo poderwałeś mnie, kiedy on miał zamiar to zrobić. Wyciągnęłam go na drinka, żeby zdradził, że widział cię z dwoma innymi facetami. Mateusza znał, więc mógł mi podać jego adres. Kiedy się u niego pojawiłam, otworzyła mi żona. Mateusza nie było w domu, ale ona poznała cię po moim opisie i wskazała mi twój adres.

Arturowi zabrakło słów. Nie mógł uwierzyć, że kobieta zadała sobie tyle trudu, aby jeszcze raz go zobaczyć. Nie wiedział, czy powinien się tym cieszyć, czy zacząć się bać nieobliczalnego rudzielca. Postanowił poczekać na rozwój sytuacji. Przyglądał się jej ponętnym kształtom i przypomniał sobie, dlaczego wyłowił ją z tłumu.

– Napijesz się herbaty, droga Sabrino?

– Chętnie. – Uśmiechnęła się przyjaźnie. Jej szafirowe oczy niemal świeciły pozytywnym blaskiem. Podążyła za mężczyzną, cały czas utrzymując odległość dwóch kroków, niczym wierny pies. Przypatrywała się każdemu mijanemu pomieszczeniu. Była zachwycona czarnymi panelami w przedpokoju. Pokrywały całą ścianę, a przy drzwiach i lustrze zdobiły je wypukłe złocone wzory. Cały dom wydał jej się urządzony z klasą i pomyślała, że właściciel musi być osobą bardzo majętną, przy czym potrafi zachwycić swoim wyrafinowanym gustem. – Masz bardzo ładny dom. I duży – powiedziała.

– Dziękuję.

– Mieszkasz sam? – zapytała, kiedy dotarli do kuchni. Błagała niebiosa, by nie wspomniał o żonie, narzeczone, albo dziewczynie.

– Lubię mieć dla siebie dużo przestrzeni. W życiu trzeba mieć miejsce na rozwinięcie skrzydeł – odpowiedział. Nalał sobie chłodnej herbaty i uniósł kubek w jej stronę. – Ja piję zimną. Orzeźwia.

– Ja też wolę zimną. – Dziewczyna podeszła do Artura, a mężczyzna spojrzał na jej twarz i od razu wiedział, że nie o herbatę chodzi w tym spotkaniu. Odstawił kubek i przez dwie sekundy zastanawiał się, czy zrobił dobrze, wpuszczając ją do mieszkania. Doskonale wiedział, jak to się skończy. Przyciągnął Sabrinę do siebie i obrócił tak, że to ona znalazła się przy stole. Ich twarze znalazły się w odległości kilku milimetrów.

– A może jednak coś cieplejszego, mała czarownico? – zapytał swoim uwodzicielskim tonem. Dziewczyna rozpływała się w jego dłoniach i samym spojrzeniem błagała o więcej. Artur zawsze uważał się za człowieka bardzo szczodrego i dobrodusznego. Nie mógłby odmówić kobiecie w potrzebie. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy pomoc oznaczała przyjemność również dla niego.

Nie minęło więcej niż trzy minuty, kiedy rudowłosa piękność siedziała nago na jego stole, a kiedy zapragnął poczuć na sobie całe jej ciało, uniósł ją za pośladki i przeniósł do łóżka. Sytuacja stała się dla niego problematyczna dopiero, kiedy zaspokoił potrzeby chuci i miał ochotę wrócić do pracy. Przeprosił kobietę, wytłumaczył jej, że terminy go gonią, a ona wpadła tak niespodziewanie, że nie mógł się przygotować. Poprosił o wybaczenie, po czym podał jej ubranie i wskazał drzwi. Sam nawet nie czekał na jej wyjście. Udał się do gabinetu, aby ponownie zasiąść nad rozpoczętą sprawą.

Sabrina została sama w wielkim łóżku. Nie stanowiło to dla niej problemu. Przez chwilę cieszyła się do siebie. Z radości rzucała się po posłaniu, a później wstała, ubrała się i przespacerowała cichutko po mieszkaniu. Kiedy odnalazła gabinet, tylko uchyliła lekko drzwi. Przyglądała się Arturowi pracującemu w małym pomieszczeniu z wielkimi oknami, które zaczynały się przy podłodze, a kończyły pod sufitem. Mimo że pokój był niewielki, sprawiał wrażenie przestronnego. Pomyślała, że to jedno z miejsc, w których jej kochanek rozwija skrzydła. Nie chciała przeszkadzać, więc cichutko zamknęła, ubrała buty i ruszyła do wyjścia. Po drodze chwyciła jedną z wizytówek młodego prawnika.

* * *

Artur potraktował niezapowiedzianą wizytę, jako prezent niespodziankę od losu. Właśnie wtedy, kiedy zaczynał się denerwować rozprawą, los zesłał mu niewiastę, dzięki której mógł rozładować napięcie i dwa dni później wygrać sprawę. Kolejna niezapowiedziana wizyta również nie obudziła jego niepokoju. Przez miesiąc wizyty Sabriny i wiadomości od niej stanowiły dla Artura rozrywkę. Z czasem jednak kobieta chciała, żeby poświęcano jej więcej czasu, a to nie było na rękę mężczyźnie, który nawet nie zabiegał o kontakt. Wystarczyła jedna niepochlebna opinia i wyraz żalu w jej głosie, a bez zawahania postanowił zakończyć znajomość. Pewnego dnia po prostu przestał się odzywać. Nie odbierał i nie odpisywał, a kiedy kobieta pojawiała się pod jego drzwiami, nie otwierał. Po tygodniu prób w końcu odpuściła, a on szybko zapomniał o epizodzie z małą czarownicą.

* * *

Z okazji wygranego procesu, grono przyjaciół z izby adwokackiej wyprawiło przyjęcie na cześć młodego, zdolnego Artura. Przepowiadano mu wielką karierę. Wielcy sędziowie widzieli w nim przykład dla wszystkich adwokatów, jakich mieli wątpliwą przyjemność spotkać na swojej drodze. Artur z grzeczności stukał w kieliszki wszystkich gości i przyjmował gratulacje. Zdziwił się dopiero, kiedy przed jego oczami stanęła rudowłosa niewiasta. Wyglądała bardzo elegancko w swojej złotej sukni, ale jej szafirowe oczy pozostały niezmienne. Podobnie jak usta, które wygięła w uśmiechu.

– Gratuluję sukcesu, drogi Arturze – powiedziała. Stuknęła kieliszkiem w jego kieliszek, kiedy mężczyzna znieruchomiał. Sabrina była ostatnią osobą, której spodziewał się na zamkniętej imprezie. Tylko jego najbliżsi przyjaciele mieli możliwość wejścia. Jej – kobiety, której nazwiska nie znał nawet po miesiącu znajomości – na pewno nie było na liście gości.

– Dziękuję. – Starał się nie okazywać zdziwienia. Uśmiechnął się równie serdecznie, jak to robił dotychczas. Potrafił udawać sympatię do przełożonych, więc równie dobrze mógł sprawić, żeby kobieta odeszła bez urazy, nawet po jego wcześniejszym karygodnym zachowaniu. – Mam nadzieję, że nie jesteś już zła za to, że przestałem się odzywać.

– Nic się nie stało. Każdy czasem potrzebuje przestrzeni, żeby rozwinąć skrzydła. Ja to rozumiem. – Artur przyjrzał jej się dokładniej. Jej wypowiedź nie brzmiała jak sarkazm. Nie wyglądała też na przepełnioną złością i żalem. Dziewczyna była ucieszona. Nic z tego nie rozumiał.

– Cieszy mnie to – przytaknął. Nie wiedział, o czym miałby z nią rozmawiać. Zapadła między nimi cisza, ale ona nie miała zamiaru odejść.

– To takie ekscytujące, że się tu spotkaliśmy.

– Słuchaj, jestem dzisiaj rozchwytywany, każdy czegoś ode mnie chce. Baw się dobrze, a ja zajmę się resztą gości. Rozumiesz, jestem dzisiaj gospodarzem – powiedział w końcu i czym prędzej odszedł w kierunku pierwszej twarzy, którą znał. Tego wieczoru był bardzo zajęty udawaniem, że jest zajęty. Sabrina cały czas go obserwowała, nie dając chwili wytchnienia. Nawet pchnięcie jej w ramiona jednego z kolegów nie dało skutku. Zaczęła tworzyć sytuacje, w których chciała wzbudzić zazdrość Artura. Ten jednak doskonale zdawał sobie z tego sprawę i nawet nie zwracał uwagi na jej desperackie próby zwrócenia na siebie uwagi. Kiedy wyszła do toalety, zniknął z przyjęcia.

Sabrina nie dawała za wygraną. Po nieudanym przyjęciu zaczęła się pojawiać niemalże w każdym miejscu, w którym był Artur. Nagle nawet sklep spożywczy, w którym regularnie robił zakupy, znalazł się na jej drodze. Twierdziła, że to ekscytujące. Choć oboje podobno bywali tam niemal codziennie, nagle wpadli na siebie całkowitym przypadkiem. Artur czuł się przytłoczony i obserwowany, jakby dziewczyna śledziła każdy jego ruch.

Kiedy wychodził się zabawić z kumplami, czuł na sobie jej wzrok. Podrywając inne kobiety, widział w tłumie wściekłe szafirowe oczy. Zaczął podejrzewać, że ma omamy, ale nagle jego skuteczność w podrywie zmalała niemal do zera. Kobiety nagle przestawały się do niego odzywać, albo znikały bez słowa. Ewentualnie przychodziły tylko, żeby dać mu w twarz i żadna nie tłumaczyła, o co jej chodzi. Czuł, że kryje się za tym ta mała czarownica, która za cel postawiła sobie uprzykrzenie mu życia. Kiedy po raz kolejny zobaczył ją w tłumie, zaczął za nią gonić. Nie mówił nawet przyjaciołom, że wychodzi. Wybiegł przed klub i nabrał pewności, że nie goni mary, tylko prawdziwą kobietę. Mogła próbować się wymknąć, ale nie miała szans z mężczyzną, który regularnie korzystał z bieżni. Dopadł ją, jak tylko skręcili w boczną uliczkę.

– Śledzisz mnie?! – Ścisnął kobietę za ramię i jednym szarpnięciem obrócił ją w swoją stronę. Miała ucieszone spojrzenie. Nic sobie nie robiła z jego wściekłego głosu.

– Nie. To przeznaczenie sprawia, że ciągle na siebie trafiamy. To takie ekscytujące!

– To nie jest ekscytujące, to irytujące! Kobieto, skończyłem z tobą. Jak mam ci to wytłumaczyć, żebyś zrozumiała?

– Wiem, że potrzebujesz przestrzeni i czasu. Spokojnie, mi się nie spieszy. Dam ci wszystko, czego będziesz potrzebował – zapewniła. Wyciągnęła ręce w jego kierunku, ale odepchnął ją.

– Niczego od ciebie nie chcę. Potrzebuję tylko, żebyś raz na zawsze dała mi spokój!

– Jak to, niczego ode mnie nie chcesz? I nic już do mnie nie czujesz? – Jej szafirowe oczy zaczęły zachodzić łzami. Artur przez sekundę miał ochotę ją przytulić i załatwić to delikatniej, ale powstrzymał się. Wiedział, że ten jeden raz musi być brutalny, bo inaczej ta znajomość nigdy się nie skończy.

– Przykro mi, ale nic do ciebie nie czuję.

– To… co miały znaczyć te wszystkie wspólne noce?

– Chciałem cię poznać i dać nam szansę, ale nic z tego nie wyszło – powiedział. Starał się być delikatny, choć Sabrina zdążyła zaleźć mu porządnie za skórę.

– Możesz dać nam jeszcze jedną szansę. Powiedz, co źle zrobiłam, a ja to naprawię. Jeśli chciałeś dać nam szansę, to wciąż jest nadzieja – zapałała nową nadzieją i już w tym momencie Artur wiedział, że tylko najszczersza prawda może coś zdziałać w tej sytuacji.

– Byłaś dla mnie jednonocną przygodą, Sabrina. Nie wyrzuciłbym cię z łóżka, ale nie chcę się z tobą wiązać. Nie chciałem, nie chcę i nie będę chciał. Byłaś dla mnie zabawką, rozumiesz? – wytłumaczył. Kobieta zaczęła szlochać. Aż załapało go to za serce, ale wiedział, że musi być twardy. – A teraz o mnie zapomnij i znajdź sobie faceta, który będzie cię doceniał, bo jesteś wspaniałą kobietą – powiedział. Położył jej rękę na ramieniu, pogłaskał ją po policzku i odwrócił się w stronę, z której przyszedł. Zaczął iść.

– Ty nie rozumiesz – zatrzymał go jej głos. – Jesteśmy sobie przeznaczeni!

– Nie, nie jesteśmy.

– Ale ja cię kocham! – krzyknęła za nim.

– Nie kochasz.

– Kocham! Nie możesz mnie zostawić! Jesteśmy sobie przeznaczeni!

– Żegnaj, Sabrino – powiedział, nawet się do niej nie odwracając. To był moment, w którym kobieta nie wytrzymała. Łzy zalewały jej oczy, a serce dudniło, jakby chciało wyskoczyć z klatki piersiowej. Mężczyzna jej marzeń odchodził, zostawiając ją samą sobie. Jedyne, czego brakowało tej dramatycznej scenie, to deszcz. Sabrina nie mogła znieść uczucia, jakie się w niej pojawiło. Wyciągnęła z małej torebeczki broń.

– Żegnaj, Arturze – powiedziała cicho, po czym nacisnęła spust. Ciało mężczyzny padło na chodnik, a rudowłosa upuściła broń. Załkała, zasłaniając oczy dłońmi. Po chwili wstała, schowała pistolet i podeszła do zabitego. – Nie chciałam tego robić, ale jeśli nie możesz być ze mną, to nie będziesz z nikim innym – wytłumaczyła. Uklękła przy nim na chwilę, pocałowała jego martwe usta, po czym ruszyła w kierunku mieszkania mężczyzny. Jak gdyby nigdy nic, otworzyła drzwi jego kluczami i położyła się w jego łóżku. Wdychała głęboko zapach jego pościeli i czuła, jakby znowu z nim była. Przypomniała sobie wszystkie piękne chwile, które spędziła w jego towarzystwie, a rano wyszła, zamykając za sobą.

* * *

Przyjaciele zaniepokoili się, kiedy Artur nie wracał przez ponad godzinę. Uznali, że w końcu poderwał jakąś niewiastę i pognał z nią w bliżej nieokreślonym kierunku. Dopiero wychodząc nad ranem, dostrzegli w mijanej uliczce ciało. Na początku nie rozpoznali w nim swojego kolegi, ale już trzy metry dalej zaczęli biec w jego kierunku. Mężczyzna umarł od strzału prosto w serce. Nikt nie wiedział, kto i dlaczego go zabił. Wśród znajomych pojawiły się podejrzenia, że to musiał być ktoś, kto przegrał z nim w sądzie i w ten sposób chciał się zemścić za krzywdę, jakiej doznał z rąk świetnego prawnika.

Wszyscy opłakiwali wschodzącą gwiazdę polskiego sądownictwa. Wyprawiono pogrzeb, na którym pojawili się wszyscy jego znajomi i wzajemnie opowiadali o wspaniałych czynach zmarłego, zalewając się łzami. Najbardziej przygnębiona była rodzina Artura. Jego matka miała zapuchnięte oczy jeszcze przed rozpoczęciem ceremonii. Starszy syn cały czas był u jej boku i wspierał kobietę swoim silnym ramieniem. Choć również czuł wielką stratę, starał się przede wszystkim być oparciem dla matki, która najpierw straciła męża, a niedługo później syna. Teraz mieli na świecie już tylko siebie. Zapewniał, że sobie poradzą, choć myślał tylko w tym, jak zawodził młodszego brata. Nigdy nie byli zgodnym rodzeństwem, a teraz rozpamiętywał wszystkie kłótnie i wypowiedziane w złości słowa. Dopiero tracąc Artura, zdał sobie sprawę, jak bardzo byli do siebie podobni. Przyjmując kondolencje od jego przyjaciół, nie mógł sobie darować, że nie poświęcił bratu więcej czasu. Stanął nad grobem i zamyślił się na tyle, że przestał zwracać uwagę na odgłosy otoczenia.

– Był wspaniałym mężczyzną – usłyszał za sobą kobiecy głos. Dopiero to wyrwało go z krainy wspomnień, w którą się pogrążył.

– Był.

– Żałuję, że nie zdążyłam poznać go lepiej. A pan, ile go znał?

– Od zawsze. To był mój brat. – Spojrzał smutno na kobietę w czerni. Jej szafirowe oczy zdawały się kryć w sobie chęć pocieszenia jego żalu.

– Tak mi przykro. Ja znałam go zaledwie miesiąc, a pogrążyłam się w rozpaczy. Panu musi być na pewno jeszcze trudniej. W razie potrzeby, gdyby tylko chciał pan z kimś porozmawiać… jestem Sabrina.

– Dziękuję, Sabrino. – Z wrodzonej serdeczności wymusił uśmiech, po czym odszedł w kierunku matki, która po raz kolejny wybuchła płaczem i zaczęła krzyczeć do nieba, że to ona powinna zginąć, zamiast jej syna.

Rudowłosa spojrzała na kobietę, a później na jej pierworodnego. Zmierzyła go wzrokiem, który jednoznacznie mówił, że wpadł dziewczynie w oko. Uśmiechnęła się do siebie i postanowiła poznać go bliżej.

– Budź się, Kaśka. Budź się! – usłyszałam przy uchu. Nie miałam ochoty podnosić powiek. W ostatnim czasie każda minuta snu była bezcenna. Odkąd człowiek otwierał oczy, musiał stawić czoła apokalipsie. Świat wywrócił się do góry nogami.

– Idź precz, szatanie! – warknęłam pod nosem. Zakryłabym nos kołdrą, gdyby nie fakt, że unosiłam się metr nad łóżkiem. Cholerne demony nie dawały pospać. Zganiały ludzi o bladym świcie. Głowę bym dała, że to dlatego rozpoczęła się wojna. Wiadomo – jak się człowiek nie wyśpi, to później jest wściekły na wszystko i wszystkich. Ja osobiście zawsze byłam bardzo tolerancyjna dla irytujących współlokatorów, którzy wstawali bardzo wcześnie do pracy, ale każdy ma jakieś granice. Moje zostały przekroczone, kiedy fale upałów zniszczyły całe kawowe plony. Zapasy w końcu musiały się skończyć i tym sposobem poranna kawa stała się przywilejem najbogatszych.

– Chyba nie chcesz znowu wylądować w strefie cienia?

– O matko! No już! Już wstaję! – krzyknęłam i podniosłam się do pozycji siedzącej. Kiedy lewitowałam w powietrzu, to nie było tak proste, jak mogłoby się wydawać. Przekoziołkowałam kilkakrotnie, żeby wylądować na ścianie. Odbijała się w niej cała moja sylwetka. Odkąd przestał panować mrok, wszelkie gładkie powierzchnie nabrały właściwości lustra. Duchowni trąbili wiele, że to dar od Boga, który zapragnął dać nam możliwość przyjrzenia się sobie i odnalezienia swojego powołania. Na moje nieszczęście, nigdy nie byłam przesadnie wierząca. Zawsze starałam się logicznie wytłumaczyć każdą sytuację. Od Wielkich Rozbłysków miałam w głowie pustkę. Inni zawierzali w swoją religię i zaczynali się o nią jeszcze bardziej gorliwie bić, a ja zostałam sama z pytaniami, na które nie potrafiłam odpowiedzieć. Najpierw rozbłyski na niebie i ogień, a później ciemność. Przez dobre trzy doby nie widziałam nawet czubka własnego nosa. Potem pojawiły się głosy dochodzące znikąd. Każdy, kto wykonywał ich rozkazy, mógł ponownie zobaczyć słońce. To nie było jednak wielką pociechą. Klimat znacząco się ocieplił, a pożary stały się codziennością. Pewnie ktoś by się tym zajął, gdyby nie fakt, że ludzie zwariowali. Na całej ziemi nie było miejsca, w którym nie toczyłyby się jakieś walki. Jak nie o przekonania, to o wiarę, albo najzwyklej w świecie: o władzę. Całą planetą zawładnęły zamieszki.

– Twój plan dnia jest niezmienny. Masz pół godziny do wyjścia. Praca nie będzie czekała – usłyszałam ponaglenie.

– A jeśli powiem, że się buntuję? Jest wojna, ludzie dążą do zagłady! Na co komu moje ciasta i babeczki?! – warczałam sama do siebie. To przez niedobór kofeiny we krwi. Na bank! Byłam wściekła i sfrustrowana. Wiedziałam, że świat się nie zawali, jeśli otworzę cukiernię piętnaście minut po czasie. Nie rozumiałam tego, co działo się wokół mnie, a dodatkowo zawsze byłam bardzo samodzielna i niezależna. Nie lubiłam wypełniać rozkazów, więc wiedziałam, że prędzej czy później się zbuntuję. Wystarczyło trafić na mój gorszy dzień.

– Strefa cienia – odpowiedział głos.

– Ciemność nie może mnie zabić, ale ja mogę przechytrzyć mrok – powiedziałam, po czym zamknęłam oczy i położyłam się na łóżku. Dawno nie czułam jego miękkości. Ścisnęłam mocno brzegi materaca, żeby nie unieść się w powietrze. Grawitacja szwankowała po wielkich rozbłyskach.

Postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę. W coś w końcu trzeba było uwierzyć, a ja zawsze wierzyłam tylko w ludzi. Chciałam więc znaleźć odpowiedzi na swoje pytania w samej sobie. Będąc cząstką wszechświata, powinnam mieć w sobie całą potrzebną wiedzę.

Długo leżałam ściskając powieki, zanim doczekałam się pierwszych objawów nadchodzącego snu. Poddałam się im, by zapaść w świadomy sen. W sennej rzeczywistości odnalazłam swój rodzinny dom i piwnicę, którą w dzieciństwie nazywałam skarbcem. Moja podświadomość idealnie odtworzyła to miejsce. Czuć było nawet swojski zapach pleśni. Byłam pewna, że jeśli miałabym schować gdzieś cenne informacje, schowałabym je właśnie tam.

– No, Kasiu, nie zawiedź mnie – powiedziałam do siebie. Zaczęłam grzebać między kocami, które kiedyś służyły mi do budowania swojego królestwa. Kiedy znalazłam stary odtwarzacz muzyki, bez zastanowienia go użyłam. Słuchawki wciąż działały, a wyświetlacz miał wszystkie rysy, które pamiętałam.

Nie przerywałam poszukiwań, dopóki nie usłyszałam szumu. Chciałam zmienić piosenkę, ale kiedy spojrzałam na wyświetlacz, właśnie odtwarzany był plik filmowy. To mnie zaciekawiło, bo odkąd pamiętam, zawsze miałam tam tylko muzykę.

Kiedy obraz się rozjaśnił, zobaczyłam filmik, na którym zawalała się piramida, a potem nastąpiła sekwencja krótkich ujęć. Przypomniała mi wszystko, co wydarzyło się na świecie od Wielkiego Rozbłysku, aż do momentu, kiedy stałam rano w pokoju i krzyczałam do niewidzialnego głosu. W następnym fragmencie zobaczyłam nieznajomego mężczyznę. Był wysokim, umięśnionym blondynem ze słodkim zarostem. Gdyby stanął na mojej drodze w rzeczywistości, mogłabym mieć problemy z elokwencją. Nie wspominając o tym, że posikałabym się w majtki, gdyby obdarzył mnie spojrzeniem. Zawsze uwielbiałam zielone oczy u facetów, a on miał takie hipnotyczne spojrzenie!

– Jestem Dawid – powiedział. O tak, w to byłam w stanie uwierzyć. To imię do niego pasowało. Podejrzewałam, że taki osobnik mógłby wyjść spod ręki Michała Anioła.

Uścisnął komuś dłoń. Sądząc po pomalowanych paznokciach, była to kobieta. Kiedy to zrobił, ujęcie się skończyło, zastąpione czarną plamą. Następnie pojawił się odgłos drapania paznokciami po tablicy i rozwścieczony głos, który krzyczał: „Znajdź go!”.

– Nie drzyj się. Powiedz lepiej gdzie go znaleźć – próbowałam przemówić do sprzętu. Przyjmując, że był to sen, takie bezsensowne działanie miało cel. Głos się uspokoił i na ekranie pojawił się adres. Tyle, że w jakimś Chrzanowie, a ja nie miałam pojęcia, gdzie to jest. Nie wiedziałam też, co konkretnie miałabym zrobić z tym facetem. To znaczy, gdybym go spotkała, miałabym wiele pomysłów na to, co z nim zrobić, ale niewiele z nich wiązało się z naprawą sytuacji na naszej planecie.

Po przebudzeniu długo się zastanawiałam, zanim zaczęłam szukać rozkładu pociągów. Kiedy w końcu się na to zdecydowałam, przeżyłam kolejne załamanie. Z Poznania trzeba było tam jechać prawie dziewięć godzin! Tym sposobem przesiedziałam kolejne trzy tygodnie, zanim w końcu doszłam do wniosku, że wycieczka dobrze mi zrobi. Jeszcze stojąc pod właściwymi drzwiami nie mogłam do końca uwierzyć, że naprawdę to robię. Zachowywałam się niedorzecznie. Co niby miałabym mu powiedzieć? Widziałam Cię we śnie, więc jesteśmy sobie przeznaczeni? Rany, jaka głupota.

Nagle, kiedy stuknęłam w drzwi, uderzyła we mnie fala światła, która ścięła mnie z nóg. Uderzyłam głową w beton, co nie było zbyt przyjemnym doświadczeniem. Zamroczyło mnie, a przed oczami, zamiast skrótu całego życia – jak to zwykle bywa przed śmiercią – wyświetliła mi się mapa, prowadząca do czegoś oznaczonego jako „Lipowiec”. Cokolwiek by to nie było, miałam przynajmniej punkt zaczepienia. Zwłaszcza kiedy drzwi otworzyła mi kobieta. Mała, czarnowłosa istotka.

– Coś się pani stało? – zaświergotała słowiczym głosikiem. Jak na prawdziwą kobietę przystało, zamiast się podnieść z ziemi, albo chociaż powiedzieć coś, żeby nie wzięła mnie za idiotkę, ja zaczęłam się jej przyglądać. Zanim otworzyłam usta, oceniłam jej strój, makijaż, fryzurę i całokształt.

Kurde, nie było się do czego przyczepić! Nie dość, że śliczna, to jeszcze młoda. Łudziłam się, że to siostra mojego Dawida.

– Lipowiec! – krzyknęłam, jakby to miało jakiś sens. Nic dziwnego, że spojrzała na mnie jak na wariatkę. – Mówi to coś pani?

– Przepraszam, ale czy na pewno jest pani pod właściwym adresem?

– Tak. Przyszłam do Dawida. Mieszka tu taki, prawda? – Byłam pewna, że mój sen miał sens. To uderzenie w głowę mnie oświeciło. Poczułam powołanie! Jakby nowe siły we mnie wstąpiły i naładowały mnie energią do działania.

– Dawid? – Kobieta obróciła się lekko w stronę mieszkania. – Dawid, ktoś do ciebie! I chyba nie chcę wiedzieć, o co tu chodzi.

I oto on. Stanął przede mną z tymi swoimi zielonymi oczętami, które wpatrywały się we mnie. Nie chciałabym powiedzieć, że patrzył jak na obcego z innej planety, skłaniałam się bardziej ku opcji: jak na prezent niespodziankę. Zobaczyć swoje odbicie w jego oczach, to było dla mnie najpiękniejsze doświadczenie w życiu.

– Kochanie, możesz wrócić do gotowania. Ja się tym zajmę – powiedział. Kobieta najpierw powiedziała mu coś na ucho, a potem odeszła.

Kurde, wiedziałam, że taki przystojniak musiał być zajęty!

– Noo, ja ten… przyszłam… zapytać o Lipowiec! – wymyśliłam szybko. Już sekundę później miałam ochotę zdzielić się mocno w głowę. Wiedziałam, że nie wymyślę przy nim nic inteligentnego.

Dawid zamknął drzwi i przyjrzał mi się uważnie.

– Inaczej sobie wyobrażałem świetlika.

– Świetlika? – zdziwiłam się. – Dlaczego świetlika?

– Wróżka przewidziała, że dzisiaj odwiedzi mnie świetlik, który wskaże mi drogę.

– Wróżka? Chodzisz do… wróżki? – zapytałam z lekkim niedowierzaniem. Świat naprawdę stawał na głowie. Już nic nie było w stanie mnie zdziwić.

– Co w tym dziwnego? Każde wcielenie Herkulesa ma swojego wróżbitę, który wyznacza mu zadania. Naszym celem jest bronienie świata – powiedział. Musiałam wziąć poprawkę na wcześniejsze myśli. Dopiero od tej chwili nic nie było w stanie mnie zdziwić.

– No to coś ci nie idzie.

– Bo moja wróżka ma problemy alkoholowe i zakochała się w narkomanie, za którym pojechała na drugi koniec Polski. Nie moja wina, że wróciła jak już było za późno na interwencję. – Wzniósł ręce do nieba i westchnął.

– Wiesz chociaż, o co w tym wszystkim chodzi?

– O Majów. Wściekli się, kiedy robotnicy przypadkiem zniszczyli ich piramidę w Belize. Wstali z grobów i zaczęli wypełniać wszystkie swoje przepowiednie. Trzeba ich powstrzymać, ale nie mamy pojęcia, jak to zrobić. Najprawdopodobniej dlatego los zesłał nam ciebie, świetliku.

– Jaki świetliku? Jestem Kaśka. Znaczy Katarzyna. Albo Kasia. Jak wolisz. – Wyciągnęłam dłoń w jego kierunku. Nie wiedział, czy ma ją dotknąć, uścisnąć, czy pocałować, dlatego nie zrobił nic. Widocznie to wydało mu się najlepszą opcją. Niestety przy okazji sprawił, że skończył mi się temat i zapanowała niezręczna cisza.

– To może… nie wiem, wejdziesz? – zaproponował. – Tylko ani słowa mojej żonie. Ona o niczym nie wie i wolałbym, żeby tak zostało.

– Żaden problem – odpowiedziałam, chociaż w myślach właśnie mordowałam tę bogu ducha winną kobietę. Nie jej wina, że ukradła mojego wymarzonego faceta, zanim zdążyłam go poznać. Nie jej wina – a jednak pokusa wielka.

Weszliśmy do mieszkania. Usiedliśmy w malutkiej kuchni, urządzonej w nowoczesnym stylu. Duże okno zapewniało sporo światła, co z kolei na pewno cieszyło zielone roślinki porozstawiane we wszystkich kątach. Pewnie były to jakieś zioła, bo w całej kuchni roznosił się ich zapach.

– To… co masz mi do powiedzenia? – zagadnął Dawid. Był równie skrępowany zaistniałą sytuacją. Tyle, że ja byłam jeszcze pod wrażeniem jego urody i nie mogłam się napatrzeć, jak słodko siorbie herbatkę z małego kubeczka.

– Czy… Lipowiec ci coś mówi? – zapytałam. Próbowałam wybadać grunt.

– To zamek, dziesięć minut drogi stąd.

– No to już wiemy, gdzie zacząć szukać odpowiedzi! – Ucieszyłam się. Moja praca była skończona. Zostałam wpisana w ten przedziwny plan przeznaczenia i przypadło mi wskazanie drogi. Mogłam więc z miejsca odwrócić się na pięcie i odejść. Wypełniłam swoje zadanie i byłam z tego dumna. Podświadomie coś jednak kazało mi zostać.

– Na zamku?

– Najprawdopodobniej. Powinniśmy wyruszyć od razu. – Wstałam z miejsca i zaczęłam mu rozkazywać. Gdzieś słyszałam, że ludzie bardzo często ulegają, jeśli szybko narzuci im się własną wolę. Nie mają wtedy czasu do namysłu i zgadzają się na prawie wszystko.

– Od razu? Nie mogę nagle wyjść z domu z obcą kobietą. – Ściszył głos i przysunął się do mnie. Och, za blisko! Poczułam jego zapach i prawie zemdlałam z tej błogości.

– Jaką tam obcą? Przecież już się znamy i na pewno wiele nas łączy.

– Na przykład co?

– Na przykład… noo… yyy… biegasz po mieście w różowej peruce?

Zdziwienie wymalowało się na jego twarzy. Otworzył szerzej swoje piękne oczy.

– Co?! Nie – zaprzeczył, oczywiście. Specjalnie zadałam tak absurdalne pytanie, bo nie potrafiłam na szybko wyprodukować czegoś racjonalnego.

–No widzisz, czyli jednak coś nas łączy. Ja też nie biegam. – Uśmiechnęłam się najmilej jak tylko potrafiłam. Nie odwzajemnił uprzejmości.

– Co powiem żonie?

„Że ją zostawiasz i uciekasz ze mną na koniec świata” – odpowiedziałam w myślach.

– Nic jej nie mów. Nawet nie zauważy, że zniknąłeś na chwilę. Przecież mówiłeś, że to blisko.

– Tak nie można. Coś wymyślę. Poczekaj na podjeździe – polecił i odprowadził mnie do wyjścia. Brutalnie zatrzasnął za mną drzwi, nawet nie dając mi buziaka na pożegnanie. Poczułam się opuszczona. Czekałam przez jakieś siedem minut i dwanaście sekund. Nie, żebym z nudów liczyła.

– Szybko, do samochodu – powiedział po wyjściu. Wyprowadził auto z garażu i otworzył mi drzwi od strony pasażera.

Trasa rzeczywiście nie była długa. Próbowałam nawiązać z nim jakiś kontakt werbalny, ale nie był specjalnie zainteresowany poznawaniem mnie. Nie wiedział, co traci. Zawsze wszyscy mówili, że mam fascynującą osobowość. Nie chcieć mnie poznać, to niemalże grzech!

– Too… może opowiesz coś o swojej herkulesowej robocie? – zagadnęłam.

– To dodatkowe zajęcie. Na co dzień jestem ogrodnikiem.

Och, wiedziałam! Wiedziałam! Hydraulik, albo ogrodnik! Jego ciało nie wyglądało jak wyrób siłowni, tylko efekt prawdziwej ciężkiej pracy. Nie mogłam się przy nim opanować. Ręką sama powędrowała w jego kierunku. Desperacko chciałam sprawdzić, czy ma tak szorstkie dłonie, jak wszyscy ogrodnicy z moich fantazji.

–Ogrodnik, tak? Więc musisz kochać przyrodę. Tak jak ja! – powiedziałam i położyłam palce na jego dłoni. Trzymał drążek zmiany biegów, więc nie mógł specjalnie mi uciec. Zrobiłam to jednak w najgorszym możliwym momencie. Dawid na mnie spojrzał, stracił koncentrację i chwilę później usłyszeliśmy tylko trzask. Tir wjechał prosto w nas.

Ja wyszłam z wypadku cała, choć nie mogłam w to uwierzyć. Mój towarzysz nie miał tyle szczęścia. Byłam w szoku, bo po raz pierwszy widziałam martwego człowieka i siedziałam metr od niego.

Kiedy już przebrnęłam przez pierwszy atak paniki, zdałam sobie sprawę, jak bardzo namieszałam. Przerażało mnie to, że on miał wszystko naprawić, miał być Herkulesem, który wybawi świat od apokalipsy. Kiedy jego zabrakło, straciłam wszelką nadzieję. Siedziałam w samochodzie dobre dwadzieścia sekund, zanim kierowca tira do nas podleciał i zaczął mnie wyciągać. Chciał dzwonić po karetkę, ale nawet nie słuchałam, co do mnie mówi.

– Poradzę sobie – powiedziałam tylko. Zobaczyłam na drodze tabliczkę z napisem „Lipowiec” i uznałam to za wystarczający znak. Doszłam do wniosku, że muszę działać. W życiu nie można czekać na bohatera, który pojawi się znikąd i uratuje wszystkim tyłki. Czasem trzeba wziąć się w garść i samodzielnie walczyć o lepsze jutro.

– Ale wypadek! Może mieć pani wstrząs mózgu! – krzyczał za mną.

– Pan również uczestniczył w wypadku. Radzę się przebadać. – Odwróciłam się na krótką chwilę i puściłam oczko do oszołomionego mężczyzny, po czym odeszłam.

Wiedziałam, że tylko ja mogę zmienić swoje przeznaczenie.

To już koniec. Nie potrafię dłużej. Nie mam już siły. Przepraszam.

Wybaczcie mi, proszę, jesteście dla mnie jak rodzina, byliście ze mną zawsze kiedy tego potrzebowałam, ale… to za mało. Nie mogę się do nikogo z was przytulić, nie mogę liczyć na nic poza słowami otuchy, a ja potrzebuję czegoś więcej. Dzisiaj uświadomiłam sobie, że nigdy nie będę tego mieć. Bo świat jest okrutny. Bo ja jestem inna, niż wszyscy, a odmieńcy nie mają szans na powodzenie. Bo… bo nie chcę się żalić, a nie potrafię dłużej tego nie robić. Coś we mnie pękło. Nic na to nie poradzę. Załamały mnie kolejne niepowodzenia, nie potrafię już dłużej wmawiać sobie, że wszystko będzie dobrze. Jutro, o 15:25, dokładnie o tej samej godzinie, w której się urodziłam, odejdę z tego świata. Każdy z was poradzi sobie dobrze beze mnie, tak naprawdę nie jestem nikomu potrzebna. Zapewne się tego po mnie nie spodziewaliście, was też zawiodłam. Żegnajcie, kochani.

Z przerażeniem przeczytał informację zamieszczoną na stronie głównej. Jego klatka piersiowa nierównomiernie unosiła się i opadała. Serce waliło głośniej, niż dzwon. Nie spodziewał się tego. Nikt by się nie spodziewał. Światło monitora odbijało się w jego ciemnych, zmartwionych oczach. Nie mógł w to uwierzyć. Ona zawsze była taka wesoła, pełna energii i pasji. Załamania oczekiwałaby po każdym, ale nie po niej.

Jego zainteresowanie dziewczyną, zaczęło się kilka tygodni wcześniej. Wykład był tak nudny, że wraz z przyjacielem zaczęli rozglądać się po sali. Nikt nie przykuwał ich uwagi na dłużej, zliczali ilość dziewczyn, szukali najładniejszej. Jemu wpadła w oku pewna blondynka, kiedy jego przyjaciel wskazał na inną dziewczynę, zastanawiając się, co też może ona gryzmolić na ławce. Jej temat skończył się na dwóch słowach: „nie wiem”. Dopiero wtedy na nią spojrzał. Nie odznaczała się niczym szczególnym. Ot, dziewczyna, jak każda inna. Była pochylona nad drewnem, po którym mazała z nudów. Wtedy właśnie po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, kim ona może być. To była krótka chwila, jednak ciekawość kolegi, w pełni przeszła na niego.

Zapamiętał miejsce, na którym siedziała dziewczyna i tydzień później przemknął tym samym rzędem, by sprawdzić, co znajdzie na ławce. Był to starannie wykaligrafowany adres, adres internetowy, pod który udał się zaraz po powrocie do domu, jeszcze tego samego dnia.

Blog, nie lubił czegoś takiego, w tym było jednak coś klimatycznego, co sprawiło, że chłopak zatrzymał się tam przez dłuższą chwilę. Mimo, że wolał oglądać, niż czytać, skusił się aby sprawdzić zawartość strony. Znalazł kilka dobrych tekstów. Zerknął na komentarze. Dziewczyna miała wielu wirtualnych wielbicieli. W pierwszej chwili, chciał nawet także coś napisać, by wiedziała, że znalazł jej adres, ale powstrzymał się. Kolejnego tygodnia, przyglądał się jej uważniej. Nie potrafiła usiedzieć spokojnie. Co chwilę stukała smukłymi palcami w blat, albo potupywała nogą. Kiedy nie robiła notatek, wyciągała kilka kartek, niezdarnie wyrwanych z jakiegoś zeszytu, i coś na nich notowała, rysowała, albo bazgrała beznamiętne zawijasy. Zaczęła go intrygować. Coraz częściej zaprzątała jego myśli, wchodził na jej bloga codziennie, czasem nawet kilka razy dziennie. Głównie po to by przeczytać, co odpowiedziała poszczególnym czytelnikom. Lubiła wdawać się w konwersacje z komentującymi. Zwykle nie miały one najmniejszego związku z treścią, jaką akurat zamieściła na stronie. To były luźne rozmowy.

Każda jej odpowiedź, zdawała mu się być jego własną. Przypadkiem dostrzegał w niej interesującą osobę. W końcu stwierdził, że z nią porozmawia, nie na blogu, ale w rzeczywistości. Kiedy jednak wykład się zakończył, nie wiedział, co ma powiedzieć. Zapytał o godzinę, ona odpowiedziała i delikatnie się uśmiechnęła, po czym ominęła go, zanim wymyślił odpowiedź. Chłopak domyślił się, co się z nim dzieje – ona mu się podobała. Wciąż wolał jednak obserwować z ukrycia.

I nagle ta wiadomość. Ona chce popełnić samobójstwo, a on nawet nie zdążył poznać jej imienia. To nim wstrząsnęło. Ręką przesunął po swoich krótko ściętych, czarnych włosach. Dla upewnienia sprawdził komentarze. Większość przyjęła wiadomość jako żart, ale wśród opinii był też komentarz od dziewczyny, która miała bliższy kontakt z autorką wiadomości. Czytelniczka napisała tylko, że ona nie żartuje. Że skoro tak napisała, to jest koniec. W swoim komentarzu wzywała także autorkę do przemyślenia sprawy, do rozmowy, do czegokolwiek.

Chłopak w końcu się przełamał i po raz pierwszy się odezwał. W odpowiedzi na komentarz czytelniczki, która wydawała się znajomą autorki, zapytał, czy ktoś ma jakiś prywatny numer autorki. Ta sama czytelniczka odpowiedziała mu, że wie gdzie mieszka właścicielka adresu. Zapytał więc, dlaczego nic z tym nie zrobi, nie zareaguje, skoro wie, że dziewczyna nie blefowała. Dowiedział się, że na stronie nie ma nikogo z jego miasta, kilka osób chciało interweniować, ale nie miało ku temu szans. Wiedział, że wszystko zależy od niego.

Zdobył numer, który od razu wykręcił. Serce podskoczyło mu do gardła. Nie miał pojęcia, co ma powiedzieć, jak się zachować. Wiedział tylko, że nie może czekać spokojnie na rozwój sytuacji. W oczekiwaniu na połączenie, w uchu grała mu piosenka Craiga Davida „Walking away”. Wydała mu się tak radosna, jak dziewczyna, do której należał numer. W końcu jednak doczekał się jedynie sygnału automatycznej sekretarki. Nie chciał zostawiać wiadomości.

Z wściekłością cisnął telefonem w kąt biurka. Raz jeszcze przeczesał ręką włosy. Wymamrotał pod nosem kilkakrotnie, że to nie jest prawda, to nie może być prawda. Kilkakrotnie wrócił wzrokiem do tekstu głównego. Jutro. Godzina 15:25. To już koniec. I cóż mógł zrobić? Czuł się bezsilny, jak nigdy wcześniej.

Kiedy drzwi jego pokoju się uchyliły, przestraszył się. Wcześniej tak nie reagował, a nagle stał się kłębkiem nerwów. Matka przypomniała mu, żeby zamknął za nią drzwi, kiedy będzie wychodzić do pracy. Przytaknął beznamiętnie, siadając na zaciemnionej kanapie. Bał się, że matka dostrzeże jego zaniepokojenie i zacznie pytać. Zawsze się o niego troszczyła. Mimo, że miał już dziewiętnaście lat, wciąż pilnowała, żeby ciepło się ubierał i zawsze miał coś do zjedzenia. Kochał ją i nie chciał oszukiwać, że nic się nie stało, dlatego lepiej było, nie dawać jej powodów do zadawania pytań.

Rodzicielka odeszła, zamykając za sobą drzwi, a chłopak westchnął, zakrywając twarz rozłożonymi dłońmi. Zaczął pytać samego siebie, co ma w tej sytuacji zrobić, ale nie potrafił sobie odpowiedzieć. Wrócił do komputera i po raz kolejny odświeżył stronę, w nadziei, że pojawi się właścicielka i będzie mógł wybić jej ten pomysł z głowy. Ona jednak się nie pojawiała. Została mu więc tylko jedna szansa, dzień kolejny. W końcu mieli razem zajęcia, z samego rana. Zaczepi ją i odciągnie jej myśli do samobójstwa, postara się jej towarzyszyć, zaproponuje wspólne wyjście, w ostateczności będzie ją śledził i ją powstrzyma. Postanowił, że zrobić cokolwiek będzie w jego mocy. Przez całą noc myślał o wszystkich możliwościach i czuł, że jest gotowy ruszyć na ratunek.

Mimo, że zawsze spóźniał się na pierwsze zajęcia, tym razem był przed czasem. Każda sekunda potęgowała jego niepokój. Przyjaciel nie mógł się nadziwić, że chłopak pojawił się tak szybko. Starał się zająć go rozmową, ale on nie był w nastroju na nic. Rozglądał się nerwowo. Przyjacielowi wcisnął, że podobno mają mieć jakiś niezapowiedziany test, a on nie opanował jeszcze materiału, co było głupotą samą w sobie, bo był najinteligentniejszy w swojej grupie i wszystko łapał w lot. Przyjaciel jednak zaniepokojony przedstawioną wizją, wolał zająć się notatkami, niż nim.

Piętnaście minut wydawało się ciągnąć w nieskończoność. Nie wiedział, co ma ze sobą zrobić, kończyny zdawały się żyć własnym życiem, domagały się jakiegokolwiek ruchu. Kiedy chwycił się za kark, przesunął palcami po swoim łańcuszku. Przypomniał sobie pierwszy dzień, w którym zobaczył brunetkę. Zachowywała się trochę jak on teraz. Jej, skręcone delikatnymi falami, włosy opadały na drewniany blat, odsłaniając szyję. Miała bardzo podobny łańcuszek. Jej jednak był srebrny i cieńszy. Teraz każdy związany z nią szczegół, wydawał się mieć kolosalne znaczenie.

Chłopak mimo braku cierpliwości, wytrwale czuwał pod salą, w której widział ją każdego tygodnia. Nie przewidział tylko jednego, dziewczyna nie pojawiła się na czas. Z żalem wszedł z tłumem i zajął miejsce tuż przy drzwiach. Przez kolejny kwadrans, zdarzały się jeszcze osoby spóźnione. Za każdym razem odwracał się w nadziei, że ją zobaczy. Na próżno. Nie przyszła. W chwili, gdy na tablicy pojawił się trzeci wzór, a zegar wybił godzinę dziewiątą, chłopak poderwał się z miejsca i wybiegł z sali. Pędził przed siebie, nie mając pojęcia, gdzie powinien się udać. Miasto było duże, mieszkało w nim ponad pięćset tysięcy ludzi. A on nawet nie znał jej nazwiska.

Jedyną deską ratunku była dla niego czytelniczka, której imienia także nie poznał, bo nie obchodził go w tej chwili nikt, poza dziewczyną. Wyciągnął telefon i nie zastanawiając się nad stanem swojego konta, napisał do tamtej dziewczyny, prosząc o pilny kontakt. Podał swój numer i usiadł na przystanku, czekając na odpowiedź.

Niepokój jaki towarzyszył mu dnia poprzedniego, wrócił w zdwojonej dawce. Ręce zaczynały drżeć, kiedy wskazówki zegara przemieszczały się coraz dalej. I tak godzina za godziną, aż do czternastej, kiedy stracił już wszelką nadzieję. Nareszcie pojawił się odzew. Wierna czytelniczka zapytała, o co chodzi. Szybko wyjaśnił jej, że nie da odejść dziewczynie, jeśli tylko będzie wiedział, gdzie jej szukać. Głos po drugiej stronie brzmiał bardzo dziecinnie, więc nie był pewny, czy ktoś nie robi sobie z niego żartów, ale nie miał czasu sprawdzać wiarygodności dzwoniącego.

Niebywały spokój ogarnął jego duszę, gdy dowiedział się, że czytelniczka ma adres autorki, której kiedyś miała wysłać kartkę z wakacji. Zapisał dokładnie nazwę ulicy i numer mieszkania. Podziękował grzecznie za pomoc i popędził do domu, by sprawdzić, gdzie owego adresu szukać. Już godzinę później stał przed bramą właściwej posiadłości.

Dom był stary i zaniedbany. Drzwi wejściowe miały na sobie wiele śladów zadrapań. Chłopaka jednak nie zwrócił na to uwagi. Udało mu się, zdążył. Była 15:08, a on był na miejscu. Nie wierzył w swoje szczęście. Uchylił bramkę, która zaskrzypiała zapraszająco. Przeszedł przez podjazd, wyłożony kostką brukową. W końcu nacisnął na dzwonek do drzwi.

I znowu zalała go fala strachu. Wciąż nie wiedział, co ma powiedzieć. Co gorsza, jak ostatni głupiec, nawet nie dowiedział się jak brunetka się nazwa. Jeśli otworzy mu ktoś inny, nie będzie wiedział do kogo przyszedł. Było już jednak za późno by się wycofać. Drzwi się otworzyły, a za nimi stanęła młoda kobieta, która na pierwszy rzut oka skojarzyła mu się z drapieżnym ptakiem. Ostre rysy twarzy, chude ręce i spojrzenie, które mogłoby zabić. Zmierzyła go wzrokiem, czekając na jakąś reakcję z jego strony. Szybko się ocknął i przywitał, po czym zaciął się, nie potrafiąc określić, do kogo przyszedł. Kobieta nieświadomie mu pomogła, stwierdzeniem, że jest sama w domu. Rodzice są w mieście, a „młoda” poszła do parku. Domyślił się, że „młoda”, to brunetka, której szuka. Do jego głowy napłynęła setka kolejnych myśli.

Wyszła, żeby się zabić poza domem. Poszła do parku, gdzie nikt jej nie znajdzie.

Z nadzieją zapytał, czy kobieta wie, gdzie zwykła chadzać „młoda”, ale w odpowiedzi zobaczył tylko kiwanie głową i zniesmaczona minę. Ona chodziła zawsze swoimi ścieżkami, tylko ona i pies, nikt więcej. Cały spokój jaki zagościł w nim na myśl o tym miejscu, nagle odszedł, a w głowie znów zapanował strach. A więc jednak poszła się zabić.

Nie widząc sensu w rozmowie z domowniczką, przeprosił i udał się do wyjścia. Pamiętał las. Mijał go, kiedy jechał pod ten adres, to było bardzo niedaleko. Zostało mu niestety jedynie dwadzieścia minut, a zalesiony teren zdawał się wielki. Dziewczyna mogła skrywać się w każdej jego części.

Puścił się pędem wzdłuż ulicy prowadzącej do parku. Trafił na usypaną żwirem alejkę. Drzew było niewiele, w tej części przeważały niskie krzaki, w których bez problemu byłby w stanie dostrzec człowieka. Zwolnił kroku i zaczął się rozglądać we wszystkie strony. Wkrótce drzewa zaczęły się zagęszczać, krzaki robiły się coraz wyższe, aż w końcu znalazł się w samym środku lasu. Dziewczyna mogła być wszędzie, a on nie wiedział jak ją znaleźć. Gdyby chociaż znał jej imię, mógłby zacząć krzyczeć je na cały głos, w nadziei, że ją zatrzyma.

W nerwach spojrzał na zegarek. Dochodziła 15:20. Poczuł przypływ wiary, to była jego ostatnia szansa. Udało mu się dojść tak daleko! Przecież to się nie może tak skończyć! Postanowił przebiec cały las, w nadziei, że na nią trafi. I przebiegł, ale dziewczyny nie znalazł. Trafił na wielką polanę, przez którą biegła tylko jedna droga. Kilka metrów przed nim stała płacząca wierzba, a przy niej niewielki staw. Chłopak załkał nad swoim losem. Nie udało mu się. Usłyszał jak wiatr szumi w liściach. Ten dźwięk zdawał mu się brzmieć, jak marsz żałobny. Odeszła, a on nie zdążył jej uratować. Spojrzał na zegarek. Wybiła właśnie 15:27. To był koniec.

Poszedł w stronę stawu by przysiąść na chwilę i odpocząć. Kiedy przeszedł kilka kroków, zauważył, że staw otoczony jest czterema ławkami, z czego na jednej ktoś leży. Była to zdecydowanie dziewczyna, z postury łudząco przypominająca jego brunetkę. Leżała, co mogło znaczyć, że się zabiła. Ale minęły dopiero dwie minuty! Przecież można było ją jeszcze odratować, jeśli wybrała łagodny sposób śmierci. Nie było widać cieknącej strumieniami krwi, więc pierwsze, co wpadło mu do głowy to przedawkowanie tabletek, a temu można było jeszcze zaradzić. Pobiegł w jej kierunku. Miała zamknięte oczy i bladą skórę. Znów przez myśl przemknęło mu, że nie zdążył i jest już za późno, ale zebrał się w sobie i obiecał w myślach, że nie podda się do samego końca. Jego wzrok utkwił na obliczu dziewczyny. Grzywka prawie wpadała jej do oczu, usta były bladoróżowe, delikatne. Skojarzyła mu się z martwą królewną Śnieżką, która potrzebowała pocałunku, alby się obudzić. W końcu jego wzrok zaczął błądzić po całym jej ciele. Nogi miała podkulone, tak by zmieściły się na ławce, a ręce splotła na brzuchu, jednak najważniejsze było, że jej klatka piersiowa się poruszała. Oddychała, co oznaczało, że jeszcze żyje!

Chłopak zrobił kolejny krok, stając tuż obok niej. Najwyraźniej dopiero teraz zauważyła, że nie ma do czynienia ze zwykłym spacerowiczem. Otworzyła oczy. Chłopak odetchnął z uśmiechem. Ciężko było mu ustabilizować oddech, wciąż jeszcze był zmęczony biegiem. Spojrzał w jej rozmarzone oczy, a ona uśmiechnęła się w odpowiedzi.

– Chciałabym umrzeć z miłości… – stwierdziła, po czym zamknęła znowu oczy, lecz uśmiech pozostał ten sam. Chłopak przestraszył się, że jest ostro wstawiona i leki zaczynają działać. Chwycił ją więc za ramiona i uniósł do góry, kilkakrotnie potrząsając.

– Nie umieraj. Nawet jeśli masz umrzeć z miłości, to nie dzisiaj – rzucił bez namysłu. Z filmów pamiętał, że takiej osobie nie można dać odpłynąć, będzie żyć, jeśli zachowa świadomość i szybko wezwą pogotowie.

Zdziwił się jednak, kiedy dziewczyna go odepchnęła i z przestraszoną miną, zerwała się z miejsca. Nie wyglądała, jakby była pod wpływem silnych leków. Stała prosto, kontaktowała z właściwą prędkością, a ze wzroku uleciało rozmarzenie.

– Dlaczego mnie szarpiesz, mówiąc o umieraniu?

– To ty mówiłaś o śmierci. Chciałaś się zabić! – wypomniał, patrząc na nią z niedowierzaniem. Może jednak w ostatniej chwili zrezygnowała?

– To tylko tekst piosenki, którą nuciłam – wyjaśniła, nie rozumiejąc, o co może chodzić chłopakowi. Wydawał jej się znajomy. Nie tylko znajomy, ona doskonale wiedziała, kim jest. Podobał jej się już od dłuższego czasu. Kilkakrotnie przyłapała go, jak na nią spogląda. Jego uśmiech, błysk w oku, oczarował ją swoją osobą. Lubiła podczas wykładów wsłuchiwać się w jego melodyjny głos. Wyobrażała sobie, że kiedyś odważy się do niego odezwać. Kiedyś nawet jej marzenie się spełniło i chłopak odezwał się do niej pierwszy, a ona odpowiedziała krótko, po czym zapadła niezręczna cisza, która ją przestraszyła, więc czym prędzej odeszła.

– A to, co napisałaś na blogu? Że odchodzisz z tego świata? – żachnął się. Teraz on nie rozumiał, o co chodzi. Zwłaszcza, kiedy dziewczyna zareagowała śmiechem. To pytanie najwidoczniej odgoniło od niej wszelkie obawy i wyraźnie ją rozluźniło. Usiadła na ławce i spojrzała na chłopaka. Z uśmiechem skinęła głową, by usiadł obok.

– Nie chodziło mi o odejście, w sensie zabicie się. Odchodzę z tamtego świata, wirtualnego świata, bo nie mam już na niego czasu – wytłumaczyła, a chłopak nareszcie doznał długotrwałego uczucia ulgi. – Czytałeś mojego bloga? – Zaśmiała się znowu. Tym razem i na jego usta wypłynął szeroki uśmiech. Zaśmiał się cicho pod nosem i wcisnął ręce w kieszenie.

– Czasami – odpowiedział. Postanowił, że kolejnej szansy nie zmarnuje. – Może opowiesz mi, co teraz zajmuje twój czas? Na przykład jutro? Jeśli ci to pasuje – zaproponował. Dziewczyna nie mogła opanować radości. Miała tyle pytań. Skąd się wziął w jej parku? Przecież wiedziała, że to nie są jego rejony. Dlaczego ją zaczepił? Przecież mijali się tyle razy na wykładach. Po co czytał jej bloga? Przecież nie pisała tam niczego ciekawego. Skąd znał adres? Skąd wiedział, że to ona jest autorką? Przecież nie wstawiała nigdzie swoich zdjęć, a podpisywała się jedynie wymyślonym nickiem. I najważniejsze, dlaczego teraz chciał ją gdzieś zaprosić? Co miała odpowiedzieć?

– Może być jutro – przytaknęła. Zapadła chwila ciszy, kiedy wpatrywali się sobie w oczy, ale tym razem ich to nie denerwowało.

– Nie będę cię więcej męczył, zdradź mi tylko jeszcze swoje imię. – poprosił w końcu. Zapomniał dla niej o bożym świecie, ale teraz kiedy był pewny, że dziewczyna jest cała i zdrowa, mógł wrócić do rzeczywistości, która przypominała o kolokwium. Miał je pisać za czterdzieści pięć minut.

– Daria – odpowiedziała, wstając. Uśmiechnęła się do niego po raz kolejny i zagwizdała na psa, który wyleciał nagle z krzaków. – Więc do jutra, Maćku. – Ukłoniła się nisko i chichocząc pod nosem, pobiegła w bliżej nieokreślonym kierunku, zostawiając go samego. Nieopisana radość zagościła w jego głowie. Nie tylko udało mu się uratować jej życie. Umówił się z nią i dowiedział się, że dziewczyna zna jego imię, a to by znaczyło, że…

(+18!)

Siedzę spokojnie na wykładzie, słuchając jak fascynujące potrafią być całki oznaczone. Próbuję skupiać się na notatkach, które starannie robię w zeszycie, ale moje starania niweczy mój ulubiony uzurpator. Nie wiem kiedy, ale na marginesie kolejnej strony nakreślił dzisiejszą datę, godzinę i miejsce. Budynek C-13 politechniki jest jednym z większych, a on wyznaczył spotkanie na korytarz drugiego piętra, tuż przy schodach pożarowych. Godzina zaś wskazywała kolejną półgodzinna przerwę między zajęciami. Po wykładzie z analizy matematycznej mam w planie laborki z fizyki, właśnie na tym piętrze. Nie mam najmniejszego zamiaru go wystawiać, chociażby z ciekawości, co tym razem wymyśli.

Grzecznie doczekuję zakończenia zajęć, po czym żegnam się z koleżanką, która według indywidualnego planu, właśnie kończy mękę na ten dzień. Ruszam w stronę schodów, stukając rytmicznie obcasami o posadzkę. Jest piękny majowy dzień, więc nie mam na sobie nic, poza zwiewną bluzką i czarną spódniczką uwieńczoną zielonym paskiem z wielką klamrą imitującą motyla, która idealnie współgra z kolczykami w odcieniu miedzi. Uśmiecham się delikatnie, widząc jak mój wygląd i sposób poruszania się, działa na mijanych studentów. Jak każda kobieta, uwielbiam się podobać. Czasem myślę, że mogłabym podejść do któregokolwiek z nich i zapytać, na spełnienie jakiej fantazji ma teraz ochotę. Podnieca mnie myśl, że o mnie fantazjują. Mało który chłopak z politechniki nie chciałby mieć dla siebie powabnej, długonogiej blondynki o dużych… błękitnych oczach, które dla podkreślenia głębi maluję czarną kredką.

Kiedy jestem już kilka metrów od wyznaczonego miejsca spotkania, niespodziewanie wpadam na… swojego chłopaka. Nie spodziewałam się go o tej porze w tym miejscu. Obejmuje mnie przyjaźnie i całuje w policzek. Jak się okazało, zajęcia na AiR’rze zostały odwołane z powodu małego wypadku, więc przyszedł mnie odwiedzić. Jest mi to w pełni nie na rękę, bo jedyne, czego teraz chcę to spotkanie z Nim – chłopakiem, o którym nie wiem nic. Spotkałam go, a właściwie to on spotkał mnie, dokładnie 17 dni temu. Od razu zawładnął moim sercem i krótko mówiąc, stał się moją obsesją. Mój chłopak niczego nie podejrzewa, za to mi serce podskakuje do gardła, kiedy składa kolejny pocałunek na mojej skórze, a ja w tym czasie dostrzegam ciemne jak węgiel spojrzenie, które bezgłośnie wzywa mnie do siebie. Wymyślam, że muszę jeszcze napisać sprawozdanie przed zajęciami i zbywam swojego chłopaka. Niecierpliwie czekam, aż zniknie za drzwiami i podbiegam do swojego Adonisa. Stoi oparty o drzwi. Patrzy na mnie karcąco, po czym odwraca wzrok, jakby nie mógł na mnie patrzeć. Od razu wyjaśniam, że nie planowałam spotkania z chłopakiem, który próbował zrobić mi niespodziankę. Zalewam go przeprosinami, że musiał na to patrzeć i zapewniam, że pocałunki tamtego nie sprawiły mi najmniejszej przyjemności. Dotykam jego dłoni. On jest jednak poza tą sytuacją, nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi. Nie wiem nawet, czy w ogóle mnie słucha. Wariuję w takich chwilach. Nie potrafię się od niego dystansować, a on właśnie w ten sposób mnie kara. Chciał, żebym zerwała z chłopakiem. Chciał, żebym zawsze już była tylko jego, ale jednocześnie nie chciał być tylko mój. Dla niego to była tylko przygoda, dlatego nie mogłam zniszczyć czegoś, co budowałam przez ponad dwa lata. Nie potrafię też zrezygnować z Niego.

– Podobał mi się sposób, w jaki go przegoniłaś. Kłamiesz coraz lepiej. – odzywa się w końcu. – Ale nie spełniłaś mojej prośby, będę musiał wymyślić ci za to karę.

Kiwam twierdząco głową. Jestem w stanie zrobić wszystko, byle się ode mnie nie odwracał. Głaskam delikatnie jego dłoń, która nareszcie drgnęła. Chłopak chwyta mój nadgarstek. Odkleja się od drzwi i ciągnie mnie bez słowa za sobą. Wchodzimy do czytelni, gdzie każdy musi się legitymować. Serce zaczyna bić mi szybciej, bo nareszcie mam okazję by zobaczyć chociażby Jego imię. Niestety jedno skinienie głową w kierunku chłopaka siedzącego przy wejściu i wchodzimy bez najmniejszego problemu. Stukot obcasów brzmi tu trzy razy głośniej, a spojrzenia ludzi przestaje mnie cieszyć. Staram się stąpać jak najciszej. W końcu dochodzimy do stanowiska komputerowego, które można odgrodzić białą, plastikową zasuwą, tworzącą coś na kształt odizolowanego pomieszczenia o wymiarach 1,5x1,5 metra, gdzie przy głównej ściance stoi biurko i komputer, a przed nim dwa krzesła. Patrzę pytająco na swojego kusiciela, który kończy właśnie zasuwać drzwi. Nim zdążam zapytać, robi krok w moim kierunku, prawie mnie wywracając. Rozsuwa krzesła i chwytając mnie za biodra, przesuwa do samego biurka. Wiedziałam, że nasze spotkanie będzie namiętne, ale nie sądziłam, że wybierze czytelnię. Tu obowiązywała bezwzględna cisza, a ja… cóż, do najcichszych nie należę.

– Twoja kara, kochanie. Nie masz prawa protestować i nie wolno Ci zakłócać panującej tu ciszy. – szepcze, zbliżając usta. Kończy wypowiedź delikatnym muśnięciem płatka ucha. Już w tym momencie przechodzi mnie przyjemny dreszcz. Jego głos i zmysłowy zapach rozbudzają moją podświadomość. Serce zaczyna przyspieszać coraz bardziej. Mrużę oczy, by opanować oddech. Nie wolno mi przerywać tego, co chce zrobić. Obiecuję sobie, że wytrzymam wszystko.

Przesuwa dłonie po satynie bluzki i każe mi unieść ręce. Oczywiście wykonuję polecenie i szybko zostaję pozbawiona górnej części ubrania. Kiedy ja zaczynam panikować, że ktoś może tu w każdej chwili wejść, bo kabina nie jest zamknięta na klucz, on mruczy z niezadowoleniem, że mój biustonosz mu się nie podoba, a piersi mi chyba zmalały od ostatniego spotkania. Czuję się okropnie, najchętniej ubrałabym się i wyszła, ale obiecałam przecież nie protestować. Spoglądam na niego przepraszająco i chwytam go za kark, próbując pocałować. Stoi jednak niewzruszony i każe mi się wyprostować, po czym uwalnia moje piersi, przyglądając im się jeszcze chwilę w milczeniu. Znowu dopada mnie ta nieprzyjemna bezradność. Cała pewność siebie mnie opuszcza, chcę tylko by on był zadowolony, a nie wiem, jak sprostać jego wymaganiom. Palcem wskazującym zaczyna błądzić po mojej skórze, szyi, między piersiami.

Nareszcie łapie mnie za pośladki i unosi, sadzając na biurku. Od razu go obejmuję i zaczynam całować po szyi, ale odpycha mnie i zajmuje usta wprawieniem moich sutków w stan sztywności. Wyginam ciało w łuk, uderzając przy okazji głową w ściankę, za co szybko przepraszam. Posyła mi groźne spojrzenie, bez słów mówiąc, że nie będzie tolerował nieposłuszeństwa. Robi mi się na przemian zimno i gorąco. Chciałabym go pocałować, ale nagle brakuje mi odwagi. Chciałabym, żeby on mnie pocałował, ale tego nie robi. Na złość omija moje usta szerokim łukiem. Pewnie dlatego, że przed chwilą dotykał ich inny facet. Ta myśl mnie przytłacza, czuję się brudna.

Jego dłonie zmierzają niżej, a za nimi podąża mój wzrok. Podciąga mi spódnicę i przesuwa palcami po udach, które mimowolnie rozsuwam, ułatwiając mu wszystko, czego chce. Serce bije mi jak szalone, nagle zaczyna brakować powietrza. Pali mnie jego spojrzenie. Widzę jak mi się przygląda, ale napawa mnie to tylko strachem, że mu się nie spodobam. Zaczynam drżeć, kiedy jego palce docierają do koronek ukrytych pod spódnicą. Co chwilę patrzę na jego twarz, oczekując jakiejkolwiek reakcji i nareszcie dostrzegam, jak na jego usta wypływa uśmiech. Wciąż nie patrzy mi w oczy.

– Lubię cię taką bezbronną. – mruczy i nareszcie przesuwa wzrok na moje oczy, w których zapewne może dostrzec czystą postać strachu. Spodziewam się pocałunku, ale go nie dostaję. Proszę, ale wciąż go nie dostaję. Jego słodkie usta za to stykają się z moim karkiem, a szorstkie dłonie pieszczą wypukłości biustu. Mam wielką ochotę jęknąć z rozkoszy, ale przygryzam wargi powstrzymując się. Prężę się i czuję, jak moja skóra się napina pod jego dotykiem. Jego dłoń znów dociera do mojego uda i tym razem nie zatrzymuje się, odsuwając na bok materiał, który zdążył już zwilgotnieć za sprawą podniecenia, jakie mnie ogarnęło. Czuję się strasznie głupio, ale nie odzywam się ani słowem. Jego palec zagłębia się we mnie. Przymykam oczy, żeby nie jęknąć. Znowu próbuję opanować oddech i drżenie.

– Dobrze, grzeczna dziewczynka. – słyszę jego głos. Nareszcie patrzy mi w oczy. Uśmiecham się, wiedząc, że jest ze mnie zadowolony. Wpadam wręcz w zachwyt, kiedy jego usta stykają się z moimi, a jego język pieści moje podniebienie. Ogarnia mnie euforia, przestaję drżeć, jego usta są dla mnie jak środek uspokajający. Czuję poruszające się we mnie palce, staram się jeszcze bardziej rozszerzyć nogi. Upajam się najprzyjemniejszym bólem w okolicy brzucha, jakiego kiedykolwiek doznałam.

Sięgam dłoniom ku jego spodniom, ale odsuwa moją rękę. Sam rozsuwa zamek ekspresowy, uwalniając także swoje podniecenie. Dopiero teraz pozwala mi się dotknąć, co robię z jak największym zaangażowaniem, starając się zapewnić mu maksimum rozkoszy. Zsuwam się z biurka, chcąc wziąć go do ust, ale przerywa mi każąc się obrócić. Niechętnie wykonuję polecenie. Chwytam się brzegu stołu, a po chwili czuję, jak jego ręce na chwilę splatają się z moimi. Wargami dotyka mojego karku, przesuwając ręce na biodra. Każe mi się pochylić, więc się pochylam i chwilę później prostuję, czując pierwsze, silne pchnięcie. Przygryzam wargi prawie do krwi, starając się nie wydawać z siebie żadnych dźwięków. Zalewa mnie fala rozkoszy. Jego ręce przesuwają się na moje piersi, które zaczyna ugniatać, w czasie kiedy penetruje mnie od tyłu. Gdyby tylko mi pozwolił, jęczałabym jak obłąkana. Ręce zaczynają mi się ślizgać po blacie. W końcu się ze mnie wysuwa i daje chwilę na odpoczynek. Każe się odwrócić przodem. Pierwsze na co patrzę, to jego wzwód. Kiedy myślę, że to moja zasługa, ogarnia mnie słodka błogość. Znów ląduję z tyłkiem na biurku. Tym razem, kiedy mam go w sobie, mogę się do niego przytulić. Obejmuję go mocno, całując i przygryzając na zmianę jego gorące wargi. Nie żałuje mi pocałunków, za co jestem mu bardzo wdzięczna. Moje ciało przechodzą kolejno coraz dłuższe dreszcze. Żeby nie krzyczeć, wtulam głowę w jego ramię. Mam wrażenie, że ściskam go za mocno, ale nie potrafię się opanować, zresztą on nie protestuje. Wgryzam się we własną dłoń i mrużę oczy, kiedy dochodzę. Aż kręci mi się w głowie. Nie odrywam się od jego skóry. Trwamy chwilę w bezruchu. Czuję na skórze jego przyspieszony oddech. Muska moją szyję, a ja wciąż zaciskam dłonie na jego plecach. W końcu się odsuwa i każe mi się ubrać. Wciąga szybko spodnie i chwyta mnie za kark, przyciągając raz jeszcze.

– Wkrótce znów się spotkamy. – zapewnia. – Za trzy minuty zaczynasz zajęcia, pospiesz się. – dodaje, po czym wychodzi. Przypominam sobie o otaczającym mnie świecie i wciągam na siebie ubrania, po czym przez resztę dnia nie mogę opanować myśli. Ten stan trzyma mnie aż do następnego, niezapowiedzianego spotkania.

Budzę się. Słońce bezczelnie przebija się przez za cienkie rolety. Od dawna chcę je wymienić, nowe leżą w kącie i czekają na zamontowanie.

Słyszę brzdęk sprężyny i od razu psuję sobie poranek. Ściskam usta w cienką kreskę, niemal warczę. Wciąż mam zamknięte oczy, ale doskonale wiem, co dzieje się w moim królestwie. Nie cierpię, jak kobiety dotykają moich skarbów bez pozwolenia. Nienawidzę, kiedy wstają szybciej ode mnie i panoszą się po całym mieszkaniu. Cholerne królowe jednej nocy.

Przewracam się na drugi bok. W dupie mam, co się dzieje z tą rozpustną pannicą, która w nocy sprawiła, że teraz nie mam ochoty wstawać. Z wiekiem coraz szybciej się męczę. Strach pomyśleć, co będzie za dziesięć lat. Jeśli trzydziestolatek nie ma ochoty wstać w południe, to czterdziestolatek będzie pewnie spał co najmniej do wieczora.

Wróciła do łóżka. Kiedy siada, stara się być tak delikatna, jakby nie chciała mnie obudzić. Chwilę później zmienia zdanie i zaczyna mnie dotykać. Po policzku, po włosach, po ramionach. Odsuwa delikatnie kołdrę i dobiera się do mnie.

Mimo porannego wzwodu, jedyne na co mam ochotę to pozbycie się jej. Nie chcę dłużej czuć jej duszących perfum, nie chcę dotykać jej młodego ciała. Nie mam ochoty z nią rozmawiać ani śmiać się z jej głupoty. Myślała, że przyjdzie raz na sesję zdjęciową i od razu trafi na okładki gazet. Naiwna. Zresztą co ja mogę? Jestem tylko fotografem. Moje studio ledwo trzyma się kupy, zalegam z czynszem i żyję dzięki pożyczkom. Jedyne rozrywki, na które mogę sobie pozwolić, to takie łatwowierne kokietki, jak ta blondyneczka, która stara się zapewnić mi miłą pobudkę. Są wspaniałe. Tak różnorodne… a jednocześnie takie same. Ich blask blaknie w ciągu godzin.

Kurwa… dobra jest. Nie śmiałbym jej przerywać. To nie przystoi, nie wyrzuca się za drzwi kobiety, która trzyma twój sprzęt w ustach. Wypada poczekać, aż skończy.

– Mmm… dzień dobry – witam się z dziewczyną, której imienia nie pamiętam. Otwieram oczy i spoglądam na wątłe ciałko i słodką buźkę, upaćkaną moim nasieniem. Jest niewinny uśmiech zupełnie nie pasuje do temperamentu. Dziewiętnastolatka. Takim niewiele trzeba, żeby wskoczyły facetowi do łóżka. Tak łatwo im zaimponować, że czasem nawet nie chce mi się zgrywać porządnego i miłego.

– Witaj, mój miły. Zrobić ci śniadanie? – pyta. Entuzjastycznie całuje mnie w usta i zeskakuje z łóżka.

Kurwa. Znowu to samo. Dwa spotkania i już się przywiązała. Najchętniej spędziłaby ze mną cały dzień, albo i więcej. Takie dziewczyny są jak szczeniaki. Wystarczy kilka razy je pogłaskać, a momentalnie się zakochują. Z tym, że w przypadku szczeniaków, często jest to miłość odwzajemniona.

– Obejdzie się. Muszę iść do pracy, a ty do szkoły – mówię ostro.

Dziewczynie najpierw rzednie mina, a później zaczyna się śmiać. Jej dziecinny chichot tylko mnie denerwuje, choć kilkanaście godzin wcześniej wydawał się uroczy.

– Jest czerwiec, a ja jestem po maturze, mój słodki głuptasku marcinkowy. – Wskakuje znowu koło mnie. Niech ją szlag.

– To nie zwalnia z pracy mnie. – Odtrącam ją i podnoszę się z łóżka. Nie mam siły ani ochoty na interesowanie się jej uczuciami. Ubieram się, sprawdzam, czy nie uszkodziła moich drogocennych aparatów fotograficznych, robię sobie kawę i zbieram się do wyjścia. Wyrzucam ją z mieszkania, nie zastanawiając się chociażby, czy ma czym wrócić do swojej wiochy. Interesuje mnie tylko moja praca. Mój ukochany salon.

Marta jest na szczęście od rana i zajmuje się wszystkim. Nigdy nie ma mi za złe spóźnień. Tym razem jednak wygląda na wściekłą. Grzywka ukrywa jej ściągnięte brwi. Patrzy na mnie z mordem w oczach, kiedy tylko przekraczam próg salonu.

– Dzień dobry, słonko. – Staram się ją pokrzepić uśmiechem. Nie reaguje, więc przybieram obronną postawę. Ostrożnie podchodzę bliżej, czekając na atak. W Martusi najwspanialsze jest to, że nigdy nie ukrywa swoich myśli. Nie boi się powiedzieć prosto z mostu wszystkiego, co ją męczy. Unikat wśród kobiet. Jeśli coś jej nie pasuje, od razu zwraca na to uwagę. W dodatku wszystko widać po niej na pierwszy rzut oka. To znacznie ułatwia kontakt. Jedna z nielicznych, które zdają sobie sprawę, że ludzie nie potrafią czytać w myślach i bywają niedomyślni.

– Komornik tu był – mówi ostro. Jest wściekła, więc staram się rozładować atmosferę.

– Chciał sobie zrobić zdjęcie, czy wywołać pamiątki z wycieczki na koszt osób, które zrujnował? – uśmiecham się. Marta przez chwilę daje się złapać. Spuszcza wzrok i unosi ku górze kąciki swoich różowiutkich ust. Malutkie usteczka to jej najpiękniejsza ozdoba. Z wiekiem kruczoczarne włosy przybrały barwę szarości, a intensywnie zielone oczy wyblakły. Mimo to, wciąż widać w nich mądrość i niezależność. To zawsze mi się w niej podobało. Gdyby tylko była 20 lat młodsza i nie miała męża, poważnie myślałbym o pierścionku zaręczynowym.

– Nie żartuj, Marcin. Tym razem zostawił to. – Wyciągnęła białą kopertę, na której widniała pieczątka rady komorniczej. Papier był rozerwany. Mogłem więc od razu sięgnąć po pismo, które kryło się w środku.

Zamarłem. Dotąd to były tylko groźby bez pokrycia. Właściciel pomieszczenia wściekał się o nieterminowe płatności, ale nie sądziłem, że naprawdę byłby w stanie zwrócić się z tym do sądu. Teraz stałem przed faktem dokonanym. Zażądał pieniędzy. Głównie za opóźnienia, za niezapłacony ostatni miesiąc, do tego wszystkiego odsetki, opłaty sądowe, opłaty komornicze, a na dokładkę opłaty za kolejną sprawę sądową. Tym razem za zniesławienie. Nagrał naszą kłótnię, w której niefortunnie nazwałem go kilkoma inwektywami. Na pozwie nie napisał mojego adresu, przez co o sprawie dowiedziałem się dopiero teraz. Oczywiście wygrał. W sumie do zapłacenia miałem kilka tysięcy. I sto dwanaście złotych w kasie. Kurwa…

– Powiedział, że jak nie zapłacimy w ciągu miesiąca, studio pójdzie pod młotek, a ty możesz nawet trafić do więzienia. Mówiłam ci, żebyś nad sobą panował, Marcin! Teraz mamy poważny problem.

– Ja mam – poprawiłem. Stałem chwilę bezradnie, dając sobie czas na przekazanie informacji z oczu do mózgu.

Marta coś mówiła, ale nie słyszałem jej słów. W głowie miałem tylko, że tracę salon. Mój wspaniały salon, na który wziąłem dwa kredyty. Wpakowałem w niego całe swoje zaangażowanie, dziesięć lat pracy i nagle miałem to wszystko stracić przez chwilowy kryzys? Jeszcze trzy miesiące temu mieliśmy wystarczającą ilość klientów i wiem, że to kwestia miesięcy, kiedy znowu będziemy ich mieć.

– Zajmij się dzisiaj salonem. Ja wracam do domu – rzuciłem, nie zwracając uwagi na jej reakcję. Nie mogłem stać w miejscu.

Kupiłem dwie butelki wódki i zamknąłem się w pokoju z telefonem. Desperacko szukałem ratunku. Musiałem coś wymyślić, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Po tygodniu zamiast żyć, snułem się jak cień. Próbowaliśmy wszelakich promocji, próbowałem rozmawiać z właścicielem, a nawet z jego żoną. I właśnie wtedy odkryłem, dlaczego skurwiel tak się an mnie uwziął. Żona wygadała mu, że się z nią przespałem i nie chciałem ciągnąć romansu na dłuższą metę. Jedna wkurzona dupa za dużo, przelała czarę wkurzonych dup i tym razem to mi dostało się po dupie.

Z wybawieniem przyszedł mi kumpel. Przypomniał o mojej największej zdolności – uwodzeniu kobiet. Podsunął pod nos gazetę, a w niej artykuł o babce, która wygrała w totka.

Na początku nie zrozumiałem. Z każdym kolejnym zdaniem, wszystko robiło się jednak coraz bardziej oczywiste. Kobieta z naszego miasta, samotna, młoda i niezbyt urodziwa. Cel idealny. Wystarczyło tylko przypadkiem na nią wpaść, zagadnąć, zabrać na kilka spotkań i oczarować, a na pewno poratowałaby swojego najwspanialszego mężczyznę na świecie. Kilka tysięcy to dla niej nic. Byłem gotów chwycić byka za rogi i zmienić swoje życie…

Nie mogę uwierzyć, że marna, ludzka istota potrafi powalać swoim pięknem. Tak daleki jest od ideału, a jednak coś w sobie ma. Te wykrzywione grymasem usta, zmarszczone brwi, podpuchnięte oczy, rozczochrane włosy. Aż chce się ich dotknąć. Niestety nie można.

Tak słodko śpi… czasem tylko mruknie coś niewyraźnie, przejęty snem. Grzechem byłoby przerywać mu odpoczynek, zresztą mimo największych chęci, nawet nie mogę. Nie wolno mi. Nie. Cóż za myśli mi do głowy wpadają?! Och, opanuj się! Żebym to ja jeszcze potrafiła…

Ach! Dotknęłam go! Tylko delikatnie, niemal nieodczuwalnie. Nawet nie poczuł, nie zauważył, nie obudził się. Z tej radości przemknęłam nad jego ciałem i opadłam tuż obok niego. Wciąż spał, a ja przyglądałam się jego zamkniętym oczom. Ryzykowałam, ale nie mogłam się dłużej powstrzymywać. Chciałam wreszcie się do niego zbliżyć, poczuć na skórze jego oddech. W końcu się na to odważyłam, a idąc za ciosem, chciałam jeszcze więcej. Bezszelestnie przesunęłam dłonią nad jego głową i przyłożyłam palce do czoła. Zamknęłam oczy, dzięki czemu mogłam zobaczyć, gdzie teraz podziewa się mój podopieczny.

Gdybym tylko mogła, zaczerwieniłabym się – chłopak właśnie uwodził kolejną dziewczynę. Był w tym mistrzem, każdą potrafił sobą oczarować. Siedział na ławce obok Katarzyny. Dobrze znałam jej stróża. Dziewczyna była miłością mojego podopiecznego od prawie roku, zresztą kto by mu się dziwił. Piękna, ponętna blondynka. Poruszała się z gracją, której mogłyby jej zazdrościć niektóre anioły. I do tego była inteligentna. Niewiele takich niewiast chodzi po świecie. Jeśli musiałabym wybrać kogoś dla niego, byłaby to właśnie ona. On jednak nie wiedział, jak się z nią obchodzić. Katarzyna miała silny charakter i tylko w jego snach była uległa jak baranek. Mój mistrz flirtu bardzo długo próbował ją do siebie przekonać, ale już po kilku pierwszych dniach wiedziałam, że ona w końcu mu ulegnie. Widziałam to w jej oczach, zresztą nawet jej stróż mi o tym mówił.

Tak to jest, że kiedy dwoje ludzi zaczyna kochać się z wzajemnością, ich aniołowie również zaczynają iść wspólną ścieżką. Z tym, że nie koniecznie musi im się to podobać. Owszem Khardis jest bardzo… nie wiem jak to określić, w każdym razie lubię go. Z tym, że wyłącznie, jako przyjaciela. W głębi duszy żywię wręcz nadzieję, że mojemu podopiecznemu udzielą się moje uczucia i nigdy z Katarzyną nie będzie, jednak wątpię bym miała cokolwiek do powiedzenia w tej sprawie. Moim jedynym zadaniem jest zapewnianie mu ochrony. Tu rodzi się pewien problem. Otóż… ja go kocham. No tak, większej głupoty być nie mogło – anioł stróż zakochany w swoim podopiecznym. Nawet nie wiem, jak to się stało. Nikomu się nie przyznam. Co to, to nie, zdegradowaliby mnie. Aniołom nie wolno się zakochiwać.

Po co więc dano nam serca? Kiedyś anioły nie maiły ani serc, ani uczuć, ani emocji, ani niczego, co ludzkie. Było dużo łatwiej. Bezwzględnie można było wykonywać swoje obowiązki. Potem ktoś mało inteligentny (czytaj – ten baran Gabryś) wymyślił, że stróżowie powinni czuć, żeby zrozumieć ludzkie działania. No i jesteśmy teraz tacy, jakimi nas stworzono. I szczerze powiem, że wcale nie rozumiem postępowania Olivera. Mój kochany podopieczny może mieć każdą dziewczynę, a chce tylko tych niedostępnych, które potem i tak mu się szybko nudzą.

W obecnym śnie Katarzyna jadła mu z ręki. Panowała ciemna noc, rozświetlana jedynie gwiazdami. Byli sam na sam, a on był tak romantyczny, jak jeszcze nigdy dotąd. Oparłam się o drzewo i obserwowałam rozwój akcji. Tak niewiele brakowało by zaczęli się całować. Tego nie lubiłam najbardziej. Chciałam znaleźć się na miejscu jednej z jego dziewczyn, móc poczuć na sobie jego pożądliwe spojrzenie, dotyk, zobaczyć swoje odbicie w jego ciemnych oczach. Chciałam poczuć, że raz w życiu to mnie pragnie. On nie był jak inni, nie szczycił się zaliczonymi dziewczynami. Co prawda mógłby je kolekcjonować, ale on tylko napawał się ich zdobywaniem, a potem puszczał wolno. Nie chciał ich zaliczać, zawsze dochodził do momentu kiedy to one mu proponowały pełne oddanie i właśnie wtedy czuł, że już dostał to, czego chciał. Zaczynał powoli się oddalać i szukać kolejnego celu. Tak było, dopóki nie trafił na Katarzynę. Z nią nie szło mu tak łatwo. W końcu i ją zdobył, ale nawet po odhaczeniu jej na swojej liście, lubił wracać do wspomnień o niej. I nagle sen się urwał.

Chłopak otworzył oczy i przeszył mnie spojrzeniem. Przerażona po prostu rozpłynęłam się w powietrzu i zmaterializowałam się za drzwiami jego łazienki. Serce waliło mi, jak oszalałe. Zaryzykowałam i teraz mogło to mieć dla mnie tragiczne skutki. Gdyby ktokolwiek dowiedział się, że… nie, nawet nie chce o tym myśleć.

Stuknęłam nadgarstkiem w ścianę i przeszłam przez nią już jako byt niematerialny. Chłopak uniósł się do siadu i nie wiedząc do końca, co właśnie się wydarzyło, rozglądał się po całym pomieszczeniu. Trwało to może z trzy minuty, które wydawały mi się być wiecznością. W końcu nabrał powietrza głęboko do płuc i położył się z powrotem. Dłuższy czas jeszcze nie spał, a ja stałam nad nim, modląc się o ukojenie dla jego nerwów. Kłamałam. Kłamałam w modlitwie do samego Boga. Jako powód jego rozbudzenia podałam zły sen, a nie swoje pojawienie się. Och, zgniję w piekle. Ogłoszą mnie upadłym aniołem, jak tylko się dowiedzą.

To było piękne! Z pewnością na długo ta chwila pozostanie w mojej pamięci. A pamięć to mam akurat niezawodną. Sposób w jaki na mnie spojrzał przez ułamek sekundy sprawił, że mam nowe pokłady energii by spełniać swoją funkcję. Gdy tylko zasnął, zaczęłam tańczyć w powietrzu, tuż nad nim. W uszach brzmiały mi jego ulubione piosenki.

Cieszyłam się całą noc, by nad ranem znów ukrywać się przed nim. Zbudził się wesoły, jakaś wewnętrzna radość go rozpierała. Kiedy spojrzał w lustro, uśmiechnął się do siebie. Zawsze to robił, ale tym razem jakoś inaczej mu wyszło. Chciałam wiedzieć wszystko. Przez myśl przeleciało mi, że to nasze nocne spotkanie wprawiło go w tak szampański nastrój. Cieszyłam się z każdą chwilą jeszcze bardziej. Dopóki nie spotkał się po szkole ze swoim przyjacielem.

– Widziałem ją we śnie. Niezwykła. Inna, niż wszystkie. Zrobię wszystko, by tylko móc znów ją zobaczyć – usłyszałam pomiędzy jego słowami. Mówił coś innego, ale myślał o tym tak intensywnie, że jako jego stróż zaczęłam wychwytywać myśli. Bardzo rzadko się to zdarzało. Myśli podopiecznych słyszymy tylko, jeśli mają naprawdę silne postanowienia. Takie rzeczy dzieją się zwykle w przypadku, kiedy podopieczny chce kogoś zabić, albo popełnić samobójstwo. Nigdy jeszcze nie słyszałam czegoś takiego w odniesieniu do dziewczyny. Właściwie nie chodziło o jakąś dziewczynę, tylko o mnie, co było jeszcze gorsze. Nie wiedziałam jak zareagować, a poradzić się nie mogłam.

Następnej nocy Oliver miał bardzo niespokojny sen. Mnie również dręczyły koszmarne myśli. Sobie pomóc nie mogłam, a bałam się schodzić znów do niego, w obawie, że może się po raz kolejny obudzić. W końcu jednak nie wytrzymałam i dotknęłam jego czoła. Zadziałało to jak lek przeciwbólowy. Chłopak rozluźnił mięśnie, a jego twarz przybrała neutralny wyraz twarzy. Był tak spokojny, że odważyłam się położyć. Na chwileczkę, tylko króciutki urywek sekundy. Urywek, który odrobinkę się przeciągnął. On nie miał zamiaru się budzić, a mi nie spieszyło się zmieniać pozycji.

Położyłam dłoń pod głowę i przyglądałam się jego obliczu. Kołdra unosiła się i opadała nad jego klatką piersiową. Chciałam się do niego przytulić, ale było to ryzyko na jakie nie mogłam sobie pozwolić. Zasnęłam przy nim. Obudziłam się nad ranem i znalazłam jego rękę na swoim biodrze. Przytulał się do mnie. Choć nie chciałam, musiałam jak najszybciej zniknąć. Rozpłynęłam się więc w powietrzu, a chwilę później chłopak rozchylił powieki i podniósł się z łóżka z tym samym uśmiechem, co ostatniego poranka. Znów poszedł do szkoły i po raz kolejny zaczęłam słyszeć jego myśli, tym razem podczas, gdy odpowiadał na lekcji. Jego słowa tyczyły się jakości gleb w kraju, a myśli krzyczały:

– Była blisko, czułem to! Muszę ją znaleźć! Potrzebuję jej! Czułem jej zapach, ciepło, bijącą od niej harmonię. Gdzie jesteś mój aniele?

Moja radość sięgała bram niebios, a jednocześnie obawy pukały już do pierwszych piekielnych kręgów. Przez kolejny tydzień próbowałam sobie wmówić, że to niedorzeczne, a mimo to zawsze lądowałam obok niego w łóżku i za każdym razem przyglądałam mu się z tak bliska, że niemal czułam jego oddech. Przez tyle czasu nikt się nie dowiedział o moich wybrykach. Jego myśli wrzeszczały, jakby był żywcem obdzierany ze skóry, a mimo to nikt z góry nie reagował. Pozostawało mi tylko ukoić jego pragnienia swoją obecnością, którą uznawał za piękny sen. W końcu było to niegroźne i przyjemne dla nas obojga. Po osiemnastu latach służby, chyba należało mi się chociaż odrobinę ukojenia. Czerpałam z tego całą sobą, wstawałam przed nim, a on promieniał radością każdego dnia. Dzięki temu poprawił wyniki w szkole, załagodził konflikt z rodzicami, zaczął pomagać ludziom jako wolontariusz. Stał się lepszym człowiekiem, a co cieszyło mnie najbardziej, przestał uwodzić dziewczyny. Od tamtej nocy próbował z kilkoma, które oczywiście bez oporów mu ulegały, ale rezygnował z nich dużo szybciej, jakby w każdej czegoś mu brakowało.

Mijał tydzień za tygodniem, a ja wciąż nawiedzałam go po zmroku. Co zabawne, był wielkim wielbicielem nocy, uwielbiał późną porą przesiadywać przy muzyce, a teraz zaczął kłaść się spać szybciej, niż rodzice. Czułam, że i on chce być blisko mnie. Zdążyłam się już oswoić z jego obecnością.

Jak miałam w zwyczaju, odczekałam kilka minut po jego zaśnięciu i położyłam się obok. Mruknął coś niewyraźnie, ale nie przejęłam się. Ostatnio nawet zaczynał gadać przez sen, a ja słuchałam wszystkich bredni bez ładu i składu. Mruknął ponownie i na jego usta wypłynął delikatny uśmiech. Przesunął dłonią po pościeli. Zaczynało mnie to bawić. Zachichotałam cichutko, uciekając dłonią, przed jego palcami. Naznaczył wokół siebie półokrąg i położył dłoń na poduszce. Mlasnął dwa razy i odetchnął spokojnie. Spał. Słodko, słodko spał.

Chyba każdego przeraziłby w tym momencie fakt, że nagle otworzył oczy i jednocześnie złapał mnie za nadgarstek. Nie zdążyłam uciec. Zresztą trzymał mnie, więc nie miałam jak się ulotnić. Przesunął się nade mnie i dopiero wtedy zauważył rozłożyste skrzydła, które przygniatałam, co nie było dość przyjemnym uczuciem. Zdziwiony przesunął ręką po moich białych piórach. Był tak zszokowany, że musiał dotknąć puchu obiema rękami. Nie czekając dużej, uciekłam. W przeciągu setnej sekundy zniknęłam z jego łóżka. Pojawiłam się nad nim, ale już bezosobowo. Zaczął nerwowo przesuwać rękami po pościeli, w poszukiwaniu mojej cielesności.

– Anioł… – wyszeptał do siebie. – To był anioł. Wiedziałem. Zbyt niemożliwa, by była prawdziwa – zaczął głośno myśleć. Ścisnął w pięści skrawek pościeli i uderzył w poduszkę, po czym zerwał się z łóżka i spojrzał w sufit.

– Aniele! Wróć do mnie! Nie musisz się bać, nic ci nie zrobię! Proszę, wróć! Jeśli uszkodziłem ci skrzydła, to przepraszam. To dla mnie po prostu nowość, musiałem dotknąć. Proszę, wróć! Wiem, że mnie słyszysz! Nie musisz się bać! – Zaczął wykrzykiwać. Jeszcze chwila, a obudzi rodziców, a ci z kolei, jak tylko go usłyszą, uznają syna za wariata i zamkną z prawdziwymi świrami. Nawiasem mówiąc, tak właśnie doprowadza się ludzi do obłędu – pokazując się, podszeptując, namawiając. Niektóre anioły są wredne. Ja nie chciałam skazywać swojego podopiecznego na taki los. Pojawiłam się więc w rogu pokoju.

– Nie byłbyś w stanie mnie skrzywdzić. A bać się ciebie nie muszę, bo znam cię lepiej, niż ty sam siebie znasz – odpowiedziałam. Obrócił się gwałtownie w moją stronę i wdzięcznym wzrokiem próbował ogarnąć całą moją sylwetkę. Uśmiechnął się tak radośnie, jak wtedy, gdy będąc małym dzieckiem dostał pierwszy prezent od Mikołaja.

– A więc jesteś aniołem. – Ruszył w moim kierunku i zatrzymał się o krok. Nie wiedział, czy może mnie dotknąć. Zapewne bał się, że znowu zniknę, ale tym razem chciałam zostać. Skoro złamałam już tyle zasad, mogłam złamać też kolejne. Uśmiechnęłam się pokrzepiająco, co dało mu wystarczająco dużo pewności siebie, by wyciągnąć rękę i przejechać po jedwabnej sukience, którą miałam na sobie. Tak, jak skrzydła, była ona cała biała i mieniła się w świetle księżyca. Niewiele zakrywała. Dłoń Olivera wylądowała w końcu na moim ramieniu, a chłopak przemierzył dzielącą nas odległość. Przesunął opuszkami palców po materiale i chwycił mnie za rękę.

– Aniołem – powtórzył. – Moim stróżem? – Kiwnęłam głową twierdząco. – Gdybyś nie miała skrzydeł, mógłbym pomyśleć, że jesteś człowiekiem – stwierdził, uśmiechając się wesoło. Spuścił głowę, lustrując dokładnie nasze splecione palce. Zapadła długa cisza, w czasie której chłopak przyglądał mi się uważnie, a ja tylko podążałam za jego wzrokiem i odpowiadałam miłym uśmiechem. – Mogę? – zapytał w końcu, wskazując na skrzydła. Przytaknęłam, przesuwając się na środek pokoju, gdzie rozłożyłam skrzydła w celu pokazania ich okazałości. Zachwycił się, dotykał ich, przytulał twarz, głaskał, po czym podszedł od tyłu i wchodząc pod skrzydło, zbliżył usta do mojej szyi. Pisnęłam cichutko i aż otworzyłam usta, kiedy jego wargi zaczęły mnie dotykać. Oderwana od rzeczywistości, musiałam się szybko pozbierać, a w tym celu trzeba mi się było jak najszybciej odsunąć. Tylko kto by chciał się odsuwać? Jednym, zwinnym ruchem obróciłam się w jego stronę. On także nie wiedział, jak się zachować. Byłam w końcu jego aniołem stróżem, a on próbował mnie całować. To nie do końca jest… normalne. Już to, że się pokazałam odbiegało od normy. A mnie i tak było mało, wdałam się w rozmowę, pozwoliłam się dotykać, a teraz miałam coraz większą ochotę posunąć się jeszcze dalej i dać się pocałować.

– Masz jakieś imię, aniele? – zapytał, przyglądając się moim ustom. Nie wiem czy starał się odczytywać z nich słowa, czy myślał o tym, co ja.

– Jestem Orea, Oliverze – odpowiedziałam swoim najsłodszym głosem. Inaczej nie potrafiłam do niego mówić. Słysząc to, powtórzył cicho kilkakrotnie moje imię.

– Oreo, mam nadzieję, że cię to nie obrazi. W końcu dobrze mnie znasz i wiesz, że robię to z miłości – stwierdził, a na jego ustach pojawił się ten sam cwaniacki uśmiech, który przywdziewał przy swoich dziewczynach.

Tak też spełniło się moje marzenie, stałam się jedną z nich. Był przy mnie, dotykał mnie, a w jego oczach malowało się dzikie pożądanie. Zbliżył się i wpił we mnie swoje gorące, wilgotne wargi. Przesunął rękę na mój kark, przyciągając do siebie jeszcze mocniej, w czasie kiedy palce drugiej dłoni już zaczynał przesuwać w kierunku biodra. Zrobił krok w przód, napierając na mnie tak, że musiałam się cofnąć. Na chwilę przerwał pocałunek, by chwycić mnie w pasie i wziąć na ręce. Nie protestowałam. Skuliłam skrzydła i dałam się położyć na łóżku. Chłopak szybko usiadł obok i odgarnął mi włosy na bok. Powrócił do obdarowywania mojego ciała pocałunkami. Mruknęłam. A może jęknęłam? Nie wiem, ale było mi bardzo przyjemnie. Uśmiechałam się do siebie, dziękując mu za delikatność. Widziałam, jak traktował niektóre swoje dziewczyny, zdarzało mu się brutalnie brać to, czego chciał, a teraz wystarczało skinięcie ręką i podążał za nią. Zdarzyło mi się to sprawdzić, gdy ustami dojeżdżał w okolice, gdzie kobiety mają swoje mleczarnie. Ja czegoś takiego nie posiadam, choć wzgórki są. Nie chciałam by zbyt szybko je odkrywał. Wystarczyło skinienie i jego usta znalazły się ponownie na moich. Mimo delikatności, wytrwale dążył do celu, przesuwał się nade mną i zaczynał zapuszczać się pod moją białą sukienkę, która miała wskazywać niewinność. Anielska biel. Cóż ja najlepszego robiłam? Oddawałam się ludzkim przyjemnościom, łamałam najważniejsze zasady.

– Oliverze – odezwałam się w końcu. Chłopak spojrzał mi głęboko w oczy, czekając na ciąg dalszy. – Obiecaj, że o tym zapomnisz. Nie powiesz nikomu, co stało się tej nocy. Obiecaj, że to pozostanie tylko między nami.

– Obiecuję – zapewnił. Uśmiechnęłam się spokojnie. Podniosłam się odrobinę i raz jeszcze dotknęłam ustami jego ust, po czym zniknęłam.

Już więcej nie dałam mu się zobaczyć, choć czasem zdarza mi się kłaść obok i wspominać tę wspaniałą noc.

Jak wygląda normalny dzień w szpitalu? Mnie nie pytajcie! Jestem tylko niczemu nie winnym praktykantem w tym dziwnym miejscu. Nie wiem nawet, jakim cudem się tu znalazłem. Zaczęło się od niewinnych zabaw z koleżankami w piaskownicy. Później, jak byliśmy odrobinę starsi, badałem czy koleżanki nie mają zbyt wysokiego ciśnienia po zajęciach w-fu i było to bardzo przyjemne dla obu stron. Potem moja matka wymyśliła, że byłbym idealnym ginekologiem, gdyż albowiem kocham kobiece ciała i podobno nawet własnej matce pod spódnicę zaglądałem. Tak, to jej wina! Ona kazała mi nauczyć się rzemiosła, a potem...

A potem to właściwie niewiele pamiętam.

Wiem, że szedłem sobie normalnie ulicą w czerwonej bluzie, wracając od chorej ciotki, która służyła mi za obiekt doświadczalny, a potem coś mnie uderzyło w głowę. Jak się tu znalazłem, wciąż nie jestem pewien, ale jedno wiem na pewno – ten szpital jest dziwny!

Co chwile miotają się jakieś podejrzane istoty i nie byłbym stuprocentowo pewny, czy wszyscy są ludźmi... sprzątaczka wgląda na zombie, a ordynator ma coś z krwiopijcy. Zastanawiałem się nad połączeniem komara i człowieka, ale... jakby to mogło powstać? Nie chcę wnikać, bo znowu coś spieprzę i moja szefowa się zdenerwuje, a tego nie chcę, bo zła wygląda nadzwyczaj dobrze. Boję się tylko i wyłącznie dlatego, że kolega, który był ze mną na stażu, raz upuścił worek z krwią i ona wyglądała dosłownie jakby chciała go pożreć. Wzięła go na rozmowę w pokoju lekarzy, po czym... chłopak nagle zniknął. Więcej go nie widziałem. Nie chcę skończyć tak samo.

– Ależ tu parszywie śmierdzi. – Pokręciła nosem jedyna koleżanka, jaka mi tu została. Dziewczyna miała najwyraźniej jakichś indiańskich przodków, bo wyglądem przypominała Pocahontas i w szpitalu co chwilę narzekała na zapach.

– Nic nie czuję, Leah. – Wzruszyłem ramionami i skręciłem do sali z moim pacjentem.

– Ty nigdy nic nie czujesz, Jim – warknęła. Jeszcze chwila, a zaczęłaby szczekać.

– Spokojnie, płoszysz pacjenta – uciszyłem ją. – Dobrrry, pani Meyer. Jak tam głowa?

– Chyba... chyba lepiej. Miałam przedziwny sen. Goniły mnie wampiry, a kiedy im się cudem wymknęłam, wpadłam prosto na bandę wilkołaków – powiedziała przejęta.

– Wampiry i wilkołaki nie istnieją, obejrzała pani za dużo filmów. – Prychnąłem, zapisując, że miała czwarty raz ten sen. Podejrzewam wstrząs mózgu, ewentualnie schizofrenię.

– Jaaaaasne, że nie istnieją – potwierdziła Leah, drapiąc się po swojej gęstej czuprynie.

– Ale.. ale... ja widziałam, nawet pisałam o nich. To było...

– To tylko zły sen, pani Meyer – uspokoiłem ją.

– Wilkołaki, one... ja je widziałam, pamiętam ich twarze. One chciały mnie zabić.

– To tylko sen – przypomniałem i wyszedłem z sali. Dopiero na korytarzu zauważyłem, że Leah zniknęła. Rozejrzałem się dookoła, po czym wróciłem do sali. Zastałem dziewczynę z tasakiem w ręce, szykującą się do zadania biednej kobiecie ciosu odbierającego życie.

– Co ty robisz?! – Zdziwiłem się. Przestraszona podskoczyła i schowała tasak za plecy.

– Nic – odpowiedziała. Szeroko się uśmiechała, co u niej było zdecydowaną rzadkością.

– Po co ci ten tasak?

– Jaki tasak? – Udawała, że nie wie o czym mówię.

– Ten, który chowasz za plecami!

– Aaa... ten? To... to... do paznokci – wymyśliła.

– Tasak?!

– Ja ci nie mówię, czym masz sobie wycinać skórki! – Oburzyła się, zarzuciła włosami i wyszła pośpiesznie z sali. Westchnąłem beznamiętnie i obejrzałem panią Meyer, upewniając się, że nie ma nic odciętego. Brakowało tylko ucha i jednego oka. Stan był niemal nienaruszony. Wróciłem do wizytacji. Następny był potężny mężczyzna, który twierdził, że nazywa się Dominator i nie pozwalał mówić do siebie inaczej.

– Strong man! Yeeeeeeah! – warknął groźnie, po czym popękały mu naczynka krwionośnie w oczach i stracił wzrok. Bałem się do niego odzywać. Zdarzało mu się przyduszać lekarzy, a ja nie byłem jakimś znowu przypakowanym chłopakiem. Posiadam raczej przeciętną budowę i nie mam czym szpanować przed laskami, takimi jak młoda doktor Cullen…

Ach, blondynka, idealna budowa, idealna fryzura, idealne ciało, idealna koordynacja ruchowa, idealny głos... i cała jest idealna. Ilekroć przechodzi obok, nie mogę oderwać od niej wzroku. Jej ojciec też tu pracuje, tak jak zresztą cała rodzina. Ojciec, matka, dwaj bracia i siostra... albo brat i siostra? Nie jestem do końca pewien, w każdym razie dwoje z nich publicznie okazują sobie sympatię. Dziewczyna o chochlikowatym wyglądzie i blondyn z burzą loków, gapiący się na każdego pacjenta jak na przekąskę.

Ten, który najbardziej przypomina jej brata, to doktor Edward Cullen. Z wyglądu przypomina trochę mnie. Tyle, że laski na niego lecą, twierdząc, że przypomina im jakiegoś tam Pattisona. No i jeszcze jest bardziej umięśniony i jego włosy lśnią jak po tonie żelu, no i jest przystojniejszy i jak raz przybił mi piątkę, to mi prawie ręka odpadła, ale poza tym to jesteśmy podobni. No dobra, może nie do końca... on jest rudy, a ja jestem szatynem i różnimy się prawie pod każdym względem... ale poza tym jesteśmy prawie identyczni.

– Chuderlak, co u pacjentów? – Zza filara wyłonił się On. Ten, którego nie znoszę najbardziej. Emmett flirtował z moją cudowną doktor Cullen. Paker zasrany. Nie cierpię go!

– Dobrze, jeszcze żyją.

– Doktor Cullen! Uwielbiam ten kostium! Mówi: jestem profesjonalistką, ale i kobietą. A właściwie to drugą część wykrzykuje. Mmmm... podoba mi się. – Zbliżył się do mojej cudownej pani doktor i... i... aż mi to ciężko powiedzieć... przytulił ją!

– Doktorze, nie tutaj. – Uśmiechnęła się miło i zniknęli za drzwiami gabinetu. Zacisnąłem pięści do białości i chciałem się wyżyć na metalowej tabliczce z drzwi, jak to zwykle robi doktor Edward, ale mi skubana nie chciała ulec tak szybko jak jemu i tylko pokaleczyłem sobie palce. Szalony doktorek Jasper zaczął łypać na mnie wzrokiem, jakim pożeram zwykle pacjentów. Chochlikowata Alice złapała go za rękaw i zaczęła mu coś szeptać na ucho, po czym wbiegł Carlisle wykrzykując: „Samokontrola! Samokontrola!”. Przerażony jego wzrokiem, uciekłem do pierwszej lepszej sali. Leżał w niej akurat mały chłopiec. Miał  wielki opatrunek na głowie.

– Czy głowa nadal cię boli? – zapytałem opiekuńczym tonem.

– Czy ty jesteś kretynem?

– Chłopcze, spokojnie, bo cię wypiszę.

– Ściskam głowę z bólu, a ten mi się pyta, czy mnie boli!? Kim ty jesteś, studentem medycyny? Urządzili ci wczoraj przyjęcie podyplomowe, do rana świętowałeś i masz kaca?!

– Nie świętowałem, jestem zakochany.

– Zejdź mi z oczu. – Machnął ręką, wskazując mi drzwi.

– Przepraszam. Robię, co w mojej mocy

– Powiem ci coś, bo cię lubię. Twoje „robię, co w mojej mocy” jest do dupy!

– Mówisz, głowa cię boli?

– Taaaaaaaaaaaaaaaak! – wydarł się, naśladując traktor.

– Dobrze, przepisze ci coś przeciwbólowego. Co chcesz brać?

– Nie wiem! To ty tu jesteś lekarzem! Coś z morfiną!

– Dobrze.. więc... Apap będzie w sam raz – stwierdziłem, zapisując chłopcu na kartce nazwę leku. – Tylko nie więcej, niż trzy tabletki dziennie, bo to szkodliwe.

– Apap?! Ja ci dam Apap! – Zrobił się fioletowy i zaczął wstawać z łóżka, a ja prawie płacząc uciekłem z gabinetu. Spojrzałem na zegarek w holu i zauważyłem, że troszeczkę się zasiedziałem. Wkrótce zamykali szpital. Ruszyłem w kierunku szatni w podziemiach szpitala. Przemknąłem obok kostnicy, w której coś dziwnie szumiało. Przebrałem się i powoli wyszedłem. Kiedy przekroczyłem drzwi budynku, przypomniało mi się, że nie życzyłem miłej nocy mojej dr Cullen. Obejrzałem się za siebie i dostrzegłem, że światła w środku zaczynają powoli gasnąć, a wkrótce zacznie się nocna zmiana. Zerwałem kilka tulipanów z korzeniami ze szpitalnej rabatki i ruszyłem do środka.

– Lucy, gdzie jest doktor Cullen? – zapytałem recepcjonistki, która była strasznie blada i wychudzona, że o lodowatych dłoniach nie wspomnę.

– Który doktor Cullen?

– Doktor Rosalie – odpowiedziałem rozmarzony na samo brzmienie jej imienia.

– Best of both world! Yeaaaah! – Przez korytarz przebiegło blond czupiradło, wymachując mikrofonem ukradzionym z kaplicy.

– W stołówce – odpowiedziała bez zawahania. – Znaczy w... yyy... izolatce. Proszę jej w żadnym wypadku nie przeszkadzać – poprawiła się szybko.

– Oczywiście, poczekam na nią. – Wskazałem jedną z sal, by odwrócić uwagę kobiety. Odszedłem niepozornie kawałek dalej, po czym pomknąłem wprost do izolatki, gdzie leżała młoda gwiazda jakiegoś filmu o słońcu z firmy Sony, którego nie do końca pamiętam. Kemi, Remi, Nemi? Coś w tym stylu. Charakterystyczny w niej był zwłaszcza uśmiech. Cieszyła się z wszystkiego i do każdego, zupełnie jakby była po operacji poszerzania paszczy. Lubię tą małą. Powinna teraz spać, a doktor Cullen zapewne wykonuje standardowe badania.

Drzwi szpitalne miały to do siebie, że strasznie skrzypiały przy powolnym otwieraniu, więc jednym szybkim szarpnięciem otworzyłem izolatkę i w szoku upuściłem kwiaty.
Moja cudowna Rosalie całowała szyję dziewczynki! Czyżby była lesbijką?! Pedofilem?!
Jeszcze dziwniejsze było to, że dziewczynka wciąż spała, a z każdym oddechem spuszczała się, jak materac, z którego wyjęto korek.

– Rose?! – jęknąłem przerażony, a moja cudowna doktor popatrzyła na mnie z żądza mordu w oczach. –  Znaczy, doktor Rose, doktor Cullen – poprawiłem się szybko, a ona odsunęła się od pacjentki i podeszła do mnie, łagodnie się uśmiechając.

– To nie tak jak myślisz. Wcale nie wysysałam z niej krwi – zaczęła.

– Nie wysysałaś z niej krwi? A co ty jesteś jakiś wampir? To najgłupsza wymówka jaką słyszałem. Rosalie przyznaj się, czy ty jesteś lesbijką? – zapytałem z obrzydzeniem do tego słowa. Jeśli okazałoby się to prawdą, to moje życie legnie w gruzach.

– Les... czym? – zapytała, odsłaniając ręką swoje cudowne usta.

– Piłaś sok pomidorowy? Ubrudziłaś się. – Wykorzystując fakt, że była bardzo blisko, odważyłem się dotknąć jej skóry. Była jedwabiście miękka i cudowna w dotyku.

– Ubrudziłam się? – Zaczęła się miotać. – Cholerne tętnice – mruknęła pod nosem.

– Zawsze mam z nimi problem, biją tak szybko... moja też bije strasznie szybko, a serce prawie mi przy tobie wyskakuje. – Zebrałem się na wyznania, bo to być może pierwsza i ostatnia chwila prywatności, jaką dał nam los. Znów się do mnie obróciła.

– Tak? Mmm... pyyysznie. – Oblizała swoje przepiękne, krwistoczerwone usta.

– Ty też to czujesz? – zapytałem z nadzieję, że najpiękniejsza kobieta na świecie odwzajemnia moje uczucia. Wciągnęła powietrze nosem i zamknęła oczy, mrucząc ponętnie.

– Taaak, pani Meyer się skaleczyła. – Otworzyła nagle oczy i wyszła szybko z sali. Wyleciałem za nią, ale zgubiłem się już na pierwszym zakręcie. Niesamowite, jak szybko biegała. Zupełnie jakby miała nadludzkie zdolności. W dodatku to niezawodne przeczucie. Wszystkie jej cechy tworzyły cudowną doktor Cullen.

– Czego tu?! – usłyszałem jej głos i pogoniłem za nim.

– Zostaw! – warknęła Leah. Nie spodziewałem się, że o tej porze jeszcze ją zastanę. Kiedy wszedłem do sali, doktor Cullen siłowała się z Pocahontas.

– Drogie panie, o co chodzi?

– Ona ma siekierę! – krzyknęła Rose.

– Spokojnie, nic ci nią nie zrobi, to do paznokci – zapewniłem.

– Nie zabijesz Stefi! „Midnight Sun” jeszcze nie dokończone – wymamrotała pod nosem doktor Cullen.

– Dlatego ją zabiję! Słyszałam wizję Alice, Bella wybrała wampira, Jacob się załamie!

– I dobrze, burku zawszony, tak ma być – odpowiedziała jej.

– Cholerna pijawka!

– Skundlona sucz! – Zaczęły się wyzywać.

– Dziewczyny, schowajcie pazurki. Może błotne zapasy? – zaproponowałem, a one przestały się siłować i spojrzały na mnie zdziwione. – No co? Pomarzyć nie można?

– Wydrapię ci oczy! – warknęła Leah.

– No dawaj, sunia, zobaczymy. Mnie można tylko spalić, muahahahaha! – Zaśmiała się złowrogo Rosalie.

– W kieszeni mam benzynę i zapałki. – Leah zatarła wesoło ręce.

– Niech rozsądzi jedyny sprawiedliwy. – Wszedł nagle Edward i oparł się o framugę ze swoim łobuzerskim uśmiechem, takim jak najbardziej lubię. Zaskakujące, jak często pojawiał się znikąd i był zawsze bardzo blisko.

– Wąchasz mnie? – zdziwiłem się.

– Nie. – Odsunął szybko swoje nozdrza od mojej koszuli.

– Rozsądź więc, Edek – poparłem jego propozycję.

– Zaprawdę powiadam wam, posiekajcie ją na kawałki i podzielcie się po równo. Wszyscy będą najedzeni, a Bella nie będzie robić głupich min i całować jej nie będę musiał – stwierdził w filozoficznej pozie.

– Co? – zapytałem w czasie, gdy cała reszta stała zamyślona.

– Dobry pomysł. Nie spodziewałam się, że poprę śmierdziela – uśmiechnęła się Leah.

– Jakiego śmierdziela? Wypraszam sobie, myłem się tydzień temu, a ten podkoszulek nosze zaledwie od trzech miesięcy – oburzył się rudzielec.

– To by tłumaczyło pchły na stołówce – zaczęła się zastanawiać jego siostra.

– Ups, przepraszam. – Leah się skuliła i wyszła szybko.

– Widzę! – Podniosła się nagle pani Meyer.

– Masz wizje? – zdziwił się rudy. – A to nie Alice jest jasnowidzem?

– Widzę! Taylor Swift wystąpi w od przedszkola do Opola!

– A będzie tam Kannye West? – zapytał zaciekawiony.

– Nie.

– Łe, to będzie nudno – stwierdzili jednocześnie Rose i Edward, po czym wyszli z sali. Nic nie rozumiałem z tej sytuacji, więc wolnym krokiem ruszyłem przed siebie do wyjścia. Zbyt wiele się działo tej nocy. Gdy szedłem korytarzem, nagle zaczęły gasnąć wszystkie światła.

– Auuuuuuuu! – usłyszałem wycie wilka i przyspieszyłem kroku. W dali słychać było, jak zegar wybija północ. Szybciej, niż teraz, jeszcze w życiu nie chodziłem.

– Do widzenia, panie Beam. – Pomachała mi recepcjonistka, którą o dziwo zauważyłem, bo wyglądała jakby się nasmarowała białą farbą fluorescencyjną i świeciła.

– Do zobaczenia, pani Frankline Stein – pożegnałem się, a kobiecie odpadła głowa, przytaczając się pod moje nogi. Podniosłem ją i podałem biedaczce.

– Dzięki – odpowiedziała, uśmiechając się i usadowiła ją na właściwym miejscu.

– Nie ma za co, trzeba mieć głowę na karku. Do widzenia – powtórzyłem raz jeszcze i ruszyłem znów wesoło ku wyjściu, zatrzymując się dwa kroki dalej. Szybko wróciłem. – Nie chcę przeszkadzać, ale... czy pani właśnie odpadła głowa? – zapytałem, niedowierzając temu, co przed chwilą się wydarzyło.

– Tak, niestety. Tak to jest z tymi gwarancjami w Biedronce. Nawet części wymienne są wadliwe, a Kropelka klei tylko palce – westchnęła.

– Mogłaby pani na chwilę... no wie pani.. zdjąć głowę?

– Jasne. – Wzruszyła ramionami i pociągnęła się za włosy, a jej głowa samoczynnie z plaskiem odskoczyła od tułowia.

– Dziękuje – stwierdziłem, po czym zemdlałem od nadmiaru wrażeń.

* * *

– Zjemy go? – usłyszałem czyjś głos.

– A jak się obudzi?

– Racja. Niedobrze, jak żarcie wierci się na talerzu, ale świeże jest najlepsze.

– Może morfiną go?

– Nie, smakuje, jak olejek do ciasta, fuj – skwasił się pierwszy głos.

– Racja. To co? Czekamy, aż sam kopnie w kalendarz?

– Nie ma tu żadnych kalendarzy – powiedział kobiecy głosik, w którym rozpoznałem chochliczą doktor Alice.

– Nie mogę się powstrzymać!

– Edward, spokój! – uspokoiła go moja wybawczyni, mój anioł, moja Rosalie.

– Samokontrola, samokontrola, tylko ty możesz to zrobić – dodał Carlisle.

– Nie mogę powstrzymać tego uczucia! – jęknął.

– Ty kochasz Bellę – przypomniała mu Alice.

– Ale on pachnie lepiej, niż Bella – jęczał Edward.

– To kupię jej perfumy z najwyższej półki, pasuje? Jest akurat zniżka na Rexonę w Tesco – stwierdziła Rosalie, a ja wreszcie podniosłem głowę.

– Gdzie ja jestem? Czy to już przystanek Woodstock?

– Nie, wciąż szpital, zemdlałeś cieciu – odezwała się swoim cudownym głosem Rosalie, odrzucając na bok anielskie blond włosy.

– Ale cię uratowaliśmy. – Edward zbliżył się do mnie, aż czułem jego lodowaty oddech na policzku.

– A teraz cię zjemy. – Zatarł ręce ucieszony Jasper.

– Mam dla ciebie prezent. – Edward wyjął zza placów małe pudełeczko.

– Dzięki, stary. – Ucieszyłem się i zacząłem go odpakowywać. Nagle zaciąłem się papierem i jęknąłem cicho: – Papercut.

– Nie... znowu? – westchnął Edward i złapał Jaspera za gardło.

– Poczekaj! – Przerwał mu Emmett. – Trzeba zmotać jakiś fortepian – stwierdził i zniknął.

– Gdzie on jest? – niecierpliwiła się Rosalie, zerkając na zegarek. W końcu chłopak wrócił i postawił na ziemi keybord. Wszyscy popatrzyli na niego zdziwieni.

– No co? Podobno Nick Jonas napisał na nim „A little bit longer”. – Wzruszył ramionami, a reszta obudziła się z bezruchu i Edward rzucił Jasperem wprost na keyboard, który rozpadł się w drobny mak.

– Auuuuuuuuuuuu! – Wpadła nagle Leah.

– A ty tu czego, bura suko? – prychnęła Rose.

– Nie oddam Jima! Uratuję cię! Auuuu! – zawyła i chwyciła mnie w pasie, porywając z Sali. Wybiegła nie mam pojęci gdzie, bo pędziła zbyt szybko, by mój wzrok nadążał. W końcu się zatrzymała i spojrzała na mnie wesoło.

– Co to, kurna, miało być?! – wybuchłem.

– To.. to... nie podziękujesz mi nawet? – zmieszała się.

– Za co? Za ten rollercoster, który mi zapewniłaś?!

– Ty niewdzięczniku! – Zatrzęsła się, po czym buchnęła z niej para i przede mną stanął wilk z irokezem i kilkoma kolczykami w uchu. Popatrzyłem się na niego zdziwiony.

– Hau hau! [no co? Nowa moda!]

– Leah? – zapytałem, a wilk pokiwał twierdząco głową. Uśmiechnąłem się uprzejmie.

– Aaaaaaaaaaaaa! – Wystrzeliłem przed siebie z krzykiem i zatrzymałem się dopiero przy szpitalu. Nacisnąłem na dzwonek. Otworzyła mi moja cudowna Rosalie.

– E! Chipsy przyszły! – zawołała, a zza jej pleców szybko wyłonił się Emmett.

– Łe? A zamawiałem chińszczyznę.

– Marudzisz? – Spojrzała na niego karcąco.

– No co? Lubię te ich skośne oczka, no i mają we krwi sake.

– A Polacy mają wódkę. Czy to znaczy, że mamy zamieszkać w Polsce?

– Zgadzasz się? To by był ubaw. Pomyśl, chodzilibyśmy nawaleni całą dobę. – Ucieszył się na samą propozycję.

– Śnij dalej.

Nie bardzo rozumiałem o co im chodziło, ale zawsze kiedy ona była obok, przestawałem myśleć o całym świecie.

– To może Niemcy? Mają w końcu Oktober fest. – Uśmiechnął się i kusząco pokiwał brwiami, by ją zachęcić.

– Nie! Są za tłuści.

– Włochy? Wino smakuje jak krew.

– Wykluczone. Edek podpadł u Volturich, zapomniałeś?

– No tak... podmienił im bank krwi z winiarnią... ale był ubaw jak chodzili nawaleni. Wydawali rozkazy na prawo i lewo, ledwo się trzymając na nogach.

– Tak rozpoczęła się wojna w Iraku – westchnęła Rose. – I zginęła Bella.

– To ona nie skoczyła z klifu?

– Skoczyła, ale burek ją uratował.

– To było pierwszym razem, a ja mówię o tym dwudziestym skoku – stwierdził.

– Dwudziestym? To ten kiedy Reneesme ją wykopała, bo mleko było za zimne?

– Nie, tym razem, jak Edek ją wykopał, bo zupa była za słona. – Zaczęli zawzięcie konwersować, a ja przysłuchując się im wszedłem do środka. Nie wiem jakim cudem, ale nagle coś mnie pociągnęło i znalazłem się w schowku na miotły.

– Pragnę cię – Ktoś zaczął dyszeć przy moim uchu. Skóra tego kogoś była delikatna i gładka, jedwabista w dotyku. Jak się już przekonałem, taką właśnie skórę miała Rose.

– Też cię pragnę. – Rzuciłem się do pocałunku. Jej skóra była lodowata, zapewne przez stosunki z Emmettem, który na pewno nigdy jej jeszcze dobrze nie rozgrzał. Ja się nią zajmę, będę przykładnym mężem i ognistym kochankiem. Roztopię lód jej serca!

– Twój zapach jest dla mnie jak narkotyk – szepnąłem, wsuwając delikatnie ręce w jej śliczne włosy.

– Też to czujesz? Jesteś moją własną odmianą heroiny – wyszeptała w odpowiedzi.

– Czuję, wszyscy czujemy... znowu się nie myłeś – prychnęła kobieta otwierająca drzwi. Światło mnie oślepiło, a gdy wzrok mi wrócił, nagle Rosalie była przed drzwiami.

– Rose, jakim cudem tak szybko wyszłaś? – zapytałem.

– Nigdzie nie wychodziłam!

– Rose, mój pośladek. – Uśmiechnąłem się, czując uścisk dłoni na tylnej części ciała.

– Ja mam rączki tutaj. – Rosalie wyciągnęła przed siebie ręce, a ja wciąż czułem lodowatą dłoń na pośladku.

– Więc kto...? – zapytałem, bojąc się odpowiedzi i powolutku obróciłem głowę.

– Pragnę cię – szepnął znów... Edward! Ubrany w blond perukę, zapewne ukradzioną Hannah Montanie.

– Fuuuuuuuj! – Uciekłem szybko ze schowka i wskoczyłem za plecy ślicznej Rose.

– A to dopiero – mruknął Edward. – Lew zakochał się w jagnięciu. – Zbliżał się.

– Edek? Co mamusia mówiła o jedzeniu? – Blondynka zaczęła tupać nóżką.

– Żeby jeść, póki gorące?

– Żeby się nim nie bawić!

– Ale... ale... ja go kocham!

– Kurwa... jesteś gejem! – wykrzyknąłem, przerażony swoim odkryciem.

– Kurwa nie jest gejem – prychnęła Rosalie.

– Chodzi mi o niego!

– No chyba! – Poprawił włosy i uśmiechnął się do swojego odbicia. – A ty nie jesteś?

– Nie!

– To dlaczego mówiłeś, że mnie pragniesz? – Zaczął się gniewać jak pięciolatek.

– Edek litości... Ile masz lat? – skarciła go Rosalie.

– Siedemnaście – odparł bez namysłu.

– I od jak dawna masz te siedemnaście lat? – ciągnęła dalej. Wargi Edwarda drgnęły. Patrzył przed siebie.

– Jakiś czas...

– Proszę o konkrety!

– Ponad 100 lat. Wiem wiele o życiu, śmierci i zabijaniu.

– Co ty wiesz o zabijaniu? Ty stara dupa jesteś – stwierdziłem z przekąsem i skradłem całusa prawdziwej Rosalie.

– Moja idealne fryzura! – warknęła i zaczęła mnie gonić.

– Ha ha! Nas nie dogoniet! Biegniesz z prędkością światła? Jestem Turbodynomen i biegnę półtora razy szybciej! – Wyleciał nagle jakiś koleś i chwycił mnie za rękę, po czym doznałem takiego przyspieszenia, że niewiele z tego pamiętam. Wylądowałem na jakiejś polanie, a obok mnie nagle wyrosła murzynka z dredami. Miała na sobie czarną pelerynę.

– Panie Anderson, znów się spotykamy. – Zdjęła czarne okulary.

– Jaki Anderson? Ja jestem Jim Beam – wytłumaczyłem, a obok mnie pojawiła się chmurka, wyglądająca jak Edward i posłała mi całusa. Rozpędziłem ją szybkim ruchem ręki.

– Więc... jesteś tu sam. – Uśmiechnęła się szyderczo, a jej oczy zabłysnęły szkarłatnym odcieniem.

– Skłam – szepnął Edward z chmurki.

– Nie jestem sam – odpowiedziałem za namową chmurki.

– Niewiele dla niego znaczysz, jeśli zostawił cię tu samego – stwierdził.

– Skłam lepiej! – ryknęła chmurka.

– Nie jestem tu sam, mam ze sobą... eee... chomika... a on ma... eee... super moce – wymyśliłem, wyciągając z kieszeni naszywkę z logo chomikuj.pl.

– Jakie to super moce? – dopytywała kobieta, tupiąc groźnie nogą.

– Potrafi pomieścić setki plików, a za jedyne złoty osiemdziesiąt masz dodatkowe jeden giga transferu, za to jego pudełko może robić screeny z ekranu i puszczać muzykę – wytłumaczyłem.

– Hmm... można kupić dodatkowy transfer? Serio?

– Tak, wystarczy wysłać SMS–a.

– Masz numer? – zapytała zaciekawiona, wyciągając z kieszeni telefon.

– Jasne 0 700 88 01 88 – podyktowałem, a ona szybko wpisała go i połączyła się.

– Abonent czasowo niedostępny! Straciłam tylko darmowe minuty! Za karę cię pożrę!

– Chcesz spróbować z mojego? – Wyciągnąłem swojego szpanerskiego iPhona i pomachałem jej przed oczami.

– Nie, dzięki. Wolę BlackBerry, ma bardziej soczyste kolory. – Zbliżyła się, patrząc na mnie, jak wygłodniałe zwierzę.

– Może jednak?

– Nie mogę się powstrzymać, jesteś taki apetyczny – mruknęła.

– Co chcesz zrobić?

– Chcę wyssać twoją kreff! – warknęła, jak dzwonek w telefonie Rosalie.

– Aaaaaaa!! – Wydarłem się i ruszyłem pędem przed siebie. Zza drzew wyłonił się gigantyczny wilk.

– Dżejk ran! – pisnąłem do niego

– Jestem Leah, suko! – warknął, przeskakując nade mną i rzucając się na kobietę z dredami. Nie chciałem wiedzieć, co stanie się z nimi dalej. Zawsze rzygam na horrorach, jak leje się krew. Właściwie mam chyba coś w stylu uczulenia na krew. Postanowiłem z tym walczyć i zatrudniłem się w szpitalu.

Jakimś cudem znów trafiłem do swojego miejsca zatrudnienia i po raz kolejny ruszyłem ku drzwiom ordynatora. Zobaczyłem na jego biurku kopertę z takim znaczkiem:

a ordynator nawet nie dostrzegł mojej obecności, gdyż był zbyt przejęty rozmową.

– Tak DJ B. Laden, wpadłem na świetny pomysł – usłyszałem. – Dokładnie. Do zobaczenia – zakończył, po czym złowrogo się zaśmiał. – O, pan Beam, nie wiedziałem, że pan tu jest.

– Jestem – potwierdziłem smętnie. – 48 godzin bez kawy.

– Napije się pan? – Spojrzał na mnie podejrzliwie, po czym szybko zgarnął koperty z biurka.

– Jestem zmęczony, co mam robić?

– Skocz z klifu! – warknął. – Do widzenia, ja tu mam ważniejsze problemy. – Zaczął znów wykręcać jakiś numer na telefonie.

– Ale...

– Proszę nie podsłuchiwać! – krzyknął swoim groźnym głosem, zrzucając mnie z siedzenia. Uciekłem prawie płacząc. Oparłem się pod jego drzwiami, żeby odetchnąć.

– Tak, Jolu, to znowu ja. Teraz ściągnij pończochy i powiedz co czujesz... – usłyszałem czułe mruczenie do słuchawki z gabinetu i z obrzydzeniem odbiegłem dalej.

Trafiłem na salę pani Meyer i usiadłem obok kobiety, która zaczęła się robić purpurowa.

– Pani Meyer nic pani nie jest?

– Siedzisz mi na płucach, idioto – wydusiła z siebie.

– Oj, przepraszam. – Usiadłem obok.

– Jim, powiem ci to tylko raz. Skończ za mnie pisać „Midnight Sun” – stwierdziła patetycznie.  –  Fani domagają się kontynuacji, nie możesz ich zawieść.

– Ale to pani fani, to pani nie może ich zawieść.

– Och, Jim... proszę.

– Dlaczego? Boże! Czy pani umrze? – Przestraszyłem się.

– Nie, po prostu mi się nie chce pisać. – Wzruszyła ramionami.

– Brak weny?

– Nie, brak czasu. – Zaśmiała się cwaniacko, po czym spod jej kołdry wypełzła zielona postać.

– Mistrz Yoda?!

– Niech moc będzie z tobą. – Zielony stworek zatrzepotał rzęsami.

– Przeszedłeś na ciemną stronę mocy?!

– Nie, pod stronę kołdry ciemną. – Zaśmiał się złowieszczo i znów zanurkował pod kołdrę, po czym pani Meyer jęknęła z rozkoszy.

– Mistrzu...

– Fuuuj – jęknąłem z odrazą i uciekłem. Jak widać nie spałem już na tyle długo, że zaczynałem mieć zwidy. Usiadłem na schodach przed szpitalem, ale tam też nie zaznałem spokoju. W krzakach coś się skradało!

Przestraszony szybko się podniosłem, ale ciekawość nie dała mi odejść i musiałem sprawdzić, o co chodzi. Podszedłem ostrożnie i zajrzałem w zarośla. Ku mojemu zaskoczeniu siedział tam ordynator z  dwoma szczurami w rękach.

– Mózg, jesteś pewny, że ten plan wypali? – zapytał zdyszany.

– Oczywiście, jak każdy mój plan – potwierdził szczur z większą głową.

– No chyba, że nie wypali – zaśmiał się ten chudszy.

– Oooch zamknij się, Pinky. – Jeden szczur uderzył nagle drugiego. .

– Móżdżku, co będziemy robić dziś w nocy? – zapytał znów chudszy, otrzepując się szybko.

– Dokładnie to samo, co robimy każdej, Pinky: opanowywać świat! – zaśmiał się złowrogo jego kompan, a do jego śmiechu dołączył ordynator. Chyba nie chce wiedzieć, co będzie dalej i dlaczego ordynator gada w krzakach ze szczurami. Każdy ma swoje spaczenia, niech gada, z czym chce. Zresztą słyszałem ostatnio, że moja śliczna Rose też rozmawia z przedmiotami. Ostatnio podsłuchałem, jak rozmawia z kanapką.

– No a teraz cię zjem – powtarzała uroczym głosem. Co prawda nie widziałem, co dokładnie miała zamiar zjeść, ale tak wczułem się w sytuacje, że aż mi w uszach brzęczał głos starego Paździocha, jęczącego „nie, błagam nie”. Nawiązując do niego... Od tego czasu już go nie widziałem. Chyba po dziesięciu latach leczenia na stwardnienie rozsianej, wreszcie go wypuścili.

Zmęczony, włamałem się do składziku na miotły i zasnąłem. Ledwo zamknąłem oczy, ktoś zaczął się szarpać i obijać po ścianach.

– A jeśli jeszcze raz go pocałujesz – ciągnął dziewczęcy, piskliwy głosik. – To, gdy tylko się o tym dowiem, złamię ci szczękę w jej imieniu.

– Reneesme, ale twoja mamusia już nie żyje, nie będzie miała nic przeciw mojemu nowemu związkowi. – Tym razem rozpoznałem Edka, płaszczącego się przed piskliwym głosikiem.

Wyszedłem ze składziku, czując, że i tym razem się nie wyśpię. Obok Edwarda stała mała dziewczynka z rudą grzywką emo i kilkoma kolczykami w nosie i brwiach. Trzymała chłopaka za koszulę.

– Its ol ebaut de klajmb! – Wyskoczyła zza moich pleców panna Cyrus. Dziewczynka zatkała usta rączkami.

– To Hana Montana jest Majli?! – Wytrzeszczyła oczy. – Jestem twoją największą fanką! – Rzuciła się w jej kierunku.

– Jasne, jasne, możesz być moją BiEfEf, psiapsiułeczko. – Przytuliła ją do siebie. – Zrobimy sobie rozbieraną sesję fotograficzną? – zapytała Cyrus z szerokim uśmiechem.

– Tatusiu, mogę sobie zrobić rozbieraną sesję? – Aniołek spojrzał w kierunku Edka.

– Rozbieraną?! Wykluczone!

– Tatku...

– Nie!

– Tatusiu...

– Nie, Reneesme. Nie chce potem oglądać twoich nagich fotek na naszej–klasie!

– Ale porno kasetę to mi z Dżejkobem pozwoliłeś nagrać!

– Powiedziałaś, że i tak to zrobisz, więc chciałem zachować godność – pisnął przestraszony, jęcząc cały czas coś pod nosem.

– Teraz też to zrobię, czy mi pozwolisz, czy nie. Chcesz zachować godność? – Spojrzała na niego groźnie. – Bez godności nie będziesz już dla mnie wzorem cnót, idealnym ojcem, jedynym wzorcem osobowym...

– Dobrze, zgadzam się. Miłej zabawy, córciu. – Pocałował ją w czółko i dziewczynki odbiegły razem, wesoło podskakując.

– Jim, mam do ciebie pytanie – zaczął Edek, gdy zostaliśmy już sami.

– Jakie?

– Wyjdziesz za mnie? – zapytał, klękając. Już miałem wydobyć z siebie głos i mu odpowiedzieć, ale w tym właśnie momencie Bin Laden zrzucił na nas bombę i wszystko rozwaliło się w proch.

Tylko ordynator biegał z telefonem przy uchu, łapiąc się za głowę.

– Na dom Madonny, idioto, to miało być na dom Madonny!

Przypadek. Czasem drobnostka potrafi wpłynąć na decyzje, które w życiu podejmujemy. Wielokrotnie się nad tym zastanawiałem. Fascynowało mnie, jak każdy najmniejszy wybór wpływa na miejsce, w jakim się znajdujemy. Ciekawiło mnie również, ile w naszych działaniach jest logiki, a ile emocji. Całe życie błądziłem między jednym i drugim. Wydawało mi się, że wybieram słusznie. Były wzloty i upadki, ale uważałem się za człowieka szczęśliwego. Do tego cholernego dnia, który zniszczył całą moją wizję szczęścia.

Szczegół. Drobnostka. Odpowiedni kanał włączony w odpowiednim momencie. Chwila wejścia do mieszkania. Gdybym nie przebiegł na czerwonym świetle, moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Stało się jednak coś, czego nie mogłem powstrzymać. Zobaczyłem ją. Po dziesięciu latach, na ekranie w salonie, który przed tygodniem urządzaliśmy z żoną. Moją ukochaną, z którą pokłóciłem się godzinę wcześniej i nie chcąc zaogniać sytuacji, wyszedłem na spacer. Deszcz spłukał ze mnie złość, a w drodze powrotnej kupiłem żonie kwiaty.

Gdyby siedziała w kuchni, nie zobaczyłbym tego dnia „Faktów”. Ona jednak smutki topiła w otępiającym świecie telewizji. To sprawiło, że moim oczom ukazała się moja stara miłość. Jedyna kobieta, przed którą potrafiłem się w pełni otworzyć. Ona jedna zawsze mnie rozumiała.

Pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to jej oczy. Były tak samo ucieszone jak za czasów, kiedy się spotykaliśmy. Mówiła o swoim najnowszym filmie, a ja przypomniałem sobie jak pierwszy raz powiedziała mi, że chciałaby się zająć reżyserią. Byłem z niej dumny. Udało jej się osiągnąć sukces. Pamiętałem, że zawsze na pierwszym miejscu stawiała radość i spełnianie marzeń. Była moim światełkiem nadziei na to, że świat nie jest przepełniony tylko zgnilizną.

– Wróć na wiadomości – poprosiłem, kiedy żona przełączyła na inny kanał. Zapragnąłem wpatrywać się w Darię. Chłonąłem każde jej słowo i gest.

– Zaraz się zacznie „Dr House”. – Klaudia nie wykazała najmniejszego zainteresowania moimi słowami. Kiedy się poznaliśmy była przepiękną kobietą i oczarowała mnie od pierwszego wejrzenia. Co prawda nie podobały mi się niektóre jej zachowania, ale byłem zakochany i przymykałem oczy na każdą jej wadę. Upływ lat odebrał jej młodzieńczy blask, nie dodając przy tym mądrości nam obojgu. Ona niczym się nie interesowała, a ja wciąż niczym głupiec, nie przestawałem wierzyć, że jej wieczne humory i brak nastroju w końcu miną.

– Przełącz! – zażądałem. Potrzeba napawania się widokiem Darii narastała we mnie w szalonym tempie. Zwłaszcza, kiedy zostałem odcięty od obrazu.

– Już, już. – Żona na szczęście uległa i nie kłóciła się ze mną w tej jednej sprawie. Dobrze, że nie zdawała sobie sprawy, dlaczego tak bardzo zależało mi na wiadomościach.

– Nieważne. – Wściekłem się, kiedy zobaczyłem na ekranie spikera. Mężczyzna mówił o polityce, zamiast o mojej Darii.

Nie mogłem uwierzyć, że nazwałem ją swoją. Skarciłem się w myślach, ale wspomnienie o niej odżyło we mnie i dało mi zastrzyk energii. Nie byłem tak nakręcony od bardzo dawna. Każdy nerw we mnie pulsował, a mięśnie domagały się jakiegoś ruchu. Musiałem coś ze sobą zrobić, bo czułem, że zaraz mnie rozniesie.

– Jadę na tenisa – postanowiłem.

– Jasne, ignoruj mnie dalej. – Klaudia nie potrafiła znieść, kiedy gdzieś wychodziłem, ale nigdy nie była chętna, żeby mi towarzyszyć. Jedynie spotkania z przyjaciółmi ją interesowały. Kiedyś chodziliśmy regularnie do kina. Z czasem zamieniliśmy to na domowe seanse, które z biegiem lat stały się rutyną, zamiast przyjemnością.

– Kochanie, wrócę za dwie godziny. Ty i tak teraz oglądasz serial. – Starałem się mówić spokojnie. Nie lubiłem sprzeczek. Nie mogłem uwierzyć, że związałem się z kłótliwą kobietą. Miłość jest ślepa. Przypomniałem sobie chwilę, kiedy najbardziej ją kochałem. Spotykaliśmy się przez trzy miesiące, zanim zdecydowałem się rozstać z Darią. Po prostu zauroczyłem się inną i uznałem, że dalszy związek nie ma racji bytu. Za bardzo ją szanowałem, żeby zdradzić, a nie mogłem opanować pożądania przy Klaudii. Czułem, że muszę z nią być. Daria mi to wybaczyła i jeszcze przez trzy miesiące utrzymywaliśmy kontakt. Niestety później poznała innego faceta i odcięła się ode mnie. Dopiero wtedy zauważyłem, jak wiele dla mnie znaczyła.

– Zwal wszystko na mnie! – krzyk żony sprowadził mnie na ziemię. – Powiedz to! No powiedz, że to też moja wina! Tak samo jak źle wyprawne firanki!

– Przyczepiłaś się tych nieszczęsnych firanek… Już ci mówiłem, takie wyjąłem z prania. Nie chcę się o to kłócić. Postaram się szybko wrócić – zapewniłem.

Chwile na korcie dawały mi ukojenie. Na szczęście mogłem liczyć na wsparcie przyjaciela. Spotkaliśmy się w szatni. Niczym baba, nie mogłem ani chwili utrzymać języka za zębami. Zaraz po przywitaniu rozgadałem się o tym, co się wydarzyło.

– Stary, w takim razie mam dla ciebie niespodziankę – powiedział Kuba. Nie zrozumiałem, o co mu chodziło. – Ona tu jest.

Niemal czułem, jak rozszerzają się moje źrenice, a serce przyspiesza. Nie czułem się tak od czasów pierwszej randki.

– Daria. – Musiałem sobie przypomnieć, jak brzmi jej imię w moich ustach.

– Tak, Daria. Widziałem ją na korcie, jak wchodziłem. A zmieniając temat, nie uwierzysz, co mnie wczoraj spotkało! Zaliczyłem trójkąt! I to zupełnie niespodziewanie. Kojarzysz Arletę? Tę, z którą… – Słyszałem głos przyjaciela, ale jego słowa do mnie nie docierały. Byłem już w innym świecie. Błyskawicznie zmieniłem koszulkę i buty. Chyba po raz pierwszy nawet nie czekałem na Kubę, tylko uciekłem w stronę kortów. Modliłem się, żeby przypadkiem przechodziła i wymodliłem swoją nagrodę.

Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, poczułem się, jakbym dostał obuchem w głowę. Świadomość własnej głupoty sprawiła, że niemal załamały się pode mną nogi. Dopiero po tylu latach uświadomiłem sobie, że wybrałem oczami, zamiast sercem. Wybrałem tę, która rozkochała w sobie mój wzrok, zamiast uwieść duszę.

– Daria, od kiedy ty grasz w tenisa? – zawołałem za nią. Błagałem los, żeby tylko jeszcze mnie pamiętała.

– O matko! Jarek! – zdziwiła się na mój widok. Przeprosiła koleżankę i podeszła bliżej. Przytuliła się do mnie radośnie, jak za dawnych lat. Wciąż pachniała równie wspaniale, co dodatkowo nakręciło wir wspomnień. – Całe wieki cię nie widziałam!

– Tak, trochę minęło.

– Od kiedy gram w tenisa? A pamiętasz, jak kiedyś chciałam z tobą grać? Mówiłam ci, że mi się spodobało, jak pierwszy raz zabrałeś mnie na kort. Potem chciałam chodzić z tobą częściej, ale powiedziałeś, że jestem za słaba. Wjechałeś mi na ambicję. Obiecałam ci, że jeszcze się nauczę i cię ogram. Od tego czasu gram regularnie. – Cały czas się uśmiechała. Dziesięć lat więcej, a ona wciąż miała w sobie dziecięcą radość, którą tak podziwiałem.

– Sądzisz, że teraz byłabyś w stanie mnie ograć?

– Znając życie, ty również nie próżnowałeś na korcie, więc prawdopodobniej nigdy nie przegonię cię w ilości spędzonego na grze czasu, ale kto nie ryzykuje, nie żyje. Założę się, że ograłabym twoje stare kości, podła kreaturo – powiedziała. Zmarszczyła słodko nosek, a ja niemal oniemiałem z zachwytu. Wciąż pamiętała, jak kiedyś na mnie mówiła! Wciąż potrafiła się ze mną droczyć i flirtować! To było jak powrót do przeszłości i od razu wiedziałem, że moje dawne uczucie powróciło ze zdwojoną siłą.

– Przekonajmy się więc. Mam wynajęty kort. Zagramy? – zaproponowałem. Kątem oka dostrzegłem zdziwioną minę Kuby, ale nie zwróciłem na nią uwagi.

– Chciałbyś! – Szturchnęła mnie i nie zaprotestowała, kiedy chwyciłem jej nadgarstek. Nasze ciała pasowały do siebie idealnie, zgrywały się bez słów i lepiej od nas wiedziały, że jesteśmy dla siebie stworzeni. – Ja już grałam. Jestem… trochę zmęczona – dodała. Jej głos zrobił się mniej pewny, cichszy, delikatniejszy. Łudziłem się, że też coś poczuła. Namiętność. Ona nigdy między nami nie wygasła i działaliśmy na siebie nawet po tak długiej rozłące.

– Dobrze, tym razem ci odpuszczę, ale za karę znajdziesz dla mnie czas w przyszłym tygodniu. Gramy godzinę, a potem przegrany stawia truskawkowe shoty – zaproponowałem.

– Rany, jeszcze pamiętasz, ze je uwielbiam? – Zaśmiała się. Jej śmiech łapał za serce, a nastawienie do życie chwytało za duszę. Ta kobieta była ideałem każdego mężczyzny.

– Nie mógłbym zapomnieć – odpowiedziałem.

– Więc do zobaczenia w przyszłym tygodniu. Masz jeszcze mój numer? Nie zmieniałam go od lat.

– Mam. Nigdy go nie wykasowałem.

– Więc się zdzwonimy. Muszę już uciekać, bo mąż pewnie już czeka na mnie w samochodzie. – Pomachała mi i odeszła do koleżanki. Kuba dał mi kuksańca za tekst o korcie, ale wszystko przestało mieć dla mnie znaczenie. To było jak kubeł zimnej wody.

Zmądrzałem. Teraz już wiem, że to ją powinienem był wybrać lata temu. Niestety niektórych błędów przeszłości nie da się naprawić. Zamiast kierować się wzrokiem, postanowiłem już zawsze kierować się tylko sercem. Już nigdy nie postawię wyglądu ponad charakter, bo to, co widzialne przemija, a co niewidzialne dla oczu, trwa wiecznie.

Znali się już wystarczająco długo, by wreszcie odważyć się na spotkanie. Ponad rok wiadomości, uśmiechów i maili. Dziewczyna chciała tego już od bardzo dawna, ale nigdy nie odważyłaby się zasugerować wizyty. Kiedy jednak on wyszedł z inicjatywą, zgodziła się bez wahania. Odwlekali termin z powodu odległości, jaka ich dzieliła. Florian po cichu twierdził, że gdyby tylko była bliżej, już dawno chciałby, aby było między nimi coś więcej, jednak sto trzydzieści kilometrów, to nie jest rzut beretem, a związki na odległość mu się nie podobały. Nie mogli się już doczekać, by zamienić choćby kilka słów, stojąc twarzą w twarz. Tak też znalazł się w pociągu do Krakowa. Spoglądał niepewnie przez szybę, wsłuchując się w stukot kół o tory. Był ciekaw, czy dziewczyna ze zdjęć w kontakcie bezpośrednim będzie równie ciekawa. Bał się, że czar pryśnie. Droga dłużyła się w nieskończoność. Kiedy wreszcie zobaczył pożółkłą tablicę z czarnym napisem „Kraków Główny”, odetchnął. Wysiadając z pociągu, zaczął odczuwać dziwne kłucie w żołądku. Pierwszy raz denerwował się przed spotkaniem z dziewczyną. Nie da się ukryć, że przez rok zdążył polubić Tamarę. Rozmowy z nią były jedynym powodem, dla którego jeszcze bawił się w internetowe znajomości.

Spojrzał nerwowo na własnoręcznie zrobioną mapkę, na której nabazgrał niechlujnie, którędy ma podążać. Miał kilkanaście minut zapasu, więc podszedł do pobliskiej kwiaciarni, by zrobić dziewczynie miłą niespodziankę, po czym ruszył w dalszą trasę i znalazł się pod wielkim centrum handlowym, z czymś na kształt kwiatka o intensywnie różowym kolorze.

Zacisnął pięści, odetchnął i wrzucając swój najbardziej reprezentatywny uśmiech na usta, ruszył pod fontannę, gdzie ustalili, że się spotkają. Dziewczyny jeszcze nie było.

Usiadł na ławce i przyglądał się przechodzącym ludziom. Teraz nawet minuty ciągnęły się w nieskończoność. Z zamyślenia wyrwała go dopiero młoda dziewczyna z dzieckiem na rękach, która przysiadła się obok niego i miło uśmiechnęła. Przeraził się, ale po chwili zrozumiał, że to nie na nią czeka. Odetchnął spokojniej, a kobieta w niebieskim sweterku zapakowała kolorową buteleczkę do torby, wzięła dziecko za rączkę i odeszła. Od tej chwili przestał skupiać się tak bardzo na otaczających go ludziach. Kiedy obok usiadła mała dziewczynka, nawet nie zwrócił na nią uwagi.

– Więc to ty jesteś Florek – zagadnęła. Dopiero wtedy się do niej odwrócił i spojrzał w jej piwne oczka. Nie dałby jej więcej niż czternaście lat. Przeżył załamanie nerwowe. Czy to z tym dzieckiem przeprowadził tyle ciekawych rozmów? To ta dziewczynka śniła mu się po nocach? Nie! Niemożliwe! Przecież na zdjęciu wyglądała zupełnie inaczej! Miała dłuższe włosy, bardziej kręcone, twarz miała bardziej owalną, wyglądała na starszą, w ogóle była inna!

Wściekłość zaczynała w nim potęgować. Czuł się oszukany. Miał ochotę wstać i odejść, nie chcąc słuchać ani słowa wytłumaczenia, nie obchodziło go to. Chciał tylko jak najszybciej zniknąć i zapomnieć. Już teraz wypominał sobie porażkę, a minęło zaledwie kilka sekund.

Dziewczynka przytuliła się do niego. Była słodka, co do tego nie było wątpliwości, ale wyobrażał to sobie zupełnie inaczej. Miał się spotkać z kobietą, a nie dzieckiem. Rodzaj uczucia, jakie żywił do autorki tych wszystkich wiadomości, z pewnością nie był platoniczny. Z każdą chwilą czuł się w tej sytuacji coraz gorzej, ale widząc to urocze dziecko, postanowił podarować mu choć trochę swojego czasu, a później urwać kontakt.

Wykrzywił usta w niemrawym uśmiechu i wręczył dziewczynce czerwoną różę, którą kupił w drodze. Mała uśmiechnęła się jeszcze radośniej. Promieniała, wpatrując się w niego, jak w obrazek. Takiego go sobie wyobrażała, tyle o nim słyszała. Zaśmiała się kokieteryjnie i zakryła usta dłonią.

– Chyba powinieneś dać to komuś innemu. – Wskazała wzrokiem na balkon, który rozciągał się z pierwszego piętra galerii handlowej. Florian podążył za jej spojrzeniem i dostrzegł zwijającą się ze śmiechu dziewczynę. Tym razem był pewny, że to ją widział na zdjęciach. Te same, uśmiechnięte spojrzenie. Ciemne oczy, przysłonięte z prawej strony przez grzywkę, która burzyła naturalny zarys skrętu fal, wśród artystycznego nieładu, jaki miała na głowie. Usta czerwieńsze, niż róża, za którą przepłacił. Brązowa sukienka z błękitnymi wykończeniami pasowała do opadających na nią włosów. Opierała się o barierkę i uśmiechała wesoło. Pomachała mu, kiedy wreszcie ją dostrzegł. Jej irytujący sposób bycia sprawił, że nawet na nią zaczął się denerwować. Zawsze musiała żartować i dotąd mu się to podobało, ale teraz żartowała jego kosztem! Jak mogła tak go straszyć? I kim w takim razie była dziewczynka, która go zagadnęła?

– Tamara… – mruknął niezadowolony i wciąż patrząc na dziewczynę z balkonu, podniósł się z ławki. Nie spuszczał jej z oka, jakby bał się, że gdzieś mu zniknie. Dziewczynka chciała oddać mu różę, ale stwierdził, że może ją zatrzymać. Ruszył do ruchomych schodów i podszedł do właściwej dziewczyny.

Wciąż się uśmiechała. Miała na sobie sukienkę do kolan i te same buty, które widział na zdjęciu. Znał ją na pamięć. Każdy szczegół zdjęcia. Ta sama bransoletka, ten sam wisiorek z krzyżykiem. Ona. Wyglądała dokładnie tak samo. Odetchnąłby, gdyby go wcześniej nie zdenerwowała. Miał ochotę na nią krzyknąć, ale nie chciał aby tak wyglądała ich pierwsza rozmowa. Należało jej się, ale postanowił, że odegra się w inny sposób.

Nareszcie stali przed sobą. To była miła odmiana, po niemych wiadomościach. Wreszcie miał usłyszeć jej głos.

– Kto to był? – zapytał pierwszy. Stanął odrobinę bezradnie, nie wiedząc, czy wypada wziąć ją w ramiona, uścisnąć rękę, czy…?

– Moja kuzynka. Przepraszam za to, nie mogłam się powstrzymać. Chciałam zobaczyć twoją minę. Gdybym mogła to nagrać… – zaśmiała się. Chłopak spojrzał na nią złowrogo. Widząc taką minę, podeszła jeszcze bliżej i przytuliła się do niego. – Cieszę się, że nareszcie się poznaliśmy.

Wtuliła się w niego, a on objął ją opiekuńczo ramieniem. Poczuł woń jej słodkich perfum, ciepło rozchodzące się od tej drobnej istoty i złość jakby odeszła w niepamięć. Teraz chciał być blisko niej. Chłonął każde słowo wypowiedziane tym słodkim, słowiczym głosikiem. Wcześniej wydawała mu się zimna i zdystansowana, teraz była delikatna i tak krucha, jak porcelana. Chciał ją trzymać w objęciu już zawsze, bronić przed światem i wszystkimi złymi ludźmi.

Przytulił policzek do jej czoła. Była prawie o głowę niższa, mimo że była starsza. Był pewny, że ta kruszynka jest silniejsza od skały, ale jednocześnie potrzebuje go bardziej, niż kogokolwiek innego. Uświadomił sobie, że tylko ją byłby w stanie pokochać. Przy niej czuł się inaczej.

– Ja też się cieszę – odpowiedział. Był spokojny jak nigdy. Zmartwił się dopiero, kiedy dziewczyna się odsunęła. Dla niego, mogłaby już na zawsze zostać w jego ramionach. Chwycił ją za rękę i uśmiechnął się, patrząc prosto w oczy. Nie potrafił zrozumieć, jak mógł kiedykolwiek posądzić ją o egoizm. Teraz jasne było, że to anioł w ludzkiej skórze. Wszystkie plany, by zrobić jej na złość, od niego odeszły. Przeszli kawałek, między sklepami, by dotrzeć do lodziarni, w której zamówili po deserze. Rozmawiali o wszystkim i właściwie o niczym. Kwestie, które poruszali były tak samo nieistotne, jak wczorajszy śnieg, a mimo to czerpali radość z każdego słowa. Czas mijał im szybciej, niż przy ulubionych rozrywkach, choć oboje wcześniej martwili się, że może nastać krępująca cisza. Nie doszło do tego.

W końcu nieubłaganie zbliżył się wieczór i odjazd ostatniego pociągu, jakim Florian mógł wrócić do domu. Chcąc, nie chcąc, zakomunikował to dziewczynie. Jej uśmiech stracił odrobinę na blasku. Zaproponowała, że go odprowadzi, więc oboje podążyli w kierunku dworca. Postanowili przejść te kilka przystanków, wciąż wesoło rozmawiając i trzymając się za ręce. Oboje nie byli szczególnie zadowoleni, kiedy dotarli na właściwy peron, a w eterze rozległo się ogłoszenie, że jego pociąg przyjedzie na stację za pięć minut. To było ich ostatnie pięć minut, bo oboje przeczuwali, że w najbliższym czasie nie będą mogli się spotkać. Kiedy usłyszeli nadciągający nieubłaganie pociąg, byli jeszcze smutniejsi w duchu. To było najlepsze spotkanie, jakie przydarzyło się obojgu od… zawsze. Czuli między sobą jakąś niesamowitą chemię.

– Więc… chyba czas się pożegnać. – Pierwsze słowo należało do niego, więc tym razem ona postanowiła zacząć. Nie było łatwo powiedzieć sobie „żegnaj”, puścić swoje ręce i odejść w przeciwnych kierunkach. Oboje chcieli zostać przy sobie.

– Chyba tak – potwierdził smętnie. Przytulił ją raz jeszcze. Dziewczyna nie chciała przedłużać, w obawie, że nie wytrzyma i poprosi by został przynajmniej do rana, do przyjazdu następnego pociągu. On z kolei chciał zostać już na zawsze, albo zabrać ją ze sobą. Oboje jednak byli zbyt dumni, by okazać słabość.

Tak, to uczucie było dla nich największą słabością. W końcu ich ciała zaczęły się od siebie oddalać, ręce wciąż jednak mieli splecione, więc odwracająca się, Tamara poczuła opór. Zdziwiła się i szybko odwróciła. Chłopak wykorzystał ten moment bezwładności, drugą ręką chwycił ją za kark i przyciągnął do siebie, wpijając się w jej różane usta, które tak go kusiły, odkąd pierwszy raz ją zobaczył. Nie protestowała. Objęła go za szyję, wspinając się na palcach, by być choć odrobinę wyżej i mieć wygodniejszy dostęp do jego warg. Nie szczędzili sobie namiętności, wirowali językami we wszystkich kierunkach, nie wiedząc, z której jeszcze strony zaatakować. On chciał odsunął się pierwszy, ale tym razem ona go przyciągnęła i odrobinę przedłużyła tę słodką przyjemność. W końcu odetchnęli, przytulając się do siebie.

– Chyba jeszcze tu wrócę.

– Powinieneś dostać po łbie za to chyba – zaśmiała się cicho i mocniej wtuliła głowę w jego ramię. Tego właśnie pragnęła najbardziej.

– Dawno, dawno temu, Święty Mikołaj przygotowywał się do swojej corocznej podroży. Jednak wszędzie piętrzyły się problemy. Czterech z jego elfów zachorowało, a zastępcy nie produkowali zabawek tak szybko, więc Mikołaj zaczął podejrzewać, że nie zdąży. Następnie pani Mikołajowa oświadczyła mu, że jej mamusia ma zamiar wkrótce ich odwiedzić, co bardzo zdenerwowało Mikołaja. Na domiar złego, kiedy poszedł zaprzęgać renifery, okazało się, że trzy z nich są w zaawansowanej ciąży, a dwa inne przeskoczyły przez płot i zwiały Bóg jeden wie dokąd. Mikołaj zdenerwował się jeszcze bardziej. Kiedy zaczął pakować sanie, jedna z płóz się złamała. Worek runął na ziemię, a zabawki rozsypały się dookoła. Wkur… zdenerwowany Mikołaj postanowił wrócić do domu na kawę i szklaneczkę whisky. Kiedy jednak otworzył barek, okazało się, że elfy ukryły cały alkohol i nic nie było do wypicia. Roztrzęsiony Mikołaj upuścił dzbanek do kawy, który roztrzaskał się na kawałeczki na podłodze w kuchni. Poszedł wiec po szczotkę, ale okazało się, że myszy zjadły włosie, z którego była zrobiona. I właśnie wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi... Mikołaj poszedł otworzyć. Za drzwiami stał mały aniołek z piękną, wielką choinką. Aniołek radośnie zawołał: „Wesołych Świąt, Mikołaju! Czyż nie piękny mamy dziś dzień? Przyniosłem dla Ciebie choinkę. Prawda, że jest wspaniała? Gdzie chciałbyś, żebym ją wsadził?”. No i stąd wzięła się tradycja aniołka na czubku choinki – skończył opowiadać ojciec chłopca. – A teraz kładź się spać i czekaj na świętego Mikołaja. Pamiętaj, że nie przyjdzie, dopóki nie zaśniesz – dodał. Z uśmiechem przyglądał się chłopcu, siedzącemu na jego kolanach. Malec nie wierzył w jakichś tam świętych Mikołajów. Wiedział, że prezenty podrzucają mu rodzice. W tym roku chciał to udowodnić. Postanowił więc zaczaić się z kamerą i udowodnić swoje podejrzenia.

– Tato, ale jest dopiero południe. – Wskazał na okno, za którym słońce przebijało się nieśmiało, przez zamieć śnieżną.

– No tak… ale wieczorem kładź się szybciutko – potwierdził. Chwilę po tym, drzwi od pokoju otworzyły się z hukiem i wyleciały z framug.

– Ho ho ho! – krzyknął James, który wparował przebrany w czerwony kostium. Starszy brat Frankiego lubił robić mu niespodzianki. Niestety ekologiczny worek z supermarketu nie wytrzymał ciężaru i rozerwał się, a cała jego zawartość wylądowała na podłodze.

– James! Uważaj na słowa! Tu są dzieci! – skarciła go matka.*

*„Ho ho ho!” – „ho” w amerykańskim slangu oznacza dziwkę.

– Mamo… jestem Mikołajem – wysyczał cicho, tak by młodszy brat go nie usłyszał. – Czy są tu jakieś grzeczne dzieci? Mam dla nich prezenty! – krzyknął głośno, imitując głos grubaska w czerwonym.

– Suuuuuper! – Frankie zerwał się z kolan ojca i podbiegł do prezentów, które wysypały się z worka. – Jesteś najlepszym Mikołajem w historii Mikołajów! – krzyknął po chwili. James zadarł dumnie głowę do góry, drapiąc się po swojej sztucznej brodzie. Matka posłała mu bezdźwięczne „dziękuję”. – Kupiłeś mi pornole! – dodał malec, wyciągając z opakowania kilka magazynów, z którymi zaczął biegać po całym pokoju.

Matka chłopaków złapała się za głowę, ojcu opadła szczęka, a James jęknął: „pomyliłem worki” i pobiegł za bratem, próbując wyrwać mu swoją własność. Uciekł, gdy tylko mu się to udało, a przegrany zaczął tupać gniewnie nóżkami.

– Cholera jasna! – warknął malec.

– Kto Cię nauczył takich słów, dziecko? – zapytała zszokowana matka.

– Święty Mikołaj! Słowo daję, rok temu jak przypalił sobie rękę, pakując cukierki do skarpet wiszących nad kominkiem, tak właśnie powiedział – wyjaśnił chłopiec, krzyżując rączki. Mama zawołała go do siebie.

– Kochanie, a co byś chciał dostać na święta?

– Nic wielkiego, mamusiu. Wystarczyłoby mi jakieś drobiazg, na przykład takie BMW z szoferem, do jazdy po mieście – odpowiedział, wyszczerzając ząbki w uśmiechu. – A ty co byś chciała?

– Nie potrzeba mi niczego. Najlepszy prezent zrobiłbyś mi, przynosząc w czerwcu świadectwo z czerwonym paskiem.

– Za późno, już kupiłem ci perfumy – zaśmiał się chłopiec. – A ty tatko, co kupiłeś mamie pod choinkę? – Uradowany, podbiegł do drugiego z rodziców.

– Stojak. – odpowiedział ojciec, spoglądając niecierpliwie na zegarek. – Kochanie, wkrótce trzeba będzie się zbierać. Mamy bilety do opery na osiemnastą, a James musi jeszcze ułożyć włosy – przypomniał. – I trzeba się upewnić, że opiekunka dotrze na czas. Widziałaś chyba, co dzieje się za oknami. – Ponownie wskazał na okna, za którymi wśród śnieżycy uniosło się w powietrze kilka krów.

– Święta idą – skomentowała krótko matka, przygotowując tradycyjne potrawy.

– Nieprawda, mamusiu. Jakby szły, to słychać byłoby kroki. Zapomniałaś jak głośno skrzypi posadzka w przedsionku? – Chłopiec podbiegł znowu do matki, ciągnąc ją za spódnicę.

Zupa się wylała, matka zrobiła się czerwona ze złości, a Frankie został wyprowadzony do swojego pokoju, gdzie miał czekać do przyjścia opiekunki. Czas leciał, rodzina się szykowała, a opiekunki jak nie było, tak nie ma. W końcu okazało się, że chłopiec musi zostać w domu sam.

– Nie zapalaj zapałkami świeczek na choince, mógłbyś rozniecić ogień w mieszkaniu – uprzedziła przed wyjściem matka.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.92
drukowana A5
za 65.93