E-book
2.73
Zakon

Bezpłatny fragment - Zakon


Objętość:
173 str.
ISBN:
978-83-8221-456-7

Część III
Zakon

© Copyright by Krzysztof Bonk

Projekt okładki: Krzysztof Bieniawski

Kontakt: bookbonk@gmail.com

I. Nowe rozdanie

Zjeżdżamy na rumakach z gór prosto w łagodną dolinę. Cały czas podążam przodem. W końcu po tym, co zostało nam objawione, któż inny niż ja, mógłby przewodzić?

Na pierwszym rozstaju dróg Zan wręcza mi pierścień z wygrawerowanym znakiem swego zakonu, skrzydlatym mężczyzną z głową psa. Według słów zakonnika ma to być zarazem przepustka do wszelkich zakonnych przybytków, w których mam prawo, a także powinnam szukać wsparcia.

Następnie żegnam się z tym mimo wszystko ciągle tajemniczym dla mnie mężczyzną. Oboje czynimy to ze spokojem, ponieważ wiemy, iż jeszcze się spotkamy. W końcu podobno zawsze się spotykamy i trwa to nieprzerwanie już od przeszło tysięcy lat.

Na moment odwracam wzrok, aby spojrzeć na szóstkę moich kompanów. Jadą karnie w trzech parach i upewniam się po ich zdecydowanych postawach, że są zdeterminowani, aby po sam kres to właśnie ze mną związać swój los.

Nie dziwi mnie to, wszak teraz jestem w ich oczach niekwestionowaną Boginią, choć niektórzy z nich od dawna mi sprzyjają, jak Gabu. Inni natomiast przechodzą swego rodzaju oczyszczenie. Publicznie wyjawione zostają ich kłamstwa odnośnie posiadanej niez nich przeszłości, co obnaża prawdziwe oblicza tych osób. Lecz mimo to oni widzą i czują dla siebie akceptację z mojej strony. I pod moją opieką pragną, aby takimi, jakimi są naprawdę, zaakceptował ich cały świat. Ja zaś poprzysięgam, że uczynię co w mojej mocy, aby dać im to.

Wkrótce zbliżamy się do niewielkiej zasypanej śniegiem wioski, w której znajduje się kilkanaście leciwych domostw i karczma. Zmierzam do tej ostatniej w celu znalezienia tam godnego schronienia. Czym zapłacę za gościnę i nocleg? To się okaże na miejscu.

Tymczasem poprawiam się w siodle i kolejny już raz oswajam z myślę, że najprawdziwsza Anrea, to właśnie ja — jedyna i niepowtarzalna mityczna istota, od tysięcy lat zsyłana na ten świat tylko w jednym celu — zjednoczyć kontynent Pendorum, którego serce mam teraz u swoich stóp.

Wtem zostaję brutalnie wyrwana ze świata swoich rozmyślań. Gdy jesteśmy już przy karczmie, jej drzwi zostają raptownie otwarte z hukiem, niemal wyważone i na zewnątrz wybiega młodzieniec z toporem w dłoni. Obrzuca nas złowrogim spojrzeniem, szczerząc zęby w gniewnym grymasie i porywa się biegiem dalej. Z kolei w progu karczmy pojawia się starzec z rozpiętym szarym płaszczem i rozerwaną koszulą, który to mężczyzna wygraża pięścią, po czym grzmi za uciekinierem:

— Zabiję cię, złodzieju! Zabiję i twoje nędzne ścierwo nabiję na pal, by patrzeć wiosną, jak rozmarza i gnije!

Raptem za moimi plecami słyszę cichy brzdęk zwalnianego mechanizmu kuszy, a z przodu dostrzegam bełt, który wbija się w plecy uciekiniera. Ten pada z rozpostartymi ramionami na śnieg i w konwulsjach kona.

— Złodzieje niszczą handel, należy mi się śmierć… — Dochodzą do mnie niepewnie wypowiadane słowa Adory, niespodziewanej egzekutorki. Lecz szybko się okazuje, że bynajmniej nie będzie ona tu hołubiona za domniemane wymierzenie sprawiedliwości.

Ludzie z okolicznych domostw ostrożnie wychodzą na zewnątrz i z bojaźnią przyglądają się nam, to zastrzelonemu chłopakowi. Natomiast wygrażający mu uprzednio starzec załamuje ręce i pada przy nieboszczyku na kolana. A zaraz wznosi w niebiosa żałobne lamenty:

— Mój syn! To był mój jedyny syn! Co wyście zrobili, pomioty Otchłani! Mój syn! Synu…

Wobec takiego obrotu sprawy jestem naraz kompletnie zagubiona. Bowiem zgodnie ze słowami ojca, który właśnie traci syna, rzeczywiście przybywamy tu niczym siewcy śmierci. Czuję, że muszę stąd czym prędzej odejść i w spokoju zebrać myśli. Inaczej, podejmując pochopną decyzję, co też dalej czynić, obawiam się, że mogę jeszcze pogorszyć sprawę.

Tak postanawiam i dlatego zeskakuję z konia, po czym wskazuję, aby reszta mojej grupy uczyniła to samo. Następnie gestykuluję do Adory, żeby udała się ze mną do karczmy, pozostali zaś mają strzec drogi do tego przybytku.

Tak też się dzieje i wkraczam z roztrzęsioną dziewczyną do obszernego wnętrza. Jest wczesna pora i nie zastajemy żadnych klientów, a jedynie służącą za długą, drewnianą ladą.

— „Poproś o pokój” — czynię gesty do Adory. Patrzy na mnie kompletnie zdziwiona, ale wypełnia moje polecenie. Natomiast służąca, wsłuchując się w lamenty za drzwiami, z wyraźną obawą wręcza mi klucz i pokazuje schody na górę.

Niebawem zamykam za sobą drzwi skromnego pokoju i siadam na krześle przed komodą, nad którą znajduje się ścienne lustro. Dłuższy czas wpatruję się w swoje odbicie aż nakazuję Adorze:

— „Uczesz mnie”. — Zdejmuję z głowy moją nieodzowną chustę i rozpuszczam rude włosy. Z kolei dziewczyna za moimi plecami, z silnie drżącą górną wargą, bierze z komody grzebień i niezgrabnie mnie czesze. A zaraz słabym głosem oznajmia:

— Chciałam dobrze… chciałam się zasłużyć. Naprawdę nie sądziłam, że… Nie mogłam tego wiedzieć…

— „Sprawiasz mi ból” — gestykuluję, nie zważając na słowa Adory, a pokazując na moją napinaną skórę na czaszce.

— Przepraszam, ale tak trzeba, by wszystko rozczesać… — stwierdza płaczliwym głosem dziewczyna i rozrywa kołtuny, jakie potworzyły mi się na zaniedbanych włosach. Potem wyjmuje ona spomiędzy zębów grzebienia strzępy rudych kłaków.

Tak, czasem musi być ból, aby wszystko powróciło do ładu — myślę zarówno o mojej fryzurze, jak i występku Adory i jednocześnie zyskuję przeświadczenie, co powinnam dalej czynić.

— „Chodźmy” — Dziewczyna kończy mnie czesać, a ja chwytam ją za dłoń i udajemy się na zewnątrz karczmy.

Tutaj sprawy wyglądają jeszcze poważniej niż wtedy, gdy opuszczaliśmy to miejsce. Exon oraz Ravel przepychają się z tutejszymi młodzikami uzbrojonymi w pałki i cepy. Za to starszy mężczyzna na klęczkach wciąż tuli do siebie swego martwego syna, zalewając się morzem łez.

Stajemy przed nim, a gdy spogląda na nas, wyciągam nóż i głęboko ranię wnętrze dłoni Adory. Zaskoczony starzec przeciera załzawione oczy, a ja, w nadziei, że mnie zrozumie, gestykuluję:

— „Przelaliśmy waszą krew i w zamian ofiarujemy naszą”. — Mocniej nacinam rękę, a struga krwi, na dobre już przerażonej dziewczyny, zalewa śnieg pod naszymi stopami. — „Lecz oddanie życia jednego z nas nie przywróci istnienia twemu synowi” — Przykładam ostrze do gardła Adory. — „Być może więc jest jakiś sposób, abyśmy użyli naszego życia, aby was wspomóc i przelać naszą krew w dobrej sprawie”.

— Kim ty jesteś… i o czym mi tu prawisz…? — pyta z bólem starzec.

— „Bądź moimi ustami” — zwracam się do zranionej dziewczyny z Saladior. Ona płaczliwie tłumaczy na głos moje intencje. Kiedy kończy, ojciec, który właśnie stracił syna, spogląda mi w oczy i ponuro oznajmia:

— Córka… Mam jeszcze córkę, którą kocham o wiele bardziej niż mego wyrodnego syna. Uwolnijcie ją, a wasze krzywdy zostaną zapomniane. Co więcej… jestem gotów sowicie zapłacić.

Po tym oświadczeniu spoglądam z zadowoleniem na Adorę i sugestywnie pokazuję jej na moje już gładkie włosy. Mam bowiem przeświadczenie, że całą tę sytuację, która zapoczątkowana została wielkim bólem, możemy jeszcze szczęśliwie zakończyć. Z kolei starzec wskazuje ręką zachodni horyzont i wyjaśnia:

— Kilkanaście dni temu barbarzyńcy zeszli z gór. Pod koniec zimy zawsze do nas przychodzą i porywają najpiękniejsze niewiasty. Obecnie uprowadzili je, w tym moją córkę, i ruszyli wzdłuż rzeki na dalsze łowy do innych wiosek. Nie wiem, jak daleko odeszli, ani ile macie czasu, aby ich dogonić, zanim ponownie wrócą do swych siedlisk za Srebrzystymi Górami. Ale… na Boginię miłości i łaski Harremid… Powstrzymajcie bydlaków i zwróćcie mi ukochaną córkę…

— „Wyruszamy natychmiast” — gestykuluję, po czym wskakuję na swego rumaka. Gabu pospiesznie bandażuje dłoń Adory i zaraz zmierzamy wszyscy na zachód, gdzie pośród zaśnieżonych pól wije się łagodnie częściowo zamarznięta rzeka.


*


Tropimy barbarzyńców od kilku dni, aż powraca do nas, jak zwykle niezawodny w tych sprawach Ravel i radośnie oświadcza:

— Znalazłem ślady, świeże ślady, które zaprowadziły mnie do… — zawiesza głos i spogląda ochoczo na Virię. Ta pospiesznie podjeżdża do niego konno i całuje dłuższy czas w usta. A gdy przerywa namiętny pocałunek, udaje, jakby zdejmowała sobie coś z warg i patrząc na to, tajemniczo oznajmia:

— Ravel chciał powiedzieć, że odnalazł obozowisko barbarzyńców.

— Dokładnie tak! — przyznaje gromko.

— „Ilu ich jest”? — gestykuluję i od razu moje zapytanie głośno wyjawia Adora. Tak dzieje się za każdym razem, kiedy jest w moim pobliżu.

— Naliczyłem kilkunastu — oświadcza mężczyzna z chanatu Precis.

— „Dotrzemy do nich jeszcze dzisiaj”?

— Pomyślmy… — Ravel spogląda na stojące w zenicie słońce. — Damy radę, jeżeli nie będziemy zanadto oszczędzać rumaków.

— „Prowadź” — Wskazuję jednoznacznie.

Zachęcony mężczyzna rusza przodem, mając koło siebie Virię. Sama podążam tuż za nimi. Dalej jadą dwie kolejne pary moich wiernych kompanów oraz grupka wiejskich młodzieńców, których rozpala wizja walki w słusznej sprawie i odbicia swych kochanek.

Zapada już zmierzch, gdy docieramy na miejsce. Jest to przyprószony śniegiem zagajnik nad rzeką otoczony wzniesieniami, gdzie w jednym z pagórków mieści się jaskinia.

Wiążemy konie w sporej odległości od tego miejsca i skradamy się wzdłuż wyniosłości terenu, a potem przeskakujemy za skrywające nas masywne pnie drzew. Ja, Ravel oraz Kalilla znajdujemy się z przodu, a reszta podąża w pewnej odległości za nami.

W pewnym momencie mężczyzna z Precis daje nam dłonią znak, abyśmy się zatrzymali. Na ten sygnał zdejmujemy z Kalillą z pleców łuki, a Ravel zapala krzesiwem przygotowaną pochodnię. Zajmuje się ona ogniem, a wtedy rzuca ją daleko przed spowite mrokiem wejście do jaskini. Ogień rozświetla to miejsce i wraz z nastałą jasnością w powietrzu pomykają nasze strzały.

Kolejni drzemiący barbarzyńcy zostają przeszyci drzewcami, zaś pozostali chwytają za broń i w pośpiechu szukają sobie osłon. Kiedy tracimy z oczu czyste cele, wysuwam przed siebie grot osmolonej strzały, natomiast Ravel ją podpala. Z tą chwilą posyłam rozżarzone drzewce pionowo do góry, a jest to umówiony sygnał do frontalnego ataku.

Uzbrajam się w parę mieczy i gnam w błyskawicznej szarży przed siebie. Tuż za mną biegnie reszta mego oddziału. Mijam zygzakiem kilka drzew, a za kolejnym dostrzegam przycupniętego mężczyznę w futrze. Tnę go ostrzem przez gardło, zadając szybką śmierć, po czym uchylam się przed uderzeniem młotem bojowym. Turlam się po ziemi, zadając głębokie rany w nogi napastnika. Pada na brzuch i wbijam mu dwa ostrza w kark. Wyjmuję miecze z ciała i dalej atakuję, zabijając skutecznie i szybko. Także moi kompani na flankach radzą sobie nie najgorzej.

Kątem oka zauważam Virię z przepaską na oku, która taranuje tarczą barbarzyńcę i wznosząc szaleńcze okrzyki bojowe, szlachtuje jego tors toporem. Kalilla oraz Ravel walczą za pomocą włóczni na pewien dystans i co raz przeszywają trzewia swych wrogów. Natomiast Exon czyni wokół siebie prawdziwy krąg śmierci, wymachując zręcznie mieczem i robiąc nim szybkie cięcia to obroty. Nigdzie nie dostrzegam Gabu ani Adory, a czasem przemykają mi przed oczyma sylwetki pojedynczych wieśniaków.

Tymczasem błyskawicznie zbliżamy się do wejścia jaskini, gdzie wciąż płonie rzucona pochodnia. Aż naraz z groty wychodzi łysy mężczyzna w grubym futrze, przyciskający do swego torsu dziewczynę z nożem przy gardle.

— Zabiję sukę! Zabiję! — drze się jak opętany. Ja zaś czynię uspokajający gest zarówno do niego, jak i moich kompanów. Otaczamy półkolem parę z jaskini. Z kolei barbarzyńca dalej grozi, zdzierając gardło: — Odsunąć się albo szmata zginie! Rozstąpić się, mówię, bo… — Nagle słowa zostają dosłownie uwięzione w jego gardle, gdy przeszywa je stalowy bełt. Barbarzyńca łapie się za swą obficie krwawiącą szyję, wypuszczając ostrze z dłoni. Następnie pada na kolana i dusi się własną krwią.

Patrzę przez ramię i wiedzę tuż za sobą śmiertelnie poważną Adorę z kuszą w dłoniach. Lekko kiwam jej głową, dając o zrozumienia, że odpowiednio się rehabilituje.

W tym czasie Viria podskakuje do konającego mężczyzny i rozcina mu oko jego własnym nożem, a zaraz dziko posykuje:

— Złoto, kosztowności? Macie coś? Gdzie to ukryliście? Mów, bo będę dalej kroić…

— Tylkko kkobiety… — rzęzi nieszczęśnik.

— Co kobiety? Jaśniej! — Viria nacina mu nożem wytatuowany policzek.

— Za czttery księżżyce, w pełnię… Wszystkie kobbiety zzbierzemy przy Lliliowym Jeziorze… To wszystko, grhhh… — kończy żałośnie mężczyzna, kiedy Viria wierci mu wbitym bełtem w gardle.

— Wiem, gdzie to jest, Liliowe Jezioro… — odzywa się spokojnie Kalilla. Na co Exon staje przy niej, lecz zwraca się do mnie:

— To bez znaczenia. Barbarzyńca mówił o łączeniu sił. Więc pewnie będą ich tam setki ze schwytanymi kobietami. Nie dysponujemy taką mocą, aby móc się z nimi mierzyć.

— Więc niewiasty z księstwa mamy zostawić na pastwę tych… bestialskich zwierząt? — pyta z bólem Kalilla. — Moje nieszczęsne siostry z Razzinal…

— „Poszukajmy sojuszników” — gestykuluję. — „Gdzie możemy ich znaleźć”?

— Być może w innych wioskach — stwierdza w zadumie Kalilla, ale zaraz zdecydowanie się poprawia: — O kilka dni drogi stąd, nad wewnętrznym morzem, leży jedno z większych miast księstwa Razzinal, Orizzo. Proponuję się tam udać i szukać pomocy właśnie tam wśród możnych panów.

— „Pomogą”?

— Nie wiem…

— „Czy w tym mieście znajduje się siedziba Zakonu Łuku i Strzał Srebrzystej Łani”? — interesuję się.

— Tak — potwierdza Kalilla.

Chwilę się zastanawiam. W tym czasie zauważam wychodzące z głębi jaskini przerażone kobiety i daję ostateczną odpowiedź:

— „Przybyli z nami chłopi odprowadzą uwolnione dziewczęta do ich domów. My natomiast udamy się po pomoc do wspomnianego miasta”.

II. Miasto Orizzi

Leżące nad wewnętrznym morzem miasto o nazwie Orizzo prawie w niczym nie przypomina znanych mi miejscowości z cesarstwa Terraticos. Przybywamy tu w czasie wczesnych roztopów, co sprawia, że miejskie drogi są grząskie, pokryte błotem i topniejącym śniegiem, jak również licznymi, zwierzęcymi odchodami, które uprzednio zamarzając, gromadziły się tu przez całą zimę. Większość mieszkańców nosi na sobie niezbyt wyszukane długie, powłóczyste szaty, granatowe lub czarne, jednolite albo też w niezbyt wyraźną kratkę. Same domostwa są po części drewniane i murowane, a solidarnie wieńczą je spadziste dachy, z których sterczą długie kominy. Niemal z każdego dobywają się kłęby szarego dymu.

W takiej scenerii Kalilla prowadzi nas przed gospodę w okolicę górującego w mieście zamku. Tutaj, w zamian za futrzane odzienia zabitych przez nas barbarzyńców, pozostawiamy w stajni rumaki i się rozstajemy. Moi kompani mają rozejrzeć się po mieście i zebrać jak najwięcej wieści o bieżących wydarzeniach w Pendorum. Także w miarę możliwości poszukać pomocy w celu udania się na odsiecz więzionym kobietom. Zaś pod wieczór spotkamy się w gospodzie, przed którą stoimy i ustalimy, co dalej.

Niebawem zostaję sama i kieruję się do bram zamku. Bez trudu je przekraczam, okazując jedynie pierścień podarowany mi przez Zana. Ubrana jestem w mój tradycyjny strój gladiatrix, lecz jest on schowany pod futrzanym, szarym płaszczem, który pada moim łupem po ostatniej potyczce z barbarzyńcami.

Kroczę po rozległym placu, przyglądając się otaczającym mnie strzelistym budynkom i kilku parom drzwi prowadzących do wewnętrznych pomieszczeń. Aż nad jedną parą podwójnych wrót dostrzegam obraz skrzydlatej kobiety z głową rogatej łani i z sercem w dłoni.

Kieruję się właśnie w tę stronę i stukam w drzwi ciężką, żelazną kołatką, zimną od panującego, wszędobylskiego chłodu. Zaraz niedawna sytuacja się powtarza, bowiem po otwarciu wrót oraz okazaniu pierścienia, jestem zaproszona do środka.

Jednak tym razem nie zostaję pozostawiona sama sobie i jedna z zakonniczek prowadzi mnie ciemnymi korytarzami na wewnętrzny dziedziniec. Tutaj podziwiam ćwiczące walkę włóczniami kobiety, aż jedna z nich odkłada oręż i podchodzi do mnie, po czym spokojnie dźwięcznym głosem oznajmia:

— Witaj, niech doskonała miłość sławetnej Harremid zawsze będzie ci towarzyszyć. Zwą mnie Hamri i jestem tu zastępczynią wielkiej mistrzyni. Ty zaś jesteś…? — Po raz trzeci w ostatnim czasie demonstruję pierścień w nadziei, że to wystarczy. I rzeczywiście: — Ach, tak, więc to ty: — Kobieta o złotych włosach, wysoka i szczupła uśmiecha się do mnie dość dwuznacznie: — Niedawno przejeżdżał tędy Zan z zakonu Arezara i wspominał, iż możemy się ciebie spodziewać. Ciebie, czyli samej Anrei… — oznajmia i przygląda mi się dłuższy czas, czyniąc to jednak łagodnie. Potem wskazuje placem obręb placu pod wysoką ścianą i sugeruje: — Przejdźmy się…

— „Dobrze” — gestykuluję.

— Jesteś niemową? — zaciekawia się Hamri.

— „Od urodzenia”.

— Nic nie szkodzi. Rozumiem twoje gesty — oświadcza śpiewnie kobieta. — Jak pewnie wiesz, my, zakonniczki Srebrzystej Łani, boskiej Harremid, poświęcamy się w dużej mierze opiece nad chorymi oraz potrzebującymi. Dlatego uczymy się także mowy tych, którym niedane jest głośno wypowiadać słów. Oni często potrzebują naszej… — ucina zdanie i zadaje mi bezpośrednie pytanie: — Pomoc, to właśnie jej u nas poszukujesz, nieprawdaż? — Czynię dość skomplikowane ruchy dłońmi, wyjaśniając, że grupa barbarzyńców porwała kobiety z północnych wiosek księstwa. Ja zaś pragnę uzyskać wsparcie, aby wspomniane niewiasty uwolnić. — Rozumiem… — mówi Hamri, gdy kończę gestykulować. — Rozumiem… — powtarza w zamyśleniu i pogodnie dodaje: — Możesz na nas liczyć. Wystawimy dwadzieścia zakonnych sióstr i dwóch zakonników pod moim bezpośrednim przewodnictwem.

— „Dziękuję” — składam razem dłonie i lekko pochylam głowę.

— Nie, ty mi nie dziękuj… — oświadcza niemal radośnie kobieta. — Niech uczynią to wspomniane dziewczęta, gdy wspólnie uwolnimy je z rąk pomiotów Otchłani. A… czemu ci właściwie na tym zależy, na pomocy tym niewiastom…? — pyta nieco podejrzliwie, spoglądając na mnie z ukosa Hamri.

— „To moja powinność”.

— Powinność, hah! Doskonale — cieszy się zakonniczka. — Więc jeżeli wrócimy zwycięsko z tej wyprawy, rozważ wstąpienie do naszego zakonu. Wykaż się w bezinteresownej walce w słusznej sprawie, a wówczas sama się za tobą wstawię.

— „Wasz zakon” — gestykuluję w zamyśleniu.

— Tak?

— „Opowiadasz, że czynicie dobro pod wezwaniem Harremid, ale jest ona także Boginią bezwzględnej walki, krwawą Boginią. Czy nie jest to ze sobą sprzeczne”?

— Więc zapytujesz mnie, czy to paradoks…? — Hamri uśmiecha się przyjaźnie. — Otóż wiedz, że wszyscy Bogowie mają dwojaką naturę. Przejawiają dobre cechy, ale też posiadają swą ciemną stronę. I doświadczamy tego z całą siłą również w poświęconych im zakonach. Dlatego bardzo roztropnie należy wybierać wielkich mistrzów oraz mistrzynie. To oni głównie wiodą zakony w mrok albo też prowadzą ku światłu.

— „Skąd to rozdwojenie w zakonach i Bogach”?

— Ależ jakże to, skąd? Toż Bogowie są potomkami wielkiej, mitycznej Anrei, ha! — wypala wręcz radośnie Hamri. — To ona zapoczątkowała rozłam, a jej dwuznaczne czyny dualizm w miejsce jedności. Stworzyła kodeks dziesięciu zabronionych grzechów i sama je popełniła, podobno wszystkie, jeden po drugim. Jest Boginią, ale zauważ, iż od tysięcy lat kroczy po obliczu ziemi. Wreszcie pragnie zjednoczyć Pendorum, lecz jej czyny od zawsze wprowadzają tylko jeszcze większy podział i chaos. To Anrea zapoczątkowała, iż to, co ludzkie i boskie, dobre oraz złe, prawe i nieprawe zupełnie się pomieszało. Dlatego w pewien sposób kochamy ją i czcimy, jako stwórczynię, Bogini Matkę, a jednocześnie swym dziedzictwem wzbudza ona lęk i sprzeciw. — Naraz Hamri przystaje i patrzy na mnie z nieskrywaną drwiną, oświadczając: — Spójrz tylko na siebie. Przedstawiłaś mi się boskim imieniem Anrei. Ale przecież nią nie jesteś, bo jakże to. Niewątpliwie więc skrywasz też inne, prawdziwe imię. Zatem kim tak naprawdę jesteś, hm…?

Zastanawiam się dłuższą chwilę nad możliwie dyplomatyczną odpowiedzią i gestykuluję:

— „Możesz mi mówić Matka Cień”.

— Cień?

— „Tak”. — Spoglądam, jak mój cień oraz Hamri nakładają się na siebie i łączą, zupełnie jakby należały do jednej osoby. Na odchodne jeszcze zapytuję: — „Wspominałaś, że jesteś zastępczynią wielkiej mistrzyni. Czemu ona nie pojedzie na odsiecz więzionym kobietom”?

— Hah… — Hamri uśmiecha się sprytnie i udziela odpowiedzi: — Jak wspominałam, w niektórych frakcjach zakonów, tak jak czasem w dualistycznej naturze Bogów, biorą górę te ciemne podszepty. I podejrzewam… że nasza wielka mistrzyni nie byłaby skłonna pomóc zgrai marnych wieśniaczek. Wybacz mą szczerość i zachowaj te słowa, proszę, dla siebie. — Niespodziewanie kobieta całuje mnie naprawdę namiętnie w usta i żegna z pozdrowieniami miłości.


*


Jest już wieczór i wspólnie z moją drużyną przebywam w karczmie. Nie mamy pieniędzy, pożądanych tu monet, a za napitki i jadło płacimy łupami zdobytymi na barbarzyńcach, ich odzieniem czy bronią. Choć wśród wartościowych przedmiotów na wymianę posiadamy też zdjęte z martwych ciał ozdoby oraz amulety. Zasiadamy w gospodzie, która nie grzeszy przepychem i ma dość surowy wystrój. W takim zaś miejscu tym łatwiej odbywa się handel wymienny, gdzie niepodzielnie króluje Adora. Skutecznie się targuje, a wspiera ją milcząco Gabu z wartościowymi łupami w swych potężnych ramionach.

Poza spożywaniem wieczerzy dzielimy się uzyskanymi informacjami. Jako pierwszemu udzielam głosu Exonowi:

— Żaden arystokrata w mieście nie chciał z nami rozmawiać. — Załamuje ręce mężczyzna z Saladior. — Więcej, nawet do ich koniuszych nie dostaliśmy wstępu. Słowem tutejsi, majętni ludzie mają nas za nic.

— Może więc trzeba było ich czymś przekupić? Na przykład czyimiś wdziękami. Zdaje się ktoś z nas ma już w tym niezłą wprawę… — docina Ravel, spoglądając lekceważąco na Kalillę. Ta spuszcza nisko wzrok.

— Zamilcz koniokradzie… — cedzi przez zęby Exon i zaciska dłonie w pięści.

— „Dość tego” — gestykuluję i uderzam kuflem piwa o blat stołu, aż złocisty trunek z pianą częściowo wylewa się na zewnątrz naczynia. Następnie patrzę na kwaśne miny zebranych i czynię odpowiednie gesty. Po chwili Adora przedstawia pozostałym dobrą nowinę o wsparciu, jakiego udzieli nam Zakon Łuku i Starzał Srebrzystej Łani. Tym wyznaniem znacząco poprawiam nastrój przy biesiadnym stole i bliskie sobie pary wznoszą toasty trzymanymi w dłoniach kuflami. Choć zdaję sobie sprawę, że każdy z moich kompanów ma inną motywację, aby stoczyć kolejną bitwę z barbarzyńcami.

Spoglądam na Kalillę i wierzę w jej czyste intencje, sama bowiem sprzedawała swe ciało, ponieważ musiała to czynić i pragnie ona oszczędzić podobnego losu innym kobietom. Z kolei Exonem kieruje honor. Ravel oraz Viria są mniej dojrzali i czuję, że ciągle wabi ich przede wszystkim wizja bogatych łupów. Nie winię ich za to, albowiem to ich prawo. Zresztą także Adora zapewne chętnie widziałaby w naszym posiadaniu nowy sprzęt na handel. Natomiast Gabu ma miękkie serce i odnoszę wrażenie, że jeżeli może komuś pomóc, wówczas zwyczajnie to czyni. Jest to u niego ze wszech miar naturalny odruch.

Siedzimy tak dłuższy czas pogrążeni na jedzeniu i piciu oraz trywialnych rozmowach. Aż do stolika powraca Ravel.

— Karczmarz właśnie podzielił się ze mną ciekawymi wieściami — mówi.

— Mianowicie…? — pyta bez entuzjazmu Exon.

— Rozchmurz się, wojowniku. Oto będziesz mógł jutro sprawdzić się jako prawdziwy mężczyzna! — Ravel stawia przed kowalem z królestwa Saladior pełen kufel piwa.

— Znowu zaczynasz…?

— Ależ skąd. Już kończę, ha! — oznajmia prześmiewczo partner Viri. — Otóż władca tego miasta, niejaki bojar Alexy, urządza nazajutrz turniej niemal rycerski. — Na te słowa wszyscy wlepiamy ciekawski wzrok w mężczyznę z chanatu Precis. Ten uciesznie kontynuuje: — A tak! Należy jedynie wziąć udział w pokazowej walce z tutejszym przedstawicielem rycerstwa i w razie wygranej z odpowiednią rangą trafia się do turnieju!

— Każdy może wziąć udział? — dopytuje tym razem z zainteresowaniem Exon. Na co Ravel utwierdza go w tym skinięciem głowy.

— Jaka jest nagroda? — rzuca łakomie Viria.

— Mój słodki całus… — Mężczyzna z chanatu wydyma ku niej usta. Na co ta odpycha go od siebie w kierunku partnera Adory i skrzeczy:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.