Rozdział 1
Czarny krzyż
— Słyszeliśmy o tym, że Pan Jezus wrócił. — powiedział Krzyżak. — Chodzą słuchy, że pomogliście mu odzyskać Ziemię Świętą.
— To prawda. — odparł Jacques.
— Tak niewielu nas zostało. — Niemiec nalał sobie piwa. — Tylko cztery Zakony.
— Ulrich możesz mi uwierzyć lub nie, ale rozmawiałem z nim.
Ulrich wypluł piwo wprost na ścianę.
— Nie prosił wielkiego mistrza? — spytał.
— Nie i to mnie zdziwiło. — Jacques spojrzał na Krzyżaka poważnie. — Powiedział też, że kochał kogoś.
— Czyli te plotki o jego dzieciach to prawda?
— Pół legenda, pół prawda, pół nieprawda. — zażartował Oksytańczyk.
— Watykan by powiedział, że to fałszywiec. — burknął Krzyżak.
— Powiedz mi druhu od kiedy wy przejmujecie się zdaniem Watykanu? — Jacques spojrzał już poważnie na towarzysza.
— Wiesz co spotkało Templariuszy. — powiedział Ulrich. — Dlatego wszyscy drżą przed papieżem.
— Nie mamy papieża. — odparł Joannita. — Tron piotrowy jest nieobsadzony.
Krzyżak wyjął pistolet i położył go na stole.
— Jesteśmy bardziej pragmatyczni. — powiedział. — Wy zawsze używacie mieczy, kusz i innych starych metod, ale współczesna wojna nie jest honorowa.
Jacques spojrzał na broń przez dłuższą chwilę.
Czarna stal, zimna i bezosobowa.
Nie było w niej ceremonii.
Nie było rycerskości.
Tylko funkcja — zabić szybciej niż przeciwnik.
— Widzisz, Ulrich… — powiedział w końcu spokojnie. — właśnie dlatego wy zawsze budziliście we mnie niepokój.
Krzyżak uniósł brew.
— Bo mamy broń?
— Bo potraficie patrzeć na nią bez emocji.
Dla Joannity miecz to symbol.
Dla was broń to narzędzie.
Ulrich napił się piwa.
— I dlatego przetrwaliśmy.
Nie dlatego, że byliśmy świętsi.
Tylko dlatego, że byliśmy mniej naiwni.
Jacques oparł się o krzesło.
— A jednak to my odzyskaliśmy Jerozolimę.
— Tym razem. — odparł sucho Krzyżak. — Ale jeśli naprawdę chcesz jednoczyć Zakony, musisz zrozumieć jedno:
nikt nie pójdzie za wizją.
Pójdą za siłą.
— Mylisz strach z wiarą.
— A ty mylisz wiarę z polityką.
Zapadła cisza.
Ciężka, ale nie wroga.
Raczej stara jak same Zakony.
Miecz i pistolet.
Modlitwa i rozkaz.
Krzyż i państwo.
Ulrich westchnął i odsunął broń.
— Dobrze.
Załóżmy, że ci wierzę.
Załóżmy nawet, że naprawdę rozmawiałeś z Chrystusem.
Pochylił się nad stołem.
— Czego chce od Krzyżaków?
Jacques wyjął list opatrzony pieczęcią.
Nie położył go od razu.
Najpierw spojrzał mu prosto w oczy.
— Nie prosi.
Ulrich zmarszczył brwi.
— Więc?
Joannita położył pergamin na stole.
— Wzywa.
Krzyżak patrzył na pieczęć długo.
Zbyt długo.
W końcu powiedział cicho:
— No to, bracie… albo właśnie zaczyna się nowe Królestwo Niebieskie…
uniósł pistolet i schował go za pas.
…albo największa wojna od czasu krucjat.
— To jak zgodzicie się na zjednoczenie?
Niemiec powoli wstał.
— Nie teraz. — powiedział. — Najpierw tron świętego Piotra musi zostać obsadzony.
— Ulrich, Stolica Apostolska mną nie kieruje, kieruje mną ten, któremu przysięgałem.
— Jacques ty służysz Janowi ja Matce Boskiej.
— Obaj służymy Jezusowi. — Oksytańczyk spojrzał na Niemca spode łba. — Czy ci się to podoba czy nie on jest naszym bogiem nie Jan Chrzciciel, nie Maryja nawet nie Łazarz tylko Jezus.
Ulrich milczał.
— Pamiętasz wasz hymn? — spytał Jacques.
— Chrystus zmartwychwstał. — wyszeptał cicho Niemiec. — Nie śpiewano tej pieśni od wieków.
— Zapytam więc wprost, komu ślubowałeś wierność?
— Panu Jezusowi. — wyszeptał.
Ukrył twarz w dłoniach.
— Nie zapomnieliśmy Jacques, ale dla większości elit to pusta formuła. — dodał. — My nie chwytamy za miecz.
— Jesteście Zakonem Rycerskim nie kleryckim! — rzekł oburzony Joannita. — Macie chronić Ziemię Świętą!
— Te czasy minęły.
— Nieprawda Ulrichu von Jungingen. — Joannita położył rękę na ramieniu Krzyżaka. — Te czasy wróciły.
— Skoro wróciły… to musimy wrócić tam, gdzie rozpoczęła się nasza historia.
— Do Akki?
— Do Marienburga.
— Lepiej do Jerozolimy. — mruknął Joannita.
— Wy macie swoją Maltę. — Krzyżak spojrzał na niego. — My też chcemy własnego państwa.
— Prus już nie ma.
— Czy tego chcesz czy nie Jacques, musimy odzyskać nasz dom.
Jacques oparł dłonie o stół i przez chwilę milczał.
Wiedział, że to nie była zwykła nostalgia.
Nie chodziło o mury.
Nie chodziło o zamek.
Nie chodziło nawet o ziemię.
Chodziło o godność.
— Marienburg nie jest tylko waszym domem. — powiedział w końcu. — Jest symbolem.
A symbole odzyskuje się trudniej niż miasta.
Ulrich skinął głową.
— Właśnie dlatego musi wrócić do nas.
Bez ziemi jesteśmy wspomnieniem.
Z ziemią znów stajemy się Zakonem.
— Jerozolima też jest symbolem. — odparł Jacques chłodno. — A jednak nie zażądałem od ciebie, żebyś porzucił wszystko i ruszył na Wschód.
— Bo ty już ją masz. — odpowiedział Krzyżak bez wahania. — My nie mamy nic.
Ani państwa.
Ani armii.
Ani strachu, który budziliśmy.
Uśmiechnął się gorzko.
— Tylko archiwa, turystów i starszych panów w galowych płaszczach.
Jacques nie mógł się z tym nie zgodzić.
To właśnie było najgorsze.
Nie klęska.
Nie upadek.
Lecz zamienienie wojowników Boga w muzealny eksponat.
— Dobrze. — powiedział w końcu. — Załóżmy więc, że Chrystus zgodzi się na wasz Marienburg.
Co wtedy?
Ulrich spojrzał mu prosto w oczy.
— Wtedy Krzyżacy wrócą.
Nie jako wspomnienie.
Nie jako fundacja.
Nie jako dekoracja historii.
Jako Zakon.
Jacques westchnął ciężko.
— Wiesz, że Polska dostanie zbiorowej apopleksji?
Po raz pierwszy Ulrich naprawdę się roześmiał.
— To akurat uważam za dodatkowy argument za.
Krzyżak wypił piwo potężnym haustem i dodał.
— Marienburg jest sercem, Königsberg koroną, ale bez państwa jesteśmy niczym przyjacielu.
— A myślisz, że my czym jesteśmy? — Maltańczyk spojrzał na niego z zacięciem. — Myślisz, że nam się podoba marionetkowy prezydent? To była jedyna możliwość byśmy zrzucili brytyjski protektorat.
— Dlaczego go więc nie obalicie? — spytał Ulrich.
— Miłuj bliźniego pamiętasz? — spytał.
— Tak.
— Gdyby to był heretyk, to co innego, ale on jest katolikiem.
— Za to Rosjanie to prawosławni… można wykroić sobie kawałek.
— Wy naprawdę tego chcecie? A wola Boża?
— Bóg rozpozna swoich.
Jacques zesztywniał.
Przez chwilę w komnacie panowała cisza tak ciężka, że słychać było tylko trzask drewna w kominku.
Spojrzał na Ulricha inaczej niż dotąd.
Już nie jak na brata zakonnego.
Jak na człowieka stojącego na bardzo cienkiej granicy.
— Nie cytuj tego zdania tak lekko. — powiedział cicho. — Zbyt wielu ludzi używało go, żeby usprawiedliwić rzeź.
Ulrich nie odwrócił wzroku.
— A zbyt wielu ludzi używało słowa „pokój”, żeby usprawiedliwić bierność.
— To nie jest to samo.
— Nie?
Prusy nie wrócą modlitwą.
Królewiec nie otworzy bram od różańca.
Świat nie oddaje ziemi grzecznym prośbom.
Jacques zacisnął szczękę.
— Ale jeśli zaczniemy mówić jak zdobywcy, przestaniemy być zakonem.
Staniemy się tylko kolejnym państwem z krzyżem na sztandarze.
Ulrich powoli wstał.
— A może właśnie to jest problem?
Może za długo udawaliśmy, że można być rycerzem bez wojny.
Podszedł do okna.
Za szybą Wiedeń żył swoim spokojnym, obojętnym życiem.
— Wiesz, czego najbardziej boją się Krzyżacy?
Nie Polski.
Nie Rosji.
Nie papieża.
Odwrócił się.
— Tego, że kiedy Chrystus naprawdę wrócił… my okażemy się zbyt wygodni, żeby za Nim pójść.
Jacques patrzył na niego długo.
W końcu westchnął.
— I właśnie dlatego jeszcze cię słucham.
Bo nie wiem, czy jesteś fanatykiem…
czy ostatnim człowiekiem w tym Zakonie, który naprawdę pamięta przysięgę.
Ulrich uśmiechnął się blado.
— Obawiam się, że jedno nie wyklucza drugiego.
W tym momencie do pokoju wszedł Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego.
— Bracie Ulrichu nie uwierzysz co się dzieje.
— Co? — spytał.
— Patronka tu jest.
Jacques zesztywniał.
— Jezu Chryste, jego matka.
Ulrich spojrzał najpierw na przełożonego, potem na Jacques’a.
Przez sekundę obaj wyglądali jak ludzie, którzy zastanawiają się, czy właśnie zaczęła się apokalipsa… czy po prostu bardzo zły dzień.
— Która patronka? — spytał jeszcze z nadzieją, że chodzi o jakąś lokalną fundatorkę albo starą hrabinę z Bawarii.
Wielki Mistrz przeżegnał się odruchowo.
— Ta Patronka.
Zapadła cisza.
Jacques zamknął oczy.
— Oczywiście.
Najpierw Syn odzyskuje Jerozolimę, teraz Matka odwiedza Krzyżaków.
Czekam tylko aż Jan Chrzciciel otworzy konto na Twitterze.
— To nie jest śmieszne. — syknął Ulrich, ale sam wyglądał, jakby zaraz miał się przeżegnać trzeci raz.
— Właśnie dlatego żartuję.
Wielki Mistrz odchrząknął nerwowo.
— Czeka w kaplicy.
I… nie przyszła sama.
— Z kim? — spytał Jacques, już przeczuwając katastrofę.
— Z kobietą w czarnej szacie.
Taką… wysoką.
Z kosą.
Jacques i Ulrich spojrzeli na siebie jednocześnie.
— O nie. — powiedzieli chórem.
Śmierć.
Rozdział 2
Wyznanie wiary
Ulrich usiadł z powrotem ciężej niż planował.
— Czy istnieje jakiś powód, dla którego Matka Boska i personifikacja końca wszystkiego razem odwiedzają Zakon Krzyżacki?
Jacques westchnął głęboko.
— Z mojego doświadczenia?
Nie.
I właśnie dlatego powinniśmy się bać.
— Scheisse. — zaklął Ulrich. — A miał być dzisiaj tak spokojny dzień.
— Słyszałem, że ponoć jest nowa Kostucha. — rzekł Maltańczyk.
— Śmierci nie da się od tak zastąpić. — rzekł Wielki Mistrz schodząc z nimi po schodach.
Weszli do głównej sali budynku i odruchowo zrobili znak krzyża.
Na środku, jakby była tu od zawsze, stała Maryja.
Nie w królewskim przepychu.
Nie w blasku ikon.
Prosto.
Cicho.
Z tą samą spokojną siłą, która sprawiała, że nawet najbardziej zatwardziali rycerze spuszczali wzrok.
Obok niej, oparta o kosę, stała kobieta w czerni.
Blada twarz.
Czerwone wzory na mundurze.
Oczy, w których było coś starszego niż wojny i starszego niż pamięć.
Ulrich zrozumiał natychmiast, że Wielki Mistrz miał rację.
To nie była „nowa Kostucha”.
To była Śmierć.
Prawdziwa.
Jacques uklęknął pierwszy.
Nie przed Śmiercią.
Przed Matką.