E-book
34.13
drukowana A5
46.75
Zakazany owoc w czekoladzie

Bezpłatny fragment - Zakazany owoc w czekoladzie


Objętość:
333 str.
ISBN:
978-83-8221-736-0
E-book
za 34.13
drukowana A5
za 46.75

Dla tych, którzy zasługują na więcej i mają zamiar dostać wszystko.

1. Eklerki i inne grzeszki

Moje kłopoty zaczęły się od eklerek. Uznacie pewnie za barbarzyństwo obwinianie tych słodkich cudowności o życiową porażkę. Potrafię zrozumieć powody mojego potępienia, gdyż sama ubóstwiam eklerki. Nie ważne czy ze słodkim kremem, lśniącą polewą czekoladową czy też z ciągnącym się toffi. Ilość lukru również jest mi obojętna, tak długo, jak mogę popić je kawą w mojej ulubionej wiedeńskiej kawiarni, Gerstner Café. A jednak okazuje się, że każda miłość, nawet ta do kalorycznych przysmaków może być zabójcza. I mam tu na myśli coś znacznie gorszego od nadwagi.

Na Apolla, chyba wiem o czym mówię! Noszę rozmiar S i zostałam oskarżona o morderstwo!

Ale wszystko po kolei.

Wątpliwości co do kierunku, w którym zmierza moje życie naszły mnie dzień po Misteriach Eleuzyjskich, jednym z najważniejszych świąt dla mojej wiary. Wiary grecko–rzymskiej. Och, widzicie, jest pewien drobny szczegół, o którym powinniście wiedzieć, zanim zabiorę Was na jazdę bez trzymanki. W moim świecie panuje politeizm. A to oznacza, że bogowie, których Wy wsadziliście między bajki, istnieją naprawdę. I to jak istnieją! Rządzą światem, egzekwują ofiary i lśnią w pełni blasku. Ale wracając do tematu — dopadły mnie wątpliwości.

Siedziałam na skórzanej kanapie i patrzyłam, jak policja zabezpiecza miejsce zbrodni.

W jednej ręce trzymałam martini, w drugiej telefon. Nie czułam się ani zmieszana, ani wstrząśnięta, bo wszystkiemu winne były eklerki. Jednak nie chodziło o to, że teraz muszę się odchudzać, lecz o to, że miały w sobie nadzienie z ambrozji. Osoba, która je zjadła, leżała w czarnym worku.

Po tym jak policja uporała się z ciałem, zaczęło się przeszukiwanie miejsca zbrodni, jakim był apartament najdroższego hotelu w Atenach. Chciałam im powiedzieć, że skoro już przeszukają, mogliby również posprzątać resztki z przyjęcia. Miałam jednak prawo do milczenia i była to jedna z nielicznych okazji, kiedy postanowiłam je zachować.

Mój telefon również milczał. Wciąż odświeżałam okienko powiadomień, ale na Twitterze nic się nie pojawiało. Najwyraźniej burza miała dopiero nadejść.

— Arystea Fovis?

Z rozmyślań wyrwał mnie męski głos. Uniosłam głowę, by ujrzeć wysokiego postawnego mężczyznę ubranego w czerń. Miał niezwykle bladą cerę, ciemne oczy jakby zapadnięte w czaszkę. I był łysy. Całkowicie. Na bogów, on nie miał nawet brwi!

— We własnej osobie — odparłam, posyłając mu firmowy uśmiech numer siedem: czarujący z lekką dozą ironii.

— Quinn Vandetta — przedstawił się mężczyzna. — Proszę opowiedzieć mi o wydarzeniach ostatniej nocy.

Westchnęłam, nie kryjąc rozdrażnienia. To tyle, jeśli chodzi o moje prawo do milczenia, prawda? No cóż. Było dużo do opowiedzenia. Kiedy ja wydaję przyjęcie, to tak jakby opisywać tysiąc i jedną noc.

— Zechce pan usiąść? — spytałam uprzejmie, żeby zyskać trochę czasu.

Posłał mi uśmiech. To chyba znaczyło, że nie.

Wobec tego wstałam i zaprowadziłam nas do baru przy oknie, żeby nie policjanci przeszukujący apartament mnie nie dekoncentrowali. Upiłam łyk martini i spojrzałam w dal. Przed nami lśnił majestatyczny Akropol, rozświetlony pierwszymi promieniami słońca. Ósma rano, a ja już piję.

— Panno Fovis?

Uśmiechnęłam się znowu, lecz mężczyzna pozostał niewzruszony na mój wdzięk. Patrzył na mnie przenikliwym wzrokiem.

— A co z moim prawem do milczenia?

Nie odpowiedział. Najwyraźniej skonfiskował je dla siebie.

Odgarnęłam włosy i zaczęłam opowieść.

— Wydawałam huczne przyjęcie z okazji Misteriów. Gdyby mieszkał pan w Wiedniu, wiedziałby pan, że to tradycja. Arystokraci, których jestem przywódczynią, balują z okazji najważniejszych świąt. I bawiliśmy się tak, jak zwykle, kiedy przyszła ona.

— Ona? — wskazał głową na ciało w worku.

Upiłam łyk martini, wyobrażając sobie, że worek jest pusty.

— Czyli ona nie została zaproszona na przyjęcie? — dopytywał Quinn.

Skrzywiłam się.

— Nigdy nie zaprosiłabym Voodoo…

— Voodoo?

Wspaniale. Po to jest właśnie prawo do milczenia.

Odłożyłam martini na stół barowy, bo nic nie dało. Spróbowałam zebrać myśli.

Kiedy mówiłam, że bogowie rządzą światem, zapomniałam dodać kilku słów na temat ludzi. Otóż, my– ludzkość, tworzymy zorganizowane społeczeństwo, naturalnie podzielone na różne wyznania.

Problem zaczyna się, gdy twoja wiara nie jest właściwa. Ateiści– ślepi niewierni, zepchnięci na margines społeczny to część naszego społeczeństwa, z którą nie wiadomo, co zrobić. Jedni twierdzą, że powinno się ich traktować jak równych. Drudzy, że nie mają duszy i trzeba ich unicestwić.

Ale co do przeznaczenia drugiej problematycznej grupy społecznej wszyscy są zgodni. Sekty. Zagrożenie dla cywilizacji, temat tabu. A zatem, jeśli ktokolwiek miał dowiedzieć się, że na moje przyjęcie przyszła królowa Voodoo, czeka mnie los znacznie gorszy od pocięcia kart kredytowych.

— Voodoo? — powtórzył Quinn.

— Nie — odparłam, patrząc mu w oczy.

Uśmiechnął się z pobłażaniem i zrobiło mi się odrobinę cieplej.

— Krótka odpowiedź jak na tak długą chwilę milczenia.

Wzruszyłam ramionami.

— Nie mam nic do dodania.

— Więc jak wyjaśnić białe tatuaże z symbolami Voodoo na jej nadgarstkach?

— Może nierówno posmarowała się kremem do opalania?

— A co z ambrozją?

Skrzywiłam się. Kolejny temat tabu. Pokarm niebios był zakazaną substancją. Żaden śmiertelnik nie powinien go spożywać bez pozwolenia bogów. Oczywiście, te zasady nie tyczyły się bogatych i wpływowych, ale czy policja musiała o tym wiedzieć?

— To był krem nugatowy — odparłam.

— Oczywiście, że tak. Z pewnością ekspertyza wykaże również poziom cukru i procent kakao.

Spojrzałam jeszcze raz w stronę Akropolu. A może by tak wyskoczyć przez okno?

— A więc sytuacja nie prezentuje się najlepiej — skwitował Quinn Vandetta. — Na przyjęciu Hedonistów pojawia się nielegalna substancja. Przychodzi też królowa sekty. Chwilę później umiera.

— Gdzie w tym moja wina? Może po prostu nie toleruje glutenu?

— Nie tolerowa–ła.

— Drobny szczegół.

Spojrzenie Quinna zrobiło się jeszcze ciemniejsze. Musiałam przyznać, że wyglądał całkiem nieźle w swoim czarnym stroju, podkreślającym boskie umięśnienie. Byłabym gotowa zignorować nawet brak brwi. Twarz miał proporcjonalną i w pewien sposób atrakcyjną. Jednak za bardzo się go bałam. A może bałam się tego, że mnie przejrzał.

— A jeśli ktoś zeznał, że chwilę przed tym jak Sheva umarła, weszła do kuchni i widziano, jak wchodzisz za nią?

Moje serce na chwilę przestało bić.

— Ten ktoś musiałby być pierwszorzędną suką — powiedziałam.

Patrzyliśmy na siebie przez dobrą chwilę. W myśli przeglądałam swoją listę wrogów, ale poddałam się już przy trzeciej stronie. To mógł być każdy na tym przyjęciu. Nawet niekoniecznie ktoś, kto życzył mi źle. Wystarczyło, że puściły mu nerwy przy przesłuchiwaniu, kiedy niebezpieczny Quinn Vandetta wbił w niego wzrok.

— Czy to znaczy, że jestem aresztowana? — spytałam w końcu.

— Z pewnością byłoby tak, gdyby ktoś rzeczywiście zeznał, że panią widział — odparł z uśmiechem. — I gdybym był policjantem.

Spojrzałam na niego z niezrozumiem.

— Czyli nie jestem aresztowana?

— Nie mam przy sobie nawet kajdanek.

Pewna część mnie stwierdziła, że to wielka szkoda. Ale to była ta głupia część, która kazała mi podać na przyjęciu ambrozję; część, z którą musiałam się już niedługo rozmówić.

— Chwila — powiedziałam. — Skoro nie jest pan nawet policjantem, to dlaczego mnie pan przesłuchuje?

— Ponieważ ciekawość to pierwszy krok do Hadesu — odparł enigmatycznie.

Skrzyżowałam ręce. Coraz mniej mi się to podobało.

— Jesteś jednym z nich? — spytałam prosto z mostu.

Nie wyglądał na Voodoo, ale pozory mogły mylić. Zresztą, nie widziałam wielu członków tej sekty. Tylko królową i jej szalonego pomocnika, Kofu.

— Nie wiem o czym mówisz — odparł uśmiechając się prowokacyjnie.

Nagle przeszliśmy na „ty”.

— Pytam, czy jesteś Voodoo.

— A wyglądam?

— Gdybyś wyglądał, to bym nie pytała.

— Więc masz swoją odpowiedź.

Wyraźnie się ze mną drażnił. Już miałam znaleźć odpowiednio ciętą ripostę, kiedy zauważyłam nad jego ramieniem prawdziwego policjanta, zmierzającego w naszym kierunku.

Właściwie była to policjantka. Niska, o okrągłych kształtach i równie okrągłych brązowych oczach. Greczynka, około trzydziestki.

Quinn odwrócił się, by spojrzeć na powód mojego milczenia. Jedna chwila wystarczyła mu by zakończyć naszą rozmowę.

— Powodzenia, babeczko — powiedział, rzucając mi pożegnalny uśmiech.

Odwrócił się na pięcie i po chwili zniknął za drzwiami apartamentu. Chciałam zrobić to samo, szczególnie, że nawet nie zapytał mnie o numer telefonu. Niestety, policjantka była zbyt blisko. Kilka sekund później dopadła mnie i musiałam odpowiadać na jej męczące pytania. Dużo lepiej rozmawiało mi się z Quinnem, nawet jeśli wykorzystał mnie do swoich celów i nie miał brwi.

Po szóstym pytaniu głośno zaburczało mi w brzuchu i miałam ochotę niegrzecznie zakończyć rozmowę. Na szczęście w tym samym momencie zadzwonił jej telefon. Spojrzała na mnie groźnie, dając mi znać, że to jeszcze nie koniec, ale odebrała. Słowa płynące z słuchawki zmieniły jej minę na rozdrażnioną i chwilę później usłyszałam:

— Jest pani wolna.

Otworzyłam usta ze zdziwienia.

— Słucham?

— Jest pani wolna — powtórzyła, nie kryjąc irytacji. — Może pani opuścić miejsce zdarzenia.

Tego nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Dopiłam martini, zabrałam torebkę i rzuciłam Shevie ostatnie spojrzenie. A później poszłam na śniadanie.

Możecie sobie wyobrazić miny Greków na widok wysokiej szczupłej blondynki wychodzącej z hotelu otoczonego radiowozami. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wciąż miałam na sobie wczorajszy strój– czarną skórzaną sukienkę od Valentino oraz żółte szpilki Louboutina. Po założeniu okularów przeciwsłonecznych wyglądałam jakbym wychodziła z pogrzebu, a nie z miejsca zbrodni. A już na pewno nikt nie podejrzewał, że w głowie miałam tylko jedzenie.

Jeśli mam być szczera (a do tego na pewno się nie przyzwyczajajcie) muszę wyznać, że moje kłopoty nie były spowodowane wyłącznie eklerkami. Właściwie, źródłem problemu było to, dlaczego w ogóle pojawiły się na przyjęciu. Wszystko zaczęło się od katastrofy sprzed trzech lat. W ostatniej klasie szkoły średniej straciłam duszę. Dosłownie.

Nie chodzi o to, że stałam się bezduszna. Już wcześniej nikt nie nazwałby mnie altruistką. Po katastrofie moja dusza jakimś cudem się wypaliła i popadłam w Ateizm. To, że nie widzę boskich znaków nie jest jednak wielkim problemem– potrafię go rozwiązać, za pomocą magicznych ziół. Najgorszy jest fakt, że wiem, co czeka mnie po śmierci. Bo jeśli brakuje duszy, która mogłaby wsiąść na łódź Charona, to pewnym jest, że czeka mnie pustka.

Tak więc, powodem organizowania przyjęć było moje pragnienie odnalezienia,,owocu nieśmiertelności”. Czegoś, co mogłoby zakonserwować ciało i sprawić, bym nigdy nie musiała stawiać czoła pustce.

Arystokraci nieustannie mi w tym pomagali. Przez ręce bogatych i wierzących przechodziły różne niedozwolone substancje. Niektóre gościły na naszych przyjęciach, inne wygrywała moja przyjaciółka, Poppea, w naszym podziemnym pokerze. I nikt po za nią i mną nie wiedział do czego te substancje są mi potrzebne. Aż do czasu, kiedy pojawiła się Sheva. I dlatego musiała zginąć.

Ale to nie ja ją zabiłam!

Myślałam o tych wszystkich przyjemnych rzeczach, a moje szpilki same ustawiały się na kocich łbach. Weszłam w poboczną alejkę, żeby ominąć ruch uliczny i już po chwili znalazłam się na placu. Apollo oblał mnie złotym blaskiem– dobrze, że miałam okulary przeciwsłoneczne. W Grecji koniec września wciąż jest wyjątkowo upalny.

Kiedy znalazłam schronienie w cieniu starych platanów, ukazała mi się moja ulubiona kawiarnia, Chtapódi– czyli ośmiornica. Już czułam zapach świeżo mielonej kawy i bugatzy. Postanowiłam chociaż na chwilę zapomnieć o problemach, zamówić gliko cafe i delektować się chwilą. Ale jak zwykle, kiedy robisz plany na przyszłość, Fata plączą nici ze śmiechu.

Zobaczyłam go w chwili, gdy przestąpiłam próg restauracji. Siedział przy najlepszym stoliku z gazetą w ręce, sącząc grecką kawę. Miał na sobie garnitur z emblematem wawrzynu. Jego czarne, przetykane białymi pasmami włosy były perfekcyjnie ułożone, a wielkie ciemne oczy błyszczały w zaniepokojeniu. Kiedyś był przystojnym brunetem, podobnym do Ala Pacino. Od nadmiaru stresu zaczął wyglądać niczym pączek, z którego wyjedzono całą marmoladę, będącą w tym przypadku symbolem radości życia.

Panie i panowie, Febus Fovis. Mój ojciec.

Oczywiście, od razu mnie zauważył i uśmiechnął się gorzko. Musiał już o wszystkim wiedzieć, bo kawa była tu przecież znakomita.

Skarciłam się w myślach. Musiał o wszystkim wiedzieć! Ha! Przecież to on wykonał telefon, który kazał policjantce mnie wypuścić. Febus Fovis był niegdyś kimś w rodzaju ministra wyznań. Wciąż miał dalekosiężne wpływy, które, jak się okazało, sięgały nawet greckiej policji. Mieszkaliśmy co prawda w Wiedniu, ale nie zdziwiłam się, że widzę go Atenach. Jako były minister wciąż zajmował ważne stanowisko i musiał uczestniczyć w Misteriach; kontrolować sytuację i karać krnąbrne córki.

Uniosłam dumnie głowę i wzięłam oddech. No dobrze. Doigrałaś się. Właściwie nie masz już nic do stracenia oprócz swoich pięciu kart kredytowych, sylwetki i butów.

Spojrzałam na obcasy. Jeden był złamany. Dobra, zostają tylko karty kredytowe i sylwetka.

Zdjęłam okulary z nosa po czym podeszłam do stolika. Febus spojrzał na mnie znad filiżanki i powrócił wzrokiem do czytania gazety.

— Tato — przywitałam go, siadając.

Nie odpowiedział. Miałam poważne kłopoty.

— To nie moja wina… — spróbowałam jeszcze raz, ale te słowa nie zabrzmiały zbyt dobrze.

Postanowiłam dać sobie spokój. Zresztą w tym momencie przyszedł kelner i mogłam zamówić świeżą bugatzę z fetą i szpinakiem oraz filiżankę kawy. Gdy odszedł, rozejrzałam się po kawiarni. Było pusto, jeśli nie liczyć dwóch starych Greków przy oknie.

Jeżeli Febus mnie zabije, z pewnością nawet nie usłyszą, zajęci paleniem porannych papierosów.

Westchnęłam.

— Będziemy milczeć? Jestem wdzięczna, że wyciągnąłeś mnie z rąk policji, dobrze? Ale to naprawdę nie była moja wina. Nikt nie kazał jej jeść ambrozji, a jeśli nawet to, kto mógł przewidzieć, że jej ciało tak zareaguje?

Boski pokarm zazwyczaj wywoływał ożywienie, cudowny wygląd i wzmocnienie naturalnych zdolności. Jeszcze teraz czułam iskierki mocy w koniuszkach palców. Jednak Voodoo najwyraźniej nie odczuwali żadnych iskierek, a śmiertelną pożogę, spalającą od środka ich wnętrzności. Drobny szczegół.

— Po za tym, czy ktoś w ogóle musi wiedzieć, że to była ambrozja?

Dopiero te słowa oderwały Febusa od gazety. Położył ją na stole i odwrócił w moją stronę.

— Oczywiście. Jest to najpilniej strzeżony sekret. Dlatego wie o nim już cały Wiedeń — powiedział.

Spojrzałam na niego z niezrozumieniem, ale po chwili zrozumiałam wszystko. Febus nie czytał wcale greckiej gazety, ale Wiener Zeitung. Mój mózg natychmiast przestawił się z greckiego na niemiecki, a serce zamarło po raz drugi tego dnia. Zakazany owoc Arystei Fovis: morderstwo, głosił nagłówek.

Wieści podróżowały z szybkością Hermesa. Sheva nie żyła dopiero od czterech godzin, a ktoś już zdążył przekazać odpowiednie informacje mediom. Wiedziałam, że będę na okładce, ale liczyłam chociaż na jutrzejsze wydanie. Wtedy tę sprawę dałoby się jakoś zatuszować, przekupić kilka osób, może kilka zwolnić. Niestety, nie dla mnie takie przywileje.

— Musiałaś to zrobić akurat teraz? — spytał Febus.

Uznałam to za pytanie retoryczne i postanowiłam nie odpowiadać.

— Wiesz dobrze jakie to ważne dla naszej rodziny, by moja partia wygrała te wybory — kontynuował. — Nastroje w Wiedniu są podłe od ostatniego skandalu z leczeniem Ateistów. Ludzie robią się niespokojni, stare rody patrzą na nas krytycznie, a ty tak po prostu… — przerwał by westchnąć. — Mogłaś chociaż poczekać aż skończą się Misteria.

— Przecież nie zrobiłam tego celowo!

— Wszystkie skandale, które wywołałaś nie były celowe — zadrwił. — Po za tym jak można niechcący… zabić człowieka?!

Otworzyłam usta, ale nie zdążyłam nic powiedzieć.

— Nigdy nie pochwalałem tych waszych przyjęć, choć wiem, że to jakiś sposób na zaskarbienie sobie popularności.

— Prestiżu — sprostowałam.

— Ale to posunęło się za daleko. Stanowczo za daleko.

Jego głos robił się coraz zimniejszy. Nerwowo poprawiłam się na krześle.

— Nie możesz zabijać ludzi. Wiesz jaki to będzie miało wpływ na sondaże? Wyjdziemy na jakichś radykałów, a przez ostatnie miesiące nie robię nic tylko, próbuję załagodzić nasz wizerunek!

— Przecież nie zabiłam Voodoo dlatego, że ich nienawidzę. To był nieszczęśliwy wypadek!

— A to druga rzecz, o którą muszę z tobą porozmawiać — powiedział i zmrużył swoje wielkie oczy. — Możesz mi wytłumaczyć, dlaczego na twoich przyjęciach pojawiają się członkowie sekt?

Wyprostowałam się na krześle i spojrzałam na niego z godnością.

— Na moje przyjęcia zapraszam wyłącznie elitę towarzyską. Sheva była wyjątkiem od reguły, w dodatku wyjątkiem, który wystąpił bez mojej zgody.

— Uspokoiłaś mnie. Dziennikarze zawsze chcą przekazać prawdziwą wersję zdarzeń. W takim razie nie ma się czym martwić.

Gdyby Zeus prowadził rekrutację na nowe bóstwa, mój ojciec z pewnością zostałby bogiem sarkazmu.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, przyszedł kelner, niosąc moje zamówienie. Na chwilę zapomniałam o problemach, a moje kiszki zagrały walca wiedeńskiego.

Bugatza, francuskie ciasto nadziewane gorącą, miękką fetą i szpinakiem z nutą bazylii, z pewnością było podawane na Olimpie. Wiem, co mówię, w końcu jeszcze wczoraj konsumowałam pokarm bogów. Najpierw napiłam się jednak kawy. Była gęsta i mocna, miała lekki posmak miodu.

Zabrałam się do jedzenia, a mój ojciec spojrzał na mnie z pobłażaniem i powrócił do czytania gazety.

— Smacznego — rzucił. — Choć zapewne nic nie dorówna już ambrozji.

Przełknęłam kęs bugatzy i poparzyłam sobie język.

— Zamówiłeś tylko kawę, prawda?

— Nie dałem rady nic przełknąć. Ale cieszę się, że tobie dopisuje apetyt.

Prychnęłam.

— Czyżbyś się odchudzał, tatusiu? Lepiej nie. Możesz nie dotrzymać kroku Hazel.

Hazel Swanepoel była moją trzydziestoletnią macochą, której nienawidziłam z całego serca. Zaczynając od tego, że miała nazwisko i ciało Candice Swanepoel, kończąc na tym, że gdyby nie wsparcie mojego ojca, nie zostałaby kapłanką Persefony. Pojawiła się rok temu. Nie miała żadnych kwalifikacji. Tylko swoje zabójcze ciało i urok, który załatwił jej jedną z najbardziej pożądanych i najtrudniejszych do zdobycia posad.

Bycie kapłanem samo w sobie uchodziło za bardzo prestiżowe– mogły nimi zostać tylko osoby z odpowiednim rodowodem. Za to bycie kapłanem najważniejszych bogów! Cóż, było po za zasięgiem kogoś pokroju Hazel. Od czego są jednak nogi, jeśli nie od tego, by rozłożyć je w strategicznym momencie?

Febus spojrzał na mnie zza gazety. Gdyby spojrzenia mogły zabijać, siedziałabym w łódce Charona, mocząc stopy w Styksie. Chociaż nie. Przecież nie miałam duszy.

— Nie mam problemów z dotrzymaniem jej kroku — wycedził.

Najwyraźniej trafiłam w czuły punkt.

— Tylko bez szczegółów. Ja tu jem.

— Sama zaczęłaś.

— To prawda.

Przełknęłam kolejny kęs i spojrzałam na pierwszą stronę gazety. Użyli mojego zdjęcia z ostatniego balu w Operze. Miałam na sobie lśniącą jedwabną sukienkę z głębokim dekoltem i białe boa zawierające pióra ptaków stymfalijskich. Kreacja krzyczała: „Jestem bezczelna i bogata! Do porannej kawy dodaję krew klasy średniej!”. To było bardzo korzystne zdjęcie.

— I co teraz? — spytałam

Febus odłożył gazetę i splótł ręce na stole.

— To, co zwykle — odparł oschle. — Przez najbliższy miesiąc będę sprzątał twój bałagan i może uda mi się poprawić wizerunek partii zanim nadejdą wybory.

— Wierzę, że ci się uda — powiedziałam dobrodusznie.

— To dobrze. Wiara będzie ci niedługo bardzo potrzebna.

Z jakiegoś powodu zabrzmiało to złowrogo. Wytarłam usta chusteczką i odsunęłam od siebie talerz. Febus wyglądał jakby chciał coś dodać. Na jego czole pojawiła się pionowa zmarszczka, zwiastująca burzę.

— To trwa już zbyt długo, Arysteo — oznajmił po chwili wahania.

Udałam głupią.

— Co trwa zbyt długo?

— Twoja samowola.

Zmarszczyłam brwi. Samowola. No tak.

Ukończyłam liceum jako najlepsza w szkole. Wszyscy spodziewali się, że pójdę na kurs dla kapłana i skończę w ministerstwie. Tymczasem minęły trzy lata, a śladu wyższego wykształcenia nadal brak. Co robiłam ze swoim życiem? Założyłam ekskluzywną kawiarnię w Wiedniu. Wydawałam huczne przyjęcia, podróżowałam, studiowałam zakazane księgi. No i zabiłam człowieka. Nic z tego nie wpisałabym w swoje CV.

Nie żeby te rzeczy miały znaczenie. Brak duszy dyskwalifikował mnie w wyścigu o posadę kapłana. Nawet jeśli pomogę sobie ziołami, bogowie i tak zobaczą czym jestem. Pustą skorupą. Gliną bez ognia.

— Przymykałem oko na wszystkie twoje wybryki przez ostatnie lata — zaczął Febus.

Ton jego głosu nie zwiastował nic dobrego.

— Na początku myślałem, że to naturalne. Młodzi ludzie muszą odnaleźć swoją drogę w życiu. No i to, co się stało… — zawahał się.

Wiedziałam, że wciąż winił mnie za katastrofę. Bardzo słusznie. Gdybym miała duszę, pewnie czułabym się podle.

— Ale myślałem, że w końcu się opamiętasz — ciągnął. — Jednak tak się nie stało. To zaszło za daleko. Zastanawiałem się nad tym już miesiąc temu, a wydarzenia tej nocy tylko ugruntowały moją decyzję. Zresztą, Hazel sama zgodziła się pomóc.

— Zgodziła się pomóc w czym? — zaniepokoiłam się.

Nie było dobrze, jeśli to miało jakiś związek z jego młodą żoneczką. Czułam, że było bardzo źle.

— W twoim szkoleniu.

— Szkoleniu?

Febus Fovis rzucił mi spojrzenie godne Zeusa. W tej chwili nie był już moim ojcem. Był dawnym ministrem wiary. Szarą eminencją partii. Bezwzględnym politykiem i moją zgubą.

— Zadecydowałem, że czas byś zrobiła ze swoim życiem coś pożytecznego — oznajmił. — Za miesiąc rozpocznie się szkolenie na kapłanów Persefony, któremu przewodniczyć będzie Hazel. A ty weźmiesz w nim udział.

Zachłysnęłam się powietrzem.

— Ale to nie możliwe! Przecież ja nie mam…

Opanowałam się w porę. Jeśli powiem mu, że nie mam duszy nie pośle mnie na szkolenie. Pośle mnie na terapię dla Ateistów. A obydwoje wiedzieliśmy, że słowo „terapia” jest w tym wypadku synonimem „bolesnych eksperymentów naukowych”.

— Nie masz czego? — spytał podejrzliwie.

Zacisnęłam zęby i zmusiłam się, żeby powiedzieć:

— Nie mam ochoty.

Jego oczy zrobiły się zimne niczym lód. Mogłam zobaczyć całą nienawiść, spowodowaną katastrofą. Zawsze tam była, ale teraz już nic jej nie powstrzymywało.

— Wielka szkoda, Arysteo — wycedził. — Oczekiwałem, że włożysz w to całą swoją duszę.

Mój kark oblał się potem. A więc zabiłam dzisiaj dwie osoby. Jedną była Sheva. Drugą byłam ja sama.

2. Biała jak mleko, zimna jak frappe

Ludzie często pytają mnie jak to jest, nie mieć duszy. No dobrze. Może nikt nie we, że jej nie mam, ale gdyby wiedzieli, z pewnością udzielałabym wywiadów dla Vogue’a.

A więc, po za tym, że muszę przyjmować magiczne zioła, by widzieć boskie znaki i ukrywać swój Ateizm… po za tym w mojej przypadłości nie ma nic ciekawego. I może właśnie w tym tkwi problem.

Odkąd straciłam duszę nic nie jest ciekawe. Czuję się jakby od reszty ludzi oddzielała mnie ściana ze szkła, narzucająca zachowanie dystansu. Nie mam nawet ochoty jej rozbić.

To, co dzieje się z innymi jest mi całkowicie obojętne. Śmierć traktuję z dozą ironii, codzienne sprawy wydają mi się pozbawione sensu. Czasami mam wrażenie, że nawet moje poszukiwania zakazanego owocu są stratą czasu. Jeśli zakonserwuję ciało, będę musiała trwać w tym stanie już wiecznie. Jednak zbytnio obawiam się pustki, by zdobyć się na ostateczny akt odwagi. Tak, strach przed nią to dominujące uczucie i moja najważniejsza motywacja.

Na całe szczęście, brak duszy nie odbija się w żaden sposób na moim wyglądzie, o czym

z przyjemnością myślałam, kiedy kilka dni później skończyły się święta i nareszcie mogłam wrócić do Wiednia.

Jak zwykle, rozpoczęłam dzień od przyjemnego rytuału pod tytułem,,Jestem tak bogata, że mam co na siebie włożyć”. Wyciągnęłam z garderoby czarną bawełnianą sukienkę Burberry oraz ulubione pantofelki Chimmiego Choo. Powoli rozczesywałam włosy, myśląc o tym, co za chwilę powiem swoim przyjaciołom. Nie zdążyłam nawet ułożyć wstępu, kiedy zadzwonił telefon.

Spojrzałam na ekran. Moja najlepsza przyjaciółka, Poppea Cotta.

— Arysteo. Mamy sytuację kryzysową — powiedziała zanim udało mi się wykrztusić:,,halo”.

Moje odbicie zmarszczyło brwi. Wygładziłam palcem pionową zmarszczkę na czole. Taką samą jak u mojego ojca.

— Tylko nie mów, że policja przeszukuje piwnicę — wstrzymałam oddech, szykując się na najgorsze.

Jeśli dostali nakaz na obławę mojej kawiarni, byłam gotowa rozpocząć kontratak.

— Nie, na szczęście nie — odparła Poppea. — Choć po twoim ostatnim skandalu wszystko jeszcze przed nami.

— Co się stało?

Postanowiłam zignorować jej niezadowolony ton. Poppea, nie tylko moja najlepsza przyjaciółka, ale i kuzynka, bardzo nie lubiła, kiedy coś zagrażało jej wizerunkowi. A ponieważ była także moją partnerką w biznesie, jej wizerunek był nieodwracalnie spleciony z moim.

— Przed naszą kawiarnią tłoczą się ludzie. Zakładam, że to nie klienci, bo wrzeszczą,,bezbożnica” i mają banery z twoją twarzą za kratkami.

— Subtelnie.

— Nadal chcesz się spotkać w Ambrossi Café?

Westchnęłam. Moje odbicie wyglądało na coraz bardziej zmartwione. Zmarszczka była coraz głębsza.

— Przekaż wszystkim, że przenosimy miejsce spotkania do Gerstner Café. Godzina zostaje ta sama — postanowiłam. — A Ikarowi jeszcze raz powtórz, żeby nie przynosił własnego szampana. Wyjdziemy na prowokatorów bez kultury osobistej.

— Gdyby Dante dopiero opisywał kręgi Tartaru i tak stworzyłby dla nas osobny.

— Ale ludzie nie muszą o tym wiedzieć.

Usłyszałam prychnięcie po drugiej stronie słuchawki. Zwiastun nadciągającego sarkazmu.

— Tak, oby tylko się nie wydało. A na marginesie, ktoś właśnie podpalił twój portret.

Rozłączyła się.

Rzuciłam telefon na łóżko i warknęłam z rozdrażnieniem. Nie mogłam sobie jednak pozwolić rozstrojenie nerwowe. Musiałam wziąć się w garść, wejść w swoją rolę i wypić piwo, które uwarzyłam. Nawet jeśli zdecydowanie wolę szampana.

Wyjęłam z toaletki potrzebne kosmetyki, przemyłam twarz i zaczęłam się malować. Nakładanie makijażu jest dla mnie niczym nakładanie bojowej maski– maski pięknej skandalistki z bogatego rodu, która radzi sobie z nienawiścią klasy średniej. Makijaż dodawał mi pewności siebie, choć i bez upiększaczy wyglądałam więcej niż dobrze.

Miałam gęste włosy o barwie miodu z Thasoss sięgające połowy moich pleców, zielone oczy, wydatne kości policzkowe i zadatki na megalomankę. Byłam też wysoka, a lata stania u boku mojego ojca w czasie kampanii, nauczyły mnie wyprostowanej postawy. Czasami, kiedy się uśmiechałam, robił mi się dołeczek w prawym policzku. Zazwyczaj jednak uśmiechałam się wyniośle, więc mało kto o tym wiedział.

Krótko mówiąc, byłam piękna, a książek nie powinno oceniać się po okładce.

Moje rozmyślania znowu przerwał sygnał telefonu. Podeszłam do łóżka i odczytałam wiadomość. To Poppea oznajmiała, że wszyscy już wiedzą. Napisałam jej, że odrobinę się spóźnię, bo planuję jeszcze zajrzeć do biblioteki. Odpisała, że mam poszukać pod literką r, jak,,rozum”.

Odłożyłam telefon i znowu podeszłam do lustra, tym razem już tylko dla dopięcia ostatniego guzika. Wyciągnęłam z szuflady krople do oczu, zawierające magiczne zioła. To dzięki nim widziałam boskie znaki i mogłam udawać, że posiadam duszę.

Odchyliłam głowę i zakropliłam oczy– dwie kropelki do każdego. Odrobinę zapiekło, ale byłam przyzwyczajona. Podobno dla urody trzeba cierpieć. Ale jeśli jest się naturalnie pięknym? Pozostaje cierpienie dla wyższych celów.

Moje mieszkanie stało przy Graben Straße– jednej z głównych ulic na starówce, wypełnionej sklepami, kawiarniami i turystami. Na parterze kamienicy, której piętra zajmowałam mieścił się butik Sworovskiego. Jak zwykle w sobotę pękał w szwach, ale nie musiałam przez niego przechodzić, by opuścić mieszkanie. Bogom dzięki, bo teraz wszyscy, patrzyli na mnie jakbym spadła z Olimpu. Zazwyczaj mi to nie przeszkadzało, ale dzisiaj wiedziałam też, co o mnie myślą. Dlatego szłam bardzo szybko.

O ile tłumy są zdecydowanym minusem mieszkania na starówce, to bliskość moich ulubionych miejsc– opery, butiku Chanel i biblioteki, równoważy wszelkie niedogodności. Teraz zmierzałam do ostatniego z powyższych i myślałam o tym jak wspaniale będzie wkraść się do archiwum i wypożyczyć bestseller wśród bezbożników. Dawno zagubiony, niedawno odnaleziony i absolutnie wyjątkowy. Księga Cudów. Katalog wszelkich bezbożnych okropności, które pozwalają pokonać śmiertelność.

Muszę przyznać, że od kilku miesięcy miałam obsesję na jego punkcie. Być może to także kolejny symptom mojego braku. Czasami zbytnio skupiałam się na przyziemnych rzeczach, jakby mogły wypełnić czarną dziurę w środku. Ale pomijając rozważania, Księga Cudównaprawdę była grzechu warta. To ten typ książki, który inni twórcy podają w bibliografii– a przynajmniej podawaliby, gdyby mieli możliwość przeczytania tej jakże zakazanej lektury.

Nawet dla mnie, osoby z dalekosiężną siatką wpływów, rezerwacja okazała się być wyzwaniem. Być może jednak kluczem do sukcesu była moja determinacja, łamane na desperacja. Każdy miesiąc odbierał mi część nadziei na odnalezienie owocu nieśmiertelności i chwytałam się wszystkich możliwych sposobów zdobycia wiedzy. Jak się okazało, słusznie, bo pokarm bogów nie zadziałał, a ja wciąż miałam coś w zapasie.

Kiedy wyszłam z Hofburgu i moim oczom ukazał się gmach Austriackiej Biblioteki Narodowej, poczułam dreszcz ekscytacji. Niemal wbiegłam po marmurowych schodach i kiedy pchnęłam drzwi, znalazłam się w mojej własnej wersji Elizjum. Jedynej jakiej miałam doświadczyć.

Kusiło mnie, żeby przejrzeć półki i wypożyczyć coś dla przyjemności, ale wiedziałam, że muszę skupić się na celu. Wobec tego, skierowałam się prosto na pierwsze piętro. Białe marmurowe ściany i wysokie sufity przywodziły na myśl świątynię. Wokół pachniało starożytną magią i wiedzą. Pallas Atena N°5.

Nogi zaprowadziły mnie prosto do działu archiwum. Na zewnątrz panowała jasność, zaś atmosfera w tym dziale stanowiła wyraźny kontrast. Pomieszczenie było duże, ale ciemne obicie ścian i regały z wiśniowego drewna zmniejszały je optycznie. Z drugiej strony, kolor bardziej przypominał krew niż wiśnie, lecz w Wiedniu to naprawdę bez różnicy.

Mój cel siedział w ostatnim rzędzie, otoczony starożytnymi manuskryptami. Odgarnęłam włosy i podeszłam do niego nieśpiesznym krokiem. Moje obcasy wybijały miarowy rytm.

— Dzień dobry, bohaterze — powiedziałam głosem słodkim jak miód.

Herkules podniósł głowę z nad notesu.

— Witaj, Arysteo.

Na całe szczęście nie był to ten oryginalny Herkules. Och, wtedy byłabym zgubiona.

Nie, chłopak, który siedział przede mną był moim rówieśnikiem, choć szczupły i wysoki wyglądał odrobinę starzej niż ja. Miał czuprynę rudoblond loków, piegi i bladozielone oczy. Dzisiaj ubrał tweedową marynarkę w oliwkowym odcieniu, która idealnie pasowała do jego miejsca pracy. Na łokciach miała łaty.

Razem z Poppeą przyjaźniłyśmy się z nim w szkole średniej. Niegdyś tworzyliśmy bardzo zgraną grupę, lecz oczywiście wszystko zmieniło się, kiedy straciłam duszę. Arysteę, przyjaciółkę, zastąpiła Arystea zimna suka, której nie obchodziło to, że arystokraci gardzą Herkulesem. Zaczęłam urządzać hedonistyczne przyjęcia. Naturalnie nie mógł być na nie zaproszony. Nie przeszkadzało mi to jednak, by wciąż wykorzystywać naszą znajomość. Herkules był moją wtyczką w bibliotece i pozwalał mi wypożyczać książki nieprzeznaczone dla oczu zwykłych śmiertelników. Nie chciał niczego w zamian, być może po prostu miał do mnie słabość.

Podeszłam do jego biurka i usiadłam obok piramidy książek. Wystarczająco blisko, by mógł poczuć moje perfumy.

— Wiesz po co przyszłam? — spytałam, uśmiechając się znacząco.

Spojrzał na mnie i zamrugał jakbyśmy spotkali się pierwszy raz w życiu.

— Tak — odparł z wolna.

— Więc?

Kiedy oblał się rumieńcem, wiedziałam, że coś pójdzie nie tak.

— Przykro mi, ale to niemożliwe. ­– wymamrotał.

Być może jednak przeceniłam swoje perfumy i urok. Na szczęście to nie były moje jedyne sposoby na osiągnięcie celu. Zawsze pozostawały szantaż lub przekupstwo. Taką kobietą jestem.

— Książka nie dotarła? — spytałam, udając zdziwienie. — Był jakiś problem z dostawą?

Dałam mu czas do namysłu. Mógł jeszcze zawrócić ze złej drogi. Jednak najwyraźniej nie miał na to ochoty, bo rzucił mi dziwne spojrzenie i odpowiedział dość powściągliwie:

— Z dostawą wszystko było… w porządku.

— Zatem ktoś na górze dowiedział się, że tu przychodzę? — grałam dalej.

— Masz na myśli bogów czy mojego przełożonego? — mruknął.

— Ostatecznie Zeus jest szefem wszystkich szefów, więc na jedno wychodzi — stwierdziłam sentencjonalnie.

Jego wargi drgnęły w uśmiechu. A później szybko odwrócił wzrok i wpatrzył się w swój notatnik jakby zapisał tam odpowiedzi na wszystkie moje pytania.

Westchnęłam. Zeszłam z biurka po czym okrążyłam je i znowu usiadłam, tym razem tak blisko, że nie dało się zignorować mojej obecności.

— Herkulesie…

— Nikt się nie dowiedział, że tu przychodzisz — powiedział w strony notesu.

— A więc co? — drążyłam.

— Dowiedział się o książce.

W końcu jakieś konkrety.

Co prawda nie przyszło mi to na myśli, bo nie zakwestionowałabym lojalności Herkulesa. Ale teraz przynajmniej wiedziałam z jakiego powodu okazać złość.

— Jakim cudem? Chyba nikomu nie mówiłeś? Mam konkurencję?

— Nie wiem. Nie. I, tak.

— Z twoją erudycją powinieneś pisać książki, a nie ich pilnować — sarknęłam. — Czyli mam rozumieć, że Księgi Cudów tu nie ma?

Nawet nie próbowałam ukryć napięcia w głosie, przez co moje słowa zabrzmiały jak groźba. Herkules wciąż na mnie nie patrzył. Pokręcił tylko głową.

— Kto? — warknęłam.

— Nie mogę powiedzieć.

— Żartujesz sobie ze mnie?

Spojrzał mi w oczy. Zobaczyłam, że się boi. Nie zrobiło to mnie wrażenia.

— Naprawdę nie mogę.

Miał udręczony głos, ale nie obchodziło mnie, kto go zastraszył. Choć muszę przyznać, poczułam się odrobinę urażona, że ten ktoś był bardziej przekonujący niż ja.

Na bogów! Czekałam już od czterech miesięcy! Nie przyjmowałam odmowy, a nawet jeśli, to nie zamierzałam przyjąć jej dobrze.

— Herkulesie… — syknęłam i tym razem groźba w moim głosie była zamierzona.

Widziałam, że przeszedł go dreszcz.

— Arysteo, przykro mi…

— Mi również. Nawet nie wiesz, co cię teraz czeka.

— Już mówiłem, że nie mogę nic więcej powiedzieć — tłumaczył. — Przepraszam.

Pociągnęłam go za fulary tweedowej kamizelki i spojrzałam głęboko w oczy. Byłam wściekła niczym Erynia z biczem w ręce. Dałam mu to poczuć, po czym puściłam jego ubranie i wstałam.

— Arysteo!

Nie odpowiedziałam. Odwróciłam się i bez słowa ruszyłam ku drzwiom.

Najpierw tłumy palące mój portret, teraz to. Człowiek wyjeżdża z Wiednia na tydzień i co zastaje po powrocie?

Jedyne, co mogło uratować mnie w tym momencie to duży kieliszek Rieslinga. Liczyłam, że przeczytam Księgę od tak dawna, że uznałam to niemal za fakt dokonany. Teraz czułam, jak rośnie we nie frustracja, na którą lekarstwem mogło być tylko odwrócenie uwagi przez… zapewne jeszcze gorsze wieści.

Na całe szczęście z biblioteki było bardzo blisko do Gerstner Café– kawiarni, stojącej na przeciwko Opery. To tam czekali na mnie przyjaciele. Słowem wstępu, tamtejsze strudle przebijała tylko ambrozja; na wystawie kręciło się koło diabelskie z pralinkami, a wnętrze lokalu przypominało ogromną bombonierkę. Pudrowy róż, złote ramy obrazów i gabloty kuszące boskimi słodyczami.

Ja jednak bez wahania, skierowałam się na kręte schody. Minęłam portret cesarza Franciszka, posyłając mu całusa, po czym stanęłam na pierwszym piętrze. Po prawej stronie mieścił się bar z niezliczoną ilością butelek Schlumbergera– słynnego wiedeńskiego szampana. Po lewej, loże wyłożone czerwonym pluszem. W największej z nich, zasiadali moi przyjaciele.

Nie zaprosiłam wszystkich, tylko tych najbardziej zaufanych. A, że moja lista zaufanych osób jest dosyć krótka, zmieścili się w jednej loży. Gdybym zaprosiła wrogów, sytuacja zmusiłaby mnie do wynajęcia lokalu na wyłączność.

Najbliżej okna usadowił się Ikar Cotta, przyrodni brat Poppei, a więc i mój kuzyn. To on dostał zakaz przynoszenia własnego szampana. Pijał tylko Don Perignon, ubierał tylko Armaniego i jadał tylko kawior. Miał jasne złote włosy, uśmiech Apolla oraz przytłaczającą osobowość. Zapewne dlatego zawsze sadzali go przy oknie. Jeśli zaczynał się chwalić, można było je otworzyć i dokonać defenestracji.

Na przeciwko niego siedziała postać tylko odrobinę mniej kontrowersyjna. Burza czekoladowych loków, fiołkowe oczy, usta w kształcie serca i palce przylepione do telefonu. Sissi Sacher– moja największa fanka i królowa Twittera. Dostała imię w spadku po cesarzowej Elżbiecie i tak jak ona była czczona przez poddanych, czyli w jej przypadku użytkowników Internetu. To jej zawdzięczałam sławę, której pomogła publikacja wpisu,,12 skandalów Arystei”. Jednocześnie działała mi odrobinę na nerwy, ale na świecie nie istniała jeszcze osoba, która by tego nie robiła.

Istniała za to osoba, grająca na nich niczym Mozart. Tą osobą była Poppea Cotta, moja najlepsza przyjaciółka i wirtuozka sarkazmu, która syrenim głosem wyśpiewywała arie ironii. Na całe szczęście miała we mnie partnerkę do duetu, więc jak można się domyślić, nie mogłyśmy bez siebie żyć.

To ona pierwsza mnie zauważyła.

— Panie i panowie, zbliża się bohaterka dnia — oznajmiła z uśmiechem. — Odrobinę nie w humorze?

Ikar i Sissi również zwrócili ku mnie wzrok. Żadne z nich nie wyglądało na szczególnie zmartwione. Przeciwnie, nie mogli usiedzieć z ekscytacji. Znałam ten rodzaj spojrzenia– czekali na plotki.

Usiadłam koło Sissi, a na miejscu obok usadziłam swoją wielką torbę od Louisa. Omiotłam stolik spojrzeniem. Brakowało filiżanek z kawą i jeszcze jednej osoby.

— Gdzie Sebastian? — spytałam, aby odwrócić uwagę od mojego podłego nastroju.

— Powiedział, że się spóźni. Odwozi Izę do szkoły.

— Oczywiście.

Sebastian i Iza byli przybranym rodzeństwem i dlatego ukrywali swój romans w sekrecie. Zważywszy na to, że w Wiedniu sekrety dodaje się do porannej kawy, o ich związku wiedzieli wszyscy. A propos kawy…

Kelner postawił przed nami trzy filiżanki klasycznej melange cafei jedną verlängerter, mocniejszą i pozbawioną cukru. Uśmiechnęłam się do swojej kuzynki.

— Co ja bym bez ciebie zrobiła?

— Uschła z tęsknoty.

Poppea siedziała wyprostowana; noga założona na nogę, uniesiony podbródek, usta w każdej chwili gotowe do kąśliwej uwagi. Miała przenikliwe stalowoszare oczy, bladą cerę i niemal białe włosy, sięgające do ramion. Dziś ubrała prostą jasną sukienkę i gustowne pantofle od Kate Spade, w których jej nogi wydawały się nielegalnie długie. Żeby dopełnić obrazu, dodam, że byłyśmy do siebie podobne– obydwie wygrałyśmy na loterii genetycznej. Lub przegrałyśmy. Zależy jak na to patrzeć. Ale o tym opowiem później. Teraz musiałam bronić się przed osaczeniem.

Ikar zamieszał śmietankę na swojej kawie, po czym oblizał łyżeczkę i wskazał nią na mnie, oskarżycielskim gestem. To był otwarty atak.

— Masz nam dużo do opowiedzenia, Arysteo — powiedział. — I oczekuję, że nastąpi to w tym momencie.

— No właśnie — poparła go Sissi. — Wszyscy czekają na kolejny wpis. Nie mogę zawieść swoich fanów.

Prychnęłam.

— Nawet nie myśl o tym, że zamieścisz na swoim blogu pełnometrażową historię! Ojciec zabronił mi cokolwiek zdradzać.

Ikar parsknął śmiechem.

— Tak jakbyś zawsze słuchała swojego tatusia! — zadrwił. — To oczywiste, że po prostu nie chcesz nam nic powiedzieć. Może nawet bym to rozumiał, gdyby nie fakt, że mamy prawo znać szczegóły. Byliśmy na tym przyjęciu i wszystko nas ominęło!

— Trzeba było tyle nie pić — odcięłam się.

— Daj spokój, Arysteo — błagała Sissi. — Nie powiesz nam ani słowa? Mamy wierzyć w to, co piszą o tobie gazety? Że zabiłaś człowieka z zimną krwią? Że zatrułaś ambrozję?

Wiedziałam, że mnie podpuszcza, ale zamierzałam rozegrać tę partię na własnych warunkach.

— Nigdy bym tego zrobiła. Takie marnotrawco — westchnęłam.

— A–cha! Czyli nie zabiłaś jej?

— Zależy, jak zdefiniować zabójstwo.

— Jesteś okropna — stwierdził Ikar — Chcesz żebyśmy pomarli z ciekawości.

— Daj spokój. To nie sprawa życia i śmierci — odparłam złośliwie — Musicie jakoś to przeżyć. Wystarczy mi, że cały Wiedeń wie o ambrozji. Nie chcę, aby dowiedzieli się również o tym, że Sheva należała do Voodoo.

Sissi zacisnęła rękę na moim nadgarstku i spojrzała na mnie z powagą. Brakowało jej tylko notesu, pióra i kapelusza dziennikarki z lat trzydziestych. Niemal słyszałam pracujące trybiki w jej głowie.

— Chwila. Zakładasz, że gdybyś wyjawiła nam swój sekret, a on jakimś cudem wyszedłby po za ten krąg, to wtedy wszyscy dowiedzieliby się, że Sheva była Voodoo — dedukowała. –A to oznacza, że powód jej śmierci był związany z przynależnością do sekty.

Uśmiechnęłam się.

— Właściwie to nie.

Poppea na przeciwko mnie westchnęła przeciągle. Ona wiedziała, dlaczego życzyłam Shevie śmierci, ale nie mogła przecież nikomu tego wyjawić. Co prawda, była oportunistką, ale nie aż tak, by dla świętego spokoju oznajmić moim przyjaciołom, że nie mam duszy. Wobec tego, musiała znosić ich nagabywanie. Zabawne, że męczyło ją bardziej niż mnie.

— To może opowiesz nam chociaż, co robiłaś przez tydzień w Atenach? — zaproponowała Sissi. — Nam, jak wiesz, kazali wyjechać, pomimo tego, że święta trwały w najlepsze. Przegapiliśmy rytualną kąpiel w morzu i spotkanie z bogiem pochodu.

— Sugerujesz, że to moja wina?

— Tak. I jako rekompensatę przyjmę opowieść o politycznych aspektach skandalu — stwierdziła dobrodusznie. — Nie będę wyciągała dyktafonu. Wiem, że jesteś z natury wstydliwa.

Zignorowałam przytyki, choć mogłabym coś dodać o jej skromności. Postanowiłam jednak odpowiedzieć i ukrócić męki Poppei.

— No cóż, to chyba mogę wam zdradzić — udałam wahanie. — Chociaż nie będzie tak ciekawie, jak moglibyście oczekiwać. Właściwie cały tydzień spędziłam w hotelu, a miało być tak wspaniale…

Misteria Eleuzyjskie, obchodzone z okazji zejścia Persefony do Podziemia trwają siedem dni i są najznamienitszym z politeistycznych świąt. Obejmują rytualną kąpiel w morzu oraz procesję z Aten do Eleuzis. W jej trakcie wyłania się bóg Iakchos i opowiada kiepskie dowcipy, by odegnać upiory na moście. Na sam koniec kapłani i członkowie rządu dostępują wtajemniczenia.

Obchodzenie Misterii w Atenach jest bardzo drogie. Ceny hotelów w sezonie są zaporowe, a i tak wierni walą do Grecji drzwiami i oknami. Nie przeszkadza im to, że jedynie wybrańcy idą w procesji i łączą się z bogami. Ja, Fortunie dzięki, zaliczałam się do grupy szczęśliwych. Razem z przyjaciółmi zajmowaliśmy pierwsze rzędy w trakcie nabożeństw i zamiast taplać się w morzu obok pospólstwa, kąpaliśmy się w ogromnym jacuzzi na dachu hotelu. Piliśmy żywiczne białe wino– ritzinę i oglądaliśmy pięknie oświetlony Akropol.

Niestety, w tym roku wszystko się posypało. Przyjęcie odbyło się pierwszego dnia, a kiedy Sheva umarła, arystokraci spanikowali i porozjeżdżali się do domów. Byłam jedyną, która została.

— Po konsultacji ze swoimi politycznymi kolegami, Febus uznał, że najlepiej będzie, jeśli zostanę w Atenach — wyjaśniłam. — Oni zaczęli wszystko odkręcać. Próbowali wpłynąć na policję, żeby nie przeprowadzano badań nad ciałem Shevy w Grecji, ale w Wiedniu. Nikt nie może dowiedzieć się, że Sheva jest królową Voodoo.

— Była — zwróciła mi uwagę Poppea.

— Była — poprawiłam się. — W każdym razie, ten sekret jest bezpieczny, bo udało im się przekupić… to znaczy przekonać policjantów. Z ambrozją był większy problem, jak wiecie. Za późno, żeby zaprzeczać, bo fama już poszła. Teraz wszyscy wyznania grecko–rzymskiego wiedzą, że do cosmopolitana podaje się u mnie pokarm bogów.

— Boskopolitana — zażartował Ikar.

— Twoje żarty są gorsze od dowcipów Iakchosa — stwierdziła Sissi.

— Może w tym roku się polepszył, nie miałem okazji się przekonać — odparł, rzucając mi wymowne spojrzenie.

Wzruszyłam ramionami.

— Nie będę was za to przepraszać. Przecież dobrze wiecie, że gdybym mogła cofnąć czas, nic takiego by się nie wydarzyło. A przynajmniej nikt by się o tym nie dowiedział. Następnym razem muszę to przemyśleć.

Poppea kopnęła moją łydkę pod stolikiem tak mocno, że aż syknęłam.

— Nie będzie następnego razu! — oświadczyła. — Musisz dbać o nasz wizerunek.

— O mój wizerunek.

— Jeśli nie zauważyłaś, to ludzie tak jakby nas ze sobą kojarzą — prychnęła. — A teraz wszyscy wiedzą nie tylko o tym, że przyjaźnię się z morderczynią, ale także o tym, że jem słodycze!

Westchnęłam tak dramatycznie, że prawie sama przyznałam sobie oskara.

— Tak to właśnie jest — powiedziałam — Na co dzień odżywiasz się zdrowo, a kiedy robisz ten jeden dozwolony wyjątek, od razu ktoś umiera. Jestem pewna, że gdybym dodała ambrozji do hummusu nie byłoby sprawy.

Poppea uśmiechnęła się złośliwie.

— Zakazany owoc smakuje najlepiej.

W odpowiedzi pokazałam jej język. Przez ostatni rok przetestowałam tyle niedozwolonych boskich substancji, że miałam szczerze dosyć zakazanych owoców. Hummus w zupełności by mi wystarczył, gdyby nie to, że nie ma właściwości przywracających duszę. Chociaż może w połączeniu z avocado…

— To, kiedy następne przyjęcie? — spytała nagle Sissi. — Musimy przełamać złą passę. Im szybciej, tym lepiej!

— Skarbie, rozumiem, że nie masz weny, ale przez jakiś czas musi ci wystarczyć skandal

z Misterii — mój głos ociekał jadem. — Ojciec odebrał mi wolność, nie chcę, żeby odebrał mi również przywileje.

— To znaczy, że rozwiązujemy Hedonistów? — spytała z niedowierzaniem.

„Hedoniści”, tak nazywano wiedeńską śmietankę towarzyską. Właściwie, ja ją tak nazwałam, ale Wiedniowi bardzo się spodobało to określenie. Wpisali nas nawet do przewodników, ku złości mojego ojca, który cały czas wytykał mi, że przewodniczyłam sekcie. Dlatego też po skandalu zakazał nam spotkań. Na jakiś czas…

— Nie rozwiązujemy Hedonistów. Po moim trupie! — zapłoniłam się. — To, że mam zostać kapłanką, nie znaczy, że mam zostać też abstynentką. To tylko czasowe rozwiązanie. Aż nastroje się uspokoją.

Sissi udała, że ociera pot z czoła.

— Ulżyło mi.

— Sebastian już tu idzie — niespodziewanie zawiadomił nas Ikar.

Dopiero teraz zauważyłam, że wyłączył się z rozmowy i wpatrywał w ekran telefonu. Minę miał nietęgą. Od razu skojarzyło mi się z Herkulesem. Coś było nie tak. Znowu.

— Nic nie mów — uprzedziłam go.

Oderwał wzrok od telefonu.

— Przecież nic nie powiedziałem.

— Ale miałeś zamiar. Daj Sebastianowi się wykazać.

Poppea parsknęła śmiechem.

— Widzisz, Ikarze? Królowa potrafi być łaskawa. Kiedy posłaniec przynosi złe wieści, ucina mu się głowę. Arystea chce cię od tego uchronić.

Miałam zaprzeczyć, ale po co? Ikar tylko wzruszył ramionami, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że miałam rację. Czekałam na złe wieści.

Nadeszły chwilę później. Były wysokie, szczupłe, ubrane w długi płaszcz i mokasyny z limitowanej kolekcji. Sebastian Mahler nosił się jak Willy Moon, a zachowywał jak Sebastian de Valmont ze Szkoły uwodzenia. Miał krótkie kręcone włosy w płowym odcieniu blond i profil niczym marmurowy posąg, tyle, że z okularami w złotych oprawkach. Nigdy nie pozbawiłabym go głowy.

— Wybaczcie mi spóźnienie — powiedział na wstępie. — Odwoziłem Izę.

— Wiemy — odpowiedzieliśmy jednocześnie.

Przewrócił oczami i usiadł obok Poppei. Zauważyłam, że trzyma w ręce kopertę.

— Gdzie odwoziłeś Izę? — spytałam.

— Do szkoły.

— A później?

— Och, Arysteo. Daj mu trochę prywatności! — ofuknęła mnie Sissi, ale została zignorowana.

Sebastian rzucił mi zaniepokojone spojrzenie. Wiedział, że nie pytam o to, co robił ze swoją przybraną siostrą.

— Później pojechałem do ministerstwa. Matka kazała mi wypełnić papiery związane ze stażem. I przy okazji dowiedziałem się czegoś ciekawego.

Wyciągnął ku mnie kopertę.

— To nie jest czek na tysiąc złotych drachm, prawda? — spytałam ponuro.

Pokręcił głową.

— To lista osób, które będą uczestniczyć w szkoleniu na kapłanów Persefony. I nie spodoba ci się to, kogo tam ujrzysz.

— Chyba już wiem. — mruknęła Poppea.

Ja nie miałam pojęcia. Wzięłam od niego kopertę i z bijącym sercem wyjęłam z niej białą kartkę złożoną na pół. W środku znajdował się protokół podpisany przez ministra wiary, zwanego też Pontifexem Maximusem. Pominęłam cały wstęp i od razu skierowałam wzrok na sześć punktów, zawierających nazwiska. Byłam tam ja i Ikar, o czym już wcześniej wiedziałam. Były też trzy nieznane mi osoby. I jeszcze jedna. Ta, od której wszystko się zaczęło. Ta, przez, którą wydarzyła się katastrofa.

Vittorio DiSotto, człowiek, który odebrał mi duszę.

3. Strach ma oczy jak oliwki

Nie wracam myślami to katastrofy, jeśli nikt mnie do tego nie zmusi. Jest to chyba jedyny plus braku duszy– dużo łatwiej odciąć się od emocji i nie odczuwać bólu. Gdybym miała duszę, zapewne przeżywałabym ten koszmar na nowo, za każdym razem, gdy coś przypomni mi o wydarzeniach sprzed trzech lat. Ale teraz nie mogłam już uciec. Przeszłość znowu dała o sobie znać.

Mój romans z Vittoriem był jak makaron penne po włosku– krótki i ostry. Wszystko zaczęło się w ostatnich miesiącach drugiej klasy liceum. Vittorio, starszy ode mnie o rok, miał

w sobie coś wyjątkowego. Był niczym diament wśród cyrkonii, a możecie mi wierzyć, nikt nie zna się na diamentach lepiej od arystokratki. I nie chodzi nawet o jego inteligencję, choć jako najlepszy uczeń w szkole miał jej oczywiście pod dostatkiem. Nie, wyróżniała go wręcz nieziemska charyzma. Ludzie lgnęli do niego niczym małe rybki, oblepiające rekina. Oczywiście nie ja, bo ja nie byłam małą rybką. I może dlatego przez pierwsze lata naszej znajomości szczerze się nienawidziliśmy.

Ja miałam grupę, arystokratów, przyszłych Hedonistów. On miał swoją, ambitnych lub mniej, ale zawsze niezwykle oddanych uczniów, którzy zrobiliby dla niego wszystko. I często robili. W Wiedeńskiej Szkole pod matronatem Ateny zdarzały się różne dziwne rzeczy, których wyjaśnianie przysparzało nauczycieli o ból głowy.

Powinnam się jednak przyzwyczaić, że wielka nienawiść zwiastuje w moim przypadku początek wielkiej pasji. Kiedy przestaliśmy w końcu być rywalami okazało się, że znosimy swoje towarzystwo więcej niż dobrze. Staliśmy się jedną z tych wpływowych par, o których wszyscy mówią i które wszyscy stawiają sobie za wzór

Kiedy Vittorio ukończył szkołę, wciąż przebywał w Wiedniu, bo rozpoczął staż w ministerstwie wiary. Ja przygotowywałam się wtedy do egzaminów. Byliśmy wspaniale prosperującymi młodymi ludźmi, toteż obydwoje postanowiliśmy się zgłosić do strzeżenia świętego ognia w trakcie obchodów dni Westy.

Dopiero teraz dostrzegam ironię w tej historii. Ogień między nami zgasił ten, którego mieliśmy pilnować.

To był najgorszy dzień mojego życia i nawet mimo braku duszy nie mogę myśleć o nim z całkowitym spokojem. Vittorio najwyraźniej też nie mógł, bo po wszystkim wyjechał z Wiednia. Przepadł niczym kamień w wodę i nikt nie wiedział czym się zajmuje, choć jeszcze niedawno był sensacją miasta. Jeśli chodzi o mnie, nie miałam nic przeciwko. Cieszyłam się, że słuch o nim zaginął. Dzięki temu mogłam udawać, że w ogóle nie istniał. Aż do teraz.

Przez ostatni tydzień zdążyłam się przyzwyczaić do myśli, że wezmę udział w szkoleniu. Miało być piekielnie trudno, ale z odrobiną sprytu odwróciłabym sytuację tak, że Hazel sama błagałaby ojca, by mnie stamtąd wypisał. W najgorszych koszmarach nie zakładałam jednak spotkania z Vittoriem! Może dlatego, że przez brak duszy nie mam też snów.

Brak snów nie oznacza jednak spokojnego snu. Fata nie miały zamiaru mi odpuszczać, czego dowodem był telefon, który obudził mnie o kolejnym poranku. Morfeusz przyszedł do mnie dopiero o czwartej. Nie byłam więc w dobrym nastroju, rzucając suche:

— Co się stało?

Odpowiedziało mi równie oschłe:

— Dzień dobry, Arysteo.

Głos ojca zadziałał na mnie jak kubeł zimnej wody. Natychmiast się obudziłam.

— Tato — powiedziałam z wyrzutem. — Wiesz która jest godzina?

— Dziesiąta. Co oznacza, że masz tylko dwie, żeby się przygotować — odparł obojętny na moje narzekanie.

Usłyszałam w tle jakieś głosy. Zapewne sekretarka przyniosła mu kawę i sałatkę z homarem, od której był uzależniony.

— Przygotować na co? — jęknęłam, przeczuwając najgorsze.

— Nie mów, że zapomniałaś.

— Przecież wiesz, że zapomniałam.

Westchnął.

— Na coroczne odwiedziny w Atheist Asylum. Hazel i ja przyjedziemy po ciebie o dwunastej.

Poczułam się jakby kopnął mnie w brzuch. To była zdecydowanie zła wiadomość. Przez chwilę nie mogłam wydusić z siebie słowa.

— Arysteo? Jesteś tam?

Przełknęłam ślinę i spróbowałam opanować drżenie głosu.

— Czy naprawdę muszę iść? — spytałam.

— Tak — odrzekł stanowczo.

Usłyszałam brzdęk filiżanki i ciche siorbanie. Łyk kawy.

— Wystarczy, że opuszczałaś wizyty przez trzy ostatnie lata — ciągnął. — Po za tym, musimy złagodzić twój wizerunek. Pokazać publice, że nie jesteś obojętna na niedolę ludzką, i tak dalej.

Zacisnęłam szczękę.

— To znaczy, złagodzić twój wizerunek.

— Wrzeczy szamej — powiedział z pełnymi ustami. — Do szobacznia sza goszinę.

— Smacznego — mruknęłam i rozłączyłam się.

Po czym uderzyłam głową o poduszkę.

Miałam poważne powody, dla których unikałam tych wizyt w ostatnich latach, ale wiedziałam, że tym razem sytuacja się zmieniła. Ojciec nie wybaczy mi, jeśli go wystawię. Nie chciałam się z nim znowu kłócić, szczególnie, że wciąż był zły za mój ostatni wybryk. Dlatego też zmusiłam się do wstania z łóżka i w ciągu godziny doprowadziłam się do porządku.

Postanowiłam założyć coś jasnego, żeby kojarzyło się z niewinnością. Użyłam nawet perfum z wanilią, bo podobno ten zapach ociepla wizerunek. Oczywiście, ręce tak mi się trzęsły, że rozbiłam flakonik.

Zanim zdążyłam posprzątać w moich drzwiach pojawiła się Hazel, którą ojciec wysłał na górę. Zapewne stwierdzili, że nie zejdę po dobroci. Ha! Musiała się zdziwić, że otworzyłam jej drzwi bez sprzeciwu.

— Arysteo — przywitała się ze mną powściągliwie. — Febus już czeka.

Wyglądała perfekcyjnie w każdym calu. Była wyższa ode mnie, a jej skóra lśniła pięknym odcieniem opalenizny– efekt mieszanki genów europejskich oraz australijskich. Sama Afrodyta musiała obdarzyć ją miękkimi ustami i błękitnymi oczyma, które czaiły się pod mocno zarysowanymi brwiami. Wpadła na ten sam pomysł, co ja i założyła biel. Tyle, że jej nikt nie oskarżył o morderstwo, więc miała prawo ją nosić.

Zgarnęłam z kanapy torebkę ze skóry szarego gryfa. Założyłam ją, odgarnęłam włosy i już byłam gotowa do wyjścia. Zostawiłam za sobą bałagan, ale trudno. Hazel w milczeniu ruszyła ze mną do windy.

Dopiero kiedy dotarłyśmy na parter postanowiła przerwać milczenie.

— To prawda, co wszyscy mówią? — spytała.

Pytanie było tak niedorzeczne, że się roześmiałam.

— Jeśli wszyscy coś mówią, to niechybny znak, że nie ma w tym prawdy — odparłam, odzyskując rezon. — No, może po za tym, co mówią o związku twoim i Febusa.

— A co takiego mówią? — w jej głosie zabrzmiała groźba.

— Że twoje włosy to zwiastun jego zawału. A ja odpowiadam, że na szczęście spisaliście intercyzę.

Jak na zawołanie przeczesała ręką rude lśniące fale, o kolorze intensywnym niczym płomienie. Przez pierwsze miesiące naszej znajomości pocieszałam się, że to tylko farba. Niestety, okazało się, że Afrodyta rzeczywiście była nazbyt hojna!

Kiedy wsiadłyśmy do samochodu mój ojciec uśmiechnął się do niej, a mi posłał ostrzegawcze spojrzenie.

— Długo się zbierałaś — przywitał mnie.

— Tak. Chciałam wyglądać idealnie. Ocieplanie wizerunku i te sprawy.

Obejrzał mnie uważnie. Czekałam aż wytknie mi błąd.

— Być może powinnaś zostawić torebkę w samochodzie — stwierdził po chwil. — Noszenie skóry zagrożonych gatunków nie działa szczególnie dobrze na wizerunek.

Świetnie, nie minęły nawet trzy sekundy. Samochód ruszył zanim zdążyłam zaproponować, że zamienię skórę na poprawny politycznie zamsz. Z rezygnacją, odłożyłam torebkę na bok. Nastało krępujące milczenie.

— Asylum przeszło remont — oznajmił Febus, po krótkiej chwili.

Jego ton nieco ocieplał. Najwyraźniej udało mu się dostrzec, że rzeczywiście się przejmuję.

— Tak? — uprzejmie podjęłam temat. — Nie słyszałam o tym w wiadomościach.

— Gdybyś nie opuszczała wszystkich wizyt, wiedziałabyś o zmianach — wtrąciła się Hazel.

Zignorowałam ją. Patrzyłam cały czas na ojca, a ten skinął głową i zaczął wyjaśniać sytuację:

— Rok temu cały ośrodek przeszedł renowację dzięki dofinansowaniu, które nasza partia przeforsowała w parlamencie.

To była czysta hipokryzja, ale powstrzymałam się od komentarza. Nie chciałam wyprowadzać go z dobrodusznego nastroju.

— Teraz Asylum zmodernizowane, lepiej wyposażone i przygotowane na nowe metody terapii.

— Terapia bezstresowa — wtrąciła Hazel.

— To przede wszystkim zasługa mojego pomysłu, by leczyć tylko tych, którzy dobrowolnie się zgłosili. Mniej inwazyjnie.

Brzmiało kusząco, ale nie na tyle bym rozważyła zgłoszenie się.

— Zresztą za chwilę zobaczysz wszystko na własne oczy — ciągnął Febus. — Aleksandra oprowadzi nas po całym ośrodku. A na sam koniec odbędzie się oficjalny brunch, na który zostali zaproszeni wszyscynajważniejsi. Będzie nawet przecinanie wstęgi.

— Zupełnie jak Hedoniści, tylko starsi o dwadzieścia lat. — Nie mogłam się powstrzymać.

Kąciki ust Febusa lekko się uniosły.

— Można tak powiedzieć. Ale nie licz na coś bardziej boskiego niż tarta z łososiem i kawiorem.

— Czy może być coś bardziej boskiego od kawioru? — westchnęłam z zachwytem udawanym tylko w połowie.

— Osobiście marzę o fontannie z szampanem, ale to nie byłoby politycznie poprawne — odpowiedział Febus. — W końcu brunch jest wydawany w celach charytatywnych. Nie powinniśmy chwalić się zbytkiem.

Zaskoczył mnie nieco tym komentarzem. Przypomniałam sobie, że posiadał też lepszą część– tę z ironicznym poczuciem humoru i zamiłowaniem do szampana. Niestety, od czasów katastrofy bardzo rzadko pozwalał jej dominować. Cóż, zgaduję, że sama byłam sobie winna.

Kilka dobrych chwil później, bo wyjechaliśmy za miasto, limuzyna w końcu się zatrzymała. Kiedy wysiedliśmy, naszym oczom ukazał się biało– turkusowy budynek ze złotą kopułą i czterema kolumnami. Była to świątynia w secesyjnym stylu Otto Wagnera.

Jeszcze przed zmianami szpital mieścił się w Steinhofie, jednak po dofinansowaniu władze najwyraźniej postanowiły zmienić lokalizację kompleksu. W efekcie, bogate ornamenty i pomnik Nike niefortunnie kontrastowały z tym, co wybudowano nieopodal. To jest, przeszkloną bryłą, która niczym lustro odbijała krągłości kopuły, wytykając jej, że jest nie na miejscu i zbyt gruba.

Stanęłam przed budowlą. Ogarnęło mnie wrażenie, że kiedy wejdę do środka wszyscy natychmiast dowiedzą się o mojej bezduszności. Niestety, było za późno, żeby się wymówić.

Na schodach stała już Aleksandra Cotta, matka Poppei i dyrektorka ośrodka. Miała na sobie gustowną garsonkę w zimnym odcieniu błękitu, a jej jasne włosy i dumna postawa sprawiały, że wygląda jak sama Poppea starsza o dwadzieścia lat.

— Aleksandro!

Febus powitał swoją siostrę ze szczerym entuzjazmem. Odwzajemniła jego uśmiech i podeszła bliżej, by uścisnąć nam wszystkim dłonie. Przy mnie zatrzymała się najdłużej.

— Dawno się nie widziałyśmy, Arysteo.

W istocie, ostatni raz widziałam ją na Dionizje, czyli w marcu. Unikałam jej towarzystwa z premedytacją. Oczy Aleksandry były zbyt przenikliwe i widziały zbyt dużo Ateistów.

Uśmiechnęłam, by ukryć zdenerwowanie.

— Zgaduję, że jest to całkowicie wina Poppei. — Spróbowałam wybrnąć z sytuacji.

— Racja — zgodziła się. — Nie zaprosiła mnie nawet na otwarcie waszej kawiarni!

Relacje Poppei z matką, w istocie, były skomplikowane. Aleksandra wymagała bardzo dużo, a Poppea wypełniała swoje obowiązki z dokładnością perfekcjonistki. Tyle, że na własnych warunkach. A te warunki często przyprawiały Aleksandrę o migrenę.

— Och, nikt z naszej rodziny nie był zaproszony — wtrącił Febus. — Zabawne, zważywszy na to, że sfinansowaliśmy całe przedsięwzięcie.

— Ależ przychodźcie! Jesteście mile widziani! — ostentacyjne machnęłam ręką. — Jeśli tylko będziecie w stanie znieść towarzystwo a lapóźny modernizm…

— Innymi słowy, jesteśmy za starzy — przerwał mi ojciec.

Posłałam mu niewinny uśmiech.

— Tak, tato.

Aleksandra parsknęła śmiechem.

— Widzisz, Febusie. Chciałeś prawdy, więc się doigrałeś — powiedziała dobitnie. — A teraz chodźmy zanim nabożeństwo rozpocznie się bez nas. Crane, mój nowy zastępca jest zbyt skrupulatny, jeśli chodzi o punktualność.

— Czyżbyśmy przybyli ostatni? — spytał Febus, posyłając mi wymowne spojrzenie.

— Czekamy jeszcze na Osbornów, ale to przegrana sprawa, bo ich lot opóźnił się przez problemy pogodowe — wyjaśniła Aleksandra, nieświadoma humorów mojego ojca.

Po tych słowach wszyscy uznali temat za skończony. Podążając za Aleksandrą, skierowaliśmy się w stronę ciężkich pozłacanych drzwi. Chyba tylko ja czułam się jakbym przekraczała bramy do Tartaru. Głupio z mojej strony. Przecież to była tylko świątynia. Jasna, przestrzenna świątynia, z posągami Zeusa i marmurowym ołtarzem.

W środku czekali już na nas najważniejsi Wiedeńczycy. Fundatorzy, politycy oraz ich potomkowie, zmuszeni do udziału w corocznej ceremonii składania ofiar. W pierwszym rzędzie stali kapłani bogów olimpijskich ubrani w białe chitony– tradycyjne greckie odzienie. Pozostali goście postawili na tradycję w nieco innymi wydaniu.

Z satysfakcją rozpoznałam kilka garniturów od Hardiego Amiesa, projektanta królowej Elżbiety i założyciela luksusowego domu mody. Swego czasu Ikar miał obsesję na jego punkcie. Udało mi się także dostrzec elementy najnowszej kolekcji Chanel, a żona dyrektora Österreichische Nationalbank miała na głowie toczek od Philipa Treacy, tak bardzo– dernier cri!

Ten krótki rekonesans zadziwiająco dobrze wpłynął na moje nerwy. Kiedy usiedliśmy w drugim rzędzie, tuż obok państwa Sacher, odrobinę się uspokoiłam. Zmusiłam się do uśmiechu, bo relacja na żywo pojawiła się przecież w telewizorach wiernych Austriaków. Zapowiadało się na bardzo długie nabożeństwo.

Nie wiem, co było gorsze. Fakt, że nie mogłam przestać myśleć o swoim Ateiźmie, czy fakt, że komentator wydarzenia prawdopodobnie zrobił już kilka odniesień do moich ostatnich wybryków. Kiedy kamera znalazła się zbyt blisko mnie, starałam się wyprostować i zrobić dumną minę. Miałam nadzieję, że wyglądałam w porządku, bo moja bluzka była już cała przepocona ze stresu.

Na szczęście, żadna msza ofiarna nie trwa dłużej niż dwie godziny. Kiedy Pontifex Maximus powiedział ostatnie słowa modlitwy, a kapłani złożyli już wszystkie dary, mogliśmy w końcu wyjść ze świątyni. Odczułam taką ulgę, że niemal zapomniałam o planowanym zwiedzaniu Asylum. Nieoczekiwanie przyszło jednak wybawienie: Poppea Cotta w kremowej sukience w stylu lat trzydziestych oraz czerwonych szpilkach.

— Dzień dobry, wujku — przywitała się z moim ojcem, ignorując Hazel. — Wybaczysz mi, jeśli ukradnę Arysteę na moment? Chodzi o przyjęcie koktajlowe, które odbędzie się po zwiedzaniu szpitala.

Febus obdarzył ją łaskawym uśmiechem, choć wiedziałam, że jej pomysł był mu nie w smak.

— Jeśli to nagła sprawa…

Poppea udała, że nie słyszy nuty sarkazmu w jego głosie i szybko pociągnęła mnie za rękę. Nie opierałam się.

— Nawet nie wiesz, jak jestem ci wdzięczna! — powiedziałam, kiedy znalazłyśmy się po za zasięgiem jego uszu.

Uśmiechnęła się do mnie przelotnie.

— Oczywiście, że wiem. Masz u mnie dług do spłacenia!

— Och, nie bądź taka — westchnęłam, przewracając oczyma.

— Uczę się od najlepszych.

Nawet nie spytałam czy rzeczywiście chodzi o przyjęcie koktajlowe. Było mi wszystko jedno, byle by wydostać się ze świątyni i ominąć szpital. A nikt nie znał tego miejsca lepiej niż córka dyrektorki.

Poppea wyprowadziła mnie na zewnątrz, gdzie znajdował się podjazd do recepcji i posąg Asklepiosa, boga medycyny. Wielka architektoniczna bryła piętrzyła się przed nami niczym góra Olimp. Wiedziałam, że i tak musimy wejść do szpitala. Jednak bez kamer i arystokratów śledzących każdą moją reakcję, wizja przejścia kilku korytarzy przestała być taka groźna.

Minęłyśmy fontannę i ruszyłyśmy ku automatycznie otwieranym drzwiom. W środku było miło i przytulnie, niczym w ekskluzywnym hotelu. Gdzieś zniknęły ściany wyłożone białymi kafelkami, które pamiętałam z poprzednich wizyt. Gryzącą woń kadzidła z mitycznych ziół zastąpiły perfumy o zapachu trawy cytrynowej. Postęp.

— To tylko recepcja, skarbie — odparła Poppea, widząc moją minę. — Dalsza część budynku bardziej przypomina to, do czego przywykłaś. Może i nie ma już gumowej podłogi, ale wciąż są drzwi bez klamek.

— Nie mów, że do tego przywykłam.

— Przecież wiesz, że nie to miałam na myśli.

Racja. Nie podejrzewałabym Poppei o złośliwe aluzje do mojego Ateizmu. Wiedziała od początku i zawsze mnie wspierała. Także teraz, kiedy ryzykując niezadowolenie swojej matki przeprowadzała mnie przez to dziwne Asylum.

Ciekawiło mnie czy ci, którzy dobrowolnie zgłoszą się na leczenie dostaną za to jakieś pieniądze, czy zrobią to wierząc w skuteczność medycyny. Historia nie znała jeszcze przypadku wyleczonego Ateisty. Znała liczne przypadki śmierci w trakcie terapii, której mianem w Wiedniu określano eksperymenty.

Bardzo się cieszyłam, że oszczędzono mi widoku pokojów służących do,,mitycznych ceremonii” i absolutnie nieinwazyjnej rehabilitacji. Zamiast północnej strony posiadłości, Poppea zaprowadziła mnie na drugie piętro, gdzie panował wystrój biurowy.

— Przyjęcie koktajlowe? — rzuciłam, podkreślając swoje słowa tonem najwyższego zdziwienia.

— Za chwilę — odparła, choć to było retoryczne pytanie. — Najpierw coś, co już dawno chciałam zrobić.

— Czyli?

— Włamiemy się do gabinetu mojej matki — oznajmiła. — Choć właściwie, mam klucze, więc czy będzie to prawdziwe włamanie?

Aż przystanęłam z zaskoczenia. Poppea i włamanie– te słowa nie pasowały do tego stopnia, że mogłyby stanowić antonimy!

Znałam swoją kuzynkę od dzieciństwa i nie mogłam sobie przypomnieć, by kiedykolwiek złamała jakąś regułę. A przynajmniej nie w sposób tak oczywisty, jak zamierzała to zrobić teraz! Nie zrozumcie mnie źle, Poppea nie była,,świętoszkiem”. Była perfekcjonistką. Uważała łamanie zasad i wywoływanie skandali za niemądre (bez urazy dla mnie, jak to podkreślała), a opinia była dla niej rzeczą świętą. Szczególnie, że po ukończeniu liceum postanowiła zapisać się na szkolenie dla kapłanów Apolla i zostać wyrocznią delficką. Do takiego stanowiska musiała mieć reputację czystą niczym łza.

— Rozumiem, że powód, dla którego narażasz nas na pocięcie kart kredytowych nie jest trywialny — wytknęłam jej.

— Po pierwsze, nie jesteś właściwą osobą, żeby wypominać mi lekkomyślność — zaczęła zimno, ale jej głos szybko się ocieplił. — Po drugie, nie jest ani trochę trywialny. Robimy to dla ciebie.

— Dla mnie? — zdziwiłam się.

Skinęła głową. Minęłyśmy wszystkie biurka i przystanęłyśmy przed ciężkimi drewnianymi drzwiami ze złotą klamką, które krzyczały,,pokój szefowej”.

— O tak. Widzisz nie tylko wystrój się tu zmienił. Z dniem remontu wprowadzono również reformy w biurokracji i teraz same Fata zgodziły się przekazywać rządowi listę osób bez duszy. To, że,,siostry przeznaczenie” — zrobiła cudzysłów palcami — mają tylko jedno oko, nie znaczy, że nie mają motywacji do pracy. W związku z tym dostarczyły mojej matce listę wszystkich Ateistów, którzy urodzili się po tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku.

— Ład pyrryjski?

— Otóż to.

Ład pyrryjski był efektem konferencji o takiej samej nazwie, która odbyła się po ostatnim z wielkich gniewów Zeusa. Gromowładny zesłał na ludzkość ogromną powódź jak w czasach starożytnych, stąd nazwa,,pyrryjska”. Nie trzeba było jednak królowej Pyrry, by odnowić ludzkie plemię. W ciągu tysięcy lat technika i nasze umiejętności uległy rozwinięciu, więc nie dało się nas całkowicie wyniszczyć. Wobec tego bogowie zawarli z nami pakt. Odtąd nie mieli prawa bezpośrednio ingerować w sprawiedliwość na Ziemi i pozostawić ustanawianie kar wyłącznie sądom. Oczywiście, nigdy nie grali fair, więc po konferencji również zdarzały się przypadki zsyłania nieurodzajów i klątw, ale były dużo zgrabniej tuszowane.

— Wiesz co to oznacza, prawda? — spytała Poppea, po czym nie czekając na moją odpowiedź wyjęła z torebki klucze i włożyła do zamka.

— To oznacza, że twoja matka wie, że nie mam duszy. — uzupełniłam.

— Nie. Jeszcze nie.

Nie zdążyłam zapytać, co ma na myśli, bo w tym momencie zamek zaskoczył, pozwalając Poppei otworzyć drzwi. Ukazał nam się nowoczesny gabinet, cały w bieli i stertach uporządkowanych dokumentów. Popiersia bogów stanowiły funkcję przycisków do papieru, a północna ściana była przeszklona, by odsłonić widok na rozległy park oraz pozostałe budynki szpitalu.

Weszłyśmy.

— Imponujące — stwierdziłam, rozglądając się dookoła.

Poppea przewróciła oczami.

— Moja matka to bogini skrupulatności.

Jej sarkastyczny ton wyrwał mnie z zachwytu.

— To i tak nie najgorsze — prychnęłam. — Mój ojciec jest bogiem niezadowolenia z córek.

— Jak to się stało, że my jesteśmy takie cudowne? — spytała, zamykając za sobą drzwi, tak lekko, jakby to był jej gabinet.

W tym momencie jej podobieństwa do Aleksandry nie dało się zignorować.

— Nie o tym miałyśmy rozmawiać — przypomniała mi. — Miałaś dziwić się, dlaczego jeszcze nikt nie wie, że nie masz duszy.

— Dziwię się codziennie.

Znowu przewróciła oczami, tym razem specjalnie dla mnie.

— Moja matka nie wie, że nie masz duszy, ponieważ aktualizacja akt została dostarczona dopiero tydzień temu. Misteria nieco namieszały w porządku dnia wszystkich wysoko postawionych…

— Wiem, Sheva jest nie–mo–żli–wa.

— Była.

— Była…

— W każdym razie, — kontynuowała, kierując się z rozwagą w stronę wielkiej białej komody — akta powinny być gdzieś tutaj. Wystarczy, że ukradniemy twoją teczkę. Jeśli Mojry uwzględniły cię w swoim raporcie.

— Wypraszam to sobie. Zakładam, że byłam priorytetem.

Oczywiście byłabym najszczęśliwszym człowiekiem, gdyby okazało się, że jednak mnie nie uwzględniły. Sama myśl o tym, że ktoś na górze zauważył mój problem przyprawiała mnie o dreszcze. Jeśli Mojry wiedziały, że utraciłam duszę z pewnością nie stwierdziły,,Ach, no cóż, przypadki chodzą po ludziach”. Ja na ich miejscu zastanowiłabym się jak to możliwe, że jakaś śmiertelniczka popsuła im szyki… czy też przędzę.

— Zaraz się wszystko okaże — stwierdziła sentencjonalnie Poppea i zaczęła otwierać szuflady.

Kiedy doszła do ostatniej, napotkała opór.

— To musi być tu.

Zmarszczyłam brwi.

— Masz do niej klucz?

Po niezadowalaniu na jej twarzy rozpoznałam, że nie.

Rozejrzałam się po gabinecie. Miałyśmy dużo czasu– Aleksandra była zajęta oprowadzaniem gości po szpitalu, a mój ojciec gładko przełknął wymówkę. Ale i tak nie uśmiechał mi się pomysł skrupulatnego przeszukania gabinetu. Im więcej rzeczy poruszę, tym większa będzie szansa, że ciotka rozpozna później ślady intruza. W końcu była kobietą. Co innego mój ojciec. Nie zorientowałby się nawet gdybym urządziła w jego gabinecie przyjęcie dla stu osób, a pod stosem papierów ukryła ciało królowej Voodoo. Hm… To nie był zły pomysł. Dlaczego nie wpadłam na niego wcześniej?

— Jakieś sugestie? — spytała mnie Poppea.

Podeszłam do biurka i pociągnęłam za pierwszą szufladę.

— Na filmach zawsze od tego zaczynają — wyjaśniłam.

— Chyba oglądamy inne filmy, ale nie ważne.

Zajrzałam do szuflady. W środku były spinacze do papieru, komplet srebrnych długopisów i mały złoty klucz. Uśmiechnęłam się szeroko i wyciągnęłam go.

— Dobrze, że będziesz wyrocznią Delficką, a nie krytykiem filmowym, skarbie — powiedziałam do Poppei. — Mój gust jest o niebo lepszy.

Zobaczyła co trzymam w dłoni i uśmiechnęła się z satysfakcją.

— Głupia w spódnicy Diora ma szczęście.

— Brzmi jak tytuł komedii romantycznej. Wolę kryminały.

— Myślałam, że horrory — odgryzła się Poppea, po czym sięgnęła po klucz.

Podałam jej go, a ona sprawdziła, czy pasuje do szuflady. Pasował jak ulał. Już po chwili klęczałyśmy obydwie, przeglądając akta w poszukiwaniu litery F. Dotarłyśmy do niej zbyt szybko, jak na mój gust. Kiedy ją zobaczyłam moje serce zaczęło bić jak szalone. Bałam się, że za chwilę wyskoczy mi z piersi.

— Fovis...Fovis… — powtarzała Poppea w skupieniu.

I jakby to było zaklęcie, nagle zobaczyłyśmy moje nazwisko. Drżącymi rękami sięgnęłam po teczkę. Równie dobrze mogłabym otwierać gazetę z niepochlebnym artykułem na swój temat; z jednej strony, bardzo się stresowałam, z drugiej nie mogłam się powstrzymać od przeczytania każdego słowa dwa razy.

Wielka kremowa koperta była wypełniona kartkami. Wyciągnęłam pierwszą z nich. Wydrukowano na niej moje zdjęcie i informacje. Niby nic nowego, lecz widok moich danych osobowych w rządowej teczce napawał mnie niepokojem.

— Arysteo… — głos Poppei wyrwał mnie z nieprzyjemnego zamyślenia.

— Ktoś idzie? — przestraszyłam się.

Poppea miała minę jakby zobaczyła ducha, ale pokręciła głową. Nie, nikt nie szedł.

— Więc?

Bez słowa podała mi drugą teczkę. Na początku myślałam, że ktoś założył mi podwójne akta, lecz kiedy zajrzałam do środka i wyciągnęłam pierwszą kartkę wszystko stało się jasne.

Znajoma twarz, wyglądająca korzystnie nawet na zdjęciu paszportowym. Oliwkowa cera, blada, jakby pozbawiona koloru. Oczy o barwie gorzkiej czekolady, pod którymi rysowały się niepokojące cienie. Prosty rzymski nos, wyraźne kości policzkowe, kręcone czarne włosy.

I ten drwiący uśmiech, który nawet teraz mnie denerwował. Wiedziałam, że jego właściciel gdzieś tam się ze mnie naigrywa.

Moje serce na chwilę się zatrzymało– nie miałam duszy i pulsu.

— Arysteo? — spytała zaniepokojona Poppea.

Wypuściłam powietrze z sykiem.

— Na piekielne czeluści Hadesu. Co Vittorio robi w tej kartotece?

4. Głodnemu suflet na myśli

Nadzieja jest matką głupich. Tą piękną i wredną siostrą szalonych pomysłów, która każe Ci skoczyć w ogień. I liczyć na to, że w klinice poparzeń będą mieć automat ze słodyczami.

Auć.

Osobiście, miałam w skakaniu w ogień niemałe doświadczenie. Skakałam w niego tak często, że od lat byłam najgorętszym tematem plotek i wciąż nie traciłam nadziei na to, że moje kłopoty życiowe nagle się skończą. Nigdy, aż do tej pory. Bo jeśli coś miało ukrócić moje skoki w płomienie, to epokowa ulewa, która przetoczyła się nad Wiedniem pierwszego dnia szkolenia.

Mój szofer zastał w drodze do parlamentu ogromny korek, w związku z czym miałam zbyt dużo czasu na rozmyślania. Po raz setny podsumowywałam fakty. Sześć osób na szkoleniu. Trzech nie znam. Jedna nie ma skrupułów (Ikar), dwie nie mają duszy. Każdy z nas chce zostać kapłanem Persefony. Prawdziwe igrzyska olimpijskie.

Nie miałam pojęcia czego się spodziewać, bo wczorajszy wieczór spędziłam nie na przeglądaniu swoich akt, nie podręcznika akt. Zaś Mojry, och, nie przebierały w słowach!

Mój przypadek opisano z największą dokładnością, bez pominięcia żadnego szczegółu. Było tam wszystko, także to, o czym zdołałam już zapomnieć. Jak na zawołanie, w mojej głowie pojawiły się obrazy z tego niefortunnego wieczoru i katastrofy, która nastąpiła dokładnie dobę później. Dziwnie było przeżywać to wszystko na nowo, tym razem bez duszy. Zamiast rozpaczy odczuwałam apatię, lecz wcale nie miałam pewności czy ją wolę.

Moje wspomnienia były pozbawione ostrości. Ogień Westy stracił swój ziołowy zapach, który tak niegdyś lubiłam. Światło, które rzucał na ściany świątyni było dziwnie bezbarwne. Vittorio dotykał mojej jedwabnej szaty, jestem pewna, że była z jedwabiu. We wspomnieniach równie dobrze mogła być papierem ściernym. No i katastrofa. Pamiętałam szaleńcze bicie swojego serca i ucisk w gardle, ale nie łączyły się ze strachem– już bardziej z niestrawnością.

Tak więc, pod koniec wczorajszego wieczoru byłam przerażona. Oto ostatnie wspomnienia związane z moją matką. Ona zginęła straszliwą śmiercią, a ja czułam niestrawność. Może trafię do Tartaru, pomimo braku duszy?

— Panno Fovis — głos szofera wyrwał mnie z rozmyślań. — Nie zapowiada się na to, że ruszymy w ciągu najbliższych piętnastu minut.

Spojrzałam na zegarek. Za równo piętnaście minut miało rozpocząć się szkolenie. Cholera.

— Nie możesz zatrąbić, zawrócić czy cokolwiek?

— Przykro mi, panienko. Nawet jeśli zawrócę, to dojechanie do parlamentu objazdem zajmie nam dwadzieścia minut dłużej. Ale na nogach to tylko dziesięć — zauważył nieśmiało.

Westchnęłam z rezygnacją.

— Masz chociaż parasol?

— W bagażniku.

Wysiadłam z samochodu. Deszcz chlusnął mi w twarz wiadrem zimnej wody. Zanim udało mi się znaleźć w bagażniku długą szarą parasolkę, byłam tak mokra, że równie dobrze mogłam ją zostawić.

Samochód za mną zatrąbił. Zatrzasnęłam bagażnik i pokazałam natrętnemu kierowcy środkowy palec ozdobiony diamentowym pierścionkiem. To był jego szczęśliwy dzień.

— Powodzenia! — krzyknął do mnie szofer.

Ledwie go usłyszałam przez ulewę i odgłosy silników. Pomachałam mu w geście podziękowania, choć zapewne też tego nie zauważył. Pognałam w kierunku parlamentu.

Deszcz nie stracił na sile, ale uporałam się z drogą tak szybko, że zostało mi jeszcze trochę czasu, gdy mijałam wielki pomnik Ateny i wspinałam się po wysokich schodach. Otoczyło mnie morze marmuru wsparte na majestatycznych kolumnach. Poczułam zapach ognia i cedru.

W centralnym miejscu stało Ognisko Westy, pilnowane przez kobiety w białych szatach. Wokół roiło się od polityków, kapłanów oraz nimf. Te ostatnie zajmowały się pilnowaniem szczegółów, takich, jak odpowiednia ilość ofiar na ołtarzach i brak kurzu na posągach bogów. To dzięki nim parlament godnie się prezentował. Mityczne pokojówki.

Byłam zaskoczona. Mimo wszystko, spodziewałam się, że gdy tylko przekroczę jego próg zaleje mnie fala bólu, ale, oczywiście, nic takiego się stało– brak duszy skutecznie mnie przed nią uchronił. Co więcej, przez chwilę czułam nawet coś w rodzaju ekscytacji. Te wszystkie ważne i natchnione persony, a ja już niedługo miałam do nich należeć! Cóż. O ile wcześniej nie ześlą mnie do szpitala dla Atheist Asylum. Ale na razie nikt nie znał mojego sekretu; na razie byłam adeptem na kapłankę Persefony.

Odgarnęłam mokre włosy, uniosłam dumnie głowę po czym ruszyłam przez hol– w bezczelnie żółtych szpilkach i przemoczonym czarnym kostiumie. Czułam na sobie spojrzenia. Mogli o mnie plotkować, ile im się podobało. I tak nie została już na mnie żadna sucha nitka.

Żeby dostać się do wydziału Persefony należało zjechać windą do podziemi, więc nie zaskoczył mnie fakt, że otoczenie przywodziło na myśl świątynię po zmroku: surowe białe ściany i klasyczne kolumny z dorycką bazą, oświetlane przez światło pochodni. Albo oszczędzali na prądzie albo uznali, że śmiertelnicy potrzebują dodatkowego przypomnienia, że czczeni tu bogowie nie są mile widziani na Olimpie.

Podeszłam do recepcji i spytałam, gdzie odbywa się szkolenie. Trzecie drzwi na prawo. Tam też ruszyłam, przy okazji zawieszając oko na barokowych obrazach. Porwanie Persefony, Orfeusz na dworze Hadesa, Erynie w locie. Wszystko w estetyce światło–cienia, z przewagą cienia, podkreślonego ciężkimi złotymi ramami. Podobało mi się to miejsce.

Chętnie podziwiałabym sztukę dłużej, ale nie po to tak się śpieszyłam. Kiedy dotarłam do drzwi, nie mogłam już dłużej zwlekać. Wzięłam głęboki oddech i nacisnęłam klamkę.

Sala była niewielka, a na samym końcu mieścił się również niezbyt duży ołtarz Persefony. Wokół płonęły pochodnie, na środku ustawiono trzy ławki, po dwa krzesła przy każdej. Była też nowoczesna tablica, dziwnie kontrastująca z resztą wystroju. Obok stało biurko dla wykładowcy, na szczęście wciąż puste. Za to dwie ławki zostały już zajęte.

Natychmiast wypatrzyłam Ikara. Nie raczył na mnie poczekać i usiadł z jakąś brązowowłosą cizią.

— Arystea! — ucieszył się na mój widok. — Już myśleliśmy, że się spóźnisz!

Pozostali również zwrócili wzrok w moim kierunku. Dziewczyna obok Ikara uśmiechnęła się promiennie, jakby była moją najlepszą przyjaciółką. Postanowiłam ją znienawidzić dla zasady.

Natomiast para w ławce za Ikarem wyglądała dużo bardziej interesująco. Po lewej stronie siedział chłopak o skórze intensywnie czekoladowej barwy. Był ogolony na łyso, miał wydatne usta i sarkastyczny błysk w oku zaś jego ubranie krzyczało: kocham Versace i mam żal do rodziców, że nie nazwali mnie Gianni! (Luźna koszula w złote wzory, białe spodnie i gustowne mokasyny).

Dziewczyna siedząca obok niego również przykuła moją uwagę. Miała subtelniejszy wygląd, w jej rysach twarzy rozpoznawałam coś z Ameryki Południowej… chyba. Nie byłam ekspertem w genetyce. Kruczoczarne włosy opadały na jej ramiona w zmierzwionych falach, a grzywka podkreślała mocne brwi. Była drobna, więc mogła pozwolić sobie na założenie krótkiej plisowanej spódnicy. Do tego biała koszula bez rękawów, z czarnym kołnierzem. I nie wiem skąd wzięła tę ogromną broszkę w kształcie pszczoły, grunt, że była boska oraz lśniąca.

— Dzień dobry, Ikarze — odezwałam się.

Podeszłam do jego ławki, przywołując na twarz profesjonalny uśmiech.

Wyciągnęłam rękę do nowej dziewczyny.

— Arystea Fovis, miło mi poznać.

— Étienne Baiser. — Podała mi rękę.

W jej głosie brzmiał wyraźny francuski akcent.

— Rodzina Étienne ma oficjalny matronat Filrynii — wyjaśnił Ikar. — Kojarzysz te lizaki w kształcie ust, do których dodają syntetyczny nektar?

— Te, które sprawiają, że chcesz pocałować każdą napotkaną osobę?

— Tylko tego, kto ci dał ci lizaka — sprostowała Étienne.

Pokiwałam głową. Równie kiczowate, co pralinki z twarzą Mozarta na stacji benzynowej sto kilometrów od Wiednia.

— Kojarzę. Co z nimi?

— To rodzina Étienne je produkuje! — oznajmił dumnie Ikar.

Baiser roześmiała się ze szczególnym rodzajem rozradowania. Biedna, nie wiedziała, że Ikar nie jest zainteresowany jej osobą, a jedynie nową pozycją na liście spotkanych sławnych osób. Brat Poppei uwielbiał otaczać się luksusem. Dobre jedzenie, drogie garnitury i słynni ludzie. Gdybym dała mu teraz najnowszy model zegarka Patek Phillipe, Étienne stałaby się wczorajszą sensacją.

— To wspaniale! — udałam entuzjazm. — Jaki jest tajny składnik?

— Tego nie mogę ci zdradzić — zachichotała, po czym konspiracyjnie uniosła dłoń do ust.

Jej brązowe oczy zrobiły się wielkie, jak Bambiego.

— Ale to lukrecja — szepnęła.

— Ikar uwielbia lukrecję.

— Naprawdę? Uwielbiasz?

— Och, może,,uwielbiam” to nie jest odpowiednie określenie, ale…

Przestałam słuchać, bo czułam sarkastyczne prychnięcie narastające w moich trzewiach i nie chciałam ujawniać swojej prawdziwej natury. Po za tym byłabym niekulturalna, gdybym nie przywitała się z resztą.

Odwróciłam się i jeszcze raz przedstawiłam:

— Arystea Fovis.

Pierwszy podał mi rękę chłopak. Zauważyłam, że ma zrobiony manicure. No i to był ktoś w stylu Ikara. Ale dlaczego wszyscy piękni mężczyźni grają w innej lidze?

— Och, skarbie, doskonale wiemy kim jesteś! Nibo Seyfried, miło mi cię poznać — powiedział melodyjnym głosem.

— Versace? — spytałam, patrząc znacząco na jego bluzkę.

— Ja ciebie też, skarbie.

Roześmiałam się.

— Nibo, opanuj swoją wewnętrzną divę — upomniała go dziewczyna siedząca obok. — Straszysz ludzi.

Dla zaakcentowania tych słów trąciła go ramieniem, ale nie zrobiło to na nim wrażenia.

— Och, nie tak łatwo mnie wystraszyć! — żachnęłam się.

Dziewczyna przewróciła oczami.

— Bo jeszcze się nie rozkręcił. Wystarczy, że zobaczy kogoś dobrze ubranego i już traci głowę. A tak na marginesie, Erzalia Keery.

Podałyśmy sobie ręce. Mimo drobnej postury miała silny uścisk, a kiedy przyjrzałam się jej bliżej, zauważyłam na jej twarzy chytry, koci wyraz. Może to szkolenie nie miało być takie złe? Pomijając fakt, że oni się wystroili, a ja musiałam udawać, że styl,,mokrej włoszki” wciąż jest modny.

A propos mokrych Włoszek– Vittorio, pogromca niewieścich serc, jeszcze nie raczył się zjawić. Odnotowałam to z satysfakcją, bo mi udało się uniknąć spóźnienia. Natomiast z mniejszą satysfakcją zauważyłam, że przez Ikara będę musiała usiąść w ławce ze swoim najgorszym wrogiem.

Na razie była jednak pusta, więc ze spokojem zajęłam swoje krzesło. Chciałam jeszcze zamienić kilka słów z Nibo i Erzalią, ale w tym momencie do klasy wparowała Hazel.

Miała na sobie kremowe spodnie i bluzkę wiązaną pod szyją, której kolor przywodził na myśl przejrzałe czereśnie. Uch.

— Witajcie moi drodzy! — powiedziała, energicznym krokiem podchodząc do ołtarza.

Te wszystkie treningi pilatesu wyraźnie się opłaciły.

— Dzisiaj rozpoczynamy oficjalny kurs na kapłanów Persefony. Jak widzę, brakuje jeszcze jednej osoby, ale nie mogę dłużej czekać, bo i tak mamy opóźnienie.

Po tych słowach wyjęła z torebki złoty palnik i szkatułkę na biżuterię. Przyłożyła palnik do wnęki przeznaczonej na ognisko. Ogień zajął się błyskawicznie, a kiedy to się stało, wszyscy wstaliśmy z szuraniem krzeseł.

Hazel wyprostowała się i wypowiedziała kilka słów pośpiesznej modlitwy.

— Persefono, córko Demeter, żono Hadesa, królowo Podziemi. Przyjmij tę ofiarę i błogosław nam w trakcie szkolenia. Pozwól tym młodym ludziom dostąpić Misteriów i odrodzić się wiosną, jak robisz to każdego roku. Bo każdy z nas odejdzie, by Mojry mogły szyć. Więc pozwól zmianom istnieć…

— Umierać musi co ma żyć.– dopowiedzieliśmy wszyscy.

I w tym momencie usłyszałam dźwięk otwierających się drzwi. Umierałam z ciekawości, któż mógł mieć tak irytujące wyczucie czasu.

Zazwyczaj Hazel mnie denerwowała, ale tym razem byłam zadowolona, że całkowicie zignorowała pojawienie się marudera. Jak gdyby nigdy nic, otworzyła szkatułkę. Wiedziałam, że był w niej mak– jeden z atrybutów Persefony. Kapłanka wzięła garść i cisnęła ją do ogniska, a płomienie zabarwiły się na czerwono. Znak, że bogini przyjęła ofiarę.

Powietrze powinien wypełnić zapach palonego maku, ale zamiast tego poczuliśmy słodko–gorzką woń granatu, zmieszaną ze świeżym odcieniem mięty. Ach, ta figlarna Persefona.

Oczywiście nie poczułabym tego, gdybym dzisiejszego poranka nie zakropliła również nosa. A gdybym ominęła oczy, nie zobaczyłabym nawet zmiany koloru ognia. Niby drobne szczegóły, ale czułabym się niepewnie, wiedząc, że równie dobrze mogę przegapić coś znaczącego.

— Proszę, usiądźcie — powiedziała Hazel, odwracając się do nas.

Jej wzrok na chwilę zatrzymał się na Vittoriu. Nie było to przyjazne spojrzenie.

— Panie DiSotto, przegapił pan modlitwę. Na przyszłość proszę bardziej uważać, bo może pan narazić się na nieprzychylność bogów — wytknęła mu, uśmiechając się drwiąco.

— Bardzo przepraszam, pani profesor. To się więcej nie powtórzy.

O bo–go–wie. Jak ja dawno nie słyszałam tego głosu. Aż przeszły mnie ciarki i wcale nie przez przeciąg.

Uśmiech Hazel poszerzył się, kiedy usłyszała jak ten lizus ją zatytułował. Profesor! Ha! Najbliższy kontakt jaki kiedykolwiek miała z tytułem naukowym był w sypialni mojego ojca. A Vittorio jeszcze dobrze nie wszedł do sali, a już flirtował ze wszystkimi dookoła. Byli siebie warci.

Z całych sił starałam się zachować pokerową twarz, ale nie było to takie proste, kiedy usłyszałam, że idzie w moją stronę. Usiedliśmy wszyscy, a on zajął miejsce obok. Zapach granatu został przyćmiony przez coś, co przywołało zagrzebane w grobowcu pamięci wspomnienia– bazylia, kawa, gorzka czekolada. Poczułam dziwne sensacje w brzuchu i kiedy zaczęłam się obawiać, że się zakochuję, cicho zaburczał. Zastanawiające.

— Skoro jesteśmy w komplecie, a Persefona pobłogosławiła nasze zgromadzenie, możemy przejść do sedna sprawy — zaczęła Hazel, usiadłszy za biurkiem. — Jak wiecie, szkolenie na kapłanów Persefony zajmie nam równo rok i zostanie zakończone testem. Testem, czyli Misteriami Eleuzyjskimi, w czasie których dostąpicie wtajemniczenia i będziecie mogli spotkać Persefonę wraz z Demeter we własnej osobie. To oczywiście tyczy się tych, którzy wykażą odpowiednie zaangażowanie oraz wypełnią bezbłędnie wszystkie zadania. Innymi słowy, musicie zapracować na nagrodę.

Nie mogłam powstrzymać ironicznego uśmiechu. O tak, Hazel. Tak jak ty zapracowałaś na swoją? Skrzywiłam się. Muszę przestać o tym myśleć.

— Oczywiście Misteria są raczej ukoronowaniem rocznej działalności każdego z kapłanów — tłumaczyła. — Do naszych codziennych obowiązków należą, między innymi, dbanie o świątynie Persefony, składanie ofiar oraz modlitwy w dzień powszedni. Tak?

Dopiero teraz zauważyłam, że Ikar podniósł rękę.

— Będziemy mieć dostęp do makówek?

Vittorio obok mnie prychnął z pogardą, a Étienne zachichotała histerycznie. Odwróciłam się i rzuciłam Ikarowi pobłażliwy uśmiech.

— Nie sądzę, żeby to jeszcze na ciebie działało, skarbie.

Zmiażdżył mnie wzrokiem i wiedziałam, że bardzo chce pokazać mi środkowy palec.

— Nie można już nawet zapytać?

— Ależ to bardzo cenne pytanie, panie Cotta — przerwała nam Hazel. — Obowiązkiem kapłanów jest również hodowla makówek, z których uzyskuje się święty proszek, pozwalający otworzyć bramę. W trakcie misteriów — zaznaczyła.

— No widzisz — wytknął mi.

Pokazał mi środkowy palec pod ławką, a ja odwdzięczyłam się tym samym. Danke, gleichfalls! Nie zostało to zignorowane przez mojego sąsiada.

— Subtelna jak zawsze — mruknął Vittorio, podkreślając swoje słowa głośnym westchnięciem.

Wyprostowałam się tak gwałtownie, jakby Zeus poraził mnie piorunem.

— Punktualny jak Odyseusz — odparowałam.

Hazel dalej coś mówiła. Zapewne rozwodziła się nad licznymi obowiązkami i nad tym, że bycie kapłanem to nie tylko prestiż, ale i ciężka praca… Vittorio zdawał się nią nie przejmować. Ja z resztą też nie.

Kiedy już się odezwał, nie mogłam przecież dłużej ignorować jego obecności. Siedział tak blisko, że wyraźnie czułam bijące od niego ciepło.

— Och, jestem pewien, że jako Penelopa nie przetrwałabyś nawet dwóch dni — zadrwił.

Nie wiem czym zasłużyłam sobie na takie porównanie. To prawda, naszą znajomość zakończyła paskudna awantura, jednak spowodowana tym, że Vittorio ani trochę nie poczuwał się do winy. Teraz chyba zarzucał mi rozwiązłość z braku lepszych pomysłów.

— Dlaczego w ogóle wróciłeś? — odcięłam się. — Ktoś cię tu zapraszał? Bo na pewno nie ja.

— Nie było nade mną sądu skorupkowego o ile dobrze pamiętam.

— Bo to nie demokracja, tylko oligarchia. Albo monarchia.

— Widzisz siebie w roli władcy?

Odgarnęłam włosy i po raz pierwszy na niego spojrzałam. Czekoladowe oczy, drwiący uśmiech, wijące się czarne włosy. Niby wszystko na swoim miejscu, ale wyglądał nieco inaczej. Wydoroślał przez te trzy lata i wydawał się również bardziej zmęczony. Jakby nie spał po nocach i studiował tajemne manuskrypty. Przynajmniej miałam nadzieję, że to były manuskrypty.

— Bogowie ocalcie królową — podsumował.

Już miałam coś odpowiedzieć, ale przerwała nam Hazel.

— Możesz je wymienić, Arysteo?

Odwróciłam wzrok od Vittoria niezadowolona.

— Przepraszam, możesz powtórzyć?

— Możesz wymienić święta, w których kapłani Persefony również uczestniczą?

Spodziewałam się, że doda od siebie jakiś jadowity komentarz, ale nie. Po za satysfakcją wypisaną na twarzy była pełną profesjonalistką.

Wyprostowałam się na krześle.

— A więc, są Paganalia w lutym ku czci Ceres, Skiroforie obchodzone głównie przez kobiety, Demetrie w kwietniu — wyliczyłam. — Cerealia, Dionizje. No i oczywiście Saturnalia pod koniec grudnia, połączone z naradą bogów w trakcie przesilenia zimowego.

— Bardzo dobrze. To właśnie Saturnalia zwieńczą pierwszą część szkolenia — wyjawiła Hazel. — Jak wiecie, kapłani angażują się wtedy w organizację transportu dla mniejszych bóstw, nimf i znaczących mitologicznych stworzeń. Oni wszyscy muszą wejść na Olimp, by wziąć udział w zgromadzeniu. Tyczy się to również bóstw podziemnych, których transport jest szczególnie problematyczny. Wykwalifikowani kapłani Hermesa pomagają nam otworzyć bramy Podziemia, a my prowadzimy mitologiczne postacie na górę bogów. Jest to o tyle trudne, że nie można pozwolić żadnej duszy na opuszczenie zaświatów — zaznaczyła. — I to będzie wasz pierwszy test.

Saturnalia. Święto pojednania arystokracji z warstwami niższymi. Czas dzielenia się radością z innymi. Uwielbiałam je. Poppea nienawidziła. Ale nasza różnica poglądów spowodowana była głównie uczuciami względem świątecznych ozdób, bo pojednanie z niższymi warstwami było dla nas obu pojęciem abstrakcyjnym.

Oto na czym polegały Saturnalia: rodzinna wystawna kolacja, bal debiutantek w operze oraz koncert noworoczny. A teraz do mojego kalendarza miała dołączyć także konferencja bogów i otwieranie zaświatów.

Na samą myśl o tym, że jakieś dusze mogą się wymknąć z Podziemia zrobiło mi się niedobrze. Szczególnie przez jedną z nich. Choć kto ją tam wie. Może ona nie poszła do Hadesu tylko do jakiegoś raju dla Voodoo? A może zniknęła, jak miało być ze mną?

— Skoro już to omówiliśmy, możemy teraz przejść do struktury szkolenia — stwierdziła Hazel.

Spojrzeliśmy na multimedialną tablicę, gdzie wyświetliła prezentację. Bardzo dziwnie to wyglądało. Technika w połączeniu z płonącym ogniem na ołtarzu. Nie wiedziałam czy mi się podoba.

— Na początku zajmiemy się głównie teorią. Przypomnieniem historii, symboli, szczegółów kultu. Nasze pierwsze praktyczne zadanie przypadnie dopiero na listopad. Demetreje. Każdy z was będzie miał okazję złożyć ofiarę, co nie jest takie proste, jak się wydaje. Ale po to właśnie mamy czas na powtórzenie teorii.

Po tych słowach włączyła krótki film instruktażowy. Wiedziałam, że w końcu do tego dojdzie.

— I dobrze, bo można byłoby przez przypadek zgasić ogień — mruknęłam korzystając z okazji, że przez kilka chwil inni nie będą mnie słyszeć.

Kątem oka zobaczyłam, że Vittorio spina się na krześle. Irytowałam go, wiem. Nie mogłam powstrzymać uśmieszku, bo nasze złośliwe słówka zawsze sprawiały mi niewysłowioną przyjemność.

— Przestań, Fovis — warknął, co było trudne, kiedy się szepcze.

— Przestać z czym?

— Dobrze wiesz z czym.

— Nie mam pojęcia. Może ugasisz moją ciekawość? Tak jak zrobiłeś to z ogniem Westy.

Spojrzał na ławki przed nami, bo mieliśmy wrażenie, że inni nas słuchają. Ach, bo to robili.

— Nie zrobiłem tego sam. I to był wypadek — zaznaczył. — A ty jak zwykle zrzuciłaś wszystko na mnie, żeby oczyścić swoje sumienie.

To mnie rozzłościło. Czy on naprawdę myślał, że mam spokojne sumienie?

Syknęłam na niego niczym wściekła żmija, mając nadzieję, że mówię wystarczająco cicho.

— Jedyne, co się rzuciło, to ty na mnie w świątyni Westy.

— Nie rzuciłem się na ciebie — zaprzeczył natychmiast.

— Skoro takie z ciebie niewiniątko to, dlaczego uciekłeś z Wiednia? Niczym Oskar Berg stwierdziłeś, że nie zaznasz tu szczęścia? — drwiłam w najlepsze. — Jesteś tylko zwykłym tchórzem, DiSotto. Zostawiłeś mnie na pożarcie rekinom, a sam zniknąłeś na trzy lata.

— Więc o to masz do mnie żal? Sama przed chwilą mówiłaś, że…

— Bo wcale nie chciałam żebyś wrócił.

— Arysteo, nie masz serca — prychnął, ostentacyjnie kładąc rękę na piersi.

Posłałam mu miażdżące spojrzenie i powiedziałam głośno i wyraźnie.

— A ty duszy.

O tak, wiem, że nie powinnam mu tego mówić. Ale powiedziałam i wszystko stało się jasne.

Vittorio otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale chyba nie spodziewał się takiego ciosu, bo zamilkł. Szok zmył z jego twarzy drwiący uśmiech. Czas się zatrzymał i niemal słyszałam jego myśli:,,Czy to możliwe? Skąd ona może to wiedzieć? Czy naprawdę to wie?”.

Kilka sekund później Hazel znacząco odchrząknęła.

Odwróciłam wzrok od Vittoria i posłałam jej przepraszający uśmiech.

— Ależ proszę, nie zatrzymuj filmu — zaszczebiotałam.

— Jesteś dzisiaj bardzo łaskawa, Arysteo.

Uniosłam brwi, żeby moje spojrzenie było jeszcze bardziej wymowne. Ktoś tu dał się wyprowadzić z równowagi.

Hazel szybko się zmitygowała i wróciła wzrokiem na ekran. Spojrzałam na Vittoria, by stwierdzić, że on miał nieco większy problem z zachowaniem spokoju. Cała krew odpłynęła mu z twarzy i był blady niczym posąg Zeusa. Ach, jak ja działam na mężczyzn!

Trwało to chwilę, ale w końcu udało mu się opanować i wydobyć z siebie głos.

— To nie było śmieszne — stwierdził.

Postanowiłam brnąć dalej. Pozbywanie się asa z rękawa nie było przemyślanym posunięciem, szczególnie, że sama nie miałam duszy. Jednak było już za późno. Znałam Vittoria dość dobrze, by wiedzieć, że nie będzie w stanie uznać moich słów za żart. Był na to zbyt podejrzliwy i zbyt inteligentny. Pan,,nie ufam nikomu oprócz siebie, a i siebie poddaje nieustannym testom”.

Nie miałam wyjścia, musiałam teraz grać w otwarte karty.

— Nie miało być śmieszne — odparłam.

— Arysteo, nie wiesz, co mówisz… — spróbował po raz ostatni.

Odpowiedziałam mu milczeniem, żeby mógł w spokoju dojść do wniosku, że też powinien przestać udawać. Udało się.

— Skąd o tym wiesz?

— Skąd wiem o czym?

— Och, przestań.

Posłałam mu miażdżące spojrzenie.

— O czym?

Wykrzywił się jakby zjadł cytrynę.

— Chcesz żebym sam to powiedział. Nie ma mowy. Widzisz, Arysteo, ja mam duszę.

Przewróciłam oczami. Teraz będziemy bawić się w wyparcie.

— Nie próbuj mi wmawiać… Widziałam na własne oczy…

Milczał. Nie próbował mnie przekonywać. Dlatego też się zawahałam.

Coś tu wydało mi się podejrzane. Skoro nie miał duszy to jakim cudem siedział tu i widział wszystkie znaki? Krople, które ja stosowałam kosztowały fortunę i nie były dostępne w każdej aptece na rogu. Żeby je zdobyć uruchomiłam kontakty, których nie chciałam uruchamiać. Kontakty, które nie były dostępne Vittoriowi.

Oczywiście była opcja, że nie widział ognia i nie czuł zapachu palonej ofiary. Lecz nawet gdyby tak było– nawet gdyby niegdyś najlepszy uczeń w całej szkole był Ateistą (co samo w sobie było irracjonalne), to przecież zapisał się na szkolenie dobrowolnie. Jeśli nie miał duszy, to musiałby nie mieć też mózgu, a znałam go dobrze i miał mózg. Nie zdecydowałby się na obnażenie swojego Ateizmu tylko po to, żeby hodować makówki. Jak Ikar.

Pozostawała więc jedna ostatnia opcja. Vittorio miał duszę– w jakiś sposób udało mu się ją odzyskać. Być może był pierwszym takim przypadkiem w historii.

Już otwierałam usta, żeby coś powiedzieć, ale wtedy trybiki w głowie się przestawiły i wpadłam na niepokojący pomysł. A co, jeśli odzyskał duszę, kiedy ja ją straciłam? Co, jeśli ukradł moją duszę? Czy to w ogóle możliwe?

— Nie wierz wszystkiemu co widzisz, Arysteo — powiedział w kluczowym momencie rozpoznania.

Otworzyłam szeroko oczy, jakbym rzeczywiście starała się dojrzeć coś po za rzeczywistością.

— DiSotto — warknęłam.

— Fovis?

On wiedział, że nie mam duszy. Musiał wiedzieć. Może właśnie dlatego uciekł. Na samą tę myśl dłonie zacisnęły mi się w pięści.

— To oznacza wojnę — powiedziałam.

Znowu się uśmiechnął. Ten człowiek nie miał wstydu.

— W takim razie, mów mi,,Aresie”.

Bogowie! Znowu miałam ochotę na czekoladę!

5. Słodkie pogróżki

— To efekt szoku, Arysteo. Zrezygnowałaś z niej dawno temu i zdążyłaś zapomnieć o potencjalnych skutkach.

— Nigdy nie rezygnowałam z czekolady.

— Czekolady?

— No tak. A o czym mówiłaś?

Poppea spojrzała na mnie jak na osobę niespełna rozumu.

— O wojnie z Vittoriem oczywiście.

— To też ma sens.

Moja przyjaciółka przewróciła oczami i powróciła do intensywnych rozważań nad przystawkami, które poda na swoim przyjęciu urodzinowym.

Poppea jako perfekcjonistka w każdym calu, musiała dopiąć wszystko na ostatni guzik. A nie ma lepszego czasu na opracowywanie strategii podboju świata i serc wiedeńskiej socjety niż słoneczne sobotnie popołudnie w połowie października.

Siedziałyśmy w Ambrosii Café. Poppea z ołówkiem, ja z kieliszkiem Rieslinga. Przed nami stały puste talerze po sałatkach. Śniadanie zjedz sam, do obiadu wypij butelkę wina. Choć chyba nie tak brzmiało to powiedzenie. W każdym razie, sprawdzało się w razie zmartwień, a to jest najważniejsze.

— Nie mam innego wyjścia, Poppeo. On wie, że nie mam duszy. Jestem tego pewna — powtórzyłam po raz setny. — W dodatku podejrzewam, że mi ją ukradł.

Prawda była taka, że jedynie próbowałam przekonać siebie co do tej,,pewności”. Miałam w głowie istną… stajnię Augiasza.

— A pytałaś go?

— Oczywiście, że nie! Zresztą, nawet gdybym chciała, to wszyscy by usłyszeli.

— Czyli nie chciałaś?

Zmierzwiłam się.

— Łapiesz mnie za słówka — oskarżyłam ją.

Poppea odłożyła ołówek i ciężko westchnęła. Odgarnęła włosy gestem człowieka wyczerpanego, ale efekt psuła jej błękitna sukienka Miu Miu. Moja przyjaciółka wyglądała świeżo i doskonale.

— Chyba tego chcesz, prawda? — powiedziała. — Żebym wskazała ci rozwiązanie. Więc o to, co myślę: musisz się zdecydować, czy pragniesz otwartej konfrontacji z Vittoriem. Z tego co na razie usłyszałam mogę wywnioskować, że nie masz na nią ochoty, nawet jeśli udajesz, że jest inaczej.

— Jeśli nie postawię sprawy jasno…

— To co?

Otworzyłam usta i je zamknęłam. Dobre pytanie. Szkoda, że Poppea jeszcze nie została wyrocznią delficką. Wtedy jej rady byłyby bardziej przydatne.

Dopiłam resztkę wina w nadziei, że Riesling polepszy mój humor. Niestety, jak na razie sprawił tylko, że chciało mi się spać.

— Według ciebie mam udawać, że nic się nie stało? — spytałam, obracając w ręku pusty kieliszek.

— Tego nie powiedziałam — zaprzeczyła. — Po prostu uważam, że nie powinnaś pchać się na bitwę pierwsza. Obydwie znamy Vittoria i wiemy, że on też nie będzie w stanie zapomnieć waszej wymiany zdań. Daj mu pole do popisu.

— Tak, niech obnaży swoje intencje. Dobry plan — przyznałam. — Szczególnie, że jego powrót jest bardzo podejrzany. Coś się święci i nie są to ofiary dla bogów.

— Tym bardziej nie powinnaś przejmować inicjatywy. Musisz łagodzić swój wizerunek.

— Teraz mówisz jak mój ojciec. Czyżby to była sugestia, że moje rozwiązania zawsze prowadzą do skandalu?

Uśmiechnęła się z powątpiewaniem.

— Ależ skąd. Jednak odrobinę głupio wyznaczać datę drugiego pogrzebu, jeśli pierwszy jeszcze się nie odbył.

Pokręciłam głową. Miała rację w stu procentach, Wiedeń wciąż żył tym, co stało się na misteriach. Jak na złość pogoda była świetna i moje wyczyny musiały przejąć rolę neutralnego tematu do rozmów.

— I tak nie wiem co ubrać na pierwszy pogrzeb — wyznałam. — Po za skruchą i poczuciem winy oczywiście.

— Wątpię, że mają twój rozmiar.

Tak jakby ona latała złotym rydwanem i rozsiewała szczęście wśród biednych i pokrzywdzonych! Ale cóż, egoistka egoistce zawsze wypomni.

— A teraz, proszę, daj mi pracować — dodała. — Chyba, że chcesz pomóc, nie mam nic przeciwko. W końcu to też twoja kawiarnia.

To prawda, Ambrosia Café– moje dziecko. Prawdopodobnie jedyne jakie będę miała i przez to takie rozpieszczane.

Kawiarnia mieściła się na starówce tuż przy Stephanplatz. Wykupiłyśmy powierzchnię dawnego butiku Tiffaniego na przeciwko delikatesów Mendla, więc już sama lokalizacja była ekskluzywna. Wejście stanowiły podwójne drzwi z czarnego dębu, przez które można było jedynie zajrzeć, jeśli nie było cię na liście gości. Za drzwiami czekała ogromna sala w czarno złotych kolorach, zuchwale łącząca klasykę wiedeńskich kawiarni z nowojorskimi barami. Była też scena w głębi lokalu. Niezbyt tradycyjnie, ale sprawdzało się wieczorami, kiedy zespół die Nixe śpiewał o tym, że mężczyznom nie można ufać. Wszyscy goście zgadzali się, z entuzjazmem pijąc Schlumbergera. Ach… po prostu kochałam to miejsce.

Był to powód, dla którego angażowałam się we wszystkie wydarzenia– wszystkie, oprócz przyjęcia Poppei. To była jej manifestacja, odrobinę w stylu,,nie jestem prawą ręką królowej bez powodu”. Przynajmniej ja lubiłam tak myśleć.

— Dobrze wiem, że nie chcesz mojej pomocy — powiedziałam.

— Może wybór przystawek mnie przerasta? Myślisz w ogóle o mnie?

Spojrzałam na jej notes. Poppea raz setny rozważała czy do portobello dodać ser pleśniowy i prażone pestki dyni, czy może ser kozi i figi. Klasyka.

— Moim zdaniem, ser kozi z figami — oznajmiłam. — Pestki dyni zawierają magnez, a nie chcemy, żeby nasi wrogowie stali się mądrzejsi.

— Trzymaj wrogów na tyle blisko, żeby móc zatruć ich drinka?

— To moja dewiza życiowa, skarbie. A teraz wybacz mi, ale jestem umówiona — powiedziałam, zsuwając się z barowego krzesła. — Sissi obiecała zamieścić na blogu nowy wpis w ramach akcji,,Rehabilitacja Arystei”.

— Udzielasz jej wskazówek?

— Wiesz, że muszę mieć nad wszystkim kontrolę.

Już miałam odejść, kiedy Poppea złapała mnie za rękę.

— Zapomniałam cię zapytać… Dzwoniłaś ostatnio do Herkulesa?

Zmarszczyłam brwi. Ta sprawa była kolejną cząstką góry lodowej moich przewinień. Właściwie tuż po naszej rozmowie byłam już gotowa się pogodzić, ale zdarzyło się tyle, że zupełnie zapomniałam do niego zadzwonić. Zrobiłam to dopiero wczoraj wieczorem. Moją pamięć odnowiła nadchodząca prośba– musiałam wypożyczyć kilka książek o duszy.

W swoich poszukiwaniach skupiłam się głównie na ciele, a powrót Vittoria sprawił, że potrzebowałam czegoś zgoła innego.

— Dzwoniłam wczoraj trzy razy — odpowiedziałam Poppei. — Ale nie odbierał. Wysłałam mu też wiadomość i teraz czekam na odzew.

— Dobrze. Szkoda by było…

Nie dokończyła. Skinęłam głową. W przypadku Herkulesa było dużo możliwych powodów do żalu. Czasami lepiej nie kończyć.

Tak naprawdę nie spotkałam się z Sissi wyłącznie po to, by omówić jej artykuł. Miałyśmy także w planach zakupy– i to nie byle jakie zakupy. Jak Poppea słusznie zauważyła, nie wiedziałam w co się ubrać na pogrzeb Shevy, a przecież będę tam najważniejszą postacią! Nie licząc Shevy.

Spotkałyśmy się z Sissi przy wejściu do metra. Nie było trudno wypatrzeć ją w tłumie. Miała na sobie czarną sukienkę, jedwabną chustkę osłaniającą włosy i wielkie okulary przeciwsłoneczne. Trochę przesadziła, czego nie omieszkałam zaznaczyć na wstępie.

— Przecież mamy być tam inco gnito — obruszyła się.

— Skarbie, wyglądasz jak włoska wdowa. Chyba pomyliłaś daty, pogrzeb jest dopiero za tydzień.

— Za to ty na pewno nie będziesz się rzucać w oczy.

Wzruszyłam ramionami. Co było złego w klasycznych jeansach i bluzce z buldogiem francuskim od Marc Caina?

— Nie istotne — ukróciłam. — Jeśli ktoś kojarzy nasze twarze i tak nas rozpozna.

— No właśnie. A teraz chodźmy. Chcę mieć tę podróż za sobą — otrząsnęła się w mocno przesadzonym geście.

Wycieczka metrem miała być dodatkową atrakcją dla kogoś, kto przemieszczał się wyłącznie z pomocą szofera i pełnego barku. Osobiście nie miałam nic przeciwko metrze w Wiedniu, ale to nie moje preferencje były tu elementem decyzyjnym. Po prostu do miejsca, które planowałyśmy odwiedzić można się było dostać wyłącznie metrem.

Kaufpark Alterlaa– oprócz Parndorfu i Seestadt, był najlepiej zaopatrzonym czarnym rynkiem w Wiedniu, a może nawet i na świecie. Przebijał go jedynie rynek w Liverpoolu– mieście, do którego bogowie bali się zaglądzać.

W Kaufpark Alterlaa można było znaleźć właściwie wszystko, o ile miało się odpowiednią ilość gotówki i samozaparcia. A także pewną dozę odwagi graniczącej z głupotą, gdyż to Voodoo rządziło podziemnym światem.

Były tu rzeczy magiczne, boskie, zmutowane… Jednym słowem, nielegalne. My z Sissi szukałyśmy jedynie kilku kamyczków, które posłużą nam za amulety na pogrzebie. Rytuał pożegnania Shevy będzie bowiem manifestacją, więc z pewnością zjawi się tam cała jej sekciarska rodzina. Nie chciałyśmy ryzykować złapania jakiejś klątwy lub opryszczki i dlatego potrzebowałyśmy amuletów.

Przepuściłam Sissi jako pierwszą przy bramkach. Weszłyśmy do linii U3, którą miałyśmy przejechać pięć przystanków do Westbahnhof, a następnie przesiąść się na U6 i minąć kolejne siedem stacji. Prawdziwa wyprawa.

— Mam nadzieję, że reszta doceni nasze poświęcenie — westchnęła Sissi, kiedy udało nam się wsiąść do właściwego pociągu.

Zaprowadziłam nas na początek wagonu, gdzie znalazłyśmy dwa wolne miejsca.

— Z pewnością — mruknęłam, siląc się na neutralny ton.

Czasami Sissi dramatyzowała.

— Naprawdę nie rozumiem, dlaczego Ikar i Sebastian nie pojadą tam sami, skoro są tacy odważni — ciągnęła. — Albo Iza? Chwali się, że jest buntowniczką, a jedyna awangarda, na którą mogłaby się zdobyć to pocięcie markowych jeansów!

— Wiem, wiem, mamy okropnych znajomych. Dlatego tak dobrze się z nimi dogadujemy — zaśmiałam się.

Westchnęła jeszcze raz, ale zanim zdążyłam ją przestrzec przed hiperwentylacją zmieniła temat. Całe szczęście.

— Więc jak było pierwszego dnia szkolenia?

Lub nieszczęście.

Przywołałam na twarz sprawdzony dyplomatyczny uśmiech.

— W porządku. Po za tym, że Hazel jest jeszcze bardziej irytująca niż zwykle z tą swoją akademicką manierą — powiedziałam. — To dołowanie ostatnia osoba, której powierzyłabym rolę wykładowcy. Ale jest też Ikar, więc jakoś daję radę.

— I ani słowa o Vittoriu? — zachichotała.

— A tak. No cóż, to nie było miłe spotkanie. Szczególnie, że Ikar zostawił mnie dla jakiejś francuskiej lafiryndy i musiałam siedzieć w ławce z…

— O moi bogowie! Dlaczego od razu nie powiedziałaś! I co mówił? Dalej się wściekał?

O–ho. Znałam to spojrzenie. W czasach, kiedy jeszcze byłam z Vittoriem, Sissi aż za bardzo nam kibicowała. Podejrzewałam, że DiSotto zbytnio jej się podobał. Natomiast Vittorio podejrzewał, że to ja jej się zbytnio podobałam. W każdym razie, jednego byłam pewna, będzie mnie namawiała żebyśmy do siebie wrócili.

— Oczywiście, że się wściekał, a jak myślisz? Wciąż mamy do siebie żal o to, co się stało i nie zanosi się na rozejm.

Uśmiechnęła się swoim wszystko wiedzącym uśmiechem.

— Więc nie waż się o tym pisać, jasne? — dodałam natychmiast. — Skupmy się na artykule o mojej rehabilitacji!

— Jasne, Arysteo, jasne.

— Sissi!

— No co?

Zrobiła minę niewiniątka. Nie miałam szans wygrać tej bitwy.

Westchnęłam, kręcąc głową ze zrezygnowaniem.

— Nic — poddałam się. — Po prostu zmieńmy temat.

— Oczywiście.

I na szczęście, tak też zrobiłyśmy.

Kolejne dziesięć stacji omawiałyśmy krótki tekst, mający wyjaśniać mój ostatni skandal. Widziałyśmy kilka różnych możliwych wersji. W jednej Sheva po prostu zatruła się ambrozją, ale to mogło zrodzić podejrzenia, że posłodziłam eklerki arszenikiem. W innej wersji miała nietolerancję glutenu i zabiło ją samo ciasto. W kolejnej padła ofiarą przejedzenia. Nie wiedziałyśmy co wybrać, ale co do jednego miałyśmy pewność. Nikt na przyjęciu,,nie wiedział” o jej obecności, a i moja obecność przy jej śmierci była wierutnym kłamstwem.

— Dlaczego nie powiesz mi prawdy? — jęknęła Sissi tuż przed ostatnią stacją. — Wymyśliłabym coś znakomitego, gdybym wiedziała czego mam unikać.

— Wierzę w twoje pisarskie umiejętności.

— Pff… Dziękuję! — prychnęła.

Wiedziałam, że zżera ją ciekawość, ale zżerająca ciekawość, tak jak zżeranie eklerek, jest pierwszym krokiem do Hadesu. Wyznanie prawdy zrodziłoby kolejne pytania– kolejne stopnie prowadzące w otchłań. Po za tym nie kłamałam, mówiąc, że wierzę w jej zdolności. Sissi potrafiła pisać w taki sposób, że czytelnik czuł się wybrańcem, dostępującym do tajnej wiedzy, nawet gdy przepisywała wiadomości z gazet. Miała niespotykany dar tworzenia czegoś z niczego. Zupełnie jak bogini.

— Nareszcie!

Naszą rozmowę przerwał komunikat o ostatniej stacji. Wysiadłyśmy z metra i skierowałyśmy się do celu naszej wyprawy. Z zewnątrz wyglądał całkiem niepozornie– wysokie wieżowce w kształcie łuku, morze zieleni skąpanej w słońcu. Idealne miejsce na spędzenie weekendu. Jednak to, co znajdywało się pod powierzchnią było absolutnym przeciwieństwem rodzinnego centrum rozrywki.

Podziemny targ łączył w sobie miejski krajobraz rodem z urban legends i szczyptę orientalnego pobłysku. Metalowe konstrukcje przypominające upadłą metropolię tworzyły wielką halę, w której centrum znajdowało się stoisko z truciznami. O ironio, im gorsze zastosowanie towaru, tym lepsza lokalizacja. Sprzedawcy promowali to, co inni próbowali ukryć… I choć na Google maps można było znaleźć zdjęcia z konkursu jedzenia kiełbasek wiedeńskich, rodzinne pikniki i zjazdy spółdzielni, to każdy obyty Wiedeńczyk wiedział, że to, co się działo w podziemiach targu nie nadaje się do Internetu. Chyba, że na Tumblr’a.

— To, gdzie idziemy? — spytałam, wodząc wzrokiem po kolorowych stoiskach.

Sissi przygryzła wargę.

— Spokojnie, zaraz się przekonasz.

— Ty nie wyglądasz na spokojną.

Pogładziłam ręką jedwabne chusty wiszące na sznurku. Na mojej dłoni został lepki czerwony brokat. Palce zaczęły mnie lekko szczypać. Wytarłam rękę chusteczką.

— Złe wspomnienia — wyjaśniła powściągliwie. — To miejsce jest przytłaczające.

Spojrzałam w stronę stanowisk na rampie. Nad nami rozciągał się drugi poziom nieczystych intencji. Organy mitologicznych stworzeń, boskie substancje nielegalnie sprowadzone z Olimpu, przepowiednie fałszywych wyroczni. Czułam się jak biedaczka w butiku Chanel. Nie należałam do tego świata, a on o tym wiedział.

Ruszyłyśmy w głąb targu, a nasze otoczenie powoli zaczynało świecić pustkami. Sissi szła niebywale pewnie, jakby była tutaj tysiąc razy, a nie,,kilka” jak zapewniała. Zaczynałam coś podejrzewać, ale nie powiedziałam ani słowa.

W końcu ukazał nam się niewielki stragan osłonięty ciężkimi zasłonami w kolorze złamanej fuksji. Zupełnie jakby ktoś oblał go sokiem borówkowym.

— Kamienie Meduzy. Ale to tylko nazwa. Właścicielka ma na imię Urlike — wyjaśniła Sissi. — Znam sprzedawcę, nazywa się Franzi, jest jej małym, pięćdziesięcioletnim synkiem. Powinien nam pomóc. Po za tym mają dostawy w piątki…

Przytrzymała przede mną kurtynę i wpuściła mnie do środka. Zapachowi wewnątrz daleko było do borówek. Wyczuwałam drewno i rdzę, a także dziwny akcent kardamonu.

— Witaj, Sissi — odezwał się niski głos z głębi sklepu. — Przyprowadziłaś… towarzystwo.

Uniosłam dumnie głowę i obrzuciłam sprzedawcę spojrzeniem. Był przysadzisty i miał szarą skórę oraz worki pod oczami, wskazujące na zamiłowanie do nocnych rozrywek. Być może wertował z zapałem Dantego. Ale nie sądzę.

— Franzi — powitała go powściągliwie Sissi. — Była wczoraj dostawa kamieni?

— Jak zwykle. Potrzeba ci czegoś konkretnego?

— Interesuje nas magia ochronna.

— To będzie przedostatni regał. Możecie zacząć oglądać. Za chwilę do was podejdę, tylko coś dokończę.

— Proszę się nie śpieszyć — odpowiedziałam mu łaskawym tonem. — Poradzimy sobie.

Sissi pociągnęła mnie w głąb sklepu.

Otoczyła nas lawina kolorowych błyszczących kamieni. Jedne były szlachetne, inne pospolite, ale wszystkie łączyła sącząca się z nich magia. Oczywiście Ulrike byłaby głupia, pozwalając im się wymieszać, dlatego kamyki posortowano i wrzucono do pojemników z wiśniowego drewna, które neutralizuje czar. To właśnie w miksturze z dodatkiem wiśni moczyło się kamienie przeznaczone do wyrobów jubilerskich. Dzięki temu żadna z arystokratek nie musiała obawiać się o nadmiar miłości, ilekroć wkładała do uszu szafirowe kolczyki.

Natomiast te kamyczki miały w sobie ogrom magii. Trudno dostępne i bajecznie drogie były bardziej wartościowe od diamentów i mogły okazać się nie tyle przyjaciółmi, co obrońcami.

Sissi zaprowadziła mnie niemal na tyły sklepu. Niemal, bo zanim tam doszłyśmy nastąpiły nieprzewidziane okoliczności. Okoliczności były wysokie i umięśnione. Miały szkocką urodę, na którą składała się blada skóra, burza brązowych włosów i mocno zarysowana szczęka. Oraz oczy szaleńca, ale tych nie widziałam, bo Kofu Samedi, prawa ręka Shevy stał odwrócony do nas plecami.

Zatrzymałam się w pół kroku i powstrzymałam ręką Sissi. Zorientowała się o co chodzi w sekundzie, kiedy go ujrzała. Spłoniła się i zaczęłam podejrzewać, że zdążyła już go poznać w innych okolicznościach. Pociągnęłam ją za rękaw sukienki i zaprowadziłam do alejki wypełnionej kamieniami z Meksyku.

— To on! — szepnęłam cicho, ale z przejęciem. — To Kofu, pomocnik Shevy!

Sissi otworzyła szeroko oczy.

— Wiem! Dlatego nie chciałam tu przychodzić! — jęknęła. — To co robimy? Uciekamy?

— Nie możemy wyjść bez kamienia. Zaszłyśmy już tak daleko!

Potrzebowałyśmy czegoś, by odwrócić jego uwagę. Wiedziałam, że jest na mnie śmiertelnie zły i wiedziałam, że to nie przelewki, jeśli ktoś ma pseudonim,,dusiciel”.

— Plan jest taki — zaczęłam. — Ty go zagadasz, a ja pójdę po kamienie.

Sissi zrobiła się zupełnie blada i zachwiała, jakby miała zemdleć.

— Zagadam go. Nie! Nie zrobisz mi tego!

— To jedyne wyjście, skarbie. On chce mnie zabić, a ciebie nawet nie zna.

— Jestem Sissi Sacher! Wszyscy mnie znają! — oburzenie było niezwykle trudne do wyrażenia szeptem.

— Ale to nie ty zabiłaś miłość jego życia.

Z tym trudno było dyskutować, ale i tak sięgnęłam po broń ostateczną, czyli władcze spojrzenie N°5. Widziałam, że pod nim zmięknie.

Gdybym miała duszę dopadłyby mnie wyrzuty sumienia, bo nie wyglądała najlepiej. Już wcześniej była blada, a teraz jeszcze trochę zzieleniała i objęła się ramionami. Ale obydwie wiedziałyśmy, że nie odpuszczę, dlatego ostatecznie wzięła głęboki oddech i powiedziała:

— Byle szybko.

Uścisnęłam ją.

— Nie zapomnę ci tego, Sissi.

Skinęła głową, ale miała minę jakby było jej wszystko jedno. Obiecałam sobie, że rzeczywiście jej to wynagrodzę i jeszcze będzie się cieszyć ze swojego wyboru. Nawet jeśli teraz ruszyła do Kofu jak na skazanie.

Obserwowałam ich zza regału. Kofu zapewne już usłyszał jej kroki, ale się nie odwrócił, jedynie wziął głęboki oddech. Interesujące.

— Fiołki i bursztyn. Skąd ja znam ten zapach? — powiedział.

Usłyszałam, że jest uśmiechnięty i dostałam gęsiej skórki. Spotkałam go już kilka razy i choć nie mieliśmy okazji odbyć dłuższą rozmowę, zapamiętałam go jako groźnego oraz szalonego. Jego ochrypły głos kojarzył mi się z ofiarami, które udusił swoim naszyjnikiem wyposażonym w amulety Voodoo.

— Szukam kamienia w sklepie kamieniami, czy to karalne? — burknęła Sissi i szybko wzięła w dłoń pierwszy lepszy kryształ z brzegu.

To zwróciło uwagę Kofu.

— Lapis Lazuli? Będziesz odprawiać rytuał płodności czy po prostu szukasz materiału na kolczyki?

Spłonęła rumieńcem, a jej palce zacisnęły się na kamieniu, jakby miała nim rzucić.

— A jednak rytuał — stwierdził z satysfakcją. — Jestem pewny, że nie potrzebujesz kamyczków do tych spraw. Któż by ci się oparł?

Delikatnym ruchem zsunął z jej głowy chustę, uwalniając burzę czekoladowych i lśniących fal.

— Hej! Oddaj to! — zaprotestowała natychmiast.

To wszystko było więcej niż podejrzane i chętnie poznałabym dalszy rozwój sytuacji, ale zobaczyłam w tym swoją szansę.

Sissi rzuciła się, żeby odzyskać chustkę, ale Kofu zrobił unik i roześmiał się głośno. Tańczyli tak kilka sekund, w czasie których zdążyłam prześliznąć się pozostając niezauważoną. Popędziłam do działu z kryształami ochronnymi. Wpadłam tam i rozejrzałam się zupełnie rozkojarzona.

Czytałam wcześniej o magicznych kamieniach (jak o wszystkich zakazanych owocach naszej cywilizacji), ale na żywo wyglądały zupełnie inaczej. W dodatku było ich tyle, że mieniły mi się przed oczami niczym tęcza bogini Iris. Skupiłam się na opisach, tylko po to, żeby stwierdzić, że nazwy również wyleciały mi z głowy. Aż nagle je zobaczyłam. Wyglądały jak mleczne przeźroczyste złoto– australijskie topazy. Niezwykle rzadkie, drogie i silne w działaniu. Idealne.

Wyciągnęłam z torebki chustkę i nałożyłam na nią pięć kawałków kamienia– dla mnie, Poppei, Sissi, Ikara i Sebastiana. Do kosza wrzuciłam plik banknotów, aby nie przedłużać rozmową z Franzim.

Zawinęłam chustkę i zaczęłam skradać się ku pierwszym regałom. Szybko dotarły mnie odgłosy szamotaniny i zduszony krzyk Sissi. A może Kofu? Trudno było stwierdzić. W każdym razie, wiedziałam, że coś jest nie tak i że to znowu moja wina.

Niewiele myśląc, sięgnęłam do jednego z koszyków i wyciągnęłam najostrzejszy kamień– złocisty obsydian przerobiony na grot strzały. Zacisnęłam go w ręku, modląc się do Hekate, abym nie wybrała kryształu, który przeniesie mi zgubę.

Zaczaiłam się i wyjrzałam z za regału. Byli tam. On tuż przy niej, ona próbowała mu się wyrwać. Nie czekając, aż mnie usłyszy doskoczyłam do niego. Przyłożyłam mu ostrze do szyi i już miałam stawiać ultimatum, jednak to Kofu odezwał się pierwszy.

— To ostry obsydian w twojej dłoni, czy tak się cieszysz, że mnie widzisz?

Kątem oka zauważyłam, że Sissi udało się uciec i stanęła za mną. Prychnęłam.

— Obsydian, ale cieszę się niezmiernie.

— Nie tak, jak ja, Arysteo — odparł.

Poruszył ramionami i poczułam jakie są umięśnione. Mógłby z łatwością wyswobodzić się z mojego chwytu, ale tego nie zrobił. W nosie zakręcił mi się zapach cygara, drewna sandałowego i tajemniczej słodkiej nuty.

— Domyślam się — powiedziałam. — Zapewne długo marzyłeś o tym, żeby zemścić się za swoją królową. A tu los sprawił ci prezent.

Wbiłam ostrze głębiej w jego szyję, tak, że prawie przecięło skórę. Ciekawe jak słynny dusiciel czuł się, kiedy to jego tchawica była w zagrożeniu?

— A jednak muszę cię rozczarować, bo nie mam na sobie czerwonej bielizny z kokardką — warknęłam. — Czy mogę ci to wynagrodzić ostrymi pazurami? Jakie są twoje standardy opakowania?

— Lubię swoją zemstę w lśniącym papierze prezentowym. Niestety, ta nie należy do mnie.

Zmarszczyłam brwi, starając się zignorować uczucie niepokoju.

— Nie należy do ciebie? Więc do kogo?

— To oczywiste. Ja spełniam jedynie rolę prawej ręki. To Sheva jest królową.

— Była.

— Jest.

Tyle wystarczyło, by mnie zdekoncentrować. Wyswobodził się szybko i zręcznie, zostawiając mnie z ostrym kamieniem w ręce i poczuciem zaskoczenia.

Stanęłam twarzą w twarz z Kofu Samedim. A jego twarz była piękna. Efekt psuły jedynie oczy, pełne chęci mordu i ekscytacji. Nie byłam w stanie ruszyć się z miejsca.

— Jest? — powtórzyłam.

Jego uśmiech poszerzył się.

— Wybacz, słodka arystokratko. Zdradziłbym więcej, ale za tobą stoi największa plotkara Wiednia. Ona potrafi dochowywać wyłącznie własnych brudnych sekretów.

Mrugnął do niej, ale nie byłam w stanie odwrócić się, by sprawdzić, jak zareagowała.

— Sheva nie żyje. Widziałam, jak umierała. Byłam tam. Stałam nad nią… Nie możliwe, żeby udawała.

— Och, bo nie udawała.

— Więc jak…? — zmrużyłam oczy. — Kłamiesz.

Roześmiał się, jakbym opowiedziała wyjątkowo śmieszny dowcip. Podszedł do mnie jeszcze bliżej i przesunął dłonią po moich włosach. Pozwoliłam mu na to. Być może dlatego, że kiedy nie ma się duszy, niebezpieczeństwo jest jednym z nielicznych afrodyzjaków.

— Ja? Jak mógłbym okłamać królową?

— Nie jestem twoją królową.

— To prawda.

Uniosłam obsydian i znowu przyłożyłam mu do podbródka.

— Wszyscy jesteście chorzy — powiedziałam, nie przerywając naszej bitwy spojrzeń.

W jego zielonych oczach, lśnił blask gorączki. Miałam ochotę go pocałować. Bogowie, jak dobrze było w końcu coś czuć. Ostatnim razem to przyszło do mnie, gdy Sheva umierała. Gdybym miała duszę naprawdę bym się o siebie martwiła. Ale wtedy nie musiałabym robić tych wszystkich rzeczy, żeby choć na chwilę uciec od apatii.

— Nie wyglądasz jakbyś bała się zarazić naszą chorobą — odparł, czytając moje myśli.

— Zapytam jeszcze raz — wbiłam obsydian mocniej. — Sheva nie umarła?

— Umarła.

— Więc jak to możliwe, że wciąż jest twoją królową?

Uśmiechnął się i zamilkł. Sissi pociągnęła mnie za ramię.

— Arysteo, proszę cię. Chodźmy stąd.

— Jeszcze z nim nie skończyłam.

Chociaż on ze mną chyba tak. Po jego głupkowatym uśmiechu, widziałam, że jest zadowolony z zamętu jaki wywołał w mojej głowie i nie zamierza niczego naprawić, o nie. Osiągnął swój cel. Nie powie mi już nic.

Odsunęłam się od niego. Adrenalina przestała spieniać krew w moich żyłach, niczym szampan, który traci bąbelki kilka chwil po nalaniu do kieliszka. Musiałam przełknąć gorzką apatię, która znowu mnie ogarnęła. Tym razem była w niej również nuta niepokoju.

— To jeszcze nie koniec — ostrzegłam Kofu.

Wygładził swoją kurtkę z fioletowej skóry i obdarzył mnie enigmatycznym spojrzeniem.

— Nawet nie wiesz, jak bardzo masz rację.

6. Nie z każdej mąki będzie strudel

Siedziałyśmy z Poppeą na ławce w holu parlamentu. Ona popijała cappuccino z mlekiem migdałowym, ja chrupałam seler naciowy. Obydwie wpatrywałyśmy się w fontannę Neptuna, który polewał syreny wodą ze swojego trójzęba. Nie wiedziałam o czym myśli moja przyjaciółka, ale ja miałam w głowie Voodoo, Voodoo i jeszcze raz Voodoo.

W Wiedniu każdy dzień przynosił nowy sekret, a sekta Shevy, choć nie miała nic wspólnego z arystokracją, zapewniła mi wspaniałą rozrywkę. Warto było choć na chwilę opuścić salony, by zyskać multum tematów do rozmyślań.

Myślałam właśnie o Kofu, gryząc seler naciowy naprawdę głośno, kiedy nagle mnie olśniło:

— To wszystko jakoś się łączy — obwieściłam.

Poppeę wyraźnie to poruszyło. Wiedziałam, że uwielbia teorie spiskowe i drobne wskazówki dotyczące przyszłości.

Wyprostowała się jak struna i odłożyła kubek z kawą na bok, mimo, że nie wypiła jej do końca.

— Co dokładnie? — spytała wyraźnie zaintrygowana. — Voodoo, tak? I co jeszcze?

— I powrót Vittoria. I to, że nigdzie nie mogę znaleźć okularów Celine z najnowszej kolekcji.

— Och.

Roześmiała się.

— Czasami myślę, że to dobrze, że nie masz duszy. Dzięki temu twoje kłopoty cię nie przytłaczają.

— Gdybym miała duszę, połowa kłopotów by zniknęła. Może nawet ten z okularami.

Kilka lat temu, zanim przyzwyczaiłam się do braku duszy, rzeczywiście miałam wrażenie, że za chwilę obudzę się w swoim łóżku i nastąpi koniec koszmaru. Ale problemy uparcie nie znikały, wręcz przeciwnie, namnażały się niczym głowy hydry. Na szczęście lub nieszczęście, większość z nich nie robiła na mnie wrażenia. Żeby wyrwać mnie z apatii trzeba było potężnego bodźca.

Kiedy wyszłyśmy wczoraj z targu, nie mogłam się uspokoić i wcale nie dlatego, że bałam się powrotu Shevy. Byłam tak blisko! Znowu coś czułam. Adrenalina przypominała mi szklankę mocnej whiskey po miesiącach abstynencji– niezwykle łatwo się uzależnić. A może to Kofu tak na mnie zadziałał? Była w nim cząstka nie do końca ludzka, zapewne magia Voodoo lub kilka kropel boskiej krwi.

— Arysteo, — Poppea wyrwała mnie z rozmyślań — jako przyszła wyrocznia delficka mogę ci powiedzieć, że czuję jakieś napięcie w powietrzu. Być może te sprawy są powiązane. A jednak osobiście uważam, że Kofu kłamie. Znamy go nie od dziś. Jest złośliwy, chce namieszać ci w głowie i jak widać, całkiem nieźle mu to wyszło.

— Tak, mógłby kłamać — powiedziałam bez przekonania.

— Wierzysz mu?

Wzruszyłam ramionami.

— Wiem jak ubóstwiał Shevę. Gdyby rzeczywiście odeszła na zawsze, nie miałby takiego dobrego humoru.

Po za tym było coś do czego nie chciałam się przyznać Poppei. Część mnie miała nadzieję, że Kofu nie kłamał. To, paradoksalnie była ta część, która spowodowała skandal na Misteriach. Ta, która łaknęła adrenaliny. I ta, z którą wciąż się nie rozmówiłam.

— Może oszalał ze smutku? — podsunęła Poppea, choć też nie wyglądała na przekonaną.

Pokręciłam głową.

— Już wcześniej był szalony.

— Nie da się zaprzeczyć. W każdym razie powinnaś być ostrożna. Jeśli Voodoo, Vittorio i utrata twojej duszy jakoś się łączą, to tylko kwestia czasu, kiedy ta bomba wybuchnie. Nie daj się rozszarpać, proszę.

Po tych słowach spojrzała na zegarek. Wiedziałam, że czas dobiegał końca.

— Muszę iść — oznajmiła. — Zamurują mnie w ścianie jeśli się spóź… och…

Zrobiła przerażoną minę. Posłałam jej uspokajający uśmiech.

— Przecież nie mam duszy.

— Tak, a ja wyczucia. Przepraszam cię. A teraz już chodźmy, bo jeszcze Hazel naskarży na ciebie Febusowi. — Poppea posłała mi groźny uśmiech — A on obetnie ci kieszonkowe.

— Pff… Nie zrobił tego, kiedy zabiłam człowieka. Myślę, że spóźnienie o kilka minut nie będzie moim gwoździem do trumny.

Zapewne nie powinnam żartować o śmierci w swoim położeniu, ale czarny humor, jak czarny kolor pasuje do każdej sytuacji.

Wstałyśmy z ławki i zgodziłyśmy się, że po zajęciach w parlamencie pójdziemy do naszej ulubionej restauracji na obiad. Ta perspektywa dała mi nadzieję na przetrwanie dwóch godzin z irytującą macochą, francuską trzpiotką oraz zabójczym ex w jednym pomieszczeniu. W myślach obiecałam sobie nagrodę w postaci pieczonego łososia i włoskiego szampana. Życie jest takie ciężkie.

Ruszyłam w kierunku windy. Nacisnęłam guzik i w tym samym momencie poczułam, że ktoś się koło mnie zatrzymuje. A jako że Fata nigdy nie są dla mnie łaskawe, od razu domyśliłam się, kto to jest.

— Oczywiście wiesz, że przycisnęłaś zły guzik? Jedziemy na górę a nie na dół — przywitał mnie Vittorio.

Tak, przywitał, bo nie zamieniliśmy ani jednego słowa w trakcie ostatnich kilku godzin. Mimo, że znowu musieliśmy razem siedzieć.

— Może ja jadę do góry, bo nie chcę cię spotkać?

— Nie pomyślałem o tym. Przecież wiem, jak mnie ubóstwiasz — zażartował.

Roześmiałam się. A jednak nie tylko czarny humor potrafi mnie rozbawić!

Winda przyjechała i wsiedliśmy, po tym jak Vittorio przepuścił mnie pierwszą. Kiedy drzwi się zamknęły zniknął pretekst by na siebie nie patrzeć, bo były wyłożone lustrem. DiSotto miał na sobie czarny golf, idealnie pasujący do jego ciemnej karnacji i ciemnego spojrzenia. Uśmiechnął się do mnie. Chyba przeszła mu ochota na wojnę. Ach, ci Włosi!

— Myślałem o tym, co powiedziałaś — zaczął.

— I chcesz się pogodzić? — przerwałam mu. — Bardzo szybko zmieniasz zdanie.

Potrząsnął głową.

— Od początku chciałem się pogodzić.

— W takim razie musisz zmienić metodę, bo złośliwe komentarze nie są zbyt skuteczne — żachnęłam się.

— Och, doskonale o tym wiem.

A ja wiedziałam, że wiedział. Nic nie wymaże z mojej pamięci tego, jak czarujący potrafił być, jeśli mu zależało. Ustawiał innych ludzi niczym pionki na szachownicy. Oczywiście nie mnie, ja byłam odporna na manipulację. Choć muszę przyznać, że uwielbiałam jego szarmanckie wydanie.

— W takim razie, gdzie bukiet róż i prosecco? — spytałam, nie bez nadziei, że naprawdę je skądś wyciągnie.

— Wybacz mi impertynencję — odrzekł. — Mam przy sobie tylko sok z granatów, ale następnym razem obiecuję szampana.

Dalej się uśmiechał. Powstrzymywałam swoje policzki tylko siłą woli i podziękowałam bogom, kiedy winda się zatrzymała. Jeszcze chwila i nie przeszłabym tej próby.

— Więc chcesz wiedzieć skąd wiem, że nie masz duszy — stwierdziłam, kiedy już wysiedliśmy.

Zobaczyłam, że wykrzywił się jakby zjadł cytrynę. Nie dziwię się, miałam taką samą reakcję na wspomnienie o swoim braku. Szczególnie w miejscach publicznych. Szczególnie koło ślicznej recepcjonistki.

— Chcę przestać walczyć — odparł zwięźle.

— Och, owijanie w bawełnę jest całkowicie zbędne — zapewniłam go. — Ty uwielbiasz walkę. Po za tym zdaję sobie sprawę jak bardzo cię wtedy zraniłam; dosłownie i w przenośni. Nie winię cię, że mi tego nie zapomniałeś. Sama również o wszystkim pamiętam.

Na chwilę zamilkł. Zapewne myślał nad zadowalającą odpowiedzią. Dałam mu na to czas, kiedy przystanęliśmy przy drzwiach sali zamiast do niej wejść.

— Nie zaprzeczę, to, że ogłosiłaś mnie wrogiem numer jeden wśród towarzystwa z wyższych sfer nie było miłe — powiedział w końcu. — To, że wydałaś Sissi informacje o moim pochodzeniu też nie było przyjemne. No i to, że rzuciłaś we mnie posążkiem Ateny, a Egida wbiła mi się w dłoń. Tak, to było co najmniej nieuprzejme.

Niedopowiedzenie roku. Zachowałam się wobec niego jak ostatnia suka. Dobrze wiedziałam jak ciężko pracował, by wejść do wyższych sfer– on, chłopak, który wychował się w sierocińcu i dostał do elitarnego liceum dzięki ciężkiej pracy oraz niecodziennemu talentowi. Być może nie powinnam też zdradzać Sissi jego sekretów, a wypadek z Egidą był już tylko dopełnieniem całości. Ale na Nemezis i wszystkie duchy piekieł! Co z tego, że rozcięłam mu rękę i poturbowałam ego? Przez niego zginęła moja matka!

— Wiem, co myślisz, Arysteo — kontynuował, bo ja uparcie milczałam. — Należało mi się.

— Zgadzam się, choć to ocenzurowana wersja moich myśli.

Spojrzał mi głęboko w oczy, ale wcale nie poczułam, że się przed nim rozpływam. Byłam tym odrobinę zaskoczona. Zawsze, kiedy byliśmy tak blisko siebie traciłam rozum, a przynajmniej to, co zwykłam nazywać rozumem.

— Nie żądam od ciebie przeprosin — ciągnął. — I nie mam ci też ich do zaoferowania. Po prostu uważam, że powinniśmy zacząć od nowa. Co ty na to?

Pokiwałam głową z pobłażaniem.

— Zaraz po tym jak powiem ci skąd wiem, że nie masz duszy?

Jego szczęka odrobinę się zacisnęła. Zapewne powtarzał sobie w myślach,,nie wychodź z roli, nie wychodź z roli”.

— Nawet jeśli kiedyś nie miałem duszy, to teraz się to zmieniło. I nie chcę znać twojego źródła informacji. Chcę zakopać topór wojenny.

Zastanowiłam się. Jego intencje na pewno nie były czyste, po prostu postanowił dać mi więcej czasu na zmiękczenie. Doskonale wiedział, że nie uda mu się wyciągnąć ze mnie informacji zbyt szybko, więc postanowił udawać, że mu nie zależy.

— To wszystko jest takie skomplikowane — westchnęłam, zmęczona własnymi myślami. — Być może naprawdę będę potrzebować prosecco.

— W takim razie może…

— Arysteo, Vittorio, przerwa dobiegła końca. Zapraszam was do środka.

Hazel pojawiła się w kulminacyjnym momencie. Weszła pomiędzy nas białymi czółenkami ze złotym zakończeniem. Doskonałe wyczucie czasu i stylu, musiałam jej to przyznać.

Wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się do Vittoria z wyraźnym zadowoleniem. Przewrócił oczami po czym otworzył przed nami drzwi. Miałam świadomość, że mi nie odpuścił, ale teraz przynajmniej wiedziałam mniej więcej co knuje.

Kiedy usiedliśmy w ławkach, Hazel podeszła do ołtarza i dorzuciła niewielką garść maku, aby ogień nie wygasł.

— Skoro omówiliśmy już większość najważniejszych świąt, w których będziecie brać udział, nie pozostaje nam nic innego jak zająć się creme de la creme, najważniejszym z nich, czyli Saturnaliami.

Oparłam ciężką głowę na dłoniach. To było takie nudne! Wszystko, co mówiła pamiętałam z liceum, a to, czego nie pamiętałam z liceum, znałam z olimpiady mitologicznej. Wygrałam ją jeszcze zanim straciłam duszę. Dusza przepadła, ale informacje zostały.

— Zeus co roku zwołuje naradę w trakcie przesilenia zimowego, a kapłani Persefony mają za zadanie otworzyć bramę zaświatów i zaprowadzić podziemne bóstwa na Olimp. Oczywiście jako adepci nie będziecie się zajmować otwieraniem bramy, to byłoby stanowczo za trudne — ciągnęła. — Zajmiecie się transportem mitycznych postaci.

— Czyli poznamy najważniejsze bóstwa podziemia? — ucieszyła się Étienne.

— Idę o zakład, że poprosi Hadesa o autograf na biuście — szepnął do mnie Vittorio.

Zamaskowałam śmiech kaszlem.

— Nie, nie najważniejsze — poprawiła ją Hazel. — Najważniejsi bogowie, czyli Hades, Persefona, Eris i Hekate nie potrzebują eskorty. Ale pozostałe istoty, owszem. Na każdego z was przypadnie mityczna postać, której będzie eskortą.

Uniosłam głowę. To już brzmiało interesująco.

— A teraz zrobimy sobie przerwę od teorii. Czas na odrobinę praktyki — ogłosiła. — Przygotowałam dla was wyzwanie.

Po tych słowach wyciągnęła z pod stołu duży wiklinowy kosz. Jak na komendę, wszyscy wyprostowali się w ławkach i zaczęli uważnie słuchać.

Hazel sięgnęła do kosza i wyjęła z niego pięć niewielkich słoików. Płyn w pierwszym był szary i mętny niczym… woda z kałuży, ten w drugim wyglądał jak lawa, w trzecim jak mleczna mgła. Czwarty słoik zawierał czarną wydzielinę podobną do smoły, a piąty zdawał się być wypełniony zwykłą wodą. Od razu domyśliłam się, co w nich jest, ale nie miałam pojęcia jakie zadanie będziemy musieli wykonać.

— Tym, co widzicie jest pięć wód Hadesu — wyjaśniła Hazel. — Słynny Styks, Lete: rzeka zapomnienia, Kokytos: wody lamentu, Acheron: potok smutku oraz Pyriflegeton: ognisty strumień. Waszym zadaniem będzie rozpoznanie właściwej rzeki. Ale żeby nie było zbyt łatwo…

Przerwała i sięgnęła do koszyka jeszcze raz, tym razem wyciągając kieliszek.

— Będziecie musieli ją wypić.

— Co? — wyrwało się Ikarowi.

Otworzyłam szeroko oczy. Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam. Hazel zawsze miała skłonności do ryzyka, ale tego nikt się nie spodziewał.

— O tak, panie Cotta — powiedziała z nutą satysfakcji. — Jedno z was za chwilę podejdzie tu i rozpozna Styks, a później wzniesie nim toast. Za pomyślne zakończenie kursu.

— To chyba nie do końca legalne — wytknęłam jej.

Spojrzała na mnie z drwiną. Zapewne chciała wypomnieć mi, że nie jestem osobą, która ma prawo prawić morały, ale wtedy straciłaby miano profesjonalistki.

— To nie jest mój autorski test. Po prostu ktoś na górze uznał, że… powinno się was rzucić na głęboką wodę.

— A co, jeśli wypijemy Lete? Czy ten ktoś na górze przywróci nam pamięć? — zapłonił się Ikar. — A jeśli Pyriflegeton wypali nam wnętrzności? Masz w zanadrzu jakąś maść czy każesz nam podmuchać?

— Dosyć, Ikarze — przerwała mu Hazel. — Akurat wasza dwójka ma najmniejsze prawo do narzekania.

— Co nie zmienia faktu, że mamy prawo do życia! Wszyscy!

Rzuciłam Ikarowi ostrzegawcze spojrzenie. Akurat z prawem do życia mógłby nie zaczynać.

— Do każdego ze słoików wsypano proszek neutralizujący — uspokoiła go Hazel. — Jeśli wypijesz Lete, zapomnisz jedynie ostatnie pięć minut, a Pyriflegeton spowoduje zgagę. Smutek też nie powinien się długo utrzymywać. Za to za wybór Styksu czeka cię nagroda w postaci znakomitego samopoczucia. Ale oczywiście nie ciebie, tylko… Erzalię. To ona będzie dostanie pierwszą próbę.

Skierowałam wzrok na,,skazańca”. Erzalia uśmiechnęła się szeroko i od razu wstała z ławki. Dzisiaj miała na sobie skórzaną sukienkę na szelkach, pod którą założyła prześwitującą ciemną koszulę. Jej włosy były spięte w koński ogon, a grzywka zalotnie podkręcona. Nie wyglądała na skazańca, kiedy podchodziła do biurka w radosnych podskokach.

— Styks, tak? — spytała, niby dla upewnienia się.

Hazel skinęła głową.

— I musisz podać przyczynę wyboru.

— Oczywiście.

Przez chwilę po prostu stała i patrzyła na słoiki, aż w końcu sięgnęła po ten z czystą wodą.

— Wybrałam go metodą wykluczenia — wyjaśniła. — Pyriflegeton jest chyba oczywisty, to ten podobny do lawy. Lete musi być białym płynem, bo czasami mówi się o niej,,mgła zapomnienia”. Kokytos i Acheron to najbardziej ponure płyny, ale szczerze przyznam, że nie wiem, który jest który, bo obydwa są po prostu smutne. I został mi Styks. Czysty jak woda mineralna. To jest cokolwiek dziwne, bo przecież pływa po nim łódź Charona. Mam rację?

Hazel milczała jak zaklęta, ale na jej ustach błąkał się tajemniczy uśmiech. Pokazała Erzalii gestem, aby nalała płyn do kieliszka.

Nie trzeba jej było dwa razy powtarzać. Odkręciła słoik i napełniła szklankę po sam brzeg po czym wypiła ją jednym haustem. Wszyscy wstrzymaliśmy oddech, a Nibo nawet głośno się zapowietrzył. Czekaliśmy na jej reakcję.

Erzalia mlasnęła kilka razy językiem, jakby chciała poczuć głębię smaku. Musiał być jednak parszywy, bo po chwili się skrzywiła.

— Uch, to musiał być Styks. Czuję posmak łodzi i umarłych dusz. Albo cebuli.

— A po za tym? — spytała Hazel.

Erzalia przekrzywiła głowę i zastanowiła się chwilę.

— Po za tym, to czuję się świetnie!

Nibo wypuścił powietrze z ulgą i nie mogłam powstrzymać śmiechu. Szczególnie, że Ikar miał naburmuszoną minę, bo ominęło go smakowanie ekskluzywnego trunku.

— Brawo, Erzalio. Udało ci się za pierwszym razem — pochwaliła ją Hazel. — Uratowałaś Ikara przed zgagą lub depresją. Możesz usiąść.

Ikar prychnął, a zadowolona Erzalia ruszyła do swojej ławki. Jednak Styks najwyraźniej nie zdążył zadziałać, bo zanim tam dotarła, zahaczyła stopą o torbę Vittoria i wyłożyła się jak długa na podłodze. Wszystkie książki wypadły, a Étienne zachichotała w sposób piekielnie irytujący.

Vittorio rzucił się, żeby pomóc Erzalii. W przypływie dobroci postanowiłam zebrać jego książki, ale to, co zobaczyłam, zupełnie wytrąciło mnie z równowagi.

Była tam. W oprawie z brązowej skóry, z pozłacanymi rogami. Opasła i pełna zakazanej wiedzy. Księga Cudów!

Nie zastanawiając się ani sekundy, włożyłam ją do swojej torby, a Vittoriowi podrzuciłam równie grubą mitologię Graves’a. Jeśli będę miała szczęście DiSotto nie zorientuje się do końca lekcji. Ucieknę z książką i kolejną dawką pytań, które będą mnie męczyć.

Skąd miał tę książkę? Po co mu ona? Nad tym postanowiłam zastanowić się jutro. Teraz byłam skupiona na tej odrobinie adrenaliny, która znowu musowała w moich żyłach. Wzięłam głęboki oddech, delektując się motylkami w brzuchu.

Do końca lekcji zostały niecałe dwie godziny. Nie miałam pojęcia jak je wytrzymam, szczególnie, że Hazel znowu wróciła do nużącej teorii. Pomyśleć, że była modelka tak kurczowo trzyma się programu nauczania!

Skrzyżowałam nogi i zaczęłam nerwowo potrząsać lewą. Wskazówki na tarczy zegara przesuwały się jeszcze wolniej niż w ciągu pierwszych dwóch godzin. W dodatku musiałam unikać myślami Księgi Cudów, bo bałam się, że za chwilę nie wytrzymam i ją otworzę. Na oczach wszystkich, z bezczelnym uśmiechem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 34.13
drukowana A5
za 46.75