E-book
34.13
drukowana A5
42.64
Zakazany owoc w czekoladzie

Bezpłatny fragment - Zakazany owoc w czekoladzie


Objętość:
333 str.
ISBN:
978-83-8221-736-0
E-book
za 34.13
drukowana A5
za 42.64

Dla tych, którzy zasługują na więcej i mają zamiar dostać wszystko.

1. Eklerki i inne grzeszki

Moje kłopoty zaczęły się od eklerek. Uznacie pewnie za barbarzyństwo obwinianie tych słodkich cudowności o życiową porażkę. Potrafię zrozumieć powody mojego potępienia, gdyż sama ubóstwiam eklerki. Nie ważne czy ze słodkim kremem, lśniącą polewą czekoladową czy też z ciągnącym się toffi. Ilość lukru również jest mi obojętna, tak długo, jak mogę popić je kawą w mojej ulubionej wiedeńskiej kawiarni, Gerstner Café. A jednak okazuje się, że każda miłość, nawet ta do kalorycznych przysmaków może być zabójcza. I mam tu na myśli coś znacznie gorszego od nadwagi.

Na Apolla, chyba wiem o czym mówię! Noszę rozmiar S i zostałam oskarżona o morderstwo!

Ale wszystko po kolei.

Wątpliwości co do kierunku, w którym zmierza moje życie naszły mnie dzień po Misteriach Eleuzyjskich, jednym z najważniejszych świąt dla mojej wiary. Wiary grecko–rzymskiej. Och, widzicie, jest pewien drobny szczegół, o którym powinniście wiedzieć, zanim zabiorę Was na jazdę bez trzymanki. W moim świecie panuje politeizm. A to oznacza, że bogowie, których Wy wsadziliście między bajki, istnieją naprawdę. I to jak istnieją! Rządzą światem, egzekwują ofiary i lśnią w pełni blasku. Ale wracając do tematu — dopadły mnie wątpliwości.

Siedziałam na skórzanej kanapie i patrzyłam, jak policja zabezpiecza miejsce zbrodni.

W jednej ręce trzymałam martini, w drugiej telefon. Nie czułam się ani zmieszana, ani wstrząśnięta, bo wszystkiemu winne były eklerki. Jednak nie chodziło o to, że teraz muszę się odchudzać, lecz o to, że miały w sobie nadzienie z ambrozji. Osoba, która je zjadła, leżała w czarnym worku.

Po tym jak policja uporała się z ciałem, zaczęło się przeszukiwanie miejsca zbrodni, jakim był apartament najdroższego hotelu w Atenach. Chciałam im powiedzieć, że skoro już przeszukają, mogliby również posprzątać resztki z przyjęcia. Miałam jednak prawo do milczenia i była to jedna z nielicznych okazji, kiedy postanowiłam je zachować.

Mój telefon również milczał. Wciąż odświeżałam okienko powiadomień, ale na Twitterze nic się nie pojawiało. Najwyraźniej burza miała dopiero nadejść.

— Arystea Fovis?

Z rozmyślań wyrwał mnie męski głos. Uniosłam głowę, by ujrzeć wysokiego postawnego mężczyznę ubranego w czerń. Miał niezwykle bladą cerę, ciemne oczy jakby zapadnięte w czaszkę. I był łysy. Całkowicie. Na bogów, on nie miał nawet brwi!

— We własnej osobie — odparłam, posyłając mu firmowy uśmiech numer siedem: czarujący z lekką dozą ironii.

— Quinn Vandetta — przedstawił się mężczyzna. — Proszę opowiedzieć mi o wydarzeniach ostatniej nocy.

Westchnęłam, nie kryjąc rozdrażnienia. To tyle, jeśli chodzi o moje prawo do milczenia, prawda? No cóż. Było dużo do opowiedzenia. Kiedy ja wydaję przyjęcie, to tak jakby opisywać tysiąc i jedną noc.

— Zechce pan usiąść? — spytałam uprzejmie, żeby zyskać trochę czasu.

Posłał mi uśmiech. To chyba znaczyło, że nie.

Wobec tego wstałam i zaprowadziłam nas do baru przy oknie, żeby nie policjanci przeszukujący apartament mnie nie dekoncentrowali. Upiłam łyk martini i spojrzałam w dal. Przed nami lśnił majestatyczny Akropol, rozświetlony pierwszymi promieniami słońca. Ósma rano, a ja już piję.

— Panno Fovis?

Uśmiechnęłam się znowu, lecz mężczyzna pozostał niewzruszony na mój wdzięk. Patrzył na mnie przenikliwym wzrokiem.

— A co z moim prawem do milczenia?

Nie odpowiedział. Najwyraźniej skonfiskował je dla siebie.

Odgarnęłam włosy i zaczęłam opowieść.

— Wydawałam huczne przyjęcie z okazji Misteriów. Gdyby mieszkał pan w Wiedniu, wiedziałby pan, że to tradycja. Arystokraci, których jestem przywódczynią, balują z okazji najważniejszych świąt. I bawiliśmy się tak, jak zwykle, kiedy przyszła ona.

— Ona? — wskazał głową na ciało w worku.

Upiłam łyk martini, wyobrażając sobie, że worek jest pusty.

— Czyli ona nie została zaproszona na przyjęcie? — dopytywał Quinn.

Skrzywiłam się.

— Nigdy nie zaprosiłabym Voodoo…

— Voodoo?

Wspaniale. Po to jest właśnie prawo do milczenia.

Odłożyłam martini na stół barowy, bo nic nie dało. Spróbowałam zebrać myśli.

Kiedy mówiłam, że bogowie rządzą światem, zapomniałam dodać kilku słów na temat ludzi. Otóż, my– ludzkość, tworzymy zorganizowane społeczeństwo, naturalnie podzielone na różne wyznania.

Problem zaczyna się, gdy twoja wiara nie jest właściwa. Ateiści– ślepi niewierni, zepchnięci na margines społeczny to część naszego społeczeństwa, z którą nie wiadomo, co zrobić. Jedni twierdzą, że powinno się ich traktować jak równych. Drudzy, że nie mają duszy i trzeba ich unicestwić.

Ale co do przeznaczenia drugiej problematycznej grupy społecznej wszyscy są zgodni. Sekty. Zagrożenie dla cywilizacji, temat tabu. A zatem, jeśli ktokolwiek miał dowiedzieć się, że na moje przyjęcie przyszła królowa Voodoo, czeka mnie los znacznie gorszy od pocięcia kart kredytowych.

— Voodoo? — powtórzył Quinn.

— Nie — odparłam, patrząc mu w oczy.

Uśmiechnął się z pobłażaniem i zrobiło mi się odrobinę cieplej.

— Krótka odpowiedź jak na tak długą chwilę milczenia.

Wzruszyłam ramionami.

— Nie mam nic do dodania.

— Więc jak wyjaśnić białe tatuaże z symbolami Voodoo na jej nadgarstkach?

— Może nierówno posmarowała się kremem do opalania?

— A co z ambrozją?

Skrzywiłam się. Kolejny temat tabu. Pokarm niebios był zakazaną substancją. Żaden śmiertelnik nie powinien go spożywać bez pozwolenia bogów. Oczywiście, te zasady nie tyczyły się bogatych i wpływowych, ale czy policja musiała o tym wiedzieć?

— To był krem nugatowy — odparłam.

— Oczywiście, że tak. Z pewnością ekspertyza wykaże również poziom cukru i procent kakao.

Spojrzałam jeszcze raz w stronę Akropolu. A może by tak wyskoczyć przez okno?

— A więc sytuacja nie prezentuje się najlepiej — skwitował Quinn Vandetta. — Na przyjęciu Hedonistów pojawia się nielegalna substancja. Przychodzi też królowa sekty. Chwilę później umiera.

— Gdzie w tym moja wina? Może po prostu nie toleruje glutenu?

— Nie tolerowa–ła.

— Drobny szczegół.

Spojrzenie Quinna zrobiło się jeszcze ciemniejsze. Musiałam przyznać, że wyglądał całkiem nieźle w swoim czarnym stroju, podkreślającym boskie umięśnienie. Byłabym gotowa zignorować nawet brak brwi. Twarz miał proporcjonalną i w pewien sposób atrakcyjną. Jednak za bardzo się go bałam. A może bałam się tego, że mnie przejrzał.

— A jeśli ktoś zeznał, że chwilę przed tym jak Sheva umarła, weszła do kuchni i widziano, jak wchodzisz za nią?

Moje serce na chwilę przestało bić.

— Ten ktoś musiałby być pierwszorzędną suką — powiedziałam.

Patrzyliśmy na siebie przez dobrą chwilę. W myśli przeglądałam swoją listę wrogów, ale poddałam się już przy trzeciej stronie. To mógł być każdy na tym przyjęciu. Nawet niekoniecznie ktoś, kto życzył mi źle. Wystarczyło, że puściły mu nerwy przy przesłuchiwaniu, kiedy niebezpieczny Quinn Vandetta wbił w niego wzrok.

— Czy to znaczy, że jestem aresztowana? — spytałam w końcu.

— Z pewnością byłoby tak, gdyby ktoś rzeczywiście zeznał, że panią widział — odparł z uśmiechem. — I gdybym był policjantem.

Spojrzałam na niego z niezrozumiem.

— Czyli nie jestem aresztowana?

— Nie mam przy sobie nawet kajdanek.

Pewna część mnie stwierdziła, że to wielka szkoda. Ale to była ta głupia część, która kazała mi podać na przyjęciu ambrozję; część, z którą musiałam się już niedługo rozmówić.

— Chwila — powiedziałam. — Skoro nie jest pan nawet policjantem, to dlaczego mnie pan przesłuchuje?

— Ponieważ ciekawość to pierwszy krok do Hadesu — odparł enigmatycznie.

Skrzyżowałam ręce. Coraz mniej mi się to podobało.

— Jesteś jednym z nich? — spytałam prosto z mostu.

Nie wyglądał na Voodoo, ale pozory mogły mylić. Zresztą, nie widziałam wielu członków tej sekty. Tylko królową i jej szalonego pomocnika, Kofu.

— Nie wiem o czym mówisz — odparł uśmiechając się prowokacyjnie.

Nagle przeszliśmy na „ty”.

— Pytam, czy jesteś Voodoo.

— A wyglądam?

— Gdybyś wyglądał, to bym nie pytała.

— Więc masz swoją odpowiedź.

Wyraźnie się ze mną drażnił. Już miałam znaleźć odpowiednio ciętą ripostę, kiedy zauważyłam nad jego ramieniem prawdziwego policjanta, zmierzającego w naszym kierunku.

Właściwie była to policjantka. Niska, o okrągłych kształtach i równie okrągłych brązowych oczach. Greczynka, około trzydziestki.

Quinn odwrócił się, by spojrzeć na powód mojego milczenia. Jedna chwila wystarczyła mu by zakończyć naszą rozmowę.

— Powodzenia, babeczko — powiedział, rzucając mi pożegnalny uśmiech.

Odwrócił się na pięcie i po chwili zniknął za drzwiami apartamentu. Chciałam zrobić to samo, szczególnie, że nawet nie zapytał mnie o numer telefonu. Niestety, policjantka była zbyt blisko. Kilka sekund później dopadła mnie i musiałam odpowiadać na jej męczące pytania. Dużo lepiej rozmawiało mi się z Quinnem, nawet jeśli wykorzystał mnie do swoich celów i nie miał brwi.

Po szóstym pytaniu głośno zaburczało mi w brzuchu i miałam ochotę niegrzecznie zakończyć rozmowę. Na szczęście w tym samym momencie zadzwonił jej telefon. Spojrzała na mnie groźnie, dając mi znać, że to jeszcze nie koniec, ale odebrała. Słowa płynące z słuchawki zmieniły jej minę na rozdrażnioną i chwilę później usłyszałam:

— Jest pani wolna.

Otworzyłam usta ze zdziwienia.

— Słucham?

— Jest pani wolna — powtórzyła, nie kryjąc irytacji. — Może pani opuścić miejsce zdarzenia.

Tego nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Dopiłam martini, zabrałam torebkę i rzuciłam Shevie ostatnie spojrzenie. A później poszłam na śniadanie.

Możecie sobie wyobrazić miny Greków na widok wysokiej szczupłej blondynki wychodzącej z hotelu otoczonego radiowozami. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wciąż miałam na sobie wczorajszy strój– czarną skórzaną sukienkę od Valentino oraz żółte szpilki Louboutina. Po założeniu okularów przeciwsłonecznych wyglądałam jakbym wychodziła z pogrzebu, a nie z miejsca zbrodni. A już na pewno nikt nie podejrzewał, że w głowie miałam tylko jedzenie.

Jeśli mam być szczera (a do tego na pewno się nie przyzwyczajajcie) muszę wyznać, że moje kłopoty nie były spowodowane wyłącznie eklerkami. Właściwie, źródłem problemu było to, dlaczego w ogóle pojawiły się na przyjęciu. Wszystko zaczęło się od katastrofy sprzed trzech lat. W ostatniej klasie szkoły średniej straciłam duszę. Dosłownie.

Nie chodzi o to, że stałam się bezduszna. Już wcześniej nikt nie nazwałby mnie altruistką. Po katastrofie moja dusza jakimś cudem się wypaliła i popadłam w Ateizm. To, że nie widzę boskich znaków nie jest jednak wielkim problemem– potrafię go rozwiązać, za pomocą magicznych ziół. Najgorszy jest fakt, że wiem, co czeka mnie po śmierci. Bo jeśli brakuje duszy, która mogłaby wsiąść na łódź Charona, to pewnym jest, że czeka mnie pustka.

Tak więc, powodem organizowania przyjęć było moje pragnienie odnalezienia,,owocu nieśmiertelności”. Czegoś, co mogłoby zakonserwować ciało i sprawić, bym nigdy nie musiała stawiać czoła pustce.

Arystokraci nieustannie mi w tym pomagali. Przez ręce bogatych i wierzących przechodziły różne niedozwolone substancje. Niektóre gościły na naszych przyjęciach, inne wygrywała moja przyjaciółka, Poppea, w naszym podziemnym pokerze. I nikt po za nią i mną nie wiedział do czego te substancje są mi potrzebne. Aż do czasu, kiedy pojawiła się Sheva. I dlatego musiała zginąć.

Ale to nie ja ją zabiłam!

Myślałam o tych wszystkich przyjemnych rzeczach, a moje szpilki same ustawiały się na kocich łbach. Weszłam w poboczną alejkę, żeby ominąć ruch uliczny i już po chwili znalazłam się na placu. Apollo oblał mnie złotym blaskiem– dobrze, że miałam okulary przeciwsłoneczne. W Grecji koniec września wciąż jest wyjątkowo upalny.

Kiedy znalazłam schronienie w cieniu starych platanów, ukazała mi się moja ulubiona kawiarnia, Chtapódi– czyli ośmiornica. Już czułam zapach świeżo mielonej kawy i bugatzy. Postanowiłam chociaż na chwilę zapomnieć o problemach, zamówić gliko cafe i delektować się chwilą. Ale jak zwykle, kiedy robisz plany na przyszłość, Fata plączą nici ze śmiechu.

Zobaczyłam go w chwili, gdy przestąpiłam próg restauracji. Siedział przy najlepszym stoliku z gazetą w ręce, sącząc grecką kawę. Miał na sobie garnitur z emblematem wawrzynu. Jego czarne, przetykane białymi pasmami włosy były perfekcyjnie ułożone, a wielkie ciemne oczy błyszczały w zaniepokojeniu. Kiedyś był przystojnym brunetem, podobnym do Ala Pacino. Od nadmiaru stresu zaczął wyglądać niczym pączek, z którego wyjedzono całą marmoladę, będącą w tym przypadku symbolem radości życia.

Panie i panowie, Febus Fovis. Mój ojciec.

Oczywiście, od razu mnie zauważył i uśmiechnął się gorzko. Musiał już o wszystkim wiedzieć, bo kawa była tu przecież znakomita.

Skarciłam się w myślach. Musiał o wszystkim wiedzieć! Ha! Przecież to on wykonał telefon, który kazał policjantce mnie wypuścić. Febus Fovis był niegdyś kimś w rodzaju ministra wyznań. Wciąż miał dalekosiężne wpływy, które, jak się okazało, sięgały nawet greckiej policji. Mieszkaliśmy co prawda w Wiedniu, ale nie zdziwiłam się, że widzę go Atenach. Jako były minister wciąż zajmował ważne stanowisko i musiał uczestniczyć w Misteriach; kontrolować sytuację i karać krnąbrne córki.

Uniosłam dumnie głowę i wzięłam oddech. No dobrze. Doigrałaś się. Właściwie nie masz już nic do stracenia oprócz swoich pięciu kart kredytowych, sylwetki i butów.

Spojrzałam na obcasy. Jeden był złamany. Dobra, zostają tylko karty kredytowe i sylwetka.

Zdjęłam okulary z nosa po czym podeszłam do stolika. Febus spojrzał na mnie znad filiżanki i powrócił wzrokiem do czytania gazety.

— Tato — przywitałam go, siadając.

Nie odpowiedział. Miałam poważne kłopoty.

— To nie moja wina… — spróbowałam jeszcze raz, ale te słowa nie zabrzmiały zbyt dobrze.

Postanowiłam dać sobie spokój. Zresztą w tym momencie przyszedł kelner i mogłam zamówić świeżą bugatzę z fetą i szpinakiem oraz filiżankę kawy. Gdy odszedł, rozejrzałam się po kawiarni. Było pusto, jeśli nie liczyć dwóch starych Greków przy oknie.

Jeżeli Febus mnie zabije, z pewnością nawet nie usłyszą, zajęci paleniem porannych papierosów.

Westchnęłam.

— Będziemy milczeć? Jestem wdzięczna, że wyciągnąłeś mnie z rąk policji, dobrze? Ale to naprawdę nie była moja wina. Nikt nie kazał jej jeść ambrozji, a jeśli nawet to, kto mógł przewidzieć, że jej ciało tak zareaguje?

Boski pokarm zazwyczaj wywoływał ożywienie, cudowny wygląd i wzmocnienie naturalnych zdolności. Jeszcze teraz czułam iskierki mocy w koniuszkach palców. Jednak Voodoo najwyraźniej nie odczuwali żadnych iskierek, a śmiertelną pożogę, spalającą od środka ich wnętrzności. Drobny szczegół.

— Po za tym, czy ktoś w ogóle musi wiedzieć, że to była ambrozja?

Dopiero te słowa oderwały Febusa od gazety. Położył ją na stole i odwrócił w moją stronę.

— Oczywiście. Jest to najpilniej strzeżony sekret. Dlatego wie o nim już cały Wiedeń — powiedział.

Spojrzałam na niego z niezrozumieniem, ale po chwili zrozumiałam wszystko. Febus nie czytał wcale greckiej gazety, ale Wiener Zeitung. Mój mózg natychmiast przestawił się z greckiego na niemiecki, a serce zamarło po raz drugi tego dnia. Zakazany owoc Arystei Fovis: morderstwo, głosił nagłówek.

Wieści podróżowały z szybkością Hermesa. Sheva nie żyła dopiero od czterech godzin, a ktoś już zdążył przekazać odpowiednie informacje mediom. Wiedziałam, że będę na okładce, ale liczyłam chociaż na jutrzejsze wydanie. Wtedy tę sprawę dałoby się jakoś zatuszować, przekupić kilka osób, może kilka zwolnić. Niestety, nie dla mnie takie przywileje.

— Musiałaś to zrobić akurat teraz? — spytał Febus.

Uznałam to za pytanie retoryczne i postanowiłam nie odpowiadać.

— Wiesz dobrze jakie to ważne dla naszej rodziny, by moja partia wygrała te wybory — kontynuował. — Nastroje w Wiedniu są podłe od ostatniego skandalu z leczeniem Ateistów. Ludzie robią się niespokojni, stare rody patrzą na nas krytycznie, a ty tak po prostu… — przerwał by westchnąć. — Mogłaś chociaż poczekać aż skończą się Misteria.

— Przecież nie zrobiłam tego celowo!

— Wszystkie skandale, które wywołałaś nie były celowe — zadrwił. — Po za tym jak można niechcący… zabić człowieka?!

Otworzyłam usta, ale nie zdążyłam nic powiedzieć.

— Nigdy nie pochwalałem tych waszych przyjęć, choć wiem, że to jakiś sposób na zaskarbienie sobie popularności.

— Prestiżu — sprostowałam.

— Ale to posunęło się za daleko. Stanowczo za daleko.

Jego głos robił się coraz zimniejszy. Nerwowo poprawiłam się na krześle.

— Nie możesz zabijać ludzi. Wiesz jaki to będzie miało wpływ na sondaże? Wyjdziemy na jakichś radykałów, a przez ostatnie miesiące nie robię nic tylko, próbuję załagodzić nasz wizerunek!

— Przecież nie zabiłam Voodoo dlatego, że ich nienawidzę. To był nieszczęśliwy wypadek!

— A to druga rzecz, o którą muszę z tobą porozmawiać — powiedział i zmrużył swoje wielkie oczy. — Możesz mi wytłumaczyć, dlaczego na twoich przyjęciach pojawiają się członkowie sekt?

Wyprostowałam się na krześle i spojrzałam na niego z godnością.

— Na moje przyjęcia zapraszam wyłącznie elitę towarzyską. Sheva była wyjątkiem od reguły, w dodatku wyjątkiem, który wystąpił bez mojej zgody.

— Uspokoiłaś mnie. Dziennikarze zawsze chcą przekazać prawdziwą wersję zdarzeń. W takim razie nie ma się czym martwić.

Gdyby Zeus prowadził rekrutację na nowe bóstwa, mój ojciec z pewnością zostałby bogiem sarkazmu.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, przyszedł kelner, niosąc moje zamówienie. Na chwilę zapomniałam o problemach, a moje kiszki zagrały walca wiedeńskiego.

Bugatza, francuskie ciasto nadziewane gorącą, miękką fetą i szpinakiem z nutą bazylii, z pewnością było podawane na Olimpie. Wiem, co mówię, w końcu jeszcze wczoraj konsumowałam pokarm bogów. Najpierw napiłam się jednak kawy. Była gęsta i mocna, miała lekki posmak miodu.

Zabrałam się do jedzenia, a mój ojciec spojrzał na mnie z pobłażaniem i powrócił do czytania gazety.

— Smacznego — rzucił. — Choć zapewne nic nie dorówna już ambrozji.

Przełknęłam kęs bugatzy i poparzyłam sobie język.

— Zamówiłeś tylko kawę, prawda?

— Nie dałem rady nic przełknąć. Ale cieszę się, że tobie dopisuje apetyt.

Prychnęłam.

— Czyżbyś się odchudzał, tatusiu? Lepiej nie. Możesz nie dotrzymać kroku Hazel.

Hazel Swanepoel była moją trzydziestoletnią macochą, której nienawidziłam z całego serca. Zaczynając od tego, że miała nazwisko i ciało Candice Swanepoel, kończąc na tym, że gdyby nie wsparcie mojego ojca, nie zostałaby kapłanką Persefony. Pojawiła się rok temu. Nie miała żadnych kwalifikacji. Tylko swoje zabójcze ciało i urok, który załatwił jej jedną z najbardziej pożądanych i najtrudniejszych do zdobycia posad.

Bycie kapłanem samo w sobie uchodziło za bardzo prestiżowe– mogły nimi zostać tylko osoby z odpowiednim rodowodem. Za to bycie kapłanem najważniejszych bogów! Cóż, było po za zasięgiem kogoś pokroju Hazel. Od czego są jednak nogi, jeśli nie od tego, by rozłożyć je w strategicznym momencie?

Febus spojrzał na mnie zza gazety. Gdyby spojrzenia mogły zabijać, siedziałabym w łódce Charona, mocząc stopy w Styksie. Chociaż nie. Przecież nie miałam duszy.

— Nie mam problemów z dotrzymaniem jej kroku — wycedził.

Najwyraźniej trafiłam w czuły punkt.

— Tylko bez szczegółów. Ja tu jem.

— Sama zaczęłaś.

— To prawda.

Przełknęłam kolejny kęs i spojrzałam na pierwszą stronę gazety. Użyli mojego zdjęcia z ostatniego balu w Operze. Miałam na sobie lśniącą jedwabną sukienkę z głębokim dekoltem i białe boa zawierające pióra ptaków stymfalijskich. Kreacja krzyczała: „Jestem bezczelna i bogata! Do porannej kawy dodaję krew klasy średniej!”. To było bardzo korzystne zdjęcie.

— I co teraz? — spytałam

Febus odłożył gazetę i splótł ręce na stole.

— To, co zwykle — odparł oschle. — Przez najbliższy miesiąc będę sprzątał twój bałagan i może uda mi się poprawić wizerunek partii zanim nadejdą wybory.

— Wierzę, że ci się uda — powiedziałam dobrodusznie.

— To dobrze. Wiara będzie ci niedługo bardzo potrzebna.

Z jakiegoś powodu zabrzmiało to złowrogo. Wytarłam usta chusteczką i odsunęłam od siebie talerz. Febus wyglądał jakby chciał coś dodać. Na jego czole pojawiła się pionowa zmarszczka, zwiastująca burzę.

— To trwa już zbyt długo, Arysteo — oznajmił po chwili wahania.

Udałam głupią.

— Co trwa zbyt długo?

— Twoja samowola.

Zmarszczyłam brwi. Samowola. No tak.

Ukończyłam liceum jako najlepsza w szkole. Wszyscy spodziewali się, że pójdę na kurs dla kapłana i skończę w ministerstwie. Tymczasem minęły trzy lata, a śladu wyższego wykształcenia nadal brak. Co robiłam ze swoim życiem? Założyłam ekskluzywną kawiarnię w Wiedniu. Wydawałam huczne przyjęcia, podróżowałam, studiowałam zakazane księgi. No i zabiłam człowieka. Nic z tego nie wpisałabym w swoje CV.

Nie żeby te rzeczy miały znaczenie. Brak duszy dyskwalifikował mnie w wyścigu o posadę kapłana. Nawet jeśli pomogę sobie ziołami, bogowie i tak zobaczą czym jestem. Pustą skorupą. Gliną bez ognia.

— Przymykałem oko na wszystkie twoje wybryki przez ostatnie lata — zaczął Febus.

Ton jego głosu nie zwiastował nic dobrego.

— Na początku myślałem, że to naturalne. Młodzi ludzie muszą odnaleźć swoją drogę w życiu. No i to, co się stało… — zawahał się.

Wiedziałam, że wciąż winił mnie za katastrofę. Bardzo słusznie. Gdybym miała duszę, pewnie czułabym się podle.

— Ale myślałem, że w końcu się opamiętasz — ciągnął. — Jednak tak się nie stało. To zaszło za daleko. Zastanawiałem się nad tym już miesiąc temu, a wydarzenia tej nocy tylko ugruntowały moją decyzję. Zresztą, Hazel sama zgodziła się pomóc.

— Zgodziła się pomóc w czym? — zaniepokoiłam się.

Nie było dobrze, jeśli to miało jakiś związek z jego młodą żoneczką. Czułam, że było bardzo źle.

— W twoim szkoleniu.

— Szkoleniu?

Febus Fovis rzucił mi spojrzenie godne Zeusa. W tej chwili nie był już moim ojcem. Był dawnym ministrem wiary. Szarą eminencją partii. Bezwzględnym politykiem i moją zgubą.

— Zadecydowałem, że czas byś zrobiła ze swoim życiem coś pożytecznego — oznajmił. — Za miesiąc rozpocznie się szkolenie na kapłanów Persefony, któremu przewodniczyć będzie Hazel. A ty weźmiesz w nim udział.

Zachłysnęłam się powietrzem.

— Ale to nie możliwe! Przecież ja nie mam…

Opanowałam się w porę. Jeśli powiem mu, że nie mam duszy nie pośle mnie na szkolenie. Pośle mnie na terapię dla Ateistów. A obydwoje wiedzieliśmy, że słowo „terapia” jest w tym wypadku synonimem „bolesnych eksperymentów naukowych”.

— Nie masz czego? — spytał podejrzliwie.

Zacisnęłam zęby i zmusiłam się, żeby powiedzieć:

— Nie mam ochoty.

Jego oczy zrobiły się zimne niczym lód. Mogłam zobaczyć całą nienawiść, spowodowaną katastrofą. Zawsze tam była, ale teraz już nic jej nie powstrzymywało.

— Wielka szkoda, Arysteo — wycedził. — Oczekiwałem, że włożysz w to całą swoją duszę.

Mój kark oblał się potem. A więc zabiłam dzisiaj dwie osoby. Jedną była Sheva. Drugą byłam ja sama.

2. Biała jak mleko, zimna jak frappe

Ludzie często pytają mnie jak to jest, nie mieć duszy. No dobrze. Może nikt nie we, że jej nie mam, ale gdyby wiedzieli, z pewnością udzielałabym wywiadów dla Vogue’a.

A więc, po za tym, że muszę przyjmować magiczne zioła, by widzieć boskie znaki i ukrywać swój Ateizm… po za tym w mojej przypadłości nie ma nic ciekawego. I może właśnie w tym tkwi problem.

Odkąd straciłam duszę nic nie jest ciekawe. Czuję się jakby od reszty ludzi oddzielała mnie ściana ze szkła, narzucająca zachowanie dystansu. Nie mam nawet ochoty jej rozbić.

To, co dzieje się z innymi jest mi całkowicie obojętne. Śmierć traktuję z dozą ironii, codzienne sprawy wydają mi się pozbawione sensu. Czasami mam wrażenie, że nawet moje poszukiwania zakazanego owocu są stratą czasu. Jeśli zakonserwuję ciało, będę musiała trwać w tym stanie już wiecznie. Jednak zbytnio obawiam się pustki, by zdobyć się na ostateczny akt odwagi. Tak, strach przed nią to dominujące uczucie i moja najważniejsza motywacja.

Na całe szczęście, brak duszy nie odbija się w żaden sposób na moim wyglądzie, o czym

z przyjemnością myślałam, kiedy kilka dni później skończyły się święta i nareszcie mogłam wrócić do Wiednia.

Jak zwykle, rozpoczęłam dzień od przyjemnego rytuału pod tytułem,,Jestem tak bogata, że mam co na siebie włożyć”. Wyciągnęłam z garderoby czarną bawełnianą sukienkę Burberry oraz ulubione pantofelki Chimmiego Choo. Powoli rozczesywałam włosy, myśląc o tym, co za chwilę powiem swoim przyjaciołom. Nie zdążyłam nawet ułożyć wstępu, kiedy zadzwonił telefon.

Spojrzałam na ekran. Moja najlepsza przyjaciółka, Poppea Cotta.

— Arysteo. Mamy sytuację kryzysową — powiedziała zanim udało mi się wykrztusić:,,halo”.

Moje odbicie zmarszczyło brwi. Wygładziłam palcem pionową zmarszczkę na czole. Taką samą jak u mojego ojca.

— Tylko nie mów, że policja przeszukuje piwnicę — wstrzymałam oddech, szykując się na najgorsze.

Jeśli dostali nakaz na obławę mojej kawiarni, byłam gotowa rozpocząć kontratak.

— Nie, na szczęście nie — odparła Poppea. — Choć po twoim ostatnim skandalu wszystko jeszcze przed nami.

— Co się stało?

Postanowiłam zignorować jej niezadowolony ton. Poppea, nie tylko moja najlepsza przyjaciółka, ale i kuzynka, bardzo nie lubiła, kiedy coś zagrażało jej wizerunkowi. A ponieważ była także moją partnerką w biznesie, jej wizerunek był nieodwracalnie spleciony z moim.

— Przed naszą kawiarnią tłoczą się ludzie. Zakładam, że to nie klienci, bo wrzeszczą,,bezbożnica” i mają banery z twoją twarzą za kratkami.

— Subtelnie.

— Nadal chcesz się spotkać w Ambrossi Café?

Westchnęłam. Moje odbicie wyglądało na coraz bardziej zmartwione. Zmarszczka była coraz głębsza.

— Przekaż wszystkim, że przenosimy miejsce spotkania do Gerstner Café. Godzina zostaje ta sama — postanowiłam. — A Ikarowi jeszcze raz powtórz, żeby nie przynosił własnego szampana. Wyjdziemy na prowokatorów bez kultury osobistej.

— Gdyby Dante dopiero opisywał kręgi Tartaru i tak stworzyłby dla nas osobny.

— Ale ludzie nie muszą o tym wiedzieć.

Usłyszałam prychnięcie po drugiej stronie słuchawki. Zwiastun nadciągającego sarkazmu.

— Tak, oby tylko się nie wydało. A na marginesie, ktoś właśnie podpalił twój portret.

Rozłączyła się.

Rzuciłam telefon na łóżko i warknęłam z rozdrażnieniem. Nie mogłam sobie jednak pozwolić rozstrojenie nerwowe. Musiałam wziąć się w garść, wejść w swoją rolę i wypić piwo, które uwarzyłam. Nawet jeśli zdecydowanie wolę szampana.

Wyjęłam z toaletki potrzebne kosmetyki, przemyłam twarz i zaczęłam się malować. Nakładanie makijażu jest dla mnie niczym nakładanie bojowej maski– maski pięknej skandalistki z bogatego rodu, która radzi sobie z nienawiścią klasy średniej. Makijaż dodawał mi pewności siebie, choć i bez upiększaczy wyglądałam więcej niż dobrze.

Miałam gęste włosy o barwie miodu z Thasoss sięgające połowy moich pleców, zielone oczy, wydatne kości policzkowe i zadatki na megalomankę. Byłam też wysoka, a lata stania u boku mojego ojca w czasie kampanii, nauczyły mnie wyprostowanej postawy. Czasami, kiedy się uśmiechałam, robił mi się dołeczek w prawym policzku. Zazwyczaj jednak uśmiechałam się wyniośle, więc mało kto o tym wiedział.

Krótko mówiąc, byłam piękna, a książek nie powinno oceniać się po okładce.

Moje rozmyślania znowu przerwał sygnał telefonu. Podeszłam do łóżka i odczytałam wiadomość. To Poppea oznajmiała, że wszyscy już wiedzą. Napisałam jej, że odrobinę się spóźnię, bo planuję jeszcze zajrzeć do biblioteki. Odpisała, że mam poszukać pod literką r, jak,,rozum”.

Odłożyłam telefon i znowu podeszłam do lustra, tym razem już tylko dla dopięcia ostatniego guzika. Wyciągnęłam z szuflady krople do oczu, zawierające magiczne zioła. To dzięki nim widziałam boskie znaki i mogłam udawać, że posiadam duszę.

Odchyliłam głowę i zakropliłam oczy– dwie kropelki do każdego. Odrobinę zapiekło, ale byłam przyzwyczajona. Podobno dla urody trzeba cierpieć. Ale jeśli jest się naturalnie pięknym? Pozostaje cierpienie dla wyższych celów.

Moje mieszkanie stało przy Graben Straße– jednej z głównych ulic na starówce, wypełnionej sklepami, kawiarniami i turystami. Na parterze kamienicy, której piętra zajmowałam mieścił się butik Sworovskiego. Jak zwykle w sobotę pękał w szwach, ale nie musiałam przez niego przechodzić, by opuścić mieszkanie. Bogom dzięki, bo teraz wszyscy, patrzyli na mnie jakbym spadła z Olimpu. Zazwyczaj mi to nie przeszkadzało, ale dzisiaj wiedziałam też, co o mnie myślą. Dlatego szłam bardzo szybko.

O ile tłumy są zdecydowanym minusem mieszkania na starówce, to bliskość moich ulubionych miejsc– opery, butiku Chanel i biblioteki, równoważy wszelkie niedogodności. Teraz zmierzałam do ostatniego z powyższych i myślałam o tym jak wspaniale będzie wkraść się do archiwum i wypożyczyć bestseller wśród bezbożników. Dawno zagubiony, niedawno odnaleziony i absolutnie wyjątkowy. Księga Cudów. Katalog wszelkich bezbożnych okropności, które pozwalają pokonać śmiertelność.

Muszę przyznać, że od kilku miesięcy miałam obsesję na jego punkcie. Być może to także kolejny symptom mojego braku. Czasami zbytnio skupiałam się na przyziemnych rzeczach, jakby mogły wypełnić czarną dziurę w środku. Ale pomijając rozważania, Księga Cudównaprawdę była grzechu warta. To ten typ książki, który inni twórcy podają w bibliografii– a przynajmniej podawaliby, gdyby mieli możliwość przeczytania tej jakże zakazanej lektury.

Nawet dla mnie, osoby z dalekosiężną siatką wpływów, rezerwacja okazała się być wyzwaniem. Być może jednak kluczem do sukcesu była moja determinacja, łamane na desperacja. Każdy miesiąc odbierał mi część nadziei na odnalezienie owocu nieśmiertelności i chwytałam się wszystkich możliwych sposobów zdobycia wiedzy. Jak się okazało, słusznie, bo pokarm bogów nie zadziałał, a ja wciąż miałam coś w zapasie.

Kiedy wyszłam z Hofburgu i moim oczom ukazał się gmach Austriackiej Biblioteki Narodowej, poczułam dreszcz ekscytacji. Niemal wbiegłam po marmurowych schodach i kiedy pchnęłam drzwi, znalazłam się w mojej własnej wersji Elizjum. Jedynej jakiej miałam doświadczyć.

Kusiło mnie, żeby przejrzeć półki i wypożyczyć coś dla przyjemności, ale wiedziałam, że muszę skupić się na celu. Wobec tego, skierowałam się prosto na pierwsze piętro. Białe marmurowe ściany i wysokie sufity przywodziły na myśl świątynię. Wokół pachniało starożytną magią i wiedzą. Pallas Atena N°5.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 34.13
drukowana A5
za 42.64