E-book
15.75
drukowana A5
28.53
Zakon Maltański

Bezpłatny fragment - Zakon Maltański


Objętość:
55 str.
ISBN:
978-83-8455-136-3
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 28.53

Rozdział 1

Alfa

Jezus spojrzał na budynek, pozornie niewyróżniający się wśród innych.

Wszedł.

— Kim jesteś? — spytał jeden z braci zakonnych.

— Waszym panem. — odparł Chrystus.

— Udowodnij. — powiedział wskazując drugiego. — On jest ślepy.

— Dobrze więc. — Jezus podszedł do drugiego z braci, dotknął oczu i chwilę trzymał.

— Boże, ja widzę!

— Na Boga…

— Teraz wierzysz?

— Zaprowadź go do Wielkiego Mistrza. — powiedział do trzeciego.

Tamten skinął głową, wciąż blady.

— Proszę za mną.

Jezus ruszył za nim spokojnym krokiem.

W głębi budynku, za ciężkimi drzwiami i starymi murami, czekał człowiek, który od lat przygotowywał się na tę rozmowę.

Wielki Mistrz Zakonu Maltańskiego.

A może pierwszy świadek końca.

— Wielki Mistrzu, przybył król świata. — powiedział brat rycerz.

Wielki Mistrz pokłonił się.

— Witaj panie.

— Wstań. — polecił Jezus. — Nie jestem tu byście mi służyli.

— Co mamy zrobić?

— Nadszedł czas, bym odzyskał swoje królestwo.

— Krucjata? — rycerz, który go przyprowadził zesztywniał. — W tych czasach?

— Tak. — powiedział Chrystus po hebrajsku. — Dawniej to Biskup Rzymu ogłaszał krucjaty, ale od momentu, gdy na tron wybrano Antychrysta…

Zamilkł.

— Jak chcesz panie odzyskać Jerozolimę? — spytał Wielki Mistrz. — Obowiązuje nas prawo ONZ.

— Słowo mego ojca jest dla was prawem. — powiedział surowo Jezus. — Jesteście Zakonem Rycerskim… ostatnim.

Nie strażnikami muzeum.

Nie reliktem dawnej Europy.

Rycerzami.

Brat, który wcześniej żądał cudu, spuścił wzrok.

— A jeśli świat odmówi?

Chrystus odpowiedział bez wahania.

— Wtedy świat sam wybierze swój sąd.

Wielki Mistrz długo milczał.

Patrzył na człowieka, którego wyznawał całe życie — i pierwszy raz naprawdę rozumiał, co znaczy słowo Pan.

— Więc od czego zaczynamy? — spytał w końcu.

Jezus spojrzał na krzyż maltański wyryty w kamieniu.

— Od Rzymu.

Bo zanim odzyska się Jerozolimę…

trzeba oczyścić tron Piotra.

Milczał przez chwilę

— Zaiste jam jest Alfą i Omegą. — powiedział do siebie król żydowski.

Marzannę obudził ból.

Po chwili i Weles się obudził.

— Boli? — spytał.

— Tak… — jęknęła z bólu.

— Mówiłem ta ciąża będzie boleć. — bóg zaświatów ucałował ją w czoło. — Śmierć nie rodzi życia jako takiego.

— Noszę w sobie upiora?

— Coś w tym sensie… — powiedział brat.

— Pamiętam, jak się urodziłeś jako człowiek. — Morena spojrzała na niego czule. — Byłeś wtedy taki słodki jako dziecko.

— Jeśli urodzisz… nawet nie wiesz co się stanie z nim.

— A ty wiesz?

— Tak jak Chors… ono jest kolejną anomalią, ale o poziom wyżej. — rzekł spokojnie.

Po raz pierwszy dawna bogini śmierci poczuła strach.

— A jeśli on się dowie?

— Król Żydów? — Weles uśmiechnął się. — Mam z nim rachunki do wyrównania owszem, ale na razie on chce odzyskać swoje królestwo.

— Kanaan. — na twarzy jego siostry mimo bólu pojawił się uśmiech. — A ten ciągle o tym samym.

Weles zaśmiał się cicho.

— Niektórzy nigdy się nie zmieniają. Nawet jeśli są Synem Bożym.

Za oknem zawył wiatr.

A gdzieś bardzo daleko, na Malcie, ktoś właśnie szykował krucjatę.

Po całej przygodzie z Finlandią i Brytanią Irina wróciła do Nawii.

Nic się nie zmieniło.

— Kiedy to się wszystko skończy… trudno będzie wrócić do poprzedniej funkcji. — powiedziała sama do siebie.

Odłożyła kosę do schowka.

— Gdybyś tu była siostro…

Urwała.

— Co ja mówię, śmierć nie może być zmęczona.

Usłyszała pukanie do drzwi.

— Proszę.

Do komnaty weszła postać o blond włosach w szkarłatnej szacie.

— Ciebie nie powinno tu być. — powiedziała Irina.

— Ja tylko od tak chciałam się przejść po twoim świecie córciu. — odparła Sowietka

— Mówiłam nie jestem twoją córką…

— A jednak nosisz moje symbole i barwy po tym wszystkim.

Irina spojrzała na własne ręce.

Na czerń munduru.

Na czerwone wzory.

Na gwiazdę, której nigdy naprawdę się nie pozbyła.

— To nie znaczy, że należę do ciebie. — powiedziała chłodno.

— Nie. — przyznała Sovietica. — To znaczy tylko, że pamiętasz.

Te słowa zabolały bardziej niż powinny.

— Bo pamięć jest okrutna, Irino.

Możesz zmienić imię.

Możesz zostać boginią.

Możesz nawet zostać samą Śmiercią.

Pochyliła się bliżej.

— Ale dziecko swojej epoki nigdy nie przestaje nią być.

W komnacie zrobiło się jeszcze zimniej.

Irina zacisnęła szczękę.

— Przyszłaś mnie osądzać?

— Nie. — odpowiedziała łagodnie. — Przyszłam sprawdzić, czy jeszcze pamiętasz, po której stronie stoisz.

Irina spojrzała jej prosto w oczy.

— Jestem po stronie swojej rodziny.

Po raz pierwszy od wejścia Sovietica uśmiechnęła się naprawdę.

— Dobra odpowiedź.

Bo właśnie tego cię nauczyłam.

— Kiedyś słowo,,pani” było dla mnie odrażające, teraz ten zwrot towarzyszy mi częściej niż przed przemianą. — stwierdziła.

— Czemu ciągle się mnie wypierasz? — spytała Sovietica.

— To odruch mamo. — powiedziała w końcu. — Przez wiele lat mówiono mi, że nie ma żadnych nadprzyrodzonych rzeczy a odkąd chciałam ze sobą skończyć… wszystko się zmieniło.

Potem przemówiła już jako Śmierć.

— Nie jestem już twoim dzieckiem, to tylko powłoka, wspomnienie.

— Czyli naprawdę cię straciłam. — odparła Sovietica smutno. — Biedna Irina…

— Straciłaś ją, ale nie jej krew. — powiedziała Śmierć.

— Nie chcę byś była tylko wspomnieniem.

— To spójrz mi w oczy,,mamusiu” i powiedz co widzisz.

— Ciemność, mrok, chęć mordu i żądze krwi… nie byłaś taka.

Na twarzy Śmierci pojawił się uśmiech.

Nie okrutny.

Bardziej zmęczony niż zły.

— Nie. — powiedziała spokojnie. — Byłam gorsza.

Sovietica zesztywniała.

— Ideologia też zabija, mamo.

Czasem wolniej niż kosa, ale skuteczniej.

Widziałam łagry.

Widziałam stosy trupów.

Widziałam ludzi zabijających w imię jutra, które nigdy nie nadeszło.

Zrobiła jeszcze krok bliżej.

— Ja przynajmniej jestem uczciwa.

Kiedy przychodzę, wszyscy wiedzą, po co.

Sovietica patrzyła na nią bez słowa.

Po raz pierwszy nie jak na córkę.

Nie jak na narzędzie historii.

Jak na istotę starszą od samej idei państwa.

— I mimo tego wszystkiego… nadal mówisz do mnie „mamo”. — wyszeptała.

Śmierć zamknęła oczy.

— Bo nie wszystko umiera.

I właśnie to bolało najbardziej.

— Więc czemu nie wrócisz? — spytała Sowietka.

— Ty nic nie wiesz, bogowie nie powinni ingerować w świat poza swoją rolą.

— Irina…

— Nie nazywaj mnie tak! — Śmierć wyjęła kosę ze schowka.

— Zawsze dla mnie nią będziesz. — odparła matka. — Nie rozumiem tylko czemu ty się taka stałaś.

Śmierć powoli odwróciła się do niej plecami i zacisnęła dłoń na kosie.

— Idź. — rzekła po długim milczeniu. — Odejdź… zanim cię zabiję.

Sovietica milczała.

A potem zrobiła jeszcze jeden krok naprzód.

— Więc zabij.

Irina zesztywniała.

— Jeśli naprawdę już nie jesteś moją córką…

jeśli została tylko Śmierć…

to zrób to.

Powoli odwróciła głowę.

W jej oczach nie było strachu.

Tylko smutek starszy niż imperia.

— Bo matka nie boi się własnego dziecka.

Ręka Iriny drżała.

Kosą można było przeciąć duszę, wspomnienie, całe istnienie.

Ale nie to.

Nigdy to.

— Dlaczego… — wyszeptała. — Dlaczego zawsze wracasz?

— Bo matki zawsze wracają. — odpowiedziała Sovietica. — Nawet jeśli dziecko całe życie próbuje udowodnić, że ich nie potrzebuje.

Cisza pękła.

Nie hukiem.

Szeptem.

Irina opuściła kosę.

Metal uderzył o kamienną posadzkę.

Pierwszy raz od bardzo dawna jej głos nie należał do Śmierci.

Tylko do kobiety.

— Boję się.

Sovietica podeszła i objęła ją bez słowa.

Jak wtedy, gdy była jeszcze tylko Iriną.

Nie boginią.

Nie sędzią umarłych.

Nie legendą.

Po prostu córką.

— Wiem. — wyszeptała matka. — Dlatego tu przyszłam.

— Nie tylko tego, że kiedyś mogę zapomnieć o rodzinie… ale też boję się o Chorsa.

— Twój syn…

— On na niego poluje, Weles, Emilia, Mira nikt go nie ochroni przed Jezusem a co dopiero przed Jehową. — wyznała. — Ja dam radę Archaniołom, ale też tylko gdy są oni w pojedynkę, nie więcej.

Pękła.

— Gdybym tylko była wstrzemięźliwa… nie byłoby tej całej afery.

— Ta wojna już trwała od momentu, gdy zabito Marzannę.

Irina zadrżała.

— To nie zaczęło się od Chorsa.

Nie od twojej przemiany.

Nie od twoich wyborów.

Jej głos stał się twardszy.

— To zaczęło się wtedy, gdy ludzie uwierzyli, że mogą decydować, który bóg ma prawo istnieć, a który powinien spłonąć na stosie historii.

Śmierć zacisnęła powieki.

— Wiem.

Ale matka zawsze szuka winy w sobie.

Sovietica uśmiechnęła się smutno.

— Wiem aż za dobrze.

Przez chwilę obie milczały.

Dwie kobiety.

Dwie matki.

Dwie personifikacje epok, które pochłonęły własne dzieci.

— Chors nie jest tylko twoim synem. — powiedziała w końcu Sovietica. — Jest też symbolem.

Dzieckiem granicy.

Dowodem, że stare porządki już się skończyły.

— I właśnie dlatego chcą go zniszczyć. — wyszeptała Irina.

— Tak.

— A jeśli nie zdołam go ochronić?

Sovietica uniosła jej podbródek, zmuszając ją, by spojrzała jej w oczy.

— Wtedy zrobisz to, co robi każda matka.

— Będę walczyć?

— Nie. — odparła cicho. — Będziesz gotowa spalić cały świat.

W komnacie Nawii zapadła cisza.

Irina spojrzała na kosę leżącą na kamiennej posadzce.

Na swoje dłonie.

Na własną naturę.

I po raz pierwszy od dawna zrozumiała coś bardzo wyraźnie.

Nie bała się być Śmiercią.

Bała się tego, jak daleko będzie gotowa się posunąć jako matka.

Rozdział 2

Dziecko końca

— Nie przypominaj mi o jej śmierci mamo. — rzekła Irina. — To bolesne wspomnienie, dla mnie nie była tylko przyjaciółką.

— Wiem. — Sowietka powoli odwróciła się do drzwi. — Na koniec powiem ci coś interesującego… dla Welesa… syna Polski… nie jest ona tylko siostrą.

Otworzyła drzwi i wyszła.

— Braciszku…

Weles spojrzał na siostrę.

— To już. — domyślił się.

— Boli… niemiłosiernie boli! — krzyknęła. — Pomóż mi, błagam.

Weles natychmiast znalazł się przy niej.

Położył dłonie na jej brzuchu i zamknął oczy.

Czuł to.

Nie życie.

Nie śmierć.

Coś pomiędzy.

Coś, czego nawet on — bóg zaświatów i magii — nie potrafił nazwać bez lęku.

— Cholera… — wyszeptał.

Marzanna spojrzała na niego z przerażeniem.

— Co?

Weles otworzył oczy powoli.

Nie odpowiedział od razu.

Bo pierwszy raz od bardzo dawna naprawdę nie wiedział, czy powinien mówić prawdę.

— To dziecko… — powiedział w końcu. — Ono nie chce się narodzić.

Zapadła martwa cisza.

— Jak to nie chce? — wyszeptała.

— Bo ono już wie, czym jest świat. — odparł cicho. — I nie chce do niego przyjść.

Za oknem rozległ się grzmot.

Nie była to zwykła burza.

Perun wiedział.

A gdzieś daleko, na Malcie, Chrystus przygotowywał swoją krucjatę.

I wszystko zaczynało się jednocześnie.

— Sprowadziłeś na świat zagładę. — usłyszeli.

Weles poznał ten głos natychmiast.

— Nie mieszaj się do tego! — ostrzegł. — Albo znowu skrzyżuję z tobą ostrza.

Dobiegł ich gromki śmiech.

— W tej postaci nic mi nie zrobisz. — zadrwił Perun. — A ona… nie tylko złamała regułę, ona jest pierwotną anomalią!

— Zamknij się Perunie! — krzyknął Weles.

— To wszystko przez nią.

— STUL PYSK! — ryknął Weles po starosłowiańsku. — NIC NIE ZROBIŁA!

Jego głos nie był już głosem człowieka.

Ani nawet boga.

Był rykiem istoty starszej od królestw, starszej od chrztu, starszej od pamięci ludzi.

Komnata zadrżała.

Marzanna spojrzała na niego z mieszaniną bólu i czegoś jeszcze.

Miłości.

Tej starej, trudnej, zakazanej.

Perun jednak nie milkł.

— Zawsze to samo.

Bronisz jej, jakbyś mógł oszukać los.

Jakbyś nie pamiętał, czym byliście zanim przyszli ludzie i nadali wam inne imiona.

Weles powoli wstał.

Jego oczy pociemniały.

— Pamiętam wszystko. — powiedział cicho. — I właśnie dlatego cię nienawidzę.

Grzmot odpowiedział natychmiast.

— Nienawidzisz mnie, bo przypominam ci prawdę. — odparł Perun. — Ona nigdy nie była tylko twoją siostrą.

Zapadła cisza.

Nawet Marzanna przestała oddychać na moment.

Weles nie odwrócił wzroku.

— Nie wypowiadaj jej imienia w ten sposób.

Perun zaśmiał się znowu.

— Za późno.

Dziecko już to wie.

W tej samej chwili Marzanna krzyknęła.

Nie z bólu.

Z przerażenia.

Bo coś w niej odpowiedziało.

Coś starego.

Głodnego.

Świadomego.

Weles rzucił się ku niej.

— Marzanno!

Spojrzała na niego ze łzami w oczach.

— Ono… ono słyszy.

Za oknem niebo pękło od pioruna.

A Perun wyszeptał ostatnie słowa, już bez drwiny.

— Witaj, dziecko końca.

— Jeszcze jedno słowo…

— Wel… błagam… nie rób tego… nie walcz z nim… nie zostawiaj mnie… samej…

Weles zacisnął pięści.

Przez moment bił się z myślami.

— Nie mogę pozwolić by tobą pomiatał.

Zamknął oczy.

Milda weszła jak na wezwanie.

— Zostanę z nią. — powiedziała. — Ty idź.

— Nie pałasz do mnie nienawiścią? — spytała Morena.

— Jestem jego żoną, ale wiem, że go miłujesz. — Milda położyła dłoń na jej brzuchu. — Wszystko będzie dobrze.

— Welesie… nie zostawiaj… mnie.

Bóg zaświatów uklęknął przy niej.

Dotknął jej twarzy tak delikatnie, jakby bał się, że rozpadnie się od samego dotyku.

— Nigdy. — wyszeptał.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 28.53