E-book
20.48
drukowana A5
34.27
Zagadka naszego współistnienia

Bezpłatny fragment - Zagadka naszego współistnienia


Objętość:
162 str.
ISBN:
978-83-8155-715-3
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 34.27

„Błogosławieństwem byłaś, wzniosłym ideałem,

i stałaś się przepaścią, co mnie pochłonęła”.


— Do Lou Andreas-Salome, Rainer Maria Rilke

Rozdział pierwszy

Niebo przecięte różową smugą wskazuje na to, że zaczyna świtać. Mrugam niemrawo oczami, po czym przecieram je pozbawionym sił gestem. Rzucam okiem na zegarek cyfrowy, który pełni również funkcję budzika. 4.28. Czyżbym znowu przesiedział całą noc?

Wyrywam z ucha słuchawkę, z której sączy się głos Chrisa Simpsona, po czym zerkam na kartkę papieru leżącą tuż przede mną na drewnianym biurku. Wzdycham ciężko, podpisuję się pod tekstem i wrzucam go do szuflady. Odchylam się na krześle, wciąż słuchając muzyki z lewej słuchawki. Przeczesuję ręką swoje jasnobrązowe włosy i tłumię ziewnięcie.

„Należałoby pójść spać, co Krystian?” — pytam samego siebie.

Nastawiam budzik na siódmą rano i kładę się do łóżka. Przez krótką chwilę patrzę na jaśniejące jesienne niebo, po czym odpływam.


„Znowu na mnie spojrzała” — taka myśl przychodzi mi do głowy kilka godzin później na lekcji polskiego.

Obok moich zmęczonych dłoni leży egzemplarz Odzianego światłem mojego ulubionego poety, Rainera Maria Rilkego.

Naprawdę na mnie spojrzała.

Piszę imię Kornelia na marginesie zeszytu. Imię dziewczyny, którą kocham miłością projekcyjną od początku liceum. Nigdy nie miałem odwagi się do niej odezwać, jednak piszę i myślę o niej bez przerwy.

Zostawiam wzrok utkwiony w Kornelii. Patrzę na jej ciemnoblond włosy, gdy przeczesuje je niedbale, lecz z gracją; na jej ubrane w wąskie dżinsy nogi, które z roztargnieniem krzyżuje pod ławką; na jej roześmiane oczy, gdy dzieli się z przyjaciółką czymś dla niej ważnym. Wzdycham bezgłośnie, pozwalając sobie zatracić się w jej widoku. Właśnie wtedy znów czuję na sobie jej wzrok. Uświadamiam sobie, że cały czas na nią patrzyłem, więc robi mi się głupio. Kornelia przybiera dziwnie smutny wyraz twarzy i odwraca się.

„Pozwól mi ze sobą porozmawiać, Kornelio” — formuję prośbę w swojej głowie — „Czuję, że to właśnie ty byś mnie zrozumiała.”


W drodze do domu szkicuję projekt na dodatkowe zajęcia z rysunku. Coś mnie rozprasza. Rozglądam się po wnętrzu autobusu. Dwa siedzenia dalej dostrzegam Kornelię. Zdumiony, czuję ucisk w gardle. Zauważa mnie i chyba zamierza obok mnie usiąść. Oj, bo skonam.

— Cześć, Krystian — uśmiecha się, wrzucając swój szary plecak pod siedzenie.

Nie mogę uwierzyć w to, co się właśnie dzieje. Jestem w stanie tylko kiwnąć głową.

— Mogę zerknąć? — wskazuje na mój rysunek.

Zapomnij. Wyzwałabyś mnie od świrów i kazała nie zbliżać się do siebie ani na krok.

— Nie… — zamykam swój zeszyt w zmechaconej płóciennej okładce.

Przez chwilę wygląda na zasmuconą.

— Chodzisz na rysunek? Czy… po prostu szkicujesz? — podejmuje jednak temat od nowa.

— Chodzę na zajęcia — odpowiadam, sztywnym jak tektura, tonem.

Co za kretyn ze mnie. Kornelia wydaje się dotknięta moim chłodem. Przez jakiś czas nic nie mówi.

— Jest w tobie coś niepokojącego.

Wzruszam tylko ramionami.

— Nie myśl sobie, że cię nie zauważyłam przez te wszystkie lata. Chciałbyś być niewidzialny, ale ci nie wychodzi — mówi, patrząc przed siebie.

— Muszę tutaj wysiąść — podnoszę się z miejsca. Nie umiem słuchać, gdy mówi o mnie.

— Ja też. Przeprowadzam się w tym tygodniu.

— Tutaj? — pytam bezmyślnie. Z minuty na minutę zachowuję się coraz durniej.

— Tam — Kornelia macha ręką — To jeden z tych bloków na Kańskiego.

Ach, mówi o tym eleganckim osiedlu z bramą przystrojoną mosiężnymi lwimi głowami. Klasa.

Wysiadamy z autobusu, czując jesienne powietrze, które tak uwielbiam.

— Odprowadzę cię — zdobywam się na propozycję. Takie akty odwagi to u mnie rzadkość.

— Miałam taką nadzieję — uśmiecha się lekko.

Wyjmuję słuchawkę z prawego ucha i jeszcze bardziej ściszam dźwięk.

— Kochasz muzykę, co? — odzywa się Kornelia, obserwując bacznie, co robię.

— Nie każdą. Przemawiają do mnie tylko tacy wokaliści, którzy swoim śpiewem skłaniają mnie do samobójstwa.

Miałem nadzieję, że ją to rozbawi, jednak żaden mięsień na jej twarzy nawet nie drgnął.

— Ale jeszcze nigdy nie próbowałeś tego zrobić?

To pytanie zbija mnie z tropu. Nie odpowiadam. Czuję się osaczony, bo wkroczyła na mój teren.

— Przepraszam — wzdycha Kornelia — Jasne, że nie chcesz o tym ze mną rozmawiać.

„W zasadzie, to jesteś jedyną osobą, z którą naprawdę chcę rozmawiać, Kornelio” — odpowiadam jej w głowie, po czym spuszczam wzrok. I tak zrobiłem duże postępy. Sam fakt, że na mnie spojrzała, radykalnie zmienił mój stan ducha.

— Nie jesteś nudny, Krystian. Uważam, że jesteś szalenie interesujący, jeśli choć trochę się otworzysz.

— Kto mówi, że jestem nudny?

— Dziewczyny z klasy, na przykład — Kornelia przewraca oczami — Co nie zmienia faktu, że uważają cię za przystojniaka.

Śmieję się gorzko, mimo że zaskoczyło mnie to, co powiedziała. Naprawdę myślałem, że nikt nie zwraca na mnie uwagi.

— Tak, jasne.

Kornelia przystaje przed swoim blokiem.

— Dzięki, że dotrzymałeś mi towarzystwa. Możliwe, że od teraz codziennie będziemy ze sobą wracać.

Moje serce niebezpiecznie się unosi. To chyba nazywa się radość. Powoli się uśmiecham.

— Miło mi będzie z tobą rozmawiać, Kornelio — wykrztuszam, próbując skupić się na tym, by patrzeć jej w oczy.

— Mam nadzieję, że następnym razem powiesz mi coś więcej! — mówi na odchodnym.

Na powrót raczę się muzyką, dobiegającą z moich słuchawek.

— Star has fallen, way too soon for you — mamroczę pod nosem piosenkę zespołu Pop Unknown, po czym chowam ręce do kieszeni. Rozciąga się przede mną krajobraz stworzony przez moją ukochaną porę roku. Podeszwy moich butów szurają w rytm utworu, a mój wzrok uwięziony jest w częściowo ogołoconych z liści drzewach.

Rozmawiałem z Kornelią.

Otwieram drzwi do domu.

Ona naprawdę się do mnie odezwała.


Gdy jestem już w swoim pokoju, przesuwam tom wierszy Rilkego na bok, by zabrać się za przelewanie dzisiejszych myśli na papier.

Rozdarty na pół, czuję ból.

Ale czuję coś jeszcze,

Coś jeszcze czuje moje serce.

Szczęście? Nie, to niemożliwe.

To dla mej duszy zbyt ckliwe.

Nie mogę czuć szczęścia,

Dopóki nie pozbędę się złego zaklęcia.

Debilny słowotok zdruzgotanego gimnazjalisty. Zgniatam kartkę i wyrzucam ją do kosza na śmieci. Pozwalam utkwić swojemu spojrzeniu w gitarze akustycznej, stojącej w przeciwnym rogu pokoju.

„Kochasz muzykę, co?” — zapytała mnie Kornelia przed dwoma godzinami.

Kocham, jasne, że tak. Prawie tak bardzo jak muzykę kocham właśnie Kornelię.

Rozdział drugi

— Mamo? — siadam przy stole w kuchni, bawiąc się rozdartą serwetką. Decyduję się na poważny krok w moich relacjach z matką. To, co powiedziała o mnie Kornelia tego popołudnia, wytrąciło mnie z równowagi. Na tyle, żeby w końcu wpuścić najbliższą mi osobę do swojego wnętrza. Chociaż na te kilka centymetrów. Przecież jestem jej to winien. Wzdycham ciężko, przygotowując się na najgorsze — Pamiętasz, jak znalazłaś te krwawe zacieki w wannie?

Patrzę na mamę. Stoi przy zlewie i przygryza nerwowo usta, słysząc moje pytanie. Wcale nie chcę jej tak krzywdzić, ale doszedłem do wniosku, że to nie było w porządku przez tak długi czas trzymać ją z dala od siebie.

— Nie skaleczyłem się wtedy przy goleniu — odrzucam serwetkę na bok, bo obydwie dłonie zaczynają mi szalenie drżeć — Przynajmniej nie niechcący.

— Co masz na myśli? — zakręca kran, po czym wyciera ręce. Głos jej się załamuje. Mamo, proszę, tylko spokojnie. O Boże, dlaczego ja to robię?

Nie odzywam się przez chwilę. Myślę, w jaki sposób przejść do sedna.

— To wszystko przez tę twoją muzykę — mówi oskarżycielskim tonem. Słyszę w jej głosie cichą walkę ze łzami, cisnącymi się jej do oczu. Czuję ukłucie poczucia winy w mostku — Sugerowałam ci delikatnie, byś przestał słuchać tych samobójczych jęków.

To właśnie ona. Maskuje swój smutek agresywnym tonem wzorowej matki. Zawsze tak robi.

— To nie samobójcze jęki, tylko muzyka pełna emocji. Nie zrozumiesz tego — odpowiadam półszeptem i kręcę głową. Podejrzewałem, że nic z tego nie będzie.

Mama przełyka ślinę.

— Chciałeś mi o czymś powiedzieć, czyż nie?

Patrzę jej w oczy.

— Kornelia dzisiaj ze mną rozmawiała.

Mimo swojej dotychczasowej smutnej agresji wydaje się zaintrygowana.

— Powiedziała coś, co mnie zdołowało. A mianowicie: Jest w tobie coś niepokojącego — przesuwam wzrok w stronę okna — Zastanawiałem się, czy to aż tak po mnie widać.

— Co takiego, Krystianie? Co widać? — siada obok mnie.

Wznoszę oczy do nieba, żeby się nagle nie rozpłakać. W tym momencie muszę jej przekazać najważniejszą rzecz. Całego siebie. Siebie, którym jestem od dłuższego czasu i nie potrafię od niego uciec. Zaciskam powieki i otwieram usta z wielkim poczuciem winy, czającym się w moim gardle. To podobne do dynamicznego uczucia mdłości. Nic przyjemnego, naprawdę. Przed wypowiedzeniem pierwszego słowa czuję atak mrowienia i drżenia w okolicach ramion. Mamo, przepraszam…

— To, że nie potrafię odczuwać szczęścia — zaciskam powieki, jak najmocniej potrafię. Nie mogę wypowiedzieć żadnej sylaby, widząc reakcję mojej mamy — To, że się męczę i nie umiem sobie poradzić z życiem. To, że jedynym lekarstwem na mój pieprzony ból istnienia jest pisanie i, jak to określiłaś, samobójcze jęki. To, że eksperymentuję z nożem do tapet podczas kąpieli. To, że nocami nie śpię, tylko zalewam papier swoimi bezwartościowymi wywodami albo duszę się, rycząc w poduszkę jak dziecko. To, że czuję się nikim i sam nie potrafię sobie pomóc — przy wypowiadaniu ostatnich słów niebezpiecznie łamie mi się głos. To, co mówię, wychodzi z moich ust w tak zawrotnym tempie, że nie myślę nawet o tym, że mogę brzmieć zbyt oskarżycielsko, zupełnie jakbym próbował obwiniać ją o to, co się ze mną dzieje — A to, że Kornelia nawet na mnie SPOJRZAŁA, było tak nierealne, że nadal nie potrafię w to uwierzyć. Wiesz jak to jest, mamo? Nie umieć odczuwać radości? Tej jednej pieprzonej emocji, która podobno czyni życie piękniejszym? — w tym momencie naprawdę zaczynam płakać. Ryczeć jak ciota, która nie radzi sobie ze swoim marnym życiem.

Otwieram powoli oczy, próbując na nowo złapać oddech. Moja matka chowa twarz w dłoniach, a jej ramiona zaczynają się trząść.

O Boże, mamo.

Chyba nie miała pojęcia, co tak naprawdę przeżywam. Spogląda na mnie kątem oka. Ocieram łzy rękawem bluzy.

— Czemu nigdy o tym nie mówiłeś, Krystianie? — podnosi głos, który jest teraz przedziwnie zdławiony. Nadal walczy ze łzami. W tym momencie bardzo prawdopodobne jest to, że zaraz się podda. Nie wytrzyma tego. Powiedziałem chyba o wiele więcej, niż powinienem. Chyba nawet sam do końca nie wiedziałem, że tyle emocji we mnie siedzi.

— Nie umiałem — krzywię się żałośnie, jakby coś mnie bolało. I boli w rzeczywistości. Czuję, że sprawiłem mojej mamie zawód — Nie umiałem. Przepraszam, mamo.

Matka ściska moją rękę i podnosi do swojego serca. Nie mówi nic jednak. Mruga powiekami, spod których uwalnia pojedyncze łzy. Znów zaczyna mnie kłuć w mostku, tym razem dużo bardziej intensywnie. Przeze mnie płacze. To ja wszystko schrzaniłem.

— Od dwóch lat jedyną osobą, z którą chcę o tym porozmawiać, jest właśnie Kornelia — wyznaję — Nie gniewaj się na mnie, nie chcę, żebyś była smutna z mojego powodu.

Uśmiecha się przez łzy, a przynajmniej próbuje. Krzywizna jej warg wygląda zbyt żałośnie, by móc to nazwać uśmiechem. Odpuszcza więc.

— Czy zrobiłam coś źle? — spuszcza wzrok — Mogłam zareagować w którymś momencie i nie zrobiłam tego? — agresja w jej głosie znowu się nasila — Powiedz mi, Krystianie. Dlaczego zamiast przyjść z tym do mnie, zacząłeś się krzywdzić? Naprawdę myślałeś, że sam się z tym uporasz? Nożem do tapet? Chryste — na powrót ukrywa twarz w dłoniach.

Cholera.

— To wcale nie tak — drapie mnie w gardle. Napływa kolejna fala płaczu — Widzę, że to nie jest dobre wyjście, ale zwyczajnie nie potrafiłem otworzyć swojej głupiej gęby, by powiedzieć o tym komukolwiek, nawet tobie — pociągam nosem ze złością — Mimo że przez cały czas byłaś najbliżej. I wiedziałem, że jeśli w końcu się na to zdobędę, to będziesz pierwszą osobą, która będzie tego świadkiem — wycieram dłonią zapuchniętą od płaczu twarz — Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jaką wspaniałą mamą jesteś. Przepraszam, że doprowadziłem do czegoś takiego. Naprawdę mi przykro, wcale nie jest mi z tym łatwo.

Moja mama milczy. Siedzi na krześle z wyprostowanymi plecami. Po jej twarzy spływają ostatnie łzy. Minutę później ściera je, jakby gniewnie, wierzchem dłoni i podnosi wzrok na mnie.

— Doceniam to, co powiedziałeś, Krystianie — teraz jest bardzo poważna — Chciałabym, żebyśmy od teraz więcej ze sobą rozmawiali. Znajdywali jakieś wyjście. Cokolwiek.

Przytakuję prędko.

— Z tobą po swojej stronie dam sobie radę — kolejna próba uśmiechu, tym razem z mojej strony.

Mama też się uśmiecha. Wychodzi jej to lepiej niż poprzednio.

— Damy sobie radę, kochanie — zapewnia mnie troskliwie. Gdzieś znika cała agresja, którą była przepełniona jeszcze przed chwilą — I mam nadzieję, że ta dziewczyna nam w tym pomoże.

Wstaje, a ja razem z nią. Przytulam się do niej i chowam twarz w jej szyi. Głaszcze mnie po głowie powolnymi ruchami.

— Jeszcze nie wiem, co z tym zrobić, cały czas jestem w szoku — mówi cicho, jeszcze trochę łamiącym się głosem — Prawdę mówiąc, jestem przerażona. O Boże. Najbardziej zabolało mnie to, że zamiast rozmowy wybrałeś… okaleczanie się.

— Przepraszam — powtarzam.

— Już dobrze. Od teraz będzie lepiej, tylko musimy się obydwoje o to postarać.

— Tak.

— Obiecujesz mi, że już nigdy więcej się nie skrzywdzisz?

Przygryzam wargę z całej siły. To warunek jak na razie niemożliwy do spełnienia.

— Będę nad tym pracował — mamroczę.

— Proszę — drżenie jej głosu znowu się pogłębia.

— Dobrze, obiecuję — mówię, zły na siebie, bo wiem, że nie poradzę sobie z dotrzymaniem słowa. Będę czuł się winny za każdym razem, gdy moja wola nie będzie na tyle silna, by zrezygnować z myśli o autodestrukcji. O tym, żeby chociaż przez chwilę porzucić myśl o swojej psychice i zająć się ciałem. Ciałem beznadziejnego frajera, który nie potrafi przejąć inicjatywy w swoim życiu. W żadnej sprawie. Nawet tej błahej.

Przez sekundę nawet wierzę mamie w to, że od teraz będzie lepiej.

Bo będzie. To przecież zupełnie nowy początek.

Prawda?


Godzina 22.00. Siedzę po turecku na zasłanym łóżku ze słuchawkami w uszach, ubrany w T-shirt zespołu Tigers Jaw i bokserki. Moja ulubiona piżama. Wzdycham, próbując po raz dziesiąty zrozumieć coś z chemii. Odrzucam podręcznik na bok i biorę do rąk swój zeszyt do zajęć z rysunku. Mamrocząc pod nosem wers z piosenki Still Life Silhouette zespołu Waterpistol, próbuję odwzorować na papierze twarz Kornelii. Gdy to robię, czuję po raz kolejny coś, co mogłoby być radością. Zdaję sobie sprawę, że jutro ją zobaczę i znów będziemy razem wracać autobusem. Mam ochotę śpiewać. Ze względu na późną godzinę, odrzucam pomysł z gitarą, by nie zdenerwować sąsiadów. Po godzinie kończę portret, zdmuchuję opiłki ołówka i przyglądam się rysunkowi. Tak bardzo chciałbym ją już zobaczyć.

— Krystian? — do pokoju zagląda mama — Kładziesz się już?

— Za chwilę — odpowiadam i chowam zeszyt do plecaka — Nie chce mi się spać.

— Pamiętaj, że o wszystkim możesz ze mną porozmawiać — uśmiecha się ledwo dostrzegalnie — Ale nie czuj się osaczony ani nic. Zależy mi tylko na tym, żebyś nie był z tym sam.

— Dziękuję, mamo.

— Dobranoc, muszę iść się położyć.

— Śpij dobrze.

Znowu zostaję sam. Rozglądam się po pokoju, przesuwając wzrokiem po plakatach przyklejonych na ścianach, kolekcji książek i płyt na regałach oraz zdjęciach na szafie.

Ciekawe czy kiedyś przykleję tu zdjęcie z Kornelią…

Otwieram okno na oścież, wyglądam przez nie i wdycham nocne powietrze, nasączone depresyjną jesienią. Gdy patrzę na oddalone światła latarni, rozmywa mi się wzrok i zaczynają piec mnie oczy. Zawsze tak się dzieje, gdy za długo się wpatruję w uliczne lampy. A przynajmniej tak sobie wmawiam.

Chwilę jeszcze stoję przy oknie, po czym, z rezygnacją, w końcu je zamykam.


Na zajęcia z rysunku przychodzę pięć minut przed czasem. Stawiam plecak na podłodze, wyciągam z niego zeszyt, ołówek 6B i gumkę, po czym zaczynam studiować krytycznym okiem swój wczorajszy portret Kornelii. Nie wyjmuję słuchawek z uszu.

— Dzień dobry, Krystianie — z zamyślenia wyrywa mnie głos nauczyciela, pana Tarksińskiego, prowadzącego zajęcia artystyczne. Ledwo go usłyszałem przez tę muzykę.

— Dzień dobry — niespiesznie wyjmuję słuchawki, po czym wrzucam je razem z telefonem do plecaka.

— Jakiś nowy szkic? — zagaduje — Mogę zobaczyć?

Przypomina mi się wczorajsza rozmowa z Kornelią i moment, gdy zapytała: Mogę zerknąć?, prawie identycznym tonem jak pan Tarksiński. Uśmiecham się mimowolnie.

— Proszę — podaję mu swój zmechacony zeszyt — Wczoraj trochę rysowałem.

Nauczyciel lustruje uważnym okiem moje bazgroły.

— Ładna dziewczyna — mruga do mnie okiem — Bardzo dobry szkic, jestem wielkim fanem twojej kreski.

Kiwam mu głową, lekko zakłopotany. Oddaje mi szkicownik.

— Widzę, że jesteś dzisiaj w dobrym humorze — nie ukrywa zdziwienia, chociaż wydaje się, że jest z tego faktu zadowolony — To nieczęste zjawisko.

Pan Tarksiński od początku zyskał moją sympatię. Jego styl bycia, wiedza artystyczna i wyrozumiałość wzbudziły u mnie swego rodzaju zaufanie, więc nie miałem nic przeciwko rozmowie z nim od czasu do czasu.

— Może skończę z łatką wiecznie smutnego chłopca — wzruszam ramionami.

— Uważaj, bo stracisz polot — grozi mi palcem.


Po zajęciach, których tematem było studium ruchu zwierzęcia, rozglądam się po korytarzu w poszukiwaniu Kornelii. Nigdzie jednak jej nie widzę. Wzdycham bezgłośnie, kierując się do sali, w której miała się odbyć następna lekcja.

„Nie” — mówię w myślach i zawracam w stronę wyjścia — „Nie dam rady”.

Zarzucam kaptur na głowę, chowam ręce w kieszeniach i wychodzę ze szkoły. Nie ma wiatru, a temperatura na oko wynosi 15 stopni. Idealna pogoda. Rozkoszuję się piosenką Brilliance zespołu Penfold, grającą trzeci raz z rzędu w moich słuchawkach. Idąc przed siebie, czuję się jak w transie.

If I wake up blind, with the sun in my eyes…

Zamykam na moment oczy i przystaję na krańcu chodnika.

But I’m too scared to explain why only days ago,

I’m sure I died…

Biorę głęboki wdech. Nic innego się nie liczy.

„Gdzie jesteś, Kornelio?” — pytam, choć wiem, że nikt mi na to pytanie nie odpowie. Pragnę jej obecności, pragnę znów z nią porozmawiać.

Może to mi się tylko śniło? Może Kornelia mi się śniła? Może ona w ogóle nie jest prawdziwa?

Znów wdycham głęboko powietrze, trzymam je długo w nozdrzach i wydmuchuję powoli. Próbuję oszukać samego siebie i zmusić się do zachowania spokoju. Muszę być zupełnie głupi, myśląc, że do uładzenia własnego umysłu wystarczy miarowy i stabilny proces oddychania.

Nagle zauważam dziewczęcą postać, zbliżającą się do mnie z naprzeciwka.

— Krystian, a ty nie na angielskim? — zadaje mi pytanie. Kornelia ma szeroko otwarte oczy, czapkę nasuniętą nad same brwi i kąciki ust skierowane ku dołowi.

Jestem zbyt zszokowany jej przyjściem, by jakkolwiek zareagować.

— Jak chcesz zdążyć, to lepiej się pospiesz. Chyba że… chciałeś zwiać — leciutko się uśmiecha.

— Chciałem zwiać, by cię poszukać — mruczę, wiedząc, że Kornelia nie może tego usłyszeć.

— Co mówiłeś?

Kręcę głową w odpowiedzi.

— Ja idę na lekcje, więc…

Przesuwam się w lewą stronę, by ją przepuścić.

— Ech, Krystianie, aż mnie korci, żeby z tobą porozmawiać, ale wagarowanie nie jest w moim stylu — wzdycha.

Nadal nic nie mówię. Kompletnie nie wiem, co robić. Uszło ze mnie całe powietrze, którego się jeszcze przed chwilą nawdychałem. Uleciała cała siła i zostawiła mnie w marnym stanie.

— Wybacz — mówię w końcu.

— Co? — nie rozumie.

— Mogę wrócić.

Kornelia kręci głową.

— Do niczego cię nie zmuszam, nie przejmuj się.

— Ale nie odprowadzę cię do domu.

Krzywi się uroczo.

— Nie wiem, czy to przeboleję.

— Ja nie.

Te dwa słowa wywołują radosny uśmiech Kornelii.

— Może poczekasz na mnie na przystanku?

Przytakuję, po czym próbuję się uśmiechnąć, jednak niezbyt mi to wychodzi.

— Wybacz — mówię znowu, po czym odwracam się, spuszczając wzrok.

— Nie mam czego! — woła za mną Kornelia i szybkim krokiem zbliża się do drzwi szkoły.

Siadam na chodniku w miejscu, w którym stałem, wyjmuję swój notes, długopis z cienkim czarnym wkładem, pogłaśniam muzykę i zaczynam pisać.

I’m just a piece of paper, ready to rip

Rip it off,

Rip it away,

Rip me apart.

Ocieram ukradkiem spływającą mi łzę. Jestem na siebie okropnie zły. Zaciskam wargi w cienką kreskę i patrzę przed siebie. Ulica wydaje się całkowicie wyludniona. Nie przejeżdżają żadne samochody, a ludzie nie spacerują, mimo tak pięknej pogody.

When you’ll finally figure out

Why you shouldn’t meet me

Then it could be just too late

To care about it, to care about.

Zamykam notes. Zaczynam się trząść i to na pewno nie ze względu na niską temperaturę.

Muszę gdzieś iść. Muszę stąd iść.

Gwałtownie wstaję, a w konsekwencji zaczyna okropnie boleć mnie głowa. Przykładam palce do skroni i próbuję uśmierzyć ból.

Walczę ze łzami. Walczę z tą nagłą migreną.

Wolnym krokiem wracam do domu, nie podnosząc już głowy.

Rozdział trzeci

Parę godzin później, po krótkiej kontrolnej rozmowie z mamą, dwóch kubkach czarnej herbaty i czterdziestu przesłuchanych piosenkach, stoję na przystanku przy Urzędzie Miasta i czekam na Kornelię. Zauważam ją, lecz nie jest sama. Rozmawia z jakimś chłopakiem, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Jest ubrany w szary elegancki płaszcz, na nogach ma drogie mokasyny, a zamiast plecaka, na ramieniu zawieszoną skórzaną teczkę. Zaciskam prawą rękę w pięść i chowam ją do kieszeni bluzy.

Tylko nie to… Jeszcze brakowało jakiegoś niebrzydkiego, bogatego, eleganckiego, IDEALNEGO wręcz chłopaka, w którym Kornelia mogłaby się bez trudu zakochać. Świetnie, cudownie.

Patrzę z narastającą złością i goryczą na mały kamień, walający się tuż przy moim bucie.

— Na razie, zdzwonimy się! — słyszę głos tego chłopaka.

— Pa! — aksamitny głos Kornelii — Krystian! — w końcu zwraca się do mnie — Poczekałeś!

— Tak.

— Powiesz mi, co się dzieje? — dotyka lekko mojego ramienia.

Bezwiednie się odsuwam. Kornelia natychmiast cofa rękę. Gdy uświadamiam sobie, co właśnie się stało, mam ochotę uciec.

— Przepraszam, jestem do niczego.

Kręci głową.

— Spóźniłam się?

Zaprzeczam.

— To o co chodzi?

— O nic, przepraszam — wyjmuję słuchawki z uszu. Nagle robi mi się ciemno przed oczami. Na sekundę tracę równowagę, jednak po chwili odzyskuję kontrolę nad ciałem.

— Źle się czujesz? Zaprowadzić cię do lekarza? Albo do domu? — Kornelia najwyraźniej zaczyna się martwić.

— Nie czuję się najlepiej, ale po prostu pojedźmy do domu, dobrze?

Kiwa głową, po czym wsiadamy do autobusu, który właśnie nadjechał. Zajmujemy miejsca obok siebie. Założywszy kaptur na głowę, opieram ją o szybę. Ignoruję jej denerwujące drganie. Sekundę później nie mogę już wytrzymać i odsuwam się od okna.

— Mam nadzieję, że niedługo zaczniesz mi więcej mówić — odzywa się Kornelia — Chciałabym móc ci pomóc… albo chociaż cię zrozumieć.

Czuję lekkie ukłucie w mostku.

— Tylko po co? Po co to wszystko?

Wydaje się lekko zbita z tropu.

— Co wszystko? Nie chcesz ze mną rozmawiać? Zrozumiem, jeśli uważasz, że nie jestem odpowiednią osobą…

— JESTEŚ IDEALNĄ OSOBĄ — przerywam jej.

Autobus jest niemal pusty. Żaden z pasażerów nie ogląda się na rozgrywającą się między nami scenę. Oczy Kornelii znów są szeroko otwarte, dokładnie tak, jak rano.

— Chciałbym móc powiedzieć ci wszystko, rozumiesz?

Przełyka ślinę.

— Ale nie możesz — dokańcza moją myśl.

— Nie potrafię. Nigdy nie potrafiłem.

Z autobusu wysiada reszta pasażerów. Zostajemy tylko we dwoje.

— Moja mama usłyszała cokolwiek dopiero wczoraj — ciągnę — Nigdy wcześniej nie umiałem powiedzieć jej nic o tym, co czuję, co przeżywam i o czym myślę.

— Ale już teraz wie?

— Mniej więcej.

Chwila ciszy. Kornelia przesuwa lekko czapkę na głowie.

— Przepraszam, że się narzucam.

— Widzisz przecież, że to właśnie nie w tym rzecz.

Bierze głęboki oddech.

— Nie poszedłeś do szkoły, tylko dlatego, że się źle czułeś?

— Tak. Codziennie źle się czuję.

Kornelia chyba nie rozumie, że nie mówię o dosłownym fizycznym samopoczuciu. Nie podejmuje tematu.

— Ale byłem na zajęciach z rysunku. Mieliśmy studium ruchu zwierzęcia — dodaję szybko.

Uśmiecha się smutno.

— Lubię czasem porozmawiać z Tarksińskim. Wydaje się jakby wszystko i wszystkich rozumiał. Świetny z niego facet.

— Tak, na pewno taki jest — Kornelia patrzy przed siebie, jakby była kompletnie nieobecna. Może straciła zainteresowanie rozmową.

Przestaję się odzywać. Mój limit odwagi się skończył.

— Chciałbyś wiedzieć, co było na lekcjach? — pyta.

Wzruszam tylko ramionami.

— Pan Jeżomek z polskiego pytał o ciebie. Chciał z tobą porozmawiać o twoim wypracowaniu dodatkowym. O tym, które…

— Wiem które. Podejdę do niego w poniedziałek rano. Chodzi o rozszerzoną maturę. Jeżomkowi zależy na tym, żebym uperfekcyjnił swoją sztukę pisania.

— Istnieje takie słowo jak uperfekcyjnił? — śmieje się Kornelia.

— Pewnie nie, ale idealnie opisuje to, czego on ode mnie wymaga — uśmiecham się — Więc piszę, piszę i piszę. Przynajmniej dobre to, że bardzo lubię to robić.

— Rysujesz, piszesz… jesteś kreatywny, tak?

— Tak, chyba tak. Lubię tworzyć. Przelewać swoje bezwartościowe myśli i pomysły na trwalsze tworzywo niż pamięć.

— Same twoje wypowiedzi są już tak filozoficzno-artystycznie piękne…

— Nie przesadzaj. Jestem zwykłą ofiarą, która gada, co popadnie.

— Widzisz? Przynajmniej więcej mówisz! Rozgadałeś się!

Kręcę głową.

— Wszystko przez ciebie.

Kornelia znów się śmieje.

— Nieprawda. Sam mówisz, ja tylko z tobą rozmawiam.

— Nie tylko, lecz , Kornelio. Zauważ, że nikt ze mną nie rozmawia.

— Oprócz nauczycieli. Czyli jednak jesteś mądry!

Spuszczam wzrok z cichym śmiechem.

— W każdym razie dzięki za takie miłe słowa. Rzadko słyszę takie coś.

— Nie dziękuj za prawdę — mruga do mnie porozumiewawczo — Wysiadamy?


Tego wieczoru jest inaczej. Siedzę na łóżku przy otwartym oknie. Tym razem nie słucham muzyki ze słuchawek, tylko z głośników. Jest piątek, więc nie muszę się przejmować porannym wstawaniem. Pokrywam kartkę zeszytu czarnymi gwiazdkami, myśląc o dzisiejszej rozmowie z Kornelią. I o tym, kim był ten chłopak w szarym płaszczu i mokasynach. Wzdycham. Mam nadzieję, że będę mógł się z nią zaprzyjaźnić, nie znudzi jej się rozmawianie ze mną i nie zostawi mnie w najdramatyczniejszym dla mnie momencie.

Biorę do ręki Odzianego światłem, nucąc piosenkę Just Friends. Ghost, o ile w ogóle można ją nucić. Kartkuję książkę w poszukiwaniu inspiracji.

A potem cisza, I w ciszy potężnej

Nie odrywam od ciebie wzroku —

Zatrzymanej w nim miękko i niedosiężnej,

Gdy rzecz jakaś przesuwa się w mroku.

Mój głęboki oddech przeszywa pokój na wylot. Odkładam na chwilę książkę i otwieram swój zeszyt.

„Kornelio, gdy już ze mną porozmawiasz… proszę, postaraj się mnie zrozumieć” — piszę podłużnymi, poskręcanymi literami. — „Nie chcę znów zostać sam”.

Pomimo wczesnej godziny wieczornej, czuję ogarniającą mnie senność. Wyłączam światło, odkładam zeszyt na biurko, głośniki zamieniam na słuchawki i układam się do snu.


Świat wiruje. Nagle wszystko się stabilizuje, jednak przez moment nic nie widzę. Chwilę potem moim oczom ukazuje się spalony las. Nie ma śladu ognia ani dymu. Najwidoczniej spóźniłem się na ratowanie natury. Rozglądam się, bo nie wiem, co innego robić.

— Tutaj! — dziewczęcy, tak bardzo znajomy, głos zwabia mnie w kierunku ściętego pnia.

— Nie widzę cię — mówię głośno, mając nadzieję, że mnie słyszy.

— Hej, tutaj — słyszę ciepły głos Kornelii tuż nad moim ramieniem.

Odwracam się. Moje serce się roztapia. Patrzy mi głęboko w oczy. Jednak zauważam coś niepokojącego.

— Nie płacz — mówię pospiesznie, sam czując narastający smutek.

— Nie płaczę — brzmienie jej głosu rzeczywiście nie sprawiało wrażenia, jakby miała płakać — Masz zwidy?

— Pada deszcz?

Kręci głową.

— Jeszcze się nie otrząsnąłeś?

— Po czym? — nadal patrzymy sobie prosto w oczy.

— Nic nie pamiętasz?

Zaczynam się denerwować. Jestem totalnie skołowany, o czym ona mówi?

— Chciałbym pamiętać, ale nawet nie wiem, o czym ty mówisz — mówię spokojnym tonem. Zupełnie niewspółgrającym z ruchami mojego serca.

— Nic dla ciebie nie znaczę?

— Co ty mówisz? Znaczysz… wszystko — przełykam z trudem ślinę.

— Kłamiesz — jej obraz zaczyna mi się rozmywać.

— Nigdy tobie nie skłamałem. Nie usłyszałaś ode mnie nawet jednego, małego kłamstwa.

Kornelia jednak nic już nie mówi. Sekundę potem znika zupełnie. Żal ściska moje serce.

— Kornelio — szepczę, pozbawiony nagle sił — Korne…


Budzę się, cały we łzach. Prawą ręką przejeżdżam sobie po twarzy. Czując strużkę na policzku, zaczynam się trząść. Zostawiłem otwarte okno zeszłego wieczoru. Z cichym westchnieniem wstaję i je zamykam. Niebo daje pierwsze oznaki budzenia się do życia. Chmury barwione różowymi farbami rozlały się na sino-niebieskim niebie. Patrzę na budzik. 5.20.

Ani myślę znowu zasnąć. Wygrzebuję się z pościeli, zakładam spodnie, bluzę i wychodzę z domu, starając się za bardzo nie hałasować.

Nie mam psa, żeby mieć wymówkę na spacery o świcie.

Otwieram drzwi klatki, witając wzrokiem konia, obserwującego świat zza drewnianej zagrody. Wtłaczam do płuc rześkie powietrze, oczekujące na wschód słońca.

Rezygnuję ze słuchania muzyki. Zamiast tego wsłuchuję się w naturalne dźwięki przyrody. Nie mam ze sobą nawet swojego zeszytu, by napisać lub naszkicować coś pod wpływem weny.

Idę wolnym krokiem na rozległą polanę za lasem.

Patrzę na świat pozbawiony jaskrawości. Pozbawiony radosnych promieni słońca. Metafora mojej duszy. Duszy niedotlenionej szczęściem.

Staję na środku polany, rozkładam ręce i krzyczę. To przeraźliwie głośny i bezsilny zarazem krzyk. Gdy moje gardło rozpaczliwie daje o sobie znać, kładę się na ziemi, gapiąc się w niebo. Oczyszczony z myśli i uczuć. Przede wszystkim tych złych. Staram się nie pamiętać o bólu, który odczuwam, o Kornelii, czy o swoich głupich depresyjnych stanach. Zanurzam się całym sobą w naturze, w jej ogromie i przewadze nad nic nieznaczącymi ludźmi.

Czuję spokój.

Spokój.

Ciszę.

Moje lekko przymknięte oczy dostrzegają jeszcze szaro-niebieskie niebo, gotowe na przybycie słońca.

Czuję błogi spokój.

Nic więcej.

Chyba zapadam w sen.


— Krystian! — słyszę głos osoby, tak bardzo przeze mnie kochanej.

Wydaje mi się, że to nadal sen, zresztą ten sam, który śnił mi się przez całą noc.

— Krystian — powtarza spokojniej.

Mrugam oczyma. Próbuję się obudzić. Czuję, że Kornelia trzyma mnie za rękę. Jest zdenerwowana. Dłoń lekko jej drga.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 34.27