„Zabójcze migawki” to zbiór bardzo krótkich opowiadań grozy, które działają jak literackie flesze: uderzają nagle, intensywnie i bez ostrzeżenia. Każdy tekst to osobny błysk — moment uchwycony tuż przed katastrofą albo dokładnie w jej trakcie. Autorka świadomie rezygnuje z rozbudowanej narracji na rzecz sugestii, skrótu i atmosfery, co sprawia, że lektura jest dynamiczna i niepokojąca, a jednocześnie konsekwentna formalnie.
Największą siłą zbioru jest klimat. Tereszczuk bardzo sprawnie operuje obrazem: mgła, cień, ciasne przestrzenie, cielesność i poczucie osaczenia budują napięcie bez potrzeby dosłownych opisów czy nadmiaru wyjaśnień. Groza wynika tu z niedopowiedzeń, z tego, co czai się na obrzeżach kadru. Całość jest wyraźnie osadzona w estetyce horroru i weird fiction — czuć gatunkową świadomość i umiejętność operowania jego narzędziami. Styl jest spójny, wyrazisty i konsekwentny, co przy tak krótkiej formie nie zawsze jest oczywiste.
Jednocześnie skrajna zwięzłość tekstów bywa ograniczeniem. Bohaterowie pełnią przede wszystkim funkcję nośników pomysłów i sytuacji, rzadko zyskując pogłębioną psychologię. Trudno nawiązać z nimi emocjonalną więź — czytelnik pozostaje raczej obserwatorem konceptu niż uczestnikiem historii. Niektóre migawki sprawiają wrażenie świetnych zalążków, które aż proszą się o rozwinięcie, zanim zdążą w pełni wybrzmieć.
„Zabójcze migawki” to więc propozycja przede wszystkim dla tych, którzy cenią klimat, obraz i mocną puentę, a niekoniecznie potrzebują długiej ekspozycji czy emocjonalnego związku z postaciami. Zbiór pokazuje solidny warsztat autorki, bardzo dobre wyczucie gatunku i umiejętność kondensowania grozy w kilku precyzyjnych zdaniach. Pozostawia też wyraźny apetyt na dłuższe formy — bo potencjał, który tu widać, aż prosi się o większą przestrzeń. Zdecydowanie polecam, szczególnie miłośnikom krótkiej, intensywnej grozy.