E-book
5.04
drukowana A5
26.73
Zaczyn

Bezpłatny fragment - Zaczyn


Objętość:
88 str.
ISBN:
978-83-8455-938-3
E-book
za 5.04
drukowana A5
za 26.73

Mojej żonie,

bez której to wszystko nigdy nie ujrzałoby światła dziennego.


Świat serii ma swoją encyklopedię: wiki.jdurbanbooks.com

Rozdział 1 — Siedem dni

Do domu sukiennika Olma szła przez rynek, kiedy miasto dopiero wstawało. Szron leżał na dachówkach i na złożonych kramach; z kominów szedł dym prosto w górę, w niebo blade i wysokie. O tej porze roku rynek w Suwarach robił się co rano mniejszy — jesienią stragany stały w pięć rzędów, teraz rozstawiano trzy, a i w tych trzech co drugi kram świecił gołymi deskami. Przekupki mówiły, że wozy z południa chodzą rzadko. Wozacy mówili, że nie ma czym chodzić.

Olma nie zwalniała przy kramach. Wiedziała, co na nich jest, bo wiedziała, czego nie ma.

Dom Stena stał przy rynku, wysoki, z sienią pachnącą wełną i krochmalem. Parobek poprowadził ją przez podwórze do spiżarni, bo tak kazała: uczty nie zaczyna się od uścisków, tylko od półek.

Spiżarnie poznaje się nosem, zanim się je zobaczy. Ta pachniała zimnym kamieniem i odrobiną wosku — czysto, porządnie i za pusto jak na dom, w którym za siedem dni miało jeść sześćdziesiąt gąb.

Olma przeszła wzdłuż półek powoli, tak jak się chodzi wzdłuż straganów: nie dotykając, licząc. Dwie połcie słoniny, jedna szynka w płótnie, wysoko pod belką. Beczka kapusty, druga zaczęta. Groch w workach — tego akurat nie brakowało. Mąka: trzy skrzynie, dobra, sucha.

Miód — jeden gąsior, i to widać było po kurzu, że stał tu od żniw, oszczędzany. Na dolnej półce, tam gdzie w zamożnych domach trzyma się jabłka i gruszki w sianie, siano leżało równo rozgarnięte i puste. Po sadach z południa został tylko zapach.

— Rok nie dał — powiedział Sten od progu. Nie tłumaczył się, stwierdzał, jak się stwierdza cenę. — Wozy chodzą rzadko i przywożą drogo.

Stał w drzwiach spiżarni prosto, jakby i tu, między beczkami, trzymał miarę. Sukiennik. Ręce miał czyste i mocne, przywykłe do przerzucania bel, a mówił tak, jak się odmierza sukno: równo, do krawędzi, bez zapasu.

— Widzę — powiedziała Olma.

— Wesele ma być godne. — Sten patrzył na nią, nie na półki. — Godne, ale bez rozrzutności. Nie będę po mieście pożyczał na pokaz.

— Ile osób?

— Sześćdziesiąt. Może mniej, jak trakty nie puszczą. Rodzina żony z południa, jeśli zdąży. Cechowi. Sąsiedzi. — Zawiesił głos o pół oddechu, akurat tyle, żeby usłyszała, co przemilczał. — I dom pana młodego.

Dom pana młodego. Tak to nazwał, i tak już miało zostać: nie „farbiarze”, nie „Krecz z rodziną”, tylko dom, jakby chodziło o budynek, a budynkowi nie trzeba podawać ręki. Olma wiedziała, co wie całe miasto. Że córka sukiennika wychodzi za syna farbiarza, że oba domy nie mówią do siebie od dziesięciu zim, że poszło o kanał i o karę, i że na to wesele pół Suwar wyprosiło sobie zaproszenia nie dla gęsi i miodownika, tylko żeby na własne oczy zobaczyć, czy Sten i Krecz usiedzą przy jednym stole. I czy wstaną od niego, nie wywracając go.

Po to była tu ona. Uczta, przy której nikt nie będzie mógł powiedzieć, że dom panny młodej poskąpił albo się wywyższył.

— Zobaczyłam spiżarnię — powiedziała. — Teraz pokażcie mi kuchnię.

Kuchnia była dobra. Duża, z oknami na podwórze, z piecem starym, ale równym — Olma przyłożyła dłoń do jego boku i piec był ciepły tym spokojnym, całodziennym ciepłem, o jakie dbają domy, w których gotuje się co dzień, nie od święta. Stół szeroki, wyszorowany do białości. Garnki na hakach, wedle wielkości. Ktoś tę kuchnię kochał po cichu i od dawna.

— Piec na chleby za mały — powiedziała. — Na sześćdziesiąt gąb trzeba będzie piec na mieście. Resztę zrobię tu.

— A będzie z czego robić? — Sten nie ruszył się od drzwi. — Widzieliście półki.

— Widziałam. — Olma oparła dłoń o stół i przez chwilę układała w głowie to, co zawsze układała najpierw: nie potrawy, tylko drogę do nich. — Groch macie, kapustę macie, mąka jest. Słoniny dokupię, ile się da, gęsi wezmę z targu, póki są. Mięsiwo idzie od kmiecia spod miasta — wieprzek był mówiony?

— Był mówiony. Zadatek dany.

— To liczę wieprzka. Miodu mało. — Spojrzała na gąsior. — Miodownik z tego będzie jeden, ale za to taki, żeby go zapamiętali. Reszta słodkiego z jabłek, jeśli jabłka się znajdą, a jak nie, to z marchwi, i nikt się nie pozna. Kasza, kiszone, chleb. Stół będzie pełny.

— Pełny — powtórzył Sten. Słowo obrócił w ustach jak monetę, sprawdzając, czy nie fałszywa. — Nie zbytkowny. Pełny.

— Zbytku z tych półek nie zrobi wam nikt — powiedziała Olma. — A pełne znaczy: nikt nie wstanie głodny i nikt nie policzy, czego nie było. To umiem.

Sten sięgnął pod kaftan i położył na stole sakiewkę, nieotwartą.

— Co będzie trzeba, to kupcie. Policzycie się ze mną co wieczór. Z listą.

— Liczę zawsze — powiedziała Olma. — I tak, żeby się zgadzało.

Coś mu drgnęło w kąciku ust, ale tego nie można było jeszcze nazwać uśmiechem — tak jak zaczynu w pierwszy wieczór nie można nazwać chlebem.

— Dlatego was wziąłem — powiedział i wyszedł do składu, gdzie czekali na niego ludzie od bel.

Bela przyszła do kuchni, kiedy Olma spisywała garnki. Weszła tak cicho, że zdradził ją dopiero ruch powietrza od drzwi, chłodny i pachnący krochmalem. Żona Stena była drobna, siwiejąca gładko, jak siwieją kobiety, które się tym nie zajmują. Stanęła przy piecu i położyła na nim rękę tym samym gestem, którym Olma sprawdzała ciepło.

— Wy jesteście ta od uczt — powiedziała Bela.

— Olma.

— Wiem. — Bela patrzyła na piec, nie na nią. — Gotowałyście u starszego cechu na stypie po Welmie. Groch był taki, że ludzie przestali płakać i jedli.

— Groch to groch. Musi być gęsty i musi być go dużo.

— Płakali potem dalej — powiedziała Bela. — Ale najedzeni. To różnica.

Umilkły obie i przez chwilę w kuchni było słychać tylko ogień. Olma dopisała do listy trzy kociołki i skreśliła jeden, z pękniętym uchem.

— Miodownik — odezwała się Bela. — Na weselu musi być miodownik. Taki jak u mojej matki. Wysoki, ciemny, z makiem ucieranym osobno.

— Powiedzcie mi jak, to będzie.

— To się nie mówi. — Bela pierwszy raz odwróciła głowę i spojrzała na nią wprost; oczy miała jasne i uważne. — To się pokazuje. Receptura jest w głowie, nie na papierze.

— To pokażecie. — Olma zamknęła listę. — Ale ucierać będę sama. Mak, ciasto, wszystko. Wy staniecie obok i powiecie: za mało, za dużo, teraz. Kuchnia na te siedem dni jest moja, pani. Tak pracuję.

Bela przyglądała jej się o jedno ważenie za długo, jak się patrzy na wagę, która pokazała dobrze, ale zbyt szybko.

— Twoja — powiedziała w końcu. — Zobaczymy, na jak długo.

Zanim Olma zdążyła to obrócić w głowie, w sieni tupnęło, drzwi poszły szeroko i do kuchni wpadło zimne powietrze z dziewczyną w środku. Lija miała na sobie za duży serdak, pewnie ojcowski, policzki czerwone od wiatru i włosy wszystkie w jedną stronę.

— To wy będziecie gotować? — Nie czekała na odpowiedź. — Będzie piernik? Jur mówi, że u nich na weselach zawsze był piernik, a ja mówię, że miodownik lepszy, ale on nigdy nie jadł miodownika mamy, bo skąd, i…

— Lija — powiedziała Bela.

Dziewczyna urwała, ale nie zgasła — stała i uśmiechała się do Olmy tak, jakby już były po słowie.

— Będzie miodownik — powiedziała Olma. — A jak pan młody tęskni za piernikiem, niech jego dom przyśle przepis.

Powiedziała to bez zamysłu, tak jak się dosala w biegu — i zobaczyła, że Bela odwraca się z powrotem do pieca, całym ciałem, równo, jak zamykane drzwi. Lija patrzyła to na matkę, to na Olmę, i uśmiech jej nie znikł, tylko posmutniał.

— On by przysłał — powiedziała cicho. — On by wszystko.

I wyszła, wołana z podwórza, zanim ktokolwiek musiał na to odpowiedzieć.

Dogoniła Olmę w sieni, pod wieczór, kiedy ta zbierała się do wyjścia. Musiała czatować — wyskoczyła zza beli sukna ustawionej przy ścianie, wciąż w tym samym serdaku, jakby się w nim urodziła.

— Nie gniewajcie się na mamę — powiedziała półgłosem, ze wzrokiem w stronę kuchni. — Ona nie jest zła. Ona tylko ma wszystko poukładane i jak coś ruszyć, to widać.

— Nikt się nie gniewa — powiedziała Olma. — Układne kuchnie to najlepsze kuchnie.

— Jur nie jest układny. — Lija powiedziała to z rozpędu i zaraz się zaśmiała, cicho, w kułak. — Jur jest jak… jak wóz na zamarzniętych koleinach. Głośny i trzęsie, ale jedzie prosto, rozumiecie?

Olma nie znała pana młodego. Widywała go z daleka, na farbiarskiej ulicy, którą chodziło się rzadko: rosły chłopak o rękach niebieskich po łokcie, śmiech miał taki, że odwracały się przekupki. Syn Krecza. W tym domu mówiło się: dom pana młodego.

— A ty biegasz tam i z powrotem — powiedziała. — Między domami.

— Ktoś musi. — Lija wzruszyła ramionami, całkiem jak dziecko, którym już prawie nie była. — Jak nikt nie chodzi, to ścieżka zarasta. U nas za stodołą tak zarosła, że jej nie ma. A ja nie chcę, żeby jej nie było.

Na podwórzu zawołali — głos Beli, spokojny, z tych, co nie wołają dwa razy. Lija ścisnęła Olmę za rękaw, jakby przybijały targ, i pobiegła.

Do domu Olma wracała o zmierzchu, przez rynek. Dni były już krótkie; zegar na wieży wybił przedwieczorne, kiedy przechodziła pod nią, i dźwięk poszedł nad dachówkami daleko, w stronę murów, gdzie mieszkała. Kramy stały złożone, tylko pod podcieniami piekarz Borys kłócił się z kimś o jutrzejsze — słychać było „a jeszcze”, „a do tego” — i pachniało ostatnim, wieczornym pieczeniem.

Jej izba była przy murach, mała i niska. Jedno okno, piec, łóżko, skrzynia, stół. Przy stole jedno krzesło — drugie nie było potrzebne, a na trzecie nie było miejsca. Utrzymywała ten porządek, w którym każda rzecz ma swoje i niczego nie ma podwójnie; w cudzych kuchniach gotowała na sześćdziesiąt gąb, u siebie stawiała jeden kubek i jedną miskę, i tak było dobrze.

Rozpaliła w piecu i postawiła wodę. Póki się grzała, wyjęła z zanadrza listę i rozłożyła ją na stole, przyciskając rogi kubkiem i solniczką. Dzień pierwszy: kuchnia obejrzana, piec za mały, sakiewka wzięta. Jutro targ, od świtu, zanim rozbiorą gęsi. Pojutrze kmieć i wieprzek. Piec u piekarza trzeba będzie zamówić zawczasu — z Borysem targi łatwe nie są, ale piec ma największy w mieście i uczciwy ogień. Pisała drobno, oszczędnie, w słupku, i przy każdej rzeczy zostawiała z prawej wolne miejsce na cenę.

Dopiero potem, kiedy woda zaszumiała, zdjęła z półki dzieżkę.

Obmyła ją wrzątkiem i wytarła do sucha, starannie, jak się wyciera rzecz, która ma pracować przez siedem dni. Mąka — z tej dobrej, żytniej, przesiała ją dwa razy. Woda letnia, próbowana nadgarstkiem. Rozczyniła gęsto, na twardą łyżkę, i mieszała długo, aż ciasto przestało się kleić do palców i zaczęło oddychać.

Chleb weselny zaczyna się na siedem dni przed weselem — tego nauczyła ją matka, a matkę jej matka, i Olma nigdy nie pytała, czy zaczyn naprawdę potrzebuje aż tylu dni, czy tylko dom potrzebuje przez te dni patrzeć, jak coś rośnie. Robiła po swojemu, czyli porządnie.

Przykryła dzieżkę lnianym płótnem i postawiła przy piecu, tam gdzie ciepło jest równe, nie ostre. Potem usiadła na swoim jednym krześle i przeliczyła dzień: spiżarnia płytka, miód jeden, sady puste, piec za mały, dom pana młodego za ścianą milczenia, a pani domu już patrzy jej na ręce. Siedem dni.

Bywały gorsze rachunki. Gotowała wesela w deszcz, który zalał doły z ogniem, i stypę, na której skłóceni bracia dzielili między siebie krowy zmarłego, przekrzykując się nad trumną. Ludzie myśleli, że jej fach to smak. Jej fach to było robienie uczty z tego, co jest — a jest zawsze mniej, niż trzeba, i zawsze wystarcza, jeśli nikt nie miesza jej w garnkach.

Pod płótnem, w cieple, zaczyn robił swoje. Olma zdmuchnęła lampkę i jeszcze chwilę, już po ciemku, słuchała, jak w piecu osiada ogień.

Rozdział 2 — Sześć

Wiatr przyszedł w nocy, od północy, i do rana zdążył się rozgościć. Nie szarpał — szedł, równo i nisko, wzdłuż ulic, jak ktoś, kto mierzy miasto krokami. Niebo wisiało blisko dachów, całe z jednej szarości, bez ani jednej chmury, którą dałoby się pokazać palcem.

Na targ Olma wyszła o szarym świcie, z dwoma koszami i z sakiewką Stena pod chustą, na piersi, tam gdzie się nosi rzeczy cudze i ważne. Rzędy stały trzy, jak wczoraj. Wczoraj na nie tylko patrzyła; dziś przyszła brać.

Szron leżał na kapuście grubą, siwą skórą. Przekupka obtarła jedną głowę rękawem, aż błysnęła zielenią, twarda i zimna jak kamień z rzeki.

— Nocą zmarzła, w garnku odtaje — powiedziała, zanim Olma zdążyła otworzyć usta.

— Mam kiszoną — powiedziała Olma i poszła dalej. Za plecami usłyszała, jak przekupka mówi to samo następnej kobiecie, słowo w słowo, z tą samą wiarą.

Przy drobiu stały dwie klatki. W jednej osiem gęsi, w drugiej słoma. Gęsiarka siedziała na zydlu między nimi, okutana po oczy, i nie wstała, kiedy Olma podeszła. O tej porze roku, przy takich klatkach, wstawać nie trzeba — kto podszedł, ten kupi.

— Po ile?

— Krąg i dwie łuski za sztukę.

Olma pochyliła się nad klatką. Gęsi były dobre, ciężkie, z tłuszczem pod piórami — czuła go, kiedy wsunęła palce przez pręty i przycisnęła grzbiet najbliższej. Ptak zasyczał bez przekonania, jak ktoś budzony do roboty.

— Krąg i dwie łuski to cena za gęś z własnym stawem — powiedziała. — Biorę wszystkie osiem. Po kręgu.

— Po kręgu i łusce.

— Po kręgu, a chłopak odniesie je do domu sukiennika jeszcze przed południem.

Gęsiarka wyjrzała znad chusty. Popatrzyła na kosze Olmy, potem na niebo, ciężkie i niskie, z którego szło wiadomo co, tylko jeszcze nie wiadomo kiedy.

— Ośmiu już nie będzie — powiedziała. — Ani u mnie, ani u nikogo. Wozy nie dowożą, a co chodziło po podwórkach, to zjedzone albo schowane na własną zimę.

— Wiem — powiedziała Olma. — Dlatego biorę wszystkie.

— Po kręgu — zgodziła się gęsiarka i dopiero teraz wstała, żeby przeliczyć srebro. Liczyła długo, bo liczyła w rękawicach, a Olma czekała, chuchając w palce; łuski były zimne jak okucia studni.

Osiem gęsi tam, gdzie liczyła dwanaście. Przełożyła rachunek w głowie, idąc wzdłuż rzędu: gęś mniej to gąb osiem przy misce, znaczy groch gęściej i chleba więcej, znaczy mąka, a mąka jest. Wychodziło. Na styk, ale wychodziło.

Przy miodzie stał chłop z dwoma gąsiorami i miną człowieka, który wie, co ma.

— Po ile miód?

Powiedział, po ile. Olma odstawiła gąsior, który już trzymała, ostrożnie, jak się odstawia coś, co parzy.

— To jest cena zimowa — powiedział chłop, bez wstydu. — Latem była letnia.

— Latem to była cena — powiedziała Olma. — Teraz to jest posag.

Chłop wzruszył ramionami i popatrzył ponad jej głową, na plac. Nie targował się. Wiedział, że do zmierzchu i tak sprzeda — jak nie jej, to znachorce, jak nie znachorce, to komuś na wesele, bo wesele w mieście było jedno i wszyscy wiedzieli czyje. Olma zostawiła go z tym jego posagiem. Miód był u Stena, jeden gąsior, i miał starczyć, bo musiał.

Jabłek szukała przez trzy rzędy i znalazła jeden kramik z suszonymi, pociętymi w krążki, po cenie, od której suszone robiły się złote. Świeżych nie miał nikt. Przekupka od suszu przysięgała, że jej są z własnego sadu, a sąsiadka zza kosza z orzechami zawołała, że z własnego, tylko cudzego — i przez chwilę Olma słuchała, jak obie wyliczają sobie sady, płoty i czyjegoś dziadka, coraz głośniej, na cały rząd, z tą wprawą, z jaką kłócą się ludzie, którzy stoją obok siebie od dwudziestu zim i będą stali kolejne dwadzieścia. Nikt nie podszedł ich rozdzielać. Byłoby czego słuchać, gdyby nie było roboty.

Wzięła suszu dwie miarki, na próbę. Słodkie z marchwi — tak jak mówiła Stenowi; marchwi, przynajmniej marchwi, rok nie poskąpił.

Kramów mięsnych bywało o tej porze roku trzy; stał jeden i pachniał zimnym żelazem, krwią i solą — o wiele słabiej, niż powinien. Rzeźnik rąbał na pieńku coś, czego było mało już z wyglądu, i na dzień dobry pokazał Olmie toporkiem połeć słoniny wiszący za nim, jakby chciał mieć pytanie za sobą.

— To jest wszystko — powiedział. — I nie mówcie, że mało, bo wiem, że mało. Kmiecie świń nie biją. Trzymają na własną zimę, po oborach, i drzwi zamykają na dwa skoble.

— Boją się głodu?

— A ja wiem, czego się boją. Świnie mają, to trzymają. — Zdjął połeć i rzucił go na wagę, aż jękła. — Bierzecie?

Wzięła. Połeć i jeszcze pół, które dołożył spod lady, kiedy zobaczył srebro z sakiewki Stena — dla siebie trzymał, powiedział, ale co będzie sobie żałował, jak miasto płaci. Zważył uczciwie, policzył drogo. Olma nie targowała się długo; słoniny w tym roku się nie wykłóci — jest u tego, kto ją ma. Z tym połciem i z tym, co wisiało u Stena pod belką, mogło starczyć — jeśli wieprzek od kmiecia przyjdzie, jak był mówiony.

Mak znalazła przy korzeniach, u starej, która ważyła powoli i nie oszukiwała — Olma znała jej wagę od lat, jak się zna czyjś chód. Wzięła mak, ile było, i marchwi dwa kosze, i cebuli warkocz. Obok kobieta z cebulą, młodsza, mówiła głośno, do wszystkich i do nikogo:

— Rok nie dał. U nas nie dał, za Wełną nie dał, na południu podobno też. Moja matka mówi, że takiego roku nie pamięta, a pamięta dużo.

— Ziemia też czasem odpoczywa — powiedziała stara od korzeni i dalej ważyła marchew, jakby powiedziała, że będzie wiatr.

Kobieta z cebulą pokiwała głową i wróciła do swojego. Olma dołożyła do kosza pietruszki i zapłaciła. Palce jej grabiały przy odliczaniu; para z ust siadała na chuście i marzła w drobne igiełki.

Przy wyjściu z rzędów zrobił się krzyk. Parobek z koszem jajek trafił butem na szron przy pustym kramie, pojechał dobre dwa stąpy na jednej nodze, z koszem uniesionym nad głową jak chorągiew — i ustał. Przekupki zaczęły bić brawo, wszystkie naraz. Parobek ukłonił się w pas, na ile pozwalał kosz, i zawołał, że jajka noszone, nie tłuczone, i że kto widział, ten niech kupuje, bo drugi raz pokazywał nie będzie.

Olma kupiła sześćdziesiąt. Jajka były świeże i zimne, a chłopak zarobił swoje uczciwie — takich rzeczy na targu nie było ostatnio w nadmiarze, ani jajek, ani śmiechu.

Na koniec, w podcieniu, przeliczyła sakiewkę Stena — nie dlatego, że nie wiedziała, ile wydała, tylko dlatego, że cudze srebro liczy się dwa razy. Wyszło co do łuski. Ceny ułożyła w głowie, każdą przy swojej rzeczy, tak jak wieczorem staną na liście: gęsi, mak, susz, słonina, jajka. Węzeł sakiewki zawiązała podwójnie; na mrozie szło to wolno, ale węzłów się nie odpuszcza.

Wracała z parobkiem od Stena, który przyszedł po kosze; wiatr teraz szedł im w plecy, popychał, jakby mu było spieszno mieć ich z placu. Nad wieżą niebo ciężkło z każdym biciem zegara. Jeszcze nie sypało. Jeszcze.

Gęsi przyszły przed południem, jak było mówione, i do zmierzchu starczyło przy nich roboty na dwie pary rąk. Olma skubała z dziewką od Stena w sieni, przy drzwiach otwartych na podwórze, żeby puch nie szedł do kuchni; parzyły tuszki wrzątkiem, po jednej, i pierze schodziło ciepłe, pachnące ptakiem i mokrym dnem stawu. Dziewka zbierała je do worka, puch osobno, lotki osobno — puch to pościel, a za pościel płacą.

— Tłuste — powiedziała dziewka, w puchu po nadgarstki. — To dobre gęsi.

— Dobre — powiedziała Olma. — Dlatego wzięłam wszystkie.

Sadło wybierała sama, od razu, palcami: żółte, zimne płaty, od gęsi ważniejsze niż niejedno mięso. Składała je do kamiennego garnka, osobno, pod pokrywkę. Z ośmiu gęsi tłuszczu jak z dziesięciu — taki rok, że ptak nabrał na zimę zawczasu, mądrzejszy od ludzi. Wytopi się powoli, na małym ogniu, i będzie okrasa tam, gdzie mięsa nie starczy.

Po południu, kiedy gęsie tuszki wisiały już w chłodzie spiżarni, a Olma przesypywała mak do kamiennego garnca, w sieni zrobił się głos. Głos szedł pierwszy, kroki za nim.

— Jest tu która?! Kuchnia którędy?!

Drzwi poszły na całą szerokość, tak jak przy Liji, tylko ciężej. W progu stała baba szeroka w ramionach, w chuście zawiązanej mocno pod brodą, z beczułką na biodrze — niosła ją jak dziecko, przechyloną, pewnie. Za nią, w sieni, dziewka od Stena robiła rękami znaki, które mogły znaczyć wszystko.

— Ja jestem Wisza — powiedziała baba od progu, głośno, jakby kuchnia była głucha. — Jurowa matka. A ty będziesz ta od uczt. No to dobrze trafiłam.

Przeszła przez kuchnię, zanim Olma odłożyła miarkę, i postawiła beczułkę na stole — na środku stołu, tam gdzie Olma miała rozsypany mak, wagę i listę. Podważyła wieko kciukiem.

— Wąchaj — powiedziała.

Z beczułki buchnął zapach kiszonej kapusty, kwaśny i czysty, z kminkiem i z czymś słodszym pod spodem.

— Kapusta moja — powiedziała Wisza. — Z kminkiem, a jabłka w niej całe, nie krojone. Jur za tym przepada od małego. Postawisz przy gęsi, ludzie miski wyliżą. Ja wam pokażę, jak i z czym.

Beczułka była dobra, dębowa, z obręczami czyszczonymi do połysku — nie z tych, co stoją byle gdzie w komorze. Ktoś ją szykował. Wisza tymczasem szła już wzdłuż kuchni, zaglądając po drodze wszędzie, gdzie dało się zajrzeć: pod pokrywkę rosołu, do garnca z makiem, na listę.

— Sześćdziesiąt gąb, słyszałam — mówiła przez ramię. — Toż to rąk trzeba, nie dwóch. Ja przy świniobiciu gotuję na czterdzieści i wiem, co mówię. Chłopa ci przyślę, mojego Jura, nosić będzie, on nosi za trzech, tylko mu mówić trzeba, co i gdzie, bo jak mu się nie powie, to zaniesie, ale nie tam. — Zaśmiała się z tego pierwsza, głośno, sama do siebie, i rozejrzała się po kuchni, szybko, od pieca po belki, i na jeden dech przycichła. — Ładny piec — powiedziała, jakby nie do Olmy.

— Ładny — powiedziała Olma.

— U nas mniejszy. — Wisza położyła dłoń na ciepłym boku pieca i cofnęła, jakby się sparzyła czymś, co nie było gorące. — No. — Sięgała już po fartuch przewieszony przez poręcz ławy. — To pokażę ci, jak tę kapustę podgrzać, żeby jabłko się nie rozeszło. Bo to trzeba umieć. Ja wam na to wesele i tak, i tak przyjdę pomóc, to co mam stać pod ścianą, jak mogę…

— Nie trzeba — powiedziała Olma.

Powiedziała to spokojnie, tak jak się mówi „posolone”, i wzięła fartuch z ręki Wiszy, i powiesiła go z powrotem na poręczy. Wisza patrzyła na nią z rozpędem, który nie miał gdzie pójść.

— Kuchnia na te dni jest moja — powiedziała Olma. — Tak pracuję. W mojej kuchni nikt nie miesza — ani z beczułki, ani znad garnka. Co będzie na stole, wyjdzie z moich rąk, i za wszystko odpowiadam ja.

— Przecież ja nie… — zaczęła Wisza, głośno, i urwała, pierwszy raz. Popatrzyła na swoją beczułkę na środku stołu, na mak rozsypany wokół niej, na listę przyciśniętą wagą. — A panna młoda w domu? — zapytała, całkiem nie stąd, i zaraz machnęła ręką, jakby to pytanie odganiała. — Nic. Nieważne.

Wzięła beczułkę ze stołu jednym ruchem, biodrem podbiła ją na miejsce i nakryła wieko dłonią, jakby ją tuliła do snu.

— No to nie miesza — powiedziała. Głowę uniosła wysoko, po swojemu. — Jakby co, wiecie, gdzie farbiarska ulica. Każdy wie. Tylko nikt nie chodzi.

I wyszła — a głos szedł za nią przez sień, bo jeszcze w drzwiach na podwórze powiedziała coś parobkowi, od czego parobek odskoczył.

W kuchni zrobiło się cicho. Bela stała w progu od strony domu — Olma nie słyszała, kiedy przyszła — i patrzyła nie na Olmę, tylko na stół, na to miejsce, gdzie stała beczułka i gdzie w rozsypanym maku został po niej okrągły ślad.

— Sień ma drzwi — powiedziała Bela do dziewki. — Od dziś mają być domknięte.

I wyszła, równo, bez pośpiechu, tak jak wczoraj odwracała się do pieca.

— Dobrze jej pani powiedziała — mruknęła dziewka do Olmy, zbierając się do sieni. — Bo to by tu rządziło.

Olma nie odpowiedziała. Zgarnęła mak w kopczyk, starła ślad po beczułce, wyrównała listę. Zapach kiszonek został — dobry zapach, kuchenny, z kminkiem i z jabłkiem. Otworzyła okno; wiatr z północy wszedł i wyniósł go szybciej, niż przyszedł, a razem z nim całe ciepło znad pieca.

Zamknęła okno. Wróciła do garnka, w którym rosół z gęsich skrzydeł robił swoje, spróbowała — wszystko było jak trzeba, sól na miejscu, tłuszcz złoty przy brzegu. Niczego nie dodała. Stała nad nim z łyżką i mieszała dłużej, niż było trzeba.

Do wieczora zrobiła wszystko, co było na ten dzień: mak przesypany, susz w kamionce, rosół odcedzony i wyniesiony w chłód, gęsi obejrzane jeszcze raz, po kolei, jak się liczy srebro. Kuchnia lśniła. Wychodząc, w sieni sama sprawdziła drzwi na podwórze — były domknięte, tak jak kazała Bela — i przez dech stała z ręką na skoblu, jakby zapomniała, po co ją tam położyła.

Wieczorem policzyła się ze Stenem, przy jego stole w izbie od podwórza, z listy. Gęsi osiem po kręgu, mak, marchew, cebula, jajek sześćdziesiąt, pietruszka. Sten czytał od góry do dołu, potem od dołu do góry, jak się sprawdza szew.

— Gęś po kręgu — powiedział. — Dwie zimy temu była po siedem łusek.

— Na targu ich więcej nie będzie — powiedziała Olma. — Te są.

— Wieprzek?

— Jutro kmieć, pojutrze dowóz, jak był mówiony. Obejrzę i dam resztę zapłaty.

Sten kiwnął głową i odsunął listę na jej stronę stołu. To było całe rozliczenie i tak było dobrze: żadnych pytań o to, co jutro, żadnego głośnego liczenia przy ludziach. O babie z beczułką nikt mu widać nie powiedział albo powiedział i Sten uznał, że nie ma o czym mówić. Olma nie sprawdzała, które z dwojga.

Do siebie szła pod wiatr, wzdłuż murów, z pustymi koszami, które szarpały się jej na ramieniu jak żagle.

W izbie było ciepło od rana trzymane w piecu. Rozpaliła na nowo, zdjęła chustę, rozłożyła listę na stole i przy lampce dopisała jutrzejsze: kmieć spod miasta, wieprzek — obejrzeć, umówić dowóz, dać resztę zapłaty. Niżej: Borys, piec na chleby — zajść, zagadać, jeszcze nie prosić. Z Borysem nie zaczyna się od prośby, z Borysem zaczyna się od stania w piekarni tak długo, aż sam zapyta, czego. Przy każdej rzeczy zostawiła z prawej wolne miejsce.

Dopiero potem podeszła do dzieżki.

Odchyliła płótno. Zaczyn ruszył: podniósł się przez dzień o dobre dwa kiby, na wierzchu porobiły się oka, drobne, równe, a spod płótna szedł zapach kwaśny i młody, jeszcze cienki — trzeciego dnia będzie głębszy, siódmego będzie chlebem. Dokarmiła go i wymieszała z tym, co osiadło; pod łyżką stawiał się już, młody i uparty.

Za oknem wiatr wziął się za okiennicę i okiennica odpowiadała mu, skrzypem, co któryś podmuch. Olma zamknęła ją na skobel. Potem obciągnęła płótno na dzieżce, szczelnie, i przesunęła ją o dłoń bliżej pieca — od tej strony, gdzie ciepło trzyma najdłużej.

Rozdział 3 — Pięć

Młotek było słychać już z sieni. Bił równo, po dwa uderzenia na gwóźdź, gęsto i odrobinę za mocno — tak biją młodzi, którzy ufają rękom bardziej niż drewnu. Olma przeszła z koszem przez sień i wyszła na dziedziniec, w szare, niskie rano. Powietrze było ciężkie od wilgoci, która jeszcze nie postanowiła, czym chce być.

Pod okapem składu klęczał Jur i zbijał kozły pod weselne stoły. Pierwszy raz widziała go z bliska: rosły, w kaftanie ciasnym w ramionach, rękawy podwinięte mimo zimna. Ręce miał do łokci w starej, wżartej barwie — przy jasnych deskach wyglądały jak pożyczone od kogoś innego. Obok stały trzy gotowe kozły, szeroko rozstawione, równe.

Sten stał w progu składu, o pięć stąpów od niego, i patrzył tak, jak patrzył na wszystko — od krawędzi do krawędzi.

— Ten krzywy — powiedział.

— Nie krzywy, panie. — Jur nie podniósł głowy. — To sęk tak prowadzi. Deska prosta, o, jak przyłożyć łatę, to widać, że…

— Mówię, że krzywy.

Jur przyłożył łatę. Łata leżała na desce równo, całą długością. Odłożył ją bez słowa, wstał, wziął gotowy kozioł i postawił go przed Stenem na kamieniach, na płask.

— To niech pan na nim stanie — powiedział za głośno jak na ten dziedziniec. — U ojca zbijam kadzie, co trzymają barwę przez całą zimę i nie puszczą kropli. Kozioł pod półmiski utrzyma.

Powiedział o jedno zdanie za dużo i sam to usłyszał — po słowie „barwę” zrobiło się na dziedzińcu ciszej, choć nikt się nie poruszył. Parobek przy studni przestał kręcić korbą. Sten patrzył na kozioł, nie na Jura, długo, jakby wyceniał drewno.

— Zbijaj — powiedział w końcu. — Do wieczora mają być wszystkie.

I odwrócił się do składu, gdzie czekały bele.

Posłaniec przyszedł przed południem, kiedy Olma przebierała w spiżarni groch. Usłyszała obce buty w sieni i wyszła — chłopak od wozaków stał na środku dziedzińca, w opończy ciężkiej od wody, w butach oblepionych gliną po kostki. Pachniał mokrą wełną i traktem: końmi, deszczem, cudzym dymem. Para szła mu z ust, kiedy mówił.

— W dolinach leje trzeci dzień — mówił do Stena, nie zdejmując kaptura. — Trakt za przewozem rozmiękł na klej. Wozy z południa stoją przy przeprawie, dwanaście albo i więcej, i będą stały. Koło wchodzi po piastę.

— Kmieć — powiedział Sten.

— Kmieć kazał się kłaniać i powiedzieć, że nie dowiezie. Ani bitego, ani żywego nie przeprowadzi, świnia w tej glinie utonie prędzej niż wóz. — Chłopak przestąpił z nogi na nogę; w butach mu chlupnęło. — Mówił, że jak chwyci mróz i drogę zetnie, to przyjedzie choćby w nocy. Ale na mróz się nie zanosi. Na śnieg się zanosi.

Sten stał prosto i nieruchomo. Jeżeli coś się w nim przesunęło, to głębiej, niż sięgał wzrok.

— Zadatek niech trzyma do wiosny — powiedział. — Albo odda owsem, po cenie z żniw. Powtórzysz.

— Powtórzę.

— A z południa? — Sten zadał to pytanie tym samym głosem, którym mówił o owsie, tylko o pół oddechu później. — Ludzie przejdą?

— Ludzi przy przeprawie nie widziałem. Jak kto konno i zna brody, to się przeciśnie. Wozem — nie. — Chłopak wzruszył ramionami pod mokrą opończą. — Może puści. Do wesela dni jeszcze trochę jest.

Sten skinął głową, odliczył chłopakowi za drogę i patrzył, jak brama się za nim zamyka. Potem odwrócił się i zobaczył Olmę w drzwiach spiżarni, z sitem grochu w rękach.

— Słyszeliście — powiedział.

— Słyszałam. Bez wieprzka mięsa jest na połowę stołu. — Olma odstawiła sito na próg. — W mieście świnie są. U rzeźnika za bramą, u ludzi po podwórzach. Można by popytać, kto…

— Nie będę chodził po mieście i pytał. — Nie podniósł głosu; zamknął go, jak się zamyka księgę. — Pół Suwar patrzy na to wesele. Jak zacznę siedem dni przed ucztą skupować świnie po podwórzach, to mi wieczorem na rynku policzą, czego nie mam.

— To kupię ja. Kucharce wolno pytać o mięso, od tego jest.

— Kupujcie, co jest do kupienia, po uczciwej cenie. — Sten wziął sito z progu i podał jej, jakby zamykał targ. — Ale prosić nie będziecie. Nie w moim imieniu. Gości liczcie sześćdziesiąt — trakty do wesela mogą jeszcze puścić.

Wyszedł do składu. Olma stała chwilę z sitem w rękach; groch był zimny i sypki, przesuwał się pod palcami jak drobne kamyki. Liczyć umiała. Właśnie dlatego wolałaby nie liczyć.

W kuchni Bela stała przy oknie na dziedziniec. Lufcik był uchylony na wietrzenie, a posłańcy nie mówią cicho. Kroiła dalej to, co kroiła, równo, do końca deski. Potem odłożyła nóż.

— Moi z południa jadą wozami — powiedziała. — Siostra z mężem, z dziećmi. Konno nie pojadą, bo z kim dzieci.

— Posłaniec mówił: do wesela dni jeszcze trochę jest — powiedziała Olma. — Może puścić.

— Może — powiedziała Bela.

Wzięła nóż i kroiła dalej, tym samym równym ruchem, tylko deska stukała teraz odrobinę głośniej.

W południe Olma wyniosła na dziedziniec miskę wczorajszego grochu, odgrzanego ze skwarką. Do kuchni nikt Jura nie wołał, a od rana nikt mu nic nie podał; parobkom wynosiło się jadło pod okap i jemu wyniesiono by tak samo albo wcale.

— To mnie? — Jur wstał z klęczek za szybko, otarł ręce o spodnie, raz i drugi, choć barwy się tak nie ściera. — Bo ja mam swój chleb, w sieni, w węzełku, nie trzeba było… — Wziął miskę obiema rękami, ostrożnie, jakby była z targu za całą tarczę. — Dziękuję. Gorące.

— Groch to groch — powiedziała Olma. — Zimno dziś na dworze do zbijania.

Jadł na stojąco, pod okapem, plecami do składu, szybko i porządnie. Kozły stały już rzędem, osiem sztuk, dziewiąty leżał rozłożony na kamieniach. Oddał miskę wyskrobaną do czysta i podziękował jeszcze raz, w pół drogi do kozłów.

Potem wrócił do desek. Słyszał przecież wszystko, co przyniósł posłaniec — dziedziniec nie jest duży. Bił młotkiem gęściej niż rano; gwóźdź poszedł mu krzywo i zgiął się w pół. Wyrwał go obcęgami, położył na kamieniu, wyprostował dwoma uderzeniami i wbił jeszcze raz, do końca.

Wieczorem, przy rozliczeniu, Sten skreślił wieprzka na liście jednym pociągnięciem i nie powiedział przy tym nic.

U siebie zapaliła lampkę i rozłożyła listę jeszcze raz, we własnym świetle. Lampka kopciła łojem; za oknem wiatr niósł od murów rzadką, zimną mżawkę i stukał okiennicą, aż podłożyła szczapkę. Usiadła do rachunku tak, jak się siada do patroszenia: bez pośpiechu, z podwiniętymi rękawami.

Gęsi z targu — są, ale gęś to ptak paradny: dużo skóry, dużo zapachu, mięsa na dwa palce. Słonina — dwie połcie Stena i to, co dokupiła, nim podrożała do reszty. Szynka jedna, pod belką, na pokaz bardziej niż do dzielenia. Groch, kapusta, kasza, mąka — tego starczy, tym się brzuchy dopcha. Ale uczta weselna to mięso na stole, a mięsa, licząc uczciwie, miała na trzydzieści gąb.

Gąb miało być sześćdziesiąt.

Przeliczyła drugi raz, od końca, jak sprawdza się szycie. Przeliczyła trzeci, dając gęsiom więcej, niż dadzą. Rachunek stał, jak stał: połowa.

Z tego, co jest — pomyślała i poczuła, że mówi to sobie przez zęby.

Przyciągnęła lampkę bliżej i zaczęła od nowa, od drugiej strony. Pieczyste rozebrać na kaszę ze skwarkami, gęsi nie w całości na półmiskach, tylko rwane, z kapustą, w głębokich misach — głęboka misa karmi czworo tam, gdzie płytka dwoje. Tłuszcz z gęsi zebrać co do łyżki, do garnka, na okrasę; gęś oddaje drugie tyle, ile daje, trzeba tylko nie wylać. Groch ze słoniną gęsty, na przedzie stołu, bo od grochu się zaczyna i na grochu łamie się pierwszy głód. Szynkę pokroić cienko, na deski, między kiszone — niech chodzi po stole, niech każdy widzi, że była.

Sadło gęsie, zebrane co do płata, liczyło się podwójnie: raz jako okrasa, drugi raz jako to, że nikt nie zapyta o masło. Podroby pójdą w kaszę — żołądki i serca, krojone drobno, ciemne od cebuli; wątróbki osobno, na deskę przy szynce, bo wątróbka wygląda na więcej, niż waży.

Brzuchy będą pełne. Ale wesele to nie stypa, na weselu ludzie nie jedzą, żeby przestać płakać — na weselu patrzą, co dom położył na stół, i liczą razem z nią, tylko na cudzą niekorzyść.

Można było też pójść jutro do ludzi. Miasto miało spiżarnie, komory, chlewiki po podwórzach; miało garkuchnię, przekupki, które wiedziały, u kogo co wisi pod belką, i baby, co za dobre słowo przyniosłyby drugie tyle. Wystarczyło popytać, poprosić.

Dopisała do listy: podroby u rzeźnika za bramą, jeśli będą. Kaszy dokupić worek. Kupić — nie poprosić. Kupować umiała.

Potem odsunęła listę na kraj stołu, obmyła ręce i zdjęła płótno z dzieżki. Zaczyn urósł przez dzień, pachniał kwaśno i żywo, oddychał drobnymi oczkami. Dostał garść mąki i pół kubka letniej wody — resztę robił sam. Przykryła go i odstawiła bliżej pieca.

Do drzwi zapukało, kiedy wygarniała popiół spod fajerki. Pukanie było szybkie, dwa razy po trzy, i zanim zdążyła podejść, dołożyło czwarty raz.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 5.04
drukowana A5
za 26.73