E-book
6.83
drukowana A5
33.19
Zakochana czarownica

Bezpłatny fragment - Zakochana czarownica

czyli Anubis w skupie butelek


Objętość:
193 str.
ISBN:
978-83-8155-680-4
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 33.19

„Gwiazdy bledną jak pamięć na chwilę przed świtem.

Nisko na wschodzie pojawia się słońce, złote jak otwarte oko.

To, co może być nazwane, musi istnieć.

To, co jest nazwane, może być zapisane.

To, co jest zapisane, może być pamiętane.

To, o czym się pamięta, żyje.”

(Z Papirusu Ani, rozdział XV Księgi Umarłych)

Rozdział I

Nie ma dotkliwszej boleści, niźli dni

szczęścia wspominać w niedoli.

Dante Alighieri

Stefan siedział w Punkcie Skupu Surowców Wtórnych. Był zły i rozżalony. Zły na siebie za nieudolność i pecha, który go prześladował. Rozżalony na cały świat za to, że ten nie potrafił docenić jego licznych talentów. W stanie, w jakim morduje się sąsiadów, czekał na pierwszego klienta. Jednak nawet w tym stanie zdawał sobie świetnie sprawę z tego, że klienta przywita uśmiechem i będzie dla niego nad wyraz grzeczny. Wiedział, że tak się zachowa, wiedział też, że jego pierwszym klientem stanie się prawdopodobnie jakiś zapijaczony, brudny i śmierdzący menel. Wiedział, że mimo odrazy odniesie się do niego serdecznie. Wiedział to wszystko i to jeszcze bardziej go wkurzało.

Był świadomy swojej wartości i tego, że ma szeroką wiedzę z najróżniejszych dziedzin i wierzył, że został stworzony do wyższych celów. Był fachowcem w siedmiu różnych zawodach. Posiadał doświadczenie i umiejętności, których inni powinni mu zazdrościć, powinien być rozchwytywany przez pracodawców. Powinien, ale nie był. Całe swoje życie zawodowe tułał się po różnych zakładach pracy, które albo plajtowały albo redukowały zatrudnienie. Lądował więc często na kuroniówce, aby znowu znaleźć coś bez perspektyw, na kilka miesięcy, czasem na rok. Może to przez to dziwne zdarzenie sprzed lat?


***************


Pierwsza klasa liceum, początek zimy. Biało, niewielki mróz. Prószący niezbyt mocno śnieg. Wrócił ze szkoły. Zjadł obiad i właśnie miał zmyć się do swojego pokoju. Teoretycznie miał się uczyć. Praktycznie jednak, czekała na niego cała bateria książek z biblioteki. Pochłaniał je. Pochłaniał kosztem nauki. Nie był jednak jeszcze na tyle odpowiedzialny, aby się tym zbytnio przejmować. Wstał od stołu.

— Dużo masz dzisiaj nauki, Stefek? — Rzuciła mama.

— Jak zawsze — odparł dyplomatycznie nie chcąc się w coś wpakować.

— Może skoczysz do lasu?

— Po co? — zainteresował się nagle.

— Śnieg pada. Nie mamy dobrej miotły. Przyniósłbyś gałązek, tata ukręciłby nową…

— Dobra, tylko się przebiorę. — Zgodził się chętnie. Lubił las, a krótki grudniowy dzień szybko się kończył. O zmierzchu można spotkać dzika a nawet jelenia. Widział szansę, za godzinę, półtorej zacznie się ściemniać.

Brzozowy zagajnik, do którego zmierzał, oddalony był o półtora kilometra. Można tam dotrzeć idąc na wprost, miedzami wśród pól. Można też iść skrajem lasu, ale po łuku nadkładając kilkaset metrów.

Wybrał skraj lasu. Śnieg padał coraz intensywniej. Nie należało to do przyjemności, ponieważ szedł pod wiatr. Było zimniej niż myślał. Po 35 minutach osiągnął cel. Śnieg sypał teraz obficie, wielkimi płatami. Zaczął ścinać gałązki i formować z nich snopek. Szło mu to jednak wolniej niż oczekiwał. W pośpiechu zabrał tępy nóż a zmarznięte witki okazały się wyjątkowo twarde. Nim skończył, ściemniło się, śnieg przestał padać. Gdy zarzucał na ramię, związany paskiem od spodni, rosochaty snop, pojaśniało. Omiótł wzrokiem otoczenie, spojrzał w niebo.

Chmury przerzedzały się, pojedynczo prześwitywały gwiazdy. Ruszył. Tym razem zdecydował się iść na wprost, przez pole. Uszedł jakieś 200 metrów, kiedy chmury rozstąpiły się zupełnie, ukazując w całej krasie nisko zawieszoną misę księżyca w pełni. Kilkucentymetrowa warstwa świeżego śniegu odbijała i łagodnie rozpraszała księżycowe światło. Zrobiło się widno, niemal jak w dzień. Szło mu się dobrze, nawet wesoło. Około 150 metrów przed nim, w poprzek jego marszruty, biegła droga. Droga przecinała pola i dalej prowadziła przez las do pobliskiej leśniczówki. Wiedział, że kiedy dotrze do nieużywanej o tej porze roku gruntówki, znajdzie się dokładnie w połowie drogi.

Najpierw usłyszał dzwonki, chwilę potem jakiś wesoły okrzyk. Głosy dobiegały z lasu, z lewej strony. Nim zdążył cokolwiek pomyśleć, z leśnej drogi wyjechała bryczka. Czterokółka, ciągnięta przez czwórkę koni. Na siedziskach dostrzegł trzy lub cztery postacie, nie był pewien ile. Postać siedząca na koźle, pomachała mu przyjaźnie ręką. Odesłał pozdrowienie podobnym gestem i zatrzymał się zachwycony. Przepiękna scena. Księżyc miał za plecami, co bardzo ułatwiało obserwację. Wesoło dzwoniące dzwoneczki. Biegnące bez wysiłku, sprężystym kłusem rumaki. Miękko płynąca nad wybojami gondola dobrze resorowanej bryki. Widział wszystko dokładnie, ale nie rozróżniał szczegółów. Zaprzęg widoczny na tle jasnego śniegu sam przez to pozostawał praktycznie czarny. Postał jeszcze chwilę patrząc jak urzeczony za znikającym w oddali i w zmroku zjawiskiem.

— Ciekawe, kto to? — Pomyślał — Czyżby któryś z leśniczych? Nie kojarzył jednak takiego, który miałby cztery konie.

— Może pożyczone — Odpowiedział sam sobie. Ruszył dalej planując, że kiedyś też zdobędzie taki zaprzęg.

— Będę jeździł po okolicy i szpanował — marzył — a może dziewczyny na to polecą?

Dochodził do drogi. Zajęty planowaniem przyszłości nie zwracał specjalnie uwagi na otoczenie. Nagle poczuł niepokój, a za chwilę strach. Paniczny, irracjonalny strach. W pierwszej chwili nawet nie wiedział, co go zaniepokoiło. Kiedy zaś uświadomił sobie przyczynę, biegł jak szalony bojąc się spojrzeć za siebie. Podświadomość skojarzyła fakty wcześniej niż świadoma część jego umysłu. To ona nakazała mu ucieczkę. Dopiero biegnąc, pojął całą grozę zdarzenia. Na śniegu nie zobaczył żadnych śladów! Ani bryczki, ani kopyt! Nic! Nikt tędy nie jechał! Od dawna! Ale on ich widział…, widział i słyszał… To nie było złudzenie!!!

Biegł. Biegł nie zważając na grudy pod nogami ani na kłujący ból w płucach. Miał niemal pewność, że tuż, tuż za nim galopują czarne konie. Chciał to sprawdzić, chciał się obejrzeć, ale nie dał rady. Nie odwrócił głowy. Dziwne, że nie zgubił ciążących mu gałęzi, ale chyba o nich zapomniał.

Wpadł do kuchni, zwalił się na krzesło i łapczywie chwytał powietrze. Swój ładunek zgubił gdzieś w korytarzu. Wpadł z takim hukiem, że zaniepokojeni rodzice wybiegli z pokoju.

— Co się stało? — Zapytała wyraźnie przestraszona mama. Przez dłuższą chwilę nie mógł jeszcze wydusić słowa. Czekali więc nad nim w napięciu. W końcu wydusił:

— Widziałem… bryczkę…

Na te słowa, matka przeżegnała się nerwowo i rzuciła szybkie spojrzenie na ojca.

— Cztery konie? — Zapytał ojciec rzeczowo.

— Cztery… — wysapał.

— Czarne?

— Czarne…

— Co robić? — Mama z wyraźnym lękiem w głosie, zwróciła się do ojca.

— Spokojnie — powiedział. Przysiadł obok syna. Położył mu rękę na ramieniu.

— Daleko byłeś?

— 100… może 150 … metrów.

— Czy wołali coś do ciebie?

— Nie, pomachali mi… tylko.

— Jak machali?

— Normalnie, machali…

— Stefan, to ważne. Przywoływali cię tym machaniem?

— Nie, raczej… pozdrawiali… wesoło.

— Masz szczęście. Idź jutro do kościoła. Pomódl się…

— O co…?

— O wszystko. O wszystko, co ci przyjdzie do głowy.

— Tata, co to za jedni?

— Nie wiem, synku. Wiem tylko, że jeżdżą tu już jakieś 200 lat. Jeżdżą po okolicznych lasach.

— Wierzysz mi tato? — Stefan, do którego dopiero dotarło, że rodzice nie bagatelizują sprawy, jak mógłby się spodziewać, był zdziwiony ich postawą.

— Wierzę synku. Ja też ich widziałem.

— Widziałeś? Kiedy?

— Dawno. Uspokój się. Nic się nie stało.

— Nic? To, czemu tak wypytujecie?

— Bo podobno jest źle, jeżeli oni kogoś wołają, ale gdy są przyjaźni, to jest to tylko ostrzeżenie.

— Przed czym, tato?

— Kto to wie? Dlatego mówię ci, pomódl się. Tak, na wszelki wypadek.

— Dobrze tato…

W ciepłych i jasnych ścianach rodzinnego domu strach ulotnił się szybko. Po kilku godzinach, całe zdarzenie przestało mu się wydawać realne. Z czasem, zdystansował się do niego. Obawa, przed samotnym przebywaniem w lesie, po zmroku, została jednak jeszcze na wiele lat.


*****************


Takie życie powodowało ciągłe wpadanie w długi, z których nijak nie można było się wyplątać. Bo choćby w tym miesiącu, wypłatę dostał z trzytygodniowym poślizgiem. Dostał tego siedemset złotych, z czego 180 musiał przeznaczyć na dojazd do pracy. Banki chciały od niego 950 złotych, energetyka ponad 200 a Urząd Gminy ponad 700 za zużytą wodę. O niepłaconym od lat abonamencie radiowo telewizyjnym i innych mniej namolnych wierzycielach starał się nie myśleć.

Żona Stefana, Alicja, była nauczycielką. Wszyscy wiedzą, że nauczyciele mają głodowe stawki a mała wiejska szkoła, w jakiej Ala pracowała, nie dawała szans na dodatkowe godziny, zastępstwa czy kółka tematyczne. W miastach czy gminach, nauczyciele pracowali na półtora lub nawet dwóch etatach. Na wsi trzeba było dobrze główkować, żeby utrzymać się na jednym, niepełnym. W dodatku kolejna reforma oświaty nakładała obowiązek ciągłego dokształcania się, co kosztowało dalsze kilkaset złotych miesięcznie. Refundacje doskonalenia zawodowego nauczycieli istniały tylko w środkach masowego przekazu, bo tu na dole Gmina nie miała, lub nie chciała mieć, ani grosza.

Przecież to oczywiste, że najpierw pieniędzy musiało wystarczyć dla urzędników gminnych, potem na premie dla tychże urzędników i dla belfrów już nigdy nie starczyło. Co z tego, że kilka lat temu nauczyciele z jej placówki oddali do sądu kuratorium za nie wypłacenie podwyżek? Sprawę wygrali, ale kuratorium do dziś nie uregulowało zaległości, bo nie ma pieniędzy. Społeczeństwo natomiast zostało poinformowane, że podwyżki dla kadry pedagogicznej były. O tym, że były tylko na papierze, już społeczeństwa nie informowano. „Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy”.

Stefan miał wady, jak każdy, ale miał jedną największą, był uczciwy. Biorąc pod uwagę fakt, że jego żona miała tę samą wadę, można łatwo domyśleć się jak to rzutowało na ich życie. Ludzie często dobierają się w pary na zasadzie podobieństw, oni też. Drugą poważną i wspólną ich wadą było to, że nie potrafili wchodzić w układy. Jeżeli dołożymy do tego brak umiejętności picia alkoholu, (kiedy, z kim i ile), możemy łatwo wyobrazić sobie ich obecną klęskę życiową.

Mieli też zalety. Byli wykształceni, chociaż w obecnej Polsce trudno nazwać to zaletą. Siostra Ali, niżej wykształcona, zarabiała kilkakrotnie więcej. Każde z jej emerytowanych już rodziców, pomimo braku wykształcenia, miało wyższą emeryturę niż Ala ze Stefanem łącznej wypłaty, po ponad dwudziestu latach pracy. Bracia Stefana również zarabiali znacznie lepiej niż on, choć raczej nie przewyższali go wykształceniem, czy zdolnościami.

Wracając do zalet, to niewątpliwie była nią miłość tych dwojga. Mieli wzloty i upadki, były dni gorsze i lepsze, ale oni naprawdę się kochali. Darzyli się prawdziwą, mądrą miłością już prawie od ćwierć wieku i chyba tylko dzięki temu, wbrew wszelkim przeciwnościom losu, dotrwali razem do dnia dzisiejszego. Jak już zostało powiedziane mieli wady, mieli zalety, mieli zbyt wielkie, jak na ich możliwości, długi, ale mieli też skarb. Ich skarbem były córki. Dwie ładne, sympatyczne, inteligentne, trochę pyskate, ale szalenie kochane dziewczyny. Starsza Krysia była na pierwszym roku studiów, młodsza o pięć lat Monika kończyła właśnie gimnazjum.

W ich rodzinnych układach, przez lata wytworzyła się pewna ciekawa zależność. Cokolwiek robił Stefan, robił to zawsze z myślą o swojej ukochanej Ali. Cokolwiek robiła Ala, robiła to z myślą o swoich córeczkach. Krysia robiła wszystko z myślą o sobie i wcale się z tym nie kryła. Monika natomiast, dbała o własny interes, ale tak sprytnie, aby wydawało się, że myśli także o innych.

Z tego wszystkiego Stefan doskonale zdawał sobie sprawę. I chociaż nie nauczono go wylewnego okazywania uczuć, choć może wydawał się oschły, to jednak kochał te trzy swoje dziewczyny miłością wielką i szczerą. Wiedział o tym. Wiedział też, że ma trudny charakter, który nie ułatwiał rodzinie wzajemnych z nim kontaktów. Potrafił być uparty i upierdliwy.

Miał też świadomość, że zawiódł. Zawiódł na całej linii, ponieważ nie potrafił, nie był w stanie zapewnić godnego bytu swoim najbliższym. Kiedy myślał o tym, chciało mu się wyć z rozpaczy i bezsilności. Najgorsze było to, że nie widział możliwości wyjścia z impasu.

Siedział i zastanawiał się jak przeżyć do wypłaty. Wiedział jak do tego doszło. Przynajmniej miał swoją teorię na ten temat. Wywodził się z pokolenia przełomu, ze straconego pokolenia jak mówił. Urodził się, wychował i ukształtował w czasach realnego socjalizmu, wtedy też pobierał nauki. Wtedy wybrał sobie zawód, świetny w tamtych czasach, dostał dyplom, poszedł do pracy i … trach.

W pierwszych miesiącach jego pracy busola zaczęła wirować, wszystko się pokręciło, pokiełbasiło, zwariowało. A wszystko przez jednego robola, któremu nie chciało się uczyć, bo wolał robić dzieci. Stefan zobaczył go po raz pierwszy w telewizji, gdy ten próbował wydukać coś z kartki, nie szło mu jednak. Nieważne. Ważne natomiast, że Stefan pewnego dnia obudził się w innym jakby kraju. Pogubił się. Wtedy to wykształcenie, inteligencja, autorytety, szacunek dla pracy; wszystko wzięło w łeb. Na fali przemian społeczno-politycznych, przy wieloletnim bezkrólewiu, zaczęli wypływać różni cwaniacy, kombinatorzy, cinkciarze i wszelkie możliwe szumowiny. Mieli układy, znajomości, pieniądze i odwagę podjęcia ryzyka. To jedna grupa społeczna, która wtedy skorzystała. Drugą byli ci, którzy pracując już od kilku lat mieli pewne zaplecze w postaci pieniędzy, doświadczenia, mieszkania, znajomości. Oni mogli jakoś się w tym ustawić, przeczekać, dopasować. Następna grupa to populacja młodzieży, których życie zawodowe rozpoczęło się nieco później. Jeszcze ucząc się przyswajali nowe realia, które ich później nie zaskoczyły. No i była też armia pechowców, armia wcale nie mała, do której należeli Ala i Stefan. Ci ludzie mieli pecha, gdyż uczono ich czegoś, co w momencie podjęcia pracy okazało się nikomu niepotrzebną utopią.

Nie dano im szansy. Nie mieli okresu karencji. Nie mieli też bogatych rodziców. Nie mieli wyboru, musieli zostać w tyle. Zapełniają oni dzisiaj noclegownie dla bezdomnych, śpią na dworcach, szukają resztek w śmietnikach, wielu popełniło samobójstwo. Wielu zrobi to niebawem. O tym jednak nie mówi się nic albo bardzo niewiele i to w dość delikatnych słowach. Nie mówi się też, że podczas „powszechnej prywatyzacji”, kiedy górnicy czy energetycy dostali akcje o wartości 50 000 złotych; tacy jak Stefan otrzymali po jednym bonie prywatyzacyjnym. Bon taki miał wartość 20 złotych. Nie jest przecież winą Państwa, że niektórzy nie pracowali akurat w elektrowni.

Tak samo nie mówi się dzisiaj o tym skąd nagle pojawiła się w Polsce cała masa kapitalistów. To źle. Ludzie powinni wiedzieć, że dziewięćdziesiąt kilka procent z nich to nomenklatura, byli prominenci, dawni działacze poprzedniego systemu. Będąc w odpowiednim czasie, na odpowiednich stołkach, wzajemnie przekazywali sobie majątek naszego kraju. Zrobili to za bezcen, bezprawnie. Rozkradli dobra wytworzone przez wszystkich Polaków i podzielili między garstkę pociotków. Sprawdziła się zasada, że stare układy w nowej rzeczywistości działają sprawniej niż poprzednio. Obecnie mają olbrzymie majątki, zagraniczne konta, zajmują wysokie stanowiska, są szanowani i bezkarni. Właśnie to, że są bezkarni, bardzo wpieniało Stefana, ponieważ on bezkarny nie był. Chociaż kiedyś udawało mu się czasami „wykręcać sianem”.


***************


— Nastała wielka bieda. Wtedy ojciec zaczął dzielić włos na czworo a matka zagotowała ostatni trzonek od gabli. Kiedy na kolację zjedli ostatnie skarpetki ojca, rodzina poczęła zmieniać miejsce żerowania…

— Stefan, czy to jakaś inwokacja? — Krasawica brutalnie przerwała jego występ. Nie zauważył jej. Było po dzwonku, ale profesorzy przychodzili zwykle nieco później. Zaskoczony zrobił minę niewiniątka. Klasa ryczała z uciechy.

— Kontynuuj — dodała — kontynuuj przy tablicy.

— Pani p-sor, ja żartowałem — próbował ratować sytuację — ja nic nie zrobiłem.

— Tak wiem. Zauważyłam. Dwa lata uczysz się w tej szkole języka rosyjskiego i masz rację. Nic nie zrobiłeś. Przynajmniej w tym kierunku.

— Ale pani p-sor, nie dzisiaj, to nieludzkie, ja tak bardzo panią lubię…

— Bardzo dobrze. A tiepier skaży eta pa ruskij.

— Szto mnie nada skazać? Pani p-sor?

— A szto eta „pani p-sor”?

— Ja ne znaju… izwienitje mienia. Pani p-sor.

— Pani p-sor, pani p-sor. Po polsku dobrze nie umiesz a jak tu od ciebie wymagać języka obcego? Siadaj! Nie denerwuj mnie.

Klasa ryczała. Stefan czuł, że tym razem wybrnął. Ale było źle. Następnym razem już się głupotami nie wykręci. Rosyjski znał słabo i nie lubił go. Wiedział też, że konfrontacja jego wiedzy z nieugiętością Krasawicy jest nieunikniona. Tym razem jednak, udało się. Jeszcze raz się udało.

Na przerwie, idąc za ciosem, dopadł do Jadzi, Haliny i Doroty.

— Dieuszki, pasluszajtie mienia: jest diwan, na diwanie lieżit Masza a na Maszy lieżit Sasza. Szto ani tiepier diełajut na bukwu „p”?

— Nie mam pojęcia — mówi Jadzia.- Ani tiepier diełajut eto pierwej raz. No dalsze. Jest diwan, na diwanie lieżit Masza a na Maszy lieżit Sasza. Szto diełajut ani tiepier na bukwu „w”?

— Wtaroj raz — chichocze Dorota.

— Charaszo — mówi Stefan — no pajdiom dalsze. Jest diwan, na diwanie lieżit Masza a na Maszy lieżit Sasza. Szto diełajut ani tiepier na bukwu „t”?

— Trjetij raz — wyskakuje rozbawiona Halina.

— Niet. Tiepier ani atdychajut, no skolka raza można? — Pyta uradowany Stefan.

Salwa śmiechu. Dziewczyny mają świetne humory. Stefan jest lubiany i akceptowany, w klasie i w szkole. Wie jednak, bo zdecydowanie za dużo czyta, że dziewczyny wyprzedzają go dojrzałością emocjonalną. Wie, że jest parę lat za nimi. Jest fajny jako klasowy błazen. Jest jednak zbyt infantylny jako partner. To go boli. Próbuje z tym walczyć. Z tej walki, wychodzą jednak, tylko kolejne błazeństwa. Wie o tym, ale brnie dalej. Może uda się to przełamać?


*****************


Siedział w tym punkcie już czwarty miesiąc, firma prywatna, szef płaci — jak ma, jak nie ma — nie płaci. Normalka. Sam jeździ extra bryką a jego pracownicy często nie mają na bilet. Trudno, przecież on nie winien, on nic nie poradzi, — bo nie ma. Płaca zależna od obrotu. Duży obrót to 850 — 900 złotych wypłaty, mały to 600. Jednocześnie, aby kupić jakikolwiek metal, trzeba żądać dokumentów i spisać umowę. Klient nie ma dokumentów — nie wolno kupić. Ale zarobisz, gdy kupisz dużo. Większość tych, którzy sprzedają, dokumentów nie ma. Nie ma — bo nie wiedzieli, że muszą mieć, nie ma, — bo zgubili po pijanemu, nie ma, — bo są młodociani, itd.

Kilkaset metrów dalej jest drugi skup, konkurencyjny, tam dokumentów nie trzeba. Wypłata Stefana zależy od obrotu. A w domu trzy kochane osoby i nie wiadomo czy jutro wystarczy na chleb, więc kupił. Kupił starą, żeliwną wannę od dwóch wyrostków. Dokumentów nie mieli, ale kupił. Wartość zakupu: 30 zł.

Stefan urodził się trzynastego. Co to ma do rzeczy? Ano ma, bo wanna okazała się kradziona. Stefanowi postawiono zarzut paserstwa. Stefan nie był bezkarny. A ci u góry, tak. Rozkradli i rozprzedali kraj, ale oni nie są paserami. Oni są biznesmenami, oni są politykami, oni są cacy. Stefan jest be. Nie ma układów, nie ma wysoko postawionych kumpli, więc jest be. Ktoś musi być be, przecież żyjemy w państwie prawa.

Patrząc na swoje położenie czuł w gardle dławiącą kulę, jakby utkwiło tam całe jabłko. Przecież nie tak miało być. Przecież jeszcze w liceum mimo, że był jednym z biedniejszych uczniów, to zawsze miał pieniądze. Miał, bo już wtedy zarabiał. Był przedsiębiorczy, zaradny. Zawsze potrafił znaleźć sobie zajęcie, które dawało parę złotych. Pracy nie bał się nigdy, zresztą był jej nauczony od dziecka. Tak więc, pomimo biednego domu, kieszonkowe miał znacznie wyższe niż koledzy. Zarabiał je sam, ale miał. ·

No i jest, pierwszy klient, ledwo stoi na nogach, wygląda dość schludnie, może nawet w sobotę brał kąpiel. Tyle tylko, że to już piątek. Przytargał trzy butelki po piwie. Dostał 30 groszy. Zadowolony to z tego specjalnie nie był. Ale Stefan był grzeczny, uśmiechał się. Przecież jest szansa, że jurto wróci, może przyniesie trochę złomu i może zabierze dowód, — jeżeli jeszcze nie zgubił.

Rozmawiając z nim Stefan dusił w sobie obrzydzenie. Czuł też swego rodzaju wyższość. Przecież mógłby dzisiaj wyglądać tak jak tamten, to jego pokolenie, ale nie wygląda, nie dał się. Myśl „nie dałem się” i uderzenie strachu, chwytającego za gardło, bo jak długo jeszcze się nie da?! Przecież nie ma szans na spłatę zadłużeń.

To już nie tylko monity. Jest windykator, tylko patrzeć jak pojawi się komornik. Do tego ta cholerna wanna. Jak sprawa trafi do sądu to może nigdy już się nie wygrzebie?

Najgorsze jest to, że ma pomysły, wie jak mógłby zarobić. Już próbował, kilkakrotnie, ale zawsze pojawiał się ten sam problem. Brak kasy na rozkręcenie interesu. Kredytu nie dostanie, jest na czarnej liście w BIK-u. Jest tam mimo tego, że jakimś cudem spłaca wszystkie kredyty. Spłaca, ale z opóźnieniami, poprzez windykatora, ale spłaca. Tylko jak długo jeszcze?

Nachodzą go gorzkie refleksje. Gdy spóźni się z ratą o jeden dzień od razu naliczają mu odsetki karne. Szef z wypłatą spóźnia się zawsze, odsetek jednak nie płaci. Kuratorium kilka lat temu miało Ali wypłacić podwyżkę. Dzisiaj, z odsetkami, byłaby to kupa szmalu. Ale nie wypłaci, nauczyciel jest maluczki, można go olać. Przed świętami Gmina przyznała nauczycielom po 700 złotych jednorazowego dodatku, tzw. ”karpiówkę”. Oczywiście ogłoszono to publicznie. A co, niech ludzie wiedzą! Następnie Wójt wypłacił kosmiczne premie swoim urzędasom, którzy i tak zarabiają miesięcznie kilka nauczycielskich pensji. Dla nauczycieli — zabrakło, nie będzie „karpiówki”. Nie będzie odsetek karnych, nie będzie winnego. Będzie za to ściganie z tytułu niezapłaconej należności za wodę. Wójt nie musi — Wójtowi trzeba. Przecież żyjemy w państwie prawa.

Górnicy pojechali niedawno pod Sejm. Mieli kilofy, kamienie, olbrzymie pokłady arogancji i chamstwa. Zbluzgali, zniszczyli, zdemolowali, ale podwyżki i wcześniejsze emerytury dostali. Dostali, chociaż miesięcznie zarabiają tyle, ile nauczyciel przez pół roku. Żyjemy w państwie prawa. „Z pustego i Salomon nie naleje”, dlatego w wiadomościach podano, że każdy Polak musi dopłacić kilkadziesiąt złotych do płac górniczych. Porządek musi być.

Czasem chciałby wzorem innych ukraść, oszukać, zrobić jakiś wielki szwindel, zarobić „lewą” kasę. Wiedział jednak, że nigdy się nie odważy, dla niego cudze było święte. Tak go wychowano. Pochodził z biednej, ale honorowej rodziny, w której był w użyciu zdrowy system wartości. Przesiąkł tym. Nieraz czuł żal do rodziców, że nie nauczyli go kraść. Niestety, z tego, co pamiętał, oni też nie potrafili. To taka skaza genetyczna.

Sposoby na legalne zarobienie trochę większej kasy wymagają niestety, właśnie kasy. Kasy i znajomości. On nie miał ani jednego ani drugiego i koło się zamykało. Koło beznadziei i niemożności. Widział to na każdym kroku. Uderzał głową w mur kilka razy dziennie, ale jeszcze się nie załamał. Jeszcze wierzył, że jakimś cudem przetrwa. Wierzył, że Bóg go nie opuści.

Właśnie. Stefan był wierzący. To rzadkie w naszych czasach, ale on wierzył, wierzył głęboko. Nie tak jednak jak olbrzymie rzesze polskich katolików, ograniczających się w większości do przestrzegania tradycji i praktykowania kilku okazjonalnych rytuałów. Zawsze był perfekcjonistą, jak coś robił, robił to dobrze.

Kiedyś nie wierzył, chciał upewnić się, że nie wierząc — ma rację. Dlatego przeczytał Biblię, chciał udowodnić samemu sobie, że to bzdura. Przeczytał — nie zrozumiał. Przeczytał ponownie i jeszcze raz, i jeszcze… Potem Koran, dzieła buddyjskie, staroindyjskie, Huna, i wiele innych. W końcu nie mógł już dłużej się opierać. Ugiął się pod natłokiem oczywistych faktów, które odkrywał. Ugiął się i uwierzył. Uwierzył całym sercem i umysłem w Boga. Ale nie w takiego zamkniętego w kościele, nieuchwytnego, dalekiego… On uwierzył w Boga osobowego, żywego, będącego tu i teraz, z nim, obok niego, w nim.

Trwało to lata, nauczył się po drodze technik medytacyjnych, uprawiał różne praktyki duchowe, kilkakrotnie w swych poszukiwaniach zboczył na manowce. Ale znalazł odpowiedź. Teraz był wierzący. Dzięki temu trzymał się. Dzięki temu, gdy wszystko się waliło a ludzie wokoło „rzucali mięsem”, on był spokojny. Nie przeklinał, nie panikował. Oczywiście miał chwile zwątpienia czy załamania, ale szybko odzyskiwał spokój ducha, gdyż wiedział, że nie jest sam.

Miało to swoje odbicie zewnętrzne. Koledzy w pracy, sąsiedzi i znajomi uważali go za człowieka, którego nic nie mogło wyprowadzić z równowagi. Tak to wyglądało, ale wewnątrz, na przestrzeni 14 cm., między uszami Stefana, często szalała burza. Burza uczuć, wątpliwości i wahań. Wiedział, że to w porządku. Wiedział, że był tylko (a może aż), człowiekiem. Przecież nawet Chrystus miał moment totalnego zwątpienia. Dlaczego więc on miałby być lepszy, skoro nie ominęło to nawet jego Mistrza? Rozumiał to. Rozumiał też, że jego los wynikał z karmy, którą sobie wypracował w poprzednich wcieleniach. Nie rozumiał jednak, dlaczego ten los dotykał też jego najbliższych. Właściwie to rozumiał, nie mógł się z tym jednak pogodzić.

Czternasta, jeszcze dwie godziny do zamknięcia punktu. Dwie godziny dreszczy. Na zewnątrz minus dwanaście, w środku trochę cieplej, ale kawa na biurku, zaparzona godzinę wcześniej, zamarzła. Nie, Stefan nie narzekał, miał tu nawet metalowy piecyk, w którym palił jakimiś odpadami. Piecyk gorący, ale metr dalej, woda zamarzała. Skup mieścił się w garażu po kombajnie zbożowym. Zimny, betonowy, wysoki bunkier bez okna. Bez okna, ale za to z przerdzewiałymi, metalowymi drzwiami o powierzchni około 20 metrów kwadratowych. Drzwi te, a właściwie wrota, były tak szczelne, że cały czas Stefan obserwował białe płatki śniegu padające wprost na rozgrzany piecyk. Nie narzekał. Trząsł się z zimna, tupał zdrętwiałymi nogami, czekał na kolejnego klienta i nie narzekał. Nie narzekał, ale pamiętał, że za komuny był przepis nakazujący, aby na hali gdzie ludzie pracują fizycznie, minimalna temperatura nie spadała poniżej plus 12 stopni Celsjusza. Nie wiedział, czy ten przepis był jeszcze aktualny czy nie. To nie miało znaczenia. On przecież nie pracował fizycznie. On siedział przy biurku. Poza tym, żona szefa była zakładowym BHP-owcem. Ona wiedziała najlepiej, jakich przepisów należało przestrzegać a jakich nie. Ona w ogóle wiedziała wszystko. Wiedziała najlepiej. Kiedyś tłumaczyła Stefanowi jak prawidłowo należy sadzić iglaki — nie wiedział matoł jeden.

Chińczycy mawiają, że „nie ma rzeczy niemożliwych dla ludzi, którzy nie muszą ich sami zrobić”. Ona nie musiała tu siedzieć, jej mąż też nie musiał. Jej mąż kiedyś chodził do liceum razem ze Stefanem, byli kolegami. Teraz, teoretycznie, też. W praktyce jednak „za wysokie progi”. Dobrze wiedział, że na miejsce Stefana czekało w powiecie szesnaście tysięcy bezrobotnych. Stefan też to wiedział. Wiedział, więc nie narzekał. Nie narzekał i nie śmiał poprosić nawet o 100 złotych zaliczki, choć wypłatę powinien dostać prawie miesiąc temu.

Kiedy przed kilku laty podejmował pracę w tej firmie myślał, że to się rozwinie, że zakład będzie unowocześniany, że będzie łatwiej i lepiej finansowo. Tak przynajmniej zapewniał wtedy szef. Teraz wiedział już, że to bzdura. To nie był zakład przerobu surowców wtórnych, tylko źle zarządzane wysypisko śmieci. I to wysypisko łamiące wszelkie, możliwe normy tak BHP, jak i ochrony środowiska. To 19-to wieczna niemal manufaktura, gdzie wszelkie maszyny pochodziły z odzysku, żadna nowoczesność nie miała racji bytu. Wszystko zaś opierało się na taniej, ludzkiej, często bezsensownej robociźnie. Bezsensownej, bo źle zarządzanej. Często zwały surowca (czyt. śmieci), przerzucało się tu po kilka razy z miejsca na miejsce, bez celu. Mało tego szef uważał, że był genialny i że z łatwością poprowadziłby znacznie większe przedsiębiorstwo.

Stefan widział już trochę w swoim życiu. Widział kilka upadających firm. Miał wątpliwą przyjemność, w takich właśnie pracować. Teraz też, choć z bólem serca, wyraźnie odróżniał poszczególne etapy destrukcji. Oczywistym było dla niego, że zatrudniający go zakład upada. Widać to było z każdego punktu poza jednym. Poza fotelem szefa. Z tego fotela widać było tylko, (podobno) coraz słabszą wydajność ludzi, coraz mniejsze zaangażowanie, coraz więcej winnych i fałszywych pracowników.

Dlatego właśnie, atmosfera w pracy była niemal nie do zniesienia. Szef z żoną szukali na każdym kroku dziury w całym. Ludzie, szczególnie ci, którzy mieli coś na sumieniu, zaczęli donosić a właściwie bezpodstawnie oczerniać innych. Próbowali w ten sposób ratować własne tyłki. Szczególnie dwóch było w tym naprawdę dobrych. Potrafili tak omotać szefa, że ten, największych złodziei uważał za lojalnych pracowników i odwrotnie.

Niedawno doszło do kuriozalnej sytuacji. Jeden z donosicieli, pobił w godzinach pracy, kolegę. Pobił tak dotkliwie, że ten wylądował na kilka dni w szpitalu. Szef podjął wtedy salomonową decyzję. Zwolnił z pracy poszkodowanego. Chyba za to, że ten ostatni dał sobie skuć mordę.

Stefanowi szkoda chłopaka, ale pomóc nie miał mu jak. Szef w swoim zaślepieniu uważał, że zrobił świetny ruch. Reszta uważała inaczej. Ale reszta jest milczeniem. Ten wyrzucony z pracy, niedawno zrobił maturę. Był wesoły, żywiołowy taki, jakim kiedyś był Stefan.


*****************


Między trzecią a czwartą klasą — wakacje. Upał niemiłosierny. Wszystkie wolne chwile spędzane nad pobliskim jeziorem. Ulubione miejsce. Plaża, lekko z boku pomost dla wędkarzy. Solidna robota, równe deski. Wcinał się w taflę na jakieś 30 metrów.

U wejścia na pomost stała grupka chłopaków. Stefan ich znał, to koledzy, podszedł. Nie mógł oderwać wzroku od nowego roweru Krzysztofa. Kolarzówka. Cacko. Sam jeździł siermiężną „Ukrainą”. To cudo kosztowało fortunę…

— Cześć — rzucił niby niedbale.

— Hej, cześć, jak leci? — Odpowiedzieli.

— Krzychu, daj się przejechać — prosił.

— A nie rozbijesz mi go?

— Coś ty, ja jak z dziewczyną. Nic na siłę, same pieszczoty…

— Dobra, masz…, ale zrobisz rysę, ukatrupię…

— Spokojna głowa, umiem jeździć.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 33.19