E-book
2.73
drukowana A5
48.66
Zakochany Anioł

Bezpłatny fragment - Zakochany Anioł

Objętość:
374 str.
ISBN:
978-83-8155-687-3
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 48.66

1

Wejściowe drzwi głośno trzasnęły, a po chwili z wielkim impetem do kuchni wpadł Michał, bliźniaczy brat Julii, wysoki dryblas z burzą niesfornych, ciemnych włosów i zielono piwnymi oczami, które gorączkowo buszowały po rondelkach. Korzystając z nieobecności siostry, zdjął pokrywkę z największego emaliowanego garnka i z lubością wciągnął w nozdrza zapach, który unosił się znad świeżo ugotowanej zupy. Na widok Julii szybko odskoczył, by nie oberwać ścierką po głowie. Miał na sobie przepoconą koszulkę i brudne spodenki. Był pierwszy tydzień wakacji, więc z samego rana, kiedy nie doskwierał jeszcze upał, grał w piłkę nożną na szkolnym boisku z chłopakami z osiedla.

— Cześć, Jula! — przywitał ją głośnym cmoknięciem w zarumieniony policzek, bo kiedy wychodził z domu, ona jeszcze spała.

— Zmykaj mi stąd, urwipołciu! Cuchniesz jak cap! Dopóki się nie umyjesz, nie masz wstępu do kuchni. Kto tym razem przegrał? — zapytała ze śmiechem i zanim się odwróciła, już go nie było.

— Jestem głodny jak wilk! — zawołał z łazienki, biorąc letni prysznic. — Co masz dobrego do jedzenia? Niech zgadnę: zalewajka! Już na pierwszym piętrze zastanawiałem się, od kogo przeszły te smakowite i kuszące zapachy?

Julia nie zamierzała mu odpowiadać przez drzwi. Cierpliwie czekała, aż wyjdzie z łazienki. Mieli po dwadzieścia pięć lat i byli studentami na przedostatnim roku UTH w Radomiu, w ich rodzinnym mieście, on na Wydziale Transportu, ona na Wydziale Ekonomicznym. Był pierwszy weekend lipca i postanowili wybrać się do kina, a potem na obiad do renomowanej restauracji w mieście, czyli do Teatralnej, choć ostatnio powstało ich więcej, to Teatralna była ich ulubioną, gdzie serwowali smaczne obiady i pyszne desery. Mieli wybrać się tylko we dwoje, bo on nie miał dziewczyny a ona chłopaka.

Byli prawie identyczni, tyle że Michał miał włosy o trzy tony ciemniejsze, a ona, by ujarzmić swe nieco jaśniejsze loczki, związywała w tyle głowy w jednego grubego kuca albo zaplatała w jeden warkocz. Oczy mieli prawie identyczne, zielono-brązowe w ciemnej oprawie. Oboje byli wysocy, smukłej budowy ciała. On miał żywiołowy charakter, ona przypominała cichą przystań, do której chętnie wracał każdego dnia. Ją cechowała powaga, jego pogoda ducha i prawie dziecięcy entuzjazm. Ich rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Zamierzali uświetnić swoją dwudziestą piątą rocznicę ślubu i z tej okazji chcieli wydać skromne przyjęcie dla najbliższych przyjaciół. Gdy wracali z marketu M-1, zapadł już zmierzch, gdy skręcali w główną ulicę osiedla Ustronie, kierowca ciężarowego samochodu nie zauważył ich ciemnoszarego opla corsę i wjechał na nich z impetem, przygniatając ich samochód do słupa elektrycznego, a potem odbił się i wjechał w przystanek autobusowy, na którym na szczęście nikogo nie było. Zmiażdżył ich samochód jak puszkę konserwy. Nie mieli najmniejszej szansy na przeżycie, zginęli na miejscu. Aby wyjąć z samochodu ich ciała, ratownicy musieli wezwać strażaków, którzy pocięli karoserię na części. Minęło dwa lata, a oni wciąż nie pozbierali się po ich śmierci i często wracali pamięcią do tamtego życia przed wypadkiem. Michał porównywał siostrę do rodzinnego ciepła, o które rodzice bardzo dbali nie tylko dla nich, jako dzieci lecz dla każdego, kto zapukał do ich drzwi. Najczęściej byli to bezdomni albo bezrobotni mężczyźni. Dawniej było ich więcej, obecnie coraz mniej, bo wyjechali za chlebem za granicę kraju. Potrzebujący był nakarmiony i wyposażony od stóp po głowę w odzież, buty i otrzymał pokaźny datek. Pewnego razu zdarzyło się, że ich matka oddała jednemu z nich ostatnie pieniądze, przeznaczone na życie na najbliższy tydzień.

— Kochanie, co ty najlepszego zrobiłaś? — naskoczył na nią zatroskany ojciec.

— Nie umrzemy z głodu. Mamy zapasy w lodówce i zamrażarce. Dla nas wystarczy na tydzień albo i dłużej. Dałam mu zaledwie cząstkę tego, co mamy — odparła z uśmiechem i dodatkowo dorzuciła kurtkę dla jego żony, którą kupiła zaledwie rok temu i była w idealnym stanie.

— Skąd wiesz, kim jest ten człowiek? Może tylko nas nabiera, że nie ma stałej pracy i głodne dzieciaki? — stanął po stronie ojca.

— Tylko spójrzcie na niego. Na dworze jest zimno, a on ma na sobie kurtkę podszytą wiatrem, a na nogach liche półbuty — odparła na osobności, by nie urazić gościa swoją szczerością.

Spojrzał na mężczyznę i musiał przyznać jej rację. Wtedy zjawił się u nich po raz pierwszy, za jakiś czas przyszedł ponownie, aby im podziękować, wyznał, że znajomy znalazł mu stałą pracę na kolei, a żona zaczęła sprzątać u samotnej, starszej kobiety. Cudem wyszli z kryzysu, mieli pieniądze na zapłacenie rachunków i na skromne życie.

Rodzeństwo zapamiętało tego mężczyznę, który nie był pierwszym i ostatnim w potrzebie. Matka nigdy nie odsyłała żadnego z nich z gołymi rękoma i pustym żołądkiem. Kryzys gospodarczy i duże bezrobocie w ich rodzinnym mieście ciążyło nie tylko na jednej rodzinie. Czasem zdarzyło się, że dzieci zapukały do ich drzwi o zapomogę. Te także nie odeszły z kwitkiem. Zawsze coś dostały i zostały nakarmione. Ojciec nazywał ich matkę: Matką Tereską, bo Matka Teresa była siostrą miłosierdzia tyle że w Kalkucie.

Rodzice pracowali w oświacie, ojciec, jako nauczyciel matematyki w liceum ogólnokształcącym, matka, jako pedagog w szkole podstawowej. Nie zarabiali zbyt wiele, ale na skromne życie wystarczało. Każdą „trzynastkę” i wszystkie nagrody odkładali na konto oszczędnościowe, jak mówiła matka, na czarną godzinę. Wymyślała dania z mięsem i warzywami, placki ziemniaczane na różne sposoby, naleśniki z dżemami własnej roboty, a tę samą zupę jedli często przez dwa lub trzy dni. Nigdy jednak nie dokuczał im głód. Zawsze byli syci i zadowoleni z życia, które wiedli, jako przeciętni Polacy.

Od śmierci rodziców rodzeństwo trzymało się razem, choć nie obywało się bez głośnej i ostrej wymiany zdań. Oczywiście rację miała zawsze Julia, bo z natury była praktyczną i wszystkowiedzącą osóbką. Michał miał wrażenie, jakby do każdej rozmowy przygotowywała się, czytając przedtem poradnik dla młodych ludzi, rozpoczynających życie na własną rękę. Po dłuższym namyśle dochodził do tego samego wniosku, co ona. Potrafiła być przekonywająca, bo zawsze miała solidne argumenty.

— Czy musisz być taki głośny? — zapytała, kiedy wreszcie usiadł przy stole, ubrany w świeżą, białą koszulkę z kolorowym nadrukiem na piersi i szare, płócienne spodnie. Przydługie włosy zaczesał do tyłu i związał frotką, choć były jeszcze mokre. Kręcone włosy mieli po matce, kolor po ojcu. Michał śmiał się często z siebie, że w krótkich przypomina pudla, dlatego je zapuścił. Jednak obiecał jej, że za kilka dni zetnie je zupełnie na krótko, aby dodały mu powagi i były bardziej praktyczne w myciu, i rozczesywaniu.

Julia nalała mu pełny talerz zalewajki z wkładką kiełbasy śląskiej i postawiła przed nim koszyczek wyścielany białą, mocno nakrochmaloną serwetą z kilkoma pajdami chleba. Stół również był nakryty kolorowym obrusem jak za czasów mamy. Matka zawsze im powtarzała, że każdy jeden posiłek spożywany przy wspólnym stole jest ważny, bo to rodzinny obyczaj. Wyniosła go ze swojego domu i kultywowała tę tradycję w ich domu. Dbała, aby stół nakryty był świeżym obrusem, w powszedni dzień kolorowym, a w większe święta białym. Musiał być płócienny, mocno nakrochmalony i porządnie uprasowany, podobnie jak i serwety zwinięte w rulon przepasane metalową obrączką. W zależności od świąt z inną dekoracją: w święta Bożego Narodzenia wstążeczką czerwono-zieloną, a w święta Wielkanocne żółto-zieloną. Julia starała się zachować tę tradycję, nie tylko ze względu na pamięć o matce lecz dlatego, że obiady w tej prostej, ale eleganckiej formie wydawały się jej o wiele smaczniejsze.

— Zapomniałaś, że dzisiaj jestem umówiony z Mironem? Mamy przecież czwartek, jego rodzice w ramach podziękowania za korepetycje z fizyki i chemii, oprócz pieniędzy, chcą nam zafundować obóz językowy — powiedział ze znaczącym uśmiechem, który miał wyrazić jego zadowolenie. — Wiesz, że on ma pieniądze i nieźle płaci za korepetycje. Tylko w ten sposób mogę dorobić do naszych rent. Dlatego chętnie z nim pojadę jako osoba towarzysząca, ta bardziej zrównoważona i odpowiedzialna, tak przynajmniej sądzi o mnie jego mama. A ona zna się na ludzkich charakterach. Jest w końcu psychologiem.

— Raczej jego rodzice je mają, nie on. A ściślej mówiąc, jego ojciec, bo pani Maria w przychodni psychologiczno-pedagogicznej kokosów nie zarabia. A przy jego skłonnościach do wybryków przydałaby się straż przyboczna, a nie ty, gołowąsie. Dziwię się tylko, dlaczego pani Sartowiczowa, toleruje jego ekstrawagancje i chce wysłać go na obóz. Przecież on sprawia im wiecznie kłopoty. Powinien pójść do pracy i sam zarobić na lekcje, które mu udzielasz.

— Wiesz, że go ubóstwiają i zrobią dla niego wszystko. Jest w końcu jedynakiem i dobrze im się powodzi. Mogą pozwolić sobie na wszelkiego rodzaju ekstrawagancje, choćby na zafundowanie obozu przyjacielowi ich syna. A ja chętnie z niego skorzystam z pożytkiem dla znajomości języka niemieckiego. Miron woli łacinę, czasem mnie karmi tymi prawniczymi cytatami, których i tak nie mogę spamiętać. Jemu ta terminologia prawnicza z pewnością będzie potrzebna w przyszłości, ale mnie, po co ona? A niemiecki przyda mi się wszędzie, podobnie, jak i angielski.

Julia głośno westchnęła, siadając naprzeciw brata i przypatrywała się mu, jak łapczywie jadł zupę, zagryzając kawałkami chleba. Na koniec zostawił sobie kawałek kiełbasy, który wziął w rękę i zjadł z kromką chleba. Na deser podała mu szarlotkę, którą upiekła wieczorem.

— Nie zapomniałam, że byłeś z nim umówiony. Mimo to, nie jedz tak szybko, bo nabawisz się wrzodów żołądka — zauważyła z uśmiechem.

Michał spojrzał czule na siostrę. Tego dnia włosy miała zaplecione w jeden warkocz, który zwisał jej z prawego ramienia, niczym ciemne powrósło, za które kiedyś dostał ścierką po głowie. Z fryzury nie wystawał jej ani jeden włosek, ukazując niezbyt wysokie, gładkie czoło i ładną, wyrazistą twarz. Bezwiednie poprawił grzywkę, która i tak mu po chwili opadła, i zakryła pół twarzy.

— Możesz mi jeszcze dolać? — zapytał i dopiero teraz zauważył, że siostra była blada i ma podkrążone oczy. Przestał jeść i zaczął uważnie jej się przyglądać. Twarz miała smutną bez uśmiechu, który zawsze towarzyszył jej podczas posiłków. Dzisiaj była małomówna i zmęczona. Często jej powtarzał, że za wiele brała na siebie, ale do niej nie docierały jego słowa i tak zrobiła to, co wcześniej zaplanowała. Zasady organizacji miała w jednym palcu.

Julia dolała mu dwie chochelki i ponownie usiadła na przeciwko brata.

— Nie wyglądasz najlepiej. Co ci jest? — zapytał, nie spuszczając z niej uważnego spojrzenia.

— Tej nocy prawie nie spałam, próbowałam czytać, ale nie mogłam się skupić, więc dałam sobie spokój. I tak przewracałam się z boku na bok aż do rana.

— Co cię tak niepokoiło, że nie mogłaś zasnąć?

— Zastanawiałam się, czy to jest dobry pomysł z tym wyjazdem na obóz?

— Mogę wiedzieć, co konkretnie cię zaniepokoiło? — Michał spojrzał ostro na siostrę.

— Wiem, że Miron jest twoim najlepszym przyjacielem, choć przyznaję, że nie wiem, co ty w nim widzisz. Jesteście tacy różni. Nie chodzi mi o różnicę wieku. W końcu dwa lata to nie wiele, ale on jest kompletnie nieodpowiedzialny i niepraktyczny, a do tego jeszcze nieprzewidywalny w tych swoich pomysłach! Aż boję się myśleć, co wy tam możecie nawyczyniać! Zrozum, że od kiedy zabrakło rodziców, czuję się za ciebie odpowiedzialna, braciszku. Nie chcę, aby ten chłopak sprowadził cię na manowce. On jest rozpuszczony jak dziadowski bicz! Pani Maria jest w niego zapatrzona jak w obraz, a pana Daniela najczęściej nie ma w domu. Dlatego Miron robi, co chce — dodała poirytowana, energicznie wycierając talerze po obiedzie.

— Chcesz mną dyrygować, tylko dlatego że jesteś starsza ode mnie o kilka minut? — zapytał z rozbawieniem, nie zauważając, że ilekroć mówili o rodzinie jego przyjaciela, była zła jak osa.

— Jesteście niby dorośli, a wciąż zachowujecie się jak mali chłopcy, jak wtedy, gdy podkradaliście cukierki ze sklepu pana Nowaka — wybuchnęła.

— Będziesz nam to wypominała do końca życia? — zapytał z pretensją w głosie.

— Obaj jesteście mało samodzielni, trzeba ciągle was w czymś wyręczać, przypominać o prostych, codziennych sprawach. Jak sobie dacie radę i to w obcym kraju? Nie mam pojęcia — westchnęła.

— Pewnie chciałaś dodać, bez ciebie. Przestań, Julka! Robisz z nas rozpuszczonych bachorów. Raz zachował się nieodpowiednio, a wypominasz to przy każdej okazji. Nie jesteś czasem o niego zazdrosna?

— Ja? O Mirona? Chyba zwariowałeś! Niby dlaczego miałabym być o niego zazdrosna? Przecież nie jestem jedną z jego laleczek. Owszem lubię go, ale nic ponadto do niego nie czuję.

— Przecież nie jestem ślepy i widzę, jak wodzisz za nim wzrokiem.

— Nie przeczę, że podoba mi się ten typ mężczyzny, ale, jako chłopak nie miałby u mnie żadnych szans. Dobrze wiesz, że nie zadaję się z takimi osobnikami. Umawiają się z dziewczynami tylko z jednego powodu, a potem zostawiają je jak znoszone rękawiczki. Ja bynajmniej gustuję w nieco starszych mężczyznach, a nie w chłoptasiach, co mają kiełbie we łbie.

— Czy nie traktujesz go zbyt ostro? Miron jest przystojnym facetem i dziewczyny same włażą mu do łóżka. Co ma zrobić? Korzysta chłopak z okazji! Ja na jego miejscu, robiłbym to samo, ale na mnie laski nie lecą. Widocznie ich nie pociągam, bo nie mam tego czegoś, co on ma! — roześmiał się wesoło.

Julia zgromiła go spojrzeniem.

— Nawet się nie waż tak mówić! Może nie jesteś takim przystojniakiem jak on, ale masz za to więcej oleju w głowie! Rodzice zawsze nam wpajali, że wiedza i obycie są więcej warte niż pieniądze, sława i uroda. Zapomniałeś już?

Na wspomnienie rodziców Michał zwiesił głowę i tylko przytaknął. Jakoś nie mógł pogodzić się z myślą, że już ich nie ma i nic ich nie przywróci. Siostra nie miała z tym problemu. Po ich śmierci szybko wzięła się w garść i ogarniała od tej pory wszystko, jakby robiła to przez lata. Studiowała i jednocześnie zajmowała się domem, gotowała, prała, a czasem zapraszała go do kina lub teatru. Rozważnie prowadziła dom z niewielkiego kapitału, który zostawili im rodzice i rent, które już wkrótce miały się skończyć. Pieniądze miały być na „czarną godzinę”, która nadeszła wcześniej, niż myśleli. Czasem w nocy słyszał, jak Julia cichutko płakała przez sen, ale rano była znowu pogodna i umiejąca wszystkiemu zaradzić. Taka Zosia-Samosia z niej była. Podziwiał jej hart ducha i skromność, choć czasem uważał, że na swój wiek jest zbyt poważna i ma naturę samotniczki. A przecież była śliczną dziewczyną. Często zauważał, że jego koledzy gapili się na jego siostrę, ale ona ich nie zauważała albo udawała, że nie widzi ich powłóczystych spojrzeń.

— Masz rację, siostrzyczko, jak zwykle zresztą. — Podszedł do niej i przytulił się do jej pleców. — Powtarzaj mi czasem, jakim jestem mądrym człowiekiem i jak daleko zajdę — roześmiał się cicho, prawie pieszczotliwie.

Julia odwróciła się do niego twarzą i długo patrzyła w jego oczy, które tak bardzo przypominały oczy ich matki. W takich momentach wiedziona kobiecym instynktem czuła, że jest z nimi. Przycisnęła brata mocno do piersi, aż stęknął rozbawiony.

— Tylko mnie nie uduś, siostrzyczko — powiedział, głośno się śmiejąc i oddał jej uścisk.

— Kocham cię, braciszku — cmoknęła go w policzek. — No, a teraz leć, bo jesteś już spóźniony! — Wypchnęła go z kuchni. — W domu masz być przed dwudziestą drugą i żadnego picia! — krzyknęła za nim, grożąc ostrzegawczo palcem.

— Jesteś gorsza od cerbera! — roześmiał się w odpowiedzi.

— Już ja wiem, co mówię — odparła poważnie.

Kiedy została sama, pozmywała naczynia po obiedzie, zakrzątnęła się chwilę po kuchni, a potem poszła do swojego pokoju. Długo rozmyślała, aż w końcu doszła do wniosku, że nie ustrzeże brata przed złem i co ma być, to będzie.

x

Michał, ile razy odwiedzał Mirona Sartowicza, swego serdecznego przyjaciela, zawsze miał wrażenie, jakby wchodził do jakiegoś wielmoży, bo mieszkał w pięknej willi, która stała na obrzeżach ich osiedla, na Prędocinku. Otoczona była parkanem z czerwonej cegły i miała solidną bramę na pilota. Na terenie rozległej posesji rosło wiele drzew i krzewów, kwiaty można było zobaczyć dopiero, gdy weszło się na teren posiadłości. Pani Maria, matka Mirona, miała zamiłowanie do prac ogrodowych. Ich ogród wyglądał bajkowo. Na kilkupiętrowych tarasach rosły kwiaty i krzewy tak pięknie wkomponowane w przestrzeń, że każdy, kto tu wchodził, musiał na chwilę przystanąć i je podziwiać. Ich matka zawsze powtarzała, że pani Sartowiczowa zamiast psychologiem, powinna zostać projektantką ogrodów. Rzeczywiście znała się na nim jak mało kto. Oczywiście korzystała z lektury dla ogrodników. I w swej bibliotece oprócz książek z psychologii, miała moc lektur dotyczących uprawy i pielęgnacji ogrodu. Wiedziała o kwiatach i krzewach bardzo dużo. A przede wszystkim, zbadała swoją ziemię, a potem dostosowywała do nich odpowiednie rośliny i nawozy. Dzisiaj także nie mógł się powstrzymać i przeskakując po kamiennych płytach, zatrzymywał się tu i ówdzie, i podziwiał z zapartym tchem piękne kwiaty, które same w sobie były cudem natury. W słońcu ich zapachy jeszcze intensywniej roznosiły swą woń, więc wdychał je z przyjemnością.

— Cześć, Michał! — zawołał Miron ze swojego balkonu i kiwnął mu na powitanie ręką.

Był wysokim szatynem, o ciemnoszarych oczach w ciemnej oprawie i pięknej budowie ciała. Miał dwadzieścia trzy lata, ale wyglądał na więcej. Wszyscy ich znajomi brali ich za rówieśników. Na dworze był upał, więc miał na sobie tylko bokserki. Nic dziwnego, że dziewczyny uganiały się za nim. Był smacznym ciachem, jak mówiły o nim niektóre siksy z osiedla. Michał się dziwił, dlaczego Miron nie ma jeszcze na stałe dziewczyny, a kiedy o nią pytał, odpowiadał, że ta, która mu się podoba, nie chce go, ale nigdy nie wymienił jej imienia.

— Cześć! — odparł z entuzjazmem Michał na widok Mirona. Gdy tylko przekroczył drzwi wejściowe, częściowo przeszklone, wbiegł na piętro do pokoju przyjaciela.

— Obawiałem się, że już nie przyjdziesz. Za długo byłem na słońcu i trochę przeholowałem, bo rozbolała mnie głowa. Chciałem się położyć, ale skoro już przyszedłeś, porozmawiajmy.

— Wybacz za spóźnienie, ale wiesz, jaka jest Julka. Musiałem jej obiecać, że wrócę przed dwudziestą drugą.

— A wrócisz? — zapytał ze śmiechem Miron, wskazując przyjacielowi najbliższy fotel.

Jego pokój przypominał wnętrze samolotu odrzutowego. Nawet biurko przypominało konsolę pilota. W dzieciństwie marzył zostać astronautą. Jednak po latach zmienił swoje zainteresowanie, chciał zostać sędzią. Był na czwartym roku prawa na UJ w Krakowie. Czego się tylko podjął, musiał zakończyć. Wszystko było przemyślane i wyważone, i czy będzie się mu to opłacało. Nic nie robił bezinteresownie. I ta cecha zdecydowanie różniła go od przyjaciela. Czas dla niego był także cenny. On przeliczał go nieco inaczej. Matka wpoiła im, że czas spędzony z przyjaciółmi, nie jest stracony.

— Mieliśmy pogadać o obozie. Zdecydowałeś się już na język angielski czy niemiecki?

— Siadaj. Wpadłeś jak oparzony i gadasz jak najęty. Chcę właśnie ci coś oznajmić. — Założył na siebie bawełnianą, kraciastą koszulkę lecz ze względu na panujący upał, nie zapiął jej, wciągnął białe szorty i dopiero potem usiadł na kanapie, zapraszającym gestem ręki wskazał przyjacielowi miejsce obok siebie.

Michał spojrzał na przyjaciela podejrzliwie. Widać było, że Miron nie był zbyt zainteresowany tematem, z którym przyszedł. Założył nogę na nodze, ręce na piersiach i jakby chciał odwlec konfrontację, spojrzał w stronę okna. Michał przyglądał mu się w milczeniu. Musiał przyznać Julce rację. Jego przyjaciel był przystojny, ale w jego oczach i całej postawie była arogancja. Jego poczucie wyższości aż kuło w oczy. Dlaczego dopiero teraz to zauważył? Pewnym ruchem podniósł się z kanapy i stanął nad siedzącym przyjacielem, który wciąż milczał. Nad czymś intensywnie się zastanawiał. Przez chwilę poczuł się jak intruz, jak nieproszony gość.

— Wiesz, ten pomysł z obozem to był niewypał — zaczął Miron niepewnie.

— Co ty mówisz? Spotkania z rodowitymi Niemcami albo Anglikami i uczestniczenie w ich codziennym życiu, byłby to najlepszy sposób do nauki języka. Przy okazji poznalibyśmy ich zwyczaje i kulturę — stwierdził rzeczowo Michał, szukając jego wzroku, ale na darmo, bo przyjaciel uciekał wzrokiem w stronę okna, za którym rozpościerał się piękny ogród.

— To matka wpadła na pomysł, abyśmy wspólnie spędzili te wakacje, ale zmieniły się okoliczności — wyznał w końcu, ciężko wzdychając.

Michał starał się nie pokazać po sobie, jak bardzo poczuł się rozczarowany.

— Szkoda. Obóz w Berlinie poprawiłby nasz niemiecki — powiedział tylko.

— Tam, gdzie rodzice zaplanowali jechać, będą mówić w wielu językach, w niemieckim także — odparł Miron z hardością w głosie.

Kiedy Michał spojrzał mu w oczy, zobaczył w nich niezadowolenie, że na niego naciskał.

— Rozumiem, że już się zgodziłeś i jedziesz z nimi?

— Przepraszam cię, stary. Matka niepotrzebnie podjęła temat obozu bez konfrontacji z ojcem. Znając ją, nie powinienem robić ci nadziei, tylko odczekać parę dni. Dopiero po rozmowie z nim wyszedł pomysł, że wyjedziemy jednak wszyscy razem. Ojciec ma tam spotkanie w interesach, a my przy okazji z matką potraktujemy ten wyjazd jako wypoczynek. Od dawna rodzice nie spędzali razem urlopu. Nadarzyła się świetna ku temu okazja. Już dawno nie nurkowałem, a tam są cudowne zatoki, więc nawet nie protestowałem.

— Rozumiem. A już się zastanawiałem, jakich mam użyć argumentów, aby przekonać Julkę do naszego pomysłu, bo nie bardzo podobał się jej projekt z obozem językowym. Widzę, że już nie będę musiał główkować, jak to zrobić. Problem rozwiązał się sam. — Michał starał się, aby jego głos brzmiał w miarę normalnie. Chciał, aby przyjaciel nie pomyślał, że aż tak bardzo mu zależało na tym wyjeździe. On też miał swoją dumę.

— Nie zmęczyło cię jeszcze jej niańczenie? Twoja siostra zachowuje się jak kwoka. — Miron chcąc zmienić temat, zaczął od napaści na Julkę.

— Odczep się od niej. Ona bynajmniej zawsze dotrzymuje umowy i danego słowa — powiedział z wyrzutem, nie wytrzymując napięcia.

— Nie chciałbym, aby moja siostra manipulowała mną jak dzieckiem.

— Zapewniam cię, że z jej strony to nie manipulacja lecz troska o mnie.

Miron nie zamierzał dłużej kontynuować tej dyskusji, która doprowadziłaby ich do kłótni. Znał zbyt dobrze przyjaciela i wiedział, że za siostrą poszedłby w ogień. Nic dziwnego byli bliźniakami i byli ze sobą zżyci. I tego im zazdrościł.

— Napijesz się czegoś? — zaproponował Miron z nonszalancją, podchodząc do szafki, w której była zamontowana niewielka lodówka a w niej barek. Starał się poprawić nastrój, widząc, że przyjaciel poczuł się dotknięty zmianą planu na ich wspólne wakacje.

— Dziękuję. Wystarczy niegazowana woda.

— A może gin z tonikiem albo czysta wódka? — Miron spojrzał na przyjaciela z pewnym siebie uśmiechem.

— Wiesz, że nie przepadam za alkoholem, bo źle po nim się czuję. Znamy się od podstawówki, powinieneś już to wiedzieć — zauważył z ironią, nie starając się nawet ukryć swojej słabości. — Nie obawiasz się rodziców, że któreś może wejść i zobaczyć, że pijesz o tej porze dnia? — zapytał, wskazując na drzwi, zza których słychać było telewizor z salonu, w którym siedzieli jego rodzice.

— Przecież jestem już pełnoletni. Nie martw się, nic nie powiedzą. Zadowalają się tym, że siedzę w domu, a nie włóczę się po knajpach w podejrzanym towarzystwie. Uważają, że jesteś dla mnie dobrym przykładem, stary — powiedział to takim tonem, że Michała mile połechtała ta uwaga, ale tylko przez chwilę.

— Skoro czujesz się taki dorosły, mogłeś im odmówić — powiedział Michał, obrzucając przyjaciela oskarżycielskim spojrzeniem.

Miron zrobił sobie drinka, usiadł ponownie na kanapie, wsparł plecami o ścianę, założył nogę na nogę i zaczął się bawić szklanką z whisky i kostkami lodu. Za każdym ruchem jego ręki dźwięczały, obijając się o grube szkło szklanki.

— Jeszcze nie jeden raz będzie okazja, aby wyjechać gdzieś razem. — Miron ponownie podniósł się i stanął na przeciwko Michała. — Napijmy się. Dobrze nam obu to zrobi.

Młody mężczyzna, którego uważał do tej pory za przyjaciela, patrzył na niego z ironią.

— Co, boisz się swojej siostrzyczki? — zapytał zaczepnie.

— Nigdy nie musiałem się jej bać, ale liczę się z jej zdaniem, bo jest nie tylko moją jedyną siostrą, ale doskonale wiesz, że nie jest głupia. Ma dobrze poukładane w głowie, w przeciwieństwie do tych twoich wymalowanych laleczek! I zależy jej na mnie. Ty jesteś posłuszny swoim rodzicom, bo łożą na twoje utrzymanie, ja liczę się ze zdaniem mojej siostry, bo ją kocham.

— Nie rób z niej takiej świętej Julii! — Miron spojrzał na niego wściekły.

— Może nie jest święta, ale kocham ją taką, jaka jest — odparł, kierując się w stronę drzwi. — Nie musisz mnie odprowadzać, sam trafię do wyjścia — dodał poważnym tonem. — Pójdę pożegnać się z twoimi rodzicami. W zaistniałej sytuacji pewnie długo się nie zobaczymy.

— Jak chcesz — odburknął Miron i stanął przy oknie odwrócony do niego plecami.

Michał zapukał w drzwi salonu, które stały otwarte na oścież. Państwo Sartowiczowie siedzieli na kanapie przed telewizorem, pijąc kawę z maleńkich, porcelanowych filiżanek.

— Przepraszam. — Michał stanął w progu olbrzymiego salonu i chrząknął znacząco. — Chciałbym się z państwem pożegnać. Wpadłem do Mirona pogadać o obozie, ale właśnie się dowiedziałem, że nasz plan nie wypalił. W tej sytuacji pewnie długo się nie zobaczymy — powiedział uprzejmym tonem, wchodząc do środka.

Na jego widok Daniel Sartowicz podniósł się z kanapy i podszedł do niego blisko. Był wysokim, przystojnym mężczyzną. Miał czterdzieści kilka lat i sylwetkę czynnego sportowca. Miron był młodszą kopią ojca. Maria, jego żona, siedziała wsparta o poduszkę z podwiniętymi nogami, na jego widok uśmiechnęła się ciepło. Była ładną brunetką o jasnej cerze i dużych, szarych oczach. Tego dnia nie wyglądała najlepiej. Znacznie zeszczuplała, pod oczami zauważył błękitne cienie i zmarszczki wokół ust. Gołym okiem było widać, że była chora. Sartowicz z troską patrzył na siedzącą żonę. Michał nigdy nie słyszał, aby się kłócili, co najwyżej przekomarzali. Byli przykładnym małżeństwem.

— Za tydzień zamierzamy wyjechać do Hiszpanii, na Majorkę. Pewnie nasz pobyt się przedłuży, żona ostatnio niedomaga, w cieplejszym klimacie powinna poczuć się lepiej — wyjaśnił, patrząc czule w jej stronę.

— Życzę pani szybkiego powrotu do zdrowia — powiedział Michał, zmierzając do odejścia.

— Zaczekaj. Mamy coś dla ciebie, Michale. — Pani Sartowicz podniosła się ociężale z kanapy i wzięła kopertę ze stolika i podała mężowi, a ten wręczył mu ją z uśmiechem.

— Wiele razy pomogłeś naszemu synowi. Dziękujemy ci, Michale. — Sartowicz uścisnął mu dłoń. — Niech ci się dobrze wiedzie — dodał z ciepłym uśmiechem. Miał mocny uścisk, dlatego szybko wyjął swoją dłoń z jego masywnej ręki.

— Dziękuję, państwu. Jeszcze raz życzę udanego wypoczynku, a pani szybkiego powrotu do zdrowia. — Michał ponownie omiótł wzrokiem ich oboje i zamierzał wyjść, ale Sartowicz położył mu rękę na ramieniu, a drugą mocno uścisnął.

— To my ci dziękujemy, synu — powiedziała pani domu, nadal siedząc na kanapie.

Michała zaskoczyło jej zachowanie, bo zawsze, kiedy ich odwiedzał, wchodziła do pokoju syna i długo rozmawiała, często z nimi żartując. Nie mogła długo usiedzieć w jednym miejscu, wszędzie było jej pełno. Michał polubił ją już od pierwszego spotkania. Oprócz wesołego usposobienia, była miłą i uprzejmą panią domu. Był częstym gościem na ich obiadach i piknikach w ogrodzie, który był jej konikiem. Z tego powodu przyprowadził kiedyś do ich domu swoją siostrę. Była oczarowana ich ogrodem. Wtedy pani Sartowiczowa zaproponowała Julce, że jeśli tylko chce, może jej pomagać przy przesadzaniu nowych sadzonek krzewów i kwiatów. Julka chętnie się zgodziła. Pokazała jej także, jak przycina się młode drzewka, jak je należy pielęgnować. Odtąd jego siostra była ich częstym gościem. Kiedy tylko miała wolną sobotę, wyręczała ją w cięższych pracach i pilnie słuchała, na czym polega praca ogrodnika.

Michał wyszedł z okazałej willi bardzo zawiedziony. Kiedy szedł ścieżką między kwitnącymi drzewkami oleandrów, czuł na sobie spojrzenie przyjaciela, który stał nadal na piętrze swego pokoju i sączył drinka. Michał był prawie pewien, że była to tylko poza, udawana pewność siebie. Zdążył dobrze poznać przyjaciela, podobnie, jak jego wady. Do tej pory mu nie przeszkadzały. Choć jego przyjaciel pochodził z bogatego domu i miał wszystko, czego zapragnął, mimo to, nie był do końca szczęśliwy. Ale on nie chciał wnikać w szczegóły, skoro przyjaciel nie chciał mówić, on także postanowił nie naciskać.

2

— Byłam pewna, że wrócisz później. Co się stało? — zapytała Julia, unosząc głowę znad książki, gdy tylko Michał przekroczył próg domu.

— Pewnie usatysfakcjonuje cię wiadomość, że obóz nie wypalił! — odparł wściekły, zatrzymując się w progu jej pokoju tylko przez chwilę, bo potem wparował do kuchni i zamaszystymi ruchami zaczął stukać naczyniami. Aby rozładować emocje, wstawił czajnik na kuchence, wyjął z szafki dwa kubki i pojemnik z herbatą. Dopiero usiadł za stołem.

— Powiesz mi wreszcie, o co wam tym razem poszło? — zapytała, kiedy weszła do kuchni.

Rozległ się gwizdek czajnika, widząc osowiałą minę brata, wyręczyła go i wsypała herbatę do kubków, i zalała wrzątkiem. Usiadła naprzeciw niego, cierpliwie czekając, aż brat zacznie mówić, ale on wciąż milczał, jakby rozkładał myśli na czynniki proste. Herbata dawno ostygła, gdy zebrał się w sobie i zaczął mówić:

— Szedłem na to spotkanie z nadzieją na udane wakacje, ale nic z tego nie wyszło. Wszystko było nie tak od początku, Miron był jakiś dziwny, choć pozował na chojraka — zaczął, wpatrując się w przestrzeń.

— Co było w nim dziwnego? — zapytała na pozór opanowanym głosem, choć wychodziła ze skóry, aby wreszcie się dowiedzieć, co tym razem wymyślił jego przyjaciel.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 48.66