E-book
20.48
drukowana A5
53.13
Zakłamanie

Bezpłatny fragment - Zakłamanie

Objętość:
349 str.
ISBN:
978-83-8126-369-6
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 53.13

Siedziały w przytulnym mieszkaniu trzydziestosześcioletniej Małgosi Markowskiej. Gospodyni, długowłosa, zgrabna blondynka krążyła między kobietami, zbierając brudne talerzyki. Nikt nie protestował, bo każdy wiedział, że Gosia lubi mieć czysty stół, stół ślicznie zastawiony i elegancki, jak ona sama. Obrus ozdabiały delikatne posrebrzane gałązki, na środku pysznił się płaski wazon wypełniony umiejętnie poukładanymi roślinami, a pomiędzy talerzami stały kolorowe szklane kwiaty, w których nastrojowo migotały zapachowe świeczki.

Markowska lubiła też dobre wino i umiała wybrać smaczny gatunek, nie przepłacając ani trochę. Właśnie przyniosła z lodówki kolejną butelkę. Lekko schłodzone nalewała do wielkich kieliszków, zgrabnie obracając je w ręce, aby nie chlapnąć na srebrzysty obrus. Sama piła dzisiaj niewiele, ale bawiło ją obserwowanie, jak koleżanki tracą powagę. Obciągnęła mini sukienkę w kolorze kobaltu, by nieco przykryć długie nogi i usiadła w fotelu, z sympatią przyglądając się każdej z pięciu kobiet. Trzy z nich to jej najlepsze przyjaciółki, jedna to ulubiona fryzjerka, a jedna… hm… Magda to po prostu znajoma, która lubiła przesiadywać u Markowskich.

Były tak różne, że ich długoletnia przyjaźń wydawała się wręcz niemożliwa. A jednak trzymały się razem już szmat czasu. Śmiały się teraz zgodnym chórkiem z dowcipów, którymi trzydziestotrzyletnia Diana Olszewska częstowała towarzystwo, huśtając jednocześnie diabła na nodze obutej w ciężkie glany. Miała rudą, rozczochraną grzywę, wielki tatuaż na szyi, wytarte dżinsy i bransoletki nabijane ćwiekami. Wyglądała, jak żywcem wyrwana z koncertu hard rocka i zdawała się być przeciwieństwem eleganckiej Małgosi o gładko uczesanych włosach, starannym makijażu i gipiurowych aplikacjach na dopasowanej sukience.

Diana sypała żartami jak z rękawa. Wtórowała jej Patrycja, ubrana w luźną czarną bluzę maskującą nadwagę, a robiła to z charakterystyczną śmiertelnie poważną miną, pod którą kryła się ogromna dawka poczucia humoru. Jeśli to prawda, że dobry komik jest smutnym człowiekiem, to Pati Korczak z pewnością byłaby świetna w tym zawodzie. Większość dowcipów była oczywiście mocno feministyczna — jak przystało na babskie spotkanie, obficie podlane dobrym winem.

— Co należy zrobić, żeby uratować mężczyznę przed utonięciem? — zapytała Patrycja poważnie i od razu wyjaśniła — zdjąć nogę z jego głowy.

Gruchnął śmiech.

­– Czym mężczyzna różni się od kota? Kot zawsze trafia do kuwety.

Znowu wybuch śmiechu i komentarz Kariny Jachimiak:

— Mój Filon niestety też czasem nie trafia. Pupa mu wystaje poza kuwetkę.

— Kup mu większą — poradziła Diana. — Duże jest dobre.

— Dobre albo i nie, a wszystko i tak zależy od wielkości… wiadomo czego — dodała Karina i zachichotała. Emanowała ciepłem, serdecznością i otwartością. Zawsze skora do pomocy, zawsze uśmiechnięta. Złotomiedziane włosy miała ułożone przez Agnieszkę w modną, krótką fryzurkę. Małgosia wiedziała, że dopóki przyjaźni się z Kariną — nie zginie, bo Karo — jak nazywała przyjaciółkę — potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji. Niegdyś mężatka, potem wdowa, samotnie wychowywała piętnastoletnią już córkę Klaudię i zarażała wszystkich swoim optymizmem.

— Przynajmniej facetom się tak wydaje. — Roześmiała się Diana i zmieniając zabawnie głos powiedziała — Jeszcze dwa centymetry więcej i byłbym królem…

— Jeszcze dwa centymetry mniej i byłbyś królową — dokończyła za nią Patrycja i wszystkie się znowu roześmiały.

— Żona mówi do przyjaciółki: mąż się znowu spóźnia, pewnie ma kochankę — zaczęła Diana kolejny żart. — Czemu ty zaraz myślisz o najgorszym, odpowiada przyjaciółka. Może po prostu miał wypadek.

Roześmiały się wszystkie, poza Agnieszką Zembrzuską, która pokręciła głową.

— Dla mnie to masakra. Nie wyobrażam sobie, że Konrad mógłby mnie zdradzić. To po prostu… coś okropnego. — Aga rozłożyła ręce w geście bezradności. — Już bym chyba wolała, żeby zniknął, niż miałabym go nakryć na zdradzie.

— Oj tam, przejmujesz się niepotrzebnie. — Zaśmiała się beztrosko Diana. — Rozwiodłabyś się i znalazłabyś sobie innego.

— Nawet nie chcę o tym myśleć! — Agnieszka splotła dłonie jak do modlitwy. Śliczna, drobna i delikatna, zawsze starannie umalowana, z długimi do pasa ciemnymi włosami była najlepszą fryzjerką w okolicy. Cicha i łagodna, o oczach jak sarna. Cokolwiek na siebie ubrała, wyglądała zjawiskowo. To taki typ urody, który nawet w worku wygląda olśniewająco. Była mamą dziewięcioletniego Olka i co chwilę spoglądała na zegarek, bo umówiła się ze swoim przystojnym mężem, Konradem, który miał po nią przyjechać.

— Spokojnie — łagodziła Małgosia — Przecież nikt cię nie zdradza.

— Ale zawsze może. Nawet teraz, kiedy siedzę tu z wami.

— Przesadzasz. — Karina podała Agnieszce kieliszek. — Pij i relaksuj się. A on niech sobie tam robi, co chce.

Aga wzięła wino, ale pokręciła głową z powątpiewaniem.

— Podziwiam wasz spokój.

— Na pewne rzeczy nie mamy po prostu wpływu, więc po co się przejmować — stwierdziła filozoficznie Patrycja. — Najbardziej pozbawione sensu są czarne myśli o przyszłości i lęk o to, co może, a wcale nie musi się wydarzyć.

Diana zaczęła opowiadać nowy żart i atmosfera się natychmiast poprawiła


Magda Owczarek ze znudzeniem poprawiała makijaż w łazience. Chciała już wreszcie wyjść z drętwego babskiego spotkania, na którym brylowała ta gruba Patrycja, opowiadając jakieś durne dowcipy. Miała dość słuchania o rzekomej głupocie facetów. Lubiła mężczyzn — tych całkiem młodych studenciaków i starszych też. Można się z nimi fajnie zabawić. Szczególnie wtedy, kiedy stawiają drinki i mówią jej, jaka jest ładna. A kobiety ją ignorują. Zupełnie tak, jakby nie miała nic ciekawego do powiedzenia. Owszem ma. Dużo wie i chodzi w wiele ciekawych miejsc. Jest młodą, fajną dziewczyną, a nie nudną kurą domową, która umie tylko narzekać na męża. Próbowała kilka razy powiedzieć, jakie piękne kolczyki widziała w tym nowym sklepie w galerii, ale niestety, nie dopuściły jej do głosu. Wolą głupio dowcipkować. Pewnie dlatego, że są stare. A ona jest młoda i lubi się bawić.

Dzisiaj planowała jeszcze dyskotekę w Starym Pałacyku. Zwykle przychodzą tam ciekawi mężczyźni. Nie jacyś robole odświeżeni naprędce po drugiej zmianie, tylko eleganccy ludzie, pachnący dobrą wodą i nieźle sytuowani. Już czas mieć kogoś na stałe. Od ponad roku próbowała znaleźć mężczyznę, z którym mogłaby zamieszkać, ale wszystkie związki szybko się kończyły. Za szybko. Chyba po prostu nie trafiła jeszcze na swoje przeznaczenie. Kolejni partnerzy szybko znikali z jej życia, jakby wystarczał im tylko krótki romans albo bali się małżeństwa. Taki jakiś dziwny pech.

Magda pociągnęła usta beżową szminką, poprawiła włosy przed lustrem, westchnęła i wróciła do dziewczyn. W milczeniu wsunęła się na swoje miejsce na wersalce i sięgnęła po kawałek sernika. Był lekki, puszysty i pachniał pomarańczami. Uwielbiała wypieki Gosi. Mogłaby je jadać codziennie. Sama co prawda nieźle gotowała, ale ciasta zupełnie jej nie wychodziły. Nawet z najlepszego przepisu rodził się zakalec.


— Dziewczyny, mam jeszcze galaretkę z brzoskwiniami. Bierzcie — Małgosia weszła do pokoju niosąc tacę z kolorowymi pucharkami.

— Ojej, ja już nic nie zmieszczę — Karina westchnęła ciężko. — Ile można jeść?

— Ja tam mogę — Diana sięgnęła ochoczo po deser i przez chwilę sprawdzała pod światło zawartość naczynia, po czym wymieniła je na inne. — Tam jest więcej — wyjaśniła.

— Nie sądzę. — Małgosia odruchowo porównała dwa pucharki. — Są takie same.

— Ale ten mi się bardziej podoba — Diana ochoczo włożyła do buzi łyżkę pełną galaretki.

Gospodyni ustawiła deser na stole, ale Patrycja ostentacyjnie odsunęła go od siebie.

— Zabierz to sprzed moich oczu. Odchudzam się — niemal warknęła.

— Słusznie — parsknęła Magda. Wyszło to trochę nietaktownie, bo Patrycja była po prostu gruba. Małgosia pamięta, że kiedy zobaczyła ją po raz pierwszy, pomyślała, że Patrycja jest nieładna i niekobieca — otyła, włosy krótko obcięte, a na nosie okulary w niemodnych oprawkach. Na dodatek miała wówczas na sobie długą, męską koszulę w kratę. Koszmar! Dopiero po rozmowie z Pati zrozumiała, że właśnie poznała fantastyczną, miłą i szalenie inteligentną osobę. A to chyba zawsze było ważne dla Gosi — inteligencja. Trudno jej było lubić ludzi, których uważała za głupich. Starannie dobierała sobie przyjaciół i priorytetem była w tym zawsze błyskotliwość nowo poznanych osób. Dlatego czerpała mnóstwo przyjemności z towarzystwa Diany, Patrycji i Kariny. To były kobiety, przy których nie można było się nudzić.


Zaśmiewały się właśnie z kolejnego żartu, kiedy wrócił Tomek. Magda natychmiast się wyprostowała, a oczy jej lekko zalśniły, bo Markowski, to nie byle kto — to szef własnej firmy. Taki szef, który dobrze zarabia i potrafi zapewnić swojej żonie wszystko, a ona nie musi pracować. „Takiej to dobrze” — pomyślała Magda. „A ja muszę codziennie do pracy, kiedy ona się wyleguje, bo chłop ją utrzymuje. Życie jest cholernie niesprawiedliwe”.

Dziewczyny śmiechem i żartami przywitały męża Gosi, która bez żenady zarzuciła mu ręce na szyję, jakby nie widzieli się miesiąc. Przytulili się, czule całując i widać było, że to ich normalne zachowanie. Magda przywarła wzrokiem do twarzy Tomka, czekając niecierpliwie, aż odwróci się od żony i zajmie innymi. Niecierpliwie oblizała świeżo uszminkowane wargi i obserwowała jak wita się z dziewczynami. Po czym wstała i energicznie podeszła do męża Gosi, kołysząc biodrami.

— Cześć Tomeczku, sto lat cię nie widziałam, no przywitajmy się. — Skwapliwie przytuliła się do mężczyzny. Był gorący i pachniał dobrym płynem po goleniu. Poczuła się dokładnie tak, jak zawsze chciała się poczuć — bezpieczna w silnych męskich ramionach. Iskra podniecenia przeszyła jej ciało. Prawie zabolało, kiedy delikatnie się odsunął…


Dziewczyny jedna po drugiej wychodziły, śmiejąc się i żartując. Magda czekała, aż zostanie sama z gospodarzami.

— Odpocznij Gosiu, ja to powynoszę i pozmywam — rzuciła od niechcenia.

— No coś ty, sama sobie sprzątnę — protestowała Markowska, ale dziewczyna lekko popchnęła ją na fotel.

— Siedź. Tomek mi pomoże. Chodź Tomek — rzuciła rozkazująco i mężczyzna chociaż niechętnie, podreptał do kuchni ze stosem talerzy w rękach.

­– Ja pozmywam, zapalmy sobie najpierw. — Poskładała naczynia do zlewu i włączyła wyciąg. — Chciałam pogadać.

— Coś się stało? — Tomek wyciągnął papierosy. Dziewczyna przysunęła się blisko, aby mógł podać jej ogień. Znowu poczuła jego zapach. Zakręciło jej się w głowie, może od dymu, a może od tego dziwnego poczucia gorąca. Spojrzała mu w oczy najbardziej namiętnie, jak umiała. Te oczy były zielone, hipnotyzujące. I rzęsy — miał bardzo długie ciemne rzęsy. „Cholernie mi się podoba” — pomyślała. Uświadomiła sobie, że od dawna myśli o Tomku inaczej, niż o innych. Lubiła go, ale chyba nie miałaby nic przeciw temu, by to lubienie przerodziło się w coś więcej. Uśmiechnął się, jakby czytał jej w myślach. Powoli wypuścił dym i zmrużył oczy.

— O co ci chodzi?

— Wiesz… nie mam pracy. — Obejrzała się przez ramię. Zobaczyła Gosię siedzącą na fotelu. Przeglądała jakąś książkę, ale w każdej chwili mogła wejść do kuchni.

— Jak to nie masz? A sklep?

— Zamykają. Facet splajtował.

— Tak szybko? — zdziwił się Tomek i zmarszczył brwi. — Przecież pół roku temu go otworzył.

Magda wzruszyła ramionami i wydmuchnęła w górę dym, wyginając mocno szyję.

— Nie mam pojęcia. On jest jakiś dziwny. Wydaje mi się, że ma jakiś inny interes na boku i dlatego wcale nie dba o sklep. Widać było od początku, że nie ma zysku.

Obserwowała Tomka spod przymkniętych powiek, bawiąc się kosmykiem włosów. Trudno było przewidzieć, co myśli. Nie patrzył na nią skupiony na puszczaniu kółek z dymu.

— I co byś chciała?

— Może znasz kogoś, kto potrzebuje sprzedawcy albo może sekretarki — uśmiechnęła się przymilnie.

— Sekretarki? — zdziwił się.

— A czemu nie? To mogłoby być nawet ciekawe. — Przysunęła się bliżej, by znowu poczuć to magiczne, przyjemne ciepło, ale wtedy Małgosia weszła do kuchni.

— Ale nakopciliście! — Pomachała ręką, rozganiając dym, po czym zaczęła sobie robić kanapkę. — Zgłodniałam.

— Ja też — upomniał się Tomek. — Zostało coś dobrego?

— Masz tortilki w lodówce, skarbie.

— Och….! — Tomkowi zaświeciły się oczy. Zgasił papierosa i objął Małgosię całując ją w ucho. — Moje ulubione.

Magda wiedziała, że jedyne co jej zostało, to zmycie naczyń. Markowscy, przekomarzając się radośnie, przygotowywali sobie jedzenie, zupełnie nie zwracając na nią uwagi.

*

Muzyka była świetna. Cały czas leciały ulubione kawałki Magdy, więc szalała na parkiecie odsłaniając nogi aż do pośladków. Nogi miała trochę krzywe, ale nie chciała tego widzieć. Poza tym wiedziała już, że dla mężczyzn ważne jest, by je im pokazać. Nie muszą być idealne — mają być dwie, najlepiej kusząco obciągnięte ciemnymi pończochami. Kiedyś wstydziła się tak ubierać. Potem jednak zorientowała się, że warto pokazać kolana, bo natychmiast przyciąga się wzrok mężczyzn. Im krótsza spódnica, tym większe powodzenie u płci przeciwnej. Taki ten męski świat prosty w obsłudze.

Dzisiaj czuła się szczególnie piękna. Miała świetny makijaż zrobiony przez Ewelinę, u której wynajmowała pokój, a niesforne kręcone włosy oddała w ręce Agnieszki. Zembrzuska jest naprawdę fenomenalną fryzjerką, potrafi ujarzmić nawet takie szare, matowe loki i sprawić, by lśniącymi spiralami rozsypywały się na plecy. Stopy Magda schowała w wysokich złotych bucikach, a resztę nóg obciągniętych kuszącymi rajstopami, które udawały pończochy, pokazała w całej okazałości. Krótka spódniczka ledwo przykrywała pośladki. Widziała, że faceci patrzą na nią łakomym wzrokiem i czuła się z tym szczęśliwa.

Magda upatrzyła sobie już partnera. Tańczyli razem trzeci raz i widziała wyraźnie, że mu się podoba. Tym razem jednak nie pójdzie z nim do toalety na szybki seks. Nie będzie tylko rozrywką. Pójdą do niej i będą się kochać w łóżku. Przyzwoicie. Musi tylko potrzymać go nieco na dystans. A przede wszystkim musi sprawdzić, czy jest kimś odpowiednim. Czy pracuje i zarabia, czy jest nadal jest na utrzymaniu mamy, jak ten ostatni chłopak, z którym się spotykała przez miesiąc.

Bardzo szybko odnalazł ją przy barze.

— Cześć. Jestem Marcin. Zatańczysz jeszcze ze mną?

— Magda — rzuciła niedbale, obserwując go kątem oka — Teraz odpoczywam.

— To czego się napijesz? A może mogę ci zaproponować coś do jedzenia? — wyjął grubo napchany portfel.

Magdzie mocniej zabiło serce. Wreszcie ktoś porządny, kto ma nie tylko wygląd, ale i pieniądze. To znaczy, że dobrze wybrała. Może ma własną firmę, jak Tomek?

— A co chciałbyś mi zaproponować? — rzuciła mu lekko znudzone i jednocześnie powłóczyste spojrzenie, odgarniając włosy za ucho. To zawsze działało.

— Na początek zmieńmy lokal.

Uśmiechnęła się lekko. Rybka złapała haczyk.


Obudziła się wcześnie na lekkim kacu. Nie piła zbyt dużo. Chciała jak najlepiej poznać Marcina. Nie miał żony, miał za to własną firmę. Był rzeczywiście bogaty. Kolację zjedli w eleganckiej restauracji, w której czuła się nawet trochę niezręcznie. Była przecież ubrana w dyskotekową błyszczącą mini, która więcej pokazywała niż ukrywała. Chciał ją potem zabrać do hotelu, ale pomyślała, że tylko panienki lekkich obyczajów chodzą do hotelu. W końcu ona ma swój pokój z osobnym wejściem i bardzo wygodnym łóżkiem. Zaprosiła go do siebie. Ewelina nigdy nie czepiała się, kiedy Magdę odwiedzali mężczyźni. I nawet tego nie widziała zajęta swoją rodziną. Miała troje dzieci w szkolnym wieku i nie sprawdzała, z kim Magda wraca do domu. Chyba ją to w ogóle nie obchodziło.

Zaraz po przyjściu rzucił się na nią i kochali się szybko, gwałtownie. Nie miała z tego żadnej przyjemności — jak zwykle. Nie oczekiwała zresztą, że będzie inaczej. Musiałaby chyba godzinę poddawać się pieszczotom, by cokolwiek poczuć. Nie spotkała dotąd mężczyzny, który by umiał tego dokonać. Nad ranem wziął ją drugi raz — wolniej i dłużej ją pieścił, jakby liczył na to, że uda mu się ją zaspokoić. By to skrócić, odegrała piękną scenę rozkoszy, wydobywając z siebie mnóstwo jęków i okrzyków zachwytu. Ucieszyła się, kiedy dał się nabrać i szybko skończył. Mogła wreszcie odpocząć, a czuła się obolała.

Podniosła się z łóżka i poszła umyć zęby. Kiedy wróciła, nadal spał na brzuchu. Miał pięknie umięśnione plecy i bardzo męskie rysy twarzy. Pogłaskała go delikatnie po łopatkach. Natychmiast otworzył oczy.

— Przepraszam, nie chciałam cię obudzić.

— Nie obudziłaś. I tak muszę już lecieć. — Wstał i pospiesznie ubierał spodnie.

— Dobrze ci było? — zapytała.

Podniósł w górę brwi i zastygł w połowie ruchu.

— Ty poważnie tak? Myślałem, że to mężczyzna zadaje takie pytania, a nie kobieta.

— A nie, tylko tak chciałam wiedzieć, czy jesteś zadowolony.

— Jestem, oczywiście.

­– To powiedz mi, co dalej? — Podeszła i lekko przytuliła się do niego.

Objął ją łagodnie, a po chwili odsunął od siebie.

— Co dalej? Z czym?

— No… z nami.

— Chcesz się jeszcze spotkać ze mną? — zapytał. — Nie ma sprawy. Daj mi swój numer telefonu. Zadzwonię w wolnej chwili.

— Och, oczywiście, że dam. Ale moglibyśmy już teraz coś ustalić, zaplanować.

— Kolejną randkę?

— Coś więcej.

— Ale co? Nie rozumiem. — Zmarszczył brwi.

— No wiesz… — Magda nabrała głęboko powietrza — … spaliśmy ze sobą, więc chciałam zapytać, czy ożenisz się ze mną?

Marcin otworzył usta, a potem je zamknął i znów otworzył.

— Nie wiem, co powiedzieć… — Nagle go olśniło. — Czy ty byłaś dziewicą? Czy ja byłem taki pijany, że tego nie zauważyłem?

— Ej, nie. — Roześmiała się. — Oczywiście, że nie. Tylko mi się podobasz i pomyślałam, że moglibyśmy być razem.

Mężczyzna zaczął tyłem cofać się do drzwi.

— A, to o to chodzi. — Rozejrzał się dookoła. — To raczej… chciałbym się zastanowić, bo wiesz… nie planowałem niczego takiego. Muszę już uciekać. Trzymaj się.

Wyszedł pospiesznie, zanim Magda podała mu kartkę z numerem telefonu. Chciała wybiec za nim, ale była w samej bieliźnie, a u góry w mieszkaniu Eweliny już zaczął się ruch.

*

Małgosia wolno płynęła, rozgarniając wodę pewnymi ruchami i z zachwytem obserwowała lśniące błyski słońca, załamujące się na drobnych falach. Jezioro było niewielkie i kilka dni upału wystarczyło, by woda stała się cudownie ciepła. Pachniała świeżością i zielenią, kusiła letnimi przyjemnościami. Łagodnie pieściła skórę, chłodząc i orzeźwiając, chroniąc przed popołudniową duchotą.

Kilka metrów przed ścianą szuwarów Małgosia zawróciła i popłynęła w kierunku trawiastej plaży, na której wygrzewał się Tomek. Z uśmiechem obserwowała krajobraz po drugiej stronie jeziora. Intensywna zieleń odcinała się szerokim pasem od czystego, błękitnego nieba. Dzisiaj nie było na nim nawet jednej chmurki. Kolory czerwcowych drzew były soczyste, piękne, pełne życia. Brzozy rosnące przy samej plaży migotały liśćmi, jak posrebrzanymi lusterkami. Widok z poziomu wody pokazywał zupełnie inny świat. Wydawał się wyostrzony i zarazem przejrzysty, jakby oglądany przez szkła korekcyjne.

Małgosia popatrzyła na swoje dłonie, które łagodny ruchem rozgarniały fale. Złota obrączka z małymi diamencikami zamigotała w blasku słońca, które przenikało przez warstwę wody. Może uda się namówić męża, żeby zostali tu jeszcze przez dwa lub trzy dni? To najlepszy czas: przed sezonem. Jest cicho i spokojnie. Zaledwie kilka osób rozłożyło na plaży leżaki, wystawiając do słońca białe po zimie ciała. W pobliskim barze także jest pustawo, nie ma kolejek, można spokojnie zamówić pyszną, smażoną rybkę i posiedzieć w ciszy nad szklanką zimnego piwa.

Dotknęła stopami piaszczystego dna i pomału wyszła z wody, rozpuszczając włosy i zakładając spinkę na ramiączko stroju kąpielowego. Ciepłe promienie słońca dotknęły jej skóry, ogrzewając i chroniąc przed chłodem lekkiego wiatru, który wywoływał gęsią skórkę. Wolno stąpając po trawie, podeszła do koca. Tomek leżał na brzuchu, opalając już lekko zbrązowione plecy. Położyła się przy nim, przywierając doń mokrym ciałem i obejmując go ramieniem. Drgnął od zetknięcia z jej zimną od wody skórą, ale nie szarpnął się ani nie krzyknął. Odwrócił się powoli i uśmiechnął.

— Jesteś mokra.

— Wiem — wyszczerzyła zęby. — Czemu nie pójdziesz popływać?

— Myłem się dzisiaj. Wystarczy.

— Szkoda. Woda jest super. — Usiadła na kocu. — To chodź do baru na rybkę. Mam ochotę na dorsza.

— Za chwilę — przewrócił się na plecy i obserwował strużkę wody, spływającą wzdłuż jej obojczyka. Zapragnął nagle zlizać te krople z jej skóry.

— A może najpierw skoczymy do domku i zafundujemy sobie trochę seksu na zaostrzenie apetytu? — przesunął palcem po jej mokrym ramieniu.

Roześmiała się.

— Tylko szybko, bo jestem głodna.


Nie było szybko. Kochali się namiętnie i powoli. Całował każdy skrawek jej chłodnego i pachnącego jeziorem ciała. Nie była mu dłużna. Dopiero po godzinie trafili do baru na upragnionego dorsza.

Kiedy siedzieli nad szklankami z piwem, czekając na jedzenie, zadzwonił telefon. Tomek niechętnie odebrał. Z urywków jego odpowiedzi Małgosia zrozumiała, że cudowny kilkudniowy wypad nad jezioro właśnie dobiegł końca.

— Musimy wracać — powiedział z niezadowoleniem, odkładając komórkę na blat stołu i zapalając papierosa.

— Coś się stało?

— Mama pani Wiolety zachorowała i trafiła do szpitala. Ona musi do niej pojechać na dłużej i prawdopodobnie złoży wypowiedzenie.

— Ojej. A co z firmą?

Pokręcił wolno głową i zdenerwowany postukał zapalniczką w blat stołu.

— Cholera. — zaklął — Pani Wioleta jest najlepszą sekretarką, jaką znam.

— Musisz mieć kogoś na jej miejsce.

— Muszę, wiem. — pociągnął spory łyk piwa.

— Na pewno kogoś znajdziemy. — Małgosia nie do końca wierzyła, że to takie proste, ale próbowała być dobrej myśli. — Ludzie teraz szukają pracy.

Zmarszczył brwi.

— Dam sobie radę, tylko będę później wracał do domu.

— Popytam dziewczyny, może kogoś znają, kto by się nadawał.

— Popytaj.

— Kiedy musimy wracać?

— Zaraz. Jak tylko zjemy, pakujemy się i jedziemy. Dzisiaj wieczorem muszę być w firmie.

Małgosia uśmiechnęła się smutno i spojrzała przez ramię na jezioro. Słońce migotało kusząco w drobnych falach marszczących powierzchnię. Niebo nadal było bez żadnej chmurki, a zielone brzozy wokół plaży szeleściły lekko w łagodnym wietrze. Szkoda.

*

Przez najbliższe kilka dni Tomasz wracał późno i z niechęcią opowiadał o kolejnych kandydatkach na zwolniony etat. Chociaż praca nie wymagała żadnych szczególnych zdolności ani specjalnego wykształcenia, nie miał szczęścia. Panie, które przychodziły na rozmowę o pracy, zupełnie nie nadawały się do obsługi klienta. A to było ich najważniejsze zadanie. Potrzebna była osoba miła, uśmiechnięta i z odpowiednią prezencją.

Któregoś dnia, kiedy przy kolacji wspólnie zastanawiali się nad rozwiązaniem sytuacji, Gosia pomyślała o Magdzie Owczarek, która nie miała pracy od dłuższego czasu i skarżyła się na brak pieniędzy. Może byłaby dobra? Ta zwykle mocno umalowana dziewczyna o kręconych blond włosach była roześmiana i pracowita. Od dawna miała do czynienia z klientami, bo zatrudniała się najczęściej w różnych sklepach i z pewnością poradziłaby sobie z obsługą telefonu czy kasy fiskalnej. Co prawda interesowała się głównie imprezowaniem, ale przecież była młoda. Miała prawo się bawić.

Właściwie nikt już nie pamiętał, jak to się stało, że Magda przykleiła się do Kariny. Podobno spotkały się na jakiejś dyskotece i tego samego wieczoru trafiły do domu Markowskich. Potem obie, Gosia i Karina, opiekuńczo zajęły się młodszą od siebie o 10 lat koleżanką. Załatwiły jej mieszkanie u Eweliny Traczyk, siostry Kariny. Udało się im też znaleźć dla dziewczyny całkiem niezłą pracę w sklepie. Od tamtej pory Owczarek zaczęła być stałym gościem w domu Gosi, która niemal codziennie częstowała Magdę kawą i ciastem. Czasem pomagała jej też zrobić makijaż na wieczorną randkę z chłopakiem, udostępniała swoją sukienkę lub jakiś kosmetyk. Po kilku miesiącach zaczęła pożyczać Magdzie nawet pieniądze i drobiazgi ze swojej biżuterii. Magda zawsze wszystko oddawała co do grosza. Wydawała się uczciwa.

— Tomku, przecież Magda nie ma zajęcia. Przesiaduje u mnie całymi dniami — powiedziała Małgosia.

— Tak, coś mi tam wspominała, że gość, u którego pracowała, splajtował już jakiś czas temu.

— No, to dobrze się składa — masz pracownika.

— Czy ja wiem… — Tomek się zawahał. — Ona jest trochę dziwna.

— Czemu?

— Wydaje mi się, że Karina nie mówiła o niej najlepiej.

— Wierzysz plotkom?

Gosia wstała i zaczęła zbierać naczynia ze stołu. Podniósł się, by jej pomóc, ale zatrzymała go ruchem ręki.

— Dzięki, sama to zrobię. Pomyśl o Owczarek. Może byłaby niezła jako sekretarka.

Odniosła talerze do kuchni i szybko zaczęła je zmywać. Zmarszczyła czoło, szukając w myślach dobrego argumentu, którym mogłaby przekonać męża. Nie chciała zmuszać Tomka do zatrudnienia Magdy, ale byłoby to idealne rozwiązanie. Z dwóch powodów. Po pierwsze miałaby Tomka częściej dla siebie. Nie musiałby tyle czasu spędzać w firmie. A po drugie — czuła się już zmęczona ciągłą obecnością młodej kobiety. Odkąd Magda straciła pracę, codziennie przychodziła do Markowskich na kawę. Siedziała potem wiele godzin, oglądając w telewizji jakieś seriale. Wychodziła dopiero późnym wieczorem, aby zdążyć na kolejną dyskotekę czy do klubu. Małgosia nie miała o czym z nią rozmawiać. Dziewczyna była nieco prostacka, opowiadała wyłącznie o ciuchach i kosmetykach albo skarżyła się na brak pieniędzy. Niechby już miała jakieś zajęcie i niechby sobie zarabiała. Czas najwyższy!


Tomek przez chwilę oglądał telewizję, ale zaraz poszedł pod prysznic. Miał ochotę jak najszybciej znaleźć się w łóżku z żoną. Wyglądała dzisiaj szczególnie pięknie. Długie złote włosy upięła w kok, odsłaniając piękną szyję. Zamiast ulubionych spodni założyła sukienkę, która odsłoniła jej cudowne nogi. Trudno mu było skupić się na czymkolwiek, kiedy kręciła się po mieszkaniu. Poruszała się tak, jakby tańczyła w rytm sobie tylko słyszanej muzyki. Fascynowało go to i podniecało. Nie widział tego u żadnej innej kobiety. Kiedyś powiedziano by pewnie, że poruszała się: „z gracją”. Dzisiaj nikt nie używał takich wyświechtanych słów.

Zawinięty w ręcznik wskoczył do łóżka i niecierpliwie czekał, aż Gosia zajrzy do sypialni. Kiedy weszła, wyciągnął do niej ręce. Podeszła i pozwoliła się przytulić. Całowali się przez chwilę, jednak kiedy jego usta zsunęły się na jej szyję, wyślizgnęła się z jego ramion. Patrzył z zachwytem jak wyjmuje spinki z włosów, a złote pasma migoczącą falą rozsypują się po plecach.

— I co z Magdą? — Wytrąciła go z marzeń.

— Nie wiem — mruknął, zakładając ręce na piersi

— Ona jest pracowita i wydaje się uczciwa. A poza tym lubi nas, a to też ważne.

— A jeśli Karina przekona cię, że to zły pomysł?

— Karina to złota dziewczyna, ona na pewno nic złego nie powie. Zresztą zadzwoń do niej i zapytaj. Idę wziąć prysznic.

Gosia skierowała się do łazienki, a Tomek wybrał numer Jachimiak.

— Jak uważasz. — Karina nie wykazała entuzjazmu dla pomysłu Gosi. — Jest uśmiechnięta, jest pracowita, ale poza tym jednak pewne rzeczy mi się u niej nie podobają.

— Co na przykład?

— Może nie powinnam tak mówić, ale moim zdaniem to jest zwykła puszczalska. Mieszka w końcu u mojej siostry, więc mam wieści z pierwszej ręki. Codziennie inny facet. Często wraca po alkoholu i tylko dyskoteki jej w głowie. Ja bym się zastanawiała, czy chcę zatrudnić kogoś, z kim spało pół miasta.

Kiedy Małgosia wyszła z łazienki, Tomek zrelacjonował jej rozmowę z Kariną. Markowska wtuliła się w męża, a po chwili odezwała niepewnie:

— Wiesz, chciałabym jej pomóc.

— Mimo tego wszystkiego, co mówi Karina?

— Nie powinniśmy jej tak oceniać, przecież pod łóżkiem u niej nie siedzimy. Poza tym… jest młoda i szuka sobie chłopaka. Młode dziewczyny dzisiaj takie są. Sypiają z kim popadnie, dopóki nie trafią na tego jedynego. A z drugiej strony jest zawsze uśmiechnięta i miła. To przecież dobra cecha u kogoś, kto pracuje z klientem. A w sklepie ją chwalili, że jest pracowita.

— Pewnie masz rację. ­– Tomek zwykle zgadzał się z Gosią. — Jeśli chcesz, to oczywiście porozmawiam z nią.

— Ma być uczciwa i rzetelna w pracy, a jej życie osobiste to jej sprawa prywatna. — Zakończyła sprawę Gosia. — Ona potrzebuje teraz jakiegoś etatu, nie ma tutaj nikogo. Powinniśmy jej pomóc. Zobaczymy. Jak się nie sprawdzi, to ją zwolnisz. I z głowy.

— Jesteś taka dobra. — Tomek pochylił się nad żoną. — Skąd w tobie tyle życzliwości i współczucia dla innych. — Zaczął delikatnie całować jej szyję, policzki i usta.

— Przesadzasz — szepnęła zauroczona pieszczotą. I zaczęła oddawać mu pocałunki. Kochali się niespiesznie i czule, szepcząc sobie słowa największej miłości.

— Uwielbiam to — westchnęła, kiedy leżeli wtuleni w siebie.

— Mmmm…. Co?

— Kochać się z tobą. Jesteś najlepszy.

— A ty masz złote serce dla ludzi.

Przytulił ją mocniej, by po chwili zachrapać lekko. A Gosia leżała w jego ramionach rozmarzona, z szeroko otwartymi oczami, wspominając wszystkie piękne chwile od czasu, kiedy się poznali. Był jej drugą połówką jabłka, jej snem, jej marzeniem i jej duszą. Kochała go ponad życie.

*

— Mężczyźni są z natury poligamiczni. Wszyscy — stwierdziła z mocą Karina i popatrzyła wymownie na Patrycję i Małgosię. Siedziały we trzy w ogródku jednej z najlepszych kawiarni w centrum i patrzyły z zaciekawieniem na przechodzących ludzi. Ciepły wiatr owiewał im twarze. Gwar miasta delikatnie tworzył tło dla spokojnej rozmowy. Lubiły te swoje babskie spotkania i filozoficzne pogaduchy o wszystkim i o niczym. Dzisiaj jednak było im smutno, bo właśnie dowiedziały się, że Mateusz zdradził Dianę. Nie byli małżeństwem, ale mieszkali ze sobą już trzy lata. Kobiety sądziły, że niebawem spotkają się na ślubie, a tu taka przykra niespodzianka.

— Uogólniasz — zaprotestowała Małgosia.

— Po prostu obserwuję świat i widzę, że faceci tacy są. Każdy jeden.

— Niekoniecznie. — Myślę, że mój Tomek nie jest z tych, którzy szukaliby przygód.

— Może tak, a może nie. Trudno ocenić — nie ustępowała Jachimiak.

— Tomek mnie kocha.

— Wiem, oczywiście. Ale to niczego nie zmienia. Oni potrafią grać na wiele frontów.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 53.13