E-book
6.83
drukowana A5
34.44
Zabójczy Pocałunek

Bezpłatny fragment - Zabójczy Pocałunek


5
Objętość:
218 str.
ISBN:
978-83-8155-222-6
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 34.44

Spotkanie

Drobne płatki śniegu osiadły na włosach i prawie natychmiast stopniały, kiedy weszłam do budynku. Otrzepałam płaszcz i odetchnęłam ciepłym powietrzem pompowanym przez klimatyzację. Długie i jak dotąd proste kosmyki włosów zaczęły się powolutku wyginać pod wpływem wilgoci. Na ułożenie ich straciłam mnóstwo czasu, zużyłam przy tym tonę super trwałych kosmetyków do stylizacji, a mimo to czułam, że efekt mojej pracy spełznie na niczym.

Ruszyłam do hali przylotów, przepychając się przez tłumy podróżnych.

— Uwaga pasażerowie. Lot o numerze 3354 Delta Air Lines jest opóźniony o godzinę. Powtarzam…

Przeczytałam komunikaty o opóźnieniach samolotów i zaklęłam w duchu. Spieszyłam się jak wariatka, żeby dostać na lotnisko JFK w godzinach szczytu. W dodatku wyszłam z zebrania, które sama prowadziłam.

Nie zdążyłam zjeść lunchu, choć mój ambitny plan pierwotnie zakładał, że po naradzie zdążę jeszcze wpaść na makaron z serem do Big Joe i zostanie trochę czasu na przebranie z eleganckiego kostiumu w ciepły sweter i spodnie. Mój plan szlag trafił już wczesnym rankiem, kiedy zaczął padać śnieg. W całym mieście nie było poziomej powierzchni, której nie przykryłaby co najmniej kilkucentymetrowa warstwa. Prawie całe miasto było zakorkowane, a śnieg wciąż padał i najwyraźniej nie miał zamiaru przestać. Nawet jeśli samolot wyląduje, to powrót do domu może wydłużyć się do paru godzin.

Spacerowałam przez pół godziny, pozwalając, by czółenka od Prady bezlitośnie obdzierały mi pięty. Nie zdążyłam zmienić butów, a te, które miałam na sobie przemokły i najwyraźniej postanowiły się na mnie zemścić. Nie było ani jednego wolnego siedzenia, a stojąc w miejscu, czułam, że stopy mi zaraz odmarzną. Dałam się skusić na lurowatą kawę z automatu i wróciłam do swojego zajęcia, czyli wpatrywania się w tablicę informacyjną. Na szczęście nic nie wskazywało na to, by samolot Mike’a miał większe opóźnienie. Już tylko kilkanaście minut dzieliło mnie od ciepłej taksówki.

Niedaleko stała grupka kilku młodych ludzi gadających swobodnie o przygodzie życia, którą mieli zaraz rozpocząć. Trochę im tego zazdrościłam. Czasami wyjeżdżałam służbowo, ale takie wyjazdy ograniczały się do nudnych spotkań i kursowania między hotelami. Niekiedy sama miałam ochotę spakować plecak i ruszyć w świat. Nie wiedziałam jednak, czego miałabym tam szukać. Wróciłam wzrokiem do tablicy. Gdybym wiedziała, że przyjdzie mi głodować w przemoczonych butach na zatłoczonym terminalu, pewnie nigdy nie zgodziłabym się tu przyjechać. W duchu trochę żałowałam, że obiecałam Sarze odebranie jej brata z lotniska. Jednak nie mogłam pozwolić, by moja przyjaciółka przebijała się przez całe miasto z gorączką i reklamówką zużytych chusteczek.

Popijając coś, co zapachem przypominało stary olej, rozglądałam się ciekawie wokół. Mój wzrok zatrzymał się na sylwetce mężczyzny zmierzającego w moim kierunku. Wyglądał dość zabawnie w dużych, ciemnych okularach i czarnej czapce naciągniętej na czoło. Długi, szary płaszcz nadawał jego ruchowi pewnej dramaturgii. Przypominał trochę Inspektora Gadżeta. Poruszał się z niezwykłą gracją i pewnością siebie. Dopiero po chwili zauważyłam, że idzie prosto w moją stronę. W pierwszej chwili pomyślałam, że to Mike, brat Sary, ale pamiętałam, że opisywała go jako „zwalistego faceta o urodzie boksera”. Ten mężczyzna był wysoki i szczupły. No i za Mikiem chyba nie szłoby dwóch ochroniarzy.

Ku mojemu zaskoczeniu mężczyzna podszedł do mnie, objął w pasie, pochylił się i szepnął:

— Musisz mi pomóc.

Nim zdążyłam zareagować, pocałował mnie. Obcy facet całował mnie namiętnie jak gdyby nigdy nic. Tyle że jego wzrok podążał za ochroną, która rzuciła coś do krótkofalówek i odeszła.

Oprzytomniałam, odepchnęłam go i wymierzyłam mu siarczysty policzek. Przez tę całą szamotaninę zawartość mojego kubka wylądowała na kurtce starszego mężczyzny, drzemiącego na krzesełku niedaleko nas. O dziwo ten nagły prysznic nie przerwał jego snu.

Spojrzałam na faceta i syknęłam wściekle.

— Co do cholery?!

— Dzięki za pomoc, ślicznotko.

Po czym po prostu wsunął dłonie do kieszeni płaszcza i odszedł spokojnie, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Patrzyłam na niego zszokowana, dopóki nie zniknął w tłumie. Już się zbierałam, żeby za nim pobiec, ale moje ramię złapała duża, ciężka dłoń.

— Przepraszam, ty jesteś Victoria?

Podskoczyłam i gwałtownie się odwróciłam. Przede mną stał wysoki blondyn opatulony w wełniany szalik. Podał dłoń, którą odruchowo uściskałam.

— Tak, tak to ja. Zapewne jesteś Mike?

— We własnej osobie. Sara ostrzegała mnie, że będzie zimno, ale nie spodziewałem się, że aż tak.

— Tak, ostatnio matka natura jest w wyjątkowo w dobrej formie.

Przez to całe wydarzenie zupełnie zapomniałam, po co tu przyjechałam. Na szczęście Mike nie wyglądał na obrażonego brakiem powitania. Wsunęłam rękę pod jego ramię i poprowadziłam w stronę wyjścia, by jak najszybciej oddalić się od staruszka, którego oblałam kawą.

— Przez ten cholerny śnieg myślałem, że już nie dolecę.

Rozmawiając, wyszliśmy z budynku prosto na zaśnieżone ulice.

Każdy ma swojego nieznajomego

— Po prostu nie mogę!

Krzyknęłam, wchodząc do recepcji. Strzepywałam śnieg z płaszcza wprost na nową wykładzinę.

— Czego nie możesz? — Juliette nie kryła rozbawienia. Zamknęła laptopa i niespiesznie obeszła biurko.

— Nie wytrzymam dłużej tej pogody!

— Przecież lubisz zimę.

— Tak, ale jak oglądam ją przez szybę, albo mknę po bielutkim stoku na nartach. Nie, jak muszę marznąć, przebijając się przez miasto, próbując dostać do biura. Wciąż mam przemoczone buty. Pewnego pięknego dnia rzucę to wszystko i gdzieś wyjadę.

— Do ciepłych krajów?

— Niekoniecznie, mam na myśli, że z dala od tego wszystkiego. Od szarej codzienności.

— Jak chcesz się rozerwać, to wskocz na mechanicznego byka albo spróbuj bungee.

— Mówię poważnie. Mam dość tej nudy, każdy dzień jest taki sam, a ja chciałabym przeżyć coś szalonego.

— Chyba dopadła cię zimowa depresja. Nie martw się, możemy po pracy wyskoczyć na coś tłustego, słodkiego albo z dużą zawartością promili i ponarzekać na wszystko.

Odebrała mój płaszcz i torbę, a potem zaniosła je do mojego gabinetu. Na biurku leżał stosik dokumentów, kawałek sernika wiedeńskiego i filiżanka świeżo zaparzonej kawy. Moja asystentka doskonale wiedziała jak poprawić mi humor.

Nawet poczta była starannie posegregowana i ułożona alfabetycznie. Gdyby zobaczyła zawartość moich szuflad, zapewne zasłabłaby na widok tego całego bałaganu. Juliette była idealną asystentką, przy której wszystkie firmowe dokumenty dyscyplinowały się i ustawiały na baczność w rządku. Mogłam powierzyć jej każdą robotę, wiedząc, że ze wszystkim sobie poradzi.

Wyciągnęłam z szafki pudełko z zapasowymi czółenkami i pospiesznie je założyłam. Juliette stała z założonymi rękami, czekając na dyspozycje. Mój wzrok przejechał po jej szarym kostiumie i zatrzymał na czerwonej, sztucznej róże wpiętej w blond kok.

— Co to jakaś nowa moda?

Zapytałam w pośpiechu, wpychając sobie kolejne kęsy ciasta do ust.

— Najnowszy krzyk mody, o której nie masz pojęcia. Lato w środku zimy. Aż tak źle wygląda?

— Nie. Wygląda oryginalnie.

— Jak było wczoraj?

— Z czym?

— Zakładałam, że dotarłaś na lotnisko?

— Tak, tak — popiłam kawą dużą rodzynkę, której nie miałam nawet czasu pogryźć. — Obeszło się bez problemów.

Gwałtownie oparła dłonie o biurko i rzuciła konspiracyjnym szeptem.

— Czy on faktycznie jest taki brzydki?

— Sara trochę przesadziła, mówiąc, że przypomina Shreka. Całkiem miły facet, ale na dłuższą metę nie polecam spotkań z nim.

— Dlaczego? Podrywał cię?

— To też, ale chodzi mi o coś innego. On ciągle gada jak najęty! Po pół godziny w taksówce miałam ochotę uciszyć go siłą. Kompletnie ignorował moje próby odezwania się, a kiedy wróciłam do domu, miałam taką migrenę, jakbym od kilku dni nie spała. Opowiedział mi o meczu futbolu, o operacji dużego palca u stopy i o tym, że Sara została kiedyś Miss Mokrego Podkoszulka.

— Naprawdę?

Też nie mogłam w to uwierzyć. Sara pracowała u nas jako księgowa i stereotypowy styl ubierania dla tego stanowiska preferowała. Przyjaźniłyśmy się we trójkę i nie przypominałam sobie, żeby chociaż raz ubrała się wyzywająco. O mokrym podkoszulku w ogóle nie było mowy. Oczywiście jej kompleksy były całkowicie nieuzasadnione, bo, jak i Juliette, była zgrabną blondynką. Nawet kiedy szłyśmy na drinka, Sara musiała ubrać spodnie („mam krzywe nogi”), bluzkę koniecznie z rękawami („mam okropne ramiona”), całe buty („Boże, czy można wyprostować palce u stóp?”), upięte włosy („nie zauważyłyście, że w rozpuszczonych włosach wyglądam okropnie staro i widać mi wszystkie zmarszczki?”) i marynarkę bądź szeroki pasek („jestem taka gruba”).

— Jestem gotowa — odparłam triumfalnie, przeczesując włosy.

— To do roboty.

W sali konferencyjnej trwała zagorzała dyskusja, która umilkła wraz z naszym wejściem.

— Przepraszam za spóźnienie. Szybciutko dokończmy wczorajszy temat.

Usiadłam na swoim miejscu.

— Proszę Sven, jaka jest twoja propozycja nowej linii produktów?

Szczupły brunet wstał i triumfalnie pokazał kilka opakowań po lodach.

— Co ma Häagen- Dazs do tego? I dlaczego w miejscu logo znajduję się psia głowa?

— To lody dla psów.

— Chcesz sprzedawać lody dla psów?

— Dlaczego nie? Piwo i czekolada odniosły spory sukces.

— Ale to są… lody — odparłam. Nie byłam pewna czy mówi poważnie. — Czy psy mogą je jeść?

Liv, nasza weterynarz, przejrzała zaproponowany skład produktu.

— Bez jaj — usłyszałam czyjś chichot.

— Są bez jaj i mleka — zauważyła. — To czysta chemia.

— To wersja dla alergików.

— Sven, psy nie potrzebują do szczęścia lodów, które mogą przyczyniać się do rozwoju infekcji górnych dróg oddechowych i powodować podrażnienia błon śluzowych żołądka.

— Mój pies je uwielbia i nic mu po nich nie jest.

— Czy Häagen w ogóle jest zainteresowany adresowaniem swoich produktów do zwierząt? — Zapytałam znudzona.

— Nie kontaktowałem się z nimi.

— Był już jogurt dla psów, dietetyczne batony, karma z zebry i różowe figi dla suczek. Aż boję się zapytać skąd czerpiesz inspiracje.

— Figi to prawdziwy hit.

— Poznajmy propozycję Justine.

Wątła brunetka wymownie przepchnęła się obok Svena.

— Nie mam nic aż tak nadzwyczajnego. — Wyraźnie kpiła z pomysłu lodów dla psów. — Proponuję nową linię szamponów i odżywek na bazie skandynawskich składników. Wstępne badania wykazują, że w grupie stu psów testujących szampon tylko jeden doznał lekkiego uczulenia na jeden ze składników.

Justine przedstawiła wyniki badań na tablicy.

— Nawet najlepszy produkt nie znajdzie nabywców, jeśli cena będzie zbyt wysoka. — wskazałam dwucyfrowe liczby.

— Leczenie alergii skórnych jest długotrwałe i dość kosztowne. Moi klienci wydają na swoich pupili majątek, dlatego myślę, że będą w stanie zrezygnować z kolejnej durnej zabawki na rzecz dobrego kosmetyku — uzupełniła Liv.

— Można zaryzykować, w końcu naturalne kosmetyki dla ludzi robią ostatnio zawrotną karierę. Zajmijcie się przygotowaniem kampanii reklamowej. Do końca tygodnia czekam na propozycje opakowań.

Odczekałam, aż wszyscy wyjdą i wybuchłam śmiechem.

— Lody dla psów. Ten świat do reszty zwariował.

— Mam wizję: upalne południe, Central Park. Pan zajada lody z kubełka w kolejności raz on, raz pies. Ludzie jeszcze nigdy nie byli tak blisko ze swoimi pupilami.

Spojrzałam na rozbawioną Juliette, która wróciła, niosąc na rękach firmową kotkę, Lunę. Ktoś podrzucił ją pod drzwi pewnego mroźnego poranka, kiedy była małym kociakiem. Z wychudzonego, przerażonego zwierzątka wyrosła prześliczna syjamska kotka, która stała się wizytówką naszej firmy, a jej wizerunek wypromował wiele naszych produktów. Mieszkała w moim biurze, gdzie miała swój koszyk i zabawki. W chłodniejsze dni przemycałam ją do mieszkania, ale nie mogłam zabrać jej na stałe, przepisy lokatorskie na to nie zezwalały.

Dwoje niebieskich oczu zmierzyło mnie od niechcenia, po czym kotka wskoczyła na biurko i rozciągnęła się na całej długości, rozrzucając dokumenty, które Juliette wcześniej tak perfekcyjnie uporządkowała.

— Nie wiem, czy pamiętasz, ale dzisiaj będą robić coś z ogrzewaniem i na noc muszą je wyłączyć.

— Nie możesz jej zabrać? Pan Wang już podejrzewa, że przemycam kota do domu. Ostatnim razem, kiedy przyłapał mnie z workiem żwirku, udało mi się wmówić, że to do kwiatów.

— Kwiatów?

— No tak, czytałam w jakiejś gazecie bardzo mądry artykuł o tym, jak koci żwirek chroni rośliny przed nadmierną utratą wody.

— Rozumiem twoją sytuację. Zabrałabym ją do siebie, napychając się lekami na alergię, ale mama przyjeżdża na kilka dni.

— Znowu?

— Umówiła się w klinice.

— Żeby znowu coś odessać, naciągnąć? — Zapytałam rozbawiona.

— Obiecała, że więcej nie naciągnie.

Gdyby to zrobiła, to obawiam się, że powieki zamknęłaby dopiero po śmierci. Nie miałam nic przeciwko operacjom plastycznym, które usuwały jakieś faktyczne wady estetyczne. Nie rozumiałam jednak dlaczego matka Juliette, która jest naturalnie równie śliczna jak jej córka, doprowadziła się do stanu, w którym wyglądamy przy niej jak ciotki.

— Jeśli kiedyś zechce sobie coś naciągnąć albo odciąć, proszę, zabierz mi karty kredytowe — oświadczyła Juliette.

— Nie ma sprawy. Zabiorę Lunę do domu. Może się uda, a jak nie to chociaż będę miała bodziec do szukania mieszkania bliżej centrum.

— Już dawno powinnaś się przenieść.

— Lubię swoje mieszkanie. Mam ładny widok na Manhattan, spokojną okolicę.

Nadal mieszkałam w pierwszym lokum, które udało mi się samodzielnie wynająć. Znajduje się na ostatnim piętrze kamienicy na Greenwich Village. Nazywałam je pieszczotliwie moim penthousem, chociaż standardem odbiegał od apartamentów, które widziałam w gazetach i telewizji. Mieszkanie jest schludne, przestronne i po prostu przywiązałam się do niego.

— Czynsz z kosmosu za mieszkanie, które nie widziało farby od dnia oddania budynku do użytku.

— Czepiasz się. Z przedmieścia w taką pogodę nie dotarłabym do biura, a tak przynajmniej wszędzie mam blisko.

— A jest coś jeszcze. Całkiem zapomniałam.

— Co?

— Chodź, sama zobacz.

Zostawiłam kotkę i przeszłam do recepcji. Na kontuarze stał kosz wypełniony bordowymi różami.

— Jakie piękne. Dla kogo to? — Pochyliłam się, wdychając zapach, który zdążył opanować już cały pokój.

— Dla ciebie.

— Dla mnie? Kto je przyniósł?

— Kurier. Nie wiem od kogo.

— I mam uwierzyć, że nie czytałaś bileciku? — zażartowałam, otwierając kartonik.

— „Dziękuję za pomoc”. Co to ma być?

— Nie ma podpisu?

Przeszukałam koszyk.

— Nie. Z jakiej kwiaciarni?

— Flowers Jack. Pewnie kosztowały majątek. Może Mike je przysłał?

— Po co miałby przysyłać taki wielki kosz kwiatów? Za podwiezienie taksówką?

— Sara mówiła, że przyjechał w interesach. Może go stać na takie gesty.

— W sumie masz rację. W każdym razie zostaw je tutaj.

Wróciłam do biura i zajęłam się pracą. Kiedy przysypiałam nad danymi statystycznymi, zadzwonił telefon.

— Victoria Lang. W czym mogę pomóc?

Po drugiej stronie panowała cisza.

— Słucham? Halo?

Powtórzyłam głośniej. Już miałam odłożyć słuchawkę, kiedy usłyszałam męski głos.

— Podobają ci się kwiaty?

Po chwili namysłu dodałam.

— Z kim mam przyjemność?

— Strzelałem. Zobaczyłem, że nosisz kolczyki w kształcie róży.

Luna usiadła w progu, domagając się cichym mruczeniem o jedzenie.

— Przepraszam, z kim rozmawiam?

— Jestem twoim dłużnikiem. Pomogłaś mi.

Wytężyłam umysł i nagle mnie olśniło. Ten głos należał do faceta z lotniska. Zdążyłam zapomnieć o całym tym zajściu.

— Skąd masz mój numer telefonu i czego chcesz?

— Widziałem cię na okładce magazynu.

O nie, to jakiś psychopata. Pewnie myśli, że jestem milionerką i będzie chciał wyłudzić ode mnie pieniądze. Może chce mnie porwać dla okupu? Albo gorzej, to gwałciciel!

— Nie wiem, czego chcesz, ale jeśli jeszcze raz tu zadzwonisz, to wezwę policję.

— I co im powiesz? Że dostałaś kwiaty? — wybuchnął śmiechem.

Trzasnęłam słuchawką, czując lodowate ciarki na plecach.

Cholera, o takich rzeczach czyta się w gazetach albo ogląda u Oprah. Powinnam była wezwać ochronę, skopać go albo chociaż oblać kawą, żeby nie myślał, że jestem jakąś tam słabą kobietką.

Wpatrywałam się w telefon, zastanawiając, co zrobię, kiedy znowu zadzwoni. Telefon jednak milczał. W głowie dudnił mi jego śmiech. Próbowałam skupić się na pracy, ale byłam zbyt rozkojarzona. Spakowałam swoje rzeczy.

— Wychodzę.

— Co się stało? Czemu jesteś taka blada? — Juliette przyjrzała mi się uważnie z nad ekranu komputera.

— Chyba mi zaszkodził ten sernik. Albo może to grypa — podałam jej plik dokumentów. — Skończ ten raport i zrób pocztę.

— Ok. A ty kup sobie porządne buty. Wiesz, takie ze skóry.

— Obiecuję, że to zrobię. Gdyby coś się działo, to jestem pod telefonem.

Zabrałam kotkę do sportowej torby, z którą wszędzie chodziłam. Mój zwierzak był tak mądry, że przez całe zakupy nawet nie pisnął, jakby wiedziała, że nie jest mile widziana.

Niestety ta zasada nie sprawdzała się w domu. Musiała mieć jakieś skrzywienie, bo uwielbiała głośno miauczeć, szczególnie w nocy i to do księżyca. Stąd też wzięło się jej imię.

Przez cały pobyt w markecie zerkałam ukradkiem na boki czy aby na pewno nie jestem śledzona. Wracając do domu, musiałam skradać się cichaczem na swoje piętro, by nie spotkać zarządcy budynku. Jak na złość Pan Wang akurat stał pod moimi drzwiami, przypadkiem wymieniając żarówkę, której nic nie dolegało. A wiedziałam to na pewno, bo na mój widok oderwał ucho od drzwi i rzucił się w pośpiechu ku lampie.

— Witam panno Lang.

— Dzień dobry. Czyżby w moich drzwiach też się coś przepaliło?

Modliłam się, by Luna spała i nawet nie próbowała miauknąć. Gdyby nas przyłapał, pożegnałabym się z mieszkaniem.

— Wymieniałem właśnie żarówkę, kiedy usłyszałem kapanie. Wolałem się upewnić czy to nie w pani mieszkaniu. Chyba nie chciałaby pani, by je zalało?

— Oczywiście, że nie. Bardzo możliwe, że to kapanie pochodzi z dziury w dachu, o której mówiłam panu wieki temu, a która zalewa nam wykładzinę na półpiętrze.

Starszy mężczyzna spojrzał na mnie uważnie. Bardzo uważnie.

— Czy coś się stało? — zapytałam, siląc się na swobodny ton.

— Może pani odpowie.

O mamo, już wiedział. Poczuł ją, usłyszał, a może jako Azjata z krwi i kości wyczuł jej jing albo jang, czakrę albo coś jeszcze innego.

— Zapłaciłam czynsz.

— Nie chodzi o czynsz. Wie pani, czego nie lubię?

— Fast foodu? — zrobiłam najniewinniejszą minę, jaką potrafiłam.

— Nie lubię kłamców. Nie lubię ludzi, którzy łamią zasady i kłamią, by to ukryć.

Przełknęłam ślinę. Koniec, wreszcie zbiorę się na szukanie nowego lokum.

— Ale ja to mogę wyjaśnić…

— Tak?

— Bo to przez to, że mam dobre serce…

— A co ma dobre serce do tych wszystkich kurierów, którzy do pani przychodzą? A jak pani nie ma, to jak pani myśli, do kogo znoszą wszystkie te przesyłki?

— Kurierzy? — Powtórzyłam zbita z tropu.

— Mam co najmniej worek pani listów i kilkanaście paczek. Czy ja jestem pani sekretarką?

— Przepraszam, myślałam, że chodzi o ko… — urwałam, po czym szybko dodałam. — Konieczne uiszczenie czynszu.

— Następnym razem każę im wypisać kwitek i będzie sobie pani sama odbierać pocztę.

— Przykro mi, czasami moi pracownicy przysyłają dokumenty zamiast do biura, to do domu. Zajmę się tym i obiecuję, że odbiorę wszystko rano. A teraz przepraszam, spieszę się.

Pospiesznie otworzyłam drzwi i zatrzasnęłam je przed nosem najemcy, który usiłował zajrzeć do środka. Oparłam się o nie, wypuszczając kotkę. Pan Wang widząc, że nic nie wskóra, odszedł.

Odetchnęłam z ulgą, stawiając torby na ziemi. Poczułam dziwny niepokój. Rozejrzałam się po znajomych ścianach w kolorze dojrzałej brzoskwini. Zlustrowałam powywracane buty w otwartej szafce i mój wzrok padł na podłogę. Wpatrywałam się dłuższą chwilę w plamę błota. Byłam pewna, że dzisiaj rano przecierałam wszystkie parkiety. Robiłam to zawsze przed wyjściem z domu. Nawet jeśli podłoga była idealnie czysta, musiałam ją umyć. Każdy pyłek na jasnych płytkach wywoływał u mnie furię. Byłam bałaganiarą i to taką najwyższej rangi, ale kuchnia i podłogi musiały lśnić czystością.

Prawie podskoczyłam, słysząc jakiś szmer. Korytarz ciągnął się aż do salonu, ale nie zauważyłam tam niczego podejrzanego. Przełknęłam ślinę i najciszej jak tylko mogłam, otworzyłam drzwi do garderoby. Ze starego pudełka po butach wyciągnęłam pistolet i na trzęsących nogach, ruszyłam przed siebie.

Ostrożnie zajrzałam do pierwszego pomieszczenia, jakim była kuchnia, ale nie zauważyłam tam niczego podejrzanego. Powoli podeszłam do pustej framugi i wychyliłam głowę, by zajrzeć do salonu.

Omal nie krzyknęłam na widok obcego faceta siedzącego na fotelu. Ten sam płaszcz, ciemne okulary, czapka i bezczelny uśmiech — to był facet z lotniska. Spojrzał na mnie i bez pośpiechu odłożył gazetę na stolik.

Drżącą ręką podniosłam pistolet i powoli do niego podeszłam.

— Nie ruszaj się.

— Przecież siedzę. Chyba że wolisz, żebym nie ruszał się stojąc.

— Nie ruszaj się w ogóle, bo cię zastrzelę.

Próbowałam powstrzymać nerwy, a on nie wyglądał nawet na zaskoczonego. Chwyciłam broń oburącz, by nie zauważył trzęsących dłoni.

— Kim jesteś i jak wszedłeś? Czego chcesz?!

Powolnym ruchem zdjął okulary i odłożył je na stolik.

— Tyle pytań. Włamanie do twojego domu nie stanowiło większego problemu, powinnaś zadbać o lepsze zabezpieczenia.

W głowie narodziła mi się niebezpieczna myśl, iż oto mam przed sobą przestępcę, który przyszedł mnie okraść, zabić albo zgwałcić. Albo wszystko razem wzięte, tylko w innej kolejności.

— Pewnie zabiłeś dozorcę.

— Nie z nim rozmawiałaś na korytarzu?

— No tak…

— A poza tym, nigdy nikogo nie zabiłem z premedytacją — oświadczył dobitnie.

Przełknęłam ślinę.

— Czyli jednak kogoś kiedyś zabiłeś?

— Nie łap mnie za słowa.

Zaczynałam powoli odzyskiwać panowanie nad swoim ciałem.

— Czego chcesz?

— Potrzebuję pomocy.

— I wyglądam na opiekę społeczną? Idź na policję — odparłam z kpiną.

Luna wkroczyła do pokoju i zauważywszy przybysza, zatrzymała się gwałtownie. Przekręciła łebek, bacznie mu się przyglądając, a jej roztańczony ogon ostrzegał, że jest zaniepokojona.

— Tak się niestety składa, że nie mogę iść na policję. Przynajmniej jeszcze nie w tej chwili.

— Dlaczego przyszedłeś akurat do mnie? Mam rozumieć, że szukasz kryjówki i pieniędzy?

— Nie do końca, ale jeśli to oferujesz, to z grzeczności nie odmówię. — Uśmiechnął się przyjacielsko.

Mój palec coraz swobodniej przesuwał się po spuście, używając połowy siły potrzebnej do jego uruchomienia.

Nieznajomy przyglądał się z niepokojem, a uśmiech powoli ustępował napięciu.

— Chyba mnie nie zastrzelisz.

— Dlaczego nie? Włamałeś się do mojego mieszkania, które zapewne zamierzałeś pozbawić co droższych rzeczy.

— Jeśli strzelisz z tego, to zrobisz mi sporą dziurę i zachlapiesz swój biały fotel i ten tandetny dywan w kwiatki.

— Trudno, dywan już dawno miałam wyrzucić, a fotel od początku był niewygodny.

— Czyżbyś już kiedyś kogoś zabiła?

— Nie, będziesz pierwszy — oświadczyłam ze spokojem.

Opuściłam jedną rękę czując drętwiejące palce.

— Zadziorna, odważna, doskonała. Nie mogłem lepiej trafić.

— Kim jesteś do jasnej cholery?

— Zawsze lubiłem imię Christopher — kpiący ton głosu działał na mnie jak płachta na byka. — Skąd mam wiedzieć, że potrafisz się tym posługiwać? — W odpowiedzi przeładowałam broń i zbliżyłam lufę do jego głowy. — Czyli rozumiem, że jednak potrafisz. Wystarczyło powiedzieć.

— Mam pozwolenie i uwierz, że potrafię tego używać. Jak masz na imię?

— Mów jak chcesz. Dla mnie to bez różnicy.

Jego dłoń bez ostrzeżenia zacisnęła się na moim nadgarstku z taką siłą, że wypuściłam pistolet. W panice wbiłam mu buta prosto w brzuch. Ku mojemu zaskoczeniu jęknął żałośnie, łapiąc oburącz za to miejsce.

— Nie traktuj mnie jak sierotkę.

Jego oddech stawał się coraz bardziej przerywany, a szczęka zacisnęła w bólu. Wyciągnęłam z kieszeni telefon.

— Albo zaczniesz gadać, albo w tej chwili wzywam policję.

Podniosłam broń, oczekując jakieś reakcji.

— Nie zrobię ci krzywdy. Potrzebuję twojej pomocy — szepnął, a jego twarz stawała się coraz bledsza.

— Co się dzieje? Myślisz, że dam się na to nabrać?

— To nic. Po prostu pozwól mi tu zostać przez kilka dni.

— Słucham? Co powiedziałeś? — powtórzyłam z kpiną.

— Nie chciałem cię przestraszyć.

— Chyba żartujesz. Włamałeś się do mojego domu, zaatakowałeś i jeszcze prosisz o nocleg? Niby po co miałabym się narażać i ci pomagać?

— Posłuchaj. Ludzie, przed którymi się ukrywam, na pewno widzieli scenkę na lotnisku. Policja podobnie. Fakty mówią same za siebie — pocałowałaś mnie, potem dostałaś ode mnie kwiaty. Siedzisz w tym tak samo jak ja. Proszę cię tylko o dokończenie swojej roli. Nie mogę ci niestety na razie niczego udowodnić, ale nie jestem złym człowiekiem i nie zrobiłem nic złego. Po prostu muszę … załatwić kilka spraw. A do tego czasu przyda się bezpieczne schronienie. Tylko kilka dni.

Kotka usiadła na oparciu fotela i miauknęła przyjaźnie. Oboje na nią spojrzeliśmy. Pierwszy raz w życiu widziałam, żeby ten kot zareagował w taki sposób na kogokolwiek. Luna bała się nieznajomych, a nawet tych, których znała, wolała unikać. A jednak w tym obcym facecie było coś, co wzbudziło jej zaufanie.

Spojrzał na mnie zdziwiony, oczami podobnymi do Luny. Idealnie błękitnymi jak ocean, fantastycznie przenikliwymi. Od takiego spojrzenia człowiek gubił myśli i rezon.

— Nie żartuj, że jesteś typem tych domowych kociar, które twierdzą, że doskonale się z nimi dogadują. — Przewrócił oczami widocznie rozczarowany.

— Podobno zwierzęta mają szósty zmysł i są w stanie „wyczuć” człowieka. Na pewno nie pozwolą skrzywdzić swojego właściciela.

Po chwili zastanowienia powoli odłożyłam pistolet na stolik. Ta cała sytuacja wydawała mi się jakimś snem. Powinnam wezwać policję, pozbyć się intruza z domu, ale jak wytłumaczę pocałunek na lotnisku? Powinnam była od razu to zgłosić. Ostatnie czego potrzebuję to nagłośnienie takiej sprawy, wizerunkowo nie mogłam sobie na to pozwolić. Tak. Zamierzałam posłuchać tego szaleńczego głosu, zachęcona reakcją mojego kota, którego wcale aż tak nie lubiłam. Poza tym… chyba po prostu mu uwierzyłam.

Pochyliłam się nad nieznajomym, który wyglądał, jakby bardzo cierpiał i przyjrzałam się uważnie. Gdybym poznała go w normalnych okolicznościach, chociażby w metrze, pewnie stwierdziłabym, że jest interesujący. Mocna szczęka pokryta zarostem, krótkie czarne włosy o niesymetrycznej grzywce i te cudne oczy. W dodatku wyglądał na niewiele starszego ode mnie.

— Co ci dolega?

W odpowiedzi powoli rozpiął płaszcz. Spodziewałam się zobaczyć coś nieprzyzwoitego, ale moim oczom ukazał się biały podkoszulek z bordową plamą na podbrzuszu.

— O Boże, co się stało? Czy to jest krew?

Jęknął wymownie.

— Oczywiście. Gratuluję celności.

— Wzywam lekarza.

— Nie ma mowy, to nic poważnego. Przynieś apteczkę albo chociaż jakieś opatrunki. Masz coś?

Przytaknęłam, biegnąc do łazienki. Przyniosłam cały zapas bandaży, plastrów i na wszelki wypadek dwie apteczki. Widząc, że ledwo poradził sobie z płaszczem, chciałam pomóc przy podkoszulku.

— Moment, nie jestem taki łatwy. Najpierw musisz mnie zaprosić na kolację.

— Jesteś bezczelny. Staram się pomóc — rzuciłam urażona, cofając ręce. W życiu bym nie pomyślała rzucać się na obcego faceta. Aż tak zjawiskowy nie był.

— Gdybyś mnie nie kopała, nie byłoby tak źle.

— Gdybyś się nie włamał, nie byłoby cię tutaj, nie byłoby tej całej sytuacji.

Złapałam za materiał i zerwałam z niego ubranie. Zaklął i spojrzał na mnie z wyrzutem.

— Nie wyglądałaś na taką, co lubi ostre klimaty.

Zignorowałam to i ostrożnie przyłożyłam gazę do rany.

Odepchnął moją dłoń i zapytał z ironią:

— A rączki umyła?

— Słucham?

— Nie słyszałaś o zakażeniach?

Starałam się zachować spokój tłumacząc sobie, że jego zachowanie wynika z bólu. Przycisnęłam opatrunek mocniej.

— To boli, cholera to boli! — Jęknął wymownie.

— Przestań się drzeć, bo ktoś cię usłyszy. Jeśli ci to nie odpowiada, to sam się opatrz, a ja idę coś zjeść.

— Nie, nie idź. Musisz mi pomóc.

— No dobra, ale zamknij się i połóż na kanapie.

— Po co? — zerknął na mnie z ukosa.

— Bo tak każę.

Posłusznie wyciągnął się na sofie. Usiadłam obok, rozrywając nowe opakowanie gazy. Pistolet na wszelki wypadek leżał na stoliku.

— A teraz załóż ręce za głowę.

— Czy nie wspominałem, że nie jestem w nastroju na baraszkowanie?

Jednak go zabiję. — przemknęło mi przez myśl. Nie było jeszcze za późno, by go wyrzucić na korytarz.

— Zamknij się wreszcie.

— To wytłumacz, proszę, po co ta gimnastyka? Czy nie widzisz, że cierpię?

— Cierpiący ludzie tyle nie mówią. Napiąłeś skórę i teraz mogę wreszcie zobaczyć, co się stało.

Obejrzałam ranę biegnącą od mostka do podbrzusza. Skóra była idealnie przecięta.

— To wygląda, jakby ktoś cię pociął.

— Tak, a nawet próbował mnie wypatroszyć, ale byłem szybszy.

Namoczyłam gazik wodą utlenioną.

— Faktycznie jest czym się chwalić.

— Nie zrobisz tego.

— A jak inaczej można to zdezynfekować? Słyszałeś o zakażeniach? — przedrzeźniłam go.

— To będzie bolało.

— Oczywiście, że będzie. I to bardzo.

Delikatnie przejechałam gazikiem po ranie, zmywając zaschniętą krew.

— Jasna cholera! Zabierz to — zacisnął pięść i prawie wepchnął ją do ust.

— Jeszcze chwila — nie mogłam ukryć rozbawienia. — Taki z ciebie twardziel?

— A kto powiedział, że jestem twardzielem?

To było wręcz komiczne. Opatrywałam półnagiego, kompletnie obcego faceta, imienia którego nawet nie znałam, a na którego od teraz najwyraźniej byłam skazana. W dodatku o całkiem ponętnym ciele. Taką sylwetkę uzyskuje się, uprawiając sport latami. Wiedziałam już, że dbał o formę, był arogancki i nie przerażał go widok broni. To nie wróżyło nic dobrego.

— Czy nie mogłeś wybrać na lotnisku kogoś innego?

— Nie.

Podobało mi się, że udzielał bardzo wyczerpujących odpowiedzi.

— Dlaczego?

— Już mówiłem. Widziałem cię na okładce jakiegoś magazynu. A poza tym jesteś ładna — skwitował to kolejnym uśmiechem.

Spojrzałam na niego zaskoczona, czując, że moje policzki purpurowieją. Zawsze tak się działo, kiedy byłam zakłopotana.

— I z rumieńcem ci ślicznie.

W odpowiedzi przycisnęłam mocniej wacik.

— Nie denerwuj mnie.

— Nie wiem, czy jesteś tego świadoma, ale najprawdopodobniej wypaliłaś mi wnętrzności.

— Nie przesadzaj. Moim zdaniem powinien to zobaczyć lekarz. W takim miejscu bez szycia się nie obejdzie.

— Nie mogę iść do lekarza. Co to jest? — wskazał na tubkę, którą właśnie odkręcałam.

— To taka maść z antybiotykiem. Pomaga zabliźniać rany.

— A to? Chcesz nakleić plaster?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 34.44