WSTĘP
Parę słów od autorki
Czy jeśli powiem Ci, że pierwowzorem tej powieści był romans historyczny… to mi uwierzysz? He, he! A jednak tak! Otóż książkę tą napisałam około 2015 roku i był to romans historyczny pt. „Sarna”. Po latach powróciłam do tej powieści i okazało się, że świetnie nadaje się ona na romans współczesny. Po wielu przeróbkach i korektach, powstał „Zakazany Mąż” czyli pierwsza część serii Miłosny Hiatus.
A czym jest „hiatus” i jak możesz go rozumieć w tym dźwięcznym połączeniu z „Miłością”? Hiatus czyli przerwa, hiatus miłosny czyli przerwa na książkę o miłości. Albo hiatus rozumiany jak rzadko występujące w języku polskim sąsiedztwo dwóch samogłosek w wyrazie. Czyż to nie jest idealna metafora tej książki? Tak, bo musiał nastąpić hiatus, żeby połączyć w tym szalonym świecie dwie tak pasujące do siebie osoby…
Życzę przyjemnej lektury
Ewelina C. Lisowska 😊
1. Zjawisko ludzkie
— No, to masz problem, Albercik — powiedział Damian Starski do swojego towarzysza, gdy wieczorową porą usiedli przy kuflu piwa. Z tarasu willi Brolla roztaczał się widok na miliony święcących punktów. Posiadłość była usytuowana na wzniesieniu za miastem, a z tej wysokości widać było jak na dłoni aż po sam horyzont miejskie zabudowania. Powoli robiło się coraz ciemniej, a krótki zimowy dzień kończył się z lękiem, że nowy poranek nie nadejdzie.
Albert Broll wypił kilka głębszych łyków, po czym westchnął ciężko. Tarasowa ławka była wyjątkowo niewygodna, więc poprawił sobie za plecami poduszkę, po czym mocniej nakrył się kurtką z kapturem. Było mu zimno, ale wolał świeże powietrze, gdy rozmawiał z Damianem o stresujących go sprawach. Na sercu Alberta spoczywał bowiem ogromny ciężar.
— Najgorsze jest to, że ojciec zabierze mi wszystko, co mam, jeśli się nie ożenię. Taki był układ: firma w zamian za wnuki. — Wsparłszy się łokciami na kolanach, zgarbił się i zasępił jeszcze bardziej. — Teraz po latach wiem, że to niewykonalne.
— Współczuję ci — odpowiedział szczerze Starski. Nagle coś zawibrowało w kieszeni jego kurtki. Brunet spojrzał na wyświetlacz swojego telefonu i zobaczył zdjęcie uroczej blondynki ubranej w bikini. Pisał z nią od kilku dni. Był tak podekscytowany tym nowym kontaktem, że nawet teraz nie potrafił powstrzymać się, aby nie odpisać na jej wiadomość. Musiał to jednak zrobić dyskretnie, żeby Albert nie poczuł się zlekceważony.
— Przecież ja nie jestem w stanie wejść do pomieszczenia, w którym jest k-kobieta — biadolił Albert — a co dopiero spać z nią w jednym łóżku!
Tylko Damian znał tajemnicę Brolla dotyczącą lęku przed kobietami. Z trudem odwracając uwagę od ślicznotki, która właśnie wysłała mu kolejne selfie, Starski zmusił się do myślenia. Bardzo chciał pomóc swojemu dwudziestosześcioletniemu przyjacielowi, pozostającemu w stanie kawalerskim.
— A gdybyśmy znaleźli ci jakąś słodką, delikatną i cichutką kobietkę? Znam takie! — zapewnił stanowczo, dodając nutkę optymizmu, na którą nie było stać jego rozmówcy. Albert utkwił w nim półpijany wzrok i odpowiedział niezbyt wyraźnie:
— Skąd weźmiesz takie „zjawisko ludzkie”? One przeważnie głośno się śmieją, są pewne siebie, kokietują… wywracają oczami i robią te swoje minki. A ja mam ochotę wiać! — Poluzował szalik, który nagle stał się dla niego zbyt ciasny. Na samą myśl, że miałby spotkać się z jakąś kobietą, poczuł lęk. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że jakiś metr od niego jego przyjaciel właśnie otrzymał wiadomość: „Zaproś swojego przystojnego kumpla. Berenika jest nim zainteresowana.” Damian musiał się zręcznie wywinąć z tej prośby, odpowiedzieć tak, żeby nie urazić słodkiej blondi i nie dać do zrozumienia jej przyjaciółce, że Albert nie jest nią zainteresowany. Odpisał krótko i kłamliwie: „Albert już kogoś ma.”
— Co ty tam tyle smarujesz w tej komórce?! — burknął Broll i zerknął na niego spod nachmurzonego czoła zakrytego postrzępioną, rudą grzywką.
— A nic, takie tam… — dwudziestoczterolatek schował w pośpiechu telefon do kieszeni. — Masz jeszcze piwo?
— W lodówce. Ale chodźmy lepiej do środka, bo już nie wytrzymam na tym mrozie.
Przyjaciele opuścili zimowy taras i weszli do obszernego salonu Alberta.
Z drugą porcją piwa zasiedli w ciepłym, aczkolwiek surowym wnętrzu. Willa Brolla nosiła znamiona współczesnej mody, stawiającej beton i metal na pierwszym miejscu. Starski dziwił się, że Albert swojego luksusowego domu nie wystroił w jakieś cieplejsze akcenty. Wszystko tu było szare, czarne i czerwone.
— To już po mnie! — oznajmił Broll, przeżywając swoją życiową tragedię. — Stracę wszystko.
Damian przeczesał swoje ciemnobrązowe włosy do tyłu. Zastanowił się przez chwilę, po czym olśniony rzekł:
— Albercik! Przecież mam kuzyneczkę w szkole u zakonnic. Zapomniałeś?
Na dźwięk jego słów Albert odstawił butelkę na stolik kawowy i popatrzył z uwagą. I choć był pewien, że pomysł Damiana i tak nie przypadnie mu do gustu, skierował na niego swoją uwagę.
— Posłuchaj mnie uważnie. W tym tygodniu mają mieć bal, takie małe przyjęcie dla grzecznych dziewczynek i ich rodzin. Może znalazłbym ci jakąś zagubioną „sarenkę”, którą mógłbyś się zaopiekować finansowo w zamian za milczenie i ożenek? — Zadowolony z siebie, Damian wlepił pytajniki oczu w swojego przystojnego towarzysza.
— No, nie wiem… — Na samą myśl, że miałby poznać jakąkolwiek kobietę, zaczęły trząść się mu ręce. Prędko wypił kilka łyków alkoholowej cieczy, aby zagłuszyć lęk.
— Chyba jednak nie masz wyjścia, Albert — naciskał tamten. — Chcesz zamieszkać w przytułku? Twój ojciec myśli, że jesteś gejem! Co najgorsze: podejrzewa mnie, że jestem twoim kochankiem! Nie bądź samolubny i ocal mój męski honor! Mnie kobiety się podobają!
Zalękniony tą wizją brązowooki rudowłosy wypił piwo do dna i będąc już trochę podchmielonym, otarł swoje usta.
— Co konkretnie chcesz powiedzieć takiej… dziewczynie? — Z trudem ostatnie słowo przeszło mu przez gardło.
— Powiem jej, że mam dla niej świetną propozycję matrymonialną, to znaczy: bardzo korzystny „układ” matrymonialny. — Zatarł dłonie. — Wiesz, chyba nawet mam już kandydatkę dla ciebie. Muszę tylko z nią porozmawiać.
— Jeśli myślisz o swojej kuzynce… — Wykrzywił usta niezadowolony i pokręcił głową.
— Nie lubisz jej?
— Nie ma o mnie zbyt dobrego zdania, z tego co wiem. — Jak wszystkie inne kobiety w tym mieście.
— Dobrze, więc jednak wybiorę się na ten bal rodzinny. To będzie straszna nuda, ale może uda mi się odłowić jakiś „kąsek” dla ciebie. — Zaśmiał się, po czym klepnął przygarbionego rudzielca w ramię. — Wracając do tego, co jej powiem… — Upił kilka łyków i zaczął przemawiać tonem naśladującym swata, sprzedającego kawalera przekupnej małolacie: — „Szanowna panienko, mam dla panienki świetną okazję! Majątek za panienki rączkę! Jedyna taka okazja! Mąż młody, bogaty i w dodatku nie będzie się napraszał bez potrzeby!”
Albertowi nie udzieliły się żarty przyjaciela. Procenty, które dotarły do jego myśli, osłabiły nieco falę lęku, który nachodził go co pewien czas, gdy myślał o przyszłej narzeczonej.
— A tak na po-ooważnie to powiedz jej, że-ee ma się do mnie nie zbliżać… nawet na krok! — przykazał surowo.
— Zrobisz jej jakiś kodeks zakazów i nakazów i będzie go musiała podpisać przed ślubem. — Podsunął mu pomysł, ale nadal był rozbawiony sytuacją. Zaczął się zgrywać: — Szanowna panienko! Ta czerwona linia biegnąca przez środek willi stanowi granicę między naszymi światami! Przekroczenie jej oznacza wstąpienie z szanownym małżonkiem na ścieżkę wojenną! Musi panienka liczyć się z otrzymaniem siniaka pod oko, odcięciem prawicy bądź lewicy…
— Damian! Stary! Nie dręcz mnie! — warknął rozdrażniony Broll.
— Żartuję! Uśmiechnij się trochę, chłopie! — Klepnął go w ramię.
— Nie potrafię żartować z tych spraw — zabrzmiał grobowym tonem. Przecież życie sypało się mu na głowę.
— Co się martwisz!? Najwyżej ją potem zamordujesz! — Zaśmiał się Starski.
— Prędzej ja umrę ze strachu… — na zawał serca, gdy zobaczę, jak przekracza próg mojego domu.
2. Sarenka
— Sarenko! Obudź się! — usłyszała Eliza tuż przy swoim uchu. Powoli otworzyła zaspane oczy. Ujrzała przed sobą błękitne tęczówki i blond loki swojej przyjaciółki, wiszące tuż nad jej twarzą. Od trzech lat dzieliły wspólnie pokój w szkole z internatem, którą prowadziły siostry zakonne.
— Moni, nie mów mi, że już szósta! — zajęczała niewyspana dziewczyna.
— Niestety, kochana, już szósta i trzeba wstać na modlitwę. Później musimy pomóc w przygotowaniach do balu. Wstawaj! — Ściągnęła z niej kołdrę.
— Kiedy ja się w końcu wyśpię?! — jęknęła Eliza i usiadła na łóżku. Po nieprzespanej nocy miała na głowie skołtunioną burzę czarnych włosów, a jej ciemnobrązowe oczy były podkrążone ciemnymi półksiężycami.
— Ty? Jeśli szybko nie znajdziesz sobie męża, to chyba do końca życia się nie wyśpisz. Siostry nadal chcą cię zaciągnąć w szeregi klasztorne?
Monika kończyła ubieranie się, podczas gdy Eliza właśnie zaczęła rozczesywanie włosów mocno sfatygowaną szczotką. Pogodzona ze swoim losem siedemnastolatka nawet nie cieszyła się na dzisiejszy bal, wiedząc, że i tak nie uratuje jej żaden książę z bajki. Tata wyrażał się jasno: „Nie wrócisz do domu, nie ma tam dla ciebie miejsca. Wstąp do klasztoru albo znajdź sobie męża.”
— To nieuniknione — westchnęła ciężko. — Rodziców nie stać na utrzymywanie mnie. Moja siostra wymaga opieki. Mój stary pokój zajęła moja młodsza siostra. Zresztą, tata zażyczył sobie, żebym została w zakonie.
— Ale ubierzesz się dziś w ładną sukienkę, prawda? Zrobisz to dla mnie? — prosiła słodko, trzepocząc rzęsami. — Kazałam mamie, żeby ją dla ciebie przywiozła, specjalnie na tę okazję.
— To nie ma sensu — burknęła zdołowana. Ostatnio pesymizm nie opuszczał jej nawet na krok. Czuła, jakby nad jej głową trwało odliczanie, kiedy wyrok na jej życiu zostanie wykonany.
Eliza założyła na siebie tradycyjny, skromny mundurek szkolny dla dobrze wychowanych panienek, czyli prosta spódnica za kolano i biała bluzka z zaokrąglonym kołnierzykiem. Kiedy stanęła przed lustrem, wyobraziła sobie siebie ubraną w zakonny habit zamiast w suknię balową, jako samotną i opuszczoną istotę.
— Bóg o tobie pamięta, Elizo. Nigdy w to nie wątp — powiedziała Monika, próbując podnieść ją na duchu.
— Szkoda, że rodzice o mnie zapomnieli. — Westchnęła smętnie.
Monika ze współczuciem przytuliła swoją współlokatorkę, która już wiedziała, że jej rodzice także i tym razem nie zjawią się na dzisiejszym spotkaniu.
***
Damian Starski wkroczył w mury bursy sióstr szkolnych, ale nie po to, aby zostać duchownym… Był od tego zamiaru całe mile, gdy patrzył na śliczności, które zakonnice schowały tutaj przed całym światem. Skierowany przez jedną z sióstr do jednej z sal — gdzie rozłożono stoły ze smakołykami, i gdzie małe „aniołki” ćwiczyły grę na swoich instrumentach tuż przed oficjalnym rozpoczęciem balu — przemierzając ciemny korytarz, spotkał po drodze kuzynkę Monikę Wolańską. Zaproszony do środka sali, wszedł i przechadzając się u jej boku, zaczął tropić „zwierzynę”. Jednym uchem słuchał paplaniny kuzynki, próbując podzielić uwagę na dwoje. Niestety podzielność ta nie leży w naturze mężczyzn, gdyż potrafią skupić się tylko na jednej rzeczy na raz, dlatego Damianowi szło jak po grudzie.
Stary, obiecałem ci, że znajdę ci śliczną, skromną „sarenkę”, więc ją znajdę! — dyskutował z przyjacielem w myślach i rozglądał się swoimi ciemnobrązowymi oczyma po kątach ponurej sali jadalnianej, specjalnie na tę okazję przystrojonej i przemianowanej na salkę balową. Otoczone bliskimi, dziewczyny, zachowywały się swobodnie. Unikał stojących grupkami głośnych śmieszek, zalotnych spojrzeń panien — choć nęciły go swoją niewinną jeszcze świeżością. Nie mógł jednak znaleźć kandydatki, która mogłaby uratować przyszłość Alberta Brolla. W dodatku kuzynka opowiadała mu o mało ważnych teraz dla niego sprawach dotyczących przygotowania występu muzycznego, w którym miała brać udział Monika.
W końcu jednak chłopak dostrzegł kogoś, kto wyróżniał się na tle ubranych w wyśmienite kreacje panienek. Dostrzegł ją przypadkiem, schowaną w kącie pod schodkami prowadzącymi na antresolę. Siedziała na tle dużego okna, na parapecie, z podkurczonymi nogami. Wyglądała na taką, co chce schować się przed całym światem. Miała na sobie mundurek, a nie śliczną sukienkę, tak jak inne dziewczęta na tej sali. Stanął w pewnej odległości, żeby móc jej się dokładnie przyjrzeć, zanim ją „ustrzeli”.
Była drobnej budowy, dość chuda, ale z zaznaczonym biuścikiem. Jej jasna karnacja kontrastowała z bardzo ciemnym brązem jej upiętych w długi warkocz włosów. Była przeciętnej urody. Smutnymi, brunatnymi oczyma spoglądała za okno. W swoich drobnych dłoniach trzymała różaniec. Wyglądała, jak modląca się mniszka… Było w niej coś tak niewinnego i czystego, że zdawało mu się, że widzi świętą, która właśnie przed chwilą zstąpiła na ziemię.
— Dami, czemu tak przyglądasz się naszej Sarence? — zapytała Monika. Nie odstępowała kuzyna na krok, opowiadając mu o życiu w zakonnej szkole z internatem. Ubrana w błękitną suknię z długimi rękawami, białe pantofelki, z upiętym ślicznie jasnowłosym kokiem, prezentowała się jak prawdziwa dama, a nie siedemnastoletnia panna, która wciąż jeszcze niezbyt wiele wiedziała o życiu. Zdawał sobie sprawę z tego, że wujostwo umieściło ją w tej skromnej szkółce jedynie po to, aby ochronić jej dziewictwo przed niepożądanymi przygodami. Wiedzieli, że siostry szkolne zadbają, aby dziewczyna nie paliła, nie ćpała i nie piła. Zależało im, aby wyrosła na świadomą wartości dziewczynę, z daleka od niekontrolowanego korzystania z Internetu, gdzie czekało ją wiele zagrożeń. Ale wyobrażenia często nie idą w parze z realiami…
— „Sarenka”? Tak się nazywa? — Zaśmiał się Damian, rozbawiony zbiegiem okoliczności.
— To Eliza Sarna, tak się nazywa — odpowiedziała, przyglądając się bacznie kuzynowi. — Chcesz z nią porozmawiać?
— Wiesz, mam taką sprawę… — ściszył głos i spoważniał. — Muszę zamienić z nią kilka słów na osobności. Oczywiście w twoim towarzystwie! Nie mam zamiaru jej zgorszyć! — zapewnił ją o uczciwych zamiarach. W tym budynku czuł, jakby cofnął się w czasie do XIX wieku. Panowały tutaj zupełnie inne zasady niż na zewnątrz, w zepsutym rozpustą świecie. Damian czuł się jak w sanktuarium dziewiczej czystości, kiedy widział te wszystkie dziewczyny, a zwłaszcza tę: przyszłą narzeczoną Brolla.
— O czym chcesz z nią rozmawiać? — zapytała Monika.
— Mam dla niej propozycję matrymonialną.
— Ty?! — zdziwiła się dosyć głośno, tak że kilka dziewczyn i dorosłych popatrzyło w ich stronę.
— To znaczy mój przyjaciel ma propozycję — rzekł cicho. — Opowiesz mi o niej co nieco?
— Wiedziałam, że Bóg o niej nie zapomni! — Monika ucieszyła się, bo nie wiedziała jeszcze, co czeka jej przyjaciółkę. Nie mogła przecież wiedzieć, że biedulka będzie musiała podpisać utrudniający jej życie „cyrograf”.
— To sierota? — pytał Starski.
— Nie, ma rodzinę na wsi. Jest uboga. Rodzice nie mogli jej utrzymać, dlatego oddali ją do zakonnic na wychowanie. Sarenka pracuje często razem z nimi — żeby odrobić utrzymanie, bo socjal jest słaby… Rodzice podsyłają jej co miesiąc dwieście złotych. Sarenka ma chorą siostrę, a dla niej nie ma miejsca w domu, więc… — wzruszyła ramionami, po czym z powagą i nutą przerażenia dodała: — Ojciec kazał jej tu zostać do końca życia. Rozumiesz? Ma zostać zakonnicą, jeśli nie wyjdzie za mąż do końca tego semestru, czyli pozostało jej… — policzyła na palcach swojej zgrabnej dłoni — pięć miesięcy. A przecież ona ma dopiero niecałe osiemnaście lat! — Zasępiła się, jakby jej przyjaciółka miała umrzeć.
— W takim razie przychodzę jej z pomocą. Muszę tylko z nią porozmawiać.
— Zaraz po nią pójdę i pójdziemy wszyscy razem do biblioteki. Tam nikt nam nie przeszkodzi. — Pełna nadziei Monika Wolańska ruszyła z szerokim uśmiechem ku zadumanej Elizie.
3. Upolowana
— Sarenko, przestań już się tak zamartwiać — usłyszała dobrze jej znany głos. Podniosła oczy ku blondynce, która zatrzymała się tuż przy niej w swojej błękitnej, szeleszczącej sukni. Oczy wielu młodych mężczyzn — braci mieszkających tutaj dziewcząt — były skierowane właśnie w jej stronę. Sarenka nie miała odwagi ubrać się równie pięknie co ona, gdyż postanowiła nie robić sobie nadziei na cud, który nigdy miał nie nadejść. Dlaczego jeden z tych chłopaków miałby zainteresować się akurat nią? A proszenie jej, biednej dziewuszki ze wsi, o rękę, wydawało jej się w tej chwili kompletną niedorzecznością. Nie czas było na śluby, narzeczeństwa itd. Większość z tych dziewczyn miała iść na studia, w końcu zacząć korzystać z życia! Zazdrościła pozostałym dziewczętom obecności rodziców oraz rodzeństwa i tego, że ich wolność dopiero teraz się zaczyna, a jej właśnie kończy. Gdy szła na bal, postanowiła schować się w tym kącie i, aby wtopić się w ciemne mury pomieszczenia, ubrała tradycyjny, granatowo-biały mundurek, składający się z spódnicy za kolano i znoszonej bluzki. Na ramiona włożyła granatowy żakiecik, pasujący do spódnicy. Na stopach miała zwyczajne, gumowe tenisówki z białą podeszwą, a na nogach czarne rajstopy.
— Nie przejmuj się mną, Moni. — Uśmiechnęła się smutno, udając, że nic jej nie jest. — Pomodlę się i jakoś dam radę.
— Humor ci się poprawi, jak przedstawię ci kogoś zainteresowanego tobą w kwestiach… Nawet nie zgadniesz jakich! Ma-try-mo-nia-lnych!
— O czym ty mówisz? — Zdawało jej się, że śni.
— Pójdź ze mną, to dowiesz się wszystkiego. Chodź! — Pociągnęła ją za rękę i poprowadziła do wyjścia.
Na korytarzu zobaczyła wyższego od niej o głowę, dość ładnego bruneta — miał na sobie niebieską koszulę z kołnierzykiem, brązową marynarkę oraz jeansy. Przyjrzał jej się badawczo, mierząc ją od stóp do głów, jakby starał się oszacować wszystkie jej wady i zalety. Ten chłopak był nią zainteresowany? Przecież widziała go po raz pierwszy w życiu!!! Zawstydzona, spuściła głowę.
Monika zdawkowo przedstawiła jej owego kawalera. Okazało się, że jest to jej kuzyn. Sarenka pomyślała sobie, że to miło ze strony przyjaciółki, że o niej pomyślała i sprowadziła dla niej kandydata na męża. Wyglądał jej na miłego i kulturalnego młodzieńca, ale musiał być od niej co najmniej siedem lat starszy.
Wszyscy troje udali się do biblioteki klasztornej, gdzie spodziewali się odnaleźć ciszę. Mimo ilości tomów, które na co dzień skutecznie obciążały drewniane półki oraz główki mieszkających w klasztorze aniołeczków, miejsce to było kameralne, lecz nazbyt surowe — zupełnie takie, jak wszystkie pomieszczenia kompleksu klasztornych zabudowań. Stare budownictwo stwarzało iście XIX-wieczną, ciężką i tajemniczą atmosferę.
— Usiądź Eli, bo zaraz się przewrócisz z wrażenia! — Monika usadowiła przyjaciółkę na krześle, przy jednym z stolików do nauki, po czym skinęła głową na Damiana. Chłopak zajął miejsce naprzeciwko „upolowanej” dziewczyny, przysunąwszy sobie w jej stronę krzesło z oparciem.
— Pewnie zdziwi cię moja propozycja, Elizo, zwłaszcza, że jest to propozycja z drugiej ręki — zaczął. — Przychodzę tutaj w imieniu mojego przyjaciela, którego imienia na razie nie mogę ujawniać. Musi czym prędzej ożenić się, inaczej grozi mu utrata majątku.
Tego Sarenka się nie spodziewała.
— Jaki jest w tym ukryty haczyk? — dopytała Monika. Stanęła między nimi ze skrzyżowanymi na piersi dłońmi.
— On jest… jakby to powiedzieć… Gustuje w mężczyznach. — Ujrzał jak blade usta „sarenki” rozchylają się w zdumieniu. — A małżeństwo miałoby być jedynie przykrywką dla jego życia osobistego. Domaga się tego ojciec mojego przyjaciela. Stary domyśla się, że jego syn ma problem natury… Same rozumiecie.
Zapanowała cisza. Eliza nie potrafiła odnaleźć się pośród swoich zagmatwanych, sprzecznych myśli. Była w szoku. Wolańska prędko zajęła miejsce jej adwokata, bo zdawało jej się, że Eliza nie powie już ani słowa.
— Tak — odezwała się Monika — I myślę, że to całkiem dobra propozycja dla Elizy. Jakie warunki musiałaby spełniać?
Damian spojrzał w przestraszone oczy potencjalnej narzeczonej Alberta. Następnie powiedział:
— Dostaniesz cały kodeks zakazów i nakazów tuż przed ślubem. Myślę, że jednym z warunków jest to, abyś nie liczyła na miłość i trzymała się od niego z daleka.
Od dawna modliła się o męża i… miłość. Wyraźnie zarysowało się przed oczyma jej serca znaczenie słów: „nie można mieć wszystkiego”. Dalej akcja potoczyła się bez jej mentalnej obecności.
— Oczywiście dacie jej czas do namysłu?
— Tak. Ale myślę, że mój przyjaciel chciałby jeszcze zobaczyć Elizę przed podjęciem decyzji.
— Jasne, tylko dajcie nam znać: gdzie i kiedy?
— Dobrze! Tymczasem pożegnam się i pójdę czym prędzej oznajmić dobre wieści… O ile jest na co liczyć? — Spojrzał znacząco na Elizę. Jak dotąd nie odezwała się ani słowem. Była blada, zamyślona i spięta.
Odzyskawszy władzę nad swoim darem mowy, Sarenka odparła:
— Ja… muszę p-pomyśleć. Nie spodziewałam się tego wszystkiego. Sytuacja jest dość skomplikowana. Może gdybym miała okazję porozmawiać z tym mężczyzną, dałoby mi to jakiś szerszy pogląd na sprawę.
— Dobrze, myślę, że nie będzie… hmm nie powinno być z tym problemu. — Damian właśnie odkrył dość istotną wadę jego sprytnego planu. Albert na pewno będzie umierał ze strachu przed spotkaniem ze swoją narzeczoną.
Starski pożegnał się i odszedł z mieszanymi odczuciami. Wyszedł z tego dziwacznego świata na zwyczajną, miejską ulicę i poczuł, jakby wrócił do XXI wieku. Powrócił myślami do tego, co udało się mu dziś załatwić. Dziewczyna idealnie nadaje się na cichą żonę, która będzie pokornie spełniała wszystkie zakazy i nakazy kodeksu bojącego się kobiet wariata. Żeby tylko Albert dał się przekonać do tego spotkania. Wcale nie był pewien tego, że mu się uda. Ratował mu skórę, jego całą przyszłość, ale lęk przed kobietami w głowie Brolla przybrał takich rozmiarów, że Damian w końcu zwątpił w powodzenie swojego własnego planu.
4. Czerwona sukienka
— Może się rozmyślili? — powiedziała Eliza do Moniki parę dni później. Słoneczna aczkolwiek zimowa aura zachęciła je do wyjścia na spacer po małym ogródku klasztornym, otoczonym z każdej strony podcieniami. Kilka drzewek, starannie przycięte bukszpany i jeszcze nieruszone spod śniegu grządki na warzywa — stanowiły tło dla czterech ławeczek oraz skromnej fontanny, która wciąż jeszcze milczała, czekając na cieplejsze dni. Cały ten niewielki ogródek ubrany był w kolorowe lampki, które w zmiennych sekwencjach migotały różnymi kolorami. Było zimno, choć pierwsze, cieplejsze promyki słońca skłaniały dziewczęta ku temu, aby ściągnęły ze swoich ramion zimowe okrycia. Nie czas było jeszcze na lekką odzież.
— Sądzę, że mój kuzyn zjawi się tutaj niebawem. Zobaczysz! — Monika podsycała nadzieje przyjaciółki. Dziewczyna już prawie zdecydowała się na podjęcie tego trudnego kroku. Kierowała się głównie względami materialnymi, bo i czym można się kierować, będąc pewną, że mąż cię nigdy nie pokocha?
— Założę się, że nie — powiedziała Eliza, stając tyłem do drzwi prowadzących do wnętrza budynku. W tej samej chwili, oddalone od niej, masywne drzwi, uchyliły się i pojawił się w nich Damian niosący pod pachą duże, prostokątne, płaskie pudło.
— Lepiej się nie zakładaj! — odparła rozbawiona blondynka. — Cześć, kuzynku! — Pomachała mu ręką.
— Dzień dobry! — Sarenka usłyszała znany jej głos. Niedowierzając swoim uszom, odwróciła się.
— Dzień dobry — odpowiedziała spokojnie, choć od wewnątrz zaczęła dygotać z przejęcia.
Damian uścisnął kuzynkę oraz przyszłą narzeczoną Alberta, po czym przeszedł do sedna.
— Przyniosłem dobre wieści! Mój przyjaciel zgodził się na spotkanie i przysyła prezent — powiedział i otworzył ogromne pudło. Znajdowała się w nim czerwona minisukienka, czarne szpilki i inne potrzebne kobiece bibeloty. Zupełnie nie w stylu grzecznej panienki z szkoły prowadzonej przez ascetyczne siostry zakonne.
— Och, obawiam się, że nie mogę tego przyjąć! — zaprotestowała Eliza. Po pierwsze wybrane przez kogoś ubrania wydawały się jej zbyt odsłonięte. Po drugie: nawet przez chwilę nie przeszło jej przez myśl, że mogłaby naciągać obcego mężczyznę na prezenty. Nawet jako jego żona zadowoliłaby się kromką chleba i wodą. Nie oczekiwała niczego prócz dachu nad głową. Miała być jedynie kamuflażem. Znała swoje miejsce w świecie — gdyby ten jej „narzeczony” nie był gejem, z pewnością poszukałby sobie bogatej kandydatki na żonę. A nie dziewuszki z bursy.
Monika odebrała prezent od kuzyna i powiedziała:
— Sarenko! Musisz to przyjąć!
— W sobotę przyjdę po was i prosiłbym, żebyś ubrała się w te rzeczy, Elizo. Pójdziemy do klubu, gdzie spotkamy się z zainteresowaną stroną — oznajmił Damian. Niezwykle trudno było mu przekonać Alberta do tego spotkania, ale udało się.
Tymczasem Eliza nie mogła wydobyć znów z siebie słowa, dlatego to Monika odparła:
— Będziemy gotowe! Myślę, że Matka Przełożona nie sprzeciwi się rodzinnemu spotkaniu — rzekła zadowolona. Już obmyśliła alibi na sobotni wieczór.
— Świetnie, w takim razie do zobaczenia! Lecę oznajmić dobre wieści! Do zobaczenia Moni i… Sarenko. — Puścił po przyjacielsku oczko do bladej dziewczyny, po czym znikł równie szybko, jak się pojawił. Zabrał z sobą niemiłe wrażenie, że z tego całego pomysłu, to jeszcze wyjdzie jakaś draka i że jemu, Damianowi Starskiemu, dostanie się za to podwójnie.
5. Bujając w obłokach
Przez dwa dni i dwie noce zastanawiała się czy powinna ubrać tak niestosowną sukienkę. A kiedy Monika uświadomiła jej, że to markowa odzież, jej niepewność jeszcze się wzmogła — sukienka nie należała do tanich. Poza tym zupełnie do niej nie pasowała. Czerwona mini nad kolano, na szerokich ramiączkach z dekoltem w szpic. Tkanina lśniła, jakby była powytykana malutkimi kryształkami. Czarne szpilki na z nośnym obcasie, czarne rajstopy i biały płaszcz dopełniały całości prezentu. Miała zamiar odesłać to wszystko, gdy tylko okaże się, że z zaręczyn nici. Czyżby jej przyszły mąż chciał przekonać się czy będzie dobrze prezentowała się w towarzystwie? Nie przepadała za hucznymi przyjęciami i miejscami publicznymi, była raczej dość skrytą osobą. Za to uwielbiała naturę, ciszę i spokój. Przecież pochodziła ze wsi, poza tym od lat była przekonana o swojej introwertycznej naturze. Zastanawiała się, jakim człowiekiem jest ten, który gustuje w mężczyznach. Domyślała się, że pewnie nie znosi towarzystwa kobiet.
Idąc przez korytarz prowadzący do głównej sali gier, dygotała od środka. Blada i osłabiona z nadmiaru emocji kroczyła ku przeznaczeniu. Jej przyjaciółka ubrana wytworną kremową sukienkę, upięła swoje kręcone blond włosy złotą spinką, a dla polotu puściła luzem kilka pasemek. Wyglądała zjawiskowo. Sarenka pomyślała, że gdyby wyglądała choć w połowie tak dobrze jak ona, może jej narzeczony gej… zakochałby się w niej? Niestety to niemożliwe — wbijała sobie do głowy na siłę. Ale serce już drżało jej na myśl, że z tym obcym mężczyzną będzie łączyła ją przysięga i że pewnego dnia z nim zamieszka, aby stać się częścią jego życia. Był dla niej nieodkrytą tajemnicą, wyobrażała sobie, że jest bardzo przystojny…
Damian, który je tutaj przyprowadził, przystanął nagle przed drzwiami do męskiego, elitarnego klubu. Na drzwiach wyraźnie było napisane: WEJŚCIE TYLKO DLA GENTELMANÓW Z KLASĄ. KOBIETOM WSTĘP WZBRONIONY, POZA PEWNYMI WYJĄTKAMI. Pod spodem były wypisane drobnym druczkiem te „wyjątki”, których był świadom młody mężczyzna. Nie wspomniał o tym jednak swoim towarzyszkom. A kiedy z drzwi wyszedł osiłek, który pilnował tutaj porządku i który grał rolę strażnika, podał mu swoją kartę wstępu.
— Pana znajomy już na pana czeka — odparł łysy osiłek ubrany w garnitur. Dziwnie łypał swoimi brązowymi oczami na Elizę i Monikę. Obydwie czuły, że są tutaj nieproszonymi gośćmi. Po ciele Sarenki przeszły dreszcze niepokoju.
— Poczekajcie tutaj. Sprawdzę, czy mój przyjaciel już jest. — Ukłonił się grzecznie, po czym wszedł do środka.
— Boisz się? — zapytała cicho Monika. Ochroniarz popatrzył na nią, a potem na swoje buty.
— Najbardziej martwię się, że nie wyglądam wystarczająco dobrze — szepnęła do jej ucha.
— No coś ty! Nawet gej by się zakochał! Wyglądasz bardzo atrakcyjnie! Uwierz mi! — zapewniała ją, choć cicho. I faktycznie Eliza Sarna wyglądała jak chodzące milion dolarów, lecz nie miała o tym zielonego pojęcia. Monika spędziła całą godzinę nad robieniem Elizie fryzury stosownej do drogiej sukni. — Tylko jeszcze się troszkę uśmiechnij!
— Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Cała się trzęsę! — Dziewczyna zrobiła kilka głębszych wdechów i wydechów.
— Dasz radę! Ostatecznie możesz mu odmówić. Ale wiesz, co wtedy będzie? — to zabrzmiało jak groźba, która zmuszała Elizę do działania.
Przed nimi otworzyły się drzwi do zakazanego dla nich miejsca. Damian zaprosił dziewczyny do środka. Przed Elizą ukazał się całkiem inny świat, niż ten który znała ze wsi i ten, w którym żyła za murami szkoły z internatem. W świetle dyskretnie przyćmionego światła zobaczyła wiele stołów, a przy nich mężczyzn w różnym wieku grających w różne gry karciane i nie tylko. Były tam automaty do gier, bilard… Siostry zakonne za wszelką cenę chciały uchronić swoje podopieczne przed szatańskim hazardem, dlatego Eliza nie miała pojęcia o zasadach tych gier, znała je tylko z przypadkowo przeczytanych artykułów w gazetach. W środku obszernego pomieszczenia panował zaduch — dominował tam zapach palonego tytoniu, alkoholu oraz męskich perfum. Gwar i szelest słów przyprawiał o zawrót głowy, a unoszący się w powietrzu dym zaczął drażnić jej nos. I do tego ta okropnie hucząca muzyka, którą dziewczyna otaczana na co dzień ciszą, zaczęła czuć w swoim wnętrzu. Wszystko drgało, buczało i mąciło jej w głowie.
— O rany, ten też tutaj jest?! — rzekła głośno z niesmakiem Monika. Musiała niemal krzyczeć, kiedy zwracała się do przyjaciółki. Nie słyszała własnych myśli.
— Kto?
— No ten… jak mu tam! Albert Broll!
Damian spojrzał na kuzynkę z przestrachem. Obawiał się antyreklamy, jaką może zrobić Monika Albertowi. Nie był jednak w stanie jej powstrzymać tak, aby nie wyjawić tożsamości narzeczonego Elizy przed czasem, więc milczał. Monika znała Alberta zapewne z opowiadań jej siostry, ale nigdy nie poznała go osobiście. Tak naprawdę niewiele kobiet go znało, chyba że z plotek powtarzanych w świecie kobiecym. Eliza nie znała Brolla, co mogło okazać się decydującą kartą przetargową. Musiał jednak dyskretnie poprosić kuzynkę, aby nie opowiadała Sarecne o Albercie, zanim ta go nie pozna. Damian nie do końca przemyślał swój idealny plan, powodzenie tego przedsięwzięcia zawisło nagle na włosku.
— A który to? — zapytała Eliza, postępując krok do przodu. Dwie kobiety w męskim klubie od razu zwróciły uwagę zebranego towarzystwa męskiego w różnym wieku. Starski pozyskał jednak odpowiednio wcześnie pozwolenie na wejście dziewczyn, były więc zapowiedziane.
— Widzisz tego zabójczo przystojnego rudzielca ubranego w czarny garnitur, stojącego przy barze?
— Tak.
— Nie daj się zmylić jego słodkim, brązowym oczkom! To kawał chama! Traktuje kobiety jak szmaty!
— A co takiego zrobił?
— Jest chamskim gburem… Kiedyś widziałam jak wpadł na ulicy na kobietę, przewrócił ją i nawet jej nie przeprosił, tylko odszedł! Poza tym znam go z jeszcze innej historii, i to związanej z moją…
— Moniko! Wejdźcie kawałek dalej — przerwał jej szybko Damian. Czuł nóż na gardle. Musiał powstrzymać kuzynkę przed wyjawieniem prawdy o Brollu. Na szczęście Damian miał więcej znajomych i Monika nie miała pojęcia, który z nich ma zostać narzeczonym Elizy. Stąpał jednak po cienkim lodzie. Nie pamiętał, czy opowiadał jej o swojej znajomości z Brollem i czy sugerował kiedyś, że są przyjaciółmi…
— Który to narzeczony Elizy? — zapytała Wolańska, idąc pod rękę z kuzynem. Sarenka uczepiła się drugiego przedramienia Starskiego. Ruszyli wszyscy troje głównym przejściem między stolikami. A później skierowali się ku barkowi, gdzie kelner przygotowywał drinki dla klientów kasyna. Przemierzając ten bezkres hazardowego świata, Sarenka zaczęła rozglądać się po sali.
— Damian, pytałam cię o coś — upomniała się Monika o odpowiedź.
— Na razie to on w ukryciu przyjrzy się jej… a później zdecyduje, czy chce z nią porozmawiać czy nie.
— Cwaniak jakiś — powiedziała Monika do przyjaciółki tuż za plecami kuzyna.
Starski jedynie zacisnął zęby.
Albert Broll został całkowicie wmurowany w podłogę. Jeszcze nigdy nie widział tak delikatnego i nieśmiałego „zjawiska ludzkiego”. Nie mogąc odkleić wzroku od Elizy, która wydała się mu uroczo niewinna i przy tym piękna, drżącymi rękoma upił kilka łyków ze swojej szklanki. Alkohol pomagał mu w chwilach najgorszego napięcia. Musiał się jednak pilnować, żeby się nie upić. Nie chciał wypaść na pijaka przed przyszłą narzeczoną.
Właśnie zbliżała się w jego kierunku. Ich oczy spotkały się na kilka sekund, lecz dziewczyna prędko je odwróciła. Wyglądała na bardzo nieśmiałą. Gdy ponownie je ku niemu uniosła, poczuł coś niekontrolowanego. Miała na sobie tę samą sukienkę, którą zamówił dla niej w ekskluzywnym butiku internetowym. Pomyślał, że może tym zachęci dziewczynę do wyjścia z „klasztornej celi”. Damian opisał mu ją jako mniszkę ubraną w „habit”. Ale widok jej odsłoniętych powyżej kolan, zgrabnych nóg, i wyciętego w szpic dekoltu, podziałał na jego męską wyobraźnię. Pod spodem miała bieliznę, damską bieliznę… Zanim zawstydził się swojego podniecenia, dostrzegł jeszcze, że ma śliczną buzię i ładnie uczesane włosy. Tylko jej krok był chwiejny, jakby nigdy nie chodziła na szpilkach. Stłumił swoje niezrozumiałe instynkty, które wydały się mu zwyczajnym napięciem wywołanym kontaktem z stresorem, i znów sięgnął po kieliszek…
Patrząc na Alberta, nie odniosła wrażenia, aby ten młody mężczyzna mógł okazać się takim chamem, jakim przedstawiła go Moni. Na jego widok odczuła lekkie napięcie w klatce piersiowej, jakby malusie wyładowanie energii kosmicznej. Był przystojny — musiała to przyznać. Ich oczy spotkały się na kilka sekund. Zawstydzona odkryciem, że chyba właśnie zakochała się po raz pierwszy w swoim życiu, przeraziła się. W następnej chwili pomyślała, że jej przyszły mąż nigdy jej nie pokocha. To byłoby straszne, gdyby zakochała się w tym człowieku — geju. Albo gdyby zakochała się w tym Albercie, a wyszła za geja. Mąciło się jej w głowie od zapachów, dźwięków, słów… Chciała stamtąd wyjść i więcej nie wracać. Nieśmiało rozglądała się po mężczyznach, którzy spoglądali to ze zdziwieniem, to znów jakoś tak, jakby podejrzewali ją o coś złego. Nawet przez chwilę nie pomyślała jednak, że mogła zostać wpisana na listę jedynych kobiet, jakie miały przyzwolenie, aby tutaj przebywać — prostytutek.
Broll, który obejrzał sobie z góry na dół, z przodu i z tyłu „zdobycz” Starskiego, zaczął powoli tracić panowanie nad swoimi emocjami. Był bardzo podniecony, a z tego pułapu już blisko było mu to lęku. A kiedy zdał sobie sprawę, że ta tajemnicza, piękna istota jest kobietą(!), poczuł, że zbliża się atak paniki. Musiał wyjść, zanim rozboli go brzuch, a serce zacznie galopować tak prędko, że zacznie słabnąć, dlatego odstawił szklankę na blat baru, przy którym stał i dawszy dyskretny sygnał Damianowi, wyszedł z lokalu.
Dla niepoznaki Damian jeszcze przez kilka minut paradował z panienkami u boku pośród stołów i rozochoconych panów, po czym oznajmił:
— Idziemy teraz do pokoju spotkań, Elizo. Mój przyjaciel dał mi znak.
— Ojej, to już? — przestraszyła się dziewczyna. Obejrzała się w kierunku baru, gdzie wcześniej stał przystojniak o brązowych oczach i rudym odcieniu włosów. Odkryła, że cudowny młodzieniec ulotnił się jak bańka mydlana. Sen się skończył. Trzeba było zejść na ziemię.
6. W potrzasku
Weszła do pogrążonego w półmroku pokoju, gdzie w staroświeckim kominku palił się ogień. Nie mogła dostrzec zbyt wielu szczegółów wnętrza ani też osoby mającej tam na nią czekać. W środku dominowało wielkie biurko, za którym stał fotel odwrócony do niej tyłem. Zamknięto za nią drzwi, a ona poczuła strach…
— Siadaj — dobiegł ją zimny głos od strony fotela.
— Dobry wieczór, proszę pana — odezwała się dźwięcznym głosikiem, który przyprawił Alberta o dreszcz — sam nie wiedział czy strachu, czy podniecenia — na myśl, że ta urocza i ponętna istota, którą dziś widział w klubie, stoi za jego plecami. Przestraszona, głośno przełknęła ślinę, po czym zajęła miejsce na krześle stojącym przed biurkiem. Oddzielały ich teraz jedynie niecałe dwa metry.
— Damian przedstawił moją propozycję… — zaczął w końcu Albert trzęsącym się głosem. Nie potrafił nad sobą zapanować. Właśnie zaczynała się walka. Pozostało mu albo uciec, albo walczyć. Wybrał walkę, w tym celu wyzwalając w sobie gniew, jeden z impulsów broniących ciało przed lękiem. — Zatem przyszedł teraz czas, abyś mnie poznała — zabrzmiał głośniej, jakby zyskał pewność siebie, lecz była to tylko ułuda, na którą dała się nabrać Sarenka. Albert wydał się jej surowy, nieprzystępny. Ale właśnie taki miał być opisany przez Damiana człowiek. — Zanim to jednak nastąpi, pod przysięgą, że nie zdradzisz mojej tajemnicy… — zakaszlał, czując, jak coś dławi go w gardle — …obiecaj, że nic co teraz usłyszysz, nie dojdzie do uszu osób trzecich, a już bynajmniej nie moja tożsamość. Oczywiście do dnia ślubu.
— Dobrze, proszę pana — usłyszał stanowczy, choć cichy głosik. — Przysięgam, że nie złamię słowa, ani nie zdradzę pańskiej tożsamości osobom trzecim do czasu ślubu.
— Świetnie — odezwał się drżącym głosem. Znów przestawał panować nad strachem. Czuł, jak zalewa go fala adrenaliny, nad którą nie miał żadnej władzy. Musiał przyspieszyć to wszystko, więc od razu przeszedł do sedna: — Masz przed sobą spis moich zakazów i nakazów. Proszę to dokładnie przeanalizować i podpisać, kiedy już zdecydujesz się na poślubienie mnie. Damian dostarczy mi przesyłkę.
Na blacie, tuż przed nią spoczywała biała kartka papieru. Gdy przyjrzała się jej z bliska, odkryła zapisaną na niej tajemniczą listę. Nie mogąc zdobyć się na odwagę, aby poznać treść dokumentu w miejscu tak mrocznym jak to, ujęła papier w dłonie i zgrabnie zwinęła go w rulon.
— Dobrze. Zabiorę to ze sobą i podpiszę po analizie.
— Możesz odejść! — warknął nieprzyjemnie. To wszystko trwało nazbyt długo! Był w potrzasku! Ona siedziała za jego plecami, była kobietą, była jedną z tych podłych istot, których szczerze nienawidził. Sam na sam w klatce z lwem!
— Dobrej nocy, proszę pana — powiedziała cichutko. Miała zamiar odejść, ale… Coś jednak nie dawało jej spokoju. Chciała nadać tej relacji jakiś bardziej przyjazny charakter, aby ujarzmić strach, który zaczynał w niej narastać. Powoli wiązała swoje życie z obcym mężczyzną, który wydawał się jej nieprzyjemny. Bała się, że on jako jej jedyny ratunek, okaże się złym człowiekiem. Pragnęła nastawić go do siebie pozytywnie, pokazać jaka jest bezbronna i uległa. Nie było w tym ani cienia gry. Eliza naprawdę taka była, dlatego odważyła się jeszcze dodać: — Ale do mnie nie musi pan mówić per „pani”. Jestem Eliza. Pewnie wie pan, że wychowałam się w szkole u sióstr zakonnych. Nie trzeba mi wiele. Nie mam żadnych wymogów. Zarobię na siebie. I chciałabym oddać tę sukienkę. Mam nadzieję, że choć trochę mnie pan polubi, gdy mnie pozna…
Słyszał jej delikatny, kruchy głosik, którym głosiła prawdę o sobie. Początkowo może dał się nabrać, ale kiedy uświadomił sobie istnienie lęku, istoty, która władała jego wolą i życiem, zrozumiał, że nie zdoła go pokonać. To było silniejsze od niego. Nie zdążył jej więc odpowiedzieć tym samym: przyjaźnią. Nawet nie miał zamiaru — przecież była kobietą, jego wrogiem numer jeden. Lęk dopadł go jak dzika bestia. Ciężko przełknął ślinę, jakby połykał ostry kamień. Zaschło mu w ustach. W następnej chwili serce waliło mu jak młotem. Wstał prędko, pod wpływem poczucia przymusu ucieczki. Odwrócił się w kierunku drzwi, aby ocenić szansę na wydostanie się z potrzasku, w który dał się złapać Starskiemu.
W tej samej chwili dziewczyna zorientowała się, że jej potencjalny narzeczony to ów Albert Broll, który tak jej się spodobał w klubie. To było podwójne rozczarowanie! Wstała z krzesła i postąpiła krok do tyłu. Ich oczy spotkały się. Obydwoje przerażeni swoim odkryciem, znieruchomieli. Albert wsparł się mocno na blacie biurka i spojrzał na nią z agresją w oczach. Chciał, żeby się go przestraszyła i żeby nie zobaczyła tego, że to on umiera ze strachu przed nią. Ale widząc to niewinne stworzenie, zmiękł.
— Jesteś zaskoczona, Elizo? — wycedził przez gardło, trzęsąc się z emocji. Błądził na pograniczu gniewu i lęku, które wzajemnie przenikały się i robiły bałagan w jego ciele.
— Tak, proszę pana — przyznała cichutko. Stanęła za krzesłem i nieśmiało zerknęła na tego wysokiego i zgrabnie zbudowanego mężczyznę. Ale strata. Jest taki piękny i jest gejem. — pomyślała. Spuściła wzrok i nie śmiała już na niego spojrzeć.
— Wszystkie sprawy będę załatwiał z tobą za pośrednictwem Damiana Starskiego — rzucił sucho. — A teraz wyjdź! — rozkazał jej, odzyskawszy animusz. Wyglądało na to, że dziewczyna czegoś się boi.
— Dobrze. Dobrej nocy, proszę pana. — Dygnęła po staroświecku, po czym odwróciła się na pięcie, aby opuścić to dziwne miejsce i tego tajemniczego mężczyznę.
— Poczekaj! — warknął na nią: a przynajmniej tak jej się zdawało. — Poproś tutaj Damiana…
Tym razem zabrzmiał jej dość żałośnie, jakby coś go zabolało. Odwróciła się i zobaczyła krople potu ściekające po jego skroniach.
— Mogę jakoś pomóc? Źle się pan czuje? — Zbliżyła się odrobinę w jego stronę. Ale on odsunął się gwałtownie, uderzając o stolik z alkoholami, znajdujący się tuż za jego plecami. Narobił tylko huku, a jedna butelka spadła i rozbiła się z trzaskiem. Eliza przestraszyła się.
— Idź już! Potrzebuję Damiana! — wycedził przez zaciśnięte zęby i ukucnął, aby pozbierać szkło.
Odwróciła się i pospiesznie opuściła pomieszczenie.
Albert zrozumiał, że właśnie się wygłupił. Wstyd był zawsze następstwem tego, że podczas napadu paniki nie panował nad swoim zachowaniem. Dał sobie spokój ze zbieraniem ostrych kawałków szkła. Wstał, padł na fotel, ciężko dysząc, a później rozpiął koszulę. Czuł, że zaraz się udusi, więc dodatkowo otworzył okno. Poczuł się upokorzony tym, że osobnik płci wrogiej widział go w takim stanie. Był pewien, że Eliza odkryła jego największą tajemnicę: że panicznie boi się kobiet.
Eliza przekazała wiadomość kuzynowi Moniki. Damian oddalił się, a ona i Moni pozostały same.
— Dziwne, ale odniosłam wrażenie, że ten mężczyzna boi się mnie bardziej niż ja jego — powiedziała do przyjaciółki, stojąc u jej boku na korytarzu. Wciąż nie mogła wyjść z podziwu nad pięknem mężczyzny, który przypadł jej do gustu już w pierwszej chwili, gdy go ujrzała. Był wysoki, smukły i ładny, niczym leśny elf. Dobrze wiedziała, że nie mogłaby się mu spodobać, nawet gdyby była najpiękniejszą kobietą na świecie.
— Hmm, może dlatego jest gejem? Ale powiedz, kto to taki! — Monika nie mogła wytrzymać z ciekawości. Wiedząc, że Walicka dochowa każdej powierzonej jej tajemnicy, powiedziała z mieszanymi uczuciami:
— To ten Albert Broll, którego spotkałyśmy w klubie.
Zniesmaczona dziewczyna skrzywiła się, lecz nie rzekła ani słowa. Dobrze wiedziała, kim jest ten człowiek i na co go stać. W duchu zaczęła rozważać przekonanie Sarenki do tego, aby nie popełniała tego strasznego w skutkach błędu. Ślub z nim mógł ją kosztować o wiele więcej, niż obydwie na początku sądziły. Poczuła złość na swojego kuzyna, że narażał biedną, skromną i wrażliwą panienkę na życie z takim gburem. A gdy Eliza pokazała jej kartkę z kodeksem nakazów i zakazów, była już pewna tego, że ślub nie dojdzie do skutku.
7. Matka
W tej samej chwili obsługiwany przez Damiana Albert, sączył alkohol ze szklanki, trzymając ją rozdygotanymi dłońmi. Mimo że oddychał rześkim, zimowym powietrzem, które dochodziło do niego przez uchylone okno, nadal czuł duszności. Damian wachlował go jakąś starą gazetą.
— Lepiej?
— Jeszcze chwilę… zaraz… mi przejdzie — mówił i łapał oddech niczym po maratonie.
Aby odciągnąć uwagę przyjaciela od ataku paniki, Damian zmienił temat.
— Jakie wrażenia z… no wiesz?
— Nie wiem… — Albertowi tak ciężko było dojść do ładu z uczuciami, które ożywiła w nim Eliza, że czuł się mocno skołowany. — Jest jakaś inna, dziwna. Sam nie wiem…
— To znaczy?
— Nie jest taka, jak wszystkie.
— Berti! To mi wygląda na zakochanie! — zaśmiał się Damian.
— Co ty mówisz?! Nie bądź śmieszny! — oburzył się Albert. Wstrząśnięty tym nagłym odkryciem, z całą nienawiścią natychmiast odrzucił wszelkie ciepłe uczucia, które pojawiły się w jego świadomości w stosunku do tej niewinnej istoty, która od samego początku wabiła go swoim naturalnym, nieświadomym urokiem. — Dobrze wiesz, że nie cierpię kobiet! — dorzucił, aby wzniecić w sobie nienawiść.
— Albert… Ty się ich po prostu boisz. Ale nie sądzę, żeby Sarenka ci nie przypadła do gustu. — Mrugnął do niego prawym okiem, po czym uśmiechnął się zadziornie.
— Będzie dobrą przykrywką, ale niczym więcej. Zapewniam cię! — zaczął złościć się na samego siebie.
— A ja cię zapewniam, że się zakochałeś! — Zarechotał Damian.
— Zamilknij, bo jeszcze cię usłyszy!!!
Damian podniósł ręce do góry w akcie kapitulacja. Albert po prostu nie potrafił przyznać się do własnych uczuć.
— Dobra, stary — klepnął dłońmi w swoje uda i wstał z krzesła stojącego naprzeciwko przyjaciela, po czym dodał z powagą i zrozumieniem: — Idę je odprowadzić, a ty już się uspokój… No weź daj spokój — rzekł, gdy Broll złapał się za głowę. — Ona cię na pewno nie skatuje tak jak twoja świętej pamięci mamuśka… Muchy by nie skrzywdziła — dodał z pogodną nutą i spojrzał współczująco w umęczone oblicze swojego przyjaciela. Wyglądał, jakby przeżył coś bardzo ciężkiego. I Damian wiedział co. On nadal przeżywał to, co działo się w przeszłości. Nadal nie był od tego wolny. I choć Starski bardzo chciał pomóc przyjacielowi, nie potrafił. Skoro nie potrafili tego najlepsi psycholodzy w kraju, to jakimże cudem miałby to zrobić on? Zwyczajny sprzedawca nieruchomości?
Na sam dźwięk słowa „matka” Albert zastygł w bezruchu, a jego ciało przeszył dreszcz bólu. Poczuł, jakby na nowo zaczęły otwierać się w nim jego stare blizny. Pamiętał wszystko, tak jakby to było wczoraj. Uwięziony w pułapce przeszłości, żył od zawsze w tym wewnętrznym piekle, które nie chciało się skończyć.
— One wszystkie są jak ciche wody… — powtarzał te same frazesy, co zwykle, aby poczuć się bezpiecznym w swojej ciasnej, psychicznej klitce, w której się zamknął. — Nie wierzę w takie cuda natury, które są ciche, łagodne, piękne i uczciwe zarazem.
— To uważaj, bo się zdziwisz. Eliza jest nie tylko śliczna, ale ma dobre serce. Przecież sam widziałeś, że z tej dziewczyny emanuje coś niezwykłego! — przekonywał go Starski.
Albert zmierzył przyjaciela srogim spojrzeniem.
— Takie „laski” nie istnieją! — warknął. — To tylko bajka dla naiwnych marzycieli. Każda z nich ma tę samą naturę.
— Berti, Eliza Sarna jest tym „zjawiskiem ludzkim”, którego tak szukałeś — zapewnił go stanowczo.
Tym razem Albert spuścił głowę. Przez jeden tylko momencik w jego głowie zamajaczyła nadzieja, a serce drgnęło znacząco, aby zaraz potem znów zamienić się w skałę.
— Nie zapominaj tylko, że dla niej jesteś gejem — dodał Starski. Był pewien, że przekonał Alberta do tego, że Eliza jest dobra.
— Wiem. I tak jest bezpiecznie.
— No tak… — Starski wzruszył ramionami. Jego słowa znów poszły na marne. Wstał i ruszył w kierunku drzwi, mrucząc pod nosem: — Ale jak się nie da drzwiami, to trzeba spróbować oknem.
— Co ty tam mamroczesz?
— Cześć, Albert! — zerknął na niego od drzwi. Biedny facet. Nie da się go już uratować. Jest stracony.
— Cześć! — odparł Broll i znów powrócił do swoich wewnętrznych rozterek, które za każdym razem prowadziły go na samo dno rozpaczy. Przystojny, młody, inteligentny i… opętany lękiem. Taki właśnie był. I nie mógł nic na to poradzić.
Odniósł dziwne wrażenie, jakby już kiedyś widział gdzieś tę kobietę… Ba! Dziewczynkę niemal! Eliza nawet nie skończyła osiemnastu lat. Przy jego dwudziestu sześciu latach to była raczej duża różnica wieku. Faktycznie była jeszcze niezaznajomiona ze światem towarzyskim, ale nie zależało mu na tym — wszak sam był introwertykiem stroniącym od lokali publicznych. Nie mógł jednak przecież spotkać się z nią w swoim domu, więc zwabił ją to klubu męskiego, gdzie wstęp miały jedynie prostytutki! Albert zapamiętał jeszcze, że gdy dziewczyna weszła do klubu, zdawała się być oszołomiona i zaskoczona. Zdecydowanie to nie był jej świat. Może więc jednak była cicha i spokojna, a nawet wrażliwa i introwertyczna?
Na samo wspomnienie ich pierwszego spojrzenia, znów poczuł nieznany mu jak dotąd dreszcz, przeszywający całe jego ciało. Ze strachem odkrył, że podniecało go samo wspomnienie tej istoty. To jak się poruszała, jak wyglądała, jej oczy, usta, ponętne kształty. Nawet moje ciało mnie zdradza! — oburzył się w swoich myślach. — Trzeba to zabić w zalążku, póki jeszcze jest na to szansa! Wpadł wtedy na pomysł, aby przetestować jeszcze kilka innych dziewcząt. Może któraś nadawałaby się bardziej? Ta budziła w nim zastygłe instynkty, które jakimś cudem udało się mu uśpić w ciągu wielu miesięcy abstynencji seksualnej. Bał się bliskości z kobietami — ta myśl zawsze sprawiała, że czuł się upokorzony — jak półmężczyzna, albo nie-mężczyzna. A to wszystko przez to, co działo się z nim wtedy, w dzieciństwie…
Matka zniknęła pięć lat temu — dla niego była umarłą. Jego dwie siostry rozjechały się po świecie. Wszystkie trzy — cała trójca wyzwalała w nim falę odrazy. Może gdyby ojciec pilnował biznesu na miejscu i nie włóczył się po dalekich krajach wraz ze swoją orkiestrą, zamiast siedzieć z żoną i dziećmi w domu, wszystko ułożyłoby się inaczej? Teraz nie miało to dla niego żadnego znaczenia… Wszystkie blizny i rany wrosły w jego serce, umysł i ciało nieodwołalnie i permanentnie.
— Kim jesteś, Elizo? — powiedział do siebie, po czym wypił łyk wody ognistej. Doszedł do siebie tylko dzięki temu, że wynajął ten ciemny, ciasny pokój i mógł w nim pozostać sam. Damian już sobie poszedł. Pomógł mu w kryzysie i odszedł. Albert zawsze był sam, czuł się samotny, opuszczony, niczym wygnaniec. Wciąż na pograniczu obłędu i upiornie trzeźwej rzeczywistości. Samodzielnie musiał stawać czoła wspomnieniom i życiu. Zamknięty w willi na wzgórzu, codziennie spoglądał z góry na miasto pełne kobiet, jego „wrogów naturalnych” — jak zwykł nazywać swój lęk. To było silniejsze od niego, a mimo to nie potrafił opędzić się od myśli, że gdyby Eliza zamieszkała z nim, nie byłby taki samotny. Ona byłaby gdzieś w innym pokoju, ale w tym samym domu. Albert miał służbę, nie wychodził z domu. Ale służący to coś całkiem innego niż… żona.
— Albert, nawet jeśli się zwiążecie, ona nigdy nie będzie twoją prawdziwą żoną i nikim bliskim dla ciebie! — przykazywał sobie na przyszłość. Sprawę stawiał jasno i miał zamiar trzymać się zasad, które sobie nałożył, jej i sobie. — Poza tym zobaczymy, może znajdzie się inna kandydatka. Lepsza od tej! — fuknął dumnie i znów założył na swoje serce pancerz ochronny. Zimny, twardy, nieprzystępny — taki chciał być, albo choć za takiego uchodzić. A nie za słabego, lękliwego wrażliwca.
8. Kodeks
Albert Broll szukał dalej. Damian nie mógł już wytrzymać z kapryszącym przyjacielem. Mieli za sobą trzy kolejne spotkania, również zakończone atakiem fobii u Alberta. Starski miał już dosyć ratowania przyjaciela za każdym razem, gdy ten znów powracał do swojej traumy sprzed lat. Miał ochotę spakować go i wysłać na bezludną wyspę. Chętnie przysyłałby mu paczki z jedzeniem, byleby tylko był szczęśliwy w swojej samotni. Ale parę razy przyjaciel niechcący wygadał się, że czuje się samotny. Damian przecież miał swoje życie, nie mógł zamieszkać z Brollem i zostać z nim do końca swoich dni. Żywił natomiast nadzieję, że pewnego dnia popęd seksualny Alberta weźmie górę nad strachem i wszystko samo się ułoży. Raz nawet namawiał go na wizytę w domu publicznym, ale Albert nie dał się przekonać.
— To co? Sarenka, tak? — zapytał go, gdy zjawił się u niego w niedzielę na obiedzie. Musieli sobie w końcu raz na zawsze coś ustalić: co dalej robić. Czas leciał, a on nadal nie miał narzeczonej.
Minęły już dwa tygodnie od chwili, gdy Albert po raz pierwszy zobaczył Elizę Sarnę. Od tamtej chwili nie zmieniło się nic. Nadal miał fobię i nadal myślał o niej, jak o niezwykłej osobie, która nie dawała mu spać, narzucając się swoim obrazem i głosem, który śnił mu się po nocach. Miał nawet z nią sny erotyczne!
— Berti, powiedz coś! — Damian wybudził Alberta z zamyślenia.
Panna Eliza Sarna idealnie spełniała wszelkie wymagania jako przyszła żona. Jako jedyna nie miała żadnych zastrzeżeń majątkowych i przyjęła bezwarunkowo wszystkie wymagania, jakie zamieścił Broll w swoim kodeksie nakazów i zakazów. Wszystko wskazywało na to, że to ona będzie panią Broll. Przykrywką dla niejasności w sprawach seksualnych Alberta.
— Nie wiem — bąknął i zamknął się w sobie.
— Wiesz co?! — Przejedzony obiadem Damian wstał i rzucił na stół serwetkę. — To ty się dowiedz, o co ci chodzi i potem daj mi znać, ok?! Ale pamiętaj, że lada dzień twój tatko znów może upomnieć się o… „wnuki”! — rzekł podenerwowany i wyszedł, pozostawiając przyjaciela samego. Idąc korytarzem w stronę schodów, burknął jeszcze: — Jak ja się nie wykończę przy tym facecie, to będzie cud… albo zostanę świętym męczennikiem!
I poszedł sobie Damian. Albert znów został sam. Jeszcze przez moment szukał w swojej głowie odpowiedzi, walcząc z lękiem i uprzedzeniami.
— Tak, ona będzie najwłaściwsza. Ta i żadna inna — podjął decyzję.
Minęły dwa tygodnie od jej ostatniego spotkania z tym dziwnym i urzekającym mężczyzną. Dziś podpisała w końcu kartkę, którą codziennie czytała po kilkanaście razy. Od ciągłego składania i rozkładania papier w kilku miejscach nosił tłuste ślady palców, które wciąż coś robiły, aby nie być bezużytecznymi.
— Dziecko, jesteś tego pewna? — zapytała ją siostra Edwina, czterdziestopięcioletnia, sympatyczna kobieta, która była dla Elizy jak zastępcza matka.
— Siostro, czytałam to raz za razem, kilkanaście razy na dzień, przez ostatnie dwa tygodnie. Przeanalizowałam każdy podpunkt krok po kroku. Da się przeżyć. Pod warunkiem, że ten pan pozwoli mi korzystać z łazienki w domu. — Westchnąwszy, poprawiła się na krześle. Znajdowały się w pokoju przeznaczonym do modlitwy, gdzie należało zachować absolutną ciszę. Były tam same, więc mogły sobie pozwolić na głośniejszą rozmowę.
— Pan? To ty nie mówisz do niego per ty? — dopytywała ją zakonnica.
— Nie znamy się… to… będzie tylko układ formalny — wyjaśniła i przeszył ją chłodny dreszcz. To, jak przyjął ją w tamtym gabinecie, przerażało ją coraz bardziej. Albert Broll był przystojny ale niemiłosiernie zimny i oschły. Jakie życie czekało ją przy nim?
— Dziecko, co to za potwór, że kazał ci podpisywać jakieś kodeksy! To wygląda jakoś tak… nienaturalnie. Elizo, kochanie, czy jesteś pewna, że nie wolisz zostać w zakonie? — miała nadzieję, że jej podopieczna wybierze bezpieczniejszą dla siebie drogę. W głowie Edwina roiła rozmaite tragiczne scenariusze dotyczące życia Elizy.
— Nie chcę. Niech mi siostra wybaczy, ale to było życzenie mojego ojca, a nie moje.
— Skoro tak, to wyjdź za tego człowieka. — Wzruszyła ramionami bezradnie. Może właśnie tego chciał Bóg dla tej dziewczyny?
— Muszę, chyba nie mam innego wyjścia. — Spojrzała jeszcze raz na dość już sfatygowaną kartkę.
— Szkoda, że nie możesz mi tego przeczytać — Edwina wskazała kodeks Brolla. — Ale skoro przysięgałaś, to nawet cię nie namawiam do złamania przysięgi. Ufam w twój zdrowy rozsądek, Elizo. — Uśmiechnęła się, aby dodać jej otuchy. Jej i samej sobie. Postanowiła mieć się na baczności i co pewien czas, jeśli trzeba będzie, odwiedzać Sarenkę w jej nowym domu.
— Nie mam niczego oprócz rozsądku — powiedziała smutno siedemnastolatka. Cały czas przypominała sobie o tym, że Albert jest gejem i z przerażeniem odkrywała, że jego wspomnienie wzbudza w niej więcej niż ciepłe uczucia.
***
Eliza stała przed lustrem w salonie z sukniami ślubnymi i patrzyła na znajomą osobę, która spoglądała na nią smętnym wzrokiem. Właśnie uświadamiała sobie, że ta dama przed nią to jej własne odbicie. Była po prostu piękna, ale i smutna taże. Nie zauważyła, kiedy z dziecka przekształciła się w małą kobietkę. Nie była już tą samą dziewczynką, która trzy lata temu przestąpiła próg bursy szkolnej. Zmieniła się jej twarz, miała kobiece kształty. Ale w środku nadal była taka sama — dobra, łagodna, wrażliwa. Suknia ślubna, którą miała na sobie, była dość skromna jak na tak ekskluzywny butik. Eliza zażyczyła sobie jak najskromniejszej kreacji, ku niezadowoleniu Moniki, która doradzała jej bardziej strojne modele.
— Wyglądasz jak Bolesna Madonna — powiedziała niezadowolona ze smutnej miny przyszłej pani Broll.
— Przecież wiesz, że w kodeksie był podpunkt dotyczący moich wydatków, prawda? Wspominałam ci o tym. Mam ograniczać się do minimum.
— No tak, ten narcystyczny cham zabezpieczył się po same zęby przed nadmiernym ubytkiem jego mamony. Sknera! Przecież to bogacz i posiada tyle zielonych, ile dusza zapragnie. Pewnie obdzieliłby tym pół miasta! I jeszcze by mu zostało!
— Moni, ciszej — wyszeptała do niej. Jakieś paniusie przyglądały się im bacznie i podsłuchiwały ich rozmowę.
— A niech wiedzą, że Albert Broll skąpi narzeczonej na suknię ślubną — oburzyła się. Chwilkę później zatkała swoje niewyparzone usta dłońmi. Zachichotała, rozbawiona sytuacją. — Już będę cicho, Sarenko — odparła pokornie.
Eliza wybaczyła przyjaciółce, mając nadzieję, że żadna z klientek tego butiku nie wie, kim jest Broll.
Narzeczona Alberta zakupiła najskromniejszą suknię, jaką znalazła w salonie. Ekspedientka pomogła dobrać jej stosowne dodatki: bieliznę, rajstopy, buty, welon… Przyjaciółka pomogła jej zanieść to wszystko do internatu. Sarenka miała już wszystko, co potrzebne jej było do zaślubin. Przynajmniej od strony formalnej. Nie wspomniała jednak siostrom zakonnym, że ślub nie odbędzie się w kościele. Jej małżeństwa nie uświęci błogosławiony przez Boga węzeł małżeński. Jej związek nie wynikał z miłości, był czystą transakcją finansową. To właśnie nad tym najbardziej bolała Eliza. Niekochana na zawsze. Czy przyszłość miała przynieść jej odmianę losu w postaci miłości, lecz nie tej małżeńskiej? To miał pokazać czas…
Było sobotnie po południe. Niektóre dziewczęta wyszły do ogródka, aby zaczerpnąć świeżego powietrza i rozprostować kości. Wiele panienek pojechało na weekend do domu rodzinnego. W bursie pozostało kilkanaście dziewcząt. W tym Eliza, która nigdy nie jechała do domu na sobotę i niedzielę, oraz Monika, która postanowiła dotrzymać przyjaciółce towarzystwa. Miała zamiar przekonać ją, aby dziewczyna jeszcze raz zastanowiła się nad ślubem z Brollem.
— Po ślubie masz zamieszkać w zakonie do końca półrocza? — zapytała Wolańska, gimnastykując się w ciepłym dresie na świeżym powietrzu. Eliza siedziała na ławce, zapakowana w kurtkę i czapkę, i po raz kolejny czytała Kodeks Brolla.
— Tak. Matka przełożona się zgodziła. Po zakończeniu roku mam się wprowadzić do…
— Tego narcystycznego chama! — dokończyła za nią Monika, z dozą nieskrywanej niechęci.
— Dlaczego go tak nie znosisz?
— Kiedyś odmówił mi tańca… — mówiła i machała rękami — podobał mi się, przyznaję. To było na balu noworocznym w restauracji Norweska, jakieś dwa lata temu. Byłam z rodzicami, on chyba z ojcem. Grali Białego Misia. Panny miały jedyną okazję, aby wybrać sobie faceta do tańca. Wiesz, co mi powiedział?
— Co?
— „Nie tańczę z nieletnimi.” — naśladowała jego głos i pogardliwy gest, który wtedy wykonał. — Tak powiedział i zwiał!
— Aha, a coś jeszcze złego zrobił?
— Ogólnie jest chamski. Nie szanuje kobiet. Mierzy wzrokiem, jakby z obrzydzeniem! Ale teraz wiem, że to przez jego nienaturalne zapędy w kierunku swojej płci.
— Ciiicho! — uciszyła ją natychmiast. — Ktoś może usłyszeć, a ja obiecałam, że to nie wyjdzie na jaw.
— Przepraszam — rzekła skruszona. — Ostatecznie to twój narzeczony i nie chcę, żeby dostało ci się z powodu jego problemów. Będę milczała jak grób! — Skrzyżowała ręce jak te mumie w sarkofagach na rycinach, które oglądały czasem na lekcjach z historii sztuki.
— Dziękuję — odparła szeptem i uśmiechnęła się do przyjaciółki. Monika zawsze stała po jej stronie, nigdy nie zdradziła żadnej z jej tajemnic. Kiedy pobiegła truchtem przed siebie, aby zrobić kilka kółek po krużgankach dookoła, Eliza znów rozłożyła Kodeks i zaczęła się mu przyglądać. Zaczęła czytać…
„KODEKS NAKAZÓW I ZAKAZÓW”
— Bezwzględny zakaz zbliżania się na odległość 2 metrów pod groźbą szlabanu na jedzenie i wyjścia na miasto.
— Zakaz kokietowania i kuszenia do współżycia. To i tak nie zadziała!
— Możliwość przebywania jedynie w następujących pomieszczeniach: salon, kuchnia, wydzielona przestrzeń w sypialni małżeńskiej.
— Nakaz spożywania posiłku w salonie.
— Zakaz wstępu na obiekt stajni i wybiegu dla koni oraz zakaz zbliżania się do koni.
— Spacery możliwe jedynie w obrębie poza obiektem — zakaz wstępu do ogrodu.
— Zakaz przyjmowania osobników płci żeńskiej w willi i w obrębie posiadłości.
— Zakaz wieszania obrazów, stawiania kwiatów i innych roślin na terenie willi. Zakaz wieszania zasłon i firan do okien, stawiania dekoracyjnych elementów (figurek, serwetek, wazoników) na szafkach. Zakaz kładzenia dywanów na podłogę, makat na ścianę, poduszek na fotele itp.
— Zakaz grania na instrumencie znajdującym się w salonie.
— Zakaz kupowania porcelany. Zakaz picia z filiżanek (chyba, że sytuacja tego wymaga).
— Bezwzględny zakaz odzywania się bez pozwolenia. Nakaz zachowania ciszy: żadnego śpiewania, krzyków, śmiechów!
— Sypialnia: zakaz przekraczania linii dzielącej pokój na pół. Zakaz kładzenia się na drugiej połowie łóżka.
— Wyjścia możliwe po wcześniejszym zameldowaniu kamerdynerowi.
— Wszelkie wydatki muszą być solidnie uzasadnione — zakaz kupowania zbędnych przedmiotów.
Zastanawiała się, czy będzie jej wolno chodzić po podłodze. I czy będzie musiała nosić męskie ubrania zamiast swoich sukienek.
— Eli? Jesteś pewna tego, że chcesz spędzić resztę życia z takim gburem? — zapytała Monika, która co pewien czas systematycznie nakłaniała przyjaciółkę do potargania Kodeksu, który już podpisała. Wciąż jeszcze miała szansę nakłonić ją, aby się wycofała.
— Tak — odparła stanowczo.
— Zniszcz ten cyrograf, zanim on zniszczy ciebie.
— Już postanowiłam.
— Dlaczego?! — uniosła się gniewem. To wszystko było takie niesprawiedliwe! Chciała, aby jej przyjaciółkę spotkał znacznie lepszy los. Tymczasem na jej drodze stanął ten zły człowiek, a ona leciała w jego kierunku niczym ćma do ognia.
Sarenka przypomniała sobie wyraz oczu Brolla. Najpierw zachwyt w kasynie, później agresja w pokoju spotkań, która w efekcie została przypieczętowana przerażeniem. Nie rozumiała tego, ale coś ją ku niemu przyciągało. Wiedziała, że człowiek ten ukrywał głęboko w swoim sercu wielką tajemnicę. Pragnęła ją odkryć.
— Po prostu… — zaczęła mówić, lecz nie umiała skończyć. Wtedy Monikę olśniło:
— Zakochałaś się w nim.
Sarenka spuściła wzrok.
— Nie! Dziewczyno! W takim razie tym bardziej nie powinnaś tego robić! — oburzyła się Monika. Wyszarpnęła z rąk Elizy kartkę, po czym podarła Kodeks na cztery części.
— Co robisz?! — krzyknęła Eli, zbierając z ziemi kawałki Kodeksu Brolla.
— To co już dawno trzeba było zrobić! — Podparła sobie boki, gotowa w każdej chwili bronić przyjaciółki przed jej brakiem rozsądku.
Zapanowała między nimi pełna napięcia cisza. Aż w końcu przerwała ją Sarenka:
— Moniko, ja już podjęłam decyzję.
— To cię zgubi! On cię nigdy nie pokocha!
Sarenka spuściła wzrok. Wiedziała, że Wolańska miała rację.
— Być może nigdy nie będę mogła liczyć na jego wzajemność, ale przynajmniej nie będę musiała mieszkać do końca życia w klasztorze — uzasadniła swoją decyzję. Jeśli miała wybierać: wstąpienie do zakonu na wieki, czy ślub z obcym mężczyzną i szansa w przyszłości na nikły cień szczęścia, wolała to drugie. Może kiedyś, gdzieś, za jakiś czas i ją spotka miłość jej życia.
9. Pierścionek i miotła
— Przyniosłem ci coś, Elizo — powiedział Damian i podał dziewczynie małe pudełeczko. Siedzieli w obszernym pomieszczeniu, pokoju wspólnym dziewcząt. Byli sam na sam, pod bacznym okiem zakonnicy, która podlewała kwiaty na parapecie. Musieli więc mówić bardzo cicho. Siedzieli obok siebie na krzesłach i rozmawiali.
— Dziękuję — szepnęła Eliza.
— Ale zanim otworzysz, pokaż mi podpisany papier.
— Proszę. — Podała mu kserówkę podpisanego „cyrografu” ograniczającego jej wolność.
— A co się stało z tamtym?
— Pewna osoba potargała go… — nie wspomniała, kto to zrobił, aby nie robić niepotrzebnej afery. — Musiałam skleić go taśmą klejącą i zrobić ksero.
— Ach, rozumiem. — Od razu domyślił się, że Monika Wolańska próbowała przekonać swoją przyjaciółkę do odmowy. Nikomu poza panną Sarną nie wolno było przeczytać tego spisu, ale mocno korciło go, aby to uczynić. Monika z pewnością już go czytała, gdyż przyjaźniła się z Elizą. Damian koniecznie chciał się dowiedzieć, dlaczego jego kuzynka podarła Kodeks Brolla na cztery części. Musiało być w nim coś złego. Dziś miał jedyną szansę na to, aby poznać treść dokumentu. Postanowił, że zrobi to, jak tylko wyjdzie na ulicę.
— Jesteś pewna, że tego chcesz? — zapytał dla pewności i przyjrzał się z bliska profilowi dziewczyny. Była ładna, lecz bardzo poważna. Widzieli się parę razy i ani razu nie widział uśmiechu na jej ślicznych usteczkach.
— Tak. — Skinęła głową, po czym otworzyła pudełeczko. Przez chwilę milczała, a potem rzekła: — Całkiem duży ten… rubin?
— Tak, to rubin. Masz go nosić. To chyba kolejny z nakazów Alberta. — Wzruszył ramionami. — Przepraszam cię za niego. Mógł się pofatygować, żeby sam dać ci ten pierścionek. Taki już jest.
— To nie twoja wina — odparła wyrozumiale, a na jej ustach zamajaczył nikły uśmiech. Lubiła kuzyna Moniki. Był sympatyczny, nie to co jego przyjaciel.
Stało się. Zaręczyła się z Albertem Brollem. Jak tylko pożegnała się z Damianem, zaszyła się na chwilę w sypialni, gdzie o tej porze mogła zostać sama. Położyła się na swoim łóżku i westchnęła ciężko. Wciąż miała nadzieję na to, że Bóg wysłucha jej próśb odnośnie znalezienia dobrego męża. Może spotkanie z Brollem miało ją do niego doprowadzić? W duchu poprosiła Boga po raz kolejny o miłość. Później zaczęła na nowo przypominać sobie treść Kodeksu. Czy będę musiała załatwiać się na zewnątrz? Na wsi mieliśmy chociaż wychodek…
***
— Stary! Chyba zwariowałeś już do reszty! — wściekał się Damian na swojego przyjaciela. Siedzieli razem w salonie Alberta i popijali herbatę na sofie. — Chyba pozwolisz jej skorzystać z łazienki!?
— Nie wiem… — upił łyczek herbaty. — Myślałem o przenośnym wychodku na zewnątrz i misce do mycia. Nie zniosę myśli, że jakaś obca baba siada na mój „tron”, albo korzysta z mojego prysznica. A na górę nie ma wstępu, absolutnie!
Damian parsknął śmiechem. Ale wyglądało na to, że Albert mówił całkiem poważnie.
— Ja rozumiem jeszcze zakaz sprowadzania „osobników płci żeńskiej”, ale zakaz odzywania się bez pozwolenia?! Człowieku! Czy ona będzie mogła oddychać w twoim towarzystwie? Czy będzie musiała wstrzymywać oddech?!
— Bez przesady! — zezłościł się mężczyzna.
— No, właśnie Berti! Bez przesady! To jest żywa istota, która ma swoje potrzeby. Chyba liczysz się z tym, że będzie chciała coś robić, działać! Pozwolisz jej chyba na typowo babskie zajęcia?
— Nie pomyślałem o tym… — zamyślił się.
— No, to przygotuj się na to, że ona nie będzie stała w kącie jak mebel czy miotła! — Damian oznajmił mu najbardziej istotny fakt, jaki pominął Albert, podczas układania Kodeksu zakazów i nakazów.
— Masz rację, stary. — Dopił szklaneczkę Brendy, po którą sięgnął w trakcie rozmowy, odłożywszy na bok herbatę. Musiał sięgnąć po coś, co go uspokoi, bo na samą myśl o tej tajemniczej istocie, która wzbudzała w nim tak sprzeczne emocje, zaczął drżeć od środka. — Postaram się zmodyfikować Kodek, ok?
— Jestem za! — odpowiedział Damian i odetchnął z ulgą.
I wtedy, gdy już zdawało się Albertowi, że rozmowa o Elizie zakończyła się, kumpel zadał mu kolejne pytanie, które sprawiło, że jego serce zadrżało…
— Masz już garnitur ślubny?
Albert nalał sobie kolejną szklankę nalewki miętowej. Omal nie przewrócił karafki, gdy odstawiał ją na stolik z alkoholami, tuż za jego plecami. W zeszłym tygodniu zamówił w sklepie internetowym garnitur. Ale nie miał odwagi i ochoty, aby go… w ogóle rozpakować. Leżał więc sobie na dnie szafy, schowany przed całym światem, w oczekiwaniu na sądny dzień. Brolla prześladował obraz tego, jak będzie musiał pojechać do Urzędu Stanu Cywilnego i stanąć przed swoją „przeciwniczką”. Ale Damian nie musiał wiedzieć o jego najnowszych lękach. Ostatnio dał się mu w kość ze swoimi stanami i było mu strasznie głupio i wstyd, że przyjaciel opiekuje się nim jak niańka.
— Taa… — odbąknął potakująco i wziął do ust duży łyk wody ognistej. Przełknął głośno i dodał jeszcze: — Ale nie przypominaj mi o tej katastrofie, która nadchodzi, bo skręca mi kiszki na samą myśl.
— Oj, Albert — Damian pokręcił głową. — Co ci te baby zrobiły… Szkoda mi ciebie, bo mimo wszystko fajny z ciebie gość.
— Nie przesadzajmy — odparł, mając przed oczyma widok tych wszystkich kobiet, jakie kiedykolwiek poznał, krzywiących się z niesmakiem na jego widok.
10. Cicha ceremonia
Śniło jej się, że spada… ale przepaść, w którą spada, nie ma dna. Spanikowana, zerwała się ze snu. Jak tylko otworzyła oczy, od razu przypomniała sobie, że za kilka godzin wychodzi za mąż. Później wszystko potoczyło się tak szybko, że nawet nie zdążyła złapać oddechu, nim znalazła się przed Urzędem Stanu Cywilnego. Przyszła tam razem z Moniką, nie skorzystały z autobusu. Teraz razem czekały na Damiana, który miał przywieźć Pana Młodego.
— Spóźnią się chyba — powiedziała Eliza, dygocąc na całym ciele. Czuła się, jakby szła na ścięcie, a po głowie natrętnie krążyły jej słowa Kodeksu, które potęgowały jej strach.
Monika wypowiedziała na głos pytanie, które najbardziej męczyło Sarenkę:
— Może się rozmyślił?
— Nie, zobacz. — W oddaleniu około dziesięciu metrów, na ulicznym parkingu zatrzymało się czarne BMW z przyciemnianymi szybami. Po chwili wysiadł z niego Damian. Pomachał do dziewczyn, po czym zaczął siłować się z kimś, kto nie chciał wysiąść z samochodu od strony pasażera.
— Chyba Pan Młody nie chce wyjść i się ożenić! — zachichotała Monika.
Albert czuł, że paraliżuje go strach. Zaraz miał stanąć przed urzędnikiem i złożyć przysięgę wierności istocie, która była kobietą! Damian wyszarpał go w końcu z samochodu. Kiedy tylko dostrzegł ubraną w białą pelerynę i sukienkę, niską istotkę z welonem na głowie, poczuł uderzającą falę lęku. Zawirowało mu w głowie. Wsparł się rękoma o maskę swojego BMW i zaczął ciężko dyszeć. Nic nie dały mu dziś środki na uspokojenie.
— Nie dam rady — jęknął cicho.
— Weź się jakoś ogarnij! — warknął na niego Damian. — Chodź! — Pociągnął go za sobą. Broll ruszył ciężkim, pijanym krokiem za przyjacielem, który w tej chwili stał się dla niego wykonawcą wyroku. Lęk sprawił, że czuł, jakby był poza swoim ciałem i obserwował wszystko z boku, zupełnie jakby nie był sobą, lecz kukłą która ledwie trzymała się na nogach.
Eliza zauważyła, że Albert ledwie idzie. Gdy w końcu zatrzymał się w pobliżu, dostrzegła, że jest blady jak ściana. Miał podkrążone cieniami oczy i spoglądał na nią wielkimi, brązowymi ślepiami pełnymi strachu. Odezwała się do niego pierwsza.
— Dzień dobry, proszę pana! — Kiwnęła mi grzecznie głową.
— Witamy! — odezwał się Damian w swoim i przyjaciela imieniu.
— Urzędnik czeka! — ponagliła ich Monika.
Eliza postawiła krok w kierunki drzwi do Urzędu Stanu Cywilnego. Pchany przez Starskiego Albert zrównał się z nią. Zachowując odległość dwu metrów, poszli przodem, a Monika i Damian jako świadkowie, poszli za nimi. Idąc przez korytarz, Broll wspierał się o ścianę, wciąż zataczał się, jakby był pijany. Eliza starała się kroczyć równie wolno co on, aby nie wzbudzić podejrzeń w urzędniku, który od samego wejścia na salę mierzył ich szorstkim spojrzeniem. Dziewczyna żałowała tylko, że nie ma przy niej jej rodziców.
Zaczęła się krótka, cicha ceremonia, która na prośbę Brolla została maksymalnie skrócona. Albert mamrotał słowa przysięgi tak cicho, że ledwie było go słychać. Poinstruowana wcześniej przez Damiana, Eliza, sama założyła sobie obrączkę na palec, i również przez Damiana podała obrączkę Albertowi. Urzędnik ze zdumienia zrobił wielkie oczy, ale kontynuował.
— Mogą Państwo uczcić chwilę zaślubin pocałunkiem — oznajmił urzędnik po złożeniu przysięgi przez nowożeńców. Znieruchomiał, w napięciu oczekując na dalsze wydarzenia. Pięćdziesięciolatek z insygniami władzy państwowej nie dowierzał temu, co się dzieje na jego oczach. Pan Młody wyglądał, jakby panicznie bał się narzeczonej. Nie patrzył na nią, cały trząsł się z nerwów. Widział, że ledwie stoi.
Eliza czekała na ruch Alberta, który drżącymi rękoma ocierał krople potu z czoła.
— Pocałuj ją pan chociaż w rękę — podpowiedział urzędnik.
Podała mu dłoń, a on ujął ją w dwa palce, po czym złożył na jej gładkiej, jasnej skórze ledwie muskający ją pocałunek. Odsunął się szybko, po czym podjął próbę wgniecenia Elizy w podłogę swoim jednym, wrogim spojrzeniem. Wyszedł mu raczej niewyraźny grymas rozpaczy, z czego nie mógł sobie zdawać sprawy. Jego świeżo poślubiona małżonka odczytała to jako błaganie o litość. Uśmiechnęła się więc lekko, aby dodać mu otuchy, ale tego już Albert nie dostrzegł…
Oszołomiony urzędnik włączył Marsz Weselny ze swojego laptopa i zaczął zbierać swoje papiery. W międzyczasie Starski podał szampana nowożeńcom i kuzynce. Wszyscy wznieśli toast. Albert, który ledwie się trzymał, wypił lampkę białego wina do dna, robiąc przy tym duże hausty, i poprosił o dolewkę. Damian nalał mu drugi kieliszek. Panna Młoda zapatrzyła się na niego. Ledwie zamoczyła usta w winie…
Urzędnik, który w napięciu śledził zachowanie tych dwojga, pospiesznie zamknął laptopa w połowie weselnego utworu. Musiał dać stąd nogę, zanim tych dwoje się rozmyśli, albo Pan Młody zemdleje i trzeba będzie wzywać pogotowie. Wyglądał mu na osobę niespełna rozumu. Prędko się pożegnał i skierował kroki ku wyjściu.
— Boże, co to się wyprawia na tym świecie teraz — mruknął pod nosem przed wyjściem z sali.
Mężczyzna, który dał im ślub, znikł w drzwiach. To był sygnał dla Alberta, aby dać stąd nogę. Nawet nie obejrzał się za siebie, po prostu odwrócił się i wyparzył przez drzwi. Eliza ruszyła za nim, ale nie udało jej się go dogonić. Zamknął jej drzwi przed nosem. Nie dała jednak za wygraną. Wyszła na korytarz i prędko podążyła za nim. Niestety, kiedy wychodziła z drzwi Urzędu Stanu Cywilnego, Albert Broll właśnie z piskiem opon opuszczał parking.
— Berti!!! — krzyknął za nim Damian, który wypadł z budynku jako drugi.
Rozpędzony samochód wtargnął na drogę i o mały włos nie spowodował wypadku. A Eliza Broll stała na schodach i patrzyła na to wszystko z rozchylonymi w zdumieniu ustami. Nie rozumiała zachowania swojego świeżo zaślubionego małżonka. Damian zaczął jej współczuć.
— A co to?! Pan Młody dał nogę?! — zdziwiła się Monika, kiedy spokojnym krokiem wyszła z budynku.
— Jak widać! — Damian wzruszył ramionami, po czym prędko obrócił wszystko w żart. — No! To sobie pójdziemy teraz na piechotę, Moje Drogie panie — powiedział zakłopotany i rozbawiony.
— Wprost cudownie! — jęknęła zdenerwowana Monika. — Jest mi zimno! A do internatu pół godziny drogi!
Damianowi zrobiło się wstyd za Alberta, ale rozumiał jego zachowanie — jako jedyny. Wolańska była wściekłam, Sarenka zaś smutna. Pomyślał, że Eliza nie zasłużyła na taki los, choć przecież wiedziała, na co się pisze. Albo nie do końca zdawała sobie z tego sprawę. Aby uratować sytuację, Starski podał dziewczętom swoje ramiona, po czym ruszyli wszyscy troje w kierunku internatu.
— Chodźcie! Czeka nas wspaniały, zimowy, półgodzinny spacer! — starał się brzmieć pogodnie.
Ludzie, którzy ich mijali, patrzyli się na nich dziwnie, ale Damian starał się nie zwracać na to uwagi. Choć czuł się jak skończony błazen. Jeszcze ci pokażę! Berti! — zagroził przyjacielowi w myślach. Wystawił go do wiatru! Zaraz później odpuścił mu, bo przypomniał sobie o jego przeżyciach z przeszłości. Już nad to ci się dostało, Albercie. A kiedy pomyślał o tym, co za pół roku będzie przechodził Broll, kiedy w końcu zamieszka ze swoją młodą żonką, doszedł do wniosku, że należy mu jedynie współczuć. Zmuszony przez ojca do ślubu z niekochaną panienką, umierający ze strachu na sam widok kobiety. Wybaczam ci Albert, bo przed tobą jeszcze wiele udręk.
11. Nieromantyczna korespondencja
Minął tydzień od momentu, gdy Eliza została żoną Brolla. Nie zmieniło się dla niej prawie nic, oprócz tego, że na palcu miała teraz obrączkę. Postanowiła napisać e-mail do męża, choć nie spodziewała się w zamian żadnej odpowiedzi. Poprosiła Damiana o przysługę, a on chętnie ją spełnił — dziewczyna otrzymała nie tylko adres poczty e-mail męża ale także numer telefonu komórkowego. Po co jej to było? Miała przed sobą niecałe sześć miesięcy na to, aby oswoić trochę swojego męża, zanim zamieszka w jego domu. Napisała więc tymi słowy…
Dzień dobry Panie Albercie!
Właściwie to nie wiem, jak mam się do Pana teraz zwracać. Minął tydzień od naszego ślubu. Nie zdążyłam się z Panem pożegnać przed naszym pięciomiesięcznym rozstaniem. Nie było w Kodeksie zakazu pisania do Pana wiadomości, więc pozwoliłam sobie napisać do Pana tych kilka słów. Obecnie przeszłam już na Pańskie utrzymanie. Zapewniam, że nie wezmę ani grosza do końca mojego pobytu tutaj. Pomagam teraz siostrom w kuchni, czasem prasuję i sprzątam refektarz, aby odpracować jedzenie i opierunek. Dobrze mi tutaj i będzie mi ciężko kiedyś zmienić miejsce pobytu. Gdyby udało mi się tutaj zostać na starych warunkach, ale jako osoba świecka, niewątpliwie uczyniłabym to. Niestety za pięć miesięcy, po ukończonych egzaminach, będę musiała się przeprowadzić do domu Szanownego Pana, ku — jak sądzę — niezadowoleniu Pana. Pocieszam się jednak faktem, że moja skromna osoba pozwoli Panu na zachowanie pańskiego majątku w nienaruszonym stanie, a relacji z ojcem na poprawnej stopie. Nie ma nic ważniejszego niż rodzina, co odczuwam, pozostając poza rodzinnym domem od sześciu lat. Przez trzy lata mieszkałam u ciotki, później ciocia załatwiła mi razem z rodzicami szkołę z internatem, właściwie za półdarmo.
Chciałam podziękować za suknię ślubną i dodatki do kreacji. Pierścionek zaręczynowy jest piękny, choć przyznam, że chodzę z duszą na ramieniu, w obawie że mogłabym go zgubić. Sądzę, że będzie lepiej, jeśli przechowa go Pan dla mnie do momentu mojej przeprowadzki. Dostarczę go za pośrednictwem Damiana — Pana wiernego przyjaciela, a teraz także i mojego.
Pozwoli Pan jeszcze, że napiszę co nieco o sobie, aby przybliżyć Panu swoją skromną osobę. Mam nadzieję, że uda mi się zyskać Pana przyjaźń. Tego także nie zabrania Pan w Kodeksie.
Pochodzę z wioski położonej blisko granicy, jakieś pięćdziesiąt kilometrów od miasta. Wychowałam się na gospodarce. Rodzice uprawiają ziemniaki i inne warzywa, a później sprzedają je do hurtowni albo na targu. Pieczemy swój chleb, tata potrafi robić koszyki z wikliny, a mama zajmuje się moją chorą siostrą. Niestety, bieda zmusiła moich rodziców do oddania mnie (sześć lat temu) cioci, a później do szkoły u zakonnic. Moja starsza siostra jest niepełnosprawna, często choruje i moi rodzice musieli poświęcić się całkowicie opiece nad nią. Ja też jestem słabego zdrowia, ale dzięki opiece sióstr udało mi się trochę podreperować słaby, niedożywiony organizm. Odkryły, że nie powinnam spożywać mięsa i wprowadziły specjalną dietę dla mnie. Do końca życia będę im wdzięczna.
W szkole nauczyłam się wielu praktycznych rzeczy. Potrafię gotować, szyć i grać na instrumentach — co nie przyda mi się w przyszłym życiu w Pańskim domu. Mam nadzieję jednak, że będę mogła pomóc w innych czynnościach domowych i dzięki temu zarobić na swoje utrzymanie. Mam nadzieję, że pozwoli mi Pan na skorzystanie z Pańskiej biblioteki, jeśli można. A jeśli nie, to nie będzie to dla mnie problemem, gdyż siostry zakonne pozwoliły mi korzystać z ich zbiorów, zawsze mogę się jeszcze zapisać do biblioteki publicznej.
To tyle, po krótce, o mnie. Mam nadzieję, że uda mi się spełnić wszystkie Pańskie wymogi, choć przyznam, że nie wyobrażam sobie tego wszystkiego. Nauczyłam się na pamięć całego Kodeksu i wciąż go analizuję, żeby nie popełnić jakiejś gafy.
Nie liczę na Pańską odpowiedź, więc proszę sobie tym nie zawracać głowy. Zjawię się w Pańskim domu za pięć miesięcy i zapewne przewrócę Pańskie życie do góry nogami. Jest to nieuniknione ze względu na to, że jestem kobietą.
Do widzenia, do zobaczenia Panie Broll
Pańska żona Eliza…
PS: czy ja już oficjalnie przejęłam Pańskie nazwisko?
Albert przeczytał list kilka razy pod rząd. Damian dostarczył mu także pierścionek zaręczynowy, który dziewczyna obawiała się nosić na co dzień. Spojrzał na akt ślubu, który odebrał wczorajszego dnia tuż po ostrej reprymendzie, jaka spotkała go ze strony przyjaciela. Zamierzał natychmiast jechać z tym dokumentem do ojca, aby pokazać mu dowód swojej „normalności seksualnej”. Spojrzał na nazwisko swojej żony widniejące na Akcie i przeczytał na głos:
— Eliza Broll.
Poczuł się w obowiązku, aby odpisać istocie na jej list. Usiadł w swoim surowym, industrialnym salonie z laptopem na kolanach i zaczął obmyślać, co jej odpowiedzieć. Kilka razy zaczynał pisać, ale za każdym razem wydawało mu się, że jego słowa brzmią jakoś tak za oficjalnie lub za serdecznie… W końcu napisał tymi słowy:
Szanowna pani Elizo,
Właściwie ja sam nie wiem, jak mam się do pani zwracać, gdyż jesteśmy dwójką nieznajomych. Odpowiadając na pani wątpliwości dotyczące nazwiska: na akcie ślubu widnieje nazwisko: Broll. Przepraszam, że nie zapytałem pani, zanim podjąłem tę decyzję. Uznałem, że to całkiem naturalne, że żona przejmuje nazwisko po mężu.
Zapewniam panią, że mieszkanie w moim domu nie będzie dla pani udręką. Jestem gotów iść na pewne ustępstwa, o ile nie będą zbytnio ingerowały w moją strefę komfortu. Na pewno nie zabronię pani spełniać swoich pasji, pod warunkiem, że nie będzie to dotyczyło grania na fortepianie. Ponad wszystkie luksusy świata cenię sobie ciszę i spokój!
Co do przyjaźni: czy uważa pani, że można zaprzyjaźnić się z kimś takim jak ja? Proszę spróbować, ale nie odpowiadam za siebie. Proszę pamiętać, że powinna pani zachować dwumetrową odległość przy każdej ewentualnej rozmowie, chyba że sytuacja będzie tego wymagała. Nie wpuszczam kobiet w najbliższe moje otoczenie i czuję się z tym dobrze. Dla mnie kobiety to: hałas, chaos, agresja, zmienność nastrojów i niepewność. Oprócz tego potraficie kokietować i manipulować mężczyznami, jak tylko się wam podoba. Ja nie pozwolę sobie wejść na głowę!
Przechowam pierścionek zaręczynowy do pani przyjazdu. Proszę przypomnieć mi za pięć miesięcy, że pani istnieje. Sądzę, że będę tak zajęty, że nie będę miał nawet czasu myśleć o pani.
Albert Broll
To ostatnie zdanie wydało się mu na tyle oschłe, że poczuł się z siebie dumny. Nie pozwolę na to, żeby jakaś istota płci przeciwnej została moim przyjacielem! Niech wie, że nie jest dla mnie niczym ponad niepotrzebne wspomnienie.
Eliza po przeczytaniu listu od męża, miała mieszane uczucia. Niby liczył się z jej potrzebami, ale pod pewnymi warunkami. W dodatku te zdania na temat kobiet. Czy znał tylko podłe awanturnice, które wykorzystują swój wdzięk do osiągania swoich niecnych celów? Nic dziwnego zatem, że stronił od płci przeciwnej. Postanowiła trochę obronić płeć piękną przed zarzutami Alberta. Jeszcze tego samego dnia, gdy otrzymała e-mail, odpisała prędko:
Szanowny Panie Broll
Pozwoliłam sobie jeszcze raz zakłócić Pański spokój swoim listem. Z ubolewaniem czytałam ostatnie dwa akapity dotyczące Pańskiego zdania na temat kobiet. Przykro mi, że trafił Pan na jeden z najgorszych typów kobiet, jakie chodzą po tej ziemi. Zapewniam jednak, że nie wszystkie takie są. Nie może Pan znać wszystkich kobiet na świecie i przyporządkowywać każdej z nich do tej samej kategorii.
Mieszkam w bursie szkolnej od trzech lat. Trafiłam na wiele różnych typów kobiecych. Wszystko co nas spotyka w dzieciństwie, kształtuje naszą dorosłą osobowość. Obserwując siebie i moje koleżanki, które znam od piętnastego roku życia, oraz młodsze dziewczęta, które niedawno dołączyły do naszego grona, dochodzę do wniosku, że to brak mężczyzn czyni kobiety delikatnymi, niewinnymi i czystymi. Żyjąc w izolacji od mężczyzn, kształtujemy nasze piękne dusze poprzez kontakt z Bogiem, nauką i przyrodą. Będąc jeszcze na wsi, często spotykałam się z nieprzyjaznym zachowaniem chłopców w stosunku do dziewczyn. Dopiero w szkole się wyciszyłam i uspokoiłam moją zranioną, wrażliwą duszyczkę. Bynajmniej nie uważam, że mężczyźni są winni całemu złu świata… ale czy nie uważa Pan, że typ kobiet, który Pan opisał, powstał w efekcie modyfikacji, które nastąpiły poprzez kontakt z mężczyznami, którzy swoją siłą i agresją usiłują poskromić płeć słabszą? Jedyną bronią, którą kobieta może użyć, jest jej urok osobisty i manipulacja uczuciowa. My nie potrafimy pięściami i łokciami iść po swoje.
Z poważaniem
Eliza Broll
Albert na początku był dość mocno wzburzony zarzutami, jakie Eliza wymierzyła przeciwko mężczyznom. Po głębszym zastanowieniu się, jednak przyznał jej rację. Przypomniał sobie swoją matkę. Ponoć jej ojciec bił ją nieraz do nieprzytomności, gdy upijał się w przypływie głodu alkoholowego. Przejęła zwyczaje od swojego ojca, a jego dziadka. Nagle poczuł coś bardzo dziwnego. Współczucie. To było dla niego coś nowego. Nigdy nie myślał o matce, jak o ofierze innego kata.
Utworzył nową wiadomość tekstową i napisał:
Pani Elizo!
Jest wiele racji w tym, co Pani napisała. Nie zmienia to jednak moich doświadczeń osobistych.
Albert Broll
Ukontentowana Sarenka przeczytała kilka razy wiadomość od męża. Gdyby tylko mogła poznać jego osobiste doświadczenia i uleczyć go z tej niezrozumiałej dla niej odrazy do kobiet… Niestety, na razie nie miała prawa wchodzić w jego myśli i życie.
Albert, który chciał swoim krótkim liścikiem zerwać kontakt z małżonką, podświadomie czekał na wiadomość zwrotną od niej, ale nie otrzymał jej. Wciąż przyłapywał się na tym, że w skrzynce mailowej szuka tej jednej jedynej wiadomości, tego charakterystycznego adresu, który należał do niej. W końcu po tygodniu sam postanowił się odezwać, pod pretekstem zdania relacji ze spotkania z ojcem.
Szanowna Pani Elizo!
Donoszę pani o pomyślnym werdykcie mojego ojca, który na wiadomość, że ożeniłem się z ubogą i skromną dziewczyną ze szkoły klasztornej, wpadł w zachwyt. Był pod wrażeniem, że tak młoda osoba uczy się w zamkniętym środowisku, odizolowana od świata, i chce ukończyć naukę przed zamieszkaniem z mężem. Opisałem mu dokładnie pani osobę i był przekonany, że będzie z nas dobre małżeństwo. Gdyby znał prawdę, natychmiast pozbawiłby mnie majątku. Mam nadzieję, że dochowa pani przysięgi. Mój ojciec ma zamiar poznać panią tuż po pani przeprowadzce do willi.
Albert Broll
Ucieszona Eliza odpisała natychmiast.
Panie Broll
Cieszę się, że wszystko się Panu dobrze układa, a tym bardziej cieszy mnie to, że mogłam przyczynić się do Pańskiego szczęścia.
Zastanawiam się, w jakich słowach mnie Pan opisał, skoro Pana ojciec stwierdził, że będzie z nas udane małżeństwo? Czyżby jednak Pan odniósł miłe wrażenie w stosunku do mojej osoby? Chyba, że użył Pan podstępu, kłamiąc na mój temat i fałszywie mnie wychwalając pod niebiosa. Proszę nie zapominać, że kiedyś spotkam Pana ojca osobiście i nie chciałabym, żeby wyszły wtedy na jaw jakieś kłamstwa na mój temat.
Co do przysięgi… Nie wiem, którą ma Pan na myśli. Jedna z nich dotyczy niewyjawiania Pańskiej tajemnicy. Druga to ta złożona przed urzędnikiem.
Czy i Pan dotrzyma przysięgi?
Eliza Broll
— „Fałszywie wychwala pod niebiosa?!” Phi! Też coś! — burknął pod nosem Albert, czytając wiadomość następnego dnia. Zastanawiał się, czy odpisywać na te postawione pytania. Postanowił dać sobie czas do namysłu. Musiał przyznać, że pisanie z tą dziewczyną niesamowicie go kręciła. Aż sam się sobie dziwił. Ta istota płci przeciwnej była bardzo inteligentna i potrafiła dobrze prowadzić dyskusję. Niestety była kobietą, co było jej podstawową wadą.
Przypomniał sobie, jak opisał ją ojcu: „Jest cicha, spokojna, raczej refleksyjna, myśli zanim powie. Do tego bardzo ładna i elegancka w odbiorze.” Zapomniał dodać, że jest mądra i działa na jego ciało jak słońce na bryłę lodu. Przypomniał sobie, że ta istota kiedyś z nim zamieszka. Jak wtedy poradzi sobie z bestią w swoich spodniach? Nie dawała znaku życia przez tyle miesięcy, że zapomniał, po co natura obdarzyła go tak dużym przyrodzeniem. Poprawił się na krześle i z niesmakiem stwierdził, że Eliza go podniecała, choć wcale nie było jej tuż obok niego!
— Słodka i niewinna, czy skrzętnie zamaskowana uwodzicielka… O rany! Gadam od rzeczy!!! — warknął na siebie, otrząsając się z tego dziwacznego stanu, w który zaczął wpadać. Musiał się czymś zająć, żeby nie myśleć o tej istocie. Postanowił jej tym razem nie odpisywać. Wręcz dać sobie z nią definitywnie spokój! — Muszę się od niej uwolnić, póki jeszcze się da! — Zerwał się i pomaszerował wprost do swojej stajni, gdzie trzymał dwa ukochane konie.
Wychodząc z domu, powiedział do siebie:
— Ostatecznie to jeszcze dziecko a nie kobieta! — Zadowolony ze swojego nowego odkrycia, postanowił, że gdy żona zjawi się w willi, będzie traktował ją jak małą dziewczynkę. Dziecko nic mu zrobić nie mogło.
12. W objęciach niemożliwego
Albert wciąż powracał myślami do maila od żony. Czy traktował przysięgę małżeńską poważnie? Każda przysięga złożona w obliczu świadków jest ważna — pod warunkiem, że składa się ją z głębi serca, a nie pod przymusem. W ucieczce przed odpowiedzią na to zapytanie, wdał się w wir pracy i w pęd szaleńczej jazdy konnej, którą uwielbiał. Często spotykał się z Damianem, który w ciągu tych pięciu lat ich znajomości, stał się dla niego niemal niczym psycholog. Poznali się, gdy Damian szukał pracy. Albert od razu dostrzegł smykałkę Starskiego do sprzedawania mieszkań. Był idealnym kandydatem do tego, żeby wyręczyć Brolla z nieprzyjemnych spotkań z klientami. Uzupełniali się idealnie — Albert pracował samotnie, w czterech ścianach swojego domu, jak na prawdziwego introwertyka przystało. Damian był wesołkiem, otwartą dla ludzi duszą towarzystwa. Gdzie Albert nie mógł pójść, wysyłał Damiana, a ten z powodzeniem sprzedawał nieruchomości powierzone firmie Brolla.
Minęło parę tygodni, a Albert nie odpisał. Eliza była trochę rozczarowana, ale przyjęła do wiadomości, że ten mężczyzna nie chce mieć z nią nic wspólnego. Całkowicie pochłonęła ją nauka i praca w klasztorze. Tylko czasem jeszcze przeglądała Kodeks Brolla. Do ukończenia szkoły pozostały jej cztery miesiące. Teraz, kiedy nie widywała męża, niemal zapomniała o uczuciach, jakie w niej wzbudzał widok jego urodziwej twarzy.
Czas mijał… płynęły dni i tygodnie. Oboje oddzieleni czasem i odległością nadal pozostawali obcymi sobie ludźmi, których łączyły jedynie dokumenty. Wtedy nagle wydarzyło się coś, co miało po raz kolejny skrzyżować ich drogi…
Pewnego kwietniowego popołudnia Damian Starski wpadł zziajany do willi Brolla i natychmiast zażądał widzenia się z przyjacielem.
— Gdzie jest Albert?
— W swoim gabinecie, panie Starski. Zapowiedzieć Pana? — zapytał majordomus.
— Absolutnie! — odparł i wyminąwszy starca, wbiegł po schodach na pierwsze piętro. Przebiegł przez korytarz i wpadł do gabinetu Alberta. Na widok przyjaciela Broll poderwał się zza biurka.
— Damian!? — Albert poczuł dreszcz grozy, widząc go w stanie najwyższego niepokoju.
— Pożar! Eliza! Wzięli ją do szpitala! — ledwie mówił, sapiąc ze zmęczenia. Jak tylko dowiedział się o pożarze i o tym, że dziewczyna może potrzebować pomocy finansowej, bez wahania wsiadł do samochodu i pojechał do Sarenki. Z tego co donosiła mu kuzynka, sprawa była poważna. Damiana nie wpuszczono do poszkodowanej, więc przyjechał po przyjaciela. Nie zadzwonił po niego, bo wiedział, że Albert nie przyjedzie, a jeśli powie mu o tym, zanim przyjedzie po niego, to Albert da nogę. Wziął go więc z zaskoczenia. Tylko Albert, jako mąż Elizy, miał prawo pytać o stan jej zdrowia, a nawet… zobaczyć ją.
Albert poczuł, jakby ziemia osunęła się mu spod nóg. Nie zastanawiał się ani chwili, tylko pognał za przyjacielem.
— Co z nią?! Wiesz coś więcej? — zapytał, zmierzając w pośpiechu do holu. Wziął kluczyki do swojego samochodu i niezwłocznie poszedł ze Starskim do garażu. Sekundy stały się dla niego jak minuty, a te rozciągały się jakby w godziny. Nagle zdał sobie sprawę z tego, że ta mało ważna istota jednak zajęła pewne miejsce w jego sercu. Ale jak to mogło się stać?! Przecież była jedynie jego alibi! Niczym więcej!
Pogrążony w dylemacie sercowym, nie był w stanie rzec słowa przez dłuższy czas. Razem z przyjacielem wsiadł do samochodu i wyjechał na drogę.
— W którym jest szpitalu? — zapytał w końcu, kierując niczym pod wpływem alkoholu.
— W tym pod wezwaniem świętej Teresy.
— Jak to się w ogóle stało? Czy jest poważnie ranna? Gdzie będzie teraz mieszkać? — zadał te pytania jedno po drugim, dając w końcu upust kłębiącym się w jego głowie, szaleńczym myślom.
— Dobrze, że cię to obchodzi, bo z tego co wiem, to dziewczyna pozostała bez dachu nad głową.
— Jak to? — Czyżby ciężkie dni miały nadejść wcześniej, niż się spodziewał?
— Pożar wybuchł w skrzydle sypialnym. Wiele dziewczyn nie będzie mogło przez to skończyć szkoły, chyba że ktoś przygarnie je na pod swój dach do końca roku szkolnego. Nie każdego stać na dojazdy czy wynajem. Remont pewnie potrwa długo, ze względu na finanse. Monice nic się nie stało, ale Sarenka leży w szpitalu i ponoć jest w ciężkim szoku — mówił zmartwiony. Bardzo polubił tę śliczną istotkę. — Będziesz musiał się nią zająć Albert. — Spojrzał na niego z naciskiem.
— Zdaję sobie z tego sprawę… — odparł, wyobrażając sobie stan, w jakim mogła być jego żona. — Ale nie została poparzona, prawda?
Damian uśmiechnął się sarkastycznie.
— Z tego co wiem, to nie. Wolałbyś, żeby była, co? — przywalił mu.
— Nie rób ze mnie takiego potwora! — oburzył się Albert.
Po dwudziestu minutach dojechali w końcu do centrum miasta, a stamtąd skierowali się do szpitala. Albert czuł się coraz bardziej niespokojny. Wszedł z kumplem do budynku, nie zwracając uwagi na otoczenie. Wciąż jeszcze był w szoku. W holu spotkali pielęgniarkę, która zaprowadziła ich do lekarza. Zajęty myśleniem o celu wizyty, nie zauważył, że bez strachu rozmawia z obcą kobietą.
— Kim pan jest dla poszkodowanej? — zapytał lekarz.
— Mężem — przyznał się Albert.
— Pańska żona jest w szoku, potrzebuje bardzo troskliwej opieki. Proszę za mną… — lekarz ruszył schodami ku górze, a jego śladem Albert oraz Damian. — Przyda się jej kontakt z najbliższymi. Rozmawiała już z psychologiem. Najgorsze będą pierwsze dni, ale można zapisać ją na dłuższą terapię.
Skupiając się na powadze sytuacji, Albert kroczył raźno przed siebie i nie zwracał uwagi na przechodzące obok niego kobiety. Zdał sobie nagle sprawę z tego, że jest odpowiedzialny za Elizę, i że nie może jej pozostawić bez opieki. Ale, do diaska, nie był dla niej nikim bliskim! Jak miał okazać jej troskę, bojąc się do niej zbliżyć?! Odwaga całkiem go opuściła, gdy stanął przed drzwiami do sali, gdzie leżała Eliza. Starski otworzył drzwi z zamiarem wejścia, gdy nagle powstrzymało go szarpnięcie z tyłu.
— Tutaj są same kobiety! — syknął cicho Albert, który zajrzał do salki. Gdy dostrzegł w środku inne pacjentki oraz pielęgniarkę, która opiekowała się jedną z nich, poczuł znajome uczucie lęku. — Możesz poprosić, aby wyszły?
— Zaraz zobaczę, co da się zrobić, ale przypominam ci, że to szpital. — Damian miał wiele zrozumienia i cierpliwości dla dolegliwości przyjaciela, dlatego zamknął za sobą drzwi i grzecznie poprosił, pielęgniarkę o pomoc. Zaskoczona czterdziestolatka pozasuwała kotary dookoła kobiecych łóżek i opuściła salkę.
— Albert, chodź — rzekł Damian, zapraszając Brolla do ciasnego pomieszczenia, gdzie oprócz Elizy leżało jeszcze pięć dziewczyn dotkniętych poparzeniami. Przeszli środkiem pomieszczenia pośród zasłoniętych łóżek i podeszli do ostatniego, stojącego pod samym oknem.
Sarenka leżała na plecach, patrząc w sufit. Była oszołomiona lekiem na uspokojenie. Miała na sobie zakurzony i lekko nadpalony mundurek szkolny. Skołtunione, czarne włosy i umorusana buzia upodobniły ją do bezdomnej.
Damian podszedł do niej, ujął jej dłoń i powiedział łagodnie:
— Sarenko. To ja Damian.
Na jego widok dziewczyna wyraźnie się ożywiła.
— Damianie! Jak dobrze, że jesteś! — Usiadła na łóżku i przytuliła się do przyjaciela, aby znaleźć w jego ramionach schronienie. W tej samej chwili dostrzegła bladego jak ściana Alberta, który patrzył na nią wystraszony, stojąc w nogach łóżka szpitalnego.
— Witaj, Elizo — cicho się przywitał.
— Dzień dobry, panie Broll. — odpowiedziała i spuściła oczy.
Odsunęła się od Damiana, po czym zapytała go:
— Kiedy mogę stąd wyjść?
— Zapytam pielęgniarki. Berti zostań z nią na chwilę — przykazał i wyszedł.
Eliza położyła się na nowo i wlepiła oczy w sufit. Objęła się ramionami, znów poczuła się niepewna swojego położenia.
— Gdzie ja teraz będę mieszkać? Przecież zostały jeszcze trzy miesiące… — powiedziała niby do siebie, niby do męża.
Albert przysunął się do okna i oparł plecami o parapet. Zakłopotany swoimi ciepłymi uczuciami względem dziewczyny, schował dłonie do kieszeni płaszcza. Instynkt opiekuńczy zwyciężał w nim lęk. Był gotów nieść jej pomoc, choćby i natychmiast!
— Przecież wiesz, gdzie jest twój dom.
— To będę musiała wrócić na wieś? — zapytała zmartwiona, przypominając sobie dom rodzinny i tamtejsze życie. Nie było tam dla niej miejsca.
— Nie, pojedziesz ze mną do mojego domu.
— Ale…
— Możemy ją zabrać, Berti — rzekł Damian, który właśnie wrócił. — Elizo dasz radę samodzielnie chodzić?
— Jest pod wpływem silnych leków i nie powinna iść sama — powiedziała pielęgniarka, która weszła razem z nim. Albert drgnął niespokojnie na jej widok i poczuł, że musi czym prędzej stąd wyjść. W tym miejscu było stanowczo zbyt wiele kobiet!
Powoli, przy asyście Damiana, dziewczyna usiadła i zwiesiła nogi z pryczy, szykując się do wstania. Mężczyzna pomógł jej stanąć na nogach, ale zachwiała się i wsparła na jego ramieniu.
— Nie dam rady — jęknęła, siadając. Wciąż wirowało jej w głowie.
— Daj, ja ją wezmę — powiedział nagle Albert. Usłyszał swoje słowa, jakby powiedział to ktoś stojący obok niego. Damian zrobił mu miejsce, choć nie rozumiał, co się dzieje. Albert zbliżył się ku żonie i niezdarnie zaczął jej pomagać.
— Obejmij mnie za szyję — poinstruował ją, po czym objął ją wpół. Pomógł się jej podnieść. Gdy już stanęła na nogach, wziął ją na ręce.
Zaskoczona jego zachowaniem, spojrzała wystraszonymi oczyma na jego przystojną twarz, która nagle znalazła się tak blisko niej. Pachniał jednymi z najlepszych perfum, na które mogli sobie pozwolić tylko bogaci ludzie. Zaczerwieniła się ze wstydu, gdy przypomniała sobie uczucia, które w niej wzbudzał. Był taki idealny, aby podobać się mężczyznom, a nie dziewczynie takiej jak ona. Zamknęła oczy i pozwoliła się mu ponieść tam, dokąd zechciał.
— Trzymaj się, opuszczamy to miejsce — powiedział z ulgą. Pozwolił na to, aby objęły go jej drobne dłonie. Szedł w stronę drzwi, trzymając w ramionach tę, której tak bardzo się bał. Jak to się stało, że ja… niosę ją na rękach!? — pytał samego siebie, nie rozumiejąc swojego zachowania. Być może to strach przed przebywaniem w tym miejscu zmusił go do działania? A może jednak chęć niesienia jej pomocy? Nie miał czasu na zastanawianie się nad odpowiedzią. Zaniósł ją do samego samochodu, uważając po drodze, aby jej nie upuścić.
Odczuwała przypływy sprzecznych emocji. Wiedziała, że nie może liczyć na uczucie ukochanego męża. Przecież był gejem! Taki gest z jego strony — przecież reagował z obrzydzeniem na wszelkie bliższe kontakty z kobietami! Pomógł jej wsiąść do samochodu, a nawet zapiął jej pasy.
— Damian, poprowadzisz — rozporządził Broll. — Pojadę z nią, bo jest zbyt słaba. W razie czego będę wiedział, co robić.
Damian wziął od przyjaciela kluczyki i wsiadł za kierownicę.
Albert usiadł w odległości metra od swojej podopiecznej i spojrzał na nią z troską. Eliza nie poznawała tego człowieka, coś się w nim zmieniło, odkąd ostatnio się widzieli.
Damian uruchomił samochód, po czym zapytał:
— Dokąd jedziemy?
— Do willi — odpowiedział stanowczo Albert.
— Nie — zaprotestowała Eliza. Nie chciała napraszać się ze swoją obecnością przed upływem ustalonego terminu.
— Nie chcesz tam jechać? — zapytał Damian.
— To byłoby sprzeczne z umową i… — Zaczął ogarniać ją dziwny chłód. Otumaniona lekami poczuła nieznany jej jeszcze lęk. Zaczęła dygotać.
Damian znacząco spojrzał przez ramię na Alberta, aby zmusić go do powiedzenia, że nie ma nic przeciwko temu, aby pojechała teraz do domu męża. Broll tylko wzruszył ramionami. Damian spostrzegł, że przyjaciel zamienił się znów w tego samego wystraszonego chłopczyka, którym był od dzieciństwa. Musiał zatem zdecydować za nich oboje. Eliza nie była zdolna do samodzielnego podejmowania decyzji ze względu na swój stan.
— Mam inny pomysł. Pojedziemy do mojej kuzynki. Myślę, że jej rodzice pozwolą ci zostać u siebie na jakiś czas. Później możesz zatrzymać się u mnie — uśmiechnął się, dodając jej otuchy.
— Dziękuję ci Dammm… — wymamrotała i w następnej chwili poczuła, jak jej głowa i ciało robią się ciężkie. Albert natychmiast podtrzymał ją i przysunął się bliżej, aby objąć ją ramionami. — Ona jest cała lodowata! — powiedział przestraszony, dotykając jej dłoni i policzków. — Co one jej podały?! Pomóż mi, muszę ją ogrzać! W bagażniku mam koc! — rzekł rzeczowym tonem do przyjaciela. Cztery lata spędzone na studiach medycznych nie poszły na marne. W końcu zrozumiał swoje reakcje względem tej poszkodowanej dziewczyny. Doszły do głosu jego ukryte pragnienia: niesienia pomocy potrzebującym.
Damian prędko wysiadł z samochodu, aby wyciągnąć koc z bagażnika.
— Nie ma żadnego koca! — odpowiedział po chwili.
Nie przedłużając sprawy, Albert ściągnął z siebie płaszcz i okrył nim Elizę. Objął ją ramieniem i począł rozcierać jej dłonie. Siedziała tak blisko, a on nie bał się jej. Była kompletnie bezbronna, a on wzbijając się ponad natręctwo panicznych myśli, kompletnie zapomniał o swoich lękach. Chciał jej pomóc za wszelką cenę, bo nagle w jego oczach stała się po prostu jego pacjentką!
Zdumiona Eliza doświadczała właśnie troskliwej opieki kogoś, po kim zupełnie by się jej nie spodziewała. Damian wprost nie mógł oderwać od niego oczu. Albert Broll zapomniał o tym, że boi się kobiet! Niestety jego żona pamiętała, co zawierał Kodeks. Dlatego kiedy tylko poczuła się odrobinę lepiej, rzekła:
— Przepraszam, że narażam pana na bliskość ze mną. Miałam trzymać się z daleka… — wymamrotała. Ściągnęła z siebie jego płaszcz i podała mu go.
Broll odsunął się, czując się odtrącony — to było całkiem obce mu uczucie. Przyłapał się na tym, że nie do końca traktuje Elizę jak swoją pacjentkę. Już zupełnie nie wiedział, co się z nim dzieje. Odsunął się na drugi koniec kanapy. Wiedział, że sam był sobie winien, że przecież dokładnie tego od niej oczekiwał. Ale to nieznośne uczucie rozczarowania nie dało mu spokoju. Odwrócił od niej wzrok, zamykając się na chwilę w swoich myślach. Był skołowany.
— Damian, jednak ja poprowadzę — oznajmił, po czym wysiadł z samochodu.
Oddała płaszcz zakazanemu mężczyźnie, który tak bardzo jej się podobał. Nie rozumiała, dlaczego nagle zaczął się nią opiekować, choć była dla niego jedynie środkiem służącym mu do osiągnięcia zamierzonego celu. Była mu obojętna! A jednak wysilił się dla niej i przemógł w sobie obrzydzenie, którym napawała go jej bliskość. Obok niej zajął miejsce Damian, który objął ją ramieniem, aby mogła utrzymać stabilną pozycję podczas jazdy samochodem.
Broll zajął miejsce za kierownicą i nerwowo wyjechał na ulicę. Włączył ogrzewanie, lecz niezbyt mocne. Nie chciał, aby na odmianę Eliza zemdlała z powodu wysokiej temperatury.
— Damian, oddaj mu ten płaszcz — powiedziała, gdy zobaczyła obok siebie porzucone okrycie Brolla. Albert siedział za kierownicą w samym swetrze. Na dźwięk jej cichego głosiku spojrzał na nią w lusterku.
— Albert to silny, zdrowy facet! Nie zmarznie! A ty biedulko jesteś zimna jak sopelek lodu. — Zaczął pocierać jej dłonie, tak jak robił to uprzednio Albert. Niestety, to nie było dla niej to samo. W końcu jednak zaczęło robić się jej ciepło i nawet przez chwilę odczuła ulgę…
Teraz to jego kumpel, a nie on, obejmował zmarzniętą Sarenkę. Albert poczuł się nagle tak bardzo zazdrosny, że aż zagryzł zęby, aby nie palnąć czegoś głupiego. Musiał jednak skupić się na jeździe. Niestety złapał się na tym, że bardziej skupia się na tym, co dzieje się tuż za jego plecami. W lusterku dostrzegł, że Eliza znów gorzej się czuje. Gdy zobaczył, że zemdlała, natychmiast zjechał na pobocze.
— Berti, co mam robić?! — zapytał spanikowany Starski.
Albert niezwłocznie znalazł się na ulicy, a później otworzył drzwi od strony pasażera.
— Odepnij jej pas, trzymam ją. Musimy ją położyć — instruował rzeczowo niedoszły pan doktor. Pomógł przyjacielowi ułożyć Elizę w pozycji leżącej na kanapie.
— Nogi do góry — rozkazał Starskiemu trzymać jej chude nóżki w powietrzu, a sam przykucnął przy jej głowie, aby zmierzyć jej puls. Ujął jej chudą rączkę w przegubie i zaczął mierzyć uderzenia przy pomocy zegarka analogowego, który nosił zawsze na ręce.
— Czy to normalne? — zapytał zaniepokojony Damian.
— Jeśli podały jej to, o czym myślę… to całkiem normalne.
— Stary, podziwiam cię. Jakbyś był innym człowiekiem — pochwalił go przyjaciel.
— Cicho! Wraca jej świadomość!
Eliza zobaczyła tuż przed swoją twarzą brązowe oczy Alberta. Później poczuła jego dłoń na czole i aż zajęczała, wyrażając tym swój sprzeciw. Był to protest przeciwko uczuciom, które wzbudzał w niej mąż. Zakochała się w nim i chciała, żeby już zawsze tak trzymał swoją ciepłą dłoń na jej zimnym czole, żeby pocierał jej dłonie i przytulał mocno do siebie. Wyciągnęła swoją dłoń, aby dotknąć jego ciemnorudych włosów.
— Już dobrze. Zaraz będziemy u Wolańskich i prześpisz się trochę — powiedział tuż przy jej uchu. Mówił do niej przez „ty”. Ta odmiana była bardzo miła. Przez chwilę było jej jak w niebie. Ale jak tylko lepiej się poczuła, ruszyli dalej, i bajka się skończyła.
Damian pomógł jej wysiąść, po czym Albert znów wziął ją na ręce, aby zanieść ją do domu Wolańskich. Korzystając z tej chwili, chłonęła jego zapach. Nawet przez przypadek dotknęła jego nagiej szyi. Nie mogła jednak wiedzieć, że sprawiła mu przyjemność. Ciało młodego mężczyzny reagowało coraz mocniej na bliskość i gesty dziewczyny, którą niósł na rękach. Wciąż powtarzał sobie w myślach, że traktuje ją jedynie jak pacjentkę, co pomagało mu zachować równowagę psychiczną. Mocniejsze drgnienia serca sprawiły, że z ulgą położył ją na łóżku, w pokoju Moniki i prędko się odsunął. Spojrzał na wpół wystraszonymi oczyma na tę niewinną istotę, która uwodziła go jak zawodowa uwodzicielka i stwierdził po chwili, że robiła to zupełnie nieświadomie.
— Zajmę się nią, Damian. Na pewno! — powiedziała Monika Wolańska, przyglądając się ukradkiem Albertowi, który skupiał swoją uwagę jedynie na poszkodowanej. Patrząc na to, jak dziewczyna cielęcym wzrokiem zerka na męża, domyśliła się, że musi darzyć go uczuciem więcej niż ciepłym. Biedna dziewczyno, czyż nie rozumiesz, że on nie może dać ci tego, czego pragniesz? Lecz chwilkę później, gdy przyłapała Brolla na dziwnym grymasie, który skojarzył jej się z tęsknotą, pomyślała, że i on darzy ją czymś więcej ponad pogardę.
— Mam nadzieję, że niczego ci tutaj nie zabraknie, Elizo. Ale gdybyś czegoś potrzebowała, wiesz, gdzie mnie szukać. — Ukłonił się jej grzecznie, po czym niezwłocznie opuścił pomieszczenie, nie zwróciwszy uwagi na Monikę.
Wolańska skrzywiła się z niesmakiem i pożegnała się z kuzynem, który po chwili ruszył jego śladem. Następnie przysiadła u boku Sarenki.
— Umierałam z niepokoju o ciebie! Nikt nie chciał mi powiedzieć, co ci się stało! Po co tam wróciłaś?! Mogłaś zginąć! — rugała osłabioną przyjaciółkę.
— Musiałam wrócić po Kodeks i książeczkę do modlitwy — wyznała cichutko. Wciąż walczyła z opadającymi ze zmęczenia powiekami. Monika zrozumiała, że czas, aby dziewczyna odpoczęła. Analizując zachowanie Alberta i Sarenki, opuściła pokój gościnny.
— Kodeks! — zaśmiała się gorzko. — Ten durny Broll naraził ją na niebezpieczeństwo! — zdenerwowała się. Zupełnie nie rozumiała, po co Elizie kodeks postępowania! Przecież z zachowania była podobna do świętych — skromna, uczciwa, prawdomówna. Monika wręcz zastanawiała się czasem, czy Eliza Sarna ma jakikolwiek charakter. Była niczym idealna służąca, która spełni każde polecenie swojego pana, zupełnie podporządkowując mu swoją wolę, nawet rezygnując z własnej osobowości. Bała się o nią, że gdy zamieszka z tym dziwakiem, on zamieni jej życie w piekło. Ona dopasuje się do niego, zapomni o radości i miłości.
— Boże, uchroń ją przed tym wariatem — szepnęła do siebie, zasiadając w salonie na wygodnej sofie. W tej chwili poczuła się winna. To przecież ja namówiłam ją na to małżeństwo. Boże spraw, żeby to wszystko się jakoś ułożyło, bo inaczej będę miała wyrzuty sumienia do końca moich dni.
Eliza zasnęła tuż po wyjściu Moniki, mając przed oczyma wyobraźni brązowe oczy Alberta oraz jego przystojną twarz okoloną aureolą rudych, kędzierzawych włosów. Był dla niej niczym niedostępny anioł, którego mogła jedynie wielbić z daleka. Zakochała się i nic nie mogła na to poradzić. Zanim zdążyła wyobrazić sobie smutne życie u jego boku, poczuła takie zmęczenie, że musiała tym razem odpuścić.
— Myślisz, że Wolańscy przygarną Elizę na dłużej? — zapytał Albert, próbując odzyskać swoją maskę obojętności. Próbował skupić się na prowadzeniu samochodu, lecz wciąż jego myśli krążyły koło tej istoty, za którą był odpowiedzialny.
— To bardzo dobrzy ludzie. Z tego co wiem, już od dawna się nią opiekują. Właściwie odkąd Eliza poznała Monikę, czyli od trzech lat. A tak poza tym… Berti, co ci się stało? — Starski nie mógł się oprzeć pokusie, aby o to nie zapytać. Popatrzył na przyjaciela, który zacisnął wargi, a potem odparł:
— To chyba przez te studia, które porzuciłem kilka lat temu. Wiesz, jak bardzo chciałem zostać lekarzem.
— Dlaczego nie wrócisz na studia?
— Przecież wiesz. Kobiety! — burknął niezadowolony, czując uścisk w gardle.
— No tak, rzuciłyby się na ciebie jak pijawki. Nagle wszystkie zaczęłyby chorować biedulki, żeby pan doktor je zbadał! — Zaśmiał się, wyobrażając sobie osaczonego Alberta.
— Noo, coś w tym stylu.
— Ale coś jeszcze było w tym wszystkim, w tej twojej trosce o nią… Poczułeś się za nią odpowiedzialny, prawda?
— Chyba tak — odpowiedział, siląc się na obojętność. Jednak w duchu musiał przyznać się przed samym sobą, że było to coś o wiele więcej. Nikt jednak nie musiał o tym wiedzieć. Postanowił zostawić to dla siebie, aby na zawsze zachować to w tajemnicy.
13. Dwóch zakochanych wariatów
Pani Broll pozostała w domu przyjaciółki przez kolejne dwa miesiące. Mąż przesyłał pieniądze na jej utrzymanie, lecz przez cały ten długi czas nie pojawił się u Wolańskich ani raz. Zajęta nauką siedemnastolatka, wciąż powracała myślami do chwili, gdy Albert okazał jej tyle troski. Egzaminy i data przeprowadzki zbliżały się wielkimi krokami. Sarenka miała nadzieję, że mąż może napisze do niej choć kilka słów, zanim to nastąpi. Każdego dnia wyczekiwała jakiejś wiadomości, lecz daremne były jej nadzieje.
Podczas gdy Broll trzymał się z daleka od żony, Damian Starski często odwiedzał kuzynkę i świetnie bawił się w jej oraz Elizy towarzystwie. Już po pierwszej wizycie musiał przyznać, że coraz bardziej lubi żonę przyjaciela. Z każdą wizytą lubił ją coraz mocniej, nie zdając sobie sprawy z tego, do czego doprowadzi go ta sympatyczna znajomość.
Pewnego sobotniego popołudnia Eliza, Monika oraz Damian spotkali się, aby zagrać w trójkę w grę karcianą. To było dla Sarenki nowością. Starski cierpliwie tłumaczył jej wszystkie zasady gry i dyskretnie przyglądał się rysom jej twarzy… I w pewnej chwili zdał sobie sprawę z tego, że zauroczył się w pani Broll.
Monika szybko zauważyła, że kuzyn najwyraźniej jest oczarowany Elizą, i bynajmniej nie traktuje jej jak koleżankę. Dlatego gdy tylko zostali na chwilę sami, postanowiła położyć kres wszelkim niedomówieniom. W jej oczach związek państwa Broll był kompletną katastrofą. Ale gdyby Eliza pokochała Damiana, a on ją…
— Dami, widzę, że ustrzeliła cię strzała Amora. — Szturchnęła go przyjacielsko, kiedy na chwilę zostali sami.
— To aż tak widać? — westchnął smętnie nad swoją talią kart.
— Pożerasz ją oczami! Nie zapominaj, że ona ma męża! — Pogroziła mu palcem.
— Męża, który jej nie kocha.
— Wiem… — po jej słowie zapadło na chwilę zgodne, niemal żałobne milczenie.
— Ale proszę cię, żebyś jej tego nie mówiła. Nie wiem, jakby na to zareagowała — poprosił.
— Może się w tobie zakocha? Kto wie? — podsyciła nadzieję dwudziestoczterolatka.
— Mogłabyś delikatnie podpytać ją… — zawahał się.
— Oczywiście, zapytam czy się jej podobasz. Nawet nie zorientuje się, o co chodzi. — Mrugnęła do niego porozumiewawczo. — Agha, za kilka dni, dokładnie dwudziestego piątego maja, ma osiemnaste urodziny.
— Dobrze wiedzieć! Kupię jej coś ładnego! — Zatarł ręce i zaczął w myślach wybierać prezent dla ukochanej.
— Kto wie, może kiedyś rozwiedzie się z tym dziwakiem.
— Nie zapominaj, że to mój przyjaciel!
— Skąd się wzięła ta niedorzeczna przyjaźń?! — zapytała niemal oburzona tym faktem.
— Wielokrotnie uratował mój tyłek… — Przypomniał sobie, jak przyjaciel wyciągał go wielokrotnie z dołka finansowego.
— Nie będę tego kwestionować — zakończyła temat, jak tylko zobaczyła, że Eliza wraca do pokoju.
— Na mnie już czas, Moje Drogie! — Damian wstał i ukłonił się towarzyszkom zabawy. Czuł się mocno zakłopotany w obliczu wyznania, które przed chwilą złożył. — To cześć!
— Cześć! — powiedziały zgodnym chórem i jakby nigdy nic zaczęły tasować karty, aby jeszcze raz zagrać.
— Czy podoba mi Damian? — zapytała Eliza zdziwiona pytaniem przyjaciółki. — To dość kłopotliwe pytanie… — zaczerwieniła się znad talii kart. Panujący w salonie półmrok rozświetlany lampką nocną, potęgował atmosferę intymnych zwierzeń.
— No, powiedz szczerze. — Monika postanowiła, że nie położy kolejnej karty na stole, póki nie wyciśnie z przyjaciółki prawdy o jej uczuciach.
— Właściwie tooo…, muszę ci się przyznać do czegoś. — Eliza odwróciła oczy. Wciąż czuła tą samą miłość w stosunku do męża, co dwa miesiące temu.
— Kochasz Alberta — uprzedziła jej odpowiedź.
Sarenka skinęła głową i zasępiła się.
— Beznadzieja, co? — zaśmiała się gorzko, przyglądając się znów swoim kartom, byleby nie musieć patrzeć przyjaciółce w oczy. Monika nie cierpiała Alberta i nie popierała jej wyboru.
— Tak… — westchnęła ciężko Wolańska. W duchu pożałowała swojego biednego, zakochanego kuzyna.
— A wracając do Damiana… Jest dla mnie jak brat. Właściwie dlaczego o to pytasz? — Elizę zdziwiło pytanie o jej zapatrywania względem urody Damiana. Przez myśl przeszło jej, że być może Monika liczy na to, że Eliza się w nim zakocha i może…
— Bo on… — o mało co się nie wygadała — ale miałam ci o tym nie mówić. W takim wypadku muszę cię ostrzec, żebyś się zbytnio do niego nie zbliżała, bo zrobisz mu nadzieję.
— Nadzieję? Na co? Czy… on się we mnie z-zakochał? — zapytała. Czy to mogła być prawda? Przecież był dla niej jak przyjaciel i brat w jednym. Ufała mu, po prostu go lubiła. Nie spodziewała się, że za jego serdecznym uśmiechem skrywa się miłość.
— Tak. I proszę, żebyś go nie zraniła. To dobry facet, ale nie ma szczęścia w miłości… zresztą w hazardzie też — zażartowała.
— Będę uważała. Ale ty powiedz mu, że kocham… — dodała ciszej: — sama wiesz kogo. Niech to będzie tajemnica trojga przyjaciół. — Eliza uśmiechnęła się smutno do swoich wspomnień, gdy to Albert wspaniałomyślnie okazał jej troskę. Wciąż tłumaczyła to sobie tym, że poczuł się za nią odpowiedzialny jako osoba od niej starsza o osiem lat, jako mężczyzna który ją utrzymuje. Przecież był gejem! Nie mógłby nagle jej pokochać! A na myśl, że to nigdy się nie stanie, posmutniała.
— Zaprosisz go na urodziny? — zapytała Monika, gdy kładła na stół swoją kartę.
— Brolla?
— Tak, jaśnie pana Alberta Brolla — przekomarzała się Monika.
— Wypadałoby — dodała po namyśle. Położyła kartę na stół. — Wyślę mu zaproszenie. Choć powiem ci szczerze, że wolałabym nie obciążać twoich rodziców organizowaniem tego przyjęcia. — Nagle popadła w poczucie winy względem swoich dobroczyńców.
— Wiesz, jak oni uwielbiają się spotykać z ludźmi! Nie odbieraj im tej przyjemności. Poza tym, to jest okazja, żebym mogła spotkać się ze swoimi siostrami, a ty z rodzicami!
— Dobrze wiesz, że nie przyjadą. — Westchnęła smutno. Nie widziała rodziców od ponad roku. Poinformowała ich listownie o swoim zamążpójściu i uprzedziła, że małżeństwo jest jedynie transakcją korzystną dla obydwu stron. Ojciec zadzwonił do niej jeszcze tego samego dnia i wyraził niezadowolenie, ale ona nie przejęła się tym. Oni byli tam, na tej oddalonej o wiele kilometrów wsi, a ona od sześciu lat musiała sobie radzić sama w obcym mieście. To było jej życie i mogła z nim robić, co tylko zechce! Zaraz miała skończyć osiemnaście lat!
***
— Jedziesz na to przyjęcie? — zapytał Damian przyjaciela, gdy jeździli konno po posiadłości rodzinnej Brollów. Piękna pogoda była świetną okazją, aby przewietrzyć głowę i wybadać sytuację.
— Zaprosiła mnie, więc nie wypada odmówić… Choć nie wiem, jak poradzę sobie z tym… — na usta cisnęły się mu same obelgi, gdy myślał o fobii, która niszczyła jego życie.
— Co jej kupiłeś?
— Parę przydatnych rzeczy. Pozwoliłem sobie wysłać jej prezenty już dziś — zadowolony z siebie popędził konia. Zaskoczony Damian ruszył za nim.
— Ja też już podarowałem jej prezent — wyznał, zrównując się z nim.
— Co jej kupiłeś?
— Tomik wierszy romantycznych.
Alberta coś tknęło. Przez myśl od razu przeszło mu, że przyjaciel zakochał się w jego fikcyjnej żonie, ale rozbawiony, natychmiast odrzucił tę myśl na bok.
— Myślisz, że się jej spodoba? — zapytał Broll, rozważając zakup całego zestawu tomików wierszy dla Elizy.
— Ona lubi takie książki. W domu Wolańskich często czytamy poezję. Eliza recytuje ją z pamięci. — Damian westchnął tęsknie do tych chwil, gdy czuł duchową więź z ukochaną kobietą. Obydwoje mieli usposobienia romantyczne.
Albert poczuł się zazdrosny o czas, jaki żona spędza z jego przyjacielem. Pojął, że coś mu bezpowrotnie umyka i że wiele stracił w ciągu tych dwu miesięcy, gdy się nie widzieli. Wiedział doskonale, że nie dałby rady usiedzieć nawet kilku minut w jednym pokoju z dwiema kobietami. Chyba, że byłbym sam na sam z nią… Ale co też mi chodzi po głowie?! Zaśmiał się do swoich myśli. Po co Eliza miałaby spędzać ze mną czas sam na sam?! To jakaś kompletna bzdura, zważywszy na fakt, jakie warunki jej postawiłem przed ślubem. A może przesadziłem z tym Kodeksem?
Przypomniał sobie to, jak wybierał dla niej odzież w internetowym sklepie. Miał nie lada zagwozdkę, jak kupić ubrania i bieliznę tak, żeby nie musieć iść do butiku osobiście. Doskonale wiedział, że Eliza straciła większość swoich ubrań w pożarze, dlatego wysłał jej pieniądze na jej wydatki. Ale kwestia prezentu był to temat odmienny. Aby mieć z żoną kontakt, wysłał jej kilka dni temu telefon komórkowy wraz z opłaconą kartą. Pierwszy sms, jaki do niej wysłał, brzmiał:
Podaj mi wszystkie swoje namiary. Mam na myśli twój rozmiar: wzrost, obwód bioder i biustu, rozmiar stanika itd.
Domyślał się, że młoda pani Broll będzie bardzo zaskoczona, ale bez tego nie mógłby przecież niczego dla niej zamówić, więc zaryzykował. Dostał od niej wszelkie namiary — mógł więc zrobić zakupy.
Z jakimś dziwnym, niesprecyzowanym uczuciem wszedł na stronę butiku, który miał również swoją siedzibę w mieście, w którym mieszkał. Przeglądanie damskich sukienek spowodowało w nim falę podniecenia. Każdy kolejny model coraz bardziej nakręcał jego zmysły. Ale gdy przyszło mu wybrać stanik i majtki do kompletu, musiał zrobić sobie przerwę.
— Co mi się, do diaska, dzieje! To nie atak paniki, ale coś… — był wyraźnie podniecony. Odkrył faktyczny powód tego stanu, gdy zdał sobie sprawę z tego, że wyobraża sobie Elizę w samej bieliźnie. Zdenerwowany tym faktem, wyszedł na taras, aby zapalić papierosa. Robił to niezwykle rzadko, w chwilach tak niezrozumiałych, jak ta.
— Nie Albert, nie jesteś gejem — powiedział do siebie pod nosem. Zgasił papierosa i powrócił do salonu, gdzie czekał na niego laptop. Usiadł na sofie i powiedział do siebie: — Zrobię to najszybciej, jak tylko się da.
Zaznaczył pierwszy z brzegu komplet bielizny, zapłacił za zamówienie i z trzaskiem zamknął wieko komputera przenośnego. Odetchnął z ulgą. Po chwili przypomniał sobie, w jakim kolorze była zamówiona sukienka oraz stanik dla Elizy.
— A niech to! Mogłem wybrać czarny albo biały! — zrugał samego siebie. — Mam nadzieję, że sukienka ecru i fioletowy stanik nie będą się ze sobą zbytnio gryzły. Cholera! Zamówię jeszcze dwa, żeby miała do wyboru.
Broll po raz kolejny przeżył szok „termiczny”, który doprowadził jego emocje do wrzenia. Tym razem wybrał coś skromniejszego, ale równie dobrej jakości.
— Stanik i majtki ecru, to na pewno będzie pasować. No chyba, że woli kontrasty — zaznaczył jeszcze czarny komplet. — No! To powinno wystarczyć!
Ukontentowany, zapłacił za kolejne zamówienie. Zgłodniał przez ten maraton zakupowy, więc zażyczył sobie, żeby jego kucharz ugotował mu coś pysznego. Nigdy nie wychodził na miasto na obiad, żeby nie spotkać jakiejś kobiety. Nie zamawiał też niczego na wynos czy przez kuriera. Kurier mógł być przecież kobietą! I choć podczas obiadu czuł się samotny, siedząc sam w dużej jadalni, nadal z rumieńcami na twarzy rozpamiętywał zakupione przez niego elementy garderoby jego fikcyjnej żony.
Podczas gdy Albert i Damian relaksowali się na świeżym powietrzu podczas spaceru konnego, w domu Wolańskich Eliza rozpakowywała prezent od Damiana. Uśmiechnęła się na widok tomiku wierszy, które tak lubiła czytać, gdy mieszkała jeszcze w bursie. Teraz mogła mieć swoje ulubione wiersze na wyciągnięcie ręki. Dedykacja brzmiała:
Teraz możesz sięgać po swoje ulubione wiersze, kiedy tylko zechcesz. Niech Ci one przypominają, że gdzieś jest ktoś, kto lubi je równie mocny jak Ty. Obyś Ty polubiła mnie tak mocno, jak ja Ciebie. DAMIAN
Westchnęła ciężko na myśl o tym, co powiedziała jej Monika i poczuła współczucie dla przyjaciela. Wiedziała, jak to jest kochać kogoś beznadziejnie. Gdyby mogła sprawić, żeby jej uczucia uległy zmianie na jego korzyść, uczyniłaby to. Niestety było to niemożliwe.
Spojrzała na stos pudełek, które wczoraj dostała od męża. Sterta stała w kącie pokoju od kilkunastu godzin i przypominała jej o zakazanym mężu.
— Nie rozpakujesz ich? — zapytała Monika, przyglądając się bacznie Elizie. Wyglądała na zakłopotaną, a nie ucieszoną. Nie tknęła tych paczek od wczoraj. — Wypadałoby to otworzyć. Dziś twoje urodziny i on może…
— Och! Wystarczyłoby mi, gdyby się tutaj po prostu zjawił i powiedział mi: „Wszystkiego najlepszego Moja Ukochana Żono.” — wyznała tęsknie. — Otworzę je… choć wolałabym, żeby nie myślał, że jestem łasa na jego pieniądze.
Wzięła do ręki pierwsze z brzegu, najmniejsze pudełeczko. W środku był złoty zegarek wysadzany jakimiś błyskotkami, a do tego karteczka, która znacznie bardziej ją zainteresowała.
Prezent urodzinowy dla prawdziwej damy. Mam nadzieję, że założy go Pani na przyjęcie urodzinowe.
— Dlaczego znów nazywa mnie „panią”? ! — zdziwiła się.
— A czy to ważne? Patrz na ten zegarek!
— Ładny, ale musiał być okropnie drogi — skomentowała Eliza. — Czy nie może dawać mi prezentów, które mogłabym nosić bez obaw, że ktoś mi je ukradnie?
— Nie marudź! Otwieraj następne! — Monika podała jej następny pakunek.
W kolejnym pudełku znalazła się para wiosennych balerin, a w następnym — wiosenna sukienka ecru z dołączoną karteczką:
Buty i sukienka na przyjęcie urodzinowe. Na co dzień i od święta.
— Jaki przewidujący! — pochwaliła go Monika po raz pierwszy w życiu.
— Miło z jego strony. — Dziewczyna sięgnęła po kolejne pudełko.
— Bielizna! Na bank bielizna!
— Skąd wiesz?
— Żartujesz? To znana marka! Nie byle co! — Wskazała na logo widniejące na wieku pudełka.
Skromna dziewczyna, która zawsze nosiła na sobie najtańszą bieliznę z darów dla ubogich, powoli rozpakowała cenny prezent. Jej oczom ukazał się stanik z koronkowymi wstawkami i koronkowe majtki.
— Filetowe?! — zdziwiła się Monika. — Przecież to nie pasuje do sukienki ecru! Sukienka jest na ramiączkach…
— Koronkowe majtki… — Eliza zaczerwieniła się po sam nos i zakryła twarz dłońmi. Były całkiem przezroczyste.
— Seksi! Ale… jak na geja ma dobry gust, z tym że faktycznie… Trochę przesadził — dodała chłodniej.
— Nie założę tego! Nigdy! — Eliza schowała ekskluzywną bieliznę do pudełka. Spojrzała na ostatni prezent. — Zostało jeszcze jedno pudło. I chyba jest najcięższe! — Zaczęła je rozpakowywać. Ta paczka nadeszła do niej pół godziny temu. W środku była kartka:
Kupiłem dziesięć tomików wierszy Pani ulubionego poety. Niestety nie wiem, które lubi Pani najbardziej. Przydadzą się na co dzień i od święta. Albert Broll.
— Och, muszę mu napisać, żeby więcej nie nazywał mnie „panią”! — Wzięła do ręki telefon komórkowy i napisała: „Jestem Eliza, a nie żadna pani!” Następnie ściągnęła ozdobny papier przykrywający książki i zajrzała do środka.
— Eliza, ja nic nie chcę mówić, ale ten facet chyba cię lubi. I to bardzo lubi! — podkreśliła Wolańska, robiąc wielkie oczy ze zdziwienia.
— Nie wiem… Może po prostu lubi wydawać pieniądze? — tłumaczyła to sobie najbardziej przyziemnymi powodami. Musiała trzymać na wodzy swoją fantazję. — Bo po co miałby wysyłać mi te wszystkie prezenty?! — Bezradnie rozłożyła dłonie.
— Może zapytasz go o to, gdy się zjawi? — Mrugnęła do niej porozumiewawczo i uśmiechnęła się.
— Chyba tak zrobię.
— Dobra! A teraz ubieraj się! Wskakuj w nowe ciuszki! — poganiała ją. Chciała zobaczyć, jak ta skromna dziewczyna będzie wyglądała w nowych ubraniach.
Zakłopotana dziewczyna wyciągnęła kremową sukienkę z falbanami z pudełka i odkryła, że pod spodem znajduje się jeszcze para cielistych rajstop. Zaczerwieniła się po same uszy, na widok dwóch kolejnych kompletów luksusowej bielizny.
— Eli! On chyba ewidentnie czuje do ciebie mięte! — Monika wyciągnęła z pudełka śliczny, czarny, koronkowy staniczek.
— Przesadził — wymamrotała Sarenka, gdy klapnęła na łóżku. — Stanowczo przesadził. — Właśnie przypomniała sobie, że nie miała nocy poślubnej. Łzy stanęły jej w oczach, ale szybko je otarła.
— Przyznaję, Broll ma gest! Ale jest dość dziwny. — Monika podrapała się po głowie, nie wiedząc już, co ma myśleć o tym mężczyźnie. — Ubieraj się, Sarenko! — ponagliła ją, po czym sama poszła do swojej obszernej garderoby.
Około dziewiętnastej zaczęli się zjeżdżać goście. Wolańscy mieli bardzo obszerny salon, który spokojnie mógł pomieścić dwadzieścia osób. Zjawiły się więc, wcześniej wspomniane przez Monikę, jej dwie siostry z mężami oraz parę koleżanek ze szkoły. Brakowało już tylko Damiana i Alberta. Eliza właśnie zaczęła rozpakowywać kolejny z kilku nowych prezentów, gdy do salonu wszedł Damian, a za nim przyczajony Albert Broll. Na jego widok serce Sarenki zabiło szybciej.
Nie mogła tego wiedzieć, ale on poczuł to samo, gdy ujrzał ją w sukience, którą parę dni temu samodzielnie dla niej wybrał i zapakował ozdobnie. Na myśl, że pod spodem miała także tą elegancką bieliznę, którą sam wybierał… zrobiło się mu gorąco.
Goście ściągnęli płaszcze i zaczęło się. Na dźwięk wybuchu śmiechu jednej z sióstr Moniki, Albert dopadł paraliżujący strach. Nagle stał się obiektem zainteresowania wszystkich obecnych pań i poczuł potworny wstyd. Miał ochotę zapaść się pod ziemię. I tak dopadł atak paniki.
— Przepraszam, zaraz wrócę — powiedział bardzo cicho i pospiesznie wyszedł.
— Idź za nim! — powiedziała do Elizy Monika.
Dziewczyna poszła za jej radą i wyszła natychmiast na korytarz. Zobaczyła, jak Albert znika za rogiem, w ciemnym korytarzu dużego domu. Podążyła jego śladem.
Skierował swoje kroki prosto do ogrodu. Tam usiadł na ławce i zaczął ciężko dyszeć. Nienawidził tego uczucia. Lęk ścisnął jego gardło w supełek. Serce galopowało mu jak szalone, drżały mu ręce…
— Panie Broll! — Eliza podeszła do niego powoli, przejęta. Widziała, że źle się poczuł.
Drgnął na dźwięk jej głosu i poczuł się skrępowany tą sytuacją. Nie chciał, żeby ktokolwiek go widział w tym stanie, a zwłaszcza ona. Zmusił się do wstania. Schował ręce za siebie i zacisnął zęby — łudził się, że czujne oko Elizy niczego nie zauważy.
— E-liz-o… — głos uwiązł mu w gardle.
— Mogę jakoś pomóc? — zapytała nieśmiało. Potem stanęła dwa metry od niego, czekając na odpowiedź.
Tak, to była istota niezdolna do jakiekolwiek przemocy. Była dobra i wyglądała jak anioł w tej nowej sukience. Miała rozpuszczone długie włosy, które spoczywały na jej ramionach długimi falującymi pasmami. Jego myśli znów poszybowały ku koronkom, które dziewczyna miała pod suknią. I zanim się obejrzał, panika przeobraziła się w coś na kształt podniecenia.
— Nie, wszystko jest… d-dobrze — odpowiedział spokojniejszy.
— Chciałam podziękować za prezenty. Sukienka jest śliczna i reszta rzeczy też jest bardzo ładna i praktyczna. Proszę jednak na przyszłość nie wydawać na mnie tak wielu pieniędzy. Miałam ograniczyć się do najbardziej potrzebnych rzeczy i…
— Przecież nie może pani całe życie chodzić w mundurku szkolnym. Dziś stała się pani kobietą… — zaczął, ale nie skończył. Kobietą stałaby się, gdyby spędziła z mężem swoją noc poślubną. Skrępowany spuścił wzrok.
— Dziękuję, że… pan o mnie pomyślał. — Dygnęła z gracją. — Wystarczyłyby jednak same życzenia. — Uśmiechnęła się do niego ciepło, a on poczuł motyle w brzuchu. Przełknął ślinę i zakłopotany powiedział prosto z serca:
— Wszystkiego najlepszego, pani Elizo.
— Proszę już nie mówić do mnie per „pani”, to głupie. Po prostu: Eliza, albo Eli, albo… jak pan chce. — Chciała przełamać z nim te okropnie zimne „lody”, które usilnie między nimi stawiał.
— Dobrze, Elizo. — Odpowiedział ułagodzony jej spokojnym, cichym głosikiem. — Teraz już muszę iść. Nie będę psuł swoją obecnością twojego przyjęcia urodzinowego. Nie jestem mile widziany w tej rodzinie… Niestety zachowanie sióstr Moniki przypomniało mi o tym. Wybaczysz, pójdę już.
— Och — westchnęła rozczarowana. — Przykro mi, ale nie wiedziałam o tych okolicznościach. Inaczej nie zapraszałabym pana na…
— Mów mi Albert. Skąd mogłaś wiedzieć? — Zdziwiony tym, że atak lęku opuścił go podczas rozmowy z żoną, uśmiechnął się rozbawiony.
— Czy spotkamy się jeszcze, zanim…? — Ugryzła się w język i pochyliła głowę. Za późno zdała sobie sprawę z tego, że wyszła swoimi słowami przed szereg.
— Kto wie Elizo, kto wie? — Ukłonił się, a potem życzył jej dobrej nocy. Na końcu dodał jeszcze: — Przekaż, proszę, Damianowi, że wróciłem do siebie. On mieszka blisko Wolańskich, więc chyba jakoś trafi do swojego mieszkania. — Zażartował niemrawo, po czym odwrócił się i powoli odszedł w kierunku bramy wjazdowej. Znikł za rogiem, i tyle go widziała.
Pozostała bez słowa. Musiała wrócić do salonu pełnego gości, choć z całego serca wolałaby pójść za ukochanym. Schowana za rogiem ściany, odwróciła się na pięcie ku wejściu na taras i z impetem uderzyła w rozpędzonego Damiana.
— Dami! — niemal krzyknęła, zaskoczona. Nagle znalazła się w jego objęciach przyjaciela. Widok jego twarzy z tak bliska (wszak byli tego samego wzrostu) wprawił ją w zakłopotanie. Starski szybko się zreflektował i odsunął od niej.
— Elizo, nie widziałaś przypadkiem Alberta? — zapytał zakłopotany. Żadne z nich nie wiedziało, że Albert przyczaił się w cieniu bramy. Chciał wrócić, aby powiedzieć przyjacielowi, że idzie odwiedzić ojca, który zatrzymał się na tę noc w hotelu — wrócił kilka dni temu z jednej ze swoich podróży…
Teraz Broll słuchał bacznie każdego słowa i widział, jak na dłoni każdy gest Elizy oraz Damiana.
— Właśnie poszedł — odparła smutno i zwiesiła głowę.
— Ech, ten Berti! Wybacz mu! Musiało mu coś wypaść… — zaczął go tłumaczyć, ale nie chciał okłamywać dziewczyny, więc zmienił temat. — Smutno ci? — zapytał cicho i przyjacielsko potarł jej odsłonięte ramię.
Albert drgnął, gdy ujrzał ten gest, ale pozostał w miejscu, aby zrozumieć więcej.
— Damianie… — Eliza odsunęła się, speszona. — Tak, jest mi smutno — przyznała i popatrzyła tęsknie w kierunku bramy. Nie mogła w ciemności zauważyć schowanego za krzewami męża.
— Wyglądasz pięknie w tej sukience, wieczór dopiero się zaczyna… Chodź zatańczyć! Muzyka czeka na ciebie! — Damian nieudolnie próbował ją rozweselić.
— Chyba nie mam ochoty na zabawę — westchnęła i znów spojrzała na bramę, w której znikł jej zakazany mąż…
Przysunął się do niej powoli, niczym skradający się kot, który chce wykraść kurkę z kurnika. Jego przyjaciel stał teraz stanowczo za blisko jego żony, a on wiedział, że nie może nic na to poradzić. Był wściekły i bezradny.
— Nie daj się prosić! Tak bardzo ci zależy na tym, żeby Albert był na tym przyjęciu? — zapytał przyciszonym głosem. To była tajemnica, której Albert nie poznał jeszcze tym razem, choć wytężał mocno słuch. Nagle zaczął sobie wyobrażać, że to dyskretna rozmowa kochanków. Zamarł.
— Tak — wyszeptała.
— Biedulko, ale ci się przytrafiło. Mogłem temu zapobiec, ale… Teraz już za późno. Nie ma co wzdychać nad rozlanym mlekiem. — Uniósł czułym gestem jej spuszczoną w dół główkę i uśmiechnął się pocieszająco.
— Nic nie mogłeś zrobić Dami. Tym bardziej teraz — powiedziała głośniej. Nie miała ochoty na uśmiech.
— Jedyne co mogę, to postarać się ciebie rozweselić, dlatego… — podał jej dłoń. — Zapraszam panią do tańca! No, nie daj się prosić! Osiemnastkę ma się raz w życiu! To jedyna taka okazja! Elizo! Bo zaraz zacznę cię łaskotać, jak się zaraz nie rozchmurzysz! — Połaskotał ją zabawnie po szyi, a ona zaśmiała się.
— No dobrze! — Uśmiechnęła się rozbrojona ze smutku, po czym podała mu dłoń. Razem przeszli przez taras i zniknęli w drzwiach domu.
Obydwoje weszli do budynku, a Albert jeszcze długo stał i analizował tę scenę. Czyżby Starski kokietował jego żonę? A może obydwoje coś do siebie czuli?! Z pewnością byli bliskimi przyjaciółmi! Poczuł ukłucie zazdrości. Choć przecież nie miał do tego prawa. Jak idiota zasypał ją prezentami, bo jak przykładny idiota miał nadzieję na odrobinę ciepłego uczucia. Przecenił rolę swojej osoby w życiu Elizy. Postanowił, że od dziś, aż do końca jej pobytu w szkole i w domu Wolańskich, nie da o sobie znaku życia i nie będzie jej się naprzykrzał. I pomyśleć, że jeszcze kilka minut temu miał nadzieję, że udało się mu wzbudzić w niej pozytywne myśli, choćby cień głębszego uczucia. A przecież nie miał do tego prawa. Sam był sobie winien. Nie dało się teraz nagle przeskoczyć przepaści, którą między nimi wykopał swoim zachowaniem. Lecz skąd mógł wiedzieć, że poczuje do niej coś zgoła innego niż niechęć czy strach? Zdał sobie sprawę z tego, że jak żebrak chciał kupić uczucia, które były już zarezerwowane dla innego. Przegapił ten najważniejszy moment. Poniósł klęskę. Odszedł swoją drogą, w ciemną noc, ciemną ulicą, bez celu. Prosto w objęcia samotności.
14. W samotni
W końcu sam! Teraz wszystkie klepki wrócą mi na miejsce! — pomyślał Albert, gdy wkroczył do wynajętego domku, położonego wysoko w górach. Lubił zaszywać się tutaj raz na jakiś czas, aby odnaleźć samego siebie. Tym razem jednak przygnało go tutaj coś innego.
Jednoosobowa chatynka miała wszystkie wygody, jakie potrzebne były niewymagającemu mężczyźnie. Choć otaczał się na co dzień luksusem, czasem wolał prostotę, która działała na niego ożywczo. Łóżko, łazienka, prąd — tylko tyle mu trzeba było do szczęścia. Nawet nie było tutaj zasięgu. Z dala od internetowych wariactw, sklepów, z dala od jakiegokolwiek kontaktu z światem.
Rzucił torbę na łóżko i powiedział wrogo:
— A teraz sobie dzwońce i piszcie! Nie ma mnie dla nikogo!
Już pierwszego wieczora po przyjeździe naszły go natrętne myśli. Leżał już w łóżku, próbując zasnąć, i nie potrafił się pozbyć z głowy widoku Elizy dotykanej przez Damiana. Ta scena wyzwoliła w nim taką zazdrość, że czuł ją nawet teraz. Chciał zapomnieć o Sarence.
— Tylko czy tydzień wystarczy? — zadał sobie pytanie. Wątpił, ale chciał przynajmniej spróbować, choćby zmienić nastawienie do całej sytuacji, do samej Elizy.
Ale po siedmiu dniach siedzenia w samotni stwierdził, że to za mało. Wsiadł do samochodu i zjechał w dół, ku cywilizacji, aby złapać zasięg. Już w połowie drogi do miasteczka odezwał się telefon. Zaatakowała go fala wiadomości sms i komunikatów o nieodebranych połączeniach. Zatrzymał samochód, aby przekonać się, kto nie chciał o nim zapomnieć choćby na chwilę. Spodziewał się, że będą to klienci, ale ze zdziwieniem przeczytał wiadomość od…
— Eliza — szepnął zdumiony.
Albercie, czy wszystko u ciebie dobrze?
Następna wiadomość brzmiała:
Proszę, chociaż napisz, czy wszystko z tobą w porządku.
— Przejęła się moim zniknięciem?! Niemożliwe… przecież ma swojego kochasia, więc do czego ja jej jestem potrzebny?! Może kasa się jej skończyła? Nie… wysyłałem jej tydzień temu dwa tysiące. Nie wygląda na rozrzutną.
Przeczytał kolejny sms, tym razem od Damiana:
Stary, wiem, że chcesz sobie podumać w swojej samotni, i wiem, że nie mogę wyjawiać twojej tajemnicy gdzie, co i jak, ale weź daj znać Elizie, żeby się nie martwiła.
— Nie! — burknął pod nosem. Nie miał zamiaru spowiadać się jakiejś obcej dziewczynie, dlaczego zaszył się w swojej samotni na szczycie góry. Nadal była jego wrogiem numer jeden, była „istotą”, jedną z wrogiego obozu kobiet. A on nie miał zamiaru nikomu odpowiadać, z pewnością nie jej. Dlatego zawrócił z drogi, aby znów zaszyć się w swojej prywatnej samotni…
Minął miesiąc. Nie potrafił się powstrzymać przed tym, żeby codziennie nie sprawdzać wiadomości sms. Niby przez przypadek szedł na spacer i trafiał na zasięg. Eliza nadal pisała. A on nie mógł zrozumieć, dlaczego. Co przekonało go do tego, żeby w końcu się odezwać?
Panie Albercie, czy ja coś panu zrobiłam? Czy powiedziałam niechcący coś niestosownego na moich urodzinach? Znikł pan na drugi dzień po nich. Proszę choć dać znak życia. Pańska żona Eliza Broll
— Dlaczego znów pisze do mnie per „pan”? ! — zdenerwował się.
Nie wytrzymał, musiał zadzwonić do Damiana, choć był w środku lasu, a na jego głowę padał wzmagający się deszcz.
— Cześć, stary, w końcu wśród żywych! — zażartował jego przyjaciel na powitanie.
— Tak — burknął do niego. Nadal miał przed oczami to, jak Starski dotyka jego żony.
— Wracasz?
— Nie, jeszcze nie.
— Co cię tym razem siekło?
„Eliza Broll, moja żona, która jest w tobie zakochana. A ja jak ten idiota zakochałem się w niej!” — przyznał się w końcu przed samym sobą.
— Jesteś tam, Berti?!
— Tak — odpowiedział zimno.
— Eliza wciąż mnie o ciebie wypytuje. Chciała nawet zgłosić sprawę na policję, że niby zaginąłeś. Wiesz, jak to z kobietami… a no właśnie, nie wiesz. W każdym razie zmartwiła się Sarenka i to bardzo, gdy zniknąłeś.
— Powiedz jej, że żyję. Tyle jej powinno wystarczyć. Nie jesteśmy nawet znajomymi, żebym musiał się jej tłumaczyć.
— Tak, masz rację. Jesteście tylko małżeństwem.
— Na pewno nie traktuje tego poważenie.
— Nie, raczej śmiertelnie poważnie — poprawił go z ironią.
Zamilkł na dobrą chwilę. Miał rację, ona traktowała go poważnie, a on nie dawał znaku życia.
— Co mam jej powiedzieć? Oprócz tego, że żyjesz?
— Będę jak wrócę — rzekł przekornie.
— He, he! Widzę, że wraca ci poczucie humoru. To dobry znak.
— Nie ma mnie dla nikogo.
— Klienci się niepokoją. Robię co mogę, ale faceci wolą załatwiać sprawy z tobą.
— Przecież wszystko robię zdalnie, a ty załatwiasz resztę.
— Oni chcą widzieć szefa!
— Niech wszyscy dadzą mi święty spokój! — odwarknął trochę zbyt ostro.
— Dobra, Berti. Trzymaj się i daj znać, kiedy wracasz.
— Dobra, cześć!
— Narka!
Nadszedł kolejny wieczór pełen wyizolowanej samotności. Znów odezwały się w nim wspomnienia. Zamknięty w czterech ścianach drewnianej chatynki, siedział przed kominkiem i popijał piwo prosto z butelki. Znów myślał o niej. Pierwsze spotkanie — ona w czerwonej sukience. Ślub — ona w bieli. I to, gdy trzymał ją w ramionach, gdy miała na sobie mundurek szkolny — była taka bezbronna. „Kiedy dokładnie mogłem się w niej zakochać?! A może to te listy? A może to, gdy poszła za mną, chociaż ja uciekłem?”
— Elizo, opuść moją głowę! — warknął, jakby tutaj była. Złapał się za głowę i siedział tak przez chwilę, próbując nie myśleć. Ale nic mu z tego nie wychodziło. — Zapomnę o tobie, zapomnę o tym uczuciu! Nigdy nie dowiesz się, że się w tobie zakochałem! — kłócił się z nią na odległość. Właściwie przez ten cały czas myśli o niej nie opuszczały go, zupełnie tak, jakby była z nim nieustannie. Był wściekły na samego siebie, ale nie potrafił wyrzucić jej z serca. Eliza Broll stała się mu bliska, choć wbrew jego woli. I to przerażało go najbardziej.
15. Pani Broll
Albert nie dał znaku życia przez kolejny miesiąc. Eliza zastanawiała się, co dzieję się z jej ukochanym i martwiła się o niego. Na próżno do niego pisała kolejne smsy, na próżno też wypytywała Damiana, który nie chciał jej niczego powiedzieć. Czuła, że coś niedobrego dzieje się za jej plecami. Tęskniła za mężem wbrew zdrowemu rozsądkowi. Jedyne co jej pozostało, to skupić się na nauce. Podświadomie wciąż zadawała sobie pytanie: Czy Albert przypadkiem nie spędza czasu ze swoim kochankiem? Starski ponoć nic nie wiedział na ten temat i wykręcał się od jakiejkolwiek odpowiedzi. W rzeczywistości musiał milczeć zgodnie z obietnicą, którą złożył przyjacielowi — Broll nie chciał, żeby Eliza wiedziała o nim cokolwiek. Pani Broll musiała trzymać się z daleka od męża, nawet gdy on był daleko od niej.
Sarenka zdała wszystkie egzaminy i zadowolona z siebie wróciła wraz z Moniką do jej domu, aby uczcić zakończenie szkoły pysznym tortem, który pani Wolańska zamówiła specjalnie na tę okazję w najlepszej cukierni w mieście. Dziewczęta spędziły dzień bardzo miło, ale wieczorem nadszedł czas na zadanie w końcu tego ważnego pytania. Przyjemna, ciepła aura, zachodzące słońce, one na tarasie, wokół misternie uformowany ogród odgrodzony od świata murem. Sarence było tu przyjemnie. Nawet przez moment przestała się martwić o męża. Chciała cieszyć się tą chwilą. Szkołę miała już za sobą. Wiedziała, że Monika teraz pójdzie na studia, tak jak inne dziewczyny z jej klasy. Ale ona miała wieść życie całkiem inne niż one, o czym przypomniała jej Monika.
— Kiedy jedziesz do Brolla? — zapytała, a bańka kojącego bezpieczeństwa, która otaczała Elizę, pękła i ulotniła się. Monika zobaczyła, jak na wesołej twarzy przyjaciółki pojawia się smutek a nawet strach. — Miał po ciebie przyjechać czy jak?
— Nie wiem, nie ma go w domu i… — odpowiadała smętnie. — On po prostu nagle wyjechał, Moni, w dzień po moich urodzinach. A ja nie wiem, czy coś się stało, bo mi nie odpisuje. Damian milczy na ten temat, a ja się martwię! Nie rozumiem, co się dzieje.
— Nie próbuj go zrozumieć, to jakiś dziwak. — Machnęła ręką.
— Tak bardzo się martwię.
— Przecież Damian się z nim kontaktuje.
— Wiem.
— Ale ty chciałabyś, żeby on… do ciebie…
Eliza skinęła głową.
— To może poproszę Damiana, żeby cię zawiózł do domu Brolla. Ja cię nie wyganiam oczywiście! Ale wiesz, jaka była umowa z tym… — Zacisnęła zęby, żeby znów nie przezwać Alberta jakimś wyszukanym epitetem. Niechęć do męża przyjaciółki nadal była w niej równie duża, jak pół roku temu.
— Wiem. Ale nie będę angażowała w to Damiana. Nie wiem, jak zniesie fakt, że musi mnie zawieźć do Alberta… Zróbmy tak! Jeśli mój mąż nie zjawi się do jutra, to sama tam pójdę następnego dnia. Możemy się tak umówić? — zapytała. Miała nadzieję, że nie nadwyręży zbytnio gościnności Wolańskich.
— Jasne! — Uśmiechnęła się współczująco Monika. Wciąż ciężko żałowała, że wplątała przyjaciółkę w ten chory układ. Teraz było już stanowczo za późno na wszelkie zmiany. Wzięła ślub z dziwakiem, który nienawidził kobiet. Skończyła szkołę — teraz już tylko prosto w to dziwaczne życie, które sobie wybrała.
Niestety, Broll nie pojawił się następnego dnia u Wolańskich. Eliza dostała tylko wiadomość od Damiana, że jedzie po niego, bo jego samochód niedomaga, a Albert właśnie podjął decyzję o powrocie. Eliza musiała jakoś sama dostać się do posiadłości męża. Rozczarowana postawą obydwu panów, spakowała swoje rzeczy i następnego ranka opuściła dom przyjaciółki. Udała się w pięciokilometrową drogę do swojego nowego domu. Wstała, jeszcze zanim Wolańscy się obudzili. Nie chciała nadwyrężać ich dobroci, bo zapewne zawieźliby ją tam samochodem, a przecież Albert nie lubił Wolańskich. Nie chciała doprowadzić do ich przypadkowego spotkania. Właściwie nie wiedziała, co zaszło między tą szanowaną rodziną a jej mężem, ale pomyślała, że i tak się kiedyś dowie.
Była piękna czerwcowa pogoda. Lato w pełni. Eliza ubrała na siebie letnią wersję mundurka szkolnego, który sama sobie uszyła, zaś na głowę założyła kapelusz słomkowy od Moniki. Na swoje drobne stópki włożyła tenisówki, które nosiła na co dzień. W walizce miała tylko kilka rzeczy, które podarował jej mąż. Wszystkie książki od niego musiała pozostawić u Moniki na przechowanie.
Wsiadła do miejskiej i pojechała w kierunku wzgórza za miastem. Gdy wysiadła na przystanku pod wzniesieniem, zdała sobie sprawę z tego, że przed nią jeszcze co najmniej kilometr pod górę. Dzielnie pomaszerowała na przód, podziwiając zmieniający się krajobraz. Pierwsze kilkanaście metrów szła przez bukowy las. Kiedy wyszła na otwartą przestrzeń, poczuła się wolna i zachłysnęła się orzeźwiającą świeżością tego uczucia. Jej oczom ukazały się pola pełne kwiatów i traw, a za jej plecami widoczny był pejzaż miejskich zabudowań położonych w dolinie. Po drodze na górę zrobiła sobie wianek z polnych kwiatów i traw i założyła go na kapelusz, aby go upiększyć. Półgodzinny spacer upłynął jej całkiem miło i nawet nie zorientowała się, kiedy stanęła przed wielką, żelazną bramą, prowadzącą do willi Brolla.
Weszła na wysypaną żwirem drogę. Miała wrażenie, że idzie przez zielony tunel — wysoki żywopłot z obu stron zasłaniał widok na resztę posiadłości. W końcu wyrósł przed jej oczyma spory budynek, który przytłoczył ją swoją wystawnością. Willa była duża, trzypiętrowa, z tarasem na drugim piętrze. Pomyślała sobie, że gdyby na tarasie ustawić zwisające kwiaty, to fasada budynku byłaby znacznie przyjemniejsza w odbiorze. Jej refleksje zaprowadziły ją na szeroki podjazd, który z pewnością mógł pomieścić kilkanaście samochodów. Uderzył ją skandaliczny brak kwiatów — wszędzie tylko żywopłoty i zimozielone krzewy. Stanęła przed półokrągłymi schodami prowadzącymi do drzwi frontowych.
Przez chwilę stała i czekała, aż ktoś ku niej wyjdzie. Niestety, dom wyglądał na pusty. W końcu postanowiła wejść do środka. Najwyżej zaczekam na schodach albo wrócę do Wolańskich. — pomyślała sobie. Z każdym schodem zastanawiała się, czy lepiej nie przykucnąć na jednym z nich i nie poczekać, aż zjawi się właściciel. W końcu jednak stanęła przed drzwiami i nacisnęła na dzwonek. Ponoć Albert miał służbę… Nie czekała długo. Otworzył jej starszy pan koło siedemdziesiątki ubrany w uniform kamerdynera:
— Dzień dobry, w czym mogę panience pomóc? — ukłonił się i uśmiechnął ciepło.
— Jestem Eliza Sar… to znaczy Broll. — O mały włos, a zapomniałaby, jak się teraz nazywa.
— Och! To pani! Proszę, pani Broll! — Otworzył jej drzwi, zakłopotany tym, że trzyma panią domu w drzwiach, zamiast wpuścić ją do środka. — Pan uprzedził, że się pani zjawi, ale nie byłem pewien, którego dnia.
— Dziękuję panu! — Przestąpiła próg swojego nowego domu.
Znalazła się w obszernym holu. Był dość pusty — zdobiła go jedynie posadzka ułożona w czarno-białą szachownicę oraz wieszak na ubrania i duże lustro. Z holu można było wejść po schodach na pierwsze piętro. Po obu stronach szerokich schodów znajdowały się drzwi, a cała przestrzeń otwierała się na lewo i prawo szerokimi korytarzami. Eliza stanęła z otwartymi ustami w tej pustej hali, która była równie zimna jak jej właściciel. Czy Albert Broll jest równie pusty co jego dom? — zadała sobie to pytanie.
— Proszę do jadalni! Na pewno jest pani głodna. Zaraz każę przygotować coś do jedzenia! — Majordomus starał się nadrobić swój nietakt gościnnością.
— Proszę pana, ale ja nie mogę być w jadalni. To znaczy wolałabym poczekać w salonie dla gości… — Zreflektowała się w porę. Nie wiedziała, czy Albert poinformował swoją służbę o umowie między nimi. A ten staruszek był dla niej bardzo miły, więc nie chciałaby mu narobić kłopotów.
— Oczywiście! Proszę więc pójść za mną. I proszę mi mówić Andrzej. — Uśmiechnął się i poprowadził ją korytarzem na lewo. Poszła za nim. Po drodze (co wydało jej się dziwne), odkryła, że na ścianach nie ma żadnych obrazów, a na podłodze żadnych dywanów. Wszędzie tylko te zimne posadzki. Wnętrze domu było nazbyt surowe, jakby nieskończone i smutne, zionęło w nim pustką i samotnością.
— Jest pan o wiele starszy ode mnie i będzie mi niezręcznie mówić do pana po imieniu. Mogę zachować formę: „Panie Andrzeju”? — zapytała, wchodząc do salonu równie dużego jak wszystko w tym domu.
— Dobrze, proszę pani — odpowiedział zakłopotany. Był mile zaskoczony szacunkiem ze strony młodej damy. Już zaczynał lubić swoją nową panią. Pan wspominał mu, że niebawem zjawi się w tym domu jego żona. Andrzej nigdy nie wnikał w szczegóły życia osobistego swojego pana, choć wiedział, że z tym człowiekiem dzieje się coś bardzo niedobrego. Nie była to jego sprawa — płacono mu tylko za pracę, a nie za wściubianie nosa w nieswoje sprawy. Znał Alberta od dziecka, wiele razy starał się przymykać oko na różne sprawy w tym domu. Może nawet zbyt wiele razy…
Eliza rozejrzała się po wnętrzu, które było równie „nagie”, co hol. Całość wystroju ograniczała się do kominka, stolika z szachami i dwu krzeseł, fortepianu, skórzanej, czarnej sofy, przy której stał drugi, niski stolik. Były tam też trzy wysokie okna — oczywiście bez jakichkolwiek firan czy zasłon. Na ścianie nad kominkiem wisiała kompozycja utworzona z różnej wielkości kół zębatych. „Co jest z tym facetem?” — zapytała siebie w myślach i spoczęła na sofie.
— Przyniosę pani ciasto i herbatę, jeśli pani pozwoli. — Ukłonił się i zaczekał na zgodę.
— Panie Andrzeju, jestem Eliza, po prostu Eliza. Proszę się tak do mnie zwracać. Dobrze? — Wciąż była zakłopotana faktem, że starszy pan mówi jej per pani, jakby była jakąś wielką damą. Była od niego o wiele młodsza.
Staruszek nagle ożywił się. Ta młoda dama była bardzo miła i dobra. Zawsze chciał mieć wnuczkę, która będzie właśnie taka, ale życie umknęło mu, zanim zdążył się ożenić. Ta mała była tak sympatyczna, że nie sposób było jej nie polubić.
— Jestem skłonny przystać na tę prośbę, ale pod warunkiem, że będę tak do ciebie mówił, gdy będziemy sami. — Mrugnął do niej porozumiewawczo i uśmiechnął się, co zdarzało się mu jedynie od święta. W tym domu zawsze panowała powaga.
— Dobrze! — Eliza uśmiechnęła się serdecznie, a majordomus poszedł po posiłek dla przemiłej pani Broll.
Salon był dziwny. Jeszcze dziwniejsze wydało jej się to, że do salonu zamiast pokojówki wszedł służący, a za nim wszedł jeszcze jeden mężczyzna ubrany w taki sam uniform. Przedstawili się, a ona odniosła dziwne wrażenie, że obydwaj są jacyś inni niż wszyscy mężczyźni, których kiedykolwiek spotkała. Przez chwilę wydawało jej się nawet, że patrzą na siebie w jakiś dziwnie czuły sposób. Odsunęła te nietypowe wrażenia na bok i zajęła się spożywaniem posiłku. Miała nadzieję na przyjemną rozmowę z panem Andrzejem, ale on jakoś dziwnie nagle wyparował.
Zjadła i zaczęła się nudzić. Wyciągnęła swój ulubiony tomik wierszy — ale nie ten, który podarował jej Damian. Uśmiechnęła się na widok karteczki od Alberta, którą zaznaczyła stronę, na której ostatnio skończyła czytać, i przeczytała w myślach:
Kupiłem dla Pani dziesięć tomików wierszy Pani ulubionego poety. Niestety nie wiem, które lubi Pani najbardziej. Przydadzą się na co dzień i od święta. Albert Broll.
Co skłoniło go do kupienia mi aż tylu książek? Po co dał mi tyle prezentów? Może naprawdę nie miał co zrobić z pieniędzmi? Rozmyślanie przerwało jej pojawienie się majordomusa.
— Czy mogę pani umilić czas partyjką szachów? — zapytał, kłaniając się lekko. Pod pachą trzymał wysłużone, drewniane pudełko z szachami. Te szklane, ustawione na stoliku pod oknem, musiały być jedynie ozdobą wnętrza.
— Będzie mi miło. Nie wiem, kiedy mąż wróci, a mnie się trochę zaczyna nudzić.
— Niestety, nie wiem, czy pan Broll wróci dzisiaj, gdyż nie otrzymałem żadnej informacji na ten temat. Pan zawsze uprzedza o swoim powrocie — odparł zakłopotany. — Co prawda rzadko wyjeżdża, spędza czas głównie sam… ale zawsze informuje nas o swoich zamiarach. Nie ma go już prawie dwa miesiące! — dodał przejęty. Widać było, że mimo wszystko jest zżyty ze swoim pracodawcą.
— Rozumiem. Ja otrzymałam wiadomość od przyjaciela, który pojechał mu pomóc. Samochód Alberta zepsuł się. Mieli wrócić dzisiaj, więc się zjawiłam. — Westchnęła. — Panie Andrzeju? Czy nauczy mnie pan grać w szachy? Ja nie potrafię — przyznała ze wstydem. W bursie wszelkie gry hazardowe (i nie tylko), były surowo zabronione.
— Oczywiście! Do usług pani… — podszedł i wysypał szachy na stół, po czym rozłożył szachownicę.
— Po prostu: Elizo — dokończyła za niego. — Jesteśmy sami. — Uśmiechnęła się, rozbawiona jego miną. Staruszek zaśmiał się i zaczął rozkładać pionki na szachownicy.
Pani Broll zasiadła do stolika i zaczęła przyglądać się temu miłemu człowiekowi, który mógłby być jej dziadkiem. Miał szerokie zakola, białe ze starości włosy, a jego twarz była mocno pomarszczona. Przy tym wszystkim jego oczy wciąż były młode i wesołe. Był dość wysoki jak na starszego pana, a jego długie palce pewnie świetnie nadawałyby się do gry na fortepianie, który stał pod oknem. Spojrzała tam tęsknie. Nie wolno mi! — pomyślała i przypomniała sobie z bólem Kodeks Nakazów i Zakazów. Zły nastrój szybko jej przeszedł, gdy pan Andrzej zaczął jej wykładać całą filozofię grania w szachy oraz objaśniać znaczenie i ruchy figur. Eliza w końcu musiała wyciągnąć ze swojej walizeczki zeszyt i długopis, aby zanotować sobie te wszystkie nowe wiadomości.
Przyjemnie bawiła się przez całą godzinę. Właśnie pan Andrzej postawił szach-mat, gdy do pokoju wszedł Damian. Na widok przyjaznej duszy Eliza wstała, uradowana.
— Dami! — podeszła do niego i zapomniawszy się na chwilę, że ten młody mężczyzna coś do niej czuje, objęła go serdecznie jak brata. Ten, zdziwiony wybuchem jej serdeczności, w pierwszej chwili nie zareagował, a w następnej objął ją mocno.
— Cześć, Sarenko! — Zaśmiał się pogodnie.
Nagle w drzwiach niczym zjawa pojawił się Albert. Zbladł na widok tej czułej scenki. Dziewczyna odsunęła się od przyjaciela. Przestraszyła się swojego męża. Wcale nie przypominał tego samego przystojniaka, z którym widziała się dwa miesiące temu. Miał długą brodę i wąsy, zmęczone oczy i długie zmierzwione włosy. Jego garderoba prezentowała się równie niechlujnie, miał na sobie dres i bluzę z kapturem. Ubłocone buty sportowe dopełniały całości.
— Dzień dobry, panie Broll. — Skinęła głową. Gdy znów na niego popatrzyła, poczuła nieprzyjemny dreszcz, który przeszedł jej po plecach. Albert spojrzał na nią z tą samą srogością co wtedy, gdy po raz pierwszy się spotkali. To był wzrok całkiem obcego człowieka. Nie był tym samym Albertem, który przyszedł jej złożyć życzenia urodzinowe. Coś strasznego musiało się stać po tym, jak odszedł po rozmowie nią. Musiałam zrobić coś okropnego, skoro darzy mnie taką niechęcią. Nie odpowiedział na jej powitanie, tylko wyszedł na korytarz. Po prostu znikł jej sprzed oczu.
16. Dziwactwa pana Brolla
Poczuł to samo ukłucie zazdrości w sercu, co zwykle. Odsunął się z pola widzenia jej pięknych, brązowych oczu. Oparł się plecami o ścianę tuż obok drzwi, na korytarzu, aby odzyskać równowagę. Wypieranie przez dwa miesiące uczuć do Elizy poszło na marne. Teraz przeszył go dreszcz lęku — ona kochała jego najlepszego przyjaciela. Widział to, jak się zachowała względem Damiana. Objęła go tak czule i serdecznie, ucieszyła się na jego widok. A gdy zobaczyła jego, swojego męża, zbladła i posmutniała. Był dla niej niczym ponad udrękę i przymus, a przecież sam tego chciał.
— Albert! No, nie bądź taki! Powiedz jej chociaż: „Dzień dobry”! — Damian próbował rozładować napięcie między nimi, ale nie udawało mu się.
— Przepraszam, gdzie mogę skorzystać z… no… — Liczyła na to, że ktoś się domyśli, że ma pełny pęcherz.
— To idź do łazienki! — powiedział rozbawiony Damian.
— Ale wiesz, że ja nie mogę…
— E tam! Albert pokaż Elizie, gdzie masz łazienkę — zagadnął do przyjaciela, wyzierając na korytarz. Spojrzał na Alberta i poczuł współczucie. Broll był kompletnie rozbity. Damian nie pojmował, co się z nim dzieje. Może tak bardzo bał się kontaktu z Elizą?
— W końcu korytarza na lewo — powiedział Albert przez zaciśnięte na supełek gardło, po czym pospieszył w kierunku wyjścia. W holu skręcił jednak na schody i wszedł na górę, aby zaszyć się na chwilę w swoim gabinecie. Musiał się przebrać i ogarnąć trochę włosy i zarost. Poza tym ogromnie przeszkadzał mu nieświeży zapach jego ciała. Wszedł do łazienki na górze i podszedł do lustra. Zapuściłem się jak jakiś kloszard — pomyślał. Wyglądał jak wrak człowieka, nic dziwnego, że Sarenka cofnęła się na jego widok.
— Ale tak właśnie miało być — przypomniał samemu sobie. Miała trzymać się od niego z daleka. Sam tego chciał. Musiał więc teraz to znosić, i to z świadomością, że to Damianowi Eliza podaruje swoją serdeczność, uśmiech i ciepłe słowa…
Nie zdążyła mu podziękować, ale poszła za jego wskazówkami i odwiedziła jego luksusową łazienkę. Było tam równie pusto, jak w salonie gościnnym, lecz to miejsce i tak wydało jej się wyrafinowane i eleganckie, w porównaniu do warunków w jakich przyszło jej załatwiać swoje potrzeby na wsi czy nawet w klasztornej ubikacji. Tu wszystko było takie nowoczesne i ładne. Pokryte kafelkami białe ściany, prysznic deszczownica z dużym szklanym przepierzeniem, oddzielającym przestrzeń do mycia od umywalki i szafek w kolorze ciemnego drewna. Duże, prostokątne lustro oświetlone było bocznymi lampkami. Złote kurki od kranów, posadzka przypominająca drewno… A na suficie spory, kolisty plafon w nowoczesnym stylu. Uderzyła ją przestronność tego pomieszczenia, można się było w nim swobodnie przechadzać.
Gdy wróciła do salonu, zastała tam tylko Damiana. Chłopak powstał na jej widok i zapytał:
— Eli, gdzie masz bagaże? — Rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu jej walizek.
— No, tutaj… — Podeszła do sofy i sięgnęła za podłokietnik. Wyciągnęła stamtąd swoją małą walizeczkę i pomachała nią przed nosem Damiana.
— Ha, ha, ha! — zaśmiał się Starski. — Jesteś minimalistką, Elizo, podziwiam cię szczerze!
Spojrzał na nią z uwielbieniem i zaraz się powstrzymał, zobaczył bowiem marsową minę Alberta, który niespodziewanie stanął w drzwiach salonu. Przebrał się i odświeżył, ale nadal wyglądał jak kloszard. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że Albert Broll jest zazdrosny o swoją żonę. To jedno spojrzenie, jakim go zmierzył, przywołało Starskiego do porządku. Uśmiech zniknął z jego twarzy i spuścił pokornie swój wzrok. Nie mógł się mierzyć z tym człowiekiem o serce ukochanej. Doskonale wiedział, że ona kochała swojego męża. Tylko jak to się stało, że Albert zakochał się w Elizie? To dlatego wyjechał na tak długo. Zakochał się w niej i teraz nie wie, co ma zrobić z tym uczuciem. Broll był zdemaskowany, przynajmniej przed Starskim, który nie miał zamiaru pisnąć choćby słówka na ten temat pani Broll.
Eliza popatrzyła w stronę drzwi, aby zrozumieć zachowanie Damiana. Dostrzegłszy srogą minę Alberta, przełknęła głośno ślinę. Wyglądał na rozjuszonego. Być może nieświadomie złamała jakiś paragraf Kodeksu lub zbyt głośno mówiła, albo… W każdym razie spodziewała się z jego strony ostrej reprymendy, dlatego zdziwiła się, gdy usłyszała:
— Zapraszam na obiad — wycedził trzy słowa przez swój nerwicowy szczękościsk.
— Mam nadzieję, że Sarenka… że Eliza też z nami pójdzie? — zapytał Damian.
— Oczywiście — warknął bardziej, niż powiedział. — Zaraz do was dołączę. — Po chwili znikł im z pola widzenia.
— No, to chodźmy — powiedział Dami, po czym westchnął ciężko. — Chodź, zaprowadzę cię na górę do jadalni — zwrócił się do spłoszonej dziewczyny, której widok wzbudzał w nim falę czułości. Bała się męża. Pragnął oszczędzić jej tego stresu, otoczyć ją opieką. Nic nie mógł poradzić na to, że tak na niego działała. Odrzucił na bok swoje uczucia i podawszy jej ramię, wyszedł z nią na korytarz.
Prosto z holu wyszli po schodach na pierwsze piętro, tam skręcili w lewo i wkroczyli przez duże, dwuskrzydłowe drzwi do obszernego wnętrza zastawionego długim, ciemnym stołem. Wnętrze jadalni było całe białe, a jej posadzka przypominała czarno-białą szachownicę. Były tam też cztery duże okna bez firan i zasłon. W kącie stał obszerny kominek, a nad nim był zawieszony ogromny, industrialny zegar, który wskazywał właśnie trzynastą. Damian zajął miejsce u szczytu stołu, który był ustawiony wzdłuż rzędu okien, po czym spojrzał na spłoszoną przyjaciółkę. Zatrzymała się przy drzwiach, jakby czekała na dalsze wskazówki.
— Usiądź! — zaprosił ją i odsunął krzesło obok siebie.
— Powinnam poczekać na Alberta. Nie wiem, gdzie mogę usiąść — odparła cichutko, skrępowana. Pod stopami ubranymi jedynie w cienkie rajstopy, czuła mrożące zimno posadzki. Buty zdjęła zaraz po przyjściu, aby nie pobrudzić podług w willi Brolla. Damian spojrzał na nią współczująco. Moja biedna, maleńka Sarenko. Pożałował, że znalazł tą biedulkę w bursie sióstr szkolnych, że zaprowadził ją na spotkanie z Albertem, że zaniósł mu podpisany przez nią dokument…
— Dobrze, poczekaj. Nie chcę, żeby ci się dostało. — Z niesmakiem musiał przyznać jej rację. Gdyby to on był tutaj panem, na pewno nie pozwoliłby jej stać boso na zimnej posadzce. Gdyby nie przedstawił jej Albertowi, nie byłaby teraz żoną tego wariata. Być może poznaliby się, ona i Damian, w innych okolicznościach i zakochali się w sobie. Ale realia były inne. To nie Damian był jej mężem i nie na jego łasce była teraz ta biedna dziewczynina.
Wszedł do jadalni i okrążył żonę szerokim łukiem, przyglądając jej się z góry na dół. Podszedł do miejsca, gdzie zazwyczaj siedział — u szczytu stołu z prawej strony — i postawił tam dymiący, metalowy kubek. Spojrzał na Damiana, który dał mu znać oczyma, żeby spojrzał na stopy dziewczyny. Od razu zrozumiał, o co chodzi. Gdy ujrzał jej bose stopy, poczuł się zawstydzony swoją nieudolnością i brakiem troski o ukochaną. Podszedł do drzwi i zawołał:
— Andrzej!
Starszy pan zjawił się w przeciągu piętnastu sekund, dysząc, jakby biegł.
— Słucham, proszę pana!
— Przynieś buty… pani Elizie — rozkazał stanowczo i bez zbędnych tłumaczeń. Przy okazji znów wytyczył między nimi ten wygodny dystans, który miał ich od siebie oddalić. Zresztą sama znów mówiła mu per pan.
Mimowolnie Eliza poczuła w środku dreszcze podniecenia. Po raz pierwszy Albert był taki zdecydowany, pewny siebie i władczy — i to tylko w stosunku do rozkazu: przyniesienia jej butów?! Tylko znów ta „pani” stanęła między nimi.
Andrzej zjawił się równie szybko, co przedtem, tym razem z parą mocno znoszonych tenisówek Elizy. Albert przejął od niego tę rzecz, ujął buty za poszarzałe sznurówki i przyjrzał się im zdumiony.
Dlaczego nosi te stare trepy?! Przecież kupiłem jej nowe buty! Mężczyzna, w duchu stanowczo zaprotestował przeciwko takiej niesprawiedliwości. Później jednak przyszła mu do głowy inna rzecz. A może nie trafiłem w jej gust? Może woli obuwie sportowe, albo te… trampki? To jeszcze w końcu dziecko. Zrezygnowany, postawił buty przed dziewczyną, schylając przy tym swój wielkopański kark.
— Proszę, niech pani „to” ubierze. — Za późno zdał sobie sprawę z tego, w jakim tonie to powiedział. Zabrzmiał tak, jakby gardził tymi jej znoszonymi butami. I faktycznie tak było, choć właściwie nie chciał okazywać jej pogardy! Nie miał takiego zamiaru!