E-book
9.99
drukowana A5
26.66
drukowana A5
Kolorowa
51.24
Zabójcze migawki

Bezpłatny fragment - Zabójcze migawki

Objętość:
92 str.
ISBN:
978-83-8440-271-9
E-book
za 9.99
drukowana A5
za 26.66
drukowana A5
Kolorowa
za 51.24

Podziękowania

„Zabójcze migawki” nie są jedynie zbiorem opowiadań. Są splotem odwagi, wrażliwości i gotowości, by zajrzeć tam, gdzie zwykle odwraca się wzrok. Dlatego te podziękowania nie są formalnością — są koniecznością.

Dziękuję Patronom, którzy zdecydowali się wejść ze mną w mrok. Którzy nie bali się trudnych tematów, ciszy między słowami, emocji niewygodnych i prawd, które bolą. To dzięki Wam te historie oddychają, pulsują i zostawiają ślad — niekiedy delikatny, niekiedy brutalny, ale zawsze prawdziwy.

Wasze wsparcie nie było jedynie gestem. Było aktem zaufania, współtworzenia i obecności. Każda „migawka” nosi w sobie echo Waszej uważności, Waszych reakcji, rozmów, inspiracji. Bez Was ten zbiór byłby tylko cieniem tego, czym się stał.

Dziękuję za to, że nie uciekliście. Że zostaliście do końca. Że pozwoliliście tym historiom istnieć — i żyć dalej w sobie.

Szczególne podziękowania kieruję do Sławka za czujne oko i wskazanie kilku błędów w „Zabójczych migawkach” — ta uważność realnie pomogła uczynić ten zbiór lepszym.

To jest również Wasza książka.

Prolog

Ta książka nie powstała po to, by dawać ukojenie. Nie znajdziesz tu nadziei, światła ani obietnicy, że „wszystko będzie dobrze”.

Zabójcze migawki to zbiór historii, które zaglądają tam, gdzie zwykle odwracamy wzrok. Opowiadają o depresji, samotności, samobójstwie, morderstwie, śmierci i stracie bliskich. O momentach, które trwają zaledwie chwilę — a zostają w człowieku na zawsze. To krótkie błyski grozy i rozpaczy. Migawki, które ranią.

Nie są to opowiadania dla osób o słabych nerwach.

Nie są to historie „ku przestrodze” ani literacka rozrywka na spokojny wieczór. To teksty, które mają niepokoić, uwierać, zostawiać ślad. Każda z tych historii kończy się tam, gdzie kończy się komfort czytelnika.

Jeśli masz mniej niż osiemnaście lat — nie przewracaj kolejnej strony.

Jeśli jesteś wrażliwy na tematykę przemocy, śmierci lub zdrowia psychicznego — odłóż tę książkę.

Jeśli szukasz szczęśliwych zakończeń — nie znajdziesz ich tutaj.

Czytasz na własną odpowiedzialność.

Bohaterowie tych opowiadań nie zostają ocaleni. Nie zawsze dostają wybór. Czasem przegrywają z własnym umysłem, czasem z drugim człowiekiem, a czasem z czymś, czego nie potrafią nawet nazwać. Nie ma tu morałów. Jest tylko prawda — brudna, bolesna i niewygodna.

Zabójcze migawki są jak szybkie spojrzenie w cudzą ciemność. Jedno mrugnięcie za długo — i może się okazać, że ta ciemność zaczyna patrzeć na Ciebie.

Jeśli mimo wszystko decydujesz się czytać dalej — zrób to świadomie.

I pamiętaj: nie wszystkie historie powinny być opowiedziane.

Nie wszystkie — przeczytane.

Mgła

Pojawiła się nad ranem, bez zapowiedzi. Gęsta, nienaturalnie biała, jakby ktoś wylał mleko na miasto. Otulała ulice, wlewała się w bramy, wspinała po schodach kamienic. W radiu mówiono o „zjawisku pogodowym”, ale nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego mgła nie unosiła się, tylko pełzła.

Pierwszy zniknął listonosz. Wszedł w nią na rogu ulicy i przestał istnieć. Nie było krzyku. Nie było śladów. Tylko torba, która po chwili wypadła z białej pustki i osunęła się na chodnik.

Ludzie zaczęli zamykać okna i drzwi. Z góry obserwowali, jak ci, którzy się spóźnili albo nie uwierzyli w ostrzeżenia, znikają jeden po drugim. Mgła nie była jednolita — falowała, pulsowała, jakby oddychała. Czasem można było dostrzec w niej zarys sylwetki. Rękę. Twarz rozciągniętą w niemym krzyku.

Anna stała przy oknie na trzecim piętrze. Widziała, jak sąsiad z naprzeciwka wychodzi z klatki, machając telefonem. Wszedł w mgłę po pas. Po pierś. Po szyję. Przez ułamek sekundy spojrzał w jej stronę, jakby coś zrozumiał. Potem zniknął.

Mgła zaczęła się zbliżać do budynków. Przeciskała się przez szpary, wślizgiwała pod drzwi. W mieszkaniu zrobiło się zimno. Anna cofnęła się, czując wilgoć na kostkach. Z mgły dobiegał cichy dźwięk — coś pomiędzy szeptem a mlaskaniem.

Drzwi wejściowe pękły.

Biała masa wdarła się do środka, oplatając jej nogi, biodra, klatkę piersiową. Próbowała krzyczeć, ale mgła wlała się do jej ust. Była lepka, ciężka, pełna obcych oddechów.

Ostatnie, co zobaczyła, to twarze. Setki twarzy unoszących się w bieli.

Miasto ucichło.

Gdy mgła opadła, ulice były puste. Tylko ona została. W ukryciu. Czekając na kolejnych.

Twarze w oknie

Kris i Lena długo szukali domu, w którym mogliby zacząć wspólne życie. Ograniczony budżet zmuszał ich do przeglądania ofert z rynku wtórnego — takich, które inni omijali szerokim łukiem. W końcu znaleźli niewielki domek obłożony sidingiem, niegdyś białym, dziś zazielenionym od glonów. Czerwony dach kontrastował z brudną, zapadniętą elewacją. W środku panował chaos i zapach stęchlizny, ale dom nadawał się do zamieszkania. Remonty mogli robić powoli, pomieszczenie po pomieszczeniu.

Gdy podjechali za samochodem firmy przeprowadzkowej, Lena nagle ścisnęła ramię Krisa.

— Mam wrażenie, że ktoś stoi w oknie na piętrze.

Spojrzał tam, gdzie wskazywała. Niczego nie zobaczył.

— To pewnie tylko odbicie — rzucił lekko.

Lena nie była przekonana, ale weszli do środka. Rozładunek przebiegł sprawnie. Po odjeździe ekipy zostali sami, szczęśliwi, zmęczeni i podekscytowani. Wieczorem padli na łóżko i zasnęli twardym snem.

Rano w salonie czekała na nich wiadomość.

Na ścianie, nieregularnymi literami, widniał napis: ODEJDŹCIE. Czerwień była ciemna, jak zaschnięta krew.

Lena spanikowała, mówiąc o włamaniu lub kimś, kto nadal tu mieszka. Kris próbował ją uspokoić — stwierdził, że dom stał pusty, mogli wcześniej tego nie zauważyć. Jego słowa nie przyniosły ulgi. Strach zaczął wrastać w ściany.

Kolejnej nocy Lena nie mogła zasnąć. W ciszy usłyszała skrzypienie desek na korytarzu. Ostrożnie, boso, wyszła z sypialni. W mroku nie było nikogo.

Poczuła nagle zimny dotyk na szyi.

Chwilę później ciepło rozlało się po jej ciele. Krew spłynęła na podłogę. Próbowała zrozumieć, co się dzieje, ale jej ciało osunęło się bezwładnie z głuchym łoskotem.

Dźwięk obudził Krisa.

Otworzył oczy i zobaczył sylwetkę stojącą nad łóżkiem. Twarz była znajoma. Zbyt znajoma.

— Mieliście odejść — wychrypiał kształt.

Błysk ostrza.

A potem całkowita ciemność.

Inwentaryzacja cienia

Po przejściu na emeryturę Aurelia i Ludomił zainwestowali oszczędności swojego życia i kupili starą posiadłość na skraju lasu — dom z grubymi murami, wysokimi sufitami i historią, o której nikt nie chciał mówić wprost. Zatrudnili specjalistę: inżyniera, który miał zbadać stan techniczny budynku, zaproponować niezbędne remonty i przygotować wizualizacje nowych wnętrz.

Na kilka dni mężczyzna, młody, barczysty z bujną czarną brodą, wyglądający bardziej jak drwal niż inspektor budowlany, wprowadził się do domu, by móc pracować bez pośpiechu. Pierwszego dnia nic nie wzbudziło jego niepokoju. Skrzypienie desek, zapach wilgoci, stare instalacje — wszystko dało się logicznie wyjaśnić.

Wieczorem jednak zauważył coś dziwnego.

Cienie w domu poruszały się inaczej, niż powinny. Sunęły po ścianach i podłogach, oddzielone od przedmiotów, które rzekomo je rzucały. Przemykały korytarzami, znikały za drzwiami, by po chwili pojawić się gdzie indziej. Mężczyzna wmawiał sobie zmęczenie.

Kolejne dni były gorsze.

Cienie gęstniały, wydłużały się, splatały ze sobą. W nocy słyszał szelest, jakby coś sunęło tuż przy podłodze. Gdy zapalał światło — wszystko wracało do normy. Prawie wszystko.

Trzeciego dnia zauważył, że jego własny cień zniknął.

Spojrzał pod nogi. Nic. Serce uderzyło mu w piersi z taką siłą, że aż zabrakło tchu.

Poczuł nagłe szarpnięcie.

Upadł na podłogę z krzykiem, który urwał się w połowie. Przed sobą zobaczył własne stopy — odcięte równo, ułożone starannie, jakby ktoś je przygotował do inwentaryzacji.

Kolejne szarpnięcie.

Ręka upadła obok, bezwładna, oderwana jak kończyna starej lalki. Pod nim zaczęła rozlewać się plama szkarlatu, wsiąkając w popękane deski.

Jeszcze jedno.

Ciało zostało rozcięte z chirurgiczną precyzją. Świadomość gasła, rozpadała się na strzępy. Ostatnim, co poczuł — na cienkiej granicy istnienia i nicości — było szarpnięcie za głowę.

Cisza.

Na podłodze stał jego cień.

Kompletny. Nienaruszony.

Zadowolony.

Wreszcie wolny.

Postać na progu

Milenka bała się swojego pokoju, odkąd tylko nauczyła się mówić. Za każdym razem, gdy rodzice gasili światło, twierdziła, że na progu stoi ktoś obcy. Nieruchoma sylwetka, czarna jak cień, wyraźnie oddzielona od mroku korytarza. Stała i patrzyła.

Rodzice uśmiechali się pobłażliwie. Mówili, że to wyobraźnia, że cienie układają się dziwnie, gdy dziecko jest zmęczone. Zostawiali drzwi uchylone — „żebyśmy słyszeli, gdybyś nas wołała”.

Milenka wołała. Nigdy nikt nie przychodził.

Teraz nie była już mała. Wiedziała, że duchy nie istnieją. Wiedziała, że strach rodzi się w głowie. A jednak każdej nocy, gdy kładła się spać, gasiła lampkę i odwracała twarz w stronę ściany. Nigdy nie patrzyła w stronę drzwi. Wiedziała, że on tam jest.

Zastanawiała się czasem, kim jest. Czy myśli? Czy się nudzi, stojąc tak godzinami? A może jest aniołem stróżem i pilnuje, by nie śniło jej się nic złego?

Tej nocy nie mogła zasnąć. Leżała z otwartymi oczami, wpatrując się w sufit, licząc pęknięcia w tynku. Serce biło zbyt szybko. Cisza była nienaturalnie gęsta.

Ciekawość w końcu zwyciężyła.

Odwróciła głowę. Na progu nie było nikogo. Usiadła gwałtownie, czując, jak zimno spływa jej po plecach. Rozejrzała się nerwowo po pokoju. Postać stała tuż obok łóżka. Pochyliła się nad nią. Milenka widziała już tylko ciemność i dwie puste, głębokie jamy tam, gdzie powinny być oczy. Chciała krzyczeć, ale głos uwięzł jej w gardle.

Postać sapnęła.

Raz.

Drugi.

Powietrze zaczęło uchodzić z płuc dziewczynki, jakby ktoś powoli je wysysał. Razem z nim uciekało życie. Po chwili dziewczynka opadła bezwładnie na poduszkę, z szeroko otwartymi oczami.

Gość z progu wreszcie się nasycił.

Cicho wyszedł na korytarz.

Gdzieś w innym pokoju spało kolejne dziecko.

Ludzka układanka

Wracał z uczelni pieszo, choć zwykle wybierał tramwaj. Wieczór był ciepły, niemal łagodny, ulice oświetlone miękkim światłem latarni. Myślał o kolokwium, o kawie, o łóżku. O rzeczach zwyczajnych. Bezpiecznych.

Nie usłyszał kroków za sobą. Tylko nagły ból w potylicy i ciemność, która spadła jak zasłona.

Ocknął się w piwnicy.

Zapach uderzył pierwszy — stęchlizna, metal, coś słodkiego i gnijącego. Był przywiązany do drewnianego stołu, szorstkie liny wbijały się w skórę. Nad nim wisiała naga żarówka, migocząca jak w delirium. Wzdłuż ścian stały półki, a na nich rzędy słojów. W środku — fragmenty czegoś, co kiedyś było ludźmi. Skrawki. Kształty. Części, których nie powinno się rozpoznawać osobno.

Usłyszał kroki.

Z cienia wyszedł mężczyzna. Brudny, obdarty, z twarzą pooraną jakby ktoś próbował ją zetrzeć. W dłoni trzymał skalpel, lśniący nienaturalnie czysto.

— Brakuje mi już tylko kilku elementów — powiedział cicho, niemal czule. — A ty… ty jesteś idealny.

Wskazał kąt piwnicy.

Stało tam coś, co wyglądało jak postać. Złożona z różnych części, źle dopasowanych, zszytych, połączonych wbrew anatomii i logice. Ludzka sylwetka, która nigdy nie powinna powstać. Chłopak krzyczał, aż głos pękł, ale piwnica chłonęła dźwięk jak gąbka.

Ból przyszedł falami. Najpierw ostry, potem tępy, rozlewający się. Czuł, jak traci fragmenty siebie, jakby ktoś rozbierał go na części. Świat zawęził się do żarówki i twarzy oprawcy. Jedno oko przestało widzieć. Jedna dłoń była lżejsza niż powinna. Każdy oddech był walką.

Na końcu mężczyzna pochylił się nad nim i rozciął mu klatkę piersiową z nabożną precyzją.

— Teraz — wyszeptał. — Teraz moje dzieło będzie kompletne.

Chłopak poczuł, jak coś opuszcza jego ciało. Dusza? Jedynym pozostałym mu okiem zobaczył przez chwile swoje bijące wciąż serce w dłoni oprawcy. Światło zgasło.

Gdy zapaliło się ponownie, w kącie piwnicy stało dzieło skończone. A na stole leżało tylko to, czego już nie dało się użyć.

Układanka była gotowa.

Skrzydła

— Kolejny dzień w raju? — Sara powitała Ninę sarkastycznie, jak miała w zwyczaju.

Praca w hospicjum nie była dla niej wymarzonym sposobem na życie, a entuzjazm Niny działał jej na nerwy. Zastanawiała się, jak koleżanka wytrzymuje nieustanną presję i wszechobecną śmierć. Jednak Nina miała powołanie. Chciała być przy tych, którzy w ostatnich chwilach życia zostawali sami.

Od dziecka miała wszystko, o czym można marzyć: kochających rodziców, przyjaciół, bezpieczny dom. Dobrze jej się wiodło. Nie myślała jeszcze o małżeństwie — czuła, że jest na to zbyt młoda. Pragnęła poznać życie, zanim zdecyduje, co dalej. Uważała, że hospicjum jest miejscem, w którym można zobaczyć jego wszystkie odcienie, a swoją radością i uśmiechem niosła ukojenie umierającym.

Słońce świeciło tego dnia wyjątkowo jasno. Zaczynała się wiosna — czuć ją było w powietrzu i było słychać w śpiewie ptaków.

— Jest i mój anioł — powitała ją jej podopieczna, osiemdziesięcioletnia pani Anastazja, umierająca na raka.

— Zawsze na posterunku, pani Nastko!

— Będziesz dziś przy mnie? Czuję, że kostucha już się o mnie upomina…

Na twarzy pani Anastazji malował się wyraz błogości, który zaniepokoił Ninę. Kobieta od dawna cierpiała silny ból, a takiego spokoju nie widziała u niej od tygodni.

— Kochana, ja po to tu jestem — odpowiedziała Nina, starając się brzmieć swobodnie, choć w głębi serca czuła, że pani Anastazja zbliża się do kresu swoich dni.

— Tylko skrzydeł ci brakuje, moje dziecko. Nie ma na świecie drugiego anioła takiego jak ty.

— Chyba pani trochę przesadza — zaśmiała się dziewczyna.

Przysunęła krzesło do łóżka i usiadła. Ujęła dłoń podopiecznej, drugą delikatnie poprawiła jej włosy. Pani Anastazja spojrzała Ninie w oczy, po czym je zamknęła. Westchnęła głęboko i znieruchomiała. Obie słuchały ptasiego trelu za oknem.

Po dłuższej chwili spokojnej ciszy Nina zapytała cicho:

— Chce się pani czegoś napić? Pomogę pani zjeść śniadanie… Pani Nastko? Pani…

Nie było odpowiedzi. Nina dotknęła jej szyi — nie wyczuła pulsu. Przyłożyła dłoń do nosa — nie było oddechu. Anastazja odeszła. Cicho, spokojnie, pogodzona ze światem.

Ninie ścisnęło się gardło. Zacisnęła oczy, powstrzymując łzy. Wiedziała, jakie są procedury. Musiała powiadomić kierownika oddziału. Wstała i podeszła do drzwi, lecz coś ją zatrzymało. Oparła dłoń o ścianę i znieruchomiała. Po plecach przebiegło jej mrowienie.

— Kochana, teraz możesz latać. Cały świat czeka na ciebie.

Odwróciła się. Za nią stała zjawa — niemal przezroczysta postać. To była pani Anastazja. Na plecach Niny coś się poruszyło, zadrżało. Usłyszała szelest piór. Spojrzała przez ramię.

Skrzydła.

Potężne, białe, lśniące.

Ściana nie stawiała już oporu jej dłoni. Dostrzegła skuloną postać siedzącą na krześle, trzymającą za rękę swoją podopieczną. Poruszyła skrzydłami i uniosła się, odlatując ku światom, w których czekali ci, którzy najbardziej potrzebowali ukojenia.

Sławojka

To opowiadanie powstało z inspiracji mojej serdecznej przyjaciółki, która podczas rozmowy o makabrycznych wizjach stwierdziła: „A na to, to nie wpadłaś!”. Poprosiła mnie o spisanie tej historii i oto jest.

Dedykuję ją mojej drogiej Karolinie.

Ostrzeżenie: Tekst zawiera drastyczne opisy. Osoby wrażliwe proszone są o zachowanie ostrożności lub pominięcie tego tekstu.


Dorotka uwielbiała spędzać wakacje u babci. Dom stał na wsi, z dala od miejskiego zgiełku, pośród bezkresnych pól. Do najbliższych sąsiadów były prawie dwa kilometry. Dookoła, jak okiem sięgnąć, ciągnęły się łany zbóż i łąki, na których dziewczynka mogła bawić się godzinami.

Dom babci był stary, zbudowany z ciemnego drewna. Gospodyni mawiała, że to miejsce ma duszę. Im Dorotka była starsza, tym lepiej rozumiała te słowa — budynek zdawał się żyć, oddychać i zmieniać wraz ze swoimi mieszkańcami, jakby instynktownie odpowiadał na ich potrzeby. Jedyną niedogodnością był brak wewnętrznej toalety. Drewniana sławojka stała za domem, w odległości kilkunastu metrów. Latem nie stanowiło to problemu, gorzej było zimą, jednak babcia, nie znając innego rozwiązania, doskonale sobie z tym radziła. Dorotka zresztą rzadko odwiedzała ją o tej porze roku.

Kiedyś w tym domu tętniło życie. Babcia mieszkała tu z córką i synkiem. Chłopiec zaginął jednak w tajemniczych okolicznościach, gdy był jeszcze mały. Teraz babcia całą miłość, którą darzyła utracone dziecko, przelała na ukochaną wnuczkę.

Toaleta za domem była małą, surową budką. Wewnątrz znajdowała się tylko deska z otworem, umieszczona bezpośrednio nad głębokim dołem szamba. Dorotkę zawsze przerażała ta ciemna otchłań, a ciężki, duszący odór wydobywający się z wnętrza przyprawiał ją o mdłości i zawroty głowy.

Tego gorącego, letniego dnia Dorotka bawiła się na podwórku. Miała się nie oddalać, bo babcia właśnie szykowała obiad. Gdy dziewczynka poczuła głód, uznała, że czas sprawdzić, kiedy zasiądą do stołu.

Weszła do kuchni, ale uderzyła ją martwa cisza, przerywana jedynie miarowym sykiem na gazie. W garnku bulgotała gęsta zupa, a po kuchni rozchodził się już gryzący, węglowy swąd spalenizny. Babcia nigdy nie zostawiała kuchni bez opieki — ten widok sprawił, że serce Dorotki zabiło szybciej, uderzając głucho o żebra. Przeszukała wszystkie pokoje, wołając babcię po imieniu, ale dom odpowiadał jej jedynie skrzypieniem starych desek, jakby sam wstrzymywał oddech.

Nagle poczuła parcie w dole brzucha — strach zawsze tak na nią działał. Wybiegła na zewnątrz, kierując się w stronę sławojki.

Gdy szarpnęła za drzwiczki, uderzył ją zapach silniejszy niż zwykle — ciężka, metaliczna woń rozkładu zmieszana z odorem szamba. Zauważyła, że główna deska jest potrzaskana, wgnieciona do środka, jakby pod ciężarem, który nagle zniknął w czeluści. Nie zastanawiając się długo, chwyciła leżącą obok luźną deskę, położyła ją w poprzek wyrwy i kucnęła, wpatrując się w deski przed sobą.

Nie słyszała, że metr pod nią, w gęstej, czarnej mazi, toczyła się ostatnia, bezgłośna walka. Jej babcia, tonąc w fekaliach, nie czuła już strachu. Jej palce, błądzące w mroku w poszukiwaniu ratunku, zacisnęły się na czymś małym, twardym i znajomym. Gdy opuszki palców przejechały po pustych oczodołach dziecięcej czaszki, kobieta poczuła dziwny, obłędny spokój. To nie była śmierć, to był powrót. Jej myślą, zanim wzięła ostatni, gorący haust fekaliów, była kojąca świadomość, że wreszcie połączy się ze swoim zaginionym dzieckiem.

Buty w przedpokoju

Nikt inny na świecie nie mógł czuć się równie podle. Tak przynajmniej myślał Kaspian.

Od dziecka towarzyszyło mu przekonanie, że jest nieudacznikiem — że nic w życiu nie osiągnie, że nie powinien był się w ogóle urodzić, a jego istnienie to pomyłka.

W tym przekonaniu utwierdzali go nauczyciele, którzy w sposób bardzo dyplomatyczny tłumaczyli, że obniża średnią klasy i może lepiej byłoby, gdyby przeniesiono go do szkoły specjalnej. Ojciec nie zastanawiał się nad nim wcale. Pił od rana do nocy, a gdy bywał trochę bardziej trzeźwy, sięgał po pas i lał Kaspiana za wszystko — za złą pogodę, za to, że dzieci sąsiadów hałasują na podwórku, a nawet za krach na giełdzie.

Matka nigdy nie podniosła na niego ręki. Głosu też nie. Powtarzała mu jedynie w kółko, że jest jej największym błędem i rozczarowaniem. Powtarzała to tak długo, aż w końcu sam w to uwierzył.

Gdy miał czternaście lat, ojciec zapił się na śmierć. Relacje z matką tylko się pogorszyły — do listy pretensji doszły oskarżenia, że to przez niego ojciec pił i w końcu umarł.

Teraz, gdy zbliżał się do czterdziestki, wszystkie jego lęki tylko się nasiliły. Nigdy nie miał stałej pracy — wszędzie wyrzucano go po kilku miesiącach, tłumacząc, że się nie nadaje. Nieważne, jak bardzo się starał — każde przedsięwzięcie kończyło się fiaskiem.

Był samotny. Z jednej strony brakowało mu towarzystwa i miłości, z drugiej jednak cieszył się, że przynajmniej w domu panuje martwa cisza zamiast wyrzutów i powtarzania bez końca, że do niczego się nie nadaje.

Po powrocie z pracy zdejmował buty w korytarzu i siadał w fotelu, wpatrując się w telewizor — jedyną rzecz, która go nie oceniałа i dawała mu namiastkę rozrywki. Z tego miejsca widział doskonale korytarz i drzwi wejściowe. W mieszkaniu unosił się odór śmieci, których nie wynosił od dawna, oraz gnijących resztek jedzenia.

Pewnego dnia zauważył, że jego buty wyglądają, jakby chciały uciec z tego brudnego, cuchnącego mieszkania. Uśmiechnął się gorzko na tę myśl. Przez kolejne dni, siedząc na swoim „tronie” przed telewizorem, obserwował, jak buty — w jego wyobraźni — z każdym dniem zbliżają się coraz bardziej do drzwi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.99
drukowana A5
za 26.66
drukowana A5
Kolorowa
za 51.24